LogowanieZarejestruj się
News

Woo..w! Woo Audio WA7 fireflies w testach @ HDO. Dyskretny urok bur.. lampy

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180712_124523344_iOS

Dobra, nie tylko to, co słychać, się liczy. Także nie jest tak, że nieważne jak wygląda, ważne jak gra. No nie jest. Myślę, że ma to swoje wytłumaczenie w naszej psychice, zwyczajnie rzeczy które wyglądają dodają ileś tam do całokształtu. Tak to po prostu działa. WA7 jest pierwszym Woo jaki trafia do nas na testy, ale nie jest to moje pierwsze spotkanie z marką. Dałem temu wyraz dość entuzjastycznym w wymowie wpisem pt. „Woo Audio historia pewnego sukcesu„. Warto wdepnąć i przeczytać, bo jest tam i o lampach jako takich, o marce jest, o moich doświadczeniach wcześniejszych z pewnym, niestety do tej pory w pełni nie skonsumowanym, uczuciem do konkretnego modelu z oferty tego producenta. To, co trafiło do nas do testów, to takie kompaktowe (coś ostatnio to u nas w modzie ;-) ) granie na nausznikach przede wszystkim. Tak, dostajemy pięknie wykonanego, monolitycznego wzmaka pod słuchawki (no nie muszą być nauszniki, ale o tym kapkę dalej), jest to także przetwornik, a w komplecie, poza ampem, ląduje druga, monolityczna, aluminiowa kostka i kusi zmysły (to dzielona konstrukcja, gdzie macie zasilanie wyprowadzone na zewnątrz, ale nie w formie jakiegoś tam ścianowego zasilacza, no zupełnie nie). Na razie ten opis, co tam pod maską, ograniczę do takich ogólników, bo też w sumie nie jest aż tak istotne, po wyciągnięciu z pokaźnych pudeł tych dwóch, zgrabnych, niewielkich, ale konkret ciężkich, klamotów, co tam w środku siedzi, nie jest. Po prostu stawiamy i podziwiamy. Cóż, jest co podziwiać., oto Świetlik, model 7:

   

  

 

W środku siedzi duet: kość Texas Instruments PCM5102A (DAC) z interfejsem USB produkcji C-Media o oznaczeniu 6631A

Oczywiście to, co tutaj robi, poza niebanalnym, ujętym w ramy szlachetnego minimalizmu projektem, są lampy. Producent zdecydował się zastosować może prymitywny w założeniach, ale efektywny patent (na wzmocnienie efektu) w postaci umieszczonych pod cokołami diod, podkręcający efekt żarzenia się lampek. Efekt jest z gatunku tych subtelnych, to nie jakiś pomysł rodem z chińskiego pchli-targu (mhm, wiele konstrukcji z Państwa Środka tak niestety ma), tylko coś, co nam buduje ładnie przekaz na poziomie estetyczno-wizualnym. Dobra, a konkretnie? ;-) Konkretnie to w sekcji wzmocnienia sygnału znajdziemy dwie bańki o oznaczeniu 6C45, w sekcji zasilania zaś siedzą, podobnie jak 6C45-ki, popularne podwójne triody 12AU7… też dwie siedzą. Obie kostki spinamy wielopinowym pro kablem, co to nam energię do obu (bo są dwa, ale pracują albo/albo) jacków dostarcza. Małego, dla tego, co umownie rzecz ujmując mobilne, IEMowe oraz dużego jacka dla konstrukcji wagi ciężkiej. Jak już napomknąłem, działają naprzemiennie, z priorytetem dla większego gniazdka. Dla testującego to w sumie zaleta, bo podpinamy sobie dwie sztuki, jako że zazwyczaj otwarte, to bywa głośno, ale gra tylko jedna para. I tu od razu pewne zaskoczenie, pewne odkrycie. Sundary wymagają kręcenia gałką bardziej w prawo niż LCD-ki 3. Serio. Mocno mnie to zdziwiło, ale tak to właśnie wygląda i nieważne, czy zastosujemy w HiFiMANach adapter (podepniemy pod większy, 6.3mm, port), czy bezpośrednio podłączymy słuchawy do wzmacniacza. Ano tak to jest, tak to wygląda. Oba modele planarne poczuły się zresztą jak „rybka w wodzie”. W razie wystąpienia takich okoliczności jak wyżej wspomniane, gdyby czegoś nam mocowo brakowało, możemy sobie zawsze hebelkiem z tyłu obudowy zmienić gain (Lo/Hi).

WA7 to konstrukcja SE, typowa dla amplifikacji lampowych (dziwi mnie pojawiający się tu i ówdzie… tak piję to tego, co napisano na The Verge… zarzut, że nie ma balansu. No serio? A ile jest tego typu konstrukcji na rynku?), ze wspomnianym dakiem USB, pojedynczym wejściem analogowym oraz (w wersji przez nas testowanej, bogatszej o ten element) optycznym stanowiąca gotową propozycję dla kogoś, kto decyduje się na efektory w postaci wysokiej klasy słuchawek (względnie poszukuje czegoś zacnego dla swoich słuchawek, dysponując torem z kolumnami, ale ten tutaj amp to słuchawki, tylko i wyłącznie słuchawki, nie przepuścimy sygnału, nie zrobimy ze Świetlika bufora lampowego dla reszty toru). Opisywany produkt WooAudio to coś na biurko, do gabinetu. W salonie musimy uwzględnić dostęp, stanowisko do słuchania na nausznikach, najlepiej takiego ampa pożenić z komputerem stacjonarnym, jak u nas, z jakimś end-pointem, dedykowanym pod PC Audio. Tak to powinno wg. mnie wyglądać. Sami reklamują się z Jabcem, ma to sens od strony estetyczno-wizualnej, choć jakiś maluch, choćby taki jak microRendu, będzie w sam raz. Alternatywą może być też jakiś ekran, w sensie np. tablet, bo interfejs (Cmedia, znowu skojarzenia z Apple …a jednak to napisałem ;) ) będzie nam współpracował via OTG lub camera kit z androidowymi oraz iOSowymi handheldami. Jako, że, iPad jest roonowym end-pointem to taka kontrpropozycja dla PC jest nie tylko jak najbardziej możliwa, ale wręcz może okazać się wygodniejsza, sensowniejsza dla użytkownika. Sumując, kompletnie wyposażona, słuchawkowa integra.

WA7(d) ma też optyczne złącze i to bardzo, bardzo dobra wiadomość dla użytkownika, bo można pożenić inne, niekomputerowe źródła przesyłając cyfrowy sygnał z jakiegoś Chromecasta, z jakiegoś AirPort Express-a itp ustrojstw, względnie kompaktu jakiegoś. Polecam skorzystać z tego interfejsu, bo tutaj sprawdza się ta alternatywa dla USB bardzo dobrze, tak dobrze, że makówkę podpinam czasami kablem optycznym właśnie (stare modele mają standardowo to na wyposażeniu, w nowych Apple zaoszczędził i wyrzucił ten element za burtę, wyłącznie analogowo da się wyjść z nowo wyprodukowanej makówki, tak od 2016r., poza paroma wyjątkami). Bardzo dobrze, że mamy tutaj także analogowe złącze RCA, bo gramofon wrócił do łask, nie tylko ludzie wracają do czarnego krążka, ale wielu młodych, bardzo młodych melomanów (pozdrawiam) odkrywa zalety słuchania muzyki od A do Z, słuchania albumów, nie składanek, nie playlist oraz przyjemności płynące z manualnej obsługi sprzętu audio. Wcześniej już o tym pisałem – dzisiaj gramofony często są wyposażone we wszystko co niezbędne, żeby po wyjęciu z pudła zagrało. To nie wada, to zaleta. Także gramofon jak najbardziej, być może uda się nawet z takim, o: https://www.thehouseofmarley.com/turntable.html tytułowy wzmak posłuchać. Jak nie uda z tym, to zawsze staruszek NAD jest w odwodzie i też, jeszcze, może.

   

Brzmi to naprawdę fantastycznie. Takie są pierwsze, c.a. tygodniowe, wrażenia z odsłuchu. Myślę, że ogromną rolę w tym odgrywa zasilanie, ta dzielona konstrukcja, z wzorcową implementacją cyfry, gta to z wielką swobodą i brakiem ograniczeń w zakresie wysterowania. Właśnie, brakiem ograniczeń i uniwersalnością, bo w przypadku tych trudnych mam ogromny zapas, a to co słyszę bardzo mi leży, to mój dźwięk, a jeszcze podobne odczucia towarzyszą mi po podpięciu dokanałówek. Lampa, bardzo różne modele, o bardzo różnej charakterystyce… to recepta na problemy. Nie tutaj. Mamy przekaz bardzo muzykalny i bardzo kojarzący się z tym, co widzimy przed sobą, ale jednocześnie nie tracimy nic na precyzji, na idealnym wysterowaniu, żadnego brumienia, przesterowania, jest – jak z opisanym wczoraj w zajawce NuPrime IDA-8czarne tło, absolutna cisza i to na tak różnych konstrukcjach słuchawkowych, tak odległych jak IEMy ATE z jednej, a HD650 i wspomniane Audeze/HiFiMANy z drugiej strony. No, to robi wrażenie, bo już na dzień dobry, słyszymy co nam tutaj Woo serwuje… maszynkę do wyciskania dobra z naszych słuchawek, uniwersalną maszynkę, co oznacza że czego byśmy nie podpięli, możemy spodziewać się wspomnianego „dobra”. Na razie jeszcze nie podłączam egzaminatorów bezwzględnych w postaci K701, chcę się nacieszyć tym co jest, co ten Świetlik nam serwuje, ale oczywiście sprawdzę i to, sprawdzę czy K701 zagrają tutaj tak, jak czasami (tylko w niektórych okolicznościach przyrody, bo wybredne, jak nie raz wspominałem, są odnośnie toru) potrafią, ale tylko czasami.

Cholera, ale to jest ładne. Obrodziło po raz drugi… ale nie ostatni, bo mamy jeszcze coś specjalnego na koniec wyliczanki, już niebawem ;-)

PS. Jest promocja na ten model.

Więcej zdjęć poniżej:

» Czytaj dalej

Obrodziło po pierwsze: powerDAC NuPrimie IDA-8… mały mocarz

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180629_170034317_iOS-kopia

Jeszcze parę lat temu nikt takich konstrukcji nie poważał. Amplifikacja musiała być wielka jak stodoła, musiała mieć za nic zużycie, musiała się konkretnie grzać, powodować czasowy spadek napięcia w sieci energetycznej itd itp. Mamy 2018 i często, gęsto zamiast wielgachnej skrzyni, wzmaczniaczyska, stoi sobie na półeczce małe coś, co gra – zdawałoby się – bez żadnych ograniczeń, wypompowując waty mocy w efektory bez najmniejszego wysiłku. Pamiętacie jedną z pierwszych, masowych konstrukcji D klasowej, jaka nam się parę lat temu trafiła i została na dłużej w redakcji? Ano, tak, tak chodzi o D3020 od NADa. Mały wzmacniaczyk pokazywał kierunek, mniej więcej w tym czasie pojawiały się pierwsze, coraz ambitniejsze konstrukcje innych czołowych producentów. Wcześniej paru specjalistów z branży starało się zainteresować nas swoimi konstrukcjami przełamującymi schematy (w głowie), głównie były to jednak drogie urządzenia (wspomniany NAD miał serię Masters, od której zaczął się flirt z wysoce efektywnymi, wysokomocnymi amplifikacjami). D3020 nie był jakimś objawieniem, ale jako jeden z pierwszych łączył świat cyfry (w tym komputerem, uzupełnionym łączem sinozębnym, a droższy D7050 także bezpośrednio Internety) z drutem ze wzmocnieniem w klasie D i zrobił to na tyle przekonywująco, że dzisiaj w ofercie Kanadyjczyków znajdziecie JEDEN tylko, klasyczny wzmacniacz tranzystorowy AB (C316 v2).

Bardzo się to wszystko zmieniło, a dzisiejsza integra to właśnie tytułowy PowerDAC: przede wszystkim cyfrowe wejścia, czasami bezpośredni link (prawie zawsze BT), ze szczątkową obecnością analogowych złącz przygotowanych na okoliczność podpinania analogowych źródeł. Bywa, coraz cześciej, zorganizowane w ten sposób, że ten analog to naprawdę coś bardzo „przy okazji”, zdarza się, że sygnał zostaje przekonwertowany na postać cyfrową (układ ADC) i następnie ponownie przekształcony na sygnał zrozumiały dla efektorów. Obecnie pojawiają się na rynku setki takich produktów, zaprojektowanych zgodnie z ostrymi normami redukcji zużycia energii, dodatkowo korzystające z wysokiej efektywności i minimalizacji wpływu czynnika termicznego na formę urządzenia. Mamy więc małe, malutkie amplifikacje, lekkie, leciutkie, dla starego audiofila grzyba, wydmuszki takie i … tu audiofil grzyb będzie często, gęsto w ciężkim szoku, grające z taką swobodą, z taką manierą jak te stare, wielkie piece, co to wymagały wyłączenia zbędnych odbiorników prądu, bo mogło wywalić ;-)

Ten tutaj jegomość to klasa D, tak, ale z magicznym A (na wstępie). Patent NuPrime na połączenie zalet. Obadamy :)
BTW. Opis na pudle to takie „wszystko w temacie”, wiemy od razu „kto zacz”

NuPrimie IDA-8 to taka na wskroś nowoczesna konstrukcja. Na wskroś. Bardzo, bardzo tu i ówdzie chwalona, na granicy czołobitności i uwielbienia wręcz. Jako, że mam duży sentyment do produktów NuForce (NuPrime to reinkarnacja, przez krótki czas marka NuForce egzystowała pod skrzydłami specjalisty od projekcji, firmy Optoma), a tu mamy kontynuację, bardzo przemyślane portfolio produktów, które znakomicie wpisują się w „idzie nowe” (w audio) to długo się nie namyślając zapytałem dystrybutora marki w .pl, czy można na tapetę i to najlepiej właśnie tego małego, jak w tytule stoi, mocarza. Sprzęt budzi spore zainteresowanie, krąży po redakcjach w ostrym (krótkim) reżimie czasowym, ale że akurat trafiło się trochę wolnego czasu na obadanie, poprosiliśmy o egzemplarz i od nastu dni gra to nam jako alternatywa dla bardzo klasycznych konstrukcji w salonie: integry NADa i dzielonego systemu NADa, ze starej daty pre i podobnie starej daty końcówką …a wszystko to w klasie AB, z dużym zapotrzebowaniem na prąd, opakowane w skrzynki zajmujące cały segment regału RTV, po paru minutach powodujące zauważalny wzrost temperatury w pomieszczeniu. IDA-8 jest absolutnym przeciwieństwem powyższego. Tak jak NAD D3020 to takie „biurkowe”, leciutkie, bardzo kompaktowe maleństwo, zintegrowany wzmacniacz na miarę XXI wieku. Power+DAC, z USB przede wszystkim, ale dla mnie rzeczą bardzo istotną i niepomijalną są także pozostałe cyfrowe interfejsy… nierzadko to właśnie SPDIF jest LEPSZYM od komputerowego sposobem na integrację źródła z nowoczesnym wzmacniaczem. To wcale nierzadka sytuacja, dlatego jak już nie raz mogliście się na łamach HDO przekonać, zawsze kompleksowo podchodzimy do testów, nie robimy tego by „zaliczyć” – nie – chcemy poznać możliwości brzmieniowe testowanego sprzętu. Wcale często to właśnie koaksialne, albo TOSLINK wypada ciekawiej w kwestii SQ od  uniwersalnej magistrali komputerowej. Także, to uwaga natury ogólnej, dajcie szansę innym interfejsom w swoich nowoczesnych, cyfrowych wzmacniaczach, bo warto (inaczej, można sporo z potencjału stracić, pozostawiając te wejścia nieobsadzonymi).

Małe, kompaktowe to. Bardzo

Integra NuPrime ma link bezprzewodowy w formie zewnętrznego modułu łączności, który podpinamy do umiejscowionego z tyłu, dodatkowego (poza drukarkowym złączem, do wpięcia kompa) portu USB. Także jak ktoś akurat wcale niekoniecznie ma ochotę słać strumienie z handheldów do ampa to nie musi tego elementu sobie aplikować, zestaw interfejsów obejmuje „klasycznie” elektryczne & optyczne interfejsy cyfrowe, ponadto jest analogowe wejście, jedno jedyne, na przedwzmacniacz, pozwalające podpiąć coś analogowo właśnie. Oczywistym wyborem będzie tutaj gramofon, te nowe coraz częściej wyposażane są od razu we własne, wbudowane przedwzmacniacze, co pozwala bezpośrednio wpinać. Na froncie diodowy displej (charakterystyczny element wyposażenia w przypadku wcześniej NuForce, obecnie NuPrime), w garści firmowy pilot (oznaczenia cyfrowo-literkowe wcale nie są z czapy, jak pisali inni recenzenci… no ludzie, przecież 1,2,3,4,5 niczego konkretnego nam o wyborze złącza nie mówi, a te literki owszem, mówią… a cyfry są po to, by nam unaocznić kolejność), stalowe pudełko z siłą rzeczy blisko osadzonymi odczepami. Polecam, bardzo, ubrane kable, najlepiej w banany. My tak właśnie podpięliśmy tytułową integrę z naszymi redakcyjnymi kolumnami. Widełki mogą być problematyczne, a gołe kable będą bardzo mocno niewskazane. Także banany wpinać proszę.

…jak widać

Nie ma żadnego jacka, mimo biurkowej formy (ale to w sumie nie jest, o czym za chwilę, żadna wskazówka, jakiś nakaz zastosowania tego klamota właśnie w formie biurkowo-gabinetowej), to amplifikacja pod kolumny, zdalne sterowanie także wskazuje, że ma to być obsługiwane z poziomu fotela, kanapy w dużym pomieszczeniu. Co prawda wielkość i waga wskazywałyby na coś wręcz przeciwnego, ale pozory w tym wypadku bardzo mylą. Tak jak wspomniany na wstępie D3020 faktycznie był takim małym wzmacniaczykiem, który nie bardzo nadawał się do dużego salonu, nie był dobrym wyborem dla dużych podłogówek, ba… sam producent zakładał, że jakby co przyda się wsparcie niskotonowca (aktywnego – zresztą w IDA-8 też możemy sobie suba integrować), do wpiętych w odczepy raczej kompaktowych monitorów, to tutaj mamy do czynienia z małym w formie, wielkim w treści, wulkanem energii. Ten wzmacniacz może bezproblemowo zastąpić w moim systemie dzielony tor pre + końcówka i będzie zwinniejszy, bardziej dynamiczny, de facto mocarniejszy od wielkiej skrzyni ze znamionowymi 200W. Przy okazji oczywiście mamy coś znacznie efektywniejszego, no ale to jakby z założenia… w końcu te nowe ampy oparte na power modułach, wzmacniacze w klasie D, potrafią dać dużo energii, zabierając z sieci umiarkowane ilości prądu, dodatkowo zachowując wysoką kulturę pracy (termika). Tak, to wiemy w teorii, ale praktyka potrafi mimo wszystko zaskoczyć, zadziwić. Musiałem uważać z operowaniem gałką enkodera (leciutki, wyczuwalny skok, szkoda że nie chodzi to nieco precyzyjniej, bardziej gładko), przyciskami na pilocie, bo można było szybko przedobrzyć. Gram bezpośrednio z Core @ Roonie (iMac), ale też jw. podpiąłem inne interfejsy i to bardzo na bogato, bo… po optyku jest Chromecast Audio tylko, ale po koaksialu udało się zintegrować cały system AV w salonie (dzięki matrycy HDMI wyposażonej w konwerter cyfra-cyfra z HDMI na TOSLINK/coax). Fajno. Można sprawdzić wiele źródeł, także takich, które rzadko były podpinane do DACów/PowerDACów. Oczywiście, tradycyjnie, podpinam także naszego dyżurnego CDeka (tutaj zarówno po analogu i rozłączając to co powyżej, po koaksailu). Link sinozębny sprawuje się bez zarzutu, można strumienie słać, ale to co robi na wstępie testów największe wrażenie to wspomniana moc, którą mamy tutaj do dyspozycji. Przy ustawieniach w zakresie 30-40 jest optymalnie, głośno, a dalej… no właśnie. Warto przy tym nadmienić, że amp gra niezwykle czysto, mamy całkowicie czarne tło i to w całym zakresie, także przy końcu skali. Nie to co przy moich NADach, gdzie jak wychylimy to słychać. Tu jest głucha cisza.

„Wzmacniaczyk” wcale nie mało potrafi w dziedzinie SQ. Powiem więcej, sceptycy, niepoważający „tych nowych, cyfrowych, wynalazków” powinni koniecznie sobie to, to potestować. Najlepiej w zaciszu domowym, mając do porównania dotychczasowy tor. I niech to będą te wszystkie pyszne „czysta klasa A”, jakieś lampiszony niech będą, niech to będzie prawdziwe, po bandzie wyzwanie. U nas tak to się właśnie konfrontuje i póki co nie widzę niczego, do czego mógłbym się doczepić. To nie jest żadne „no ale”, „nalocik czuć”, może mocne ale bez powietrza, bez życia granie. NIC Z TYCH RZECZY. Ta cała IDA-8 zasłużyła sobie na te dobre opinie, tu nie ma przypadku. Muszę dokładnie obadać kwestie linku komputerowego, jak dobra jest implementacja USB w tym przetworniku z prądem, już słyszę, że SPDIF gra tutaj świetnie, analog traktowałbym pomocniczo (ale to jeszcze zweryfikuję, czekam na „przystępny cenowo” preamp Pro-Ject’a, co by sobie staruszka 5120 zintegrować i czarnej posłuchać na tym NuPrime. Także jeszcze się zobaczy, czy raczej usłyszy, mogę teraz napisać głośno i wyraźnie: jak sobie słucham na lampiszonowym ampie czegoś, a potem przeskakuje na IDA to nie mam wrażenia, że ktoś mi coś amputował. W ogóle nie mam. Przechodzę, że tak powiem, gładko i bez najmniejszego zgrzytu. Innymi słowy, mały mocarz, radzi sobie, radzi sobie z podłogówkami w dużym pomieszczeniu z takim zapasem sobie radzi, że nawet dużo potężniejsze paczki nie stanowiłby jakiegoś wielkiego wyzwania. Zresztą, zobaczymy jak będzie na Topazach 20, może uda się jeszcze podpiąć te, dużo większe od kompaktowych Szafirów (23) kolumny i sprawdzić „ósemkę” w takich okolicznościach przyrody.

  

Cyfra, no w PowerDACu to jakby naturalne, że cyfra wszędzie

PS. Obrodziło razy trzy, także będzie się działo, wieczorem kolejny wpis, jutro jeszcze jeden, a w tygodniu zapowiedź chińskiego multistreamera (audio i wideo) na… ESS9038 (!), recenzja strumieniowca X10 tegoż samego producenta oraz (w kolejce) kolejne artykuły na temat poszukiwania najbardziej bezkompromisowego transportu PC Audio. Mamy kolejną konstrukcję, tym razem dużo nowocześniejszą od opisanej na okoliczność recenzji karty Matriksa, opartą podobnie na projekcie terminala HP, ale już 64 bitową, taką na wskroś nowoczesną. Oj będzie dla hardkorowców pożywka, no będzie uczta dla geeków, bo nie dość, że jeszcze jedna karta z kontrolerem do nas niebawem trafi (był Matrix X-Hi a będzie – podobno najdoskonalsza tego typu konstrukcja – czytaj projekt PPA w wariancie 4.1) to jeszcze w cyklu pojawi się: end-point na Daphile, dalej Linux w służbie audio bezkompromisowego aka ROCK & Roon ;-) inaczej end-point z osobnym, dedykowanym kontrolerem na PCI-e  (Matriksa oraz PPA) grający na superwyczynowym torze z hajendowym dakiem X-Sabre Pro 2 (nasz test) oraz konwerterem cyfra-cyfra X-SPDIF 2 (nasz test pierwszej gen znajdziecie tutaj). Będzie konwertowane via X-SPDIF @ IIS (złącza HDMI) i dalej Pro 2 z efektorami @ wysokiej klasy torze słuchawkowym. Bezkompromisowy tor Matriksa, z terminalem w roli end-pointa Roon-a, z załączoną konwersją wszystkiego w locie do postaci DSD512. Takie coś sprawdzimy niebawem.

Więcej, poniżej:

» Czytaj dalej

Sonos + AirPlay 2 = pełen sukces. Przetestowaliśmy dzisiejszy upgrade

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180711_164330000_iOS

Raptem dwie godziny temu Sonos wydał aktualizację, na którą bardzo czekaliśmy. Integracja AirPlay, w najnowszej odsłonie z numerkiem 2 właśnie stała się faktem, można dokonać upgrade’u i cieszyć się nowymi możliwościami. Generalnie najistotniejsze dla użytkownika strefowego systemu Sonosa jest to, że może od tej chwili strumieniować bezpośrednio z praktycznie każdej aplikacji jaka udostępnia dźwięk. Co prawda od jakiegoś czasu wielu developerów zaczęło udostępniać możliwość integracji głośników Sonosa (oraz strumieniowców), ale nierzadko kazała sobie za ten dodatek ekstra płacić. Teraz można słać stream od razu po tapnięciu w ikonkę AirPlay. Rzecz jasna, żeby skorzystać, trzeba mieć zainstalowane najnowsze oprogramowanie na Sonosie i – ważne – system w wersji iOS11, choć po konfiguracji będzie możliwe strumieniowanie także ze starszych urządzeń (sprawdzone na iOS10). Aktualizacja – da się wszystko zrobićbez upgrade do iOSa11… po paru godzinach zaktualizowało aplikację Sonosa na handheldach ze starszym systemem i to dokładnie te samo, co na iOSie 11. Także nie trzeba robić upgrade mobilnych. Przed wersją dla starszego wariantu iOS też chciało aktualizować apkę, ale bez sukcesu (nie wyświetlało opcji zaktualizuj). Kolejna sprawa to kompatybilność samego głośnika, wspominałem o tym we wcześniejszych wpisach, dla porządku przypomnę, że działa na One, Beam, nowym wariancie Play:5 oraz Playbase. Można strumieniować na starsze głośniki, ale musi być przynajmniej jeden kompatybilny (co oczywiste) i trzeba je dodatkowo pogrupować. W panelu AirPlay’a będzie wyświetlał się ten, który jest wspierany.

Teraz najlepsze… da się bez problemu skonfigurować stereoparę ze starym Play:1. Wspominałem o świetnej apce SonosequencrTo rzecz niezbędna, by połączyć w stereo stary model Play:1 z nowym One, sam Sonos nie daje takiej możliwości (bardzo niefajne zagranie producenta btw). Na szczęście można tak to obejść, a znakomitą wiadomością jest to, że AirPlay 2 będzie nam działał w ramach takiej stereopary. Tylko pamiętajcie, że nadrzędnym głośnikiem musi być One i dodatkowo ustawienie takiego czegoś wymaga po aktualizacji rozparowania głośników i ponownego sparowania w apce Sonosequencr. Na marginesie, widać, że AirPlay działa z zauważalnym opóźnieniem (synchronizacja nie jest idealna, co słychać, jak wyłączymy muzykę, najpierw jeden, potem drugi się wygasza… inaczej, niż bez AirPlay-a, ale jak już gra muzyka to wszystko jest w jak najlepszym porządku, tzn. lewy i prawy grają, nie ma żadnych problemów z przesyłem dźwięku). To nienajlepsza wiadomość, bo wielu, w tym piszący te słowa, liczyło, że będzie poprawa względem starego wariantu AirPlay-a, że synchronizacja (audio z wideo) będzie idealna, że nie będzie opóźnień. Cóż, trzeba rzecz potestować jeszcze, ale pierwsze wnioski są takie, że nadal jest tutaj robota do wykonania przez Apple, że nadal nie jest idealnie.

