LogowanieZarejestruj się
News

Audirvana (+) niebawem na także na PC z Windows 10

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-06-21 o 10.48.36

Po kolejnych perturbacjach, wracamy do nadawania. Mam przykazane chałupa, nerwosolek, sole, jest szansa na nadgonienie zaległości (X-Fi to raz, Conductor to dwa, obiecane audiovoodoo z LANem na pierwszym planie to trzy). Tymczasem śpieszę z dobrą nowiną… jeden z najlepszych playerów softwareowych na macOSa będzie niebawem dostępny dla PeCeciarzy. Audirvana Plus trafi jeszcze w tym roku na dyski piecyków wszelkiej maści, byle miały zainstalowanego Windowsa 10 (taki wymóg dał dev, co poradzić, w sumie piję do nadal przyjemnie niezwodotryskowanego Wina 7). Będziemy zatem mogli, podobnie jak to ma miejsce w systemie komputerowym Apple (który coraz bardziej wygląda na produkt poboczny, takie hobby w wydaniu Jabca), skorzystać z prawdziwego, audio-kombajnu, oprogramowania pozwalającego na granie z wielu źródeł, zarówno lokalnych, jak i usług streamingowych (Tidal, też Masters, pełna obsługa… brrrr… MQA).

Mamy integrację Tidala, ale nie tylko, bo jest także Qobuz (niestety chyba się na nas ostatecznie wypięli, we Włoszech i Hiszpanii jest, u nas nie, a miał być razem ze wspomnianym południem/zachodem Europy), jest dedykowana aplikacja sterująca pod iOSem (no pod Androidem nie ma, trudno się dziwić, w końcu było to do tej pory oprogramowania wyłącznie jabłkolubne… może wraz z wersją na PC coś i tu się zmieni?), mamy UPnP (niestety nie ma alternatywy – to minus wg. mnie), wreszcie Audirvana słynie z bardzo rozbudowanego, programowego DSP. To właśnie dla tej funkcjonalności warto zwrócić uwagę na ten kawałek kodu. Software daje nam tutaj ogromne możliwości, pozwala wydobyć naprawdę dużo ze słuchawek, skalibrować system stacjonarny pod pomieszczenie oraz zastosować ogrom wtyczek pod osobiste preferencje słuchającego. Naprawdę dużo tego, specjalizowali się w DSP od dawna i to widać. Sam swego czasu korzystałem, teraz już raczej nie, bo Roon, ale gdyby nie Roon byłby to wybór numero uno (uzupełnieniem u mnie był, jest i będzie świetny Vox Player w najbardziej wypasionej wersji).

Podobnie jak to ma miejsce w przypadku Roona, także integracja wspominanego Tidala wygląda tutaj lepiej od natywnej aplikacji serwisu, ale to w sumie nie dziwi, bo choć ciągle kombinują, ciągle coś zmieniają, to moim zdaniem nadal nie jest idealnie, często błądzą, niektóre zmiany UI są kompletnie z czapy. Może powinni odpalić Audirvanę, albo Roona i zobaczyć co oznacza prostota, dobry UX? Program będzie dostępny w wersji próbnej, będziecie mieli całe 15 dni na przetestowanie playera, ocenę, czy warto. Jak warto to skasują na €64 lub US$74. Nie, nie będzie abonamentu, będzie raz i spokój. Jak za starych, dobrych czasów. Niestety nie da się transferować licencji (jaka szkoda), czytaj nie da się przenieść z macOSa na Windowsa bez ponoszenia kosztów. Mogę to – powiedzmy – zrozumieć, ale dev mógł chyba zrobić ukłon w stronę dotychczasowych użytkowników i dać tańszą opcję dla tych, co korzystają/li na Maku. Widać, takie czasy, gdzie zarabianie raz jeszcze, ściubanie kasy z konsumenta, to dowód przedsiębiorczości, powód do chwały. Mniejsza. Nie podali dokładnie kiedy zawita, także przyjmijmy, że może być równie dobrze przed Gwiazdką. Ciekawostka… w wersji na PC trafi premierowo coś, co powodowało niemałe zachwyty i opad szczęki u co poniektórych (pozdrawiam) na ostatnim Endzie. O co chodzi? Ano o algorytm Leedh-a*, nowy patent na super… nie SUPER-prezyzyjną regulację głośności w domenie cyfrowej. Rozdzielczość 64 bity. Absolutne loss-less. Ani bitu nie uroni. ;-)  Jak to nazywa twórca algorytmu: „truly lossless digital implementation”. W wariancie nieprzetłumaczalnym „non-lossy regardless of attenuation depth”. Za rekomendację, poza ochami i achami niech starczy to, że jako pierwsi zastosowali to rozwiązanie Szwajcarzy w swoich top haj-endowych skrzynkach Soulution. Byli tak zadowoleni z efektu, że generalnie zalecają słuchanie muzyki wyłącznie z załączoną opcją. No nieźle. Można to, to nazwać cyfrową (dobra, algorytmową, żeby choć trochę strawniej dla tradycjonalisto-konserwatystów to wyglądało) nakładką na analogową regulację. I to ma być zaimplementowane w najnowszej odsłonie Audirvany. Na PC i (potem) także na Makówy. Intrygujące i na pewno sprawdzimy w akcji co to, to daje…

 

 

* eksperymentowali nie tylko z topowymi materiałami, sprzętami, ale także iPhonem, Spotify’em czy strumieniem z YouTube. Podobnież dawało wymierne korzyści, w sensie, że progres, z takich, często niedoskonałych źródeł dźwięku. Trzeba będzie obadać.

FiiO Q1 Mark II. W sam raz na wywczas. DAC/amp na wynos

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180609_095907530_iOS

Przyjechało, od razu jak przyjechało to sobie pomyślałem: będzie coś ala Alpen (przetestowane u nas: 1 i 2) lub Kilimandżaro 2, czy raczej coś ala Olympus 2? Dwa pierwsze to zimny chłód cyfrowego cyrkielka, wszystko bardzo dokładnie wyłożone, ale z dystansem, ostro, cyfrowo właśnie. E10K, którym się zachwycałem, to zupełnie inna bajka. Tam wszystko drgało, emocje były że ho, ho, ten Olympus 2* po ciemno-ciepłej stronie mocy się sytuował ;-) i jeszcze za naprawdę małe pieniądze wołali, jak to u FiiO często, gęsto bywa. Jak będzie z Q1 mk II zatem? O tym przekonamy się niebawem, słuchać będziemy głównie mobilnie, bo forma zobowiązuje, także komp tak, ale MBA, a kieszonkowo to iPhone i – z czystej ciekawości – topowy model Nokii na Windows Phone (masakra OS, masakra), który poza świetnymi zdjęciami ma tym razem sprostać zadaniu współpracy z przetworniko-wzmacniaczem. Tak „for fun” (albo i bez, bo coś czuję, że w tym zarzuconym systemie nie będzie to w pełni wykonalne, ale zobaczymy, niby teoretycznie „da się”). Sprawdzę też tego grzdyla z iPadem w oprogramowaniu ROON, próbując uruchomić stream także na wynos (można kombinować, choć jest to narazie – właśnie – kombinowanie). Słuchawki to przede wszystkim dokanałówy KZ ATE i nausznice Sundara. To obecnie nasz referencyjny set na każdą wyjściowo otwartą okazję. Wróć. Nie do końca tak jest, bo rzecz jasna bardzo we znaki daje się otwarta natura nauszników HiFiMANa na mieście (w lesie nie masz nic przyjemniejszego, nie też nie, bo grzeje), dlatego uzupełnimy to słuchanie o zamknięte HP50 i Momentum. W balansie (jest taka opcja w tym FiiO) chwilowo nic nie ma u mnie, ale może będzie i to też sprawdzimy.

Audio piersióweczka

FiiO, jak wiemy, celuje w budżetowe rejony, zawsze kalkuluje cenę tak, żeby produkt był maksymalnie przystępny (sugerowana:499), przystępny dla szerokiego grona zainteresowanych. Chwalebne to, a jeszcze chwalebniejsze jest to, że nie odbywa się to nigdy kosztem wykonania, materiałów i wyposażenia. Zawsze jest bardzo dobrze spasowane, zawsze jest alu, zawsze jest na bogato (kable, gumki, pokrowce i co tam jeszcze). Zawsze. Warto to docenić, bo przecież jak mamy budżet to zazwyczaj jest w drugą stronę, znaczy się jest biednie. Tu nie jest. Na pudle, a nawet obudowie (niestety w formie naklejki, która wcześniej, czy później odpadnie) widnieje logo certyfikacyjne Hi-Res Audio. To taki ukłon w stronę marketingu, co oczywiste, ale też wskazówka, że ci co słuchali (z nadających znaczek) uznali, że potrafi DAC uskutecznić konwersję na tyle przekonywująco, z materiałów hajresowych, że ten znaczek można mu nadać i już. No to dali, czyli ma być wgląd dobry, rozdzielczość dobra, precyzyjne ma być, pokazujące wyższość pliku wysokobitowo-częstotliwościowego nad wariantem tylko 16/44. Wspominałem tu nie raz i będę przypominał jeszcze nie raz… nie cyferek słuchacie, a muzyki i warto na tym co najistotniejsze się skupić, a już na pewno nie należy doszukiwać się czegoś, czego nie ma (w aspekcie SQ). Oczywiście chwali się, że taki maluch dzisiaj mobilny potrafi nam przetworzyć materiały 32/384 oraz DSD 256, bo to te wyczynowe, nieliczne materiały są i samo w sobie, nie jest to nic złego, zdrożnego, niewłaściwego, że umie, ale nic to konkretnie (jeszcze) nie znaczy.

Można spożywać całą dobę, a nie tylko od 13… zaraz, coś mi się chyba pomieszało. 

Intrygujące w tym malcu przypominającym piersióweczkę jest to, że mamy tutaj także takiego miniaturowego pre-ampa. FiiO dało osobne (raz jeszcze – osobne) wejście/wyjście analogowe, co w przypadku takich konstrukcji praktycznie nie występuje w przyrodzie. Idać dalej mamy gain (działa dość niemrawo, z tego co zauważyłem) oraz podbicie basów (to działa żwawo). Ważne, że dali tam wysokomocny akumulator o pojemności jak w iPhone plus minus, bo 1800 mA, a to oznacza, że nasz telefon nie będzie dodatkowo obciążony karmieniem podpiętego, zewnętrznego akcesorium tylko, właśnie, będzie niezależnie zasilany. Ma starczyć na 20 godzin grania bez konwersji C/A i całe 10 z konwersją. DAC waży 100g, także odczuwalnie, ale też bez przesady. Dodali, wspomniane, gumki, choć ja nigdy nie byłem i nigdy nie będę zwolennikiem kanapek. Ale, jak ktoś ma ochotę, to może sobie takie coś zaaplikować, kabel micro USB – Lightning dostajemy w komplecie. Diody poinformują nas o stanie urządzenia (czy DSD, podświetlenie gałki & informacja co gra). Sam potencjometr chodzi gładko, ma tylko jedną, ale dość poważną ergonomicznie wadę. Jest minimalnie za duży, by można było położyć Q1 mk2 na blacie. Dziwne niedopatrzenie ze strony projektujących, chyba że widzieli tego malucha tylko na gumkach, tylko w kieszeni. Jeżeli tak, to „a to przepraszam” ;-) W sam raz, by zabrać go ze sobą na jakieś wczasy, podróż, do lasu, by moc wzmocnić móc i zerojedynkowo wzmóc móc.

Jest też balans (2.5mm TRRS), jest osobne 3.5 liniowe we/wy

Trochę zdjęć, porównamy na pewno do mDSD…

Gdyby coś poszło nie tak, można resetować ;-)

Małe to, kompaktowe, ale jednak gdzieś umieścić (jak na wynos) trzeba. Zawsze to minus w przypadku tego typu wynalazków, taka ich cecha.
Chyba, że o grającym penie mówmy i to takim mniejszym, jak Ważka przykładowo

Z microUSB mamy, każdy z nas zapewne ma, nieciekawe doświadczenia. Gniazdo USB-C jest lepsze, szkoda tylko, że sam standard skopali i właśnie trudno mówić o standardzie

Jak to u FiiO, wszystko jest, w pudełku jest.

* pamiętam, że podobnie dobre wrażenie było po teście Qogira

Sonos pokazał i trochę rozczarował. Beam nie jest dokładnie tym, czego byśmy sobie życzyli

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-06-07 o 11.28.02

Było to dość zaskakujące, bo większość spodziewała się zastępstwa dla solidnej, znaczy konkurencyjnej dla innych tego typu wynalazków, belki dźwiękowej vel projektora dźwięku vel soundbara Playbar. Beam – pokazana wczoraj na konferencji nowość – nie jest następcą, w ogóle nie jest czymś co można bezpośrednio porównywać do wspomnianego Playbara (ten, zresztą, z oferty nie znika). Zacznę do początku, od oczekiwań, a te były spore: po pierwsze integracja HDMI w sonosowym ekosystemie, ale nie taka jak zaproponowano, tylko na poziomie pt. obsłużę wszystko co jest na czasie, po drugie możliwości dźwiękowe pozwalające potraktować produkt jako alternatywę dla innych belek, a nawet klasycznych systemów z kolumnami (fronty, central… wystarczy, choć inni, tj. Yamaha, potrafią nawet więcej w tej materii), po trzecie spoiwo łączące wszystkie streamy, wszystkie skrzynki „pod jednym dachem” w zakresie odtwarzania audio (i nie tylko). Takie były, przyznaję że nieskromne, oczekiwania. Wielu takie wyrażało, wielu widziało szansę na prawdziwy przełom (bo bezdrutowo, wszystko i jeszcze ze zintegrowanym interfejsem głosowym, AI).

