LogowanieZarejestruj się
News

Alternatywa: Audirvana + stream highresaudio. Efekt? Tidal out!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2019-07-3 o 13.47.59

Audirvana od niedawna nie jest wyłącznie jabłkolubna, jest dostępna dla szerokiego grona zainteresowanych, developer w końcu wprowadził wersję dla Windowsa. Wspominałem o tym, oprogramowanie pierwotnie integrujące biblioteki iTunes bez ograniczeń narzucanych przez Apple (tak, trzeba było zmieniać ręcznie ustawienia dla hi-resów, serio, tak kiedyś to wyglądało), wyewoluowało w jeden z najmocniejszych odtwarzaczy softwareowych na rynku. Obecnie, w wersji 3.5, software może śmiało konkurować z innymi rozwiązaniami tego typu na rynku. Do front-endu Roon brakuje tutaj zaawansowanego DSP, rozbudowanej obsługi stref i technologii / wsparcia dla sprzętu audio (daki, streamery, protokoły) oraz samego zawiadywania bibliotekami, ale… ma Audirvana pewien atut nie do przecenienia. Tym atutem jest integracja streamu highresaudio. Od trzech dni testuję (macie tydzień darmowego streamu do przetestowania tematu) i muszę powiedzieć, że jakość jaką oferuje ta usługa MIAŻDŻY popularnego Tidala (popularnego wśród osób, które zwracają uwagę na takie szczegóły jak bezstratny strumień, bo Tidalowi daleko do potentatów streamingowych tj. Spotify czy Apple Music). Tidal zdecydował się na kontrowersyjną technologię MQA, de facto stratną kompresję, która ma zagwarantować lepszą jakość dźwięku (wg. autora nie gwarantuje) niż flaczkowy 16/44, jaki Tidal/Wimp wprowadził jako pierwszy. Od paru tygodni Roon ma Qobuza, podobnie jak Audirvana, także tutaj nie ma zasadniczej różnicy, ale z Qobuzem taki problem, że jest niesłowny… obiecywano równoczesny start usługi w Hiszpanii, Włoszech oraz w Polsce jeszcze w 2017 roku, a tymczasem w kraju nad Wisłą, jak nie było hi-resów z Francji, tak nadal ich nie uświadczymy i nie ma już w tym względzie żadnych zapowiedzi ze strony usługodawcy. Można bawić się w VPN, ale to z miejsca (brak oficjalnego dostępu) ogranicza Qobuza, do tego dochodzi (podobnie jak w Tidalu) promowanie kontrowersyjnego MQA (część katalogu, dostępne są także albumy w PCM/DSD w jakości > redbook).

To, co robi różnicę: stream highresaudio

Widać, że ktoś tu wybrał inną drogę, drogę mniej, ale lepiej. Mniej, w sensie, nie miliony albumów, a dziesiątki tysięcy, ale to co jest (a jest całkiem sporo, choć oczywiście trudno tu mówić o takiej swobodzie wyszukiwania jak w innych miejscach) to naprawdę topowa, znakomita jakość materiału. Nie dość, że mamy najlepsze wytwórnie, dostęp do najlepszych katalogów, to strumień hi-res jest …faktycznie strumieniem hi-res. To, przykładowo, bitrate 2200~3000 kbps, nieosiągalny w innych miejscach (poza nielicznymi wyjątkami vide Qobuz, niestety tam strumień przycina się pod mobilne). To przykład bezkompromisowości w zakresie przesyłania muzyki via Internet, najlepszego strumienia (no jest PrimeSeat z Nipponu, ale to ciekawostka, tj. stream DSD o jeszcze wyższych parametrach), gdzie nie ma sztuczek (VBR), gdzie mobilne nie decyduje o parametrach, gdzie liczy się tylko i wyłącznie jakość dźwięku. Dynamika, rozdzielczość (detale, wgląd w nagranie) są tutaj na referencyjnym (z pliku) poziomie. Sprawdźcie sami, to naprawdę robi różnicę!

Najlepsze labele

Najlepszy materiał

Sama aplikacja jest baaardzo prosta w obsłudze, właściwie większość tego, co „pod maską”, konfiguruje się z automatu, nie ma jakiś wyszukanych i rozbudowanych opcji przeglądania, zawiadywania bibliotekami, ale też w tej prostocie tkwi duża zaleta alternatywy. To łatwe, proste i oswojone… każdy, kto słuchał kiedykolwiek muzyki z komputera czuje się „jak w domu”. Nawigowanie przypomina foobara (jest – wreszcie – mobilna wersja tej aplikacji pod iOS, niebawem wpis o tym), to co niezbędne jest, można praktycznie odrazu rozeznać się w temacie. Oczywiście nie jest tak, że bez wad. Poza wymienionymi brakami w porównaniu do bardziej zaawansowanych aplikacji, softwareowi brakuje stabilności działania (głównie mam tu na myśli omawiany „w pakiecie” stream highresaudio), czasami zawieszają się interfejsy audio, poza tym trzeba wstrzymywać pracę danego, by odpalić innego klamota (Roon pozwala na granie w tym samym czasie przez wiele urządzeń, tutaj Audirvana nie jest żadną konkurencją, bo tego zwyczajnie nie umie). Do tego nie widzi innych sieciowych urządzeń niż te z obsługą uPnP/DLNA, co wyklucza całe mnóstwo sprzętu z innymi technologiami, protokołami. To bardziej – i tak należy na to patrzeć – odtwarzacz osobisty audio, oprogramowanie do słuchania z jednego klamota. Zresztą, nawet ustawienia dla poszczególnych, podłączonych pod komputer urządzeń, powielają się dla każdego interfejsu, nie można dokonać nastaw odmiennych dla każdego. Także o multiroomie, o strumieniach Cast, airplayowych zapominamy.

Tidal 

Klasyka odnośnie zawiadywania, wyszukiwania, trochę trąci myszką, ale nie o to chodzi, bo chodzi przecież o muzykę, o nic innego, prawda?

Niby można zainstalować aplikację mobilną, ale jej działanie pozostawia sporo do życzenia. De facto, obecnie, jest ona bezużyteczna (często przerywa odtwarzanie), także jako aplikacja sterująca sprawdza się raczej do kitu. Także, choć jest w App Storze, to nie polecam, bo nie dość że płatna (tak płatna, mimo zakupu samego programu oraz opłacenia streamów), to nie daje satysfakcji. Można użyć oprogramowania do obsługi XBMC (tak też robię), uzyskując podstawową obsługę zdalną, można też posiłkować się jakimś oprogramowaniem do zdalnego zawiadywania (komputerem) typu zdalny dostęp/pulpit. Nie jest to wygodne, nie jest w żaden sposób porównywalne z Roonem, dlatego jak wyżej – to rozwiązanie do osobistego korzystania: komputer/interfejs/efektor. Stara szkoła. Godząc się na te, wymienione powyżej ograniczenia funkcjonalne, dostajemy w zamian coś, co pieści ucho, gra na poziomie lepszym od Tidala zintegrowanego zarówno pod Audiorvaną, jak i Roonem. Nie znajdziemy tutaj internetowego radia  (żadnych rozgłośni), jakiś algorytmów podpowiadających, wyszukujących, muzykę nam serwujących. Nie. Tu jest tylko to co sami wybierzemy i naciśniemy „play”. Czyli dla purystów, ale też dla tych, którzy chcą muzyki z sieci słuchać w najlepszych okolicznościach przyrody. Jakość jest tu na pierwszym miejscu, zdecydowanie. Sam soft pozwala na optymalizację pracy komputera (sysop), co pozwala nie zawracać sobie głowy w dłubaniu w OS. Widać, że chodziło o stworzenie czegoś prostego, czegoś co w najprostszy sposób pozwala słuchać muzyki z kompa.

Ubogo, w porównaniu do Roona, ale też  inna filozofia.: PC -> interfejs -> efektor

SQ robi tutaj, stream wysokomocny, najlepsza jakość

Do wyboru

Optymalizacja pracy OS. Leci sobie 1k utworów w mieszadle. Niestety czasami się gubi (traci połączenie).
Crystal Castles… tak, taka muzyka też jest w highresaudio streamie

To taki powrót „do korzeni”, z świetnym jakościowo streamem w opcji. Właściwie bez highresaudio to ciekawostka, ale ten strumień robi zasadniczą różnicę. Wiele z oferowanej muzyki jedynie tam, jedynie za pośrednictwem tytułowej obsługi, pozwala osiągnąć najlepszy jakościowo efekt. Po prostu nikt nie oferuje takiego strumienia, jak narazie, zintegrowanego w swoim rozwiązaniu (Roon jest tu oczywistym kandydatem, bo też, póki co, nie jest mobilny, nie koncentruje się na graniu na wynos i raczej, nawet jak będzie dostępna taka opcja, nie będzie to sedno). Innymi słowy to coś dla ludzi, którzy słuchają muzyki w zaciszu domowym, na wysokiej klasy sprzęcie, albo po prostu na sprzęcie HiFi, na stacjonarnych słuchawkach, którym zależy na jak najlepszym SQ. Taki tandem pozwala na to, by z Internetu grać na poziomie dotychczas w strumieniu prawie, że nieosiągalnym (na takim poziomie, poza Qobuzem, w ogóle nieosiągalnym). Fajnie, że jest taka alternatywa, alternatywa nie dla każdego, dla niektórych ciekawe uzupełnienie (myślę o użytkownikach Roona). Sama aplikacja kosztuje około 250 złotych. Jest wartościowym rozwiązaniem, choć – i to trzeba sobie powiedzieć wprost – nie jedynym, bo przecież jest świetny JRiver oraz darmowy foobar etc. Tak, czy inaczej, mam nadzieję, że strumień highresaudio będzie niebawem dostępny także w innych kombajnach audio, bo to coś bardzo, bardzo wartościowego. Jakościowo, podkreślam, bije Tidala na głowę.

