LogowanieZarejestruj się
News

Audeze EL-8 …recenzja, która zmieniała się jak w kalejdoskopie (akt.)

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
EL-8 cls_3

To nie tak miało być. EL-8, jak przystało na słuchawki do mobilnego grania, grały sobie z telefonem, względnie iPadem podłączonym do przenośnego DAC/AMPa Oppo. Sprawdziłem jak sobie radzą na torze stacjonarnym podłączone do M1HPA i tyle. Potem trafił się jeszcze przenośny grajek HiFiMANa w roli źródła i już miałem gotową recenzję. Tak to wyglądało parę dni temu, tak wyglądało do momentu, gdy wiedziony ciekawością, trochę od niechcenia, trochę na zasadzie – „a, co mi tam, pewnie coś tam zatrzeszczy sobie, chwilkę posłucham i zapowiadany tekst opublikuję” podłączyłem tytułowe słuchawki do wzmacniacza lampowego (MiniWatt N3) z gramofonem jako źródłem. Gramofon z przedwzmacniaczem NADa, wzmacniacz podłączony do routera głośnikowego z wyjściem słuchawkowym i nowe, przenośne Audeze. Odpłynąłem. To było coś, czego się nie spodziewałem. Ten dźwięk totalnie mnie uwiódł, zniewolił i zamiast jednej płyty przesłuchałem w ten sposób wszystko co mam na winylu. Pliki, hi-resy są wygodne, są mobilne, są wszędzie, na zawołanie, tu i teraz, ale bez względu na ich jakość, bez względu na to na czym są odtwarzane nie oferują takich emocji jak czarna płyta. Niby to jasne, każdy pokiwa głową, że no tak, że to granie z zupełnie innej bajki (nawet jeżeli tak go czarny krążek nie kręci), ale w przypadku powyższego zestawu, z tymi słuchawkami właśnie, było to tak intensywne, tak czarowne i wciągające doświadczenie, że zwyczajnie nie miałem ochoty słuchać inaczej, korzystać z cyfrowych źródeł. Po prostu nie miałem ochoty.

Bardzo lubię gramofon, na tym się wychowałem, zawsze albo był, albo chodził mi po głowie (jak go nie było, a nie było dość długo – wielka szkoda), zawsze było to źródło, do którego chciałem wracać. Tyle, że akurat słuchawki w takim towarzystwie pojawiały się incydentalnie, zazwyczaj, co ja mówię, praktycznie zawsze, gramofon grał z kolumnami i było to dla mnie oczywiste rozwiązanie, naturalne. Co mnie podkusiło, żeby posłuchać płyt inaczej niż zwykle, co w konsekwencji spowodowało konieczność przeorientowania swoich spostrzeżeń na temat tytułowych słuchawek??? Zastanawiałem się na tym dłuższą chwilę, bo koniec końców kto w ten sposób będzie z EL-8 korzystał? Pewnie nikt, no prawie nikt, bo przecież to słuchawki pod mobilne granie, względnie do podłączenia od czasu do czasu pod jakiś stacjonarny tor, w którym akurat gramofon to rzadkość, a gramofon z lampką to jeszcze większa rzadkość. Podłączyłem słuchawki bezpośrednio do przedwzmacniacza i cóż, to nie było to, co powyżej (fakt, w 1020 wyjście słuchawkowe jest faktycznie dodatkiem, ale w sumie o co innego tutaj chodzi). Lampka w stylu wspomnianego N3 aka APPJ z kilkoma watami dostępnymi tylko i wyłącznie dla nowych Audeze to było prawdziwe objawienie. I gramofon. Nie żebym nie sprawdził plików i kompaktów (na tym torze) – grało to pysznie, co ciekawe z wyraźnym wskazaniem na fizyczny nośnik, ale to igła dawała maksimum radości z obcowania z muzyką. I tak, zamiast koncentrować się na tym, co zdecydowanie stanowi główne zastosowanie, do czego EL-8 zostały stworzone, zmieniałem płytę za płytą, całkowicie zatracając się w słuchaniu ze źródła, które jest nie tylko niszą, marginesem, ale w przypadku słuchawek to już w ogóle jakiś promil promila. Nic na to nie poradzę, popsułem sobie to co sobie wcześniej poukładałem, co wcześniej opisałem, słuchając tytułowych ortodynamików z przenośnymi źródłami. Mogłem te wcześniejsze wnioski pogodzić z odsłuchem na stacjonarnym torze z M1HPA, bez większego problemu (choć… o tym przeczytacie w podsumowaniu), z komputerem podłączonym do rzeczonego wzmacniacza cyfrowo oraz z wykorzystaniem lepszego DACa. Tak, radykalnie to moich spostrzeżeń nie zmieniało, aż do chwili gdy, no właśnie…

