LogowanieZarejestruj się
News

Tidal 2.0. Mobilna aplikacja przebudowana. Czekamy na wersję PC/Mac

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170720_221554000_iOS

Zmiana jest na tyle poważna, że warto coś o niej więcej napisać na łamach. Tidal był (słusznie) krytykowany za mocno niedopracowany, dość chaotyczny interfejs i delikatnie rzecz ujmując brak wizji. Zmiany, jakie wprowadzano do aplikacji niewiele zmieniały. Inni zrobili to, co by tu dużo nie mówić, dużo lepiej (chyba najsensowniej wygląda to w Spotify, całkiem nieźle w Deezerze, a Apple ciągle szuka, ostro majstruje, na razie efekt jest wg. mnie mocno taki sobie). Nowa odsłona to całkowita przebudowa interfejsu, a cała idea zasadza się na szybkim, czytelnym dostępie do tego, co najważniejsze. I faktycznie (pomijając kwestie estetyczne – to wymaga moim zdaniem polerki) jest dużo lepiej, sensowniej. Zamiast rozwijanego menu ala komputer, zamiast zaszytego mocno dostępu do podobnych wykonawców, do informacji o artyście / materiale, mamy wszystko co trzeba dostępne na jednym panelu. To ma sens. Ma też sens przewijany, trójpanelowy ekran odtwarzania. W mobilnej aplikacji TRZEBA korzystać z możliwości, jakie oferuje sprzęt wyposażony w ekran dotykowy, NIE MOŻNA stosować rozwiązań rodem z komputera obsługiwanego myszką, gładzikiem… Tidal 2.0 zrywa z niespójnym, przeładowanym (dotarcie do treści zajmowało stanowczo za dużo czasu) UI.

Na tablecie

Miałem cichą nadzieję, że wraz z takimi, istotnymi zmianami zadebiutje to, na co wielu użytkowników czeka… pliki Masters, hi-resy, a wraz z nimi dekoder softwareowy MQA, który na razie działa wyłącznie na komputerach (w aplikacji, przez web panel nie działa). Cóż, widać wymaga to więcej czasu, trzeba uzbroić się w cierpliwość. Szkoda. Tidal musi to wprowadzić jak najszybciej, jeżeli chce powiększyć w istotny sposób bazę użytkowników – w końcu to jeden z tych elementów, który wyróżnia go na rynku usług streamingowych. Mimo sporych nakładów, wielkiej determinacji (MQA, integracja w ROONie, umowy z opami, wprowadzenie jako opcja w wielu firmowych aplikacjach sterujących sprzętem audio etc.) Tidalowi nie udaje się przebić, baza użytkowników jest w porównaniu z liderami niewielka (nie ma obecnie precyzyjnych danych, Tidal ich nie podaje – a nawet pojawiły się informacje że zamiast 3 mln… dane z końcówki 2016 roku… realnie jest tylko 30% tej liczby, tj. 1 mln aktywnych subskrybcji!), wręcz niezwykle mała. Porównajmy to do takiego Spotify z ponad 50 milionami, czy Apple z 21 milionami, czy nawet 4-5 milionami francuskiego Deezera.

Tak, czy inaczej, zaproponowane zmiany idą w dobrym kierunku. Tu jest potrzebna praca u podstaw, że tak powiem. Nie da się, nawet mając najlepsze intencje, ciekawe pomysły dotyczące współpracy z artystami (w końcu, to właśnie Tidal nazywany jest platformą stworzoną przez artystów dla artystów), wprowadzenie hi-resów z patentem na takie strumienie (MQA) nie zastąpi wygody nawigowania, wygody obsługi oraz atrakcyjności tego, co właśnie jest łącznikiem… aplikacje muszą być bez zarzutu, muszą się podobać, muszą się sprawdzać w codziennym użytkowaniu. Bez tego wszystkiego, zwyczajnie nie da się osiągnąć sukcesu. Tidal ma możliwości, których nie mają inni. Od teraz może w udany sposób łączyć muzykę, wideoklipy, dużą bazę informacji (są naprawdę na poziomie, bardzo warto) wreszcie bezpośredniego kontaktu z ulubionymi wykonawcami (koncerty / bilety oraz social media) i jedyne, co pozostaje, to polerka oraz (jak wyżej) wprowadzenie hiresów do mobilnej aplikacji. To, że raczej nie uda się osiągnąć poziomu, takiego jakim może poszczycić się Spotify jest oczywiste… w końcu za lepszą jakość tutaj się dodatkowo płaci, a cena jest najistotniejszym elementem oferty… generalizując. Jak komuś streaming stratny, albo (nawet) coś poszatkowane reklamami wystarcza do szczęścia to proszę bardzo (i takich konsumentów, nie oszukujmy się, jest większość). Dla tych, którzy mają inne potrzeby jest (póki co) Tidal HiFi. Nie jest i nie będzie to zupełnie niszowy Qobuz, tu także nie mam co do tego złudzeń. W przypadku tego ostatniego mamy do czynienia z bardzo kosztownym, choć niezwykle bogatym treściowo, abonamentem łączącym stream i pobieranie plików ze swobodą korzystania z nich poza aplikacją dostępową.

Na telefonie

Także trzymajmy kciuki za Tidala, bo na razie nic nie wskazuje, że będzie alternatywa. Chyba, że… pisałem o tym, przy okazji jabłczanego HomePoda (głośnik bezdrutowy – premiera grudzeń 2017) oraz AirPlay’a 2. Kto wie, czy Apple nie postanowi walczyć z liderem (Spotify) za pomocą strumieni o jakości płyty CDA, a może i lepiej (niebawem krótki artykuł od ludzi zajmujących się przygotowaniem plików na potrzeby iTunes… parę bardzo, bardzo ciekawych, wymownych rzeczy się dowiedziałem). To raz. Deezer też coś kombinuje, ale chyba bez przekonania (Elite). To dwa. A trzy to Spotify, które pracuje nad wprowadzeniem jakości bezstratnej, przy czym nie będzie to prawdopodobnie dodatkowa opcja, a coś z zupełnie innej beczki. Ciekawe w jaki sposób to zaoferują. Bardzo ciekawe. Poza aplikacją mobilną jest jeszcze (wymagająca modyfikacji) aplikacja komputerowa, oferująca obecnie najbardziej rozbudowaną funkcjonalność (Masters). Tam nie tylko przydadzą się zmiany takie, jak wprowadzone do wersji dla smartfonów i tabletów, ale także coś, co pozwoli na dużo lepszy, bardziej rozbudowany i atrakcyjniejszy w formie dostęp do strumieni o najlepszej jakości. Możliwość nawigowania w różny sposób (wytwórnie, wydania, parametry pliku), rozbudowane opcje dla krzemu (przetworniki C/A) oraz – dodatkowo – jakieś własne rozwiązanie, własny protokół, podobny do tego, który oferuje Spotify (Spotify Connect). Przy czym to ostatnie w bezkompromisowej formie. Cóż, zobaczymy, co wprowadzą do komputerów, czy będzie to głównie UI, czy może przebudowa będzie głębsza…

Poniżej więcej zrzutów ekranowych z iPada / iPhone z krytycznym opisem (premierę miały wersje zarówno dla iOSa, jak i Androida):

» Czytaj dalej

ROON+iPeng9=GAMECHANGER

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170711_101338000_iOS

Nowa aktualizacja ROONa? Nie. Nowe możliwości? Tak. O tym właśnie wielokrotnie wspominałem, opisując potencjał tego front-endu. Tylko front-endu, czy raczej całego ekosystemu z własnym, wyspecjalizowanym systemem operacyjnym? Tak, dzisiaj mówimy o czymś, co przekształciło się w coś dużo większego, dużo ważniejszego, w porównaniu do debiutującego nieco ponad rok temu oprogramowania. ROON ma otwartą architekturę, pozwala na modyfikacje, na stosowanie własnych interfejsów streamingowych (warstwa sterowników) tj. HQPlayer czy JPlaym, pozwala także na instalację pluginów (zaawansowana korekcja, silnik DSP) oraz… to właśnie tytułowy GAME CHANGER integrację z zewnętrznym oprogramowaniem rozszerzającym możliwości. Czy to nie jest całościowe rozwiązanie, na jakie czekaliśmy, jakie chcieliśmy widzieć w świecie komputerów, w przypadku grania z pliku? Oceńcie sami, ja już (od ponad roku) zadecydowałem, wybrałem. To jest to.

iPENG to kawał świetnego softu. Aplikacja, która parę lat temu zadebiutowała w App Store (wyłącznie iOS), stała się jednym z najpopularniejszych rozwiązań pozwalających na odtwarzanie wielostrefowe muzyki w domowych pieleszach. Fundamentem był LMS (Squeezebox / SlimDevices / Logitech). Systemowe oprogramowanie, serwer oraz kontroler multistrefowy w jednym. Logitech niestety porzucił świetne Squeezeboksy, ale na szczęście ogromna popularność tego rozwiązania, prężnie działająca społeczność, pozwoliła na dalszy rozwój LMSa, jego wielorakie modyfikacje oraz otworzyła przed wieloma developerami szanse na stworzenie czegoś nowego, innowacyjnego, nie mającego odpowiednika w świecie PC Audio.

iPeng!

iPENG pozwolił na przekształcenie dowolnego iPhone, iPoda Touch oraz iPada w strefowy odtwarzacz SB, na pełną kontrolę nad dowolną (sic!) liczbą stref, odtwarzanie w czasie rzeczywistym wielu strumieni w wielu pomieszczeniach. Jakby tego było mało, dzięki modyfikacjom LMS całość integruje nam dowolne usługi streamingowe (tak jest Tidal, jest Spotify i wiele innych), pozwala na strumieniowanie hi-resów (modyfikacja EDO w Squeezeboksach)… to coś, co w takiej skali stanowiło unikalny patent na streaming i to (cofając się) parę lat temu, kiedy te wszystkie rzeczy były zupełnie nowe, świeże, dopiero raczkowały. Ok, zostawmy na chwilę te historyczne nawiązania, dotyczące samego iPenga, zobaczymy co się stało, po połączeniu jednego z drugim…

Czekałem tylko na moment, kiedy iPENG będzie w stanie współpracować z ROONem i …od paru dni stało się to możliwe. Tytan kodu Joerg Schwieder zintegrował swojego iPENGa z ROONem. Zrobił to PERFEKCYJNIE. Efekt, cóż, przekroczył moje wyobrażenia. A przecież mówimy „tylko” o połączeniu dwóch, do tej pory funkcjonujących osobno bytów… najlepszego wg. mnie oprogramowania audio dla komputerów z czymś, co pozwalało wykorzystać post-pecety ;-) czytaj tablety oraz smartfony w domowym systemie audio jako streamery LMS. Wyobraźcie sobie, jakie to daje możliwości! Każdy handheld z oprogramowaniem systemowym od 10 w górę (iOS10) staje się multistrefowym odtwarzaczem audio, sterowanym za pośrednictwem ROONa, z jego możliwościami: integracją potężnego DSP, integracją internetowych strumieni bezstratnych, także hi-resowych Tidala, nowymi możliwościami zawiadywania lokalnymi bibliotekami audio itd. itp). Dzięki połączeniu tego oprogramowania w jedno, kompleksowe rozwiązanie, możemy przykładowo grać hi-resy z iPada (24/96 – tyle obsługuje na wyjściu tablet Apple) w tym pliki master (w aplikacji mobilnej zarówno na Andka jak i iOSa obecnie nie ma wygodnego dostępu do tego typu materiału, nie ma zakładki masters) korzystając z dużo lepszego, wygodniejszego UI, czytaj integracji tidalowych strumieni w oprogramowaniu ROONa. Ale to, powiem Wam, mało. To dopiero początek.

& ROON!

