LogowanieZarejestruj się
News

AVS 2019 – naszym uchem, a może też okiem i ze smakiem ;-)

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_4898

Spotkać po to, by pogadać, spotkać się po to, by zobaczyć wielu, którzy na codzień tylko wirtualnie ;-) , spotkać się po to, by… posłuchać? No z tym ostatnim to tak raczej niekoniecznie, bo AVS to właśnie okazja do rozmowy, do pójścia na (i tu w zależności od preferencji, możecie sobie wpisać coś innego ;-) ) kawkę, zaznajomienia się z nowościami (właśnie, często jesteśmy świadkami premier, a to oznacza zazwyczaj, że takie coś nie zagra), obecną ofertą rynkową, zaznajomienia się w sensie obejrzenia, rozmowy z dystrybutorem, producentem. No to co, z tym słuchaniem… zapytacie. Słuchać, rzecz jasna można, bo też po to się idzie na AVS, ale na pewno nie można szukać na imprezie „prawdy” o tym,  jak dany system, jak dany klamot gra, bo to wielkie nieporozumienie. Dźwięk imprezy? Takie coś jest zazwyczaj całkowicie przypadkowym, niemiarodajnym, bo w specyficznych warunkach osiągniętym rezultatem. Czymś, czego – zwyczajnie – nie odtworzymy w domowych warunkach. To może być pewna sugestia, ale nigdy nie będzie konkretna podpowiedź „to z tym, i tamtym, to już na 100% niebiosa”.

Warto o tym pamiętać, biorąc poprawkę na te okoliczności. Niektórzy, pomni tego, co powyżej, koncentrują się (słusznie) na strefie słuchawkowej, spędzają tam większość czasu (chcąc posłuchać muzyki na imprezie, swojej muzyki, bo tam o to najłatwiej). Trzeba zdawać sobie sprawę z ograniczeń jakie niesie ze sobą organizacja, warunki lokalowe, presja czasu i presja „pokazać za wszelką cenę”. Dlatego właśnie coś, co powoduje opad szczęki (zeszłoroczny Soundkaos – niestety w tym roku nie było Szwajcarów i …uprzedzając pytania, nikt, nic nawet nie zbliżył się do tego pokazu), to sytuacja wyjątkowa, a nie norma na tego typu imprezach. Sukcesem jest dobry, akceptowalny sound – coś, co wcale w tych warunkach nie jest oczywiste. Działa to oczywiście w obie strony… jak coś gra fatalnie, to nie oznacza że klamot do czterech liter, że efektor do niczego.

Co się podobało w tym roku? Luz, pełna swoboda korzystania ze sprzętu, nauszników w strefie słuchawkowej. Słuchawki kolędowały po całej sali, wypożyczane, porównywane – super! Z taką otwartością, dobrymi chęciami, pomocą ze strony wystawców spotkałem się po raz pierwszy. Wcześniej taka swoboda była czymś wyjątkowym, tym razem można było korzystać z tego, co wystawiano zupełnie dowolnie, co napewno spodobało się odwiedzającym, pozwoliło na ciekawe porównania, zapoznania się z wieloma doskonałymi słuchawkami w bardzo różnych okolicznościach przyrody. Wielki plus i mam nadzieję, że będzie to standard, tak jak marzy mi się impreza ala CanJam nad Wisłą (że będzie i też stanie się standardową imprezą jak AVS, bardziej niszową – wiadomo, ale popularną, w to nie wątpię).

Strefa słuchawkowa 50% czasu, reszta to Sobieski (zdecydowanie lepszy odbiór, ciekawiej niż na Narodowym). I nie chodziło tu tylko o osobiste preferencje

W paru miejscach, u paru wystawców nie było spiny, problemów, z odtwarzaniem czegoś innego niż plumkanie. To wymaga pewnej otwartości, po prostu chęci i nie mam tu na myśli możliwości puszczenia swoich kawałków (bo od wielu lat zazwyczaj jest taka możliwość), a inwencję twórczą na stoiskach. Świat dźwięków jest niebywale zróżnicowany, to nie są dwa gatunki na krzyż i kilkunastu wykonawców (żelazne motywy, obowiązkowa wiązanka) i ściana. Są tacy, którzy ominą szerokim łukiem, są tacy którzy docenią. Na pewno każdy zwróci uwagę. Rammstein, ambitna elektronika, Tricky, inne brzmienia, Trentemøller, jakieś etno, a nawet jakiś metal (trash – rehehe )…

Litwin, Rumun z Chińczykami wprost z mojego Sopotu…

  

DJ Arek dawał czadu, grało rock&rollowo, a nie tylko targowe smęty, było żywo, głośno, masowało, dynamiczne granie, nie plumkanie. Kawa bardzo dobra, choć niestety ekspresu do kondycjonera za 90 tysi nie chcieli wpinać. Dziwne. Przecież pewnikiem nikt by z tego lokalu już nie wyszedł po takim napitku. Tak mi się zdaje, ale co ja tam wiem w sumie… o tych wszystkich sztuczkach, żeby to ludzie w zachwytach, żeby mdleli z pożądliwości itd. Specjaliści wiedzo lepiej.

Dobra kawa (a gdyby tak do tego kondycjonera za prawie 90 tysi, to byłaby jeszcze lepsza… co sądzicie? ;-) ), otwartość na rozmowę… wiecie co mam na myśli? :) Jako rozwinięcie fotorelacja z bardzo subiektywnym, w ogóle nie obiektywnym, czasami stronniczo złośliwym komentarzem (nie, no bez przesady). BTW Starałem się zwrócić uwagę na rzeczy nieoczywiste, na marginesie, mam nadzieję, że to się udało. Dobra, konkretnie, tych parę rzeczy na które mało kto, nikt (?) nie zwrócił uwagi (kolejność czysto przypadkowa):

Soundaware P1 – świetne pre, też amp słuchawkowy, tutaj z lampą Line Magnetic (jako końcówka) i litewskimi kolumnami. Mimo braku adaptacji, zerowego przygotowania (jak widać, wszystko na wszystkim, na podłodze) grało pięknie. Bez stolika, anty wibratorów (sic) itp spraw. Poniżej DAC/amp słuchawkowy Lynx – kolejna, mało, żeby nie powiedzieć w ogóle znana marka z Państwa Środka

Referencyjne źródło. Osobno w wersji pod słuchawki (tylko balans) i pod kolumny…

…o te, tutaj :)

- znakomita chińszczyzna, podobnie jak w zeszłym, kiedy debiutowała robiła jak najlepsze wrażenia, przy czym teraz było przekrojowo, nie tylko ze słuchawkami. Panie, Panowie Soundaware z systemem opartym na znakomitym pre P1 z końcówką (integrą) Line Magnetic oraz litewskimi podstawkami Audio Solutions. Znakomite, mimo zerowej adaptacji, brzmienie tego setupu. Do tego dwa amp/daki pod nauszniki (tym razem Senki tylko, nie było Głębi Phi, buuuu). Tylko balans, referencyjna 300-ka (druga, ale pod kolumny, stała sobie na podłodze). I teraz tak… zero adaptacji jw, żadnych stolików, platform, nic. A zagrało pięknie. W Sobieskim, w kanciapie dla mopów ;-) I co? No właśnie? Jakieś wnioski?

I to ma – przepraszam – brzmieć?

Ano ma i brzmi

Takie coś, naścienne coś. Podobno gra z inną elektroniką (mówił dystrybutor). Ja to widzę jako systemowe rozwiązanie:
firmowa elektronika z potężnym DSP, z korekcją, dźwięk robiony… w sensie jak najbardziej pozytywnym. 

