LogowanieZarejestruj się
News

TERAZ POLSKA. Mytek Liberty DAC. Designed in USA, Made in Poland

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Liberty DAC

Cóż, związki Myteka z Polską są oczywiste, ale do niedawna raczej sentymentalne niż konkretne, biznesowe. Nowość – Liberty DAC – wszystko zmienia, bo ten przetwornik dłubany jest w Polsce. Zaprojektowano go na Brooklynie, poobcinano wszystko co w przystępniejszym od dotychczas oferowanych (poza 192-ką) multiDACów wydawało się zbędną fanaberią i Teraz Polska. Dobra, chcieli to dać najtaniej jak się da, dlatego zostawili to co niezbędne, przepakowując do taniej, kompakt obudowy, wybierając kraj z tanią siłą roboczą i wyszło, co poniżej:

Liberty to skrzynka na obecną chwilę wszystko ogarniająca, bo umie PCM 32/384 (DXD), umie też DSD nawet 256 (native), a ponadto potrafi zaświecić niebieską diodą (MQA supported). To ostatnie z mojej perspektywy wydaje się kompletnie zbędne, ale kto co lubi i na co ma ochotę. Tidal w masterach daje te MQA, można zatem origami audio wypakować do postaci wspomnianego (nawet) DXD streamu, a że małym druczkiem coś tam napisane jest, że to z natury stratnie, no to kto by się takimi rzeczami, drobiazgami przejmował ;-) Dobra, dość złośliwości, bo w przypadku klamota nazwanego w sposób kojarzący się nad Wisłą jak najlepiej (nad Potomakiem ofc również) mamy na metce 995$. To jak na Myteka, który śmiało w konsumenckich klamotach (pomijamy firmowe protoolsy, które często rozsądnie są wycenione, ale świecidełkowych obudów nie mające, różnych takich audiofilskich smaczków pozbawione po prostu należą do zupełnie innej parafii) osiągnął poziomy stratosferyczne (vide flagowy Manhattan), teraz w Kraju nad Wisłą będzie mógł kosztować, bo ja wiem, 4,5k PLN (?)  ok. 4k, a to już poziom HiFi klocka, a nie jakiegoś haj-enda. AKTUALIZACJA: Wiem, bo dystrybutor odezwał się i potwierdził polską cenę… 4150 PLN. Bardzo przyjemnie to wygląda. Bardzo. Aha, mówią że dadzą do testów. Także przeegzaminujemy na HDOpinie klamota, niebawem podam szczegóły.

Jest to maluch, taki naprawdę mikrus, ale mimo że w nazwie DAC stoi to też ampa pod słuchawki dali. Także fajnie, bo można – o ile zrobili to na poziomie – pominąć jeden z elementów wyposażenia, bo zintegrowany. Mała obudowa z tyłu nafaszerowana jest gniazdami, co cieszy, szczególnie że nie poszli tutaj w żaden minimalizm, a na bogato jest (tyle, że w oszczędnej gabarytowo formie)… znajdziemy TRS-y (balans) poza analogowymi RCA out, są dwa, nie jedno SPDIF, jest rzecz jasna USB o wspomnianych powyżej umiejętnościach, jest też optyk i z pro rodowodem AES/EBU. Mimo, że taki mały, to ma w środku konkretne zasilanie, zakończone dużym, trzypinowym, standardowym gniazdem IEC. A jak komuś przyjdzie ochota na upgrade (także bateryjny) to jest złącze dla zew. 12V. Forma surowa, ale jak najbardziej mytekowa, tyle że kojarząca się raczej z protoolsami, wspomnianym 192 (te kolorowe diody na froncie), a nie z biżuteryjnymi dzielnicami NY.

Sumując, mamy solidny kawał DACa, co jeszcze nam słuchawki jakieś napędzi w razie potrzeby. Nie ma to, to pilota, więc albo 4 litery z fotela, leżanki, albo w polu rażenia ;-) , w zasięgu znaczy się, czytaj na biurku jakimś. Przy czym bogate wyposażenie wskazuje jednak na inny scenariusz – tor salonowy, z dużymi klamotami, spięte z różnymi źródłami cyfrowymi, robiące za główną centralę cyfrową. Tak, Liberty niewątpliwie może być tym, głównym, przetwornikiem C/A w systemie numero-uno. Może uda się Sprowadzimy egzemplarz i sprawdzimy na łamach, zrelacjonujemy co to za cudo wykonane rękami polskiego robotnika potrafi, ocenimy i werdykt ostatecznie wydamy. Z ROONem pożenimy, ale też, patrząc przez pryzmat TRSów na pewno z aktywnymi monitorami nEar (tylko balans tam wchodzi w grę), z LCDkami (3) i HiFIMANami (Sundara) z jednej oraz HD650 i K701 z drugiej strony (także lekko amp wbudowany mieć nie będzie), a jeszcze jakieś pomocnicze źródła się podepnie, czytaj Chromecasty, AirPorty. Kusi mnie też, żeby sprawdzić tego klamota w konfrontacji z KORGiem DS-100. Tryb native, materiał nawet wyczynowy ostatnio u nas dostępny (DSD256) i sprawdzamy, czy Ameryka-Polska górą, czy jednak Japonia nadal nie do pobicia w tej kategorii.

Cóż, „we will see”. Jak dotrze, uzupełnimy wpis stosowną adnotacją. Na stronie informują, że można składać zamówienia.

Alternatywa dla PC: Zidoo X10 & MATRIX Mini-i Pro 2S

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180209_141839649_iOS

Alternatywa, bo dzisiaj po pierwsze i najważniejsze tylko stream (a to ta androidowa skrzynka koncertowo nam „ogarnie”), w drodze integracja Andka w ROONie (like iOS vide nasz wpis) – to po drugie, a po trzecie możemy stworzyć na bazie tych skrzynek coś, co przyjmie strumień także z wszelkiej maści handheldów i to nie tylko via Bluetooth (tu w bardzo zaawansowanej wersji BT 4.0 z kodekiem aptX i modułem o późnieniach <20ms), ale także CAST (24/96) lub AirPlay. Odnośnie tego ostatniego, na razie kiepski (tak kiepski!) pierwszej generacji z obsługiwany za pomocą pluginów, tylko 16/44, tylko 2 sekundowy bufor, opóźnienia na nieakceptowalnym poziomie w przypadku synchro obrazu z dźwiękiem itd itp, ale… nowy AirPlay 2 ma być po pierwsze czystym kodem (żadne tam hardware, wymagające testów u Apple, osobnej certyfikacji… przynajmniej teoretycznie), po drugie ma mieć to wszystko czego nie ma poprzednik, a więc obsługę stref, brak konieczności utrzymywania aktywnej aplikacji odtwarzającej (tylko sterownik), choć tutaj wydaje się że dotyczyć to ma tylko własnego ekosystemu (sic!) czytaj HomePoda i Apple Music, wreszcie po trzecie bufor gwarantujący znacznie lepsze działanie całości (zapas na co najmniej wielominutowe odtwarzanie treści, a nie jak teraz dwu sekundowe O_o).

Odnośnie jakości to Apple nadal nie ujawniło, czy AP2 będzie hi-reso lubny, także jeszcze hold your horses jabłkoluby ;-) Oczywiście bankowo pojawią się odpowiednie apki (obsługa) na Google Play, nie mam najmniejszych wątpliwości, że tak się stanie. Dodajmy do tego cast, miracast i w ogóle wszystkie możliwe protokoły bezprzewodowe jakie nam tytułowy X10 może potencjalnie obsłużyć i już wiemy, że można to, to wykorzystać z powodzeniem w salonie zamiast HTPC (ekrany niekoniecznie muszą być na kablu, a jak już jesteśmy przy projekcji… wiadomo, stream dwukierunkowy obrazu i dźwięku bardzo by się przydał… softwareowo te multimedialne skrzynki są na to gotowe, także hware z modułami 801ac powinien „dać radę”). Dobrze, zagalopowałem się trochę, bo w przyszłość wybiegam nieco, a tu trzeba skupić się na tym co tu i teraz.

Kino i stereo. Preferuję to drugie, ale kto co lubi i akurat ma ochotę. Tu da się te dwa światy na wyczynowym poziomie pogodzić.
Btw widzicie, że obraz wychodzi poza ekran?
Pięć sekund w konfiguratorze i wszystko gra/buczy. Znakomicie przygotowana od tej strony skrzynka, multum opcji (w recenzji szczegóły) 

Tu i teraz mamy mocno unikalną skrzynkę nie tylko obsługującą wszystko jak leci, ale X10 potrafi także przyjąć sygnał via HDMI, bo ma wejście. Także w oparciu o tego klamota, możecie wzorem Xbox-a, stworzyć sobie kompletne rozwiązanie z dodatkowym źródłem video, który będzie via Zidoo zintegrowany z Waszym ekranem. Fajnie. PIP, nagrywanie… to wszystko jak najbardziej. Lepiej – możecie to wszystko także w jakości 4K. Po mojemu idealny tandem to pozbawiony streamu Oppo UDP-205 lub 203 pożeniony z tą skrzynką właśnie (do wejścia w Oppo podpinamy jakąś konsolę, jak ktoś ma na to czas i voilà). Także możliwości dla wideofila otwierają się naprawdę bezkresne, bo poza ewentualnym, fizycznym nośnikiem, macie tutaj dowolny stream z sieci, także obsługę treści 4k (YT)… jedyna kwestia do uregulowania, przy czym bardzo istotna to HD, uHD z serwisów (patrz tabelka). Natomiast w kwestii obsługi wideo (Ultra-HD 4K 60fps &HDR 10 bit) oraz audio z pliku jest wszystko i to zarówno w kontekście obrazu (BD-ISO, uhd BD ISO; dwa front-endy multimedialne, w tym jeden oparty na XBMC), jak i dźwięku (DSD 64/128/256 native, PCM 24/192, wszelkie formaty). To ostatnie oczywiście dzięki może topornemu nieco, ale niezawodnemu i bardzo mocno konfigurowalnemu USB Audio PRO (integruje nam się od razu Tidal, bo w apce jest taka opcja btw). Pobieramy i już bezkompromisowo via X10 gramy. Na Mini-i Pro 2S rzecz jasna…

Co i jak ogrania, a czego nie. Jak widać Android w wersji skrzynkowej czeka jeszcze na obsługę streamu wideo w opcji no limits (rozdzielczość)

Tak, Matrix. Najlepszy z rodziny Mini-i, na nowej kości ESS9026PRO. A te nowe kości Sabre to wg. mnie (to będzie czwarta skrzynka z nową generacją, mogę więc trochę sobie pouogólniać ;-) ) inna charakterystyka, nie taka cyfrowo-analityczna, zimno-obojętna jak w poprzednikach (przy czym, raz jeszcze, to tylko jeden z elementów całości, można tak doprawić, tak zaprojektować całego klamota, że będzie grał „jak na Wolfsonach” ;-) ). Swoboda, niebywała wręcz rozdzielczość, świetna dynamika pogodzone z muzykalnym, angażującym przekazem. Takie mam doświadczenia, póki co. Brzmi to nie tylko inaczej, ale wyraźnie ciekawiej, bardziej przykuwa, jest przyjemniejsze w odbiorze. Ten mini-i Pro 2S ma wszystko co trzeba, by stać się cyfrową centralką i połączyć nam cały sprzęt audio i audio/video (z zastrzeżeniem, rzecz jasna, opcji multichannel). Ważne: od teraz macie DSD na każdym interfejsie, także SPDIF, także @ AES (DoP64), z wyłączniem, co oczywiste, BT, przy czym sinozębny poza wspominanymi usprawnieniami potrafi jeszcze obsłużyć kodek AAC (jabłkoluby się cieszą, bo mogą z telefonu oraz tabletu słać w lepszej jakości strumienie, mogą). USB jest wyczynowe, bo nawet 32 bity (Mac ogarnia takie coś), DXD (384kHz)… no magia cyferek. Dla mnie istotne jest to, że jw. gra to dla mnie ewidentnie ciekawiej. Reszta jest przyjemnym dodatkiem.

Mmm :)
Jest dobrze, szczególnie na materiale 1 bitowym, granym via ROON (tor: Core/ThunderboltowyDock/Matrix)

Z przodu mamy dużego jacka, a samo wyjście słuchawkowe obsługuje nam osobna kość TPA6120, także będzie można swobodnie podpinać także te najtrudniejsze nauszniki – to właśnie obiecuje nam producent w specyfikacji. Sprawdzimy. Podobnie jak w innych DACampach z linii Mini-i także tu do wyboru jest praca jako PRE (potencjometr pracuje) albo jako czysty DAC (wtedy na wyjściach mamy stały poziom, a wyjście słuchawkowe jest odłączone). Pamiętacie uberDACa X-Sabre Pro gen 2? Menu konfiguracyjne wygląda znajomo, jest podobnie rozbudowane, a wisienką jest 7 filtrów dla PCM (tak aż siedem) i 4 dla DSD. Także całkiem konkretny moduł DSP tam pracuje, jak widać. Jest jeszcze opcja redukcji jittera (załączamy sprzętowo dla USB ultraniskie opóźnienia) i parę innych rzeczy, które omówię we właściwej recenzji. Z sygnałem BT nie powinno być problemów, bo podobnie jak w modelu bez pro dali złączę na antenkę i samą antenkę, będzie zatem inaczej niż w wielu ostatnio testowanych @HDO urządzeniach audio, gdzie brak tego elementu (m2tech choćby) zaowocował dropami, problemami z transmisją …w tym samym pomieszczeniu. Porażka. Tutaj powinno być bardzo dobrze. Pilocik to bardzo ładny, robiony na ich zamówienie, częściowo metalowy sterownik pozwalający na sprawną obsługę klamota. Jak zwykle w czerni i w srebrze skrzynki, a wszystko to za 2650zł. Zidoo zaś to 1099zł. Poziom nie „entrowy”, a nawet nie zwyczajnie hajfajowy plus minus 3800 zł za oba klamoty. Jak aktywne, czy słuchawki to już cały, gotowy tor, a jak nie to można jeszcze ciekawe uzupełnienie od Matriksa dobrać, tj. amp dopasowany do linii Mini-i. Czytaj końcówka na ICEPower ze sterowaniem via Pro 2S w opcji SE, albo dual-mono. Też ładnie.

U nas za końcówkę robi C315BEE z wychyloną na maks. gałą w prawo

A że nie ma natywnego MQA? A że będę z tego powodu rozdzierał szaty? Nie, nie będę. A dlaczego nie będę to patrz tu i tutaj. Także kompletna alternatywa dla PC Audio z czymś, co integruje, obsługuje i jeszcze parę unikalnych zdolności ma (DSD native, nagrywanie 4k via HDMI & PIP, przyszłościowe vide napędzający streamera OS). I jeszcze może „Kino spotyka stereo część 3″? Mhm :)

USB audio ON. Po co komputer, jak można tak? Rzecz jasna full opcja grania via komputerowy interfejs dostępna via USB Audio PRO

Jak PCM to firmowe oprogramowanie będzie w sam raz. Jest 24/192, można sporo ustawić, dla wielu starczy (patrz obrazek „kino i stereo” ;-) )
Jeżeli jednak jw. DSD w dużej ilości i różnorodności to apkę trzeba ściągnąć odpowiednią. Oczywiście po optyku (zdjęcie) też zagra DoP DSD64 

Można? Można.

 

BTW.: Matrix ostatnio otrzymał certyfikat Hi-Res Audio, przyznawany przez Japan Audio Society. Biorąc pod uwagę SQ, jakość produktów w pełni zasłużenie. Gratulujemy!

Poniżej jeszcze „trochę” zdjęć z opisem obu klamotów:

» Czytaj dalej

Nie banał, oj nie: Astell&Kern ACRO L1000. Desktopowe all-in-one

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Astell&Kern_ACRO-L1000_lifestyle_06

No tego jeszcze nie grali. W sam raz do gabinetu. Forma, w sumie, jedyna w swoim rodzaju. To wielgachny POTENCJOMETR i cała reszta. Kompaktowa. Bo na biurko, obok kompa. Dla mnie pozycja warta zastanowienia, bo korzystam z desktopa i to moje główne stanowisko pracy. Także,cholera, fajne to, tytułowe to. ACRO stanowi nową linię produktów A&K skierowaną do ludzi, co to skrzynki albo all-in-one’y mają. Dziwne, że w materiałach jakiś laptop robi za źródło, bez sensu ;-) , przecież to właśnie stacjonarka jest, tyle że taka nietypowa, bo biurkowa. Można żenić ze słuchawkami, co oczywiste, ale można też z kolumnami. A te kolumny to jakie, jak gabinet, biurko…. ano wiadomo jakie, monitory małe, bliskie pole, takie jak pasywne Audioengine’y albo nasze redakcyjne najmniejsze, podstawkowe Topazy (15W na kanał – idealnie pod wymienione skrzynki, idealnie). Źródłem może być komp, ale też nie głupio będzie podpiąć jakiegoś handhelda (bo małe, bo mało miejsca zajmuje i zazwyczaj i tak leży na jakiejś ładowarce, a możliwości to mobilne przecież ma… vide iPad / iPhone jako endpoint ROONa, czy androidowy smartfon z USB Audio PRO)… też przyjemnie. Tak sobie patrzę na ten projekt i stwierdzam, że to do mnie przemawia, że to ma głęboki sens.

Fajny projekt, bardzo fajny. Wszystko wokół gały :-)

Dwa wybarwienia do wyboru, bo teraz, wiecie, w jabcu, albo srebro, albo kosmicznie szare. Cholera, z niepraktycznym (ale super) iMakiem Pro byłoby bardzo mhm

Co jest najważniejsze w ampie? Oczywiście, że gałka, potencjometr, to kluczowy, najistotniejszy element. Tu jest właśniePOKRĘTŁO i cała reszta. To co najważniejsze dominuje i stanowi esencję projektu. Wszystko (rzecz jasna) mamy w tym L1000 metalowe, z tyłu wygodnie pod kątem pyszni się ścianka z gniazdami pod kolumny, z balansem pod słuchawki i – niestety – z microUSB pod cyfrowe źródło. To jedna rzecz, do której bym się przyczepił. No i właśnie to robię ;-) Niepoważam tego cholernego, badziewnego interfejsu, fatalnie zaprojektowanego (słabo siedzi, trzeba celować, lubi się psuć – tragedia) i obecnie już przestarzałego. Dlaczego A&K nie daliście USB-C?! Albo chociaż standardowego USB-A/B? Why? Wygodnie z boku, na prawej ściance, mamy on/off i baterię jacków do wyboru, do koloru 6.3, 3.5 i 2.5 (balans, cztery paski). Bardzo ładnie.

ROON … nie polemizujemy, ba, w pełni popieramy ;-) Desktopa by dali… tylko kto dzisiaj trzyma skrzynkę w domu?

Ten potencjometr bardzo mi się podoba, no bardzo mnie kręci. Jest ciężki, z alu, ma diody wokół (pytanie tylko jak to, to świeci, wiecie… czy nie za mocno, nie-nazbyt absorbuje), które informują nas o wybranym poziomie…  no powiem to wprost: strasznie kusi, kusi by ciągle trzymać na nim łapę na i kręcić, kręcić. Mmmm. Dobrze, poza tym jest jeszcze tor oparty na dwóch kościach od Akashi Kasei (AKM AK4490), każda osobno obsłuży nam lewy & prawy kanał. To najnowsze układy 32bit/384KHz PCM, z natywną obsługą DSD (11,2 MHz aka 256)… czyli brak ograniczeń w odtwarzaniu materiałów plikowych. Do tego ten kompakt biurkowy wyposażono we własne ustawienia, filtry (gain, podbicie basów etc.). Nie ma tu pre, to też w sumie nietypowe, bo słuchawkowo-kolumnowy wzmacniacz (nie końcówka) połączono tutaj z komputerowym interfejsem i …tyle. Oby ten port wykonany był nie tak jak 99% gniazd microUSB. Oby.

Sumując: nietypowe (lubimy), biurkowe (bardzo lubimy), wszystko w jednym (nie będę się powtarzał). Do tego ta forma, która zrywa z typówką, niebanalna, oryginalna. Tak, musimy rzecz przetestować u nas musowo. Cena? Biorąc pod uwagę omnimultifunkcjonalność to przyzwoicie, bo 4399 zł. Jak na producenta DAPów (które, rzecz jasna przy okazji, reklamują jako oczywiste źródło dźwięku dla tego audioscyzoryka), z których co poniektóre kosztują i z 20 tysięcy (tak, mobilne grajki… pamiętacie superkałacha AK240 z naszej recenzji? To właśnie m.in. TO) cena wydaje się nieprzesadzona, a nawet całkiem okazyjna w kontekście funkcjonalności. Ciekawą informacją uzupełniającą powyższe jest zapowiedź wypuszczenia dopasowanych stylistycznie pasywnych monitorów. A&K robi już od dawna słuchawki (IEMy), to teraz do kompletu dojdą jeszcze kolumienki. W sumie, czemu nie, jak ktoś lubi spod jednego dłuta. U nas, jak wspomniałem, będą Topazy, będą Scansoniki a może jeszcze jakieś AudioEngine’y weźmiemy na potrzeby testu.

No to mamy plan.

 Kałach, jakieś HaDeki. Właśnie, właśnie gdzie te obiecane 660? Coś długo

Czeka ;-)

Reference 4… protools w służbie muzykofila ;-)

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-02-01 o 22.33.58

Pamiętacie True-Fi? Nie? Kalibrator pod słuchawki uwzględniający m.in. destruktywny upływ czasu, skutkujący degradacją słuchu u wapniaków (skala kończyła się na 60+). Poza tym kawał fajnego softu z presetami dla ponad stu modeli słuchawek. Fajna, pouczająca zabawa, ciekawe doświadczenie, ale my tu nie o tym, choć nawiązanie nieprzypadkowe, bo też soft, też kalibrujący, od tego samego developera Sonarworks, ale na zupełnie innym poziomie. Poziomie Pro. Bo Reference, moi drodzy, to coś, co oczywiście można wykorzystać do pracy zawodowej (inżynier dźwięku, studio, te sprawy), ale można też – bo czemu by nie – skorzystać z potęgi tego softu w warunkach domowych. To nie tylko kalibrator z presetami, nie tylko multum opcji ustawień, możliwości precyzyjnego (na takim poziomie robią to inżynierowie odpowiedzialni za produkt, a tu można sobie z tych opcji skorzystać) strojenia efektorów i to nie tylko tych z przygotowanymi, gotowymi konfigami. Lista obejmuje te same modele, co w True-Fi, ale jak wspomniałem, nic nie stoi na przeszkodzie, by posługując się pokrętłami, suwakami poeksperymentować z czym popadnie. Szczególnie kusząca opcja otwiera się w przypadku kolumn głośnikowych, bo software dostępny jest zasadniczo w dwóch wariantach – tylko dla słuchawek (99$) i dla kolumn & słuchawek (249$). Polecam zaznajomić się z najbardziej rozbudowanym wariantem. Mamy wersję próbną, testową z możliwością użytkowania przez 21 dni, także czasu sporo.

Reference 4 czytaj kalibrator pro

Nie tylko słuchawki

Umc, umc, umc ;-)

Narzędzie pozwala naprawdę na wiele. Poza kalibracją i to wielowariantową, bo poza presetami, mamy możliwość skorzystania z osobnego modułu pomiarowego (współpraca z mikrofonem), zmianą predefiniowanych setów, własnymi nastawami, są jeszcze gotowe tryby EQ do których dopasowujemy własną krzywą, referencyjną (jakżeby inaczej ;-) ). Jak to w protoolsach bywa jest opcja mono, jest clipping, jest osobna regulacja barwy, możliwość podbicia poziomu sygnału, a wszystko to w ładnym, przejrzystym i nieprzedobrzonym (jakże często te protoolsy są zwyczajnie nie do ogarnięcia, bo ktoś zapomniał o zaprojektowaniu dobrego UI i UX do bani) programie narzędziowym z szybkim dostępem do wyboru danego modelu słuchawek na pasku (tam też szybko konfigurujemy zasoby sprzętowe tj. przetworniki). Ciekawą rzeczą są symulacje (autokalibrator) „typowych” klamotów (słuchawek, kolumn). Rzecz jasna możliwe jest wprowadzanie dodatkowych plug-inów, symulacji, presetów. Można też wybrać parę filtrów w zaawansowanych opcjach. Dla nas jednak istotną kwestią jest możliwość bardzo głębokiej ingerencji w zachowanie podpiętego sprzętu za pomocą opisywanego narzędzia. Na drodze softwareowej możemy modelować zachowanie podpiętych słuchawek, toru głośnikowego, symulować warunki środowiskowe, stroić pod kątem paru popularnych (tak, tak jest kalibracja ala Beats Audio :-) ) metod ustawiania przetworników / głośników pod określone preferencje (te popularne, jak i arystokratyczne, kto co tam lubi ;-) ). Przednia zabawa, można w ten sposób co nieco dowiedzieć się nie tylko o pracy inżynierów dźwięku, pracy w studiu nad materiałem oraz u wytwórcy sprzętu, przy projektowaniu audioklamotów, ale skonfrontować swoje doświadczenia i wyciągnąć pewne wnioski.

Symulacja typowych, standardowych (czy to w domu, czy u audiofila, czy w studio) efektorów

Przejrzysty, prosty, zrozumiały interface

Tak, czasami zadajemy sobie pytanie, dlaczego dzisiejszy materiał, dzisiejsza muzyka brzmi w taki, a nie inny sposób, dlaczego realizatorzy podejmują takie, nie inne decyzje. To samo tyczy się wyborów dokonywanych na etapie projektowania kolumn, słuchawek, elektroniki. Uwzględnia się trendy, uwzględnia sposoby – przepraszam za określenie – konsumpcji i finalnie mamy to co mamy. Można sobie parę rzeczy, przy okazji, uświadomić. To narzędzie do pracy, tak, ale dzięki bardzo prostej, powiedziałbym wręcz zapożyczonej z konsumenckich apek, konstrukcji, nie przeładowaniu, nie przekombinowaniu, ogólnej prostocie Reference 4 może być ciekawym narzędziem w rękach muzykofila ,amatora. Bardziej jako wcale potężny konfigurator dla naszego systemu, w opcji z kolumnami, zamykającego temat, a z uwzględnieniem dodatkowego modułu pomiarowego (Reference 4 Mesure – opcjonalna instalacja) czegoś, co pozwoli nam na dokładne ustawienie toru w naszych warunkach lokalowych. Można spokojnie użyć tego z dowolnymi klamotami, nie tylko tymi z gotowymi presetami (to dla leniwców ;-) ). Patrząc na dostępną dla usera autokalibrację stukilkudziesięciu modeli słuchawek, widzę, że developer chce zachęcić do użytkowania także osoby niezwiązane zawodowo z dźwiękiem. I bardzo dobrze, bo znajdziemy tam sporo konsumenckich, popularnych modeli, takich które można spotkać „pod każdą strzechą”. Cena 99$ (same słuchawy) nie jest zaporowa*. To tylko 24$ więcej od True-Fi (dla ludu).

Na zakończenie, tytułowe rozwiązanie jest dla zainteresowanych cyzelowaniem, poszukiwaczy, dłubantów ;-) …dla kogoś kto dużo i często zmienia, wymienia, kombinuje, albo… dla bezkompromisowca, który chce te swoje klamoty najlepsze na świecie i w ogóle najlepiej grające ustawić tak, że no mucha nie siada.

Dla reszty jest świetne True-Fi.

Symulujemy

Panel konfiguracyjny nie może być chyba prostszy, a wszystko co trzeba zawiera

Pod ROONem, pod VOX Playerem, wiele programów audio skorzysta z tego toolsa

 

* za głośniki, jak wspomniano, ekstra 150…

Autonastawy dla K701 oraz HD650, są też HiFiMANy HE-400i, dla zwolenników Audeze też się coś znajdzie, na teraz 114 modeli (poniżej, w rozwinięciu, lista)

Symulacje dla kolumn oraz słuchawek

» Czytaj dalej

Planary HiFiMAN SUNDARA pierwsze wrażenia

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180130_172040774_iOS

Dojechały i nie ściągam. To HE-400 tylko lepiej, więcej, bardziej. Słuchawki oczarowały mnie totalnie. Po pierwsze przegenialna przestrzeń. Jest taki utwór na nowej płycie Meat Beat Manifesto, gdzie pojawia się cykliczny przydźwięk, coś jak dalekie klapnięcie, zarejestrowany tak, jakby był obok, blisko, dalej, z tyłu, poniżej. To słychać. Słychać tak, że słuchając tego kawałka po raz pierwszy byłem pewien, że coś mi dziwnego w chałupie wyszło i zdjąłem odruchowo nauszniki. Jeżeli ortodynamiki to przede wszystkim dobra, albo bardzo dobra przestrzenność, tutaj mamy to na wybitnie dobrym poziomie. Bryły, umiejscowienie, powietrze, scena… niebywałe. Nie użyję słowa na „ha”, bo zawsze, gdy się o czymś takim pisze, używa się i temat zamknięty. A tu nie ma czego zamykać, bo te słuchawki otwierają przed nami muzykę w sposób do tej pory trudno, a w tym budżecie, w ogóle, nieosiągalny. Niesamowite! Moje 400-setki też potrafią zagrać przestrzennie, ale nie mam wątpliwości, że SUNDARA to progres i to nie marginalny, a zasadniczy progres w tym względzie. Bardzo polecam (patrz zdjęcia) przetwornik z trybem native dla DSD (u nas Korg DS-100). Nagrania 1 bitowe to właśnie dopełnienie całości. Na takim materiale potencjał tych słuchawek zostanie w pełni uwidoczniony (usłyszany). Wczoraj miałem w planie parę publikacji, a cały niemal dzień spędziłem przyklejony do MBA z dwoma interfejsami. Po piorunie grało (TAC-2) oraz na wspomnianym KORGu grało. Oczywiście porównywałem z 4-setkami i mimo tego, że nowe zagrały właściwie od razu po wyjęciu z pudełka (widać, że egz. nowy, nieużywany) to mogłem cieszyć się dojrzalszym brzmieniem, doskonalszym, pełniejszym w porównaniu do poprzedników.