Testuję rzecz bardzo intensywnie i jestem bardzo pozytywnie zaskoczony jak gładko, jak bezproblemowo to wszystko działa. Każdy kolejny odtwarzacz multistrefowy (wszystko jedno czy iPhone, czy iPad, także starszej generacji, byle był zgodny z najnowszym iOS) odtwarza muzykę z ROONa bez żadnych „ale”, reaguje natychmiast, a dodatkowo (właśnie!) można na nim skonfigurować parametry odtwarzania dźwięku w sposób niedostępny do tej pory dla jabłkowych handheldów. To już zasługa samego ROONa, jako przykład niech posłuży binauralizacja nagrania w locie, ustawiona w silniku DSP. A to tylko mały przykład  nowych możliwości. Każdy handheld może dzięki adapterowi CCK (Camera Connection Kit) przekształcić się w wysokiej klasy strumieniowiec. Wystarczy podpiąć jakiegoś DACa (w praktyce dowolnego stacjonarnego i większość mobilnych). W takiej konfiguracji mamy to, co w ROONie nazywa się BRIDGE, czytaj end-point oparty na dowolnym komputerze z zainstalowanym oprogramowaniem, przekształcającym taki PC w końcówkę systemu audio dla systemu opartego na tym software. Jakby tego było mało, możemy znacznie zwiększyć możliwości naszych bezprzewodowych głośników oraz słuchawek, korzystających z transmisji via Bluetooth. BT nie jest z wiadomych przyczyn wykorzystywane w rozwiązaniach wielostrefowych (ograniczenia interfejsu, zasada działania point-to-point), tutaj jednak możemy wprząc słuchawki, czy głośnik do naszego multiroomu, odtwarzając muzykę via ROON. Wygodnie, bo z handhelda. Więcej. Można w ten sposób sterować odtwarzaniem (podstawowe funkcje) ze wzmiankowanego słuchawek, głośnika. Więcej. Można odtwarzaniem zawiadywać także z poziomu zegarka (vide Pebble, patrz obrazki). Sam iPENG, dzięki pełnej integracji, pozwala na pełne wykorzystanie stref w ROONie. Ot, po prostu uruchamiamy aplikację ROON REMOTE (iOS) i już. Przy czym nie tylko zawiadujemy odtwarzaniem w strefach jak to miało miejsce do tej pory (przed integracją iPENGa), ale (dzięki temu, że iPENG przekształca nam każdego handhelda w end-pointa, źródło dźwięku) również gramy muzykę za pośrednictwem iPhone czy iPada (względnie iPoda Touch).

Sterowanie strefami z zegarka?

Widgetowa wygoda

Dzięki widgetowi w iOS możecie spokojnie sterować odtwarzaniem bez zaglądania do apki, możecie także (równie dobrze) skorzystać z podstawowych funkcji sterowania na ekranie blokady. Jak wspomniałem przekazujemy dźwięk na podłączone bezprzewodowo bluetoothowe efektory, oczywiście możecie także w jednej chwili odpalić dodatkowe strumienie na podpiętym do CORE DACu, strumieniowcu (DLNA/AirPlay… może to być jakieś AppleTV, AirPort Express, albo dowolny streamer z obsługą standardu uPnP/DLNA, a nawet własnym sposobem dystrybucji dźwięku vide Sonos) czy strefowym end-pontcie opartym na komputerze (wspomniany BRIDGE z PC/MAC & DAC). To jedyne takie rozwiązanie na rynku, oferujące taką skalowalność, takie możliwości, w połączeniu z obsługiwanymi strumieniami z sieci (Tidal), pełną obsługą DSD (w tym konwersji PCM@DSD w czasie rzeczywistym) oraz potężnym silnikiem DSP. Co ważne, obecnie, po wprowadzeniu (wreszcie!) obsługi UAC 2.0 (USB Audio 2.0) do Windowsa, można ROONa potraktować jako docelowy, kompleksowy sposób dystrybucji dźwięku, odtwarzania plikowego audio w domu typu plug&play (w Windows 10 nie potrzebujemy po instalacji Creators Update dodatkowych sterowników). Integracja handheldów Apple to domknięcie tematu  (w przypadku Andka było to już wcześniej możliwe, bo ROON wspiera androidowe handheldy via UTG… tu ograniczeniem był/jest sam transport (androidowe źródło audio), który może nie dysponować takimi możliwościami obsługi dźwięku, wyprowadzenia go na zewnątrz).

iPad jako źródło …w ROONie

…i teraz jakiś DAC

…albo bezprzewodowe słuchawki

I tak iPad (iPhone) może być i jest dobrym transportem cyfrowym, pozwala na wygodną obsługę za pomocą dużego, dotykowego ekranu. iPENG oferuje takie właśnie możliwości… stanowiąc warstwę, przekształcającą posiadane urządzenia@ iOS w kolejne, roonowe end-pointy. Identyfikuje nam się to jako kolejny Squeezebox (przy czym możemy sobie dowolnie te sprzęty ponazywać, uporządkować to wedle upodobania) i w ten jakże prosty sposób mamy do dyspozycji kolejne końcówki, kolejne streamery z opcją grania stacjonarnego (stacjonarny DAC-tor) lub mobilnie (vide słuchawki/bezprzewodowe głośniki BT). Ograniczeniem jest tu tylko lokalna infrastruktura sieciowa, przy czym można spokojnie wyobrazić sobie rozbudowaną instalację, która swoim zasięgiem obejmuje (także) spory ogród, taras, patio itd. itp. Dodajmy do tego to wszystko, co oferuje sam ROON w zakresie obsługi dźwięku i mamy coś absolutnie unikatowego. Unikatowego, bo spójnego, bo stabilnego, a jednocześnie integrującego wiele rzeczy w jeden system. Wiele urządzeń, wiele systemów (operacyjnych), wiele odmiennych rozwiązań w coś, co możemy obsłużyć w prosty, szybki sposób w dowolnej liczbie pomieszczeń, w dowolnych uwarunkowaniach lokalowych (korekcja!). A przecież to nie koniec, to „tylko” kolejny etap, bo już się mówi o możliwym wprowadzeniu Dirac Live Room Correction (takie możliwości oferuje m.in. otwarty na rozbudowę możliwości silnik DSP), o wprowadzeniu przez innych developerów swoich plug-inów do oprogramowania. Możliwości są – zwyczajnie – nieograniczone.  

Co dalej? Mobilne granie? W sensie przenośne za pośrednictwem sieci komórkowej. ROON dzięki ROCK (wyspecjalizowany system operacyjny audio dla komputerków NUC) oraz ROON server (względnie CORE, jeżeli ktoś nie wyłącza swojego komputera, np. dekstopa, gdy ten pracuje 24/7) daje mocne podstawy do budowy rozwiązania typu własna chmura audio z dodatkową integracją strumieni z sieci (Tidal) w ramach jednego interfejsu, jednego, spójnego UI. Czy ROON labs zdecyduje się na takie rozwiązanie, czy będzie chciał wejść w temat grania na wynos? Patrząc na to, czym jest obecnie ROON, mało kto może z nimi konkurować w zakresie kompleksowego oprogramowania do obsługi muzyki z pliku w domu. To już system, ekosystem, z nowymi możliwościami, które generują zewnętrzne firmy developerskie, oferujące swoje rozwiązania, uzupełniające to, co gwarantuje sam ROON. To właśnie coś, co robi różnicę, bo jeden, nawet taki jak ROON Labs developer, który dba o rozwój, o wsparcie swojego produktu to dopiero początek. Rozbudowa możliwości oprogramowania może dokonywać się także dzięki zainteresowanym, innym podmiotom – developerom. To podstawowa sprawa w przypadku czegoś, co definiujemy jako ekosystem. Czy ROON jest pierwszym, z prawdziwego zdarzenia, softwareowym ekosystemem audio?

Patrząc na możliwości jakie oferuje ten tandem, nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

O ROONie możecie przeczytać w naszych wcześniejszych wpisach: testy, opisy, poradniki nt. front-endu znajdziesz pod tym linkiempod tym oraz pod tym a także tutaj i tu. I jeszcze o tu. Wreszcie ostatni o ROCK (Roon Optimized Core Kit) tutaj.

 

Bardzo rozbudowana fotogaleria poniżej…

» Czytaj dalej

Origami audio ;-) Encore mDSD czytaj USB DAC za grosze

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170710_095405979_iOS

Przyjechał i od razu zjednał sobie moją sympatię. Przedwczoraj była mowa o ultra-endach, to dzisiaj dla odmiany mamy coś z zupełnie innej beczki, z przeciwległego brzegu oferty dla miłośników dobrego brzeminia… to produkt low-price audio. Nie low-end, bo patrząc na specyfikację, możliwości tego „pena”, wyraźnie widzimy, że niczego tutaj nie brakuje, a nawet jest coś ekstra (konwerter cyfrowy USB/(SPDIF)Toslink oraz prawdziwie wyczynowa obsługa hi-resów). Nie dziwię się, że Francuzi z Qobuza zachwycili się tym maluchem, tam (wiecie) bardzo lubią produkty wycenione bardzo rozsądnie (świetne oceny zbierały u niech Korgi), jednocześnie oferujące ponadprzeciętne możliwości. Co prawda nie mamy tutaj najnowszych kości C/A (jest ESS Sabre 9010K2M), ale upichcono z tego, co na płytce mocarnego zawodnika, bo interfejs USB działa na kości XMOS i jw. jest jeszcze konwersja C/C co rozszerza możliwości tego grzdyla. To USB DAC, co oznacza że pobiera energię z transportu. Na szczęście nie ma wyśrubowanych wymagań w tym względzie (ważne, bo jest iOSo lubny, a tam za duży drain power to komunikat i koniec kozaczenia, koniec zabawy). Plus, minus 20mA. W przypadku ultrabooka będzie to prawie niezauważalne, w przypadku handhelda zależy czy tablet, czy telefon. Tak czy inaczej można spokojnie pożenić z kieszonkowym komputerem.

Bardzo podoba mi się sposób, w jaki producent zaoferował swój produkt nabywcy. Bardzo. Pudełko niczym tytułowe origami odsłania najważniejsze informacje nt. sprzętu, widzimy z czym i jak podpinać, jak obsłużyć, skąd pobrać, jakie parametry to, to ma, a wszystko czytelnie rozrysowane na wew. i zew. stronie opakowania. Proste, skuteczne, sensowne rozwiązanie, w końcu z definicji nikt papierków dołączanych do produktu nie czyta, a tu mimochodem zapoznać się, zapozna i już wie. Mocno podkreślono obsługę DSD, co w tak budżetowym rozwiązaniu zasługuje na podkreślenie, szczególnie że nie jest to tylko obsługa dodana przy okazji, a konkret (DSD64/128), w pełni wspierany przez umieszczone na PCB układy. Na wyjściu analogowym w formie mini jacka nie tylko podepniemy jakieś słuchawki (sprawdzimy, czy także te trudniejsze), ale bez żadnych problemów aktywne monitorki (wspomnę jeszcze o nowych Fosteksach… tak, tak słuchawkowy Fostex wchodzi w kolumny moi drodzy, aktywne), jakiegoś DACa (optyk), ampa (dopasowali wyjście do różnych okoliczności… podobno). Dzięki DSD (DoP) będzie można via ROON z użyciem DSP wymusić granie wszystkiego jak leci w konwersji 1 bitowej. Fajnie. Fajne jest też to, że maluch da się bezproblemowo pożenić z Androidem/iOSem (via adapter CCK). To też sprawdzę, szczególnie że w zanadrzu czai się prawdziwa petarda ściśle powiązana z możliwością współpracy z jabłczanymi handheldami. Niebawem duży wpis o tym na HDO.

Konkretnie i na temat :) Niech inni biorą przykład jak można skutecznie zaaplikować niezbędne, użyteczne info nabywcy audioklamota. Bardzo!

Plastik fantastik? A gdzie tam, jest metalowe body, solidna konstrukcja, trochę to pękate (bo i konkret na płytce PCB siedzi), nawet jakąś regulację poziomu dali. Ta regulacja wygodą nie grzeszy, ale mniejsza, ważne jest to, że ten maluch może nam zapewnić obsługę plikowego audio, obsługę hi-resów na poziomie dużo lepszym* od wielu konkurencyjnych rozwiązań w zbliżonej cenie (gdzie zazwyczaj jest 24/96, nie ma DSD itp. rzeczy). Tak, mam tu na myśli m.in. bardzo fajne ważki, tj. Dragonfly’e Audioquesta. Testowaliśmy u nas pierwszą generację i wnioski były takie, że to świetne pod laptopa rozwiązanie, że stanowczo za drogo (Audioquest poszedł po rozum do głowy i obecna wersja czarna oraz czerwona wyceniona jest już znacznie bardziej rozsądnie). Mieliśmy także wiele innych USB DACów, teraz gra u nas nieco droższy iFI Nano LE i generalnie ten kierunek rozwoju PC Audio bardzo sobie chwalimy (ma to sens, także pod kątem popularyzacji lepszego brzemienia wśród osób, które nie mają najmniejszej ochoty wydawać średniej krajowej na klamoty). Encore mDSD wpisuje się w ten segment i to od razu na zasadzie „za mniej, ale więcej”. Doceniamy takie coś, bo w niewielkim budżecie zrobić coś dobrze to zawsze wyzwanie, to sztuka. Sprawdzimy na ile się Encore udało tym razem. Pamiętam ichnie słuchawki, które do nas trafiły, które przetestowaliśmy na HDO. To był już typowy low-end, ale też użyteczna, nie tandetna, całkiem sensowna propozycja dla kogoś, kto chce zapłacić „dyskontowo” za efektor.