I to jest coś, co robi zdecydowanie różnicę na plus. Doskonała jakość strumienia, najlepsza wg. mnie, jaką oferuje usługa streamingowa na rynku

 

 

Trzeba korzystać z alternatywnych zdalnych pilotów, jak jest KODI to jw. Niestety trzeba, bo…

…to powyżej, to niedopracowane guano

Pylon Audio Diamond Monitor w testach na HDO

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_2719

Ułoooo, co to za wybarwienie?! Po wyjściu z pudła byłem w lekkim szoku, bo też kolorystyka kolumn miała być niespodzianką i cóż – tego to ja się nie spodziewałem. Mówi (lepsza połowa) lawendowe. Dla mnie po prostu fioletowe. Chyba nie ma drugich takich, w ogóle nie ma nigdzie. Pokaz możliwości producenta, który słynie z tego, że wyczaruje każde, nawet najdziksze wybarwienie z palety RAL. I dobrze, bardzo dobrze, bo kolumny to – wiecie – mebel, dobrze widoczny mebel i to ma zachwycać (mniej wyrozumiałe żony* powiedzą – nie przeszkadzać). Ma współgrać z wnętrzem, ma prezentować się wybornie, współgrać z estetyką, gustem domowników, pasować jak ulał. To ważne, bardzo ważne, bo dzisiaj zwraca się bez porównania więcej uwagi na to jak wygląda, czy pasuje, czy nie psuje (harmonii, feng-shui czy cholera wie czego tam jeszcze). No i Pylon robi to dobrze, bo raz – najmocarniejszy jest w stolarce i nie boi się projektów niebanalnych, a przy tym zachowuje znakomitą jakość, bo dwa – pełna paleta RAL plus klasyczne kolumnowe dekory plus wykończenie olejowskiem plus wysoki połysk plus najmatowszy mat robią zasadniczą różnicę. Różnicę na plus. Dodajmy do tego pełen serwis, pogwarancyjne wsparcie, możliwość naprawy, wymiany, polakierowania, a nawet… zmiany wybarwienia. Tego – zwyczajnie – nikt inny nie oferuje. Bo polski producent? Yhy, to też, ale wiecie, inni jakoś takiego poziomu posprzedażowej obsługi nie zapewniają. Chwalę, bo jest za co. BTW. Tak się złożyło, że na stanie też polskie, też krajowa myśl techniczna, okablowanie w dopasowanym jak ulał kolorze oplotu. Melodikowy Purple Rain, oczywiście z Księciem obowiązkowo z tacki granym ;-)

Piszę o tym wszystkim, nawet nie muskając sedna, to znaczy samych kolumn. Już się poprawiam. Pylonowe monitory bliskie są mojemu sercu, miałem / mam / testowałem wszystko, co wyszło z jarocińskiej manufaktury w temacie: podstawkowce. Firma do niedawna w każdej nowej linii oferowała monitory. To się zmieniło – ichnie flagowce, inne, przewidywane do wprowadzenia na rynek projekty z górnej półki to wyłącznie podłogówki… Decyzja zrozumiała, wszyscy więksi producenci tak mają, to znaczy od pewnego pułapu kolumna musi być duża i jest duża, a ogromne „monitory”, jakie możemy spotkać na rynku, to de facto konstrukcje pokrewne podłogówkom… nie ustawicie ich na regale, na półce, mają dedykowane standy i zasady ich umiejscowienia, ustawienia w pokoju odsłuchowym są tożsame z dużymi, podłogowymi paczkami.

Pylon Diamond Monitor testowane na kreskówkach ;-)
Młodzi Tytani rządzą btw

Dzień dobry :) Na górze D2010/8513, na dole CA18RLY. Prawdziwe, nie udawane 8Ω

Kolumny, które do mnie przyjechały to póki co najwyższa, monitorowa, półka u Pylona. Diamondy krótko stanowiły szczyt oferty, ale szybko pojawiło się coś wyżej, jeszcze wyżej… Producent postanowił zaoferować pełną paletę, przekrój zestawów głośnikowych, tak aby potencjalny klient, nawet taki baaaardzo wymagający i trzymający w garażu, stop, trzymający w salonie graty za dziesiątki, czy setki tysięcy (w sumie) miał w czym wybierać. Prawidłowo, szczególnie gdy popatrzymy ile ten high-end w wydaniu Pylona kosztuje. Oczywiście Diamondy nie są sensu stricte high-endem, to wysokiej klasy hifajowe paczki, takie, które mogą potencjalnie stanowić optymalny wybór dla najszerszego zbioru audio elektroniki… droższych integr, tańszych zestawów dzielonych, mocniejszych lampiszonów do +/- 10k za klamota. Tak to widzę, myślę, że nie mylę się w tych rachubach i pewnie właściciele takich klocków – myśląc: monitory – patrzą na katalogi i te tytułowe na liście uwzględniają.

Mamy tutaj duńskie, modyfikowane przetworniki i to takie najbardziej klasyczne, szczególnie patrząc na kopułkę tweetera, jakie możemy sobie wyobrazić. Projekt stylistyczny kolumn, to w linii Diamond, obowiązkowe pochylenie frontu i tylnej ścianki, co ma przekładać się na ulepszenia w zakresie sonicznym, na pewno przekłada się na wygląd… ten nie może się nie podobać. Serio. To nowoczesna, dzięki pochyleniu, agresywna stylistyka, rodząca skojarzenia z branży moto (subiektywnie, jak super wozidła). Proste, ale oryginalne, czyste linie, niby klasyka, a jednak wyróżniające się, no i to wykończenie… oczywiście klasyczne wybarwienia mają swój urok, styl, ale są przewidywalne, naprawdę polecam zamówić sobie coś oryginalnego, coś z palety. Wtedy taka kolumna wychodzi poza schemat. U mnie jest już po etapie małe wkłada paluszki w membrany, ale opcjonalnie (teraz już dla każdej konstrukcji Pylon Audio) można domówić sobie maskownice (na magnesy montowane, czyli otworów brak, nic nie psuje czystej formy).

Purple Rain, purple rain…

To duże monitory, nie bardzo duże, ale spore, spore, bo nisko-średniotonowiec to nie ułomek, a konkret… 18cm membrana, która tutaj dominuje, ale na szczęście nie zaburza całości, designersko projekt to harmonia składowych. Odnośnie materiałów – mamy tutaj celulozę, mówiłem o klasyce w wyborze przetworników, no i jest klasyka. Ja tam lubię klasykę (i mocne pierdolnięcie też lubię), także w to mi graj ;-) , szczególnie że te seasowe Scan-Speaki zmodyfikowane przez Pylona naprawdę dają radę, już od pierwszych dźwięków dają, a że kolumny pracują zaraz drugą dobę non-stop (jeszcze świeżym lakierem leciały) to i tylko przyklasnąć takiemu wyborowi firmowych inżynierów. Konstruktorzy nie tylko zmodyfikowali duńskie przetworniki, ale opracowali własną zwrotnicę, wygłuszyli owczą wełną (na bogato) wnętrze. Słuszne 10kg per sztuka, wysoka, ale mimo dużego nisko-tonowego speakera, smukła & proporcjonalna obudowa (to pochylenie robi zdecydowanie) domaga się odpowiedniego stojaka. Pylon ma taki specjalnie pod ten model robiony, co jest niewątpliwie atrakcyjną opcją, można też inaczej, ale to inaczej musi dźwignąć dużą, dość ciężką, paczkę. Ścianki są grube, stolarka, jak wspomniałem, pierwszoklaśna.

Jeszcze przed zaaplikowaniem naszego demontowalnego zestawu korekcji akustyki pomieszczenia:
gruby dywan na podłodze (vel koc) & materace po bokach. Z tyłu nic nie trzeba, bo kasetony robią robotę.

Brzmienie na dzień dobry? Dużo dobra słyszę. Kultura, naturalność, pełna kontrola. Nie zgadzam się, że trzeba zatykać port BR. Nie trzeba. Te kolumny nie mają wcale inklinacji do przebasowienia, czy choćby delikatnego przerysowania na niskich. Tak się może wydawać przez parę pierwszych godzin. Potem mija i jest pięknie. Dźwięk potężniejszy od tego, co reprodukują (fuj) na co dzień podłogowe Szafiry 23 (to te odchudzone, fit kolumienki Pylona). Kojarzy się z brzmieniem Topaz 20 (duża, dwudrożna podłogówka), a to – jak pamiętacie – cholernie dobre brzmienie, jedno z najlepszych w moim prywatnym rankingu odnośnie SQ kolumn Pylon Audio. Oczywiście to pierwsze wrażenia, we właściwej recenzji dojdzie do tego pewnie tona spostrzeżeń, będziemy maglować w aż czterech kompletnie różnych torach – z lampiszonem na Mulardach i Telamach, z końcówką NADowską & pre 1020 (vintage), z małym mocarzem C315 oraz ultranowoczesnym Sonos AMPem (świetnie to brzmi po cyfrze, czytaj stream & HDMI/optyk via adapter…. świetnie! Więcej w naszej recenzji rozwojowej). Także będzie się działo, oj będzie. Będziemy manewrować przetwornikami, modelować co nieco, a poza redakcyjnym zestawem oryginałów (KORG, ZOOM, M2Tech) będzie jeszcze parę niespodzianek, które zmierzają do redakcji. Aha, dla przypomnienia, pomieszczenie to salon z otwartą kuchnią (nie aneks w dosłownym sensie, tylko duża, 2 metrowa „śluza”, wybita w ścianie nośnej) c.a 32 metry kwadratowe. Sporo, ale też Diamondy spokojnie w takich okolicznościach wypełniają dźwiękiem przestrzeń. Można je widzieć w roli zestawu do dużych salonów, dużych pomieszczeń – swobodnie.

Galeryka poniżej…

* żeby nie było seksistowsko, są Panie które nie tylko są wyrozumiałe, ale same mają inklinacje audiomaniackie. Szanujemy, a nawet zazdrościmy

» Czytaj dalej

Recenzja przetwornika Auralic G1 – VEGA pożeniona z siecią

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_0155

VEGA. Jeden z najlepszych przetworników na rynku. Maszynka do wyciągania zer i jedynek z komputera (bo to głównie za to chwalono Vegę, to właśnie komputer był tu na pierwszym miejscu, ten DAC kupowany był z myślą o źródle komputerowym). Sprzęt drogi, ale jeszcze przystępny cenowo, jeszcze nie atakujący dla wielu „magicznej” granicy 10k za klamota. Nowa odsłona to poważna zmiana koncepcji, to z jednej rozszerzenie, z drugiej zaś… przekroczenie przez producenta Rubikonu, to znaczy przekroczenie umownej granicy i to bardzo konkretnie. Nowe serie G: G1 i G2 to cenowy high-end, a biorąc pod uwagę całą ofertę to propozycja dla osób, które mogą pozwolić sobie na nieograniczone wydatki na hobby, zwane, odtwarzanie muzyki w domowych warunkach. Mamy zupełnie inny pułap cenowy. Auralic z jednej strony oferuje bardzo taniego Ariesa Mini (Aries duży też już w high-endach, bo też linia G), a potem długo, długo nic i drogie klocki. Trochę tego nie rozumiem. Są w sprzedaży (jeszcze) starsze modele, ale ich żywot rynkowy (poza wtórnym) dobiega definitywnie końca. Dla mnie to mało zrozumiała decyzja, wyraźnie brakuje klamotów z przedziału 3-8k. Cóż, taki mamy klimat. Dzisiaj wielu producentów za punkt honoru stawia sobie wyścig zbrojeń w cenowej stratosferze. Nie pochwalam, uważam to za brak szacunku wobec potencjalnych klientów. Jakby nie patrzeć, stratosfera, od zawsze była zarezerwowana dla nielicznych. Widać pewien niepokojący trend w elektronice, podobnie jest ze słuchawkami (z chlubnymi wyjątkami). Wszędzie, chcą więcej, niekonicznie adekwatnie, a coraz częściej nawet gorzej – oferując mniej (funkcjonalność) za więcej (pieniędzy).

