LogowanieZarejestruj się
News

AOSHIDA & Dilvpoetry DT-1 na bańkach DAC przetestowany

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_8648

Czas na drugi z klamotów, który dojechał ostatnio z fabryki świata: DT-1. Pod tym niepozornym oznaczeniem kryje się lampiszonowa konstrukcja powstała w intrygującej kooperacji. AOSHIDA to jeden z większych globalnych dystrybutorów chińskiego HiFi, natomiast Dilvpoetry to producent tanich, często wyposażonych w bufory lampowe, klamotów w bardzo kompaktowej formie. Co ciekawe, specjalizują się tam niekoniecznie w cyfrze, a – co niezbyt często dzisiaj spotykane – na analogowych komponentach. Ten DT-1 to najwyższy w ofercie przetwornik cyfrowo-analogowy, właściwie mimo nazwy to bardziej DAC/hp amp, bo mamy tutaj bardzo solidną sekcję napędzającą nauszniki. Do tego, też nie tylko DAC, ale cyfrowa integra z linkiem bezdrutowym… nie zapomniano o BT, które w tytułowym oparto na topowej kości, obsługującej wszelkie najnowsze kodeki „hi-res” w sio zębnym. Macie zatem i aptX HD, jak również LDAC-a macie, a jak ktoś jest jabłczany to nie zapomniano na szczęście o AAC (które w BT nie wadzi, ale co robi w AirPlay 2, bez żadnej kontroli ze strony usera, naprawdę trudno dociec i nie jest to nic fajnego, a wręcz przeciwnie). Małe to, z dedykowanym pilotem to, z malutkim ekranikiem (wszystko co trzeba pokazuje, można wygasić, z kanapy poziomu nieczytelne). Oczywiście to, co przykuwa uwagę to… wyoblona obudowa z ciekawie zaprojektowanym wykończeniem, wzornictwem ala nutki na pięciolinii (wyróżnia się) oraz – no a jak! – lampki dwie. I choć opis nieco nam gmatwa sprawę, bo raz jest dekoder C/A z 6N3 (znaczy bufor w torze cyfrowo-analogowym zastosowany), a raz jest amplifajer z lampami (że niby te lampy napędzają nam słuchawki) to śpieszę wyjaśnić i przypomnieć (było już w pre-recenzji), że te lampy z ESS9038Q2M, mobilną wersją topowego Sabre, współdziałają i mogą być załączone, jak i wyłączone, wedle gustu, a z amplifikacją nie mają bezpośrednio żadnego związku, bo tam podwójny TPA6120A siedzi przed jackami (6,3 i 4,4 – mamy zatem balans!). Sekcja wzmacniająca dla słuchawek jest w ogóle niczego sobie (w sensie mocy & dynamiki), a dodatkowo sekcja ta czerpie korzyści z tego bańkowego smaczenia (się wie!),  także sporo tu zabawy i sporo możliwości kształtowania brzmienia. No właśnie, sporo, bo set lampowy da się w bardzo prosty sposób apgrejtować, do czego zachęca sam producent i co na potrzeby recenzji zresztą uskuteczniłem.


:)

Jak widzicie ciekawa rzecz, mocno niebanalna, z widokami na zabawę w podmienianie wsadu lampowego, czytaj modelowanie brzmienia. Do tego bardzo przemyślana konstrukcja, z możliwością wyprowadzenia sygnału dalej (proste pre), tylko na wyjściach RCA, albo równocześnie z jackami, jak wspomniałem z buforem, albo bez. Bardzo korzystnie na papierze wygląda tutaj napęd, bo obiecują na pentaconie aż 2W na kanał (!). Na dużym, niesymetrycznym, jacku jest to nadal bardzo przyzwoite 0,5W – innymi słowy z podawaną w instrukcji charakterystyką czułości od 16Ω aż do 600Ω można będzie tutaj zapodać dowolne słuchawki, przy czym przede wszystkim podpiąć sobie coś bardzo wymagającego i to coś powinno w takich okolicznościach zagrać na maksimum swoich możliwości. Czy faktycznie, to się zaraz poniżej okaże :-) Wreszcie na koniec jeszcze jeden mocny i wyróżniający tego klamota element, czyli CSR8675. Pisałem przed chwilą o BT, zazwyczaj spotykamy na PCB któryś z najnowszych układów Qualcomma, nie inaczej jest w tym wypadku, ale jednak… tej kości w stacjonarnym audio się nie stosuje (bo to układ pod telefony i słuchawki „ze wszystkim”, na bogato). Producent zdecydował się na taką właśnie, topową i przynajmniej parametrami jeszcze lepszą od najnowszych i najmocniejszych układów spotykanych w audio sprzęcie kość, obsługującą bardzo rzadko spotykany kodek apt-X Low Latency. Podsumowując, jest tutaj w tym małym klamocie sporo ciekawych rzeczy, oryginalnych rozwiązań, których w takim miksie gdzie indziej nie uświadczymy. I choć forma wskazuje na biurkowo-gabinetowe zastosowania, to jak widać z powyższego, można sobie tego malucha wyobrazić spokojnie jako całościowo spinające rozwiązanie we wspomnianej sypialni, albo – drugi system – w salonowym AV, gdzie będzie spaczył ze źródeł typowych dla tego typu miejsca (SPDIF w komplecie), albo też komputerowo-mobilnych (BT i USB). Do wyboru, do koloru z kolorowaniem, bo bańki. Fajnie, ale jak to wypada w praktyce?

No popatrzmy…
» Czytaj dalej

Pierwszy taki MQA DAC: DO200 od S.M.S.L TEST

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_8694

Czas coś więcej napisać. Testował się przez ostatnie dwa tygodnie bardzo intensywnie, tytułowy DO200 SMSLa się testował. Uwaga MQA luby… nie ma lepszego źródła obecnie, które obsługiwałoby origami. Po pierwsze dekoduje ZAWSZE niezawodnie (ani razu nie przyłapałem na problemach z odpakowaniem, pełen proces zawsze, pewnie), po drugie można spokojnie korzystać ze wszystkich głównych, że tak powiem, i/o aby móc sobie te origami zdekodować. Po trzecie uzupełnienie tego klamota o napęd dla fizycznego nośnika (MQA CD) to kompaktowa propozycja rozbudowy systemu o odtwarzanie płyt CD (dla mnie sens egzystencji nośnika fizycznego z materiałem MQA jest totalnie niezrozumiały, ale co ja tam wiem). Wraz z BT 5.0 (najlepsza jakość via BT) stanowi to całościowe rozwiązanie dla kogoś, kto nie chce mnożyć bytów, a słucha i tak głównie za pośrednictwem streamera / komputera jako głównego transportu cyfrowego. DAC w ogóle się nie grzeje, natychmiast się inicjuje, a kwestia możliwego upgrade oprogramowania (nadal rzadkość w przypadku przetworników) daje nadzieje użytkownikowi, że będzie „na czasie”. To już na wstępie sporo i bardzo konkretne, bardzo dobre wiadomości, a przecież dopiero zaczynamy.


Przyleciało dosłownie niecałe dwa tygodnie temu, w sprzedaży dopiero od paru dni

Zacytujmy się zatem: „Kolejny DAC? Ktoś powie: meh, ile tego ostatnio, co w tym interesującego? Otóż, moi drodzy, całkiem sporo, bo rzecz jest niebanalna z paru powodów i warto się nad tą nowością pochylić. Po pierwsze to zdaje się póki co jedyna taka, znaczy premierowa konstrukcja oparta na dwóch najnowszych kościach ze stajni ESS. To potężne (o czym zaraz) procesory dźwiękowe, nie tylko układy konwertujące sygnał cyfrowy do postaci analogowej, wyposażone w bardzo rozbudowane (jak wspomniałem, za moment napiszę o tym więcej) DSP (układ wspomagająco-zawiadujący to dobrze nam znana kość ARM Altera MAX, tu w nowej wersji „2″, zamontowana na płytce… zresztą widać tam jeszcze jeden tajemniczy koprocesor ARM na PCB). Już nie tylko filtry, ale także różne tryby pracy z tworzeniem określonego efektu (żar lampy, szkiełko i oko itd) uskutecznianego w czasie rzeczywistym, do wyboru w menusach. I jest tego naprawdę sporo i jest to naprawdę coś, co zmienia (w odróżnieniu od przebiegu sygnału, prostych filtrów cyfrowych) brzmienie całego toru, nie subtelnie, a konkretnie. Coś zaimplementowanego na poziomie konwertującego krzemu i wspierającego krzemu (wyżej wymieniony proc ARM)znaczy tytułowych dwóch ESS9068AS, każdej jednej pracującej osobno na kanał. Będzie o tym sporo w recenzji, bo to nowe podejście, nowe w tym sensie, że do tej pory DAC po prostu konwertował (ewentualnie w niewielkim stopniu mógł kształtować w zależności od wybranego filtra brzmienie), a za zabawę w DSP odpowiadał zewnętrzny software, zazwyczaj komputer, PC, dużo rzadziej jakiś wyspecjalizowany procesor dźwiękowy. Tu jest – jak widzicie – inaczej. Aha i jeszcze jedno (a nawet nie jedno ;-) ) – to bardzo kompaktowa konstrukcja (dużo mniejsza od innych innych, opartych na podwójnych kościach C/A, klamotach), znaczy wymagania termiczne (nowy proces / wymiar technologiczny odnośnie zastosowanego krzemu) niższe, wzrost mocy obliczeniowej wyraźny, dwie nowe 9068 w sprzęcie kosztującym… ~500€ (!) I już samo to byłoby dobrym powodem, by bliżej się z tą nowością zapoznać, a to dopiero wstęp do innych rzeczy, które lądują w audio klamotach po raz pierwszy (a całościowo w jednym produkcie, bo takiego combo jeszcze nie mieliśmy).”


Premierowo… SMSL DO200

No i faktycznie ten sprzęt wyznacza nowy standard, bo jest kompaktowym, wyposażonym w wewnętrzną sekcję zasilania, wyposażonym w dwie kości (nie mobilne!) przetwornikiem pod kurek nafaszerowany nowymi funkcjami, możliwościami, a do tego (co nadal stanowi rzadkość) gotowy na aktualizacje. DAC, niby tylko DAC, a jednak coś wyznaczającego, mam nadzieję, nowy standard. Bo kto chce wymieniać skrzynkę co chwila, bo mu czegoś nie obsługuje, albo nie działa dokładnie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli? Tu jest klamot gotowy przyjąć nowe linijki kodu i biorąc pod uwagę, że to z Państwa Środka, to można też przyjąć niemal za pewnik, że nie skończy się na firmware v 1.0. Co więcej ten niewielki przetwornik w odróżnieniu od wielu pobratymców poprzednich generacji podczas pracy pozostaje zimny, nic tu się nie grzeje, termicznie jak wspomniałem jest progres i to znaczący – nowa generacja, nowe możliwości. Dla audiofilów to może nie jest zaleta, bo lubią duże, ale dla wielu którzy niekoniecznie chcą stawiać pełnowymiarowe klocki, niekoniecznie chcą płacić i płakać (prąd drożeje nam z miesiąca na miesiąc) taka miniaturyzacja, ergonomia energetyczna to niewątpliwe plusy.

Popatrzmy co ten klamot potrafi, czym mnie zaskoczył (a zaskoczył vide DSP):

» Czytaj dalej

Jedna skrzynka i już? Rose RS201E …idzie nowe

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_8039

Idzie nowe i nawet nazwy nie ma. Bo jak nazwać to nowe audio, jak integruje nam nie tylko WSZYSTKIE dzisiejsze źródła materiału (znaczy odtwarzacz, czy może transport, bo przecież to wszystko w ramach jednego się dzieje, a komputer wszystkim zawiaduje), jest oczywiście pre, jest jak tutaj oczywiście ampem, ma własny system operacyjny i własny interfejs pozwalający na obsługę bez tego, co stało się „niezbędnikiem” w audio tj. komputera, smartfona czy czego tam jeszcze strumieniującego, sterującego… to może powrót do wreszcie purystycznego, osobnego, nie wymagającego tych, przez wielu niechcianych urządzeń ze świata elektroniki użytkowej, sprzętu grającego, zaprojektowanego, przemyślanego i oferującego (więcej), dla melomana czy audiofila. W końcu ten Rose RS201E to klamot stworzony pod określone potrzeby, dla kogoś kto chce słuchać w możliwie najlepszej jakości, jednocześnie korzystać z wszelkich dobrodziejstw dzisiejszych technologii. Wreszcie?

Stworzenie czegoś, co wychodzi naprzeciw teraźniejszości, a jednocześnie bez kompromisów, bez odpuszczania tego, co stanowi dla zainteresowanego hajfajowym/hajendowym setupem rzeczy niezbędne, wymagane, bez których nie wyobraża sobie ekhmmm słuchania muzyki. Popatrzmy co Koreańczycy tu zaaplikowali, chcąc w ramach miksu, stworzyć klamot audio ultranowoczesny, bardzo dzisiejszo-jutrzejszy, dysponujący ogromnymi możliwościami, ogarnianymi za pośrednictwem prostego, intuicyjnego, dopasowanego do dzisiejszych wymagań (dotyk) i przyzwyczajeń (obraz, duży ekran na froncie, dominujący, cały przód to interfejs) oraz okoliczności (jak komputerowe, skomplikowane, przeformować w proste, łatwe, przyjemne w użytkowaniu, dodatkowo możliwe do akceptu przez osoby atechniczne itd itp). Było i jest sporo podejść do tematu. Szczerze? Większość daleka do optimum, najczęściej jest tak, że duże możliwości = trudna, skomplikowana obsługa i „wiedza tajemna” z zakresu IT, a jak są rzeczy łatwiejsze do zaadaptowania to wiele dziór (sporo braków funkcjonalnych, kiepskie wsparcie, interfejsy dalekie od ergonomii itd). Rose umie.


Mhm, wolę kręcić gałą, ale ta wajcha sprawdza się tutaj. Także jako potencjometr (pre) Rose daje radę

Zrobiło coś, co łączy i w bardzo atrakcyjnej formie daje użytkownikowi pakiet rozwiązań z zakresu PC Audio (cholerne komputery! ;-) ) w wersji strawnej, strzelam, dla każdego. Nawet tradycjonalisty, nawet reagującego alergicznie na komputerowe audio… bo jest dopracowany interfejs dotykowy z obsługą dopasowaną do preferencji (od frontu klamota, przez pilota, zdalny dostęp ze smartfona), potrzeb… tu można skrzynkę użytkować jako tradycyjny łącznik wszystkiego, ze wszystkim, znaczy źródeł tradycyjnych, kolumn czy słuchawek, nie zwracając uwagi na inne możliwości i da się to zrobić tradycyjnie, albo zanurzyć się w świecie strumieni audio, ogromnych zasobów sieciowych, „ogarnianych” przez napisany „od nowa” kod, którego fundamentem był Android. Robota w leciwej już wersji 7.0, co wszakże tutaj kompletnie nie robi, bo oni sami to aktualizują, rozbudowują, także ten element zrywa z tymczasowością czegoś, co tylko w niewielki sposób dopasowano do hardware, software stanowiącego wydmuszkę, fatalnie wpływającego na całościową ocenę użytkownika, nawet jeżeli klamot brzmi satysfakcjonująco.

Rose zrobił to jak należy. Ten OS jest „it just work”, jest aktualny, znaczy aktualnie wspierany w sposób ciągły, kompleksowy, a nie – jak to niestety często bywa – wersja 1.0 i potem może drobiazg i szlus. To podstawowa sprawa i nawet jak coś wygląda na dopracowane, to z doświadczenia, wymaga ciągłych poprawek, usprawnień. Atrakcyjna forma, dopracowany UI/UX to tylko część, ważna część, ale jedna z tego, co nazywam synergią pozytywnego doświadczenia – w dobie skomplikowanych, rozbudowanych, osieciowanych produktów elektronicznych rzecz wielce pożądana, bardzo często nieistniejąca, daleka od optimum (jak coś totalnie leży, bywa że sami się samooszukujemy, wmawiając sobie, że „no ale przecież, jednak…”). Kupując sprzęt za kilka, kilkanaście tysięcy wszystko powinno być na poziomie co najmniej dobrym, albo inaczej, nic nie może być poniżej standardu: działa (bez zarzutu), wspiera (reaguje, poprawia, aktualizuje), pozwala na bezproblemową obsługę (każde odstępstwo jest, przy braku reakcji, NIEAKCEPTOWALNE).

Piękna forma, niekoniecznie te stopy co widać :P Alu, dominujący 8’8″ LCD multidotykowy, tyle…

Widzicie ocb? Biega właśnie o to, że nie wystarczy stworzyć jednego elementu tip top, albo stworzyć czegoś, co tylko w jednym (a każdy jest ważny!) zakresie odstaje. Wymagajmy. Wydajemy niemałe pieniądze i naprawdę ten, kto zarabia, jest zobligowany – szczególnie dzisiaj – do posprzedażowego, wysokiego standardu wsparcia i obsługi. Bo dzisiaj sam hardware to jeden z wielu elementów, a czas użytkowania, czas „życia” produktu to rozwój, wysokie wymagania w zakresie kodu, obsługi, dostosowania do nowego. Opisywany sprzęt nie tylko realizuje powyższą ideę „po prostu działa” w sposób ponadstandardowy, ale dodatkowo, dzięki wsparciu rozbudowuje możliwości klamota, co oznacza ni mniej, ni więcej tylko kupuję coś, co się rozwija stale, płacę (sporo) za nowe możliwości, to o co producent zadba (bo i powinien) w całym cyklu życia / użytkowania. Tak, to komputery (tfu! ;-) ) właśnie, tak to działa(-ło) w IT i jak ktoś nie czuje, nie potrafi, to zwyczajnie nie powinien oferować (nabijać w butelkę) potencjalnym klientom czegoś, co nie spełnia wymogów.