AKTUALIZACJA. Po paru tygodniach trafił do mnie model zamknięty tych słuchawek. Miałem sposobność porównać obie wersje i było to bardzo pouczające doświadczenie. Generalnie zamknięta konstrukcja, dzięki prawie całkowitej izolacji, pozwala nam zwiększyć komfort użytkowania, gdy słuchawek używamy poza domem, w domu zaś takie nauszniki na pewno zyskają w oczach domowników, szczególnie gdy lubimy sobie posłuchać głośno. Otwarte wyraźnie wtedy słychać, co może niektórym osobom przeszkadzać, a gdy dodatkowo czas na słuchanie to późnowieczorne godziny, dodatkowo jakaś sypialnia, to rodzaj obudowy staje się jednym z ważnych czynników mających wpływ na wybór nauszników. To jedna strona medalu. Drugą są różnice brzmieniowe, szczególnie (wg. mojej opinii) słyszalne w przypadku ortodynamików. Te słuchawki właśnie dzięki otwartej obudowie pozwalają w pełni uwidocznić zalety tego typu rozwiązania. Planary potrafią m.in. bardzo (jak na słuchawki) dobrze pokazać przestrzeń, wyjść z głowy, odpowiedni „napowietrzyć” dźwięk. Dynamiczne konstrukcje mają z tym niemały problem i w sumie jest niewiele modeli, które potrafią grać dużą sceną (takie HD800 to potrafią przykładowo). Ortodynamiki robią to bez wysiłku, ale też zazwyczaj mamy w ich przypadku do czynienia z obudową otwartą, nie zamkniętą. Ta trafia się stosunkowo rzadko, choć ostatnio trochę tych konstrukcji zamkniętych jednak się pojawiło. Jedną z nich jest, poniżej opisana, EL-8 closed edition. Audeze zdając sobie sprawę z tego, że ELki będą grały nie tylko na domowym sprzęcie, że będą słuchane na zewnątrz, w środowisku bardzo nieprzyjaznym wszelkim otwartym konstrukcjom, zdecydowało się na wprowadzenie takiego właśnie modelu, modelu zamkniętego. Różnice między obiema wersjami okazały się dość czytelne, wręcz na tyle duże, że choć to dźwięk pod pewnymi względami zbliżony, to całościowo dzieli te słuchawki bardzo dużo. W przypadku ortodynamików, zamknięcie ich w niewentylowanej obudowie robi różnicę. Szczególnie w tym wypadku. Jaką konkretnie różnicę? O tym przeczytacie poniżej, w rozwinięciu.

 

Jakie są nowe Audeze? To otwarta konstrukcja, jak LCDki (poza XC), lżejsza, wyraźnie zaprojektowana pod kątem przenośnego wykorzystania. Kabel krótki (za krótki do podłączenia stacjonarnego, co w kontekście mobilnego grania rzecz jasna wadą nie jest, a wręcz zaletą, bo się nam nadmiarowo nie majta, ale przy słuchaniu w domu potrafi nieźle wkurzyć, zirytować), płaski, w formie bardzoz ciekawymi, oryginalnymi gniazdami przyłączeniowymi. Minus tych, kojarzących się z interfejsem Lightning od jabłkowej elektroniki, gniazd jest taki, że to nietypowe, specyficzne rozwiązanie, trudno więc będzie rzeczony kabel wymienić, bo jak tu takie płaskie cusie sprokurować? Firma zdecydowała się na własny patent, interesujący (bo – podobnie jak w najnowszych interfejsach handheldowo-komputerowych – można podłączyć okablowanie po ciemku, bez szukania właściwego dopasowania do gniazda) może nawet praktyczny ergonomicznie, ale w kontekście braku kompatybilności jednak problematyczny. Same słuchawki zaś, to nie znane z LCD-ków drewienka, „styl na bogato”, a coś z maszyny, masówka znaczy się – żeby nie było, nic tu nie razi, ale widać, że to inny od wcześniejszych, produkt w ofercie. Taki właśnie przystępniejszy (cena w kraju to 3 tysiące – jak na dotychczasową ofertę, najtaniej, najprzystępniej właśnie, choć w kontekście „na wynos” drogo), dodatkowy (dla tych, co roponośnych pól, szybów są właścicielami ;-) ) element pod mobilne źródło, do słuchania poza domem. Pady obracają się wokół osi, co pozwala na wygodne przenoszenie, złożenie nauszników, nie są one przesadnie lekkie …ekhmmm… jak na Audeze nie są typowo ciężkie, no lżejsze są wyraźnie, ale patrząc na zrecenzowane niedawno PM-3 nie jest to waga piórkowa, waga którą kojarzymy z mobilnymi, filigranowymi słuchawkami na czy rzadziej wokółusznymi.

To raczej coś w stylu Pandora Hope VI, też pozwalających na słuchanie pod chmurką, z paroma patentami ułatwiającymi takie korzystanie, ale w formie, gabarytach bliższymi słuchawkom do stacjonarnego grania oraz nobliwego na standzie spoczywania. Muszle są duże, podługowate, czytaj każdy schowa tam swoje uszy, choćby nie wiem jak słoniaste były. Materiał z jakiego wykonano pady jest bardzo przyjemny w obcowaniu, wygodny, do tego dobrze się sprawdza w te cieplejsze dni, kiedy większość słuchawek z gatunku szlachetna skóra, niemiłosiernie pot z nas wyciska, co przyjemne już wcale a wcale nie jest. Tak, te słuchawki, jak wspomniałem wcześniej, bardzo dobrze zaprojektowano pod kątem przenośnego wykorzystania, to mimo wagi konstrukcja bardzo dobrze radząca sobie poza domem i to właśnie takie zastosowanie powinno być pierwszoplanowe, a nie jakieś gramofony, lampy, stacjonarne tory. No ale co poradzę, że mi te gramofony, lampy, stacjonarne tory w głowie namieszały, oj namieszały…