Małe to jest, bardzo małe, kompaktowe. Ma to swoje konsekwencje (możliwości brzmieniowe)

Udało się? Ano nie udało, albo udało ale trochę, no nie do końca. Beam jest mały, niewielki taki, nie ma możliwości brzmieniowych bara, ani base. To inna kategoria, w sumie, nowa kategoria, bo patrząc na możliwości (i może tutaj tkwi sens, zamysł producenta) nie ma odpowiednika (no ale też takie coś chcieliśmy otrzymać, tylko inaczej) na rynku i może się okazać, że mieć tego odpowiednika Beam zwyczajnie nie będzie. Czym jest? Niewielkim projektorem dźwiękowym, podkreślam NIEWIELKIM, w układzie cztery przetworniki pełnopasmowe (dwa @ froncie plus dwa z boku, do przodu zwrócone) oraz kopułka wysokotonowa, każdy jeden z w łasnym, cyfrowym wzmacniaczem (plus trzy, pasywne, radiatory basowe), z centralnym procesorem sterującym, sonosowym DSP (rozwinięcie kalibracji w oparciu o technologię TruePlay). Wszystko jest odpowiednio ekranowane (sporo anten, mikrofonów w środku). Z tyłu macie poza gniazdkiem LAN (WiFi rzecz jasna jest) wspomniane HDMI. Czyli tak, dźwiękowo, to będzie na pewno lepsze od dowolnego (no prawie, ale tak 99%) telewizora – i taki był cel twórców, że to ma konkurować z samym telewizorem właśnie – ale już nie bardzo z trzema kolumnami wielodrożnymi, nawet jeżeli mówimy o zestwie „kinowym”. HDMI dali ale jakieś takie niepełnowartościowe, bo nie w wariancie wspierającym najnowsze technologie dźwięku obiektowego (Dolby Atmos czy DTS:X? Nie, tego tu nie ma), właściwie to, to HDMI nawet nie bardzo poradzi sobie z wszystkimi formatami ze starszego Blu-ray’a (będzie konwersja, albo wybór innej, gorszej jakościowo ścieżki). Nie jest to także (ale tutaj specjalnie na to nie liczyłem, choć byli i tacy, co liczyli) przełącznik źródeł, hub, bo to HDMI jest tylko jedno. Właśnie. Jest jedno i wspiera technologię powrotnego kanału audio (HDMI ARC) oraz HDMI-CEC (znane od lat rozwiązanie, nie zawsze dobrze się sprawdzające zapewniające sterowanie telewizorem, współpracę odbiornika z Beamem). Innymi słowy odpada nam jedno ze złącz HDMI w TV, dodatkowo telewizor musi wspierać ARC. To nie jest jakiś wielki problem, bo dzisiaj prawie każdy wspiera (czasami z automatu, czasami trzeba aktywować w menu), gorzej w przypadku starych modeli, ale w takiej sytuacji skorzystamy z konwertera HDMI-TOSLink dołączanego w komplecie (praktycznie wszystkie odbiorniki HDTV mają w standardzie cyfrowe wyjście dźwięku). Ma to sens i tak to musi być zintegrowane, ale już brak HDMI 2.0 i wyżej w takim produkcie zwyczajnie… boli. Boli i to mocno boli, bo nie dalej jak w poniedziałek Apple zapowiedziało Atmosa w swojej skrzynce podtelewizyjnej. ATV 4k będzie umiało, biblioteka filmów 4k puchnie, a tu takie kompromisy. Szkoda, bo Sonos jednocześnie zrobił parę rzeczy tak, jak powinien, i jak wspomniałem, jest to sprzęt (mimo wszystko) bardzo oryginalny i nie mający odpowiednika na rynku.

No i jest to HDMI, tylko nie do końca takie, jakie byśmy chcieli widzieć w nowym Sonosie, nie do końca takie

Dlaczego jest oryginalny i nie ma odpowiednika na rynku? Ano – i tu przejdę po minusach, do plusów – integruje nam technologie konkurencyjnych firm, które w swoim ekosystemie nie akceptują alternatywy (albo ta alternatywa jest bardzo ograniczona)… to znaczy możemy mieć i będziemy mieć „pod jednym dachem” Apple, Google i Amazona. Nie, nie chodzi tutaj żeby mieć, tylko żeby INTEGROWAĆ. Przykład? Chcę sterować podstawowymi funkcjami wspomnianego ATV za pomocą AI od Amazona. Wydaję Aleksie komendę i dzieje się. To oczywiste i dla użytkownika bardzo użyteczne, ale już na poziomie „współpracy” między firmami wielkie, nie do przeskoczenia, wyzwanie. Każdy zazdrośnie strzeże swojego, obcina funkcje w produktach firm trzecich – tak to wygląda. Sonos jako jedyny nam to integruje, integruje tak, że nie musimy (w przeciwnym razie byłoby to kompletnie bez sensu) wybierać, przełączać się, tylko – właśnie – dzieje się, my korzystamy, a sprzęt nas rozumie. To postawa idei inteligentnej chałupy, automatyzacji, tego wszystkiego co jest obecnie bardzo na czasie. Co prawda nie jest jeszcze idealnie, bo po pierwsze integracja AirPlay2 będzie mieć miejsce dopiero za ponad miesiąc. Po drugie, będziemy musieli poczekać na Google Assistant – co bardzo boli nas tutaj, znaczy w Polsce boli – bo to jedyne AI z zapowiadaną obsługą języka polskiego w bieżącym roku. Także do pełni możliwości jeszcze daleka droga, ale wiadomo jak to będzie u Sonosa działać i wreszcie ma to sens. To przede wszystkim aspekt czysto użytkowy, ergonomiczny, możliwość wydawania komend i sterowania samym sprzętem oraz streamem (jaki by on nie był).

Nawet IR dali, w pewnym sensie dali. W sumie prawidłowo, dobrze jest mieć wybór, niż nie mieć go wcale

No właśnie – wszystko pod jednym dachem. Chodzi zarówno o treści jak i skrzynki strumieniujące*. Sonos słusznie uznał, że wbudowanie własnego rozwiązania (czy jakiś asystent, czy własne smartTV) nie ma uzasadnienia w obecnych czasach. Po pierwsze powielamy funkcjonalności (bo TV pewnie smart jest, a jak nie to Chromecast, albo inne ATV, albo Amazon FireTV, albo jeszcze coś innego wisi na kablu), po drugie inni zrobili to często na tyle dobrze, że niczego nie zwojujemy, wreszcie po trzecie stworzenie sensownego rozwiązania z własnym, choćby ograniczonym (do AV) AI to gigantyczne wyzwanie, któremu (na razie) nie podołało takie Apple (Siri nadal jest głupia jak but, choć nowe pomysły z WWDC mogą przynajmniej sprawić, że będzie użyteczna, choć nadal w zakresie inteligencji pozostanie głupia jak but). Ludzie z Sonosa uznali, że nie ma się co kopać z koniem, tylko skupić się na tym co robią dobrze (własny ekosystem, sieć mesh, oprogramowanie agregujące treści i integrujące wspomniane AI, współpracujące z innymi rozwiązaniami softwareowymi… kłania się np. Roon (nasz tekst nt. temat tutaj)). To słuszna droga wg. mnie, gwarantująca dobre rezultaty, a nie porywanie się z motyką na słońce (co zawsze kończy się spektakularną klęską vide Microsoft i telefony… co za porażka!). Mamy nie tylko to, co wprowadzone na zasadach partnerskiej współpracy, w samym oprogramowaniu firmowym. Nie, mamy właśnie wszystko, czy precyzyjnie będziemy mieć wszystko, bo Sonos(y) dogadają nam się i odtworzą dowolne materiały dzięki implementacji AirPlay2, CAST (z chwilą wprowadzenia asystenta Google). To będzie przełom, bo castowanie z jednej, stream w ramach airplay z drugiej gwarantują, że absolutnie każdy materiał multimedialny z sieci nam się tutaj odtworzy, wygodnie odtworzy, z możliwościami jakie oferuje sam Sonos. Wspominałem ostatnio o źródłach multichannel. To też będzie można w opcji wielokanałowej grać. Pytanie, czy HDMI obsłuży nam (a dokładnie układy audio w Beam-ie obsłużą nam) SACD (z płyty np via PS3), czy DSD?

Minimalizm formy. Popieram. Minimalizm treści (możliwości dźwiękowe) już nie. Nie popieram. Jest 3.0 (L/P i C), ale…

Będziemy zatem mogli wykorzystać Beama w roli kolejnego, strefowego głośnika, będziemy mogli także stworzyć wielokanałowy system z dwoma One (patrz nasza opinia) czy Play:1 (nasze trzy grosze) oraz firmowym subem… niestety tylko w opcji DD, DTS (tu też nie mam pewności jak to będzie wyglądało finalnie).  To ograniczenie, a tak chciałoby się mieć pierwszy, bezdrutowy system głośnikowy w kinie domowym z najnowszym HDMI na dokładkę… chciałoby się i niestety nic się tu nie zmieni i to właśnie jest powodem dla którego Sonos mnie rozczarował. Rozumiem argumenty, choćby biznesowe – ma to konkurować z inteligentnymi głośnikami konkurencji i cenowo konkuruje, bo więcej dostajemy za niewiele większe pieniądze (np. HomePod to 349$, a Beam to 399$ – w Polsce niestety aż 1899zł). Jak na Sonosa, to nie jest wygórowana cena, ale też co dostajemy w zamian? No nie dostajemy odpowiednika bara, ten jest pod względem brzmienia dużo lepszy. Owszem, Sonos postanowił bardzo mocno przysiąść nad optymalizacją pracy przetworników, szczególnie w zakresie dialogów. Mają być superczytelne i ma to nas zachwycić, ale hmmmm…. to jest bardzo mały, bardzo – choćby fizycznie właśnie – ograniczony (możliwościami dźwiękowymi) produkt, także cudów nie ma. Wspominają też coś o bardzo przekonywującej przestrzenności – ok, jeżeli Beam zagra przestrzenniej od Zeppelina Air to przyznam, że zrobili tutaj naprawdę dużo, tyle że szczerze wątpię. Na pewno świetne jest to integrowanie pod jednym dachem, świetne jest to, że mamy streamy wszelkie, że wymienione skrzynki od gigantów IT będą nam ładnie z systemem Sonosa współdziałały. To plusy, ale jak widzicie widzę też szereg poważnych minusów. Nie tak miało być. Nie tak. Szkoda. Przedstawiciele Sonosa coś tam mówili, że na obiektowy to za wcześnie, że Atmos to jeszcze nie teraz (w domu). Może mają racę, nie potrafię tego ocenić, może biznesowo lepiej jest dać coś prostszego, mniej zaawansowanego, nie wspierającego  najnowszych technologii w AV. Może. Tyle, że pierwszy zestaw kinowy (belka plus sub), a także dock pokazały, że Sonos czuje temat, że potrafi, że to może być w kolejnych, doskonalszych produktach, spełnienie marzenia o bezprzewodowym (prawdziwie) i supernowoczesnym (te streamy, te głosowe sterowanie, te AI) systemie, gotowym nie tylko sprostać najnowszym wymaganiom kina z kanapy, ale także fajnie zabrzmieć (choćby w tle), gdy nie obraz, a tylko dźwięk chodzi nam po głowie. Tutaj właśnie jest największe moje rozczarowanie. To nie jest tego typu produkt. To coś z innej beczki. Przystępniejszy (cenowo), zastępujący niedoskonałe głośniki w TV (teraz, albo gra cały ekran vide Sony, albo trzeba i tak spk wyrzucać gdzieś, bo displeje są tak cienkie, tak cieniusie, że nie ma szans zmieść dźwięk w czymś takim… no chyba że niekonwencjonalnie, ale wtedy zazwyczaj kompromisowo, mocno), przydatny dla wielu element sonosowego ekosystemu i dodatkowo (ważne) alternatywa dla innych głośników z AI (które ani dźwiękowo, ani w zakresie integracji nie mogą się obecnie z Sonosem równać – myślę tu o całym, właśnie, ekosystemie).

Biały tradycyjnie

…i czarny, też tradycyjnie

Dla niektórych plusem będzie ograniczona przestrzeń jaką będzie okupować Beam. Zmieści się praktycznie wszędzie, gdzie jest choć trochę miejsca pod TV

To kto zrobi to, jak należy? Zaprezentuje obiektowy bez druta, na miarę naszych oczekiwań? Hmmm?

PS. Sterujemy głosowo, wiadomo, albo za pomocą dotykowego czegoś, też wiadomo. Zaskakujące jest to, że dali czujkę IR, z tego co widzę. Ukłon w stronę tradycjonalistów?

* a dalej rozwiązania sterujące inteligentną chałupą, to co obecnie oferuje rynek w tym zakresie (via Google Assistant/Aleksa… raczej nie Siri, a przynajmniej nie tak prosto jak w przypadku wcześniej wymienionych, w ograniczony, podstawowy sposób – wiadomo: Apple)

Retro PC Audio czar. Czyli kiedyś też grało…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180321_163006021_iOS

Miałeś Soundblastera Gold ZS i byłeś gość. Zestaw wielokanałowy od Creative to było coś. Grało się z WinAMPa, pobierało z Napstera, a płytkę ripowało dbpowerampem. Te czasy, gdy karta muzyczna i blaszak na biurku wyznaczały granice grania z pliku, gdy zewnętrzna karta dźwiękowa to był… po prostu jakiś Soundblaster, dla którego alternatywą był GUS (układy AWE, superkarty UltraSound… sam zdradziłem SB na rzecz, ale potem powróciłem, bo wypuścili Live!, z ówcześnie potężnym układem DSP EMU10). Tyle. Jak przetwornik C/A jakiegoś producenta audio to – owszem – był sobie Arcam z ich legendarnym blackboksem, w kolejnych odsłonach (numeracja kolejnych wcieleń: od 2 do… 500), ale nie miało to żadnego przełożenia na PC, bo też ten pecet w ogóle nie był brany pod uwagę jako źródło dźwięku w systemie audio. Dwa równoległe światy, nie wchodzące sobie w paradę, bo przecież komputer to biurko, to jakieś komputerowe monitorki (o nich dzisiaj w niniejszym wątku wspominkowym też będzie), albo właśnie 5.1. Fascynacja kinem domowym, wielki sukces płyty DVD – „kina” przeniesionego pod strzechy, co na marginesie objęło także świat blaszaków w opcji – budżet – czytaj po taniości w porównaniu do zestawów AV na serio. Takie to były czasy. W ogóle ta niesamowita eksplozja popularności DACów, takich jakie dzisiaj znamy, to ostatnia dekada. Zaczął (na serio) znowu Arcam ze swoim bardzo udanym pudełkiem, rDACzkiem w 2010 (patrz nasza recenzja), skrzyneczką zapoczątkowującą nowy trend i powrót przetworników cyforowo-analogowych. USB zaczęło być ważne. Komputerowy interfejs stał się ważny. Wcześniej, w latach 90 (późne) i w pierwszej dekadzie XXI wieku nikt tam sobie głowy tym nie zawracał, bo z jednej strony kompakty były już na tyle dobre (wewnętrzne układy montowane w odtwarzaczach), że nie było potrzeby mnożenia bytów, a komputery… cóż, komputery nie służyły do słuchania muzyki, słuchania muzyki na poważnie, a jak już do czegoś służyły to jako narzędzie pracy (w studio nagraniowym, u muzyka), natomiast PC audio masowe to była jw. zazwyczaj wewnętrzna karta dźwiękowa (o rosnących możliwościach, także w interesującym nas aspekcie) i jakieś pierdziawki, względnie Porta-Pro, albo EarPodsy.