Oczywiście można także liczyć na integrację z głosowym interfejsem, przy czym nie będzie to integracja samych głośników, bo Siri nie ma (i raczej nie będzie) na tych głośnikach, ale… po pierwsze można skorzystać z produktów Apple (handheldy, komputery), a dokładnie z wbudowanych w nie mikrofonów, a po drugie można także liczyć na podstawową obsługę (podstawowe sterowanie odtwarzaniem, ściszanie, przełączanie stref) za pośrednictwem Alexy. Działa to sprawnie, choć jest trochę dziwacznie… dwie różne AI słuchają naszych komend i nie jest to idealne, optymalne, ale raczej tak to będzie wyglądać w przyszłości. Nie zapominajmy, że w Sonosach pojawi się jeszcze Google Assistant i siłą rzeczy będą na tych smartgłośnikach działała nie jedna, a dwie AI. Fajnie, że można dodać sonosowy głośnik do jabłkowej aplikacji Home (działa w ramach Home kit-a). Integrujemy sobie rozwiązanie multistrefowe Sonosa do inteligentnego domu w wariancie jabłkowym. Sprawdziłem także jak jest pod Roonem – pojawia się kolejna strefa z kompatybilnym z AP2 głośnikiem Sonosa. Pojawia się zatem One, rzecz jasna nie ma to większego znaczenia w przypadku Roon-a, bo ten wprowadził jakiś czas temu pełną obsługę głośników. Tak, czy inaczej, można. Poniżej garść rycin przedstawiających konfigurację oraz działanie AirPlay’a 2 na multistrefowym systemie złożonym z trzech głośników: One oraz Play:1 (stereo) oraz w innej lokalizacji kolejny Play:1.

Pod Roon-em identyfikuje się nam One bardzo ładnie, ale to trochę sztuka dla sztuki (bo od dawna natywnie Sonosy są wspierane w tym front-endzie)

Sumując, działa, gra i buczy…

Najpierw aktualizujemy co trzeba

AirPlay 2 w Sonos 9.0

 

Pojawia się aplet AirPlay w sonosowej apce

…a tam sprawdzamy co u nas zadziała i dodatkowo możemy pogrupować te, które kompatybilne nie są

» Czytaj dalej

Yes! Yes! Yes! Chromecast z oficjalnym wsparciem w Roonie!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Roon_Chromecast

Znakomita wiadomość z samego rana czeka wszystkich użytkowników front-endu Roon labs. Moi drodzy, od teraz, Roon ma pełne wsparcie dla popularnego Chromecasta. Można zatem bez ograniczeń strumieniować w strefach, korzystając z tanich jak barszcz end-pointów Google’a. Obecnie cast staje się powoli standardem w branży, coraz więcej producentów sprzętu audio integruje to rozwiązanie w swoich produktach. Możemy zatem skorzystać z wygodnej alternatywy dla sinozębnego, który jak wiemy jest stratny, do tego trudno go implementować do rozwiązań wielostrefowych (generalnie BT był pomysłem point-to-point, ostatnio to się zmieniło, ale nadal ze sporymi ograniczeniami… zasięg, liczba połączonych jednocześnie urządzeń, różne specyfikacje / warianty). Zamiast Bluetootha mamy zatem Chromecasta i to idealny patent na wiele stref, bo nie tylko integruje wszystko to jeszcze w ramach naszej infrastruktury sieciowej (WiFi) integruje. Teraz z najlepszym na rynku software do zawiadywania. Zrobili to, z tego co widzę, jak zwykle perfekcyjnie! Wszystkie Chromecasty są identyfikowane i stają się urządzeniami „Roon Ready”. Innymi słowy mamy pełne wsparcie dla tego rozwiązania, pełną identyfikację. Dlaczego w cudzysłów zatem? Ano dlatego, że podobnie jak ma to miejsce z AiPlay’em mówimy o customowej implementacji, nie ma tutaj pełnej integracji w ramach protokołu RAAT. Świetne jest natomiast to, że ta własna interpretacja cast daje wszystkie benefity jakie oferuje nam Roon. Innymi słowy, mamy ciastko i jemy ciastko ;-) …Google nie daje opcji napisania kodu dla Chomecastów zamiast. To musi być i jest pewna proteza, ale jw z pełną de facto funkcjonalnością. Super! Dlatego też, mimo patentu na cast, mówię na te dongle endpoint roonready. Wiecie, co to oznacza w praktyce? Integrację całej audio elektroniki w środowisku Roona za 130 złotych, licząc za pojedynczego dongla. Analog lub cyfra. Czujecie? I ten custom code jest gaplessolubny. Zarówno lokalnie, jak i zdalnie (Tidal). Czujecie?!

O Chromecastach, o castowaniu było u nas nie raz i to nawet szmat czasu temu było ;-) Ot choćby tutaj opisałem benefity jakie serwuje to, co powyżej, na obrazku uwidocznione (Chromecast Audio). Mało? No, to jeszcze przykładowa implementacja castowania audio w recenzji wzmaka z nowej linii NADa: C338

Chromecasty obsługują w trybie bez konwersji sygnał 24/96 (Audio) i tak to wygląda pod Roonem. Oczywiście, żeby skorzystać z grania bitperfect łączymy końcówki Google za pośrednictwem cyfrowego linku… wychodzimy sygnałem via toslink na zew. daka. W sytuacji, gdy zechcemy skorzystać z wbudowanego w Chromecasta przetwornika, sygnał przestaje być bitperfect… w końcówce do pracy zabiera się wbudowane DSP i możemy, przykładowo, słuchać sobie z bezpośrednio podpiętych słuchawek. Roon pięknie nam wszystko identyfikuje, nie trzeba niczego ustawiać, wszystkie casty są od razu gotowe do strumieniowania. Jak chcemy zmienić sposób pracy to można ustawić mapowanie kanałów (przetwarzanie dźwięku wielokanałowego), można zmienić sposób działania z materiałem MQA (co ciekawe, Chromecast zawiera w sobie dekoder kontenera, można zatem zrobić pierwszy etap rozpakowania w „donglu” Google), można zmienić kontrolę głośności (stała, zmienna) i wreszcie załączyć opóźnienie resynchronizacji (uniknięcie przerw w graniu, gdy zmienia się format odtwarzanej muzyki).

No i jest! Oficjalnie, pełne wsparcie, autoidentyfikacja… zarówno Chromecast Audio, jak i Video

To według mnie domknięcie tematu. Od teraz Roon obsługuje wszystkie liczące się technologie na rynku. Można, bez względu na wybór, integrować sobie rozwiązania oferowane przez gigantów, bez względu na to co wybraliśmy, z czego korzystamy będzie to w Roonie obsługiwane. Mamy AirPlay, mamy Cast, mamy LMS (Squeezeboksy i rozwiązania pokrewne), mamy wreszcie Sonosa. Ten ostatni też preferuje podejście holistyczne, czytaj: ma być wszystko zintegrowane. I prawidłowo! A to przecież nie wyczerpuje listy, dodajmy do tego rzeczy opracowane przez takie firmy jak Devialet (własny protokół transmisji Air), Linn-a, czy NADa (BluOS). Jakby tego było mało, implementują do front-endu rozwiązania softwareowe (silniki DSP, niskopoziomowe wtyczki) takich specjalistów, jak: HQ Player, JPlay oraz oferują możliwość integracji z popularnymi playerami (agregatami treści): Audirvana czy JRiver. Krótko rzecz ujmując – Roon nie ma obecnie konkurencji. Jest Roon i długo, długo nic, co byłoby odpowiednikiem, miało zbliżone możliwości. Niesamowite jak to oprogramowanie się nam rozbudowało, jak wzrosły jego możliwości. Sama idea pozostała niezmienna, ma być „wszystko pod jednym dachem” i jest, ale ważne jest też to, jak to działa, jak to funkcjonuje na co dzień. Dużo na ten temat pisałem na łamach, nie będę się powtarzał, wystarczy zajrzeć do linków poniżej:

…o ROONie możecie przeczytać w naszych wcześniejszych wpisach: opis, poradniki nt. front-endu znajdziesz pod tym linkiempod tym oraz pod tym a także tutaj i tu. I jeszcze o tu. O ROCK (Roon Optimized Core Kit) tutaj, o iPENGu w ROONie (tutaj) i Audeze pod ROONem (tu) oraz tutaj (urządzenia na iOS pełnoprawnymi źródłami, end-pointami w Roonie)

Powiem tylko tyle, że takie coś stanowi obecnie fundament nowoczesnego systemu audio i bez takiego elementu nie tylko tracimy (bo nie integrujemy, albo robimy to tylko częściowo), ale w przypadku grania z pliku, po prostu rezygnujemy z możliwości jakie oferuje nam dzisiejsza technologia. To podstawa i moim zdaniem miesięczny koszt w okolicach 40 złotych (gdy płacimy roczny abonament tj. ok. 460zł, tutaj, podane w ujęciu „miesięcznym”) jest adekwatny do tego, co otrzymujemy w zamian. Koszt dożywotniej licencji jest wysoki, to 500 dolarów, ale popatrzmy ile wydajemy na sprzęt. A przecież to oprogramowanie integruje nam te wszystkie klamoty, to nie jest zwykły player, a nawet kombajn agregujący treści. To coś dużo większego. Na forum użytkowników toczy się dyskusja, czy Roon nie powinien udostępnić opcji opłaty miesięcznej. Moim zdaniem, psychologicznie, byłoby to całkiem sensowne rozwiązanie, bo dla wielu taka danina płacona co miesiąc byłaby strawniejsza, łatwiejsza do akceptacji. Cóż, żyjemy w czasach abonamentowych, to obowiązujący dzisiaj model dystrybucji, płacenia za software, za treści. Roon jest tu zachowawczo-konserwatywny, co powinno spodobać się tradycjonalistom (słyszą mnie, tradycjonaliści? ;-) ). Tak czy inaczej, to obecnie rzecz bez alternatywy, ekosystem obejmujący serwer, zdalny dostęp, końcówki, rozwiązania dedykowane z pełnym wsparciem dla setek produktów audio na rynku, z obsługą wszystkich liczących się technologi. 

Wow!

Chromecast Audio

  

Oczywiście mamy pełne możliwości łączenia w grupy, grania różnej muzyki w różnych strefach (działa grupowanie via Google Home pod Roonem), skorzystania z wbudowanego w Roonie silnika DSP. Wszystko.
Działają Chromecasty Video (all), działa oczywiście Audio, działają google’owe smart głośniki oraz każde urządzenie z zaimplementowanym castem. Wszystko.

Chromecast Video (1 gen)

Wszystkie strefy (3) @ cast gotowe do strumieniowania…

Tu analogowo via Chromecast Audio na słuchawkach słuchane

A tu po cyfrze leci do zew. przetwornika w salonie

Oczywiście do 24/96 leci nam via SPDIF bitperfect (tylko na Audio, Video mają na sztywno 48KHz, restrykcja dotycząca implementacji HDMI w „donglach” Google’a)

A jak leci coś wyżej, to jak wyżej ;-) …konwersja w dół

PS. Mówi się na ulicy, że Roon będzie niebawem nie tylko strumienie tidalowe obsługiwał. Będzie SoundCloud (zaawansowane rozmowy …pięknie!), gadają o integracji swoich strumieni także Francuzi z Qobuza (miał być w Polsce, w zeszłym roku miał!)

Bezkompromisowo? Recenzja Matrix X-Hi z end-pointem PC

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180420_102930929_iOS

Nie ma drogi na skróty. Musisz połączyć wiele rzeczy w całość, trochę się naczytać, trochę się znać (nauczyć), to nie jest coś gotowego,  takiego „wciśnij play”. Nie, to inny sposób na uzyskanie bardzo, bardzo dobrego rezultatu, porównywalnego z drogimi strumieniowcami, gotowcami właśnie. A nawet więcej. To więcej, to modularność, to gotowość upichconego samodzielnie end-pointa na to co przyniesie przyszłość. DIY w audio to temat rzeka, znajdą się tacy, którzy będą kwestionować zasadność, będą tacy, którzy będą poddawać w wątpliwość. Ich prawo. Prywatnie mam wielki szacunek do tych, którzy są samoukami, podchodzą do tego co ich pasjonuje i dążą do tego, by samemu dojść do satysfakcjonującego (sonicznie) efektu. W przypadku grania z pliku jest o tyle łatwiej, że całość przypomina bardziej budowanie z gotowych klocków, choć wymaga pewnej dawki wiedzy specjalistycznej (IT) to jednak bez konieczności zgłębiania się w zagadnienia bardzo trudne do opanowania przez laika, przez amatora jak to ma miejsce w przypadku chęci zmierzenia się z własnymi projektami audio elektroniki czy samodzielnej budowy zestawów głośnikowych. Tak, czy inaczej, wspólne jest tutaj jedno – próba stworzenia czegoś, co ma być w zamierzeniach: lepsze / tańsze / odpowiadać na specyficzne wymagania. Tyle.

Na rynku dopiero od niedawna pojawiają się wyspecjalizowane konstrukcje PC, które mają nam zapewnić jak najlepsze możliwości grania z pliku. Wspólną cechą tych produktów jest pasywność działania, praktyczna bezobsługowość (warstwa systemowa jest na tyle dla nas niewidoczna, że nie przeszkadza w obsłudze takiego komputerowego odtwarzacza), pewna dowolność w kreowaniu toru… choć tutaj widać, że podejście bywa różne, czego doskonałym przykładem wyspecjalizowane microRendu. Czy warto zatem wyważać otwarte drzwi… ktoś przytomnie zapyta, gdy rynek dostarcza gotowe rozwiązania. Jest całe mnóstwo projektów opartych na Jeżynce (Raspberry Pi), które świetnie się sprawdzają, są tanie, a do tego dają swobodę. Faktycznie, jest w czym wybierać, ale na rynku pojawiają się pewne udoskonalenia (nazwijmy je plastrami na odwieczne problemy grania z komputera, grania muzyki z PC), które trudno, albo których nie da się pogodzić ze wspomnianymi powyżej rozwiązaniami.

Karta Matriksa to przykład takiego plastra. To wyspecjalizowane akcesorium, które wymaga płyty z wolnym portem PCI-e, wymaga zatem systemu komputerowego, który będzie mógł zostać wyposażony w to akcesorium. Odpada laptop, odpadają ARMowe nano-komputerki, odpada także wiele rozwiązań PC w formie nierozszerzalnej (vide przetestowany przez nas i służący z powodzeniem jako end-point Roona nano-pecet MiniX 64 aka FooKo PC, są też wysokowydajne, nowe systemy Intela – NUC), potrzeba jakiejś „budy”. I tutaj wkraczamy do akcji, bo takich komputerów z możliwością rozbudowy, de facto klasycznych systemów PC, ale znowu nie takich klasycznych, bo zbudowanych właśnie na potrzeby odtwarzania muzyki specjalnie na rynku nie ma. Bo to nisza, niszy. To raz. A dwa – takie coś może być przedmiotem samodzielnych poszukiwań, można to zrobić bez wydatkowania dużych sum, wręcz po taniości można. Bezkompromisową formą są budowane od podstaw systemy takie jak CAPS, ale miało być tanio i miało być dobrze, zatem darujemy sobie rozwiązania bardzo wyrafinowane na rzecz takich, które spełniają powyższe wymagania. Przypomnijmy: pasywna praca, zasilanie najlepiej wyniesione poza obudowę, rozszerzalność (modułowość w oparciu o standardowe interfejsy wewnętrzne tj. PCI, PCI-e), kompaktowość (w końcu ma to stać w salonie, duże, klasyczne obudowy odpadają, jako niepraktyczne i nie do pogodzenia z wymogiem „wtopienia się” w otoczenie)… takie warunku brzegowe musimy spełnić, by to do czego włożymy tytułową kartę spełniło wymagania na „idealnego end-pointa”. Samo budowanie takiego komputerka podpiętego bezpośrednio do jakiegoś DACa stanowiłoby rozrywkę dla jakiegoś geekomaniaka, ale właśnie X-Hi robi tutaj cholernie dużą różnicę.

To nie jest ledwie zauważalna różnica.

Dlatego, na potrzeby testu zbudowałem taki end-point. Kupno tej karty powinno implikować taką drogę… chyba, że komuś nie przeszkadza otoczenie blaszaka, wątpliwa aparycja, brak optymalizacji systemu (też OS, o czym przeczytacie w niniejszym tekście) i wiele innych rzeczy, które powodują, że jednak zwykły piec nie ma czego szukać w salonie. Nie chodzi o SQ (bo progres z wykorzystaniem tej karty w przypadku zwykłego blaszaka jest wyraźnie zauważalny), a o ergonomię chodzi. Zysk z pasywnego systemu, zoptymalizowanego, zdalnie zawiadywanego jest oczywisty i to decyduje i powinno skłaniać potencjalnego nabywcę karty Matriksa do budowy / zakupu przygotowanego odpowiednio peceta.

Dobrze, wstępniak zaczyna niebezpiecznie przypominać przemówienia El Comandate (Fidela C. dla niewtajemniczonych), przejdźmy zatem do konkretów:

» Czytaj dalej

Pierwszy z producentów audio mówi MQA pas!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
h6G8rWeSZnsC5zcXDcmNqnhM69FqSgmTpPL566pw7Mz2dmcdPHnpgX3QGrgKCHwT5

Żeby iść pod prąd, trzeba mieć jaja. Exogal najwyraźniej dysponuje solidnym nabiałem i mówi: MQA out! Co więcej, nie tylko rezygnuje z tego wynalazku (jak wątpliwej jakości i kontrowersyjnego w treści możecie przeczytać w moich dwóch, długich wpisach na temat, jakie ukazały się na łamach HDO: pod adresem zasiać ferment część 1, a pod tym część 2 ”business as usual”), ale jeszcze ostro rzecz uzasadnia. No właśnie, warto zwrócić na to, co inżynierowie Exogala mają do powiedzenia w materii „origami audio”. A mają dość konkretne, współbieżne z moimi, uwagi i spostrzeżenia na temat MQA. Goście z Minnesoty (to w tym stanie zlokalizowana jest siedziba firmy) mówią wprost: „nigdy nie udało nam się stwierdzić jakiejkolwiek przewagi, progresu jakościowego w przypadku MQA, co więcej – nie udało się osiągnąć zapowiadanego, czy reklamowanego poziomu „jakości studyjnej”… wręcz przeciwnie, to rozwiązanie rozmija się z naszymi standardami, naszym podejściem do projektowania sprzętu audio”. Mocne? Nie inaczej!

„Hype” towarzyszący trzem literkom przybrał takie rozmiary, że siłą rzeczy ludzie zaczęli pytać: ale o co właściwe w tym wszystkim chodzi? Bo że chodzi o pieniądze, to oczywista, oczywistość, ale to idzie dalej, widać, że ktoś tu próbuje narzucić swój „jedynie słuszny” punkt widzenia na przyszłość całej branży, dystrybucji muzyki, a nawet wpłynąć na to w jaki sposób podchodzi się do – przecież bardzo subiektywnego i pełnego mielizn – tematu „wzorcowej” jakości dźwięku. Narzucenie i forsowanie na siłę „jedynie słusznego” rozwiązania pachnie brzydko, przyznacie, a już próba wyrugowania z rynku alternatywnych rozwiązań, czy mówiąc ogólniej tego, co do tej pory całkiem dobrze się sprawdzało (w imię bliżej niesprecyzowanego jw. postępu… a może, właśnie mocniej, zwykłego oszustwa?) za pomocą rozwiązań sprzętowych, licencji, połączonych z agresywnym marketingiem oraz (zawsze zapalającym czerwone światła) zbiorem zastrzeżonym tzw. „wiedzy tajemnej” to nie jest coś, czego byśmy sobie w dzisiejszych czasach życzyli. Forsowanie MQA niestety bardzo mocno osadzone jest w tym, co powyżej napisane. Dla mnie to po prostu bullshit, bez wartości dla konsumenta, bez żadnego uzasadnienia, wątpliwy od strony samej idei pomysł na „hiresy” (bo ingerujący, bo stratny, bo nie dający żadnej gwarancji uzyskania lepszego rezultatu, a do tego śmierdzący na milę DRMami).

Nowy Comet Exogal-a. DAC z obsługą, wiadomo, PCM, z DSD i BEZ MQA

Trzeba mieć odwagę, by powiedzieć NIE. Przecież”wszyscy” mają, jest coś takiego jak instynkt stadny, w każdej branży gdzie zachodzą szybkie zmiany technologiczne, gdzie dużo się dzieje, gdzie moda, gdzie łatwo mijać się z prawdą (jakby nie było audio jest baaaardzo podatne na różne, często wątpliwe, trendy, idee), łatwo stracić, łatwo trafić na bocznicę. Nie zapominajmy o tym, co najistotniejsze. Jakieś 95% dzisiejszej muzyki, dostępnej w pliku, płycie, innym nośniku to red book. Mamy te PCM 16/44 i choć sam bardzo kibicuje hi-resom i niemal w całości @ HDO, o tym właśnie gardłuje, to TAKIE SĄ, JAK WYŻEJ, REALIA. Nasuwa się taka analogia: jak ktoś dopieszcza system, kupuje jakieś magiczne podkładki, kamyki, zatyczki, woreczki, podstawki, a nie zadba o podstawowe sprawy to sam się okrutnie oszukuje. Za dużo wagi przykładane jest do zagadnienia marginalnego w sumie, za bardzo uwaga skupiona jest na rzeczach mało istotnych, dodatkowo błędne przeświadczenie, że jakaś technologia nagle odtworzy nam salę koncertową, studio nagraniowe „tu i teraz”, prowadzi zwyczajnie na manowce. Co więcej, sami twórcy MQA przyznali (przyciśnięci do muru), że de facto nikt nie zrobił obiektywnych pomiarów, empirycznie nie dowiódł -mierząc- wyższości origami nad obecnymi na rynku sposobami zapisu i dystrubucji muzyki. Sumując, za dużo hype, za dużo agresywnego marketingu, dodatkowo niemałe pieniądze, które ktoś chce zarobić, niczego konkretnego nie oferując w zamian. MQA moim zdaniem przeminie, nie będzie żadnym znaczącym rozwiązaniem, które nada impuls nowemu, zmianom w branży. Nie ma na to szans, właśnie ze względu na politykę, błędną politykę. Szkoda, bo technologia idzie niesamowicie do przodu, można dzisiaj wyczarować rzeczy o jakich się kilkanaście lat nikomu nie śniło (sieć, komputery, software), ale…

Ludzie z Exogala słusznie zauważyli, że MQA na rynku wydawniczym praktycznie nie istnieje, że to co robi Tidal jest bardziej ciekawostką, niż czymś co popycha nas do przodu… trochę w tym winy po stronie usługodawcy, który od 2016 roku zatrzymał się na 3 mln subskrybentów. To stanowczo za mało, by taka technologia stała się znaczącą alternatywą. Nie widać też żadnego zainteresowania (zgadnijmy, dlaczego? Pytanie retoryczne ofc ;-) ) ze strony największych oferentów strumieni audio z sieci: Apple oraz Spotify. Nikt tutaj nie widzi żadnej wartości dodanej, żadnego zysku nie tylko dla siebie, ale także dla własnych użytkowników. I trudno się w sumie dziwić. Czy to się w najbliższym czasie zmieni? Szczerze wątpię, chyba że ktoś tu kogoś przekona, że z nieba spadnie deszcz banknotów, albo / i uda się przekonać samych artystów (ci w ogóle nie są zainteresowani, bo MQA to przemysł + wytwórnie, znowu pominięto samych twórców… typowe). Strumienie audio w jakości dużo lepszej to może brzmi intrygująco, ale nic konkretnie obecnie nie znaczy. Porównywałem ostatnio stream Tidala (Masters MQA) ze strumieniami bezstratnymi (FLAC/PCM) z Deezera. Deezer jak dla mnie nie tylko nie jest gorszy (w żadnym razie nie jest), ale bardziej podoba mi się słuchanie za pośrednictwem konkurencyjnego serwisu w jakości „płyty CD”. Zresztą, porównując (często są dwie wersje) album 16/44 z wersją „kontenerową” MQA w Tidalu wybieram tę pierwszą, bo brzmi lepiej (dynamika… zwróćcie uwagę na ten element, na ten aspekt). 

Ciekawe, kto będzie następny…

Prawdziwy diament – Burson Conductor V.2+

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180419_112911702_iOS

Siedem kilo… achtung panzer! Forma mówi: będzie konkret granie. Z produktami kangurów mieliśmy już do czynienia na HDO. 160-ka się u nas kiedyś przesłuchała i bardzo przypadła do gustu, choć nie bez pewnych „ale”. Teraz trafił do nas topowy, flagowy, naj, naj, model wzmacniacza (po pierwsze), pre / integry (po drugie) oraz DACa (po trzecie), czytaj maszynki spinającej nam wszystko co trzeba w jednym pudle. Panie, Panowie przedstawiam gościa z dalekich Antypodów: Burson Conductor V.2+. Teraz tylko odpowiednie efektory. Nie, nie napiszę high-endowe słuchawki, bo wcale nie (ma takiej konieczności), można a nawet obowiązkowo trzeba podpinać klasyki, rozsądnie wycenione, w rodzaju K701 czy HD650, a nawet mniej klasowe, jak choćby takie Momentum… mimo niskiej impendancji. Możemy swobodnie uznać, że to taki tuning naszych starych kompanów, rzecz zaskakująca, jak wiele dobrego można z tych konstrukcji wycisnąć, oj naprawdę można wiele.

Ale to dopiero początek. Kraina szczęśliwości, czytaj LCD-3, to partner oczywisty. Tyle, że wcale nie trzeba wydać 8 tysi na porównywalne (choć o innym, ale jakże przepysznym bukiecie) brzmienie. Tak, zgadliście: Sundara. Te, kosztujące 2 tysie nausznice to strzał w dyszkę. Partner kompletny. Popatrzcie na zdjęcia… Conductor w wersji czarnej, a taka nam się trafiła, plus te słuchawki to nie tylko brzmieniowo (ofc to podstawowa sprawa), ale także formą IDEALNE dopasowanie. Świetnie się to prezentuje. System słuchawkowy za 10k bez żadnych „ale”? Pierwsze wrażenia są właśnie takie, zobaczymy jakie będą finalne wnioski po dłuższych odsłuchach, ale coś czuję, że amplifikacja słuchawkowa w topowym Bursonie to będzie TO. Patrząc na tego klamota dwie rzeczy zrobiłbym inaczej: dałbym 9038 zamiast 9018 (to byłoby K.O …zaraz do nich napiszę, czy planują upgrade, tam się na płytkach wymiennych wszystko opiera, Burson słynie z opcji, z modów właśnie) i przemyślał kwestie dwóch wyjść (DAC nie jest liniowe… to bez sensu trochę, bardzo nawet niż trochę). Poza tymi dwiema sprawami jestem na dzień dobry oczarowany możliwościami tego mocarza.