Dobra, dość marudzenia, czas przedstawić jegomościa. G1 to maszyna znakomicie wykonana. To kawał skrzyni. To na bogato. Tak. Widać, że Auralic chce więcej za konkretne więcej. Przynajmniej odnośnie aparycji, wyglądu, formy – ten sprzęt niewątpliwie kojarzy się ze stratosferą, mimo poczynionych względem jeszcze droższego G2 cięć (materiały, nie forma), prezentuje się wyśmienicie. Duże, ciężkie bydlę. Niby tylko DAC, bo przecież jw. VEGA to DAC, ale jednak nie tylko DAC, a coś więcej. Tak więcej, bo mamy tutaj przedstawiciela nowego pokolenia tj. sprzętu skojarzonego z siecią, tak zwanego streaming DACa. Strumieniujący, czytaj, uniezależniający się od transportu komputerowego, co jest tu niewątpliwie warte odnotowania. Odpada często kłopotliwa rzecz, jaką jest odpowiedni, dobry, dedykowany PC pod audio, ale też rodzi to pewne konsekwencje, o czym przeczytacie poniżej. Także mamy taką opcję i rzecz jasna grzech byłoby nie skorzystać, prawda? No dobrze, ale przecież to VEGA, to przetwornik, coś – także – do połączenia źródeł, dodatkowo preamp cyfrowy, bo VEGA to także potencjometr. Odpowiemy sobie zatem na pytanie, czy ta droga maszyna może być kluczowym (bo przecież gała i dekodowanie) elementem toru i to takiego toru, który kosztuje w sumie kilkadziesiąt tysięcy (high-end, jeszcze nie zahaczający o poziom handlu narządami). Ten G1, dodatkowo, coś ma i czegoś nie ma (co bardzo było przez niektórych krytykowane). Ma dwa jacki, jest więc także – niby – docelowym rozwiązaniem pod słuchawki. W końcu tyle kosztuje, więc powinien… Nie ma natomiast kieszeni na dysk w środku, nie ma USB dla zew. nośników, nie może być rozpatrywany jako lokalny, muzyczny serwer, bo takiej funkcjonalności po prostu tutaj nie przewidziano. Może być końcówką (end-pointem) dla takiego Roona, ale samodzielnie z ograniczeniami wynikającymi z przyjętej koncepcji. Jak chcemy budować system all-in-one z własną kolekcją lokalnie, to trzeba kupić Altaira. Tak to sobie w Auralic-u wymyślili. Także macie Mini za około 2k, który ma „wszystko”, potem długo, długo nic, jest Altair G1, potem długo, długo nic i VEGA G1 – taki podział, jak wyżej. No i stratosfera (G2). Albo, albo. Czy to dobrze, czy źle, pozostawiam finalnie Waszej ocenie, ja skupię się na tym, co fabryka dała, bo wg. mnie… nie wszystko tu wyszło tip-top, nie wszystko.

Zapraszam…

» Czytaj dalej

Arya …moim zdaniem naj z ostatniego wypustu. TEST

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_1611

Do dychy było wszystko, to znaczy były Sundary, Anandy, były też nowe HE-6* w najnowszej odsłonie (SE) i tytułowe Arya …były. Wszystkie te słuchawki z najnowszego wypustu, wszystkie one będące sumą doświadczeń producenta ujętą w nausznikach AD 2018/2019. Wspominałem wcześniej, przy okazji testów wymienionych powyżej, że każda z przetestowanych słuchawek zasługuje na uwagę, że to konkretny krok naprzód w każdej dziedzinie: ergonomii, budowy, możliwości brzmieniowych, jakości wykonania. HiFiMAN upichcił produkty bardzo dobre, w swoich segmentach cenowych konkurujące z każdym, konkurujące z powodzeniem (szczególnie te najtańsze). No dobrze, ale jako że na rynek trafiły aż 4 różne modele w cenie do 10 tysięcy złotych, można pokusić się o pewne podsumowanie, będące jednocześnie w pełni subiektywnym rzecz jasna wyborem NAJLEPSZEJ opcji. Najlepszej brzmieniowo, żebyśmy dobrze się rozumieli, bo odnośnie wygody przykładowo, firma zaprojektowała swoją najnowszą generację na tyle dobrze, że… kupując najtańsze skorzystamy z niezwykle wygodnej, dopracowanej konstrukcji i nie będzie specjalnie odczuwalna wymiana na model 3-4 krotnie droższy. Tu osiągnięto wg. mnie pewne optimum, formę na tyle doskonałą, że zmiany jakie producent wprowadzi w przyszłości raczej będą kosmetyką, a nie odkrywaniem koła na nowo. Bo nie ma co tutaj odkrywać (w przypadku słuchawek wokółusznych).

Tytuł sugeruje kto tu wygrał i cóż, nie będzie niespodzianki, ale będzie treściwe uzasadnienie takiego werdyktu. Tak, ostatnie póki co, z przetestowanych HiFiMANów (czekamy jeszcze na obiecane 1kSE) są w moim odczuciu najlepsze, lepsze od 6SE (a był to mój cichy faworyt), znacznie ciekawsze od średniopółkowych Ananda i lepsze (ale bez żadnej ujmy, patrząc na cennik) od Sundara. To najlepsze co ma HiFiMAN w cenie do 10k. Te słuchawki oferują wg. mnie najlepszy miks cech, jakie kojarzymy z ortodynamikami, jednocześnie oferując coś jeszcze – uniwersalność, łatwość napędzenia, najlepszy na rynku (pojechałem, ale tak uważam) stosunek jakość/cena w swojej kategorii (high-end… płacąc więcej, przepłacacie). To słuchawki bliskie perfekcji, które pokonują moje LCD-3, pokonują z zapasem mniej więcej tak samo wycenione Mr Speakers Ether Flow 1 generacji (w obu wariantach… patrz nasz megatest na szczycie), ba pokonują dwójki, które jakoś kompletnie mi nie przypasowały. Pokonują wszystkie starsze HiFiMANy, w tym tysięczniki i to poniżej, ale niegdyś wysoko w cenniku (a dzisiaj często o 50% tańsze). Chcecie kupić flagowce w dobrej cenie, obniżonej w stosunku do tego, co wołano sezon temu i macie te 8k około, a właściwie to 7 około? To koniecznie, naprawdę koniecznie weźcie na tapetę Arya. Warto, żeby potem sobie nie pluć w brodę.

Te słuchawki oceniam jako poważnego konkurenta dla dużo droższych zawodników i to zarówno planarnych, jak i hybrydowych, czy najdroższych dynamików. Także zarówno Senki, Sony, ZMFy jak i Focale oraz orto spod znaku konkurencji jak Audeze (all), Finale (FADy), czy Meze nie mają w tym przedziale cenowym równorzędnego przeciwnika dla tytułowych. Fakt, nie słuchałem Meze Empyrean, stanowczo zbyt krótko słuchałem świetnych D8000, ale to wszystko liga 12-15k, nie ok. 7000 pln, także nie ma sensu się rozwodzić. W podanej cenie Arya są po prostu imo nie do pobicia. Biorąc pod uwagę ich właściwości, czy umiejętności zgrania się z prawie że dowolną elektroniką, bezproblemowe granie z jacków w kompach, przenośnych playerach właściwie tylko forma (otwarta) decyduje o – jednak – domowo~stacjonarnej prominencji. Przy czym, o ile nie robi to problemu postronnym, nie przeszkadza, czy w podróży, czy jeszcze lepiej w jakiejś głuszy, takie słuchawki to skarb pozwalający na oderwanie się od rzeczywistości (w podróży okey, w głuszy raczej mamy to w standardzie). Na razie są to najlepsze słuchawki HiFiMANa jakie dane mi było, także w kategoriach bezwzględnych (czyli, że najlepiej dopasowały się do moich upodobań, co nie oznacza, że droższe, czy dużo droższe nie są w czymś lepsze… no są, ale w tym co dla mnie istotne, nie dorównują Arya i tracą na wspomnianej uniwersalności). Ta uniwersalność to muzyka (po pierwsze, zawsze po pierwsze muzyka), po drugie to łatwość napędzenia, po trzecie to niewielkie wymagania od toru (ten naprawdę nie musi być za drugie tyle najmarniej, by słuchawki cieszyły ucho, bo potrafią z niedrogiego DAPa wyczarować taki dźwięk, że czapki z głów). Lubię takie produkty, produkty kompletne, bez „kantów”, takie bez dziury w całym, bez kompromisów (gdzieś tam), warte, po prostu warte wydanych nań pieniędzy. To wcale nie częsta sytuacja w branży, a w przypadku słuchawek (drogich) odrywamy się wraz z kolejnymi tysiącami od ziemi i wcale nie chodzi mi tu o doznania brzmieniowe.

Równolegle testowane były, choć Arya w sumie znacznie dłużej (mhm, właśnie dlatego). Te okrągłe muszle, nausznice to HE-6SE, a łezki wiadomo

Dobrze, czas to jakoś uzasadnić. Zapraszam…

* o pierwszej generacji HE-6 było porównawczo z LCD-kami 3 na łamach HDO tutaj i tu.

» Czytaj dalej

Naj. z Monachium(?), alt. dla Tidala, akt. Roona & more

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2019-05-23 o 08.21.22

Trochę się nazbierało, to hurtem, raz a dobrze, postanowiłem, bo recenzje już w blokach (Arya, Auralic G1, DAC-9 NuPrime itd itp). Od czego zaczniemy? Od Monachium oczywiście. Nie, nie będę robił streszczenia co pokazano, co najciekawsze, dlaczego. Tym razem skupię się na jednej, jedynej rzeczy. Dlaczego tak? Ano dlatego, bo w większości wypadków MOC to w kółko to samo, owszem nowe modele, owszem, parametry na wyścigi, owszem fikuśne formy, owszem jakieś pomysły rodem ze snu szalonego inżyniera (forma), ale to zazwyczaj w kółko ten sam motyw, tylko z milion razy przerabiany, w nowy papierek owijany, ale to samo wciąż. Czyli brak rewolucji, czegoś absolutnie oryginalnego, czegoś, co przykuwałoby uwagę…

…czegoś na miarę Sistema M2. Rewolucja. Włosi. Ja tam cenię sobie ich elektronikę, mimo że często, gęsto zawodzi kontrola jakości, że coś tam niedopracowane jest. Tak, mają Włosi w zwyczaju robić piękne, robić pod wieloma względami doskonałe rzeczy (uogólniając), a przy tym może – i nie powinno to dziwić – zostać w ręce pokrętło, urwać się to i owo, no tak to (u nich) jest. Pamiętam boje z pewnym klamotem od M2Techa, czego tam nie było: wypadające porty, wpadające, pierwszy raz DAC potrafił się zawiesić, wiecie, złapać bluescreena. No wszystko to prawda, musieli wysyłać nowy egz., też nie doskonały formą, ale… no właśnie ale grający jak marzenie. Co ofc nie oznacza przymykania oczu na niedoskonałości, bo wicie jaki jestem – zawsze coś znajdę i zawsze coś skrytykuję.  Taką mam już wredną naturę.

Sistema M2. Pięć tysięcy ojro. Dużo? No – niemało – ale w końcu high-endy, więc jak na high-endy to przystępnie nawet. Co to? Coś niezwykłego, jedynego w swoim rodzaju. Cyfrowa aż do odczepów amplifikacja, końcówka mocy bez konwersji sygnału (rozumianej jako przetwarzanie w jakiejś kości zer i jedynek na analog), końcówka bez ograniczeń w zakresie: opóźnień, zniekształceń, koherencji sygnału. Ale, że, jak?! No właśnie tak. Pure digital, takie pure z czymś, co nazwałbym chyba pierwszym podejściem (bezkompromisowym) do sygnału jako INFORMACJI, DANYCH, a nie impulsów, oporu, przepływu elektronów (tak, tak jest I2S, jest napięcie, ale to _pure data_ jest). Ja cież… nie wiem, jak to sklasyfikować, bo w klasycznym rozumieniu DACa tam nie macie, jest USB (ale tylko w sensie kompatybilności z magistralą szeregową, interfejsowej kompatybilności, bo tam jest I2S, tam ten sygnał nie jest „tłumaczony”, nie wymaga układu konwertującego, kości interfejsu) albo (nie pokazany, ale planowany w opcji) LAN. Na marginesie, jak USB, to wg. mnie musowo jakiś terminal wyspecjalizowany do tego, komputer z dedykowanym kontrolerem USB, bez współdzielenia, tylko pod audio (jak testowane przez nas ostatnio karty X-Hi czy element H od Matrix Audio, tylko zintegrowane). Jak LAN to w sumie mógłby być teoretycznie jakiś streamer, ale w większości wypadków… nie ma opcji. Dlaczego nie ma? Bo ten wynalazek tylko pod Windowsa lub MacOSa jest  …brak wsparcia dla Linucha :-( . Jak widać tylko pod komputerowe OSy. Tylko!