Komputer wkracza na salony. Pierwszy popularny. Pierwszy taki. Z USB, co potrafiło zagrać (TAS1020). A w tle koktajl.

Osiem lat później. T20 i już na szybko z kompa lepiej niż bez.

DDT2200 sub & jednostka centralna z ampami dla kostek

Tak skrótowo i mocno po łebkach opisałem czas, który naznaczony był pionierskimi poszukiwaniami czegoś, co jakoś będzie grało, co pozwoli z błaszaka wydobyć dźwięk. Oczywiście królowały mp-trójki, w jakości absolutnie dziś nieakceptowalnej, ale też ten komp mógł służyć i służył do kopiowania (kto wtedy nie kopiował połowy internetu via TPSA 0202122 ten albo nie był wtedy w planach, znaczy bardzo młody, albo pamięć mu szwankuje, ewentualnie wyparł, znaczy łże). A że mogło to wypaść lepiej, niż gorzej, mieliśmy nad tym kontrolę i te lepsze pliki już mogły nawet być (i były, choć mp3 miało absolutny priorytet, bo Napster, bo iPod i kolony, bo przedajfonowe komórki) to się te WAVy na płytach wypalało (się wypalało, bo dysk twardy, moi drodzy, miał wtedy np. 40GB i był drogi jak cholera, a płyta już nie była taka droga i można było sobie te kolekcje tworzyć alternatywną, dublować drogocenne org. krążki, co to mogły się porysować i-t-d i-t-p). I tak to było, a jak ktoś miał szczęście i liznął jabłco (makówki były horrendalnie drogie i tak zostało, ale nam się na tyle polepszyło, że dzisiaj są po prostu drogie) to nawet mógł parę rzeczy mieć w standardzie lepiej i bardziej móc (FireWire to raz, UAC – USB Audio w MacOS X to dwa, optyczne prawie w każdym kompie to trzy, wreszcie lepszy dźwięk ogólnie z wbudowanego vs typowy blaszak – to cztery). Były to czasy, w których słuchawki były za 2 stówy maks, a jak ktoś chciał zaszaleć to miał HD6xx albo K7xx za półtora tysia i to już był high-end słuchawkowy, wyżej to jakieś ekscentryczne dziwa na totalnym marginesie. Kolumny pod PC to był prężny segment tego i owego, w dużej mnogości, ale kolumny to jednak takie trochę na wyrost, bo zazwyczaj niewiele to umiało i dobrze, bo i tak nie można było liczyć na coś więcej (SQ z ówczesnego audio-pliku).

Z wyjątkami.

Integracja, można nagrać, słuchawki podpiąć, wszystko wyregulować ;-)

I wcale nie małymi, moi drodzy. Bo jednak te lepsze, ale też dużo droższe było, nawet w formie zewnętrznych procesorów dźwięku (mówimy o konsumenckim rynku, nie pro, żeby nie było tutaj jakiś niedomówień), nawet jakiegoś DSP realizowanego dla każdego z kanałów z osobna (yhy), nawet jakiś patentów z dźwiękiem haj-res. W latach wczesnych dwutysięcznych. Nawet. Audigy – seria od Soundblastera, który na marginesie tak zdominował rynek, że był synonimem dla – ogólnie – nazwy akcesorium pt. karta dźwiękowa, nowość Audigy dawała po raz pierwszy obsługę dźwięku 24 bitowego (choć jeszcze konwertowanego do postaci redbooka 16/44), wysoki współczynnik SNR >100dB plus opcje „tanie kino” czytaj cyfrowe optyczne, albo analogowo 5 plus 1 na wielokanałowe zestawy głośników komputerowych. Oczywiście, można było podłączyć via wzmacniacz stereo kolumny z prawdziwego zdarzenia, pożenić blaszaka z amplitunerem wielokanałowym (który zazwyczaj już sam i lepiej nam te wielokanałowe ścieżki dekodował, ale też przyjąć sygnał analogowy też umiał, bo w odróżnieniu od dzisiejszych ampli z tyłu piętrzyły się tysiące gniazd RCA, no gęsto było, im więcej tym właściciel takiego stwora lepszym samopoczuciem się odznaczał). I tak sobie graliśmy (właśnie, graliśmy, ale niekoniecznie muzykę), oglądaliśmy (kto nie oglądał szmirowatego kina klasy Z, w jakosci zbliżonej do VHSa, ten mija się z prawdą), a także od czasu do czasu słuchaliśmy. I SB był wystarczający. Szczególnie w sytuacji, gdy udało się uzbierać na to wspomniane na wstępie Gold ZS i no… Panie, Panowie, to było już naprawdę coś. Mimo, że wiatraki wyły, mimo że blue screeny waliły, mimo że empetrzy królowało wszędzie i powoli gorszy pieniądz wypierał lepszy (redbook). Bo tak, tak było (na przełomie wieków było).

Zebrało się na wspominki, a zaczynem była spadająca podczas sprzątania piwnicy, spadająca na łeb, wcale nie taka lekka skrzynka, a w niej – okazało się – było to stare PC Audio. Karta już bez sensu, bo na PCI (tak, nie tym -e, co oczywiste, tylko tym takim przedpotopowym, choć jeszcze ledwo dzisiaj występującym… w sumie mogło być jeszcze na ISA, prawda… ekheheue). Niestety Amigi500 wśród gratów, jakie spadły na łeb, nie było (a tam dźwięk był niczego sobie, niczego sobie jak na końcówę lat 80-tych… no to już totalna prehistoria… cztery razy 8 bit przetworniki C/A… innymi słowy mieliśmy te 16 bit na kanał ;-) ), ale wypadł SB, wypadła jakaś karta na Via Vinyl (oj tak, te nazwy bywały naprawdę przewrotne!) i do tego jeszcze efektory. Pierwsza wersja, najwcześniejsza, zestawu ikonograficznego, legendarnego (tak, trochę ubarwiam) czytaj stary jary T20 od … a jakże… Creative Labs oraz DDT2200 (bez dekodera, jak DDT3500, co to był „na wypasie” i miał jednostkę centralną i DD, efekty i co tam jeszcze miał ….samą skrzynkę dekodera od jakiegoś Włocha ściągałem hue, hue) też od CL. Jak już wypadło, to się ucieszyłem, bo jak pamiętacie poprzednie wpisy udało się odkopać dwa świetne, naprawdę znakomite, zasilacze jakie Creative dawało do swoich lepsiejszych zestawów pod komputer. Znakomite parametry, ogromne radiatory chłodzące kostki, mimo 20 lat z okładem działające jakby wyjąć je wczoraj z pudełka od nowości. Przydały się bardzo, bo X-Hi (test niebawem!), bo modyfikacja terminala pod PC Audio (znowu to X-Hi), wreszcie wykorzystanie niezgorszego suba z DDT i opcji na efekty (żeby sobie odpowiedzieć na pytanie, czy to dawne słuchanie, granie miało sens, było jakościowo akceptowalne, akceptowalne w czasach „mogę wszystko”). Już samo to uzasadniało wycieczkę w daleką jw. przeszłość i powiem Wam, że cholera, warto było odkurzyć, warto było podpiąć i sobie powspominać.

Mniam, mniam

T20 okazały się (no ale to nie jest odkrycie kopernikańskie, trudno żeby było inaczej) nie tylko lepsze od wbudowanych w imakówę głośników, ale także dały radę wszystkim usprawniaczom jakie jabłco zaserwowało ostatnim wypustom pro macbooków. A tak się wszyscy zachwycali, że taki to teraz wyraźnie lepszy dźwięk z tych, wyposażonych w bezsensownego touchbara, maków wydobywa. Otóż i co z tego, że lepszy, jak takie T20 w opcji na jacku miażdżą to rozwiązanie (też bez zdziwienia, ale pamiętam te buńczuczne zapowiedzi, te przechwałki, że teraz to ten laptop nam zagra…). Fajnie, że można sobie klasycznie, jak to w aktywnym zestawie na serio bywa, wyregulować potencjometrami barwę, że te kolumienki mimo upływu czasu się jakoś nie zestarzały. Rzecz jasna na biurku lepiej będzie i z Audioengine (A2+ patrz test), czy Devinitive Technology (świetne Incline, też u nas zrecenzowane), tam w końcu mamy cyfrowy link z kompa i wszystko się dzieje w skrzynkach, konstrukcyjnie wszystko to bardziej zaawansowane, ale… na pchlim targu te Tetki traficie za 50 złotych. I to będzie świetny upgrade „za pół darmo” waszego, wszystko jedno jakiego komputera. W opcji biurkowej rzecz jasna (nie, nie na wynos).

W przypadku DDT2200 okazało się, że wcześniej tylko na chwilę podpinany sub (już nie pamiętam z jakiej okazji, ale pewnie testowałem ampa albo jakiś zestaw gdzie to wyjście na aktywnego suba było), po prostu się marnował. Nie jestem jakimś wielbicielem niskotonowców, w przypadku muzyki – wiadomo – mamy generalnie stereo, choć u mnie ostatnio było sporo eksperymentów z wielokanałowym dźwiękiem i nie chodziło tylko o SACD (testy 105 i 205 od Oppo), ale także multichannel jaki dostał w upgrade ROON (od 1.3). Materiałów (pliki) niewiele, ale są, można trochę tego kupić, trochę tego posłuchać (także w streamie), tu właściciel wielokanałowego zestawu może od razu sprawdzić, czy w ogóle warto sobie głowę zawracać. Moim zdaniem warto, choć z zastrzeżeniem, że czy to kwadrofonia (lubimy!), czy coś więcej (tu ten sub, także  dodatkowe kanały efektowe) to jest taka ciekawa wycieczka w odmienne od stereo doznania, ale siłą rzeczy ograniczona (materiały, źródła), na marginesie taka. Ciekaw jestem, czy komuś zachce się wypromować coś wielokanałowego w audio, skutecznie wypromować, czy będzie to nadal niszowa sprawa. Wiemy, że to, co serwowane jest w plikach DSD (dff/dsf) to zazwyczaj (i jaka szkoda, że właśnie tak) tylko 2ch. A przecież właśnie wielokanałowy zapis na płycie SACD był czymś – wg. mnie – znacznie ważniejszym, istotniejszym i kluczowym dla nowego formatu (który się nie przyjął) w stosunku do płyt CDA, dużo znaczniejszym niż lepsze parametry (zasadniczo 24/88) w porównaniu do redbooka. O DVD-A w ogóle nie ma sensu wspominać, o BD-A też można raczej powiedzieć… fajnie, ćwierć, ćwierci promila. Także nie ma o czym gadać. To może te wynalazki rodem z domowego kina, te Dolby Atmosy, DTSy Xy czy Auro-3D? Dźwięk obiektowy to naprawdę coś szczególnego, w kinie robi to zasadniczą różnicę i śmiem twierdzić, że tak jak początkowe zachłyśnięcie się DD i DTS w wariancie 5.1 plus rozszerzenia, nie stanowiło przełomu, to tutaj jest inaczej. Jeszcze o tym, przy okazji testu amplitunera sieciowego NADa, wspomnę, bo jest o czym się rozwodzić. No dobrze, ale audio?

To zniknie. Będzie Sonos tu, Sonos tam, albo HomePod tu i tam, albo będzie KEF (lepiej) działający bezdrutowo i na podobnej zasadzie (bo też ze zintegrowaną AI)
Zniknie, ale na razie sobie jest i sobie gra. 

Tutaj odpowiedź może przyjść z najbardziej nieoczekiwanego, ale jak najbardziej masowego, popularnego segmentu, który skutecznie wprowadza rozwiązania z „dużego” audio i równolegle stanowi forpocztę zmian jakie zachodzą w branży (nie, nie IT, a audio). Sonos za parę dni (bezdrutowe HDMI audio!!!), Apple (na razie po dyletancku, ale jednak i pewnie z sukcesem, przynajmniej w zakresie implementacji nowego AirPlay2) wprowadzają wiele kanałów i to nie tylko z myślą o kinie. Integracja strumieni audio, integracja na poziomie protokołów z wieloma, rozbudowanymi (także o takie opcje, tj. wielokanałowe opcje) aplikacjami tworzącymi coś na kształt całościowego systemu dystrybucji, odtwarzania muzyki lokalnie (i zdalnie, choć to akurat w aspekcie multichannel kompletnie nieistotne), bezprzewodowo, z interfejsem głosowym. To ten poziom i to w „dużym” audio też jest/będzie, bo to duże będzie musiało być zaktualizowane, kompatybilne z nowym protokołem, z nowym sposobem interakcji (tak, jesteśmy skazani na interfejs głosowy, bo to wygodne, szybkie i naturalne). Tak jak sieć stała się już niemal standardem wyposażenia klamotów, tak „łączenie klocków”, tworzenie współdziałających ze sobą urządzeń audio, audio/wideo, ich integracja to domknięcie tematu. Nie mam wątpliwości, że ten proces obejmie branżę, że sprzęt do słuchania muzyki będzie finalnie – właśnie – zintegrowany. I będzie to zupełnie inny poziom, niż RS232 ;-) …nie wymagający od konsumenta wiedzy, zasobnego portfela (instalacje przestaną być „elitarne”, staną się popularne, powszechnie użytkowane), tworzenia skomplikowanego projektu. To wszystko przestanie być istotne, a spoiwem będzie AI od któregoś z gigantów IT z domieszką agregującego treści, systemowego oprogramowania (dlatego tak dużo piszę o Roonie, nie tylko z powodu „się podoba”, a właśnie dlatego – to jest przyszłość, przy czym ta przyszłość będzie obejmowała cały sprzęt audiowizyjny w domu… i poza domem).