Tak, robi spore wrażenia moc, sam klamot kojarzy mi się formą i możliwościami energetycznymi z uberelektrownią HiFiMANa (nasz test EF-6), przy czym nie jest to taki potwór, zajmujący cały stolik jak ww ustrojstwo pod HE-6 (bo to system jest, wiecie, patrzcie wcześniejszy link). Jest bardzo ciężki, jest spory (jak na – umownie – ampa słuchawkowego, duży), ale w granicach zdrowego rozsądku. Interga ma dwa wejścia analogowe, co u Bursona nie dziwi, co jednocześnie zawsze warto pochwalić i docenić oraz opartą na 9018 (i XMOSie) część cyfrową, z klasycznym zestawem: USB/SPDIF (koaksial & TOSLINK). Od razu podpiąłem pod imakówę (CORE) oraz do naszego nie(do)ocenionego (uwielbiam tego klamota i z perspektywy czasu widzę, że nie doceniłem wystarczająco M1HPA… to w cenie ok 2k najlepsza integra/pre słuchawkowa kropka amen) Musical Fidelity, który robi za przeplotkę (czarne tło macie jak w banku: nic, zero, nul, czysto). Tu czerń, spotyka się z czernią, w sensie dosłownym i w przenośni. Oba klamoty idealnie się uzupełniają (bo mogę sobie zintegrować wszystkie źródła, bez uciążliwego przekładania kabli), mam 3 duże jacki do testowania, porównywania. Od dawna korzystam z tych, rozbudowanych możliwości M1, ale przy okazji Conductora dotarło do mnie jakie to wygodne, jakie przyjemne w obsłudze. Właśnie – metalowy, zgrabny, dedykowany pilocik dodawany w komplecie do tytułowego klamota na razie nie ma zastosowania, bo wszystko na wyciągnięcie ręki (biurkowy set idzie na pierwszy ogień), ale to się bardzo przydało, bo w salonie Conductor pracował sobie zupełnie inaczej, w innej roli, znaczy się: sprawdziłem, jak sobie poradził w trybie PRE z torem opartym na końcówkach i na zestawach głośnikowych. Grał zarówno jako centralka cyfrowa, jak i klasyczny pre-amp, z podpiętymi analogowo źródłami. I powiem Wam coś. Mhm. Tak, potraktujcie tego Bursona jako spoiwo całego toru, bo jako słuchawkowiec tylko, będzie to najzwyczajniejsza marnacja potencjału.

Postanowiłem, na potrzeby testu, poeksperymentować. Było grane nie tylko z kompa (ROON), nie tylko z Chromecasta (obecnie, zawsze Chromecasta Audio podpinam pod TOSLINKA… to dyżurny interfejs cyfrowy u mnie), a nawet nie tylko z Squeezeboksa Touch EDO mod via koaksial (bo za USB siedzi i wiele dobra wnosi konwerter c/c hiFace Two)… nie, tym razem nie ograniczałem się ;-) „tylko” do tych, znanych na wylot źródeł (cyfrowych). Podobnie jak to miało miejsce z innymi integrami słuchawkowymi wyposażonymi w analogowe wejścia po analogu grane było… coś specjalnego. Po pierwsze (właśnie gra i …niech komputer spieprza na drzewo ;-) ) olampowany, z buforem bańkowym znaczy się, cedek Onkyo (świetny mechanizm, stara, dobra, japońska szkoła), po drugie za pomocą linku z salonem (multiprzełącznik Pro-Jecta) zagrało nam też z gramofonem (duet 1020 z 5120) i wreszcie po trzecie sprawdziłem jak sobie (nadal jesteśmy w gabinecie, znaczy na słuchawkach słuchamy :) ) Burson poradził z MiniWattem (wzmak, który robi u mnie za słuchawkową końcówkę mocy i wierzcie mi… nie ma nic lepszego, na odczepach głośnikowych, z dobrej klasy routerem audio 6.3mm albo/i adapterem HiFiMANa z symetrycznym gniazdem na końcu). Także tak, właśnie, Burson grał jako preamp, podpięty do wejść w lampowcu (NOSy: Brimar BVA/Telam), sterując poziomem i łącząc źródła, a efektory zagrały na wspomnianych wyjściach z odczepów. Rzecz jasna nie było tu mowy o żadnym balansie (ale kabel sobie zmienimy w LCDkach i w ten sposób to też pożenimy), tak z ciekawości sprawdzę jakie są różnice i czy w ogóle jakieś są na takim jw. secie (HiFiMan HE Adapter). Wiele osób wg. mnie błędnie, zakłada, że symetryczne połączenia są „zawsze” lepsze w aspekcie SQ, a przecież nie chodzi o wyższość tutaj według mnie, tylko lepsze medium w trudnym otoczeniu (studio) oraz ewentualnie sensowniejszy link przy bardzo długich podłączeniach. Nie wyklucza to lepszego efektu, gdy ktoś zwyczajnie spaprał, czy gorzej przygotował tor niesymetryczny, ale żeby to dogmatycznie dawało progres (bo różnice w pomiarach/specyfikacji –  dodają)…? O tym też będzie osobny wpis na HDO. Dobra, nie przedłużając, przejdźmy do meritum :)

» Czytaj dalej

Liberty DAC: przystępniejszy przetwornik Myteka. Naszym zdaniem

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_7710

Mytek od zawsze kojarzył mi się ze sprzętem dla profesjonalistów… pamiętam najlepszy sposób wyciągnięcia dźwięku z komputera za pośrednictwem FireWire jakąś dekadę temu, coś co stanowiło stały element wyposażanie tych przetworników. Pamiętacie moje zachwyty prostym & tanim interfejsem „po piorunie” japońskiego ZOOM-a? Najpierw było FireWire, którego zasada działania (bezpośrednie połączenie point-to-point, bez współdzielenia jak w przypadku magistrali USB, bez żadnych interferencji, bez jittera, bez opóźnień) była/jest (choć raczej była, bo o historycznym interfejsie mówimy – thunderbolt jest jego ideowym następcą) tożsama. Wspominam o tym na wstępie nie bez przyczyny: firma parę lat temu obrała kurs na rynek masowy, na audio „pod strzechę”, celując raczej w zamożnego melomana, a może precyzyjniej w audiofila. Przetworniki z surowych, technicznych urządzeń przeistoczyły się w ociekające luksusowym wykończeniem, na bogato, hajendowe klamoty. Producent nie zapomniał o swoim bagażu doświadczeń z rynku pro i Brooklyny czy Manhattany w paru aspektach wyróżnia na tle konkurencji parę „pro” smaczków, ale są to bezsprzecznie urządzenia dla domowego użytkownika o ponadstandardowych wymaganiach. Firma uznała, że poza poziomem około i ponad 10, a nawet i > 20 tysięcy (z kartą sieciową Manhattan II to już poziom nie 20 a 30 tysięcy złotych)  warto wprowadzić na rynek produkt pozycjonowany na dużo bardziej przystępniejszym poziomie. Liberty to właśnie odpowiedź na potrzeby rynkowe, bo nie oszukujmy się – wszystko z poziomu około i ponad 10 tysięcy to nisza, niszy… sprzęt kupowany przez nielicznych. No to mamy tego Liberty, w pierwszych wrażeniach opisałem z czym mamy do czynienia, a jeszcze wcześniej wspomniałem o korzeniach właściciela oraz twórcy marki oraz miejscu w którym tytułowy DACzek powstaje. Polskie korzenie, polska produkcja, polsko-amerykańska myśl techniczna finalnie zaowocowały produktem, który musi podjąć rękawicę rzuconą przez setki propozycji rodem z Azji… konkurencji morderczej w wymiarze co i za ile, o czym niejednokrotnie pisałem na łamach HDO ostatnimi czasy.

Pali się wszystko, znaczy się potencjometr na końcu skali. Tu naprawdę głośno z Sundara (pewien zapas jeszcze jest)

Mytek upichcił sprzęt bardzo kompaktowy, w malutkiej obudowie mieszcząc rdzeń z pozoru nieodbiegający aż tak bardzo możliwościami i parametrami od droższego Brooklyna. Wiadomo, dzisiaj znaczna część finalnej ceny klamota to skrzynka. Małe, nieskomplikowane technologicznie obudowy to znaczna redukcja kosztów, brak takich elementów jak wyświetlacze, zdalne sterowanie, tańsze gniazda, prostsza i znacznie mniej kosztowna regulacja…. to wszystko redukuje to co na metce o kolejne 1000 złotych. Przy czym Liberty mimo że zamknięty w bardzo niewielkiej skrzynce, na pierwszy rzut oka, bardzo typowej (prostokątna, prosta budka), jednak czymś się na tle innych z metra ciętych wyróżnia. Mytek wie, że kupuje się także oczami, wie to dobrze (droższe konstrukcje), wie także, że „konsumencki” 192DSD, który jest może fajny dla mnie (geeka), to nie do końca to, że surowy to raczej dla kogoś, kto wyznaje zasadę nieważne jak wygląda, ważne jak gra (aż tak nie mam, estetą trochę jestem i w salonie jakiegoś potwora z drutami na wierzchu nie postawię), że obecnie nie ma racji bytu takie podejście na konsumenckim właśnie, masowym rynku… że tam trzeba się postarać. No i zrobili te wytłoczenia, ciekawie rozwiązali przy okazji problem wentylacji (forma koresponduje z techniczno-użytkowymi aspektami konstrukcji – lubię to), całość na pewno nie jest taka zwyczajna, jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać. Wyróżnia się. Wyposażenie też nieco różni się od 99% tego typu urządzeń dostępnych na rynku, bo jest więcej interfejsów (SPDIF x 2 – i to bardzo ważne dla końcowej oceny – o czym dalej), są opcjonalne patenty na zasilanie, dodatkowo to jeden z nielicznych przetworników oferujących pełne wsparcie dla jakże przeze mnie lubianego i poważanego ( ;-) ) MQA. Poza tym, że DAC to jest to także wzmacniacz słuchawkowy z 6,3 mm jackiem na froncie, obsługiwany niewielką gałą potencjometru (enkoder), bez pilota, bez ekraników (komunikacja oparta na mocno świecących wielokolorowych diodach – dla mnie zbyt nachalna, mało czytelna, trochę, na szczęście tylko trochę kojarząca się z fatalnym rozwiązaniem z Chordów aka ergonomiczna masakra). To wszystko opisywałem już dość dokładnie wcześniej (patrz linki powyżej) skupię się zatem na tym co najistotniejsze, na UX (User eXperience – przede wszystkim SQ, ale i obsługa przetwornika, możliwości, wreszcie techniczno-praktyczne mielizny MQA).

Kręcimy kompaktem? Owszem, bo granie po SPDIF wypada tu świetnie

Zapraszam…

» Czytaj dalej

Obrodziło #2: IEMy KZ ATE… pro armatury za pół-darmo

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180417_155450551_iOS

W naszym kraju praktycznie poza jednym sajtem nikt o tych słuchawkach nie pisał. A to błąd, tym bardziej, że produkt mimo braku polskiego dystrybutora jest szeroko dostępny, można zamawiać i po maksymalnie dwóch tygodniach cieszyć się czymś, co w konfrontacji z ceną wywołuje szok i niedowierzanie. Bo jak można armatury z (kiepsko moim zdaniem) ustawionym firmowo, cokolwiek basowo, ale w 100% rasowo grającymi (szczególnie po aplikacji equalizacji, korekcie na suwakach) przetwornikami, zrobione tak, że …takiej formy nie powstydziłby się produkt za 1000, a nie złotych 100, bo taka jest oficjalna KZ ATE cena (w promocji kosztują 39 złociszy z kosztami przesyłki (!)). To armatury wykonane absolutnie bez zarzutu, obudowa z dobrego jakościowo plastiku, pleciony kabel w atrakcyjnym, przezroczystym oplocie, wcale niezłe silikony, zachowujące się (tłumienie, izolacja) trochę jak przez wielu bardzo poważane gąbki Comply (wcale nie przesadzam).

Dacie wiarę? Niecałe 40 złotych polskich? Żart jakiś?
Ano nie żart, serio: Cheap-Fi (nowa kategoria… dobre granie, a niemalże darmowe)

KZ ATE

Mało? To jeszcze na dodatek balans, oznaczenia wyraźne, też kolor, pozwalające na szybką identyfikację lewo/prawo, bardzo dobry, anatomicznie dobrany kształt łezek (obudowy). No właśnie. Po aplikacji przylegają idealnie do małżowiny, w czym zasługa niemała przewodu OTE… tutaj umiejscowienie dodatkowo pomaga, bo mamy okablowanie pod wg. mnie świetnie dobranym kątem (porty) i przewód wokół uszu, dodatkowo naciągany mniej więcej na wysokości żuchwy przez małe ciężarki, naturalnie nam się układa, trzyma, nie ma efektu samodzielnego przemieszczania się, wypadania, znanego z wielu tego typu konstrukcji. Długie tubki wychodzące z łezek precyzyjnie wchodzą w ucho. Obfite, duże (w sensie długie i grube) sylikony nie tylko świetnie izolują, ale jeszcze dodatkowo, dzięki nie zwężającemu się, nie zmieniającemu średnicy kanałowi (po włożeniu do uszu) zapewniają odpowiednie warunki dla niezakłóconej transmisji dźwięku z przetworników. Wreszcie mały pilot (start, pauza) z mikrofonem… nic szczególnego, ale jest i pozwala na podstawową obsługę i odbieranie połączeń.

Te IEMy są równie wygodne, co trójdrożne Westony UM30Pro (nasz test), czy tańsze, dwudrożne, ale przecież wielokrotnie droższe od tych „chinoli” Westony UM20 (recenzja tutaj). Masakra. Wielokrotnie tańsze, a wykonane na podobnym poziomie (tak, jest nieco gorzej, ale to subtelna różnica, jak porównam z redakcyjnymi IEMami Momentum to w ogóle nie ma o czym mówić: poziom markowego producenta, bez żadnej taryfy ulgowej). A przecież Westony to w moim rankingu, do tej pory, najdoskonalsza ergonomia, bo przecież to ktoś, kto robił aparaty słuchowe – słuchawki Amerykanów zazwyczaj są pod tym względem bliskie ideałowi. Tutaj mamy „tanią chińszczyznę”, tyle tylko że ta tania chińszczyzna to bardzo wygodne armatury, z przetwornikiem, który (gdyby nie zbytnie hołdowanie dzisiejszym trendom: głośniej, bardziej dudniąco, umc, umc, umc) ma potencjał, bo jak się go odpowiednio dostroi to…

 

Bardzo stabilne, bardzo wygodne, do tego w ogóle nie rzucają się w oczy (wpasowane w małżowinę)

…to mamy słuchawki, które są lepsze od Momentum (pod każdym względem oferują lepsze, bardziej klarowne, rasowe brzmienie, potrafią dużo, znacznie więcej od Niemca), słuchawek markowych za ponad 4 stówy (teraz taniej, ale za tyle były sprzedawane na starcie). To już jest coś, a przecież to dopiero początek! Mając w pamięci takie konstrukcje jak przetestowane jw., drogie IEMy firmy Westone, przemaglowane u nas flagowe T serie od RHA, kosztujące kontener tych opisywanych „chińczyków” francuskie sześciodrożne (!), sprawdzone swego czasu na HDO wyczynowe EarSoniki S-ME6 (4,5k), czy podobnie wycenione wysoko Astell&Kern/Beyersy z Teslą w obudowie (test T8ie), Senki (wspomniane Momentum IEM, najbliższe cenowo, choć i tak wielokrotnie droższe od tytułowych), HiFiMANy (np. RE-400 w wersji B jak balans) czy FADy (choćby słuchane u nas Piano Forte 9) trudno w jakikolwiek sensowny sposób pozycjonować KZ ATE.

Tak, tak, te wszystkie Aliexpress-y, te dumpingowe ceny, czy jakieś podróby markowych produktów, te wszystkie „koraliki” rodem z Chin gdzieś tam wypływają, czasami gdzieś tam się przebijają jako ciekawostka, ale kto by tam poważnie podchodził do tego typu rzeczy. Cóż, nie trudno zrozumieć, dlaczego nikt tego specjalnie nie śledzi (w mainstreamie, bo nie w ogóle), że to przechodzi bez echa. HDO jest sobie niszą, niszy, nie mamy żadnych zobowiązań wobec kogokolwiek, nie musimy przed nikim się tłumaczyć, realizować polityki, cisnąć na SEO, na klikalność, na te wszystkie bzdety. Mogę sobie pozwolić na opisanie produktu, który w porównaniu, zestawieniu z wymienionymi powyżej, przenicowuje rynek, dezorganizuje porządek rzeczy, bo jest… za pół darmo. Wymieniłem powyżej liczne publikacje jakie ukazały się na HDO z IEMami za wiele tysięcy złotych, albo przynajmniej za kilka set, słuchawek często bardzo, bardzo dobrych brzmieniowo, nierzadko ergonomicznie bliskich ideałowi (Westone), słuchawek wartych zainteresowania. Nie bez przyczyny. Wszystko to prawda, tyle że jak się pojawia taki produkt jak tytułowe IEMy, to trudno przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego, zachować dystans. Jak odnieść to do wielokrotnie droższych produktów, kosztujących niejednokrotnie 20-30… a nawet 50 i 100 razy więcej? Ma ktoś pomysł? W sumie, ja mam…

Ten przetwornik to prawdziwa petarda jest. Szkoda, że go tak skaszaniono firmowym strojeniem, ale po korekcie, czapki z głów

Test opublikuje szybko, jako uzupełnienie niniejszego wpisu (pierwszych wrażeń), bo teraz na wynos będzie często, a jak na wynos to będą te KZ ATE. Już teraz mogę napisać tak: VOX Player (2) z przebogatymi opcjami konfiguracyjnymi (bardzo rozbudowany korektor parametryczny), albo HF Onkyo Player, albo CapTune (wszystko to z możliwością dopasowania pracy przetworników) i mamy coś za umownego tysiaka w uszach, kto nie wiedzieć czemu zaoferował nam w promocji za cztery dychy. Ostatnio dużo słucham poza domem via VOX, bo raz że można mieć najlepszy jakościowo stream (żadnych ograniczeń, mogą być DSD, mogą być albumy po 2giga… kto co lubi) z własnej, prywatnej audio-chmurki, bo (dwa) od ostatnich aktualizacjach ma się dodatkowo znakomity moduł DSP w apce (jeden z najlepiej działających, najbardziej zaawansowanych w apkach mobilnych, mobilnych odtwarzaczach softwareowych), do tego oferują mocarny moduł radia (hi-resowe rozgłośnie… polecam!) i jeszcze, jakby tego było mało, integracje streamów popularnych w rodzaju Spotify-a (playlisty… po to, to tu jest) czy SoundCloud (wiadomo, niektóre dźwięki to tylko tam szukać) i wreszcie, jak komuś po drodze, skroblowanie via Last FM. Prawdziwy kombajn do mobilnego grania! Najlepsze jest jednak to, że w przypadku takich zbyt radośnie („funowo”) grających IEMów, można dokonać w tym sofcie korekty pracy przetworników uzyskując softwareowo efekt nie odstający od SQ bardzo drogich doków. VOX czy inne, wspomniane playery będą w przypadku KZ ATE jak znalazł. Warto pożenić, dobry jakościowo stream puścić i cieszyć się dźwiękiem za śmieszne pieniądze (efektor), naprawdę śmieszne.

PS. Bardzo efektywne te wbudowane przetworniki, bardzo czułe. Na iPhone SE jesteśmy na żółtych kreskach i już jest bardzo głośno.

Trochę dodatkowych zdjęć poniżej:

Żółci bracia zadbali nawet o nasze zdrowie. Proszę ile informacji z bardzo ciekawym tabelarycznym zestawieniem „co za dużo to nie zdrowo”: ilość decybeli w jednostce czasu

Trudno tutaj coś zarzucić, szczególnie w konfrontacji z ceną trudno

Lekko dociskamy i w naturalny sposób, wygodny, wszystko się nam dopasowuje

Bardzo dyskretne, porównajcie to z AirPodsami (ekstremum), albo chociaż wymienionymi powyżej, przetestowanymi u nas dokami

Bardzo tanio a solidnie

Obiecują HiFi i w sumie, będzie, tylko EQ zagonić do pracy

Duże tuby :)

Kabel niczego sobie, atrakcyjny (wizualnie), przezroczysty oplot

Bardzo sensowne presety w VOXie

…albo parametryczny i polecam bardzo eksperymentowanie z suwakami (we wszystkich osiach!)

Efekty będą jeszcze rozbudowywane, ważne że są rzeczy niezbędne, a będzie tego więcej

AKTUALIZACJA:

» Czytaj dalej

FiiO Q1 Mark II. W sam raz na wywczas. DAC/amp na wynos

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180609_095907530_iOS

Przyjechało, od razu jak przyjechało to sobie pomyślałem: będzie coś ala Alpen (przetestowane u nas: 1 i 2) lub Kilimandżaro 2, czy raczej coś ala Olympus 2? Dwa pierwsze to zimny chłód cyfrowego cyrkielka, wszystko bardzo dokładnie wyłożone, ale z dystansem, ostro, cyfrowo właśnie. E10K, którym się zachwycałem, to zupełnie inna bajka. Tam wszystko drgało, emocje były że ho, ho, ten Olympus 2* po ciemno-ciepłej stronie mocy się sytuował ;-) i jeszcze za naprawdę małe pieniądze wołali, jak to u FiiO często, gęsto bywa. Jak będzie z Q1 mk II zatem? O tym przekonamy się niebawem, słuchać będziemy głównie mobilnie, bo forma zobowiązuje, także komp tak, ale MBA, a kieszonkowo to iPhone i – z czystej ciekawości – topowy model Nokii na Windows Phone (masakra OS, masakra), który poza świetnymi zdjęciami ma tym razem sprostać zadaniu współpracy z przetworniko-wzmacniaczem. Tak „for fun” (albo i bez, bo coś czuję, że w tym zarzuconym systemie nie będzie to w pełni wykonalne, ale zobaczymy, niby teoretycznie „da się”). Sprawdzę też tego grzdyla z iPadem w oprogramowaniu ROON, próbując uruchomić stream także na wynos (można kombinować, choć jest to narazie – właśnie – kombinowanie). Słuchawki to przede wszystkim dokanałówy KZ ATE i nausznice Sundara. To obecnie nasz referencyjny set na każdą wyjściowo otwartą okazję. Wróć. Nie do końca tak jest, bo rzecz jasna bardzo we znaki daje się otwarta natura nauszników HiFiMANa na mieście (w lesie nie masz nic przyjemniejszego, nie też nie, bo grzeje), dlatego uzupełnimy to słuchanie o zamknięte HP50 i Momentum. W balansie (jest taka opcja w tym FiiO) chwilowo nic nie ma u mnie, ale może będzie i to też sprawdzimy.

Audio piersióweczka

FiiO, jak wiemy, celuje w budżetowe rejony, zawsze kalkuluje cenę tak, żeby produkt był maksymalnie przystępny (sugerowana:499), przystępny dla szerokiego grona zainteresowanych. Chwalebne to, a jeszcze chwalebniejsze jest to, że nie odbywa się to nigdy kosztem wykonania, materiałów i wyposażenia. Zawsze jest bardzo dobrze spasowane, zawsze jest alu, zawsze jest na bogato (kable, gumki, pokrowce i co tam jeszcze). Zawsze. Warto to docenić, bo przecież jak mamy budżet to zazwyczaj jest w drugą stronę, znaczy się jest biednie. Tu nie jest. Na pudle, a nawet obudowie (niestety w formie naklejki, która wcześniej, czy później odpadnie) widnieje logo certyfikacyjne Hi-Res Audio. To taki ukłon w stronę marketingu, co oczywiste, ale też wskazówka, że ci co słuchali (z nadających znaczek) uznali, że potrafi DAC uskutecznić konwersję na tyle przekonywująco, z materiałów hajresowych, że ten znaczek można mu nadać i już. No to dali, czyli ma być wgląd dobry, rozdzielczość dobra, precyzyjne ma być, pokazujące wyższość pliku wysokobitowo-częstotliwościowego nad wariantem tylko 16/44. Wspominałem tu nie raz i będę przypominał jeszcze nie raz… nie cyferek słuchacie, a muzyki i warto na tym co najistotniejsze się skupić, a już na pewno nie należy doszukiwać się czegoś, czego nie ma (w aspekcie SQ). Oczywiście chwali się, że taki maluch dzisiaj mobilny potrafi nam przetworzyć materiały 32/384 oraz DSD 256, bo to te wyczynowe, nieliczne materiały są i samo w sobie, nie jest to nic złego, zdrożnego, niewłaściwego, że umie, ale nic to konkretnie (jeszcze) nie znaczy.

Można spożywać całą dobę, a nie tylko od 13… zaraz, coś mi się chyba pomieszało. 

Intrygujące w tym malcu przypominającym piersióweczkę jest to, że mamy tutaj także takiego miniaturowego pre-ampa. FiiO dało osobne (raz jeszcze – osobne) wejście/wyjście analogowe, co w przypadku takich konstrukcji praktycznie nie występuje w przyrodzie. Idać dalej mamy gain (działa dość niemrawo, z tego co zauważyłem) oraz podbicie basów (to działa żwawo). Ważne, że dali tam wysokomocny akumulator o pojemności jak w iPhone plus minus, bo 1800 mA, a to oznacza, że nasz telefon nie będzie dodatkowo obciążony karmieniem podpiętego, zewnętrznego akcesorium tylko, właśnie, będzie niezależnie zasilany. Ma starczyć na 20 godzin grania bez konwersji C/A i całe 10 z konwersją. DAC waży 100g, także odczuwalnie, ale też bez przesady. Dodali, wspomniane, gumki, choć ja nigdy nie byłem i nigdy nie będę zwolennikiem kanapek. Ale, jak ktoś ma ochotę, to może sobie takie coś zaaplikować, kabel micro USB – Lightning dostajemy w komplecie. Diody poinformują nas o stanie urządzenia (czy DSD, podświetlenie gałki & informacja co gra). Sam potencjometr chodzi gładko, ma tylko jedną, ale dość poważną ergonomicznie wadę. Jest minimalnie za duży, by można było położyć Q1 mk2 na blacie. Dziwne niedopatrzenie ze strony projektujących, chyba że widzieli tego malucha tylko na gumkach, tylko w kieszeni. Jeżeli tak, to „a to przepraszam” ;-) W sam raz, by zabrać go ze sobą na jakieś wczasy, podróż, do lasu, by moc wzmocnić móc i zerojedynkowo wzmóc móc.

Jest też balans (2.5mm TRRS), jest osobne 3.5 liniowe we/wy

Trochę zdjęć, porównamy na pewno do mDSD…

Gdyby coś poszło nie tak, można resetować ;-)

Małe to, kompaktowe, ale jednak gdzieś umieścić (jak na wynos) trzeba. Zawsze to minus w przypadku tego typu wynalazków, taka ich cecha.
Chyba, że o grającym penie mówmy i to takim mniejszym, jak Ważka przykładowo

Z microUSB mamy, każdy z nas zapewne ma, nieciekawe doświadczenia. Gniazdo USB-C jest lepsze, szkoda tylko, że sam standard skopali i właśnie trudno mówić o standardzie

Jak to u FiiO, wszystko jest, w pudełku jest.