Z HPA1, ale też z lampiszonem posłuchamy

Mmmm :)

Sundara z MiniWattem @ Brimarach (NOSy) za pośrednictwem krosownicy z wyjściem słuchawkowym 6.3mm gra

Możemy też posłuchać z HE-Adaptera (XLR) i nie omieszkamy sprawdzić (bezpośrednio wpiętego w wyjścia głośnikowe naszego MiniWatt-a)
W opcji z krosownicą, lampiszona wykorzystuję jako końcówkę mocy (maks. w prawo), a sterowaniem głośności zajmuje się widoczny M1HPA (doskonały pre-amp btw) 

Sundara są bardzo wygodne, znacznie wygodniejsze nie tylko od redakcyjnego modelu 400 (po poprawkach), ale także słuchanego 400i (nowa konstrukcja), znakomicie leżą na głowie. To pierwsze słuchawki jakie mam od dawna na głowie, w których nie występuje problem bolącego czubka łepetyny, coś co często daje mi się we znaki w przypadku dużych nauszników. Pałąk skonturowano tak, jakby go… nie było. Czyli najlepiej jak to było możliwe. Pady dobrze izolują, nic nie uciska, nic nie gniecie, znakomicie dobrano materiał wg. mnie, bo nie są ani za miękkie, ani za twarde, dodatkowo (choć to mocno subiektywne, bo wchodzimy na poziom zróżnicowania budowy ciała, anatomii użytkowników) idealnie przylegają, obejmując uszy, zapewniając z pałąkiem pewne trzymanie się łba. To ważne, bo te słuchawki mają wielki potencjał w mobile (o czym za moment), a tu ważne jest, by z jednej strony zapewnić komfort, a z drugiej solidne trzymanie się głowy. Obie te rzeczy mamy tutaj zapewnione, oczywiście nie ma mowy o pełnej izolacji, bo to otwarta konstrukcja, jak 99% planarów. Pamiętajcie zatem, że idealnym miejscem będzie strefa ciszy ;-) w Pendolino (o ile jakieś jeszcze jeżdżą), leśna polana, pustawa o tej porze roku plaża ;-)

Wspomniałem o nowej płycie MBM. Tam cholernie ważny jest bas. Wielowymiarowy, budujący klimat, stanowiący fundament na którym się buduje… bas. Te słuchawki, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości, są Ziemią Obiecaną dla bass-heada. Jako, że się zaliczam ;-) znaczy się jak cienko na dole to się nie liczy i do zapomnienia, te Sundara polubiłem z miejsca. Bo tu się dzieje dobrze, bardzo dobrze, świetnie się dzieje. Nisko, bardzo nisko i właśnie wielowymiarowo, wieloskładnikowo ten bas nam się objawia i już wiemy, że „jesteśmy w domu” (cytując Hana – nie lubię, bardzo, tych nowych – cóż, wapniak ze mnie i tyle). Wraz z przestrzenią buduje to przekaz, klimat, stanowi o wyjątkowości tych słuchawek. Bo, tak właśnie, uważam że w tym budżecie pojawia się coś wyjątkowego. To pierwsze wrażenia, ale trudno mi zachować dystans, co w sumie, patrząc przez chwilę na chłodno nie dziwi… wicie, te HE-400, te HD-650… Ważne, nie ma tu czegoś, kosztem czegoś innego. Te słuchawki to koherentny, spójny przekaz, a nie że brakuje. Także można się cieszyć, ja się cieszę, bo to jakby pod moje gusta te słuchawki uszyli. W przypadku HiFiMANa widać sumienne odrabianie lekcji, ciągły postęp, ciągłe doskonalenie. Od siermiężnych nauszników pierwszych generacji, po najnowszy wypust, producent dąży do osiągnięcia …harmonii? No właśnie, to chyba właściwie słowo, bardzo ważne słowo, bo harmonia, czyli cały zespół cech, na które składa się wybitny produkt soczewkuje nam się tutaj, w przypadku tytułowego modelu. Leci właśnie Aphex Twin… ale to gra dołem, ale to gra!!! I jeszcze ta stereofonia!

Jak najbardziej!

Intymnie, kobiece wokalizy, gęsto, zamykamy oczy…

Mobile. Grało @ iPad Air 2. Bez wsparcia. Z dziurki. I wiecie co? Te słuchawki można bez obaw pożenić z takim źródłem bez wsparcia. iPad robił za end-point ROONa, nie używałem żadnego DSP tym razem, czysty sygnał, odtwarzany za pośrednictwem przetwornika oraz amplifikacji iPada. O tym, że ten model tabletu i parę innych, generacyjnie zbliżonych handheldów brzmi dobrze, wypada wybitnie dobrze w pomiarach, o tym wszystkim przeczytacie, jak obiecywałem, na łamach HDO, teraz jednak skupię się na opisywanych słuchawkach i ich brzmieniu. Blisko maksymalnej skali, fakt, ale było już bardzo głośno, dla mnie za głośno. Czysto, bez ograniczeń w zakresie rozdzielczości czy dynamiki, bardzo dojrzale to brzmiało. Szokująco dobrze. Patrząc na to szerzej, te tutaj mogą być wykorzystywane swobodnie, także z telefonem (SE) choć tutaj było ciut mniej (nie, żaden iPhone, sprawdzone z także iP7, przez gównianą przejściówkę, żaden nie daje rady, niestety), wyskalowanie amplifikacji w tym modelu iPhone (i pewnie, generalizując, we wszystkich smartfonach Apple jw) wskazuje na ograniczenia nałożone przez reżim czasu działania na akumulatorze. Na tablecie można więcej i jest więcej (można jw. komfortowo słuchać @ iPadzie). Z telefonem zatem żeniłbym z amp-dakiem (choć pewnie trafią się fajne, androidowe fony z mocnym ampem), z tabletem nie ma takiej potrzeby. Wiadomo, można też inaczej, znaczy się DAPa jakiegoś, a że ostatnio prawdziwa klęska urodzaju w tym segmencie zapanowała, jest w czym wybierać (za 600-700 złotych kupicie coś ze wszystkim i jeszcze więcej). Dołączany do kompletu kabel mówi: idź na spacer. Jest lekki, elastyczny (nie to, co te druty w pierwszych generacjach orto HiFiMANa), z bardzo solidnym, kątowym jackiem. I nie jest długi. Jak chcemy dom i przykładowo z wyra to albo alternatywne okablowanie, albo taki jak redakcyjny, supersolidny, niedrogi przedłużać z pancernymi gniazdami REAN. I gra. Będę jeszcze na wynos testował, sprawdzę z przetwornikiem USB m2Techa z telefonem, będzie jeszcze o iPadzie we właściwej recenzji.

Chromecast Audio daje radę tym słuchawkom, można wpiąć i słuchać!

Z zapasem

Eleganckie pudło z luksusową wyściółką niestety nie zawiera. Czego nie zawiera? Ano nie zawiera nosidełka, nawet jakiejś płóciennej sakwy, no tego nie ma. Pewnie i tak nie będziecie z głowy tych słuchawek zdejmować ;-) bo coś czuję, że to towar mocno uzależniający, ale gdyby jednak to trzeba we własnym zakresie kombinować. W środku znajdziemy jeszcze ładnie wydaną książeczkę opisującą pokrótce historię oraz DNA firmy. Na kartkach znajdziemy także parę podstawowych informacji z czym to się je (instrukcja). Wspomniany powyżej kabel zaopatrzono w adapter na dużego jacka, można od razu podpiąć pod elektrownie i warto to zrobić, oj mówię Wam, że warto. Teraz grają @ M1HPA bezpośrednio z CORE (imac) @ donglu m2Techa w roli DACa i jest po prostu fantastycznie. Było wyżej o KORGu, bo też ten wczorajszy odsłuch wymagał maszyny do DSD… a wymagał nie tylko dlatego, że przestrzeń, że hektary, ale także dlatego, że nowe odkrycia się zadziały. To miejsce, o którym przeczytacie w kolejnym wpisie, jest mi znane, ale dopiero od niedawna (a ciągle to aktualizują i słusznie, bo wcześniej serwis był nieużywalny) PrimeSeat zasługuje na baczniejszą uwagę. Co ja piszę zasługuje, to rzecz obowiązkowa dla zwolenników 1 bitowego grania. Stream DSD, ale nie taki z czapy, a przez Japończyków uskuteczniany, a oni, jak wiadomo, perfekcjoniści, jak już się za coś wezmą to cyzelują, cyzelują, doprowadzając do perfekcji niedoskonałą materię… no właśnie. Trzeba było, co prawda, przez przejściówkę na LAN wchodzić finalnie na laptopie, bo …przez WiFi były problemy (uwaga samo łącze to minimum 11-12Mbps, ze stabilnym transferem), ale warto było. Bardzo warto. Na paru fotach znajdziecie co nieco poniżej, a więcej w osobnym jw. wpisie będzie. Japończycy mówią KORG i ja tam nie będę z nimi polemizował ;-) Faktycznie w takich okolicznościach przyrody, generalnie (generalizując) tylko japońska elektronika wchodzi w grę (jest tam o tym, na stronie, to chyba nie tylko lokalny patriotyzm przemawia za takim postawieniem sprawy). Grał też ZOOM, bo po piorunie na VOX playerze grającym ze wsparciem plugina Reference 4 (kolejny, osobny wpis o tym na dniach: rewelacja, rewelacja, rewelacja) z presetem przygotowanym dla HE-400i (i modami) oraz bez tych usprawniaczy, udowodnił TAC-2 jak piekielnie dobrym klamotem pod słuchawki (przede wszystkim) jest. Pisałem, że taki mobilny set ZOOM & HE-400 z MBA stanowi mój, często gęsto, pkt odniesienia. Cóż, bardzo dobry efektor zdetronizowany. Sundara @ tym secie to kosmos!

KORG, wiadomo, native 1bit, TAC-2 bo po piorunie grają te słuchawki, tak…
HE-400 musiały uznać wyższość nowych SUNDARA. Wychodzi mi, że w każdym możliwym aspekcie musiały

Jak widzicie, wspomniałem powyżej o paru cholernie intrygujących rzeczach, które położyły mi póki co plan innych testów, publikacji. Znowu soft*?! No znowu, ale jak wyżej stream DSD w dojrzałej, DZIAŁAJĄCEJ, formie z dedykowaną aplikacją dostępowo-odtwarzającą oraz Reference 4 dla pro, ale ja nie pro, bo to pro-tool jest, tak, też od tych ludzików od True-Fi, ale tam wszystko auto, a tu wszystko ręcznie i dla amatorów, muzykofilów jak znalazł. Wiadomo, automatów nie poważamy ;-) a dodatkowo tam jest tyle dobra, tyle ciekawych rzeczy do eksploracji, że no grzech nie zaznajomić się (wersja dla słuchawek niewiele droższa od True-Fi btw). Także spokojnie, pojawi się strasznie opóźniony tekst o POLARISIE, a lecą do nas nowe klamoty, w tym obiecywany (ale nie dotarł wcześniej, będzie teraz) Matrix Mini-i Pro 2S na nowej generacji kości ESS (9026). Wszystko, co do tej pory do nas trafiło @ Sabre 9038, powodowało palpitację serca. Tak, kość same z siebie nie gra, tyle że wcześniej ESS pichcił analitycznie, a teraz inaczej, wg. mnie znacznie sensowniej, bo połączył detal/rozdzielczość z muzykalnością, analogowym sznytem, gra to po prostu ciekawiej. Będzie ten wszystkomający Matrix, sprawdzimy jak sobie poradzi nie tylko na aktywnych nEarach, nie tylko wpięty we wzmacniacze, ale także z jacka odtwarzając muzykę za pośrednictwem tytułowych SUNDARA.

Coś czuję…

PrimieSeat @ KORGu :)

A tu na ZOOMie via Vox Player ze wsparciem rewelacyjnego pluginu Reference 4

* …można siedzieć w pierwszym rzędzie zupełnie za darmo :) Co się tyczy Reference 4 to 99$ za słuchawki sobie liczą

» Czytaj dalej

WOO AUDIO… historia pewnego sukcesu

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
WOOAUDIO_WA7-silver

WOO AUDIO. Kto nie słyszał o tych wzmakach? Chyba każdy, komu bliska jest tematyka audio wie o co chodzi. Sprzęt bardzo trudno dostępny w Europie, właściwie niespotykany (do „wczoraj” tylko jeden dystrybutor na Starym Kontynencie, JEDEN). Bardzo rzadko spotykany na imprezach, jak już u kogoś w domu to daleki import… A jednak. A jednak wielu z Was zapewne słyszało o tej marce, o legendzie jaka otacza te klamoty, o tym jakie to precjoza, jakie skarby, że tylko zdobyć, ustawić i już (dalej) nie szukać. Wspólnym mianownikiem była i jest tu lampa. Lampa w niebanalnej, ekstremalnej wręcz formie, bo lampie wszystko tu przyporządkowane, bo lampa to patent, to pomysł i jedna (jedynie słuszna? ;-) droga, do wydobycia całego przebogatego piękna z muzyki. Tak, tak sobie w tym WOO AUDIO wymyślili i wiecie co? Chwała im. Chwała im za to, że nie ulegli pokusie eksperymentowania z tranzystorem tylko skupili się na tym, co znają i co (nie mam żadnych wątpliwości, że tak właśnie jest) KOCHAJĄ.

Są takie rzeczy, których specjalnie nie trzeba reklamować. Wiecie o co chodzi. Jest sobie klamot, specjalnie niereklamowany (jakoś nigdy, przenigdy nie widziałem w głównonurtowych periodykach wielkich reklam, a nawet małych reklam, a nawet jakiś przekazów podprogowych w necie nie widziałem też), a ludzie mówią. Mówią, bo słuchają i dzielą się opiniami. Budowanie marki, budowanie uznania bez machiny marketingowej, a właśnie oddolnie (ktoś zaraz o ustawce coś napomknie… cóż, takie czasy – tutaj nie ma to zastosowania) zdobywa uznanie. Bo ludzie czują, że trafili na coś wyjątkowego, na coś co przenosi ich do lepszej, dużo lepszej rzeczywistości, tam gdzie liczy się tylko „tu i teraz”. I głośno wyrażają opinię, opisując na forach swoje wrażenia. 

To miałem sposobność i cóż, jak tu nie zachorować, no jak? WA5

WOO AUDIO to niewielka firma, ale z bogatym doświadczeniem (ludzie!) i wcale bogatym (patrz/wróć – niewielka firma) katalogiem. Wierna swoim zasadom, swoim patentom, przy czym to (od razu uprzedzam) górna półka. Tu nie będzie budżetowo, tu będzie konkretnie. Przy czym jedno dla mnie nie podlega dyskusji. Czy całkiem malutka, nawet trubo kompaktowa konstrukcja, czy piękna, dzielona konstrukcja (SET na lampach 300B), czy monobloki… bez różnicy, to jest end of the road. Słyszałem dwa takie wzmacniacze i powiem wprost – to nie było doświadczenie li tylko fizyczne, ale (już widzę wywracających gałami) metafizyczne. To był totalny odlot.

Zainfekowany

Był odlot i nie mogłem, zwyczajnie nie mogłem tego tak zostawić. Stąd decyzja o lampie, ale właśnie bardzo kompaktowo, o dodatkowym (dodatkowym? Serio… dodatkowym? ;-) ) systemie opartym na bańkach. I tak przyszedł czas na modyfikowanego bez ustanku Mini Watt-a z wsadem (czego tam nie było) najprzeróżniejszych NOSów (Telefunkeny, philipsowe …miniwatty, Mullardy…) jak i baniek z nowej produkcji (PSVANE) –  tak dopadła mnie lampofilia w tragicznie nieuleczalnej formie. W końcu znalazłem coś, co pozwoliło (ciekawe na jak długo?) położyć kres poszukiwaniom. Trafił się wsad brimarowy, który gra do dziś. Tak, ale wspomnienie WA5 pozostało we mnie i jak cierń do dziś uwiera boleśnie. Cóż.

Ehhh

Za sukcesem firmy stoją dwaj główni inżynierowie pan Wei i Zhi Dong, którzy mają za sobą ponad 60 lat konstruowania i budowania wysokiej klasy wzmacniaczy. Głównym animatorem jest przedstawiciel młodego pokolenia Jack Woo – dyrektor techniczny i główny manager. Bardzo istotne – to nowojorczycy, o czym kapkę dalej. Montaż klamotów wykonywany jest z autorskich komponentów, na miejscu w Nowym Jorku właśnie. Rzecz jasna lampa to ciągła (ehę ;-) ) potrzeba doskonalenia wynikająca nie tylko z …potrzeby doskonalenia, ale (także) przebiegającego w określonym czasie zużycia baniek (nie czas i miejsce na teoretyczne rozważania, ale to dobra wymówka, by sprawić sobie nowy komplet, nieprawdaż? …hehehe).

Wiecie co jest fajne w Nowym Jorku? Wiele rzeczy, ale najfajniejszy jest dystans, luz, całkowita wolność, swoboda z jaką Nowojorczycy odnoszą się do otaczającej ich rzeczywistości. WOO AUDIO to właśnie TO. Oni z nikim się nie ścigają, nie rywalizują i nie starają się udowodnić Bóg wie czego. Są ponad_to. Stąd, jak wspomniałem, brak hype, brak tego wszystkiego, co niezmiernie mnie ostatnimi czasy wk..wia w branży. Kiedy pojawiają się pieniądze, duże pieniądze, kiedy wszystko co z audio związane pęcznieje (bezsprzecznie słuchawki są ostatnio najlepszym dowodem na to, co sobie tutaj wypisuje, słuchawki i szeroko rozumiany temat PC Audio) widać, jak się to brutalnie komercjalizuje. Nie chodzi o zarabianie pieniędzy, a o to, jak je się zarabia. Można w zgodzie z samym sobą, można też inaczej. Coraz częściej dostrzegam to „inaczej”. I wiecie co? Chrzanię to po całości!

Lampy hurtem WA33

Na mnie (a na kogo nie? Nie znam ;-) ) urok żarzących się w półmroku lampiszonów działa, niezawodnie działa. Jak widzę bańkę to już tylko ta bańka i jakby tu sobie tę bańkę (…też tak macie? Pewnie że macie! :) ) zaaplikować. Poniżej, krótkie resume po ofercie WOO (nie całej, bo sporo tego!). Te opisane poniżej precjoza trafią na polski rynek, będzie zatem można zasmakować w dźwięku, który nie pozostawia obojętnym. Ma silne właściwości uzależniające, także LOJALNIE UPRZEDZAM – jak już wpadniesz, to po same nomen omen uszy.

I nie ma odwrotu:

PS. Uporaliśmy się (no prawie) z CMS-em. Lecimy z koksem – jeszcze dzisiaj nocną porą reinkarnacja iPoda, a potem słuchawkowe hajendy i pod koniec tygodnia obiecywana, wszystkomająca (tak uważam i obronię to w recenzji niepodlegającymi dyskusji argumentami ;-) ), idealnie skrojona na dziś i na jutro integra NADa.

» Czytaj dalej

Docelowe na wynos: mobilny scyzoryk mDSD firmy Encore

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
tytułowe

Z tradycyjnym poślizgiem coś, co w mojej opinii zostawia w tyle znane mi rozwiązania konkurencji w zakresie plikowe audio na wynos. USB DAC to dopiero początek, bo mamy tutaj do czynienia z rozbudowanym funkcjonalnie urządzeniem, które dysponuje własną regulacją na wyjściu (możliwości amplifikacji wprawiają w osłupienie, serio, będzie o tym sporo poniżej) oraz konwerterem USB-SPDIF (optyk) współdzielonym z tradycyjnym 3,5mm jackiem. Sporo, jak na coś wielkości pendrive’a, a przecież ten mały grzmot oferuje ponadto szerokie możliwości w zakresie konwersji sygnału cyfrowego, bo jest tutaj i DXD (24/384) i DSD (no nazwa obliguje, prawda, obliguje) 64/128. Na marginesie, warto zapoznać się z wpisami na forum Roon Labs o 1 bitowym sygnale, o tym jak bardzo jesteśmy wyprowadzani w pole przez marketingowców, gdy z pudełek atakuje przekaz „nawet” do 512, albo o 1024 (DSD). Wypowiadają się osoby z branży oraz inżynierowie dźwięku i znakomici spece z samego Roona – wniosek jest jednoznaczny… ta pogoń w imię magii cyferek nie tylko nie ma najmniejszego sensu praktycznego (dystrybucja), ale od strony brzmieniowej wręcz mocno niewskazana. No, ale, każdy chce więcej pod maską… i tak to się kręci.

Powracając do bohatera recenzji, interfejs mDSD nie tylko dużo może, ale niedużo kosztuje. Właśnie. Patrząc na rynek z jednej strony widzimy pozytywną erozję cen tego typu rozwiązań (ludzie, za pierwszego DragonFly-a zapłaciłem 1299zł! Ale ze mnie frajer! ;-) ), z drugiej klęska urodzaju z jaką mamy do czynienia mocno komplikuje wybór. Jest tego, na przysłowiowe „kopy” i konia z rzędem temu, kto każdy z tych USB DACów przesłucha, przetestuje dogłębnie i finalnie oceni. Pamiętajcie, wiele razy o tym mówiłem, duża część testów w sieci jest kompletnie z czapy (tak zwane chwilówki, kiedy redakcja ma coś na tydzień, dwa, albo nawet na nieco dłużej, ale tekst pisze się taśmowo, już po paru dniach „odsłuchów”). U mnie mDSD katowany był 3 miesiące (dzięki za wyrozumiałość i za sposobność Audiomagic) i mogłem dogłębnie przekonać się o zaletach oraz wadach produktu. Naprawdę mniej czasami znaczy więcej. Po tych trzech miesiącach wiem, że mogę kompetentnie wypowiedzieć się o mDSD, bo poznałem w pełni możliwości jakie drzemią w tym produkcie. Nie pobieżnie zatem, a konkretnie, ze zwróceniem uwagi na potencjał, który drzemie w tej konstrukcji. Patrząc szerzej, widzę, że wielu nie zadaje sobie trudu, by poznać ten potencjał i pobieżnie, w niepełny sposób, bez uchwycenia tego co istotne, co kluczowe opisuje i odfajkowane. To nieporozumienie, w tym wypadku rażące wręcz, bo mamy rzecz w swojej kategorii WYBITNĄ, taką której tym bardziej warto się dokładnie przyjrzeć i którą warto sumiennie przetestować.

Finału na wstępie tak do końca nie zdradzę, ale można domyślić się co się tam w podsumowaniu znajdzie. Powiem tak: jeżeli chcecie zainwestować niewielkie pieniądze w coś, co „ogarnie” Wam temat grania z komputera (i ewentualnie handhelda, choć to pełnego potencjału mDSD nie uwolni) to macie coś, co powinno być na pierwszym miejscu na krótkiej liście. Miałem porównanie i o tym też co nieco przeczytacie. Było porównywane to, to z czarną i czerwoną Ważką (plus nawiązania do DF pierwszej gen.), miałem w pamięci skądinąd bardzo dobrego brzmieniowo, przenośnego Matriksa (też u nas był długo, bo wzięliśmy go do redakcji – patrz recenzja), małego A10 Beyersa (patrz tutaj), kolejnego przenośnego DACa jaki zagościł na dłużej u nas czyt. HA-2 od Oppo (ktoś się nim teraz cieszy, bo i piękna rzecz, patrz nasz test tutaj), wreszcie testowanego niedawno iDSD Nano od IFi (test tutaj). A to nie wyczerpuje jeszcze całej listy (sporo testowaliśmy produktów FiiO, były Cayiny, były produkty Audioengine itd.). I wiecie co? Te 500 złotych jakie zainwestujecie w audio klamota będzie w wypadku tytułowego scyzoryka NAJLEPIEJ wydanym Sobieskim. Lepiej wydacie te pieniądze od inwestycji w pozostałe wymienione powyżej produkty, a szerzej to nawet w większość tego, co dzisiaj w polskiej dystrybucji można zakupić (mam tu na myśli rzeczy, które słuchałem). Narażę się komuś? Trudno. Zasadniczo i z definicji mam to gdzieś, nie staram się w tym, co publikuje być „politycznie poprawny”, pisząc tak, by nie naruszyć czyjegoś interesiku. Jak coś jest gorsze, albo dużo mniej opłacalne, to takie jest i nie ma co się czarować i zakłamywać rzeczywistości. Co więcej, sporo produktów szczególnie w tej kategorii oferuje całkiem pokaźny zbiór wspomnianej „magii cyferek”, albo też „magii literek” (tak, mam tu na myśli MQA w Dragonach). Także spokojnie, bullshitu tutaj nie będzie, nawet gdyby ostatecznie przyszło mi sprzęt do testu wyłącznie kupować, wypożyczać za kaucją. Ogólnie, za dużo dziś w sieci sponsoringu i mówię tu generalizując, ale też opisując znane Wam zjawisko „marketingu opiniotwórczego”, testów które z rzetelnym opisem „za i przeciw” nie mają NIC WSPÓLNEGO.

To jak… ten mDSD taki bez wad, bez skazy zatem? A gdzie tam, oczywiście, że nie, ale w tym budżecie dostaliśmy przysłowiowe maksimum i gdyby nie sobie taka ergonomia to bym dead endami walił, ale że jednak, to się pohamuję :)

Zapraszam do lektury:

» Czytaj dalej

Deezer HiFi dostępny w Polsce

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2017-12-13 o 18.17.45

Wczoraj było o tonącym Tidalu, dzisiaj o szalupie ratunkowej dla tych, co chcieliby sobie strumieniować lepszą jakość z serwisu streamingowego, a tu może zaraz być pustynia w temacie. No dobrze, jest, ale jak to u Francuzów (słowność nie jest ich mocną stroną vide Qobuz, który miał być w wakacje… miał) ten stream jest jakiś taki niekompletny. Bo po pierwsze Deezer HiFi nie jest dostępny na mobile (aplikacje dostępowe na handheldach niestety tego HiFi nam nie obsłużą), po drugie jak byśmy mieli ochotę na bezstratną jakość w domu to musowo komputer (bo na oprogramowaniu deezerowym dla PC/Mac to HiFi działa), chyba że macie strefy oparte na Sonosach lub/i wybrane produkty B&O (te z WiFi/LANem).

Tak, to oferta głównie pod stacjonarne słuchanie, jak widać

Także nie jest kompleksowo i multiplatformowo, ale dość marudzenia… alternatywa dla Tidala właśnie pojawiła się na naszym rynku i dobrze. Jakość streamu to 16/44 we FLACzku i jak tylko nie zrezygnowaliście ze starych, poczciwych komputerów w erze Post-PC to śmiało można subskrybować za 39,99 miesięcznie, czytaj, za dokładnie tyle samo co miesiąc abo w Tidalu. Z rzeczy fajnych (to pierwszy serwis jaki miałem w sub i tak już z przyzwyczajenia zostało, korzystam od czasu do czasu, bo mają pewne rzeczy niedostępne gdzie indziej oraz dobry moduł inteligentnego dopasowywania) to po pierwsze funkcja Flow, auto playlisty dopasowanie pod nasze gusta, przy czym może grać nawet jeden tylko artysta (taki monotematyzm ;-) ), po drugie sugestie administratorów, po trzecie integracja z Squeezeboksem (najstabilniej działająca swego czasu).

To jak? Migrujemy na HiFi?

Istotną informacją jest to, że Deezer HiFi to odpowiednik Deezer Elite (Stany), która to usługa już od ładnych paru lat funkcjonuje i zdaje się, całkiem nieźle sobie na rynku radzi (a przynajmniej na tyle, że Francuzi postanowili dawać to do innych lokalizacji). W jakości bezstratnej dostępna jest praktycznie cała biblioteka jaką oferują w streamie, to znaczy około 36 milionów utworów. Mam nadzieję, że Tidal jakoś się uratuje, bo jest póki co znacznie bardziej uniwersalny, zintegrowany z wieloma protokołami, produktami. Tak czy inaczej, dobrze, że ten stream w lepszej jakości jednak się pojawia, że komuś się chce…

Link: http://www.deezer.com/pl/offers/hifi

Hipotetycznie, bo w praktyce ten strumień raczej nie będzie 1411…

do 31 grudnia bezpłatnie, aplikacja w wersji beta (wczesna moim skromnym zdaniem). Nie loguje fb i jak wspominałem, tylko pod Win/macOS. Podobno w przeglądarce stream HiFi też działa (u mnie nie działa, być może trzeba wykupić opcję, jak słuchamy w promocji to tylko przez ww. aplikację dla komputerów)

Na PC, informacja niby jest jednoznaczna – 1411kbps… w przypadku FLAC mówimy o kompresji i taka wartość 
wydaje się podejrzanie wysoka… nieskompresowany materiał WAV to właśnie te 1411 (CDA) Hmmm?

A tu na apka (beta) na Makówie… nie brałbym na poważnie tego 1,4Mbps streamu i już tłumaczę…
…sprawdziłem jak to wygląda w zależności od ustawienia jakościowego 320/1411 i to drugie pi razy oko
to transfer razy dwa i to by się zgadzało, bo FLAC to średnio 700kbps (średnio, bo mamy często do czynienia z VBR) 

O jakości mogę powiedzieć tyle, że na razie nie dostrzegam większej różnicy. Sprawdzę na bardzo dobrym secie słuchawkowym (podepnę także pod KORGa) i we will see

Pojedynek na szczycie: HE-1000 vs MrSpeakers Ether Flow vs LCD-3

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170302_075639512_iOS

Z tym tytułowym szczytem to nie do końca tak, że szczyt, no może i szczyt, ale są (jeszcze) wyższe szczyty. Wspomniałem ostatnio o tym na łamach – nowe modele są dwa, trzy razy droższe od niedawnych top of the top i ten trend w katalogach specjalistów z branży wyraźnie widać. Ceny przebijają kolejne „granice”, docieramy do finansowej stratosfery. Mniejsza. To co udało mi się zgromadzić i porównać wyznacza horyzont możliwości, mimo droższych modeli jakie pojawiły się ostatnio – serio – szczerze wątpię w nawet 10% progres (odnośnie tych procentów, to w ogóle idiotyzm, żeby opisywać to w jakiejś skali… na tym pułapie to często subtelne „inaczej”, ale już niekoniecznie „lepiej” / „gorzej”). Nowe flagowce to często, gęsto (jeszcze) bardziej luksusowe materiały, ergonomiczne zmiany w konstrukcji, które mogą przełożyć się na większy komfort użytkowania oraz… jakaś legenda (o tym, „jak to w pocie czoła…” ;-) ). Nie chcę przez to powiedzieć, że dochodzimy do ściany, ale mówiąc wprost – najdroższe do niedawna słuchawki to poziom tak wyśrubowany, że zmiany, radykalne zmiany możliwe są chyba tylko w przypadku technologicznego przeskoku (vide grafen), zastosowania całkowicie nowych rozwiązań.

W naszym porównawczym teście zmierzyły się cztery znakomite nauszniki firm specjalizujących się w produkcji słuchawek planarnych: HiFiMAN HE-1000, dwa modele MrSpeakers Ether Flow (otwarte) oraz C (zamknięte), wreszcie opisane wcześniej, redakcyjne Audeze LCD-3 (jako punkt odniesienia). Na rynek trafiła nowsza wersja „tysięczników”, ze zmianami głównie pod kątem ergonomii, LCD-3 nadal są w ofercie, a Ethery to obecnie szczyt oferty MrSpeakers (które, jak pamiętacie, od paru miesięcy ma polskiego dystrybutora). Testowanie tych wszystkich nauszników było ciekawym doświadczeniem – z jednej strony macie obiektywnie bardzo wysoki poziom w przypadku każdej z wymienionych konstrukcji, generalnie rzecz ujmując – to, co możliwe jest do osiągnięcia w zakresie jakości brzmienia w przypadku słuchawek, z drugiej to inne smaki, one się znacząco różnią, to inny patent na dźwięk… tu (znowu generalizuje) nie ma wspólnego mianownika. Ktoś mógłby z miejsca zaprotestować – no ale jak to, przecież jest jakiś absolut, jakiś poziom doskonałości, coś co stanowi cel, metę… a tu mowa o różnych, bardzo różnych sposobach reprodukcji.