To też jest w sumie retro. Bo 30 pin, bo pierwsze takie głośnikowe wszystkograje, tutaj jako centralny z DDT w symbiozie.

Miało być o retro, a ja już w futurologię się tu bawię (precyzyjniej to już „jutro”, żadne tam pojutrze, maksymalnie pół-dekady). Wracam zatem w końcówce do tego retro. Jak macie stare, sprawne graty to sprawdźcie sobie, czy aby nie da się ich pożytecznie wykorzystać, czy te – czasami – obiekty dawno minionych westchnień już się całkowicie zdezaktualizowały, czy wręcz przeciwnie. Guz na łbie to niewielka cena za parę wartościowych rzeczy, które z powodzeniem zastosowałem w systemie i które bardzo przydały się do teraźniejszych testów. DDT2200 (w drewienku… mhm ;-) ) był wraz z SB Audigy Gold ZS (to gold, to wiadomo, od tych szczerozłotych I/O z tyłu, na śledziu i akcentów na PCB …na bogato) całkiem niezłym patentem wydobycia czegoś więcej z poczciwego blaszaka. Wraz z napędem DVD, a potem HD-DVD (tak, byłem jednym z pierwszych jeleni którzy wtopili w porażkowy format – Toshiba E1), wreszcie wieloformatowym czytnikiem / nagrywarką BD/HD-DVD/DVD (do dzisiaj działa!) tworzył namiastkę kina, komputerowego systemu odtwarzającego dźwięki (z winampa, z oscyloskopem na wtyczce, a bo czemu by nie). I tak to sobie grało z lokalnego źródła, wcześniej przez Napstera ściągane (jeszcze była taka aplikacja, nie pomnę nazwy, co to wyszukiwała z jakiejś znacznie mniej oczywistej bazy prawdziwe perły z lamusa). To były czasy Netszkapy, iPoda (zawsze w serduszku pozostanie), empe trójki królowania. Takie to było, to PC Audio. Było to generalnie obok. Były dwa światy – w dużym pokoju, w starym mieszkaniu, stał sobie budżetowy system NADa z Mordaunt Shortami… Pylona nie było jeszcze wtedy nawet w planach, jeszcze nie kiełkował p. Jujce pomysł na paczki, bo do szkoły chodził ;-) No, tak było. Z sieci się nie strumieniowało (no przepraszam, owszem robiło się to, choćby żeby sobie posłuchać pierwszych rozgłośni w bitracie 64 (albo kto da mniej ;-) ) tylko się pobierało.  No prawie.

Nowe spotyka stare na tej starodawnej rycinie ;-) Klasyczne stereo, iPod już do mazania tylko i Duet. Strumienie. Nowość.

Spoiwem były te paczki małe, z metalowymi membranami.

Prawie, bo jak tylko trafiłem na futurystyczne skrzynki z netu grające (SlimDevices!) to już wiedziałem, że może ten komputer w salonie wtedy to jeszcze bez sensu (miałem to tak zorganizowane, że przez ścianę leciały kable audiowizyjne, znaczy się sznurki jakieś podłe… taki multiroom vel strefy z tymi DDT2200), ale przecież jest małe czarne (zaczęło się od Squeezeboksa Dueta :) ) i to już było to dzisiaj, tylko wczoraj, bardzo wczoraj. Wcześniej u znajomego były nawet dwa „klasyki”, z tym diodowym, laboratoryjnym, zielonym displejem. Ehhh. I to grało, grało naprawdę fajnie i pokazywało jak będzie świat wyglądał za dekadę z okładem. A Transporter – obiekt pożądania niespełnionego – słuchany na lampowym secie (przypominam, po wykupieniu, był to LOGITECH, czytaj komputery PC: akcesoria, myszy, klawiatury, pierdziawki i jeszcze z milion tego typu rzeczy, zwanych peryferiami) kazał zastanowić się, czy aby te komputery jednak nie staną się w przyszłości czymś absolutnie oczywistym w systemie. Każdym. No i wreszcie do dzisiaj służący Touch. Pamiętam, jakie wrażenie robił, geekowy w formie, LMS, jak ogromne możliwości dawał (mody, mody, mody). I człowiek siedział, słuchał sobie tej muzyki w pierwszych, jeszcze głównie lokalnych, strumeniach z pieca (pieca szumiącego na szczęście za ścianą) i był w sumie bardzo szczęśliwy, że w tej forpoczcie audio jutra bierze udział i poznaje z czym i jak to się je. I choć Duet lubił od czasu do czasu gubić adres IP i trzeba było wszystko rekonfigurować (zawsze z duszą na ramieniu, bo działało to niedoskonale), choć pierwsze stałe łącza z oszałamiającym 512kbps to był i tak szczyt możliwości, słuchało się tej muzyki, a może nawet bardziej poznawało i szukało się jej w Internecie sprzed fejsa, serwisów streamingowych, gdzie wszystko było nowe, pionierskie, fascynujące.

Tak było. Chlip, chlip.

Yes!

Jak retro, to retro. Dekadę temu prawie nikt nie słyszał o ściereczkach do ścierania kurzu ;-)

To już czas, gdy hi-resów granie, zaczynało być w modzie

PS. Pamiętam pierwszego CoctailAudio X10, zaraz po starcie HDO testowanego, no prawie zaraz po starcie :)

Się nagrywa

Mhm, kasety. Walkman (jeden z ostatnich modeli na rynku) i digitalizacja. Bo archiwizacja, choć oczywiście cyfra miała być lepsiejsza od jakiegoś tam analogu

Strumienie dobrej jakości, prawię dekadę temu

Pamiętacie jak wspominałem o LCD-4 mobile? Sto lat temu? No to są

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-05-26 o 08.22.33

Ten produkt był zapowiadany na łamach HDO jeszcze podczas IFA 2016*. W tak zwanym międzyczasie pojawiły się iLCD-ki, z czwórką, czytaj: planarne dokanałówy zwane przez niektórych (no dobra, przeze mnie zwane) uszatkami. Idzie sobie taki miś uszaty dumnie, no dumie sobie bieży z czymś, co mu sterczy z ucha i już wiecie, że to właśnie planarne, jedyne takie, doki za parę tzw. średnich krajowych. Dobra, ale nie o tych dokach miało być, a o modelu najnowszym, nazwanym – a jakże – LCD-4. Tyle, że nie LCD-4 po prostu, a LCD-4z. Co za zwierz? Ano taki, który ma być „on the go”. Powiem tak: świetnie, naprawdę bosko, że dajecie łatwiejsze do wysterowania LCDki, o ile jeszcze mają „sygnaturę dźwiękową” czwórek to już w ogóle czapki z głów, ale… no, ludzie, przecież to jest otwarta konstrukcja, jak można z takimi nausznikami w zgiełku ulicznym, w środkach komunikacji masowej, no jak można?! Wielka szkoda, że Audeze umknął ten dość oczywisty błąd w założeniach. Bo jak mam to zabrać gdziekolwiek to chciałbym, po pierwsze, nie etapować postronnych najnowszym popowym albumem gwiazdki jednego przeboju ;-) – to raz – a dwa, jakaś sensowna separacja od odgłosów ruchliwej ulicy też byłaby jak najbardziej na miejscu. Także tutaj rodzi się zasadnicze pytanie: co miał autor na myśli? Nie wiem, co miał. Może pomożecie?

Dalej, w materiale, jest jeszcze ciekawiej. Bo, dobra, mamy otwartą, łatwą do napędzenia, wysterowania konstrukcję. Przyjąłem, a potem jest jeszcze dorzucone konkretnie do pieca… bo, jak skomentujecie fakt: „to nie są następcy oryginalnych 200 Ω-ek, to ich nowa wersja z membraną o impedancji 15Ω, którą łatwo pożenicie z waszym DAPem lub telefonem” (?) Aha. Czyli jednak nie pomyliłem się marudząc, że to dziwaczny pomysł jest. No bo jest. Jakby to zamknęli, to proszę cię bardzo, jakby to było takie Mr Speakers Ether Flow C. Ale nie jest. Mobius, o którym wspomniałem przed miesiącem, choć trudny do zaakceptowania przez niektórych fanów marki, jest dla mnie przemyślanym, niegłupim wyjściem poza schemat „dla audiofila”, próbą rozszerzenia portfolio, wejścia w temat „dla graczy”. I to ma sens. A te LCD-4z to jakoś tak, nie bardzo. Mamy konstrukcję, która zwyczajnie nie nadaje się do opcji „on the go”. Tak, są lżejsze, przekonstruowane na modłę LCD-ków z sztucznych tworzyw jakie opuszczają od z górką roku chińskie megafabryki. Także pod względem lekkości, gabarytów pewnie będzie całkiem ok, ale co z tego? I jeszcze to słówko „thrill”. Nienawidzę go. Tim Cook na każdej konfie obowiązkowo ogłasza wszem i wobec, jak wytrawny sprzedawca paciorków, którym zresztą jest, że jest „thrilled”. Nie, nie jestem „thrilled”, nie klękam, a wręcz przeciwnie. Widzę ten produkt jako bezwstydny skok na kasę, bez głębszego sensu… gdyby była to po prostu łatwa do wysterowania, tańsza wersja LCD-4 to powiedziałbym: bingo! Ale nie jest, w zamierzeniach Audeze, w przekazie, ogólnie, nie jest. A tym bardziej nie jest, bo przywalili metkę …3995 USD. Do kupienia od zaraz.

Na zdrowie, ja wysiadam….

PS. Miałem nadzieję, że ten zapowiadany model mobile flagowców będzie „closed”. Miałem.

* wspominałem o nim w kontekście ewentualnego pożenienia z Cypherem, kablem cyfra-analog, z ampem i daczkiem… bo to by miało sens, wyobrażacie sobie te Audeze podpięte do iPhone 7/8/X (lub innym, pozbawionym jacka fonem) przykładowo z wpiętym pomiędzy fona a LCD adapterem do gniazda lightning? Tym w komplecie co dają, z przetwornikiem za dwa centy? …ja też nie. Dlaczego, litości, jak już taki produkt „mobilny” wypuszczają, nie dają oczywistego dodatku w komplecie? Pozostanie to ich – Audeze – słodką tajemnicą. Owszem, trzeba by kabel odpowiednio zmodyfikować, dostosować do flagowców, ale za te 4k to naprawdę mogli to zrobić, a nie zrobili.

O ryly?

A tu jeszcze dla przypomnienia, Mobius:

Liberty DAC: przystępniejszy przetwornik Myteka. Naszym zdaniem

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_7710

Mytek od zawsze kojarzył mi się ze sprzętem dla profesjonalistów… pamiętam najlepszy sposób wyciągnięcia dźwięku z komputera za pośrednictwem FireWire jakąś dekadę temu, coś co stanowiło stały element wyposażanie tych przetworników. Pamiętacie moje zachwyty prostym & tanim interfejsem „po piorunie” japońskiego ZOOM-a? Najpierw było FireWire, którego zasada działania (bezpośrednie połączenie point-to-point, bez współdzielenia jak w przypadku magistrali USB, bez żadnych interferencji, bez jittera, bez opóźnień) była/jest (choć raczej była, bo o historycznym interfejsie mówimy – thunderbolt jest jego ideowym następcą) tożsama. Wspominam o tym na wstępie nie bez przyczyny: firma parę lat temu obrała kurs na rynek masowy, na audio „pod strzechę”, celując raczej w zamożnego melomana, a może precyzyjniej w audiofila. Przetworniki z surowych, technicznych urządzeń przeistoczyły się w ociekające luksusowym wykończeniem, na bogato, hajendowe klamoty. Producent nie zapomniał o swoim bagażu doświadczeń z rynku pro i Brooklyny czy Manhattany w paru aspektach wyróżnia na tle konkurencji parę „pro” smaczków, ale są to bezsprzecznie urządzenia dla domowego użytkownika o ponadstandardowych wymaganiach. Firma uznała, że poza poziomem około i ponad 10, a nawet i > 20 tysięcy (z kartą sieciową Manhattan II to już poziom nie 20 a 30 tysięcy złotych)  warto wprowadzić na rynek produkt pozycjonowany na dużo bardziej przystępniejszym poziomie. Liberty to właśnie odpowiedź na potrzeby rynkowe, bo nie oszukujmy się – wszystko z poziomu około i ponad 10 tysięcy to nisza, niszy… sprzęt kupowany przez nielicznych. No to mamy tego Liberty, w pierwszych wrażeniach opisałem z czym mamy do czynienia, a jeszcze wcześniej wspomniałem o korzeniach właściciela oraz twórcy marki oraz miejscu w którym tytułowy DACzek powstaje. Polskie korzenie, polska produkcja, polsko-amerykańska myśl techniczna finalnie zaowocowały produktem, który musi podjąć rękawicę rzuconą przez setki propozycji rodem z Azji… konkurencji morderczej w wymiarze co i za ile, o czym niejednokrotnie pisałem na łamach HDO ostatnimi czasy.