* pamiętam, że podobnie dobre wrażenie było po teście Qogira

HiFiMAN Sundara… zwieńczenie pewnego etapu. Recenzja!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180130_180123085_iOS

Sundara to nowy rozdział w branży słuchawkowej. Te nauszniki uświadamiają mi jak wiele rzeczy udało się przez parę lat słuchawkowego boomu udoskonalić. To pewne zwieńczenie, pewien zamknięty etap. Aż tak? Ano aż. Podam na wstępie tylko jeden argument potwierdzający to, co powyżej. Pierwsze słuchawki, które są IDEALNIE wyważone, idealnie zaprojektowane, by nie czuć nieprzyjemnego mrowienia na czubku głowy. Ja tak mam, pewnie nie jestem osamotniony, bo wielu odczuwa tego typu dyskomfort. Wcześniej, czy później każda sesja odsłuchowa kończy się czymś z pogranicza ucisku, pieczenia, przeczulicy na czubku łepetyny. TU TEGO NIE MA. Te słuchawki są zaprojektowane bezbłędnie jeżeli chodzi o wygodę, o ergonomię, po prostu są ideałem jaki do tej pory na rynku się nie pojawił (albo na który – mimo wielu testowanych – nie natrafiłem). Wszystkie, nie wyłączając bardzo wygodnych Mr Speakers w odmianie Flow, zawsze dawały o sobie znać. Te nie. A to tak tylko pierwszy z całego magazynka ochów i achów, bo ta recenzja będzie bezwstydnie wręcz czołobitna, od razu to zapowiadam, choć ostatnie notatki udało się choć trochę pozbawić początkowego, bezgranicznego entuzjazmu i zwyczajnie… nabrałem pewnego dystansu, oceniłem co mi się mniej podoba, albo inaczej, co w tych słuchawkach za 2k nie jest AŻ na takim poziomie jak w kosztujących tysięcy 9 (teraz może nawet 8), do niedawna flagowych, LCD-kach. Tak czy siak, moi drodzy, mamy produkt, który według mnie wyznacza pewien wzorzec, stanowi punkt odniesienia. U mnie te słuchawki będą od teraz jednym z referencyjnych modeli, to w konfrontacji z nimi inni będą musieli się wykazać.

Powiem Wam coś. Będą mieli cholernie trudne zadanie. Pewnie dystans byłby dużo większy, pewnie nie byłoby tego całego entuzjazmu, gdyby te słuchawki były następcą takich HE-560 w cenniku. Gdyby były, zwyczajnie, dużo droższe, powiedzmy poziom 4 tysięcy to już byłoby mniej więcej to, a w okolicach 5-6 uznałbym, że tu ewolucja, udoskonalenie (brakowałoby tylko jakiegoś ekskluzywnego nesesera, kabla balans, dłuższego i to chyba na tyle… same słuchawki bez zmian) tego, co było. Tutaj jednak mamy do czynienia z czymś dla mnie nie do końca zrozumiałym. Sundara są lepsze od wielu modeli dużo droższych słuchawek, zarówno tych z katalogu HiFiMANa (te przeceny ostatnie to przypadek?), ale na tle tego, co oferuje konkurencja, są bezlitośnie zdetonowaną atomówką anihilującą dużą część oferty rynkowej, bo jest ta konkurencja GORSZA, a zarazem DROŻSZA. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że nie takie rzeczy świat widział, za parę dni (I hope) przekonacie się, co można zrobić, oferując za prawie darmo coś z segmentu IEMów. Jestem po pewnej rozmowie i jeżeli jest tak, jak mi opisano, to te dokanałówy, które do mnie lecą przenicują wszystko, wywrócą stolik w segmencie. Na razie wiem, że są nie tylko nieprzyzwoicie tanie, ale nieprzyzwoicie dobrze wykonane (to znaczy są wykonane jak doki za kilkaset złotych najmarniej). Dobra, mniejsza, skupmy się na Sundara.

Napisałem, że nie bardzo rozumiem, bo teraz tak…. albo po prostu mamy początek procesu znaczącego spadku cen (a przecież high-endy przebijają już od dawna sufit) w segmencie, coś co dotyka całej branży elektroniki konsumenckiej (z wyjątkami, patrz Apple), albo to taki „wypadek przy pracy”. Nie wiem. Dla mnie te słuchawki są zagadką. One grają dobrze po wyjęciu z pudełka, a po tych z górką 200 godzinach (tak, tak – sam pisałem – adaptacja, nie, nie wyparcie ;-) ) po prostu nie chcę ich zdejmować z głowy. Co nie oznacza, że wszystko  jest naj, naj, ale raz że, cholera, blisko, dwa – te słuchawki w paru sprawach na razie nie mają odpowiednika (o ergonomii wspomniałem, a to nie wszystko). Także, hmmm, jestem w kropce. Bo zazwyczaj dokładnie wiem, testując słuchawki, jak umiejscowić produkt, mając na wyciągnięcie ręki bardzo dobre, bardzo dobrze mi znane, nauszniki z kolekcji. A tutaj… jest inaczej. W cenie jaką za nie wołają, nie mają według mnie ŻADNEJ KONKURENCJI. Są bezapelacyjnie najlepsze. Wolę je od moich jakże ulubionych HD-650. Zdetronizowały w każdym aspekcie, drugie moje ulubione, HE-400. Nie stanowią tła, a …konkurenta, dla krainy szczęśliwości zwanej LCD-3. Niebywałe!

Dobra, przestrzegałem przed tym, co nastąpi poniżej, także reklamacji nie przyjmuję, za efekty uboczne nie odpowiadam:

» Czytaj dalej

Nowy DAC M2Tech Young mkIII. Strumienie, oledy… recenzja

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20171215_095030915_iOS

Absolutna nowość z Italii, nowy Young DAC mkIII ze strumieniami (via Bluetooth), do tego w pełni zbalansowana konstrukcja (idealnie pasowały nasze redakcyjne monitory studyjne EISO), z analogowym wejściem… a więc także prosty cyfrowo-analogowy przedwzmacniacz. Sprawdziłem jak gra z gramofonem via klasyka 1020 & 5120, wygrzał się solidnie z źródłami cyfrowymi… komputerem (mac/ROON), Chromecastem oraz kompaktem (nad515). Bezpośrednie strumienie sinozębne, znak czasów, to coraz częstszy widok i to bez względu na klasyfikację urządzenia. Może być budżetowe HiFi, może być i high-end. Bez różnicy.

W przypadku Younga jest oryginalnie. Po pierwsze, jak wspomniałem, to konstrukcja w pełni zbalansowana (nie pseudo, jak wiele innych klamotów, które mają XLRy tylko po to, by ewentualnie skorzystać z „grubego” kabla… a po prawdzie są to konstrukcje SE), można też podpiąć via RCA (piękne przejściówki w komplecie dali), ale jak już ktoś tak to zaprojektował to dobrze sprawdzić na torze symetrycznym „z czym to się je”. Po drugie rozbudowane menu to nowość u Włochów, coś co kojarzy mi się z Matriksami (gdzie można ustawiać wiele parametrów pracy DACa). Są filtry dla PCM, są dla DSD (aż 4!). Po trzecie mamy wejście liniowe, co automatycznie pozwala wpiąć gramofon w tor za pośrednictwem nowego Younga, a to może przynieść określone korzyści w SQ (sterowana cyfrowo drabinka rezystorowa, bardzo precyzyjna regulacja poziomu). Zastosowano enkoder (nawet co 0,5dB, można to na marginesie zmienić w ustawieniach na 1dB… przydatne!), do tego systemowy pilot (rozrasta nam się ta M2Techowa elektronika, oj rozrasta), a jakby tego mało to jeszcze DEDYKOWANA aplikacja na Androida (patrz zrzuty ekranowe) do sterowania przetwornikiem (? …strumieniowcem, przedwzmacniaczem… jaka nazwa byłaby adekwatna? No właśnie jaka?) …innymi słowy full opcja jeżeli chodzi o obsługę, także zdalną.

Czysta forma. Żadnych literek, cyferek… lubimy takie. Nazwali te nowe klamoty: ”M2Tech Rockstar Series” :)

Jest niewielki, ładniutki, od razu ujęło mnie coś, co po czwarte, wyróżnia tego klamota na tle innych – nie ma żadnych oznaczeń, żadnych nazw, znaczków, czegokolwiek na froncie… tylko czarna tafla, która skrywa OLEDowy displej. Super! Dyskrecja jest tutaj wyraźnym wyborem, wskazują na to rozbudowane opcje ustawień (praca diody, reakcja wyświetlacza z możliwością jego szybkiego wygaszania, sposób wybudzania / gotowości klamota do pracy). Innymi słowy macie coś, co może, po odpowiednim skonfigurowaniu, nie świecić, nie krzyczeć „tu jestem, o tutaj!”, po prostu czarny front z aluminiowym, grubym płatem na górze i bokach. Bardzo mi to pasuje i myślę, że wielu osobom taki projekt również przypadnie do gustu. Zrobili to dokładnie jak należy i estetyka, design (cóż, wiadomo, Włosi) stoi tutaj na bardzo wysokim poziomie. Z tyłu mamy świetnej jakości złącza, sprzęt w ogóle się nie grzeje, a nie grzeje się w ogóle, bo zasilanie mamy na zewnątrz. W komplecie jest zasilacz ścianowy (robiony na zamówienie m2Techa), można zdecydować się na upgrade w postaci firmowej elektrowni (Van Der Graaf mkII), albo jakiegoś innego rozwiązania dostępnego na rynku. Pilot, jak wspomniałem, systemowy jest, nie żaden z kosza, tylko specjalnie pod zamówienie producenta robiony, również wyróżnia się estetycznie na plus (czcionka stylizowana @ Art déco ;-)) i stanowi spore udogodnienie, w sytuacji gdy zdecydujemy się na pełne wykorzystanie możliwości jakie oferuje tytułowe urządzenie, to znaczy podepniemy wiele źródeł oraz dodatkowo będziemy mieć ochotę na sinozębne strumienie z obsługą aptX.

Sinozębny moduł jest i to taki w wariancie z obsługą kodeka aptX
(…mobilne jabłka niestety nie skorzystają, AAC nie ma, pozostaje tylko SBC, z makówy ofc leci aptX, tylko sobie w BT Explorerze wymuście)

No właśnie, na Maku jest aptX, co za niekonsekwencja Apple (typowe, antykonsumenckie zagranie jabca).
Gramy na zbalansowanym torze, cały system to jak widać Young i kolumny aktywne ESIO

Jak wspomniałem, zintegrowałem klamota z monitorami bliskiego pola nEar 05, podpinając symetrycznie, konfigurując kolumny w taki sposób, by wykorzystać do maksimum możliwości regulacji po stronie Younga. Tak to grało przede wszystkim, choć nie tylko, bo te piękne przejściówki… no szkoda byłoby ich nie wykorzystać, także przygotowałem coś specjalnego – podpiąłem M2Tech-a do toru niesymetrycznie z wzmacniaczem MiniWatt w roli końcówki, znaczy lampy też były. I nieprzypadkowo, bo w menu zaszyta jest także opcja ustawienia wyjścia DACa z dwoma nastawami (5Vrms i 10Vrms), można będzie zatem podłączyć bańkową końcówkę, bo przewidziano także taką opcję. No, super, no! Jak widać, mamy tutaj naprawdę sporo możliwości. Także na pasywnych zestawach kolumnowych zagrał, stanowiąc podstawę toru (zarówno jako pre, jak i DAC, a jeszcze strumieniowiec via BT). Fundamentem są tutaj dwie kości… programowalna Xilinx FPGA (tak, będzie można dokonać aktualizacji przetwornika w zakresie wejścia USB), czytaj kontroler USB oraz układ C/A PCM1795 (z natywną obsługą DSD). Uzupełnieniem tego duetu jest scalak odpowiedzialny za pracę enkodera (regulację) CS3318. Nawet 32 bity, nawet 384KHz, nawet DSD256 (via ASIO), nawet… ekhmmm… MQA (natywnie). Komplet.

Pilot systemowy, biorąc pod uwagę rozbudowaną funkcjonalność, niezbędna rzecz.
Do tego jeszcze dedykowana apka (DAC z apką… tak, tak, w takich czasach żyjemy, choć tutaj mamy więcej, bo jest pre, bo sporo można konfigurować). Co ciekawe apkę macie tylko (do czasu?) na Androida. Wersji na iOSa brak. Wreszcie czegoś nie ma na jabłcu, jest na Andku ;-) . Prawdziwa rzadkość! Mam na szczęście na czym sprawdzić, jakiś Android jest, co pozwoliło obadać ten sposób zawiadywania klamotem…

Na końcu recenzji, w galerii, możecie zobaczyć jak wiele ma do zaoferowania testowana nowość od M2Tech-a, ile możliwości dostajemy w urządzeniu, które nominalnie uznajemy za DACa, a przecież… no właśnie, dostajemy coś znacznie bardziej funkcjonalnie rozbudowanego. Znak czasów moi drodzy. Dzisiaj te omnibusy pozwalają budować system bez konieczności mnożenia bytów, bo nam się wiele rzeczy integruje w ramach jednego. Fajnie!

» Czytaj dalej

Reference 4… protools w służbie muzykofila ;-)

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-02-01 o 22.33.58

Pamiętacie True-Fi? Nie? Kalibrator pod słuchawki uwzględniający m.in. destruktywny upływ czasu, skutkujący degradacją słuchu u wapniaków (skala kończyła się na 60+). Poza tym kawał fajnego softu z presetami dla ponad stu modeli słuchawek. Fajna, pouczająca zabawa, ciekawe doświadczenie, ale my tu nie o tym, choć nawiązanie nieprzypadkowe, bo też soft, też kalibrujący, od tego samego developera Sonarworks, ale na zupełnie innym poziomie. Poziomie Pro. Bo Reference, moi drodzy, to coś, co oczywiście można wykorzystać do pracy zawodowej (inżynier dźwięku, studio, te sprawy), ale można też – bo czemu by nie – skorzystać z potęgi tego softu w warunkach domowych. To nie tylko kalibrator z presetami, nie tylko multum opcji ustawień, możliwości precyzyjnego (na takim poziomie robią to inżynierowie odpowiedzialni za produkt, a tu można sobie z tych opcji skorzystać) strojenia efektorów i to nie tylko tych z przygotowanymi, gotowymi konfigami. Lista obejmuje te same modele, co w True-Fi, ale jak wspomniałem, nic nie stoi na przeszkodzie, by posługując się pokrętłami, suwakami poeksperymentować z czym popadnie. Szczególnie kusząca opcja otwiera się w przypadku kolumn głośnikowych, bo software dostępny jest zasadniczo w dwóch wariantach – tylko dla słuchawek (99$) i dla kolumn & słuchawek (249$). Polecam zaznajomić się z najbardziej rozbudowanym wariantem. Mamy wersję próbną, testową z możliwością użytkowania przez 21 dni, także czasu sporo.

Reference 4 czytaj kalibrator pro

Nie tylko słuchawki

Umc, umc, umc ;-)

Narzędzie pozwala naprawdę na wiele. Poza kalibracją i to wielowariantową, bo poza presetami, mamy możliwość skorzystania z osobnego modułu pomiarowego (współpraca z mikrofonem), zmianą predefiniowanych setów, własnymi nastawami, są jeszcze gotowe tryby EQ do których dopasowujemy własną krzywą, referencyjną (jakżeby inaczej ;-) ). Jak to w protoolsach bywa jest opcja mono, jest clipping, jest osobna regulacja barwy, możliwość podbicia poziomu sygnału, a wszystko to w ładnym, przejrzystym i nieprzedobrzonym (jakże często te protoolsy są zwyczajnie nie do ogarnięcia, bo ktoś zapomniał o zaprojektowaniu dobrego UI i UX do bani) programie narzędziowym z szybkim dostępem do wyboru danego modelu słuchawek na pasku (tam też szybko konfigurujemy zasoby sprzętowe tj. przetworniki). Ciekawą rzeczą są symulacje (autokalibrator) „typowych” klamotów (słuchawek, kolumn). Rzecz jasna możliwe jest wprowadzanie dodatkowych plug-inów, symulacji, presetów. Można też wybrać parę filtrów w zaawansowanych opcjach. Dla nas jednak istotną kwestią jest możliwość bardzo głębokiej ingerencji w zachowanie podpiętego sprzętu za pomocą opisywanego narzędzia. Na drodze softwareowej możemy modelować zachowanie podpiętych słuchawek, toru głośnikowego, symulować warunki środowiskowe, stroić pod kątem paru popularnych (tak, tak jest kalibracja ala Beats Audio :-) ) metod ustawiania przetworników / głośników pod określone preferencje (te popularne, jak i arystokratyczne, kto co tam lubi ;-) ). Przednia zabawa, można w ten sposób co nieco dowiedzieć się nie tylko o pracy inżynierów dźwięku, pracy w studiu nad materiałem oraz u wytwórcy sprzętu, przy projektowaniu audioklamotów, ale skonfrontować swoje doświadczenia i wyciągnąć pewne wnioski.

Symulacja typowych, standardowych (czy to w domu, czy u audiofila, czy w studio) efektorów

Przejrzysty, prosty, zrozumiały interface

Tak, czasami zadajemy sobie pytanie, dlaczego dzisiejszy materiał, dzisiejsza muzyka brzmi w taki, a nie inny sposób, dlaczego realizatorzy podejmują takie, nie inne decyzje. To samo tyczy się wyborów dokonywanych na etapie projektowania kolumn, słuchawek, elektroniki. Uwzględnia się trendy, uwzględnia sposoby – przepraszam za określenie – konsumpcji i finalnie mamy to co mamy. Można sobie parę rzeczy, przy okazji, uświadomić. To narzędzie do pracy, tak, ale dzięki bardzo prostej, powiedziałbym wręcz zapożyczonej z konsumenckich apek, konstrukcji, nie przeładowaniu, nie przekombinowaniu, ogólnej prostocie Reference 4 może być ciekawym narzędziem w rękach muzykofila ,amatora. Bardziej jako wcale potężny konfigurator dla naszego systemu, w opcji z kolumnami, zamykającego temat, a z uwzględnieniem dodatkowego modułu pomiarowego (Reference 4 Mesure – opcjonalna instalacja) czegoś, co pozwoli nam na dokładne ustawienie toru w naszych warunkach lokalowych. Można spokojnie użyć tego z dowolnymi klamotami, nie tylko tymi z gotowymi presetami (to dla leniwców ;-) ). Patrząc na dostępną dla usera autokalibrację stukilkudziesięciu modeli słuchawek, widzę, że developer chce zachęcić do użytkowania także osoby niezwiązane zawodowo z dźwiękiem. I bardzo dobrze, bo znajdziemy tam sporo konsumenckich, popularnych modeli, takich które można spotkać „pod każdą strzechą”. Cena 99$ (same słuchawy) nie jest zaporowa*. To tylko 24$ więcej od True-Fi (dla ludu).

Na zakończenie, tytułowe rozwiązanie jest dla zainteresowanych cyzelowaniem, poszukiwaczy, dłubantów ;-) …dla kogoś kto dużo i często zmienia, wymienia, kombinuje, albo… dla bezkompromisowca, który chce te swoje klamoty najlepsze na świecie i w ogóle najlepiej grające ustawić tak, że no mucha nie siada.

Dla reszty jest świetne True-Fi.

Symulujemy

Panel konfiguracyjny nie może być chyba prostszy, a wszystko co trzeba zawiera

Pod ROONem, pod VOX Playerem, wiele programów audio skorzysta z tego toolsa

 

* za głośniki, jak wspomniano, ekstra 150…

Autonastawy dla K701 oraz HD650, są też HiFiMANy HE-400i, dla zwolenników Audeze też się coś znajdzie, na teraz 114 modeli (poniżej, w rozwinięciu, lista)

Symulacje dla kolumn oraz słuchawek

» Czytaj dalej

ROON po polsku, ROON z dużymi zmianami, ROON z MQA

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-05-03 o 13.05.35

Wielomiesięczna praca nad spolszczeniem najlepszego front-endu audio wreszcie zaowocowała. No jest. ROON po polsku jest. Niestety nie bez dość licznych jeszcze błędów („kopia matka”… to moje absolutnie ulubione i oby tak zostało :D ), nie bez oczywistych fuck-upów (czasami nie mieszczą się te nasze długie, ogonków pełne, ojczyste słowa, no nie mieszczą się w obiekcie/danym menu) i wpadek typowych, czytaj – a tu nie przetłumaczyliśmy i idzie po angielsku (btw tłumaczenia po kiju, ala Google translator, niestety tu i ówdzie się zdarzają i to trzeba jak najszybciej wyprostować!). Widać, że sporo wniósł współudział społeczności użytkowników mieszkających „nad Wisłą”, albo żyjącymi poza granicami Polski rodaków. Możemy cieszyć się ze spolszczonego interfejsu, teraz wystarczy to „tylko” dopieścić i pięknie będzie. Oczywiście raczej nie zobaczymy opisów artystów, albumów, tego całego wsadu jaki możemy w ROONie znaleźć i z którego możemy korzystać. To pozostanie po angielsku, chyba że ktoś zrobi kolejny (duży) krok. Nie liczę jednak na to, znam realia i cieszę się, że możemy mieć samo oprogramowanie w rodzimym języku, że konfigurowanie (DSP, sprzęt) może okazać się dla wielu łatwiejsze, przyjemniejsze w odbiorze. Są też tacy, którzy tak się z angielskim żargonem oswoili, że im już z .pl nie po drodze. Rozumiem i sam się niejednokrotnie na tym łapie, że wolę. Dla tych jest w ustawieniach opcja (na dole) wyboru języka i można jednym kliknięciem zmienić sobie na „jak było”. Przyjemnie, że od teraz mamy wybór i brawa za to.

Od teraz spolszczony interfejs ROONa

Dobra, spolszczenie mamy odfajkowane, a to nie są jedyne, czy wręcz najważniejsze zmiany jakie przynosi najnowsza wersja 1.5. Oj nie! Skupili się tym razem na znaczącej przebudowie dwóch kluczowych rzeczy: identyfikacji i ustawiania urządzeń grających via ROON oraz wyboru wersji utworu / albumu w powiązaniu z całą naszą bazą i bazą tidalową (a to było cholernie trudne, bo Tidal z opóźnieniem i w niepełny sposób dostarcza im dane na temat udostępnianej przez siebie muzyki). Tak, to są zmiany bardzo poważne, dotyczą nie tylko UX (ergonomia UI), ale pozwalają na jeszcze lepszą, pełniejszą integrację bibliotek oraz sprzętu z front-endem. Mamy identyfikację certyfikowanego/przetestowanego sprzętu (lista wszystkich producentów i urządzeń dostępna w hiperlinku pod nazwą klamota), możemy samodzielnie coś wyszukać, czasami to rzecz istotna w związku z unikalnymi opcjami dla danego urządzenia, czasami bardziej kwestia natury estetycznej (ikonki, opisy te sprawy). Dalej idą w uproszczenie menu konfiguracji sprzętu, rozwijamy kolejne podmenu, a na dzień dobry dostajemy dostęp do najważniejszych użytkowo rzeczy. Nie tracimy przy tym możliwości bardzo zaawansowanego, szczegółowego ustawienia klamota, ale też nie gubimy się na wstępie w dziesiątkach suwaków. Cała baza jest spójna, ciągle podlega aktualizacji i rozszerzeniom (funkcje, nowe opcje, jakie przewidział sam producent urządzenia i leci… wow!). Oczywiście porządkują nam ten cały sprzętowy galimatias programy ROON Tested i ROON Ready (certyfikacja, pełna współpraca, identyfikacja danego klamota pod ROONem). Wszystko jest identyfikowane, ale to co przejdzie (co logiczne) dodatkowo te wewnętrzne procedury u developera, w locie, w automacie, bez naszej ingerencji, konfiguruje nam się automatycznie właśnie, najlepiej, najkorzystniej nam się autokonfiguruje (współpraca producent klamota – producent oprogramowania odtwarzającego… na taką skalę TYLKO ROON).

Jak widać, nie wszędzie jeszcze jest po polsku, mimo że po polsku ;-)

Identyfikacja urządzeń

Przemyśleli to w pełni, w kompleksowy sposób i chwała im za to. Moim zdaniem nikt tej trudnej lekcji „ogarniania” komputerowego odtwarzania muzyki w optymalny, najlepszy możliwy sposób do tej pory nie odrobił, poza ROONem. Nowa wersja software to taka „kropka nad i” (w sensie stworzenia rozwiązania łączącego w harmonijną całość front-end audio z efektorami, czytaj synergii software z hardware). Teraz będą to rozbudowywać, udoskonalać, ale to co już jest, to co mamy, to unikalna sprawa. Zapamiętajcie: TESTED i READY. Jak się takie coś w opisie produktu, na pudle pojawi, to już wiecie, że DZIEJE SIĘ, DZIEJE SIĘ DOBRZE. Jak tylko za bardzo namieszamy (my sami) w ustawieniach, bo eksperymenty lubimy, to dajemy „przywróć oryginalne” i mamy optymalnie ustawionego klamota. Proste? Proste. Optymalnie przez twórcę software oraz współpracującego z nim producenta naszego sprzętu.

Wersje

Dobra, kolejna wielka rzecz to „Inne wersje”, czy po prostu „Wersje”, czyli coś czego nam w ROONie brakowało. Niby po prawej mieliśmy wyszukane rekordy z tym samym albumem ale w innym formacie, wersji etc. ale dopiero teraz jest to w pełni zintegrowane i dopieszczone. Jak wspomnieli, w ich mniemaniu, słuchamy MUZYKI, a nie PLIKÓW i ja się w pełni podpisuję pod tym. Do tej pory wszelkie duplikacje automatycznie się grupowały, teraz moi drodzy mamy wspomnianą zakładkę. A tam za pomocą ikonografiki dostajemy (wcześniej nie było to takie przejrzyste, czytelne) wszystkie wersje danego utworu, albumu jakie są dostępne w bazie ROONa. Wszystko co jest w naszych zbiorach. Nie dość tego, mamy także ikonę Tidala, która mówi nam, że poza naszymi zbiorami, jest jeszcze w streamie wersja, której nie dołączyliśmy do naszej kolekcji.  W sumie możemy mieć do 4 różnych wykonań z naszych zbiorów, lub 4 tidalowych, lub mieszankę powyższego, dotyczące jednego kawałka, czy jednego albumu (pojedynczy cover na stronie artysty w ROONie), a w zakładce „wersje” zaś będziemy mieć wylistowane nawet milion ;-) odmiennych wariantów …o ile będziemy mieli na to ochotę. Innymi słowy wszystko porządkuje nam wykonawca, mamy różne wersje i jest przejrzyście: rozszerzone, limitowane, wznowienia, remastery i co tam jeszcze do ciężkiej cholery ktoś sobie wymyślił, żeby ponownie zarobić na tym samym materiale ;-)

Z tym co powyżej powiązane są dwie sprawy, dwie kolejne nowości w ROONie: wreszcie Tidal jest bardziej, niż mniej częścią ROONa. Stwierdzili, że jak im Tidal nie jest w stanie zapewnić stałego i pełnego dostępu do potrzebnych ROON labs danych to sami zrobią. I finalnie to #@$@%@ zrobil! Się zdenerwowali, mimo że to w sumie olewka ze strony partnera, zacisnęli zęby i zaczęli samodzielnie gromadzić dane, tworząc rozwiązanie bazodanowe, które teraz od 1.5 stało się częścią ROONa. Zrobili to. Co to daje? Ano wiele daje, bo nie ma bałaganu, bo teraz informacje tidalowego streamu zawierają to samo, co mogą zawierać dane naszej, dobrze przygotowanej, uporządkowanej biblioteki. Mamy więc dane na temat tego czy jest stratne, czy bezstratnie, czy MQA i jakie, wszelkie informacje o oryginalnych parametrach pliku strumieniowanego z Tidala powinny być od teraz wyświetlane (rzecz jasna trafimy na sytuacje, gdzie takiej informacji zwrotnej nie będzie, ale będą to rzeczy uzupełniane sukcesywnie). Od teraz mamy więc dostęp do tych danych we wszystkich opcjach korzystania z biblioteki (fokus!!! yes!!!). 

Kopia Matka! YESSS!