- Lyngdorf systemowo z płaskimi, naściennymi kolumienkami w bardzo, bardzo życiowej aranżacji. Czyli ma grać wszędzie, a nie tylko w dedykowanym pomieszczeniu (czyli w 99% przypadków nigdzie, bo kto może sobie na coś takiego pozwolić? No właśnie… prawie nikt nie może). Wiecie, to te all-in-one (y) od Duńczyków, nafaszerowane najnowszą technologią, oparte na najlepszym software (bingo!), który to robi dzisiaj zasadniczą różnicę. Jest własny system dopasowania dźwięku do dowolnego pomieszczenia, pełna kalibracja systemu z (własnymi jw) kolumnami. Można stereo, ale można też w multichannel uderzać. Jest już odpowiednie źródło, będzie w przyszłym roku wielokanałowa końcówka. Dziesięć kanałów. Znaczy pewnie obiektowy będzie. Dla wideofili obowiązkowy adres, szczególnie z takim, opartym na naściennych kolumnach (konstrukcje zamknięte ofc) rozwiązaniu, pozwalającym na umieszczenie całości w dopasowany do wymogów estetyki wnętrza (ma zniknąć) sposób. Grało w miejscu bardzo kiepskim akustycznie (Sobieski, na parterze, w okrąglaku), a grało bez przykrości. Wierzę, że taki system może być czymś co połączy audio i audio/wideo na poziomie nieosiągalnym do tej pory w nieadaptowanym do potrzeb kina pomieszczeniu. Dowolnym pomieszczeniu.

Ma zagrać w każdych okolicznościach. I gra…

Wystarczy tylko to, co na stoliczku. Centrum sterowania / DAC & komp

- Kii Three. Wlazłem do pustego pomieszczenia, gdzie siedział znudzony jegomość. Nie mogłem nie posłuchać zaklętego w głośnikach systemu, który przez wielu został okrzyknięty prawdziwą sensacją. Zero adaptacji, puste, z jednym banerem, wręcz ascetycznie minimalistyczne lokum w Sobieskim (tak, właśnie tam, poza słuchawkami było w tym roku ciekawie, na Narodowym często beznadziejnie grało, naprawdę beznadziejnie) i te podstawki, tutaj w rozbudowanej formie z podłogowym modułem. Dłuuugi kabel z centrum sterowania, tj. kontrolerem, dakiem, I/O – coś zupełnie z innej beczki. Dla audio konserwatysty pomieszanie z poplątaniem. Moduły nie będące samodzielnymi kolumnami, aktywne, ale całkowicie sterowane, z robionym dźwiękiem via DSP, z ww. centrum na drucie, nie wymagające żadnych akcesoriów, kabli, stolików, bzyliarda rzeczy, po prostu kolumny i cokolwiek, co prześle strumienie. Podobnie jak powyżej, kolumny niewrażliwe na warunki, dopasowujące (w czasie rzeczywistym!) reprodukowanie dźwięków, wykorzystujące potencjał drzemiący w coraz potężniejszym krzemie oraz oprogramowaniu. Na wstępie było tak sobie, być może materiał kiepski, być może popsuł mi się czujnik, bo wcześniej Westministery czarowały, a to była zupełnie inna bajka. Siak, czy tak, po paru minutach, kiedy chciałem się już zbierać, przyszedł młody człowiek ze swoją muzyką i tak jak chciałem wstawać, tak zostałem. Petarda. Wiecie, to te Future-Fi. Wciskasz play w łazience i słyszysz dźwięk, który nie powinien w takich okolicznościach przyrody wydobyć się z głośnika. Tu, w pustym, z niskim sufitem, nieadaptowanym w żaden sposób pomieszczeniu zagrała muzyka. I o to właśnie chodzi. A nie, o dzielenie włosa na czworo, błądzenie, często po omacku, by znaleźć synergię, żeby brzmiało. Wiem, że trzeba będzie obadać obowiązkowo.

Ja wohl! To się nazywa wielogłośnikowa konstrukcja… też dźwięk z pliku, też DSP, też bez widocznej adaptacji, też aktywnie

- Koncertowe słupki z Reichu. Małe przetworniki w dwóch rzędach od „sufitu”, po podłogę – małe, klasyczne oraz wstęgi, wszystko takie samo, sztuk kilkanaście na każdą paczkę plus potężne woofery z boku. I co? No oczywiście duże składy, jakaś symfoniczna, jakieś koncerty zapodawane i mimo małego wnętrza w jakim rzecz się działa, całkiem udatne oszustwo.  Znaczy się grało z wielką swobodą, wielkim rozmachem – tak, tego byśmy oczekiwali po czymś, co jest reklamowane: sala koncertowa w Twojej chałupie. Szczególnie, że słupki stały swobodnie (tak), ale w małym (właśnie) pomieszczeniu, bez specjalnej adaptacji (no delikatna była) akustycznej, ot po prostu u szwagra w M-4 , w salonie z meblościanką ;-) Przykuwało uwagę, było inaczej niż gdzie indziej, od razu po przekroczeniu progu. Bardzo zaawansowana konstrukcja.

Podsumowując… czyli co? Aktywne, DSP, software? W rzeczy samej.

- Włosi (ogólnie). Nie można odmówić im umiejętności czarowania, przyciągania, magnetyzowania. Każda z prezentacji na tegorocznym AVS była ciekawa, angażująca, grało to bardzo przyjemnie. Ważne dla tradycjonalistów… nie miało (w większości przypadków) nic wspólnego z tym, co powyżej. Uff. Manewry kablowe, akcesoryjne, adaptacyjne, aromaterapie,  dobra wóda z myszy… stop, trochę się zagalopowałem ;-) I fizyczne nośniki. Często, gęsto, choć nie zawsze.

Było też sporo rozczarowań. Na zdjęciach poniżej, można co nieco się zorientować, nie będę dusił, powiem wprost co mi się nie podobało (wybór rzeczy z czapy niekompletny, bo też czasami omijałem szerokim łukiem). I teraz tak, przeczytajcie to, co na wstępie. To nie jest tak, że nieudana prezentacja, jakaś wtopa (ewidentna) w praktyce nic nie oznacza, niczego nam w praktyce nie mówi, nie powinna niczego nam sugerować. Nie. Coś tam mówi, ale też jest to „prawda”, prawda chwili, niedoskonałego miejsca, presji czasu, braku warunków …i tego wszystkiego nie da się przeskoczyć. W przypadku słuchawek można na AVS miarodajnie coś zawyrokować, z czymś się konkretnie zaznajomić, odnośnie systemów opartych na kolumnach zaś, to zwyczajnie wypadkowa wielu czynników. Pewnym (dlatego o nich wspominam) wyjątkiem jest wszystko to, co jest niezależne, czy mocno uniezależnione od kompromisów, niedoskonałości jakie niesie ze sobą taki pokaz sprzętu jak na AVS. Można w tym miejscu zadać sobie pytanie – czy nie można by dać więcej czasu wystawcom, pójść może nie w ilość, a w jakość. Po co ścigać się na cyfry, gdy nie idzie to w parze z odbiorem, z satysfakcją (jej brakiem) wśród odwiedzających, wśród fanów dobrego dźwięku. Jak wspomniałem na początku, marzy mi się impreza dla słuchawkowców, rodzime CanJam – patrząc przez pryzmat AVS strefa słuchawkowa ma zazwyczaj najwięcej sensu.

Fotorelacja (jak wspomniałem, monotematyczna, znaczy słuchawkowa) poniżej:

» Czytaj dalej

Zamiast kolumn? Serio? Serio. Test HiFiMAN HE-1000SE część 1

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_4575

Wracam po dłuższej przerwie z czymś naprawdę nadzwyczajnym, wyjątkowym. To jedyne słuchawki, które mógłbym zaproponować zamiast systemu opartego na wysokiej klasy kolumnach, jako alternatywę. Nawet słuchawkowemu sceptykowi, nawet …bo te nowe tysięczniki oferują taki poziom (posłużę się czymś z wirtualnego świata, świata elektronicznej rozrywki) immersji, tak potrafią wciągnąć bez reszty w to, co dociera do uszu, są tak odległe od tego, czego byśmy spodziewali się po czymś, co spoczywa na łbie, że… Długo zastanawiałem się jak podejść do tego artykułu. Jak zachować dystans do tego, co się przez parę tygodni testowało (każdą wolną chwilę spędzałem z tymi nausznikami, każdą). To nie są bardzo dobre, czy wybitnie dobre słuchawki. Nie. To jest inna rzeczywistość, coś właśnie niespodziewanego, gdzie parę rzeczy (poniżej) na słuchawkach było zaledwie akcentowane, czy pokazywane – właśnie – w słuchawkowy sposób. Mniejsze, bardziej sfokusowane, bez swobody znanej tylko i wyłącznie z odsłuchu stereofonicznych zestawów głośnikowych. Wiedziałem, że po przetestowaniu całego katalogu nowości, najnowszej generacji HiFiMANa, która firmie bardzo, bardzo się udała, flagowce (nie wliczam tutaj Susvarna, bo to trochę jak Orfeusze – tysięczniki to właśnie szczyt) musiały być też wyraźnie lepsze, ciekawsze od tego, co pojawiło się wcześniej.