Pali się wszystko, znaczy się potencjometr na końcu skali. Tu naprawdę głośno z Sundara (pewien zapas jeszcze jest)

Mytek upichcił sprzęt bardzo kompaktowy, w malutkiej obudowie mieszcząc rdzeń z pozoru nieodbiegający aż tak bardzo możliwościami i parametrami od droższego Brooklyna. Wiadomo, dzisiaj znaczna część finalnej ceny klamota to skrzynka. Małe, nieskomplikowane technologicznie obudowy to znaczna redukcja kosztów, brak takich elementów jak wyświetlacze, zdalne sterowanie, tańsze gniazda, prostsza i znacznie mniej kosztowna regulacja…. to wszystko redukuje to co na metce o kolejne 1000 złotych. Przy czym Liberty mimo że zamknięty w bardzo niewielkiej skrzynce, na pierwszy rzut oka, bardzo typowej (prostokątna, prosta budka), jednak czymś się na tle innych z metra ciętych wyróżnia. Mytek wie, że kupuje się także oczami, wie to dobrze (droższe konstrukcje), wie także, że „konsumencki” 192DSD, który jest może fajny dla mnie (geeka), to nie do końca to, że surowy to raczej dla kogoś, kto wyznaje zasadę nieważne jak wygląda, ważne jak gra (aż tak nie mam, estetą trochę jestem i w salonie jakiegoś potwora z drutami na wierzchu nie postawię), że obecnie nie ma racji bytu takie podejście na konsumenckim właśnie, masowym rynku… że tam trzeba się postarać. No i zrobili te wytłoczenia, ciekawie rozwiązali przy okazji problem wentylacji (forma koresponduje z techniczno-użytkowymi aspektami konstrukcji – lubię to), całość na pewno nie jest taka zwyczajna, jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać. Wyróżnia się. Wyposażenie też nieco różni się od 99% tego typu urządzeń dostępnych na rynku, bo jest więcej interfejsów (SPDIF x 2 – i to bardzo ważne dla końcowej oceny – o czym dalej), są opcjonalne patenty na zasilanie, dodatkowo to jeden z nielicznych przetworników oferujących pełne wsparcie dla jakże przeze mnie lubianego i poważanego ( ;-) ) MQA. Poza tym, że DAC to jest to także wzmacniacz słuchawkowy z 6,3 mm jackiem na froncie, obsługiwany niewielką gałą potencjometru (enkoder), bez pilota, bez ekraników (komunikacja oparta na mocno świecących wielokolorowych diodach – dla mnie zbyt nachalna, mało czytelna, trochę, na szczęście tylko trochę kojarząca się z fatalnym rozwiązaniem z Chordów aka ergonomiczna masakra). To wszystko opisywałem już dość dokładnie wcześniej (patrz linki powyżej) skupię się zatem na tym co najistotniejsze, na UX (User eXperience – przede wszystkim SQ, ale i obsługa przetwornika, możliwości, wreszcie techniczno-praktyczne mielizny MQA).

Kręcimy kompaktem? Owszem, bo granie po SPDIF wypada tu świetnie

Zapraszam…

» Czytaj dalej

Obrodziło #2: IEMy KZ ATE… pro armatury za pół-darmo

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180417_155450551_iOS

W naszym kraju praktycznie poza jednym sajtem nikt o tych słuchawkach nie pisał. A to błąd, tym bardziej, że produkt mimo braku polskiego dystrybutora jest szeroko dostępny, można zamawiać i po maksymalnie dwóch tygodniach cieszyć się czymś, co w konfrontacji z ceną wywołuje szok i niedowierzanie. Bo jak można armatury z (kiepsko moim zdaniem) ustawionym firmowo, cokolwiek basowo, ale w 100% rasowo grającymi (szczególnie po aplikacji equalizacji, korekcie na suwakach) przetwornikami, zrobione tak, że …takiej formy nie powstydziłby się produkt za 1000, a nie złotych 100, bo taka jest oficjalna KZ ATE cena (w promocji kosztują 39 złociszy z kosztami przesyłki (!)). To armatury wykonane absolutnie bez zarzutu, obudowa z dobrego jakościowo plastiku, pleciony kabel w atrakcyjnym, przezroczystym oplocie, wcale niezłe silikony, zachowujące się (tłumienie, izolacja) trochę jak przez wielu bardzo poważane gąbki Comply (wcale nie przesadzam).

Dacie wiarę? Niecałe 40 złotych polskich? Żart jakiś?
Ano nie żart, serio: Cheap-Fi (nowa kategoria… dobre granie, a niemalże darmowe)

KZ ATE

Mało? To jeszcze na dodatek balans, oznaczenia wyraźne, też kolor, pozwalające na szybką identyfikację lewo/prawo, bardzo dobry, anatomicznie dobrany kształt łezek (obudowy). No właśnie. Po aplikacji przylegają idealnie do małżowiny, w czym zasługa niemała przewodu OTE… tutaj umiejscowienie dodatkowo pomaga, bo mamy okablowanie pod wg. mnie świetnie dobranym kątem (porty) i przewód wokół uszu, dodatkowo naciągany mniej więcej na wysokości żuchwy przez małe ciężarki, naturalnie nam się układa, trzyma, nie ma efektu samodzielnego przemieszczania się, wypadania, znanego z wielu tego typu konstrukcji. Długie tubki wychodzące z łezek precyzyjnie wchodzą w ucho. Obfite, duże (w sensie długie i grube) sylikony nie tylko świetnie izolują, ale jeszcze dodatkowo, dzięki nie zwężającemu się, nie zmieniającemu średnicy kanałowi (po włożeniu do uszu) zapewniają odpowiednie warunki dla niezakłóconej transmisji dźwięku z przetworników. Wreszcie mały pilot (start, pauza) z mikrofonem… nic szczególnego, ale jest i pozwala na podstawową obsługę i odbieranie połączeń.

Te IEMy są równie wygodne, co trójdrożne Westony UM30Pro (nasz test), czy tańsze, dwudrożne, ale przecież wielokrotnie droższe od tych „chinoli” Westony UM20 (recenzja tutaj). Masakra. Wielokrotnie tańsze, a wykonane na podobnym poziomie (tak, jest nieco gorzej, ale to subtelna różnica, jak porównam z redakcyjnymi IEMami Momentum to w ogóle nie ma o czym mówić: poziom markowego producenta, bez żadnej taryfy ulgowej). A przecież Westony to w moim rankingu, do tej pory, najdoskonalsza ergonomia, bo przecież to ktoś, kto robił aparaty słuchowe – słuchawki Amerykanów zazwyczaj są pod tym względem bliskie ideałowi. Tutaj mamy „tanią chińszczyznę”, tyle tylko że ta tania chińszczyzna to bardzo wygodne armatury, z przetwornikiem, który (gdyby nie zbytnie hołdowanie dzisiejszym trendom: głośniej, bardziej dudniąco, umc, umc, umc) ma potencjał, bo jak się go odpowiednio dostroi to…

 

Bardzo stabilne, bardzo wygodne, do tego w ogóle nie rzucają się w oczy (wpasowane w małżowinę)

…to mamy słuchawki, które są lepsze od Momentum (pod każdym względem oferują lepsze, bardziej klarowne, rasowe brzmienie, potrafią dużo, znacznie więcej od Niemca), słuchawek markowych za ponad 4 stówy (teraz taniej, ale za tyle były sprzedawane na starcie). To już jest coś, a przecież to dopiero początek! Mając w pamięci takie konstrukcje jak przetestowane jw., drogie IEMy firmy Westone, przemaglowane u nas flagowe T serie od RHA, kosztujące kontener tych opisywanych „chińczyków” francuskie sześciodrożne (!), sprawdzone swego czasu na HDO wyczynowe EarSoniki S-ME6 (4,5k), czy podobnie wycenione wysoko Astell&Kern/Beyersy z Teslą w obudowie (test T8ie), Senki (wspomniane Momentum IEM, najbliższe cenowo, choć i tak wielokrotnie droższe od tytułowych), HiFiMANy (np. RE-400 w wersji B jak balans) czy FADy (choćby słuchane u nas Piano Forte 9) trudno w jakikolwiek sensowny sposób pozycjonować KZ ATE.

Tak, tak, te wszystkie Aliexpress-y, te dumpingowe ceny, czy jakieś podróby markowych produktów, te wszystkie „koraliki” rodem z Chin gdzieś tam wypływają, czasami gdzieś tam się przebijają jako ciekawostka, ale kto by tam poważnie podchodził do tego typu rzeczy. Cóż, nie trudno zrozumieć, dlaczego nikt tego specjalnie nie śledzi (w mainstreamie, bo nie w ogóle), że to przechodzi bez echa. HDO jest sobie niszą, niszy, nie mamy żadnych zobowiązań wobec kogokolwiek, nie musimy przed nikim się tłumaczyć, realizować polityki, cisnąć na SEO, na klikalność, na te wszystkie bzdety. Mogę sobie pozwolić na opisanie produktu, który w porównaniu, zestawieniu z wymienionymi powyżej, przenicowuje rynek, dezorganizuje porządek rzeczy, bo jest… za pół darmo. Wymieniłem powyżej liczne publikacje jakie ukazały się na HDO z IEMami za wiele tysięcy złotych, albo przynajmniej za kilka set, słuchawek często bardzo, bardzo dobrych brzmieniowo, nierzadko ergonomicznie bliskich ideałowi (Westone), słuchawek wartych zainteresowania. Nie bez przyczyny. Wszystko to prawda, tyle że jak się pojawia taki produkt jak tytułowe IEMy, to trudno przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego, zachować dystans. Jak odnieść to do wielokrotnie droższych produktów, kosztujących niejednokrotnie 20-30… a nawet 50 i 100 razy więcej? Ma ktoś pomysł? W sumie, ja mam…

Ten przetwornik to prawdziwa petarda jest. Szkoda, że go tak skaszaniono firmowym strojeniem, ale po korekcie, czapki z głów

Test opublikuje szybko, jako uzupełnienie niniejszego wpisu (pierwszych wrażeń), bo teraz na wynos będzie często, a jak na wynos to będą te KZ ATE. Już teraz mogę napisać tak: VOX Player (2) z przebogatymi opcjami konfiguracyjnymi (bardzo rozbudowany korektor parametryczny), albo HF Onkyo Player, albo CapTune (wszystko to z możliwością dopasowania pracy przetworników) i mamy coś za umownego tysiaka w uszach, kto nie wiedzieć czemu zaoferował nam w promocji za cztery dychy. Ostatnio dużo słucham poza domem via VOX, bo raz że można mieć najlepszy jakościowo stream (żadnych ograniczeń, mogą być DSD, mogą być albumy po 2giga… kto co lubi) z własnej, prywatnej audio-chmurki, bo (dwa) od ostatnich aktualizacjach ma się dodatkowo znakomity moduł DSP w apce (jeden z najlepiej działających, najbardziej zaawansowanych w apkach mobilnych, mobilnych odtwarzaczach softwareowych), do tego oferują mocarny moduł radia (hi-resowe rozgłośnie… polecam!) i jeszcze, jakby tego było mało, integracje streamów popularnych w rodzaju Spotify-a (playlisty… po to, to tu jest) czy SoundCloud (wiadomo, niektóre dźwięki to tylko tam szukać) i wreszcie, jak komuś po drodze, skroblowanie via Last FM. Prawdziwy kombajn do mobilnego grania! Najlepsze jest jednak to, że w przypadku takich zbyt radośnie („funowo”) grających IEMów, można dokonać w tym sofcie korekty pracy przetworników uzyskując softwareowo efekt nie odstający od SQ bardzo drogich doków. VOX czy inne, wspomniane playery będą w przypadku KZ ATE jak znalazł. Warto pożenić, dobry jakościowo stream puścić i cieszyć się dźwiękiem za śmieszne pieniądze (efektor), naprawdę śmieszne.

PS. Bardzo efektywne te wbudowane przetworniki, bardzo czułe. Na iPhone SE jesteśmy na żółtych kreskach i już jest bardzo głośno.

Trochę dodatkowych zdjęć poniżej:

Żółci bracia zadbali nawet o nasze zdrowie. Proszę ile informacji z bardzo ciekawym tabelarycznym zestawieniem „co za dużo to nie zdrowo”: ilość decybeli w jednostce czasu

Trudno tutaj coś zarzucić, szczególnie w konfrontacji z ceną trudno

Lekko dociskamy i w naturalny sposób, wygodny, wszystko się nam dopasowuje

Bardzo dyskretne, porównajcie to z AirPodsami (ekstremum), albo chociaż wymienionymi powyżej, przetestowanymi u nas dokami

Bardzo tanio a solidnie

Obiecują HiFi i w sumie, będzie, tylko EQ zagonić do pracy

Duże tuby :)

Kabel niczego sobie, atrakcyjny (wizualnie), przezroczysty oplot

Bardzo sensowne presety w VOXie

…albo parametryczny i polecam bardzo eksperymentowanie z suwakami (we wszystkich osiach!)

Efekty będą jeszcze rozbudowywane, ważne że są rzeczy niezbędne, a będzie tego więcej

AKTUALIZACJA:

» Czytaj dalej

Sonos One, Alexa i stereo para z Play:1 via SonoSequencr

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_8106

Pamiętacie moją opinię o Play:1? Głośnik Sonosa zawitał jakiś rok temu w redakcji i tak dobrze się w niej poczuł, że został. Został nie tylko z powodu sensownego pomysłu producenta na własny ekosystem, jeden z lepszych patentów na multistrefowe granie w ramach podsieci mesh (dzisiaj furorę robi WiFi mesh, które w dużej mierze niweluje problemy bezprzewodowych łącz w bardzo zanieczyszczonym elektromagnetycznie środowisku). Doceniłem niezły dźwięk (dwudrożna, zamknięta konstrukcja, oferująca przyjemne dla ucha brzmienie), integrację wielu strumieni, łatwość obsługi… i to, co było dla mnie decydującym argumentem za pozostawieniem Play:1 (i ewentualną późniejszą rozbudową multistrefowego rozwiązania w oparciu o produkty Sonosa) – kompatybilność z Roonem. To przesądziło o wyborze tego rozwiązania, bo jedynie Sonos (kategoria: strefowe głośniki bezprzewodowe) jest dzisiaj w pełni zintegrowany z tym, cenionym przeze mnie, oprogramowaniem.