Ki diabeł? No właśnie. Ten klamot jest pod wieloma względami niezwykły. Wymaga bardzo specyficznego transportu cyfrowego (jw), musi być odpowiednie oprogramowanie (generalnie, nie będzie działał z każdym softwareowym playerem!), znaczy się bardzo nieżyciowe to jest już na wstępie. Czemu tak? Ano Sistema M8 to bezkompromisowy wzmacniacz (pierwszy taki wzmak I2S) z wyłącznie cyfrowym przebiegiem transferu danych do wyjść głośnikowych (tak, są tacy którzy robią podobne konstrukcje, ale nikt nie zrobił tego na takim poziomie). Znaczy „digital-direct power amplifier” (kojarzymy NADa z ich serią Master ofc i paru innych), bez jakiejkolwiek INGERENCJI w to, co popłynie z głośników. Nie ma tutaj ani kontroli głośności (poziomu), ani zdalnego sterowania (zmiany parametrów pracy, bo tutaj niczego nie zmieniamy!). Jest tylko JEDNO wejście dla danych (USB lub LAN) i są odczepy głośnikowe. Koniec. Słuchamy materiału, takiego jaki dostarczyliśmy o parametrach PCM do poziomu 24/384kHz i DSD64.

Dalej jest jeszcze ciekawiej. On/off? A gdzie tam. To ciągle ma działać, ma być w końcu DIRECT. Pod prądem cały czas. I jest, jak dostarczymy (np. SBooster, ale też, bo czemu by nie na zamówienie rodzimy Tomanek) zasilanie 12-24V z zewnętrznej elektrowni. Dobrze, żeby zasilacz był po prostu stabilny, bardzo stabilny, bo tu musi być prąd bez skoków, bez dużych wahań, zapodany. Wzmacniacie czysty sygnał w ramach magistrali I2S, rzecz jasna jest to PCM, bo taki jest format transmisji natywny dla tego standardu przesyłu DANYCH. Co robi zatem DSD? Ano, architektura zaprojektowanego przez Włochów układu pozwala na przyjęcie (ofc DoP) 1 bitowego strumienia o częstotliwości 2.8 MHz. Tyle.

Będzie tego 99 sztuki tylko. Forma jest tak samo niedzisiejsza jak technikalia. Ten klamot to ascetyczno-industrialna jazda po bandzie. To brutalizm stylu z wykorzystaniem oryginalnych materiałów. Całość obudowy wykonana jest z grafitu, a wykorzystany materiał nadaje urządzeniu niepowtarzalnego wyglądu. Tak, to taka patyna, grafitowo-brudna patyna, coś, co przywodzi na myśl odjazdy Terry’ego Gilliama (Brazil). Klocek o wymiarach 300 x 200 x 80mm, z jedną diodką informującą o sygnale (że jest) i dwoma wskaźnikami (znowu w stylu szorstkiego, bezdusznego, bezosobowego minimalizmu) lampowymi z oznaczeniami DSD / PCM. Do tego piękne grawery na froncie (nazwa klamota) i już. Piękne terminale dopełniają całości, dopasowane do formy tego niezwykłego urządzenia.

Teraz najdziwniejsze. Gracie z KOMPUTERA. To znaczy gracie ZA PORADNICTWEM SYSTEMU OPERACYJNEGO. Tak, systemowy mikser, systemowa regulacja poziomu. Masakra? No niby tak, właśnie dokładnie odwrotnie do tego, co robimy na co dzień. Uciekamy od tego, co zaszyte w systemie, na rzecz dodatkowych sterowników, programowych playerów omijających to, co siedzi w kodzie systemowym związane z obsługą dźwięku. Stąd te wszystkie ekskluzywne tryby, stąd ASIO, stąd różne plastry, alternatywy. A tu – cholera – inaczej… się nie da. Także wiecie, jak dobór oprogramowania to robi się come back do przełomu wieków. Jakiś foobar, albo preferowany przez Włochów… VLC. Serio. Przy pewnych zabiegach może być JRiver, czy Audirvana i parę innych, popularnych aplikacji, ale to wymaga obejścia problemu kontroli (poziomu). Ze streamami z sieci nie będzie problemu, bo po pierwsze webpanele, bo po drugie też rzeczonych serwisów aplikacje, można sobie uruchomić i wio. Jak wspomniałem powyżej, najlepiej jakiś zbudowany przez siebie (bo gotowce to często Linuch jest!) audio terminal PC, samoróbka jakaś, samodzieło. Musi być ciche (pasywne najlepiej), musi być OS optymalizowany (najlepiej wersja Win Lite, z wywalonym co się da, bez dźwięków, profili, pierdolników… tylko to, co niezbędne plus audio soft).

Z tego, co opisano u DAR.KO, z tego co opowiadali ci, którym dane było tego w Monachium słuchać tego wynalazku wyłania się obraz nie-wzmacniacza, nie-przetwornika (interpretatora… wiecie, o czym mówię, prawda?), tylko czegoś, co przenosi w czasie i w przestrzeni muzykę. Tak, aż boję się to napisać: „na żywo”. Grają instrumenty, śpiewają, robią to właśnie tu i teraz. Rzecz jasna to tylko klamot, to nie efektory (te muszą być pewnie klasowe), ale wrażenia są, że tak powiem, powtarzające się, z dużą regularnością powtarzające się: TU i TERAZ GRA, nie jest to odtworzenie tylko GRANIE. Nie reprodukowanie tylko GRANIE. Choooolera. Także nie wiem co ja myślę, ale jedno jest pewne – to jest COŚ. Coś innego. Musi być PC, musi być Mac. Musi z komputera. Musi via OS. Komputer gra. Nie… komputer odtwarza, a gra. Brakuje – chyba – właściwych słów. Wiem, że trzeba będzie gdzieś się wbić i opisanego Sistema M2 posłuchać. Rzecz totalnie rozmija się z moimi dotychczasowymi doświadczeniami odnośnie grania z PC (tak, tutaj macie KS – kernel, żadne tam WASAPI czy ASIO). Jednym słowem – koniecznie!

 

 

Alternatywa dla Tidala? Owszem – Deezer HiFi. Od paru tygodni męczę i jestem bardzo zadowolony. Jak wspomniałem wcześniej na profilu: „…od paru dni „tylko słucham”. Nie analizuję, nie zastanawiam się dlaczego to cholerstwo nie działa tak, jak powinno, po prostu odwyk od testowania. Przy czym, żeby sobie umilić (bo Tidal ostatnio bardzo się spóźnia z premierami, bardzo… cześć rzeczy w ogóle nie trafia niestety do katalogu) zdecydowałem się na upgrade streamu z Deezera do bezstratnego strumienia HiFi.

I wiecie co? Deezer w opcji 1411kbps (tak, dokładnie tyle ile mamy z krążka CDA, dokładnie tyle ile opisuje redbook) wg. mnie miażdży jakościowo Tidala. Nieporównywalna dynamika, świetny timing – słuchanie cięższej gatunkowo muzyki to moim zdaniem inna rzeczywistość, lepsza rzeczywistość. Po co MQA, jak strumień bezstratny (to bitrate bezstranego, _nieskompresowanego_ materiału .WAV z krążka przypominam) pieści ucho, daje dużo więcej frajdy, bo jest bez pudła. W przypadku Tidala Master Quality nie daje nam gwarancji, bo po pierwszym zachwycie, okazuje się, że wszystko jest „na jedno kopyto”, że origami tworzy własną interpretację, że dźwięk jest robiony. Wiecie, że wolę oryginalny, nie MQA, strumień z Tidala, że bywa on w ogólnym rozrachunku lepszy od wersji Masters. Wolę, ale Deezer HiFi jest bez porównania doskonalszy.

    

Doskonalszy w czym, poza wspomnianą dynamiką, timingiem? Ano, moi drodzy, Tidal przegrywa sromotnie w stabilności strumieniowania „on the go”. Nie ma czego porównywać. Do niedawna na wynos słuchałem przez 90% czasu via Deezer/Spotify (320kbps), bo mimo warunków (dobra infrastruktura, duży pakiet danych) Tidal dawał ciała. Tego nie da się używać mobilnie. Z Deezerem HiFi jest jak ze Spotify – ZAWSZE JEST GRANE. Zawsze. Na pewno robotę robi buforowanie (tu nie ma VBR, tu jest te wspomniane 1411 all the time), ale też dopracowany protokół transmisji, odpowiednie zaplecze po stronie usługodawcy. Deezer zrobił to po prostu dobrze.

No tak, miało być bez porównań, bez testowania, tylko muzyka  ;-)  Przez większość czasu była. Apka na komputerach, webpanel czy mobilna są do bólu proste (wręcz ascetycznie), z – powiedziałbym – najbardziej klasycznym podejściem do UI, do nawigowania. Nie, nie ma tu rewolucji, ale jest coś, co jest bardzo ważne, istotne – dobrze czujemy się w „znanym”, „używanym”, „przerabianym przez wiele, wiele lat: różnych systemów, ton użytkowanego sprzętu, antycznych już może technologii”.

Co z tego wynika? Warto czasami zwolnić. Zwolnić konkretnie, docisnąć do podłogi… stanąć. Zatrzymać się i otworzyć się na coś nowego, bo może się okazać, że coś nam umyka. Coś ważnego. Qobuz miał w Polsce być, miał i tyle z tego wyszło. Obiecałem, że pobawię się w VPN i zrobię to, czekam tylko na spodziewany (do odpalenia) okres promocyjny (w UE) obejmujący aż 3 miesiące. Teraz cieszę się ze streamu CDA z Deezera. Mam to na mobilnym, mam to na kompach, mam to w systemie Sonosa, mam to nawet na antycznym Squeezeboksie Touch. I fajno. Jest wszędzie i jest to moim zdaniem lepsza opcja od Tidala. Całościowo lepsza (bo UI/UX tidalowy woła o pomstę, nadal). Czego brakuje do szczęścia? No jednego tylko – integracji z Roonem. Roon labs. jest taka sprawa  ;-)  Oni wiedzą, wielu prosi, mam nadzieję że wyprosi, znaczy po integracji Qobuza przyjdzie czas na to, co opisane powyżej. Ten stream jest tego jak najbardziej wart.