Wracając do EL-8, obudowa muszli wbrew pozorom wykonana jest z metalu. Matowy lakier jaki użyto do pokrycia maskownic z obowiązkowym „A jak…” trochę nas tu oszukuje, bo na pierwszy, a nawet drugi rzut oka pomyślimy pewnie, że no pojechali, w słuchawkach za trzy tysiące plastik dali, ale to tylko takie wstępne wrażenie, bo wystarczy dotknąć i już wiemy, że nie są to żadne tworzywa sztuczne, tylko metal właśnie. Producent, chcąc oszczędzić na wadze, wprowadził nowy typ cewek, lżejszych od tych zastosowanych w LCD-kach, jednakowoż te oszczędności zostały niejako zniwelowane przez fazor, który w EL-8 zastosowano, czytaj grube, metalowe ożebrowanie od strony uszu, przed przetwornikiem, będący czymś na kształt stroju akustycznego, stosowanego w dostosowanych do słuchania muzyki pomieszczeniach. Ten patent był w obu przetestowanych u nas LCD-kach i moim zdaniem sprawdza się bardzo dobrze, szczególnie w aspekcie przestrzeni, umiejscowienia źródeł na scenie, ich precyzyjnego obrazowania. Innymi słowy cewka jest lżejsza, dopasowana do mobilnej konstrukcji, ale zysk na wadze zjadany jest tutaj przez fazor, który wydatnie wagę podnosi. Silniejsze magnesy neodymowe wraz z nową diafragmą o zróżnicowanej grubości (wyrównującej siły oddziaływające na cewkę, tym razem zamontowanej po jednej stronie a nie obu, jak w przypadku LCD-ków) pozwoliły projektantom oszczędzić około 100 gramów w stosunku do stacjonarnych modeli (460g – tyle ważą EL-8, a dla przypomnienia LCD-3 to 550g, w obu przypadkach mówimy o wadze bez kabla).

Producent podaje, że pasmo przenoszenia mieści się w zakresie od 10 do 50 000 Hz, słuchawki odznaczają się 102db skutecznością. Ciekawie robi się, gdy spojrzymy na możliwości przyjęcia przez nowe EL-8 sporej dawki watów oraz wzmiankowane przez producenta, zalecane do napędzenia ósemek wzmacniacze, które powinny cechować się możliwością przekazania mocy w zakresie 1-4 W. No proszę, jak na rachityczne wzmacniaczyki w mobilnych źródłach to bardzo dużo, wręcz dużo za dużo, ale idealnie w kontekście wspomnianego wzmacniacza lampowego, który właśnie te 4W oddaje ( a nawet 4,5 z tego co pamiętam). Dlatego też, EL-8 z wyjścia w iPhone grały mocno tak sobie, bez wyrazu, choć niekoniecznie w sensie cicho, ale właśnie dynamika wyraźnie tutaj „siedziała”, dzięki HA-2 zaś wszystko nabierało odpowiedniego kolorytu i zaczynało grać. Tyle, że EL-8 rozwinęły skrzydła w pełni dopiero po podłączeniu pod lampkę, wtedy, dopiero wtedy te słuchawki pokazały na co je stać!

AKTUALIZACJA: Odnośnie modelu zamkniętego, to różnice, jak wspomniałem na wstępie dotyczą innej konstrukcji muszli i to właściwie zamyka temat. Te same przetworniki, ta sama konstrukcja pałąka, materiały te same… tak, poza zamknięciem obudowy nic się nie zmieniło. Parametry słuchawek, tożsame z wersją otwartą. Wpływ zamkniętej muszli jest jednak wyczuwalny od razu po założeniu na łepetynę. Cyferki to jedno, a rzeczywiste wrażenia to drugie i to drugie spowodowało nie tylko chęć dokładnego zapoznania się z zamkniętą wersją EL-8, ale (co w sumie było dla mnie zaskoczeniem, bo choć jak wyżej wspomniałem, te słuchawki nie grają zupełnie inaczej, ale na tyle odmiennie, że …no właśnie) doprowadziło mnie do dość radykalnego wniosku: nie ma małych, nie ma dużych zmian, są tylko takie które mają duży albo znikomy wpływ na to, co słyszymy. Niby to samo, a zupełnie coś innego, prawda? Można mieć jeden drobniusi element, który całkowicie zmienia nam optykę, można też zestawić ze sobą dwa różne produkty (tutaj najlepszym przykładem są dla mnie produkty NuForce oraz FiiO), grające bardzo, bardzo podobnie. Także zawsze trzeba podchodzić do porównań i ocen z otwartą głową. To co widzimy poniżej, to wersja closed jeszcze przed wyjęciem z pudła.

A tu po wyjęciu z pudełka… 

Zamiast ożebrowań widać gładką, nieco wklęsłą powierzchnię zamykającą obudowę przetwornika. Muszla idealnie izoluje w tym wariancie od tego co na zewnątrz i nie trzeba żadnych sztuczek, elektroniki, ANC do tego. Jesteśmy tylko my i muzyka.