Minął rok i okazało się, że decyzja o wejściu w temat była słuszna. W redakcji pojawił się nowy model – One – wyposażony w mikrofony, z całkowicie nowymi możliwościami (w zakresie mocy obliczeniowej, nie brzmieniowej, o czym dalej) bezprzewodowy głośnik wprowadzający do równania nowy sposób interakcji (wszystkiego, ze wszystkim). Tak, chodzi tutaj o głos. Nie, nie chodzi tutaj tylko o Alexę (która nie jest niczym nadzwyczajnym na razie, podobnie jak inni asystenci/asystentki głosowe), a raczej o otwarty na integrację ekosystem, potencjalnie pozwalający na użytkowanie AI od największych potentatów na rynku IT. Google Assistant ma być, Alexa już jest, a Siri… musi zmądrzeć i raczej nie widzi mi się, żeby miało to nastąpić szybko, bo zamiast progresu Apple wyraźnie odstaje i jest coraz gorzej. Siri zresztą jest hermetyczna, bo zamknięta w obrębie tego, co Jabłko oferuje, ale jw. niewielka to strata, a Sonos jako pierwszy i jedyny ma mieć w swoim multiroomie pełną obsługę AirPlay’a 2… ważne, bo popularność jabłkowego protokołu strumieniowania oznacza w praktyce możliwość uruchomienia dowolnego strumienia, czytaj pełną kompatybilność ze wszystkim. I to, mimo braku Siri, Sonos niebawem będzie oferował. Pozostaje otwarte pytanie, czy AI od konkurentów zrobi z tego pożytek? Zobaczymy. Tak czy inaczej, mogę powiedzieć po kilku tygodniach użytkowania, że interfejs głosowy raczej wcześniej, niż później, zastąpi wszystkie dotychczasowe sposoby interakcji. I nie chodzi tutaj tylko o jego oczywistą przewagę: naturalny sposób komunikacji człowiek – maszyna, chodzi o rzeczy nie mniej istotne: o szybkość, o kontekst oraz o nieograniczoną rozbudowę interakcji. Teraz to jeszcze mocno skrzypi, ale to tylko kwestia czasu. Nieodległego czasu. W przypadku Sonosa macie i mieć będziecie AI od Google oraz AI od Amazona plus elementy ekosystemu Apple. Bardziej się nie da.

O tym wszystkim obrazowo opowiem za pomocą obrazków (fotogaleria), teraz zaś skupię się na dwóch rzeczach, które są bardzo istotne w związku z tym, o czym tu na HDO od dawna piszemy, a które Sonos wprowadził, albo zaraz wprowadzi do swoich produktów. Co to za rzeczy? Zaawansowany system korekcji pomieszczenia (TruePlay) po pierwsze (o czym dalej) oraz coś, co mi się marzyło i zaraz (prawdopodobnie) się ziści… wielokanałowy, bezprzewodowy system głośnikowy z interfejsem głosowym (AI od Google & Amazona) oraz integracją WSZYSTKIEGO (Roon, AirPlay/Cast, wszystkie streamy plus najnowsze formaty audio) w ramach jednego produktu – to po drugie. Sonos właśnie zapowiedział (2) (3) na 6 czerwca wielką konferencję, gdzie pokaże produkt, który ma być odpowiedzią na to wyzwanie: bezdrutowe (a więc elastyczne, wygodne, najlepsze dla instalatora, bo nie wymagające żadnych zmian w lokalizacji) rozwiązanie wielokanałowe dla kina i audio. Marzenie w końcu się ziści? Są na to realne widoki, bo właśnie Sonos wszystko sobie spina – jest tytułowy One, jest (Play)Base, wreszcie jest nowy Play:5, a będzie… pewnie będzie nowy (Play)Bar. Proponowałbym nie marudzić zawczasu, że to „tylko” projektor dźwiękowy będzie, bo właśnie ten element zrobi za spoiwo, stworzy kompletne rozwiązanie (niewykluczające budowy systemu z rasowymi kolumnami, o czym poniżej przeczytacie). Punktem zwrotnym będzie wprowadzenie brakującego ogniwa. Tak, o HDMI tu chodzi. I to w najnowszym standardzie 2.1 (wszystkie formaty kina domowego z ultrarozdzielczością z obiektowym dźwiękiem Dolby Atmos & DTS:X na czele, kanał zwrotny audio w najnowszej odsłonie o wyczynowych parametrach plus wiele, wiele innych, kluczowych zdolności), bez ograniczeń funkcjonalnych. To wraz z oferowanym bezdrutowym systemem dystrybucji dźwięku w sieci mesh, integracji całego internetowego streamu (całego!) wreszcie wspomnianą, zaawansowaną korekcją pomieszczenia zintegrowaną ze wszystkimi oferowanymi głośnikami stworzy zupełnie nową jakość w przystępnym cenowo, konsumenckim (nie high-endowym, bo high-endowe odpowiedniki znajdziecie, ale te kosztują krocie, a i tak paru rzeczy nie oferują) systemie audio obejmującym strefy, salon (kino) oraz …i o tym też we wpisie niniejszym, patrz tytuł, będzie: klasyczne stereo.

Czym jest TruePlay? To system korekcji pracy przetworników wbudowanych w głośniki bezprzewodowe Sonosa, autorskie rozwiązanie, które nie wymaga od nas żadnych specjalnych przygotowań, żadnego biegania do sklepu po mikrofon itp zabiegów. Nie. Wystarczy nasz smartfon, wbudowane w niego mikrofony, chwilka czasu oraz postępowanie zgodnie z komunikatami wyświetlanymi przez firmową aplikację. Już na pierwszy rzut oka widać, że automat, że to nie może być tak dobre, jak zaawansowane systemy (będzie o Dirac-u na HDO, gdy tylko trafi do nas NAD T758 v.3), że to bardziej taki prosty, nieskomplikowany system pomiaru & kalibracji, o ograniczonej skuteczności działania. Nic bardziej mylnego. Powiem tak: dajcie szansę temu systemowi, szczególnie gdy połączycie w stereo parę wasze Sonosy. Gwarantuję, że będziecie szukać szczęki na podłodze, rezultat mocno Was zaskoczy. Nie to, że zawsze zadziała to dobrze. Nie. U mnie parę prób (są też nieudane, bo najpierw musi być ambient, potem trzeba pochodzić wykonując odpowiednie ruchy telefonem/mikrofonem etc) bez sukcesu, ale w końcu się udało. Najpierw w łazience (tu mono), wykafelkowanej, z co oczywiste, tragiczną i niemożliwą do poprawy tradycyjnymi metodami akustyką. Teraz jeden z Sonosów gra tak, że słuchanie muzyki w kąpieli nabiera zupełnie nowego wymiaru. Jeszcze ciekawiej dzieje się na parapecie salonu, gdzie nieprawa (Sonos nie przewiduje takiego mezaliansu, ale od czego apki firm trzecich, o  czym kapkę niżej :) ) para One & Play:1 gra sobie w najlepsze, skalibrowana w stereoparze wspomnianym TruePlay’em. Nie dość, że same z siebie, wspomniane Sonosy grają przestrzennie, z ładnie odwzorowaną stereofonią, to po korekcie, uwzględnieniu trudnych warunków (okna! Parapet! Niekorzystne umiejscowienie względem ścian etc.) w jakich oba kanały nam grają, nie bałbym się określić uzyskanego efektu mianem: spektakularny. Potęga oprogramowania (btw Sonos One dysponuje kilkadziesiąt razy wydajniejszym układem obliczeniowym w porównaniu do starszego brata Play:1), wykorzystanie dzisiejszych możliwości elektroniki użytkowej (a te są potężne, często sobie tego nie uświadamiamy) i mamy coś, co pozwala zagrać w stali, szkle, kamieniu, albo prościej i bardziej obrazowo: nawet w kiblu. Na poziomie zagrać. Dobrze.

Napisałem wcześniej, że nie wykluczam integracji naszego ukochanego, dużego stereo z Sonosem. Ona jest możliwa, już teraz. A konkretnie integracja naszych efektorów, naszych wielkich, zestawów głośnikowych, kolumn, które zjedzą te wszystkie „Pleje” na śniadanie. Ano nie inaczej, bo elementem układanki jest tutaj ZonePlayer (pytanie, czy to zaktualizują, pozostaje otwarte), urządzenia które oferują możliwość wpięcia w system tradycyjnych komponentów audio w ramach sonosowej sieci mesh. Ważne: tu wszystko, z wszystkim się dogaduje i współdziała. Także każdy taki element jest „w systemie”. Ba, można to nawet połączyć z źródłami (tradycyjnymi), z innymi komponentami audio. Samo oprogramowanie firmowe daje opcje stereo i mch, pewnie teraz jeszcze bardziej będzie to rozbudowane o różne konfiguracje, ale w sumie, powiem Wam, że nawet nie musi. Nie musi bo są dwie rzeczy, które domykają nam temat i nie są to sonosowe rzeczy, nie jest to oprogramowanie producenta bezdrutowców… nie. Mówię tutaj o Roonie (od wersji 1.3 mamy pełną obsługę multichannel i to multichannel będzie Wam działało na Sonosach, o ile sobie je tak skonfigurujecie :) ), mówię tutaj także o SonoSequencerze. To jest coś, co robi tutaj robotę, coś co daje opcję połączenia wszystkiego ze wszystkim, nawet wtedy, gdy sam Sonos nie przewidział takiej możliwości. Pełna elastyczność, pełne możliwości budowy takiego rozwiązania (wielogłośnikowego) na jakie przyjdzie nam tylko ochota. Zajebiście!

Tu Sonosy w osobnych strefach pod Roon’em

A tu już w stereoparze…

…dzięki…

Aplikacji Sonosequencr :D

Potwierdzenie… w firmowym oprogramowaniu. Lewy. Prawy. Piękne stereo, jeszcze przed kalibracją w TruePlay

Sonosequencr to niepozorna apka. Pewien Niemiec ją robi, kosztuje to, to 8.99zł, dostępne jest (niestety) tylko na iOSa (na razie?) i na pierwszy rzut oka stanowi „tylko” użyteczny dodatek. Ale to coś więcej niż dodatek, to wg. mnie konieczne uzupełnienie dla ekosystemu Sonosa, bo daje możliwości, których w firmowym oprogramowaniu nie znajdziecie. Możemy za pomocą tego softu stworzyć dowolną konfigurację głośników, połączyć każdy z każdym w stereoparze (u mnie tak właśnie gra One z P:1), stworzyć konfiguracje surround (oczywiście pewne rzeczy możliwe są tylko w wybranych produktach, pewne funkcje zadziałają np. tylko w projektorze dźwiękowym Playbar, albo w PlayBase (podstawka jest nowocześniejsza od belki, za parę tygodni to właśnie ten drugi produkt doczeka się uaktualnienia)). Dodajmy do tego makra (yes!!!) oraz przydatne sterowanie całością za pośrednictwem wygodnego widgetu (tego Sonos do tej pory nie oferuje – trochę wstyd, przyznacie) i mamy oczywiste must have dla każdego właściciela sonosowych głośników. Można stworzyć układ obejmujący stare z nowym, integrujący nowe możliwości (interfejs głosowy, czy szerzej AI) i już łączymy, tworzymy spójny system. Super. A przecież to dopiero początek. Inteligentna chałupa, te wszystkie mniej lub bardziej użyteczne rzeczy, które implementuje nam do życia AI od Googla, albo AI od Amazona. Daleki jestem od hurraoptymizmu i hurraentuzjazmu (ciągły nasłuch, pełna inwigilacja, ogólnie – brak prywatności), ale to i tak nas dopadnie, w tej czy innej formie dopadnie i warto zawczasu to zrozumieć i (ewentualnie) oswoić. Nie będę rozwodził się nad sterowaniem oświetleniem, ani zamawianiem pizzy, czy (tym bardziej) pytaniami egzystencjonalnymi… dzisiejsze AI jest głupie, choć próbuje udawać, że jest inaczej.  Tak czy inaczej może to być użyteczne (i jest użyteczne), może stanowić doskonały punkt wyjścia do dalszego uproszczenia obsługi tego, co złożone (tak mam tu na myśli AV, audio z Roonem w centrum, te sprawy), co nieraz skomplikowane… to już, albo zaraz. Teraz powiem Wam tylko tyle, że te małe białe samograje zawładnęły chałupą i choć w żaden sposób nie zastąpiły mi starego dobrego stereo (dzisiaj i tak już cyfrą pisanego) i nie jest tak, że wolę to, to od malutkich, fantastycznych i dużo lepszych brzmieniowo Topazów, czy tego co z głowy przez cały czas nie ściągam  tj. nauszników Sundara ;-) , to… jednak… zawładnęło i stanowi już nieodłączny element całego systemu audio ze wspólnym mianownikiem. Nie, nie jest to jeszcze Aleksa, Google coś tam (głupią, toporną nazwę dali, powinni to zmienić btw)… jest to, tak zgadliście, mianownikiem jest Roon. Muzyka sobie gra w stereo na Sonograjach i gra dobrze, naprawdę dobrze. W dobrej jakości. Z najlepszego front-endu. Na razie z podstawowymi komendami na głos, na razie ;-)

A tutaj, już po kalibracji pary stereo sonosowych samograjów :)

To jest przyszłość. Sonos to wie. Wielcy IT to wiedzą. Branża audio (i audio-wideo) też to już pojmuje (KEF etc.).

PS. Sonos jest tylko 16/44~48. I wiecie co? Co z tego, że hi-resy po downsamplingu, że tylko jakość CDA… nie ma to w praktyce żadnego znaczenia. Gra bardzo dobrze, hi-resy w takich produktach to „chłyt” marketingowy, a nie jakiś wielki progres jakościowy. Software taki jak Roon czy Vox robi robotę (konwersja dowolnego sygnału) i strumień z tych aplikacji brzmi po prostu dobrze.