Druga rzecz to MQA. Cóż. Wiecie jaki mam stosunek do tego wynalazku. Chłodny mam. No ale nieważne jaki mam, trzeba odnotować że MQA jest od teraz w pełni wspierane w ROONie. Pełne origami. Pierwszy i drugi stopień, pełne rozpakowanie i – na kompatybilnym sprzęcie – słuchanie w „oryginale”. A właściwie w „kopii matce” (uhuhuhuhu… i dobrze, przynajmniej można się pośmiać, taśma matka sugerowałaby coś czego tam, w tej zakładce po ang. „masters” nie ma, zresztą to angielskie słowo też nic konkretnie nie mówi, albo co gorsza błędnie sugeruje właśnie), bo tak to nam spolszczyli. Dobra mamy MQA, dość późno to wprowadzili, mimo że MQA to luby, bo przecież inżynierowie, programiści po części z Meridiana są właśnie. Zresztą mówią (doceniam), że mocno się od 2016 roku zastanawiali czy w ogóle to pełne wsparcie dać i toczyły się w zespole dyskusje „czto diełat”. Chodziło m.in. o to, by negocjacje komercyjne (tak, tak MQA TO PRZEDE WSZYSTKIM BIZNES, ZAPAMIĘTAJCIE TO DOBRZE) oraz kwestie czysto techniczne (wsparcie producentów sprzętu) z sukcesem uzgodnić, dopiąć, zrobić tak, by summa summarum wszyscy byli zadowoleni. Od siebie dodam, że pewnie warunki ze strony ludzi stojących za MQA przesądziły o długim, ciężkim porodzie tej funkcjonalności, ale to moja prywatna opinia, nie bierzcie tego w żadnej mierze, jako coś, na co mam twarde dowody.

Nie, tak się nie bawimy ;-) Spolszczenie wymaga polerki

Dobra, mniejsza, co to dla nas oznacza? Ano oznacza, że po pierwsze, w powiązaniu z pełniejszą informacją na temat tego, co w Tidalu serwują (nowością, o której przed chwilą pisałem), mamy wyświetlane w przejrzysty, czytelny sposób wersje danego materiału: jest wersja 16/44, jest wersja MQA i możemy sobie wybrać. Zabawne, że pod ROONem mamy więcej, dużo więcej info/możliwości odnośnie tidalowego streamu niż w apkach dostępowych do serwisu. Przede wszystkim wiemy, czy dany materiał występuje w wariancie nie MQA-owym (taki często wybieram, choć bez dogmatu, sprawdzam, ale często brzmi mi lepiej od origami), jakie były jego oryginalne parametry (i jakie są pliku, który strumieniujemy właśnie). Także to duży plus i w sumie unikalna sprawa. No cóż, ja tam Tidala wolę słuchać via ROON, bo jak słucham w aplikacjach dostępowych to wiele tracę (ustawienia sprzętu, DSP to raz, a dwa sama nawigacja i możliwości dotarcia do interesujących mnie nagrań… Tidal ciągle coś kombinuje i mam wrażenie, że czasami kombinuje jak koń pod górę). BARDZO WAŻNE: jako jedyny ROON pozwala obecnie połączyć MQA z korekcją w ramach wbudowanego w software DSP. Oznacza to jedno – jedna z poważnych wad, poważnych ograniczeń, które kryją się za tymi trzema literkami, przestaje być aktualna. Od teraz da się. DSP może sobie działać i MQA może się odorigamiać. Można zatem korzystać dowoli z EQ, z korekcji pomieszczenia (ważne!) oraz zaawansowanych ustawień poziomu głośności bez utraty „magii” kontenera, bez upośledzania klamota ze wsparciem dla tego rozwiązania. Wiedziałem, że jak się za to Roon labs zabierze, to zrobi to przynajmniej dobrze i się nie pomyliłem. Także to cholernie ważna sprawa, bo DSP to ogólnie rzecz biorąc przyszłość całej branży i bez tego elementu (bez tego całego morza możliwości, bo zakres tego, co można z dzisiejszymi silnikami przetwarzającymi cyfrowo sygnał, wierzcie mi, jest NIEOGRANICZONY) MQA wg. mnie zdechłoby wcześniej czy później. A tak, kto wie?

Przy okazji wypłynęła jeszcze jedna, ciekawa dla mnie informacja: nie chodzi tutaj o jakieś specjalne tryby, poprawę SQ w ramach MQA, ale o generalnie pełne wsparcie kontenera w produktach teoretycznie go supportujących. Otóż, w notce dotyczącej najnowszej wersji ROONa zamieszczono informację, że od 1.5 software wspiera protokół USB/HID (dla MQA) zapewniający pozadrajwerową komunikację w ramach uniwersalnej magistrali komputerowej. Chodzi bardziej o zapewnienie bezproblemowej identyfikacji i właściwego, bezbłędnego procesu odpakowywania, a nie kwestie związane z jakością brzmienia. Dzięki temu, że identyfikacja jest pełna (ROON – komputer i jego możliwości weryfikacji tego, co podłączono via USB do niego) inżynierowie mówią o dużo dokładniejszym, pewniejszym sposobie dogadania się takiego DACa czy streamera z ROONem. Daje to pełną identyfikacje (w prezentowanej przez oprogramowanie scieżce sygnału) o statusie, bez jakiś znaków zapytania, bez problemów, przy czym – i to jest coś, na co warto zwrócić uwagę – NIEKTÓRE urządzenia kompatybilne z MQA nie potrafią właściwie współpracować, nie potrafią identyfikować i odpowiednio dopasowywać swojej pracy, gdy MQA sobie leci. Pokazuje to być może szerzy problem, bo wielu użytkowników najnowszych produktów (w przypadku MQA mówimy generalnie o najnowszych generacjach sprzętu) ma problem z właściwym działaniem swoich klamotów w zakresie grania origami. Okazuje się, że problem leży zarówno po stronie producentów, jak i samej organizacji, która stoi za tą technologią. Przyznają certyfikat, niby testują, a potem takie kwiatki. Pozostawię to bez komentarza…

Sonos! Będzie jeszcze w długi week(end) wpis o tym co potrafi w stereo para One (dotarł) i Play:1. Oppo niestety R.I.P

Na koniec coś, z czego ucieszą się właściciele strumieniowców LINNa. Macie to. Macie pełne wsparcie waszych DSów pod ROONem. Wreszcie. To popularne, bardzo dobre, tak w ogóle pierwsze takie na rynku, plikograje co to z Internetu grały/grają. No to teraz możecie sobie poużywać w pełni, a nie tylko przez szybkę ;-)

Ledwo widoczny, ale jest… Linn, Logitech też się łapie, mimo że ze Squeezeboksami nie ma obecnie za wiele wspólnego

GALERIA z całym spolszczeniem interfejsu będzie dzisiaj w nocy wisieć, już wisi. Nawet w święta nie dają człowiekowi odsapnąć! ;-)

O ROONie możecie przeczytać w naszych wcześniejszych wpisach: opis, poradniki nt. front-endu znajdziesz pod tym linkiempod tym oraz pod tym a także tutaj i tu. I jeszcze o tu. O ROCK (Roon Optimized Core Kit) tutaj, o iPENGu w ROONie (tutaj) i Audeze pod ROONem (tu). I jeszcze tutaj (aktualizacja grudniowa ’17).

PS. Bym zapomniał! Od teraz rozgłośnie sieciowe, radio internetowe przyjmuje stream FLAC/OGG!!! Mamy te wszystkie pyszne, nowe rozgłośnie z hi-resami, jakością płyty CD na kliknięcie (i wklejenie adresu). SUPER!

» Czytaj dalej

Sonos One, Alexa i stereo para z Play:1 via SonoSequencr

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_8106

Pamiętacie moją opinię o Play:1? Głośnik Sonosa zawitał jakiś rok temu w redakcji i tak dobrze się w niej poczuł, że został. Został nie tylko z powodu sensownego pomysłu producenta na własny ekosystem, jeden z lepszych patentów na multistrefowe granie w ramach podsieci mesh (dzisiaj furorę robi WiFi mesh, które w dużej mierze niweluje problemy bezprzewodowych łącz w bardzo zanieczyszczonym elektromagnetycznie środowisku). Doceniłem niezły dźwięk (dwudrożna, zamknięta konstrukcja, oferująca przyjemne dla ucha brzmienie), integrację wielu strumieni, łatwość obsługi… i to, co było dla mnie decydującym argumentem za pozostawieniem Play:1 (i ewentualną późniejszą rozbudową multistrefowego rozwiązania w oparciu o produkty Sonosa) – kompatybilność z Roonem. To przesądziło o wyborze tego rozwiązania, bo jedynie Sonos (kategoria: strefowe głośniki bezprzewodowe) jest dzisiaj w pełni zintegrowany z tym, cenionym przeze mnie, oprogramowaniem.

Minął rok i okazało się, że decyzja o wejściu w temat była słuszna. W redakcji pojawił się nowy model – One – wyposażony w mikrofony, z całkowicie nowymi możliwościami (w zakresie mocy obliczeniowej, nie brzmieniowej, o czym dalej) bezprzewodowy głośnik wprowadzający do równania nowy sposób interakcji (wszystkiego, ze wszystkim). Tak, chodzi tutaj o głos. Nie, nie chodzi tutaj tylko o Alexę (która nie jest niczym nadzwyczajnym na razie, podobnie jak inni asystenci/asystentki głosowe), a raczej o otwarty na integrację ekosystem, potencjalnie pozwalający na użytkowanie AI od największych potentatów na rynku IT. Google Assistant ma być, Alexa już jest, a Siri… musi zmądrzeć i raczej nie widzi mi się, żeby miało to nastąpić szybko, bo zamiast progresu Apple wyraźnie odstaje i jest coraz gorzej. Siri zresztą jest hermetyczna, bo zamknięta w obrębie tego, co Jabłko oferuje, ale jw. niewielka to strata, a Sonos jako pierwszy i jedyny ma mieć w swoim multiroomie pełną obsługę AirPlay’a 2… ważne, bo popularność jabłkowego protokołu strumieniowania oznacza w praktyce możliwość uruchomienia dowolnego strumienia, czytaj pełną kompatybilność ze wszystkim. I to, mimo braku Siri, Sonos niebawem będzie oferował. Pozostaje otwarte pytanie, czy AI od konkurentów zrobi z tego pożytek? Zobaczymy. Tak czy inaczej, mogę powiedzieć po kilku tygodniach użytkowania, że interfejs głosowy raczej wcześniej, niż później, zastąpi wszystkie dotychczasowe sposoby interakcji. I nie chodzi tutaj tylko o jego oczywistą przewagę: naturalny sposób komunikacji człowiek – maszyna, chodzi o rzeczy nie mniej istotne: o szybkość, o kontekst oraz o nieograniczoną rozbudowę interakcji. Teraz to jeszcze mocno skrzypi, ale to tylko kwestia czasu. Nieodległego czasu. W przypadku Sonosa macie i mieć będziecie AI od Google oraz AI od Amazona plus elementy ekosystemu Apple. Bardziej się nie da.

O tym wszystkim obrazowo opowiem za pomocą obrazków (fotogaleria), teraz zaś skupię się na dwóch rzeczach, które są bardzo istotne w związku z tym, o czym tu na HDO od dawna piszemy, a które Sonos wprowadził, albo zaraz wprowadzi do swoich produktów. Co to za rzeczy? Zaawansowany system korekcji pomieszczenia (TruePlay) po pierwsze (o czym dalej) oraz coś, co mi się marzyło i zaraz (prawdopodobnie) się ziści… wielokanałowy, bezprzewodowy system głośnikowy z interfejsem głosowym (AI od Google & Amazona) oraz integracją WSZYSTKIEGO (Roon, AirPlay/Cast, wszystkie streamy plus najnowsze formaty audio) w ramach jednego produktu – to po drugie. Sonos właśnie zapowiedział (2) (3) na 6 czerwca wielką konferencję, gdzie pokaże produkt, który ma być odpowiedzią na to wyzwanie: bezdrutowe (a więc elastyczne, wygodne, najlepsze dla instalatora, bo nie wymagające żadnych zmian w lokalizacji) rozwiązanie wielokanałowe dla kina i audio. Marzenie w końcu się ziści? Są na to realne widoki, bo właśnie Sonos wszystko sobie spina – jest tytułowy One, jest (Play)Base, wreszcie jest nowy Play:5, a będzie… pewnie będzie nowy (Play)Bar. Proponowałbym nie marudzić zawczasu, że to „tylko” projektor dźwiękowy będzie, bo właśnie ten element zrobi za spoiwo, stworzy kompletne rozwiązanie (niewykluczające budowy systemu z rasowymi kolumnami, o czym poniżej przeczytacie). Punktem zwrotnym będzie wprowadzenie brakującego ogniwa. Tak, o HDMI tu chodzi. I to w najnowszym standardzie 2.1 (wszystkie formaty kina domowego z ultrarozdzielczością z obiektowym dźwiękiem Dolby Atmos & DTS:X na czele, kanał zwrotny audio w najnowszej odsłonie o wyczynowych parametrach plus wiele, wiele innych, kluczowych zdolności), bez ograniczeń funkcjonalnych. To wraz z oferowanym bezdrutowym systemem dystrybucji dźwięku w sieci mesh, integracji całego internetowego streamu (całego!) wreszcie wspomnianą, zaawansowaną korekcją pomieszczenia zintegrowaną ze wszystkimi oferowanymi głośnikami stworzy zupełnie nową jakość w przystępnym cenowo, konsumenckim (nie high-endowym, bo high-endowe odpowiedniki znajdziecie, ale te kosztują krocie, a i tak paru rzeczy nie oferują) systemie audio obejmującym strefy, salon (kino) oraz …i o tym też we wpisie niniejszym, patrz tytuł, będzie: klasyczne stereo.

Czym jest TruePlay? To system korekcji pracy przetworników wbudowanych w głośniki bezprzewodowe Sonosa, autorskie rozwiązanie, które nie wymaga od nas żadnych specjalnych przygotowań, żadnego biegania do sklepu po mikrofon itp zabiegów. Nie. Wystarczy nasz smartfon, wbudowane w niego mikrofony, chwilka czasu oraz postępowanie zgodnie z komunikatami wyświetlanymi przez firmową aplikację. Już na pierwszy rzut oka widać, że automat, że to nie może być tak dobre, jak zaawansowane systemy (będzie o Dirac-u na HDO, gdy tylko trafi do nas NAD T758 v.3), że to bardziej taki prosty, nieskomplikowany system pomiaru & kalibracji, o ograniczonej skuteczności działania. Nic bardziej mylnego. Powiem tak: dajcie szansę temu systemowi, szczególnie gdy połączycie w stereo parę wasze Sonosy. Gwarantuję, że będziecie szukać szczęki na podłodze, rezultat mocno Was zaskoczy. Nie to, że zawsze zadziała to dobrze. Nie. U mnie parę prób (są też nieudane, bo najpierw musi być ambient, potem trzeba pochodzić wykonując odpowiednie ruchy telefonem/mikrofonem etc) bez sukcesu, ale w końcu się udało. Najpierw w łazience (tu mono), wykafelkowanej, z co oczywiste, tragiczną i niemożliwą do poprawy tradycyjnymi metodami akustyką. Teraz jeden z Sonosów gra tak, że słuchanie muzyki w kąpieli nabiera zupełnie nowego wymiaru. Jeszcze ciekawiej dzieje się na parapecie salonu, gdzie nieprawa (Sonos nie przewiduje takiego mezaliansu, ale od czego apki firm trzecich, o  czym kapkę niżej :) ) para One & Play:1 gra sobie w najlepsze, skalibrowana w stereoparze wspomnianym TruePlay’em. Nie dość, że same z siebie, wspomniane Sonosy grają przestrzennie, z ładnie odwzorowaną stereofonią, to po korekcie, uwzględnieniu trudnych warunków (okna! Parapet! Niekorzystne umiejscowienie względem ścian etc.) w jakich oba kanały nam grają, nie bałbym się określić uzyskanego efektu mianem: spektakularny. Potęga oprogramowania (btw Sonos One dysponuje kilkadziesiąt razy wydajniejszym układem obliczeniowym w porównaniu do starszego brata Play:1), wykorzystanie dzisiejszych możliwości elektroniki użytkowej (a te są potężne, często sobie tego nie uświadamiamy) i mamy coś, co pozwala zagrać w stali, szkle, kamieniu, albo prościej i bardziej obrazowo: nawet w kiblu. Na poziomie zagrać. Dobrze.

Napisałem wcześniej, że nie wykluczam integracji naszego ukochanego, dużego stereo z Sonosem. Ona jest możliwa, już teraz. A konkretnie integracja naszych efektorów, naszych wielkich, zestawów głośnikowych, kolumn, które zjedzą te wszystkie „Pleje” na śniadanie. Ano nie inaczej, bo elementem układanki jest tutaj ZonePlayer (pytanie, czy to zaktualizują, pozostaje otwarte), urządzenia które oferują możliwość wpięcia w system tradycyjnych komponentów audio w ramach sonosowej sieci mesh. Ważne: tu wszystko, z wszystkim się dogaduje i współdziała. Także każdy taki element jest „w systemie”. Ba, można to nawet połączyć z źródłami (tradycyjnymi), z innymi komponentami audio. Samo oprogramowanie firmowe daje opcje stereo i mch, pewnie teraz jeszcze bardziej będzie to rozbudowane o różne konfiguracje, ale w sumie, powiem Wam, że nawet nie musi. Nie musi bo są dwie rzeczy, które domykają nam temat i nie są to sonosowe rzeczy, nie jest to oprogramowanie producenta bezdrutowców… nie. Mówię tutaj o Roonie (od wersji 1.3 mamy pełną obsługę multichannel i to multichannel będzie Wam działało na Sonosach, o ile sobie je tak skonfigurujecie :) ), mówię tutaj także o SonoSequencerze. To jest coś, co robi tutaj robotę, coś co daje opcję połączenia wszystkiego ze wszystkim, nawet wtedy, gdy sam Sonos nie przewidział takiej możliwości. Pełna elastyczność, pełne możliwości budowy takiego rozwiązania (wielogłośnikowego) na jakie przyjdzie nam tylko ochota. Zajebiście!

Tu Sonosy w osobnych strefach pod Roon’em

A tu już w stereoparze…

…dzięki…

Aplikacji Sonosequencr :D

Potwierdzenie… w firmowym oprogramowaniu. Lewy. Prawy. Piękne stereo, jeszcze przed kalibracją w TruePlay

Sonosequencr to niepozorna apka. Pewien Niemiec ją robi, kosztuje to, to 8.99zł, dostępne jest (niestety) tylko na iOSa (na razie?) i na pierwszy rzut oka stanowi „tylko” użyteczny dodatek. Ale to coś więcej niż dodatek, to wg. mnie konieczne uzupełnienie dla ekosystemu Sonosa, bo daje możliwości, których w firmowym oprogramowaniu nie znajdziecie. Możemy za pomocą tego softu stworzyć dowolną konfigurację głośników, połączyć każdy z każdym w stereoparze (u mnie tak właśnie gra One z P:1), stworzyć konfiguracje surround (oczywiście pewne rzeczy możliwe są tylko w wybranych produktach, pewne funkcje zadziałają np. tylko w projektorze dźwiękowym Playbar, albo w PlayBase (podstawka jest nowocześniejsza od belki, za parę tygodni to właśnie ten drugi produkt doczeka się uaktualnienia)). Dodajmy do tego makra (yes!!!) oraz przydatne sterowanie całością za pośrednictwem wygodnego widgetu (tego Sonos do tej pory nie oferuje – trochę wstyd, przyznacie) i mamy oczywiste must have dla każdego właściciela sonosowych głośników. Można stworzyć układ obejmujący stare z nowym, integrujący nowe możliwości (interfejs głosowy, czy szerzej AI) i już łączymy, tworzymy spójny system. Super. A przecież to dopiero początek. Inteligentna chałupa, te wszystkie mniej lub bardziej użyteczne rzeczy, które implementuje nam do życia AI od Googla, albo AI od Amazona. Daleki jestem od hurraoptymizmu i hurraentuzjazmu (ciągły nasłuch, pełna inwigilacja, ogólnie – brak prywatności), ale to i tak nas dopadnie, w tej czy innej formie dopadnie i warto zawczasu to zrozumieć i (ewentualnie) oswoić. Nie będę rozwodził się nad sterowaniem oświetleniem, ani zamawianiem pizzy, czy (tym bardziej) pytaniami egzystencjonalnymi… dzisiejsze AI jest głupie, choć próbuje udawać, że jest inaczej.  Tak czy inaczej może to być użyteczne (i jest użyteczne), może stanowić doskonały punkt wyjścia do dalszego uproszczenia obsługi tego, co złożone (tak mam tu na myśli AV, audio z Roonem w centrum, te sprawy), co nieraz skomplikowane… to już, albo zaraz. Teraz powiem Wam tylko tyle, że te małe białe samograje zawładnęły chałupą i choć w żaden sposób nie zastąpiły mi starego dobrego stereo (dzisiaj i tak już cyfrą pisanego) i nie jest tak, że wolę to, to od malutkich, fantastycznych i dużo lepszych brzmieniowo Topazów, czy tego co z głowy przez cały czas nie ściągam  tj. nauszników Sundara ;-) , to… jednak… zawładnęło i stanowi już nieodłączny element całego systemu audio ze wspólnym mianownikiem. Nie, nie jest to jeszcze Aleksa, Google coś tam (głupią, toporną nazwę dali, powinni to zmienić btw)… jest to, tak zgadliście, mianownikiem jest Roon. Muzyka sobie gra w stereo na Sonograjach i gra dobrze, naprawdę dobrze. W dobrej jakości. Z najlepszego front-endu. Na razie z podstawowymi komendami na głos, na razie ;-)

A tutaj, już po kalibracji pary stereo sonosowych samograjów :)

To jest przyszłość. Sonos to wie. Wielcy IT to wiedzą. Branża audio (i audio-wideo) też to już pojmuje (KEF etc.).

PS. Sonos jest tylko 16/44~48. I wiecie co? Co z tego, że hi-resy po downsamplingu, że tylko jakość CDA… nie ma to w praktyce żadnego znaczenia. Gra bardzo dobrze, hi-resy w takich produktach to „chłyt” marketingowy, a nie jakiś wielki progres jakościowy. Software taki jak Roon czy Vox robi robotę (konwersja dowolnego sygnału) i strumień z tych aplikacji brzmi po prostu dobrze.

Fotogaleria z opisem:

» Czytaj dalej

DSP w służbie audiofila? Cyfryzacja reprodukcji na nowym poziomie

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-04-14 o 16.01.18

Pamiętacie cykl moich artykułów na temat nowych wtyczek, programów z programowym DSP (no to jedziemy: słuchawkowe DSP#1 Audeze Reveal, słuchawkowe DSP#2 True-Fi, protools w służbie muzykofila Reference 4 + cały cykl o ROONie… na samym końcu linki do wszystkich publikacji o tym software, które ukazały się na HDO), pozwalających na wydobycie z naszego toru (i tego słuchawkowego i tego opartego na kolumnach) maksimum możliwości? Korekcja akustyczna niedoskonałości pomieszczenia dokonująca się wyłącznie w software? Optymalizacja pracy przetworników zaaplikowana przy współudziale producenta, inżyniera, który dany efektor zaprojektował (słuchawki, ale i… kolumny, o czym poniżej będzie)? Najnowsze produkty uwzględniające (opisane na naszym fanpage gamingowe słuchawki planarne Audeze Mobius vide link na dole) powyższe dokonania na polu zero-jedynkowym?

Sporo tego było, a będzie jeszcze więcej. Obecnie mamy do czynienia z ogromną liczbą tego typu rozwiązań, można wręcz powiedzieć, że obecnie jest to niejako temat przewodni każdej, dużej, imprezy branżowej. Zresztą… nie tylko słuchawki (nasze publikacje głównie o tym, ale nie tylko, bo o torze opartym na kolumnach też było), ale w ogóle system audio, jaki by nie był, został skutecznie zainfekowany usprawnieniami stworzonymi przez programistów. Reprodukcja staje się wypadkową linii kodu, możliwości silnika cyfrowej korekty sygnału, a najnowsze rozwiązania w tym względzie namieszały tak bardzo, że niektórzy – uwaga – poddali w wątpliwość dogmatyczną wiarę we wzorzec jakim jest czysty, niezmącony, niemodyfikowany sygnał analogowy.

Pewnie każdemu z Was mówi coś nazwisko człowieka, który przez wielu określany jest mianem „Pan Winyl”. Tak, chodzi tutaj oczywiście o Michała (Michaela) Fremera, osobę którą można określić swobodnie mianem cyfrosceptyka. Igła, krążek (tylko znajdźcie dzisiaj płytę naciętą z taśmy matki, a nie taką na bazie pliku przygotowaną), prosty mechanizm wzmacniający sygnał w przedwzmacniaczu, minimalizm, czysty analog, fizyczna „namacalna” mechanika odtwarzania, a nie jakiś tam kod, modyfikacje, komputery i bógwico. Fremer po raz pierwszy uznał (ten zatwardziały antyfan cyfry w audio), że maszynka Sweet Vinyl Sugar Cube SC-1 jest czymś, co wprowadza odtwarzanie muzyki z analogowego źródła, z gramofonu, na zupełnie inny, nowy, LEPSZY, poziom. Mówimy o komputerze sterującym korekcją sygnału z podpiętego adaptera, superzaawansowanej konstrukcji, która potrafi zoptymalizować pracę źródła, a dodatkowo wprowadzić coś, co niektórzy uznają za ingerencję w „charakter” igły… idealne, czarne, tło, bez trzasków, bez przeskakiwania bez …niedoskonałości, jaka towarzyszy odtwarzaniu płyty winylowej od jej pierwszego odtworzenia. Coś, co dla niektórych jest oczywistym składnikiem dania, co sami określają mianem – właśnie – niedoskonałości, jednocześnie jednak wzbraniając się przed wygumkowaniem wspomnianych wad.

To komputerowe pre pod igłę, chyba najbardziej bezkompromisowa konstrukcja tego typu, jaka pojawiła się na rynku. Dla audiofila (analogowca) to czysta herezja, z dogmatycznego punktu widzenia absolutny horror: konwersja bezstratna w układzie ADC (na cyfrę) sygnału z igły, następnie przekształcenie go w silniku DSP, odpowiednie dopasowanie parametrów (zegar / częstotliwość taktowania / długość słowa) reprodukcji w DACu, konwersja skutkująca wypuszczeniem po tym hokus-pokus innego, lepszego, doskonalszego sygnału analogowego dalej, do wzmacniacza i efektorów. I wiecie co? Ten facet, Fremer, stwierdził, że owszem, nadal uważa że transjenty, że tekstury bardziej mu odpowiadają w „bypassie” (sygnał nie jest w żaden sposób modyfikowany, przechodzi jak przez przeplotę w podpiętym SC-1), ale… to, co robi cyfra, silnik DSP bez dwóch zadań stanowi nową jakość i bezapelacyjnie, w ogólnym rozrachunku, wygrywa! To winyl pozbawiony wad winylowego grania, źródło (wiadomo, dla niego czarna płyta jest absolutnie najlepszym nośnikiem) doskonałe w sensie braku ograniczeń (tu bym mocno polemizował), na co pozwala rzeczony Sweet Vinyl Cube. Wygumkowanie szumu tła, trzasków, pyknięć etc. …innymi słowy gra jest warta świeczki, to co robi zasadniczą różnicę w ogólnym rozrachunku to konwersja dokonywana w domenie cyfrowej przez silnik DSP!