A teraz, po tym przydługim wstępie, czas na konkrety. Znaczy all-in-one wyznaczający standard obsługi oraz wsparcia, coś, co uwidacznia co można zrobić, wykorzystując elementy „z półki” tj. Android, przy chęci, konsekwencji i umiejętnościach (soft – developerka) może być optymalnym „wsadem”, dać stabilny, bardzo atrakcyjny wizualnie, obsługowo bez zastrzeżeń audio OS – dzisiaj bez tego wsadu, w nowoczesnym audio, ani rusz!

» Czytaj dalej

Topping A90 idealne pre, nie tylko pod słuchawki

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_7154

Pre? A dlaczego nie amp? Przecież A90 to napęd dla nauszników, jak ktoś słusznie skoryguje. No tak, niby jest to sprzęt pod słuchawki, po pierwsze wzmacniacz z całą baterią wyjść słuchawkowych, świetnymi na papierze (a czy w realu, to zaraz, poniżej będzie) parametrami… jakie więc pre i to jeszcze „nie tylko pod słuchawki”? Rozpatrywanie tego malucha (bo kompaktowe, bo raczej biurkowe, a nie na stolik audio w salonie) w kategoriach jeden co wszystko łączy wydaje się mocno kontrowersyjne, szczególnie gdy popatrzymy na metkę. Za tanio. Błąd. Ten sprzęt oczywiście może służyć do tego, do czego przede wszystkim został stworzony (nauszniki), ale równie dobrze można A90 widzieć w roli potencjometru dla (obu) torów, czy precyzyjniej, czegoś co łączy w jednej skrzynce stacjonarny tor z kolumnami wraz z napędem słuchawkowym. Mniej, razem, nawet mimo – jak na pre – niewielkiej liczby I/O, bo maluch ma po parze SE/XLR i jak ktoś tak to sobie wykombinuje (niżej podpisany) to może zachodzić konieczność zastosowania akcesoriów. Jeden taki miś, wróć – nawet dwa takie misie – tj. Little Bear, będzie / będą opisany(e) poniżej… świetna rzecz btw, zerowy wpływ na sygnał, dodatkowe I/O i to w takiej konfiguracji, że naprawdę w 99% wystarczy.

Faktycznie ultra

Klamot został przetestowany szczególarsko i porównawczo. Szczególarsko, bo przewinął się tabun przeróżnych nauszników, od takich prostych do napędzenia, po takie stanowiące wyzwanie, słuchawek mocno wybrednych (np K701), IEMów… przeegzaminowałem tak szeroko, bo raz, że pozwala to na miarodajną ocenę potencjału, dwa często wychodzą kwiatki i dobrze o nich napisać, przestrzec potencjalnego nabywcę. Jednak nie zatrzymałem się na tym, tylko sprawdziłem A90 na dwóch torach stacjonarnych, z lampą i tranzystorem (końcówki) i mogę już na wstępie powiedzieć jedno: ten klamot oferuje nieprawdopodobnie neutralne, przezroczyste dla sygnału medium, z bardzo precyzyjnie reagującym potencjometrem, działającym w domenie analogowej (a nie jak teraz w modzie, cyfrowej). Także mamy tu kawałek tradycyjnego, wręcz konserwatywnego, podejścia do tematu. I dobrze. Rzecz jasna kwestią otwartą i bardziej sprawą preferencji (według mnie), a nie SQ, jakościowego progresu (choć tak się utarło) jest wybór – integra albo osobno. Obecnie, gdy klasa A/AB powoli, ale nieubłaganie przechodzi do historii, gdy efektywność energetyczna, integracja (mhm) wszystkiego jak leci w ramach jednego (all-in-one) to pomysł na dzisiejsze i jutrzejsze audio mówimy o coraz częściej wyborze podyktowanym starymi, nieaktualnymi dogmatami. Nowoczesne końcówki mocy, mieszczące się w malutkiej obudowie, bez ograniczeń termicznych, skalowalne wypierają i wypierać będą. Ok, tutaj jednak idziemy po staremu, zgodnie z dewizą, że jak osobno to bardziej, mocniej, szybciej, lepiej ;-) . Według mnie to się mocno już zdezaktualizowało, jednakże dzielony system daje – co logiczne – większe możliwości manewru i dopasowania całości do swoich potrzeb. Stąd A90 w podwójnej roli, wręcz na równo jako amp (słuchowy) i jako pre (kolumny)… ano tak to sobie wykombinowałem.

» Czytaj dalej

DTS w głośnikach Sonos-a! …oraz Beam w nowej odsłonie Atmos-lubnej odsłonie

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
tn_Beam-Credenza-White

Doskonała wiadomość dla użytkowników Sonos-a… wielki nieobecny, konkurencyjny sposób zapisu dźwięku dla Dolby, znaczy DTS trafi do wszystkich, sprzedawanych obecnie, kino-domowych urządzeń producenta… i nie tylko. Innymi słowy DTS będzie dostępny w Playbar, Playbase, AMP-ie, w obu generacjach Beam’a oraz najnowszej graj belce ARC. Znakomicie, bo wiele osób, które wcześniej za niemałe pieniądze zakupiło projektory dźwiękowe Sonos-a będzie mogło cieszyć się pełnym wsparciem kodeków kina domowego, obsługą dźwięku przestrzennego w obu rynkowych standardach. DTS to rzadko obecnie spotykany gość w dostępnych na rynku produktach (szczególnie w grajbelkach rzadko). Bardzo fajnie, że wśród urządzeń wspieranych wylądował także AMP. Choć dla wielu ten wg. mnie mocno niedoceniany (pomiary, gdy gra z cyfrowych źródeł, stawiają ten wzmacniacz w absolutnej czołówce, deklasuje wiele wzmaków utytułowanych marek. Stereo, nie amplitunerów KD, tylko integr, końcówek mocy!), to głównie źródło dwukanałowego dźwięku (wpięcie ekosystemu sonos-a w HiFi… bo tym oczywiście jest AMP), sprzęt pozwala na połączenie stereofonii z kwadrofonicznym, uzupełnionym o bezprzewodowy, firmowy sub, kino domowym zestawem jaki można na bazie tej skrzynki stworzyć. Sam użytkuję takie coś i wierzcie mi, że naprawdę warto. W teście (patrz tutaj) klamot wypadał bardzo fajnie, ale głównie skupiłem się tam na stereo, dlatego planuję uzupełnienie wpisu o kino domowe stworzone wokół „sono-wzmacniacza”. Swoją drogą to jedyna taka konstrukcja na rynku, która pozwala na integrację wizji (wzorowa i wzorcowa implementacja kanału zwrotnego HDMI – ARC działa bez żadnych „ale”, a jak ktoś ma starą, ale jarą, plazmę i starsze stand. HDMI to przejściówka optyczna i lecimy*) z dwoma klasycznymi wyjściami LFE dla aktywnych niskotonowców i dodatkowo bezprzewodowym linkiem dla dwóch kolejnych Sonos Sub-ów (3 gen).  Mhm. Tu nie ma pomyłki i jak ktoś chce bawić się w poważne nagłośnienie kino-domowe, chce doświadczyć dobrodziejstw dźwięku obiektowego, to konfiguracja z 2 woferami to jest właśnie TO. Fenomenalną sprawą jest także bardzo prosty, ale też bardzo skuteczny, sposób ustawienia parametrów pracy takiego wielokanałowego zestawu w oprogramowaniu Sonos-a. Wzmak nie tylko da się kontrolować w sofcie, znaczy w apce, zmieniając nastawy… można też tradycyjnie z dowolnego pilota do TV uczynić proste narzędzie do podstawowej kontroli. Cóż, w takim „bukiecie” nikt tego nie oferuje. Aha, dzięki funkcji wzmocnienia mowy w aplikacji kino-domowej, mimo formalnego braku centralnego, dźwiękom dialogów w takiej konfiguracji naprawdę trudno coś zarzucić. Dla jabłkolubów dodatkowym, ogromnym plusem, jest jedyna na razie, pełna integracja API streamingu jabłczanego w obsługiwanych przez soft sonosowy serwisach strumieniowych. Także można sobie grać te losslessy dostępne od niedawna, bez wad jakie czyhają na korzystających z AirPlay-a (w „2″ często, gęsto macie mimo materiału bezstratnego, konwersję do AAC na urządzeniach niejabłkowych! Nie jest to rozwiązanie bitperfect takoż i to bez względu na okoliczności, nawet w bezstratnej jakości streamu). Do tego rozrastająca się biblioteka dźwięku przestrzennego w Apple Music, dostępna na sono-klamotach.

Tia, pozachwycałem się DTSem (bo też jest się z czego cieszyć), obecnymi możliwościami sprzętu, a tu dzisiaj zdjęto NDA i wylądował w ofercie podrasowany Beam Gen.2. Ta belka wywarła na mnie (test) bardzo dobre wrażenie… lepsze niż dużo droższy ARC, cieszy zatem informacja o uzupełnieniu jej możliwości o wsparcie dla obiektowego. Dolby Atmos to najistotniejsze novum, ale nie jedyne. Cała belka to de facto nowa konstrukcja (choć tego nie widać, może poza zmienionym grillem z poliwęglanu), bo nowy procesor, bo nowe przetworniki akustyczne / ich układ, bo wreszcie nowa komunikacja… jest obsługa najnowszego standardu eARC oraz NFC do szybkiego sparowania belki z aplikacją, sonosową siecią mash via telefon. Także jednak nie taka kosmetyka, choć na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło. Niestety zmieniła się także cena. Było 1899, jest 2199 pln. To jak na możliwości, nadal konkurencyjnie, ale warto nadmienić, że mówimy o kompaktowej, małej belce, a nie dużym soundbarze, zazwyczaj w komplecie z subem. Także trzeba rozważyć za i przeciw, jak ktoś wejdzie w ekosystem nie będzie miał wątpliwości, dla kogoś mniej, czy w ogóle nie zainteresowanego multistrefowym setupem Sonos-a taki produkt traci sporo na atrakcyjności. Firma ostatnio zapowiedziała wzrost cen swoich produktów (zauważalnym – średnio ok. 50$, przy czym niektóre rzeczy pozostały ze starą ceną jak Move np.), tutaj boli nieco mniej, bo nowa wersja, progres możliwości itd. Jak się pojawi u nas w dystrybucji, zapewne przeczytacie na łamach HDO naszą opinię o tym sprzęcie. W pdf-ie, dla zainteresowanych, pełna specyfikacja nowości. Rozpoczęcie sprzedaży – 5 października.

* przy optyku, co warto zaznaczyć, nie ma pełnego Atmosa, dekodowanie maksymalnie w Dolby Digital + (kompresja stratna, ograniczenia obsługi obiektowego). Dotyczy to każdego sprzętu wspierającego, po zastosowaniu przejściówki musimy liczyć się z obsługą kompromisową w zakresie nowych technologii dźwięku przestrzennego.

PS. Czekam na dwie rzeczy: integrację podrasowanego Trueplay (auto korekcja, dopasowanie do pomieszczenia ustawień brzmieniowych sprzętu) w całej linii produktowej z uwzględnieniem spec. wariantu dla AMPa oraz wypuszczenie zapowiedzianych kiedyś (nieoficjalnie!) produktów domykających ofertę: mniejszego sub-a (i tańszego zarazem) oraz bezdrutowych słuchawek.

PPS. Jeszcze jedno: wspierany będzie w całym ekosystemie Dolby Atmos Music oraz (na wybranych urządzeniach) Amazon Music Ultra HD. Także nie tylko kino z dookolnym dźwiękiem, ale także muzyka. Kiedyś wspominałem o tym na HDO – to będzie spora rewolucja na rynku AUDIO – wejście na poważnie w coś więcej niż stereo. Moim zdaniem będzie to znacznie większa rzecz od hi-resów, bezstratnej jakości, które dopiero teraz zaczynają być jakościowym standardem w oferowanej nam muzyce (w sieci). Mało kto przejdzie obojętnie obok wielokanałowego AUDIO. Dlaczego? Bo tu od razu słychać różnicę (nie przesądzając, czy to dla każdego będzie progres, czy w ogóle akceptowalne, dla purystów pewnie niekoniecznie, ale dla mas… oj będzie to coś wielkiego, zobaczycie).

Sonos Beam (Gen2) Fact Sheet

 

Zapowiedź testu setup’u: MUSICIAN ANDROMEDA & MPD-2 & PEGASUS

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_8296

Witam, witam. Stęskniliście się? Ja też nie ;-) Ostatnie dni raczej nie nastrajają optymistycznie, wielki come back do czasów słusznie minionych (jak widać, niestety…) wyjątkowo paskudnie rokuje. Cóż, zawsze można uciec w świat dźwięków i dzisiaj to właśnie Wam proponuje. Inaczej. Na starą modłę (nie, nie nawiązuję do parlamentarnej prostytucji i postępującego upadku państwa) znaczy z nośnika. Nowoczesnego nośnika, nie krążka, a pamięci, pamięci flash. Na marginesie rozwija się nam alternatywa dla netowego grania z jednej, a z drugiej (jednak) tradycyjnego fizycznego, czytaj jakiejś płyty (ewentualnie jeszcze szpuli). No i ok, ma ten nośnik swoich zwolenników, choć obecnie bezpośrednio z sieci też można wyczynowe pliki grać (NativeDSD np.). Nie tylko o parametry się tu jednakowoż rozchodzi, bo też – jak dowodzą zwolennicy – odtwarzanie dźwięku ze stałej pamięci (a nie, wiecie, dysku talerzowego – you know są tacy, którzy słyszą różnice) ma swoje plusy. Ja tam aż tak ekstremalnie wyćwiczonego aparatu słuchu nie mam ;-) i ten sam materiał odtwarzany przez MDP-2 tylko z HDD podpiętegopod USB, w porównaniu z odtwarzanym przez rzeczony odtwarzacz/transport SD MUSICIAN MDP-2 brzmiałby dla mnie najpewniej tak samo, a wszelkie sugestie, że coś jednak, brutalnie zweryfikowałaby wielokrotny ABX i nie byłbym wstanie wskazać, co lepiej zagrało. Także sam nośnik niekoniecznie robi tu różnicę, natomiast transport (bo tu nie ma sekcji C/A w tym klamocie) jednak różnicę wnosi, czy może wnosić i już tłumaczę o co biega…

Otóż, mamy tutaj minimalistyczny, pozbawiony jakichkolwiek konwersji, translacji, po prostu dokładnie taki, jak zapisany w komórkach karty pamięci zapis (a nie z kompa, nawet takiego jak CAPS, dedykowanego pod audio, bo tam magistrala szeregowa (niestety nie ma takich z wbudowanym I2S, a karty tego typu to jest nisza niszy), bo osobne układy, bo płyta główna, bo OS – zmienne jednym słowem, zmienne). Idea transportu to nic nie wnieść, nic nie utracić, po prostu przesłać. Tyle. Nic mniej, nic więcej. W końcu o transporcie tu mówimy. Nośnik SD jest tu teoretycznie najlepszym, bo całkowicie niepodatnym na jakiekolwiek oddziaływania sposobem transmisji, dzięki interfejsowi I2S (tylko takiego użyję w teście) prześlemy to co na nośniku wprost do przetwornika, znanego Wam już doskonale (recenzja tutaj) MUSICIAN PEGASUSa. Także bez interpretacji i reinterpretacji, sygnał cyfrowy powędruje do DACa R2R by następnie symetrycznie trafić do drugiego z bohaterów wpisu – wzmacniacza słuchawkowego ANDROMEDA. Drugi klamot, w odróżnieniu od pierwszego, pięknie formą nawiązuje do DACa (obudowa z charakterystycznymi wycięciami) i całość może stanowić kompletny setup… no chyba, że ktoś celuje dodatkowo w kolumny, wtedy przyda się końcówka jeszcze (we/wy w ANDROMEDZIE, tylko balans). Rzecz jasna, żeby zrobić użytek z efektora trzeba mieć dobry potencjometr. Zastosowano w ANDROMEDZIE klasyczne rozwiązanie, w sensie nie ma żadnego tam enkodera, interpretatora, tylko stary, dobry ALPS. Jedyne, do czego mogę się przyczepić i niniejszym przyczepiam się, to brak jakiejkolwiek identyfikacji poziomu. Kręcimy do oporu, startując z położenia całkowitego wyciszenia, niestety bez żadnego sygnalizowania – trzeba zatem uważać, żeby sobie krzywdy nie zrobić. A zrobić sobie można, bo też ta ANDROMEDA potrafi dać w palnik i to konkretnie dać. Co powiecie na 3.8 W przy 32 Ω?! Najbardziej łase na moc słuchawki (600 Ω) mogą liczyć na całe 370mW! Maksymalna moc wzmacniacza przy 16 ohmach to aż 4,5 W. To coś może spokojnie napędzać kolumny, ale jest pod słuchawki tylko, przy czym jak ktoś nie ma akurat nauszników z kablem symetrycznym na końcu to nic nie stoi na przeszkodzie by wpiąć dużego jacka i tak słuchać.