Fotogaleria z opisem:

» Czytaj dalej

ROON po polsku, ROON z dużymi zmianami, ROON z MQA

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-05-03 o 13.05.35

Wielomiesięczna praca nad spolszczeniem najlepszego front-endu audio wreszcie zaowocowała. No jest. ROON po polsku jest. Niestety nie bez dość licznych jeszcze błędów („kopia matka”… to moje absolutnie ulubione i oby tak zostało :D ), nie bez oczywistych fuck-upów (czasami nie mieszczą się te nasze długie, ogonków pełne, ojczyste słowa, no nie mieszczą się w obiekcie/danym menu) i wpadek typowych, czytaj – a tu nie przetłumaczyliśmy i idzie po angielsku (btw tłumaczenia po kiju, ala Google translator, niestety tu i ówdzie się zdarzają i to trzeba jak najszybciej wyprostować!). Widać, że sporo wniósł współudział społeczności użytkowników mieszkających „nad Wisłą”, albo żyjącymi poza granicami Polski rodaków. Możemy cieszyć się ze spolszczonego interfejsu, teraz wystarczy to „tylko” dopieścić i pięknie będzie. Oczywiście raczej nie zobaczymy opisów artystów, albumów, tego całego wsadu jaki możemy w ROONie znaleźć i z którego możemy korzystać. To pozostanie po angielsku, chyba że ktoś zrobi kolejny (duży) krok. Nie liczę jednak na to, znam realia i cieszę się, że możemy mieć samo oprogramowanie w rodzimym języku, że konfigurowanie (DSP, sprzęt) może okazać się dla wielu łatwiejsze, przyjemniejsze w odbiorze. Są też tacy, którzy tak się z angielskim żargonem oswoili, że im już z .pl nie po drodze. Rozumiem i sam się niejednokrotnie na tym łapie, że wolę. Dla tych jest w ustawieniach opcja (na dole) wyboru języka i można jednym kliknięciem zmienić sobie na „jak było”. Przyjemnie, że od teraz mamy wybór i brawa za to.

Od teraz spolszczony interfejs ROONa

Dobra, spolszczenie mamy odfajkowane, a to nie są jedyne, czy wręcz najważniejsze zmiany jakie przynosi najnowsza wersja 1.5. Oj nie! Skupili się tym razem na znaczącej przebudowie dwóch kluczowych rzeczy: identyfikacji i ustawiania urządzeń grających via ROON oraz wyboru wersji utworu / albumu w powiązaniu z całą naszą bazą i bazą tidalową (a to było cholernie trudne, bo Tidal z opóźnieniem i w niepełny sposób dostarcza im dane na temat udostępnianej przez siebie muzyki). Tak, to są zmiany bardzo poważne, dotyczą nie tylko UX (ergonomia UI), ale pozwalają na jeszcze lepszą, pełniejszą integrację bibliotek oraz sprzętu z front-endem. Mamy identyfikację certyfikowanego/przetestowanego sprzętu (lista wszystkich producentów i urządzeń dostępna w hiperlinku pod nazwą klamota), możemy samodzielnie coś wyszukać, czasami to rzecz istotna w związku z unikalnymi opcjami dla danego urządzenia, czasami bardziej kwestia natury estetycznej (ikonki, opisy te sprawy). Dalej idą w uproszczenie menu konfiguracji sprzętu, rozwijamy kolejne podmenu, a na dzień dobry dostajemy dostęp do najważniejszych użytkowo rzeczy. Nie tracimy przy tym możliwości bardzo zaawansowanego, szczegółowego ustawienia klamota, ale też nie gubimy się na wstępie w dziesiątkach suwaków. Cała baza jest spójna, ciągle podlega aktualizacji i rozszerzeniom (funkcje, nowe opcje, jakie przewidział sam producent urządzenia i leci… wow!). Oczywiście porządkują nam ten cały sprzętowy galimatias programy ROON Tested i ROON Ready (certyfikacja, pełna współpraca, identyfikacja danego klamota pod ROONem). Wszystko jest identyfikowane, ale to co przejdzie (co logiczne) dodatkowo te wewnętrzne procedury u developera, w locie, w automacie, bez naszej ingerencji, konfiguruje nam się automatycznie właśnie, najlepiej, najkorzystniej nam się autokonfiguruje (współpraca producent klamota – producent oprogramowania odtwarzającego… na taką skalę TYLKO ROON).

Jak widać, nie wszędzie jeszcze jest po polsku, mimo że po polsku ;-)

Identyfikacja urządzeń

Przemyśleli to w pełni, w kompleksowy sposób i chwała im za to. Moim zdaniem nikt tej trudnej lekcji „ogarniania” komputerowego odtwarzania muzyki w optymalny, najlepszy możliwy sposób do tej pory nie odrobił, poza ROONem. Nowa wersja software to taka „kropka nad i” (w sensie stworzenia rozwiązania łączącego w harmonijną całość front-end audio z efektorami, czytaj synergii software z hardware). Teraz będą to rozbudowywać, udoskonalać, ale to co już jest, to co mamy, to unikalna sprawa. Zapamiętajcie: TESTED i READY. Jak się takie coś w opisie produktu, na pudle pojawi, to już wiecie, że DZIEJE SIĘ, DZIEJE SIĘ DOBRZE. Jak tylko za bardzo namieszamy (my sami) w ustawieniach, bo eksperymenty lubimy, to dajemy „przywróć oryginalne” i mamy optymalnie ustawionego klamota. Proste? Proste. Optymalnie przez twórcę software oraz współpracującego z nim producenta naszego sprzętu.

Wersje

Dobra, kolejna wielka rzecz to „Inne wersje”, czy po prostu „Wersje”, czyli coś czego nam w ROONie brakowało. Niby po prawej mieliśmy wyszukane rekordy z tym samym albumem ale w innym formacie, wersji etc. ale dopiero teraz jest to w pełni zintegrowane i dopieszczone. Jak wspomnieli, w ich mniemaniu, słuchamy MUZYKI, a nie PLIKÓW i ja się w pełni podpisuję pod tym. Do tej pory wszelkie duplikacje automatycznie się grupowały, teraz moi drodzy mamy wspomnianą zakładkę. A tam za pomocą ikonografiki dostajemy (wcześniej nie było to takie przejrzyste, czytelne) wszystkie wersje danego utworu, albumu jakie są dostępne w bazie ROONa. Wszystko co jest w naszych zbiorach. Nie dość tego, mamy także ikonę Tidala, która mówi nam, że poza naszymi zbiorami, jest jeszcze w streamie wersja, której nie dołączyliśmy do naszej kolekcji.  W sumie możemy mieć do 4 różnych wykonań z naszych zbiorów, lub 4 tidalowych, lub mieszankę powyższego, dotyczące jednego kawałka, czy jednego albumu (pojedynczy cover na stronie artysty w ROONie), a w zakładce „wersje” zaś będziemy mieć wylistowane nawet milion ;-) odmiennych wariantów …o ile będziemy mieli na to ochotę. Innymi słowy wszystko porządkuje nam wykonawca, mamy różne wersje i jest przejrzyście: rozszerzone, limitowane, wznowienia, remastery i co tam jeszcze do ciężkiej cholery ktoś sobie wymyślił, żeby ponownie zarobić na tym samym materiale ;-)

Z tym co powyżej powiązane są dwie sprawy, dwie kolejne nowości w ROONie: wreszcie Tidal jest bardziej, niż mniej częścią ROONa. Stwierdzili, że jak im Tidal nie jest w stanie zapewnić stałego i pełnego dostępu do potrzebnych ROON labs danych to sami zrobią. I finalnie to #@$@%@ zrobil! Się zdenerwowali, mimo że to w sumie olewka ze strony partnera, zacisnęli zęby i zaczęli samodzielnie gromadzić dane, tworząc rozwiązanie bazodanowe, które teraz od 1.5 stało się częścią ROONa. Zrobili to. Co to daje? Ano wiele daje, bo nie ma bałaganu, bo teraz informacje tidalowego streamu zawierają to samo, co mogą zawierać dane naszej, dobrze przygotowanej, uporządkowanej biblioteki. Mamy więc dane na temat tego czy jest stratne, czy bezstratnie, czy MQA i jakie, wszelkie informacje o oryginalnych parametrach pliku strumieniowanego z Tidala powinny być od teraz wyświetlane (rzecz jasna trafimy na sytuacje, gdzie takiej informacji zwrotnej nie będzie, ale będą to rzeczy uzupełniane sukcesywnie). Od teraz mamy więc dostęp do tych danych we wszystkich opcjach korzystania z biblioteki (fokus!!! yes!!!). 

Kopia Matka! YESSS!

Druga rzecz to MQA. Cóż. Wiecie jaki mam stosunek do tego wynalazku. Chłodny mam. No ale nieważne jaki mam, trzeba odnotować że MQA jest od teraz w pełni wspierane w ROONie. Pełne origami. Pierwszy i drugi stopień, pełne rozpakowanie i – na kompatybilnym sprzęcie – słuchanie w „oryginale”. A właściwie w „kopii matce” (uhuhuhuhu… i dobrze, przynajmniej można się pośmiać, taśma matka sugerowałaby coś czego tam, w tej zakładce po ang. „masters” nie ma, zresztą to angielskie słowo też nic konkretnie nie mówi, albo co gorsza błędnie sugeruje właśnie), bo tak to nam spolszczyli. Dobra mamy MQA, dość późno to wprowadzili, mimo że MQA to luby, bo przecież inżynierowie, programiści po części z Meridiana są właśnie. Zresztą mówią (doceniam), że mocno się od 2016 roku zastanawiali czy w ogóle to pełne wsparcie dać i toczyły się w zespole dyskusje „czto diełat”. Chodziło m.in. o to, by negocjacje komercyjne (tak, tak MQA TO PRZEDE WSZYSTKIM BIZNES, ZAPAMIĘTAJCIE TO DOBRZE) oraz kwestie czysto techniczne (wsparcie producentów sprzętu) z sukcesem uzgodnić, dopiąć, zrobić tak, by summa summarum wszyscy byli zadowoleni. Od siebie dodam, że pewnie warunki ze strony ludzi stojących za MQA przesądziły o długim, ciężkim porodzie tej funkcjonalności, ale to moja prywatna opinia, nie bierzcie tego w żadnej mierze, jako coś, na co mam twarde dowody.

Nie, tak się nie bawimy ;-) Spolszczenie wymaga polerki

Dobra, mniejsza, co to dla nas oznacza? Ano oznacza, że po pierwsze, w powiązaniu z pełniejszą informacją na temat tego, co w Tidalu serwują (nowością, o której przed chwilą pisałem), mamy wyświetlane w przejrzysty, czytelny sposób wersje danego materiału: jest wersja 16/44, jest wersja MQA i możemy sobie wybrać. Zabawne, że pod ROONem mamy więcej, dużo więcej info/możliwości odnośnie tidalowego streamu niż w apkach dostępowych do serwisu. Przede wszystkim wiemy, czy dany materiał występuje w wariancie nie MQA-owym (taki często wybieram, choć bez dogmatu, sprawdzam, ale często brzmi mi lepiej od origami), jakie były jego oryginalne parametry (i jakie są pliku, który strumieniujemy właśnie). Także to duży plus i w sumie unikalna sprawa. No cóż, ja tam Tidala wolę słuchać via ROON, bo jak słucham w aplikacjach dostępowych to wiele tracę (ustawienia sprzętu, DSP to raz, a dwa sama nawigacja i możliwości dotarcia do interesujących mnie nagrań… Tidal ciągle coś kombinuje i mam wrażenie, że czasami kombinuje jak koń pod górę). BARDZO WAŻNE: jako jedyny ROON pozwala obecnie połączyć MQA z korekcją w ramach wbudowanego w software DSP. Oznacza to jedno – jedna z poważnych wad, poważnych ograniczeń, które kryją się za tymi trzema literkami, przestaje być aktualna. Od teraz da się. DSP może sobie działać i MQA może się odorigamiać. Można zatem korzystać dowoli z EQ, z korekcji pomieszczenia (ważne!) oraz zaawansowanych ustawień poziomu głośności bez utraty „magii” kontenera, bez upośledzania klamota ze wsparciem dla tego rozwiązania. Wiedziałem, że jak się za to Roon labs zabierze, to zrobi to przynajmniej dobrze i się nie pomyliłem. Także to cholernie ważna sprawa, bo DSP to ogólnie rzecz biorąc przyszłość całej branży i bez tego elementu (bez tego całego morza możliwości, bo zakres tego, co można z dzisiejszymi silnikami przetwarzającymi cyfrowo sygnał, wierzcie mi, jest NIEOGRANICZONY) MQA wg. mnie zdechłoby wcześniej czy później. A tak, kto wie?