Różne oblicza brzmienia, no i bądź tu mądry…

Mobilne źródła to wstęp. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Tych słuchawek po prostu nie poznamy w pełni, w pełnej krasie nie pokażą co potrafią, gdy poprzestaniemy na mobilnych źródłach. Nawet najlepszy wzmacniacz przenośny, grajek nie pozwoli wg. mnie na napędzenie tych słuchawek w sposób umożliwiający osiągnięcie przez nie maksimum możliwości, zawsze będzie to granie w pewien sposób upośledzone. Nie chcę przez to powiedzieć, że z przenośność w tym przypadku to błąd, to pomyłka, bo jako przenośne słuchawki nowe EL-8 mają całkiem sporo do zaoferowania, ale zwyczajnie nie są w stanie zagrać na 100% swoich możliwości. Bo potrafią dużo, dużo, znacznie więcej i to właśnie podłączenie ich (bez)pośrednio do lampowego wzmacniacza pokazało o co tutaj tak naprawdę chodzi. Dopiero wtedy EL-8 zagrały w pełnej krasie. W sumie to widzę dla nich świetnego partnera, czy partnerów, odnośnie mobilnego grania. Tu aż się prosi o „cegły” HiFiMANa, DAPy tego producenta, szczególnie te najwyższe modele serii 800/900 dysponują odpowiednio mocnymi wzmacniaczami, które koniec, końców są w stanie rozruszać, takie nierychliwe, trudne do wysterowania nauszniki w rodzaju HE szóstek. To dopiero wyzwanie, a w przypadku Audeze zapewnimy im po prostu odpowiednio mocnego zawodnika, zdolnego do napędzenia słuchawek na wymaganym poziomie. EL-8 nie są takie (jak HE-6), w sensie, da się je podłączyć do telefonu sote, tyle że będzie to dla nich partner mocno kompromisowy, taki do słuchania w tle, bez zbytniego zaangażowania.

Stać je na dużo więcej, a wręcz na prawdziwie high-endowe granie, na prawdziwą ucztę dla duszy i ciała, tyle tylko że nie zawsze, że trzeba im będzie zapewnić odpowiednie zaplecze. Mogą też zagrać bez wyrazu, bez pazura, nie są więc proste do napędzenia, nie są łatwe, a raczej wymagające od strony źródła, bo w odróżnieniu od takich, uniwersalnych i zawsze „hej, do przodu” Momentum, muszą dostać odpowiednią dawkę mocy, wtedy dopiero pokażą co potrafią w pełni. Potrafią zagrać melodyjnie, w sposób nasycony, analogowo, szczególnie przy współudziale mobilnego wzmacniacza / przetwornika, z dobrym DAPem mogą stworzyć bardzo dobre, mobilne źródło, takie, które może mierzyć się z każdym, przenośnym źródłem opartym na dowolnych komponentach. Tak, to jest możliwe do osiągnięcia, choć wymaga jak wspomniałem, odpowiedniego podejścia w doborze partnerów dla tych słuchawek. Nie może to być wybór przypadkowy i mocno się upieram, aby EL-8 grały w towarzystwie najpotężniejszych mocowo DAPów, tudzież najmocniejszych z mocnych, przenośnych wzmacniaczy. Są takie propozycje na rynku, zdolne do wysterowania niewysterowalnych ;-) słuchawek stacjonarnych. Warto o to zadbać, bo tylko wtedy osiągniemy odpowiedni efekt.

Audeze EL-8 potrafią zagrać plastycznie, bardzo melodyjnie, analogowo. Taka jest ich natura, w ten sposób reprodukują dźwięk. Idzie to w stronę grania z czarnego krążka, stąd pomysł by podłączyć je do gramofonowego toru. Jak widać z wyśmienitym skutkiem. To jest najlepsze źródło, jakie możecie zaoferować tytułowym słuchawkom, takie, które wraz z lampką pozwoli całkowicie odpłynąć. To takie, pełne ekspresji, namacalne, żywe brzmienie, mieniące się tysiącami odcieni, wielobarwne, ciepłe, nie nie ciepłe, gorące wręcz. Nie ma tutaj takiej precyzji, takiego wyrafinowania jak z LCD-3, które oczywiście porównawczo zaraz sprawdziłem. Tak, to jest ten sam schemat, ta sama metoda, patent, podana w „lżejszej” formie (w sensie brzmieniowym jak i całkiem dosłownym, związanym z gabarytami :) ). Mamy tutaj głębię, mamy świetnie zaprezentowaną scenę, przestrzeń oraz wielobarwny, aksamitny, czysty dźwięk o (z czterowatowca) odpowiedniej dynamice, odpowiednio dociążony, pełny. To się słucha z prawdziwą przyjemnością, choć ta umiejętność wyartykułowania bez woalki tego co na płycie bywa, w przypadku mocno trzeszczących krążków, problemem… ale to już kwestia związana z jakością źródła. Fantastycznie taki zestaw zagra także z komputera, spektakularnie z plików DSD oraz nagrań binauralnych. Szczególnie te ostatnie wgniotą w fotel skutecznie uniemożliwiając oderwanie się od jakże przyjemnej czynności zwanej słuchaniem muzyki (byle w skupieniu, najlepiej przy zgaszonym świetle, względnie jakimś kameralnym oświetleniem). To jest metoda nie tylko na relaks, odpoczynek, ale także na poukładanie myśli w głowie, oczyszczenie umysłu, kontemplowanie piękna, skupienie się na rzeczach istotnych (czytaj tym, co nas kształtuje, co pozwala wydobyć pozytywne emocje), oderwaniu od codzienności, od bałaganu, zabiegania, problemów, tego co nas przytłacza. To działa.

