LogowanieZarejestruj się
News

Kolumny Diamond Monitor – nasza opinia o topowych podstawkach Pylona

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_2735

Duże podstawki z bardzo konkretnym nisko-średniotonowcem, dominującym na froncie, charakterystyczną formą (pochyloną, Pylon lubi niebanalnie, widać to w najnowszych Jasperach, a wcześniej w zdetronizowanych z topowego szczytu Emeraldach. I nie chodzi tu tylko i wyłącznie o względy estetyczne, a uzyskanie odpowiednich charakterystyk pracy układu zamkniętego w skrzynkach (tweeter nie na linii, a cofnięty do tyłu względem nisko-średniotonowca). Diamondy prezentują się bardzo schludnie, to po prostu bardzo ładny projekt, a do tego – jak wspomniałem – przemyślany od A do Z…. tu oba świetne przetworniki miały zyskać najlepsze opakowanie, współgrające z ich możliwościami. Warto to podkreślić, bo patrząc na publikacje o tych od paru lat oferowanych kolumnach, skupiono się na względach wizualnych (odnośnie konstrukcji paczek), często poświęcając miejsce na dywagacje, że takie pochyłe to ładnie, a jeszcze ładniejsze z dedykowanymi standami (nie testowanych, ale wierzę na słowo) itd itp. To flagowy model (póki co) kolumn podstawkowych w ofercie jarocińskiego producenta, nie jakoś specjalnie drogi, bo cena (obecna) wynosi 3600 złotych – jak za takie, spore, monitory, wykonane na takim poziomie stolarki i wykończenia (pierwszorzędne powłoki lakiernicze), z jw. doskonałymi przetwornikami, to jakby nie patrzeć okazja.

Purple Rain. Kable też polskie, Melodiki, dopasowane kolorystycznie. Komplet. ;-) A serio, całkiem sensowne połączenie.
Niebanalne wybarwienie. Widać, że możliwości są w tym względzie nieograniczone. Niewielu producentów oferuje takie coś… 

Wielkość tych paczek pozwala na wyzbycie się chęci dodania suba (i nie mam tu na myśli tylko kina, ale stereo), bo te kolumny zapewniają wystarczające możliwości odnośnie niskich tonów, ba powiedziałbym, że to jedne z najbardziej umiejętnie grających dolnym zakresem kolumn podstawkowych jakie dane mi było słuchać w cenie do 5k złotych. Także już na wstępie widać, z czym mamy do czynienia – z monitorami, które mogą stanowić podstawę systemu HiFi/kino w średniej wielkości salonie (22-25 metrów), mogą spokojnie grać samodzielnie, bez wsparcia wspomnianego subwoofera (który, jak już wiele razy wspominałem, nie jest niczym zdrożnym i we właściwej implementacji system 2.1 to doskonały pomysł na jeszcze lepszy dźwięk niż „tylko” z dwóch kolumn podstawkowych). To istotna wskazówka dla kogoś, kto szuka czegoś, co będzie stanowić w dużym pokoju, alternatywę dla podłogówek na które nie ma ochoty, zgody, możliwości sensownego ustawienia (podkreślić właściwe).

Grało z bardzo, bardzo różną elektroniką. Z vintage,m NADa, z ultranowoczesnym Sonos AMPem, z lampiszonowym MiniWattem
(i nawet dawało radę, choć tu mocna lampa przyda się bardzo, a nie taki jednak maluch). Sprawdziłem też z nowym nabytkiem tj. audiolabem M-PWR (końcówka). To ostatnie zagrało z przetworniko-pre @ ESS9038Pro (M500 S.M.S.L) zajebiście dobrze. Co ciekawe, soute, bo Sonos AMP to kompletny wzmacniacz/źródło macie dźwięk wg. mnie na poziomie klasycznych klocków za 2x kwotę (tj. około 6k), co dobrze świadczy o kompetencjach tego stereo od specjalisty od smart/strefowych głośników. Jeszcze powrócimy odnośnie multichannel do tego Sonosa (ostatnia część mega-recenzji). Aha, jeszcze jedno… jak widać – jest obraz, gra, nie ma obrazu – nie gra ;-)

Mamy zatem obietnicę dużego dźwięku, brzmienia, które będzie akuratne w odległości 3-4 metrów od słuchacza, znaczy typowej odległości występującej w dużych pokojach, salonach. Tam, gdzie kanapa, fotel stoi swobodnie, albo już przy tylnej ścianie, gdzie mamy do czynienia z aranżacją uwzględniającą potrzeby AV (ekrany powyżej 50″, ekrany projekcyjne 100 i więcej calowe). Te monitory sprawdzą się w takich okolicznościach. Nie są ogromne, zwaliste jak duże Herbatniki, czy mocno obecnie chwalone (też ogromne) JBLe z najnowszego wypustu, czy retro-nowoczesne Wharfedale. Takie wielkie podstawkowce dominują (to raz), zabierają cenną przestrzeń (cenną w kontekście swobody aranżacji pomieszczenia), są często nie do zaakceptowania przez domowników (w sensie niski poziom WAF). W przypadku Pylonów mamy duży przetwornik zamknięty w jeszcze kompaktowej (w porównaniu do jw) obudowie, a pojedyncza sztuka waży tu 10, nie 20 kilogramów. To ważne szczegóły, dla kogoś kto nie chce, nie może przekształcić najważniejszego pomieszczenia w domu (tam, gdzie wszyscy siedzą, wgapieni w ekran, ekrany) w salonik kapliczkę audio freaka.

Dobrze, to co dostajemy za te stosunkowo niewielkie pieniądze?

» Czytaj dalej

Przeszedł bez echa, a szkoda: opowieść o Koktajl HA500H

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_0110

Już w pierwszych wrażeniach zrobił wrażenie. Zresztą nie tylko na mnie (patrz fota poniżej). Tak, zdecydowanie spodobał się głównemu recenzentowi sprzętu od strony że tak powiem fizykalno-emisyjnej. Także „Romuś approved”. Skrzynka robi się ciepła, choć bez przesady, także musi mieć coś jeszcze, coś co powoduje takie właśnie okoliczności po powrocie do domu (i cyk, łapiemy za słuchawki i słuchamy, też tak macie? ;-) ). To klamot, który przeszedł zupełnie bez echa i aż dziwne, że bez bo wg. mnie to bardzo udana konstrukcja, ba uważam że lepsza od utytułowanych odpowiedników (mam tu na myśli inne, droższe, DAC/PRE/AMPy słuchawkowe jak np. RIP Oppo Sonata słuchany czasami u znajomego, M2Tech Young 3 generacji przetestowany u nas, czy bardzo kosztowny klamot Sony’ego opisywany przeze mnie przy okazji wizyty w Berlinie na IFA). Podaję odpowiedniki cenowo-konstrukcyjno-kategoryjne, trochę przypadkowo, ale też myślę dość dobrze obrazujące w czym rzecz – od specjalistów nie z Chin (gdzie znacznie taniej), a z umownego „Zachodu”.