 

mDSD (w detalu 499zł):

Słuchawki, głośniki, DACzki, amplitunery A/V i co tam jeszcze…

Regulacja poziomu realizowana fizycznie (w Audioquestach jest 64 stopniowa, przy czym w oprogramowaniu odtwarzającym sterujemy). Okazuje się, że żaden pic na wodę fotomontaż, a użyteczna wielce sprawa.
Szeroka regulacja, można zarówno z trudnymi (nausznikami), jak i IEMami pożenić i sterować z DACa. Opcja dla aktywnych kolumn? Takoż. Fajnie!

Micro dioda LED informująca o tym, czy leci PCM, czy może DSD jednak

A tak to wygląda w środku…

 

* USB: PCM 32/384 oraz DSD 64/128 DoP, via optyk 24/192 & DSD64 DoP

PS. Testuję właśnie coś, co zmienia reguły gry. Definitywnie. Chodzi o software. Niebawem dłuuuugi wpis z bardzo rozbudowaną fotogalerią. Rewelacja. Bez dwóch zadań. Rewelacja!

PPS. Wspomniany Qobuz pracuje mocno nad wprowadzeniem, jak zapowiadali, swojej oferty streamingowej w Polsce. Ma być w wakacje. Mają jeszcze plus, minus sześć tygodni na to. Czekamy!

Wielka rzecz, a cisza… obsługa USB audio 2.0 w Windows!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
ScreenHunter_15 Jul. 06 11.55

Serio, nie rozumiem. Przeszło to zupełnie bez echa, a przecież mówimy o czymś bardzo ważnym. Po wielu latach Windows doczekał się NATYWNEJ OBSŁUGI UAC 2.0 (USB AUDIO 2.0)! Owszem, dzisiaj nie robi to już takiego wrażenia jak 7 lat temu (to wtedy MacOS otrzymał wsparcie dla lepszego audio właśnie, a dokładnie 15 czerwca 2010 roku, kiedy to premierę miał Snow Leopard 10.6.4), ale nadal jest to coś, co robi sporą różnicę. Od wersji Windows 10 Creators Update, dystrybuowanej od maja br., możecie zapomnieć o instalacji sterowników dla DACa. W końcu, wreszcie, nareszcie.

Tuż po instalacji Creators Update – mamy UAC 2.0 natywnie!

Nie robi to takiego wrażenia w 2017, ale upraszcza sprawę. Podobnie jak pod macOSem oraz Linuksem (też od dawna ma USB audio class 2) możecie podłączyć zewnętrzny interfejs audio bez konieczności instalowania dodatkowego sterownika. Ten staje się zbędny, co oznacza, że „pod Windą” od teraz mamy plug&play, a nie zabawę z dodatkowym oprogramowaniem, koniecznym (jak to było do niedawna) do działania (w pełni) urządzenia. W systemach MS mogliśmy liczyć na obsługę UAC 1.0, co oznaczało dźwięk o parametrach maks. 24/96 odtwarzany natywnie przez OS. Teraz można grać pliki PCM 24 bit / 384 kHz oraz DSD (DoP) aż do DSD256 (niewykluczone, że dźwięk o wyższych parametrach też system obsłuży… tak obsłuży vide obrazki).

Wersja 1703 z pełną obsługą audio 2.0 via USB. Ile trzeba było na to czekać… 

Czy to oznacza automatycznie, że każdy DAC będzie działał po podłączeniu do PC z powyższym oprogramowaniem bez wsparcia ze strony dodatkowego oprogramowania? Nie. Większość pewnie tak, ale niektóre niekoniecznie, mogą nadal potrzebować wsparcia ze strony sterownika dedykowanego konkretnemu modelowi przetwornika (tak na pewno będzie np. z KORGiem, głównie przez wzgląd na natywną obsługę 1 bitowego strumienia audio / formatu DSD). Przy czym dzisiaj interfejs USB w DACach najczęściej obsługiwany jest przez raptem parę popularnych rozwiązań i tutaj nie powinno być problemu. Takie rozwiązania jak software Thesycon-a (XMOS), autorskie stery M2Techa… to wszystko przestanie być potrzebne z jednym zastrzeżeniem.

Obsługa UAC 2.0 realizowana jest przez systemowe WASAPI, co w sumie nie dziwi, co jest zrozumiałe. Windows 10 UAC2 działa via WASAPI (implementacja wyłącznie tego protokołu), nie ma mowy o ASIO. Cóż, ASIO to nie MS, to licencja Steinberga (zdaje się, że nadal wymagane jest uiszczanie opłat za wykorzystanie). Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by w najnowszej wersji systemu MS nadal korzystać z alternatywnego rozwiązania. W takiej sytuacji będzie jednak zachodziła konieczność rekonfigurowania programowego odtwarzacza (zmiana z WASAPI na ASIO) wraz z instalacją sterowników dostarczonych przez producenta sprzętu audio (względnie zostanie przeprowadzona automatyczna instalacja w ramach bazy zaszytej w systemie operacyjnym). Pozostaje taka alternatywa, także bez obaw – jak komuś zależy na zachowaniu dotychczasowych ustawień DACa w systemie to będzie mógł nadal z tego, co miał, korzystać.

Oczywiści żadnych informacji na temat UAC 2.o w opisach „co nowego” nie znajdziemy. MS uznał, że nie ma czym się chwalić. Biorąc pod uwagę 2017 rok, faktycznie nie ma specjalnie czym się chwalić (sto lat za…). Jednak dla branży, dla użytkowników to ważne wydarzenie i pewna wskazówka dotycząca przyszłości dystrybucji muzyki oraz rozwoju PC Audio

Wprowadzenie hardwarowego interfejsu (protokołu) UAC 2.0 do systemu operacyjnego nie przekreśla zatem możliwości użytkowania niektórych DACów w oparciu o ich specyficzne rozwiązania, wymagające (aby móc skorzystać z całego potencjału podpiętego przetwornika) dodatkowego sterownika. Jak ktoś ma ochotę na niskopoziomowy interfejs ASIO4ALL stworzony właśnie na potrzeby Windowsa to bardzo proszę, nie ma przeciwwskazań. To (na marginesie) wcale nierzadka sytuacja, gdy DAC dopiero z AISO pozwala odtwarzać materiał o wyższych parametrach (np. obsługa DSD).

Można, ale z czasem (wydaje się) nie będzie sensu bawić się w takie konfigurowanie. Do tej pory obsługa audio w Windows daleka była od doskonałości – nie, to za delikatne stwierdzenie – to był totalny chaos i bałagan, prowadzący często do problemów z odtwarzaniem dźwięku. Dropy, brak komunikacji system-sprzęt, artefakty… któż tego nie doświadczył? Prawda? Teraz moi drodzy mamy wreszcie to, co trzeba. Systemowe rozwiązanie. Producenci muszą jedynie dostosować swoje produkty do tego, co oferuje Microsoft w najnowszym wariancie 10-ki i zamiast bawić się w konfigurowanie sprzętu (różne wersje ASIO, WASAPI, Directaudio, KS…no straszny mess!). Mamy bitperfect natywnie, bit po bicie, w dowolnej, spotykanej na rynku obecnie jakości oferowanej przez dostarczyciela treści.

Natywnie!

Czy to oznacza, że (jednak) plikowe audio nieuchronnie zmierza do optymalnej z naszego punktu widzenia formy? Muzyki bezstratnie skompresowanej, często o parametrach wyczynowych (hi-res), dostępnej w streamie? UAC 2.0 w Win właśnie to sugeruje, widać, że do tego zmierzamy. I dobrze! Bo plikowe audio, które jest przyszłością dystrybucji muzyki musi dążyć do perfekcji. Do stania się bezsprzecznie, bezdyskusyjnie najlepszym medium dla sygnału audio. Czekamy na ruch producentów sprzętu audio oraz dystrybutorów treści. Niech strumień o jakości (co najmniej) płyty CDA stanie się standardem, a hi-res (także to wyczynowe tj. DXD/DSD) będzie nie tylko ciekawostką, a ogólnie dostępnym dobrem dla zainteresowanych. Najlepsze realizacje, najlepsze materiały źródłowe… dzięki Internetowi każdy będzie mógł spróbować. Jak mp3 wystarczy, to wystarczy, a jak nie… to włączymy sobie usługę streamingową lub wdepniemy do sieciowego kramiku i hulaj dusza.

No to gramy hiresy na PC bez kombinowania :)

Poniżej (&powyżej) zdjęcia po upgrade naszego redakcyjnego PC. Z niepodpinanym wcześniej (a więc nie identyfikowanym, bez wgranych sterów) przetwornikiem iFI nanoDSD LE. Plug&play. Wreszcie.

» Czytaj dalej

Streaming głupcze! NAD C338

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170406_075532883_iOS

Zacznijmy może od tła. Autor recenzji jest fanem marki od wielu, wielu lat. NAD to ludzie, którzy mają niemały udział w popularyzacji stereo w domu, dzięki rozsądnie wycenionym klockom HiFi miało okazję, właśnie za pośrednictwem takich firm, pojawić się masowo w domostwach, stać się czymś zupełnie naturalnym w salonie, oczywistą, chcianą częścią wyposażenia. Najpierw Anglia, potem Kanada, bo tak się ułożyło. Sprzęt sygnowany marką trudno pomylić z czymkolwiek innym na rynku, bo jest – właśnie – nadowy. To forma, styl, któremu firma jest wierna i nawet jeżeli wypuszcza coś, nazwijmy awangardowego w formie, to i tak patrzymy i widzimy „o! NAD!” I faktycznie… Także mamy identyfikację z marką, mamy niepowtarzalny design, ale to wszystko nie najważniejsze (nie mówię „nieważne”, bo wszystko się liczy, ale mówimy o sprzęcie reprodukującym muzykę i wiadomo co jest tutaj najważniejsze). Tak, oni mają swój patent na granie. I nie jest to pusty slogan, czy wyświechtana formuła, która już dawno się zużyła, bo tylko siedzi w głowie, podczas gdy rzeczywistość… Tu jest inaczej, to znaczy każdy klocek NADa ma swój ustalony, zbieżny z NADowym rytem ;-) sposób dostarczania przyjemności ze słuchania i to coś, według mnie, unikalnego w takiej skali na rynku. Nie problem mieć podobnie brzmiące trzy, cztery urządzenia na krzyż, nawet odległe cenowo, a dysponujące podobnymi cechami w zakresie brzmienia. Tyle, że tutaj mówimy o setkach produktów, kilkudziesięciu latach produkcji, wielu generacjach… Prawdziwa rzadkość, zbudować coś tak rozpoznawalnego, tak (często) bardzo pozytywnie odbieranego, a przy tym dostępnego dla praktycznie każdego. Tak, to właśnie ktoś, kto jak wspomniałem, postanowił wypromować HiFi jako niezbędny składnik wyposażenia każdego domu, mieszkania, a zrobił to w najbardziej osobisty sposób – dał niską cenę. Ułatwił w ten sposób wielu „wejście w temat”. Większość najsławniejszych grafitowych klamotów to te właśnie budżetowe, tanie konstrukcje. I tak NAD zapisał się w świadomości, do dzisiaj będąc kojarzonym z dobrym, przystępnym dla każdej kieszeni, stereo.