Transport na froncie świeci dużym ekranem z prostą, czytelną (dużą) symboliką / niezbędnymi informacjami nt. odtwarzanego z karty materiału. Nawigujemy po folderach, nie ma tu nic zaskakującego, warto natomiast podkreślić, że MDP prześle nam dźwięk o maksymalnych parametrach PCM32/384 i DSD256 w najpopularniejszych formatach (przy czym ich liczba jest ograniczona, jest FLAC, WAV, Ape, mp3, ale nie ma żadnego z jabłcowych: ani AAC, ani ALAC przykładowo). Ważne, że potrafi odczytać .ISO, co dla osób gromadzących kolekcje audio w plikach jest absolutnie must have. Także obrazy można bezpośrednio odtwarzać, oczywiście także w formatach DSD tj. DSF & DFF. Jak komuś nie w smak karta, może pod złącze USB wpiąć dowolną pamięć masową. Sprzęt – co warto podkreślić – nie ma żadnego sterownika RC, także obsługa wyłącznie z panelu frontowego, co wyklucza raczej salon (no chyba, że komuś to nie przeszkadza), rzecz jest wybitnie pod desktop robiona.

Co mogę powiedzieć na wstępie o dźwięku? Z PEGASUSEM i ANDROMEDĄ na Etherach CX gra to niebywale płynnie, dźwięk wchodzi od razu, niebywale naturalnie to gra. Nie jest tak, że skupiamy się na szczególe, nie jest też tak, że coś tu wyczynowo przykuwa uwagę. Nie. Dostajemy dźwięk akuratny, słucha się tego jak dobrego gramofonu (znaczy dobrej jakościowo czarnej z właściwie ustawionym, sprawnym gramiakiem) i to chyba najbardziej adekwatne porównanie. No tak, tylko że tutaj gramy z cyfrowego nośnika, komputerowego na wskroś, z transportu wyposażonego w kieszeń dla flasha i dodatkowo układ zawiadująco-sterujący Alerta Cyclone. Komputer. Nie analog, nie igła, rowek. Oczywiście nic nam nie zatrzeszczy, tego tu nie będzie, jednak reszta – wspomniane flow (najlepiej to słowo ang. oddaje wg. mnie sens tego, co słychać) – to jest wypisz, wymaluj. Świetnie się tego słucha, bardzo przyjemnie, bardzo kojąco i nawet jeżeli ktoś powie, że mu to zbytnim „uśrednieniem” zalatuje, że jakiegoś „ocieplenia” czy „spowolnienia” się tu doszukuje, to ja na to odpowiem – no nie bardzo, bo dźwięk jednak, po wsłuchaniu się, jest całościowo bez zarzutu, nie można mu niczego powyższego de facto zarzucić. I starczy, bo więcej na temat będzie we właściwej recce.

Już niebawem przeczytacie na łamach test ROSE RS-201E oraz dwie podwójne recenzje: dwóch nausznic z bardzo i jeszcze bardziej wysokiej półki (Empyrean oraz Bentley, odpowiednio od Meze oraz Focala) plus teścior totalnie różnych (dźwięk, funkcjonalność, cała filozofia krańcowo odmienna odnośnie konstrukcji) DACów: SPLa MARC ONE oraz Cayin’a iDAC-6 MK II. Bardzo lubię takie zestawienia, gdy w szranki stają bardzo różnie brzmiące efektory/klamoty. 

GALERIA TRADYCJONALNIE TUTAJ:

Sonos w kwadrofonii, Sonos w multichannel. Sonos Sub & AMP

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_7973

Obrodziło, oj obrodziło moi drodzy! Sonos Sub, już 3 generacji, w bardzo rozbudowanym setupie redakcyjnym sprawdzany. Nie, nie idziemy na łatwiznę, nie robimy tak, jak 99% sajtów, że z grajbelką jakąś (przetestowana Beam, czy Arc) i już, tylko w konfiguracji 4.1, a nawet 4.2 będzie to, to sprawdzane. Ale że jak? A właśnie tak: Sonos AMP (w recenzji na HDO macie o tym łączniku HiFi z sonosystemem, dla przypomnienia: klasyczne kolumienki podpinamy, świetna sekcja amp/cyfrowa, gorsza ADC czyli wejście dla gramofonu… w sumie wystarczająco dobre, HDMI ARC i w ogóle kino, bo też multichannel -> kwadrofonia z 1/2/3(!) subami). Czytaj… sono kolumienki na tyłach + rzeczony Sub (4.1, a nawet 4.2, bo aktywny, klasyczny też podpinamy pod AMPa, bo czemu by nie sprawdzić takiej konfiguracji, hę?) z pylonowymi frontami (Diamond) w setupie nam gra…

Więcej:

Dynamiczne wbrew fizyce? Zamknięta rewelacja HiFiMAN HE-R10D

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_7709-kopia

Popatrzyłem na cenówkę i od razu zwątpiłem. Dobra, rozumiem, że te słuchawki mają szlachetne drewienko na sobie (wielka, drewniana komora – może w tym właśnie, głównie, tkwi sekret tych nausznic?), ale formą wyraźnie nawiązują do najtańszych w ofercie HE-4xx. Tak, dostajecie tutaj kuferek, dostajecie świetne okablowanie (sztuk trzy, znaczy komplet: XLR, 6.3 i 3.5), to wszystko prawda… ale 6 tysięcy za DYNAMICZNE słuchawki? Sześć koła za coś, w czym producent – specjalista od planarów – nigdy specjalnie się nie uskuteczniał. Pisałem w zajawce o HE-300 (dawno, dawno temu), fajnych, budżetówkach, ale to było tylko raz. Zapomniało mi się, że próbowali jeszcze w po prostu tanie, masowe, nauszne (to te z wymiennymi wkładkami czyt. zamknięto/otwarte serii Edition), ale to też było na marginesie i zdaje się wielkiego sukcesu nie odniosło. Także WTF?

Co więcej, jak zobaczyłem co jest na pierwszym miejscu wśród flagowców to o mało nie spadłem z fotela… planarna wersja R10P za – uwaga – 5500 USD. Może szlachetniejsze jeszcze drewienko, nie wątpię że najlepsze przetworniki otrodynamiczne, ale forma dokładnie jotka, w jotkę jak bohaterowie niniejszego wpisu. WTF do kwadratu? Dobra, myślę sobie, tu musi być jakiś haczyk, tylko w drugą stronę. No jeżeli producent chce ponad 1200 papiera (u nas jw. 6k pln) za dynamiczne słuchawki oraz strzelam jakieś 25 tysięcy, a może nawet 30 tysięcy (!!!) za wersję planarną zamkniętych nausznic to musi coś się za tym kryć. Znaczy musi się kryć jakieś nieprawdopodobnie dobre, naprawdę odkrywczo lepsze brzmienie jakie serwują te cholernie kosztowne nowości. No bo jakżeby inaczej uzasadnić te cenówki i w ogóle takie, a nie inne miejsce w ofercie. HiFiMAN już wcześniej próbował swoich sił w zamkniętych konstrukcjach planarnych, przy czym nigdy nie były to rzeczy odkrywcze, przełomowe, produkty które zapisałby się w annałach. I żeby było jasne, uważam że poziom ergonomii, wygody osiągnięty w nowych HE-4xx jest znakomity i właściwie za te sporo mniej niż dwa Sobieskie optymalno-wystarczający, to jednak mówimy o słuchawkach wielokrotnie droższych, a formą oraz w ogóle pałąkiem / mechanizmem regulacji tożsamych z budżetówką. Odważnie! A może niepoważnie?

Zaraz będzie szukanie szczęki pod biurkiem

R10 kojarzy się słuchawkomaniakom jednoznacznie – święta trójca, znaczy AKG K1000, Sennki Orfeusze (1) oraz R10 Sony-ego właśnie. Absolutny top, topów wszechczasów, rzeczy być może cześciowo tu i tam zdetronizowane kompetencjami, ale nadal zapisane złotymi zgłoskami w pamięci audio-freaków. Poziom słuchawkowego absolutu. Czy HiFiMAN postanowił właśnie, nawiązując w oznaczeniu rynkowym produktu, dać nam do zrozumienia, że oto nadchodzi coś wyjątkowego, wybitnego, o czym będą mówić nasze latorośle, wnuki? Stąd ten poziom wysoki na metce? Takie buty? Nie wiem rzecz jasna co przyświecało działowi marketingowemu firmy, ale po zapoznaniu się z dynamiczno-zamkniętą konstrukcją mogę co nieco powiedzieć jaki pomysł miał R&D HiFiMANa, co zrobiły zdolne inżyniery, bo jest to coś z pogranicza omijania zasad fizyki, przekraczania barier, wyznaczania nowej granicy. I nie piszę tego na wyrost, bo słyszałem i K1000 i nowe skrzydełka na uszach i w ogóle najdroższe, w teorii najlepsze, słuchawki świata (oba tory z Orfeuszami, przy czym stary podobał się bardziej od nowego). Nie, żebym był alfą/omegą i wszystkie rozumy pozjadał. Jestem skażony swoim subiektywnym osądem, gustem, takim a nie innym wyborem cech, które przemawiają do mnie naj, także na pewno tylko jednym z wielu. Mam jednak jakieś doświadczenie i mogę się odnieść. No i się odnoszę.


Ogólnie nie mam zastrzeżeń, to dobra, wygodna konstrukcja, tylko ta metka

Te słuchawki w paru aspektach są nieprawdopodobnie bardziej od tego, co słuchałem do tej pory. Tak, pewnie chodzi o komorę w połączeniu z dopasowanym do charakterystyki „pomieszczenia” przetwornikiem. To jest układ, gdzie wcześniej muszla po prostu stanowiła ograniczenie, a tutaj jest inaczej. Nie, nie jest to odkrywcze, w tym sensie, że już wcześniej pojawiały się na rynku grające na głowie głośniki (wspomniane powyżej), ani że nie próbowano z różnymi formami zamknięcia różnorodnych przetworników akustycznych drzewiej… ale tym razem wyszło coś, na co powinni zwrócić uwagę wszyscy. Coś oryginalnego i – moim zdaniem – przełamującego pewne ograniczenia, bariery. Takie, wiecie, sztampowe (przy naj, naj słuchawkach) określenie: „słucham tego, jakbym siedział przed kolumnami” nabiera, w przypadku tych słuchawek, zupełnie nowego znaczenia. I nie jest na wyrost. W paru aspektach nie jest. 

Zaintrygowani? No to tradycyjnie zapraszam na recenzję po bandzie, czy może po pałąku ;-) …no mniejsza, na test HiFiMAN HE-R10D!

PS. Od razu, jeszcze we wstępniaku. Za 3 tysiące bez kufra, nawet z jednym, a nie trzema kablami i bierę… za 6 nie bierę. Jak widzicie recenzje na HDO to nie jest marketingowo-sprzedażowa laurka i ludzie odpowiedzialni za wspomniane pewnie nie są naszymi fanami. Trudno.

PPS. W zajawce widać jakie to giganty :P

» Czytaj dalej

Zamiast kolumn? Serio? Serio. Test HiFiMAN HE-1000SE część 1

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_4575

Wracam po dłuższej przerwie z czymś naprawdę nadzwyczajnym, wyjątkowym. To jedyne słuchawki, które mógłbym zaproponować zamiast systemu opartego na wysokiej klasy kolumnach, jako alternatywę. Nawet słuchawkowemu sceptykowi, nawet …bo te nowe tysięczniki oferują taki poziom (posłużę się czymś z wirtualnego świata, świata elektronicznej rozrywki) immersji, tak potrafią wciągnąć bez reszty w to, co dociera do uszu, są tak odległe od tego, czego byśmy spodziewali się po czymś, co spoczywa na łbie, że… Długo zastanawiałem się jak podejść do tego artykułu. Jak zachować dystans do tego, co się przez parę tygodni testowało (każdą wolną chwilę spędzałem z tymi nausznikami, każdą). To nie są bardzo dobre, czy wybitnie dobre słuchawki. Nie. To jest inna rzeczywistość, coś właśnie niespodziewanego, gdzie parę rzeczy (poniżej) na słuchawkach było zaledwie akcentowane, czy pokazywane – właśnie – w słuchawkowy sposób. Mniejsze, bardziej sfokusowane, bez swobody znanej tylko i wyłącznie z odsłuchu stereofonicznych zestawów głośnikowych. Wiedziałem, że po przetestowaniu całego katalogu nowości, najnowszej generacji HiFiMANa, która firmie bardzo, bardzo się udała, flagowce (nie wliczam tutaj Susvarna, bo to trochę jak Orfeusze – tysięczniki to właśnie szczyt) musiały być też wyraźnie lepsze, ciekawsze od tego, co pojawiło się wcześniej.

I są. Modele v1 (artykuł „Pojedynek na szczycie: tysięczniki) i V2, obiektywnie doskonałe słuchawki, które miałem możliwość testować, które (v1) opisałem w megateście, to jest inny poziom umiejętności. Zwyczajnie (choć to wg. mnie szokujące, jesteśmy przyzwyczajeni do niewielkiego progresu, do subtelnych zmian…. nie rewolucji) poprzedniki NIE POTRAFIĄ tego, co wersja SE. To zmiana od razu zauważalna, to żadne tam niuanse. Niebywałe! Dostajemy dźwięk, który wyznacza nowy pułap jakościowy odnośnie słuchawek. W skali – tak, wiem, narażę się na niedowierzanie – bezwzględnej. Jeżeli HiFiMAN będzie dotychczasową drogą skokowego progresu, wyraźnych zmian in plus, wprowadzając rozwiązania z tego co na szczycie niżej to… ludzie, to oznacza że czeka nas bardzo, bardzo ciekawa przyszłość. Pułap 16 tysięcy złotych to pułap abstrakcyjny dla 99% osób, dla których nie jest wszystko jedno (co mają na uszach), a dla reszty jest to ofc 100 (najdelikatniej – pukanie się w czoło), ale… no właśnie – jest szansa, że to czego możemy doświadczyć we flagowcach znajdzie się w przyszłości w środku katalogu, poniżej 10k. Zobaczcie jak wielki skok nastąpił w przypadku Hindusów (i nie tylko), pisałem o tym w artykułach poświęconych Sundarom, Anandom i Aryom oraz nowym szóstkom. Patrz ostatnie recenzje:  SundaraAnandaArya i HE-6SE

Bajka, zdania nie zmieniam (patrz zajawka), a tylko się utwierdzam. Absolutnie wyjątkowe są 

Czy te słuchawki wyglądają na cenę, za którą je wołają? Nie, nie wyglądają. Zresztą, według mnie, żadne słuchawki nie są warte nastu tysięcy złotych. Tu ceny nie winduje obudowa (jak w klamotach), nie ma takich materiałów, drogich komponentów, które by dodawały te, tam kolejne tysiące. Nawet dużo lepiej wykonane nauszniki (vide Focal) to nadal, patrząc przez pryzmat ceny detalicznej, totalna abstrakcja. Utopia ;-) To nie jest zestaw kolumn, to nie wspomniana elektronika, to kompaktowy efektor, który nakładamy na głowę. Dwie niewielkie muszle i pałąk, okablowanie (tak, te bywa jeszcze bardziej oderwane od zdroworozsądkowych realiów odnośnie $$$). Nawet jeżeli niektóre z elementów są obiektywnie zaawansowane technologicznie to nadal ceny (rosnące) słuchawek szokują. Jeszcze nie tak dawno temu najlepsze, najdoskonalsze można było kupić za kwoty nieporównywalnie niższe od dzisiejszej stratosfery. Także tutaj nowe HEKi nawiązują do tego niechwalebnego trendu… szkoda, bo odwracając ofertę producenta, widzę progres jakościowo-funkcjonalny przy zachowaniu zdroworozsądkowej wyceny. Zarzut kierowany do wszystkich (tak Mr. Speakers, tak Audeze, tak Sennheiser, tak Focal, tak… itd, itd.), nie tylko do HiFiMANa, w przypadku HEKów, to jedna z dwóch wad jakie wytykam tym nausznikom. Za drogie – to po pierwsze, materiałowo-jakościowo zbyt odstające od równie niebotycznie wycenionych konkurentów – to po drugie. Ok, odfajkowane minusy. Cała reszta – wierzcie mi, albo nie wierzcie i koniecznie zweryfikujcie na AVS, lub w jakimś salonie, gdzie demówkę dorwiecie – to POEZJA. Czysta przyjemność i rozkosz, coś czego do tej pory słuchając słuchawek (Orfeusze czy K-1000 były na łbie na tyle krótko i na tyle efemeryczno-niemiarodajne, że ich nie wliczam), jakichkolwiek dostępnych do kupna w sklepie słuchawek, nie doświadczyłem. To REFERENCJA. To PUNKT ODNIESIENIA. Bo tylko te potrafią to, o czym poniżej.