Przy okazji wypłynęła jeszcze jedna, ciekawa dla mnie informacja: nie chodzi tutaj o jakieś specjalne tryby, poprawę SQ w ramach MQA, ale o generalnie pełne wsparcie kontenera w produktach teoretycznie go supportujących. Otóż, w notce dotyczącej najnowszej wersji ROONa zamieszczono informację, że od 1.5 software wspiera protokół USB/HID (dla MQA) zapewniający pozadrajwerową komunikację w ramach uniwersalnej magistrali komputerowej. Chodzi bardziej o zapewnienie bezproblemowej identyfikacji i właściwego, bezbłędnego procesu odpakowywania, a nie kwestie związane z jakością brzmienia. Dzięki temu, że identyfikacja jest pełna (ROON – komputer i jego możliwości weryfikacji tego, co podłączono via USB do niego) inżynierowie mówią o dużo dokładniejszym, pewniejszym sposobie dogadania się takiego DACa czy streamera z ROONem. Daje to pełną identyfikacje (w prezentowanej przez oprogramowanie scieżce sygnału) o statusie, bez jakiś znaków zapytania, bez problemów, przy czym – i to jest coś, na co warto zwrócić uwagę – NIEKTÓRE urządzenia kompatybilne z MQA nie potrafią właściwie współpracować, nie potrafią identyfikować i odpowiednio dopasowywać swojej pracy, gdy MQA sobie leci. Pokazuje to być może szerzy problem, bo wielu użytkowników najnowszych produktów (w przypadku MQA mówimy generalnie o najnowszych generacjach sprzętu) ma problem z właściwym działaniem swoich klamotów w zakresie grania origami. Okazuje się, że problem leży zarówno po stronie producentów, jak i samej organizacji, która stoi za tą technologią. Przyznają certyfikat, niby testują, a potem takie kwiatki. Pozostawię to bez komentarza…

Sonos! Będzie jeszcze w długi week(end) wpis o tym co potrafi w stereo para One (dotarł) i Play:1. Oppo niestety R.I.P

Na koniec coś, z czego ucieszą się właściciele strumieniowców LINNa. Macie to. Macie pełne wsparcie waszych DSów pod ROONem. Wreszcie. To popularne, bardzo dobre, tak w ogóle pierwsze takie na rynku, plikograje co to z Internetu grały/grają. No to teraz możecie sobie poużywać w pełni, a nie tylko przez szybkę ;-)

Ledwo widoczny, ale jest… Linn, Logitech też się łapie, mimo że ze Squeezeboksami nie ma obecnie za wiele wspólnego

GALERIA z całym spolszczeniem interfejsu będzie dzisiaj w nocy wisieć, już wisi. Nawet w święta nie dają człowiekowi odsapnąć! ;-)

O ROONie możecie przeczytać w naszych wcześniejszych wpisach: opis, poradniki nt. front-endu znajdziesz pod tym linkiempod tym oraz pod tym a także tutaj i tu. I jeszcze o tu. O ROCK (Roon Optimized Core Kit) tutaj, o iPENGu w ROONie (tutaj) i Audeze pod ROONem (tu). I jeszcze tutaj (aktualizacja grudniowa ’17).

PS. Bym zapomniał! Od teraz rozgłośnie sieciowe, radio internetowe przyjmuje stream FLAC/OGG!!! Mamy te wszystkie pyszne, nowe rozgłośnie z hi-resami, jakością płyty CD na kliknięcie (i wklejenie adresu). SUPER!

» Czytaj dalej

Matrix X-Hi… coś dla hardkorowców PC Audio. Zajawka dla geeków

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180420_102930929_iOS

Pierwsze koty za płoty. Przypomniałem sobie jak to kiedyś było z blaszaków składaniem. Boleśnie. Spaliło. Płytę spaliło, zanim jeszcze karta Matrix X-Hi wylądowała w slocie. Kolejne mobo, reduktory do wiatraków, obudowa dodatkowo wygłuszona, procek na low-speedzie, źródło -> pamięć półprzewodnikowa z hi-resami pod kurek i proste pytanie: czy takie ustrojstwo ma sens, czy wprowadza nas na inny, wyższy poziom SQ, grając audio z komputera? Bazą jest system HP (midi tower, taki biurowy sprzed paru lat z ciekawie rozwiązanym systemem chłodzenia wolnoobrotowe wiatraki / tunele, dodatkowo te wiatraki spowolniłem reduktorami), mała płyta ze zintegrowaną grafiką, wolnym slotem PCI-e i wszystkimi niezbędnymi interfejsami, które …natychmiast wyłączyłem (wszystko wyłączone w biosie/systemie). Dobra podstawa do budowy blaszaka pod audio. Sama buda duża, co pozwoliło ją dodatkowo wygłuszyć matami. Niech sobie stoi, nie szumi (niestety zasilacz jest tu najmniej kulturalnym elementem, na to chwilowo nic nie poradzę), a tytułowa karta Matriksa bierze sobie prąd z zewnętrznego, znakomitego zasilacza firmy Creative. Mała, ożebrowana kosteczka (zdjęcie poniżej), takie kiedyś do tych swoich najdroższych zestawów kina PC Audio dawali… mam drugą taką, ogromniastą, z kompletu od DTT2200 (niebawem publikacja o retro PC audio: T20, DTT2200, Soundblaster AWE64 Gold ;) )… świetne zasilacze, jak chcecie przyoszczędzić (wyspecjalizowane kosztują, chlubnym wyjątkiem są rozwiązania Tomanka, ale też parę stówek leci), to szukajcie na aukcjach takich starych zestawów Creative Labs (Cambridge), koniecznie z org. zasilaczem. Polecam te elektrownie. Są super! Oczywiście będzie weryfikowane z i bez (zasilania zew.), a DACzki będą zacne:

- KORG DS-DAC-100 tylko 1 bitowe grane (to nadal najlepszy znany mi interfejs pod DSD, przy czym nie chodzi tu tylko o hardware, ale firmowy software… tak to należy całościowo rozpatrywać)*

- HiFace DAC od m2Techa (nie masz nic lepszego pod PCM, w takim budżecie, nie masz!)*

- Burson Conductor V.2+ na ESS9018 (wszystko jak leci, jw. tylko wyczynowy materiał)

*z portu w karcie idzie przepisowe 5V/1A, nie powinno być problemów z USB DACzkami

Takie niewielkie coś, a zdaniem producenta i tych, co nabyli, robi zasadniczą różnicę w przypadku komputerowego źródła audio

Nie będziemy zawracać sobie głowy nie zawsze najlepszych lotów (jakościowo) streamem, w końcu ma to być test akcesorium, które ma z blaszaka zrobić perfekcyjnego plikograja. Czy tak będzie w istocie to się jeszcze przekonamy na własnej skórze. Karta nie jest, jak to u Matriksa, droga. Można ją podpiąć wewnętrznie, ale szczerze odradzam (komputerowe zasilacze) i zalecam jak wspomniałem zewnętrzny, dobrej jakości zasilacz. To ważne, bo tutaj o filtrowanie, czy raczej omijanie (precyzyjniej rzecz ujmując) całego syfu chodzi, tego co stanowi największe wyzwania, gdy chcemy wykorzystać komputer jako źródło muzyki w systemie. Rzecz jasna automagicznie nic tutaj się nie dzieje i nie można jw. pominąć żadnego elementu mającego wpływ na efekt końcowy. Zamontowanie karty w pierwszym lepszym blaszaku z wyjącymi wentylatorami mija się z celem (nawet jeżeli będziemy słuchać czegoś na słuchawkach, a nie monitorach – u nas będzie na różnych efektorach, zarówno kolumnach jak i nausznikach słuchane). Bardzo ważna jest też optymalizacja systemu, kiedyś można było przygotować sobie (w czasach Windowsa XP / Windowsa 7) okrojony, przygotowany na miarę potrzeb system (instalacja bez wielu zbędnych składników… był na to odpowiedni soft), dzisiaj nie jest to już (niestety) możliwe. Tutaj bezkonkurencyjny był, jest i będzie Linux. Własna kompilacja, albo po prostu taka uszyta na miarę peceta pod granie muzyki. Nie, nie będzie tego w recenzji, może osobny tekst się pojawi na temat, a my teraz powalczymy z wyrobem „Małegomiętkiego”.  Można sporo zoptymalizować i o tym też w recenzji co nieco będzie.

Dobrze ekranowane to

Mały śledź do kompaktowych projektów PC pod audio, małych bud oraz kabelek do pobierania energii z elektrowni kompa w komplecie

Zewnętrzny zasilacz dla karty Matriksa z kinowego zestawu Creative Labs. Polecam!

No właśnie trzeba sporo się narobić, by zbudować optymalne źródło PC, ale jak pokazuje oferta rynkowa (te wyspecjalizowane pod audio konstrukcje… tak mam na myśli m.in. CAPSy) takie coś nie tylko ma rację bytu, ale może stanowić najbardziej futureproof rozwiązanie pod kątem grania z plików. Komputer z systemem daje nieograniczone możliwości, to oczywiste, zarówno jeżeli chodzi o dostęp jak i aktualizowanie. Nawet najlepsi na rynku spece od strumieniowców, gotowców, nie dają takiej elastyczności i gwarancji „bycia na czasie”. Można to ominąć tworząc sobie rozwiązanie z komputerem/serwerem oparte na ROONie (ROCK!), gdzie same plikograje nie muszą, ba, nawet nie powinny wg. mnie mieć cokolwiek wspólnego z komputerowymi systemami operacyjnymi – wtedy można się skutecznie uwolnić (raz na zawsze) od PC w salonie. Można. Ale to kosztuje (niemało) i wymaga podjęcia strategicznej decyzji. W sytuacji, gdy chcemy korzystać z innych rozwiązań, często nieodzownym elementem będzie komputer. X-Hi ma go nam ucywilizować.

Czym jest to ustrojstwo? Zasadę działania dokładniej opiszę w recenzji, tutaj pozwolę sobie na krótkie przedstawienie „z czym to się je”. Mamy tutaj zewnętrzny kontroler, interfejs Audio USB, na złączu PCI Express. Omijamy w ten sposób magistralę na płycie, współdzieloną przez liczne, zarówno zintegrowane z mobo, jak i zewnętrzne interfejsy, urządzenia peryferyjne… to coś do precyzyjnego i wolnego od zakłóceń przesyłu sygnału audio USB do odbiornika cyfrowego lub przetwornika DAC. Elektronika jest tu ekranowana (obudowa), w sytuacji gdy podepniemy zewnętrzne źródło zasilania karta wykorzystuje do komunikacji z komputerem / systemem najlepsze, wolne od zakłóceń, bezpośrednio się komunikujące z CPU oraz RAMem medium – szynę PCI-e, coś, co właśnie bezpośrednio, bez interferencji dogaduje się z najważniejszymi komponentami komputera. Karta wyposażona jest w wyjście USB 3.0, kompatybilne w dół, od chwili wprowadzenia obsługi UAC 2.0 w Windows 10 (Creators Update) można po prostu podpiąć DACa do karty i bez sterowników (potencjalnie kłopotliwy, generujący problemy element) grać zaraz po podłączeniu. X-Hi oferuje zatem najwyższej jakości, wyizolowany przesył strumienia danych audio bez zakłóceń, ma to być plaster na wszystkie bolączki komputerowego audio. No, prawie wszystkie ;-)

 

 X-Hi gotowy do pracy

Wykorzystujemy tutaj precyzyjne zegary współdziałające z układem mostka USB 3.0 firmy Texas Instruments, które stanowią niezależny kanał danych dla strumienia USB Audio. Takie rozwiązanie pomaga, jak wyżej wspomniałem, ominąć przesył danych via magistrala USB z płyty głównej, unikamy udostępnienia kanałów danych innym urządzeniom USB. To jest właśnie „nur fur audio”, gdzie dodatkowo nie korzystamy z często, gęsto podatnego na zakłócenia, o niskiej kulturze pracy (duże wahania, popatrzcie sobie w oprogramowaniu podającym w czasie rzeczywistym odczyty z czujników na płycie głównej… skoki potrafią być całkiem spore, mieszczą się w normie, ale to norma dla PC jest, nie dla źródła audio ;-) ) zasilacza komputerowego, a to nie koniec wyliczanki, bo karta ma nam jeszcze zapewnić całkowitą eliminację opóźnień czasowych (wiadomo – bezpośrednia komunikacja w ramach PCI-e). Także dużo dobra tu się ma zadziać, sprawdzimy czy rzeczywiście daje to istotny, słyszalny, wpływ na komfort odsłuchu z blaszaka, czy takie coś pozwoli nam zrobić z dostosowanego do grania (patrz wyżej) PC perfekcyjne źródło sygnału, perfekcyjnego plikograja. Dla osób, które mają wątpliwości natury estetycznej, ergonomicznej, śpieszę z wyjaśnieniem, że dzisiaj można w dowolnej formie, a sterowanie to żaden problem (piloty, apki mobilne, jest tego na kopy) i PeCeta można – właśnie – ucywilizować pod kątem grania muzyki. W pełni. Tyle, że… jak chcemy bezkompromisowo (to moje, jest oczywiście – patrz forma – kompromisowe) to trzeba przygotować portfel na wydatki. Będzie napewno taniej niż high-endowy strumieniowiec, to oczywiste, ale tanio nie będzie.

Taki tam system PC, zwyczajny taki

Reduktory obrotów – przydatne akcesorium, w sytuacji, gdy ma być cicho. Bardzo cicho.
Do tego maty (wyklejamy budę od środka jak najszczelniej) i nawet biurowy HP przemieni nam się w coś, co daje radę ;-)

Przy czym, X-Hi, w swojej klasie jest tani, ba stanowi najtańsze chyba „wejście w temat”, w temat budowy wyspecjalizowanego systemu PC Audio. Fajnie. Matrix zaoferował coś, co nie zjada nam na dzień dobry budżetu przeznaczonego na „ucywilizowanie” PC, a wydatki będą, bo odpowiednia mobo, bo odpowiednia buda, zasilanie (najlepiej zew.), system chłodzenia…

PS. No i mi ten opis „o co chodzi” wyszedł taki, jak miał być pierwotnie w recenzji opublikowany. Ehhh, typowe. ;-) Nic to, skupię się we właściwym opisie głównie na wrażeniach brzmieniowych, wpływie tytułowego ustrojstwa na to, co nam komp wypluwa i potem przerobione do uszu nam trafia.

PPS. Producent wspomina o filtracji prądu pobieranego z zasilacza komputerowego. Ok, sprawdzę i to.

Galeria dla geeka:

Slot x1… wystarczy

Jeszcze przed wyklejeniem, karta już zamontowana, na początku będzie grane z wewnętrznego zasilacza

…no właśnie, wewnętrzne zasilanie

Śledź pełnowymiarowy, bo buda spora, widzimy przełącznik pozwalający wybrać odpowiednie zasilanie i port dla zew. zasiłki

Tu będziemy wpinać DACzki

Zestaw prawie gotowy do grania. Prawie, bo brakuje interfejsów audio i efektorów. Szczegół ;-)

…źródłem będą dyski SSD, zgrywamy z tego nośnika, co na obrazku, na półprzewodnikowy nośnik wewnętrzny (szyna PCI-e)

…a cały ten plaster z takiego niepozornego pudełka

…niepozornego?