Rzecz jasna nie oznacza to z automatu, że wszystko co te trzy litery to złoto jest i krytycyzm nam się dezaktywuje. No nie, zresztą możecie to sprawdzić w naszych wcześniejszych recenzjach sprzętu tej marki (przykładowo tutaj, gdzie opisaliśmy D3020). W przypadku zrecenzowanego wzmacniacza zintegrowanego (patrz nasze pierwsze wrażenia), który otwiera nowy rozdział w linii tych najpopularniejszych, budujących od wielu, wielu lat, wizerunek firmy, integr (cyferka 3), to – kto wie – czy nie najważniejszy, porównywalny z legendarnym C3020 (który zapisał się na trwale w annałach) produkt, wyznaczający rynkowy standard. Widać, że firma musiała do takiego produktu dojrzeć. Etapem pośrednim, jednocześnie łącznikiem, był/jest wspomniany D3020. Z perspektywy czasu, niektórzy wskazują, że trochę szkoda nazwy, którą parę lat temu wykorzystano, że właśnie teraz byłoby idealnie. Tak to widzą. Ja tego tak nie widzę. Pisałem w naszej recenzji pierwszego, budżetowego wzmacniacza z końcówkami w klasie D (podobnie jak teraz, użyto wtedy układów Hypex-a), że to bardzo, bardzo trafna nazwa i mimo opisywanej nowości zdania nie zmieniłem. Dlaczego? Ano dlatego, że D3020 był z definicji bardzo tani. D3020 jest o 30% tańszy od C338. To spora różnica. Tak, nie ma tego, co ma do zaoferowania podstawowy model klasycznej linii C, ale to czym dysponuje idealnie wpasowuje się w obecne potrzeby i moim zdaniem ten mały wzmacniacz (btw należący do jednej z pierwszych, na taką skalę oferowanych linii „cyfrowych” integr) dobrze zniósł próbę czasu, także dzisiaj będąc w pełni przygotowanym na to, co w audio stanowi główny nurt. Stream oraz integracja komputera to rzeczy, które są oczywistą, oczywistości, jednak jeszcze niedawno stanowiły zupełnie nieodkrytą (w zintegrowanym wzmacniaczu) przestrzeń. D3020 był i jest tu prekursorem. Trafiona nazwa, nowe D od digital, a nie C, wyróżniające te desktopowe konstrukcje (poza D3020, droższa D7050) oznaczenie numeryczne. Jednocześnie zachowano chronologiczną numerację dla klasycznych integr tego producenta.

Dzisiaj komputer to coś, co niemal bez wyjątku, wszyscy mamy w kieszeni. Dzisiaj streaming to główne źródło muzyki, to na nim opiera się obecna dystrybucja, to jest teraźniejszość i przyszłość i nikt już nawet nie stara się z tym walczyć. Albo jesteś w usługach, albo jesteś na marginesie, a jesteś na marginesie, bo fizyczny nośnik cofa nam się i cofa i nie ulega najmniejszej wątpliwości, że będzie egzystował (owszem), ale w katakumbach, stanowiąc relikt, stanowiąc niszę. Moda na retro rzecz jasna nigdy nie przemija i od paru lat widzimy renesans czarnego krążka, ale to statystycznie niczego nie zmienia. Jest stream i długo, długo nic. Wprowadzenie do oferty lepszych strumieni skutkuje odwrotem producentów klasycznych komponentów (odtwarzacze) i choć to jeszcze się produkuje, jeszcze oferuje, to coraz trudniej znaleźć na te klamoty amatorów. Ten trend tylko się pogłębi, a to za sprawą takich właśnie produktów, jak opisywany C338. To, plus sieciowe głośniki, najprzeróżniejsze all-in-one (vide submarka NADa – BlueSound), wyruguje źródła oparte na fizycznym nośniku. W równaniu (w torze) zastąpi(ło) je cokolwiek, co ma ekran i dostęp do sieci. Co więcej, właśnie tytułowy „streaming głupcze!” to clou dla zrozumienia czym jest i jak ważny jest C338 (nie tylko dla NADa, ale dla całej branży… serio!). Bo to kwintesencja czym jest w praktyce i co oferuje w praktyce nieograniczony (de facto) dostęp do muzyki z Internetu. Zanika pojęcie samego źródła, bo źródłem jest wszechobecna sieć, a coś, co pozwala na zarządzanie, spina audio z netem, to właśnie tylko (jakiś) interfejs, coś do kontrolowania, zarządzania, do dostępu. Tylko. Wbudowany Chromecast pokazuje, w czym rzecz. A rzecz w tym, żeby przesłać strumień wprost do głośników (pamiętacie opisane przez nas KEFy LS50 Wireless?). Albo niemal. To niemal, to w tym wypadku właśnie ta integra. Bo jak już pasywne kolumny, nie aktywne, nie usieciowane, nie z komputerem w środku, to właśnie tak. Integra łącząca strumień muzyki z konwersją, wzmocnieniem sygnału i jego reprodukowaniem na podpiętych kolumnach.

To robi zasadniczą, fundamentalną (dla całego systemu audio) różnicę. Nie przedłużając wstępniaka, zapraszam do lektury testu…

» Czytaj dalej

Chromecast w sprzęcie Japończyków: Onkyo, Pioneer oraz Integra!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
81oNMNBQ8aL._SX522_

Onkyo ogłosiła, że od 25 kwietnia 2017 roku (firmware udostępniano także w maju/czerwcu) dostępna jest aktualizacja oprogramowania urządzeń, która uruchamia wbudowany Chromecast w wybranych produktach przeznaczonych do: reprodukcji kina domowego, stereofonii i LiveStyle wchodzących w skład oferty firmy z lat 2016 i 2017. Chromecast jest platformą streamingową audio, która pozwala na udostępnienie domowym systemom Onkyo, szerokiego wachlarza muzyki, radia internetowego, podcastów i innych programów internetowych, odbieranych przez urządzenia sterujące. Chromecast może być sterowany przez następujące urządzenia: iPad, iPhone, iPod touch, telefony i tablety pracujące na OS Android™ oraz Chromebook’ach™, komputerach Mac, PC z systemami Windows® i Linux, a także dowolnej platformie z przeglądarką Chrome™.

Streaming dźwięku z urządzenia do komponentu jest intuicyjny i natychmiastowy. Kliknięcie ikony „Cast” w aplikacjach Chromecast powoduje przesłanie bezprzewodowe dźwięku do wyspecjalizowanych głośników lub całego systemu audio. Częstotliwość próbkowania przesyłanego sygnału wynosi 48kHz,* czyli nieco więcej niż oferowana przez CD, można nim także przesyłać pliki zapisane w formatach bezstratnych. Użytkownicy urządzeń Onkyo wykorzystując do bezprzewodowej komunikacji dwuzakresowe Wi-Fi 5GHz/2.4GHz, mogą cieszyć się niezakłócaną i stabilną transmisją sygnału pozbawioną buforowania i błędów. Wbudowany Chromecast pozwoli, podczas słuchania muzyki, na korzystanie z innych aplikacji uruchomionych na w telefonie/tablecie. Można będzie swobodnie odbierać połączenia, wysyłać e-maile lub korzystać z gier, bez przerywania odtwarzania. To podstawowa zaleta funkcjonalna tego rozwiązania w porównaniu do popularnego AirPlay’a – technologii z jakiej korzystają użytkownicy sprzętu Apple (point-to-point, ciągłe utrzymywanie otwartej aplikacji odtwarzającej, sturmienie dźwięku muszą przechodzić przez urządzenie, nie ma swobody wykorzystania takiego handhelda, jedynie w przypadku PC/Mac jest to do pewnego stopnia możliwe). Platforma umożliwia równoczesne przesyłanie pojedynczych lub wielu źródeł dźwięku do innych głośników obsługujących Chromecast. Stąd też jest Cast to idealne rozwiązanie wielostrefowe. Do łączenia i przesyłania strumieniowego za pośrednictwem wbudowanego Chromecasa nie wymagane są: ani specjalna konfiguracja urządzenia, ani wprowadzenie hasła, ani proces parowania, a jedyne co jest konieczne to praca wszystkich urządzeń w tej samej sieci internetowej. Niewykluczone (niestety nadal nie udostępniono dokumentacji), że alternatywą dla Chromecasta będzie dopiero co zaprezentowany AirPlay 2 (patrz nasz wpis o nowościach z zakresu audio na WWDC).

Poczynając od 25 kwietnia dostępne są aktualizacje dla następujących produktów Onkyo, aktywujące wbudowany Chromecast:

Amplitunery i procesory kina domowego:
PR-RZ5100, TX-RZ3100, TX-RZ1100, TX-RZ810, TX-RZ710, TX-NR676E, TX-NR656, TX-NR575E, TX-NR555, TX-NR474, HT-S7805, TX-L50.

Hi-Fi:
TX-8270, TX-L20D, NS-6170, NS-6130, R-N855.

LiveStyle:
LS7200, LS5200.

Głośniki bezprzewodowe:
NCP-302

Aby korzystać w wbudowanego i aktywowanego Chromecast w powyższych produktach Onkyo, należy wgrać w urządzenie sterujące aplikację Chromecast i zapewnić by oba urządzenia (podające sygnał i Onkyo) korzystały z tej samej sieci internetowej. Kolejnym przyszłościowym unowocześnieniem pracy systemów Onkyo będzie możliwość wprowadzenie, dzięki Chromecast, sygnału audio w bezprzewodową sieć multiroom, zapewniając słuchaczom jeszcze lepszy dostęp do ukochanej muzyki.

W ramach grupy, Chromecast trafił także do produktów Pioneera oraz Integry. I tak Pioneer Home Entertainment uruchomił funkcjonalność CAST w serii Elite swoich amplitunerów: SC-LX901 , SC-LX801 , SC-LX701 , SC-LX501 , VSX-LX301 , VSX-LX101 , SX-S30 , oraz inteligentnym soundbarze FS-EB70. Poza tym z możliwości strumieniowania ala Google skorzystają również użytkownicy budżetowych modeli AV: VSX-1131 , VSX-832 , VSX-831 oraz streamera VSX-S520, jak również strumieniowców/odtwarzaczy CDA XC-HM86 & X-HM76. Chromecast zagości także w multiroomowym systemie bezprzewodowych głośników MRX-3.

W przypadku Integry odpowiedni firmware trafi do centralek AV: DRC-R1 , DRX-R1 , DRX-7, DRX-5 , DRX-4 , DRX-3 , DRX-2 , DSX-3 jak również będzie obecny w systemie nagłośnieniowym opartym na soundbarze DLB-5.

Sprzęt widoczny jest w aplikacji zarządzającej Google Home (wszystkie główne platform mobile oral komputerowe), wiele z wymienionych urządzeń będzie mogła być sterowana także za pośrednictwem cyfrowego asystenta Google Assistant. W przypadku Google Home dodamy sobie dowolne strumienie (usługi stremingowe), aplikacja pozwoli także na sprawne zarządzanie systemem wielostrefowym. Ważne, że użytkownik nie będzie zmuszony do korzystania z określonego rozwiązania (aplikacja) ponieważ Cast jest już zintegrowany z wieloma aplikacjami streamingowymi. Wybieranie utworów, zmiana natężenia dźwięku oraz podstawowe operacje będą także możliwe za pośrednictwem komend głosowych, dzięki integracji wspomnianego Assistans.

Podsumowując, użytkownicy ww. sprzętu otrzymują potężne rozszerzenie funkcjonalności w zakupionych klamotach. Nigdy wcześniej nie było tak radykalnego, tak kompleksowego rozszerzenia możliwości urządzeń AV w ramach aktualizacji oprogramowania. Dowodzi to jak bardzo zmienia się ostatnimi czasy branża. Testujemy właśnie wzmacniacz od NADa model C338, który w podobny sposób, otrzymał upgrade aktywujący Chromecasta. Jest to także przyczynek do ciekawej, wchodzącej na zupełnie inny, nowy poziom, rywalizacji między gigantami z branży IT. Do tej pory to Apple było niekwestionowanym numerem 1, jego AirPlay był często, gęsto nieodłączonym elementem w wielu produktach audio. Teraz czas na nowe rozdanie. Cast ma swoje niezaprzeczalne zalety, jest prawdziwie multiplatformowy, prawdziwie uniwersalny. Apple ma inną filozofię, inną od Google i na pewno nie otworzy się (tak szeroko) na innych, pytanie czy nie straci prymatu w dziedzinie strumieniowania audio (w bezstratnej jakości) na rzecz Chromecasta. AirPlay 2 ma być możliwy jako upgrade w niektórych produktach, będzie na pewno licencjonowany szeroko (o czym wspominaliśmy), przy czym właśnie… będzie. Cast już jest i z tego co widać idzie jak burza. Zobaczymy kto zdobędzie większą popularność, które z rozwiązań stanie się nowym standardem. Szanse (wg. mnie) są tu mocno wyrównane…

 * Takie informacje podało Onkyo, my wiemy, że Chromecast obsługuje bezproblemowo sygnał 24/96, przy czym te 48KHz może wynikać z obecnych (być może zaraz nieaktualnych) ograniczeń związanych z jakością strumieni w Internecie. W sumie, w przypadku Tidala mówimy o czasie teraźniejszym.