 

Ostatnia aktualizacja Roona 1.6 (built 416) wnosi fundamentalne zmiany dla Androidziarzy. Tak, wszyscy, którzy nie mają iOSa na ekranie osobistym będą więcej niż zadowoleni. Całkowita przebudowa mobilnej apki, która skutkuje stabilnym, bardzo szybkim działaniem, wsparciem dla 64bitów, wprowadzeniem zmian których zwieńczeniem będzie (podobnie jak wcześniej w Jabłcu) uczynienie z Androida platformy z pełnym wsparciem dla trybu końcówki, end-pointa. Wiele osób czeka na to, to będzie coś bardzo, bardzo dużego i przełomowego. Chodzi nie tylko o handheldy (na marginesie, teraz Roon Remote na androidowych tabletach działa wreszcie tak samo dobrze, jak na iPadach), ale także przeróżne urządzenia audio i audiowizyjne pracujące pod kontrolą googlowego OSa. Te wszystkie modyfikacje powodują, że minimalna wersja Andka z którą Roon się lubi to 5.0, a jeszcze dodatkowo Roon labs wprowadza swoje rozwiązanie do amazonowego  kramiku, co by na tabliczkach dotykowych Fire działało.

 

Sonos wprowadza długo zapowiadanego Google Assistant do swoich samograjów. Mamy zatem dwie AI –  jedną od Amazona, drugą od Google, jak jest więcej samograjów to możemy korzystać z obu równocześnie. Na razie, rzecz jasna, bez polskiej lokalizacji. W przypadku Aleksy nie ma nawet mowy o polonizacji, co innego Google… przy czym parę miesięcy trzeba będzie poczekać, bo na razie działa tylko w j. angielskim. Znaczy, chcemy korzystać, to musimy sobie lokalizację w ustawieniach asystentów zmienić. Powiem coś więcej, przy okazji ostatniej odsłony recenzji Sonos AMPa. Tam ma być o AI (sam AMP nie jest wyposażony w mikrofon, ale działa to wszystko w ekosystemie i stąd to AI opisane będzie, bo mamy to w pakiecie z multiroomem, z opcją wielokanałową etc). Także puchnie nam to, puchnie ładnie, a zaraz będzie po taniości z IKEA parę propozycji głośnikowych, pracujących pod kontrolą oprogramowania Sonosa. Ciekawe na ile to będzie warte tych – z zapowiedzi – niewielkich pieniędzy? Jako strefa w łazience, jakimś miejscu, gdzie ma lecieć w tle… myślę, że to się sprawdzi, sprawdzi nieźle. Zobaczymy, czy raczej usłyszymy niebawem.

 

PS. Recenzja HiFiMAN Arya już niebawem. Stop. Prawdziwie bezdrutowe dokanałówki RHA, po których obiecuję sobie najlepszego dźwięku w segmencie (tak, nawet od Momentum) właśnie zajechały. Stop. Przepraszam za tę angielszczyznę, tak wyszło. Stop. Obrodziło fajnymi dźwiękami. Stop. Trafił do mnie patyczak (straszyk filipiński), ksywa: PATOL, lubi darcie ryja (swój chłop), w rytm ciężkiego grania kiwa się na łodydze. Stop. Idzie normalność. Stop. Jest dobrze. Stop. Flow jest bardzo ok. Stop. Bez zaskoczenia, ale bez pudła. Stop. Ciekawy dobór w tematycznych. Stop. Zasadniczo Twoja muzyka na 1 miejscu, reszta out. Stop.

Względnie tanio, a kompletnie? NuPrime DAC-9 w testach @ HDO

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_1899

NuPrime. Kiedyś NuForce*, teraz NuPrime. Testowaliśmy świetną, przystępną cenowo, integrę IDA-8, teraz czas na przetwornik, kosztujący 3-3,5k, także stosunkowo niewiele: DAC-9. Niby IDA-8 minus końcówki mocy, ale jednak nie tylko. Ten niewielki klamot dysponuje bardzo mocarnym wyposażeniem, właściwie możemy mówić o kompletnie wyposażonej centralce i to nie tylko cyfrowej centralce, bo macie tutaj także wejścia analogowe, dodatkowo integrujemy sobie tutaj również analogowe źródła (czytaj, zazwyczaj, będzie to gramofon). Mamy ponadto zbalansowany tor i to nie na niby, a faktycznie konstrukcja jest symetryczna (cały tor) co na tym pułapie cenowym za częste nie jest (poza chińczykami, ale dzisiaj wszystko właściwe…). Sprzęt, jak to u tego producenta bywa, jest bardzo kompaktowy, do tego świetnie wykonany, ze znakomitymi nóżkami, których autorska konstrukcja gwarantuje dobrą separację od podłoża, stabilność, do tego rasowo to wszystko wygląda. W komplecie mamy przyjemnego pilota, który pozwoli zawiadować skrzyneczką. Tylna ścianka to nie tylko standard, niech będzie, że takie AES/EBU to też typówka, ale co powiecie na wyjście cyfrowe (optyk)? Pozwala nam to na integrację z kinem, pozwala także na cyfrowe spięcie klamota z sieciowymi ampami, takimi jak testowany u nas w odcinkach Sonos. No, no. Zaawansowany moduł zasilania dopełnia całości. Także pierwsze wrażenia są pozytywne bardzo.

No dobrze, ale nie byłbym sobą, gdybym nie pomarudził. Lecimy zatem: diodowy wyświetlacz nie należy do najczytelniejszych (delikatnie rzecz ujmując), trzeba patrzeć nie pod kątem, tylko raczej na wprost, nie jest to idealne rozwiązanie, podobnie nie idealny jest, a nawet więcej - podły – kabel USB dodawany do kompletu. Po co takie coś w ogóle ładować do pudełka? Cienki drut, o typowo drukarkowej prominencji, bardzo krótki (niepraktycznie)… sieciówka komputerowa to powiedzmy standard, nie ma się co zżymać, ale tego kabelka mogłoby nie być. Coś jeszcze? Ano brakuje na stronie producenta (poza działem… FAQ), w instrukcji, informacji na temat dodatkowej opcji rozbudowy wyposażenia DAC-9…

Nóżki ♥ Oba klamoty tj. NuPrime i Sonos Amp prezentują się według mnie obłędnie ;-)

…chodzi mi tutaj o port USB, który może posłużyć do uzupełnienia możliwości o streaming. Bardzo fajna opcja i w tej cenie to już naprawdę wypas, bo nie tylko możemy sobie zaaplikować BT, co powiedzmy nie jest mistrzostwem, ale już opcjonalny moduł WiFi jest (w tej cenie). Można zatem stworzyć sobie kompletny system przetwarzający sygnał cyfrowy oraz przyjmujący audiobity z netu, ale wpierw trzeba się zorientować co też konkretnie możemy pod to USB podpiąć. W manualu informują tylko, że można wpiąć, ale już konkretnie co, to nie. Na stronie producenta też brak bliższych informacji, linków do rzeczonych modułów, dopiero jw. w dziale FAQ możemy znaleźć nazwy kompatybilnych (tylko?) dongli. Trochę to niepoważne.

Gdzie gramy? Pod Roonem oczywiście gramy

Siak czy tak, DAC-9 jest interesującym przykładem urządzenia, któremu praktycznie niczego nie brakuje, a nawet jest ponad standard, bardzo dobrze wykonanego, opartego …co warto podkreślić… na najlepszej kości AKM (4490EQ) z ichnią technologią VelvetSound, o której jeszcze co nieco wspomnę, przy okazji właściwej recenzji. Przyjęło się charakteryzować te japońskie układy jako ciepło, analogowo brzmiące, ja tam generalnie nie uważam, żeby kości same z siebie jakoś warunkowały barwę dźwięku, na pewno dużo istotniejsza będzie tu kwestia podejścia producenta do sekcji analogowej, ale niech będzie – ta kość to przeciwieństwo, jak mówią, najpopularniejszych, dominujących na rynku układów ESS Sabre. Cieszy mnie bardzo, że mogę z DAC-9 połączyć sobie wszystko w ramach jednego: jest Sonos Amp z pasywnymi efektorami, są aktywne nEary (XLR), jest kino (wyjście optyczne i tu wariantowo: Sonos Amp lub DAC/procesor HDMI Ligawo), wreszcie mam podpięty tor gramofonowy (1050&5120). Wszystko zintegrowane ładnie, a jeszcze (o ile się uda namierzyć) te moduły bezdrutowe czekają. Instrukcja sugeruje możliwość podpięcia NASa (wskazują Synology), też to sprawdzę, choć raczej nie ma opcji by taki tandem pociągnął dźwięk 24/384 & DSD256 (takie możliwości przetwarzania, +32bit, oferuje AKM z interfejsem USB w tytułowym DACu).

Dobra, tymczasem zapraszam do obejrzenia zajawkowej fotogalerii z opisem:

* Testowało się w 2012 dużo droższego imiennika, też DAC-9 w stylu so, so ’80-s ;-) …w podobnej cenie co testowany, był minimalistyczny DAC-100 ,a na poziomie budżetowym już (2k), przeegzaminowałem pierwszą cyfrową integrę DDA-100 oraz bardzo popularne swego czasu, przenośno-stacjonarne Icony i uDaki

PS. Ciekawostką przyrodniczą (zwiastującą to co nadejdzie, tzn. stream bezdrutowy wszędzie) był także test bezprzewodowego systemu dystrybucji dźwięku NuForce AirDAC. Do dzisiaj, choć już sporadycznie, służy w redakcji. Własny patent na fruwające w eterze zera i jedynki (protokół SKAA: minimalne opóźnienia transmisji, point-to-point)

» Czytaj dalej

WA8… lampiszon @ spacerze. Woo Audio z DAC-amp-integrą w redakcji

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_1498

Jak mnie wciągnęło to zamiast coś skrobnąć słucham namiętnie. Kompletnie z czapy, niemożebnie niepraktyczne, takie że do kieszeni nie wejdzie, no chyba że wielgachnej, a i tak na koniec dziurę wypali. I jeszcze 3.5 godziny to absolutny maks. Niby na wynos, niby jeden, jedyny taki, wzmacniaczo-dak przenośny na lampiszonach i w sumie… no trudno się dziwić, że nikt nie podjął rękawicy, bo to jest rzecz z gatunku totalnie niszowych. No tak, na przekór temu wszystkiemu, słucham ja ci tego WA8 eclipse i no fajnie bardzo, przyjemnie bardzo to gra. Na tyle fajno, na tyle przyjemnie, że – o ile zapomnimy o tej, jednak, udawanej przenośności – to klamocik robi się całkiem intrygującą propozycją (nadal wybitnie niszową).

No dobrze, bo co my tu właściwie mamy? Ano mamy przenośny (w sensie, że pół-stacjonarny, łatwo przemieszczalny) wzmacniacz słuchawkowy wyposażony w trzy (sic!) lampki, takie – zważywszy gabaryty – trochę o choinkowej proweniencji, ale jednak lampki te nie do ozdoby, a do napędzania słuchawek służą. Dowolnych słuchawek. Mocy Ci tutaj dostatek, gramy dogmatycznie z akumulatora, sama bateria pokaźna i choć gwarantuje stosunkowo krótkie słuchanie, to gwarantuje też bardzo konkretną dawkę powera… duży, bardzo fajny, full-metal (jak i reszta) potencjometr już między 3 a 4 w skali zapewnia odpowiednią dawkę energii dla Arya czy LCD-ków 3 (tu może na liczniku 4, ale wyżej robi się już mocno głośno). W komplecie są dwa jacki, jest duży i mały, bardzo prawidłowo, bo oczywiście dzisiaj wiele nawet wysokopółkowych słuchawek ma po pierwsze małego jacka, jednakowoż sam WA8 jako sprzęt pół-stacjonarny powinien jest przygotowany na przygodę z domowymi nausznicami, co to tylko w domowych pieleszach mają sens być słuchane, ale właśnie po drugie jak już te kable z mini jackiem wysokiej jakości mamy to dlaczego nie wpiąć tego bezpośrednio? Także bez obaw. Na rowerze nie posłuchasz, ale już w chałupie, niekoniecznie swojej, jak najbardziej. Pod stacjonarny to przygotowane, a jak ktoś gabaryt lubi czuć to i przenośne podłączy bezpośrednio (albo kabel sobie wykorzysta, co go w komplecie ma).