Tylko te…

» Czytaj dalej

Wszystko co chcielibyście wiedzieć o AirPods Max, ale…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_7086

…nie znaleźliście w necie. Przepraszam z góry za tego Cukierberga, że kto chce poczytać to przekierowuję na nasz profil na fb, ale: po pierwsze primo niestety dzisiaj ruch kreuje social, młodzież sajtów zwyczajnie nie czyta (mało co czyta ;-) raczej ogląda), po drugie primo nasz sajt tragicznie wyświetla się na dotykowcach, a to grzech śmiertelny jest obecnie i nie ma widoków na poprawę. Dla kogoś, kto będzie się tu mądrował, że wystarczy pięć sekund w CMSie czy w ogóle mówisz, masz i sajt się ładnie do mobilnego dopasuje mam informację, że sajt co prawda działa siłą inercji, działa, ale klucze ma Anioł i nasze prośby o udostępnienie zbywa pogardliwym milczeniem. Także nie drążcie tematu, bo bolesny jest i wstydliwy. W sumie to ostatnie to nie, bo ja jestem bezwstydliwy i mnie to kompletnie nie przeszkadza, bo mimo ograniczeń działa, można oldstajlowo jeszcze sobie na piecu podpiętym do kinola zobaczyć, na netszkejpie, czy cuś, albo w trybie offline pobrać, by nie – a nie to już dawno nie, no chyba że ktoś akurat mieszka w Stanach, w jakimś pipidówku (wcale niekoniecznie) i chce sobie netować. Ludzie, nawet nie wiecie, w jak czarnej 4litery oni są infrastrukturalnie. Dlatego ten cały Musk strzela jak głupi te nano-satelity telekomunikacyjne w sensie net z kosmosu, bo oni tam hehe jeszcze na DSLu jadą hehe, czy w ogóle na modemach z drutem, co pamięta – ten drut znaczy się – czasy pionierskiego, westernowego telegrafu. No. Ale pierniczę bez sensu, dobra, obiecany link (klikaj w obrazek):

 

Także szczególarsko, do basementu, z uwzględnieniem całości, znaczy ekosystemu i wizji rozwoju produktów jabłczanych właśnie, w nieoderwaniu od jabłczanych realiów. Te można akceptować, bądź nie, lubić, bądź nie, ale one są, mają swoją logikę, mają swój sens i trzeba to po prostu przyjąć do wiadomości. To nie oznacza, rzecz jasna, że wszystko pięknie, bo sporo nie, krytykuję srogo co się nie podoba, ale zasadniczo jestem na tak. Produkt, który w ramach wizji, broni się. Porównany (do innych bezdrutowców od Senka), porównany do firmowych AirPods Pro (patrzajta: http://hd-opinie.pl/9278,audio,wszystko-co-chcielibyscie-wiedziec-o-airpods-pro.html). No!

PS. Niebawem wpisy zajawkowe o nowościach – o Topping A90, o Meze Empyreanach jakie się testują właśnie na HDO. Także słuchawkowo bardzo i wracamy do hajendów na chwilę. Tak, potem jeszcze Focale topowe będą.

PPS. W weekend, zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, problemowy artykuł pt. plik kontra krążek. Znaczy hajresowe materiały strumieniowe vs płyty odtwarzane na NuPrime CDT-10, topowym transporcie z bardzo rozbudowaną opcją DSP. Dźwięk robiony, podrasowany (jak w AirPodsach Max, hehe ;-) ) i co z tego wynika…

CD kontra plik… flagowy NuPrime CDT10 vs Qobuz&Roon+NativeDSD

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5945

Ale pięknie to gra! Fantastyczny dźwięk! Gdzieś nam się ulatnia granica między (umownie) analogowym vs cyfrowym graniem. Tak, wiem, zaraz ktoś będzie poddawał w wątpliwość przed momentem napisane… bo subiektywne to, bo przecież tej granicy (naukowo) nie da się udowodnić, zmierzyć, przebadać, jednoznacznie opisać. To prawda, ale też nasze uszy, dość niedoskonałe, porównując do wielu braci mniejszych, bez większego trudu są w stanie rozróżnić granie z pliku / kompaktu vs czarnego krążka / taśmy. Nie mamy z ttym większego problemu i nawet jeżeli nasz sposób opisania inności brzmienia jest mocno niedoskonały (bo jest) to zjawisko jest dość oczywiste, powtarzalne i przez nikogo nie kwestionowane. Plik oraz srebrna płyta dzisiaj potrafią zadziwić płynnością, przestrzennością, swobodą, najlepsze transporty cyfrowe / integralne źródła zerojedynkowe osiągnęły taki stopień wyrafinowania (mam tu głównie na myśli kompakt, który obecnie mimo coraz większej niszowości staje się dojrzałym, opanowanym w pełni, pokazującym cały swój potencjał źródłem dźwięku HiFi), że wielu, naprawdę wielu melomanów (niekoniecznie tożsame z audiofilią, choć często współistniejące) całkowicie odpuściło sobie temat analogowych nośników, czasami tylko (jeszcze) trzymając zbierający kurz odtwarzacz/transport fizycznego (ale już cyfrowego) nośnika, czy to z sentymentu, czy bez jakiejś określonej przyczyny. W końcu ktoś tych płyt z roku na rok nie kupuje, przestaje inwestować w kolekcję krążków, przechodzi na strumienie.

Oj jak dobrze! ;-)

Z tym tu, zresztą pięknie skądninąd prezentującym się (formą i treścią) hybrydowym DAC/pre Cayina nasz Nu w ogóle via I2S nie zagrał. Cisza była

Tak, to naturalna kolej rzeczy. Wygoda, rozpasanie (dostęp do wszystkiego za grosze) przemawia za zmianą sposobu – tfu – konsumpcji, a dystrybucja muzyki jest i będzie należała do Internetu. To przesądzone i nie ma nad czym deliberować. Tyle tylko, że całe bogactwo doznań, możliwości to zbiór otwarty (na nowe, czy – wróć – stare), można nie pozbywać się fizycznych i to nie tylko z sentymentu, przyzwyczajenia, a dla jakiejś wartości dodanej. Dzisiaj kupno dobrego, fizyczne nośniki grającego, klamota jest niestety bardzo kosztowne (dużo bardziej niż kiedyś, co zrozumiałe, bo nisza, bo wyższe koszty wynikające z korzystania z nieprodukowanych elementów itd itp), może nie wygląda to źle w przypadku czarnego krążka na którego jest moda i można w każdym zakresie cenowym, ale CDA to już wyzwanie i sytuacja dla kogoś, kto chciałby na nowo wejść w temat (albo też słuchać z czegoś, co gwarantuje, o czym dalej, progres) to nie lada wyzwanie.

Tu też na AKM (D90) tylko bez konwersji i w ogóle z problemami via I2S było grane z NuPrime

A tutaj, siłą rzeczy, o I2S w ogóle nie było mowy, bo D1 ma tylko USB pod wyczynowe granie. Trzeba było spiąć via SPDIF.
To w przypadku Nu oznaczało brak możliwości wykorzystania potencjału. No ale inaczej się nie dało. 

Akurat trafiła się okazja sprawdzenia i porównania dwóch, opartych na odmiennych nośnikach muzyki, klamotach wyposażonych w interfejs, który stanowi wg. mnie bramę do uzyskania tego, o czym mowa w pierwszym akapicie. Aksamitności, swobody, płynności którą do tej pory utożsamialiśmy raczej z analogiem, a nawet jeżeli udawało się coś zbliżonego „z cyfry” uzyskać, to miało to swoje kapitałowe konsekwencje, konsekwencje wyczyszczające stan konta dwóch pokoleń w przód mniej więcej ;-)  Także ta umowna, a jednak niezbyt trudna do uchwycenia, różnica w przypadku opisanego w niniejszym wpisie setupu wyraźnie się zaciera. I to jest piękne. Zaciera się z plikiem, ale jeszcze bardziej zaciera się wg. mnie z kompaktem. Właściwie, mógłbym powiedzieć tak: komputer czy raczej plik był tutaj kierunkiem zmian, progresu jaki dokonywał się w SQ słuchanym za pośrednictwem I2S wraz z konwersją do sygnału 1 bitowego, a płyta finał, kropkę nad i, tego progresu uwieńczenie. Czy to dziwne? Nie bardzo. Kompakt jest z nami od bez mała 40 lat jako nośnik audio, także przebył długą, wyboistą drogę (to po pierwsze), stał się opanowanym, dojrzałym medium (właściwie to niedawno, bo wcześniejsze próby jego udoskonalania, jak wiemy, poniosły rynkową klęskę, nie przyjęły się vide SACD/DVD-A). Tylko, w sumie, co z tego, jak zwija się dzisiaj (wiele muzyki wychodzi wyłącznie w pliku, czasami dochodzi do tego winyl, ale już nie srebrny nośnik) i tego zjawiska nikt już nie odwróci. No tak, ale – na szczęście – poza tym co nowe jest całe bogactwo świata dźwięków zarejestrowanego wcześniej i nadal egzystującego na kompakcie. Co prawda, podobnie jak to się ma z czarnym krążkiem, płyta podlega przemijaniu, nie jest wieczna, ale na tyle wytrzymalsza od poprzedników, że prędzej będziemy szukać na rynku czegoś, co nam to fizyczne odtworzy (z czym coraz trudniej, jak wyżej), oczywiście pod warunkiem odpowiedniego uszanowania, dbałości o kolekcję, zbiory.

» Czytaj dalej

Inaczej i lepiej z pliku? Denafrpis Ares II vs Musician Pegasus daki R2R

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_7182

Z tej samej fabryki to schodzi. Chińskie know-how. Rozwiązania, których na próżno szukać u innych. To znaczy? Własny, autorski pomysł na konwertowanie plików DSD w przyjętej technologii R2R, specjalnie zmodyfikowane sterowniki, ekstremalne wartości konwersji – tu przyszłościowo bardziej, bo trudno to obecnie wykorzystać. Tańszy, budżetowy, od znanego już szerzej Denafrpisa (wypłynął na szerokie wody z pół dekady temu najmniej, pamiętam pokaz w 2018 roku, a to tylko moje pierwsze doświadczenie z tą elektroniką, bo czytałem o tym wcześniej). Zasadniczo nikt (poza Chińczykami oraz własnymi rozwiązaniami Chorda) specjalnie się w to R2R, programowanie kości nie bawił… dzisiaj świat konwersji C/A zdominowany jest przez coraz bardziej zaawansowane, obecnie dopracowane, świetnie wypadające w pomiarach kości Delta-Sigma, a rozwój współpracujących z nimi odbiorników, zdolnych do bezproblemowej współpracy ze źródłami komputerowymi nadaje ton w branży, w postępie jaki się dokonuje czy dokonał, bo wydaje się, że pewien stopień doskonałości technologicznej został osiągnięty.


Na bogato

Oczywiście było trochę zwolenników innego podejścia, czy to osób zajmujących się DIY, czy też entuzjastów starego, którzy opowiadali na forach jak to teraz te wszystkie nowe rozwiązania im nie grają, mimo technicznej doskonałości, bardzo odstają brzmieniowo od „starego”, które z przebrzydłej cyfry (historycznie były to odtwarzacze kompaktowe, potem dopiero, a właściwie to całkiem niedawno komputery, z przerwą na mp3 słuchane masowo „obok”, bez jakiegoś oburzenia i wzmożenia ze strony melomanów czy audiofilów. Dźwięk kojarzony z czymś odległym od „tego co było” na tle zadomowił się i przeorał cały przemysł muzyczny (i ten sprzętowy i ten wydawniczy), że – śmiem twierdzić – mocno zmienił naszą percepcję, docisnął swoje piętno na tym jak i czego słuchamy. Zwyczajnie, dzisiaj cała muzyka na rynku wydawniczym ma postać cyfrową, a to co stanowi wyjątek jest dla rozwoju audio bez znaczenia. Oczywiście nie oznacza to ani końca rozwoju coraz doskonalszych form rejestracji, zapisu i wreszcie reprodukowania dźwięku, ale stanowi ważną cezurę.


Z STB, konsolą, Sonosem i czym tam jeszcze za pan brat. Oczywiście USB to jakiś PC, ale warto powpinać co tam stoi w pobliżu

Na szczęście świat jest różnorodny, wielobarwny i nawet jeżeli coś zdominowało, czy wyparło, to wcale nie oznacza, że słuchamy tak samo, nie szukamy obok. Stąd zadziwiająca dla wielu reinkarnacja (bo zmartwychwstanie to nie jest vide sposób dzisiejszego wydawania muzyki na czarnej płycie) winyla, stąd rosnąca świadomość wśród ogółu, że słuchać warto dobrze (nawet jeżeli jest to Lo-Fi, nawet jeżeli jest to lifestyle, nawet jeżeli to rynek masowy – świadomość, potrzeba rozwoju, ulepszania jest tu wyraźnie widoczna vide Bluetooth, zaawansowane DSP, nowe podejście do kwestii różnic anatomicznych wśród populacji / zabezpieczenia słuchu itd itp). To ważne. Oczywiście bohaterowie wpisu to nie jest ani masówka, ani nawet jakiś technologiczny (hitechowy znaczy się) przełom, nie jest to żadną miarą coś stanowiącego przełom. Nie. Ale jest to dla mnie osobiście potwierdzenie, jak bardzo subiektywnie odbieramy muzykę i jak bardzo element odpowiedzialny za zamianę (INTERPRETACJĘ) cyfrowego w analogowe może zmienić nasze doświadczenia z tego, co tak kochamy – ze słuchania muzyki. Dowolnej muzyki, nawet takiej niekoniecznie często, czy w ogóle nie słuchanej. To jest jednak COŚ. W pewnym sensie jest to odkrywanie na nowo, a to zazwyczaj albo dotyczy (w skali) jakiegoś cholernie dobrego efektora (naprawdę wybitnego, bo otwierającego słuchacza – właśnie – na nowe doznania, coś bardzo rzadkiego, bardzo wyjątkowego), albo doświadczenia w realu, na żywo, gdy jesteśmy świadkami wydarzenia, które pozostanie z nami na zawsze. Tu na myśl przychodzi mi koncert Dead Can Dance w Operze Leśniej przed kilku laty. Było to magiczne, jedyne w swoim rodzaju, doświadczenie.

No dobra, to co to ma do tych DACów? No ma całkiem sporo, już mówię dokładnie co…

Przepraszam za ogromne opóźnienia w publikacji i brak odzewu. Rodzina najważniejsza.

 

» Czytaj dalej

HiFiMANa urodzaju klęska: HE400i2020 & HE400SE recenzja i więcej…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_7555

To samo razy dwa? Oznaczenia produktowe, które od dawna nic konkretnie nam nie mówią? Portfolio pogmatwane jak, nie przymierzając, memiczne Porozumienie pewnego polityka z bardzo giętkim kręgosłupem? Nie inaczej moi mili, tak to właśnie z HiFiMANem jest i konia z rzędem (dobra, nie będziemy iść w bieżączkę polityczną, bo to jest tragifarsa podszyta wk…wem na płacenie podatków w tym opuszczonym przez rozum kraju) kto ogranie, co chińsko-amerykański specjalista od planarów i nie tylko ma dzisiaj do zaoferowania klientowi spragnionemu muzycznych uniesień z czymś w uszach, czy na uszach. Rozrost, urozmaicenie, szeroki przekrój z dostosowaniem oferowanych produktów pod niemalże każdą kieszeń oczywiście cieszy i jest rzeczą zaprawdę chwalebną, ale…

ale można się pogubić w tym wszystkim na amen. Dobrym przyczynkiem do tego, jak łatwo można pogubić się, są bohaterowie najnowszej publikacji. Najpopularniejsza linia produktowa, coś, co HiFiMANowi – nie bójmy się tego powiedzieć głośno – przyniosło rozpoznawalność na rynku i uznanie takoż, znaczy kolejne wykwity serii 400 zawitały ostatnio na rynku. To „ostatnio” trzeba sprecyzować. Pierwsze – HE400i2020 – to zeszłoroczny, dość nieoczekiwana premiera z mocno odmiennym sposobem nazewnictwa produktowego, sugerująca unowocześnienie 400-setek z literką „i”. No tak, ale żeby nie było za prosto linia „i” to wcale nie jeden typ słuchawkowych efektorów, to coś obok, a nawet, patrząc historycznie, to np. coś co kosztowało swego czasu na poziomie konkurencyjnych LCD-2 O_0. A znowuż wariant tegoroczny z „SE” (niby trzymamy się przyjętego nazewnictwa, ale jednak nie bardzo… są jeszcze HE-6SE, testowane u nas i właściwie to tyle odnośnie tego SECOND EDITION (?)) też nie za bardzo informuje co to za generacja, bo pierwsze (nasze bardzo lubiane, w wersji z poprawkami, v.2) 400-ki to prehistoria, a potem jeszcze tych słuchawek w różnych modyfikacjach (producenta) było sztuk parę (np. model S).