Roon aktualizacja. Zmodyfikowali RAAT …jest TCP! No i jest ROCK! :D

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
rock-psd.png.72982a8d113df586cf3dd957b3281fb9

A to się porobiło, no porobiło! Niby nic, dalej jest 1.3, built jakiś tam 233, a tu nagle bomba… fundament, podstawa, to co stanowi jeden z kluczowych elementów Roona właśnie został radykalnie unowocześniony. Do tej pory korzystaliśmy z protokołu UDP, typowego protokołu streamingowego, funkcjonującego w najpopularniejszych rozwiązaniach AV na rynku tj. AirPlay albo komunikacyjnych tj. Skype. Tyle, że jak wiemy (oj wiemy) to rozwiązanie dalekie od doskonałości. Bardzo dalekie, bo interferencje to chleb powszedni, bo problemy ze stabilnością to wcale nierzadka sytuacja, brak możliwości działania w bardziej rozbudowanych (skomplikowanych) typologiach sieciowych to norma, a do tego jeszcze różne ograniczenia w zależności od przyjętej przez twórców implementacji. Wszystko to przez wybór niedoskonałego UDP, znacznie bardziej obciążającego klienta, TCP jest prostszy, efektywniejszy, dużo mniej łasy na moc naszego CPU. To właśnie z tego rozwiązania korzysta gigant YouTube oraz bezproblemowy (gdzie tylko się nie pojawi, na czym się nie pojawi, to działa bez żadnych „ale”) Netflix. Ważne! To właśnie z tymi strumieniami testuje się każdy konsumencki router. Ma być bezproblemowo i jest bezproblemowo.

RAAT to podstawa, gdy ktoś chce wykorzystać cały potencjał drzemiący w tym front-endzie

Roon Labs postanowiło coś z tym zrobić i zrobiło, ale jak zrobiło! Mamy nową, dużo bardziej zaawansowaną, lepszą metodę komunikacji, przy zachowaniu 100% kompatybilności ze wszystkim co do tej pory wykorzystywaliśmy „pod Roonem”. Mamy oparcie transmisji o protokół TCP. Każdy klamot będzie działał tak, jak działał do tej pory… wróć, będzie działał lepiej, bo będzie korzystał z czegoś co zapewni lepszą stabilność, pewny transfer, możliwość strumieniowania także w mocno rozbudowanych, skomplikowanych sieciach. Bez żadnej ingerencji, ba, można powiedzieć że w pełni przeźroczyście dla użytkownika. Super! Ktoś zapyta – ale jak to w ogóle możliwe. Już tłumaczę, możliwe bo cały pomysł na implementację protokołu TCP opiera się na CORE. Na rdzeniu front-endu. To właśnie tutaj (na komputerze, dedykowanym serwerze …o czym dalej) się dzieje. W przypadku końcówek, end-pointów tak naprawdę nic się (od strony użytkownika) nie zmienia. Odstępstwem jest Bridge, ale Bridge to ponownie komputer, a z komputerem nie ma problemu… zawsze da się to, to zaktualizować, bo dev przygotuje co trzeba (a nie że trzeba będzie czekać, aż firma xyz zauważy że coś nowego się pojawiło, podrapią się po głowie, po pół roku dojdą do wniosku że może warto, ruszą prace i… aaa!). Wszystko co jest RoonReady (obsługuje RAAT), wszystko co działa dzięki wsparciu oferowanym we front-endzie (LMS, Sonos, AirPlay) po tej, fundamentalnej zmianie, odtworzy muzykę jakby nic specjalnego się nie wydarzyło. Cóż, to jest właśnie dobrze napisany kod! I właściwa polityka wsparcia, gdzie wprowadza się nowe bez robienia ludziom pod górę. Brawo!

Niby nic (numeracja, jakby o drobiazgi chodziło), a zmiana fundamentalna dla mechaniki działania front-endu

To najważniejsza, ale nie jedyna nowość. Roon Labs dało radę nowym utrudnieniom jakie wprowadziło Apple (zabezpieczenia transmisji, identyfikacji w ramach Apple ID/ AirPlay) i od teraz każdy ATV (starej czy najnowszej, 4 gen.) działa jako airplay’owy end-point. Nie zdziwię się jak Roon wprowadzi jesienią AirPlay 2. To będzie w ich stylu, dać coś co jest na czasie, coś co otwiera nowe możliwości. Rzecz jasna będzie tak pod jednym, bardzo istotnym warunkiem. Ostateczny głos ma w tej sprawie Apple. Na razie współpraca odbywa się bezproblemowo, co owocuje możliwością strumieniowania w strefach na AppleTV oraz AirPorty Express (jak również wszelkie produkty firm trzecich obsługujące AirPlay). Zobaczymy co będzie dalej, bo niewykluczone że ambicją Apple będzie taka przebudowa iTunes, że… wyrośnie tutaj Roon’owi konkurencja, bo będzie front-end, będzie integracja wszystkiego w ramach pomysłów rodem z Cupertino. We will see.

AppleTV wraca jako airplay’owy end-point do Roona. Strefa gra, najlepiej 2-3 generacja z optykiem i dalej jakiś DAC. Dlaczego w ATV 4gen. to usunęli, komu to wadziło, no naprawdę nie wiem…

Bardzo wiele uwagi poświęcono tagowaniu, zaawansowanej (bardzo) edycji informacji nt. biblioteki audio. To jest coś, co wyróżnia Roona, bo możemy obecnie uzupełnić, albo wprowadzić praktycznie każdą możliwą informację na temat danego utworu, albumu, materiału muzycznego. Można stworzyć katalog, zbiór tak szczegółowy, że nawet w przypadku dziesiątek wydań tego samego kawałka, różnych jego wersji (live / studyjnych) będzie można bez pudła to, to otagować (najpierw auto a potem ręczna korekta), a następnie bezproblemowo nawigować po najbardziej rozbudowanej bibliotece nagrań. To potężne narzędzie dla dłubaczy, silnik opracowany i właśnie rozbudowany przez Roona działa bardzo sprawnie, a wspomniane możliwości edycji każdego bez mała elementu dają pole do popisu dla każdego kto lubi sobie wszystko poukładać na wirtualnej półce. Rozszerzyli obsługę tagów o nowe definicje (od teraz jest także pełna obsługa dla plików z iTunes) oraz konsekwentnie rozbudowują open-source’owy silnik taglib dodając usprawnienia własnego autorstwa, pozwalające na odczyt oraz edycję tagów w Roonie (do tej pory dodano m.in. obsługę plików 2GB, DSD, wave64 etc.)

Trafiona nazwa dla muzycznego OS-a :)

A to jeszcze nie wszystko, bo na koniec pozostawiłem drugą bombę. Roon ROCK to system operacyjny stworzony przez twórców tytułowego front-endu. Własny system. Lekki, szybki, wyspecjalizowany. Ma grać najlepiej jak się da w PC Audio, ma grać własny (raj dla DIY) system komputerowy, albo gotowy (bo Roon oferuje firmowego NUC-a – zaprezentowanego w Monachium Nucleusa). Jak ktoś chce się bawić w składanie swojego audio komputera to ma właśnie coś, co pozwala stworzyć wg. mnie idealny serwer audio, idealną końcówkę komputerową audio… Wspominałem o ekosystemie Roona. Tak, to jest ekosystem, bardzo wyspecjalizowany ekosystem, unikalny, gdzie liczy się dźwięk, muzyka. Tylko i aż. Takie nano pecety mogą skutecznie rozwiać obawy tradycjonalistów, dla których jakiś tam PC obok stolika audio to profanacja, to zło konieczne, to zło wcielone. Mała kostka, która „ogarnia” plus dowolna metoda, najbardziej użyteczna, najprzyjemniejsza dla użytkownika i już temat PC Audio mamy w pełni poskromiony. To ma sens! ROCK to coś więcej niż tylko rozwinięcie serwerowego oprogramowania, jakie można było sobie zainstalować na dowolnym komputerze (bez interfejsu graficznego, bo ten w serwerowym oprogramowaniu zwyczajnie niepotrzebny), czy NASie. To system. Bez zbędnych obciążeń, bez marnacji zasobów (w dedykowanym urządzeniu jakiś system musiał przecież do teraz śmigać). Musiał śmigać, ale już nie musi.

NUC od Roona

Bo jest ROCK. Yeah! Dają czadu, jw. dobrze dobrana nazwa. Bardzo dobrze :) To teraz solówa! Dla ambitnych, ze smykałką do majsterkowania, coś czuję, że za moment zobaczymy całkiem odjechane projekty.

 

PS. Nie wiecie co zrobić ze starymi, aktywnymi kolumienkami pod PC? Takimi jak całkiem fajnie grające T20 Creative’a? Zamiast się kurzyć, albo zamiast sprzedawać za grosze, wystarczy Roon i iCoś tam i mamy patent na strefę. Dowolny (serio, nawet bardzo leciwy) iPad, (iPod Touch czy iPhone**) i -jak na razie- Squeezepad, a za moment (czekam na to, bo pingwina mam od …bo ja wiem… 4 lat z okładem) iPeng – aplikacje przemieniające waszego starego iCoś tam w Squeezeboksową końcówkę, w end-pointa działającego pod Roonem. Wystarczy zainstalować, dać namiar na komputer z Roon Core (albo serwer whatever), a w Core dać wajchę na on w setupie (obsługa SB). I już. Tak właśnie ratujecie takie T20 przed zapomnieniem ;-) tworząc sobie strefę adhoc. Gdziekolwiek w chałupie. Fajne? Fajne. Można za grosze zbudować sobie multiroom, wykorzystując jeden z wielu ficzerów Roona. Ot tak po prostu. I nie zapominajmy, że taka strefa może być całkiem HiFi, bo zamiast T20 może być cyfrowo podpięty pod (jak staroć to staroć, nie?) 30 pinowy interfejs DAC* via CCK, a dalej właśnie całe HiFi może nam nawet zagrać , bo czemu by nie? iPad da radę 24 bity przesłać, zresztą iPhone i iPod też to potrafią, ale iPad jeszcze 96KHz wyrzuci po cyfrze na tego DACa (grajek i telefon maks. 48KHz).

*Tak, takiego właśnie, jak testowany iFi nano iDSD LE.

**tu będzie potrzebny iPeng

Przepis na 1-2-3? Bardzo proszę:

1

2

3

To trzy przed chwilą zagrało u naszego Czytelnika. Trzymam kciuki za team szlifujący wsparcie dla iPenga (ma być tuż, tuż), a tymczasem można wykorzystać każdego iPada/iPoda/iPhone w roli sieciowego odtwarzacza. I (jak wyżej) strefy sobie tanim kosztem stworzyć. A stare klamoty, audio graty, niech się nie kurzą, tylko niech zagrają. Choćby w miejscu medytacji, albo na ganku, albo na strychu, no gdziekolwiek przyjdzie nam na to ochota.

Kompendium informacji o Roonie, nasze testy, opisy, poradniki nt. front-endu znajdziesz pod tym linkiem, pod tym oraz pod tym a także tutaj i tu. I jeszcze o tu.