Gramofon jest maszyną do stworzenia pełnej fuzji słuchacza z zapisaną na nośniku muzyką, maszyną która za pośrednictwem niewielkiego wzmacniacza lampowego oraz (zacnego) przedwzmacniacza tworzy wraz z EL-8 magiczne połączenie, magiczne bo w pełni synergetyczne, gdzie wszystko jest na swoim miejscu, pasuje jak ulał, roztacza przed słuchaczem malownicze pejzaże, angażuje, wciąga, obezwładnia. To, szczerze powiedziawszy, pierwszy w mojej karierze przypadek, w którym słuchawki tak mocno różnią się brzmieniowo w zależności od podpiętego źródła, może poza wymagającymi AKG K701 (te to dopiero potrafią się odwzajemnić, gdy im coś pasującego do ich wybrednego gustu, podepniemy). Tak, tutaj właściwie mamy do czynienia z dwoma różnymi produktami, bo choć charakter określony te słuchawki mają, to jednak dźwięk jaki możemy usłyszeć za ich pośrednictwem może pozostawić nas całkowicie obojętnymi, względnie niczym specjalnym nas nie zaskoczyć, może też bardzo poważnie zainfekować i doprowadzić słuchającego do chronicznego niewyspania (bo, jak wspomniałem, pora nocna, wieczór, teraz już z racji pory roku, coraz późniejszy, to najlepszy moment na słuchanie z krążka… nikt się nie kręci, nie zakłóca, jest cisza, spokój, wszystko się wycisza, nie ma gwaru, skwaru, biegania, telefonów, smsów, pracy i czego tam jeszcze – jest tylko muzyka i my).

Znakomicie prezentują się instrumenty akustyczne, świetnie słucha się muzyki symfonicznej na takim jw. zestawie. Taki repertuar pokazuje na marginesie największą różnicę, wręcz przepaść między źródłami najbardziej, że tak powiem, skrajnymi, czytaj – wyjściem słuchawkowym w smartfonie oraz wspomnianym powyżej torze stacjonarnym, z lampką oraz gramofonem. To jest zupełnie inny poziom, tak odmienny, że ktoś, nie wiedząc co ma na głowie raczej nie odgadnie co akurat serwuje mu dźwięki. Warto przy tym nadmienić, że opisywane słuchawki potrafią nie tylko nieźle czarować (to gorące, analogowe, niezwykle muzykalne granie), potrafią także w odpowiedni sposób wydobyć esencję z ludzkiego głosu, pokazać to spektakularnie, wokal nie jest tu li tylko składową, ale stanowi spoiwo, tworząc wraz z instrumentami spektakl. Tu nie ma szans na słuchanie na zimno, z wyrachowaniem, obojętnie, bo emocje pojawiają się od pierwszych taktów. Stacjonarnie jak widać, jest nie nieźle, a wybitnie dobrze, ale to jednak sprzęt do słuchania na wynos i trzeba to uwzględnić w całościowej ocenie. Powiem tak, jak ktoś chce te Audeze kupić zamiast LCD-ków i ma źródła analogowe, z jakimś fajnym, stacjonarnym wzmacniaczem słuchawkowym to poniżej 3 tysięcy ma świetne, mogące rywalizować z każdym dynamicznym, jak i ortodynamicznym modelem, słuchawki. Jeżeli zaś chodzi o tor mobilny, to sytuacja cokolwiek się komplikuje. Bo tak, mamy opisane wcześniej Oppo, które jako system (PM-3 z HA-2) stanowi rozwiązanie wręcz referencyjne w tym zakresie i trudne do pobicia. Dodatkowo są inne, wygodniejsze, czy bardziej uniwersalne sposoby na uzyskanie często lepszego efektu z dowolnego, mobilnego źródła. Mam tu na myśli zrecenzowane Sennheisery w pierwszej oraz drugiej (także bezprzewodowej) odsłonie, mam tu także na myśli świetne słuchawki nauszne NADa (którym muszę dokładniej się przyjrzeć) oraz Philipsy Fidelio. I co najmniej klika (jak nie naście) innych propozycji z zakresu do 2 tysięcy złotych, a nawet tysiąca nie przekraczających. Konkurencja jest tu wielka, można wybierać, przebierać, a wiele konstrukcji oferuje wysokiej klasy brzmienie, przy czym nie jest wymagająca od strony źródła.

 

AKTUALIZACJA: Co się zatem zmieniło w porównaniu do wcześniej opisanego, otwartego modelu ELek? Otóż całkiem sporo, bo od razu uwidoczniła się znacznie lepsza niż w otwartym modelu bezpośredniość przekazu, skutkująca lepszą artykulacją tego, co się dzieje, dźwięk stał się bardziej namacalny, żywszy, pozbawiony pogłosu. To jest zmiana słyszalna, konkretna i bez dwóch zdań, wg. mojej opinii, pozytywna, wnosząca do przekazu wiele. Byłem mocno zdziwiony, że zamiast spodziewanego „wejścia do głowy”, nic takiego nie nastąpiło. Owszem, dźwięk stał się bliższy, ale wcale nie oznacza to jego zamknięcia w głowie. A tego właśnie się spodziewałem i obawiałem. Nic takiego, w przypadku EL-8 cls nie nastąpiło, a jak wyżej wspomniałem zmiany można uznać za pożądane, wzbogacające nasze doznania i gdybym miał tu i teraz odpowiedzieć sobie na pytanie – które – to nie miałbym żadnych wątpliwości, że odpowiedź byłaby udzielona szybko i bez wahania: oczywiście zamknięte. Czy to oznacza, że dezawuuję model otwarty, że to zły wybór? Nie, nie jest zły, bo otwarte są bardzo dobrymi słuchawkami, ale, po prostu, widzę w wersji zamkniętej coś, co jest bardziej uniwersalne, a przez to może okazać się lepszym wyborem dla kogoś poszukujących słuchawek „do wszystkiego”. No właśnie, do wszystkiego, bo jak podpiąłem je do swojego iPada Mini (z HF Playerem & dużo hi-resowych nagrań) to powiem tak – z otwartymi grało to po prostu słabo, z zamkniętymi znośnie. A już w ogóle bardzo dobrze, jak sobie C5 od Cayina podpiąłem, który to wzmacniacz pomógł przeistoczyć się iPadowi w całkiem przyjemne źródło muzyki na wynos. I to takiej wysokiej jakości, bardzo, bardzo dobrze to ze sobą zagrało.