Bez wódki nie razbieriosz . Słuchawki są bardzo zbliżone cenowo, choć wariant i2020 o 2 stówki stówkę (plus, minus, bo różnie to w cennikach wygląda) droższy. Ale poniżej 1000, oba. No dobrze, po co wydawać bardzo podobne słuchawki, właściwie tożsame, z niewielkimi różnicami (no jak się okaże te różnice jednak są, ale głównie wyposażeniowo-konstrukcyjne, jakościowo naprawdę to produkty z tej samej półki)? Jeszcze do tego dochodzą warianty różnie strojone. Tak, nie ma tu błędu, jak robicie zakupy w chińskich supermarketach to – uwaga – kupujecie słuchawki inaczej strojone właśnie. Zauważył to pewien użytkownik poczytnego forum, poczytnego sajtu dekonstruującego rynkowe potęgi, znaczy marki, audio i przedstawił całkiem przekonywujący powód tego stanu rzeczy. Chodzi oczywista o różnice w naszej wrażliwości na dźwięki, a to wprost powiązane z różnicami językowo-leksykalnymi. U Chińczyków sposób wymowy ma kapitalne znaczenie (dla znaczenia) i wyczulenie na niuanse jest bez porównania większe w tym zakresie niż na umownym „Zachodzie”. Sybilanty, położenie nacisku na górę pasma, uwypuklenie z rozjaśnieniem mają dla chińskiego ucha na tyle nieprzyjemny doznaniowo efekt, że się tutaj producent(ci) decydują na odmienne podejście. Tak przynajmniej jest w przypadku HiFiMANa, co zostało ładnie opisane w wątku (o tych i innych 400-setkowych nausznicach), przyjmuję to na wiarę – bo słuchawek nie sprowadzam i nie porównuje różnych wersji – ale udokumentowano to tam solidnie, także pomiarowo. Także nie ma powodów by nie wierzyć.

Zatem widzicie, że łatwo nie jest i mnożą nam się te byty i komplikują sytuację, zaciemniają obraz. Bo może jednak te słuchawki właśnie inne, może jednak te różnice w konstrukcji implikują inaczej? Cóż, na moje stare i już zapewne upośledzone ucho, brzmienie tych nauszników jest bardzo, bardzo blisko siebie. Na tyle, że ślepe porównanie wyklucza identyfikację. To ta sama szkoła grania. Czyli co, bez sensu? No niby tak, ale jak pokazały ostatnie tygodnie te HE400i2020 to taki trochę falstart, trochę edycja limitowana, dość powiedzieć, że nie mają ich już w fabrykach produkować i to co zjechało z taśmy to koniec. A z SE inaczej – taniej (jeszcze), w srebrze obudowy muszli, co nam się jednoznacznie właśnie z budżetowym HiFiMANem kojarzy (bardzo dobre dynamiki HE-300… pamiętacie?) i może nawet idzie w kierunku jakiejś spójności produktowego portfolio. Trochę szkoda, że producent nie pokusił się nigdy o jakiś fajny, wyjaśniający zawiłości oferty, diagram prezentujący także historycznie kolejne generacje z wyszczególnieniem linii produktowych pod kątem zarówno konstrukcji (typ membrany) jak i budżetu (kosztu nabycia). Mam tutaj dla Was rodzynek, niestety już nieco zdezaktualizowany, prezentujący słuchawki HiFiMANa w miarę przejrzyście, ale niepełny, nie obejmujący wszystkiego co było i co jest w ofercie:


Dobrze, dość tych rozważań nic nie wnoszących do meritum. No może nie do końca, bo wybierając z katalogu powinniśmy sobie to jakoś poukładać, ale mniejsza. W końcu na końcu i tak liczy się tylko to co do ucha trafia. Zatem bez rozwlekania, skupmy się na najnowszych 400-setkach. Panie, Panowie budżetowe, najtańsze w ofercie, co wcale nie oznacza kompromisów z SQ. Powiem więcej, jak HiFiMAN chce uporządkować to, co nam dzisiaj proponuje, to musi mocno zastanowić się nad cenówkami, szczególnie w środku, że tak powiem, stawki…

» Czytaj dalej

Jak soundbar to taki? Sonos Beam SYSTEMOWO przetestowany

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5863

Tylko właściwy kontekst, tylko szczególarskie sprawdzenie z uwzględnieniem możliwości, których zazwyczaj recenzenci nie uwzględniają (tytułowe systemowe okoliczności przyrody plus kompleksowo software – tu takoż Roon) pozwala na ujawnienie potencjału testowanego klamota, pozwala na miarodajną opinię o możliwościach sprzętu. Przetestowanie samej „belki”, dźwięku jaki się z niej wydobywa to dalece niekompletny obraz produktu, a suche wymienienie potencjalnych możliwości, bez ich empirycznego przetestowania to bardziej folder reklamowy, materiał promocyjny… większość recenzji ogranicza się do „liźnięcia” tematu. Takie coś jest kompletnie pozbawione sensu, mija się z celem. Subiektywny opis brzmienia to jedno, kompletne sprawdzenie (czasami weryfikacja tego, co „na pudełku”), ujęcie wszelkich sposobów i możliwości wykorzystania klamota to wg. mnie coś dającego miarodajny (a nie folderowy) obraz czego może się spodziewać Czytelnik po odpakowaniu kartonu, na co może realnie liczyć.

Romuś approved ;-)

Miałem możliwość zaznajomienia z innymi projektorami dźwiękowymi Sonosa, sam Beam został przetestowany w całej, rozbudowanej instalacji, sprawdzony nie tylko w firmowym software, ale także przy wykorzystaniu front-endu Roon oraz odtwarzaczu programowym z dostępem chmurowym (do własnej kolekcji nagrań) Vox Player. Każda z tych opcji pozwalała na uruchomienie odtwarzania w natywnym, firmowym protokole transmisji mesh (sprawdziłem ofc AirPlay, ale ten mimo nowej wersji, nadal nie jest bitperfect), na odtwarzanie w strefach / grupach, dodanie nowych możliwości (zarówno Vox, jak i Roon, przy czym ten ostatni z mocarnym silnikiem DSP daje naprawdę ogromne możliwości). Belka grała podpięta pod odbiornik telewizyjny (HDMI ARC), gdy miało być z wizją (naturalne otoczenie, ale jak przeczytacie nie tylko stanowi o wartości tej propozycji), grała strumieniując z wielorakich źródeł (Roon i Vox pozwalają na dalsze rozszerzenie streamów do rekordowego poziomu, nic innego Wam nie zagra absolutnie wszystkiego w natywnym dla siebie protokole transmisji). Wspominałem o fundamentalnych zmianach jakie przynosi nowe środowisko – firmware S2… działanie w ramach ekosystemu, płynność, brak opóźnień, natychmiastowa reakcja, możliwość elastycznego łączenia wszystkich elementów systemu. Mhm, to wszystko mamy tu w standardzie. Cholernie to ważne, bo właśnie ten element – stabilność, pewność działania oraz odpowiednie wsparcie zazwyczaj powoduje problemy, bywa że totalnie leży, a recenzenci z braku czasu, braku chęci, czasami możliwości, ten kluczowy aspekt pomijają, albo uwzględniają na marginesie. A to jest clou sieciowych, skomputeryzowanych systemów audio i właściwie każdy opis nie uwzględniający powyższego jest nie tylko nie pełny, ale bywa całkowicie błędny, sugerujący „wszystko na zielono”, podczas gdy faktycznie strasznie chrupie.

Podniesienie odbiornika pozwoliło umiejscowić niewielki projektor pod telewizorem…

Z ambilightem Philipsa, z Hue Play

Beam wg. mnie jest najlepszym kinodomowym produktem Sonosa, lepszym od nowego ARCa, lepszym od pierwszej belki, czy podstawki grającej pod telewizor tego producenta…

» Czytaj dalej

High-end po Chińsku: VMV D1 & P1 (S.M.S.L) uberDAC z uberAMPem

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5829

Dwie kości 9038 to jakby lepiej niż typowo jedna. No nie da się ukryć… teoretycznie, że tak właśnie jest, choć są tacy którzy mówią, że to sztuka dla sztuki. Już pojedynczy, topowy układ ESS, ma tak wyśrubowane parametry, że ludzkie ucho z tego „lepiej” po prostu nie skorzysta. Bo my nie nietoperki – ograniczenia aparatu słuchu są nie do przeskoczenia. Można w tym widzieć czysty marketing, podejście (typowe dla dalekiego wschodu) etapowania najlepszym krzemem, wywaloną w kosmos specyfikacją, kompetencjami poza zakresem. To oczywiście prawda, to się sprzedaje i nie ma co ukrywać, że Chi-Hi to z jednej strony pełne przepychu ikonografiki, z drugiej efekt skali …jest 2-3 razy taniej w porównaniu z tzw. zachodem. Tak to działa. Czy to problem dla konsumenta? Owszem, jeżeli kieruje się tylko cyferkami, daje się złapać na lep tego, co powyżej opisane. Bywają w tej masie (na kopy tego) rzeczy wybitnie słabe, sporo na ten temat na forach wyspecjalizowanych w poszukiwaniu audio okazji, gdzie można trafić na prawdziwe perełki (kompletny szit z koscią 9038Pro na pokładzie, wyglądający jak wyrób dakopodobny, znaczy tandetny taki, z pomiarem na poziomie 26dB! Tak, tak właśnie tak – tam wszystko jest złe). Piszę o tym na wstępie, by nieco ostudzić entuzjazm tych, którzy widzą w Chi-Fi samo dobro. Tak nie jest – ale też dzięki Chi-Fi mamy dzisiaj dostęp do sprzętu, który często, gęsto po prostu deklasuje znanych, szanowanych, potentatów z branży. I nie chodzi nawet o to, że zazwyczaj jest „więcej” (lepsze układy, lepsze możliwości, wszystko w lepszej cenie). Nie. Chodzi o kompetencje. Liczby (pomiary) oraz nasze uszy (przede wszystkim) nie kłamią – często ten sprzęt deklasuje nie tylko w relacji koszt-efekt, ale w ogóle, bezwzględnie deklasuje to co było na topie parę sezonów temu (kiedy jeszcze to chińskie było utożsamiane z gorszym, tandetnym, albo z bezwstydną kopią).

Chińczycy mają swój wkład, mają swoje mocne marki, mają wreszcie własny know-how i nie oglądają się na resztę. To już od dawna nie jest copy&paste. Przy czym – podkreślam raz jeszcze – nie wszystko złoto, co w papierku złotym, trzeba roztropności, ostrożności w poszukiwaniu prawdziwych okazji. Te się trafiają praktycznie co tydzień (sic!) także od razu zaznaczam, że NIE MA OPCJI BY KTOKOLWIEK SPRAWDZIŁ WSZYSTKO, ba nie ma opcji by do UE trafiło wszystko, co opuści „chińskie czebole”. Ten rynek jest gigantyczny, chłonny i nienasycony. Wewnętrzny rynek wszelakich dóbr konsumpcyjnych. My – tak naprawdę – poznajemy wierzchołek, to tylko wycinek oferty i całkiem niewykluczone, że wiele interesujących rzeczy nam umyka i nie ma na to jw rady (są firmy, które specjalizują się w produkcji wyłącznie na rynek wewnętrzny, względnie bliska zagranica i nie są zainteresowane globalną dystrybucją, bo nie są w stanie sprostać zamówieniom – serio).

Dobra, dość o tym, może kiedyś napiszę osobny artykuł na ten temat. Bohaterem dzisiejszego wpisu jest bezwstydnie wysoko-haj-endowe combo składające się z dwóch, systemowych, klocków: przetwornika na dwóch 9038Pro D1 (gęsto opisany) oraz nowości (recenzji co kot napłakał) P1 – amplifajera pod słuchawki. Ciężkie, grube alu, charakterystycznie przedzielona sekcja zasilania (od wrażliwej elektroniki), minimalizm daleko posunięty (mini disleje pokazujące właściwie tylko podstawowe sprawy) i najszlachetniejsze elementy (płytki, kondki, gniazda etc) jakie można obecnie umieścić w obudowie klamota. Tak, widać, czuć że to jest top. Trochę mniej widać i czuć gdy weźmiemy znowu minimalistyczne w formie piloty – te są identyczne i przydałoby się jakieś rozróżnienie (a nie naklejka z tyłu informująca do czego to), ale też alu, też „premium” itd. Także ktoś, kto zainwestuje około dychy w całość (jeszcze z dobrym okablowaniem się zmieścimy) może liczyć na system, który nie ma – patrząc na to co wyciągnęło się z pudełka – czego się wstydzić w konfrontacji organoleptycznej z dowolnym słuchawkowo-przetwornikowym high-endem z Europy, USA-Kanady, Australii czy Japonii. I choć można się czepiać (no czepiam się) sterowania i ogólnie ergonomii obsługi (pokrętła wtopione w bryłę obudowy to taki zabieg dizajnerski, ok rozumiem, ale gorzej to się obsługuje niż za pośrednictwem klasycznej gały) to wrażenie jest takie – no, panie, panowie bardziej się już nie da, klamoty jakieś 80-100% droższe od „masówki” (ze świetnymi parametrami masówki), wyróżniające się na dzień dobry swoją arystokratyczną formą, choć jw w sposób elegancki, dyskretny, a nie ostentacyjny. To akurat lubię i zawsze chwalę. Wodotryski i udziwnienia nie mój adres.

Dobrze, a dalej, jak jest dalej, jak to gra, a nie że tylko wygląda? No popatrzmy…

» Czytaj dalej

Obraz i dźwięk razem? Zidoo UHD3000 synergia na którą czekaliśmy!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_7625

Wspominałem w zajawce, że to ma być (wreszcie?) następca nieodżałowanych Oppo BDP. Ma w końcu pojawić się na rynku skrzynka, która łączy światy audio oraz wideo na poziomie wcześniej (dawno) nieoglądanym, integrująca to co dla wideo i audio -fila stanowi obowiązkowe elementy setupu w jednym klamocie. Odtwarzacz, na który – jak głosi tytuł dzisiejszej recenzji – czekaliśmy. Czy się doczekaliśmy? Odpowiedź na to pytanie jest złożona, są tacy, którzy (nadal) czekają na coś, co wypluje im na analogowych wyjściach pełne osiem kanałów. Tu tego nie ma, uprzedzam, tego na razie bez procesora / amplitunera / setupu zbudowanego pod wielokanałowe nie uświadczymy. Także funkcjonalność w zakresie autonomicznego grania w wielu kanałach nadal jest wyzwaniem dla branży. No to jak z tym Oppo w końcu, hę? Otóż, moim skromnym zdaniem, poza wielokanałowymi ścieżkami audio (muzyka), które stanowią raczej niszę, dostajemy produkt kompletny, co więcej produkt, który broni się całościowo jakością wykonania, parametrami, funkcjonalnością oraz możliwością integracji tego co na ekranie z tym co na kolumnach na poziomie unikalnym w skali rynku. Owszem, są nadal produkowane hi-endowe odtwarzacze wieloformatowe (nisza, niszy), kosztujące krocie (znacznie więcej niż tytułowy) z jednym, istotnym, ale – to praktycznie wyłącznie japońszczyzna z wsparciem nieistniejącym w praktyce, z ogromnymi ograniczeniami odnośnie obsługi nowego (formaty, kodeki, usługi), często skoncentrowane na obsłudze tego co na fizycznym, optycznym dysku i tyle. UHD3000 jest plikowcem, płyta może być tu co najwyżej dawcą materiału, można podpiąć czytnik i sobie zgrywać (na upartego też grać, ale to bardziej ciekawostka), ale to właśnie dyski twarde czy półprzewodnikowe mają być clou, względnie to co w zasobach lokalnych udostępnione jest ma nam grać. Można połączyć to, to ze streamem, ale nie jest to coś, co jest tutaj w centrum uwagi (usługi strumieniowe). Zwyczajnie, nowoczesny SmartTV zrobi to szybciej/lepiej, choć z drugiej strony UHD3000 będzie prawdopodobnie znacznie dłużej „na czasie”, podczas gdy sezonowy TV ze swoim fw utraci po 2-3 latach aktualność w necie, będzie już niewspierany. Także pliki, te najlepsze, te abolutnie naj (zarówno audio jak i wideo) o DOWOLNYCH w praktyce parametrach można za pośrednictwem tego playera grać. W przypadku strumieniowców HiFi/high-end z branży stricte audio, właściwie nic nie oferuje takich zdolności, jesteśmy zwyczajnie ograniczeni przez niezbyt wydajne plaftormy SoC, oprogramowanie oraz cały projekt nawet bardzo drogich urządzeń streamingujących audio z najwyższej półki zwyczajnie nie obsługuje ekstremalnych parametrów transmisji, wyczynowej konwersji w locie, nie gra ISO, nie potrafi poradzić sobie z obsługą sygnału DSD w trybie Native itd.