…z thunderboltowego pro toolsa. Cymes!

Nie ma czegoś takiego jak „absolut” w audio. Nie ma czegoś takiego jak wzorzec z Sevres. Nigdy nie było i nigdy nie będzie. Nie jest tym absolutem wyczynowa neutralność, nie jest hiperanalityczność, nie jest (bo nie występuje w przypadku reprodukowania muzyki w domu) kontrowersyjne „jak na żywo”. Drogi, które prowadzą do obiektywnie doskonałego dźwięku (przy wszystkich ograniczeniach wynikających z subiektywnej, indywidualnej oceny) są tak różne, że w ogóle trudno tu mówić o czymś, co stanowi patent do osiągnięcia audionirwany… tych patentów jest tak wiele… każdy konstruktor wybiera pewną drogę dojścia do zakładanego rezultatu. Jak wspomniałem powyżej, postęp w głośnikach, w sposobie reprodukowania dźwięku to nie IT (brak analogii), to powolny proces, a jakaś znaczącą rewolucję mogłoby wywołać dopiero wprowadzenie awangardowych materiałów. Bez tego o żadnej rewolucji (popatrzmy na kolumny) nie może być mowy. Ze słuchawkami jest o tyle inaczej, że pewne, istotne udoskonalenia, wymuszają okoliczności. Mamy mobile, mamy zmiany w dystrybucji muzyki, mamy popularyzację tego co i na uszach. A to niejako wymusza, ułatwia adaptacje nowych pomysłów, przy czym granice tego co można da się (podobnie jak w przypadku kolumn) przekroczyć wtedy, gdy nowe materiały pozwolą znieść ograniczenia fizyczne na jakie natrafili konstruktorzy, korzystający z dotychczasowych rozwiązań, technologii.

Tytułowe słuchawki są „naj”, ale to „naj” jest różnorodne, inne, to indywidualne wybory, to nasza wrażliwość, to nasz gust. Tu nie ma mowy o dźwięku niesatysfakcjonującym. Ba, tu nie ma mowy o dźwięku, który „nie podchodzi”, bo trudno mówić w przypadku tych nauszników o niedostatkach, o czymś, czego „nie ma”. Natomiast każda z tych konstrukcji odmiennie czaruje, odmiennie bierze nas w swoje władanie, pozwala w różny (tak, to dla portfela niewątpliwie przykre, ale najlepiej, bo najpełniej dla maniaka bezkompromisowego dźwięku z nauszników to mieć całą kolekcję takich flagowców) sposób przeżywać spotkanie z muzyką, na poziomie absolutnie topowym. No dobrze, ale mamy w tytule pojedynek, niech więc subiektywna ocena podkręci atmosferę, niech to porównanie nabierze nam nieco sportowego charakteru. Pamiętajmy tylko, że tu nie ma przegranych, nie ma konstrukcji, która „a jednak”, bo w przypadku takich słuchawek zwyczajnie nie ma o tym mowy…

» Czytaj dalej

ROON, aktualizacja świąteczna… iPad, iPhone pełnoprawnym źródłem audio!!!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
tyt

Co za ludzie, no nie dadzą człowiekowi odpocząć, tylko zmuszają do nawalania w klawiaturę! ;-)  Roon aktualizacja świąteczna 1.4 a w niej prawdziwa petarda… iPad, iPhone lub iPod Touch stają się od teraz takim samym źródłem audio (end-pointem) jak PC! Wiecie co to oznacza? Pewnie, że wiecie. Każdy klamot kompatybilny z iCośtam pozwala na utworzenie strefy BEZ KOMPUTERA. Wystarczy to co w kieszeni, wystarczy tablet i już. Wspominałem o świetnym iPengu, dawał nam możliwość integracji w ramach protokołu LMS (Logitech) iOSowego urządzenia, działało to bardzo dobrze, ale z oczywistymi ograniczeniami (jak: downsampling, maks. 16/44-48). Nie mieliśmy możliwości wykorzystania pełnych możliwości przykładowo iPada, bo nie dało się uzyskać bitperfect (grając hi-resy), nie można było wykorzystać handheldów Apple jako odpowiednika PC/Mac z oprogramowaniem ROON BRIDGE (niezależny end-point, z pełną możliwością konfigurowania, sterowania, obsługi dźwięku oraz wykorzystania silnika DSP). Teraz, moi drodzy, z chwilą wprowadzenia oprogramowania 1.4 macie wspomnianego iPada w takiej właśnie, jak opisałem powyżej roli – autonomicznego źródła, końcówki bez ograniczeń funkcjonalnych. BOMBA! To fantastyczna wiadomość dla użytkowników elektroniki mobilnej spod znaku jabłca, bo mogą od teraz tworzyć multistrefy oparte o swoje urządzenia, a po podpięciu kompatybilnych DACzków możemy mieć hi-resowy end-point z opcją załączenia DSP, bez ograniczeń w SQ. Najlepiej podpinać iCośtam do audio elektroniki przez ACK (Apple Connection Kit), alternatywne rozwiązania innych firm niestety często ograniczają możliwości przesłania dźwięku z urządzenia do przetwornika maks. do 48KHz… adapter jabłca nie ma takich ograniczeń, co można zobaczyć na załączonych obrazkach. Jest też inna ewentualność – są na rynku DACzki, które identyfikują się bezpośrednio (bez adaptera) z naszym, przykładowo iPadem. Testowaliśmy niejedno takie ustrojstwo, jak choćby małego AK10 Astell&Kern vel A200p Beyerdynamic.

Widzicie ten pasek na górze? Tak, tak to już nie działa w trybie Remote (jak włączone to działa jak na stałe odpalony program, a nie że musi nam się apka łączyć każdorazowo z Core, np. po wyjściu na pulpit).
Innymi słowy macie ROON Playera na iOSie! Full opcja, pełna obsługa, żyć nie umierać. iPad jako end-point. Pełne DSP, DSD, MQA (jak komuś to robi ;-) ), z możliwością migrowania do dowolnego miejsca w chałupie… 
…tak wiem, też o tym pomyślałem, a dlaczego by nie od teraz na wynos, gdziekolwiek bądź. Stałe IP to oczywista, oczywistość, teraz droga do tego jest w pełni otwarta. Wow! 

iPad Air 2 ROON READY!

Działa to bez najmniejszych problemów, stabilne jak skała, ale do tego Roon Labs zdążyło nas już przyzwyczaić. Możliwości są ogromne, możecie sobie podpiąć iPada, podłączyć jakiegoś DACa, skorzystać z opcji DSP i – dysponując słuchawkami Audeze – ustawić działanie end-pointu pod swoje nauszniki. Albo, możecie (patrz obrazki) posłuchać sobie wyczynowych hi-resów (obsługa bit-perfect, wychodzimy czystą cyfrą, omijając całkowicie układy iPada), nawet DSD via DoP lub PCM nawet do 384KHz! Ale że jak?! Wystarczy odpowiedni, działający ze sprzętem Apple klamot, jak choćby redakcyjny hiFace DAC (M2Tech), którego mocno katowaliśmy z Air 2 oraz kilkoma modelami słuchawek. Identyfikacja bezproblemowa, DAC pozwolił na obsługę plików DXD oraz (tu z pewnym ograniczeniem, ale leżącym wyłącznie po stronie Włocha) DSD. Grał zatem 1 bitowy materiał, przy czym cicho, ale to – podkreślam – żadne ograniczenie iPada jako źródła, bo identycznie jest z komputerami… po prostu ten typ tak ma, zresztą specyfikacja podaje, że plików 1 bitowych hiFace nie obsługuje, co nie jest do końca prawdą, a wręcz jest bujdą, bo obsługuje. DAC ma takie możliwości, gra takie pliki, robi to w trybie DoP, tylko – właśnie – cicho. Także sprawdziłem z materiałem wyczynowym i tak, jak najbardziej iPad (bo to raczej tablet będzie najwygodniejszym, najsensowniejszym handheldem podpinanym pod roonowy tor) może być zamiast komputera. Idealne rozwiązanie do salonów, jakiś stref gdzie zwyczajnie nie mamy ochoty na PC (a jednocześnie nie chcemy rezygnować z systemu stereo, a nie takiego opartego o jakiegoś głośnikograjka RoonReady). Dodajmy do tego wygodę obsługi (dotykowy interfejs) i cóż… ROON jest, cholera, nie do pobicia! Zamiast korzystać z erzaców (AirPlay – np. AirPorty czy AppleTV identyfikowane wcześniej w ROONie, który dysponuje obsługą tego protokołu) można teraz mieć jabłczane źródło o nieograniczonych możliwościach, takich jak komputer, korzystać z potęgi trybów DSP, dostosowania do efektora, pomieszczenia… WOW! Wprowadzenie pełnego wsparcia dla mobilnego systemu (iOS) to fantastyczna rzecz, już nie tylko Win, nie tylko macOS czy Linux, ale od teraz także iOS może być w pełni Roon Ready!!! Ważne, żeby skorzystać z opcji pełnego wsparcia ROONa w iOSie trzeba zainstalować wersję 11. Niestety bez najnowszego, nadal zabugowanego systemu mobilnego Apple się nie obejdzie. Przy czym na szczęście, wszystkie urządzenia z poprzednią wersją systemu (iOS10) niczego nie tracą, odnośnie dotychczasowej funkcjonalności. Nadal działa to jako Remote, nadal możemy sterować odtwarzaniem na innych urządzeniach, konfigurować etc. po zaktualizowaniu Core do 1.4.

I co Wy na to? iPad jako pełnoprawne źródło w ROONie. Już nie trzeba iPenga (ograniczenia), mamy dokładnie to samo, co daje nam PC/Mac w opcji ROON Bridge!
Tutaj, jak widać, leci sobie DSD via DoP

Hi-resy 

…w dowolnym miejscu, słuchawki, ale i stacjonarny tor, w którym end-pointem będzie iPad

To nie jedyna rzecz, którą wprowadzili pod choinkę. W najnowszej wersji 1.4 przebudowano interfejs zarządzania strefami, nawigowania po opcjach sprzętowych… i zrobiono to przegenialnie. Nie dość, że szybciej, nie dość że wygodniej, to jeszcze dostajemy rozbudowane opcje sterowania natężeniem dźwięku. To bardzo istotne, bo ROON, jako jedyne tego typu oprogramowania na rynku, pozwala dopasować swoją pracę nie tylko do podpiętego sprzętu, ale nawet do określonej muzyki! No REWELACJA Panie, Panowie. Możemy dokładnie dopasować sposób odtwarzania, popatrzcie na obrazki… niesamowite! Ustawiamy w zależności od utworu, albumu, danego źródła, można zdać się na auto dopasowanie…. można dokładnie wszystko ustawić pod kątem materiału (o ile znamy jego parametry, jak znamy to je nam ROON btw wyświetli pod okładką albumu …z górką od paru miesięcy to potrafi). Dla purystów to niezwykle istotna sprawa, bo można korygować to co ostatecznie dobiegnie do naszych uszu, dzięki możliwościom oprogramowania dokładnie ustawić całość i cieszyć się doskonale zsynchronizowanym (z materiałem) odtwarzaniem. BOMBA! Do tych kluczowych nastaw oraz do crossfade’a i limitera głośności (można takie coś od teraz wymusić, co może okazać się wielce przydatne, szczególnie z wrażliwą elektroniką oraz słuchawkami) po wyświetleniu pierwszej zakładki informującej nas o parametrach danego urządzenia / strefy. Mamy zatem dokładnie podane co gra, jak jest ustawione i szybko możemy to pozmieniać w setupie (na dole wyświetla się opcja). Proste? Proste, genialnie proste, a jednocześnie dające TAKIE możliwości. Innymi słowy, jak macie pliki DSD (zazwyczaj gra to ciszej) to ustawiacie pod nie reakcję, jak gra materiał PCM to ustawiamy sobie inaczej i nam się ładnie dopasowuje, jak chcemy wyłączyć wszystko, to wyłączamy, jak zamieszczono dokładne informacje nt. parametrów (podano parametr Dynamic Range) to sobie odpowiednio dopasowujemy nastawy.

Ja cież… tak, wiecie co to oznacza… można precyzyjnie dopasować poziom. Super precyzyjnie!

 K.O. :)

No dobrze, to może już wystarczy tych prezentów? A gdzie tam! Przebudowali także moduł odtwarzania po zakończonej liście zaplanowanej przez użytkownika oraz rozbudowali samą listę odtwarzania. Ten moduł, zwany – po prostu – Radio, od teraz jest w wersji 2.0 i choć jeszcze (ale to się niebawem zmieni :) ) odtwarza nam dźwięki „tylko” z naszej kolekcji plików (Tidal / NAS), to robi to od teraz na parę sposobów. Z playlistą podobnie… jest więc pętla, inteligentna pętla, mieszanie, a do tego (w obu przypadkach) pełna informacja na temat odtwarzanych utworów, wykonawców, twórców z odnośnikami do …zewnętrznych źródeł. Dodajmy, że to wszystko w ramach inteligentnego dopasowania pod nasze gusta, w nawiązaniu do wcześniej odtwarzanej muzyki, z wyszukiwaniem inteligentnym po naszej kolekcji, a niebawem (jw) w przepastnych zasobach Internetu (będzie Tidal co oczywiste, ale nie tylko, bo rozgłośnie też się pojawią). Co więcej, to Radio będzie można konfigurować (albo auto, albo określone preferencje, jakościowe, gatunkowe, realizatorskie etc. etc. etc.). Dodam tylko, że mówimy tylko o dodatku, czymś co gra, jak nam się inwencja twórcza odnośnie własnej listy odtwarzania, playlisty skończy.

Wreszcie ponownie zoptymalizowano działanie RAAT, jest szybciej, wydajniej, faktycznie widzę, że mniej zasobów nam połyka (a przecież było dobrze, ale …he, he, zawsze może być lepiej ;-) ). Są jeszcze pewne, kosmetyczne zmiany oraz garść poprawek. Od paru dni testuje (soft dostępny jest właściwie od przedwczoraj) i powiem Wam jedno: ja już prezent pod choinkę dostałem! :-D

Znakomicie… mamy szybki dostęp w zakładce strefy do wszystkiego

Świetny UI jest od teraz jeszcze lepszy!

Skondensowane informacje w zakładce strefy/wybrane urządzenie z kluczowymi nastawami oraz wejściem do setupu

Poniżej, w rozwinięciu sporo materiału zdjęciowego z opisem, obrazujące zmiany jakie zaszły w oprogramowaniu…

» Czytaj dalej

Pierwsze wrażenia Auralic Polaris

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
auralic-polaris

Mam niebywałe szczęście. Od paru tygodni przyszło mi obcować z produktami, które wyznaczają jednoznacznie kierunek w jakim będzie rozwijać się branża. Nie, nie mam na myśli AirPodsów ;-) ,bo to jednak inna para kaloszy (tam dźwięk, jakość brzmienia, powiedzmy to sobie wprost, nie są w centrum uwagi), a trzy produkty, które stanowią kwintesencję tego, co się dzisiaj zmienia nie tylko w zakresie projektowania urządzeń audio, ale szerzej dystrybucji, zmiany sposobu użytkowania oraz korzystania przez użytkowników zarówno ze sprzętu jak i muzyki. To fundamentalne zmiany, nie niewielkie, a fundamentalne i warto spojrzeć na nie właśnie przez pryzmat tych trzech produktów: wzmacniacza zintegrowanego NAD C338 opisanego wstępnie tutaj (w fotogalerii), przetestowanych przeze mnie KEF-ów LS50 Wireless (patrz nasza opinia) wreszcie…

…kompletnego, high-endowego systemu audio, jakim jest tytułowy Auralic Polaris

…bohatera niniejszego wpisu, opisującego pierwsze wrażenia. To sprzęt, który wraz z Altairem (to samo, tylko bez końcówek mocy z wbudowanym wzmacniaczem słuchawkowym, którego Polaris nie ma) stanowią emanację SYSTEMU audio w XXI wieku. Wcześniej mieliśmy próby, teraz (podobnie ma się sprawa z kompletnym C338 w przypadku budżetowego HiFi) mamy coś, co stanowi udaną próbę stworzenia rozwiązania kompatybilnego z NOWYM AUDIO. Tak jak KEFy LS50 Wireless są systemem zaklętym w zestawie głośnikowym (możliwe, że w tej, czy kolejnej odsłonie, nie będą potrzebowały niczego więcej ponad komputerowe źródło, czy może nawet sterownika w postaci telefonu), tak produkt Auralica to źródło, wzmacniacz, przedwzmacniacz, pramofonowe pre, szerzej – cała multifunkcyjna centralka, która zdolna jest przyjąć wszelkie zera i jedynki (w razie konieczności także sygnał analogowy) wypuszczając sygnał wprost na dowolne kolumny jakie podepniemy. Bo to może być NAS (audio) też, serwer audio jak najbardziej może, możemy zainstalować w środku dysk, podpiąć dodatkowe możemy też. Niesamowita w tym projekcie jest właśnie jego wieloraka natura… jak kameleon może być li tylko przetwornikiem C/A, może być streamerem z podpiętym zew. DACzkiem (wyjście USB), może być cyfrowo-analogowym preampem, może być gramofonowym pre, może grać z aktywnym zestawem głośnikowym, może…

Polaris nie przypomina tradycyjnego urządzenia, więcej –  jest w opozycji do klasyki, bo mamy tutaj wszystko to, co w przypadku klasycznych systemów stanowi co najwyżej dodatek. Dodatkowo stanowi haj-endową wersję all-in-one, przy czym w odróżnieniu od budżetowych rozwiązań, które pojawiły się (oferujących coraz większą funkcjonalność, multifunkcjonalność), tutaj trzeba było uwzględnić wyższe wymagania odnośnie jakości, bo przecież to ma być wysoka półka, ma być alternatywa dla systemów za kilkadziesiąt tysięcy, ma być (i według mnie jest) zmiana filozofii budowy całego toru audio, co implikować będzie bardzo poważne przetasowania w całej branży audio.

Mamy więc wysoko wydajne końcówki w klasie D wraz ze wzmiankowanym cyfrowo-analogowym pre-ampem (całość z opatentowanym rozwiązaniem), mamy wszelkie możliwe streamingi z takimi plug&play jak BT z aptX, AirPlay’em, mamy wreszcie nawiązujący do high-endowych ambicji front-end Roon. To właśnie ten ostatni element decyduje tutaj o przynależności do audio arystokracji. Wiele razy powtarzałem na łamach, że dzisiaj czymś co ma kapitalne znacznie w audio i będzie warunkować ocenę sprzętu (tak właśnie!) jest oprogramowanie. To ma absolutnie kluczowe znacznie, bo o możliwościach sprzętu, o jego obsłudze (ergonomia, prostota, szybkość, wsparcie) przesądzi co tam w kodzie piszczy, jak ten kod jest napisany i jak jest supportowany.

To potencjalnie fatalna wiadomość dla osób, które akurat z komputerem w audio nie chciałyby mieć nic wspólnego, dla których komputer to zło (w audio). Śpieszę donieść, że cały wysiłek idzie dzisiaj właśnie w kierunku oswojenia tematu, doprowadzenie do sytuacji, w której ten mityczny komputer (Polaris jest oczywiście komputerem, tyle że na pecetowej platformie x86, a ARM, doskonale znanej z wszędobylskich smartfonów, tabletów etc.) będzie na tyle ujarzmiony, na tyle prosty w obsłudze, przewidywalny i oswojony właśnie, że … nie zauważymy, że komputer nam gra. A gra i grać będzie. To wynika wprost ze zmian jakie zaszły w dystrybucji, w dominacji streamingu, graniu z pliku, które wymusza całkowite przeorientowanie toru audio, systemu audio. I to się właśnie dzieje na naszych oczach.

To urządzenie Roon Ready, a to oznacza pełną kompatybilność, natywną z protokołem RAAT. To – inaczej rzecz nazywając – autonomiczne, samodzielne źródło front-endu Roon, coś co do tej pory wymagało zazwyczaj jakiegoś komputera (niechby i wyspecjalizowanego, ale jednak komputera klasy x86), coś czego tak mi brakowało w przypadku przetestowanych KEFów Wireless (dlatego uważam, że jest to produkt na początku swojej drogi rozwojowej, czy nawet linia produktów, która dopiero powstaje). Mam nadzieję, że inżynierowie KEFa wprowadzą obsługę RAAT. To coś, co domknie temat, dając gotowe rozwiązania faktycznie eliminujące potrzebę podpinania pod te głośniki czegokolwiek. Zwyczajnie nie będzie takiej potrzeby. Wystarczy serwer z Roon core i już (no jakiś handheld w roli sterownika rzecz jasna będzie wymagany). W przypadku Polarisa właśnie nie ma potrzeby, bo jest Roon Ready, choć gramofon rzecz jasna bardzo chętnie podłączymy i sprawdzimy. Tyle.

Na wstępie podpiąłem Polarisa pod C338 (gra jako streamer Roon Ready). Zrobiłem to z dwóch powodów… po pierwsze chcę zobaczyć czy i jakie różnice oferują końcówki w Auralic-u wobec budżetowego projektu NADa. To w ogóle terra incognita, bo do niedawna w środowisku (opisujący oraz słuchający, z audiofilskimi konotacjami i mniej audiofilskimi, powiedzmy racjonalistycznie-sceptycznymi) obowiązywała jednoznaczna w formie i treści opinia, że „cyfrowe” (tak, to nieadekwatne sformułowanie, wręcz błędne, ale często pojawiające się w dyskusjach, stąd „”) gra ogólnie mało finezyjnie, właściwie bez różnicy co tam w środku siedzi, bo i tak brzmi to gorzej od umownej klasyki.  Mam odmienną opinię, korzystam od dawna z impulsowego D3020, przewinęło się sporo takich wzmacniaczy u mnie (NuForce’y, NADy właśnie, produkty mniej znanych marek) i cóż – sam jestem ciekaw tego porównania.

Po drugie daniem głównym jest tutaj – nie ma co do tego chyba żadnych wątpliwości – właśnie streamer, możliwości tego nowego audio, sposób implementacji (software!) w takim produkcie, wszystkomającym produkcie, który ma ambicję zastąpić CAŁE nasze dotychczasowe stereo. Jedna skrzynka co wszystko łączy, jedna co wszystko gra. Właśnie tak. Priorytetową kwestią jest zatem nie tylko sama możliwość przepuszczenia przez skrzynkę dowolnego strumienia z Internetu, lokalnej sieci, ale także sposób w jaki to wszystko okiełznamy. UI oraz UX, rzeczy znane ze światka komputerów, są w centrum naszej uwagi i to będzie także podlegać szczegółowej ocenie.

Auralic ma swój patent na obsługę, na oprogramowanie klamota, swój system zawiadywania i integrowania zero-jedynkowej muzyki. Nazywa się to Lightning DS i mam sporo uwag odnośnie ergonomii, stabilności oraz możliwości tego oprogramowania. Pamiętacie Ariesa Mini, którego opisałem na łamach HDO. Tam sporo na ten temat, w przypadku Polarisa nie pójdę na skróty (link do wcześniejszej publikacji), a rozwinę opinię na temat software, starając uwypuklić mocne i słabsze strony autorskiej propozycji Auralic-a. Rzecz jasna daniem głównym i nie ukrywam że tak będę głównie testował klamota będzie ROON. Jego integracja jest wg. mnie najistotniejszym elementem tego produktu i bez tego software tracimy sporo z możliwości jakie oferuje Polaris. Tak czy inaczej autorskie rozwiązanie integruje nam co trzeba, m.in strumienie z Tidala oraz Qobuza (w Polsce już w wakacje!)

Tak, tracimy, co nie oznacza, że z firmowym softwarem nie ma sensu… sens jest, powiem nawet więcej, możemy w codziennym użytkowaniu zdać się na protokoły „bezobsługowe” tj. Bluetooth czy AirPlay, strumieniując z czegokolwiek, z jakiejkolwiek apki i pewnie część domowników właśnie tak sobie przyswoi tego klamota. Czujecie to? Właśnie, będą korzystać z high-endowego systemu po swojemu i bez żadnych ograniczeń, z dostępem ze swojego… źródła. Takie to nowe audio właśnie jest, pogódźcie się z tym konserwatyści, że to wszystko nam się „demokratyzuje”. Koszmar, prawda? ;-)

Nie miałem takich przygód jak inni testujący z inicjacją, konfiguracją wstępną Polarisa, nie było u mnie sytuacji, że bezprzewodowo to przypadkowo (zadziałało w końcu). Nie. Owszem, sam proces nie zawsze kończy się sukcesem (u mnie za drugim razem się udało), ale nie demonizowałbym tego. Inne rzeczy są ewidentnie do poprawy, parę spraw należałoby rozwiązać po prostu inaczej (porażką jest konieczność obsługi w różny sposób skrzynki, by dotrzeć, uruchomić wszystkie zaszyte w niej funkcje, usługi, sposoby komunikacji ze światem – to kompletnie bez sensu), także przed Auralic-iem sporo jeszcze pracy. Na szczęście wszystko to (podobnie jak z KEFami) można osiągnąć na drodze aktualizacji obecnego systemu, właściwie nie ma tu (chyba) żadnych rzeczy, których nie dało by się poprawić, zmienić, zmodyfikować.

Tak, właśnie, witamy w nowym audio. To, co znamy z komputerów, będzie od tej pory towarzyszyło nam w systemie HiFi/high-end. To nieuniknione. Na szczęście, podobnie jak z wzmankonanym wcześniej polerowaniem obsługi, wprowadzaniem coraz prostszych, coraz bardziej intuicyjnych sposobów interakcji, sterowania, także tutaj cały ten proces (skomplikowany) da się nie tylko zautomatyzować, ale w ogóle ucywilizować. Znowu jako przykład dam Roon labs, ludzi którzy doskonale czują problem, wiedzą jak poważnym wyzwaniem jest nie tylko napisanie dobrze działającego, prostego w obsłudze oprogramowania, ale także taka polityka wsparcia (odnośnie tworzonego przez siebie kodu), by użytkownik nie traktował koniecznej, ciągłej pracy nad udoskonalaniem, jako czegoś utrudniającego mu życie.

To cholernie ważne i to będzie także wpływać na całościową ocenę produktów. Widzę przy okazji spory problem i wyzwanie dla nas, dziennikarzy… opis, ocena będzie musiała uwzględniać czas, czas w którym sprzęt będzie podlegał aktualizacji właśnie. Ciekawe jak sobie z tym zagadnieniem poradzą koledzy o fachu, pisujący w papierowych, czy nawet elektronicznych (ale zamkniętych) periodykach? Tu sieciowa pisanina będzie miała przewagę, bo zawsze da się wpis zaktualizować (co de facto oznacza, że oceny, wnioski nie będą nigdy w pełni kompletne!). Realny problem.

Anten las. Tak właśnie wygląda audio w XXI wieku. Anten las.

Dobra, nie o problemach gryzipiórków miało być, a o Polarisie ;-) Ten kombajn, jak to mam w zwyczaju, przetestuje wszechstronnie, „do ostatniej śrubki” to znaczy sprawdzę w każdej przewidzianej przez konstruktorów konfiguracji, sprawdzając wszystkie jego możliwości, koncentrując się jednakowoż na tym co stanowi clou, o czym wspomniałem. Będzie to test, podobnie jak KEFów, mocno osadzony w informatyce, komputerach, oprogramowaniu, sposobach obsługi, interakcji oraz komunikacji (my-maszyna, maszyna z drugą /trzecią/ czwartą maszyną). Sprawdzę jak sobie Auralic poradzi z wysokiej klasy zew. dakiem (odpowiem na pytanie, czy to w ogóle będzie wnosiło jakiś progres), sprawdzę również czy ten klamot wymaga kabla LAN (do dla niewiernych Tomaszów, którzy w żadne WiFi nie wierzą), zagramy materiał wyczynowy (DXD, DSD), zagramy też z aktywnymi trybami DSP. Na marginesie, DSP to obecnie gigantyczne możliwości – zobaczycie przedsmak na obrazkach z konfigurowania klamota pod Roonem – to jest już kosmos, tego wcześniej nie dało się w warunkach domowych modyfikować, ustawiać. Teraz można.

Myślę, że miesiąc z górką będzie potrzebny, przy czym już po paru dniach teren od strony technicznej mamy opanowany ;-) To dobry prognostyk. Nieprawdaż? Prawdaż, prawdaż…

Autor: Antoni Woźniak

Poniżej rozbudowana fotogaleria, którą jeszcze będę sukcesywnie uzupełniał, także u’now warto wdepnąć we wpis jutro, pojutrze, bo będzie aktualizowany (będziecie to odmieniać przez wszystkie przypadki, prorokuje wam, oj będziecie!)

» Czytaj dalej

Kino spotyka audio i co z tego wynika: wszystkograj Egreat A10

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170921_082721065_iOS-e1510678073252-600x266

Mieć jedną skrzynkę, która wszystko „ogarnia”, daje dostęp, łączy funkcjonalność w kinie i w audio… marzenie ściętej głowy? Ktoś powie komputer. Tak, komputer na pewno pozwoli na nieograniczone możliwości w zakresie odtwarzania, ale komputer jest pełen wad. Każdy to przyzna, kto ugryzł temat i używał nawet dedykowanego HTPC. To zawsze jakiś kompromis, bo chłodzenie (aktywne – choć da się to dzisiaj obejść), bo interakcja (komputerowy system nigdy nie będzie łatwy do zarządzania z pilota, czy handhelda), bo wymagania (wiele pary w gwizdek, bo „duży” OS) już nie wspominając o tym, że trzeba się trochę znać, umieć skonfigurować, dbać o bezpieczeństwo (to też do pewnego stopnia da się obejść). Jak widać, mocno komplikuje to sprawę i dlatego, od wielu lat na rynku znaleźć można skrzynki, które czy to lokalnie, czy także z Internetu grają, odtwarzają i – co stanowi ich wielką przewagę nad PC – nie wymagają. Rozwiązania gotowe do użytkowania wprost z pudełka. Obecnie układy montowane w tych boksach dysponują możliwościami równorzędnymi z tym, co siedzi w „lekkim” systemie komputerowym, takim energooszczędnym, dostosowanym konstrukcyjnie do potrzeb związanych z AV (wspomniane HTPC). Ktoś rezolutnie zwróci uwagę na możliwość bezprzewodowego strumieniowania z komputera, tabletu, czy smartfona treści wprost na telewizor, do systemu AV zbudowanego wokół amplitunera kina domowego etc. i powie: po co mnożyć byty? Cóż, taka opcja owszem, daje nam pewną swobodę i wygodę, ale nie daje nam wszystkiego, a wręcz zubaża nas znacząco, bo ani wielokanałowego dźwięku w najlepszym standardzie, ani strumienia 4K, ani najlepszej jakości dźwięku (audio) w ten sposób nie prześlemy, nie zobaczymy/usłyszymy, to jeszcze na dodatek trudno będzie tu mówić o spójnym rozwiązaniu, które pozwala na swobodne, wygodne korzystanie z wszelkich treści.