I są. Modele v1 (artykuł „Pojedynek na szczycie: tysięczniki) i V2, obiektywnie doskonałe słuchawki, które miałem możliwość testować, które (v1) opisałem w megateście, to jest inny poziom umiejętności. Zwyczajnie (choć to wg. mnie szokujące, jesteśmy przyzwyczajeni do niewielkiego progresu, do subtelnych zmian…. nie rewolucji) poprzedniki NIE POTRAFIĄ tego, co wersja SE. To zmiana od razu zauważalna, to żadne tam niuanse. Niebywałe! Dostajemy dźwięk, który wyznacza nowy pułap jakościowy odnośnie słuchawek. W skali – tak, wiem, narażę się na niedowierzanie – bezwzględnej. Jeżeli HiFiMAN będzie dotychczasową drogą skokowego progresu, wyraźnych zmian in plus, wprowadzając rozwiązania z tego co na szczycie niżej to… ludzie, to oznacza że czeka nas bardzo, bardzo ciekawa przyszłość. Pułap 16 tysięcy złotych to pułap abstrakcyjny dla 99% osób, dla których nie jest wszystko jedno (co mają na uszach), a dla reszty jest to ofc 100 (najdelikatniej – pukanie się w czoło), ale… no właśnie – jest szansa, że to czego możemy doświadczyć we flagowcach znajdzie się w przyszłości w środku katalogu, poniżej 10k. Zobaczcie jak wielki skok nastąpił w przypadku Hindusów (i nie tylko), pisałem o tym w artykułach poświęconych Sundarom, Anandom i Aryom oraz nowym szóstkom. Patrz ostatnie recenzje:  SundaraAnandaArya i HE-6SE

Bajka, zdania nie zmieniam (patrz zajawka), a tylko się utwierdzam. Absolutnie wyjątkowe są 

Czy te słuchawki wyglądają na cenę, za którą je wołają? Nie, nie wyglądają. Zresztą, według mnie, żadne słuchawki nie są warte nastu tysięcy złotych. Tu ceny nie winduje obudowa (jak w klamotach), nie ma takich materiałów, drogich komponentów, które by dodawały te, tam kolejne tysiące. Nawet dużo lepiej wykonane nauszniki (vide Focal) to nadal, patrząc przez pryzmat ceny detalicznej, totalna abstrakcja. Utopia ;-) To nie jest zestaw kolumn, to nie wspomniana elektronika, to kompaktowy efektor, który nakładamy na głowę. Dwie niewielkie muszle i pałąk, okablowanie (tak, te bywa jeszcze bardziej oderwane od zdroworozsądkowych realiów odnośnie $$$). Nawet jeżeli niektóre z elementów są obiektywnie zaawansowane technologicznie to nadal ceny (rosnące) słuchawek szokują. Jeszcze nie tak dawno temu najlepsze, najdoskonalsze można było kupić za kwoty nieporównywalnie niższe od dzisiejszej stratosfery. Także tutaj nowe HEKi nawiązują do tego niechwalebnego trendu… szkoda, bo odwracając ofertę producenta, widzę progres jakościowo-funkcjonalny przy zachowaniu zdroworozsądkowej wyceny. Zarzut kierowany do wszystkich (tak Mr. Speakers, tak Audeze, tak Sennheiser, tak Focal, tak… itd, itd.), nie tylko do HiFiMANa, w przypadku HEKów, to jedna z dwóch wad jakie wytykam tym nausznikom. Za drogie – to po pierwsze, materiałowo-jakościowo zbyt odstające od równie niebotycznie wycenionych konkurentów – to po drugie. Ok, odfajkowane minusy. Cała reszta – wierzcie mi, albo nie wierzcie i koniecznie zweryfikujcie na AVS, lub w jakimś salonie, gdzie demówkę dorwiecie – to POEZJA. Czysta przyjemność i rozkosz, coś czego do tej pory słuchając słuchawek (Orfeusze czy K-1000 były na łbie na tyle krótko i na tyle efemeryczno-niemiarodajne, że ich nie wliczam), jakichkolwiek dostępnych do kupna w sklepie słuchawek, nie doświadczyłem. To REFERENCJA. To PUNKT ODNIESIENIA. Bo tylko te potrafią to, o czym poniżej.

Tylko te…

» Czytaj dalej

Pamiętacie Burson Conductor v2? Za moment zadebiutuje v3, także @ HDO :-)

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Conductor3_S5

Przetestowany u nas V2 był, czy nadal jest jednym z najlepszych klamotów łączących DACa, wzmaka słuchawkowego oraz preamp pod jednym dachem. Australijczyk perfekcyjnie łączy te elementy w coś, co może swobodnie być docelowym fundamentem systemu zarówno pod słuchawki, jak i kolumny (szczególnie aktywne vide świetne pre). Jako źródło cyfrowe nie znajdzie żadnego poważnego konkurenta do kwoty 8-9 tysięcy za wyspecjalizowany przetwornik C/A imo (tak, mam tu na myśli najlepsze co możecie wg. mnie kupić, też docelowe, tj. Matrix Audio X-Sabre Pro). No dobrze, to jak było tak dobrze, to co można tu jeszcze zmienić, aby było jeszcze lepiej? Powiem szczerze – nie wiem. Burson też zdaje się początkowo za bardzo nie wiedział cyt:

W rozmowie z inżynierami Bursona sami przyznają, że doszli do ściany i granic rozwoju tej technologii. Duże transformatory miały też swoje ograniczenia – wysoką impedancję. Co powodowało ograniczenia w szybkości przepływu prądu, co znów obchodzono stosowaniem poteżnych kondensatorów.

Postanowiono rozpocząć nowy projekt od ZERA. Poza nową obudową, która ma gwarantować doskonałą sztywność, separację (poszczególnych elementów – osobno sekcja analogowa, osobno cyfrowa), brak przenoszenia jakichkolwiek zewnętrznych wibracji, zmieniono dokumentnie wszystko, co w środku:

Dwa ekranowane trafa zasilające, osobne dla części cyfrowej i analogowej, stabilizacja na tranzystorach, stopień analogowy na tranzystorach. Żadnych gotowców. Tylko co raz to lepsze dedykowane rozwiązania. Do tego najwyższej klasy rezystory i kondensatory do audio.

Konkrety? Ano są konkrety i wygląda to turbo smakowicie, przyznacie:

Układ zasilania Conductor 3 ma niemal zerową impedację i piekielną szybkość. Jest 5x wydajniejszy i szybszy niż poprzednia wersja. Osiągnięto to projektując wszystko od nowa i łącząc to co najlepsze z liniowego i impulsowego zasilania, jednocześnie eliminując i wady obu technologii. Nowa wersja generuje 3 krotnie więcej ciepła, co bezpośrednio wymusiło przeprojektowanie również obudowy.Burson Conductor V3 Reference to DAC, preamp, wzmacniacz słuchawkowy w klasie A o ogromnej mocy 7500mW na kanał*. Regulacja sekcji PRE na drabince rezystorowej sterowanej cyfrowo o 100 krokach regulacji. Zdalny sterownik w zestawie.