Dla radykała to, jak wspomniałem, rzecz nie do przeskoczenia na poziomie filozoficzno-teoretycznym. No ale, jak ktoś woli zamiast słuchania, dysputy teoretyczne i mu do ideolo nie pasuje… Dla mnie osobiście nie ma w audio żadnego, powtarzam żadnego, dogmatu. Nie ma żadnych ograniczeń (bo niby jakie miałyby być, w imię czego miałyby być?) w projektowaniu, w poprawianiu, modyfikowaniu sygnału – pod jednym warunkiem: nie może to zaprzeczać temu, co najistotniejsze… nie, nie chodzi tutaj o bezwzględną wierność (czyli?), chodzi tu o to, co muzyka z nami robi, czym w istocie jest, wywołując reakcje, których pożądamy, których szukamy, których pragniemy. Tylko to jest wg. mnie ograniczeniem. Tylko to. Btw. pamiętacie rozbudowany, dwuczęściowy test Korga DS-10R? Odtwarzaniem płyt zajmował się zaawansowany program do rejestracji AudioGate, a samo słuchanie nie było możliwe bez podpięcia kompa via USB (konwersja w locie do DSD). No właśnie, o tym mówimy, a efekt… efekt był wg. mnie, właśnie w opisanym przez Fermera zakresie, spektakularny (szczególnie, że mój płytograj to stara, ułomna z definicji, konstrukcja NADa, dziadek 5210, który uwypukla niedoskonałości nośnika i techniki jego odtwarzania).

Innymi słowy, Pan Winyl, uznał że obecne rozwiązania z zakresu cyfrowej modyfikacji sygnału są na takim poziomie zaawansowania, że dają nam więcej, niż nam zabierają. Są warte grzechu (kto by tam nie lubił grzeszyć, nie? ;-) ). Pamiętam z jakim sceptycyzmem spotkałem się, dyskutując o sekcji analogowej (w praktyce to tylko połączenie, bo ideowo to cyfra jest) w opisanych przez nas KEFach LS50 Wirelessach. Mówiłem, że to jest inaczej, że to słychać, bo tam pracuje układ ADC, bo tam silnik DSP angażuje się w cały proces „robienia” dźwięku. Mówiłem też, że trzeba to przyjąć z otwartą głową, nie dogmatycznie, a właśnie bez uprzedzeń, bo ważny jest efekt jaki można już, albo będzie można uzyskać (nie byłem jakoś szczególnie zachwycony wejściem analogowym w bezdrutowych LS-ach, co nie zmienia nic w kwestii mojego podejścia do tematu). Znakomity konwerter m2Techa EVO2 podpinany via USB i via RCA grał inaczej, i choć miałem jw. swoje preferencje, uznałem po pewnym czasie, że dygitalizacja sygnału analogowego i jego konwersja w takim efektorze (to też nie do końca adekwatna nazwa, bo przecież to kompletny system jest, jak wiemy) pozwala na dowolne kształtowanie, że to jak z publikacją w Internecie – można dowolnie modyfikować, cyzelować, że nie ma tu miejsca na „ostatecznie”, bo można kształtować to brzmienie do woli, aktualizować, dokonywać korekt w silniku i nie jest to poziom nawet bardzo rozbudowanego korektora parametrycznego, tylko coś o dużo, znacznie większych możliwościach wpływania na dźwięk, na końcowy efekt.

Powiem więcej, to o czym wspomniałem powyżej, pozwala zakładać (nawet nie przypuszczać), że takie cyfrowe do bólu rozwiązanie będzie ostatecznie LEPSZE, bo zanim sygnał ponownie analogowy trafi do zwrotnicy, do przetworników / głośników mamy wspomnianą korektę uwzględniającą pomieszczenie, precyzyjną (precyzyjniejszą) filtrację błędów, modyfikacje powstałe na bazie obliczeń dziesiątek czynników (często jednostkowych, jedynych w swoim rodzaju) tj. uwzględnienie podłoża, ustawienia względem siebie efektorów, względem słuchającego, charakterystyki wnętrza, itd, itp. Rzecz jasna nie obejdziemy się bez mikrofonu(ów), bez akcesoriów gwarantujących właściwy (precyzyjny) pomiar, bo „wsad” danych, z których pożytek zrobi komputer, które pozwolą na odpowiednie modyfikacje za pośrednictwem silnika DSP to sedno. Sedno? To idzie jeszcze dalej!

Jak stwierdzimy, że inżynierowie KEFa, Focala, Bowersa etc. za mało znają się na swoim produkcie ;-) , albo inaczej, że można z tych przetworników w środku „wycisnąć” więcej, to robimy tak: aplikujemy sobie procesor audio DEQX PreMate+ i mamy nie tylko korektę uwzględniającą pomiar pomieszczenia, kalibrację pod kątem akustyki pomieszczenia, ale ten klamot precyzyjnie(j) ustawi nam nasze pasywne przetworniki w kolumnach (pomiar timingu oraz charakterystyki częstotliwościowej). To już nie jest tylko kalibracja pod pomieszczenie, ale pod cały system (rola efektora jest – co chyba wszyscy przyznamy – pierwszoplanowa), uwzględniająca tuning pracy zespołu głośnikowego na poziomie modyfikacji jego fabrycznych możliwości, korekty… idźmy dalej… uwzględniającej konkretny egzemplarz, ten na którego się właśnie gapimy w domowym zaciszu. Czujecie to?

Wspominałem też na HDO o Dirac’u, który kompleksowo ustawia nam system, o ile mamy sprzęt z zaimplementowanym oprogramowaniem, potężnym DSP jaki tutaj zastosowano. W wersji najpełniejszej (Live) ten software pojawił się w najnowszych AVRach NADa, Arcama, a także w cyfrowych superintegrach Devialeta. Każdy oparty na procesorach, cyfrowy multiklamot potencjalnie może skorzystać z czegoś, co pozwoli na doskonałe (właśnie – nie dobre, tylko doskonałe) dopasowanie możliwości całego systemu do unikalnych warunków. Domowy odsłuch audio będzie zatem uwolniony od ograniczeń, jakie znamy i z jakimi próbowaliśmy sobie do tej pory radzić w bardziej klasyczny, tradycyjny sposób (od adaptacji pomieszczenia, poprzez wymianę sprzętu, czy jego mozolne dopasowywanie). Wydaje się, że jest to przyszłość, tym bardziej, że można jeszcze… dalej!

Najnowsze, aktywne Genelec 8341 dysponują czymś, co nazwano „room response compensation”. Kompensacja wpływu pomieszczenia dokonywania w trybie rzeczywistym (na rynku masowym podobne rzeczy, w dużo prostszym zakresie, wprowadzili producenci „smart” głośników tj. Sonos, czy ostatnio Apple) to coś, co będzie nam automatycznie dopasowywało brzmienie do zastanych warunków. Ba, pojawiają się nowe konstrukcje aktywne z wbudowanym DSP, które pozwalają na rzeczy, które …nie są możliwe w domenie analogowej! Co to oznacza w praktyce? Ano oznacza, że takie konstrukcje będą wprowadzały zupełnie nową jakość, a bardziej obrazowo: przyjdzie nam odkrywać, eksplorować nowe terytoria, niewykluczone że rewidować to, co uznaliśmy wcześniej za pewnik. Fascynujące, ale jednocześnie niepokojące (pisałem kiedyś o niedoskonałościach w muzyce, jak one są potrzebne, jak oczywiste w czymś, co stworzył ułomny człowiek!).

Patrząc na to przez pryzmat Fremera, jego bardzo kategoryczny osąd, że widzi nie tylko potrzebę, ale widzi już teraz miejsce dla DSP w konserwatywnym systemie analogowym, jednej z ostatnich (no powiedzmy, patrz dzisiejsze wydania płyt produkowane – tak wiem okropne słowo, ale to jest właśnie produkcja uwzględniająca koszta, łatwość, szybkość i bezproblemowość całego procesu- w oparciu o pliki) ostoi „dźwięk bez udziału komputera poproszę”, to jednak rewolucja jest. Znam jego opinie na temat komputerowego audio (bardzo, bardzo krytyczną), tego w jakim kierunku zmierza branża (też daleką od entuzjazmu). Tym bardziej kontrastuje to z powyższym i jest dla mnie potwierdzeniem moich spostrzeżeń, przemyśleń na temat grania z komputera, czy za pośrednictwem i przy wsparciu „komputera”. Bo bez względu na formę (tego komputera) ten staje się tak samo oczywistym i niezbędnym elementem co efektor, jakieś źródło i drut ze powerem ;-) I nie musi być, naprawdę w ogóle nie musi, komputerem w klasycznym rozumieniu tego słowa (laptop, desktop etc). Procesor jest w najnowszym wzmacniaczu, jest w kolumnie, jest w źródle, ba jest na wstępie, na początku, w usłudze, która nam tę muzykę z wielkich baz danych strumieniuje, względnie lokalnie w naszym serwerze, z naszego NASa serwuje.

To wszystko skłania do zadania paru ważnych pytań. Gdy domowe HiFi będzie w pełni zdigitalizowane i otarte na modyfikacje programowe, z opcją kształtowania brzmienia w dowolny, właściwie wolny od ograniczeń, sposób z wykorzystaniem INTELIGENTNYCH algorytmów (pełna automatyzacja procesu, z minimalnym udziałem użytkownika z założenia, oczywiście nie przekreśla to uwzględnienia możliwości ingerencji dla zaawansowanych), które mają wpływ na wszystkie składowe: materiał, sprzęt oraz pomieszczenie to jakie znaczenie i czy w ogóle jakieś znaczenie będzie miało tradycyjne podejście do tematu, uwzględniające stałe uwarunkowania: projekt oparty na pomiarach, konstrukcja o ściśle określonych parametrach pracy, całościowo niezmienna charakterystyka sprzętu (specyfikacja). To wszystko może okazać się mało istotne, pomijalne, w tym sensie, że ewolucja przeniesie „to co decyduje, to co kluczowe dla SQ” do zapisanych w pamięci półprzewodnikowej linijek kodu, a o tym co można będzie decydował procesor, oprogramowanie. Kod jako zwrotnik, warunkujący do czego dany tor jest zdolny, jakie są jego możliwości, do tego zmienne (uwzględniamy ciągły proces doskonalenia). Czy system audio będzie mógł być rzetelnie oceniany, po wyjęciu klamotów z pudełka? Czy to w ogóle będzie miało jeszcze jakikolwiek sens? Ciągłe modyfikacje, adaptacja w czasie rzeczywistym, uwzględnienie czynników środowiskowych (unikalnych, de facto bez możliwości odtworzenia nigdzie indziej). Dzisiaj oczywiście też stawiamy skrzynki w jakże różnych akustycznie lokalizacjach, wiele czynników jest unikalnych, tyle że teraz będzie można kompleksowo zaradzić wielu problemom, bo system nam się dopasuje. Przewartościuje to wiele rzeczy. Bardzo. Pisałem o tym rok temu, dwa lata temu i podtrzymuję to wszystko w pełni, co napisałem wcześniej. Nadeszła era software w torze audio.

Krytycznie o MQA tu i tam

W tym kontekście można śmiało poddawać w wątpliwość działania ludzi stojących za MQA (pomijając wady związane z DRM przepychanego tylnymi drzwiami, stratną naturę i faktyczną zbędność, nieprzydatność kolejnego, nowego formatu zapisu/dystrybucji muzyki)… jakie benefity ma przynieść nam rzekoma jakość studio mastera (już zdefiniowanie tego, czym jest ów master, może być problematyczne i może się okazać, że zniweluje nam się obiecywany zysk wynikający z obcowania z materiałem „jak chciał widzieć, pod jakim się podpisał artysta-twórca”)? DSP oznacza daleko idącą ingerencję w sygnał, właściwie stawia pod znakiem zapytania całą „wierność”, „koszerność” materiału, jakby on (przewspaniale) nie był nam zaserwowany (a nie jest, patrz linki). Tu analogia (ha!) do analogu (ha!), czytali wspomniany Fremer z komputerem podpiętym do gramofonu same się narzucają i wiele mówią o tym, jak bardzo nam się to audio dzisiaj zmienia.

Powiedzmy sobie szczerze, sytuacja w której dzięki algorytmom nasz, zawsze odmienny, zawsze unikalny system (plus równie unikalna lokalizacja) zabrzmi w najlepszy możliwy sposób, względnie pozwoli nam na kształtowanie brzmienia na poziomie wcześniej nieosiągalnym w domowym audio …to wszystko, to jest coś, co powinno wywołać u nas najmarniej palpitację serca ;-) , to coś, co faktycznie zmienia reguły gry. Całkowicie i chyba (jednak) w ostatecznej postaci (a nie wątpię że w takim kierunku, takim jak opisany powyżej to zmierza) pozwoli nam na faktyczne zniesienie ograniczeń jakie do tej pory towarzyszyły nam podczas reprodukowania muzyki w domu.

W nawiązaniu do poruszanej we wpisie tematyki, czekam na potwierdzenie możliwości przetestowania NADa T758 v.3 (Dirac, BluOS / ROON Ready), przeczytacie też coś o high-endowym klamocie all-in-one TDAI-3400 Lyngdorfa*, który zostanie za parę tygodni zaprezentowany w Monachium (High-end się zbliża), wrócimy do auralikowego Ariesa Mini, bo choć nadal w wersji beta (to już chyba z pół roku z okładem ten soft jest w wersji niedorobionej dostępny, czytaj w beta wersji) to jednak Mini wydaje się obecnie najlepszą alternatywą dla Squeezeboksa, biorąc pod uwagę możliwości (org. system auralika, ROON Ready w betach właśnie, integracja z torem via DAC plus opcja muzycznego serwera). Poza tym jeszcze w ten weekend publikacja nt. DACa …2018 roku czytaj art o Matrix Mini-i Pro 2S (wg. mnie to ideał do 3k, wzorzec z Sevres nowoczesnego, na czasie, przetwornika) a potem kolejny tłumacz i interpretator zer, jedynek na sygnał analogowy, czytaj: opisany wstępnie Mytek Liberty (zapowiedź) …bardzo gruntownie przetestowany przez nas, bardzo. O tym klamocie też niebawem recenzja będzie. Czekamy na dostarczenie podobno rewelacyjnego Bursona Conductora v.2+, na razie nie przyleciały zapowiadane rewelacje IEMowe z Chin, jest szansa na najnowszą multiskrzynkę Dune HD (jedyna taka, co daje obecnie pełną obsługę Netfliksa w 4K).

* vide Auralic Polaris, tyle że bardziej, a to bardziej to własny, autorski DSP z korekcją pomieszczenia w tym multiklamocie. Do tego integracja kina domowego (HDMI 4K), czytaj jest szansa na znakomity dźwięk na frontach bez rezygnacji z opcji multichannel (obiektowy i kwadrofonia, względnie 5.1 z DSD/SACD) zaraz po podpięciu odpowiedniego AVR/procesora/wielokanałowej końcówki, bo dali zwrotny kanał mch (HDMI) z opcją przepuszczenia sygnału dalej… no komplet.

PS. Będzie także nostalgiczny powrót do PC Audio w formie komputerowej, czytaj zestawów głośnikowych, które miały grać z komputera i robiły to z powodzeniem, a odkurzone (od lat nieużywane T20ki, niekompletny wcześniej zestaw mch) pokazały, że to co było kiedyś wcale się nie zestarzało i cholera, potrafi zaskoczyć (in plus). Wykorzystywany ostatnio podczas testów, a teraz uzupełniony (z lepszymi efektami z tyłu) DDT2200 (sub, zasilacz, sterowanie) oraz biurkowe T20, a wszystko to rzecz jasna od Creative – powspominamy sobie. T20 podpiąłem do stacjonarnej makówy, natomiast DDT2200 do ekstraktora z PS3 w roli wielokanałowego źródła w salonie i kurczę (za centrala robi Zeppelin Air, fronty to podłogowe Sapphire23) i to stare jare PC Audio daje czadu!

PPS. Będzie też na łamach o durnocie pt. audiofilskie routery ethernetowe audio (plus audiofilskie kable LAN na dokładkę… pure audiovoodoo, audiovoodoo warning!)

Nowa era w audio, czyli coś co wszystko zmienia: all-in-one Auralic Polaris

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170709_130211653_iOS

Na wyrost? Nie, nie na wyrost. Tak jak KEF-y LS50 Wireless są, w co nie wątpię, zwiastunem końca tradycyjnego toru audio i w perspektywie nastu lat będziemy mieli coś co gra (głośnik), dopasowując się jednocześnie do pomieszczenia, niknąc w nim, wtapiając się, znikając, tak Polaris jest alternatywnym uwieńczeniem rewolucji jaka dokonuje się w audio na przestrzeni ostatnich paru lat w zakresie elektroniki. Innymi słowy, albo będzie nam samo pomieszczenie grało, albo będziemy mieli zintegrowane, niewielkie, małe coś, co zajmie minimum przestrzeni, nie będzie wymagało specjalnego, wydzielonego miejsca, de facto audio „zniknie”, czyli tak jak to u designerów wnętrz od zawsze było: wygumkowane, audio nie ma… tyle, że teraz będzie grało. Zamknięcie wszystkiego w formie niewielkiego urządzenia bez ograniczeń funkcjonalnych, takiego, które gotowe jest na wyzwania przyszłości – tytułowy klamot jest właśnie czymś takim. To faktycznie „koniec drogi”, to finał, połączenie świata IT z światem audio w dojrzałej, kompletnej formie. Jest tak, nie tylko z powodu doskonałości dzisiejszych procesorów, miniaturyzacji układów, szybkich łącz sieciowych, stałego dostępu do sieci i jeszcze długo by wymieniać… powodem, dla którego według mnie możemy mówić o ostatecznej transformacji domowego systemu audio w nowe, jest OPROGRAMOWANIE. Kod jest dzisiaj wszystkim. Bez niego komputer jest bezużytecznym złomem, bez niego to nowe audio nie ma racji bytu. Już tłumaczę o co chodzi. Taki zintegrowany system tylko wtedy ma sens, gdy zarówno dostęp do treści jak i sposób jej odtwarzania oraz sama obsługa całości to algorytmy, linijki kodu, tysiące linijek kodu. Nie ma w tym nic romantycznego, prawda, ale tak to wygląda „od spodu”. Sposób w jaki trafia do klamota sygnał, transformacja, przetwarzanie tego sygnału, jego dopasowanie (korekcja pomieszczenia, zaawansowane DSP), sposób jego wzmocnienia i finalnego odtworzenia to kod, podobnie jak „warstwa użytkownika”, UI/interfejs… no, wszystko. Polaris jest kwintesencją, a jest nią, bo choć na rynku pojawiło się sporo urządzeń z własnymi rozwiązaniami, cyfrowych omnibusów, to nigdy wcześniej nie mieliśmy SYSTEMU OPERACYJNEGO AUDIO. Jak wiecie, taki system powstał, jest dostępny i tworzy niezbędną warstwę dla tego, co powyżej: transformacji domowego toru audio w coś, co nierozerwalnie łączy odtwarzanie dźwięku z IT. Patrząc zaś szerzej, na dystrybucję, na dostęp do muzyki dzisiaj (wielkie bazy danych, przetwarzanie w centrach), widzimy że to nieuchronne i zwyczajnie nie ma odwrotu od powyższego. Wielkie sieci sklepowe wycofują się ze sprzedaży kompaktów, download powoli, ale wyraźnie staje się już tylko uzupełnieniem dla streamu.

Polaris nie przypomina tradycyjnego urządzenia, więcej –  jest w opozycji do klasyki, bo mamy tutaj wszystko to, co w przypadku klasycznych systemów stanowi co najwyżej dodatek. Dodatkowo stanowi haj-endową wersję all-in-one, przy czym w odróżnieniu od budżetowych rozwiązań, które pojawiły się (oferujących coraz większą funkcjonalność, multifunkcjonalność), tutaj trzeba było uwzględnić wyższe wymagania odnośnie jakości, bo przecież to ma być wysoka półka, ma być alternatywa dla systemów za kilkadziesiąt tysięcy, ma być (i według mnie jest) zmiana filozofii budowy całego toru audio, co implikować będzie bardzo poważne przetasowania w całej branży audio. I – biorąc pod uwagę ROONa – jest takim punktem zwrotnym. To kompletne rozwiązanie, to synteza (teoretyzując: nigdy nie osiągniemy podobnego rezultatu łącząc poszczególne komponenty) całości, to coś co wg. mnie po prostu zamyka temat. Jest system operacyjny Roon labs (z firmową alternatywą w postaci Lightning OS), jest integracja wszystkich elementów na poziomie wykraczającym poza budżet, to znakomicie grające urządzenie, a do tego takie, które może i będzie grało zawsze najlepiej, bez względu na to gdzie zostanie umiejscowione. Tak, nie ma tu pomyłki, bo to co dzisiaj oferują takie programowe rozwiązania (kod!) jak Dirac Live (szczególnie w wersji pełnej) pozwala na osiągnięcie rezultatu NIEOSIĄGALNEGO w przypadku tradycyjnego audio. Wróć. Ok, można osiągnąć podobne rezultaty na drodze niezwykle kosztownego, długotrwałego procesu dopieszczania systemu, akustycznego dopasowywania pomieszczenia, uwzględnienia pierdyliarda czynników. Teraz, moi drodzy, stoimy u progu nowego – wystarczy maznąć na dotykowym ekranie i się zadzieje. Wiem, brzmi to dla tradycjonalistów koszmarnie, ale cholera… to, co działo się w studio nagraniowym, to czym dysponował inżynier dźwięku, to co robiono podczas pracy nad materiałem, to jak (w idealnych warunkach studyjnych) udawało się przygotować materiał teraz jest nie tylko na wyciągnięcie ręki (dostęp), ale jest do wyczarowania w domowych warunkach, bo  NOWY system audio może nam się dostosować do danych warunków i stworzyć nie tylko optymalne, ale finalnie DOSKONAŁE warunki odsłuchowe. Widzę to wyraźnie, opisuję na łamach (True-Fi, Reference, Dirac i inne tego typu rozwiązania…), a wspomniany audio OS pozwala na dowolne kształtowanie, integrację, dopieszczanie na drodze programowej całego toru złożonego z jednej skrzynki i efektorów.

POLARIS potrafi, bo umie, bo jest wyposażony w układy komputerowe zapewniające kompatybilność z tym, co dzisiaj kluczowe… z kodem. ROON Ready to furtka do nowego świata, bo daje nam sposobność rozszerzenia możliwości takiego klamota właściwie bez ograniczeń. Nie ma rzeczy niemożliwych. To kompletna zmiana filozofii, tego co gra w domu. Możemy wymazać cały proces poszukiwania i błądzenia, bo świetnie brzmiące urządzenie może ewoluować i będzie ewoluować wraz z rozwojem systemu operacyjnego audio, już teraz wraz z rozwojem kodu oferuje funkcjonalności, nowe możliwości, które wcześniej WYMAGAŁY ZMIANY CAŁEGO SYSTEMU. Teraz wystarczy aktualizacja. Wraz z ucyfrowieniem całego toru (aż do gniazd głośnikowych) ludzie odpowiedzialni za rozwój kodu mogą w praktyce wszystko. My, użytkownicy, możemy wszystko. Rodzi to oczywiste konsekwencje… niektórzy mówią: to zbyt skomplikowane, to nas przerasta, to wymaga (…), moim zdaniem to błędne rozumowanie. Dobre UI, dobry kod, to najprostsze, najprzystępniejsze, najłatwiejsze w obsłudze, to brak konieczności przeczytania manuala, to brak konieczności „znania się”. Z jednej strony automatyka, z drugiej przyjemne, łatwe, atrakcyjne w odbiorze interfejsy, z takim pomysłem na obsługę, by każdy mógł opanować to z marszu. Da się. To się właśnie dzieje. Doszliśmy do tego po wielu latach rozwoju systemów komputerowych, rozwoju elektroniki osobistej, sposobów interakcji z światem zero jedynkowym. AUDIO KORZYSTA Z TYCH POSTĘPÓW. Polaris, ROON, to o czym przeczytacie poniżej, soczewkują nam idealnie to branie pełnymi garściami z osiągnięć współczesnego IT. Złożoność zastępuje prostota, każdy może, za moment proces inicjowania, instalacji, ustawień będzie na tyle zautomatyzowany, że faktycznie wystarczy usiąść i nacisnąć play. I bardzo dobrze. A dla każdego „geeka”, swojsko „dłubacza” (niżej podpisany ;-) ) to nieograniczone możliwości ewolucji tego, co nam gra dokonywane nie tylko za pomocą portfela, bo coraz częściej bez udziału $ (bardzo to zmieni całą branżę, zobaczycie, BARDZO), ale wiedzy, umiejętności oraz otwartego podejścia do spraw, które do tej pory nie były dobrze rozumiane, rozpoznane. To wraz ze streamem zmienia wszystko. Nieodwracalnie.

Muzyka to miłość. Brak ograniczeń w odkrywaniu tego, co kochamy, to wystarczająco fascynująca perspektywa… nieprawdaż?

» Czytaj dalej

DAC 2018? Po prostu Matrix Mini-i Pro 2S. Po prostu

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
FullSizeRender

Testowaliśmy całą linię Mini-i na łamach (patrz: pierwsza generacjamodel bez pro i z pro drugiej generacjiwreszcie wersję AD 2015). To bardzo udane konstrukcje, z generacji na generację prezentujące coraz wyższy poziom, coraz lepiej wyposażone, o coraz większych możliwościach (progres dotyczy zarówno wyposażenia jak i SQ). Producent znalazł wg. mnie doskonałą receptę na stworzenie przystępnego cenowo (cena nigdy nie przekroczyła pułapu 3k, oscylowała w przedziale 2-3 tysięcy), kompletnie wyposażonego (bogaty standard wyposażenia, obejmujący obsługę wyczynowych formatów, wyjścia także zbalansowane, gniazda słuchawkowe, wejścia AES/EBU, czytelne wyświetlacze oraz piloty zdalnej obsługi), bardzo dobrze grającego przetwornika, centralki cyfrowej za którą inni wołaliby (i wołają) dużo, znacznie więcej. Firma przez jakiś czas eksperymentowała z kościami Analog Devices, ale ostatecznie wybrała nowoczesne, zaawansowane układy ESS i tak już zostało. Najnowsze modele w ofercie to, uznany przez nas za wzorzec DACa (2017), przetestowany w zeszłym roku model PRO (bez S), jeszcze na starej kości 9016 i bohater niniejszej publikacji… najbogatsza, wyposażona takoż w link bezprzewodowy (BT) wersja, będąca szczytową konstrukcją, zwieńczeniem całej linii Mini-i, oparta na najnowszym układzie ESS.

Matrix nie tylko zaoferował wg. mnie perfekcyjną (koszt-efekt) maszynkę przekształcającą zera i jedynki na sygnał analogowy, nie tylko udanego wmaka słuchawkowego, ale coś więcej… w przypadku 2S dostajecie wstęp do stworzenia firmowego systemu, kompletnego systemu, który w super kompaktowej formie, nie tylko z centralką cyfrową, ale solidnym przedwzmacniaczem zamyka temat. Cały system zamknięty w małych, świetnie wykonanych, metalowych obudowach, z jedną (SE) albo dwiema (XLR) dedykowanymi końcówkami mocy Mini-i AMP. Jakby tego było mało, zgodnie z najnowszymi trendami, ten maluch otrzymał także wspomniany link bezprzewodowy. I nie jest to tylko dodatek, czy taki tam, pomocniczy w stosunku do reszty wyposażenia sposób grania z tego DACa, ale najdoskonalsza implementacja sinozębnego w tego typu konstrukcjach, jaką było mi dane słuchać oraz obsługiwać w sprzęcie za parę, a nie paręnaście tysięcy złotych. Zrobili to perfekcyjnie, zrobili to tak, jak należy.