AirPlay2, czyli AirPlay na nowo oraz FLAC w iOS11!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
FullSizeRender

Napiszę też coś o HomePodzie, ale niekoniecznie w kontekście brzmienia (które, jak oceniają koledzy z Whats HiFi jest mocno basssowe*). Zacznijmy jednak od czegoś znacznie ciekawszego, co jasno wskazuje, że Apple otwiera się na zmiany i (faktycznie) myśli o dźwięku lepszej jakości. Beta iOSa 11 zawiera oficjalne wsparcie dla audioplików FLAC. Nie wprost, bo trzeba chmury (ładujemy FLACzki na iCloud Drive i strumieniujemy wprost na urządzenie, bez konieczności instalacji dodatkowego oprogramowania). Wreszcie, natywnie, będzie można odpalić sobie muzykę w najpopularniejszym formacie bezstratnej kompresji. Czy to zapowiedź zmian w całym ekosystemie, zastąpienie stratnej kompresji AAC przez coś, co stanowi standard na rynku? Cóż, Apple ma swoje formaty lossless (ciężki AIFF, lekki ALAC), które jednakowoż nie zrobiły kariery (rynek masowy), a nie zrobiły bo samo Apple nie było zainteresowane. W iTunes Store maksymalnie możemy sobie ściągnąć przygotowane z najlepszych materiałów Remastered for iTunes, przy czym nadal jest to AAC 256kbps. W Apple Music to samo. Nie zapominajmy, że pewnym ograniczeniem dla ewentualnych zmian jest/będzie Bluetooth… coś, w co Apple bardzo mocno się zaangażowało (bo słuchawki). Jakoś nie widać na razie chęci radykalnej poprawy transmisji przez sinozębnego. Chyba, że …W1 to coś, co w zanadrzu kryje potencjał (obsługi) dużo lepszych protokołów transmisji. W końcu za rogiem czai się BT 5.0, a tam to już takie rzeczy (zasięg, szybkość, wielokanałowość), że… kto wie, kto wie, może wszystko nagle się radykalnie zmieni. Tyle, że raczej nie „jutro”, a bardziej pojutrze.

Klucz do nowego otwarcia na audio w Apple

A to dopiero początek. Będą wszyscy liczący się na rynku. To przesądzone. Tutaj jednak oznacza to nie tylko licencję, ale wybór określonego ściśle ekosystemu. O to toczy się gra…

Moje źródła nie myliły się w sprawie nowego AirPlay’a, ciekawe czy sprawdzi się kolejna z zapowiedzi: zupełnie nowe iTunes Store, przebudowa Apple Music oraz… last but not least przebudowa wymagającego pilnej modernizacji iTunes app. To ostatnie może w ogóle wyjść Apple na zdrowie, bo jeżeli jest Files, jeżeli są nowe możliwości pokrewne innym systemom w najnowszej wersji iOS to… po co komplikować życie użytkownikom takim anachronizmem (ociężałym kombajnem) jakim niewątpliwie jest obecne iTunes. Podział? Mhm. Możliwość rezygnacji z używania firmowego software „zarządzającego” na komputerach? Właściwie czemu by nie? Przy czym iTunes nie zniknie, a ma się przekształcić w bardzo zaawansowany front-end multimedialny, do zawiadywania strefami, do obsługi obrazu i dźwięku, bez serwisu, bez zdjęć, bez tworzenia kopii, bez zgrywania aplikacji z urządzenia etc. Bez. To plus lepsza jakość dźwięku. Brzmi intrygująco i pasuje do tego, co obserwujemy, do zmian jakie Jabłko właśnie wprowadza w tym zakresie. Nie zapominajmy zatem o droższym, ale zdaniem Apple dużo lepiej grającym, głośniku HomePod, o zmianach jakie wprowadzają w całej linii sztandarowych produktów (iPhone, iPad oraz Mac): kwadrofonia (iPady), „ulepszone” stereo (nowe telefony, komputery – to fakt), prymat transmisji cyfrowej (iPhone/Mac) wreszcie duża waga przywiązywana do nowych generacji słuchawek (i głośników)… To wszystko się zazębia i nowe iTunes wpisuje się w te zmiany, w usprawnienia. 

Pamiętajmy, to przede wszystkim hub dla całego ekosystemu, terminal, mimo że Apple twierdzi inaczej ;-)

Boombox by Apple a może raczej Apple_box ;-)

Zmądrzeje w końcu? Siri jest absolutnie kluczowym elementem. W naszym kraju będzie to produkt …wybrakowany

Ten Pan i ta Pani gadają do głośnika, bezpośrednia interakcja między ludźmi i tak już zamiera, a będzie jeszcze gorzej. No, może multiroom nieco uratuje kontakty międzyludzkie (tryb walkie-talkie) ;-)

Nowe HomePods będą – właśnie – mogły grać w stereo, będą dopasowywać się do akustyki pomieszczenia, mają wg. Apple pokazać, jak ważne dla firmy (dyżurne u nich zwracanie uwagi, że to ich DNA) jest audio, że muzyka stanowi kluczowy element w planach biznesowych firmy. Faktycznie Apple Music to jedna z kluczowych usług, a usługi przynoszą Apple bardzo konkretne korzyści, to tu notuje się największy wzrost dochodów. To jest przyszłość. Zarobić ponownie na tym samym, tyle że oferowanym w lepszej jakości – to kusząca perspektywa i Apple na pewno będzie zainteresowane, by wykorzystać swoją pozycję, swoje możliwości, aby móc zarobić, konkretnie zarobić. Streaming HiFi może i zapewne będzie droższy. Możliwość przechowywania własnych kolekcji muzycznych w chmurze (tak, tak iTunes Match się kłania, tyle że takie zdefiniowane na nowo tj. porówna to co mamy i zaoferuje naj, naj jakość z przepastnych bibliotek jabłca), w bardzo dobrej, czy wręcz najlepszej SQ… to może skusić wielu, nawet niekoniecznie zainteresowanych nowym głośnikiem, ba nawet takich, którzy alergicznie reagują na słowo na A. ;-) Tutaj będzie się liczył dostęp do treści, a mówiąc wprost oferowana przez Apple muzyka, oferowana na wyłączność, tym razem w docelowej (nazwijmy to tak właśnie) jakości. Firma ma największe możliwości w tej materii, ma wielu wykonawców na wyłączność, może praktycznie każdego kupić. To siła, której nikt nie może lekceważyć.

AirPlay 2 to po pierwsze …AirPlay. Protokół transmisji, który o ile będzie wspierany w danej aplikacji odtwarzającej jakiekolwiek dźwięki, pozostanie sposobem na strumieniowanie bezdrutowe dźwięku z transportu  pomocą kontrolera (iCoś tam, względnie Mac) na klamot, głośnik, słowem: obsługiwany sprzęt audio wprost z sieci. Obsługiwany to słowo klucz. Producenci już zapowiadają aktualizacje wielu swoich produktów, które mają w ramach upgrade otrzymać możliwość grania via AP2. To dobra informacja dla użytkowników, pytanie jak szeroko to pójdzie, jak wiele sprzętu zostanie zaktualizowane. Rzecz jasna samo AirPlay pierwszej generacji nie umrze, nie zniknie, będzie nadal częścią systemów Apple. Gorzej wygląda kwestia stacji sieciowych, popularnych AirPortów (Express). Te, najtańsze, całkiem sensowne urządzenia klienckie z obsługą jabłczanego protokołu audio raczej nie będzie aktualizowane i wsparcia dla AP2 nie otrzyma. Apple wycofuje się z tego segmentu i chyba nie będzie skłonne zaktualizować swoje (leciwe) routery. Szkoda, bo mamy tam cyfrowo-analogowe wyjście, zupełnie inaczej niż w nowych Makach (tam optyka już nie uświadczycie), no i to względnie tanie jest. Warto nadmienić, że (podobno) AirPlay 2 wymaga bardzo konkretnej specyfikacji (mocy obliczeniowej) i byle co protokołu nam nie obsłuży. Faktycznie Apple TV 4 generacji to 64 bitowy układ A8, podobnie HomePod to 64 bitowa jednostka… A8. Rzecz jasna Siri wymaga, HomeKit też pewnie wymaga, ale nie da się wykluczyć, że AP2 ze swoją transmisją wielostrefową, z zaawansowanym sterowaniem (asystentka plus automatyka) może także mieć swoje niemałe wymagania. Prawdopodobnie (piszę tak, bo nie ma jeszcze udostępnionej oficjalnej dokumentacji) AirPlay 2 zrywa z najpoważniejszym ograniczeniem dotychczasowego AirPlay’a… koniecznością przesyłania strumienia muzyki przez urządzenie (point-to-point). Będzie jak w Cast (Chromecast) – sterujemy z handhelda, ale muzyka streamingowana jest z sieci wprost na end-point (głośnik, odtwarzacz etc.).

Dlaczego duża moc krzemu w sprzęcie z AirPlay2 wskazana? Ano m.in dlatego. Korekcja w czasie rzeczywistym, zaawansowane tryby DSP (popatrzcie na nafaszerowane elektroniką amplitunery AV, teraz da się to zminiaturyzować). Efekty mogą być intrygujące. Bardzo. Przykładowo wyrafinowany silnik DSP jaki wdrożył Roon Labs do swojego front-endu to potężne narzędzie o właściwie nieograniczonych możliwościach. Potrzebuje mocy? Jak najbardziej! Czterojajeczny Core i7 biegający @ 3,5GHz ledwo dyszy przy odtwarzaniu wielokanałowych ścieżek z konwersją PCM-DSD i załączoną binauralizacją (ale co za efekt!). To wymaga sporej mocy, przy czym dzisiaj ta moc często nie lokalnie, a zdalnie jest/będzie dostępna. Przetwarzanie w chmurze będzie czymś, co zapewni nowy poziom możliwości. Już zapewnia.

Będziemy zatem strumieniować z różnych aplikacji, które będą kompatybilne z AP2 i byłoby dziwne, gdyby tych aplikacji było mniej (ze wsparciem) niż jest/było takich, które pozwalają obecnie przesyłać strumienie via WiFi za pomocą firmowego rozwiązania dla transmisji obrazu i dźwięku (praktycznie każda aplikacja multimedialna to ma). Tutaj kluczowymi kwestiami są faktyczne parametry transmisji (tj. przepustowość, niski współczynnik opóźnień, lepsza responsywność w stosunku do AP), zasięg (bywało z tym różnie), obsługa bitperfect (tego AP nie umie) oraz gapless, wreszcie otwarcie na coś więcej niż jakość płyty CDA (16/44). Będziemy zawiadywać wieloma strefami, korzystając z nowego AP skojarzonego dodatkowo z HomeKitem. Co to oznacza w praktyce? Ano takie Apple TV będzie raczej mocno średnim end-pointem (tylko HDMI), ale całkiem sensowną centralką, hubem, zawiadującym licznymi strefami, gdzie grają sobie różne, kompatybilne z nowym sposobem transmisji by Apple, głośniki oraz strumieniowce (end-pointy właśnie). Rozszerzone możliwości kontroli wprost z centrum sterowania w iOS11 to coś, co dopełnia obrazu całości. Przewijający się we wpisie HomePod poza oczywistą funkcjonalnością stanowić będzie albo uzupełnienie (dla ATV**), albo autonomiczny …hub dla innych współpracujących urządzeń (i tych audio i tych z audio nie mających nic, a nic wspólnego). Kluczowe dla Apple jest to, że audio będzie skojarzone z ich HomeKitem, z ich ekosystemem, z ich usługami… O to tu chodzi i do tego to zmierza – mieć coś, co będzie kompletną, całościową odpowiedzią na rozwój automatyki domowej, na IoT, na przetwarzanie w chmurze. Firma zdaje sobie sprawę, że ma wszystkie najważniejsze elementy w ręku i jako jedyna może narzucić na taką skalę swoje rozwiązania. Może i zapewne to zrobi.

Tak Craig, dajecie do pieca. Ostro

 

A to wszystko jeszcze w tym roku. Kiedy? Wrzesień to pierwsza oczywista data, a druga to premiera HomePoda (grudzień)…

 

Uwaga – wpis będzie podlegał aktualizacji. Czekam na dokumentację AirPlay 2.