Dobra, ale jak to lampa, czy nawet 3 lampy, w takiej przemieszczalnej konstrukcji? No ki diabeł, zapytacie… ano sprzęt jw. nietypowy, fakt, ale wykonany bardzo porządnie, wręcz wzorcowo, wszystko super dokładne, przyjemnie monolityczne, całościowo metalowe, a i spasowane na szkolną szóstkę. Lampki cieszą oko za szybką, oczywiście gorące to jak jasna cholera (dlatego wypali dziurę w spodniach, nie radzę nawet eksperymentować), z góry krata do chłodzenia, można troszkę wydłużyć czas redukując poziom wzmocnienia lub/i wyłączając jedną z baniek (mamy suwak, który daje opcję – grają 3 lub 2). Diodki z boku poinformują nas ile to jeszcze zostało, przy czym po 4-5 albumach będziecie jw zmuszeni do szukania gniazdka. Duży zasilaczyk 12V w parę godzin naładuje aku, można wtedy nie przerywać słuchania (tylko czas naładowania wydłuży się w takiej sytuacji znacząco).

Przyczepię się do samych suwaków (odpowiedzialnych za on/off i liczbę pracujących lamp). Za 10k (tak, kosztuje to, to 9999 peelenów) chciałbym zobaczyć zamiast plastiku metalowe, trwałe, nie do zdarcia przełączniki. A tu jest plastik. Na szczęście gniazda wykonano solidnie, mamy poza USB, także wejście liniowe. Stąd, tytułowa, integra, bo możemy sobie pożenić WA8 z dowolnym źródłem analogowym. W takiej sytuacji, co prawda, nici z digitalnego kompana / transportu… odłącza się USB i basta. Znaczy się albo, albo. Siak czy tak miło, że można sprzęt wykorzystać nie tylko do grania z kompa, czy jakiegoś handhelda, bo i jakiś napęd CD podłączycie, inne źródło zero jedynkowe, a może nawet gramofon. Woo Audio stworzyło coś bardzo ciężkiego i bardzo nagrzewającego się, stąd zalecam dużo przestrzeni wokół (stacjonarnie słuchamy) i opcję biurkową, do której ten klamot pasuje bezbłędnie. Stawiamy na biurku, możemy szybko pokręcić sobie gałką, lampki cieszą oko i robią atmosferę, klimat, a z tyłu podpięty komputerowy transport się czai- właśnie tak. Sprawdzimy też ze wspomnianym CDA (nasz fantastyczny TEAC serii 500) oraz ze staruszkiem igłą drapiącym (NAD 5120).

Warto zapoznać się z instrukcją, gdzie przedstawiono podstawowe zasady BHP. Tu nie ma żartów, bo można klamota uszkodzić, uszkodzić samego siebie, sprowadzić nieszczęście na otoczenie… także ostrożnie! W środku siedzi już nie najświeższa kość ESS Sabre 9018M (mobilny wariant, uboższy od „dużego”, stacjonarnego), stary znajomy XMOS i wspomniane powyżej, trzy lampiszony tj. lampki mocy 6S31B x2 oraz pojedyncza, sterująca 6021. Ważne – mamy tutaj czystą klasę A, żadna hybryda, czysta lampa, układ SE, a wszystko to da radę słuchawkom od 8 do aż 600 Ohm. Czyli wszystkim, teroetycznie, da radę, sprosta. Wbudowany DAC obsłuży nam 24/384 oraz DSD128. Rzecz jasna nie będzie problemu z handheldami, z którymi da się WA8 połączyć, albo via OGT (Android), albo w ramach certyfikacji z iCośtam. Z tego, co przykuwa uwagę, a wypada z pudła jest jeszcze mini walizeczka (Pelican …ładna nazwa btw) do wygodnego, bezpiecznego przenoszenia opisywanej konstrukcji. Przezroczysta taka, wygląda to, prezentuje się bardzo dobrze, elegancko.

Jak wspomniałem powyżej, pierwsze wrażenia odnośnie SQ bardzo satysfakcjonujące. Ocieplenie i napompowanie tego, co dociera do uszu, wywołuje dodatkowe emocje, nie ma mowy o analityczności, o wycinaniu , o detaliczności kosztem zaangażowania, czy wręcz męczącego trwania, znużenia. Gra wciągająco, nie pozostawia obojętnym i co najważniejsze – słychać wpływ lampkowego setu, czuć jak różne mogą być języki komunikacji w przypadku słuchania z tranzystora bądź – jak w tym przypadku – z bańki. Na koniec jeszcze króciutko o designie. To WA8 może i raczej z pewnością przypadnie do gustu estetom. Tu nie ma żadnego przypadkowego elementu, wszystko jest na miejscu i poza moim typowym marudzeniem, taki WA8 może spokojnie stanowić podstawę dla domowego systemu pod nausznice, ciesząc oko i pieszcząc ucho. No i zawsze można do znajomych zabrać, bez konieczności taszczenia wielkiego pudła, względnie gdzieś w parku, na jakimś pomoście po podpięciu do laptopa, albo smartfona posłuchać sobie tego i owego.

Wcześniej przetestowaliśmy (zajawka) tandemowego WA7 (patrz tutaj) oraz opisaliśmy samą markę (o tutaj).

Galeria z opisem:

» Czytaj dalej

Auralic VEGA G1: pierwsze wrażenia, zupełnie inaczej niż wszędzie indziej

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_0155

VEGA = DAC. Skojarzenie prawidłowe, patrząc na to, co oferował Auralic do tej pory… klasyczny przetwornik. Tyle, że teraz wszystko się kompletnie pokiełbasiło. Czym jest VEGA G1? Przetwornikiem? No nie tylko, a może nawet nie przede wszystkim… to może streamerem, bo przecież jest LAN (tylko LAN, bez druta samo z siebie nie zagra to)? Hmmm, mówią streaming DAC na tego klamota, ale to według mnie też do końca nie mówi nam całej prawdy o tym klocku (ciężki gabaryt, oj ciężki, lubimy takie obfite ;-) ). To może – bo z przodu pysznią się dwa jacki – to może słuchawkowiec rasowy, z tym co powyżej? No cóż, nie bardzo, bo akurat tutaj od razu, mówiąc szczerze, nie owijając w bawełnę, jest poniżej oczekiwań… jak ktoś chce na słuchawkach to niech od razu przygotowuje się na osobnego ampa. To cholera ki diabeł? Ano właśnie…

G1 to sprzęt bardzo, ale to bardzo enigmatyczny. Niby strumieniujący przetwornik, ale według mnie przede wszystkim cyfrowe pre. To jest kluczowy element tej konstrukcji i coś, co decyduje o wartości tej propozycji. Można zastanawiać się, czy to, co dostajemy, warte jest wydania niemalże 17 tysięcy, czy producent przypadkowo nie woła nieadekwatnie, za dużo. Topowe G2 ma sporo więcej i sporo lepiej, ma mocniejsze trzewia (tu platforma Tesla na ARM jest na poziomie… Ariesa Mini, patrz nasza recenzja), ma ekstraordynaryjny link do zewnętrznego zegara (Leo), może być G2 autonomicznym serwerem (G1 NIE MA ANI USB POD ZEWNĘTRZNY DYSK, ANI WEWNĘTRZNEJ KIESZENI… nie sugerujcie się błędnymi opisami tu i ówdzie, ani wprowadzającymi w błąd recenzjami) itd itp. Owszem, zapłacimy więcej za flagową VEGĘ, ale -konkretnie- za sporo dobra więcej. To jak, może ten G1 to jakiś taki niedorobiony jest, niewypał, bez sensu taki?

Tu pracuje jako klasyczny DAC, podpięty pod iMac-a (DoP 256 obsługiwane, jak widać) aka Roon Core, analogowo z Sonos Amp (końcówką mocy i nie tylko końcówką, patrz tekst)

Ano nie, choć z zastrzeżeniem, że to propozycja częściowa, a nie całościowa i taka pod konkretny projekt audio systemu (oczywiście według autora wpisu). Postanowiłem przetestować G1 w bardzo oryginalnym i mocno nietypowym (patrząc na recenzje tego klamota, nikt do tego w ten sposób nie podszedł – nikt) scenariuszu. Otóż, moi drodzy, postanowiłem najnowszą VEGĘ zsonosować, to znaczy skojarzyć (i to ściśle, o czym za moment) z Sonos Ampem (patrz nasza recenzja „na żywo”). Efekt już mi się bardzo podoba, bo uzupełnia, rozszerza i co najistotniejsze wpisuje się w to, czym wg. mnie G1 jest… idealnie się wpisuje. To po pierwsze. Po drugie, G1 ma balans, a moje studyjne monitory to tylko balans, także było oczywistą, oczywistością podpięcie pod XLRy naszych aktywnych nEarów. Mhm, nowa VEGA przekształciła się w coś, co moim zdaniem stanowi tutaj danie główne… w precyzyjny, z oryginalnym i technologicznie bardzo wysublimowanym torem analogowym, przedwzmacniacz cyfrowy. Centralkę oferującą kompatybilność z tym, co stanowi dzisiaj fundament komputerowego audio… kompatybilność ze źródłami (streaming) najwyższej jakości (Tidal & Qobuz), własną, zaawansowaną platformę softwareową (Lightning OS) wreszcie integrację z Roonem (Roon Ready). W teorii G1 to gotowość na przyjęcie sygnału 32/384 oraz DSD 22,4 vel 512, także niemalże maksimum tego, co możemy sobie przepuścić przez komputerowe trzewia, komputerowego transportu. Brak ograniczeń? No nie do końca, o czym dalej, ale na papierze (bo nie w pdf-ie… nie znajdziecie manuala do tego klamota na stronie producenta i w ogóle nigdzie – przedziwna praktyka) tak to właśnie wygląda.