Nowy Burson ma na pokładzie najnowocześniejszy DAC Sabre 9038Q2M w trybie mono. Po jednym na kanał z 7 osobnymi stopniami stabilizacji napięcia dla poszczególnych sekcji. Ponadto zastosowano 6-rdzeniowy układ USB XMOS z obsługą DSD 512. Tor analogowy na autorskich wzmacniaczach operacyjncych Burson v6 SS zbudowanych na tranzystorach FET w klasie A. Zastosowanie wymiennych op-ampów daje pełną dowolność w dostosowaniu brzmienia do własnych preferencji.

Komunikacja bezprzewodowa przez najnowszy Bluetooth 5.0 aptX HD daje możliwość połączenia mobilnych źródeł jak telefon czy tablet z jakością HD.

Wejście mikrofonowe jest ukłonem zarównowno w stronę muzyków jak i wymagających graczy.

Innymi słowy, nowy Conductor jest faktycznie nowy, kompletnie przeprojektowany, a moc wbudowanej amplifikacji pod słuchawki robi ogromne wrażenie. Czujecie? Ten wzmak będzie mógł zaoferować potężny zapas mocy, pozwolić na napędzenie najbardziej egzotycznych, najbardziej wybrednych, najbardziej łasych nauszników teraz i w przyszłości. Bez żadnych „ale”. Co prawda nie podano (* bez wyszczególnionej impedancji) warunków, w jakich osiągana jest ta wyczynowa moc, ale opis jednoznacznie sugeruje, że będzie to naprawdę potężny piec pod słuchawki. Sekcja cyfrowa oparta na 2 kanałowych kościach 9038, po jednej na kanał, pozwoli zapewne osiągnąć wyżyny w zakresie rozdzielczości. Taki układ wydaje się – w przypadku słuchawek – optymalny, widać to na przykładzie oferty rynkowej, gdzie 8 kanałowy PRO jest stosowany w źródłach dedykowanych systemom głośnikowym, samodzielnych przetwornikach, albo strumieniowcach najwyższej klasy. Nawet w tańszych modelach, chińskiej prominencji, układ PRO zazwyczaj implementowany jest do klamotów pod tor z kolumnami. Najnowsza wersja sinozębnego z kodekiem aptX HD ucieszy tych, którzy widzą w nowym Conductorze coś, co stanowi podstawę dla całego systemu – i tego pod słuchawki i tego pod kolumny. Także w tym wypadku już nie tylko biurko, ale także salon.

Patrząc przez pryzmat testowanego „koktajla” (HA-500H) w ogóle się nie dziwię – testujemy w salonie, świetnie się to sprawdza jako pre (analogowe źródła, doskonale wysterowuje aktywne kolumny), BT czasami się przydaje, mamy szerokie opcje podpinania źródeł cyfrowych… także tak, widzę nowe V3 jako potencjalny fundament głównego systemu, z hipotetycznie (w teście wyjdzie ;-) ) fantastycznymi warunkami do wysterowania dowolnych nauszników. Cena? 8,5k pln. To co mnie szokuje to forma – ten klamot jest mały, kompaktowy, niewielki taki… a parametry… no właśnie. Jestem szalenie ciekawy jak oni to zrobili…

…cóż, nie mogę się doczekać, jak tylko przypłynie, przeegzaminuję.

Cocktail Audio HA500H na HDO… testujemy z nowymi HEKami

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_4537

Dziwna sprawa z tym klamotem. Cisza w internetach, brak testów, recenzji, poza paroma klipami na YT. Co prawda nowość, ale już nie taka świeża, a tu rzecz przechodzi bez echa. Dziwne, bo Cocktail Audio wyrobił sobie markę i dzisiaj poważany jako producent wszystkograjów, znaczy all-in-one’ów, co to strumienie przyjmują, lokalne źródła wysterowują (pre), a nawet od razu sygnał wzmacniają by moc móc wzmóc i poza jakimiś paczkami, paroma drutami stworzyć kompletny system. Najstarsi górale zapewne pamiętają (nie, nie pamiętają) jak zaraz po odpaleniu HDO przetestowałem pierwszy produkt tej firmy, który pojawił się na naszym rynku – małego scyzoryka X10. Co to były za czasy… pionierskie, w sensie, dla strumieni pionierskie, jeszcze się muzykę w necie kupowało, jeszcze mp3-ek na wynos słuchało, a nawet (patrz link powyżej, dwa teksty o tym mikrusie były btw) kasety magnetofonowe z podłączonego Walkmana do pliku zgrywało. Łezka się w oku kręci (kasety TAKTu za 2,50 lata 90′, które jakoś tak do końca legalne nie były, mimo że w sklepach z muzyką nabywane, że niby po legalu), ale wiadomo – było minęło. Miałem jeszcze styczność z „koktajlem” testując wysokomocnego X30 i tyle. Generalnie miło wspominam. Obecnie oferta rozbudowana, na jej szczycie znajdziemy już bardzo konkretnie wysoko wycenione produkty, głównie celujące w salon, w kolumny. No tak, ale dzisiaj bez słuchawek to do kitu rynkowo katalog, niepełny taki mocno, nie dziwi zatem, że „koktajl” postanowił coś z tym zrobić.

Wychyłki, cyferblaty… ma sugerować. HA500H od Cocktail Audio to wszechstronny klamot, a czy wyczynowy to się posłucha

HA500H jest wielofunkcyjną maszynką, która celuje we właścicieli nauszników, ale też na tyle wszechstronną maszynką, że sprawdzi się w torze wybitnie pod kolumny, ba nawet stworzy z aktywnymi kompletny system – choć sieciowo (netowo) ograniczony do streamu po sinozębnym, bo LANu tu nie uświadczycie. Jest natomiast sporo dobra, ponadstandardowo, bo i balans (w pełni zbalansowany tor wewnętrzny dla sygnału, a nie fejkowe XLR-y dla widoku, szpanu, czy czego tam jeszcze) zarówno dla słuchawek, jak i kolumn (wyjście z przedwzmacniacza). Właśnie, możemy sobie podpiąć tutaj i wysterować sygnał dla dwóch torów (symetrycznego i SE), możemy sobie w podobnym zestawieniu podpiąć analogowe źródła (jedno SE, drugie balans), a to dopiero początek, bo wymieniony analog oraz sygnał z cyfrowych źródeł (USB/coax/AES/I2S@HDMI/optyk, wspomniane BT) możemy dodatkowo dosmaczyć hybrydowo odpalając lampiszony (opcja z i bez baniek), możemy wreszcie ustawić zarówno dla słuchawek, jak i wyjść z przedwzmacniacza niską i wysoką impedancję… także na bogato.

HEKi SE i kapciuchy… jeszcze nie teraz, trochę pogra niezobowiązująco

Dwa ESS-y na kanał (9018K2M) to obietnica wybitnej rozdzielczości. Dobrze się składa, bo podpinać będziemy HE-1000 SE, a te właśnie fenomenalnymi możliwościami w zakresie szczegółowości, skali, rozmachu… czarują. Mam nadzieję, że to się tutaj spotka. Dwa różne, a może nawet bardzo różne sposoby reprodukowania dźwięku (bańka w torze sygnałowym lub tylko tranzystor) mogą potencjalnie zaoferować także dużą uniwersalność, możliwość uzyskania dobrego rezultatu z tak różnymi efektorami jak: wspomniane flagowce HiFiMANA z jednej oraz niedawnymi flagowcami – kapciuchami Audeze (LCD-3) z drugiej strony. A będą jeszcze HD650 (te właściwie od początku już) i K701 podpinane, także sprawdzę jak to z tą uniwersalnością, katując na bardzo różnych konstrukcyjnie, bardzo różnie grających słuchawkach.

Słuchawki, słuchawki, a gdzie te kolumny, jak to może być pre i to takie na 100%, bo szeroko z możliwościami, bo nie tylko cyfra, ale i analog… ano będzie tor z paczkami, ale nie pasywny (to tylko na chwilę, z kronikarskiego obowiązku, końcówki nie mam, a pod integrę NADa trochę to bez sensu wpinać), a aktywny set, z ESIO nEarami. Zagra symetrycznie (bo tylko tak można te monitory podpiąć), wysteruje nam te paczki HA500H, zobaczymy, czy raczej usłyszymy na ile to się nam sprawdzi. Także będzie oryginalnie.