Z iPhonem, nawet bez C5, zamknięte Audeze pokazały o co tutaj chodzi… o ciepły, bezpośredni, bardzo muzykalny przekaz, od pierwszych taktów wciągający nas w to, co sobie artysta w głowie (duszy?) ułożył. Grało to bez porównania lepiej od modelu otwartego. W przypadku słuchania w domu, nie mówiłbym o deklasacji (bo otwarte, jak wspomniałem poniżej, po prostu nie za dobrze sobie radzą w scenariuszu mobilnym, lepiej z jakimś dobrym DAPem, ale i tak gorzej niż closed). W ogóle to złe słowo, bo otwarte mają swoje zalety, które opisałem powyżej, są bardzo, bardzo dobrymi nausznikami, ale właśnie do domowego słuchania, a zamknięte (i to jest ich przewaga!) po prostu dzięki uniwersalności wygrywają, bo wszystko jedno czy w domu, czy poza nim, potrafią dostarczyć potężną dawkę przyjemności. Także to analogowe, na lampie granie, które opisałem wcześniej, tutaj występuje w podobnym stężeniu, a zamknięta konstrukcja li tylko (aż) jeszcze te nasze doznania pogłębia. Czyli jest świetnie, a nawet jeszcze lepiej? Można tak to opisać ;-) Z N6 czy AK120, ELki zagrały tak, że producenci obu odtwarzaczy powinni na pudłach wręcz wprost sugerować – wybierzcie produkt Audeze, byleby był to produkt EL-8 closed. I byłby to strzał w przysłowiową „10″. Muzykalność, znakomite wokale, niezwykle żywy, bezpośredni, namacalny dźwięk, ciepły, ale i świetnie wyartykułowany, bez śladu jakiegoś zamulenia, bogaty… tak to było dokładnie to, co robi różnicę. Macie jakiegoś DAPa za parę tysięcy? Szukacie dobrych, ale też łatwych do przenoszenia i wytrzymałych nauszników? Nie szukajcie dalej, bo właśnie je znaleźliście. Serio.

Głębia, przestrzenność – nic nam tutaj nie ubyło, co jest kropką nad i znaczy tyle, że te zamknięte warte są grzechu (wydania 3 tysięcy na słuchawki, co niektórym może się wydać sporą ekstrawagancją). No warte są, nie mam co do tego wątpliwości. W torze stacjonarnym wszystkie te zalety są jeszcze lepiej, bo bez wysiłku i często z dodatkowym wsparciem świetnego źródła osiągalne (np. stacjonarnego DACa z kompem w torze, choć z NADem wpiętym do przetwornika Audio-gd, wierzcie mi, było na niby zwykłym materiale CDA niebiańsko dobrze… trzeba to będzie btw opisać). Nauszniki pokazują wtedy pełnię swoich możliwości. A z lampką, MiniWattem w torze? Oj, to właśnie tutaj Audeze (generalizując, każde Audeze) pokazują jakie to pokłady przyjemności w nich drzemią. Te słuchawki po prostu z amplifikacją opartą na bańkach przeistaczają się w generatory radości i każdy, kto podepnie swoje LCD-ki, EL-ki do takiej aparatury dozna wielu, wielu niezapomnianych przeżyć. Naprawdę polecam, bo tak jak nie zawsze taki mariaż sprawdza się, są słuchawki które z lampką się nie za bardzo identyfikują, to tutaj jest to właśnie to, optymalne środowisko, w którym Audeze błyszczą. I tak jak otwarte zagrały bardzo dobrze na M1HPA oraz Capelli, a wybitnie dobrze z MiniWattem, to wersja zamknięta wskoczyła na poziom bliski naszym redakcyjnym trójkom. Nie tak dobry, ale wcale nie odległy! Tak dobrze te słuchawki nam na lampce zagrały, właśnie tak dobrze.

 

Zamknięte EL-ki. To ciekawszy wybór – uniwersalny, brzmieniowo też korzystniejszy…

Zamiast podsumowania

Według mnie mobilne słuchawki powinny być łatwe, powinny być ergonomiczne – tutaj bez taryfy ulgowej, czyli bez żadnych ale, wygodne bez zarzutu (w przypadku stacjonarnych łatwiej wybaczyć np. dużą wagę), powinny też być niewybredne (dla źródła, bo z różnym przyjdzie im grać – chodzi o hardware jak i materiał audio), maksymalnie uniwersalne. Czy EL-8 są takimi słuchawkami? Mam co do tego spore wątpliwości. Wymagają odpowiedniego, przenośnego toru, a więc mnożenia bytów (ewentualnie zakupu DAPa i to raczej z tych droższych). Mogą stanowić świetne uzupełnienie dla DAPa HiFIMANa, dla jakiegoś grajka Astell&Kern, z typowymi, mobilnymi źródłami zagrają dużo poniżej swoich (nie małych jak się okazuje) możliwości. Innymi słowy, takie słuchawki dla kogoś, kogo po pierwsze stać na kolekcjonowanie nauszników (nie zdecydowałbym się na jedne, jedyne EL-8, bo brak im jw. uniwersalności), po drugie ma jakieś dobrej klasy źródło przenośne i wreszcie po trzecie, dysponuje naprawdę treściwym torem stacjonarnym, w który to tor można wpiąć opisywane słuchawki. Wtedy ma to sens i może doprowadzić do trwałego, nieodwracalnego uzależnienia. W tym kontekście, te 3000 wydają się sumą umiarkowaną, bo płacąc więcej zyskamy nie przepastnie, a subtelnie (choć w przypadku trójek wyraźnie w niektórych aspektach), a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze warto będzie spożytkować na płyty (czarne), względnie (w sensie, nie mam, a ochotę przejawiam) gramofon wraz z preampem, co w rejonach budżetowych osiągniemy dość łatwo.