Romuś

…approved! :P

Także dwukościsty (bo na dwóch kościach ESS starszej niż obecna generacji tj. 9018K2M) Koktajl to taki prawie, że wszystkomający sprzęt, prawie, bo też nie jest to (popularne w obecnych czasach) streaming DACa, a „jedynie” maszynkę z BT do lokalnego, okazjonalnego słuchania czegoś tam w tle ze smartfona… niby minus, ale wtedy gdy HA500H wchodził na rynek takie strumieniujące paczki były jeszcze niezbyt często spotykane. Przy czym trzeba nadmienić, że dzisiaj w okolicach 10-chy sieć jest już raczej obowiązkowym elementem takiego klamota i nie wypada nie mieć LANu, bo to wstyd i hańba ;-) Jako się jednak rzekło wcześniej, klamot swoje na liczniku od premiery już ma, specjalnie nikt tego nie tykał (nie testował znaczy się), co jak nadmieniłem w tytule, smutek na mem obliczu uskutecznia, bo skrzynka przez te parę tygodni męczenia pokazała swoją wartość, niemałą wartość, jako rzecz pod słuchawki (po pierwsze i nie dziwne, w końcu z takim zamysłem projektowano HA500H) oraz (po drugie) jako cyfrową centralkę z całkiem sensownym (choć nie bez wad, o czym poniżej) pre pod końcówki albo *u nas pod studyjne, aktywne monitory.

Przypomnę, co tam naklikaliśmy po pojawieniu się klamota u nas, szło to mniej więcej tak (uzupełnione o wnioski na finiszu testu):

» Czytaj dalej

Audiobyte Black Dragon – znacznie więcej niż przetwornik

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_4306

Są takie klamoty, które nie wymagają specjalnej reklamy, nie trzeba o nich za wiele mówić. Wystarczy posłuchać. Audiobyte/Rockna (do wyboru) wywołuje wśród zorientowanych przyspieszony puls, występują poty, wiruje w głowie… nie, mówię całkiem serio, te przetworniki (bo głównie z przetwarzaniem cyfry na analog kojarzymy Rumuna) zdobyły sobie uznanie na całym świecie. Podobno producent nie nadąża z produkcją, spóźnia się z terminami (o, to dokładnie jak niżej podpisany) i ogólnie ciężko się z nim żyje. No ale tak mają geniusze, że cholernie trudni w pożyciu (nie, uprzedzam, nie mam tu na myśli niżej podpisanego – może w pożyciu źle nie jest, ale do geniusza brakuje i to sporo), że irytujący, że czasami coś tam zgrzyta (bo geniusze to zazwyczaj nie perfekcjoniści) i o tym też w tej recenzji przeczytacie. Przeczytacie, bo jestem wredna małpa w czerwonym i zawsze się do czegoś przyczepię, ale to przez wzgląd na szanownych Czytelników, żeby byli świadomi co tam w środku piszczy, do piwnicy opisane, żeby nie pozostawiać żadnych niedomówień, napisać „jak jest” :P .

Od razu, na wstępie, napiszę, że tytułowy klamot może być zupełnie swobodnie rozpatrywany w kategoriach docelowych, szczególnie przez wzgląd na atrakcyjną cenę. Właśnie, docelowy, to zazwyczaj w audiofilskim świecie bezwstydnie drogi. Otóż, tutaj zupełnie NIE, a nawet mocniej – to (podobnie jak z Matrix X-Sabre Pro) prawdziwa okazja. Można mieć coś zamykającego temat za mniej niż dychę. Mówimy o fundamencie, nie tylko przetworniku, ale także czymś pod słuchawki (SE) i cyfrowym pre, doskonale współpracującym z aktywnymi monitorami. Dla kogoś, kto szuka minimalizmu (przykładowo Genelec-i, HEk SE i już) to właściwie wszystko. Nawet lepiej niż w przypadku wspomnianego Matriksa, bo tam słuchawek nie podepniemy i trzeba będzie doinwestować (ale już niedużo) w świetnego firmowego HPA-3B, albo SMSL SP-200 (niebawem test – prawdziwa rewelacja btw!), znaczy w jakiegoś słuchawkowego ampa.

Smok

Dobra, dość wycieczek, skupmy się na głównym bohaterze. Czarny Smok duży nie jest, taki smoczek raczej, jak mój redakcyjny M1HPA Antosia (Musical Fidelity) mniej więcej, znaczy kompaktowa forma, a nie duży klocek. Jako że nazwa obliguje, nie znajdziecie tutaj żadnego innego wybarwienia i dobrze. Czarny więc cały do tego czerwony, diodowy displej, trochę srebrnych manipulatorów i jacek na czołowej, grubej, alu skręcanej płycie. Z tyłu schludnie – balans (bardzo ważny tutaj, bo całość toru wyraźnie pod symetryczne granie dedykowana), RCA na wyjściu i bateria cyfrowych przyłączy z I2S (fizycznie HDMI) oraz AES/EBU …także niczego tutaj nie brakuje. W rozwinięciu przeczytacie o technikaliach, warto zgłębić, bo też ten daczek nie jest zwyczajny (płyta gotowiec, blue-print do kupienia w chińskich wzorcowniach, standardowa implementacja… niczego takiego tutaj nie znajdziecie), znaczy oryginalny to opracowanie, zupełnie do nikogo niepodobne.

No i całe szczęście, bo jak na wstępie zeznałem… geniusz ujawnia się w niestandardowym podejściu, w przekraczaniu granic, w pójściu pod prąd. Dawno już zaśniedziałe, nieaktualne (w Jabcu znaczy się) „Think Different”. Nucu Jitariu – człowiek który stoi za tym projektem – to ktoś, kogo najwyraźniej nie zadowala stan zastany, to ktoś kto postanowił zrobić rzecz po swojemu. Zdolny inżynier z wizją, człowiek trochę orkiestra, można powiedzieć Renesansu, facet z pasją do tego, co robi. To ważne, bo ludzie z pasją nie idą na skróty, a Nucu postanowił dać ludzkości sprzęt audio przenoszący użytkownika do lepszej rzeczywistości. I wiecie co? Udało mu się to naprawdę bez pudła. Choć nie bez chropowatości, nie bez wad, ten Czarny Smoczek wart jest każdej wydanej nań złotówki…

Audiobyte Black Dragon

» Czytaj dalej

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o AirPods Pro…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Apple-logo

…ale do tej pory nie mieliście okazji niczego takiego przeczytać. Skrupulatnie, z ambicją, żeby to (co poniżej) wyczerpywało temat. Parę lat temu, na szybko, sprawdziłem (link) pod paroma względami rewolucyjne wtedy AirPodsy 1 gen. Wtedy była to sensacja, głównie za sprawą układu W1 gwarantującego bezproblemowe odtwarzanie, parowanie i synchronizację prawdziwie bezprzewodowych słuchawek dousznych. Apple jak to Apple zrobiło coś później od konkurencji, ale zrobiło to dobrze. Rzecz jasna nie obyło się bez kompromisów, jak to u Apple – konstrukcyjnie, dźwiękowo, ergonomicznie były to co najwyżej EarPodsy, dodawane do każdego iPhone’a firmowe słuchawki. Nic specjalnego zatem, a w porównaniu bez druta, coś jednak znacznie droższego. SQ nie był w centrum uwagi, skupiono się na samym medium, na jak najlepszej, bezproblemowej pracy w bezprzewodowych okolicznościach przyrody i tu nie było jw lipy. Lipa była odnośnie wyglądu człowieka z AirPodsami (wg mnie nieakceptowalny dziwaczno-debilny poziom) oraz ogólnie ergonomii… wygoda dla niektórych nie do przyjęcia, łatwość (też w zależności od anatomii) wypadania, daleko od optimum imo. Tylko tak, nie inaczej – pasuje, albo odwrotnie …takie to były słuchawki. Doceniłem Apple za deficytową (wtedy bardzo, dzisiaj w sumie też u Jabca z tym słabo) innowacyjność, innowacyjność jaką zaprezentowało wtedy Apple przy okazji premiery pierwszych AirPodsów właśnie.