No dobrze, to jedna skrzynka co wszystko łączy i jeszcze daje się zintegrować z dowolnym AV? Niby banał, a jak się okaże wcale nie banał i zbudowanie takiego urządzenia, bezkompromisowo łączącego możliwości w zakresie odtwarzania najlepszych jakościowo materiałów, wsparcia dla strumieni z sieci (usługi!) oraz integracji ze sprzętem AV to spore wyzwanie. Pierwsza z brzegu funkcjonalność, często eliminująca 99% tego typu skrzynek… podłączenie pod dobry przetwornik C/A, podłączenie via USB nie SPDIF (bo tam mamy ograniczenia odnośnie materiału, tylko do 24/192 i w większości wypadków tylko PCM) do systemu audio i już znalezienie takiego multistreamera okazuje się bardzo trudne. Kolejna rzecz – najnowsze standardy AV. Znowu mamy wojnę formatów, jest Dolby Vision, jest HDR (w paru wariantach), trochę lepiej jest z dźwiękiem, choć i tutaj wsparcie dla Dolby Atomos w wielu wypadkach nie jest wcale oczywistością. Kolejna sprawa to dostęp do usług streamingowych… to dopiero problem, bo restrykcje, bo regionalizacje, bo obostrzenia związane z typem urządzenia / platformą systemową. Sprawa, jak widać, mocno nam się komplikuje. Dodajmy do tego prosty w obsłudze, w pełni dostosowany do pilota (tego żaden PC wam nigdy w pełni nie zagwarantuje – nie ma opcji) interfejs, UX na odpowiednio wysokim poziomie, wraz ze stabilnością, szybkością i dobrym wsparciem ze strony producenta (tu trzeba często aktualizować, bo choćby dostęp do treści strumieniowanych z Internetu tego dzisiaj wymaga) to właściwie mission imposible. I żeby jeszcze potrafiło, to, to odtwarzać płyty Blu-ray (też UHD) z pełnym menu z dysku/ów? Jak to wszystko pogodzić, jak zrobić to tak, by faktycznie wszystokograj „dawał radę” i łączył oba światy: kina oraz audio w ramach jednej propozycji sprzętowej?

Odpowiedzią na to może być tytułowa skrzynka all-in-one firmy Egreat, model A10. To ambitna odpowiedź na wspomniane powyżej dylematy, wymagania, próba stworzenia całościowego rozwiązania, które „da radę”. Przez ostatnie kilka tygodni intensywnie rzecz testowałem. Przeegzaminowałem w każdej, ważnej z punktu widzenia wideo oraz audiofila dziedzinie (nie, nie przesadzam, bo funkcjonalność/możliwości miały gwarantować „wszystko w jednym” w systemie audiowizyjnym z ekranem 4K najnowszej generacji oraz high-endowym sprzętem audio) i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że to pierwsze, oparte na Androidzie, urządzenie, które może stanowić alternatywę dla „komputerów”, bez kompromisów jakościowych, bez „ale tego się nie da”, z pełną integracją z torem wizyjnym i audio z najwyższej półki. Z jednym zastrzeżeniem, zastrzeżeniem dotyczącym usług streamingowych wideo, przy czym mówimy tutaj o dostępie do płatnych serwisów, bo możliwość strumieniowania czegokolwiek via XBMC/Kodi/VidOn w tej skrzynce rzecz jasna jest, plug-iny (add-ony) są, ale jako się rzekło wcześniej – dostęp do treści jak z jakiegoś dekodera płatnej TV czy smartTV, choć występuje nominalnie, to jeszcze nie działa perfekcyjnie, jeszcze szwankuje. Wpływ na to mają wspomniane obostrzenia, wiele rzeczy wykracza poza pole działania producenta boksa, tego się niestety nie da obejść, ale nie zapominajmy, że taki A10, dzięki mobilnemu systemowi jaki na nim „siedzi” jest future proof. Oczywiście pod warunkiem utrzymania wsparcia i możliwości przyszłej instalacji nowych wersji oprogramowania systemowego, ale to – jak zapewnia producent – mamy mieć w standardzie.

Zobaczmy zatem jak to jest mieć takiego wszystkograja, skrzynkę eliminującą konieczność użytkowania w kinie i w audio jakiegoś komputera, pozwalającą na integrację z torem audio, odtwarzającą dowolne treści ze wsparciem dla najnowszych formatów audiowizyjnych. A10 był dawcą treści dla systemu opartego na wykorzystywanym w roli procesora dźwięku OPPO BDP-205 (zapowiedź) oraz Auralic Polaris (w konfiguracji power DACa, tj. wzmacniacza czepiącego sygnał via USB z Egreata, patrz nasze pierwsze wrażenia) oraz konstelacji innych ampów (bo wiele kanałów), amplitunerów (bo obadanie współpracy), licznych głośników oraz akcesoriów AV (ekstraktory). Jako ekran testowy służył nam najnowszy odbiornik Samsunga UHD quantumdot o przekątnej 65″.

Nie przedłużając ponad miarę wstępniaka, zapraszam do zapoznania się z naszymi wrażeniami z testu odtwarzacza sieciowego A10:

» Czytaj dalej

Kiedy kino spotyka audio #2: OPPO UDP-205

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170930_175513822_iOS

Roon Ready end-point? Check! Odtwarzacz UHD z pełną obsługą Dolby Vison / HDR oraz wejściem HDMI 2.0 (4k)? Check! Wielokanałowy, zaawansowany przedwzmacniacz cyfrowo-analogowy AV? Check! Płytograj SACD z opcją bezpośredniego podpięcia amplifikacji w scenariuszu kwadrofonia/surround? Check! Plikograj z obsługą wszystkiego jak leci, w tym (po ostatniej aktualizacji) plików MQA (patrz moje krytyczne teksty o tym standardzie: tutaj i tutaj)? Check! Czegoś tutaj brakuje? No chyba nie brakuje, w topowym Oppo producent postanowił wprowadzić wszystkie najnowsze rozwiązania z zakresu odtwarzania wideo oraz audio. Inaczej sprawy się mają, przynajmniej na razie, w przypadku modelu 203, następcy 103, być może zostanie to zniwelowane aktualizacją, na razie jednak to 205 ma „wszystko”. Dlaczego „wszystko”. Ano dlatego, że tym razem, jak wspominałem w zapowiedzi, nie zdecydowano się na dostęp do streamingów, na własną platformę smart… to świadomy wybór, dla niektórych kontrowersyjny (jak to, dzisiaj, bez strumieni!?), ale według mnie przemyślany i zasadny. OPPO uznało, że nie ma sensu dodawać funkcjonalności, które powielają to, co najcześciej jest zintegrowane w odbiorniku UHDTV, względnie w jakiejś przystawce (o tym jeszcze za moment), ścigając się z innymi w niewdzięcznym (dla producenta) wyścigu aktualizowania, dodawania, uzupełniania (i tak w kółko) oferty. Pamiętacie nasz ostatni test? No właśnie, na przykładzie A10 doskonale widać jak trudno w praktyce zapewnić stabilne wsparcie dla poszczególnych aplikacji dostępowych, jak często dostarczyciele kontentu zmieniają zasady gry. Są duzi, wróć, są najwięksi z branży IT, którzy mają możliwości trzymania ręki na pulsie. I to oni gwarantują, że z Netfliska poleci, że z HBO poleci, że z Prime poleci i z innych też poleci… Nie, nie stawiam się tutaj w roli adwokata producenta, bo to – patrząc z perspektywy dzisiejszych standardów – jw. kontrowersyjna i niełatwa decyzja, bardzo powiedziałbym odważna. Sam początkowo podchodziłem do sprawy z dystansem, nie tyle z powodu dzisiejszych standardów (każdy to w jakimś zakresie ma), co przez wzgląd na poprzednika, gdzie rozwiązano to dobrze, a parę rzeczy to były ekskluzywne perełki i po prostu szkoda. Testując klamota szybko jednak uświadomiłem sobie, że to wcale nie pomyłka, że właśnie z wyżej wymienionych powodów to decyzja zrozumiała i (jak przekonacie się po lekturze recenzji) sensowna także z punktu widzenia użytkownika. Wystarczy jakiś streamer, choćby taki jak przetestowany niedawno A10 (po ostatnich upach HBO oraz Netflix wreszcie działają btw).

Pamiętacie recenzję BDP-105D, klamota, który otrzymał od nas tytuł „end of the road?” Maszyna zrobiła na nas ogromne wrażenie, obecny model to technologiczne rozwinięcie poprzedniego flagowca – tak mamy referencyjny wideo player odtwarzający płyty Blu-ray UHD (poprzednik to maszyna FHD), ale nie tylko to, bo sprzęt podobnie jak poprzednik potrafi odtwarzać nośnik SACD, a dzięki high-endowemu torowi 7.1 (układy C/A ESS Sabre, wielokanałowe, wyjścia analogowe na amplifikacje, zarówno te kinowe, jak i stereofoniczne, o czym kapkę poniżej) można skrzynkę wykorzystać także jako przedwzmacniacz dla ampów, dla wielu ampów, z takimi opcjami jak obsługujące sygnał UHD wejście HDMI (inne źródła ultra HD). To właśnie dzięki HDMI-in w OPPO wspomniany A10 eGreata, Apple TV 4k oraz Chromecast TV stanowiły idealne uzupełnienie, a precyzyjniej, dopełnienie tytułowej skrzynki. Wystarczy tani Chromecast i niwelujemy to, czego UDP-205 brakuje na starcie… tym razem , jak wspomniałem, OPPO zrezygnowało z serwisów strumieniowych, źródeł internetowych dla materiałów audio/wideo. Sieć jest, owszem, ale tylko lokalnie, to znaczy gramy z udostępionych komputerów, NASów w naszej domowej lokalizacji. Działa to znakomicie, znacznie szybciej od wszystkich do tej pory testowanych multiodtwarzaczy, indeksuje nam OPPO lokalne zbiory i w ten sposób wykorzystamy go, jako streamera, ale -właśnie – lokalnego streamera. Także w odróżnieniu od 105 nie mamy bezpośredniego streamu z Tidala, nie będzie także (co boli, bo mieli to ekskluzywnie) znakomitej jakości źródła jakim był serwis strumieniowy Deutsche Grammophon. Tym razem postanowiono przygotować bezkonkurencyjny, jedyny taki odtwarzacz/DAC/pre stereo/wielokanałowy, nie mający odpowiednika w świecie AV, jednakowoż jw pozbawiony tego, co dzisiaj staje się nieodzowną częścią każdego systemu – w końcu dostęp to dzisiaj Internet. Polski dystrybutor ładnie wybrnął z tego „mniej”, dodając do kompletu (1zł to kosztuje, gdy zamówimy sobie 205-kę) Chromecast Audio. Strzał w dziesiątkę, wystarczy wyjąć, skonfigurować, podpiąć dołączonym do kompletu, niezłym przewodem optycznym z zamontowanym w maszynie OPPO dakiem i już mamy serwisy. Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, by w podobny sposób uzupełnić brak strumienia z Internetu w przypadku wideo za pomocą Chromecasta 4k. Zachęcam dystrybutora do takiego ruchu, bo wtedy faktycznie Oppo będzie „wszystkomający” po wyciągnięciu skrzynki i dongli z pudła. Samo uzupełnienie we własnym zakresie to decyzja na jeden ze sposobów integracji strumieni (oczywiście tutaj koniecznie z 4K) via Chromecast Video 4K (tanio) lub Apple TV 4k (drożej) lub Fire TV (Amazon) lub… i tutaj macie jeszcze multum innych propozycji, choć wspomniana zaleta bycia na czasie to właśnie giganci, którzy na bieżąco aktualizują… nie zapominajmy o tym. Można też zdecydować się na takie rozwiązanie jak przetestowany A10 lub jakiś wyspecjalizowany komputer NUC / HTPC. Wszystko to, jak najbardziej, do zrealizowania dzięki wejściu HDMI 2.0 w jakie został wyposażony UDP-205 :)

Takie źródło pozwala zbudować wokół niego cały system, łączący kino z audio na poziomie wysokiej klasy HiFi, a nawet high-endu (dźwięk – mogę sobie wyobrazić 205 w dowolnym systemie, nawet takim za kilkaset tysięcy złotych, gdzie 99% rozwiązań nie daje możliwości grania wielokanałowego, a to… tak moi drodzy, to jedna z rzeczy jakie będzie niebawem branża mocno eksploatować, oj będzie), stanowiąc połączenie odtwarzacza nośników fizycznych oraz plikograja z najlepszymi rozwiązaniami z zakresu oprogramowania, interfejsu, obsługi. Dodajmy do tego wielokanałowość, rozbudowane opcje połączeniowe, funkcjonalność DACa na najnowszych, topowych kościach ESS Sabre i mamy obraz całości, niezwykle atrakcyjnej, gdy uświadomimy sobie, że nie przekraczamy tutaj pułapu 10 tysięcy złotych. Stream audio oraz wideo z sieci w prosty sposób (i tani) dodany (względnie już przez nabywcę użytkowany), czy zintegrowany z Oppo to póki co jedyna taka propozycja (patrząc przez pryzmat ROONa). UDP-205 jako end-point to wg. mnie najlepszy interfejs, najlepsze wrażenia z obsługi kolekcji muzycznych, najsensowniejsza agregacja strumieni tidalowych (cóż, Roon Labs zrobili to lepiej niż sam Tidal z ich nadal pozostawiającą nieco do życzenia aplikacją dostępową) plus ogromne możliwość odnośnie trybów DSP: korekcji pomieszczenia, dopasowania pod konkretne warunki, do podpiętych efektorów etc. Tego nikt w takim zakresie obecnie nie daje, a OPPO to od paru tygodni ma i działa to bezbłędnie. A to przecież tylko wycinek możliwości jakie kryje ta skrzynka w sobie.

Zapraszam…

» Czytaj dalej

Słuchawkowe DSP atakuje #2: True-Fi

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2017-11-09 o 19.54.06

Czas płynie nieubłaganie, a nasze zmysły ulegają procesowi starzenia. Zwracam na to uwagę, wspominam przy okazji testów i – ogólnie – publicystyki na łamach HDO… nie ma się co czarować, z biegiem lat nasz słuch tępi się, dziadzieje, ulega stopniowej degradacji. Takie są fakty, medycznie udokumentowane i zwyczajnie złotouchy 60 latek to coś, co w przyrodzie nie występuje. Doświadczali tego wielcy kompozytorzy, doświadczają dzisiejsi muzycy (ci, którzy grają rocka są w sumie w uprzywilejowanej sytuacji – tam można być półgłuchym i jeszcze, jako tako, dawać radę ;-) …żeby nie było, pisze to wielbiciel tego gatunku, zagorzały fan rocka), doświadczamy i my – słuchacze, melomani, wszyscy – bez wyjątku – podlegamy prawom natury. Niby jest to coś, co oczywiste, co w sumie powinno skłaniać nas do refleksji, ale… no właśnie, jakoś nie skłania, jakoś nie przebija się do świadomości i to, co nieubłagane, często jest bagatelizowane, ba upośledzenie słuchu bywa pomijane, zamiast tego stare pierniki (powoli się zaliczam) tłumaczą młodszym, że wiecie… doświadczenie, wiele lat odsłuchów (eonów), wyćwiczenie narządu, że to wszystko jakoś oszukuje matkę naturę i taki siwiuteńki jegomość to odznacza się wprost słuchem absolutnym, słyszy kable internetowe, wyraźnie go uwiera, jak mu podmieniają egzotyczne akcesoria w torze i tym podobne dyrdymały.

 

Niestety latka lecą…

Tu ustawienie standardowe dla metryczki, bez uciekania się w podbijanie dolnego zakresu (dodatkowo) ;-)

Fajnie mają młode uszy, nie potrzebują wspomagania (teoretycznie, bo dzisiaj, jak laryngolodzy mówią, głuchota pojawia się wcześnie i to dość powszechna choroba cywilizacyjna)

A tu ekstremalnie w drugą stronę. Powyżej 60-ki i do tego jeszcze z maksymalnymi nastawami. Różnice w sposobie reprodukowania ogromne…

U Pań mniejszy ubytek wraz z wiekiem i …lepiej mi to grało, czyli jeszcze jest nadzieja (że coś tam słyszę ;-) )

Widać to wyraźnie na wykresie

Można oczywiście wierzyć i niech będzie, wiara bywa ślepa, głucha na to, co doświadczalne, wytłumaczalne, nie ma tutaj sensu z tym zjawiskiem dyskutować. Nie dyskutujemy zatem, a zwyczajnie pokazujemy w czym rzecz i oto po raz pierwszy na rynku pojawia się coś, co uwzględnia upływ czasu, dopasowuje sposób reprodukcji muzyki (w domenie cyfrowej, dzięki silnikowi DSP) do naszych możliwości w zakresie słyszę, trochę gorzej słyszę, coś tam słyszę…. ktoś coś mówił?! (jeszcze nie jak pień, ale naprawdę kiepsko). Tak, wreszcie ktoś o tym pomyślał i to zrobił. Zbudował silnik DSP pod słuchawki uwzględniający degradację słuchu. Pomierzył, wykorzystał badania naukowe, sprawdził z obowiązującym obecnie stanem wiedzy i zweryfikował podczas długotrwałych testów… to wszystko zrobił, by dać do naszej ręki narzędzie DOPASOWUJĄCE.

Vox Player to świetny odtwarzacz, dzięki obsłudze filtrów, wtyczek, ogarnianiu streamingów oraz prywatnej audio chmurce LOOP doskonale nadaje się jako narzędzie testowe… wcześniej wtyczka Audeze REVEAL, teraz True-Fi

  

Proces ustawiania DSP pod konkretny model…

Ważne, tu trzeba się wyspowiadać ;-)

Finał autokonfiguracji. DSP pod HD-650 ustawione

Czas czegoś posłuchać i pobawić się, poeksperymentować…

To narzędzie to …True-Fi

Piałem wcześniej na HDO, że idziemy w kierunku modyfikowania sygnału w komputerze, jego przekształcania w domenie cyfrowej, wykorzystania zaawansowanych trybów DSP, zaprzęgnięcia mocy współczesnych, bardzo szybkich jednostek obliczeniowych, by komputerowe źródło audio de facto pozwoliło na dowolne, zgodne z założeniami twórcy, modelowanie dźwięku. To modelowanie to korekcja akustyczna, to dopasowanie pod konkretne elementy toru, to uwzględnienie setek czynników, mających wpływ na finalny efekt, na to co usłyszymy. Wspominałem o tym w przypadku ROONa, presetów dla Audeze, ale także wcześniej, opisując technologie wprowadzone przez Sonosa, przez twórców inteligentnych głośników, programowe systemy korekcji tj. Dirac Live czy Boom. Dzisiaj praktycznie każdy producent sprzętu audio (ery cyfrowej) ma, albo planuje, wprowadzenie trybów DSP do swoich produktów. Ktoś zapyta – gdzie tu dbałość o wierność, gdzie szlachetny minimalizm, gdzie zasada nie ingerowania w sygnał? Cóż, patrząc na kierunek w jakim zmierza cała branża, trzeba raczej oswoić się z myślą, że dzisiaj to krzem zadecyduje co i jak finalnie usłyszymy. To nieodwracalne i jak się okazuje coś, co przynosi profity (jednocześnie nie odbiera możliwości słuchania bez ingerencji czegokolwiek w sygnał – nadal mamy i nadal mieć będziemy taką możliwość). Chodzi o to, by dzięki takim narzędziom, było możliwe obiektywne ujednolicenie wrażeń z odsłuchu na różnych efektorach (słuchawki) oraz różnych uszach (wiek, płeć). Sonarworks wyraźnie to sugeruje – oto software, który daje takie właśnie możliwości, pozwalając artyście / twórcy, producentowi czy konsumentowi dopasować SQ poprzez gotowe presety, które możliwe są do załadowania za pośrednictwem True-Fi. Brzmi utopijnie, ale popatrzmy, a nade wszystko spróbujmy…

Trzeba tylko ustawić w panelu co trzeba jw.

True-Fi to pierwszy, tak rozbudowany, niezależny silnik DSP opracowany pod słuchawki. Imponuje lista wspieranych modeli – jest ich obecnie 112, a ich liczba ciągle rośnie. Każdy użytkownik może zgłosić jeszcze niewspieraną słuchawkę developerowi z sugestią: zajmijcie się tym jak najszybciej. Uwzględniono wiele popularnych (nie high-endowych, tylko przystępnych) modeli słuchawek, także tych z budżetowej (nawet bardzo budżetowej) półki. I dobrze, bo sam silnik z jednej strony oferuje dopasowanie pod konkretne słuchawki, z drugiej robi to, o czym wspomniałem powyżej… uwzględnia i koryguje nastawy DSP pod kątem „naszego zużycia”. Innymi słowy możemy zdać się na oferowane przez programistów gotowce, nie zaprzątając sobie głowy własnymi doświadczeniami, badaniami, można też samodzielnie zmodyfikować, zmienić konfigurację słuchawek pod własne preferencje, własne gusta. Co ciekawe, silnik bierze pod uwagę także płeć, przy czym paniom słuch starzeje się mniej dramatycznie niż panom (tak przynajmniej to wygląda w True-Fi). Ustawiamy płeć, ustawiamy rok (od 21 do 60 lat, przed i po mechanizm nie działa – młodzi słuch mają teoretycznie perfekt, a osoby w bardzo zaawansowanym wieku po prostu są głuche, dokonujemy ewentualnych korekt w nastawach basowych i już). Wtyczka działa pod macOSem oraz pod Windowsem i podobnie jak opisany plug-in Audeze, będzie kompatybilna z większością audio aplikacji (w tym pro-toolsów) jakie znajdziemy obecnie na rynku.

Mamy 10 dni na testowanie

Różnice w poszczególnych ustawieniach są oczywiste, zauważalne od razu, przy czym duża rozpiętość (wiekowa) oraz wybór „agresywności” filtra „wiek” bardzo akcentują te zmiany, pokazują jak wiele się zmienia w ludzkim organizmie wraz z upływem lat. Dodajmy do tego dopasowanie konkretnych  słuchawek, które dzięki trybom DSP mogą stanowić dla nas „nowe odkrycie”, przyczynić się do zwiększenia przyjemności płynącej ze słuchania, albo stanowić – po prostu – interesujące doświadczenie, eksperyment. Developer zapewnia, że każdy ze wspieranych modeli, to poszukiwanie najlepszego sposobu wydobycia potencjału za pomocą kodu (tak, brzmi paskudnie, ale działa), a dodatkowo oferuje nam możliwość wgrania nowych presetów (dodatkowe tryby …wbudowano mechanizm instalacji wtyczek / alternatywnych ustawień pod indywidualnie skalibrowane słuchawki) oraz jw. zgłoszenia braku wsparcia z prośbą o szybkie uzupełnienie. Moduł DSP określa w jakim środowisku przyszło mu działać. Kluczem do sukcesu jest przecięcie paru nitek – tej od prawdy i dochodzenia do niej (wierność przekazu), maksymalizacji zadowolenia z odsłuchu (nowe patenty, w tym wielokanałowe audio) oraz utrwalenia wartości, idei (już nie jest najistotniejsze, czy EQ nam miesza, czy nie miesza, ważne jest zachowanie właściwych proporcji)… czyli… pokazania tego, co najistotniejsze w muzyce: wywołania emocji. Producent oprogramowania jest pewny swego i daje nam 10 dni (trial) na wypróbowanie True-Fi. Można zatem pobrać, można potestować, można wyrobić sobie opinię i kupić (80 ojro, choć do jutra mają jakąś promocję i niech zgadnę, takie promocje będą pojawiać się zapewne cyklicznie), bądź (będąc nieprzekonanym) nie kupić. Na pewno warto spróbować, przekonać się jak duże zmiany zachodzą wraz z upływem czasu odnośnie naszego aparatu słuchu, jak można zaradzić na deficyty, jak DSP modyfikuje dźwięk pod kątem indywidualnej kalibracji dla ponad stu modeli słuchawek, indywidualnie dopasowując swoje działanie pod konkretny model. Do pobrania tutaj, a potem to już tylko zabawa… jak ktoś nie chce pobierać to może sobie na webowym demo sprawdzić działanie tego silnika (fajnie zrobione), znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania (FAQ).

Wcześniejsza wtyczka REVEAL zdeaktywizowana, teraz słuchamy via True-Fi

Duża galeria, jaką możecie podziwiać, stanowi ważne uzupełnienie tego, co powyżej. Pod zdjęciami znajdziecie opisy tego, co i jak ustawialiśmy, jakie były tego efekty oraz finalnie –  jak się słuchało pod uaktywnionym DSP. Będzie jeszcze uzupełnienie wpisu o inne, wspierane modele (na razie słuchałem na HD650), między innymi podepniemy i pokatujemy AKG K701. Znajdziecie zrzuty z wyjaśnieniem jak to działa i dlaczego działa, a także z pełna listą wspieranych (bieżąco) modeli słuchawek. Sprawdzałem na torze z VoxPlayer (iMac) @ M2Tech hiFace DAC @ M1 HPA Musical Fidelity.

Uaktualnienie AKG 701:

 

Klasyka. Zaraz zobaczymy inne ustawienia kalibracji dla tych słuchawek, odmienne od tych pod HD650…

 

Mhm, linia przebiegu kalibracji wyraźnie się różni dla obu słuchawek (to ta szara).
Oczywiście ustawienia związane z uwzględnieniem wieku słuchającego pozostają takie same, bez różnicy…

Porównuję także plug-in przygotowany przez Audeze, z tym co oferuje True-Fi.
Szkoda że nie ma nastaw dla redakcyjnych LCD-3, ale można skorzystać z ustawień dwójek (to raz), a dwa sprawdzić czy korekcja uwzględniająca wiek słuchającego przynosi korzystne efekty

Jak to działa? Ano tak…

A konkretnie to:

» Czytaj dalej

Nowy DAC M2Tech Young mkIII w redakcji. Strumienie, oledy…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20171215_095030915_iOS

Absolutna nowość z Italii, nowy Young DAC mkIII ze strumieniami (via Bluetooth), do tego w pełni zbalansowana konstrukcja (idealnie będą tu pasowały nasze redakcyjne monitory studyjne EISO), z analogowym wejściem… a więc także prosty cyfrowo-analogowy przedwzmacniacz. Sprawdzę jak to zagra z gramofonem via 1020, teraz wygrzewa się z źródłami cyfrowymi… komputer (mac/ROON), Chromecast i kompakt (nad515). Bezpośrednie strumienie sinozębne, znak czasów, to coraz częstszy widok i to bez względu na klasyfikację urządzenia. Może być budżetowe HiFi, może być i high-end. Bez różnicy.

W przypadku Younga jest oryginalnie. Po pierwsze, jak wspomniałem, to konstrukcja w pełni zbalansowana (nie pseudo, jak wiele innych klamotów, które mają XLRy tylko po to, by ewentualnie skorzystać z „grubego” kabla… a po prawdzie są to konstrukcje SE), można też podpiąć via RCA (piękne przejściówki w komplecie dali), ale jak już ktoś tak to zaprojektował to dobrze sprawdzić na torze symetrycznym „z czym to się je”. Po drugie rozbudowane menu to nowość u Włochów, coś co kojarzy mi się z Matriksami (gdzie można ustawiać wiele parametrów pracy DACa). Są filtry dla PCM, są dla DSD (aż 4!). Po trzecie mamy wejście SE, co automatycznie pozwala wpiąć gramofon w tor za pośrednictwem nowego Younga, a to może przynieść określone korzyści w SQ (sterowana cyfrowo drabinka rezystorowa, bardzo precyzyjna regulacja poziomu). Zastosowano enkoder (nawet co 0,5dB, można to na marginesie zmienić w ustawieniach na 1dB… przydatne!), do tego systemowy pilot (rozrasta nam się ta M2Techowa elektronika, rozrasta), a jakby tego mało DEDYKOWANA aplikacja na Androida (patrz zrzuty ekranowe) do sterowania przetwornikiem (? …strumieniowcem, przedwzmacniaczem… jaka nazwa byłaby adekwatna? No właśnie jaka?) …innymi słowy full opcja jeżeli chodzi o obsługę, także zdalną.

Czysta forma. Żadnych literek, cyferek… lubimy takie. Nazwali te nowe klamoty: ”M2Tech Rockstar Series” :)

 

Jest niewielki, ładniutki, od razu ujęło mnie coś, co po czwarte, wyróżnia tego klamota na tle innych – nie ma żadnych oznaczeń, żadnych nazw, znaczków, czegokolwiek na froncie… tylko czarna tafla, która skrywa OLEDowy displej. Super! Dyskrecja jest tutaj wyraźnym wyborem, wskazują na to rozbudowane opcje ustawień (praca diody, reakcja wyświetlacza z możliwością jego szybkiego wygaszania, sposób wybudzania / gotowości klamota do pracy). Innymi słowy macie coś, co może, po odpowiednim skonfigurowaniu, nie świecić, nie krzyczeć „tu jestem, o tutaj!”, po prostu czarny front z aluminiowym, grubym płatem na górze i bokach. Bardzo mi to pasuje i myślę, że wielu osobom taki projekt również przypadnie do gustu. Zrobili to dokładnie jak należy i estetyka, design (cóż, wiadomo, Włosi) stoi tutaj na bardzo wysokim poziomie. Z tyłu mamy świetnej jakości złącza, sprzęt w ogóle się nie grzeje, a nie grzeje się w ogóle, bo zasilanie mamy na zewnątrz. W komplecie jest zasilacz ścianowy, można zdecydować się na upgrade w postaci firmowej elektrowni (Van Der Graaf mkII), albo jakiegoś innego rozwiązania dostępnego na rynku. Pilot, jak wspomniałem, systemowy jest, nie żaden z kosza, tylko specjalnie pod zamówienie producenta robiony, również wyróżnia się estetycznie na plus (czcionka stylizowana na Art déco ;-)) i stanowi spore udogodnienie, w sytuacji gdy zdecydujemy się na pełne wykorzystanie możliwości jakie oferuje tytułowe urządzenie, to znaczy podepniemy wiele źródeł oraz dodatkowo będziemy mieć ochotę na sinozębne strumienie z obsługą aptX.