No i tak, niby niejednoznacznie, a jednak finalnie klarownie opisałem te słuchawki. Pytam się teraz, co by było, gdybym ich do tego gramofonu nie podpiął. Z M1HPA grały fajnie, ale pewnie przez brak czasu, nie poświęciłem temu zestawieniu należytej uwagi. No i błąd, bo te słuchawki zasługują na odpowiednie, rzetelne opisanie, a że są takie właśnie, skrywające swój (niemały) potencjał, nie takie „tu i teraz” to nie wada, a cecha charakteru, właściwość, taka ich natura. Dobrze się stało, przesunęło to publikację, ale to dobrze, bo bez tego odkrycia, bez tego wszystkiego co przez te parę dni doświadczyłem (zupełnie porzucając mobilne źródła w przypadku EL-8ek) przeorientowało moją opinię na temat tych słuchawek. One są wyjątkowe, choć nie do końca tak, jakby (pewnikiem) chcieli widzieć je twórcy. To produkt, który sprawdzi się bardzo w domu, będzie solidnym fundamentem dla stacjonarnego toru, świetnie się tu odnajdzie. Z przenośnymi źródłami trzeba będzie rzecz pożenić z dobrym DAPem, komputerem wyposażonym w przetwornik/wzmacniacz (podobnie w przypadku telefonu), trzeba będzie zadbać o dobrą jakość materiału. Słuchanie strumienia (szczególnie skompresowanego stratnie) w tym wypadku będzie oznaczało bardzo konkretny kompromis, bo też te słuchawki w charakterze są zbliżone do najdroższych modeli stacjonarnych, wręcz bliżej im do takich konstrukcji właśnie. Jak na przenośne, są nadal duże, są nadal dość ciężkie (460 to dobre 100-200 gramów więcej od przenośnych modeli konkurencji, wyłączając HiFiMANa może), wybredne. Trzeba mieć to na uwadze, trzeba dać im szansę. Podłączając je byle gdzie z włączonym byle czym nie oczekujcie fajerwerków, więcej, nie oczekujcie dźwięku za 3000. Chcąc uniknąć rozczarowania, przygotujmy odpowiednie zaplecze (co, rzecz jasna generuje koszty, ale Audeze to są koszty, bo tu trzeba o te wszystkie ważne, kluczowe elementy zadbać, nie ma drogi na skróty). Wtedy będzie jak przez parę ostatnich dni. Oczy na szypułkach, gramofon w akcji, płyta za płytą i jeszcze jedna i jeszcze ta… i jeszcze…. 

Świetne słuchawki, w zastosowaniach przewidzianych przez producenta bardzo wymagające, w domu, ze stacjonarnym wzmacniaczem słuchawkowym, najlepiej lampowym bajka! Stąd brak formalnej rekomendacji (bo mobile to także kompresja stratna, to także wyjście z handhelda itd. itp), natomiast przyznaję znaczek możliwości, bo te słuchawki na to jak najbardziej zasługują. W kategorii planarne, na wynos, przy wspomnianych zastrzeżeniach, to mój wybór (stawiam je wyżej, niż skądinąd świetne HE-400, które mamy na stanie, a nawet… PM-3). Z HA-2 oraz lampką w domu stworzą kompletne rozwiązanie.

 

Przenośne słuchawki ortodynamiczne Audeze EL-8 (2950zł)

Plusy:
- z odpowiednim źródłem (materiał, sprzęt) bajka, czy (cytując córeczkę, lat 4 i pół: cysta magia)
- jeżeli potraktujemy je jako składnik toru stacjonarnego z mobilnością odpowiednio przygotowaną pod ich wybredny gust to w tym szaleństwie jest metoda
- pomimo wagi, da się je nosić długi czas bez zgrzytu, bez zmęczenia, to w 100% mobilne słuchawki od strony ergonomii  
- kabel jest z gatunku „pod mobile”, co od strony funkcjonalnej, na wynos, będzie się sprawdzać
- wytrzymała konstrukcja, wiele zniesie, z tych pancernych (co znowu nie jest bez znaczenia w kontekście przenośnego grania)
- niewymuszona elegancja, nie krzyczą, ale jak najbardziej mogą się podobać, to ładne słuchawki, do tego bardzo dobrze wykonane
- bardzo, podkreślam bardzo wygodne, jedne z najwygodniejszych nauszników jakie miałem okazję nosić na głowie 