Duży displej z wyświetlonymi, wychyłowymi tarczami, ma pewnie budzić emocje wśród audiofilskiej braci, względnie u tych, co nostalgicznie powracają do złotych czasów HiFi. Zrobili to bez efekciarstwa i mimo, że to nie prawdziwe cyferblaty, a tylko wirtualne, na ekraniku to nie przeszkadzają, fajnie „tańczą”, choć to tylko bajer, na szczęście zupełnie nieszkodliwy. Wyświetlacz spory jest, niestety wspomniane powyżej wychyłki zajmują połowę objętości, a informacje o źródle, parametrach sygnału, wyjściach (no mamy tutaj aż 6 opcji) z odległości kanapy / fotela są kompletnie nieczytelne. Coś za coś. Pilocik steruje, podmenu ze źródłami pokazuje wszystkie możliwości połączeniowe, możemy także parę rzeczy dodatkowo zmienić / ustawić w setupie (poziom dla SE / balans – w szerokim zakresie zatem). Gałki / enkodery, bo wciskane to to, bez skali – znaczy kręcące się bez końca, pozwalają na sterowanie bezpośrednie, dość sprawnie. Minus za niezbyt wysoką precyzję prawej tj. potencjometru. Kręcimy i poziom zmienia się dość przypadkowo. Także wyświetlanie wartości głośności z większej odległości nie bardzo się sprawdza, bo za małe, nieczytelne, choć jeszcze wskaźnik kołowy jest, ale też mały. Można skomentować to też tak: rzecz głównie biurkowa (spory i ciężki klamot btw), z szybkim dostępem i bliskim kontaktem, gdzie te literki, cyferki będą dobrze widoczne. Mhm, ale z poziomu kanapy już nie, pilot na wyposażeniu sugeruje, że z kanapy też jak najbardziej można. Także obiektywnie, producent powinien tutaj dać w ustawieniach możliwość zmiany wielkości tekstu, ułatwiając życie tym, którzy klamota ustawią na stoliku w salonie.

Senki z dużego jacka (po balansie też ofc sprawdzę)

Słucham teraz via aktywne i muszę przyznać, że z tą rozdzielczością jest naprawdę cacy. Lampki zmiękczają, robi się nieco obficiej (co nie oznacza, że bez jest chudo, ale grubą kreską kreślą nam te bańki obraz dźwiękowy). Na słuchawkach (na razie tylko dynamiczne HD650) jeszcze lepiej to słyszalne, wyczuwalne. Rzecz jasna Senki same z siebie po ciemnej stronie mocy stoją, nie jest to jeszcze krytyczne słuchanie, bo klamotowi trzeba dać trochę czasu (grał do tej pory niewiele). Jak już pogra to się HEKi wepnie i oceni w pełni potencjał tytułowego „koktajla”. Sprawdzę z gramofonem (NAD 5120), także analogowo tylko, też będzie, pogra z płyty (TEAC H500) via coax, wreszcie zamiast BT (dla porządku sprawdzę, ale skupię się na lepszym) zagra sobie Chromecast Audio, wpięty via optyk. Także pożenimy streamy także bezpośrednio ze skrzynką, a jak via komputer to oczywiście (za)gra Roon. Tu uwaga natury praktyczno-organizacyjnej: jak Win10 to skrzynkę Wam zidentyfikuje od razu (po Creators Update Win 10 jest UAC 2.0 kompatybilny i sam se DACa wykrywa) i za pośrednictwem WASAPI odpalicie. Niestety oznacza to pewne ograniczenia w zakresie obsługi DSD (tylko DoP, tylko 128), także jak chcecie wincyj to trzeba sterowniki ASIO zainstalować tak, czy siak.

Dobra, skupiam się na słuchaniu, poniżej trochę fotek, jak zwykle z opisami…

PS. Aha, jest MQA, jakby komuś to robiło różnicę, kogoś to interesowało ;-)

PPS. Gałka, jak wyżej, nie jest precyzyjna, z pilota natomiast guzikiem o jeden db robimy, także precyzja jest, ale… jak wciśniemy w opór, to szybko poziomu nie zmienimy, z pilota zatem trzeba mozolnie tap, tap, tap…

» Czytaj dalej

Amazon odpala hi-resowy stream audio, niestety jeszcze nie w Polsce

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
AmazonMusic_HD_TwoStack_Black

Amazon jest pierwszy. Tak, pierwszy z wielkich dostarczycieli treści, bo ani Tidal (3 mln subskrybcji), ani Deezer (7 mln), nie mówiąc już o Qobuz-ie (0,2 mln) nie są, zwyczajnie, nie są w tej samej lidze co Spotify, Apple, Google i – właśnie – Amazon. Giganci internetowi i technologiczni mają dziesiątki milionów subskrybentów, mają globalne zasięgi (swoich usług), to zupełnie inna bajka. Także Amazon jako pierwszy z wielkich decyduje się (wreszcie!) na zaoferowanie czegoś więcej niż stratnej kompresji, wychodzi poza to, co przez półtorej dekady było głównym nurtem odnośnie słuchania muzyki z plików. To cholernie ważna, przełomowa rzecz. Na wstępie, zła informacja – jeszcze nie u nas. Obecnie usługa dostępna jest m.in. w Niemczech i Wielkiej Brytanii (oraz Stanach i paru innych lokalizacjach). Także musimy poczekać, a jest na co. Amazon chcąc zachęcić nie tylko swoich obecnych klientów (Prime), ale także tych, którzy korzystają z oferty konkurencji, postanowił powalczyć ceną. Jest taniej. Za strumień bezstratny płacimy 14.99$ (Tidal 19,99), a jak jesteśmy już zapisani do amazonowego konta, to pobierają tylko 12,99$. To sporo mniej, Tidal będzie miał problem. Ba, będzie miał jeszcze większy problem, gdy porównamy za co płacimy – Amazon to strumień bezstratny o jakości CDA (c.a 50 mln utworów) oraz „miliony” (ktoś to mniej więcej oszacował na 3-4 milionów kawałków) hi-resów (24 bit 44-192KHz), bez bezsensownych sztuczek (tidalowe MQA tj. stratne), pełnowartościowych, najprawdziwszych hi-resowych plików. Bezstratnie, w maksymalnej dostępnej jakości. Co prawda wkracza tutaj marketing, w nazewnictwo, wkracza – Amazon nazywa swój stream HD, a hi-resy to już Ultra HD, ale mniejsza, nie ma to żadnego znaczenia, poza podkręceniem przekazu. Najważniejsze – dla nas – jest to, że teraz już nic i nikt nie powstrzyma tego, na co tak długo czekaliśmy… bezstratna jakość zagości na dobre, pozostali nie będą mieli wyjścia i dołączą, oferując podobne usługi u siebie. I bardzo dobrze, bo dziś i jutro przesył bezstratnie skompresowanego strumienia audio nie jest i nie będzie żadnym wyzwaniem (za rogiem 5G) i mówiać wprost: nam się należy.

Przy okazji warto zwrócić uwagę na to, co się dzieje w temacie internetowych rozgłośni. Wielokrotnie na łamach wspominałem o tym – słuchajcie radia, internetowego radia, dynamicznie rozwija się oferta znakomitej jakości strumieni, z muzyką którą często, gęsto nie znajdziecie w ofercie serwisu streamingowego. Muzyka niszowa, muzyka dawna, muzyka lokalna, muzyka w każdym możliwym i niemożliwym gatunku ;-) …do tego ciekawe audycje, podcasty, całe multum fascynujących rzeczy. Naprawdę warto się zainteresować, bo to rozwijające, horyzonty poszerzające, a obecnie – także – to źródło znakomitego jakościowo materiału. Niektóre rozgłośnie biją na głowę (SQ) to co dostępne w Tidal-u/Deezerze. Także warto rozejrzeć się za dobrym klientem radia, sprawdzić, czy producent naszego nowoczesnego wzmacniacza z netem/ strumieniowca/ głośnikowego all-in-one’a zadbał o dobry moduł obsługi internetowych rozgłośni. Tu – wg. mnie – nadal niedościgłym wzorem jest stary jary LMS / Squeezebox / SlimDevices, gdzie agregacja tego typu treści została zaprojektowana najlepiej. Liczę na to, że Roon Labs, które w pocie czoła pracuje nad zupełnie nową odsłoną obsługi internetowych rozgłośni wbije nas w ziemię. Społeczność mocno wspomaga, dodawane są najlepsze radia, programiści opracowują integrację tego typu strumieni z oprogramowaniem. Mam nadzieję, że będzie to coś wyjątkowego.