Sinozębny moduł jest i to taki w wariancie z obsługą kodeka aptX
(…mobilne jabłka niestety nie skorzystają, AAC nie ma, pozostaje SBC)

Na szczęście na Maku jest aptX. Gramy na zbalansowanym torze, cały system to jak widać Young i kolumny aktywne ESIO

Jak wspomniałem, zintegrowałem klamota z monitorami bliskiego pola nEar 05, podpinając symetrycznie, konfigurując kolumny w taki sposób, by wykorzystać do maksimum możliwości regulacji po stronie Younga. Tak to będzie grało (gra) przede wszystkim, choć nie tylko, bo te piękne przejściówki… no szkoda byłoby ich nie wykorzystać, także przygotuję coś specjalnego – podepniemy M2Tech-a do toru niesymetrycznie z wzmacniaczem MiniWatt jako końcówką, znaczy lampy też będą. I nieprzypadkowo będą, bo w menu zaszyta jest także opcja ustawienia wyjścia DACa z dwoma nastawami (5Vrms i 10Vrms), można będzie zatem podłączyć bańkową końcówkę, bo przewidziano także taką opcję. Super! Jak widać, mamy tutaj naprawdę sporo możliwości. Także na pasywnych zestawach kolumnowych także zagra, stanowiąc podstawę toru (pre). Fundamentem są tutaj dwie kości… programowalna Xilinx FPGA (tak, będzie można dokonać aktualizacji przetwornika w zakresie wejścia USB), czytaj kontroler USB oraz układ C/A PCM1795 (natywna obsługa DSD). Uzupełnieniem tego duetu jest scalak odpowiedzialny za pracę enkodera (regulację) CS3318. Nawet 32 bity, nawet 384KHz, nawet DSD256, nawet… ekhmmm… MQA (natywnie).

Pilot systemowy, biorąc pod uwagę rozbudowaną funkcjonalność, niezbędna rzecz.
Do tego jeszcze dedykowana apka (DAC z apką… tak, tak, w takich czasach żyjemy, choć tutaj mamy więcej, bo jest pre, bo sporo można konfigurować). Co ciekawe apkę macie tylko (do czasu?) na Androida. Wersji na iOSa brak. Wreszcie czegoś nie ma na jabłcu, jest na Andku ;-) . Prawdziwa rzadkość! Mam na szczęście na czym sprawdzić, jakiś Android jest, co pozwoliło obadać apkę.

Poniżej, w galerii możecie zobaczyć jak wiele ma do zaoferowania testowana nowość od M2Tech-a, ile możliwości dostajemy w urządzeniu, które nominalnie uznajemy za DACa, a przecież… no właśnie, dostajemy coś znacznie bardziej funkcjonalnie rozbudowanego. Znak czasów moi drodzy. Dzisiaj te omnibusy pozwalają budować system bez konieczności mnożenia bytów, bo nam się wiele rzeczy integruje w ramach jednego. Fajnie!

» Czytaj dalej

System audio na nowo? KEF LS50 Wireless. Nasze wrażenia

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170422_080528559_iOS

Sypnęli nagrodami, okrzyknęli rewolucją, przyznali tytuły produktu roku 2016-17… aktywny zestaw bezprzewodowy (o tym dlaczego uważam, że ta nazwa Wireless jest adekwatna dla tytułowych kolumn przeczytacie poniżej) KEFa mocno namieszał w głowach recenzentów, a właściwie to wszystkich osób zainteresowanych tematyką audio – każdy słyszał, że oto nadchodzi nowe, że oto zdefiniujemy system audio na nowo. Sam, czytając o tym produkcie, opisując założenia stojące za projektem oraz możliwości jakie oferuje (patrz nasz długi wpis opublikowany parę miesięcy temu), czułem że faktycznie, to może być TO. To znaczy co konkretnie? Ano, coś, co będzie odpowiedzią na zmieniającą się (bardzo) branżę muzyczną, branżę audio zarówno w kontekście dystrybucji, jak i sposobu konsumowania muzyki. Obserwujemy to od paru lat (a patrząc przez pryzmat Internetu, audio z sieci tj. Napstera/iTunes/iPoda nawet nastu), przy czym te bardzo radykalne zmiany w sposobie dostępu oraz sposobie słuchania muzyki (i w ogóle korzystania z dóbr kultury) niejako oddolnie wymusiły zmiany w sprzęcie audio. Kiedyś był przewód, były wielosegmentowe systemy, była płyta, kaseta etc., ale to już (zdaje się nieodwracalnie) przeszłość. Dzisiaj to brak fizycznego medium (przewód) oraz wygumkowanie fizycznego nośnika wyznacza kierunek. I właśnie dlatego KEF LS50 jest Wireless, choć pojawiły się wśród recenzentów, użytkowników głosy krytyczne, że jak to, że przecież przewody owszem są i że jakie tam bezprzewodowe, jak przewodowe… Sedno tkwi w zerwaniu z dwoma starymi dogmatami, że drut służy do transmisji (już nie) oraz, że gramy z nośnika (już od dawna nie). Muzyka z pliku, informatyzacja wszystkiego jak leci, a wraz z nią stopniowe wygumkowanie tradycyjnego źródła oraz innych, klasycznych elementów systemu stereo w konsekwencji przyniosło tytułowe TO – to, co miałem okazję nie tylko posłuchać, ale także dokładnie obadać pod kątem (takie czasy!) softwareowym, funkcjonalnym (możliwości oraz ograniczenia) oraz ergonomiczno-praktycznym.

Stojak, kolumna, skrętka i sieciówka. System.

KEF LS50 Wireless to pierwsza taka, ambitna, próba stworzenia czegoś nowego. I nie chodzi mi tutaj o to, że nikt nie próbował zastąpić niektórych składowych klasycznego systemu HiFi proponując aktywny zestaw kolumnowy, z integracją przetwornika, z dodaniem jakiegoś interfejsu bezprzewodowego. Nie. Tutaj mamy coś (potencjalnie!) dużo większego, ważniejszego, bo coś w założeniach KOMPLETNEGO. Faktycznie, LS50 Wireless ma zastąpić cały system audio i to system nie budżetowy, nawet nie taki z ambicjami tylko w praktyce każdy. Zastąpić, wyrugować, całkowicie wygumkować. Założenie jest tutaj bardzo proste. Muzyka jest z sieci  w postaci streamingu, a system jest w kolumnach i to takich, które mogą (pasywne LS50) stanowić fundament dowolnego, w tym absolutnie high-endowego systemu audio. Ma to być maksymalnie proste w obsłudze, ma korzystać pełnymi garściami z najnowszych technologii cyfrowych, ma dzięki synergii wszystkich elementów (przetworniki, wzmacniacze, elektronika w tym interfejsy, procesory, ewoluujący software) oraz ultrakrótkiej drodze sygnału przynieść prawdziwy przełom i wyznaczyć nowy kierunek w całej branży.

Mogłyby być tylko te dwie paczki. Reszta zbędna.

Pytanie, czy to się KEFowi udało, czy ten nowatorski, taki właśnie – kompletny – system zaklęty w kolumnach głośnikowych jest spełnieniem wizji czegoś co dzisiaj tak chętnie określa się mianem „wszystko w jednym”? Wszystko w jednym z (znak czasów) ciągłym progresem, aktualizowaniem, ulepszaniem, dokonywanym nie na drodze fizycznej wymiany komponentów (przeszłość), a zmiany kodu w oprogramowaniu (teraźniejszość i przyszłość). Zamiast manewru kablami, zamiast podstawek, stolików, wymiany źródła, nowe wtyczki, nowe tryby DSP, nowe możliwości odtwarzania plików o (jeszcze) lepszych parametrach, albo jakiś nowych, niedostępnych wcześniej cechach (origami MQA? Mhm)…

Własne źródło dźwięku podpięte pod KEFy: EVO DAC 2 Plus z MBA

Sam stream? No to tyle wystarczy (widoczny LAN opcjonalnie, bo WiFi)

Zacznę od tego, co najważniejsze. Od brzmienia. Ten zestaw – uwaga – potrafi zagrać lepiej od pasywnych LS50. Wiem co mówię, bo LS50 udało mi się dość dobrze poznać (wspomniałem o tym parę razy na łamach) i choć nie przeczytaliście recenzji tych kolumn na HDO, to właśnie odpowiedź na zasadnicze pytanie – czy aktywne LS50 z całą tą elektroniką, mogą stanowić alternatywę dla high-endowego zestawu opartego na pasywnych LS50 (elektronika ModWright) – pokazuje w czym rzecz. To wspomniane przed momentem teoretyczne, ale także jak najbardziej realne, fizyczne, zalety integracji, zaprojektowania takiego całościowego systemu ze znakomitymi przetwornikami Uni-Q. Nie musicie zatem wydawać kroci na wzmacniacz, na osobne pre (o ile idziemy po audiofilsku, czytaj po bandzie, mnożąc składowe systemu tak, aby rachunek przekroczył granice zdrowego rozsądku ;-) ) oraz okablowanie (właśnie!). Wszystkie te elementy stają się zbędne. Nie ma fizycznego połączenia między, bo nie ma tego, co jest pomiędzy. Są tylko i aż Wireless-y (właśnie!) połączone zwykłą, komputerową skrętką. I tu – drobna dygresja bez złośliwości – współczuję serdecznie osobom, które słyszały różnice między kablami LAN (tak, do tych specjałów audiobiżuteryjnych piję i testów takowego okablowania). Mamy pakiety danych, lecą sobie cyferki po skrętce, czytaj komunikują się między sobą karty sieciowe i TU NIE MA PRAWA coś, cokolwiek wpłynąć na dźwięk! Koniec, kropka, amen. Także Wireless właśnie w kontekście audio, a nawet audiofilskim jest tutaj BARDZO NA MIEJSCU. Brzmienie jest swobodne, detaliczne, ze znakomitą przestrzenią, z precyzyjnym umiejscowieniem źródeł dźwięku, ogromne wrażenie robi dynamika tego zestawu. Głębia, klimat, soczysty, niski bas, koherentność poszczególnych zakresów to wszystko tutaj mamy, a mamy dzięki synergii, dzięki dopasowaniu każdego elementu. To gotowiec, tu nie drapiemy się nerwowo po głowie, nie martwimy się że coś nam bruździ, zwyczajnie nie szukamy dziury w całym. Słuchamy.

Wbrew pozorom, żadne AirPlay (bo tego nie ma) tylko BT. Tutaj będzie tylko podstawowy SBC, bo iPad, ale był też aptX, bo Mac

Wspomniany brak identyfikacji modułu BT w Bluetooth Explorerze…

Jak widać aptX jednak da się wymusić w BTE i mamy te lepsze jakościowo, sinozębne strumienie 

Coś tam w DSP zmieniliśmy

Zauważyliście zapewne, że napisałem „potrafią”. Już wyjaśniam… bo tego brakuje w opisach, recenzjach tego zestawu, potrafią zagrać, ale nie zawsze tak samo i najlepszy efekt uzyskacie pod pewnymi warunkami (na marginesie, najlepsze rezultaty daje wykorzystanie zew. software i ew. DACa/streamera, o czym dalej). Cóż, witam w nowej rzeczywistości, kiedy możemy w tak wieloraki, tak dogłębny sposób wpłynąć jak nam zagra system bez jego fizycznej zamiany, bez fizycznej modyfikacji! Po pierwsze w zależności od wybranego sposobu transmisji oraz …oprogramowania, możemy uzyskać różne rezultaty. Zaraz to rozwinę. Po drugie mamy zaszyty w oprogramowaniu moduł DSP z możliwością dopasowania parametrów pracy kolumn do fizycznych uwarunkowań tj. pomieszczenie, ustawienia, materiału/podłoża i wielu innych czynników, które mogą mieć wpływ na finalny rezultat. Można zdać się na podstawowe regulacje, można też wejść do trybu ekspert. Jeżeli, a wg. mnie to jakby jedna z kluczowych składowych tego produktu, software będzie rozwijany, jeżeli te możliwości będą rozbudowywane to większość trudno-rozwiązywalnych problemów, tego co trapi każdego z nas w przypadku klasycznych systemów audio, przejdzie definitywnie do historii. I nawet nie chodzi tutaj o to, że tak będzie w przypadku tytułowego zestawu (we will see), tylko innych, podobnych, czy następnej generacji… to się dokona i będzie stanowiło zupełnie nowe otwarcie (rozwój najlepszego komputerowego oprogramowania do odtwarzania muzyki uwzględnia tego typu sprawy), to potencjalnie przewrót kopernikański w zakresie domowego audio. Kojarzymy systemy kalibracji kina domowego? Jasne, że kojarzymy, tylko że tutaj chodzi o (a nie wątpię, że można będzie to cyzelować, doprowadzając do perfekcji) highfidelity z dopasowaniem w czasie rzeczywistym odtwarzania do konkretnego miejsca. Tu i teraz.

DSD? Tak, ale tylko z zewnętrznym dakiem, który ma wsparcie dla 1 bitowego materiału. W przypadku takiego jak wyżej połączenia niczego nie usłyszymy

A tutaj gramy DSD via EVO i muzyka płynie sobie z Loop-a, audiochmurki (brak autoidentyfikacji w VOX player albumu 1 biowego – wiadomo to DSD), przy czym i tak potem następuje konwersja do PCM w kolumnach (zew. DAC na aux via ADC)

Binauralne nagrania …cymesik!

 

Tidal? Tylko via zew. oprogramowanie, albo via USB/AUX/SPDIF

Sposoby transmisji mają wpływ na to, co usłyszymy. Tak, oczywiście że mają, ale też nie zgadzam się z opiniami, że jest coś wyłącznie dla tych, co im (wiecie, rozumiecie) słoń nadepnął na ucho tj. dla domowników nie przykładających większej uwagi do aspektu jakościowego. Czytaj jest ten tam Bluetooth i w sumie to przejdźmy dalej. No jest i wcale nie jest tylko dodatkiem. Z minusów – nie ma obsługi kodowania AAC – także na Makówkach koniecznie wymuszamy aptX (Bluetooth Explorer), użytkownicy iCoś tam muszą obejść się smakiem, a w przypadku innych komputerowych źródeł dobrze, gdy ww. kodek jest wspierany. Wracając do dźwięku, gra to bardzo dobrze, według mnie przy ustawieniu kodeka aptX, nie znajdziecie wielu powodów do narzekań, to znaczy będzie to oczywisty wybór w sytuacji, gdy lecą strumienie z większości serwisów streamingowych (wyłączając Tidala), gdy zechcemy posłuchać sobie internetowych rozgłośni. Także nie przekreślamy BT, szczególnie że to najprostsza, bo natychmiastowa i prawie-że bezkonfiguracyjna metoda połączenia się z KEFami. Ciekawostka – we wspomnianym Bluetooth Explorerze nie znajdziecie żadnych informacji nt. zastosowanego układu i jego parametrów (brak danych). To pierwszy przypadek, gdy ten software kapituluje w zakresie identyfikacji. Oczywiście nie jest to wina BTE, nie zawinił tu software, to albo jakieś nietypowe rozwiązanie, albo specjalnie zablokowano identyfikację układu. Zostawmy identyfikację, przejdźmy do sieci. W przypadku WiFi (albo LANu, można podpiąć do routera przewodowo LS-y, można) mamy trzy niezbędne elementy równania. Musi być jakieś źródło muzyki (uPnP serwer), musi być software sterujący odtwarzaniem (uPnP kontroler), no i wreszcie efektor w postaci KEFów (uPnP odtwarzacz/end-point) być musi. Trzy.

Sterowanie głośnością z apki jest kompletnie bezsensu: za duże opóźnienia i zerowa precyzja. Pilot w dłoń, albo w górę i dygać do kolumny prawej

Właśnie, sam software nie jest mocną stroną KEFów. Po pierwsze, już samo wykorzystanie jako sposobu komunikacji ze światem zewnętrznym protokołu uPnP to cóż… porażka. Wiemy jak mało elegancki to protokół i jak ograniczony w swojej funkcjonalności. Zapomnijcie o gapless, zapomnijcie o natychmiastowej reakcji na komendy, zapomnijcie wreszcie …o innych protokołach transmisji. Nie ma AirPlay’a, nie ma Spotify Connect, nie ma DTS’owego pomysłu na stream, ani Google’owego (Cast). Ni ma. Wielka to szkoda i rzecz absolutnie do uzupełnienia i do poprawy, dodatkowo samo uPnP niestety nie daje nam tego, co dają inni. Na razie nie ma mowy o prostej integracji usług streamingowych (to po drugie), mimo że o tym wspominają zarówno producent, jak i (a to ciekawe) recenzenci. W firmowej aplikacji na razie niczego takiego nie znajdziecie, np. z Tidala bezpośrednio niczego nie prześlecie, ze Spotify takoż, trzeba posiłkować się zew. softwarem (np. Bubble uPnP, czy wspomnianym już Roonem, względnie JRiver). Cóż, inni integrują wszystko jak leci (opisywane u nas produkty Sonosa, Auralica i wiele innych) i tu KEF (a konkretnie zewnętrzna firma, która im to pisze – tu widzę pewien oczywisty minus, bo najlepiej jak ludzie od tego co tak ważne, tak kluczowe dla takiego produktu pracują „pod jednym dachem”) ma sporo do nadrobienia! Software wymaga polerki w zakresie UI/UX (nawigowanie utrudnione, niewielkie elementy, mało wyszukana oprawa), moduł DSP potrafi się wykrzaczyć, no i jw. szkoda, że nie ma DLNA choćby. Na szczęście biblioteki zew. wczytuje dość szybko (NASy), ale już z takiego iTunesa musicie najpierw pobrać muzykę (np. na telefon), by móc ją odtworzyć (bez sensu). Sumując, to co dzisiaj najistotniejsze wymaga dużej pracy i wiele tu należy poprawić, dodać, rozszerzyć. Na szczęście wszystko jest możliwe, bo właśnie taka jest natura tego typu all-on-one. Można wszystko. Wystarczy upgrade. Pytanie, jak dobrze poradzi sobie z tym zadaniem KEF?

Zatem idealnym partnerem dla opisywanych KEFów i czymś, co należałoby uwzględnić jako dodatkowy, konieczny koszt (przy cenie tego zestawu to nadal prawdziwa wg. mnie okazja) byłby właśnie alternatywny front-end. Tak, dobrze się domyślacie, mam tu na myśli Roona. To pełna integracja z Tidalem (obecnie także hi-resów), to dodatkowe możliwości, których na próżno szukać w firmowym rozwiązaniu, takie jak: niezwykle rozbudowane tryby DSP, konwersja do PCM sygnału DSD (sam zestaw nie potrafi konwertować plików jednobitowych, niczego nie usłyszymy odtwarzając taki materiał na KEFach z podpiętym PC bezpośrednio pod USB, choć konwersja w oprogramowaniu zew. może tutaj pomóc), nowatorski sposób nawigowania / interakcji z własną kolekcją, bibliotekami muzycznymi itd, itp w sumie to można by jeszcze długo wymieniać. Niestety same LS50W nie są (obecnie?) Roon Ready (jaka szkoda!). Nie obsługują protokołu RAAT. No tak, ale po pierwsze mamy wbudowanego DACa, a po drugie możemy posiłkować się jakimś nanoPC, wyspecjalizowanym komputerkiem z wersją oprogramowania Roon dla takiego end-pointu (np. MicroRendu, ale może być coś niewyspecjalizowanego tj. przetestowany u nas MiniX PC). Dzięki RoonBridge zainstalowanym na takim PC zintegrujemy sobie KEFy z Roonem. Moim zdaniem warto, bo dopiero w takich okolicznościach przyrody maksymalnie wykorzystamy potencjał tkwiący w tym produkcie. I tutaj jedynie można wyrazić nadzieję, że w przyszłości nie będzie takiej konieczności (dokładania do pieca ;-) ), bo same kolumny będą odpowiednio wyposażone, pardon, zaktualizowane (już sama obsługa któregoś z wymienionych protokołów wystarczy, by znacznie rozszerzyć możliwości).

Panel informuje co i jak, poziomu jednakowoż nie odczytamy (nigdzie)

Tak czy inaczej wystarczy wbić się do swojej sieci WiFi (jak donoszą inni recenzenci, proces nie zawsze kończy się sukcesem – kolejny kamyczek pod adresem programistów odpowiedzialnych za ten projekt) , albo korzystając z gniazdka LAN podpiąć kolumny do routera, by móc bez ograniczeń strumieniować muzykę ze swojego domowego serwera. To, nawet wyłączając potencjał, ale i wyzwania, związane z firmowym oprogramowaniem, coś, co jest otwarte na przyszłość, dzięki wspomnianym softwareowym alternatywom. Taka natura komputerowego audio i ten komputerowy system głośnikowy (mhm!) jest tego dowodem. To emanacja zmian jakie zachodzą dzisiaj w branży. Fajne jest to, że nie trzeba wcale znać się na komputerach. Owszem, ta wiedza daje określone możliwości (większe) wykorzystania drzemiącego w tym przełomowym produkcie potencjału. To prawda, ale jak dowodziłem wcześniej, nie musisz się znać, a i tak ten zaklęty w kolumnach system audio zagra lepiej od moim zdaniem dowolnego, składanego z wielu klamotów, zestawu audio w cenie dużo wyższej od tych niecałych dziesięciu tysięcy złotych, jakie przyjdzie nam zapłacić za Wireless-y. Doliczmy do tego koszt oprogramowania (widzicie, mam nadzieję, jak kluczowy, jak ważny obecnie to element) i nadal macie więcej za mniej, nie mówiąc o oszczędności miejsca, o braku komplikacji, o integracji z domowym AV (jest port dla suba, są złącza SPDIF, można spokojnie podpinać, dodajmy tryby DSP, a efekt będzie spektakularny). Także, wszytko w jednym? Owszem, bo gramofon takoż można.

Tak, to wszystko prawda, ale (no tak) to jednak dopiero początek. Bo rezultat, choć niesamowity, robiący ogromne wrażenie mógłby być lepszy. Wspomniałem o minusach, wspomniałem o brakach, nie uzasadniłem jeszcze do końca dlaczego tak sądzę, tak uważam. Nie będę już powracał do software, w fotogalerii z opisem będzie o tym jeszcze co nie co (przepraszam, takie zboczenie zawodowe ;-) ), natomiast w paru słowach o alternatywie dla zaszytej w KEFach elektronice z bardzo ważnym i (na razie bez satysfakcjonującej odpowiedzi) pytaniem. Brzmi tajemniczo? No, bo właśnie znakiem zapytania zakończę te impresje, wrażenia. KEFy grały (również) z testowanym, bardzo dobrym dakiem EVO 2 Plus od M2Techa. Podpiąłem go pod wejście liniowe, które skorelowane jest z… układem ADC (jak tam z transparentnością… zapytają sceptycy). Podwójna konwersja? Ano tak, mamy układ ADC, bo przecież same głośniki komunikują się między sobą w domenie zero-jedynkowej, tu co krok cyfra, to właśnie te zera, to te jedynki i tak aż do… No właśnie. Wejście analogowe jest tutaj pewną zagadką dla mnie.

Aux (mamy tutaj układ ADC, który konwertuje każdy sygnał do PCM 24/192)

Podpięcie zewnętrznego DACa dało mi możliwość odtwarzania plików DSD (późniejsza konwersja sygnału analogowego do PCM w kolumnach), skorzystałem z obsługi muzyki powyżej 24/192 (takie ograniczenia ma wbudowany w kolumny przetwornik), do tego mogłem ustawić konwersję muzyki zapisanej w PCM do postaci 1 bitowej. Rzecz jasna mogłem także skorzystać z trybu gapless, wszystko to stało się możliwe. Mając do dyspozycji podpięty pod KEFy zewnętrzny „streamer” pod postacią wzmiankowanego M2Techa z MacBookiem mogłem wygumkować braki KEFów, za cenę pewnego skomplikowania systemu, fizycznego podłączenia zew. źródła. Jasne, mniej jasne jest to, co usłyszałem. Wejście liniowe jest w tym wypadku specyficzne, bo raz że może pracować z podpiętym gramofonem (przy czym przedwzmacniacza trzeba), dwa skorelowane jest z układem konwertującym sygnał analogowy do postaci cyfrowej. Na pewno, mimo braku zmian w regulacji natężenia dźwięku, na dzień dobry jest głośniej. KEFy grają niezwykle rozdzielczo, precyzja tych kolumn zachwyca. Miałem jednak wrażenie, że z EVO było (jeszcze) lepiej. Ciekawe. Może to tylko kwestia dodatkowych możliwości w zakresie odtwarzania, a może…

Miałem wrażenie lekkiego zmiękczenia podczas odtwarzania za pośrednictwem interfejsu USB (wbudowanego w kolumnach), nie miałem takiego wrażenia gdy strumienie śmigały sobie bezprzewodowo, a jeszcze bardziej nie miałem takiego wrażenia, gdy słuchałem via AUX na EVO/Mac. Przy czym pamiętam, co napisałem wcześniej o wejściu liniowym. Eleganckiego pilota mogłem użyć do podstawowego sterowania odtwarzaniem wyłącznie w trybie wewnętrznego streamera, gdy grały kolumny via uPnP, w przypadku zewnętrznych źródeł można było sterować wyłączenie natężeniem oraz zmienić wybór tego, co gra. I tutaj pojawił się jeszcze jeden drobny, aczkolwiek od strony ergonomii, istotny zgrzyt. Panel dotykowy z zaznaczonym wyborem źródła znajduje się na górnej części obudowy prawej kolumny i jest oczywiście niewidoczny dla użytkownika. W firmowej aplikacji sterującej nie mamy żadnej informacji na temat wybranego źródła, ani możliwości wybrania innego. Pilot wyświetlacza nie ma, kolumny nie mają, także aby uzyskać wiedzę co jest wybrane musimy pofatygować się do prawej i sprawdzić, co tam świeci na panelu. Nawet, gdy nie będziemy niczego podpinać zewnętrznie do KEFów, to i tak czasami zechcemy zmienić źródło na BT, albo wrócić do WiFi/LAN…

Skrętka i sieciówka w lewej. Obie kolumny aktywne, obie z kartami sieciowymi, przetwornikami…

Głośniki mają optymalne warunki pracy, mamy ultrakrótką ścieżkę sygnału, dopasowane komponenty, synergię całego układu. To nie tylko wielkie wejście aktywnego zestawu głośnikowego jako alternatywy dla klasycznego systemu, ale całościowy pomysł na wysokiej jakości granie bez mnożenia bytów. Właśnie, to szansa na to, by niedoceniane w domu (a doceniane w studiu nagraniowym, czy u samych muzyków, twórców, DJ-ów) aktywne zestawy głośnikowe stały się atrakcyjnym „zamiast” dla typowych audioklamotów. Można tworzyć strefy (apka), choć prawdziwa zabawa w multiroom znowu wymaga zewnętrznego oprogramowania (tak, powtarzam się, znowu ten Roon). To ważne dzisiaj, bo jak już możemy w tak atrakcyjnej formie mieć całościowy system audio to w przypadku dużej chałupy byłoby miło, gdyby paroma kompletami dało radę zawiadywać. W komplecie macie już całe okablowanie (skrętka, kable sieciowe), takie o typowo komputerowej proweniencji, jak komuś nie w smak to można jakieś sieciówki inne niż te, co z pudła wypadły, dać (np. LoRady Supry… btw okablowanie Szwedów tj. USB/łączówki wykorzystałem w teście). No kto co tam lubi.

Tu, między innymi, tkwi potencjał

Sumując, to produkt, który wyznacza nowe w audio. Podobnie jak testowany u nas obecnie NAD C338 (btw popatrzcie, wystarczyło zintegrować CAST i już wszystko jakby jest) to zdefiniowanie na nowo systemu HiFi. Odejście od klasycznego zestawu klamotów na rzecz czegoś nowego, czegoś komputerowego, sieciowego (internetowego), podatnego na ciągłe udoskonalanie (przy czym za to udoskonalanie zapłaciliśmy już płacąc za kolumny, wsparcie mamy i powinniśmy mieć gratis). Fascynujące, ale zarazem trochę taka terra incognita. Dla osób obeznanych z IT pewne rzeczy są jasne, oczywiste, ale… mówimy o audio właśnie, o czymś, co wymyka się często prostym ocenom, nie da się (tylko) pomierzyć, nie da się łatwo opisać, czy zinterpretować. Komputer, a konkretniej kod staje się niezbędnym elementem równania. Pod pewnymi względami komplikuje to sprawę, ale daje też nieograniczone możliwości. Mój dream KEF50Wireless vol.2 (albo up ;-) )? Wszystkie niezbędne protokoły zintegrowane (tj. RAAT/DLNA/AirPlay/SpotifyConnect etc.), wbudowany DAC o większych możliwościach niż obecnie, no i rzecz jasna dopracowana apka (albo wszystkie streamingi, źródła – integracja, albo właśnie tylko DSP, wstępna konfiguracja, a resztę zostawić zewnętrznym aplikacjom). Wiele da się tu zrobić na drodze aktualizacji software. Reszty nie ruszać, bo zwyczajnie nie ma takiej potrzeby. Każda z kolumn ma swój dopasowany wzmacniacz, pełna synergia, mamy najlepsze wg. mnie połączenie jakie można sobie wyobrazić między kolumnami (skrętka), mamy fantastyczne UniQ… no ludzie, w tej cenie to rewelacja jest. Cały system. Za mniej niż dychę. Niezłe jaja!

 

Wielkie podziękowania za cierpliwość, za ciekawą wymianę poglądów oraz za udostępnienie gdańskiemu salonowi

Rozbudowana fotogaleria z opisem:

Tidal zintegrowany!

AKTUALIZACJA: Popatrzcie tutaj (Tidal natywnie w Wireless-ach) oraz tutaj (ROON + LS50Wireless = system).

Wykrakałem :)

Prawdziwa okazja? Questyle CMA600i po pierwsze amp, po drugie… też amp

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170626_135813646_iOS

Chiny wyrastają na prawdziwego potentata w produkcji sprzętu audio. To już nie jest wytwórca, oferujący tanią siłę roboczą (ta, przestała być na marginesie tania, czy na tyle tania, by kierować się li tylko tym parametrem w doborze partnera przemysłowego), to już nie bezwstydny kopista, to już nie tandeta. Od dawna już nie, a od niedawna chińskie, rodzime marki potrafią sprowadzić do parteru specjalistów z umownego Zachodu. Po prostu robią to lepiej, oferują więcej, dbają bardziej i …jeszcze, choć pytanie jak długo jeszcze, to co wprowadzą na rynek dają w konkurencyjnej cenie. Od dłuższego czasu nie tylko nie reaguje podejrzliwie na „Made in China”, ale wręcz przeciwnie – z zaciekawieniem badam wytwory rodzimej, chińskiej myśli technicznej. To – właśnie – nie są kopie, naśladownictwo, a własne projekty, własne opracowania, coś co pewnie do pewnego stopnia jest wynikiem doświadczeń zebranych przez lata produkcji czegoś, co zaprojektowano na Zachodzie, co zamówiono w chińskiej fabryce, ale też (coraz częściej!) własne, autorskie pomysły.