Opisywany Zidoo potrafi to i dużo więcej. Sześciordzeniowe serce dba o to (w audio branży stosuje się wyłącznie 2 lub 4 rdzeniowe, niezbyt wydajne CPU/SoC) by wszystko działało sprawnie, szybko, bez przycięć. I faktycznie w czasie testów nie natrafiłem na materiał, który nie mógłby się odtworzyć, a próbowałem „zagiąć” odtwarzacz na naprawdę wymagających plikach. Co istotne, mimo ograniczeń samego Androida (który jest tu tylko jedną z możliwości, o czym poniżej), Zidoo napisało fw w taki sposób, by obejść rafy OS, pozwalając na cieszenie się pełnym potencjałem wbudowanej sekcji C/A oraz strumieniowania czy lokalnego grania muzyki. Nie ma zatem sztywnego ustawienia dla próbkowania na poziomie 48kHz, można odtwarzać w jakości redbooka (44.1), można spokojnie strumieniować z każdego możliwego serwisu streamingowego audio (także tych niszowych, o wysokich parametrach dźwięku!), tutaj w odróżnieniu od wideo nie ma żadnych ograniczeń (czekamy na wsparcie dla Youtube 4K z Dolby Vision oraz ewentualne dodanie Netflix-a …choć jak wspomniałem, ma to być jakościowy odpowiednik dobrego BD-playera, tyle że z plików grający), można sobie słuchać muzyki bez odpalania ekranu, wyświetlacza na przedzie, wszystko z apki lub interfejsu przeglądarki www. Warta podkreślenia, już na wstępie, jest doskonała kultura pracy – mimo aktywnego chłodzenia, sprzęt pozostaje cały czas cichy (można ustawiać w menu parametry pracy sys. chłodzenia), w praktyce całkowicie bezszelestny. Cóż, poprawiono ten element zdecydowanie względem testowanego X20Pro (obok mniej audiofilskiego, bardziej pod wideo UHD2000 należącego do poprzedniej gen topowych playerów Zidoo), który nie dość że potrafił być bardzo ciepły to jeszcze czasami był bardzo głośny. Jest naprawdę cicho i w trybie auto (który można spokojnie zostawić w ustawieniach na stałe) jest po prostu cicho. Ważne, szczególnie w aspekcie grania na tym klamocie muzyki. W trakcie testów siedział stary dysk talerzowy, tylko HDD był słyszalny – nowoczesne „twardziele” mają znacznie poprawioną kulturę pracy, nie mówiąc o bezgłośnych SSD (ale tu jednak więcej zapłacimy za GB, choć dzięki dwóm zatokom można pokusić się o hybrydowe rozwiązanie tj. SSD do muzyki / odtwarzania oraz HDD do magazynowania / wideo). W porównaniu z poprzednikiem zmieniono (poprawiono) właściwie każdy element konstrukcji – brawo – dopieszczając to, co albo kulało, albo po prostu można było jeszcze poprawić względem poprzednika. W kolejności: nowy, potężny SoC (cholernie ważne!), układ ESS9068 (szybsze przełączanie do trybu DAC, działanie w automacie tj. HDMI -> DAC zmienia nam ustawienia z mch na stereo i z powrotem bez konieczności przestawiania czegokolwiek! Przy czym S/N wyższy od tego, co oferuje ESS9038Pro), wreszcie kompletnie nowe PSU z nowym modułem chłodzenia (wiatrak w centralnej części chłodzi wszystkie elementy). Zwraca uwagę surowa, elegancka, minimalistyczna forma, grube aluminiowe ścianki frontu, to wszystko pozytywnie wpływa na odbiór całości zaraz po wyjęciu z pudła i ustawieniu na AV szafce.

Sumując wstępniaka, tak, ten player to dopracowany wszystkograj plikowy, który w ramach przyjętej koncepcji (wideo bez ograniczeń cyfrowo i audio na najwyższym poziomie w 2ch) nie pozostawia wiele do życzenia. Poniżej, w rozwinięciu uzasadnienie, wyszczególnienie paru baboli oraz – na koniec – apel do Zidoo dotyczący umownego „UHD4000″:

PS. Dobre wieści, proces certyfikacji właśnie z sukcesem zakończony dla modelu Z9X. Trwało to okrągły rok… nieźle! Widać, że dev bardzo skrupulatnie podchodzi do tematu i nie daje certyfikatu na piękne oczy! Odnośnie zrecenzowanego modelu, praca nad certyfikatem w toku, także na pewno sprzęt doczeka pełnego wsparcia Roon Ready. Pojawiła się zakładka partnera https://roonlabs.com/partners/zidoo …to świetna wiadomość dla użytkowników produktów marki Zidoo. Jak tylko model UHD3000 otrzyma certyfikat nie omieszkam wspomnieć.

» Czytaj dalej

Topping w dwóch smakach: D90 (AKM) & DX7Pro (ESS)

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_6087

Tym razem będzie porównawczo, z jednej stajni, ale jakże inaczej. Odmienne koncepcje budowy systemu. Z jednej strony słuchawkowa integra, cyfrowy pre DAC/AMP na ESS-ie, z drugiej „tylko” DAC, oparty na kości AKM. Wszystko w jednym, albo tworzenie rozbudowanego setupu, który bardzo się ostatnio u Toppinga rozrósł. Poza opisywanym D90, możemy obecnie rozbudować system o słuchawkowy, wyspecjalizowany, już wiem że rewelacyjny (będzie recnejza na HDO) wzmacniacz A90, a to jeszcze nie wszystko, bo właśnie niedawno zadebiutował taki rodzynek jak Pre90 – czysty, analogowy preamp (RCA/XLR), z czymś wybitnie oryginalnym (w takiej formie) tj. extenderem sygnału (dodatkowe I/O) tj. Ext90. To też przetestuję bankowo na łamach, bo z tego co wynika z pierwszych opisów nabywców (oraz recenzji, takich szczególarsko-profesjonalnych, jak to u Rumuna w zwyczaju ;-) ) mamy do czynienia z prawdziwą rewelacją. Każdy śledzący temat (wyczynowe parametry pomiarowe / świetne SQ) wie, że do niedawna niedoścignionym wzorcem miażdżącym konkurencje był Benhmark HPA4. Fajna rzecz, tylko że koszt 3k USD (znaczy jakieś 12k pln). Cóż, Chiny ataktują, żadnego repsektu nie czują. Mamy możliwość budowy toppingowego toru wyczynowego w oparciu o serię 90 i coś czuję, że będzie to prawdziwy hicior wśród bezkompromisowców. Także, jak wspomniałem powyżej, dwa odmienne podejścia do budowy systemu (integra wydaje się zawsze kompromisem, ale wcale nie jest to takie oczywiste, gdy weźmiemy pod uwagę choćby synergię i zmienne związane z łączeniem całości – nawet w najdoskonalszych, teoretycznie, klamotach brumienie, jakieś przydźwięki się zdarzają!). Niewątpliwie coś, co kosztuje poniżej 3k pln, coś co integruje wszystkie elementy toru poza drutem ze wzmocnieniem dla kolumn jest opcją bardzo kuszącą. Z drugiej strony możliwość rozbudowy setupu o rzeczy idące w jakości brzmienia – jeszcze – dalej (o czym zaraz, poniżej przeczytacie) dla tych, którzy szukają tej audio-nirvany, których nie zadowala bardzo dobrze, bo musi być wybitnie pewnie i tak zwrócą uwagę na „dzielonkę”. Bo seria 90 to właśnie zminiaturyzowany (bardzo dobrze!) sprzęt aspirujący do miana high-endu pełną gębą. To jest możliwe, wtedy gdy skala produkcji, gdy możliwości wytwórcze, mniejsze koszta pracy, zamknięcie w kompaktowej właśnie formie (duże, dużo kosztuje, znaczy budy), inżynieria na najwyższym możliwym poziomie (uczyć się, uczyć konstruktory z umownego Zachodu) spotkają się w jednym miejscu i czasie, gdy zacznie procentować doświadczenie wyniesione z bycia „fabryką świata”. Najpierw kopiowanie, potem własne usprawnienia i wreszcie usamodzielnienie. Topping czy S.M.S.L (a to tylko dwa przykłady z setek marek pisanych kanji). Chiny atakują, żadnego respektu nie czują, nie dają często szans tym, którzy wcześniej zlecali swoje w fabrykach Państwa Środka.

Kanapka

Wspominam o tym wszystkim nie bez przyczyny. Ostatnio jesteśmy, jak wspominałem na fanpage’u, zawaleni chińszczyzną. Wybieram to co już rozpoznałem, już wiem, że z gwarancją wysokiej jakości, ale – powiem szczerze – klęska urodzaju jaką obserwuje jest nie do ogarnięcia, nie do przerobienia, to tak jakby nagle w jakiejś dziedzinie zrobiło się z dziesięciu wiodących firm, setki, nie… tysiące nawet (nie przesadzam – wystarczy popatrzeć na całość branży vide IEMy… eksplozja, vide bezdrutowe audio… eksplozja, vide high-endy w każdej dziedzinie tej niszy… eksplozja O_o, i długo by wymieniać). Także musimy pogodzić się z tym, że na rynku rozbuchanego konsumpcjonizmu, gdzie rynek szczególnie azjatycki jest niebywale chłonny i nadal wydaje się być daleki od zaspokojenia, będziemy zawsze do tyłu z wszelkimi nowościami i pewne rzeczy przejdą nam obok. To normalne w przypadku takiego rozrostu branży. Zastanawiam się tylko nad tym jakie to będzie miało dalekosiężne skutki. Jakoś nie wydaje mi się możliwe produkowanie budżetowego HiFi przez „stare marki” audio. Tak, są to rzeczy i tak wyjeżdżające z chińskich fabryk, ale konkurencja azjatycka jest tak ogromna i tak dumpingowa cenowo, że to po prostu przestaje się na tzw. zachodzie kalkulować. Owszem, są tacy którzy idą pod prąd (Schiit Audio np) ale to wyjątki, reguła jest taka, że ceny rosną („stare marki”) przy czym nie zawsze za przysłowiową dychę dostajecie high-endy, bywa w porównaniu z chińszczyzną, że to coś o gorszych kompetencjach od odpowiednika, czy raczej od klamota prezentującego poziom o klasę, dwie a nawet trzy (!) wyżej. Śmiem twierdzić, że ten setup w całościowym wariancie (dycha) Toppinga z serii 90 będzie bardzo, bardzo trudno pokonać w zakresie 20, 30, a może i więcej tysięcy (Zachód). I to jest problem. Problem dla Europy, Antypodów, Ameryki Północnej, Japończyków czy Koreańczyków z południa… jak tu konkurować z kimś kto „dogonił i przegonił” a jeszcze (co gorsza) oferuje często, gęsto wsparcie miażdżące stare, zacne marki. Niestety w przypadku tego ostatniego aspektu mogę powiedzieć autorytatywnie: wparcie oferują Chińczycy, a reszta z wyjątkami rzecz jasna, ale nielicznymi, jest głęboko w jaskini i z niej nie wychodzi. Nie ma czego porównywać. Szybkość, pewność, know-how (co w sumie bardzo zawstydzające) to chińscy wytwórcy (generalizuję, ale nie bez powodu), też szerzej azjatyccy, a potem długo, długo nic. Ja tam kompletnie nie rozumiem i zawsze będę gardłował głośno, o takich pseudo firmach (w tym zakresie) jak szacowny Sennheiser, który nie jest w stanie wspierać w żaden sensowny sposób swoich produktów (słuchawki bezprzewodowe), który po prostu za każdym razem ośmiesza się poziomem niekompetencji, braku umiejętności naprawy ewidentnych błędów. A to tylko przykład wcale licznych wpadek wielu firm z branży, z idącym w dekady doświadczeniem, które powinny brać lekcję od Chińczyka, który od paru, parunastu lat raptem egzystuje na rynku. Wstyd.

Dobra, dość tych wycieczek, czas na porównanie dwóch podejść w ramach firmowego hajfaja wg. mnie zahaczającego śmiało (jakościowo) o poziom high-endowy, szczególnie przy uwzględnieniu segmentu słuchawkowego, do którego oba produkty się zaliczają (D90 nie bezpośrednio, ale formą biurkową, kojarzy się z biurkowo-słuchawkowym setupem). Zapraszam…

» Czytaj dalej

Test Final Audio Design D8000 Pro Edition – słuchawkowe 8 tysięczniki (cz.2)

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5089

Himalajska korona nie podlega zmianom, tu wszystko jest jasne: Mount Everest, K2, Kanczendzonga, Lhotse, Makalu, Makalu, Dhaulagiri, Manaslu, Cho Oyu, Naga Parbat, Annapurna, Gasherbrum I, Broad Peak, Gasherbrum II i wreszcie 14, zamykający listę ośmiotysięczników, szczyt - Shisha Pangma. Tu wszystko jest proste… chcesz zdobyć wszystkie, masz określony cel, jak nie zginiesz, drapiesz się aż do upragnionej Korony Ziemi. Ze słuchawkowymi szczytami nie jest tak prosto, nie jest tak, bo oczywiście pojawiają się coraz to nowe propozycje, ale też nie jest tak łatwo z tym „creme de la creme”, bo właściwie nawet trudno określić czym byłby hipotetyczny słuchawkowy Olimp, czy przez analogię, słuchawkowa Korona (tu i teraz, bo jak wyżej postęp, nowości, degradacje, fluktuacje, zmiany…)? Są ponadczasowe klasyki (Orfe, K1000, R10), są słuchawki, które stały się jakimś punktem odniesienia (ponadczasowo?), są – w danej grupie – naj, naj (japońskie elektrostaty Stax SR-009) …tak, to prawda – są takie, ale eksplozja słuchawkowego segmentu, jaka dokonała się w przeciągu półtorej dekady (mniej więcej od ugruntowania muzyki z sieci, jako nowego sposobu konsumpcji) właściwie uniemożliwia jakieś niekontrowersyjne zestawienie, podobnie do tych 14 najwyższych gór niezmienne, czy choćby na chwilę, hmmm, adekwatne…? Bo (stety) są na rynku propozycje lepsze od najdroższych (Susvarna doskonałym tego przykładem wg. mojej skromnej opinii – są lepsze i dużo tańsze słuchawki na rynku) i ciągle to się zmienia (choć w sumie, czy napewno?).

To po co ja w ogóle o tym piszę, po jaką cholerę się silę na takie bezproduktywne, bezsensowne porównania? Otóż, moi drodzy, dla zabawy. Te czternaście slotów to takie moje słuchawkowe naj, naj, naj. Przy czym od razu, na wstępie, mówię wprost – w odróżnieniu od 8 tysięczników, to tutaj buzuje, zmienia się, czasami wszystko wywracam do góry… by potem wrócić do punktu wyjścia ;-) . Mój prywatny ranking, korona słuchawkowa, coś – dla słuchawkowego freaka – co może być jakąś wskazówką, albo (jeszcze lepiej) powodem polemiki, wygrażania wirtualną piąchą (ale jak to, że nie ma tych, no… !), głośnego „ALE CHYBA SIĘ SZALEJU NAŻARŁEŚ ” (…a gdzie szczytowe AT? Gdzie Fosteksy? itd itp). Znaczy dokładnie tak, jak to z wszelkimi rankingami bywa. Także Korona Ziemi to ładne, ale trochę chybione z definicji nawiązanie, znam takich, którzy kolekcjonują i dążą do „zdobycia” wszystkich upragnionych „szczytów”, oj znam. Szanuję i współczuję. I rozumiem świetnie. ;-) To taka zabawa właśnie, do której zapraszam Czytelników, bo jak wiadomo każdy ma swoje typy, swoje „ale wiesz, to jest mój dźwięk, za te to bym się normalnie pokroił” i będzie mógł poprzewracać listę najwybitniejszych, najwspanialszych, bo ma… zupełnie, czy mocno odmienną „the best off”. U mnie, obecnie, wygląda to tak:

1. HiFiMAN HE-1000 SE
2. FAD D8000 Pro Edition
3. Abyss AB-1266 Phi CC
4. Meze Empyrean
5. HiFiMAN Arya
6. Focal Utopia
7. HiFIMAN HE-6SE 
8. Audeze LCD-3
9. Mr. Speakers Ether Flow C(losed)
10. Sennheiser HD-650 (mod.; mid-stock) 
11. HiFiMAN Sundara
12. HiFiMAN HE-400 (rev. 2)
13. Brainwavz Alara
14. AKG K701

Kolejność nieprzypadkowa (patrz pierwsze zdanie), wszystkie są wybitne, niektóre absolutnie genialne, każda słuchawka z osobna to (poza wymagającymi specjalnych warunków like K701 na końcu listy) miód. To moja, ofc bardzo subiektywna, bardzo, lista czternastu „ośmiotysięczników”. To jest to, co udało mi się na tyle dokładnie (minimum miesiąc, z wyjątkiem Abyssów… tu jednak było parę naprawdę długich sesji, także porównawczych sesji) obadać z kilkuset modeli obejmujących wszelkie technologie, poziomy cenowe, generalnie rzeczy do kupienia bez problemu, nawet jeżeli już nieprodukowane (HD-650… bo jest tego na kopy, uwaga na różnice vide czas produkcji), że mogłem sobie pozwolić na stworzenie takiej, osobistej, listy właśnie. Wielu używam na co dzień, wiele spędziło u mnie kwartał, a nawet dłużej było słuchanych (dziękuję za wyrozumiałość producentów / dystrybutorów btw). Trójcy tutaj nie ma z powodów oczywistych – bo to rzeczy dla antykwarycznych kolekcjonerów tylko, także bez prawa wstępu do tego, co normalnie „osiągalne”. Kontrowersyjne? Zawsze tak będzie, bez względu na nasze osłuchanie, doświadczenie, bo to moje, nie Wasze uszy i moje upodobania. Jak wspomniałem – zabawa – ale też pewien, dość określony, wiele mówiący o nas samych (o kimś, kto ma TAK, a nie inaczej) wybór tego, z czym można by spędzić np. wielotygodniową kwarantannę (na czasie), bez opcji opuszczania domostwa (pilnujcie się! Nikt tu nie przesadza, mamy problem, poważny, także siedzieć na czterech literach i słuchać! :) ). Aha, to że planarów tyle, to nie przypadek (wpisuje się to w moje poszukiwanie najlepszej reprodukcji dźwięku na uszach), zaś brak elektrostatów to również rzecz nieprzypadkowa (brakuje im, generalizując, tego, co w reprodukcji dźwięku jest dla mnie niezbywalne, konieczne, by przykuć).