 

* zapewne demo było właśnie takie umcy, umcy i nie chodzi mi tu tylko o materiał muzyczny (mógł być różnorodny, choć mógł też nie być), ale ustawienia samego głośnika. Ten ma mieć bardzo rozbudowany DSP, gdzie poza korekcją (pomieszczenie), będą jeszcze efekty. Symulacja określonej lokalizacji, jakieś zupełnie odjechane (niekoniecznie sensowne) tryby pracy… to może być taki kameleon, który będzie grał naprawdę odmiennie w zależności od zaaplikowanego sposobu reprodukowania dźwięków. Także z werdyktem bym się wstrzymał, także w drugą stronę (patrz przezabawny termin Retina for your ears… mhm, taaa, jaaasne…)

** AirPlay 2 to nie tylko dźwięk, ale także wideo. Dlaczego o ATV właściwie nic nie powiedziano (poza wzmianką o Amazon Prime?) Cóż, moje źródła mówią: idzie nowe. To nowe ma być dużo potężniejsze, bo ma obsłużyć 4k. Tego 4 generacja nie potrafi. Ma także być przygotowane na VR (po to nowe Maki otrzymały konkretnego kopa w zakresie mocy obliczeniowej (multirdzeniowe CPU, dużo wydajniejsze GPU oraz najszybsze na rynku SSD/hybrydy), by stanowić …narzędzie do tworzenia treści dla VR, a do ich podziwiania na wielkim ekranie będzie potrzebne właśnie nowe ATV). Może do łask wróci także jakiś interfejs dla audio w tego typu sprzęcie (poza HDMI coś dadzą?). End-point z możliwością autonomicznego nawigowania po hajfajowych, czy nawet hajresowych, przepastnych bibliotekach audio nowego iTunes/AM, brzmi całkiem sensownie, nieprawdaż?

Rzut uchem: AirPods …tanio? Względnie tak. Dobrze? Hmmm

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
iPodsy

To specyficzny produkt. Dlaczego specyficzny? Ano dlatego, że jest wg. mnie czymś, co ma sens jedynie z iPhonem (względnie iPadem/Makiem). To znaczy zadziała nam z inną elektroniką, komputerami, ale wtedy w praktyce będziemy mieli (owczem) w pełni bezdrutowe, ale zupełnie przeciętne (brzmienie) słuchawki z mocno utrudnionym sposobem interakcji. Także, jeżeli chcesz zaoszczędzić (zanim zaczniecie pomstować, co on pisze, najpierw… przeczytajcie to co poniżej), kupując najtańsze w pełni bezprzewodowe IEMy na rynku, a nie macie niczego jabłkowego, to naprawdę nie warto. Wspomniałem, że względnie tanio, w tytule, nie bez przyczyny. One są tanie. Te 799 złotych to kwota za którą nie kupicie tego typu produktu. Testowałem Bragi, testowałem Here, miałem w uszach wynalazki Onkyo oraz Samsunga i cóż… każde z tych rozwiązań jest kosztowniejsze, niekoniecznie dźwiękowo lepsze, ergonomicznie, funkcjonalnie zaś… często gorsze.

Tyle, że to dopiero początek opowieści. Bo raz, że Apple wyraźnie nie jest w stanie sprostać zapotrzebowaniu na te słuchawki (tyle miesięcy po „premierze”, a nadal dostępność jest fatalna, na stronie tradycyjne 6 tygodni), dwa pojawiają się liczne głosy krytyki dotyczące awaryjności, czy ogólnie problemów z działaniem tych słuchawek i trzy – nie ma polskiej Siri. To właśnie ten ostatni punkt mocno (podobnie jak w przypadku innych jabłkowych rzeczy, choćby Apple Watch’a) obniża funkcjonalność, atrakcyjność produktu, bo właśnie integracja asystentki/a jest w tym przypadku kluczową sprawą (nie, nie dźwięk, a właśnie Siri jest tu w centrum, oczywiście w sytuacji, gdy korzystamy z tego udogodnienia). W naszym kraju trzeba obejść się smakiem, nawet w sytuacji używania angielskiej wersji językowej skazani jesteśmy na niepełną funkcjonalność – wystarczy wymówić jakieś swojskie nazwisko, nazwę ulicy, jakiegoś konkretnego miejsca…

Apple postanowiło, jak to ma z zwyczaju, wprowadzić na rynek coś, co wcześniej (choć, w tym wypadku, niewiele wcześniej)  pojawiło się na rynku tyle że w formie „it just work” & „very simple”. I to się w dużej mierze udało, natomiast to, co wywołuje u mnie wątpliwości (poza wspomnianymi problemami z nabyciem), to:

  • dźwięk, jakość brzmienia
  • sposób interakcji, podstawowego sterowania funkcjami

Te słuchawki, moi drodzy, to nic innego jak dobrze znane EarPodsy i nie ma się co czarować, że jest inaczej. Co więcej, tu jest nawet o tyle gorzej, że korzystamy ze stratnego medium transmisji, jakim jest Bluetooth. Apple nie zadało sobie trudu by wprowadzić jakiś progres w zakresie BT i nadal mamy strumień AAC o maksymalnym bitrate na poziomie 256kbps. To, samo w sobie, o niczym jeszcze nie przesądza (choć nie daje żadnej możliwości poprawy parametrów transferu), ale czymś, co ma przemożny wpływ na brzmienie jest konwersja C/A, która odbywa się w słuchawkach. Nie w źródle, a jak wiemy z doświadczenia, iPhone brzmi całkiem dobrze i Apple od pierwszych modeli dbało o sensowną jakość z audio dziurki, ale ostatnio coś nam ta jakość audio spadła na liście priorytetów daleko… iPhone 7 audio jacka nie ma (patrz nasze wrażenia), przejściówka to porażka (ergonomiczna, ale także w zakresie dźwiękowym vide degradacja dźwięku, o czym pisaliśmy powyżej, w linku). Dodatkowo delikatna poprawa jakości via BT (128 -> 256kbps) miała miejsce bodaj w iOS7 i od tego czasu zero progresu. Cóż, świat idzie do przodu i tak, jak aptX w podstawowych wariantach na pewno w niczym nie jest lepszy od kodeka Apple (AAC), to jego najnowsze iteracje (z dopiskiem HD, z najniższymi opóźnieniami oraz bitrate na poziomie zbliżonym do bezstratnego transferu) już wyraźnie górują możliwościami nad sinozębnym audio by Apple. Konwersja sygnału audio dokonywana w tych małych EarPodsach ;-) z obciętym kabelkiem to nie jest domena układu W1 (którego pierwszoplanowym zadaniem jest komunikacja, integracja z Siri, a nie jakość brzmienia (w ogóle nie zajmuje się konwersją C/A)), a czegoś, co jak sądzę, Apple wykorzystuje w swoich adapterach, przejściówkach. Przy czym słuchaweczki wspierają wspomnianą, lepszą od SBC, transmisję dźwięku w AAC.

I tu jest (dla kogoś, kto szuka wysokiej jakości brzmienia w tym produkcie) pies pogrzebany, bo AirPodsy brzmią przeciętnie. To nie jest poziom dobrych doków, a nawet doków tanich, ale przyjemnych. Słuchałem tych słuchawek niezbyt długo, stąd rzut uchem, ale mogłem dość szybko wyrobić sobie opinię, szczególnie, że do porównania były zarówno firmowe EarPodsy, testowane T10 RHA, jak i (no to już jakby inna para kaloszy, ale dźwięk to dźwięk i dobrze mieć coś bardzo, bardzo dobrze brzmiącego na podorędziu) bezdrutowe (no właśnie) Momentum Sennheisera. Szkoda, że nie nowe bezprzewodówki Momentum (nie są w pełni wireless, na marginesie, bo dysponują przewodem łączącym doki), bo byłoby takie małe porównanie w segmencie bezprzewodowych dousznych, ale mniejsza… powiem tak, każde z tych słuchawek dodawały bardzo konkretnie coś pozytywnego do brzmienia w porównaniu z AirPodsami, które oferowały dźwięk mocno skompresowany, wyraźnie grając „w głowie”, bez odpowiedniej dynamiki, dość sucho, bez wglądu w szczegóły nagrania. Słuchanie za pośrednictwem tytułowych słuchawek było takie „do kotleta”, czy może lepiej „w tle, do siłowni, na rolki”, a nie słucham i kontempluję. 

Nie oczekiwałem niczego specjalnego i się nie rozczarowałem, ale jednak trochę zmartwiłem. Zmartwiłem, bo firma z Kalifornii znana była od zawsze z tego, że muzyka jest ważnym składnikiem jej DNA. Obecnie, zdaje się ten składnik, wcale nie jest aż tak istotny, dzisiaj liczą się inne rzeczy. Wspomniałem o obecnej generacji iPhone, to samo dotyczy nowych Maków, w których pozbyto się złącza optycznego (why?!), nowego Apple TV, w którym takoż nie występuje, zerowego wsparcia (rozumianego jako rozwój technologii, jej ciągłe usprawnianie) dla AirPlay’a. To ostatnie jest w ogóle dziwne, bo przecież protokół w chwili premiery był czymś bardzo nowatorskim, dawał ogromne możliwości (bo bezstratnie, bo wielostrefowo, bo streaming, który wtedy dopiero raczkował), a tu nic się w temacie nie dzieje. Co gorsza, sam protokół ma oczywiste ograniczenia (strumienie muszą przechodzić/być odtwarzane przez urządzenie sterujące, co generuje między innymi problem z opóźnieniami transmisji, z brakiem zgodności bitowej sygnału (bitperfect) oraz brakiem gapless), a samo Apple nic nie robi, by cokolwiek tu zmienić. Inni dają opcje na strumienie hi-res, tutaj nie ma o tym mowy. Zresztą w samym kramiku (iTunes) zastój w tym zakresie, bo nadal stratna kompresja do kupienia (sic!), to samo w Apple Music odnośnie strumieniowania.

Stąd też, mimo mojego narzekania, słusznego, czy nie, strategia Apple wydaje się czytelna. Nie ma sensu ścigać się na jakość, na możliwości, gdy tak naprawdę samemu oferuje się pewne minimum w tym zakresie, nie jest się (póki co?) zainteresowanym zmianą tego stanu rzeczy. I tak też sprawy się mają w jabłkowym świecie. Są AirPodsy, które komunikują się od razu z naszymi jabłkowymi urządzeniami (choć brak parowania, to na dzień dobry, bardziej slogan – i tak musicie nacisnąć coś na obudowie futerału, ładowarki, na ekranie pojawia się z automatu panel i tam też zatwierdzamy decyzję o połączeniu), same się wyłączają po wyjęciu z ucha i ponownie grają po włożeniu, same się synchronizują, same się identyfikują w FMI (Find My coś tam… od ostatniej aktualizacji)… Także tutaj zrobili to jak trzeba i to faktycznie „it just works”.

Samo sterowanie jest jednak w mojej opinii dość ułomne. Jak chcemy zmienić utwór, ba jak chcemy ściszyć, czy zwiększyć liczbę decybeli ;-) to de facto musimy posiłkować się interfejsem głosowym w tym celu. To bez sensu. Apple powinno rozważyć inny sposób podstawowej interakcji, bo samo tapnięcie na odtwórz, spauzuj to „trochę” mało. Także to jest według mnie do poprawy, uzupełnienia. Słuchawki dość stabilnie siedzą w uszach, ale dziedziczą ograniczenie EarPodsów – to nie dokanałówki, a słuchawki douszne, z plastikową obudową bez miękkiej, dokanałowej aplikacji (gumka, gąbka). Także trudno tu mówić o pełnej uniwersalności w zakresie ergonomii, choć większość użytkowników specjalnie nie narzeka, podobnie jak to ma miejsce w przypadku podstawowych, przewodowych słuchawek Apple gdzie kształt, waga pozwalają wielu użytkownikom na wygodne użytkowanie. Wielu, ale też nie każdemu i warto to uwzględnić, bo może się zdarzyć, że po pierwsze będą wypadać, po drugie dłuższe użytkowanie będzie niekomfortowe (ja tak mam z firmowymi słuchawkami, których generalnie nie używam, choć wykorzystuje jako materiał porównawczy), a po trzecie …od strony estetycznej, będą mocno „na nie”.