Tegoroczna nowość zmienia bardzo wiele, to nowy projekt, to IEMy (choć po applowemu vide specjalne aplikacje, niestandardowe gumki), to forma nie tak inwazyjna, jak w poprzednikach, oraz całkiem sporo technologicznych nowości. Temat prawdziwie bezdrutowych IEMów, jak starzy stażem Czytelnicy, mamy gruntownie przerobiony: pierwsze próby tj. Dashe, Bragi na IFA parę lat temu, słabiutkie Audio-Techniki (masarka), przystępne cenowo i bardzo udane Jarby, świetne brzmieniowo i do dupy obsługowo Senki Momentum, mocarne propozycje Sony, ambitne produkty RHA… wspomniane AP 1 gen. Żaden z produktów wymienionych powyżej nie był idealny, ba może poza Jarbami (koszt/efekt) słuchawki tego typu obarczone były dość poważnymi kompromisami, albo zwyczajnie były za drogie w stosunku do tego, co oferowały. Ostatnio widać istną powódź, zatrzęsienie nowych propozycji, do tego ostrą konkurencję cenową w tym segmencie.

Tak to wygląda, w przypadku Apple – wygląda inaczej – co odnośnie tej firmy specjalnie nie dziwi. Jest nowe, jest wyraźnie inne, bardziej zaawansowane, ale jest drogie (w odniesieniu do konkurencji). Cóż – to Apple – patrząc na różnicę między samymi AirPodsami, to mamy ponad 200pln więcej – wg. mnie warto dopłacić, a jak nie… to kupić sporo tańszy wariant za 800zł. Można się zżymać na to Pro (pro, co?) w nazwie, można, ale to bardziej obecna polityka nazewnicza dla wszystkich klas produktów u Jabca. Jak wspomniałem dali tutaj sporo nowego, nie dostajemy w żadnym wypadku odgrzewanego kotleciora, co ta firma (odgrzewane) ma opanowane na marginesie do perfekcji. Rzecz jasna jest to coś dla użytkowników ekosystemu, innym radzę odpuścić, bo to nie ma sensu (o czym niżej). Całość recki ma formę wyliczanki na kolorowo, z podanymi + (się podobało) i minusami (się nie), standard tegoroczny u nas, gdy piszemy o Lo-Fi, small-Fi lub/i akcesoriach. Przy czym tutaj jest naprawdę na bogato (z 90+ fotek O_o) @ naszym profilu.

Szczególarskie wyniki maglowania (SQ/wygoda/ergonomia/osiągi/technologie) z mega galerią, uwzględniającą różne platformy, różne aplikacje odtwarzające, różne okoliczności, trudności z jakimi musiały sobie APP poradzić, znajdziecie zaraz poniżej. Tak obrazowo, kompleksowo nikt tego chyba jeszcze nie przetestował.

Zapraszam:

» Czytaj dalej

Zamiast kolumn? Serio? Serio. Test HiFiMAN HE-1000SE część 1

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_4575

Wracam po dłuższej przerwie z czymś naprawdę nadzwyczajnym, wyjątkowym. To jedyne słuchawki, które mógłbym zaproponować zamiast systemu opartego na wysokiej klasy kolumnach, jako alternatywę. Nawet słuchawkowemu sceptykowi, nawet …bo te nowe tysięczniki oferują taki poziom (posłużę się czymś z wirtualnego świata, świata elektronicznej rozrywki) immersji, tak potrafią wciągnąć bez reszty w to, co dociera do uszu, są tak odległe od tego, czego byśmy spodziewali się po czymś, co spoczywa na łbie, że… Długo zastanawiałem się jak podejść do tego artykułu. Jak zachować dystans do tego, co się przez parę tygodni testowało (każdą wolną chwilę spędzałem z tymi nausznikami, każdą). To nie są bardzo dobre, czy wybitnie dobre słuchawki. Nie. To jest inna rzeczywistość, coś właśnie niespodziewanego, gdzie parę rzeczy (poniżej) na słuchawkach było zaledwie akcentowane, czy pokazywane – właśnie – w słuchawkowy sposób. Mniejsze, bardziej sfokusowane, bez swobody znanej tylko i wyłącznie z odsłuchu stereofonicznych zestawów głośnikowych. Wiedziałem, że po przetestowaniu całego katalogu nowości, najnowszej generacji HiFiMANa, która firmie bardzo, bardzo się udała, flagowce (nie wliczam tutaj Susvarna, bo to trochę jak Orfeusze – tysięczniki to właśnie szczyt) musiały być też wyraźnie lepsze, ciekawsze od tego, co pojawiło się wcześniej.

I są. Modele v1 (artykuł „Pojedynek na szczycie: tysięczniki) i V2, obiektywnie doskonałe słuchawki, które miałem możliwość testować, które (v1) opisałem w megateście, to jest inny poziom umiejętności. Zwyczajnie (choć to wg. mnie szokujące, jesteśmy przyzwyczajeni do niewielkiego progresu, do subtelnych zmian…. nie rewolucji) poprzedniki NIE POTRAFIĄ tego, co wersja SE. To zmiana od razu zauważalna, to żadne tam niuanse. Niebywałe! Dostajemy dźwięk, który wyznacza nowy pułap jakościowy odnośnie słuchawek. W skali – tak, wiem, narażę się na niedowierzanie – bezwzględnej. Jeżeli HiFiMAN będzie dotychczasową drogą skokowego progresu, wyraźnych zmian in plus, wprowadzając rozwiązania z tego co na szczycie niżej to… ludzie, to oznacza że czeka nas bardzo, bardzo ciekawa przyszłość. Pułap 16 tysięcy złotych to pułap abstrakcyjny dla 99% osób, dla których nie jest wszystko jedno (co mają na uszach), a dla reszty jest to ofc 100 (najdelikatniej – pukanie się w czoło), ale… no właśnie – jest szansa, że to czego możemy doświadczyć we flagowcach znajdzie się w przyszłości w środku katalogu, poniżej 10k. Zobaczcie jak wielki skok nastąpił w przypadku Hindusów (i nie tylko), pisałem o tym w artykułach poświęconych Sundarom, Anandom i Aryom oraz nowym szóstkom. Patrz ostatnie recenzje:  SundaraAnandaArya i HE-6SE

Bajka, zdania nie zmieniam (patrz zajawka), a tylko się utwierdzam. Absolutnie wyjątkowe są 