Powracając jeszcze na chwilę do Amazona. Oczywiście słuchanie bezstratnego streamu na takim Echo mija się z celem (małym głośniczku AI), stąd w ofercie (od paru miesięcy) opisane u nas wzmacniacz sieciowy i strumieniowiec. Urządzenia budżetowej klasy, ale produkty jak najbardziej z pogranicza HiFi, takie, które pozwalają „wejść” w temat, zakupić dobre paczki i cieszyć się solidnym stereo. To też bardzo ważne, bo zwiastuje większe zainteresowanie ze strony masowego odbiorcy, większe zainteresowanie dwukanałowym audio, HiFI. Rzecz jasna wielu nadal będzie słuchać za pośrednictwem mono wszystkograjów, małych kolumienek nie mających za wiele wspólnego z high-fidelity, ale – no właśnie – strumienie bezstratnej jakości jako standard, marketing, pompowanie tematu – to wszystko może zmienić rynek, mocno namieszać. Pozostaje się cieszyć i czekać na Amazona w Polsce, w cenie – strzelam 24,99 – za te dobro opisane powyżej (dla klientów usług). Taniej, lepiej… czego chcieć więcej?

Ano wiadomo – odpalenia bezstratnej usługi przez Spotify’a oraz Apple (które zaprzepaściło według mnie szansę na odpalenie tego typu usługi wraz ze swoim VOD oraz grami na żądanie, które właśnie debiutują na rynku). Aha, nie zapominajmy o Google – kto wie, może coś ciekawego odpalą znienacka w najbliższym czasie…

BTW Amazon oferuje aż 3 miesiące na bezpłatne testowanie.

Absolutny top PC Audio: X-Sabre Pro MQA & X-SPDIF2 & element H

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
X-SabrePro_angle-1200x800

Chcesz coś, co zamieni zera i jedynki z kompa w bezwzględnie najdoskonalszy sposób? Chcesz mieć pewność, nie chcesz szukać, kluczyć, tylko mieć gotowe? No to mam dla Ciebie doskonałą wiadomość. Jest takie coś w cenie (za komplet) nie przekraczającej 12k złotych. Wypada rewelacyjnie w pomiarach, ale – co ważniejsze – wypada jeszcze bardziej rewelacyjnie, gdy zagra, gdy popłyną pierwsze dźwięki. Tytułowy system jest – moim skromnym zdaniem – czymś, co zwyczajnie kasuje każdy komponent do 10k, ba… powiem mocniej, jest czymś co kasuje każdego, powtarzam KAŻDEGO streamera jaki się na rynku pojawił (PC górą! ;-) ), miażdży konkurencyjne rozwiązania swoimi umiejętnościami, dając dodatkowo przedsmak jutra (upsampling 44,5MHz aka DSD1024 via I2S). Jak ktoś praktykuje takie rzeczy, ustawia sobie PCM x8, podobnież DSD x8, a nawet tylko 1 bit woli, bo sobie te PCM w locie konwertuje to tutaj jest no limits (via I2S i wyłącznie z odpowiednio wyposażonym kompem, tj. wyposażonym w kartę np. Pink Faun z interfejsem I2S/fizycznie HDMI… wiele opcji, do wyboru, do koloru). I nie, nie chodzi tutaj o magię cyferkową, o wyśmiewane przez co poniektórych (ale to bez sensu, przecież procesor Wam się w komputerze usmaży …niestety takie bzdury wypowiadają ludzie z branży) upsamplowanie czy konwersję (bo przecież nie ma takich materiałów… a to te wszystkie high-endowe klamoty, których na kopy, które ostro DSPeują sygnał, rozumiem, do kosza, ja?), chodzi tylko i wyłącznie o to, co słyszymy na słuchawkach, kolumnach. Tylko o to, o nic więcej. Ustawiam sobie w silniku DSP Roona różne rzeczy tylko po to, by osiągnąć naj. Jak czuję, że na tym torze, na tych klamotach, na tym efektorze, nie ma to sensu, jest gorzej niż pure to bez dorabiania filozofii robię off. Naprawdę nie ma i nigdy nie będzie w audio jednej, jedynej, jedynie słusznej drogi. Ci, którzy twierdzą inaczej, wrzucając do kosza rzeczy, o których mają -delikatnie rzecz ujmując- pobieżne pojęcie, albo -co gorsza- robią wodę mózgu z premedytacją, sami sobie wystawiają jak najgorsze świadectwo. Wiadomo, w intertnetach nic nie ginie.

Wymienione w tytule klamoty traktuje jako całość. Dlaczego? Ano dlatego, że właśnie tak to przetestowałem i na efekt wpływ miały wszystkie składowe. Nie ma żadnych przeciwwskazań, by taki system rozbudować dodatkowo na a) streamerze w innej strefie via SPDIF/USB b) dodatkowym end-pointcie PC (via I2S skonwertowane za pośrednictwem X-SPDIF2 oraz osobno via USB bezpośrednio do X-Sabre) c) podpiętych via XLR aktywnych monitorach (bardzo polecam, tak też u mnie grało w opcji drugi tor). A jak przyjdzie ochota na wincyj to wiecie – karta I2S do kompa i jedziemy. NIE MA OGRANICZEŃ, nie ma limitu, nie ma takiego słowa w słowniku w przypadku topowego setu Matrix Audio. Oczywiście żeby to miało sens musimy zadbać o software. Kod jest nieodłączną, arcyważną częścią takiego systemu. Pozwala wydobyć to, co najlepsze, daje możliwości. Warto to sobie uświadomić, bo pełne możliwości jakie oferuje powyższy hardware to dzisiaj także mocarny, otwarty na przyszłość (DSP: korekcja pomieszczenia, wielosegmentowy EQ, konwersje, firmowa kalibracja via wtyczki dla efektorów/elektroniki itd. itp.). To być musi. Do tego – idealnie, gdy mamy to w pakiecie – wygodna obsługa, wygodne zawiadywanie bibliotekami, agregacja treści i wiele, wiele źródeł/streamów. To wszystko jest już dzisiaj osiągalne i w tym kierunku (integracji) branża zmierza.

Matrix uzupełnił swojego flagowca o MQA, pełne dekodowanie origami. Znacie mój stosunek, negatywny stosunek do tej technologii. To jest rzecz zbędna wg. mnie. Z marketingowego punktu wiedzenia, pewnie dzisiaj trudno nie mieć, choć szanuję tych, którzy powiedzieli MQA: dziękuję, ale nie. Są takie firmy i cóż – opłata licencyjna za stratną technologię kompresji dźwięku z czymś, co jako żywo kojarzy się z niechlubnym powrotem DRM, podlane bredniami o jakości studyjnej – no to się po prostu nie broni, bo jest kompletnie zbędne, niepotrzebne. MQA w X-Sabre Pro zawitało, jest, sprzęt podrożał i to jedyny konkret. Prywatnie mam nadzieję, że MQA przejdzie do historii, wcześniej czy później, przejdzie. Wiele wskazuje na to, że rzecz się „średnio” przyjęła i po początkowym entuzjazmie, dzisiaj już tylko wzruszamy ramionami, nikogo to tak naprawdę nie kręci. Dla mnie ingerencja w sygnał, używanie filtrów (na stałe), na poziomie przygotowywanego do publikacji materiału, jest niedopuszczalne. Kompresja stratna to rzecz neutralna (gdy chcemy oszczędzić transfery, takie miało być MQA początkowo, przypominam, miało być „on the go”), gdy zachodzi taka potrzeba, stosowana w audio i wideo i nie ma w tym nic zdrożnego, problem pojawia się wtedy, gdy ktoś próbuje nam wmówić, że dostajemy „prawdę”, „to co z taśmy matki”. To zwykłe, bezczelne kłamstwo. MQA to wytwór, stratny wytwór. Dzisiaj, w dobie szerokopasowego Internetu, sieci 4 a zaraz 5G takie coś, jak MQA, nie ma żadnego uzasadnienia, żadnego sensu. Na szczęście jest jeszcze dostępny X-Sabre Pro bez tego, wg. mnie zbędnego, dodatku. Można zaoszczędzić. A jak komuś do szczęścia to potrzebne to proszę – ma, może kupić pełne origami.