Minusy:
- potrafią „przejść niezauważone”, czyli totalnie niczym nie zwrócić na siebie uwagi w określonych okolicznościach przyrody tj. z wyjścia w telefonie (opisane dokładnie w tekście recenzji)
- nie są ani uniwersalne, ani łatwe, wręcz wymagające są, co w przypadku mobilnych nie jest raczej zaletą
- pełnia możliwości to kilka W na liczniku. Co najmniej jeden, a najlepiej cztery. Z lampki. Z mobile to nie ma za wiele wspólnego, pilna potrzeba zastosowania zewnętrznego wzmacniacza (przenośnego)
- z kiepskim materiałem sobie w ogóle nie radzą (wada to by nie była, gdyby nie… mobile)
- jednak waga konkretna i jak robią za bagaż to te pół kilo plus nosidło robi różnicę (in minus)
- nie ma przenośnych gramofonów (no są takie pudełkowe, ale kieszonkowych – takie miałem na myśli)… oczywiście to żartem, nie na serio :)
- nietypowe, płaskie gniazda w muszlach, co utrudnia zmianę okablowania, a w kontekście krótkiego kabla jaki dostajemy w ogóle przedstawia się niespecjalnie (słuchanie w domu)

 

AKTUALIZACJA: Zamiast podsumowania #2

Te słuchawki w wersji zamkniętej są lepszym wyborem. Są lepszym wyborem bo są uniwersalne i właśnie w przypadku zamkniętych, faktycznie producentowi udało się stworzyć model zdolny do grania zarówno w domu jak i poza nim na odpowiednio wysokim poziomie. To robi różnicę. Nie oznacza, że model otwarty nie ma sensu, bo w odpowiednich okolicznościach przyrody, te otwarte pokażą na co je stać i zagrają bardzo dobrze, świetnie wręcz (z lampką w tandemie). Jednak zamknięte poza zdolnościami, jakie dziedziczą od wersji wcześniej opisanej, po prostu nie mają tych wad, które powodują że model otarty właściwie nie nadaje się do słuchania na wynos (no chyba że z DAPem, ale i tak będzie wtedy gorzej niż z wersją closed, bo pogłosy, bo przeszkadzające w słuchaniu dźwięki dobiegające z zewnątrz). To co zrobiło na mnie największe wrażenie, to brak wpływu zamknięcia muszli na możliwości reprodukcji głębi sceny, przestrzenności, stereofonii. Nic się tutaj in minus nie zmieniło, nic nam nie ubyło. To świetna wiadomość i dlatego model zamknięty stawiam wyraźnie wyżej od otwartego (przy czym, wybierając coś do domu, kupując wcześniej otarte, nie plułbym sobie w brodę, bo miałbym bardzo zbliżony jakościowo dźwięk na wskazanych powyżej konfiguracjach). Tak czy inaczej, jeżeli rozważacie zakup ELek i chcecie mieć „wszystko”, a nie tylko część, chcecie słuchać muzyki tam, gdzie macie na to ochotę, to wersja zamknięta jest jedynie słusznym wyborem. Dostaniecie świetny dźwięk, choć w tej cenie, tzn. 3 tysięcy złotych można już nieźle przebierać w dostępnych na rynku modelach, zarówno od HiFiMANa, bezpośredniego konkurenta, jak i wybitnie dobrych konstrukcjach dynamicznych (Beyer, Senki, Grado, AKG i można by jeszcze chwilkę tak powymieniać). Także gdyby to jakoś jednym zdaniem podsumować. Mogła być ewolucja. Najpierw model #1 otwarty, potem model zmodyfikowany, nowy #2 z zamkniętymi muszlami. Taka zdrowa ewolucja, gdzie coś dobrego, zastępuje coś dużo (jeszcze) lepszego. W tym wypadku (taaa jedno zdanie) jest inaczej. Są dwie wersje, w tym jedna po prostu lepsza.

Przenośne słuchawki ortodynamiczne (wersja zamknięta) Audeze EL-8 closed (2950zł)

Plusy:
- poza opisanymi powyżej, UNIWERSALNOŚĆ, tzn. grają pięknie ze smartfona, tabletu i to nawet bez wsparcia
- lepiej artykułowany, bez pogłosu, bardzo muzykalny dźwięk, namacalne, ciepłe brzmienie, niewybredne odnośnie źródła jak i nie obrażające się na gorszy materiał
- nic nie tracą z głębi, przestrzenności, stereofonii mimo zamknięcia muszli
- to te właściwe EL-8, to znaczy mamy wszelkie zalety opisane powyżej wraz z tymi, które oferują otwarte i całościowo dostajemy coś lepszego, coś co sprawdzi się lepiej zarówno w domu (tu różnice mniejsze) jak i poza nim (tu różnice są bardzo duże) 

Minusy:
- (tu bez tego, co napisałem o otwartych, bo te wady ich po prostu nie dotyczą) waga konkretna i jak robią za bagaż to te pół kilo plus nosidło robi różnicę (in minus)
- nietypowe, płaskie gniazda w muszlach, co utrudnia zmianę okablowania, a w kontekście krótkiego kabla jaki dostajemy w ogóle przedstawia się niespecjalnie (słuchanie w domu), szkoda że nie dali jakiegoś 3 metrowego jako alternatywy dla krótkiego przewodu
- zauważyłem to po dłuższym użytkowaniu… te płaskie gniazdka nie zapewniają pewnego trzymania przewodu i bywa, że nam się ten przewód wypnie (wystarczy że nawet lekko szarpniemy kabelkiem). W przenośnym graniu tego typu akcje mogą się zdarzyć.

Autor: Antoni Woźniak

 

Dziękuję firmie Audiomagic za udostępnienie obu egzemplarzy do testów.

 

 

GALERIA:

Otwarte

Zamknięte

Dodaj komentarz