To rzecz bardzo subiektywna i tak też proszę potraktować to, co zaraz napiszę. Te słuchawki powodują, że otoczenie zwraca na nas (użytkowników) uwagę. Mimowolnie, ale właśnie zwracają, bo wyglądają jak ciało obce w uszach. Generalnie słuchawki to coś na, czy w i je widać, czasami aż za bardzo (wtedy to właśnie pewien problem), przy czym AirPodsy są tu przypadkiem bardzo szczególnym. Nie są ogólnie duże, nie wystają, czy znacząco odstają (no nieco odstają jednak), ale od razu zwraca się uwagę na kogoś „ubranego” w te słuchawki. I nie jest to pozytywne wrażenie. To jak wyżej „ciało obce”. Według mnie to problem, bo jednak taki produkt z oczywistych względów towarzyszy nam w przestrzeni publicznej, a tu trzeba pogodzić się z tym, że widać i to aż za bardzo widać. To zresztą, żeby być sprawiedliwym, problem wszystkich prawdziwie bezprzewodowych IEMów. Bo te słuchawki zazwyczaj są spore (cudów nie ma i tak cud, że to się tam wszystko mieści tj. bateria, cała elektronika, przetworniki, moduł łączności etc.). I wygląda się (z nimi w uszach) mocno tak sobie. Przy czym w mojej opinii najlepszym rozwiązaniem w projektowaniu takiego produktu jest albo nie certolenie się i jakieś wyjście poza obręb uszu (wokół-uszne pałąki), albo w drugą stronę, tj. łezka, obudowy wpasowane w małżowiny, z maksymalnie anatomicznym kształtem (niedoścignionym wzorcem jest tu dla mnie Westone, wiadomo ktoś kto „zjadł na tym zęby”, bo w aparatach słuchowych się onegdaj specjalizował). Problemem jest i będą kwestie upchnięcia wszystkiego zarówno do prawej, jak i lewej obudowy. To niewątpliwie wyzwanie. Apple chciało nawiązać do swoich produktów i to się mu w pełni udało, tyle że efekt dla użytkownika jest… dyskusyjny.

Nie przeprowadziłem żadnego konkretnego testu długości odtwarzania, z tego co mówią użytkownicy, te słuchawki grają tak długo jak podaje specyfikacja, natomiast sprawdziłem etui, które tak powszechnie chwalono. I rzeczywiście to chyba najmocniejszy punkt (od strony ergonomiczno-praktycznej) tego produktu. Wystarczy zasadzić (sama obsługa, spasowanie to takie stare, dobre Apple z dbałością o szczegóły), ładujemy, mamy wszelkie informacje wyświetlane na panelu, centrum powiadomień, wbudowany w nosidełko power bank powinien pozwolić na ok. 20 godzin użytkowania słuchawek. To bardzo dobry wynik. Gorzej, jeżeli zgubimy pudełeczko, bez niego nie ma szans nie tylko podładować AirPodsów, nie da się ich także połączyć ich do sprzętu (skonfigurować z nowym urządzeniem). Sposób ładowania (indukcyjny, przez niewielkie, metalowe końcówki) wyklucza wykorzystanie innego rozwiązania w zakresie ładowania. Obudowa słuchawek jak i etui wykonana jest z białego plastiku, dokładnie takiego z jakiego wykonane są wszystkie akcesoria firmowe (adaptery, przejściówki, stacje etc). Nie jest to trwały materiał, nie jest odporny na trudy codziennego użytkowania. Warto to mieć na względzie, bo te słuchawki, jak i futerał (ale przede wszystkim słuchawki) będą podlegały zużyciu i to raczej takiemu szybszemu, niż wolniejszemu, szczególnie przy intensywnym korzystaniu.

Sumując ten „rzut uchem”, warto to jakoś całościowo zebrać i ocenić. Jak wspomniałem, to produkt dla jabłkolubów, to po pierwsze, po drugie to typowe jabłkowe prosto i do celu, co jest dużym plusem, bo właśnie jedną z głównych cech całkowicie bezprzewodowych słuchawek powinno być to „prosto i do celu”. Po prostu działają, a dzięki integracji z ekosystemem (AppleID/ FMI/ iCloud) to jedyny taki produkt na rynku, z asystentką/em stanowią naturalne uzupełnienie telefonu/smartzegarka, wpisując się bezbłędnie w rozwiązania by Apple. Do tego mają wygodny futerał z dużym zapasem soczku i nawet podczas przemieszczania się gdzieś tam hen daleko, będzie można z nich bez obaw korzystać. To plusy.

Minusy niestety też są i to takie, które przekreślają ten produkt w oczach wielu osób. Dźwięk? Szukacie czegoś dobrego to zmieńcie adres. To nie gra dobrze, to gra akceptowalnie, akceptowalnie dla kogoś, kto nie zwraca baczniejszej uwagi na to, co mu w uszach muzykę (tfu! ;-) ) reprodukuje. Bo tutaj jest właśnie w tle, bez kontemplowania, bez wchodzenia w temat dogłębnie, bo będzie rozczarowanie. Ujmując to najprościej – nie przeszkadzają Wam EarPodsy? Nie będą przeszkadzać AirPodsy. Macie większe wymagania? Tu na pewno niczego, co Was zadowoli, nie znajdziecie. Nie ten adres! Podstawowe sterowanie jest bez sensu i Apple powinno nad tym popracować, powinno także poprawić dostępność produktu, bo to co się dzieje w tym zakresie jest zwyczajnie niepoważne. Firma wstrzeliła się niewątpliwie z zapotrzebowaniem na tego typu akcesorium, będące zresztą nie tylko bezdrutowymi słuchawkami (bo właśnie ambicje Apple nie ograniczały się tylko do tego, by zaoferować bezprzewodowe, douszne słuchawki li tylko), ale tak naprawdę bezprzewodowym interfejsem głosowym dla użytkowników jabłczanego ekosystemu. I to ma sens, jak najbardziej ma, tylko w takiej sytuacji koniecznym elementem układanki musi być Siri. Bez Siri rzecz mocno traci.

Zobaczymy, w którym kierunku pójdzie branża, zapewne wielcy z IT będą starali się przekonać konsumentów do takich bezprzewodowych słuchawek / interfejsów oraz …czujników. Rozszerzanie funkcjonalności obserwujemy od około roku, na razie nie są to w pełni udane próby połączenia wielu funkcji w czymś, co wkładamy do ucha. Z czasem jednak pewnie uda się rozwiązać dzisiejsze problemy i takie bezdrutowe IEMy (jakaś nowa nazwa, lepiej odzwierciedlająca funkcjonalność?) staną się standardem na rynku. Głosowe wydawanie komend to przyszłość (cyfrowi asystenci, inteligentne głośniki w rodzaju Google Home, amazonowego Echo itp, a szerzej cały Internet Rzeczy), to będzie rozwijane. Układ W1 w AirPodsach nie jest dla dźwięku, nie jest zamontowany w celu uzyskania niebiańskiego brzmienia (co oczywiste, żaden ze składników tych słuchawek do tego się nie nadaje: głośniki, układ C/A, moduł z takimi, a nie innymi parametrami transmisji). On jest po coś zupełnie innego. I jak wyżej – to ma sens. A muzyki możecie sobie słuchać w tle, tzn. jakaś playlista i zdanie się na algorytm odnośnie kolejności odtwarzania. Shuffle! O właśnie. Wtedy tylko play i jazda. I o to tu chodzi!

 

AKTUALIZACJA: Najnowsza wersja oprogramowania dla słuchawek, poza uprawnieniami związanymi z działaniem słuchawek (parowanie, czas pracy na baterii) wprowadza także progres w zakresie brzmienia. To ciekawa informacja, bo układ W1, który ma przede wszystkim być -właśnie- aktualizowany, nie odpowiada wprost za jakość dźwięku (tym zajmuje się wbudowany w każdą ze słuchawek DAC oraz amp). Podobno poprawiono selektywność, jakość wysokich tonów. Jak tylko będzie okazja postaram się zweryfikować, czy istotnie coś te poprawki wniosły do brzmienia…

» Czytaj dalej

MQA w komplecie. Ostatni z dużych majorsów – Sony – na pokładzie

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
2017_05_17_mqa_sony_merlin

Rozmowy z wielkim Sony były długie, trudne i zapewne wyczerpujące, ale w końcu dobiegły końca i katalog Sony Music będzie dostępny w ramach technologii MQA. Kto pierwszy skorzysta? Zapewne użytkownicy Tidala HiFi, którzy mogą spodziewać się dużej liczby nowych jak i starych albumów w zakładce Masters. Poza tym pliki zakodowane „w origami” pojawią się w paru wirtualnych sklepach. Będzie można zakupić całe albumy, single, składanki, pytanie czy koncern zdecyduje się (co byłoby jak najbardziej sensowne w sytuacji, gdy zdecydowano się na współpracę z MQA) na wprowadzenie streamingu w tej technologii na swoim najpopularniejszym, ciągnącym sprzedaż całej korporacji, urządzeniu jakim jest Playstation. Co prawda nowa wersja z cyferką 4 nie ma nawet ułamka możliwości (multimedialnych) poprzedniej generacji konsoli, ale… od strony technicznej wprowadzenie obsługi jest w pełni wykonalne, a dodatkowe możliwości pobrania, zakupu (własny kramik), uruchomienia usług (Tidal?) muzyki zapisanej w MQA to kwestia podjęcia stosownych decyzji przez samo Sony. Byłoby niewymownie przyjemnie, gdyby firma zdecydowała się na szeroki uprgade swoich konsol (nie tylko PS4, ale także PS3 oraz PS Vita), byłoby… ale znając Sony niewykluczone, że obejdziemy się smakiem.

Tak czy inaczej umowa ma spore znaczenie dla branży, możliwe, że więcej dostarczycieli treści, dystrybutorów sieciowych zainteresuje się tytułową technologią, wprowadzi takie kodowanie do swoich kramików, usług. Ciekawe co zrobi Apple, które na tym polu (lepszej jakościowo muzyki oferowanej w sieci) wyraźnie odstaje. A ma wiele atutów w ręce, bo Apple Music mimo że poniżej oczekiwań, to i tak jest na drugim miejscu i goni Spotify (i pewnie z czasem dogoni), bo AAC jest obecnie (po zaprzestaniu rozwoju MP3 przez twórców formatu) właściwie jedynym, stratnym kodekiem używanym przez ogromną liczbę użytkowników na całym świecie (oczywiście króluje MP3, ale szybko może się to zmienić). Wspominam o AAC nie bez przyczyny, bo sposób dostarczenia muzyki w przypadku transmisji Bluetooth wymusza stratną kompresję i tutaj taki sposób zapisu może zastąpić niewspierany format zapisu, a dodatkowo nic nie stoi na przeszkodzie by kontener jakim jest MQA tworzył naturalną warstwę dla wszystkich popularnych formatów zapisu muzyki… czy to będzie FLAC, czy to będzie WAV, czy DSF/DFF czy ALAC, czy właśnie AAC… bez różnicy.

Problemem są umowy, licencje, polityka wielkich z segmentu IT, którzy niechętnie wprowadzają coś, nad czym nie mają kontroli. Przy czym w przypadku Apple mówimy o firmie, która ma praktycznie nieograniczone możliwości zakupu firm / technologii… to kwestia decyzji biznesowych, strategii rozwoju. Apple i tak musi wykonać jakiś ruch, bo pliki w iTunes właściwie już się nie sprzedają, następuje gwałtowny odwrót klientów, zainteresowania zakupami muzyki w kramiku i na dłużą metę trzeba będzie coś z tym zrobić. Nie zapominajmy o Google, które też może być zainteresowane nowymi możliwościami (sprzedaży) muzyki w ramach świadczonych przez siebie usług oraz oferty swojego sklepu. Do tego dochodzi jeszcze Microsoft, który wdraża zupełnie nową strategię, starając się zaoferować płynną współpracę swojego Windows ze wszystkim co popadnie, wyraźnie odpuszczając sobie rynek mobile (handheldy), tworząc na nowo zapotrzebowanie na wszędobylskie PC i w tym upatrując swojej szansy na rozwój. Multimedia stanowią dość istotny dla firmy z Redmond element, jest Xbox (który obecnie dość wyraźnie oddaje pola Sony), są nowe pomysły na dostarczanie treści audiowizualnych… to może być ten moment, w którym takie coś jak MQA będzie – właśnie – jak znalazł, czymś co ułatwi dostarczenie treści do klienta, często w lepszej jakości, bez znaczącego wzrostu zapotrzebowania na przepustowość sieci.

Ciekawe w którym kierunku to pójdzie. Jest to niewątpliwie szansa na popularyzację muzyki w hi-res, zaoferowania dużo lepszej jakości na każdym poziomie niż to miało miejsce do tej pory w Internecie. Nie zapominajmy, że MQA na razie to nisza, że wielu producentów, dostarczycieli treści patrzy na tę technologię mocno sceptycznie. Może się okazać, że z dużej chmury… wiadomo. Przekonamy się o tym, jak będzie, już niebawem.