Czy te słuchawki wyglądają na cenę, za którą je wołają? Nie, nie wyglądają. Zresztą, według mnie, żadne słuchawki nie są warte nastu tysięcy złotych. Tu ceny nie winduje obudowa (jak w klamotach), nie ma takich materiałów, drogich komponentów, które by dodawały te, tam kolejne tysiące. Nawet dużo lepiej wykonane nauszniki (vide Focal) to nadal, patrząc przez pryzmat ceny detalicznej, totalna abstrakcja. Utopia ;-) To nie jest zestaw kolumn, to nie wspomniana elektronika, to kompaktowy efektor, który nakładamy na głowę. Dwie niewielkie muszle i pałąk, okablowanie (tak, te bywa jeszcze bardziej oderwane od zdroworozsądkowych realiów odnośnie $$$). Nawet jeżeli niektóre z elementów są obiektywnie zaawansowane technologicznie to nadal ceny (rosnące) słuchawek szokują. Jeszcze nie tak dawno temu najlepsze, najdoskonalsze można było kupić za kwoty nieporównywalnie niższe od dzisiejszej stratosfery. Także tutaj nowe HEKi nawiązują do tego niechwalebnego trendu… szkoda, bo odwracając ofertę producenta, widzę progres jakościowo-funkcjonalny przy zachowaniu zdroworozsądkowej wyceny. Zarzut kierowany do wszystkich (tak Mr. Speakers, tak Audeze, tak Sennheiser, tak Focal, tak… itd, itd.), nie tylko do HiFiMANa, w przypadku HEKów, to jedna z dwóch wad jakie wytykam tym nausznikom. Za drogie – to po pierwsze, materiałowo-jakościowo zbyt odstające od równie niebotycznie wycenionych konkurentów – to po drugie. Ok, odfajkowane minusy. Cała reszta – wierzcie mi, albo nie wierzcie i koniecznie zweryfikujcie na AVS, lub w jakimś salonie, gdzie demówkę dorwiecie – to POEZJA. Czysta przyjemność i rozkosz, coś czego do tej pory słuchając słuchawek (Orfeusze czy K-1000 były na łbie na tyle krótko i na tyle efemeryczno-niemiarodajne, że ich nie wliczam), jakichkolwiek dostępnych do kupna w sklepie słuchawek, nie doświadczyłem. To REFERENCJA. To PUNKT ODNIESIENIA. Bo tylko te potrafią to, o czym poniżej.

Tylko te…

» Czytaj dalej

Domknięcie tematu – HiFiMANy HE-1000SE w redakcji

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_4334

To domykamy, w komplecie znaczy się. Zaraz, jak w komplecie a Susvarna, a elektrostaty?  Cóż, wszystko to uberstratosfera, odpuszczamy testowanie takich precjozów u nas – i tak HEK SE łamią nasze reguły, mielą zasady, bo dla mnie wszystko powyżej pułapu 10k za efektor słuchawkowy  to rzecz o marginalnym (bo jednostkowym, totalnie niszowym) znaczeniu. Owszem, ktoś takie rzeczy kupuje, ale wiecie – garstka ludków, którzy po nabyciu mają coś, co (chyba że uzyskało status „kultowe”) traci dramatycznie na wartości, a progres w SQ zazwyczaj jest procentowy (lub ekhmmm czysto umowny ;-) ). Nie, nie chcę przez to powiedzieć, że to nie ma sensu, że nie mają racji bytu… widać mają, jak znajdują się chętni, są zainteresowani, są nabywcy. Ale w praktyce to takie pisanie o niczym… bo kto tego będzie doświadczał, kto sobie na takie coś pozwoli. No właśnie – statystycznie – nikt.

Także HE-1000SE są, bo to zwieńczenie drogi zapoczątkowanej przez przetestowane przez nas wcześniej, w zacnym towarzystwie (Ethery) tysięczniki (wtedy za ten high-end płaciło się dychę), to – w praktyce – najwyższa półka u HiFiMANa, coś co ma się ścigać z Utopiami, z LCD-4/24, czy jak oni tam znowu nazwali to samo w tym całym Audeze, z Rumunami (Meze), z Mr. Speakersami czy z FADami itd, itp… właśnie, odnośnie FADów, mam nadzieję, że uda się zrobić porównanko FAD-ów D8000 z HEK SE, konfrontując obie konstrukcje ze starymi, jarymi kapciuchami (redakcyjne LCD-3). HiFiMAN tym razem przywalił prawie 16k na metce, cóż – tanio to, to nie jest – podobnie konkurencja we flagowcach zbliża się do kolejnej granicy 20k za nauszniki i można by załamywać ręce, do czego to wszystko zmierza, ale w sumie – po co? Akurat HiFiMAN, podobnie jak Audeze (choć HiFiMAN ma bogatszą, lepszą ofertę wg. mnie) oferują obecnie sporo wybornych słuchawek w cenach niższych, czy nawet po prostu przystępnych. Także jakaś równowaga, jakiś balans jest i nawet jak high-endy słuchawkowe uciekają nam w sferę „o rzesz Ty” to można, jak wyżej, cieszyć się świetnym brzmieniem za ułamek tych prawie 16k.

Słuchawki przyjechały bez dodatków, soute z kablem, taki zestaw demówkowy. Formą przypominają poprzedniki (V2 też co nieco słuchane było), ale – jednak – sporo się zmieniło, przy czym głównie w środku muszli, same słuchawki zewnętrznie (zdaje się) to, to samo. Dopiero jak weźmiemy je w łapy, nałożymy, czuć różnicę. Są lżejsze, wygodniejsze, kabel znacznie sensowniejszy, nie sztywny (podobnie jak w innych, przetestowanych z najnowszego wypustu – nie we wszystkich, bo nie w najtańszych). To raz. Dwa – te słuchawki są znacznie łatwiejsze do wysterowania. HiFiMAN skoncentrował się na uczynieniu z HEK SE słuchawek zdolnych do grania z każdej (niemalże) dziurki. Nawet smartfonowo-tabletowej dziurki. Na pewno bez żadnych ale posłuchacie sobie z dowolnego DAPa, z wielkim zapasem napędzi je taki DAC/AMP jak mobilny Chord Mojo (patrz zdjęcia), nie będzie problemów z wieloma małymi USB dakami, nie mówiąc już o takim lampiszonowym WooAudio WA8 (patrz fotki). Uniwersalność? Raczej chęć zaoferowania słuchawek, które nie wymagają bardzo określonego toru – bo też lepiej drogi DAP, nie jakiś fon, solidny słuchawkowy AMP, a nie wyjście w budżetowej integrze, ale jw. słuchawki mogą grać ze wszystkiego… zupełnie inaczej, niż poprzednie generacje, niż pierwsze generacje ortodynamików, gdzie trzeba było dużego, słuchawkowego pieca, gdzie apetyt na moc wielki był. Tu tak nie jest. Tutaj nowe HEKi przypominają proste do napędzenia słuchawki mobilne. O_0 Rzecz jasna dobre źródło, dobry materiał, dobry prąd – to wszystko nam potem zaprocentuje, gdy o to wszystko zadbamy. Ok, ale taki V30 (LG) zagra, zagra jakiś wyczynowy Walkman (albo inny sprzęt z 4,4mm złączem, taki kabel zbalansowany, nie 4 pinowy XLR, znajdziemy w komplecie, w pudle btw, a to wielce wymowne – przyznacie – jest), zagrają coraz to doskonalsze, chińskie, audio multi-toole (wspominałem wcześniej – zatrzęsienie tego, a każden jeden z topowymi ESS albo AKM).