Ehh, gdyby tak jedne i drugie… cóż, nerek by nie starczyło

No fajno, fajno, ale miało być chyba o najnowszych, flagowych FADach? No i jest, przecież jest jak najbardziej. Zdradziłem finał? No oczywiście, tradycyjnie, wszystko wypaplam na wstępie, no znaczy nie wszystko, tylko konkluzję, właśnie – finał – zdradzę. Także, jak kogoś męczy, może już sobie resztę darować (skupiając się na dźwiękach, jakie wydobywają się z jakiejś zacnej muszli), a Ci, którzy jednak z miłą chęcią to wyjaśniam powody tak wysokiego umieszczenia tych słuchawek w swoim rankingu w rozwinięciu. Wspomnę tylko jeszcze, że pierwszy wariant D8000 nie załapałby się, albo też okupowałby ostatnie miejsca na liście 8 tysięczników (nie, nie załapałby się)… tamte słuchawki nie zwróciły mojej uwagi, były bardzo inne, a przecież to tylko kwestia strojenia TYCH SAMYCH przetworników. Porównanie jakiego dokonałem na spokojnie w domowych pieleszach (wcześniej, jako wskazówka, było kilkadziesiąt minut z wygrzanymi egz. na AVS 2019) utwierdziły mnie tylko w tym, że od szczytów do przepaści krótka droga (w sensie, że coś nas chwyta i zachwyca, a coś przechodzi …bez echa, zupełnie bez). Im więcej, tym większe wątpliwości, tym wszystko staje się coraz bardziej… nie wiem… względne? Może to właśnie to, może w tym zalewie propozycji, produktów na kopy, powinniśmy sami sobie powiedzieć (w końcu) pass? Lepsze wrogiem dobrego? Niestety, na nasze nieszczęście, tak to w tym hobby nie działa. To może inaczej – jest mój dźwięk, tylko to, jak pożądliwie wracam do efektora, to już jest TO i po co w sumie drążyć? Ehh można tak się kręcić, próbując złapać ogonek, jak moja kotka Yuki, która z uporem goniła sama siebie, no można tak. Dobra, dość bablania, czas na konkrety.

FADy D8000 Pro Edition są tak dobre, bo…

» Czytaj dalej

GUSTARD X26PRO i dalej nie szukasz. High-end w dumpingowej cenie.

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_7599

Tytuł trochę, bardzo zdradza zawartość artykułu? Nie szkodzi. To jest tak dobre, tak wybitnie dobre, że nie ma co silić się na zgadywanko-zajawki, nie ma sensu owijać w bawełnę, trzeba to sobie powiedzieć wprost. To NAJLEPSZY DAC DELTA-SIGMA jaki PRZETESTOWAŁEM NA HDO! W każdym, dotychczas sprawdzonym u nas, nawet tak doskonałym jak flagowiec Matrix-a dało się usłyszeć charakterystykę, typowe cechy zamontowanego układu. Czy to ESS czy AKM zawsze, ale to zawsze grało to z jakąś manierą. Nie mówię, że to przeszkadzało, czy było złe, ale też w jakiś sposób ograniczało danego klamota, który nie mógł wyjść poza „schemat”. Tu jest inaczej. Ludzie, serio, tu jest inaczej, ten DAC, mocarny GUSTARD, gra po swojemu i gra nieprawdopodobnie dobrze. To jest dźwięk absolutnie i bez żadnych „ale” topowy, nie mam wątpliwości, że wszystko co kosztuje te 1500 USD x 2, 4, 8… będzie grać może inaczej, ale NIE LEPIEJ. Tak to widzę, bo poza doświadczeniami stricte testowymi na HDO, miałem sposobność słuchać rzeczy obrzydliwie drogich i patrząc po kątem wyłącznie konwersji C/A było inaczej, ale szczerze – nie wartościowałbym, porównując do tytułowego klamota, bo mógłbym po prostu się mylić. Na niekorzyść X26Pro, oceniając że ten inny „a jednak”. To wszystko tyczy się – oczywiście – konstrukcji Delta Sigma, bo z atakującymi ponownie rynek alternatywami (mhm, mam tu na myśli głównie R2R) sprawa wygląda następująco: to dwa różne sposoby pokazania piękna muzyki, inne, ale równie angażujące, równie znakomite, tyle że właśnie inaczej. Także trudno to wprost porównywać, po prostu będą tacy, którzy wybiorą przetwornik D/S, będą też inni, dla których to alternatywne będzie ciekawsze. Przy czym – co istotne – flagowy DAC Gustarda dzięki unikalnej charakterystyce, swojej charakterystyce, wypada gdzieś pomiędzy, moim zdaniem łączy cechy, gdzieś tam bardziej kładzie akcenty, ale w ogólnym rozrachunku może być świetnym wyborem dla kogoś kto… nie potrafi się zdecydować.


Klasyczny wygląd, na razie nic nie zdradzający (nie zdradzający kompetencji, znakomitej zawartości). Jest schludnie, ascetycznie, ot kawał audio klamota

Przystępowałem do testu myśląc sobie – ot, kolejny, topowy DAC oparty na ESS, co prawda tutaj wyjątkowo na bogato, bo 2 kości, własne patenty (o których za chwilę, przypomnę zajawkę, gdzie się trochę nt. rozwodziłem), także pewnie bez zaskoczenia. O jakże ja się myliłem i z pokorą muszę przyznać, że chińska elektronika dzisiaj, już nie opierająca się na kopiowaniu, czy jakimś szablonie, a własnych, często nowatorskich, zupełnie autorskich rozwiązaniach, potrafi nieźle zaskoczyć. To właśnie przykład innego podejścia, nie sztampowego, kiedy każdy kolejny DAC, nawet na wypasie, brzmi w sposób zbliżony, typowy, taki spodziewany. Tu jest niespodzianka i to jaka! Jakiego kalibru ta niespodzianka? No wielkiego zdecydowanie. Widzicie te zachwyty? Zazwyczaj na wstępie nie zdradzam, a nawet jak zdradzam to i tak od razu wzmiankuję, że co prawda to świetna rzecz, ale… no właśnie, ale nie bez wad. No to powiem Wam coś – mimo najszczerszych chęci, mimo wrodzonej wredoty, mimo doszukiwania się dziury w całym, nie byłem w stanie po raz pierwszy w historii HDO znaleźć choćby jednego minusa*. Nie ma, kurde, no nie ma ani jednego! X26Pro to maszyna, która od A do Z realizuje ambitną wizję projektanta, gdzie nie ma żadnych elementów zbędnych, żadnych kompromisów, żadnego odpuszczenia sobie. Miał być flagowy DAC po swojemu i jest flagowy DAC po swojemu, zdecydowanie wyróżniający się na tle WSZYSTKICH konstrukcji D/S na rynku. Nawet tych za dziesięciokrotność sumy, za jaką go wołają. Właśnie, cena, to jest coś czego do tej pory nie potrafię sobie zracjonalizować. Dlatego mowa w tytule o dumpingu, bo przecież za 7 tysi  (sic!) to można kupić ogólnie bardzo dobre urządzenie, ale żeby wybitne? Albo inaczej, żeby te docelowe i wyróżniające się zdecydowanie w swoim segmencie na tle wszystkiego co na sklepowych półkach? No to już chyba lekka przesada, co nie? A tu właśnie z tym mamy do czynienia. Nie wierzę, po prostu nie wierzę, by ktoś kto to sobie posłucha, nawet w bardzo, bardzo wysokiej klasy setupie kolumnowym czy słuchawkowym nie cmokał z zachwytem. Może pozostanie przy swoim (np. Terminatorze ;-) ), ale będzie z pewnością pod ogromnym wrażeniem i może nawet trochę smutno mu się zrobi na myśl, że na tego tam wydał 3-4 razy więcej, albo i jeszcze więcej. Niesamowite!

* mógłbym krytykować za płytkę miniCD dołączoną do zestawu (bo kto dzisiaj ma czytnik?), ale od czego sieć (nawet jak trzeba trochę poszperać na stronkach, link btw na dole daję, poprawcie to btw!) i nie ma to żadnego wpływu na ogólną ocenę. Cóż, minusów nie ma, nic nie poradzę ;-)

 

» Czytaj dalej

Sonos przenośnie, Sonos stacjonarnie: Move & Port

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_6522

Współpraca ze znanym producentem mebli (wycieczki rodaków jak do kościoła, albo i lepiej) na razie nie przyniosła jakiegoś ogromnego przełomu w implementacji audio w nowocześnie zaprojektowanych wnętrzach. Za moment pojawią się w ofercie IKEA nowe sonosowokompatybilne produkty, może w końcu chwyci? Niewątpliwie jest taka potrzeba, bo jak wiadomo, mieszkanie, dom z katalogu to mieszkanie, dom bez tradycyjnych paczek, klamotów – te, zdaniem projektantów, marketingowców po prostu nie mają racji bytu i cóż… to kształtuje świadomość konsumentów, nie oszukujmy się. Dlaczego zaczynam od mebli, od IKEA? Przecież bohaterami wpisu nie są produkty szwedzkiej sieci, a sonosowe głośnik oraz streamer, także o co ci chodzi człowieku, hę? Już się tłumaczę. Dla Sonosa i ta współpraca i w ogóle cały pomysł na własny ekosystem, multiroom zasadza się właśnie na „zniknięciu” klamotów grających, takim ich dopasowaniu do wnętrza, by instalator / projektant nie miał problemu z tym „audio”, bo ono mu po prostu się wtopi i nie zaburzy (czegoś tam). Oba produkty wpisują się w to bardzo, podobnie jak sonudbary, płaski, wsuwany pod kanapę (np) sub bezprzewodowy rzecz jasna, jak instalacyjne głośniki zaprezentowane dwa lata temu itd itp.

Port to maluch, następca Zone Playerów (aka Connect-ów), fantastycznych skrzynek, które zdobyły niemałą popularność, szczególnie w USA, stając się właściwie synonimem (i zarazem pierwszą generacją, wespół z Squeezebox/Slim Devices, strumieniowców w domach) bezprzewodowego przesyłania muzyki  z siecii jej odtwarzania w domowych pieleszach. Skrzynka jest serio bardzo niepozorna, właściwie to mały kawałek czarnego plastiku wielkości AppleTV (nowszej gen) i jak produkt jabca można to, to spokojnie schować gdzie-bądź, kompletnie nie przejmując się umiejscowieniem tego czegoś. Ktoś zapyta zaraz, ale hola, hola to przecież następca ZP, znaczy pod „tradycyjne audio” dłubany, to o co do diaska autorowi chodzi z tym znikaniem? Otóż, owszem, można skrzynkę wykorzystać tak właśnie, integrując nieSonosowe z sonosowym ekosystemem (jak AMP – tu faktycznie pod tradycyjne paczki to, to pomyślane, bo przecież integra, wzmacniacz), ale to wcale nie musi być klasyczny setup oparty na dużych kolumnach.

Obecnie rynek wręcz przesycony jest rozwiązaniami, które mają wyrugować tradycyjne HiFi, jest w czym wybierać… czy to wspomniane projektory dźwiękowe, czy aktywne, bardzo kompaktowe, bezprzewodowe systemy nagłośnieniowe (tak, Sonos był tu poniekąd prekursorem, teraz jest tego na pęczki w różnych odmianach). Można zatem integrować analogowe, cyfrowo wyprowadzać, albo analogowo wyprowadzać sygnał z Port(a) i cieszyć się obsługą całego audio za pośrednictwem jednej z najlepszych aplikacji do zawiadywania strumieniami (praktycznie wszystkimi możliwymi) z Internetu oraz administrowaniem, nawet bardzo rozbudowanym systemem, w sensie wielopomieszczeniowym setupem, obejmującym wiele stref, gdzie wszystko może grać, bez względu na fizyczne umiejscowienie „w chałupie”. Podoba mi się forma, mniej natomiast podoba mi się wyposażenie skrzyneczki, o czym dalej. Paru rzeczy wg. mnie ewidentnie tu brakuje, ale o tym w rozwinięciu będzie. Można też zadać już na wstępie pytanie – czy to powinno tyle kosztować? Szczególnie w porównaniu z dużo bardziej funkcjonalnym, wspomnianym AMPem (o ile, ofc, chcemy zabawę jednak w HiFi klasyczne). Bo Port w takiej formie będzie sprawiał pewną trudność dla szlachetnych minimalistów (paczki, klamoty won), a znowuż jako element spinający nieSonosowe z sonosowym ma bardzo dużą, sporo tańszą, konkurencję. Owszem, chodzi o ekosystem, ale na końcu i tak jest play z jakiegoś serwisu. Także kalkulacja to coś, czego nie da się tutaj pominąć.

Z Move sytuacja jest też dość nietypowo-oryginalna. Duże to, ciężkie to, właściwie można tu mówić o tradycyjnym dla Sonosa głośniku bezprzewodowym (maksi, nie mini) uwolnionym od kabla prądowego. Znaczy przenośny, tak, ale jednak stacjonarny. Stacjonarny, bo taki duży, ciężki głośnik trudno uznać za w pełni mobilny, a raczej właśnie wielostrefowy, ale w sensie że przemieszczający się po mieszkaniu, a jeszcze lepiej domu, tworzący ad hoc nowe strefy, gdzie chcemy żeby nam zagrało. Może to być ogród, patio, balkon, miejsca w których słuchamy okazyjnie itd. W takich okolicznościach ten głośnik ma sens i stanowi ciekawe uzupełnienie oferty. Move jest na tyle ciężki, że o jego przenośności na dłuższe dystanse niż kilka/kilkanaście metrów możemy mówić tylko w sytuacji zastosowania jakiegoś środka lokomocji. Można, na upartego, wyobrazić sobie przenoszenie z odtwarzaniem (via BT oczywista) niczym boomboks ala so’80, w retro stylu, ale to jednak będzie odczuwalne (zmęczenie da o sobie znać). Dodatkowo problematyczne może się okazać stosunkowo nie za długi czas odtwarzania via wbudowany aku. Także to takie – tak to widzę – uzupełnienie dla reszty, gdy chcemy coś na zewnątrz (w pobliżu domu/mieszkania), albo po prostu przenosić w domu swobodnie, tworząc nowe strefy z muzyką. To ma sens. Move jest duży (gabarytowo w porównaniu z konkurencją wręcz przerośnięty… stąd nowy, nomadyczny Roam w ofercie). Siak czy tak, dzięki bezdrutowości (całkowitej) rzecz wpisuje się w to, co w pierwszym akapicie stoi. Jako element „niezobowiązujący”, często znikający z widoku to takie audio, które jest, ale jakby go (fizycznie) nie było. O dźwięku za moment napiszę więcej, we wstępniaku tylko wspomnę, że może grać w dużych pomieszczaniach, bardzo dobrze sobie radzi w otwartej przestrzeni (na zewnątrz).

No dobrze, to przejdźmy do szczegółów może…

 

» Czytaj dalej

Absolutna nowość: S.M.S.L DO200 czyt. 2 kości ESS9068 pod jednym dachem

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_8694

Kolejny z fabryki świata klamot, tym razem absolutna nowość, można śmiało napisać światowa premiera, najnowszy przetwornik cyfrowo-analogowy dobrze nam już zapoznanej firmy S.M.S.L – DO200. Kolejny DAC? Ktoś powie: meh, ile tego ostatnio, co w tym interesującego? Otóż, moi drodzy, całkiem sporo, bo rzecz jest niebanalna z paru powodów i warto się nad tą nowością pochylić. Po pierwsze to zdaje się póki co jedyna taka, znaczy premierowa konstrukcja oparta na dwóch najnowszych kościach ze stajni ESS. To potężne (o czym zaraz) procesory dźwiękowe, nie tylko układy konwertujące sygnał cyfrowy do postaci analogowej, wyposażone w bardzo rozbudowane (jak wspomniałem, za moment napiszę o tym więcej) DSP (układ wspomagająco-zawiadujący to dobrze nam znana kość ARM Altera MAX, tu w nowej wersji „2″, zamontowana na płytce… zresztą widać tam jeszcze jeden tajemniczy koprocesor ARM na PCB). Już nie tylko filtry, ale także różne tryby pracy z tworzeniem określonego efektu (żar lampy, szkiełko i oko itd) uskutecznianego w czasie rzeczywistym, do wyboru w menusach. I jest tego naprawdę sporo i jest to naprawdę coś, co zmienia (w odróżnieniu od przebiegu sygnału, prostych filtrów cyfrowych) brzmienie całego toru, nie subtelnie, a konkretnie. Coś zaimplementowanego na poziomie konwertującego krzemu i wspierającego krzemu (wyżej wymieniony proc ARM), znaczy tytułowych dwóch ESS9068AS, każdej jednej pracującej osobno na kanał. Będzie o tym sporo w recenzji, bo to nowe podejście, nowe w tym sensie, że do tej pory DAC po prostu konwertował (ewentualnie w niewielkim stopniu mógł kształtować w zależności od wybranego filtra brzmienie), a za zabawę w DSP odpowiadał zewnętrzny software, zazwyczaj komputer, PC, dużo rzadziej jakiś wyspecjalizowany procesor dźwiękowy. Tu jest – jak widzicie – inaczej. Aha i jeszcze jedno (a nawet nie jedno ;-) ) – to bardzo kompaktowa konstrukcja (dużo mniejsza od innych innych, opartych na podwójnych kościach C/A, klamotach), znaczy wymagania termiczne (nowy proces / wymiar technologiczny odnośnie zastosowanego krzemu) niższe, wzrost mocy obliczeniowej wyraźny, dwie nowe 9068 w sprzęcie kosztującym… 550€ (!) I już samo to byłoby dobrym powodem, by bliżej się z tą nowością zapoznać, a to dopiero wstęp do innych rzeczy, które lądują w audio klamotach po raz pierwszy (a całościowo w jednym produkcie, bo takiego combo jeszcze nie mieliśmy).