Wiele z tego, co trafia do Europy wywołuje zdziwienie, zachwyt, a przecież to zaledwie wierzchołek góry… gdybyście odbyli podróż po azjatyckich sklepach, albo sklepach (specjalistycznych) w Australii i Oceanii to… szybko doszlibyście do wniosku, że dzisiaj to, co najciekawsze, najbardziej innowacyjne powstaje wcale nie w Europie, wcale nie w Ameryce, a właśnie tam – w Chinach. Jest tego ogrom (kolega wrócił ostatnio z Antypodów, zahaczył też o Koreę i Tajwan), nieprzebrane morze produktów, z których część uznalibyśmy za awangardowe, za wyznaczające kierunki rozwoju branży. Tyle, że o nich wszystkich na Starym Kontynencie nigdy nie usłyszycie, a nawet jeżeli, to tylko jako wzmiankę, coś na marginesie. Powiem wprost: technologiczne serce globu bije w tych kontynentalnych i tych wyspiarskich Chinach, dodajmy do tego jeszcze hi-techową Koreę i mamy komplet, przy czym ogromny, gigantyczny potencjał przemysłowy, najpotężniejsze możliwości wytwórcze na planecie, jakie ma CHRLD, powodują, że te setki (precyzyjniej to nawet tysiące) marek audio (wyspecjalizowanych, tak, tak wyspecjalizowanych marek audio) to coś, czego nigdzie indziej, w takiej skali, nie ma, nie występuje. Wielkie korporacje, które dzisiaj królują na Zachodzie, siłą rzeczy są zachowawcze, maja globalny asortyment / ofertę, która jest w porównaniu z Państwem Środka mikra, malutka. Tak to obecnie wygląda. Z opowieści osoby nieźle zorientowanej, która dodatkowo miała możliwości zapoznania się nie tylko z rynkową ofertą, ale także zapleczem produkcyjno-projektowym wyłania się obraz prawdziwej potęgi. Dzisiaj to tam powstają innowacyjne pomysły, to tam „się dzieje”. Niebawem odczujemy to wszyscy, bo lokalność (jeszcze) wielkich chińskich wytwórców elektroniki użytkowej za moment przejdzie do historii, za moment to właśnie te wielkie marki będą w centrum, a wraz z nimi pojawią się mniejsze, specjalistyczne, które już dzisiaj mogą zawstydzić asortymentem i pomysłami wielu europejskich oraz amerykańskich producentów sprzętu IT/audio.

Słuchawkowa nirwana


Ten przydługi wstępniak o podróżach i wrażeniach ma uzasadnienie, głębokie uzasadnienie, w kontekście bohatera naszej najnowszej publikacji. Questyle to właśnie taka firma, która nie ogląda się na innych, tylko robi swoje. Robi to na poziomie najlepszych, zachodnich produktów, oferuje produkty na poziomie wysokiej klasy HiFi oraz high-endu w ….bardzo, bardzo atrakcyjnej cenie. Pamiętacie zapewne liczne publikacje na HDO opisujące wybitne klamoty Matriksa? To był (poza topowcami) poziom dobrego, solidnego HiFi, a tutaj mamy rzeczy, które mogą stanowić element dowolnego, nawet wyczynowego toru, bez ujmy dla podpinanych elementów. Aż tak dobrze? Ano, CMA600i w jednej z głównych funkcji, czy (moim zdaniem) kluczowej funkcjonalności, jest urządzeniem, które może swobodnie konkurować z uznanym za najlepszy (taa… rankingi) słuchawkowy amp Bakoonem HPA-21. Też Azja, na marginesie, słuchany przeze mnie niedawno (jak uda się wypożyczyć na dłużej to będzie recenzja), wykorzystuje podobny patent na granie, korzysta z tej samej technologii co tytułowy CMA. Bakoon był „pierwszy” (takie konstrukcje to nic nowego btw, kiedyś tak się wzmaki robiło), Koreańczycy zaoferowali swój produkt parę lat temu (o ile mnie pamięć nie myli AD 2013), parę firm próbowało stworzyć podobne urządzenia, ale dopiero Questyle zaoferował coś, co można uznać za odpowiednik, tyle tylko że w formie rozbudowanej funkcjonalnie, z dodatkiem symetrycznego toru dla słuchawek (HPA-21 jest konstrukcją SE). Zresztą, mniejsza o rankingi i prześciganie się kto bardziej, powiem już na wstępie, niech strzelba wypali, że CMA600i to jeden z najlepszych w skali bezwzględnej wzmacniaczy słuchawkowych, jakie są dostępne na rynku, to przede wszystkim amp, to też bardzo dobry (i na całe szczęście, bo właśnie to stanowi konieczne uzupełnienie tego produktu) pre i dopiero na końcu DAC. Jako przetwornik wypada średnio, to znaczy w cenie 4000 (co to za cena!? Dumping?! Za tyle w Polsce, właśnie za tyle, dzięki dystrybutorowi i chwała mu za to, bo gdzie indziej drożej) to przetwornik bardzo solidny, ale spora konkurencja w tym zakresie cenowym i zwyczajnie można lepiej. Mówię o komputerze, bo SPDIF jest tu niczego sobie. Ale to nieważne, zupełnie nieważne, bo amplifikacja jest tu znakomita i w przypadku pewnych redakcyjnych słuchawek to po prostu „must have”. Idealnie dopasowany partner. Z innymi też pysznie. Także, tak CMA600i wielkim wzmacniaczem nausznikowym jest.

 

A teraz to jeszcze, poniżej, uzasadnię…

» Czytaj dalej

KEFy LS50 Wireless ze wsparciem w ROONie!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut-ekranu-2017-09-15-o-13.37.40

Od wczoraj KEF LS50 Wireless są w pełni kompatybilne z ROONem! Ile im to zajęło od chwili zapowiedzi? Miesiąc. Mistrzowie! Właśnie na takie wsparcie można liczyć w tym front-endzie. Wróć. W pierwszym ekosystemie audio. To bardziej odpowiada prawdzie. Jak wcześniej wspominałem KEFy (patrz wrześniowy wpis o zapowiedzi wprowadzenia obsługi) nie są w związku ze specyfiką konstrukcji „ROON Ready”, mamy pewne ograniczenia w zakresie obsługi protokołu RAAT (tylko jedna para może pracować w ramach systemu / Core, innymi słowy nie ma opcji wielostrefowej w przypadku KEFów… dwóch par nie podepniemy). Inne ograniczenia związane są z niektórymi funkcjami tj. szybkie przełączanie (strefy) czy konfig. zaawansowanej ścieżki sygnału. To ostatnie postaram się obadać (może szybciej będzie, jak zapytam kolegów z Premium Sound (parz nasz test LS50 Wirelessjakie możliwości przetwarzania sygnału oferuje nam oprogramowanie na KEFach). Po dodatkowe szczegóły ponownie odsyłam do naszego wcześniejszego wpisu, zapowiedzi, gdzie znajdziecie informacje o front-endzie (z dużą liczbą linków do publikacji jakie się ukazały na łamach HD-Opinie.pl poświęconych oprogramowaniu Roon Labs.).

Użytkownicy bezdrutowych LSów mogą od wczoraj korzystać z możliwości jakie oferuje ROON, przy czym developer zaleca podpięcie głosików skrętką do routera, rezygnację z WiFi na rzecz LANu (sugerowałem takie podłączenie we wcześniejszym wpisie). Stabilność działania sieci przewodowej nadal gwarancją bezproblemowego działania streamu. Każdego wymagającego streamu. Warto to sobie przyswoić – ostatnie testy skrzynek z bardzo zaawansowanymi, nowoczesnymi modułami sieciowymi (bezdrutowymi) od Auralika, eGreata oraz Oppo uświadomiły mi, że nawet bezpośrednia bliskość punktu dostępowego (solidny, choć nie topowy router skonfigurowany pod najmniej „siejące” kanały) niestety nie gwarantuje w pełni bezproblemowej pracy. Dropy, choć bardzo rzadkie, jednak się zdarzają (WiFi), a to – cóż – psuje wrażenia, bo można to przecież swobodnie porównać z podniszczoną płytą winylową (to jeszcze, tam trzaski to cecha charakterystyczna tego typu źródła), albo lepiej – z przeskakującą płytą CDA. Co prawda tutaj jest to całkowicie przypadkowe i w sumie niepowtarzalne (bo związane z problemami transmisji, a nie nośnika, jakiegoś uszkodzenia pliku itp), ale co z tego, jak wywołuje ten sam efekt (cyt.: „no rzesz k…”, a w wydaniu mniej wulgarnym, uskutecznianym w redakcji: „Drogi Janie, do dupy takie granie”).

Konkretnie zatem: łączcie skrętką, sam tak robię na co dzień, jak bezdrutowo to jakieś AirPlay’a, jakieś Spotify Connecty (tu to tylko zdalne sterowanie btw i dlatego tak to lubimy) czy inne Bluetooth’y. Jak ma grać bez kabla to niech gra z handhelda/komputera na szybko, bo po to właśnie to jest: na szybko. A jak ma grać stabilnie jak skała, jak stream jest bardzo wymagający (…a jest! Grane wielokanałowe DSD to nie w kij dmuchał) to przewód być musi. Wspomniane testy strumieniujących co popadnie klamotów udowodniły mi to bezdyskusyjnie. I jeszcze jedno – wszystkie kluczowe elementy infrastruktury roonowego toru także na skrętce, tak jak to u nas od chwili instalacji software wygląda: Core na LANie, NAS na LANie, Bridge (tam gdzie to możliwe) na LANie. Laptopy siłą rzeczy często korzystają z połączenia bezdrutowego, to zrozumiałe, ale Malinki, Squeezeboksy, jakieś HTPC (jak u nas) – to wszystko także na LANie. Jak źródło jest z definicji bezdrutowe, takie jak opisany (także pod ROONem) Sonos Play, to wiadomo, ale gdzie tylko można LAN. W sumie to ma głębszy sens, bo streaming w głośnikach bezprzewodowych, jakiś źródłach airplay’owych to maksymalnie 16/44, nie ma tam aż takich wymagań. Zabraknie gniazdek w routerze? Przełączniki LAN (multiswitch’e) tanie są, kupujemy i już.

 

Z kronikarskiego obowiązku wypada wspomnieć także o innych b. istotnych usprawnieniach: bardzo ważne załatanie obsługi źródeł sieciowych pod Core dla Makówek (u mnie średnio raz na kwartał robił ponowne przeszukanie biblioteki, gubiąc ścieżkę do NASa – automatycznie, szybko, ale gubił… teraz mam nadzieję będzie bezproblemowo), poprawki dotyczące tworzenia backupów (w tym tworzenia takich, automatycznie, na dropboksie) oraz możliwość załączenia ZDALNEGO TRYBU DOSTĘPU DO NASZEGO KONTA dla supportu ROONa… coś, czego w ramach licencji nikt w takim software nie oferuje! Zdalne wsparcie to świetna wiadomość dla osób w ogóle nie obeznanych z działaniem software oraz (ogólnie) komputerów. Zamiast przesyłać zzipowane logi (to już brzmi dla niektórych koszmarnie, nieprawdaż? ;-) ) od teraz można po prostu dać dostęp grupie wsparcia i ta sprawdzi co jest nie tak pod maską. REWELACJA. Diagnostyka i rozwiązywanie problemów będzie odbywało się znacznie szybciej. Standardowo poprawiono wydajność także pod kątem wolniejszych rozwiązań (ucieszą się użytkownicy NASów wykorzystywanych jako serwer Roon Core na Atomie) oraz wprowadzono obsługę 32bitowego Linuksa (x86) w ramach ROON Bridge (to świetna wiadomość dla wszystkich, którzy chcieli wykorzystać jako końcówki (end-pointy) stare laptopy, stare komputery z zainstalowanym oprogramowaniem systemowym Open Source). Od teraz da się, a biorąc pod uwagę usprawnienia w zakresie wydajności nic nie stoi na przeszkodzie, by dowolny, leciwy sprzęt z szybkim systemem operacyjnym (odpowiednia dystrybucja, a jest tego na kopy) przekształcić w ROONową końcówkę z jakimś DACzkiem. To także ważne dla osób budujących „lekkie” systemy… cóż, czują bluesa. Tak to można podsumować :)

A, i jeszcze jedno, użytkownicy Mini (zaktualizowaliśmy naszą recenzję, patrz link podany niżej) doczekali się pełnego wsparcia i ikonki (miał nie być, no tak się Auralic odgrażał, ale te tysiące maili zrobiły swoje! ;-) )

Oficjalne, od wersji 1.3 build 262 mamy nowe ROON Ready:

  • Auralic ARIES MINI (patrz test)
  • Trinnov Amethyst & Altitude32
  • Sonore ultraRendu
  • NAIM Uniti Star, Uniti Atom, and Uniti Nova

PS Ważne: przed i w trakcie użytkowania LSów z ROONem aplikację firmową trzeba wyłączyć.

Dwa różne smaki: recenzja doków RHA T10i oraz RHA CL750

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Tyt T10i

Firma RHA, producent dokanałowych słuchawek (a od niedawna także elektroniki, ich pierwszy przenośny DAC/AMP …DacAmp L1 otrzymał właśnie nagrodę RedDot przyznawaną w dziedzinie designu), to beniaminek (działają raptem od 2011 roku, a konkretnie dali o sobie znać dopiero na przełomie 2012/2013 roku). Przy czym ten beniaminek radzi sobie bardzo sprawnie – jego wyroby możemy wytropić m.in. w Apple Store, a dostać się do grona producentów oferujących swoje wyroby w kramiku nie jest rzeczą prostą (wręcz przeciwnie), wielu nie dostąpiło tego zaszczytu. Co ciekawe RHA nie odkrywa Ameryki. Owszem, w katalogu znajdziemy duży wybór słuchawek, mamy specjalizację, ukierunkowanie, ale to robią setki innych firm próbujących szczęścia w segmencie słuchawkowym. Szkoci postanowili wyróżnić się na rynku jakością, wyjątkową dbałością o szczegóły, a dodatkowo bardzo przystępnymi cenami jakie żądają za swoje produkty. To połączenie bardzo wysokiej jakości z rozsądną (rzadkość) ceną z konsekwentną wizją rozwoju oraz (znowu mało kto tak robi) produkcją ulokowaną w Europie wyróżnia RHA na tle konkurencji, stanowi o sile i rozpoznawalności marki (już, a przecież to jw. beniaminek).

Czekałem na 20-ki, które jednak nie dotarły na czas, postanowiłem opublikować test bez uwzględnienia spóźnialskich doków ze szczytu oferty. Cóż, szkoda, chciałem za jednym zamachem opisać wszystkie topowe konstrukcje, bo były też widoki na ceramiczne CL1… ale nic nie szkodzi, co się odwlecze… będzie zatem „powtórka” tj. w podobnej formule opiszemy T20 i CL1. Dzisiaj przeczytacie o tych tańszych, ale nadal okupujących górną półkę, dokanałówkach z oferty RHA, a za parę tygodni będzie recenzja wspomnianych topowców. Postaram się także o wypożyczenie L1 – w ten sposób cały trzon oferty zostanie przez nas obadany i opisany na łamach.

Powracając zaś do meritum, dwa różne smaki są tak różne, a do tego same CL750 tak inne, odmienne od testowanych przeze mnie do tej pory IEMów, że musiałem stworzyć sobie odmienny od referencyjnego (redakcyjnego) zestaw testowy, wykorzystując do odsłuchu sprzęt stacjonarny (750), korzystając podczas słuchania na wynos dość nietypowe rozwiązanie mobilne (de facto stacjonarny M2Tech hiFace DAC), wreszcie porównując efekty ze słuchawkami, których na miasto raczej na pewno nie zabralibyśmy ze sobą. Tak jak T10i można uznać za produkt dość oryginalny, wyróżniający się na tle konkurencyjnych IEMów, to w przypadku CL750 w ogóle trudno znaleźć jakiś odpowiednik, podobną konstrukcję. Te doki, jak wspomniałem w zapowiedzi, to jazda po bandzie, coś specyficznego, bardzo pod prąd, coś co pokazuje, że RHA ma swoją wizję i nie boi się wprowadzić do swojej oferty produkt, który nie ma odpowiednika (coś czuję, że z ceramicznymi CL1 będzie nie tylko podobnie, ale będzie jeszcze bardziej „pod prąd”). Bo co powiecie na słuchawki dokanałowe, które ze swoją 150 omową impedancją, z specyficzną sygnaturą dźwiękową są …alternatywą dla stacjonarnych nauszników (partnerem będzie tu gabinetowy czy salonowy klamot pod – właśnie – duże, stacjonarne słuchawki), albo coś, co wymaga konkretu z jacka, co nie zadowoli się żadnymi tam smartfonami (nie ma szans na to), większością DAPów (znowu nie ma szans na to), wieloma DAC/AMPami (o cholera)?

Co ciekawe T10i, mimo że nie są tak inne, jak CL-ki, także pod wieloma względami są wg. mnie oryginalne, mają swoje niepowtarzalne cechy (tak, tak dyfuzory mają spory wpływ na to) i to także bardzo interesujący, bo właśnie odmienny od tego, co do tej pory testowałem, produkt. Podsumowując ten wstępniak, powiem tak – testowanie tych doków było bardzo ciekawym doświadczeniem, było w tym coś ożywczego, właśnie innego, zmuszało mnie do poszukiwań, do znalezienia odpowiedniego sposobu zbadania możliwości tych słuchawek, zrozumienia racji, pomysłu na dźwięk jaki miał twórca, projektant, wreszcie zebrania tego wszystkiego i oceny uwzględniającej odmienne podejście do tematu (na dzień dobry było WTF ;-) ).

Zaintrygowani? Tak? To zapraszam do lektury…

» Czytaj dalej

Zasiać ferment część II: biznes, jak zwykle

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
240_F_129984436_LUGRhgBpgOKvIJIG2tHLT3liUa0sAJsM

Zarabianie na muzyce nie jest proste. W dobie streamingu to wyzwanie. Ostatnio parę osób z branży podzieliło się uwagami na temat tego, jak trudno wyjść na swoje. Szczerze? Nie przekonały mnie te biadolenia, bo choć same serwisy obecnie są deficytowe to… jakoś nikt nie rezygnuje (wytwórnie) z nowego sposobu dystrybucji, jakoś nikt nie wywiesza białej flagi (tak, ten zły, darmowy YouTube wszystko psuje), każdy stara się rozwijać biznes i mimo początkowego dystansu do nowego (artyści) dzisiaj nikt nie obraża się na taką formę udostępniania muzyki. Co więcej, sami muzycy przyznają, że już od dawna (od dawna, to znaczy jeszcze na długo przed serwisami) zarabiali głównie na koncertach, głównie na monetaryzacji swojego wizerunku, a płyty… cóż, poza topowymi wykonawcami nie były istotnym źródłem przychodów. Same wytwórnie dość późno zrozumiały o co w ogóle w tym Internecie biega, same były sobie winne – nie potrafiły się dostosować. Stąd te biadolenia. Sieć staje się trampoliną do promocji (i tutaj jest łatwiej, taniej, szybciej… ale o tym jakoś nikt z wielkich specjalnie się nie rozwodzi, a to główny koszt po ich stronie), jest idealnym medium komunikacji, stanowi doskonałą platformę dla talentów (i anty-talentów), także tych bez bogatego tatusia z szybami, który kupi miejsce w top 40. Muzyka to biznes, który musiał zaadaptować się do nowej rzeczywistości, do sytuacji w której to co fizyczne przestało być „sprzedawalne”. Rzecz jasna dotyczy to także kina, dotyczy to telewizji, ale – patrząc na wszystkie te nośniki kultury – to właśnie muzyka musiała wjeść w sieć i zacząć na siebie zarabiać. To dochodowy biznes, wbrew twierdzeniom co poniektórych, choć wymagający. Trzeba się szybko dostosowywać, trzeba być aktywnym, trzeba… tak, żyjemy w XXI wieku, musisz się szybko adaptować, jak tego nie zrobisz to wypadasz.

No dobrze, to może MQA ma być po prostu nowym sposobem zarabiania, zarabiania na wysokiej jakości w dobie Internetu? Naturalnie, nie byłoby w tym nic zdrożnego, nic złego i za tę lepszą jakość (gdy w sieci króluje stream o podłej, albo jedynie akceptowalnej jakości… choć to się zmienia vide nasze wpisy o Spotify choćby :) ) należałoby zapłacić, przy czym dla naszych rozważań ważne jest na czym konkretnie i w jakim stylu zarobić. Problem w tym, że stojący za nowym rozwiązaniem twórcy chcą powtórki z rozrywki, chcą dokładnie, jotka w jotkę zrobić kalkę z tego, co słusznie minione, co było powszechnie krytykowane, co było anty-konsumenckie. DRMy, regionalizmy, licencje… coś, co nadal mocno się trzyma w przypadku dystrybucji X Muzy miałoby wrócić w „wielkim stylu” właśnie za sprawą MQA. Nie wierzycie? Wspominałem w poprzednim wpisie o sceptycyzmie Schiit Audio, ale to nie jedyny głos z branży (…branży! Nie od nawiedzonych alterglobalistów ;-) ). Oto co ma do powiedzenia w tej sprawie Charles Hansen z Ayre:

If MQA is successful, audio will be distributed and rented in the same way that video is distributed and rented.

Look at what happened with video – they made it so that only giant mega-corporations could compete – Sony, Panasonic, Toshiba, Pioneer, Denon, because the up-front licensing fees for DVD were $150,000 with an annual renewal of $50,000, plus a 4% royalty on the entire unit. Four percent of a $200 DVD player was almost tolerable, but on a true high-end player, most of the money goes into the power supplies, the higher-quality parts, the elaborate analog and video circuitry, the clocks, the chassis – all things that have nothing to do with the patented technology that is being licensed. The royalty alone would cost as much as a high-quality chassis. It simply was unworkable for small, innovative manufacturers.

A handful of companies (Theta, Muse, Ayre) made „pirate” DVD players by purchasing a completely finished, fully-licensed and royalty-paid player at wholesale from Pioneer (or in one case Panasonic) and then „modifying” it to one degree or another. (As far as I know, Ayre was the only one of these companies to literally re-build the unit from the ground up. See link below.) The problem with that approach is that the Japanese giants „churn” their product line every year or two, and there is no stable platform to base a high-end player on. (This is what killed high-end CD transports in the early 2000′s – nobody sold transports except Philips, and they changed models every year with no support – eg, replacement lasers – for previous models.)

This „pirate” practice reached its nadir when Lexicon (a division of Harman and sister company to Levinson at the time, and who had DVD licenses but not Blu-ray licenses) released its Blu-ray player. It sold for $3000 and it turned out that it was literally a $500 Oppo stuck inside another fancy box. They didn’t even bother to take the parts out of the Oppo box – even the Oppo chassis went right in. The *only* thing that changed was the logo on the start-up splash screen.

This is one of the main reasons that people think the high end is a rip-off and a joke – in many cases it is.

Did the print magazines publish any of this?

If MQA succeeds, it will turn audio into the same exact thing. I’ve heard rumors that the MQA up-front licensing fee is $200,000 but that they will „waive” it for the „early adopters”. The royalty rate is supposed to be a percentage of the cost of the product, but I’ve heard they are making special deals with the „early adopters” – only a buck-two-ninety-eight. What they probably want is a few percent of the wholesale cost of the product. If it goes mainstream, a few percent of all cell phone sales could add up to some *really* big bucks. Someone has to pay for Bob’s mansion.

And that is the world that Bob lives in now. MQA is financed by the Rupert family of South Africa. Multi-billionaires that made fortunes by killing people with cigarettes. The elder Rupert (now deceased) invented the „king-size” cigarette, the „menthol” cigarette, and many other lovely things. One of the sons of big Daddy Rupert runs Reinet Investments, owners of both MQA and Meridian.

So if you want to see our „hobby” turned into a giant parasitic industry controlled by licensing organizations (like the video industry is – HDMI, Dolby, and DTS set all the standards and mandate changes every couple of years to create product „churn”), go ahead and support MQA and Bob Stuart and the greedy Rupert family of billionaires.”

Może to jakiś frustrat, facet spóźnił się na pociąg i teraz rozdziera szaty? Zanim zaczniemy kogoś dezawuować, bo nam w szkodę wchodzi, popatrzmy na argumentacje. Temat wideo znany jest mi bardzo dobrze, kiedyś testowałem sprzęt AV, z akcentem na V i cóż… to wszystko, o czym wspomina Hansen brzmi bardzo znajomo. To jest coś, co nieodmiennie stanowiło zarzut pod adresem całej branży, co pokazywało jak pazerne, jakie to, pozbawione skrupułów, towarzystwo. Generalizujemy, owszem, ale to co stanowiło największy problem dla konsumenta (brak swobody korzystania z dóbr kultury, dodatkowe, zupełnie zbędne koszta jakie musiał ponosić, chcąc korzystać w pełni z tego, co „oferuje” rynek) utrzymywane było i jest z podziwu godną, żelazną konsekwencją. Dzisiaj powoli, bardzo powoli się to zmienia, bo musi, ale… nadal, jak widać są pokusy by wrócić do tego, co dawało przywilej kasowania ekstra ZA NIC. Każdy sprzęt, każdy ze znaczkiem MQA ma być opodatkowany. Chcesz mieć znaczek na obudowie? Płać ekstra za to. Obok opłaty za download, za stream (nie mam nic przeciwko płaceniu więcej za dobrą jakość!) płacę na starcie za PRZYWILEJ KORZYSTANIA Z TECHNOLOGII. Chyba ktoś tu upadł na głowę. Delikatnie rzecz ujmując. Dalej, jak pamiętacie z poprzedniego wpisu, MQA to nie jest żaden Złoty Graal (o tym jeszcze wspomnę, dlaczego nie, poniżej), tylko coś co – owszem – pozwala na przepchnięcie mocno skompresowanych danych do użytkownika, pozwalając zminimalizować transfer oraz zaoszczędzić miejsce na serwerze. Z tego co pamiętam, a pamiętam dobrze, o tej technologii mówiło się początkowo głównie w kontekście mobilnego grania. I prawidłowo, bo przecież tam te kwestie (mniejsze wymagania co do transferu danych, oszczędzanie energii – o tym też twórcy perorowali – po stronie użytkownika korzystającego z przenośnej elektroniki) są b. istotne. Fajnie, ale gdzie jesteśmy obecnie, o czym dzisiaj mówimy? Ano, nie o strumieniach na smartfonach (tak, tak nie ma na razie takiej możliwości, nawet w przypadku jedynego serwisu, jaki MQA wprowadził tj. Tidala), a o domowym audio. I to o tym domowym audio głównie w kontekście MQA się mówi… to jest to, co najistotniejsze, gdzie zarabia się pieniądze (kasuje za licencje). No i jesteśmy w domu. Nie o lepszą jakość w dobie mobilnego grania tu się rozchodzi. MQA nie jest w ten sposób promowane i oferowane z prostego powodu: to audiofile są tu, jak wspominałem, głównym targetem. Taka grupa docelowa, choć niszowa, daje jednak nieźle zarobić, ma w głębokim poważaniu (co do zasady) to co mobilnie gra (no, sorry, smartfon?), preferuje drogie systemy stacjonarne i jak popatrzymy na tych, co są na pokładzie (supporterzy MQA)…

Owszem są też i tacy, nieliczni, z branży producentów sprzętu audio, którzy mobilnie też. Ale to nisza, niszy i co najistotniejsze NIE O TO TU CHODZI. Nikt na serio (z wielkich producentów elektroniki konsumenckiej) nie wejdzie póki co w temat, bo nie widzi w tym większego sensu. I nie, nie chodzi tutaj o brak chęci zarobienia miliardów, bo ta chęć zawsze była, jest i będzie, ale o chłodny szacunek ile? …i czy warto? Odpowiedź brzmi: niewiele (nisza) i nie warto (bo licencja kosztuje, a konkurencja na rynku mordercza). Poza tym ilu złotouchych konsumentów znajdziemy spośród tych dziesiątków milionów kupujących smartfony miesiąc, w miesiąc? Dzielić się zyskami? Wspomniane w poprzednim wpisie Apple, ma swoje Remastered for iTunes i …mu starczy. W przypadku streamingu starczy, nie widzą żadnego sensu we wprowadzaniu „lepszej jakości”, a ewentualne bezstratne downloady mogą pojawić się w kramiku, by na nowo rozbudzić chęć płacenia za album 10$, odwrócić trend spadkowy jaki kramik od paru sezonów prześladuje. Tyle. Także nie jest to coś, co na starcie dawało nadzieję na lepszy stream z serwisów, w ogóle nie o to tu chodzi. Teraz to rozumiem, wcześniej trzymałem mocno kciuki, mając nadzieję (matka głupich), że będzie to remedium na niesatysfakcjonującą (statystycznie – niesatysfakcjonującą nielicznych) jakość muzyki dostępnej w streamie w sieci. To o czym tutaj piszę oraz ostateczny cios (podsumowane w pkt) w aspektach technicznych MQA (poniżej) skutecznie mnie wyleczyły.

Pamiętam te bezwstydne kasowanie przez uczciwych inaczej producentów sprzętu wideo za ten sam wsad, w obudowie generującej mnożnik 10, 100 i więcej do ceny. Oj pamiętam (patrz powyższy cytat). Gdzieś te koszty licencji trzeba upchnąć, mówimy o niszowym (patrząc przez pryzmat całego rynku elektroniki konsumenckiej) segmencie w końcu, a ja czytając takie wypowiedzi jak ta Hansena ciągle mam przed oczami coś, co opisałem na łamach HDO – Malinkę za 20$ w obudowie za tysiąc, patrz …tutaj. Czy oni się nigdy nie nauczą, że takie coś psuje wizerunek nie pojedynczemu producentowi, a całej branży?! Taka Malinka to dobry przykład, bo to oczywiście nieograniczone możliwości, to przykładowo wprowadzenie wsparcia dla MQA na drodze prostego upgrade, „w locie”. Niech płacą 900$ za obudowę. Hansen pisze przez pryzmat swojego biznesu i trudno się dziwić, w końcu dla niego takie 4% od sztuki to oddanie swojego zysku, pieniędzy które miał do tej pory w kieszeni, na rzecz licencjonodawcy. MQA znaczy się. Wsad może być jak z chińskiego high-endu (nie, to nie obelga, chiński high-end to potęga, tam jest lepiej, taniej, szybciej a wsparcie… niech się Ameryka i Europa uczy), a cena na poziomie Rollsa. Tylko logo inne, metka inna i … tak, tak znaczek MQA na pudle (i obudowie). To wszystko stanowi ten sam, wielokrotnie wypróbowany, mechanizm „strzyżenia owiec”. Płacisz za nic i …płacisz za nic. Prawda?