FMJ. No rasowo, rasowo się prezentują nowe HEKi

Pytanie, kto założy 16k na głowę i pójdzie na spacer, weźmie takie słuchawki w podróż (nie – nie składają się, choć muszle przynajmniej na płasko można) …pozostaje otwarte. Wróć. Może i ktoś tam jednak weźmie, bo w praktyce prywatny jet (popularne w bogatym, nadwiślańskim kraju), bo limo z własnym kierowcą, czy – mówiąc wprost – na każdym poziomie tzw. rządowa eRka. Tak, to jakoś mogę sobie zupełnie bezproblemowo wyobrazić. W końcu apetyt włodarzy na „paciorki” wielki, głód gromadzenia z publicznego ogromny, także może takie nauszniki, faktycznie, w tej tam limo, z przenośną aparaturą będą w sam raz. Można by mieć co prawda wątpliwości, czy to ten target, ale mniejsza. Tylko pytanie, jak zniosą te słuchawy duże przyspieszenia i na ile są mechanicznie odporne? Wyglądają na solidne, choć tu i ówdzie ściera się z nich lakier (ale FMJ zasadniczo, także pęknąć, nie pękną). Chłopcy z SOPu mogą zawsze przetestować, a że niezawodnie to zrobią, to jasne jak słońce w Toskanii. Słuchawki HiFiMANa są wykonane z większą powtarzalnością od Audeze, są też konstrukcyjnie dużo solidniejsze (pałąk w moich trójkach to jest kompletne nieporozumienie, w nowych modelach nieco poprawiono dbałość, ale z naciskiem na nieco). Także jak już te kilkanaście tysięcy na kołach w kolumnie, bez sygnału, z szybkością nadświetlną, w środku aglomeracji będzie się przemieszczać, to jednak HiFiMANy imo lepiej. Złącza 3.5mm w muszlach to też pewne, proste i skuteczne rozwiązanie, a nie jakieś tam wychodzące z mięskiem wypuski w LCD-kach (tak, doświadczyłem tej standardowej niedoskonałości w „kapciuchach”), gdzie wyjęcie kabla z gniazda może zakończyć żywot słuchawek.

Dźwiękowo, pierwsze wrażenia, są takie: super szybkie, znaczy super dynamika, bardzo rozdzielcze, znaczy precyzyjne aż (czasami) nawet za i hektary, czyli sceneria – prima sort. Przestrzeń będzie tutaj pewnie jednym z największych atutów i czymś, co przykuwa z miejsca uwagę. Od razu zaznaczę jedno – są inne od Arya i Arya były bardziej pod moje gusta. Na wstępie. Kontynuują szkołę grania HEKów, nie ma co do tego żadnych wątpliwości, tu jest to samo, tylko że jeszcze więcej, mocniej, bardziej. Progres niewątpliwie jest i to znaczny, bo już po nałożeniu (fakt, wygrzanych, wiele pewnie set godzin grających) demówek od razu czujemy, że to nie przelewki, że w ramach highfidelity jest tu wyczynowa precyzja, wyczynowa reakcja (naprawdę natychmiastowa) oraz holo. W trudnych motywach (Amenra), w eksperymentalnych wygibasach (Public Memory), ale też wielkich, symfonicznych składach rejestrowanych przez wytwórnię 2L (z prawdziwym, nie syntetycznym instrumentarium) jesteśmy zaskakiwani ogromem informacji, potężna dawką „wszystkiego”, co początkowo – wierzcie – nieco onieśmiela, przytłacza wręcz. Trzeba się z takim przekazem oswoić, bo to jest rzecz jasna kreacja (jak każde odtworzenie), ale kreacja naturalistyczno-realistyczna, że tak powiem. Dla zwolenników takiego brzmienia, bez śladu koloryzacji, własnej interpretacji (w sensie, odbioru, bo wiadomo), bez faworyzowania czegoś, kosztem… no naprawdę czapki z głów. Mając w pamięci parę wizyt w pewnym sopockim salonie z porywanymi i słuchanymi w piwnicy D8000 mam na razie takie przeświadczenie, że HEKi SE potrafią więcej (przy zbliżonym ogólnie patencie na reprodukowanie dźwięku w obu tych flagowcach). Trzeba to będzie jeszcze skonfrontować w bezpośrednim porównaniu.

Te kable tak mają, jakby się łamały, ale się nie łamią, choć tak to wygląda. Lekkie, bardzo wygodne słuchawki, siak czy tak raczej trudno wyobrazić sobie „on the go”

Poniżej, zwyczajowo, parę fotek, prezentujących tytułowe oraz okoliczności w jakich są / będą testowane. Oczywiście skorzystamy z gościnności pewnego sopockiego salonu i sobie przesłuchamy na paru mocarnych konfiguracjach, ale to co w redakcji – w sumie – jest wystarczające, by wyrobić sobie miarodajną opinię. Kapcie malują, to dalekie od realizmu, granie, pulsujące, ciepłem podszyte, a te tysięczniki nowe całkowicie inaczej, wręcz w opozycji do LCDków „śpiewają”. To dwa różne światy. Inne. Obiektywnie prawdziwsze HiFiMANy, ale też niekoniecznie pod gusta, które mogą skłaniać do wyboru kapciuchów. Tu decyzja jest wypadkową preferencji i to bardzo radykalnie tak, bo nie chodzi o niuanse, o coś zbliżonego, czy podobnego, a o coś krańcowo odmiennego. Super. Lubię takie kontrasty. Aha, basior jest fizjologicznie namacalny, naturalistyczny, obficie dostarczany, dojmująco głęboki, no „trzewiasty” taki… Cholera, te słuchawki, w odbiorze nasuwają skojarzenia z dużymi paczkami (wiecie, naprawdę, dużymi, ogromnymi paczkami, jak te najmocarniejsze Wilson Audio). No, no.

PS. Nasze recenzje hifimanowego hindu (i nie tylko) wypustu: Sundara, Ananda, Arya i HE-6SE.

» Czytaj dalej

TrueConnect: pierwsze wrażenia z testowania bezdrutowych IEMów RHA & finał

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_2201

Są AirPodsy i długo, długo nic. Tak wygląda obecnie ten segment. I pewnie będzie tak wyglądał za rok, dwa lata, trzy… Apple jest / będzie niekwestionowanym liderem, podobnie jak to ma miejsce w przypadku smart zegarków. Co jest najważniejsze odnośnie takiego produktu? Dźwięk? Znaczy jakość dźwięku? Najważniejsza jest stabilne, pozbawione dropów, problemów z synchronizacją działanie i bezobsługowe (najlepiej) łączenie z wszystkim, co jest na podorędziu. To, plus akceptowalnie długi czas działania, wyznacza w prawdziwie bezdrutowych słuchawkach dousznych wzorzec, jest punktem odniesienia. Jakość dźwięku oczywiście nie jest pomijalna, ale w sytuacji, gdy coś z powyższego zawodzi w ogólnym rozrachunku się nie liczy. W ogóle się nie liczy. To ma działać przenośnie (bo przecież nie w domu, albo inaczej, w domu to co najwyżej przy okazji), ma działać dobrze, pewnie, z gwarancją POWTARZALNOŚCI. Niepomijalne są kwestie nawigowania, sterownia (w AirPodsach zorganizowano to źle), jakości rozmów (bywa z tym tragicznie w niektórych tego typu produktach) oraz ergonomii, wygody użytkowania (duże pudła nosidełka, ładowarki odpadają w przedbiegach). Produkt Apple (opisany u nas rok temu) to coś, co pasuje, bądź nie pasuje (pchełki) do anatomii potencjalnego użytkownika, to coś co w związku z taką, a nie inną konstrukcją, może nie być dla każdego (ale – strzelam – tym którym wypada, nie „leży”, jest zdecydowana mniejszość, patrząc przez pryzmat popularności).