Już po wstępie widać, że laurka będzie. Będzie, bo się !@@$#% należy. Należy się tym bardziej, że Matrix po prostu robi swoje, zawsze oferując więcej (realny progres – to nie jest pudrowanie, poza zbliżoną formą, każda kolejna generacja to więcej, lepiej bez zmiany ceny na metce) i zwyczajnie należy to docenić. No to doceniamy, a konkretnie doceniamy za…

» Czytaj dalej

Retro PC Audio czar. Czyli kiedyś też grało…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180321_163006021_iOS

Miałeś Soundblastera Gold ZS i byłeś gość. Zestaw wielokanałowy od Creative to było coś. Grało się z WinAMPa, pobierało z Napstera, a płytkę ripowało dbpowerampem. Te czasy, gdy karta muzyczna i blaszak na biurku wyznaczały granice grania z pliku, gdy zewnętrzna karta dźwiękowa to był… po prostu jakiś Soundblaster, dla którego alternatywą był GUS (układy AWE, superkarty UltraSound… sam zdradziłem SB na rzecz, ale potem powróciłem, bo wypuścili Live!, z ówcześnie potężnym układem DSP EMU10). Tyle. Jak przetwornik C/A jakiegoś producenta audio to – owszem – był sobie Arcam z ich legendarnym blackboksem, w kolejnych odsłonach (numeracja kolejnych wcieleń: od 2 do… 500), ale nie miało to żadnego przełożenia na PC, bo też ten pecet w ogóle nie był brany pod uwagę jako źródło dźwięku w systemie audio. Dwa równoległe światy, nie wchodzące sobie w paradę, bo przecież komputer to biurko, to jakieś komputerowe monitorki (o nich dzisiaj w niniejszym wątku wspominkowym też będzie), albo właśnie 5.1. Fascynacja kinem domowym, wielki sukces płyty DVD – „kina” przeniesionego pod strzechy, co na marginesie objęło także świat blaszaków w opcji – budżet – czytaj po taniości w porównaniu do zestawów AV na serio. Takie to były czasy. W ogóle ta niesamowita eksplozja popularności DACów, takich jakie dzisiaj znamy, to ostatnia dekada. Zaczął (na serio) znowu Arcam ze swoim bardzo udanym pudełkiem, rDACzkiem w 2010 (patrz nasza recenzja), skrzyneczką zapoczątkowującą nowy trend i powrót przetworników cyfrowo-analogowych. USB zaczęło być ważne. Komputerowy interfejs stał się ważny. Wcześniej, w latach 90 (późne) i w pierwszej dekadzie XXI wieku nikt tam sobie głowy tym nie zawracał, bo z jednej strony kompakty były już na tyle dobre (wewnętrzne układy montowane w odtwarzaczach), że nie było potrzeby mnożenia bytów, a komputery… cóż, komputery nie służyły do słuchania muzyki, słuchania muzyki na poważnie, a jak już do czegoś służyły to jako narzędzie pracy (w studio nagraniowym, u muzyka), natomiast PC audio masowe to była jw. zazwyczaj wewnętrzna karta dźwiękowa (o rosnących możliwościach, także w interesującym nas aspekcie) i jakieś pierdziawki, względnie Porta-Pro, albo EarPodsy.

Komputer wkracza na salony. Pierwszy popularny. Pierwszy taki. Z USB, co potrafiło zagrać (TAS1020). A w tle koktajl.

Osiem lat później. T20 i już na szybko z kompa lepiej niż bez.

DDT2200 sub & jednostka centralna z ampami dla kostek

Tak skrótowo i mocno po łebkach opisałem czas, który naznaczony był pionierskimi poszukiwaniami czegoś, co jakoś będzie grało, co pozwoli z błaszaka wydobyć dźwięk. Oczywiście królowały mp-trójki, w jakości absolutnie dziś nieakceptowalnej, ale też ten komp mógł służyć i służył do kopiowania (kto wtedy nie kopiował połowy internetu via TPSA 0202122 ten albo nie był wtedy w planach, znaczy bardzo młody, albo pamięć mu szwankuje, ewentualnie wyparł, znaczy łże). A że mogło to wypaść lepiej, niż gorzej, mieliśmy nad tym kontrolę i te lepsze pliki już mogły nawet być (i były, choć mp3 miało absolutny priorytet, bo Napster, bo iPod i kolony, bo przedajfonowe komórki) to się te WAVy na płytach wypalało (się wypalało, bo dysk twardy, moi drodzy, miał wtedy np. 40GB i był drogi jak cholera, a płyta już nie była taka droga i można było sobie te kolekcje tworzyć alternatywną, dublować drogocenne org. krążki, co to mogły się porysować i-t-d i-t-p). I tak to było, a jak ktoś miał szczęście i liznął jabłco (makówki były horrendalnie drogie i tak zostało, ale nam się na tyle polepszyło, że dzisiaj są po prostu drogie) to nawet mógł parę rzeczy mieć w standardzie lepiej i bardziej móc (FireWire to raz, UAC – USB Audio w MacOS X to dwa, optyczne prawie w każdym kompie to trzy, wreszcie lepszy dźwięk ogólnie z wbudowanego vs typowy blaszak – to cztery). Były to czasy, w których słuchawki były za 2 stówy maks, a jak ktoś chciał zaszaleć to miał HD6xx albo K7xx za półtora tysia i to już był high-end słuchawkowy, wyżej to jakieś ekscentryczne dziwa na totalnym marginesie. Kolumny pod PC to był prężny segment tego i owego, w dużej mnogości, ale kolumny to jednak takie trochę na wyrost, bo zazwyczaj niewiele to umiało i dobrze, bo i tak nie można było liczyć na coś więcej (SQ z ówczesnego audio-pliku).

Z wyjątkami.

Integracja, można nagrać, słuchawki podpiąć, wszystko wyregulować ;-)

I wcale nie małymi, moi drodzy. Bo jednak te lepsze, ale też dużo droższe było, nawet w formie zewnętrznych procesorów dźwięku (mówimy o konsumenckim rynku, nie pro, żeby nie było tutaj jakiś niedomówień), nawet jakiegoś DSP realizowanego dla każdego z kanałów z osobna (yhy), nawet jakiś patentów z dźwiękiem haj-res. W latach wczesnych dwutysięcznych. Nawet. Audigy – seria od Soundblastera, który na marginesie tak zdominował rynek, że był synonimem dla – ogólnie – nazwy akcesorium pt. karta dźwiękowa, nowość Audigy dawała po raz pierwszy obsługę dźwięku 24 bitowego (choć jeszcze konwertowanego do postaci redbooka 16/44), wysoki współczynnik SNR >100dB plus opcje „tanie kino” czytaj cyfrowe optyczne, albo analogowo 5 plus 1 na wielokanałowe zestawy głośników komputerowych. Oczywiście, można było podłączyć via wzmacniacz stereo kolumny z prawdziwego zdarzenia, pożenić blaszaka z amplitunerem wielokanałowym (który zazwyczaj już sam i lepiej nam te wielokanałowe ścieżki dekodował, ale też przyjąć sygnał analogowy też umiał, bo w odróżnieniu od dzisiejszych ampli z tyłu piętrzyły się tysiące gniazd RCA, no gęsto było, im więcej tym właściciel takiego stwora lepszym samopoczuciem się odznaczał). I tak sobie graliśmy (właśnie, graliśmy, ale niekoniecznie muzykę), oglądaliśmy (kto nie oglądał szmirowatego kina klasy Z, w jakosci zbliżonej do VHSa, ten mija się z prawdą), a także od czasu do czasu słuchaliśmy. I SB był wystarczający. Szczególnie w sytuacji, gdy udało się uzbierać na to wspomniane na wstępie Gold ZS i no… Panie, Panowie, to było już naprawdę coś. Mimo, że wiatraki wyły, mimo że blue screeny waliły, mimo że empetrzy królowało wszędzie i powoli gorszy pieniądz wypierał lepszy (redbook). Bo tak, tak było (na przełomie wieków było).

Zebrało się na wspominki, a zaczynem była spadająca podczas sprzątania piwnicy, spadająca na łeb, wcale nie taka lekka skrzynka, a w niej – okazało się – było to stare PC Audio. Karta już bez sensu, bo na PCI (tak, nie tym -e, co oczywiste, tylko tym takim przedpotopowym, choć jeszcze ledwo dzisiaj występującym… w sumie mogło być jeszcze na ISA, prawda… ekheheuehue). Niestety Amigi500 wśród gratów, jakie spadły na łeb, nie było (a tam dźwięk był niczego sobie, niczego sobie jak na końcówę lat 80-tych… no to już totalna prehistoria… cztery razy 8 bit przetworniki C/A… innymi słowy mieliśmy te 16 bit na kanał ;-) ), ale wypadł SB, wypadła jakaś karta na Via Vinyl (oj tak, te nazwy bywały naprawdę przewrotne!) i do tego jeszcze efektory. Pierwsza wersja, najwcześniejsza, zestawu ikonograficznego, legendarnego (tak, trochę ubarwiam) czytaj stary jary T20 od … a jakże… Creative Labs oraz DDT2200 (bez dekodera, jak DDT3500, co to był „na wypasie” i miał jednostkę centralną i DD, efekty i co tam jeszcze miał ….samą skrzynkę dekodera od jakiegoś Włocha ściągałem hue, hue) też od CL. Jak już wypadło, to się ucieszyłem, bo jak pamiętacie poprzednie wpisy udało się odkopać dwa świetne, naprawdę znakomite, zasilacze jakie Creative dawało do swoich lepsiejszych zestawów pod komputer. Znakomite parametry, ogromne radiatory chłodzące kostki, mimo 20 lat z okładem działające jakby wyjąć je wczoraj z pudełka od nowości. Przydały się bardzo, bo X-Hi (test niebawem!), bo modyfikacja terminala pod PC Audio (znowu to X-Hi), wreszcie wykorzystanie niezgorszego suba z DDT i opcji na efekty (żeby sobie odpowiedzieć na pytanie, czy to dawne słuchanie, granie miało sens, było jakościowo akceptowalne, akceptowalne w czasach „mogę wszystko”). Już samo to uzasadniało wycieczkę w daleką jw. przeszłość i powiem Wam, że cholera, warto było odkurzyć, warto było podpiąć i sobie powspominać.

Mniam, mniam

T20 okazały się (no ale to nie jest odkrycie kopernikańskie, trudno żeby było inaczej) nie tylko lepsze od wbudowanych w imakówę głośników, ale także dały radę wszystkim usprawniaczom jakie jabłco zaserwowało ostatnim wypustom pro macbooków. A tak się wszyscy zachwycali, że taki to teraz wyraźnie lepszy dźwięk z tych, wyposażonych w bezsensownego touchbara, maków wydobywa. Otóż i co z tego, że lepszy, jak takie T20 w opcji na jacku miażdżą to rozwiązanie (też bez zdziwienia, ale pamiętam te buńczuczne zapowiedzi, te przechwałki, że teraz to ten laptop nam zagra…). Fajnie, że można sobie klasycznie, jak to w aktywnym zestawie na serio bywa, wyregulować potencjometrami barwę, że te kolumienki mimo upływu czasu się jakoś nie zestarzały. Rzecz jasna na biurku lepiej będzie i z Audioengine (A2+ patrz test), czy Devinitive Technology (świetne Incline, też u nas zrecenzowane), tam w końcu mamy cyfrowy link z kompa i wszystko się dzieje w skrzynkach, konstrukcyjnie wszystko to bardziej zaawansowane, ale… na pchlim targu te Tetki traficie za 50 złotych. I to będzie świetny upgrade „za pół darmo” waszego, wszystko jedno jakiego komputera. W opcji biurkowej rzecz jasna (nie, nie na wynos).

W przypadku DDT2200 okazało się, że wcześniej tylko na chwilę podpinany sub (już nie pamiętam z jakiej okazji, ale pewnie testowałem ampa albo jakiś zestaw gdzie to wyjście na aktywnego suba było), po prostu się marnował. Nie jestem jakimś wielbicielem niskotonowców, w przypadku muzyki – wiadomo – mamy generalnie stereo, choć u mnie ostatnio było sporo eksperymentów z wielokanałowym dźwiękiem i nie chodziło tylko o SACD (testy 105 i 205 od Oppo), ale także multichannel jaki dostał w upgrade ROON (od 1.3). Materiałów (pliki) niewiele, ale są, można trochę tego kupić, trochę tego posłuchać (także w streamie), tu właściciel wielokanałowego zestawu może od razu sprawdzić, czy w ogóle warto sobie głowę zawracać. Moim zdaniem warto, choć z zastrzeżeniem, że czy to kwadrofonia (lubimy!), czy coś więcej (tu ten sub, także  dodatkowe kanały efektowe) to jest taka ciekawa wycieczka w odmienne od stereo doznania, ale siłą rzeczy ograniczona (materiały, źródła), na marginesie taka. Ciekaw jestem, czy komuś zachce się wypromować coś wielokanałowego w audio, skutecznie wypromować, czy będzie to nadal niszowa sprawa? Wiemy, że to, co serwowane jest w plikach DSD (dff/dsf) to zazwyczaj (i jaka szkoda, że właśnie tak) tylko 2ch. A przecież właśnie wielokanałowy zapis na płycie SACD był czymś – wg. mnie – znacznie ważniejszym, istotniejszym i kluczowym dla nowego formatu (który się nie przyjął) w stosunku do płyt CDA, dużo znaczniejszym niż lepsze parametry (zasadniczo 24/88) w porównaniu do redbooka. O DVD-A w ogóle nie ma sensu wspominać, o BD-A też można raczej powiedzieć… fajnie, ćwierć, ćwierci promila. Także nie ma o czym gadać. To może te wynalazki rodem z domowego kina, te Dolby Atmosy, DTSy Xy czy Auro-3D? Dźwięk obiektowy to naprawdę coś szczególnego, w kinie robi to zasadniczą różnicę i śmiem twierdzić, że tak jak początkowe zachłyśnięcie się DD i DTS w wariancie 5.1 plus rozszerzenia, nie stanowiło przełomu, to tutaj jest inaczej. Jeszcze o tym, przy okazji testu amplitunera sieciowego NADa, wspomnę, bo jest o czym się rozwodzić. No dobrze, ale audio?

To zniknie. Będzie Sonos tu, Sonos tam, albo HomePod tu i tam, albo będzie KEF (lepiej) działający bezdrutowo i na podobnej zasadzie (bo też ze zintegrowaną AI)
Zniknie, ale na razie sobie jest i sobie gra. 

Tutaj odpowiedź może przyjść z najbardziej nieoczekiwanego, ale jak najbardziej masowego, popularnego segmentu, który skutecznie wprowadza rozwiązania z „dużego” audio i równolegle stanowi forpocztę zmian jakie zachodzą w branży (nie, nie IT, a audio). Sonos za parę dni (bezdrutowe HDMI audio!!!), Apple (na razie po dyletancku, ale jednak i pewnie z sukcesem, przynajmniej w zakresie implementacji nowego AirPlay2) wprowadzają wiele kanałów i to nie tylko z myślą o kinie. Integracja strumieni audio, integracja na poziomie protokołów z wieloma, rozbudowanymi (także o takie opcje, tj. wielokanałowe opcje) aplikacjami tworzącymi coś na kształt całościowego systemu dystrybucji, odtwarzania muzyki lokalnie (i zdalnie, choć to akurat w aspekcie multichannel kompletnie nieistotne), bezprzewodowo, z interfejsem głosowym. To ten poziom i to w „dużym” audio też jest/będzie, bo to duże będzie musiało być zaktualizowane, kompatybilne z nowym protokołem, z nowym sposobem interakcji (tak, jesteśmy skazani na interfejs głosowy, bo to wygodne, szybkie i naturalne). Tak jak sieć stała się już niemal standardem wyposażenia klamotów, tak „łączenie klocków”, tworzenie współdziałających ze sobą urządzeń audio, audio/wideo, ich integracja to domknięcie tematu. Nie mam wątpliwości, że ten proces obejmie branżę, że sprzęt do słuchania muzyki będzie finalnie – właśnie – zintegrowany. I będzie to zupełnie inny poziom, niż RS232 ;-) …nie wymagający od konsumenta wiedzy, zasobnego portfela (instalacje przestaną być „elitarne”, staną się popularne, powszechnie użytkowane), tworzenia skomplikowanego projektu. To wszystko przestanie być istotne, a spoiwem będzie AI od któregoś z gigantów IT z domieszką agregującego treści, systemowego oprogramowania (dlatego tak dużo piszę o Roonie, nie tylko z powodu „się podoba”, a właśnie dlatego – to jest przyszłość, przy czym ta przyszłość będzie obejmowała cały sprzęt audiowizyjny w domu… i poza domem).

To też jest w sumie retro. Bo 30 pin, bo pierwsze takie głośnikowe wszystkograje, tutaj jako centralny z DDT w symbiozie.

Miało być o retro, a ja już w futurologię się tu bawię (precyzyjniej to już „jutro”, żadne tam pojutrze, maksymalnie pół-dekady). Wracam zatem w końcówce do tego retro. Jak macie stare, sprawne graty to sprawdźcie sobie, czy aby nie da się ich pożytecznie wykorzystać, czy te – czasami – obiekty dawno minionych westchnień już się całkowicie zdezaktualizowały, czy wręcz przeciwnie. Guz na łbie to niewielka cena za parę wartościowych rzeczy, które z powodzeniem zastosowałem w systemie i które bardzo przydały się do teraźniejszych testów. DDT2200 (w drewienku… mhm ;-) ) był wraz z SB Audigy Gold ZS (to gold, to wiadomo, od tych szczerozłotych I/O z tyłu, na śledziu i akcentów na PCB …na bogato) całkiem niezłym patentem wydobycia czegoś więcej z poczciwego blaszaka. Wraz z napędem DVD, a potem HD-DVD (tak, byłem jednym z pierwszych jeleni którzy wtopili w porażkowy format – Toshiba E1), wreszcie wieloformatowym czytnikiem / nagrywarką BD/HD-DVD/DVD (do dzisiaj działa!) tworzył namiastkę kina, komputerowego systemu odtwarzającego dźwięki (z winampa, z oscyloskopem na wtyczce, a bo czemu by nie). I tak to sobie grało z lokalnego źródła, wcześniej przez Napstera ściągane (jeszcze była taka aplikacja, nie pomnę nazwy, co to wyszukiwała z jakiejś znacznie mniej oczywistej bazy prawdziwe perły z lamusa). To były czasy Netszkapy, iPoda (zawsze w serduszku pozostanie), empe trójki królowania. Takie to było, to PC Audio. Było to generalnie obok. Były dwa światy – w dużym pokoju, w starym mieszkaniu, stał sobie budżetowy system NADa z Mordaunt Shortami… Pylona nie było jeszcze wtedy nawet w planach, jeszcze nie kiełkował p. Jujce pomysł na paczki, bo do szkoły chodził ;-) No, tak było. Z sieci się nie strumieniowało (no przepraszam, owszem robiło się to, choćby żeby sobie posłuchać pierwszych rozgłośni w bitracie 64 (albo kto da mniej ;-) ) tylko się pobierało.  No prawie.

Nowe spotyka stare na tej starodawnej rycinie ;-) Klasyczne stereo, iPod już do mazania tylko i Duet. Strumienie. Nowość.

Spoiwem były te paczki małe, z metalowymi membranami.

Prawie, bo jak tylko trafiłem na futurystyczne skrzynki z netu grające (SlimDevices!) to już wiedziałem, że może ten komputer w salonie wtedy to jeszcze bez sensu (miałem to tak zorganizowane, że przez ścianę leciały kable audiowizyjne, znaczy się sznurki jakieś podłe… taki multiroom vel strefy z tymi DDT2200), ale przecież jest małe czarne (zaczęło się od Squeezeboksa Dueta :) ) i to już było to dzisiaj, tylko wczoraj, bardzo wczoraj. Wcześniej u znajomego były nawet dwa „klasyki”, z tym diodowym, laboratoryjnym, zielonym displejem. Ehhh. I to grało, grało naprawdę fajnie i pokazywało jak będzie świat wyglądał za dekadę z okładem. A Transporter – obiekt pożądania niespełnionego – słuchany na lampowym secie (przypominam, po wykupieniu, był to LOGITECH, czytaj komputery PC: akcesoria, myszy, klawiatury, pierdziawki i jeszcze z milion tego typu rzeczy, zwanych peryferiami) kazał zastanowić się, czy aby te komputery jednak nie staną się w przyszłości czymś absolutnie oczywistym w systemie. Każdym. No i wreszcie do dzisiaj służący Touch. Pamiętam, jakie wrażenie robił, geekowy w formie, LMS, jak ogromne możliwości dawał (mody, mody, mody). I człowiek siedział, słuchał sobie tej muzyki w pierwszych, jeszcze głównie lokalnych, strumeniach z pieca (pieca szumiącego na szczęście za ścianą) i był w sumie bardzo szczęśliwy, że w tej forpoczcie audio jutra bierze udział i poznaje z czym i jak to się je. I choć Duet lubił od czasu do czasu gubić adres IP i trzeba było wszystko rekonfigurować (zawsze z duszą na ramieniu, bo działało to niedoskonale), choć pierwsze stałe łącza z oszałamiającym 512kbps to był i tak szczyt możliwości, słuchało się tej muzyki, a może nawet bardziej poznawało i szukało się jej w Internecie sprzed fejsa, serwisów streamingowych, gdzie wszystko było nowe, pionierskie, fascynujące.

Tak było. Chlip, chlip.

Yes!

Jak retro, to retro. Dekadę temu prawie nikt nie słyszał o ściereczkach do ścierania kurzu ;-)

To już czas, gdy hi-resów granie, zaczynało być w modzie

PS. Pamiętam pierwszego CoctailAudio X10, zaraz po starcie HDO testowanego, no prawie zaraz po starcie :)

Się nagrywa

Mhm, kasety. Walkman (jeden z ostatnich modeli na rynku) i digitalizacja. Bo archiwizacja, choć oczywiście cyfra miała być lepsiejsza od jakiegoś tam analogu

Strumienie dobrej jakości, prawie dekadę temu

Sonos pokazał i trochę rozczarował. Beam nie jest dokładnie tym, czego byśmy sobie życzyli

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-06-07 o 11.28.02

Było to dość zaskakujące, bo większość spodziewała się zastępstwa dla solidnej, znaczy konkurencyjnej dla innych tego typu wynalazków, belki dźwiękowej vel projektora dźwięku vel soundbara Playbar. Beam – pokazana wczoraj na konferencji nowość – nie jest następcą, w ogóle nie jest czymś co można bezpośrednio porównywać do wspomnianego Playbara (ten, zresztą, z oferty nie znika). Zacznę do początku, od oczekiwań, a te były spore: po pierwsze integracja HDMI w sonosowym ekosystemie, ale nie taka jak zaproponowano, tylko na poziomie pt. obsłużę wszystko co jest na czasie, po drugie możliwości dźwiękowe pozwalające potraktować produkt jako alternatywę dla innych belek, a nawet klasycznych systemów z kolumnami (fronty, central… wystarczy, choć inni, tj. Yamaha, potrafią nawet więcej w tej materii), po trzecie spoiwo łączące wszystkie streamy, wszystkie skrzynki „pod jednym dachem” w zakresie odtwarzania audio (i nie tylko). Takie były, przyznaję że nieskromne, oczekiwania. Wielu takie wyrażało, wielu widziało szansę na prawdziwy przełom (bo bezdrutowo, wszystko i jeszcze ze zintegrowanym interfejsem głosowym, AI).

Małe to jest, bardzo małe, kompaktowe. Ma to swoje konsekwencje (możliwości brzmieniowe)

Udało się? Ano nie udało, albo udało ale trochę, no nie do końca. Beam jest mały, niewielki taki, nie ma możliwości brzmieniowych bara, ani base. To inna kategoria, w sumie, nowa kategoria, bo patrząc na możliwości (i może tutaj tkwi sens, zamysł producenta) nie ma odpowiednika (no ale też takie coś chcieliśmy otrzymać, tylko inaczej) na rynku i może się okazać, że mieć tego odpowiednika Beam zwyczajnie nie będzie. Czym jest? Niewielkim projektorem dźwiękowym, podkreślam NIEWIELKIM, w układzie cztery przetworniki pełnopasmowe (dwa @ froncie plus dwa z boku, do przodu zwrócone) oraz kopułka wysokotonowa, każdy jeden z w łasnym, cyfrowym wzmacniaczem (plus trzy, pasywne, radiatory basowe), z centralnym procesorem sterującym, sonosowym DSP (rozwinięcie kalibracji w oparciu o technologię TruePlay). Wszystko jest odpowiednio ekranowane (sporo anten, mikrofonów w środku). Z tyłu macie poza gniazdkiem LAN (WiFi rzecz jasna jest) wspomniane HDMI. Czyli tak, dźwiękowo, to będzie na pewno lepsze od dowolnego (no prawie, ale tak 99%) telewizora – i taki był cel twórców, że to ma konkurować z samym telewizorem właśnie – ale już nie bardzo z trzema kolumnami wielodrożnymi, nawet jeżeli mówimy o zestwie „kinowym”. HDMI dali ale jakieś takie niepełnowartościowe, bo nie w wariancie wspierającym najnowsze technologie dźwięku obiektowego (Dolby Atmos czy DTS:X? Nie, tego tu nie ma), właściwie to, to HDMI nawet nie bardzo poradzi sobie z wszystkimi formatami ze starszego Blu-ray’a (będzie konwersja, albo wybór innej, gorszej jakościowo ścieżki). Nie jest to także (ale tutaj specjalnie na to nie liczyłem, choć byli i tacy, co liczyli) przełącznik źródeł, hub, bo to HDMI jest tylko jedno. Właśnie. Jest jedno i wspiera technologię powrotnego kanału audio (HDMI ARC) oraz HDMI-CEC (znane od lat rozwiązanie, nie zawsze dobrze się sprawdzające zapewniające sterowanie telewizorem, współpracę odbiornika z Beamem). Innymi słowy odpada nam jedno ze złącz HDMI w TV, dodatkowo telewizor musi wspierać ARC. To nie jest jakiś wielki problem, bo dzisiaj prawie każdy wspiera (czasami z automatu, czasami trzeba aktywować w menu), gorzej w przypadku starych modeli, ale w takiej sytuacji skorzystamy z konwertera HDMI-TOSLink dołączanego w komplecie (praktycznie wszystkie odbiorniki HDTV mają w standardzie cyfrowe wyjście dźwięku). Ma to sens i tak to musi być zintegrowane, ale już brak HDMI 2.0 i wyżej w takim produkcie zwyczajnie… boli. Boli i to mocno boli, bo nie dalej jak w poniedziałek Apple zapowiedziało Atmosa w swojej skrzynce podtelewizyjnej. ATV 4k będzie umiało, biblioteka filmów 4k puchnie, a tu takie kompromisy. Szkoda, bo Sonos jednocześnie zrobił parę rzeczy tak, jak powinien, i jak wspomniałem, jest to sprzęt (mimo wszystko) bardzo oryginalny i nie mający odpowiednika na rynku.