Pozostałe składowe to starty znajomy X-SPDIF 2, moim zdaniem najbardziej wszechstronny konwerter cyfrowy z dostępnych obecnie na rynku. Jest świetny, bo kompatybilny z każdą z licznych wersji niestandaryzowanego interfejsu I2S, jest świetny, bo może działać zarówno na zasilaniu zew. jak i via USB, jest świetny bo daje opcję pożenienia kompa z interfejsami SPDIF oraz AES/EBU (maksymalizacja opcji, podpinamy topowe przetworniki, także takie, które najlepiej grają via AES/EBU vide Moon), jest świetny bo jest ładny ;-) , jest świetny bo jest bezobsługowy (pełen automat), bo robi swoje. Mamy DXD (758), mamy DSD (512), doskonałą współpracę (bo bezproblemową, natychmiastową identyfikację) z softwarem odtwarzającym (Roon, Audirvana, Daphile, foobar – to sprawdziłem). Karta, to coś jeszcze bardziej, niż przetestowana X-Hi. Lepiej wyciągnąć zer i jedynek z kompa, moim zdaniem, się nie da. Lepiej zniwelować ułomności magistrali USB się nie da. O technikaliach przeczytacie poniżej, powiem tylko tyle, że jestem wielkim zwolennikiem stosowania tego typu pośredników, tj. specjalistycznych kontrolerów USB, bo to całkowicie (wg. mnie) niweluje wpływ komputerowego źródła na sygnał, wygumkowuje wszystkie pierwotne problemy jakie PC generuje w torze audio. element H.

No dobra, będzie to tekst dla hardcorowców, uprzedzam. Wchodzicie w to? Tak? No to go…

» Czytaj dalej

Słuchawki Nura po paru tygodniach ostrego testowania. Recenzja

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_2830

Nie było taryfy ulgowej. Słuchałem długo, bardzo długo, w różnych okolicznościach przyrody, sprawdzając jak się te nauszniki sprawdzają w „boju”. Chciałem – po pierwsze – sprawdzić ergonomię. Wygoda tudzież jej brak w przypadku tak oryginalnej konstrukcji (przypominam – połączenie dokanałowego wsadu, z wokół-usznymi muszlami) to rzecz do tej pory niewystępująca, według mnie nie bez przyczyny, w słuchawkowym wszechświecie. Po drugie obadać wpływ działania indywidualnego profilowania (pomiar naszego aparatu słuchu przez słuchawki) na to, co słyszymy i jak słyszymy. Tak, tutaj w grę wchodzą pierwsze wrażenia z odsłuchu, SQ, ale nie skupiałem się na własnych odczuciach (podoba się, nie podoba się) tylko szkiełkoocznej, czyszkiełkousznej analizie & porównaniu tego nowatorskiego systemu z opcją bez dostosowania („neutral”). Po trzecie wyszły wszystkie plusy i minusy sterowania dotykowego w wydaniu NuraPhone, mogłem po tych paru tygodniach wyrobić sobie jednoznaczną opinię na temat. Po czwarte oceniłem jak się sprawuje moduł – stabilność transmisji, parowanie, przełączanie między urządzeniami. Po piąte sprawdziłem granie po kablu (cyfrowo z kompem). Wreszcie po szóste sprawdziłem i oceniłem w warunkach „on the go” jak się zachowują w trakcie ulewy, gradobicia i kokluszu ;-) znaczy się, czy deszczyk nie wadzi, a jak wadzi w czym wadzi, jak było długo słuchane, a było, to czy tzw. TeslaFlow (wentylowanie) się sprawdza, nie robi się sauna, czy wręcz przeciwnie znaczy robi się (moje Senki Wireless OvE to koszmar w cieplejsze dni, koszmar) oraz – na deser – FrontRow… jak się ma tektoniczne wzbudzanie basiora do szlachetnej sztuki budowania kulturalnego masowania na dole. Ekhmmm. Dobra, zainteresowani Future-Fi w wariancie słuchawkowym? No to jedziemy…

Grane z kabla USB na makówie. Cymes. Naprawdę szkoda, że firma nie zrobiła aplikacji na kompy…
Może zrobi? 

A tak rzeczywiście słyszę, na stronie opisują (mniej więcej) jak to czytać…

Co się podobało? (rozwinięte w stosunku do zajawki, końcowe spostrzeżenia, całościowa ocena)

- słuchawki przylegają jak przyklejone do głowy, świetnie izolują (ANC dodatkowo robi robotę, o czym poniżej jeszcze będzie), płynny mechanizm dopasowania precyzyjnie nam je układa na łbie. Jest opór, także nie wyrobi się to (mechanizm), tu nie ma żadnych zastrzeżeń. Dokanałowy patent dodatkowo stabilizuje i utrzymuje nauszniki w określonej pozycji (polecam pałąk umieścić w okolicach czubka głowy). Pałąk to w ogóle mocny punkt konstrukcji – nie męczy (żadnego ucisku na czubku, czy w okolicach styku nie doświadczamy), wew. materiał nie wywołuje potliwości (widać, że ktoś tu projektował całościowo). Deszcz niestraszny, ale (patrz „co wymaga dopracowania”). Nie ma uczucia pieczenia na czubku głowy.

- aplikacja daje radę, cały proces ustawiania słuchawek przebiega sprawnie. To pierwsze słuchawki na rynku, które łączą się z… serwerem producenta, gdzie dane na temat konfiguracji zapisywane są zdalnie. Uprzedzam, w offline też to działa, ale nie do końca. Chcesz rozpocząć przygodę, LTE/3G być musi (no sieć, dostęp). Dlaczego -tak?- będzie w rozwinięciu recenzji, powiem tylko tyle, że profilowanie stanowi progres, o czym w następnym myślniku…

- nurasound. Profilowanie, pomiar, osobisty, pomierzony, skalibrowany układ pod nasze ucho. Tak, możecie sobie to szybko przetestować, sprawdzić, bo genialną sprawą jest możliwość szybkiego przełączania (profil/neutralne granie) w sterowaniu dotykowym lub via apka (działa w tle, nie przerywa się wtedy odtwarzanie z dowolnego softwarowego playera). To jest przyszłość. Potęga kodu, pomiar, dopasowanie, korekcja. To się dzieje w świecie dużego, stacjonarnego audio, to zaczyna się dziać w słuchawkowym światku. True-Fi, Reference, profile pod Audeze w Roonie… tak, moi drodzy, software będzie miał, ma coraz więcej do powiedzenia odnośnie finalnej, wynikowej jakości dźwięku. Mój profil na obrazku. Warto zapisać sobie w notatniku (tak też zrobiłem), można przechowywać na serwerach producenta, można sobie ten profil zarchiwizować jw. w dowolnym miejscu. To robi. Wpływ na to co słyszymy ogromny. Najpierw wydaje się, że to pod rozrywkowe doznania, że w porównaniu do neutralnego profilu, jest za bardzo „hej do przodu”, ale im dalej w las tym wyraźniej zaczynamy dostrzegać, że słyszymy wyraźniej, że detale, które umykały, których nie było, albo ledwo były słyszalne, one są, że jednak to inaczej, pełniej, bliżej tego, co w materiale siedzi. Jest tu pewien myk, tym mykiem jest FrontRow, ale da się nad tym panować w pełni, bo to konfigurowalne jest. Można zatem zrobić sobie karykaturę na własne życzenie, można. Jednak z samym nurasound nie ma to za wiele, nie, nie ma to nic wspólnego. Mówią „music in full colour”. Tak, chodzi o  barwę, o poszczególne pasma, ale chodzi także jw. o coś więcej. Zamiast zewnętrznego DSP mamy coś zintegrowanego, coś – co pozwala na dopasowanie. Dokładne. W testowanych słuchawkach był zachowany profil pracownika (?) dystrybutora. Włączyłem. Dobra, jeżeli tak inaczej odbieramy muzykę, w tak odmienny sposób kształtuje się nasza percepcja to… wiecie, co to oznacza? No właśnie. Dla mnie to poważne wyzwanie „teologiczno-dogmatyczne”, bo to przecież podstawy. System bada nasz aparat słuchu, robi to powtarzalnie (sprawdziłem, wyniki zbliżone) i robi to zasadniczo przekonująco. W większości wypadków (wiele osób obadałem) efekt był pozytywny, grało lepiej, dla użytkownika z wyraźnym progresem w stosunku do ustawienia neutralnego.