Forma airpodsopodobna, ale nie tak inwazyjna (wygląd) jak produkt Apple

No dobra, to co z resztą (segmentu), czy ktoś tu próbuje nawiązać, czy wręcz przeciwnie, nie ściga się, bo wie że to daremne i chce zaprezentować coś dla nieco innej (niż masowa) grupy odbiorców? Zabrzmi to dziwnie, ale wg. mnie najlepszą alternatywą dla AirPodsów będą albo słuchawki dużo droższe (i w paru aspektach zdecydowanie lepsze …od razu uprzedzam, nie ma takich na rynku), albo coś w porównywalnej, czy najlepiej niższej cenie – co w tych kluczowych – powyżej podanych parametrach, nawiąże równorzędną walkę z jabłkowymi słuchawkami. Tu też, póki co, nie pojawił się wg. mnie równorzędny produkt. To może nie ma sensu w ogóle podchodzić do tematu? Jest coś, co jest wyznacznikiem i ściana? Trochę tak, ale jednak nie, bo wielu próbuje, ze zmiennym szczęściem próbuje i RHA TrueConnect doskonałym tego przykładem jest (*oraz Senki Momentum Wireless IEM, słuchane w Berlinie, słuchane w Warszawie, też o nich tutaj co nie co jeszcze będzie).

 

Jak to u RHA… na bogato

Od strony ergonomicznej RHA wykonało kawał dobrej roboty. Słuchawki są leciutkie, wygodne, doskonale trzymają się ucha, są (mimo nieco przypominającej AirPodsy formy vide rurki) znacznie mniej inwazyjne (wygląd), samo nosidełko do przenoszenia, ładowania małe, zgrabne, wykonane z dobrych (jak słuchawki) materiałów tj. wysokiej jakości plastiku i metalu. Jest USB-C a nie żadne tam micro, no jak sami widzicie na wstępie jest naprawdę dobrze. A jak to wygląda po paru tygodniach dość intensywnego, na wynos, testowania?

Zainteresowani? Zapraszam…

» Czytaj dalej

Oppo nie żyje, niech żyje Zidoo? X20 PRO video + Roon

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_1937

Nieodżałowane Oppo. Sprzęt podlegający modowaniu przez najlepszych specjalistów z branży, coś co godziło kino o najlepszej jakości obrazu z doskonałym dźwiękiem stereo oraz wielokanałowym. SQ na poziomie prawdziwie high-endowym, sieć i fizyczny nośnik pod jednym dachem, dobre wsparcie i ugruntowana pozycja na rynku audio oraz video. Do tego w atrakcyjnych cenach to, to dostępne przez plus minus dekadę z okładem. I nagle koniec, finito, Oppo kończy z segmentem wieloformatowych odtwarzaczy AV, z produktami stricte audio kończy. Żałoba.

Piękne to, to nie jest… ale pilot BT w komplecie i wicie, rozumicie, można schować klamota w meblościance

Na szczęście świat nie zna próżni. Na miejsce tego, kto był niekwestionowanym liderem w swojej, dość niszowej, działce, pojawia się ktoś nowy. Nie, nie mamy już fizycznego nośnika, bo ten jednak w coraz bardziej oczywisty sposób przechodzi do lamusa. Są za to aż dwie szybkomontażowe (bez narzędzi) zatoki dla dysków, pokaźna bateria przyłączy z takimi kwiatkami jak USB-C, jak symetryczny tor audio @ XLR, jak aż trzy porty HDMI (2 z 4K) do wyprowadzenia obrazu najlepszej jakości oraz osobno samego audio (ARC), opcja pozwalająca na podpięcie komputera (USB DAC), wyczynowa, choć nie szczytowa kość, bo w mobilnym wariancie, ESS9038Q2M, multum ciekawych możliwości zaszytych w oprogramowaniu (wymuszenie HDR na ekranach SDR, konwersja materiałów w locie, pełna obsługa obrazów płyt SACD (ISO) oraz BD (z menusami, ofc także 4K) itd itp.

BD z ISO, BD z menusami pełnymi, wysokooktanowe, 4K, 40-50Mbps bez zająknięcia itd it
SACD ISO, wszystkie opcje: menu, 2ch, 4ch, 5.1ch… Blu-ray Audio…

Sprzęt mający w zamierzeniach producenta stanowić najlepsze źródło w bardzo rozsądnym budżecie, głównie źródło lokalne (dwa dyski, system Open-WRT / NAS) oraz sieciowe (po sieci lokalnej, jak i w Internecie) do tego – co warto podkreślić – region free (wybór odpowiedniego, dobranego pod odtwarzany materiał: A/B/C. Oczywiście jako standard w tego typu konstrukcjach pełna obsługa zew. napisów, bogate możliwości ustawienia pracy wewnętrznych układów (jak, przykładowo, 9 filtrów dla sygnału audio, regulacja efektu HDR dla video)…

Do tego (de gustibus) niekoniecznie trafiająca w estetyczne gusta obudowa może nie być w ogóle widoczna, a to dzięki inteligentnemu pilotowi zdalnego sterowania działającego w oparciu o bezprzewodową łączność BT. Całość pod kontrolą Androida 7.1 z obiecanym upgrade to wersji 8.x. Imponująco, prawda? No nieźle. Ale imponująco to zrobiło się jakiś miesiąc temu. Imponująco w zakresie audio, dodajmy. W wersji 1.6 Roon labs wprowadził pełne wsparcie dla Androida (obsługa protokołu RAAT) i jako, że system w X20 Pro to dokładnie taki sam Android jak na telefonie (co ma swoje istotne minusy odnośnie obsługi, UI niedopasowanego do okoliczności telewizyjnego, czy projekcyjnego ekranu korzystamy z  tej integracji pełnymi garściami. Tak jak iPad, czy iPhone staje się z automatu end-pointem, tak też nasz X20 staje się i mimo pewnych problemów obsługowych (w sensie, sama skrzynka i korzystanie z pilota) możemy cieszyć się androidowym end-pointem z 9038 i zbalansowanymi wyjściami na pokładzie. Działa to sprawnie, także wszyscy właściciele androidowych boksów, macie mocarną opcję audio w pakiecie.