Czy MQA w domu, gdzie mamy szerokopasmowy dostęp do Internetu daje nam jakiekolwiek zyski… nam, użytkownikom, pomijam dostarczyciela treści, który w sumie też niczego nie zyskuje, bo wspomniane, ewentualne, mniejsze zapotrzebowanie na przestrzeń w centrach danych z obecnej perspektywy jest pomijalne, mało istotne? (popatrzmy jak duże potrzeby ma w tym względzie streaming wideo i co? Ktoś płacze? Nie ma czego porównywać zestawiając ze strumieniem audio nawet bardzo wysokiej jakości). No właśnie. Ja nie widzę żadnych zalet, nie ma tu nic, co dawałoby jakąś wymierną korzyść, poza komplikowaniem sobie życia (dekodowanie albo softwareowe w ramach usługi, albo hardwareowe – czytaj licencja, czytaj nowy sprzęt, czytaj koszta po naszej stronie). A przecież to w domu ma nam przede wszystkim, jak obecnie widzimy, grać. W domu, z szerokopasmowym Internetem, gdzie oglądanie na wspomnianym we wpisie Hansena, testowanym u nas Oppo (105D) streamingu koncertów Deutsche Gramophone o jakości (muzyki) z płyty BD-Audio/SACD nie stanowi żadnego problemu. No nie ma czego porównywać.

To może chodzi tutaj o te najlepsze źródła i o to, że nie uronimy ani jednego bita z tego skarbca jakim dysponują licencjonodawcy? No nie bardzo, bo jak już wcześniej, w części pierwszej wspominałem MQA to na sztywno ustawiony, określony sposób przygotowania plików audio (ma brzmieć lepiej ekhmmm), no i jest stratny z samej swej natury. Ok, ja bym to w pełni akceptował, tak jak akceptuję progres w dziedzinie jakościowej jaki prezentują kolejne wariacje kodeka apt-X (HD) w przypadku sinozębnego. To ma sens (apt-X), bo po prostu pozwala stworzyć lepsze warunki techniczne dla transferu danych audio, pozwolić znieść ograniczenia niedoskonałej (na starcie) technologii bezprzewodowej. To ma sens. A MQA… które jak wspomniałem powyżej, po pierwsze celuje w inny target, po drugie (no licencjonodawca bardzo by się ucieszył, gdyby jakiś LG czy Samsung, o Apple nie wspominając, wprowadził to do swoich produktów, nie wątpię) nie rozwiązuje w sumie żadnych problemów, nie jest odpowiedzią na żadne oczekiwania (Tidal HiFi był i jest, oferując stream bezstratny, Qobuz był i jest, Deezer z nową usługą był i jest, będą też zapewne inni), napewno nie w takiej formie!

To jeszcze jeden cytat z Hansena:

„I think we all appreciate the importance of making money! Nothing wrong with capitalism, corporations, and the profit motive of course. When companies make good products, this is to be lauded and rewarded. 
The issue IMO with MQA is that it’s bogus. It was marketed in a bogus fashion, it is not capable of what it claims, and even if we don’t call it all-out DRM, they have not addressed the observation of such an underlying intent or to clarify what limits they seek to protect consumer interests. 

This is IMO bordering on fraud (again – this is my opinion). There are IMO lies being spoken of in the advertising and claims. When this happens, then absolutely, as audiophiles and music lovers, we must come out fighting against such nonsense whether perpetuated by the company itself or in the moronic audiophile press. 

As audiophiles, I think we can all find and see products being advertised demanding that we be skeptical of. For the most part, we can probably just let it pass… But in the case of MQA, there’s a real threat here of that corporate „greed” infecting the music production and distribution chain that provides NOTHING to the consumer; in fact, it’s counterproductive for the consumer. This is a major problem with MQA and again, demands thoughtful audiophiles to respond in kind.”

 

Ostro? No ostro, ale powiedzcie szczerze, nie czujecie jak coś bardzo, bardzo tutaj nie gra, jak mocno jesteśmy naciskani, urabiani, aby ktoś mógł zarobić górę pieniędzy, w zamian nie dając NIC? Dzisiaj można wmówić wszystko, można dowodzić że białe jest czarne i nikt nie będzie protestował (dobra, może ktoś to zrobi, ale who cares?) i sprzedać „gówno w papierku”. Tym bardziej łatwo to zrobić, gdy ktoś roztacza przed podatnymi (raz jeszcze, chwała i cześć audiofilom, ludziom o pięknej pasji i wielkiej wiedzy) obietnice audio nirvany. No ale dziwicie się, jak mowa jest o materiale wprost ze studia, o takim „sky has no limits” w dziedzinie dystrybucji dźwięku? Wspomnianym, Złotym Graalu, czymś na co wszyscy zainteresowani czekali? Może faktycznie, jak napisał na naszym profilu jeden z Czytelników, może faktycznie zdrowsze dla nas wszystkich, sensowniejsze, nie obarczone całym bezwstydnym bullshitem, były czasy kasety magnetofonowej. Fizycznego nośnika. Skupienia się na tym, co istotne. Na muzyce. Nie, nie chcę wyjść na starego zgreda (dobra, dobra, którym oczywiście jestem), nie ma powrotu do przeszłości, ale zastanówmy się, czy to nie jest dla nas wszystkich nauczka, że to co nowe, niefizyczne, komputerowe w przypadku naszej pasji może łatwo sprowadzić nas na manowce? Dać się „zrobić”, zapłacić za hokus-pokus, wprost: dać się nabić w butelkę, oszukać…

Jest jeszcze aspekt techniczny, czyste technikalia i Archimago zadaje, wg. mnie, celnie, ostateczny cios MQA (w obecnej formie?), pisząc:

„We have 2 options currently:

1. We simply downsample to 48kHz while maintaining 24-bit resolution and give up the ultrasonic frequencies above 24kHz = STANDARD downsampling. 

2. We sacrifice 24-bit depth to „typically 15.85 bits” (Bob Stuart’s words), and encode the ultrasonic frequencies from 24-48kHz in a lossy fashion = MQA encoding & decoding. [Throw in some stuff about "de-blurring" while you do this of course and claim you can recover everything else you "need" back to the "original" 192kHz. Turn on a LED/indicator telling us MQA decoding is happening, that there's no error in the stream and it's the "original" resolution (meaningless, but that's fine)."

Pierwsza, wydaje się sensowna i uczciwa, w tym sensie uczciwa, że stosujemy coś, co nie udaje czegoś, czym nie jest. Mamy standardowy downsampling, mamy te 24/48 i już. Nie czarujemy, taki stream daje nam pewność, że odtworzymy dokładnie to co powyżej na lwiej części mobilnej elektroniki. Bingo. Nie wróć... Bo mamy drugą opcję i ta druga jest właśnie dzisiaj standardem. Nie ma bitperfect, nie ma, bo jest lossy. Tak to obecnie jw. wygląda. A dlaczego tak wygląda? Ano chyba dlatego:

Lossless 24/48 audio sounds great and in many cases would be easier to compress than MQA for streaming. Heck, we could zero out the last 4 bits and maybe compress a 20/48 stream for more data savings without worrying about anyone complaining. Plus, since time domain performance is linked with bit-depth, one could argue that maintaining true 24-bit resolution provides better time-domain performance below Nyquist. It will be "open" for easy adoption by manufacturers and not impose any licensing fee.

Innymi słowy, licencji nie ma, bo nie potrzeba, taki plik nawet łatwiej przepchnąć niż origami, oferuje świetną jakość i jeszcze możemy bez żadnej jakościowej straty poświęcić "nadmiarowe" 4 bity (czyli mamy 20/48). Każdy może to wprowadzić, każdy zainteresowany. No ale:

1. It adds complexity and cost (unnecessarily):
a. We already have many high-resolution DACs out there. Do we need a new "format" that's not "fully" backward compatible?
b. Only MQA-certified software / hardware available for decoding. This reduces options for consumers and likely always will especially in the audiophile world where small manufacturers may find it hard to justify licensing costs. Furthermore, small independent developers, free software and Linux distributions would not be able to develop for MQA decoding unless under some kind of license. Ultimately this reduces innovation.
c. MQA versions of downloads such as what we see on 2L (US$19 for 24/96, $23 for 24/192, $24 for MQA, and $30 for studio master DXD) often costs more than downsampled very high quality 24/192. Does MQA encoding actually add any value or are we seeing the added licensing fee passed on to consumers? Is there any justification for the existence of MQA for file downloads when we're not faced with the bitrate limitations of streaming over the Internet?

2. Technical concerns:
a. It reduces the actual bitdepth to the aforementioned "typically 15.85 bits" and up to "17-bits" resolution when decoded. These numbers are from Bob Stuart. I know they want us to ignore this and focus on the analogue output rather than care about the digital technical values. We can argue about this of course; but the point is that a resolution limit has been imposed which is lower than standard 24-bit digital audio.
b. Reconstruction of the first unfold into the 24-48kHz audio frequencies is lossy in nature compared to the original. Again, they may argue that there is no audible difference, and yet again, a limitation has been imposed that would not exist with 24/96, much less from a 24/192 source.
c. MQA upsampling is done with "leaky" filters resulting in weak ultrasonic suppression of aliasing. Remember that DAC designers can easily program their devices to do this if felt to be preferable for their designs. Also, we as consumers can choose to do this ourselves with software upsampling if we really think this is a good idea (software like HQPlayer perhaps or even SoX).
d. For those who want to do advanced DSP like room correction filters, ambisonic processing (like this one), or surround processing, we cannot have access to the full digital resolution because of the proprietary MQA decode process. (This is a big deal IMO that limits flexibility and progress as we aim for better sound quality for hi-fi enthusiasts.)
[Given the technical concerns, what is the meaning of advertising claims of "de-blurring", how can it "fundamentally change the way we all enjoy music", represent a "new paradigm", or "reveal every detail of the original recording"?]

3. Minimal audible difference:
a. Digital subtraction tests show little difference.
b. Blind listening test with 83 listeners show no clear preference. (In fact, in some situations, standard hi-res was preferred.)
c. Inter-DAC comparisons with MQA decoding show no evidence of significant „authentication” of a standard „studio sound” in the analogue output beyond the expected DAC differences.

4. Unclear Digital Rights Management (DRM) implications:
a. Already as in (1), MQA certified products such as an MQA DAC adds expense and there are fewer software playback options. It locks us into a proprietary mechanism right from the start. This is a backward step considering the years of open and free (for consumer) lossless file formats like WAV, FLAC, ALAC, WV, APE, etc...
b. Potential future stronger mechanisms such as encryption or scrambling to enforce playback only with licensed products at the expense of significant sound quality if one does not „buy in”. This is not an issue currently if you feel undecoded MQA sounds as good as CD resolution. However, there are hints in the MQA firmware that more severe forms of DRM can be imposed. It doesn’t take a genius to see how that MQA „authentication” indicator can be linked to such a mechanism. Do we even need to entertain this possibility as consumers in 2017 after years of rejected attempts at DRM and digital watermarking?

Właściwie każdy z powyższych pkt jest ważny i stanowi trudny do podważenia zarzut, ale pogrubiłem to, co wg. mnie kluczowe. Brzydko pachnie? No nie inaczej, wręcz cuchnie. Nie podkreślałem pkt zawierających jakieś subiektywne odczucia, badań odsłuchowych, bo to zawsze można podważać w każdą stronę. Mam swoją opinię (byłbym 84 słuchającym, nie rozróżniającym czy gra MQA czy stream HiFi), ale to nie jest tutaj najistotniejsze (subiektywne wrażenia). Istotne są twarde, techniczne realia, a te dają kłam propagandzie, marketingowemu szumowi jaki otacza MQA. To nie podlega dyskusji. To są fakty. Gdzie tu w takim razie wartość dodana? Raz jeszcze zapytam. Jak można promować zamknięte, licencjonowane rozwiązanie, na pograniczu nowego DRM-a (niech sczeźnie w końcu raz, a dobrze i nieodwracalnie to, to)? Jak można promować coś, co ma takie ograniczenia funkcjonalne (korekcja pomieszczenia, filtry, surround – w przypadku MQA nie ma o tym wszystkim mowy)? Dlaczego konsument ma płacić za coś, co nie jest żadnym krokiem naprzód, ba płacić za to coś więcej niż za dotychczasowe materiały audio wysokiej jakości dostępne w sieci?

…cóż, przytoczona wypowiedź jednej z promujących standard osób, może chyba zamknąć te nasze rozważania i nie wymaga żadnego dodatkowego komentarza:

„No Scientific Tests Were Done, Says MQA Founder” (link)

 

Zasiać ferment część I: A może po prostu błądzimy?

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
images-2

Zwątpiłem. Słucham krytycznie paru nowych klamotów i czytam. I zaczynam poważnie zastanawiać się, czy to co dzisiaj obserwujemy na rynku ma jakikolwiek sens. Gdzieś nam ucieka to co istotne. Skupiamy się nie na tym, co kluczowe. Rzeczom nieistotnym przypisujemy ogromną wagę, kompletnie rozmijamy się z …rzeczywistością. My? Tak my. Ja – piszący te słowa, ale także Wy, czytający je, a nade wszystko psujem jest branża. W prostocie jest metoda, za dużo kombinowania sprowadza nas na manowce, przy czym najgorsze w tym wszystkim jest to, że chcemy być oszukiwani. Musiałem podjąć decyzję o zmianie paru ostatnich tekstów (stąd opóźnienie w publikacji), bo stwierdziłem, że pewne rzeczy można potraktować zupełnie inaczej (niż pierwotnie zostało to opisane). Odniosę się do tego w publikacjach. Teraz jednak chcę napisać o czymś, co wywołało u mnie taką, a nie inną reakcję. Od dawna śledzę dwa miejsca w sieci, gdzie tytułowy ferment siany jest bez ograniczeń, gdzie właściwie wszystko co do tej pory pisaliśmy o graniu z pliku jest albo podważane, albo przynajmniej poddawane w wątpliwość. Uwielbiam tam zaglądać, bo lubię być konfrontowany, uważam że lepiej jest dociekać, wątpić, niż a priori coś zakładać. Oczywiście istnieje niebezpieczeństwo oflagowania się i poddania w wątpliwość wszystkiego, popadnięcia w ciężką paranoję, ale przyjmijmy, że pewne rzeczy po prostu zakładamy korzystając z bardzo subiektywnego, bardzo niedoskonałego aparatu poznawczego jakim dysponujemy. To raz. Dwa – w sukurs przychodzi nam nauka, to co mierzalne, policzalne i …mądrzejsi od nas.

 

Naprawdę?

Chyba jednak nie, bardzo nie…

Te dwa miejsca to wspominany parę razy blog http://archimago.blogspot.sg/ oraz miejsce, które zwróciło moją uwagę niedawno… http://fairhedon.com/ Tu nikt nie sili się na przypodobanie się komukolwiek, czy jakiś rodzaj kompromisu, bo wiecie reklamy, chleb, dobre relacje z branżą… Nie. Nie ma tutaj miejsca na żadną dyplomację w wygłaszanych sądach, wnioskach, a to co stanowi wartość to, to, że wypowiadają się praktycy, ludzie z wiedzą wykraczającą poza poziom tych, którzy często (nie wyłączając wyżej podpisanego) publikują, testują, zajmują się problematyką audio zawodowo, albo hobbystycznie, wsio rawno, ważne że kształtują w mniejszym bądź większym stopniu opinię. Warto czasami zadać sobie parę podstawowych pytań. Warto też sprawdzić, czy to co uważamy za istotę nie jest przypadkowo mirażem, czymś co w ogóle nie tłumaczy, nie ma wpływu na SQ.

Zacznę od Briana Lucey’a. Inżynier dźwięku, wydawca, praktyk. Jak pewnie tysiące innych, robi swoje i …nie przejmuje się nic, a nic, problemami, z którymi zmagamy się na codzień. Po lekturze, można by rzec, z wiatrakami z jakimi walczymy dzielnie, choć zupełnie niepotrzebnie. Warto przeczytać cały wywiad opublikowany pod tym linkiem: http://fairhedon.com/2017/11/05/an-interview-with-mastering-engineer-brian-luceybo wspomniany praktyk ma rzadką umiejętność mówienia językiem prostym o skomplikowanych sprawach, dodatkowo bez zawiłego kluczenia, a prosto do sedna. Sama esencja. Co wynika z tego wywiadu? Ano to, co może i podnosiłem tutaj nie raz, ale z …mocnym przesunięciem akcentów na rzeczy, które jak wyżej, umykają nam, opisującym, pasjonującym się najnowszymi technologiami (dla ułatwienia, mianownikiem jest tu granie z pliku). I tak Brian masakruje ideę MQA, twierdząc, że jest to najgorszy możliwy sposób na dystrybucję dźwięku. Argumenty ma mocne, a że mówimy o rzeczach kluczowych (bo MQA w związku z Tidalem i bliskim wprowadzeniem strumieni hi-res w innych serwisach ma być STANDARDEM) to warto nad tym się pochylić. Pisałem już o tym wcześniej na łamach HDO. MQA co do zasady (działania) jest stratnym kodekiem i wszelkie próby zaprzeczenia, że ależ skąd nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością. To origami audio, kontener, ze swej natury nie może być bitperfect, bo w dosłownym tego słowa znaczeniu odtwarza coś, co wcześniej zostało skompresowane w sposób stratny… usunięte. Nieważne czy robi to doskonale, czy mniej doskonale, ale nie jest czymś, co kojarzyliśmy do tej pory z najlepszą jakością, czy bezkompromisową jakością. Brian porównuje MQA do Mastered for iTunes, o którym też mogliście u nas co nieco poczytać (potem, znacznie potem, potem i łagodniej o np. tutaj). To znaczy poczytać w ogóle coś na ten temat, bo kto tam takimi pierdołami będzie się gdzie indziej zajmował ;-) …pięć lat ma ten wpis, chyba za ostro pojechałem wtedy po Apple, choć w kontekście tego, co zaraz przeczytacie… może i słusznie, bo tam też czarowali. Porównuje i ma ku temu pełne podstawy, a że MfT to całkiem sensowny sposób na dystrybucję treści w bardzo, bardzo skompresowanej formie (oczywiście stratnej), z sensownym jakościowo rezultatem finalnym to… no właśnie, pozostaje zapytać, co daje nam MQA?

Wymowne?

Aż zacytuję, bo warto przytoczyć: „And like Mastered for iTunes or any reduction scheme the losses are in critically important areas. Where as mastered for iTunes is harmonically cold and loses some low volume/low end information, actually altering the groove to make everything sound like a nerdy white wedding band, MQA brightens the high-mids in the Mid section while thinning the low-mids on the Sides. There’s also some harmonic distortion which some people could find pleasing,  If I want that distortion in the master I would’ve put it there in the first place. The results of MQA I would call fatal to the source material even as they are very subtle.” Co wynika z przedstawionego tutaj, kluczowego zresztą spostrzeżenia, poczynionego przez Briana? Ano coś, co redefiniuje nam całkowicie MQAowe hi-res. Bo o jakim hi-res tu mówimy, jeżeli w praktyce nie mamy możliwości uzyskać jakości płyty CDA?! Tam, w przypadku zapis 16/44.1 w bezstratnej postaci (WAV), wiemy co konkretnie otrzymujemy. Otrzymujemy to, co zarejestrowano w studio. Może to być gówno, może to być diament, ale wiemy co dostajemy i całe halo odnośnie hi-res sprowadza się do tego, że dzięki dodatkowym bitom, większej częstotliwości próbkowania możemy  (ale to tylko potencjał, a nie coś, co cokolwiek gwarantuje vide wiele 24 bitowych plików, które są do dupy) materiał zarejestrowany i obrobiony w studio przenieść bez ograniczeń wynikających z XX wiecznych technologii (nośnik gromadzący niewielką, z punktu widzenia dzisiejszych realiów, ilość danych like CDA). Tyle. Przy czym – z czym zgodzą się chyba wszyscy, słuchający muzyki z różnych źródeł, mający porównanie – nośnik, cyferki O NICZYM NIE PRZESĄDZAJĄ. Są natomiast wskazówką i …w przypadku MQA widzimy, że nie dość, że plik jest lossy to jeszcze proces jego przygotowania do dystrybucji wiąże się z określoną (ściśle!) zmianą reprodukcji w przypadku każdego, zakodowanego w ten sposób, materiału. To jest dla mnie nowa informacja. Jak wspomniałem, to że jest to co do natury kompresja stratna było dla mnie oczywiste od chwili pojawienia się MQA na rynku, ale to, że origami to także ingerencja w sposób w jaki odtwarzany jest materiał to coś… z zupełnie innej beczki. Ja chce usłyszeć to, co wyszło ze studia, a nie to co sobie twórcy wyobrażają, albo specjalnie upiększają (no, wprost, kitują). Przecież sami reklamują to, jako najlepszą metodę przeniesienia „master quality” audio wprost do domu. To jest …kłamstwo. I tak jak w przypadku iTunes wszystko jest jasne, bo sami opublikowali białą księgę w której dokładnie opisują co i jak robią, to tutaj mamy do czynienia z marketingowym hokus-pokus.

Sprzedać? Tak, jak najbardziej. Zaoferować wartość dodaną? No właśnie niekoniecznie

Mnie MfT smakuje, zgadzam się w całej rozciągłości, że to jest przyprawiane właśnie tak, jak Brian to opisał… ma to dobrze smakować na sprzęcie mobilnym, na bezprzewodowych słuchawkach i bezprzewodowych głośnikach. I brzmi. Sama elektronika mobilna często mocno podkreśla doły, mocno koloryzuje, osusza, cyfrową patyną raczy… stąd taki wybór inżynierów Apple, przy zachowaniu dużej dbałości o jak najwierniejsze przeniesienie materiału źródłowego do kramiku Apple. Brzmi to w określonych powyżej okolicznościach dobrze, rzecz jasna trudno to traktować jako bezkompromisowe, najlepsze, czy idealne źródło dźwięku. A tak ma być, bo tak to reklamują, z MQA właśnie. Jeżeli ktoś majstruje nad tym, jak słyszę w samej technologii medium, transportu (zapisu) to… sorry, ale ja tego nie kupuję! To jest oszustwo. I nie oznacza to, że zakładkę Masters można sobie darować, bo wiele muzyki tam udostępnionej to materiał bardzo dobry jakościowo. Nie w tym rzecz, rzecz w tym, że ktoś tu za nas decyduje i oferuje coś innego, niż mówi. Jak wspomniałem, uważam że Mastered for iTunes jest jednym z lepszych patentów jakie Apple wprowadziło do obiegu nowoczesnej dystrybucji muzyki w pliku. I mimo ograniczeń, mimo określonego targetu, to właściwa droga… jedna z wielu, rzecz jasna, ale sensowna, mająca na celu dostarczenie lepszego jakościowo dźwięku. Owszem, też czasami możemy zobaczyć w opisie master HQ, studio master, ale nikt tego nie wyciąga tak bezwstydnie jak ma to miejsce w przypadku MQA. Co więcej, tutaj idzie się po bandzie, bo jak powiedział Brian, wyciąga średnie, robi się „atrakcyjniej”, wprowadza zniekształcenia harmoniczne, które wielu uzna za przyjemniejsze w odbiorze… na poziomie przygotowania materiału rzekomo „wprost ze studia”. To jest wg. mnie nawet gorsze od złośliwie podnoszonego przez Briana (iTunes) grania na modłę zespołu weselnego (głośno k%@$^&#, jeszcze głośniej i z przytupem!), bo z obietnic sączonych szerokim strumieniem wychodzi… jeden wielki blamaż. A nie ma tutaj i nie może być mowy o perfekcji z bardzo prostego powodu.

To jest schemat „jak to działa”, ale ten schemat nie mówi prawdy… jakie lossless? To, że wejściowo jest lossless nie oznacza, że na wyjściu też tak jest.
Bo nie jest. W sumie to sprytne… dajemy Wam kontener, który pozwoli przesłać te wszystkie bezstratne hi-resy przez Internet… owszem, pozwoli przesłać, ale co konkretnie przesłać to już zupełnie inna historia…

Tym powodem, moi drodzy, jest niedoskonałość. Ta niedoskonałość jest wpisana w muzykę, jest jej immanentną częścią. I jest niezbędna. A ludzie stojący za MQA próbują to właśnie wygumkować. To jest NAJPOWAŻNIEJSZY ZARZUT. Próbują odebrać nam to, co – jak pewnie wielu podświadomie czuje, wie – powoduje, że to jest TO. Można to porównać do prób remasteringu podejmowanych z masakrycznym efektem przez ludzi kina, próbujących „uwspółcześnić” niektóre arcydzieła kinematografii. Można to porównać do „teatru telewizji”, czytaj nienaturalnego odwzorowania (upłynnienie) ruchu w niektórych filmach, audycjach telewizyjnych, można wreszcie – generalizując – porównać do tego, co dzisiejsza technologia nam odbiera. Pierwotnej, wynikającej z niedoskonałości, radości obcowania z czymś żywym, prawdziwym, nie sztucznym, prawdziwym, bo niedoskonałym. Plik, komputer daje nieograniczone możliwości, ale my nie tylko błądzimy, ale jak widać często robimy źle, idziemy w złym kierunku. MQA to zły kierunek. Brian wspomina o targecie jakim są audiofile. Najbardziej narażeni na marketingowy atak, perfekcjoniści, doszukujący się nawet w najbardziej błahych czy nieprawdopodobnych rzeczach ukrytego przed światem znaczenia – ich zdaniem, fundamentalnego dla osiągnięcia jakiegoś „absolutu”. Nie, nie każdy audiofil tak ma, ba uważam, że wielu z nich ma tak bogatą, tak wszechstronną wiedzę na temat swojej pasji, że sami w sobie, stanowią oni wartość dla całego spektrum ludzi słuchających muzyki. Chwała im. Niestety, w związku z ich przywiązaniem do spraw, często nieistotnych, nadmiernego nadawania znaczenia sprawom błahym i wiary (czasami w cuda) mamy to, co mamy. MQA jest sposobem na sprzedaż. Tylko i wyłącznie. Audiofilom. „MQA has been targeting the weakest players in our world, the audiophiles.  And they’re targeting those most dependent on pimping new tech, the audiophile press.  Meanwhile, one sided presentations at trade shows leave no time for deep Q and A and any real discussion panels are eschewed by MQA. The most excitement about MQA seems to be from perfectionist consumers who want that blue LED and sense of authentication, pressuring DA makers to send that licensing money to MQA and catch up with a demand invented by MQA.” W sumie nic dodać, nic ująć, prawda?

Wspólnym mianownikiem dla tego co powyżej jest rzecz jasna rozpasany konsumpcjonizm. Musi się sprzedać. To co było, w nowej formie, musi (materiał) oraz sprzęt (oj tak, tutaj wystarczy wspomniana magia cyferek i hokus-pokus) musi. Idąc dalej licencja musi i najlepiej żeby narzucić wszystkim standard. Masz? Słyszysz. Nie masz? No sorry, nie możesz. Prawda? Bierzemy udział w tej grze, a świat zero jedynkowy, jak żaden inny, opiera się na tym, co eteryczne, ulotne. Nie, nie ma tu przesady. Mogę ten tekst modyfikować bez końca, w odróżnieniu od papieru, który raz zapisany takim pozostanie, stanowiąc świadectwo. Podobnie fizyczny nośnik. Świadectwo niedoskonałości, ułomności, tak podobnie jak wspomniana powyżej oraz poniżej niedoskonałość muzyki. To jest bogactwo, nie śmietnik, a my próbujemy to wziąć w nawias, wyrugować z naszego życia. To błąd! Co gorsza, ubieramy to nowe w szaty postępu, staramy się udowadniać, że tak jest lepiej, właściwiej, „prawdziwiej”. Cóż, gówno prawda.

Z dedykacja dla nas wszystkich: „Distortion artifacts are musically incorporated in to all music production, there is no perfection in music.  That way of thinking is bogus and anti music.  Music is flawed and that’s a good thing, it’s the humanity. Perfection has no place in music production, it’s a dangerous myth” MQA to coś, co ma wygumkować powyższe, co więcej, ma nam jak w reklamie, zaoferować NIERZECZYWISTY produkt, inaczej… ściemę, kłamstwo. U źródeł jest fałsz, bo to z jednej strony nie jest dążenie do dystrybucji materiału takiego, jaki został wydany (właśnie, wydany, nie zarejestrowany, bo zaraz potem mamy takiego Braina), bo się to, to „uszlachetnia”, a dodatkowo pozbawia czegoś, co świadczy o (chichot) autentyczności. Tak, ta dioda która pali się w klamocie, ta dioda MQA w sprzęcie z pełnym wsparciem, NIE ŚWIADCZY O ŻADNEJ AUTENTYCZNOŚCI. To nie podlega dyskusji, chyba że zmieniamy znaczenie słów, przeinaczamy, na potrzeby marketingowej machiny ubieramy w kolorowy papierek zwykły kit. Ten tekst – powiem wprost – wstrząsnął mną, bo (o tym będzie część II) techniczny opis samego procesu origamizacji materiału oraz biznesowe tło to rzeczy, o których wiedziałem wcześniej, czytając m.in. wspomnianego archimago. Tutaj jednak dochodzimy do nie podlegających interpretacji, konkretnych, wniosków, będących jednym wielkim zarzutem pod adresem czegoś, co miałoby stanowić przyszłość dystrybucji muzyki w sieci (jak chcą poniektórzy), albo przynajmniej stanowić nieodłączony element strumienia najlepszej jakości, jaki z tego Internetu nam się serwuje. Ja tego nie kupuje. Widzę, że są inni w branży (producenci sprzętu), którzy też tego nie kupują (tak Schiit, ale nie tylko oni, jeszcze o tym wspomnę). To nie jest fair, to zwyczajnie nieuczciwe wobec nas. Jak wspomniał Brain stoją za tym wielkie firmy, stoi za tym dystrybucja, stoją koledzy po fachu, którzy wystawili laurkę MQA i bardzo mocno wspierają zjawisko, opisując to… zjawisko… w samych superlatywach.

Tyle tylko, że to jedna wielka ściema.

 

I’m most concerned about the bogus claims that MQA is fixing approved masters.  Not possible, and a rude assertion to trillions of hours of hard work by teams of people making records for decades.  Pure marketing hyperbole.  Nothing in audio is perfect, there is no Original Sin, and there is no going back to the place of ideal perfection. Ultimately there is no free lunch in digital, and music production is about a constant flow forward … shaping distortions and how they play with frequency balance and transients.  When a record is first tracked, then rough mixed, mixed, revised, mastered, revised in mastering and finally approved … there is no fixing it.  Anything that changes violates 5-20 people who have all signed off.  Distortion artifacts are musically incorporated in to all music production, there is no perfection in music.  That way of thinking is bogus and anti music.  Music is flawed and that’s a good thing, it’s the humanity.   Perfection has no place in music production, it’s a dangerous myth.  MQA has no future in the world of serious engineers in my view, it’s a corporate money scheme at this point.  Yet we will see how it turns out, most people are lazy and greed goes a long way on it’s own power.