No i jest to HDMI, tylko nie do końca takie, jakie byśmy chcieli widzieć w nowym Sonosie, nie do końca takie

Dlaczego jest oryginalny i nie ma odpowiednika na rynku? Ano – i tu przejdę po minusach, do plusów – integruje nam technologie konkurencyjnych firm, które w swoim ekosystemie nie akceptują alternatywy (albo ta alternatywa jest bardzo ograniczona)… to znaczy możemy mieć i będziemy mieć „pod jednym dachem” Apple, Google i Amazona. Nie, nie chodzi tutaj żeby mieć, tylko żeby INTEGROWAĆ. Przykład? Chcę sterować podstawowymi funkcjami wspomnianego ATV za pomocą AI od Amazona. Wydaję Aleksie komendę i dzieje się. To oczywiste i dla użytkownika bardzo użyteczne, ale już na poziomie „współpracy” między firmami wielkie, nie do przeskoczenia, wyzwanie. Każdy zazdrośnie strzeże swojego, obcina funkcje w produktach firm trzecich – tak to wygląda. Sonos jako jedyny nam to integruje, integruje tak, że nie musimy (w przeciwnym razie byłoby to kompletnie bez sensu) wybierać, przełączać się, tylko – właśnie – dzieje się, my korzystamy, a sprzęt nas rozumie. To postawa idei inteligentnej chałupy, automatyzacji, tego wszystkiego co jest obecnie bardzo na czasie. Co prawda nie jest jeszcze idealnie, bo po pierwsze integracja AirPlay2 będzie mieć miejsce dopiero za ponad miesiąc. Po drugie, będziemy musieli poczekać na Google Assistant – co bardzo boli nas tutaj, znaczy w Polsce boli – bo to jedyne AI z zapowiadaną obsługą języka polskiego w bieżącym roku. Także do pełni możliwości jeszcze daleka droga, ale wiadomo jak to będzie u Sonosa działać i wreszcie ma to sens. To przede wszystkim aspekt czysto użytkowy, ergonomiczny, możliwość wydawania komend i sterowania samym sprzętem oraz streamem (jaki by on nie był).

Nawet IR dali, w pewnym sensie dali. W sumie prawidłowo, dobrze jest mieć wybór, niż nie mieć go wcale

No właśnie – wszystko pod jednym dachem. Chodzi zarówno o treści jak i skrzynki strumieniujące*. Sonos słusznie uznał, że wbudowanie własnego rozwiązania (czy jakiś asystent, czy własne smartTV) nie ma uzasadnienia w obecnych czasach. Po pierwsze powielamy funkcjonalności (bo TV pewnie smart jest, a jak nie to Chromecast, albo inne ATV, albo Amazon FireTV, albo jeszcze coś innego wisi na kablu), po drugie inni zrobili to często na tyle dobrze, że niczego nie zwojujemy, wreszcie po trzecie stworzenie sensownego rozwiązania z własnym, choćby ograniczonym (do AV) AI to gigantyczne wyzwanie, któremu (na razie) nie podołało takie Apple (Siri nadal jest głupia jak but, choć nowe pomysły z WWDC mogą przynajmniej sprawić, że będzie użyteczna, choć nadal w zakresie inteligencji pozostanie głupia jak but). Ludzie z Sonosa uznali, że nie ma się co kopać z koniem, tylko skupić się na tym co robią dobrze (własny ekosystem, sieć mesh, oprogramowanie agregujące treści i integrujące wspomniane AI, współpracujące z innymi rozwiązaniami softwareowymi… kłania się np. Roon (nasz tekst nt. temat tutaj)). To słuszna droga wg. mnie, gwarantująca dobre rezultaty, a nie porywanie się z motyką na słońce (co zawsze kończy się spektakularną klęską vide Microsoft i telefony… co za porażka!). Mamy nie tylko to, co wprowadzone na zasadach partnerskiej współpracy, w samym oprogramowaniu firmowym. Nie, mamy właśnie wszystko, czy precyzyjnie będziemy mieć wszystko, bo Sonos(y) dogadają nam się i odtworzą dowolne materiały dzięki implementacji AirPlay2, CAST (z chwilą wprowadzenia asystenta Google). To będzie przełom, bo castowanie z jednej, stream w ramach airplay z drugiej gwarantują, że absolutnie każdy materiał multimedialny z sieci nam się tutaj odtworzy, wygodnie odtworzy, z możliwościami jakie oferuje sam Sonos. Wspominałem ostatnio o źródłach multichannel. To też będzie można w opcji wielokanałowej grać. Pytanie, czy HDMI obsłuży nam (a dokładnie układy audio w Beam-ie obsłużą nam) SACD (z płyty np via PS3), czy DSD?

Minimalizm formy. Popieram. Minimalizm treści (możliwości dźwiękowe) już nie. Nie popieram. Jest 3.0 (L/P i C), ale…

Będziemy zatem mogli wykorzystać Beama w roli kolejnego, strefowego głośnika, będziemy mogli także stworzyć wielokanałowy system z dwoma One (patrz nasza opinia) czy Play:1 (nasze trzy grosze) oraz firmowym subem… niestety tylko w opcji DD, DTS (tu też nie mam pewności jak to będzie wyglądało finalnie).  To ograniczenie, a tak chciałoby się mieć pierwszy, bezdrutowy system głośnikowy w kinie domowym z najnowszym HDMI na dokładkę… chciałoby się i niestety nic się tu nie zmieni i to właśnie jest powodem dla którego Sonos mnie rozczarował. Rozumiem argumenty, choćby biznesowe – ma to konkurować z inteligentnymi głośnikami konkurencji i cenowo konkuruje, bo więcej dostajemy za niewiele większe pieniądze (np. HomePod to 349$, a Beam to 399$ – w Polsce niestety aż 1899zł). Jak na Sonosa, to nie jest wygórowana cena, ale też co dostajemy w zamian? No nie dostajemy odpowiednika bara, ten jest pod względem brzmienia dużo lepszy. Owszem, Sonos postanowił bardzo mocno przysiąść nad optymalizacją pracy przetworników, szczególnie w zakresie dialogów. Mają być superczytelne i ma to nas zachwycić, ale hmmmm…. to jest bardzo mały, bardzo – choćby fizycznie właśnie – ograniczony (możliwościami dźwiękowymi) produkt, także cudów nie ma. Wspominają też coś o bardzo przekonywującej przestrzenności – ok, jeżeli Beam zagra przestrzenniej od Zeppelina Air to przyznam, że zrobili tutaj naprawdę dużo, tyle że szczerze wątpię. Na pewno świetne jest to integrowanie pod jednym dachem, świetne jest to, że mamy streamy wszelkie, że wymienione skrzynki od gigantów IT będą nam ładnie z systemem Sonosa współdziałały. To plusy, ale jak widzicie widzę też szereg poważnych minusów. Nie tak miało być. Nie tak. Szkoda. Przedstawiciele Sonosa coś tam mówili, że na obiektowy to za wcześnie, że Atmos to jeszcze nie teraz (w domu). Może mają racę, nie potrafię tego ocenić, może biznesowo lepiej jest dać coś prostszego, mniej zaawansowanego, nie wspierającego  najnowszych technologii w AV. Może. Tyle, że pierwszy zestaw kinowy (belka plus sub), a także dock pokazały, że Sonos czuje temat, że potrafi, że to może być w kolejnych, doskonalszych produktach, spełnienie marzenia o bezprzewodowym (prawdziwie) i supernowoczesnym (te streamy, te głosowe sterowanie, te AI) systemie, gotowym nie tylko sprostać najnowszym wymaganiom kina z kanapy, ale także fajnie zabrzmieć (choćby w tle), gdy nie obraz, a tylko dźwięk chodzi nam po głowie. Tutaj właśnie jest największe moje rozczarowanie. To nie jest tego typu produkt. To coś z innej beczki. Przystępniejszy (cenowo), zastępujący niedoskonałe głośniki w TV (teraz, albo gra cały ekran vide Sony, albo trzeba i tak spk wyrzucać gdzieś, bo displeje są tak cienkie, tak cieniusie, że nie ma szans zmieść dźwięk w czymś takim… no chyba że niekonwencjonalnie, ale wtedy zazwyczaj kompromisowo, mocno), przydatny dla wielu element sonosowego ekosystemu i dodatkowo (ważne) alternatywa dla innych głośników z AI (które ani dźwiękowo, ani w zakresie integracji nie mogą się obecnie z Sonosem równać – myślę tu o całym, właśnie, ekosystemie).

Biały tradycyjnie

…i czarny, też tradycyjnie

Dla niektórych plusem będzie ograniczona przestrzeń jaką będzie okupować Beam. Zmieści się praktycznie wszędzie, gdzie jest choć trochę miejsca pod TV

To kto zrobi to, jak należy? Zaprezentuje obiektowy bez druta, na miarę naszych oczekiwań? Hmmm?

PS. Sterujemy głosowo, wiadomo, albo za pomocą dotykowego czegoś, też wiadomo. Zaskakujące jest to, że dali czujkę IR, z tego co widzę. Ukłon w stronę tradycjonalistów?

* a dalej rozwiązania sterujące inteligentną chałupą, to co obecnie oferuje rynek w tym zakresie (via Google Assistant/Aleksa… raczej nie Siri, a przynajmniej nie tak prosto jak w przypadku wcześniej wymienionych, w ograniczony, podstawowy sposób – wiadomo: Apple)

Zamknięte LCD-2. Po prostu. Nowe planary na horyzoncie²

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
LCD-2C-ClosedBack_Banner_0

Lecimy dalej z nowościami. To na 100 nałożymy na łeb i zdamy relację co i jak. Nie może być inaczej. Audeze w końcu wypuścił zamknięte ortodynamiki i – prawidłowo – wybór padł na popularny, przystępny cenowo, model LCD-2. Od teraz także w wersji closed. Powiem tak… po zeszłorocznym megateście (przypomnijmy, w szranki stanęły: HE-1000, MrSpeakers Ether Flow, Ether Flow C… właśnie, jak closed, dodatkowo jako pkt odniesienia LCD-3) mam jeszcze nie ugruntowaną (bo za mała próba badawcza, mało tych zamkniętych po prostu, to jednak rzadkość w planarach) opinię nt. co to daje. W przypadku wspomnianych MrSpeakers w wersji zamkniętej, było… nie bójmy się tego stwierdzenia, było LEPIEJ. Mimo, że coś tam nam uciekało (w kontekście przestrzenności, napowietrzenia) to lepszy fokus, bardziej intensywne, mocniej poruszające granie było w wersji C. Tak to mieliśmy właśnie w przypadku tych zamkniętych, a jeszcze dodajmy do tego ergonomiczno-użytkowe zalety pod postacią nie narzucania wszystkim obecnym wokół naszych upodobań do umcyumcy ;-) czytaj, cisza na zewnątrz, komfort dla postronnych, wreszcie… co też jest cholernie ważne, znacznie bardziej sensowna opcja na wynos. A, że, na wynos to dzisiaj mus, coraz częściej producenci słuchawek nam to tutaj, że tak powiem, narzucają, dostosowując – czasami na siłę – to co w katalogu siedzi do mobile to te zamknięcie konstrukcji jest tym bardziej ważne.

Jakie te nowe LCD-2 będą? Czy zmieni się mocno charakterystyka? Czy dźwięk przejdzie znaczącą metamorfozę. Testowaliśmy LCD-2, świetne słuchawki, które niejako były zaczynem dla ostatecznej decyzji, finału poszukiwań jakiegoś topowego modelu do redakcji. Nie było by trójek, gdyby nie dwójki. Tak powiem. Zamknięcie w muszli może całkowicie zmienić sygnaturę i wszystko jedno czy chodzi o planary, czy o dynamiczne słuchawki. Przykładem takiej zmiany niech będą dynamiczne 800-ki Sennheisera, które w wersji niedawno wprowadzonej, zamkniętej, są moim skromnym zdaniem zupełnie innymi nausznikami od dobrze rozpoznanego modelu otwartego. Także, ciekawe co też tutaj wyjdzie, czy będzie mocno inaczej, czy słuchawki będą podobnie jak MrSpeakers C odznaczały się LEPSZYMI od otwartych walorami brzmieniowymi? Cholernie ciekawe i już nie mogę się doczekać.

Konstrukcyjnie nawiązują do najnowszego modelu dwójek, są wygodniejsze, są bardziej kompaktowe. Tak być musi, bo Audeze widzi w nich coś nie tylko do chałupy, ale także (?) na świeże powietrze, na wynos. Ergonomia musi być tu zatem ściśle dopasowana do nowych okoliczności. Kto będzie z klasycznymi LCD-2 czy 3, gdzieś się szwendał, no kto? Chyba tylko jakiś waryjat. Nowość ma się tu sprawdzić nie tyle lepiej, co w ogóle ma się sprawdzić, bo poprzednie generacje LCDków były do słuchania wyłącznie pod dachem. Słuchawki zmieniły stylistykę na taką, że nie tylko w domowym zaciszu. To ważne w kontekście tego na zewnątrz, bo „trochę” głupio paradować z czymś, co przypomina legendarne tysięczniki AKG ;-) W przypadku zamkniętych LCD-2 raczej (?) nie będzie dysonansu. Z jednym ale, poważnym ALE… te słuchawki, z tego co widać po pierwszych impresjach testujących tu i ówdzie, są DUŻE. Mamy na głowie wielkie, naprawdę wielkie muszle. Dla niektórych może to być rzecz nie do przeskoczenia (w kontekście użytkowania mobilnego). Cóż, idąc dalej, ergonomicznie na plus te dopasowane anatomicznie pady, sam pałąk też nie powinien sprawiać problemów, jak już się nałoży i dopasuje, choć system mocowania oraz regulacji… tak, to klasyka Audeze, a ta klasyka od biedy sprawdza się w zaciszu domowym, a na zewnątrz… na zewnątrz może być różnie.

Intrygujące, że producent ani się nie zająknął na temat wagi, nie ma info na temat ciężaru tytułowych słuchawek na stronie. Także pierwsi opisujący nie pisnęli ani słowa ile to waży. Jest jednak pewien trop. Ktoś już zrobił porównanie (otwartych z zamkniętymi) i wyszło mu że specyfikacja jest niemal identyczna, to może ciężar też jest zbliżony? To akurat byłoby nie najlepiej, bo LCD-eki to waga ciężka od zawsze i choć wyważenie, ergonomiczne pady i zamkniętość będą ładnie współgrały ze słuchaniem na zewnątrz, to wielkość i ewentualnie ciężar już nie-bardzo. Poszperam jeszcze i jak znajdę jakieś miarodajne źródło podające dokładnie ten parametr nie omieszkam. Patrząc na zdjęcia z linku, widzę, że pady są mniejsze (w sensie średnicy), są wykonane z tworzywa sztucznego (a nie drewienko, tu różnica powinna być naprawdę spora na korzyść modelu zamkniętego odnośnie wagi), także porty wejściowe dla okablowania są znacznie bardziej kompaktowe, choć nadal duże, XLR-owe. Wyposażenie jakie otrzymujemy niestety jest uboższe w stosunku do wersji otwartej. A przynajmniej w stosunku do wcześniejszych generacji. Nie ma przykładowo żadnego nosidła, kabel wygląda dość konkretnie, choć można mieć wątpliwości co do jego użyteczności w mobile. A może – właśnie – to mobilnie to jednak nie, te zamknięcie to głównie po to, by dać nam wybór innej charakterystyki brzmieniowej, odseparować nas od otoczenia? Cóż, to trzeba będzie samodzielnie zbadać. Firma promuje przy okazji swoją wtyczkę REVEAL, o której pisaliśmy na HDO, pozwalającą na dopasowanie brzmienia, bedącą silnikiem DSP, który z powodziem można zastosować także w innych, niekoniecznie audezeowych słuchawkach. Ciekawe, że reklamują to w kontekście pro-toolsowym tylko, a jak pisałem, da się to swobodnie pożenić z oprogramowaniem do odtwarzania muzyki, ten plug-in zintegrował m.in. Roon, w swoim software.

Audeze wyceniło nowość na 899$. Myślę, że w Polsce możemy spodziewać się ceny z przedziału 4000-5000 złotych. Jak będą na tapecie, poinformujemy i porównamy (siłą rzeczy z trójką, zapewne, ale to w sumie nie szkodzi, będzie można także w takim porównaniu wypunktować różnice między otwarte a zamknięte).

Specyfikacja (tym razem po ang.)
 
Style Over-ear, closed-back
Transducer type Planar magnetic
Magnetic structure Proprietary magnet array
Phase management N/A
Magnet type Neodymium N50
Diaphragm type Ultra-thin
Transducer size 106 mm
Maximum power handling 15W
Maximum SPL >130dB
Frequency response 10Hz – 50kHz
THD <0.1% @ 100dB
Impedance 70 ohms
Sensitivity 97dB/1mw (at Drum Reference Point)
Minimum power requirement >100mW
Recommended power level 1 – 4W

 

Nowe planary na horyzoncie! HiFiMAN Ananda

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
ananda-3

Pierwsza z nowości to przenośny model Ananda, zoptymalizowany pod przenośne granie. Nowe planary HiFiMANa cechować ma wysoka skuteczność na poziomie 103 bela, co oznacza że pożenimy je nie tylko z DAPami (większość radzi sobie dobrze ze stacjonarnymi, trudnymi do napędzenia słuchawkami), nie tylko, ale także z telefonami (V30 od LG jakoś tak mimowolnie przychodzi na myśl ;-) ). Zresztą na rycinach zaprezentowanych przez producenta widać dokładnie, co miał autor na myśli. Warto zwrócić uwagę na wyrób pewnej firmy z logo jabłca, nie pierwszej świeżości wybór, na oko jakiś iPhone 6S… wybór nieprzypadkowy. Nieprzypadkowy? Ano nieprzypadkowy, bo ten to model, ostatni z produkowanych, miał w standardzie złącze jack, a nie liche i gubliwe przejścióweczki. Nie dziwi zatem taki wybór w wizualizacji, bo przecież nowe iPhone są optymalizowane (przepraszam, znowu) pod odsłuch bezprzewodowy, na jakiś sinozębnych nausznikach, albo dokach bezdrutowych. Pożenić to, to z dobrej klasy słuchawkami za pośrednictwem lichej przejściówki z śmiesznym przetworniko-wzmacniaczem za 5 centów ukrytym w obudowie adaptera? No nie godzi się, nie godzi. Zatem te Ananda będą nam grały najlepiej bezpośrednio z dziurki (można oczywiście podpinać zew. amp/DACzki, ale wiadomo, z ergonomicznego punktu widzenia, wygodnickiego punktu widzenia to jednak nie to, no nie to) i patrząc jeszcze raz na tego leciwego już, ale dającego radę, iPhone z jackiem, należy jednoznacznie pochwalić HiFiMANa za tą jednoznaczną wskazówkę z czym lepiej, a z czym jw. gorzej (bezsensu).

Co by tu podpiąć? Ano można DAPa podpiąć, można telefon podpiąć. To ostatnie użytkowo, by nie mnożyć bytów, najlepiej. Przy czym taki z dziurką, co dzisiaj niestety przestaje być oczywistą, oczywistością w wyposażeniu fonów…

Tak też można, owszem, ale do wąsa potrzeba będzie jakiś zewnętrzny DACo/Amp. I to już nam życie, przyznacie, nieco komplikuje…

Ponadto słuchawki mają odznaczać się wyjątkowo niskim poziomem zniekształceń. Najnowsza generacja ultracienkiej membrany zastosowanej w przetwornikach Anandy pozwoli na błyskawiczną odpowiedź impulsową. Będzie czysto, będzie szybko… a jak konkretnie będzie to Wam powiem, jak dostanę na warsztat. A dostanę, jak nic, bo trzeba to, to obadać, przeegzaminować, sprawdzić i Wam tu ładnie wszystko opisać. Firma zastosowała tutaj sprawdzony, bardzo przeze mnie chwalony, hybrydowy pałąk co niewątpliwie wpłynie na dobre samopoczucie użytkownika tych słuchawek, a dodatkowo, warto nadmienić, że same nauszniki ważą przyzwoite (w sensie, przyzwoite w kontekście że na wynos) 399g.  Oczywiście będziemy, poza ergonomicznym pałąkiem, korzystać tutaj także z ergonomicznych padów, dopasowanych do anatomii, asymetrycznych takich, co powinno przełożyć się na jeszcze lepsze samopoczucie użytkownika. Czyli na łąkę, na wywczas w sam raz, byle nie przeszkadzało to za bardzo otoczeniu… tak mamy tutaj konstrukcję wybitnie otwartą. Trzymam kciuki za coś zamkniętego, konkurencja takie rzeczy wprowadza (zaraz o tym wpis będzie), praktycznie każdy liczący się producent ortodynamików taki model w ofercie ma. Niech i ma HiFiMAN (w przypadku słuchawek topowych z katalogu, takiego modelu na razie firma nie oferuje). Także tutaj, podobnie jak w Sundara, producent zdecydował się zastosować 3.5mm porty (okablowanie), co pozwala na szeroko zakrojony manewr wymiany na alternatywne druty… nie będzie najmniejszego problemu, wystarczy nabyć coś z przebogatej oferty rynkowej, podpiąć i się zanurzyć. Ale nie w sensie dosłownym, zanurzyć, bo jeszcze wodoodpornych planarów nikt nie zaoferował. No do czekamy ;-) …i żeby jeszcze były bezdrutowe. A, nie to, może jednak lepiej nie, no chyba że BT 5.0 nas czymś zaskoczy (z promującymi aptX HD w najnowszych odsłonach, obok). Dobra, kończymy z wywodami nie na temat, wracając do Ananda. Krótko o tym, co fabryka tym razem dała:

Parametry

  • Zakres częstotliwości: 8 – 55.000Hz
  • Impedancja: 25 Ohm
  • Skuteczność: 103dB
  • Waga: 399 gram
Kształt padów kojarzy się z flagowcami? No i prawidłowo!
 

No a ile sobie zażyczyli za to cudo – zapytacie. Ano zażyczyli sobie, moi drodzy, konkretne 4295 złotych. Innymi słowy poziom tych droższych, z środkowej półki cenowej, modeli. Jak trafią na warsztat od razu się pochwalimy na łamach. Póki co muszą wystarczyć ryciny nadesłane przez dystrybutora…

Audirvana (+) niebawem na także na PC z Windows 10

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-06-21 o 10.48.36

Po kolejnych perturbacjach, wracamy do nadawania. Mam przykazane chałupa, nerwosolek, sole, jest szansa na nadgonienie zaległości (X-Fi to raz, Conductor to dwa, obiecane audiovoodoo z LANem na pierwszym planie to trzy). Tymczasem śpieszę z dobrą nowiną… jeden z najlepszych playerów softwareowych na macOSa będzie niebawem dostępny dla PeCeciarzy. Audirvana Plus trafi jeszcze w tym roku na dyski piecyków wszelkiej maści, byle miały zainstalowanego Windowsa 10 (taki wymóg dał dev, co poradzić, w sumie piję do nadal przyjemnie niezwodotryskowanego Wina 7). Będziemy zatem mogli, podobnie jak to ma miejsce w systemie komputerowym Apple (który coraz bardziej wygląda na produkt poboczny, takie hobby w wydaniu Jabca), skorzystać z prawdziwego, audio-kombajnu, oprogramowania pozwalającego na granie z wielu źródeł, zarówno lokalnych, jak i usług streamingowych (Tidal, też Masters, pełna obsługa… brrrr… MQA).

Mamy integrację Tidala, ale nie tylko, bo jest także Qobuz (niestety chyba się na nas ostatecznie wypięli, we Włoszech i Hiszpanii jest, u nas nie, a miał być razem ze wspomnianym południem/zachodem Europy), jest dedykowana aplikacja sterująca pod iOSem (no pod Androidem nie ma, trudno się dziwić, w końcu było to do tej pory oprogramowania wyłącznie jabłkolubne… może wraz z wersją na PC coś i tu się zmieni?), mamy UPnP (niestety nie ma alternatywy – to minus wg. mnie), wreszcie Audirvana słynie z bardzo rozbudowanego, programowego DSP. To właśnie dla tej funkcjonalności warto zwrócić uwagę na ten kawałek kodu. Software daje nam tutaj ogromne możliwości, pozwala wydobyć naprawdę dużo ze słuchawek, skalibrować system stacjonarny pod pomieszczenie oraz zastosować ogrom wtyczek pod osobiste preferencje słuchającego. Naprawdę dużo tego, specjalizowali się w DSP od dawna i to widać. Sam swego czasu korzystałem, teraz już raczej nie, bo Roon, ale gdyby nie Roon byłby to wybór numero uno (uzupełnieniem u mnie był, jest i będzie świetny Vox Player w najbardziej wypasionej wersji). Ważne, w końcu pojawia się alternatywa dla nieśmiertelnego foobara (tak, tak, jest darmowy, wiemy, wiemy) oraz kosztującego podobne pieniądze, bardzo dobrego JRivera.

Podobnie jak to ma miejsce w przypadku Roona, także integracja wspominanego Tidala wygląda tutaj lepiej od natywnej aplikacji serwisu, ale to w sumie nie dziwi, bo choć ciągle kombinują, ciągle coś zmieniają, to moim zdaniem nadal nie jest idealnie, często błądzą, niektóre zmiany UI są kompletnie z czapy. Może powinni odpalić Audirvanę, albo Roona i zobaczyć co oznacza prostota, dobry UX? Program będzie dostępny w wersji próbnej, będziecie mieli całe 15 dni na przetestowanie playera, ocenę, czy warto. Jak warto to skasują na €64 lub US$74. Nie, nie będzie abonamentu, będzie raz i spokój. Jak za starych, dobrych czasów. Niestety nie da się transferować licencji (jaka szkoda), czytaj nie da się przenieść z macOSa na Windowsa bez ponoszenia kosztów. Mogę to – powiedzmy – zrozumieć, ale dev mógł chyba zrobić ukłon w stronę dotychczasowych użytkowników i dać tańszą opcję dla tych, co korzystają/li na Maku. Widać, takie czasy, gdzie zarabianie raz jeszcze, ściubanie kasy z konsumenta, to dowód przedsiębiorczości, powód do chwały. Mniejsza. Nie podali dokładnie kiedy zawita, także przyjmijmy, że może być równie dobrze przed Gwiazdką. Ciekawostka… w wersji na PC trafi premierowo coś, co powodowało niemałe zachwyty i opad szczęki u co poniektórych (pozdrawiam) na ostatnim Endzie. O co chodzi? Ano o algorytm Leedh-a*, nowy patent na super… nie, mocniej: SUPER-prezyzyjną regulację głośności w domenie cyfrowej. Rozdzielczość 64 bity. Absolutne loss-less. Ani bitu nie uroni. ;-)  Jak to, to nazywa twórca algorytmu: „truly lossless digital implementation”. W wariancie nieprzetłumaczalnym „non-lossy regardless of attenuation depth”. Za rekomendację, poza ochami i achami niech starczy to, że jako pierwsi zastosowali to rozwiązanie Szwajcarzy w swoich top haj-endowych skrzynkach Soulution. Byli tak zadowoleni z efektu, że generalnie zalecają słuchanie muzyki wyłącznie z załączoną opcją. No nieźle. Można to, to nazwać cyfrową (dobra, algorytmową, żeby choć trochę strawniej dla tradycjonalisto-konserwatystów to wyglądało) nakładką na analogową regulację. I to ma być zaimplementowane w najnowszej odsłonie Audirvany. Na PC i (potem) także na Makówy. Intrygujące i na pewno sprawdzimy w akcji co to, to daje…

 

 

* eksperymentowali nie tylko z topowymi materiałami, sprzętami, ale także iPhonem, Spotify’em czy strumieniem z YouTube. Podobnież dawało wymierne korzyści, w sensie, że progres, z takich, często niedoskonałych źródeł dźwięku. Trzeba będzie obadać.