Czas przejść do sedna, opisać klamota, poinformować jak sobie radzi z odtwarzaniem multimediów i czym właściwie jest (audio), a czym nie jest (audio). W zakresie video nie ma zaskoczeń, to bardzo dobry sprzęt do kina domowego, bezproblemowo radzący sobie z praktycznie każdym materiałem, czego niestety nie da się powiedzieć o strumieniach z sieci – tu musimy liczyć się ze sporymi ograniczeniami. To słabszy punkt, choć można to do pewnego stopnia zniwelować (strumieniem z telefonu/tabletu via miracast, można  na wejściu HDMI wpiąć jakiegoś dongla typu Chromecast czy Roku). Zaraz ze wstępniaka zrobi mi się recenzja cała. Zapraszam do lektury:

» Czytaj dalej

Pylon Audio Diamond Monitor w testach na HDO

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_2719

Ułoooo, co to za wybarwienie?! Po wyjściu z pudła byłem w lekkim szoku, bo też kolorystyka kolumn miała być niespodzianką i cóż – tego to ja się nie spodziewałem. Mówi (lepsza połowa) lawendowe. Dla mnie po prostu fioletowe. Chyba nie ma drugich takich, w ogóle nie ma nigdzie. Pokaz możliwości producenta, który słynie z tego, że wyczaruje każde, nawet najdziksze wybarwienie z palety RAL. I dobrze, bardzo dobrze, bo kolumny to – wiecie – mebel, dobrze widoczny mebel i to ma zachwycać (mniej wyrozumiałe żony* powiedzą – nie przeszkadzać). Ma współgrać z wnętrzem, ma prezentować się wybornie, współgrać z estetyką, gustem domowników, pasować jak ulał. To ważne, bardzo ważne, bo dzisiaj zwraca się bez porównania więcej uwagi na to jak wygląda, czy pasuje, czy nie psuje (harmonii, feng-shui czy cholera wie czego tam jeszcze). No i Pylon robi to dobrze, bo raz – najmocarniejszy jest w stolarce i nie boi się projektów niebanalnych, a przy tym zachowuje znakomitą jakość, bo dwa – pełna paleta RAL plus klasyczne kolumnowe dekory plus wykończenie olejowskiem plus wysoki połysk plus najmatowszy mat robią zasadniczą różnicę. Różnicę na plus. Dodajmy do tego pełen serwis, pogwarancyjne wsparcie, możliwość naprawy, wymiany, polakierowania, a nawet… zmiany wybarwienia. Tego – zwyczajnie – nikt inny nie oferuje. Bo polski producent? Yhy, to też, ale wiecie, inni jakoś takiego poziomu posprzedażowej obsługi nie zapewniają. Chwalę, bo jest za co. BTW. Tak się złożyło, że na stanie też polskie, też krajowa myśl techniczna, okablowanie w dopasowanym jak ulał kolorze oplotu. Melodikowy Purple Rain, oczywiście z Księciem obowiązkowo z tacki granym ;-)

Piszę o tym wszystkim, nawet nie muskając sedna, to znaczy samych kolumn. Już się poprawiam. Pylonowe monitory bliskie są mojemu sercu, miałem / mam / testowałem wszystko, co wyszło z jarocińskiej manufaktury w temacie: podstawkowce. Firma do niedawna w każdej nowej linii oferowała monitory. To się zmieniło – ichnie flagowce, inne, przewidywane do wprowadzenia na rynek projekty z górnej półki to wyłącznie podłogówki… Decyzja zrozumiała, wszyscy więksi producenci tak mają, to znaczy od pewnego pułapu kolumna musi być duża i jest duża, a ogromne „monitory”, jakie możemy spotkać na rynku, to de facto konstrukcje pokrewne podłogówkom… nie ustawicie ich na regale, na półce, mają dedykowane standy i zasady ich umiejscowienia, ustawienia w pokoju odsłuchowym są tożsame z dużymi, podłogowymi paczkami.

Pylon Diamond Monitor testowane na kreskówkach ;-)
Młodzi Tytani rządzą btw

Dzień dobry :) Na górze D2010/8513, na dole CA18RLY. Prawdziwe, nie udawane 8Ω

Kolumny, które do mnie przyjechały to póki co najwyższa, monitorowa, półka u Pylona. Diamondy krótko stanowiły szczyt oferty, ale szybko pojawiło się coś wyżej, jeszcze wyżej… Producent postanowił zaoferować pełną paletę, przekrój zestawów głośnikowych, tak aby potencjalny klient, nawet taki baaaardzo wymagający i trzymający w garażu, stop, trzymający w salonie graty za dziesiątki, czy setki tysięcy (w sumie) miał w czym wybierać. Prawidłowo, szczególnie gdy popatrzymy ile ten high-end w wydaniu Pylona kosztuje. Oczywiście Diamondy nie są sensu stricte high-endem, to wysokiej klasy hifajowe paczki, takie, które mogą potencjalnie stanowić optymalny wybór dla najszerszego zbioru audio elektroniki… droższych integr, tańszych zestawów dzielonych, mocniejszych lampiszonów do +/- 10k za klamota. Tak to widzę, myślę, że nie mylę się w tych rachubach i pewnie właściciele takich klocków – myśląc: monitory – patrzą na katalogi i te tytułowe na liście uwzględniają.

Mamy tutaj duńskie, modyfikowane przetworniki i to takie najbardziej klasyczne, szczególnie patrząc na kopułkę tweetera, jakie możemy sobie wyobrazić. Projekt stylistyczny kolumn, to w linii Diamond, obowiązkowe pochylenie frontu i tylnej ścianki, co ma przekładać się na ulepszenia w zakresie sonicznym, na pewno przekłada się na wygląd… ten nie może się nie podobać. Serio. To nowoczesna, dzięki pochyleniu, agresywna stylistyka, rodząca skojarzenia z branży moto (subiektywnie, jak super wozidła). Proste, ale oryginalne, czyste linie, niby klasyka, a jednak wyróżniające się, no i to wykończenie… oczywiście klasyczne wybarwienia mają swój urok, styl, ale są przewidywalne, naprawdę polecam zamówić sobie coś oryginalnego, coś z palety. Wtedy taka kolumna wychodzi poza schemat. U mnie jest już po etapie małe wkłada paluszki w membrany, ale opcjonalnie (teraz już dla każdej konstrukcji Pylon Audio) można domówić sobie maskownice (na magnesy montowane, czyli otworów brak, nic nie psuje czystej formy).

Purple Rain, purple rain…

To duże monitory, nie bardzo duże, ale spore, spore, bo nisko-średniotonowiec to nie ułomek, a konkret… 18cm membrana, która tutaj dominuje, ale na szczęście nie zaburza całości, designersko projekt to harmonia składowych. Odnośnie materiałów – mamy tutaj celulozę, mówiłem o klasyce w wyborze przetworników, no i jest klasyka. Ja tam lubię klasykę (i mocne pierdolnięcie też lubię), także w to mi graj ;-) , szczególnie że te seasowe Scan-Speaki zmodyfikowane przez Pylona naprawdę dają radę, już od pierwszych dźwięków dają, a że kolumny pracują zaraz drugą dobę non-stop (jeszcze świeżym lakierem leciały) to i tylko przyklasnąć takiemu wyborowi firmowych inżynierów. Konstruktorzy nie tylko zmodyfikowali duńskie przetworniki, ale opracowali własną zwrotnicę, wygłuszyli owczą wełną (na bogato) wnętrze. Słuszne 10kg per sztuka, wysoka, ale mimo dużego nisko-tonowego speakera, smukła & proporcjonalna obudowa (to pochylenie robi zdecydowanie) domaga się odpowiedniego stojaka. Pylon ma taki specjalnie pod ten model robiony, co jest niewątpliwie atrakcyjną opcją, można też inaczej, ale to inaczej musi dźwignąć dużą, dość ciężką, paczkę. Ścianki są grube, stolarka, jak wspomniałem, pierwszoklaśna.

Jeszcze przed zaaplikowaniem naszego demontowalnego zestawu korekcji akustyki pomieszczenia:
gruby dywan na podłodze (vel koc) & materace po bokach. Z tyłu nic nie trzeba, bo kasetony robią robotę.