 

To oczywiście bardzo uproszczone przedstawienie rzeczywistości. Mhm. Tyle, że niestety znacznie bliższe prawdy, niż wielu się wydaje…

 

C.D.N. (o biznesie i technikaliach będzie, zacząłem od tego… co najistotniejsze, reszta to tło i niestety to tło tylko utwierdza, tylko utwierdza… ale o tym w następnym wpisie)

 

PS. Sam na fali entuzjazmu dałem się ponieść, przykładowo choćby w tym wpisie http://hd-opinie.pl/6664,aktualnosci,mqa-universal-music-group-nadszedl-czas-na-hi-res-audio.html Człowiek uczy się całe życie. Na błędach się uczy. Jak widać :-)

Studyjne słuchawki AD 2018 by Sonarworks

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-02-13 o 14.11.17

Poradnik? Trochę tak. Wskazówka? No dla kogoś, kto chce tworzyć, a nie tylko słuchać to konkretnie, jak najbardziej, tak. Pamiętajcie… to nie są najlepiej brzmiące słuchawki, a raczej najlepiej sprawdzające się w studio, czytaj takie, które w wierny sposób, najwierniejszy reprodukują dźwięk, nie koloryzują, nie czarują a pokazują tu i teraz… choć i wśród wymienionych są takie, które robią to lepiej, albo nieco gorzej. Plus ergonomia, plus użyteczność w codziennej pracy – to wszystko rzeczy, na które zwraca się uwagę, gdy słuchawy to (także) narzędzie pracy. Parę modeli na short liście nieco zaskakuje, mógłbym wręcz powiedzieć, że nawet lekko szokuje (przykładowo: Focale Spirit Pro albo LCD-2? To wg. mnie określona charakterystyka dźwięku, nie nazwałbym tych słuchawek neutralnymi… intrygujące), trochę podstawowych informacji, ale też nieco takich ciekawych, dotyczących pomiarów, tego jak i dlaczego słyszymy oraz co, zdaniem Sonarworks, decyduje o wartości słuchawek w studio nagraniowym, na co zwraca się uwagę. Tak, są bardzo dokładnie wyszczególnione parametry jakimi muszą sprostać dobre, czy bardzo dobre nauszniki*. Interesujący materiał, można pobrać z linku poniżej, polecam. Oczywiście przy okazji reklamują Reference 4, software kalibracyjny, który omówiliśmy niedawno na łamach HDO.

 

 

* …wcale nie najdroższe! A gdzie tam! Są tam licznie reprezentowane tanie, czy nawet bardzo tanie modele

A gdzie takie za 5000-6000$? ;-) Jak wyżej, chodzi tutaj o dobre słuchawki studyjne, nie audiofilskie
BTW. Wymienione HD600 i wspomniane HD650 traktujemy łącznie, ok? ;-)  

 

Warto przyswoić sobie powyższe. Wydrukować i powiesić na ścianie ;-)

Spotify wycofuje wsparcie dla Connect: Yamaha, B&O, Denon, Onkyo…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-02-07 o 09.01.20

Zastanawiam się czym spowodowany jest taki, antykonsumencki, ruch ze strony Spotify’a? Ostatnio ktoś rzucił (analityk wróżący z fusów), że w wakacje Spotify straci pozycję lidera na rzecz Apple w Stanach. Jabłkowa firma wprowadziła właśnie, po dwóch miesiącach od pierwotnie planowanej daty premiery, swój „inteligentny” głośnik. Piszę „inteligentny”, bo w obecnej postaci jest to wczesna beta, tak jak w wiecznej becie jest Siri (daleko Apple do Google i Amazona, daleko), dodatkowo mimo opóźnienia nie ma AirPlay2, a to oznacza, że możecie zapomnieć o multiroomie (tak, tak właśnie), możecie zapomnieć o łączeniu w pary dwóch głośników (stereo) i obecnie możecie korzystać z przedpotopowego AirPlay pierwszej generacji (tylko point to point, bufor 2 sekundowy …sic! Do tego opóźnienie de facto uniemożliwiające synchronizację, gdy chcemy pożenić to z obrazem). Sumując, leniwce z Apple wprowadziły na rynek produkt pozbawiony (co najmniej do chwili dużej aktualizacji oprogramowania). Spotify nie robi sprzętu, natomiast Spotify oferuje streaming praktycznie w każdym streamerze, kinie, inteligentnym głośniku, czy generalizując w każdym sprzęcie audio podpiętym do sieci. No prawie, ale zasięg ma naprawdę zacny i nie ma drugiego serwisu, który byłby tak zintegrowany z obecną na rynku elektroniką.

Do wczoraj. Nie widzieć czemu, odpowiedzią na spóźniony ruch Apple, na wypuszczenie produktu „tylko dla jabłkolubów”, zamkniętego w jabcowym ekosystemie na cztery spusty, jest decyzja o wycofaniu wsparcia dla własnego protokołu (mówimy zatem o pełnej integracji właśnie, bo Spotify Connect to protokół, własny, pozwalający na stream w nowoczesnej formie, bez opóźnień, bezpośrednio na urządzenie, bez pośrednictwa handhelda – tylko sterownika / pilota) w wielu klamotach, wielu czołowych producentów audio. Na liście figurują firmy: Onkyo, Denon, Marantz, Bang & Olufsen, Pioneer oraz Yamaha. Kina domowe, osieciowane wzmacniacze, głośniki bezprzewodowe itd itp. …wszystko to zaraz starci dostęp do Spotify Connect, albo (w najlepszym wariancie) będzie wymagało pilnej aktualizacji. Jak wspomniałem, mówimy o integracji strumieni Spotify’a w klamocie, bez konieczności wykorzystania smartfona, tabletu do strumieniowania (tylko sterowanie).

Oficjalnie powodem opisanej powyżej sytuacji jest „aktualizacja własnej platformy, back-endu” przez Spotify’a. Nowa wersja nie jest kompatybilna wstecz i wymaga pilnej jw. aktualizacji, przy czym wiele urządzeń (coś tam rzecznik mówił o „starych” klamotach audio oraz telewizorach, ale de facto chodzi o lwią część sprzętu ze wsparciem dla Spotify Connect jaki trafił do klientów przez ostatnie dwa lata) straci dostęp, przestanie obsługiwać protokół. Tylko w niektórych przypadkach możliwe będzie dokonanie upgrade w klamocie, przy czym muszą zainstnieć dwie okoliczności: po pierwsze musi być to urządzenie zdolne do przeprowadzenia takiej operacji, po drugie producent musi być zainteresowany wprowadzeniem nowości w swojej linii produktowej. Czy będzie? Śmiem wątpić, szczególnie że leniwce z Apple będą teraz mocno się spieszyć, by wprowadzić AirPlay2 na rynek. Jak najszybciej. Integracja pomysłu Apple na stream w klamotach audio i audio/wideo (funkcjonalnie będzie odpowiednikiem Spotify Connect z plusem w postaci bezstratnej transmisji) może być mocno ułatwiona, bo to tylko oprogramowanie, nowy kod, a nie – jak to miało miejsce w AirPlay 1 gen – kwestie sprzętowo-licencyjne. To znaczy jakaś licencja, czy certyfikacja też jak najbardziej będzie, ale ma być szybciej, łatwiej, prościej. Apple robi to późno, do tego wchodzi z produktem, który może być konkurencją dla wielu alternatyw na rynku, ale… to Apple, oni tak działają, a Spotify właśnie ułatwia im zadanie.

Jak widzicie teraz i w przyszłości może się okazać, że to co w instrukcji, na pudle i reklamie ma się nijak do rzeczywistości. Ktoś może usunąć daną funkcjonalność i jako konsument nie będziecie mogli nic na to poradzić. Ktoś powie… o co tyle krzyku, wystarczy kupić dongla (Chromecast Audio). Tani jest i już. Problem w tym, że nie każdy ma ochotę na takie rozwiązanie, poza tym jak coś jest zintegrowane to jest i działa, a jak nie jest… Chromecast wymaga zasilania. To nie jest opcja dla każdego, trudno tu mówić o elegancji, kiedy coś tam musi sobie wisieć na kabelku (kabelkach). Słabe to. Bardzo. Niektórzy producenci już zapowiedzieli wycofanie integracji strumienia Spotify w swoich produktach. Będzie bałagan? Będzie. Konsumenci się wkurzą? Wkurzą.

PS. Dostałem potwierdzenie, że Yamaha oraz Denon wprowadzą aktualizacje w większości (?) swoich produktów, które na starcie obsługiwały Spotify Connect.

PPS. Sonos będzie aktualizował swoje głośniki, nie stracą wsparcia dla protokołu.

PrimeSeat: pierwszy stream DSD na serio

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-01-30 o 15.21.33

Na serio, bo choć początki (jeszcze w 2016) były mizerne, bardziej była to ciekawostka przyrodnicza, u nas działająca gorzej niż źle, to dzisiaj sytuacja przestawia się zgoła inaczej. Wystarczy wdepnąć tutaj, pobrać aplikację dostępową, poświęcić chwilkę na konfigurację i już. Działa to zarówno pod Win jak i macOS, wymagane jest odpowiednio szybkie łącze, najlepiej w okolicach 11-12Mbps minimum, co dzisiaj nie powinno być problemem. Ważne, to łącze musi być stabilne, pewne, bo stream 1 bitowy wymaga skokowo wyższej przepustowości od takiego Tidala (gdzie, dzięki kontenerowi MQA, transfer jest na poziomie 1400-1500kbps maks.) i jw. trzeba zapewnić odpowiednie zaplecze. Ważna uwaga praktyczna, jak WiFi to gigabitowe (5GHz), bo sieć (2,4Ghz – draft n/n) nie za bardzo się nadaje do zabawy w słuchanie takiego strumienia. Będzie rwało, sprawdziłem u siebie (WiFi taktuję zawsze jako pomocnicze medium, główne to gigabitowy LAN) także po drucie te 1 bitowe streamy uskuteczniamy. Każdego dnia mamy zmieniający się repertuar, całość oparta jest na paru strumieniach do wyboru, prezentujących przede wszystkim klasykę (choć była też ambientowa muzyka w steamie dostępna). Głównie wytwórnia Blue Coast Music, ale także koncerty live , raczej duże składy, symfoniczna… trudno się dziwić takiemu repertuarowi, bo właśnie klasyka i jazz stanowią główne gatunki wydawane w formacie DSD dzisiaj (i wczoraj, w czasach płyty SACD).

Krótko i na temat

Link: PrimeSeat

Każdy stream to określone parametry, mamy zazwyczaj dwie wersje 1 bitowego strumienia (64/2,8 oraz 128/5,6) oraz, czasami hi-resowe PCM (88,4 / 176,8). Strumień się buforuje, generalnie, nawet przy szybkim łączu trzeba chwilkę odczekać na rozpoczęcie odtwarzania. Jak nie mamy stabilnego, szybkiego łącza to cała zabawa mija się z celem… dropy, oczekiwanie na wznowienie. Nie polecam. Także trzeba zadbać o zaplecze, by móc się cieszyć znakomitym jakościowo materiałem strumieniowanym z serwerów w Japonii. W sytuacji, gdy dysponujemy dobrym, pewnym łączem możemy porozkoszować się naprawdę doskonałej jakości streamem audio. Twórcy serwisu bardzo polecają japońską (jakże by inaczej ;-) ) elektronikę, ale jak wspomniałem wcześniej, nie chodzi tutaj tylko o lokalny patriotyzm. Akurat DSD w Japonii jest bardzo popularne, wielu producentów specjalizuje się w tematyce, sprzęt często stworzony jest właśnie na potrzeby tego formatu. I nie mam na myśli odtwarzaczy SACD (tu wręcz można mówić o dominacji Samurajów), ale także DACów czy streamerów, bo choć obsługa DSD jest dzisiaj praktycznie w każdym przetworniku dostępna, to właśnie Japończycy robią to na najlepszym możliwym poziomie. Nie raz, nie dwa udowodnili to, bo nie tylko KORG, ale także przykładowo Furutech, czy rozwiązania z segmentu pro-toolsów oferowały i oferują najbardziej rozbudowane opcje odtwarzania takiego materiału. Tak, mówimy o trybie native (bez konwersji, bez DoP), mówimy także o specjalnym oprogramowaniu i wyspecjalizowanych sterownikach (Korg z AudioGate). Nie dziwi zatem to, że ten pierwszy, tego typu serwis, działa właśnie tam… w Japonii.

Strumień DSD, poza opcjami w tabelce, można wybrać nawet DSD256 (11.2)…

Polecam szczerze, bo plikowego 1 bitowego materiału jak na lekarstwo, jest to nisza, oczywiście można grać obrazy płyt DSD, można użyć zmodyfikowanej PS3 (model fat – grubaska) z opcją rippera, można zakupić nieco muzyki w paru kramikach, ale generalnie jest tego mało. Stream popularyzujący alternatywę dla PCM, generalnie popularyzujący muzykę w wysokiej jakości to coś, czemu warto przyklasnąć, szczególnie wtedy, gdy ta popularyzacja jest ogólnie dostępna, darmowa, ma służyć każdemu zainteresowanemu. Każdy DAC z obsługą (DoP) odtworzy nam te strumienie, choć jw. producent poleca, wyróżnia na swojej witrynie przetworniki KORGa. Aplikacja nie ma jakiejś wyszukanej formy, pewne elementy UI wskazują na współpracę z KORGiem (nie byłoby to nic zaskakującego, patrząc przez pryzmat kto kogo), najważniejsza jest w tym wszystkim oczywiście muzyka, a tu nie ma to, tamto, tylko faktycznie mamy naj, naj. Blue Coast Records to specjalista formatu DSD, label wydający w tym formacie, z chyba poza 2L największym doświadczeniem w tej dziedzinie. Pamiętam unikalny stream SACD/DSD/fullHD z serwisu Deutsche Grammophon na odtwarzaczach Oppo (105D – patrz test). Szkoda, że z tego zrezygnowano w nowej odsłonie (patrz test 205), wielka szkoda, to chyba jedyna rzecz jakiej żałowałem egzaminując nowy player Oppo (Netflix jest dostępny praktycznie wszędzie, jego brak w takim źródle, choć zauważalny, jest łatwy do niwelacji, o DG nie da się powiedzieć tego samego …niestety).

Elektronika rodzimego Sony… 

Oczywiście posłuchałem sobie na nowych Sundara i były hektary przestrzeni, oj były, generalizując trochę, podchodziłbym do tematu ze słuchawkami pozwalającymi na uzyskanie maksymalnie przestrzennego przekazu, takimi które to pokażą. Planary i elektrostaty są tutaj naturalnym wyborem, choć i wśród dynamicznych konstrukcji znajdzie się kilka, które na pewno pokażą o co chodzi. Spokojnie. Rzecz jasna nikt nie zabroni strumieniowania na tor stacjonarny, można posłuchać na kolumnach, ba może to być wręcz podstawowa opcja. W końcu to dobrej klasy HiFi może nam najpełniej pokazać zalety 1 bitowego formatu, a jeżeli jeszcze mamy możliwość skorzystania w torze z opcji mch to …też warto, choć z tego co widzę, stream jest głównie stereofoniczny (ale może natrafiłem na takie materiały). Zasadniczo nowości pojawiają się co dwa, trzy miesiące, także kolekcja póki co dość skromna, ale myślę, że to się w przyszłości zmieni. Jest wielu zwolenników tego formatu i choć nie ma mowy o popularyzacji porównywalnej np. z MQA, to plikowe DSD będzie sobie egzystowało, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. W końcu, kto jak kto, ale Japończycy nie pozwolą zapomnieć o 1 bitowym graniu i tak to się będzie przewijało.

Polecany KORG (native DSD)

Polecam, jako ciekawostkę…

» Czytaj dalej

Sundara… następca HiFiMAN HE-400 już niebawem @HDO

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-01-26 o 11.10.33

Mamy potwierdzenie od rodzimego dystrybutora, firmy RAFKO – niebawem do nas trafią. Będzie test porównujący nasze ulubione HE-400 z tytułową nowością, która ma 4-setki zastąpić. Ta nowość, Sundara (inaczej szczęście) to kompaktowe, lekkie planary, takie także na wynos, pewnie znacznie bardziej na wynos niż wspominane powyżej redakcyjne, które formą nawiązują (ale my baaardzo lubimy ten hifimenowy old-school ;-) ) do „gabarytów”, opisanych u nas dawnych flagowców HE-6. HiFiMANy HE-400 uwielbiam, uważam za jedne z najbardziej udanych słuchawek w ofercie producenta, bo też najłatwiejszych (swego czasu) do wysterowania, najuniwersalniejszych nauszników, dających prawdziwą radochę (nic nie męczy, łatwo wchodzi) ze słuchania.

Mam ulubiony, trudny do pobicia, set z thunderboltowym interfejsem ZOOM TAC-2, który z tymi słuchawkami tak czaruje, tak daje czadu, że stanowi nierzadko pkt odniesienia dla znacznie droższych konfiguracji z dużo kosztowniejszymi słuchawkami. I nie jest na straconej pozycji, oj nie jest. Gra to po prostu zabójczo dobrze. Tani DAC po piorunie z najtańszymi planarami HiFiMANa. A jak będzie z Sundara?

O tym przekonamy się niebawem i porównamy, sprawdzimy także z tym co obecnie w redakcji gra, zarówno z klasyką na dynamicznych przetwornikach jak i flagowcami Audeze. Nie będzie taryfy ulgowej, będzie mocno urozmaicony test, bo przewiduję sporo mobilnego grania skorelowanego z odkryciem, które może wielu wydać się kompletnie z czapy… niektóre jabłkowe tablety, niektóre telefony (tak, te starszej daty, nie najnowsze) grają nie tylko dobrze z dziurki (o tym w sumie wiemy od dawna), ale wręcz bardzo dobrze i są na to konkretne dowody (nie tylko własne uszy), bo w pomiarach wypada to lepiej od wielu zewnętrznych przetworników, „poprawiaczy”. To dla mnie i pewnie dla wielu z Was coś nowego, prawda. Nie traktujemy wbudowanych w telefony czy tablety układów audio poważnie (generalizuje), bo też z definicji to kompromis, to nie to i szukamy tych, wspomnianych, „poprawiaczy”, tworząc jakieś kanapki, nosząc ze sobą dodatkową elektronikę… a może nie zawsze jest to takie konieczne, takie potrzebne. Będzie o tym, zarówno w kontekście testu HiFiMAN Sundara, jak i osobnego artykułu „iPad Air 2 brzmi dobrze… z dziurki, dobrze brzmi”.

Wracając do tytułowych słuchawek, ich sercem jest zupełnie nowa membrana, jak wspomina dystrybutor, o 80 procent lżejsza od tej z modelu HE-400. A to oznacza kompletnie nową jakość brzmienia: szersze realne pasmo przenoszenia, szybszy i dokładniejszy dźwięk. Sprawdzę, zweryfikuję! :-) Dodatkowo poczynione zmiany w konstrukcji mają gwarantować bogactwo detali, wybrzmień, ciepła. Dystrybutor pyta: Czy super szybkie i super dynamiczne słuchawki mogą być jednocześnie krainą łagodności? Sundara pokazuje, że to możliwe. To też obadam.

Kolejną nowością jest hybrydowy pałąk, który charakteryzuje się precyzyjną regulacją, niską masą oraz niezwykłą wygodą użytkowania. Metalowe wykonanie z proszkowym malowaniem to pewność solidności i klasycznego wyglądu na długie lata.

Super lekka membrana pozwoliła na stworzenie słuchawek o skuteczności 94 decybeli, co pozwala na swobodne podłączenie ich do przenośnego odtwarzacza muzyki lub telefonu wyposażonego w mocne wyjście słuchawkowe. Sundara najlepiej sprawdzi się z lekkimi przenośnymi wzmacniaczami z przetwornikami DAC na pokładzie. OK, a z iPadem Air 2 dla przykładu to się nie sprawdzi? Jak wyżej, będzie grała także z dziurki soute. Dlatego Sundara standardowo została wyposażona we wtyk 3.5mm mini-jack (w komplecie przejściówka na 6.3mm duży jack). No i prawidłowo, bo te słuchawki mają grać jw. ze sprzętem mobilnym, a w domu, jak przyjdzie ochota, to sobie przez adapter podepniemy, a że podepniemy to pewne, bo TAC-2 czeka, DS-100 od Korga czeka i – wreszcie – nasza standardowa elektrownia Musical Fidelity HPA1 też czeka.

Cena? Ano HE-400 były wyceniane, szczególnie ostatnio, bardzo atrakcyjnie. Tutaj mamy nowość, tutaj jest drożej, ale umownie nadal w okolicach 2k (czyli umownie „entry level” w planarach ;-) ). No dobrze, to ile? Ano tyle – 2099zł.

ELAC Argo B51 Wireless czyli bezdrutowe KEFy zupełnie inaczej. Lepiej?

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Elac2

Ha! Nikt o tym produkcie nie wspomniał, a przecież to jedna z najciekawszych rzeczy z zakresu audio jakie się ostatnio pojawiły. Pokaz ELACa na CES z tymi kolumnami wielu wprawił w osłupienie. Ale jak to?! Takie małe (ale o bardzo słusznej wadze, bo tam… o tym za chwilę) grzmoty, monitory kompaktowe I TAKI DŹWIĘK?! No i gdzie się podziały kable, jak te ścianki dziwacznie wyglądają? O co chodzi? Moi drodzy, chodzi o to, o czym tu przy okazji KEFów wspominaliśmy (patrz tekst): o kompletny system audio zaklęty w głośnikach, tyle że tutaj zupełnie inaczej. Nie znajdziecie wbudowanego streamera, nie znajdziecie komputera w środku. Nie. To pierwsze takie, aktywne, kolumny które są analogowe w formie, a jednocześnie bezprzewodowe w treści. TRANSPARENTNE. Nie ma tutaj mowy o konwersji ADC, o DSP, a jednocześnie te Argo są na wskroś współczesne, nowoczesne, bo też de facto stanowią kompletny efektor realizujący szlachetną, niektórzy powiedzą utopijną, ideę: KAŻDY przetwornik skojarzony ze swoim wzmacniaczem, synergetycznie pożeniony, zestrojony, przezroczysty dla źródła, nie zmieniający sygnału, nie przetwarzający sygnału, chyba że… sobie tego zażyczymy. Czysty analog, z trzema wzmacniaczami o mocy 150, 70 i 30W dla każdego z zamontowanych głośników (Uni-Q nie jest tutaj tym, co kojarzycie… tak, ta sama idea integracji wysokotonowca wpasowanego w średniotonowca, ale rzecz przemyślana, zaprojektowana od nowa). ELAC zastosował tutaj swój patent BASH tj. zasilanie zbliżone w zakresie efektywności do klasy D, ale to stare, dobre A/B, żadne tam cyfrowe moduły. Trzy. Tak, małe grzmoty full trójdrożne. Małe, trójdrożne, klasa A/B. Mein gott! Dalej, dali filtry (obcięcie 60 oraz 80Hz), co by sobie suba, jak przyjdzie ochota, w tor wdrożyć. Z tym subem to w sumie, przy takich kolumnach wcale niekoniecznie, coś czuję, ale też wiem, po ostatnich przygodach z dźwiękiem wielokanałowym (będzie o tym na HDO, oj będzie, temat rzeka… FLAC 5.1, dostępne DFF/DSF w mch… jest czego słuchać i warto temat rozpoznać, mówię Wam bardzo warto!) i jestem generalnie na tak, nawet nie jeden, a dwa suby i nie tylko do kina, rozrywki, ale do muzyki także, jak najbardziej. Przypomnę tylko, że ROON od 1.3 obsługuje multichannel i jeżeli tylko warunki na to pozwalają to zmienia nam się diametralnie światopogląd, korekta następuje znacząca, bo nagle świat stereo (tak przez nas wielbiony) okazuje się zwyczajnie ułomnym, niedoskonałym odbiciem rzeczywistości. Jak niedoskonałym można przekonać się, gdy posłuchamy sobie odpowiednio przygotowanego materiału. Otwiera oczy. Uszy oczywiście też.

Piękne kolumienki. Małe, ale opad szczęki jak już coś puszczą. Podstawki za dodatkowe 400$

Dobra, dość o tym, miało być o B51 (militarne skojarzenia od razu same się nasuwają, nieprawdaż, bo +1 i mamy stare, nadal jare B52 (loveit), a dajmy do tego 51 +10 i mamy jedyną obecnie w natowskim arsenale taktyczna broń atomowa… bombka taka, po modyfikacjach inteligentna, wiecie). Wracamy. Gdzie zatem ten brak druta, bo że aktywne – wiemy, że bez DACów – no napisałem, że tylko analogowo się wpinamy (XLR/TRS – i pełen balans, albo SE tj. RCA i nic więcej!) no to, gdzie tu ten bezdrut, jak drut, drut. Ano, właśnie, ELAC pojechał po bandzie, bo stwierdził, że te wszystkie WiFi, te zaśmiecone 2,4GHz, te kanały zawalone dziesiątkami SSIDów to jednak gorzej niż gorzej i zdecydował się na transmisję… radiową (oczywiście kolumny&moduł, nie świat, o czym dalej). No, pamiętam dokładnie, baaardzo fajne, choć nieco problematyczne, ale bardzo dobrze brzmiące RC od Sennheisera (słuchawki radiowe, takie do m.in. AV, jakby nam przyszła ochota oglądać coś po północy a tu wszystko śpi). To sobie wykombinowali, że takie Wirelessy będą w sam raz, bo kompletnie obok tego całego szumu, śmiecia, z dedykowanym łączem radio tylko i wyłącznie dla kolumienek. I nie obligatoryjnie (tak, jak macie analogowe źródło i chcecie by tor pozostał purystycznie ANALOGOWY, to moduł sobie w ogóle wyłączacie…. bardzo proszę), a jako coś, co nam te klasyczną koncepcyjnie konstrukcję połączy ze światem zer i jedynek, ale na własnych jw. warunkach (nazwali to ustrojstwo dodatkowe, ten hub, Discovery Connect, ładnie prawda?). I już. Strumienie zintegrowane. Nieźle.

Każdy przetwornik ze swoją końcówką

Czysto, prosto i analogowo: symetrycznie/nie plus niezbędne ustawienia, klasycznie, bez udziału DSP, bez „ruszania” sygnału

Amplifikację umieszczono w takich, jakby podstawkach, separując prąd/zasilanie od zamontowanych w niewielkich objętościowo skrzynkach przetworników, efektorów. Patrząc na wnętrze tych niezwykłych monitorów widzimy prostotę, widzimy głośniki zamontowane wraz z portem BR (tylko pod woofer), osobną komorę dla, tak, tak nieprzypadkowo w cudzysłowie „Uni-Q” oraz zwrotnicę, a cała elektrownia, jak wspomniałem poniżej, w podstawach. Z tyłu, poza filtrami, jest gain, jest EQ, wybór źródła… wszystko to dokonujemy bez elektronicznej ingerencji w sygnał, w pełni analogowo, bez konwersji sygnału C/A/A/C/…, no bez żadnych sztuczek. Czysto. Transparentnie. Na pewno to zestaw aktywny pod dowolnej klasy, nawet naj, naj, gramofon (tylko dzisiaj o płyty analogowe trudno, bo wszystko niemal z plików jest wydawane), ale też każdy klamot, każdy skorzysta, także ten cyfrowy, bo jest duża szansa, że te Argo będą doskonale różnicować. Sprzęt różnicować, materiał różnicować, no przybliżą, a nie oddalą nas od sedna. Producent chciał stworzyć coś bardzo małego, grającego DUŻYM DŹWIĘKIEM. I to, jak wynika z relacji, udało mu się perfekcyjnie osiągnąć. Zapowiadają też podłogówki, ale szczerze… dla mnie taki system w kolumnach, właśnie takich małych, oszukujący prawa fizyki, trójdrożny, bez ograniczeń mocowych (raz jeszcze 150, 70 i 30… 250W i wszystko w jednej paczce!) to prawdziwe COŚ! Zresztą jak ktoś taki zestaw za 2000$ porównał do wściekle drogich (jednych z najdroższych w ogóle) monitorów TADa to ja nie mam pytań, tylko chcę te Argo kiedyś usłyszeć. KEFy muszą tworzyć, czy na swój sposób zinterpretować (tak, jak analogowo to też nie ma to, tamto, jest ADC, wspomniałem o tym) ELACzki reprodukują. Wiernie. O KEFach jeszcze niebawem na marginesie wspomnę właśnie w tym kontekście, bo moje słuchanie tego zestawu uwzględniało źródło podpięte pod wejście analogowe w kolumnach (przetwornik m2tech-a EVO2). Tutaj jest drut ze wzmocnieniem. Pure. DOPASOWANY, ZAPROJEKTOWANY pod te efektory. Trzy. Czego chcieć więcej? I jeszcze ten międzykolumnowy link bezprzewodowy oparty na RF, a nie na sieci komputerowej. Kompletnie inaczej. No właśnie, dodajmy do tego wspomniany moduł, hub bezdrutowy, Discovery Connect, który sobie pod te analogi podpinamy (opcja 99$), co z automatu oferuje nam Spotify Connect, AirPlay i ogólnie komunikowanie się z całym cyfrowym wszechświatem (via WiFi, jak i via BT: świat i RF: kolumienki). Komplet.

Czujecie o co chodzi? KEFy ze swoją cyfrową zwrotnicą, korekcją w domenie zero-jedynkowej, w czasie rzeczywistym, to niebieska pigułka, a ELAC Argo to klasyczna, analogowa, CZERWONA PIGUŁA*.

Co byście wybrali moi drodzy? Pozostanie w Matriksie, czy może jednak wypisanie się z tego całego wirtuala, nawet gdyby miało trochę zaboleć? Niebieska czy czerwona? Hmmm? ;-)

 

PS. Twórca kolumn, Andrew Jones, nie pozostawia złudzeń: WiFi w stereo (połączenie bezdrutowe kolumn)? Nie, to nie ma sensu, absolutnie nie! Alternatywa to RF, albo kablem LAN spinamy. Pamiętacie? Mówiłem o tym, opisując KEFy, że skrętka obligatoryjnie. W sumie wychodzi na to, że te analogowe ELAC są bardziej Wireless niż KEFy

* tą niebieską można sobie w Argo tak opcjonalnie, ale z możliwością pełnego powrotu do rzeczywistości ;-)

Tu popodpinane, ale, jak Discovery w torze, to faktycznie tylko zasilić trzeba

Moduł (tu z dodatkiem audio serwera). Zintegrowany w ROONie od wersji 1.3 oprogramowania

Mmmm :)

Zapowiadana wersja podłogowa