Bardzo czytelny, kolorowy display (na szczęście nie jest dotykowy ;-) )

Podpięcie Sonos Ampa generuje możliwości nigdzie indziej nie spotykane. I niech nikt nie protestuje (jak to, integra jakaś śmieszna za 3 koła ze źródłem za 17?!), tylko przeczyta co poniżej, to może uświadomi sobie, że to nie jest żadne faux paux, tylko że to zupełnie nowe otwarcie, coś zasadniczo niespotykanego do tej pory w branży. Wiecie, Sonos Amp stanowi tutaj łącznik z inną platformą sprzętowo-programistyczną, buduje wraz z G1 system o możliwościach jakich nie oferuje nikt na rynku. Zacznijmy od tego, że Amp to w takiej konfiguracji końcówka mocy (po pierwsze), router sieciowy audio (dwa gniazdka LAN czekają na podzielenie się sygnałem internetowym, wszystko działa w sonosowej sieci mesh, bez zakłóceń, bez interferencji)… to po drugie… oraz po trzecie Amp, dzięki sonosowemu ekosystemowi, uzupełnia nam możliwości G1 o:
- wielostrefowość… sonosowe samograje, strefy zarówno mono, jak i stereo (też kolejne Ampy (4) w innych lokalizacjach), czytaj mamy bezdrutowe audio i to w formie zawsze czysto, zawsze pewnie ;-)
- zarządzanie grupami, możliwość tworzenia dowolnych konfiguracji
- możliwość przesłania sygnału z podpiętych do G1, innych, cyfrowych źródeł (USB, EBU/AES. coax oraz TOSLINK) do opartych na klasycznych zestawach kolumnowych systemów nagłośnieniowych 2.0 / 2.1
- synergię takiego dzielonego systemu (G1 & Amp) w ramach front-endu Roon z potężnym DSP, dodatkowo sterowania potencjometrem G1 z poziomu aplikacji Roon Labs, precyzyjnemu wysterowaniu wszystkich sonosowych end-pointów

Spore to, wymiarowo taki podobny do nikogo. Odeszliśmy od 40 centymetrów w nowoczesnym audio. Jest albo kompaktowo (bardzo), albo pośrednio, no różnie jest.

Sterujemy sobie zdalnie z poziomu dowolnego handhelda (Auralic konsekwentnie olewa Androida, jak Lightining OS to tylko iOS wchodzi w grę), Roon robi za interfejs, jednocześnie agregując nam wszystkie treści (te wymienione wyżej źródła tj. Tidala, Qobuza – o VPN i zabawie z ustawieniem będzie osobny art., nasze biblioteki), dając ponadto jeszcze milion innych możliwości, a wszystko – jak wielokrotnie gardłowałem – w przyjemnej, prostej, przyswajalnej dla każdego formie. Można, nawet, wyobrazić sobie stream PCM konwertowany na bieżąco do 1 bitowej postaci aż po wyczynowe DSD512… przy czym, pierwsze próby spowodowały niespodziewane trudności, dropy, rwanie odtwarzania (przy maksymalnych parametrach ustawionych w roonowym DSP). Rzecz będzie jeszcze dokładnie obadana, stawiam na jedną z trzech możliwości: problemy z transmisją (podepniemy G1 do głównego routera sieciowego), problemy z niewystarczającą mocowo platformą (wspomniane przycięcie parametrów wobec G2, oparcie G1 na wolniejszym SoC), problem z ustawieniami (VEGA) tzn. zbyt niskie opóźnienia. Odnośnie ostatniego punktu, trzeba wspomnieć o ustawieniach jakie wybrałem (mamy 4 filtry do wyboru oraz kilka opcji opóźnień) w konfiguracji G1 – precyzyjny i najniższe opóźnienia 100ms. Być może tutaj jest pies pogrzebany*? Tak, czy inaczej, przy DoP DSD256 (USB z iMaka) oraz DSD256 native (interfejs sieciowy) problemów nie zauważyłem. Warto nadmienić, że problemem na pewno nie była niewystarczająca moc samego Roon Core (Core i7, ciągłe 1,4-1,6x na liczniku w Roonie).

Klamot prezentuje się wyśmienicie: duże, ciężkie, znakomite gniazda, znakomite materiały, znakomite spasowanie. High-endowo
Mamy baterię cyfrowych interfejsów (m.in. EBU/AES), ale najważniejsze że mamy LAN

Dobrze, dość technikaliów, parę słów o brzmieniu wypadałoby, prawda? ;-) Sonosy ustawione liniowo, kręcimy potencjometrem w G1 (podłączone pod coax dodatkowo CDA) i Amp na pylonowych szafirach prezentuje energetyczny, dynamiczny, ładnie oderwany od kolumn (swoboda, przestrzenność) spektakl, przy ustawieniu gałki na 20-25 w skali. Przy 30 robi się już naprawdę głośno. Zestaw głośnikowy daje radę, zero przesterowania, czysto, na samograjach robi się nerwowo (trzeba zejść niżej). Jak zwykle świetnie sobie poczynają nEary, bardzo duży wolumen, aż ciężko uwierzyć, że grają dwie, niewielkie przecież paczki, podstawki, nie czuć że to coś mniej, skromniej niż wspomniane przed momentem podłogówki. Fajnie. Jak wyżej, słuchawkowe wyjścia potraktujmy wyłącznie w kategoriach pomocniczych… wyjścia (po co 2? Po co w ogóle ten element? Jak coś jest takie sobie, w takim produkcie, powinno być po prostu wyautowane jako nieadekwatne) dla nauszników grają wyraźnie gorzej od mojej słuchawkowej integry M1HPA. Różnica jest zasadnicza, także polecam jw. osobnego ampa słuchawkowego, jak ktoś chce coś wysokiej klasy skojarzyć. Raz jeszcze – cyfrowy preamp, cyfrowa centralka, z bardzo zaawansowanym torem analogowym… to jest właśnie G1 …plus integracja audio sieci. Korzystając z oprogramowania firmowego można sobie pograć także ze Spotify’a, moduł radia jest tutaj także ciekawszy, lepszy od tego obecnego na tę chwilę  w Roonie. Rzecz jasna agregacja treści, możliwość wieloźródłowej integracji całej kolekcji wraz z rozbudowanymi możliwościami buszowania po zbiorach oraz znakomite Roon Radio (szafa grająca oparta na nauczaniu maszynowym) to zdecydowanie Roon i tylko Roon. Jak ktoś chce inaczej, to nic nie stoi na przeszkodzie… w końcu można via komputer (USB) wszystko sobie wyobrazić, można alternatywnie dla Roona zastosować np. JRivera. A, i jeszcze jedno, na pewno warto sprawdzić nie tylko z budżetowymi aktywnymi, ale np. z takimi, ostatnio opisanymi ELACami Navis, przykładowo. Oj, to mogłaby być petarda…

Kluczowy element. Gała. Potencjometr …i właśnie w takich okolicznościach przyrody: końcówka (Sonos) -> pasywne zestawy kolumnowe lub/i aktywne monitory

Sumując, co mi się podoba w tym klamocie, po pierwszym zapoznaniu?

  • forma: duże, ciężkie, świetnie wykonane, spasowane, z doskonałej jakości komponentami, czytelnym wyświetlaczem, kolorowym, prezentującym wszelkie niezbędne informacje, także okładki (stream)
  • potencjometr, który robi tutaj robotę i jak widać powyżej, stanowi wg. mnie danie główne
  • wyczynowe parametry, teoretycznie, nieodstające od tych, które oferują nam komputerowe audio transporty (32/384; DSD512)
  • własny, z dobrym wsparciem, OS, audio OS
  • natywna kompatybilność z tym, co trzeba (i z tym, co niekoniecznie ;-) tj. MQA): Roon, Qobuz, Tidal, Spotify…

A co niekoniecznie?

  • dość ślamazarna praca (co może mieć związek z mało wydajną platformą hardwareową): odpalanie, przełączanie, działanie Lightning OS w niektórych zakresach pracy, co też może mieć znaczenie w przypadku korzystania pod Roonem (Roon Ready)*
  • no właśnie: starszy, wolniejszy SoC w stosunku do G2, na poziomie Ariesa Mini
  • jacki chyba głównie dla ozdoby, pod wysokiej klasy słuchawki musi być coś zewnętrznego
  • brak funkcjonalności bezprzewodowej
  • brak fizycznego pilota (o czujniku IR na szczęście nie zapominano)
Podziękowania dla Premium Sound za wypożyczenie. Przenicujemy na wylot chłopaki. Przenicujemy, przeżujemy…

* VEGA nie pracuje tutaj w trybie Bridge (USB), tylko Roon Ready (LAN), innymi słowy działa jako streamer via RAAT. W przypadku Bridge wszystko liczy Core (stąd taka Malina może być wyczynowym end-pointem), w sytuacji gdy urządzenie identyfikowane jest jako kompatybilne źródło jest inaczej…

Potencjometr w akcji, zawiadywanie via Roon, G1 jako Roon Ready, pożeniony z całym sonosowym ekosystemem
(to VEGA dostarcza sygnał i steruje głośnością, wszystkie Sonosy zawiadywane prze G1!)

Galeryjka poniżej:

 

» Czytaj dalej

Do aktywnych przyszłość należy? Do aktywnych, takich jak: ELAC Navis ARB-51

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2019-03-28 o 17.01.01

Mhm, czuję nosem, errr uchem, że to właśnie taki układ będzie stanowił punkt wyjścia dla przyszłych, zaklętych w kolumnach, autonomicznych systemów głośnikowych. Wyjaśnijmy – dzisiaj, w dobie super skutecznych, energooszczędnych końcówek mocy, bardzo nowoczesnych rozwiązań z zakresu przetwarzania sygnału (DSP oparte na mikroprocesorach o parametrach wydajnościowych wystarczających do… skomplikowanych obliczeń, dźwignięcia tematu konwersji sygnału) z jego dopasowaniem POD KONKRETNE PRZETWORNIKI, mamy gotowca. Autonomiczne, bo samodzielne, samowystarczalne – słowem: samograje, do których dostarczamy sygnał (coraz częściej) bezprzewodowo, względnie jeszcze to żenimy z czymś na drucie (źródło). ELAC Navis ARB-51 to nie jest dokładnie to, co powyżej, choć mówimy tutaj o bardzo, bardzo ambitnej konstrukcji, która realizuje jeden z głównych celów: idealnej synergii amplifikacji z przetwornikiem w ramach zamkniętego, firmowego rozwiązania, które – WAŻNE – niweluje wiele z najpoważniejszych problemów efektorów – kolumn – jakie by one nie były (klasycznych, pasywnych kolumn). Najpoważniejsze ograniczenia, problemy, wyzwania stoją nie przed budowniczym wzmacniacza, nie przed budowniczym źródła, a właśnie kolumny głośnikowej. ARB-51 to jw. ambitny układ wielodrożny, podstawki trójdrożne, każda z własną, dopasowaną amplifikacją. Każdy z przetworników zasila osobna, wbudowana w paczkę amplifikacja. Innymi słowy mamy układ 6 wzmacniaczy z 6 efektorami, z ultrakrótką ścieżka sygnału, z dopasowaniem w ramach jednego, wspólnego, opartego na precyzyjnych wyliczeniach układu, optymalnym kształcie komory, zaprojektowanej pod to obudowy, która mieści SYSTEM NAGŁOŚNIENIOWY.

Chcę tego posłuchać. Koniecznie!