(full) MQA DAC

Już piszę o co chodzi. Mianowicie o MQA chodzi. Tak, jasne, MQA – moje stanowisko w sprawie origami nie zmieniło się ani na jotę, można na HDO poczytać o tym, jak to widzę (słyszę) w mocno krytycznych wpisach, ale nie o tym tutaj, tylko o pierwszej takiej konstrukcji, która jest godna nazwy: MQA DAC. Pierwszy raz wsparcie dla origami dotyczy (niemal) wszystkich interfejsów, jakimi dysponuje opisywany przetwornik. Można zatem słuchać via SPDIF, można podłączyć jakiś transport płytowy obsługujący MQA CD (korci, by napisać co o tym sądzę, ale to w recenzji będzie, nie tutaj i na marginesie), bo też takie ustrojstwa są przewidziane, znaczy pojawią się na rynku! Japończycy eksploatują temat, bo u nich miłość do fizycznego (nośnika) wiecznie żywa, znaczy to akurat nie dziwi, ale ma się globalnie na rynku pojawić odpowiedni napęd, czytnik, zdolny do odtwarzania takich treści. I choć pełne dekodowanie MQA nie będzie nawet tu, w DO200, możliwe via BT czy I2S (I2S zrealizowanego typowo, na złączu HDMI, z pełną możliwością dopasowania pod źródło, za co brawa, bo to niestandaryzowane, problematyczne rozwiązanie jak pamiętamy), to jest to pierwszy taki produkt, który w najpełniejszy i w najbogatszy sposób wspiera origami audio. Pełne odpakowanie i zdekodowanie w skrzynce, bez konieczności stosowania żadnego zewnętrznego kodeka, mocy przetwarzania (transport cyfrowy), wszystko odbywać się tu będzie w klamocie, nie tylko via komputerowa magistrala (jak to do tej pory praktykowano). Także upragnione przez niektórych zielone, albo niebieskie diodki przy streamie, pliku MQA w przypadku DO20o jak najbardziej, z wyświetleniem na displeju danych dotyczących odpakowanego pliku.

Absolutna nowość, dzisiaj globalna premiera, jest już u nas i się testuje…

Kompletne wyposażenie jw plus dwie najnowsze kości C/A osobno na kanał plus możliwości i pomierzone parametry…

No ładnie, to może już starczy tej wyliczanki „po raz pierwszy”? Cóż, to jeszcze nie wszystko, co jest tu warte wyszczególnienia i na co podczas testów zwrócę uwagę. Bardzo ważną rolę odgrywa tutaj kość XMOS 216… ten procesor dopiero pod najnowszymi ESS (które zamontowano w DO200) rozwija w pełni skrzydła, wspierając dekodowanie sygnału via USB (co oczywiste), ale także via SPDIF (co jest nowością), oczywiście oferując także obsługę DSD (poza BT) na wszystkich interfejsach, w trybie DoP jak i Native. No właśnie interfejs SPDIF (zarówno elektryczny, jak i optyczny oraz symetryczny AES, bo tego też tutaj nie pominięto) może działać w specjalnym trybie procesingu, kiedy to wspomniana kość XMOS wspomaga pracę całego układu dekodującego sygnał w przypadku wymagających zadań tj. MQA oraz DSD (DoP). W trybie normalnym, za przetwarzanie odpowiadana tradycyjnie kostka DIR zamontowana na PCB. Pierwszy raz widzę takie coś, otwiera to drogę do ujednolicenia obsługi różnorodnych typów sygnałów, wybór I/O bez konieczności pójścia na kompromisy, wybór podyktowany wyłącznie własnymi preferencjami (okablowanie, rodzaj źródła, czy po prostu „na ucho to brzmi mi lepiej”). Do tego dochodzi najnowszy chip Qualcomm-a obsługujący sinozębnego (BT: aptX HD, LDAC, AAC – komplet), precyzyjny zegar, znakomite wzmacniacze operacyjne – opampy w liczbie 5 podwójnych układów OPA1612A, kostki WIMA, własny niskoszumny zasilacz 12V (w środku, nie na zewnątrz, mimo kompaktowej budowy), precyzyjna, osobna dla lewego i prawego regulacja napięcia… ktoś tu mocno się postarał, a przecież mówimy o budżetowym przedziale, nie żadnym „high-endzie”. Rzecz jasna wychodzimy na świat za pośrednictwem symetrycznego, jak i niesymetrycznego duetu wyjść. Całość układu jest dobrze odseparowana, chroniona przed interferencjami, ekranowana, wszystko świetnie spasowane, wykonane bez zarzutu. W komplecie RC (dedykowany… w pilocie btw jest nawet możliwość dowolnego przypisania funkcjonalności pod przycisk funkcyjny – fiu, fiu), także da się z poziomu kanapy, inaczej za pomocą enkodera – bo też, o czym wspomniałem, jest możliwość ustawienia skrzynki w trybie stałopoziomowym, jak i pre. Tylko 1.2 kilograma wagi, a tyle potencjalnego dobra i zaawansowanej technologii (bardzo bogate możliwości ustawień, np. pętla DPLL w 15 krokach, w ogóle ten DAC kojarzy mi się bardziej z procesorem dźwiękowym, a nie prostym przetwornikiem C/A).

 

No, no, to już nie DAC, a bardziej audio procesor

Na koniec jeszcze o dwóch rzeczach, o których muszę wspomnieć, bo to też w sumie rzadki przypadek (w DACach bardzo rzadki) żeby dało się upgrade zrobić. Ten DAC da się aktualizować, znaczy cała ta najnowsza elektronika, układy w środku gotowe będą na to, co przyniesie przyszłość. Druga rzecz to niesamowite wprost (jeszcze lepsze od znakomicie wypadających w pomiarach poprzedników) rezultaty tego klamota w mierzeniu parametrów. Specyfika to jedno, a pomiar to często drugie. Czekam na potwierdzenie na niezawodnym ASR tych wyników, bo to wygląda szokująco wręcz dobrze. Czyżby pierwszy produkt, który osiąga faktyczne ~ 23-24 bity w pomiarach? Oczywiście pomiary to jedno, a jak brzmi to niekoniecznie to samo (znaczy, że dobrze, czy wyśmienicie jak w cyferkach). Zdam dokładną relację z odsłuchowych bojów, tym razem jeszcze przed połową listopada wyląduje pełna recenzja tego ultra nowoczesnego DACa.

Takie małe to, a z taką ilością zaawansowanej audio elektroniki pod kurek w środku. Dwie kości (nie mobilne!) w małym, kompaktowym. Idzie nowe…

Stay tuned…

» Czytaj dalej

Z fabryki świata: lampiszonowy AOSHIDA & Dilvpoetry DAC DT-1

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_8645

Przyleciało z tytułowej fabryki świata, owoc kooperacji jednego z największych resellerów chińskiego audio (AOSHIDA) z firmą celującą w tanie, budżetowe = Dilvpoetry. W przypadku tytułowego DT-1 to topowy produkt tej manufaktury, bardzo pod kurek wyposażony, o czym za chwilę, z paru względów nietypowy. Patrząc na dotychczasową działalność, katalog widać wyraźnie dwie rzeczy: klamoty jako żywo przypominające boksy Pro-Ject oraz mamy tutaj silne ciągoty do stosowania lampek w swoich produktach. Do tego rzeczy nietypowe, jak małe wzmacniacze tranzystorowe pod kolumny z wbudowanym preampem gramofonowym przykładowo. Analog to tu, to tam, choć w przypadku DAC DT-1 jednak cyfra przede wszystkim, ale w żarze palących się stale 6N3 (kontrowersyjne, bo można wyłączyć lampy z toru, ale świecić się będą nadal – estetycznie na plus, żywotnościowo na minus). Można spokojnie jakieś NOSy sobie zaaplikować w miejsce firmowych no-name’ów (z bieżącej, chińskiej produkcji)… głównie radzieckiej produkcji (6H3x), ale mogą też być zamienniki od RCA czy GE (bańki oznaczone jako 5670W). Innymi słowy można pobawić się w strojenie brzmienia za pośrednictwem front stage’a, modelować dowolnie sound, dzięki opcji bańkowego bufora. Przy czym, jak wyżej, można to, to też wyłączyć. Siak czy tak na wstępie widzimy lampy i wokół lamp będzie się tu brzmienie kręcić.

Małe to, kompaktowe to, jak wspomniałem, z własnym, oryginalnym patentem wzorniczym. Początkowo byłem sceptyczny, szczególnie odnośnie guzików „w romb” ułożonych na froncie. Im dłużej to stoi na biurku tym bardziej te zaokrąglenia w górę ścianek, ta fala przezroczystego, odbijającego szkiełka z przodu, skrywająca OLEDowy mini display, z górującymi bańkami na górze… się podoba. Harmonijne i oryginalne to, choć – rzecz jasna – wszystko jest kwestią gustu, ktoś może zaprotestować, mówiąc „typowo azjatyckie dziwactwo” i cóż, też tak początkowo miałem. Miałem, ale zmieniłem opinię, ten maluch prezentuje się bardzo przyjemnie, a wspomniany wyświetlacz charakteryzuje się doskonale widoczną symboliką, na ekraniku zobaczymy źródło / taktowanie oraz dwa wskaźniki poziomu: graficzny (linia) oraz cyfrowy. Przy czym przy zmianie jeszcze ta cyfra nam się zapali w dużym rozmiarze na froncie przez chwilę. Jak nam święcące przeszkadza, można to, to wygasić i wtedy dzięki patentowi ze szkłem wkomponowanym w czarną, alu ściankę, nie będzie śladu po wyświetlaczu. No ładne to. Na froncie bateria jacków, przy czym jest nie tylko 6.3mm ale także balans jest, w wariancie nowoczesnym, znaczy 4.4mm, wkomponowane na froncie i – co warto podkreślić – zasilane przez dwa niezależne, pracujące każdy z osobna na kanał, układy wzmacniające TPA 6120A2. W balansie możemy liczyć aż na 2W mocy (przy 32 ohm)! Klamot jest zdolny do pracy w dwóch trybach – tylko hp albo hp z wyjściami RCA dla końcówek / integr… gdyby zachciało nam się łączyć opisywanego z np. kolumnowym torem. Pewnie wolałbym z przodu ujrzeć klasyczny potencjometr (względnie enkoder, choć tutaj mógłby być właśnie potencjometr), oparty na gałce, ale jak się okazało te klawisze pozwalają na sprawną zmianę poziomu o 1db (od 0 do 99), jedyne do czego można się zatem przyczepić to brak możliwości szybkiej zmiany o większe wartości… trzeba się naklikać.

Czymś wartym odnotowania jest natywnie pod tę konstrukcję opracowany RC. Pilot nie jest mulitsystemowy, tylko wyłącznie pod DAC DT-1 robiony i muszę przyznać, że projektant wywiązał się na medal tworząc zdalne sterowanie dla klamota. Jest tu wszystko i bez patrzenia (ergonomiczny układ, różne, wydzielone strefy, różne wielkością oraz kształtem klawisze – no, no!) można sprawnie obsługiwać sprzęt, od szybkiej zmiany źródeł na kółku począwszy, lub zmiany w krokach, po ustalenie sposobu pracy (pre, lub tylko hp) z centralnego klawisza „wokół” źródeł (logiczne, nie?) po długi prostokąty prawo / lewo włącz/wyłącz bańki, klawisze potencjometru i wreszcie, samotnego na samym dole guzika do wyłączenia wyświetlacza. Aż dziwne, że w aż tylu produktach ten element kompletnie leży, szwankuje, bo albo jest tylko częściowo dostosowany do danego urządzenia, albo jego ergonomia woła o pomstę, bywa też po prostu nie kompletny (i trzeba ruszać cztery litery by coś zmienić np za pomocą enkodera). Także duży plus za to i nie jest to rzecz pomijalna, bo z frontu zmienimy poziom oraz w pętli wybierzemy źródło, włączymy/wyłączymy klamota i to tyle. Także pilot przyda się i fajnie, że jest tak dobrze zaprojektowany.

DT-1 oparto na kości ESS9038 w wariancie mobilno-kompaktowym, znaczy Q2M. To Sabre znaczy wyczynowo w rozdzielczość, wyczynowo w dokładność, ale niekoniecznie muzykalnie, niekoniecznie obficie, niekoniecznie łagodnie, a nawet przeciwnie do łagodnie. Mamy wspomniane lampki 6N3 w gniazdach, albo wymienione wyżej zamienniki, bańki zainstalowane w klamocie nie bez przyczyny i nie bez planu. Ma być inaczej niż w typowej aplikacji ww kości ESS, umownie ma się brzmienie ułagodzić, zmiękczyć, ocieplić, przejść transformację z bardziej cyfrowe, w bardziej analogowe. Mogę po pierwszym tygodniu powiedzieć tyle, że czasami pod załączoną bańką brumi, a jak wyłącze to jw i tak się lampki żarzą i choć sygnatura nieco nam się w obu stanach różni (on/off), to nie są to jakieś wielkie różnice. Także rozumiem zamysł twórców, chęć uprzyjemnienia dźwięku z cyfrowych źródeł, ale na razie mówimy o subtelnościach. Planuję wymianę baniek z dostarczonego duetu, na radzieckie NOSy, zobaczymy czy i jak zmieni się sound. Co ciekawe, gdy przejdziemy na czysty tranzystorowy, to po zmianie sposobu pracy z hp lub RCA (w auto), na hp/pre razem, następuje większa zmiana (w brzmieniu), niż po włączaniu / wyłączaniu samych lampek. Opiszę dokładniej w recenzji, będzie to uzupełnione o wspomniane, zaaplikowane w podstawkach lampowych i się zweryfikuje co tu bardziej i jak wpływa na dźwięk.

Dobry układ z bardzo dobrym interfejsem pod komputer XMOS208 oraz wspomniane, dwa oddzielne na kanał, wzmacniacze pod słuchawki to jeszcze nie wszystko co przewidziano w opisanym w pre-recenzji urządzeniu. Zdecydowano użyć najnowszej, najlepszej kości do obsługi interfejsu bezprzewodowego. BT jest w wersji 5.0 i jest oparty na wszystko potrafiącym CSR8675. Mamy tutaj komplet: soniaczowy LDAC oraz aptX HD (24 bit) plus bardzo rzadko spotykamy aptX LL. Ten ostatni przyda się tym, którzy będą chcieli podrasować sobie dźwięk w scenariuszu uwzględniającym DT-1 pod kino, multimedialną rozrywkę. Przesłanie dźwięku o minimalnych opóźnieniach albo maksymalnej jakości w sinozębnym, połączona z lampiszonowym strojeniem brzmienia w tym maluchu to dość intrygująca i oryginalna opcja. Widać, że producent chciał zaoferować także w salonie, względnie w sytuacji braku chęci/możliwości podpięcia przez i/O jakiegoś transportu, możliwość grania z DT-1 w najlepszych możliwych dzisiaj okolicznościach jakościowych via BT. I faktycznie, muszę przyznać, że gra to zacnie, obsługuje wszystko (też nie wymienione w spec, a obsługiwane AAC i to w wariancie rozszerzonym, czytaj 256kbps, bardzo wysoka jakość na Apple Music z jabłczanej elektroniki użytkowej na tym), z makówy aptX, z Androida te najlepsze protokoły, stabilnie, przez ściany, bez zakłóceń. Bardzo dobra implementacja Bluetooth Audio, a do tego jeszcze z tym lampowym wsadem, znaczy cywilizowaniem sygnału (cyfrowego) dla jednych, koloryzowaniem vel upiększaniem, czytaj odstępstwem dla innych. Jak wspomniałem, można mimo żarzących się lampek całkowicie pominąć bufor, zdając się wyłącznie na krzem. Przyjemnie, że można i tak, i tak, a do tego jeszcze z zabawą w wymianę wsadu. Forma (tj. to co widzimy) inna od typowej, także treść w rzadko spotykanej, łączącej półprzewodniki z żarnikiem implementacji.

Więcej w recenzji…

» Czytaj dalej