Brzmienie na dzień dobry? Dużo dobra słyszę. Kultura, naturalność, pełna kontrola. Nie zgadzam się, że trzeba zatykać port BR. Nie trzeba. Te kolumny nie mają wcale inklinacji do przebasowienia, czy choćby delikatnego przerysowania na niskich. Tak się może wydawać przez parę pierwszych godzin. Potem mija i jest pięknie. Dźwięk potężniejszy od tego, co reprodukują (fuj) na co dzień podłogowe Szafiry 23 (to te odchudzone, fit kolumienki Pylona). Kojarzy się z brzmieniem Topaz 20 (duża, dwudrożna podłogówka), a to – jak pamiętacie – cholernie dobre brzmienie, jedno z najlepszych w moim prywatnym rankingu odnośnie SQ kolumn Pylon Audio. Oczywiście to pierwsze wrażenia, we właściwej recenzji dojdzie do tego pewnie tona spostrzeżeń, będziemy maglować w aż czterech kompletnie różnych torach – z lampiszonem na Mulardach i Telamach, z końcówką NADowską & pre 1020 (vintage), z małym mocarzem C315 oraz ultranowoczesnym Sonos AMPem (świetnie to brzmi po cyfrze, czytaj stream & HDMI/optyk via adapter…. świetnie! Więcej w naszej recenzji rozwojowej). Także będzie się działo, oj będzie. Będziemy manewrować przetwornikami, modelować co nieco, a poza redakcyjnym zestawem oryginałów (KORG, ZOOM, M2Tech) będzie jeszcze parę niespodzianek, które zmierzają do redakcji. Aha, dla przypomnienia, pomieszczenie to salon z otwartą kuchnią (nie aneks w dosłownym sensie, tylko duża, 2 metrowa „śluza”, wybita w ścianie nośnej) c.a 32 metry kwadratowe. Sporo, ale też Diamondy spokojnie w takich okolicznościach wypełniają dźwiękiem przestrzeń. Można je widzieć w roli zestawu do dużych salonów, dużych pomieszczeń – swobodnie.

Galeryka poniżej…

* żeby nie było seksistowsko, są Panie które nie tylko są wyrozumiałe, ale same mają inklinacje audiomaniackie. Szanujemy, a nawet zazdrościmy

» Czytaj dalej

Recenzja przetwornika Auralic G1 – VEGA pożeniona z siecią

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_0155

VEGA. Jeden z najlepszych przetworników na rynku. Maszynka do wyciągania zer i jedynek z komputera (bo to głównie za to chwalono Vegę, to właśnie komputer był tu na pierwszym miejscu, ten DAC kupowany był z myślą o źródle komputerowym). Sprzęt drogi, ale jeszcze przystępny cenowo, jeszcze nie atakujący dla wielu „magicznej” granicy 10k za klamota. Nowa odsłona to poważna zmiana koncepcji, to z jednej rozszerzenie, z drugiej zaś… przekroczenie przez producenta Rubikonu, to znaczy przekroczenie umownej granicy i to bardzo konkretnie. Nowe serie G: G1 i G2 to cenowy high-end, a biorąc pod uwagę całą ofertę to propozycja dla osób, które mogą pozwolić sobie na nieograniczone wydatki na hobby, zwane, odtwarzanie muzyki w domowych warunkach. Mamy zupełnie inny pułap cenowy. Auralic z jednej strony oferuje bardzo taniego Ariesa Mini (Aries duży też już w high-endach, bo też linia G), a potem długo, długo nic i drogie klocki. Trochę tego nie rozumiem. Są w sprzedaży (jeszcze) starsze modele, ale ich żywot rynkowy (poza wtórnym) dobiega definitywnie końca. Dla mnie to mało zrozumiała decyzja, wyraźnie brakuje klamotów z przedziału 3-8k. Cóż, taki mamy klimat. Dzisiaj wielu producentów za punkt honoru stawia sobie wyścig zbrojeń w cenowej stratosferze. Nie pochwalam, uważam to za brak szacunku wobec potencjalnych klientów. Jakby nie patrzeć, stratosfera, od zawsze była zarezerwowana dla nielicznych. Widać pewien niepokojący trend w elektronice, podobnie jest ze słuchawkami (z chlubnymi wyjątkami). Wszędzie, chcą więcej, niekonicznie adekwatnie, a coraz częściej nawet gorzej – oferując mniej (funkcjonalność) za więcej (pieniędzy).

Dobra, dość marudzenia, czas przedstawić jegomościa. G1 to maszyna znakomicie wykonana. To kawał skrzyni. To na bogato. Tak. Widać, że Auralic chce więcej za konkretne więcej. Przynajmniej odnośnie aparycji, wyglądu, formy – ten sprzęt niewątpliwie kojarzy się ze stratosferą, mimo poczynionych względem jeszcze droższego G2 cięć (materiały, nie forma), prezentuje się wyśmienicie. Duże, ciężkie bydlę. Niby tylko DAC, bo przecież jw. VEGA to DAC, ale jednak nie tylko DAC, a coś więcej. Tak więcej, bo mamy tutaj przedstawiciela nowego pokolenia tj. sprzętu skojarzonego z siecią, tak zwanego streaming DACa. Strumieniujący, czytaj, uniezależniający się od transportu komputerowego, co jest tu niewątpliwie warte odnotowania. Odpada często kłopotliwa rzecz, jaką jest odpowiedni, dobry, dedykowany PC pod audio, ale też rodzi to pewne konsekwencje, o czym przeczytacie poniżej. Także mamy taką opcję i rzecz jasna grzech byłoby nie skorzystać, prawda? No dobrze, ale przecież to VEGA, to przetwornik, coś – także – do połączenia źródeł, dodatkowo preamp cyfrowy, bo VEGA to także potencjometr. Odpowiemy sobie zatem na pytanie, czy ta droga maszyna może być kluczowym (bo przecież gała i dekodowanie) elementem toru i to takiego toru, który kosztuje w sumie kilkadziesiąt tysięcy (high-end, jeszcze nie zahaczający o poziom handlu narządami). Ten G1, dodatkowo, coś ma i czegoś nie ma (co bardzo było przez niektórych krytykowane). Ma dwa jacki, jest więc także – niby – docelowym rozwiązaniem pod słuchawki. W końcu tyle kosztuje, więc powinien… Nie ma natomiast kieszeni na dysk w środku, nie ma USB dla zew. nośników, nie może być rozpatrywany jako lokalny, muzyczny serwer, bo takiej funkcjonalności po prostu tutaj nie przewidziano. Może być końcówką (end-pointem) dla takiego Roona, ale samodzielnie z ograniczeniami wynikającymi z przyjętej koncepcji. Jak chcemy budować system all-in-one z własną kolekcją lokalnie, to trzeba kupić Altaira. Tak to sobie w Auralic-u wymyślili. Także macie Mini za około 2k, który ma „wszystko”, potem długo, długo nic, jest Altair G1, potem długo, długo nic i VEGA G1 – taki podział, jak wyżej. No i stratosfera (G2). Albo, albo. Czy to dobrze, czy źle, pozostawiam finalnie Waszej ocenie, ja skupię się na tym, co fabryka dała, bo wg. mnie… nie wszystko tu wyszło tip-top, nie wszystko.

Zapraszam…

» Czytaj dalej