Prawda, że ambitne? No prawda. Czy wcześniej nie można było? Ano można. Były takie wieeeelkie konstrukcje, ale jakoś nie było monitorów i to takich wcale nie przesadnie wielkich, niedużych takich, wręcz małych. Mówię tu o rynku audio (dom), a nie audio (pro). Tam, takie coś jw nie jest aż tak nadzwyczajne, oryginalne, choć też nie do końca (o czym dalej). W świecie klasycznego, domowego HiFi to – jednak – coś nowego i …właśnie… odkrywczego. To wg. mnie dostrzeżenie przez firmy audio wielkiego potencjału i poniekąd przyznanie, że te, tam, „Lo-Fi” (produkty – wiecie – lifestylowe) to progres, ciągły, zauważalny progres i w SQ zaczyna robić się niebezpiecznie blisko, albo wręcz zaczyna się wyścig kto zagra lepiej. Rzecz jasna zagrożona jest strefa budżetowa (klasyczne systemy oparte na amplifikacji z czasami nowoczesnymi dodatkami oraz pasywnych kolumnach za stosunkowo niewielkie pieniądze), ale już tuż, tuż, albo właśnie już teraz atakuje zaawansowany kod, korekcja pomieszczenia, dopasowane akustyczne, a w zanadrzu jest jeszcze tajna broń  (wunderwaffe tj. machine learning w służbie audio). No i co począć? Ano trzeba zrobić coś innego, nowego, nowatorskiego, wychodzącego poza schematy. Zachwycamy się Sonos Ampem nie bez powodu…

Trójdrożne paczki, każda z własnym ampem

A jednak, no da się zrobić z nich bezdrutowce (patrz tekst), ale to opcja tutaj, myślę, że dla wielu pomijalna.
Potencjał kryje się w analogowym od A do Z torze sygnału, z możliwością ustawień pracy układu (patrz zdjęcie), z doprowadzonym do liniowych wejść materiałem dźwiękowym

Czymś takim bez wątpienia są Navisy (wcześniej Argo). Wspominałem o nich wcześniej (długa zapowiedź tutaj – ARGO vel Navis). To była dopiero zapowiedź, pierwsze przymiarki ELAC-a, teraz jest już w pełni gotowy, wdrożony do produkcji produkt. No dobrze, to o co konkretnie tu chodzi. Mamy coś, co porusza się (kolumny) wyłącznie w środowisku analogowym. W środku, na gniazdach wejściowych, panelu EQ (korekcja w domenie analogowej), no wszędzie mamy do czynienia z czystym, cyfrą nie zmąconym, analogiem. Mamy XLR, mamy RCA i możemy po prostu kupić coś, co w środku kryje: 3 drożny układ złożony z aluminiowej 13.3cm membrany niskotonowca pożenionej ze 160W (tak, tak, w tych niewielkich paczkach macie taką moc, a to przecież dopiero początek wyliczanki) wzmacniaczem BASH. BASH to oryginalna hybryda łącząca efektywność klasy D (nie, nie, jeszcze raz nie – D nie jest tutaj od Digital – to uproszczenie) z klasą A/B. Idziemy dalej - wyżej mamy połączony w ramach jednego kosza, podwójny efektor, na który składa się membrana ponownie alu o średnicy 10cm (z napędem w postaci kolejnego wzmacniacza BASH, tyle że o mocy 60W) i centralnie umieszczonej kopułki tweetera (prawdopodobnie celuloza) z klasycznym wzmacniaczem 40W. Czujecie? Każdy z tych przetworników dysponuje dopasowanym, synergetycznie pożenionym wzmacniaczem o mocy równej wielu podpinanym na co dzień przez nas wzmakom, które muszą zasilić CAŁĄ pasywną konstrukcję. Mało? To co powiecie o zwrotnicy, która w całym układzie, wraz ze wspomnianą amplifikacją (wzmocnienie za zwrotnicą, tzn. post-crossover amp), gwarantuje 100% liniowość, redukcje zniekształceń (klasyczne: przetwornik – zwrotnica – okablowanie – wzmacniacz / końcówki – pre), wspomniane DOPASOWANIE. Nie ma żadnej konwersji na cyfrę, nie ma żadnego DSP, nie ma żadnej konwersji w paczkach. Czysty sygnał. Liniowy, bo na próżno szukać jakiegoś potencjometru od siły wzmocnienia. Nie ma. Null. Musimy zdać się na zewnętrzne pre (oraz ofc dostarczyć sygnał via źródło).

Skrzynka strumieniująca. Firmowo. Ze wszystkim (strumienie), choć w formie i stylu raczej budżetowym. Robi też poziom (w domenie cyfrowej)
Można też inaczej…. jakaś Freya (Schiit), jakiś Johnson (wszystko to pre), jakieś zacne skrzynki przedwzmacniające i lecimy (mając do wyboru SE albo balans) 

Dobra, ktoś powie, ciekawe, ale co dalej? Ano dalej ELAC daje nam swobodę wyboru. Mamy coś, co łączy dwie rzeczy, które zazwyczaj najskrupulatniej, najczęściej dopasowujemy do siebie, zestawiamy, poszukując najlepszego połączenia, najlepszej synergii. Wzmocnienie oraz przetwornik akustyczny. No tak, tak to aktywny zestaw jest, ale jak widać jeszcze bardziej, jeszcze mocniej bezkompromisowy w podejściu. Możemy zatem wybierać i przebierać (pre/DAC/stream), możemy też zdać się na łącznik z cyfrowym światem pod postacią firmowego Discovery Connect DS-C101W-G. Pt pudełeczko, taki tam streamer, źródło i – jak komuś nie przeszkadza, cyfrowe pre. Mhm, kontrola poziomu następuje w domenie cyfrowej, w pudełku, następnie przekonwertowany sygnał trafia via RCA do tytułowych kolumn. To opcja przystępna cenowo, firmowa, wieloformatowo-protokołowa, przy czym raczej budżetowa (DAC, wyjścia niezbalansowane). Kosztuje to, to 400$ (same kolumny to 2000$ para ze standami). Będzie z tego pudełka szło AirPlay, będzie współpraca z Roonem (Ready), będzie śmigało Spotify Connect, będzie także coś na szybko via BT.

No dobrze, to w czym rzecz? Ano w tym, że dostajemy potencjalnego gotowca, system, który ideologicznie może być lepszy od totalnie zwariowanego super high-endu, a przy tym jest z pudełka taki. Nie, nie szukacie, nie, nie dopasowujecie, nie – włączacie i słuchacie. Bez konieczności zawracania sobie głowy okablowaniem (tak, tu też są łączówki, ale jakby liczba zmiennych – dla zwolenników kablowego biznesu – mocno się redukuje w takim przypadku), nie zawracania sobie głowy akcesoriami egzotycznymi (voodoo), przy skoncentrowaniu uwagi na tym, co stanowi kropkę nad i (źródło/pre). Te pozostałe składowe, warto to podkreślić, nie popsują niczego, mogą „jedynie” nie wydobyć tyle, ile z tego układu można. To też coś, co można określić mianem wcale niemałej rewolucji. Koniec z uciążliwym poszukiwaniem, z często pozbawionym sensu gonieniem wyimaginowanego króliczka, jakiejś utopijnej doskonałości, gdy wielu (nie twierdzę, że każdy) odczuwa (finalnie) rozczarowanie, zwyczajnie błądzi i gubi się, zamiast cieszyć muzyką. To dość częsty, wcale nierzadki przypadek utraty przyjemności obcowania z czymś, co przecież ma dostarczać przyjemności, radości.

Zgrabne, małe, kompaktowe, zajmujące niewielką przestrzeń, a grające (no właśnie) jak wielgachne paczki?
I jeszcze, jakby tego było mało, macie układ typu końcówki mocy, każda osobno, napędzająca przetwornik, w środku czysty, liniowy sygnał.
Regulacja na zewnątrz – pre, co jest prawidłowo wg. mnie, bo przecież w tych studyjnych monitorach to takie upierdliwe, takie nieprecyzyjne (właśnie), takie nieżyciowe 

Na koniec drobna wolta, zaprzeczenie, ale też – cholera – potwierdzenie tego, o czym tutaj od dawna gadamy. ELAC dając małe strumieniujące pudełko, wiedząc, że niektórzy chcą naprawdę tych kabli nie mieć, no wyrugować je skąd się da, oferuje coś, co (jednak, jednak) strumieniuje do tych paczek zera i jedynki (odbiornik jest, choć w ogóle od strony użytkowej, jakiegoś śladu istnienia, patrząc na paczki tego czegoś nie dostrzeżemy, nie zauważymy). ELAC AirX2. Ich protokół. Znowu po swojemu i oryginalnie. 16/44, żadnego hi-res, żadnego konwertowania, no niczego. Pure Red Book. Jak coś wyżej to – owszem – coś usłyszymy, ale to wyżej… jak ktoś to niedawno skrzętnie policzył, to nie więcej niż 5-8% całości dostępnej muzyki (znaczy hi-res to jakieś właśnie tyle). To taka opcja dla osób, które cenią wygodę i mogą iść na – nazwijmy to – na pewne kompromisy. Tyle, że tutaj wyraźnie kroi się coś bardzo, bardzo, bardzo bezkompromisowego.

Kiedy w Polsce te Navisy? Chętnie sprawdzę z Matrix Audio element X/P (streamer/pre z autorskim oprogramowaniem, który zamiesza w kotle, oj zamiesza …będzie niezadługo u nas). 

PS. W najbliższy weekend gramofonowe zabawy z Ampem (analogowe źródła), super mocarna słuchawkowa integra z wyczynowym przetwornikiem (relacja ze słuchania)… jaka… dowiecie się w sobotę &  kolejne zapowiedzi

Z wizytą w Premium Sound (nowa lokalizacja – mój Sopot ;))

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_1049

Przy głównej (Al. Niepodległości), ale trzeba trochę wysilić gały… salon Premium Sound. Jak autem to parę miejsc do zadokowania się znajdzie, jak rowerem to lepiej, bo raz że z każdej strony ścieżki bez korków to jeszcze płot do przyształowania bicykla obok. Dobrze, w środku kameralnie, niewielkie to, to, ale ma podziemia. A tam przyjemne miejsce do słuchania, do tego sporo paczek, stelaży z dobrem, także jest na co zawiesić oko, może od razu nawet poprosić – a weźcie podepnijcie mi te o tutaj, także wszystko „pod ręką”, znaczy prawidłowo. Miejsce jest wybitnie kameralne. Jak ktoś zbiorkomem to spacerek albo z Wyścigów, albo z Żabianki (SKM), względnie niedaleko przystanek autobusowy. Dobra, wystarczy tych opowieści z krainy mchu i paproci ;-) , czas przejść do konkretów. Krótka fotogaleryjka z opisem, krótka, ale bardziej rozbudowana wobec wpisu na profilu, co poleciał zaraz po wizycie. To lecimy:

 

Piękny jest. Euforia Feliks Audio to klasyka w najlepszym tego słowa znaczeniu. Tak sobie lampę wyobrażamy i to właśnie tutaj mamy…
Znakomicie wykonane, wielkie bańki (to zawsze robi), szlachetny minimalizm (żadnych wodotrysków, co by nie odwracać uwagi od lampiszonów), przyjemny w obsłudze potencjometr i duży jacek.
Takie coś chce się mieć. Po prostu. Dla samej formy chce. Kawał solidnej wytwórczej roboty… nie żadne DIY (nie to, że nie lubimy, ale wiecie o co chodzi), żadne odpusty, żadne „nieważne jak wygląda…”
Dobra, a jak gra? A o tym kapkę niżej…

To robiło za źródło: Lumin T2. Wyczynowy streamer, z autorskimi pomysłami, alternatywa dla PC toru.
Tu, przyjemny (taki easy listening) utwór Mantra ostatnio mocno eklektycznego BMTH.
Jak widać strumieniowiec z PCM konwersję do DSD robi w locie i do lampiszona taki sygnał przesyła.

W piwnicznej świątyni stoją różne klamoty, co by oko cieszyć z każdej strony ;-)

Arya. Fantastyczne, na pewno nie gorsze, po prostu inne niż HE6SE. W oczy rzuca się dobry prąd (i jeszcze te, no grube druty)

» Czytaj dalej