- bardzo wytrzymała (FullMetalJacket) konstrukcja. Pałąk jest nie do zdarcia, podobnie muszle, grube, mocarne pady, gumowy wsad IEMowy… okablowanie, wpuszczony głęboko w obudowę muszli port. Będę służyć lata. Metal, precyzyjne spasowanie. Do tego dbałość o szczegóły (lubimy i cenimy), czytaj: świetnej jakości nosidełko i bardzo elastyczny (wygodny) przewód (pewnie inne, niestety nie w komplecie, a dodatkowo płatne, kabelki też takie jak ten do pudła dodawany).

 - sterowanie dotykowe zazwyczaj się nie sprawdza. Zazwyczaj jest to jakiś patent obejmujący całą muszlę, który w praktyce w negatywny sposób wpływa na użytkowanie. A jak jest tutaj? Otóż, inaczej, choć nadal z problemami. Inaczej, bo producent zaaplikował dotykowe powierzchnie na niewielkich mocowaniach muszli z pałąkiem. Elegancko, ale jeszcze nie idealnie (choć da się to imo poprawić w aktualizacjach oprogramowania). Elegancko, bo zamiast mazać po całej muszli, mamy definiowane przez nas w aplikacji (bardzo fajne) możliwości pełnej konfiguracji tego sterowania. Oparte jest to na pojedynczym, albo podwójnym tapnięciu, mamy zatem możliwość wywołania 4 komend, przy czym funkcjonalnie to dublowanie (bo włączamy coś i wyłączamy coś). Trochę mało, przydałoby się więcej (nie obejmuje to wszystkich chcianych funkcjonalności, szczególnie że możemy regulować tu takie rzeczy jak działanie DSP). Działa to pewnie, nie jest przekombinowane, także tu plus. Reszta poniżej (co należy dopracować).

 - cyfrowo z kompem jest znakomicie. Naprawdę znakomicie. Z jednym „ale”. Nie ma aplikacji pod komputer, a więc wcześniej gdy słuchawki sparowane są (a mogą być TYLKO Z JEDNYM źródłem) ustawiamy sposób pracy. Jak wszystko włączymy (DSP aktywne, ANC aktywne) to tak będzie grało. I nie zmienimy tego, bo dotykowe sterowanie słuchawek po kablu nie działa. Kolejna rzecz do poprawki w aktualizacjach oprogramowania. Jak już jednak podepniemy (też w celu podładowania) to ho, ho, ho. Wewnętrzny DAC robi robotę (jest 16/44-48 tylko), bardzo pozytywne odczucia z odsłuchu. Kabel mógłby być w związku z tym dłuższy, ale dzięki elastyczności jest wygodnie, byle nie za daleko (bo się nie da). Słuchamy i zapominamy o bożym świecie. Oczywiście w makówach będzie działał aptX (via BT Explorer), niestety nie aptX HD (który jest tu także obsługiwany), bo Apple generalnie wiele standardów olewa, choć ostatnio tak jakby się to zmienia (w nowym OS będzie nawet dźwięk obiektowy, no wow). Także kabel zadaje kłam niektórym opiniom, że te słuchawki nie potrafią grać dobrze bez ficzerów. Owszem, potrafią, tyle że nie w trybie BT (bez ficzerów), o czym poniżej jeszcze będzie…

- deszcz nie straszny, znaczy odporne na działanie wilgoci są, choć trzeba mieć w pamięci, że po pierwsze producent milczy na ten temat, po drugie wentylacja (otwory wokół muszli, na styku padów / obudowy) to potencjalne źródło problemów. Tak czy inaczej nie zauważyłem żadnego negatywnego wpływu, a parę razy lało jak jasna cholera. Samo wentylowanie sprawdza się bardzo dobrze, szczególnie w porównaniu jw. z moimi dotychczasowymi bezprzewodowymi nausznikami to niebo a ziemia. Uszy nie pocą się aż tak jak w innych zamkniętych konstrukcjach, są wentylowane, a dodatkowo to wentylowanie nie ma to negatywnego wpływu na separację od czynników zewnętrznych, bo efektywne ANC, bo patent z dokanałową konstrukcją.

- FrontRow. W Berlinie śmiałem się z tego, na IFA się śmiałem, bo miałem na uszach masaż i to taki, że po parunastu sekundach ściągnąłem Skulle (bo tej firmy tj. Skullcandy słuchawki wywołały u mnie wesołość) z wyrazem WTF na twarzy. Tam też dało się regulować, przy czym działało to tak, że albo basu nie było, albo bas był, ale tylko bas. Tu jest inaczej, bo owszem może być karykatura, ale aktywna komora (bo tak od środka prezentują się musze), która pracuje przez cały czas (gumowa, wyprofilowana wykładzina), jak membrana w głośniku (przy czym nie jest to część samego przetwornika!), faktycznie konfiguruje nam ten zakres, w miarę sensownie, nie idealnie, ale na pewno w sposób akceptowalny, a nie jw. idiotycznie bezużyteczny. Te słuchawki mogą być ciekawe dla bass-headów, ale też mogą być opcją dla osób, które wolą niskie trzymane (ściśle) w ryzach. Mamy wybór. 

- jak zdejmiemy to przestają działać, jak założymy wznawiają, witając się i podając od razu ile procent i czy się ze źródłem skomunikowały (choć to ostatnie nie zawsze)

- adaptacja. Serio. Po tygodniu ból mija, choć – zaznaczam – to indywidualna sprawa i może się zdarzyć, że akurat Wam nie minie i będzie bolało 

Co wymaga dopracowania?

- pojawiają się problemy w komunikacji z PC/Mac. Nie udało się ustawić pod macOS 12.14.5, na starszej makówie z HighSierra poszło bez problemów. Na pewno powinni dać software konfigurujący pracę także w wersji komputerowej. Bardzo tego brakuje!

- ANC działa sprawnie, ale nie idealnie. System da się ustawić pod okoliczności (można słuchać i jednocześnie rozmawiać, tudzież nie wpaść pod samochód), to funkcjonuje bardzo dobrze, szkoda że opcji gradacji działania nie ma, bo fajnie by było mieć nad tym większą kontrolę. Do wprowadzenia. Tak czy inaczej tryb Social użyteczny, ale do udoskonalenia…

- precyzja działania dotyku zbyt czuła. Muśnięcie i już. A przypadkowo, szczególnie w takim, wypustkowym, położeniu wywołać coś to nie problem. A problem właśnie jest. Także może jakiś czas reakcji, może sama czułość… to powinno też dać się ustawić programowo (idealnie, gdyby taka opcja pojawiła się w aplikacji konfigurującej pracę słuchawek). Poza tym w deszczu przestaje działać (no wiadomo, tego nie da się raczej obejść), trzeba nurkować po źródło, telefon. Gdyby tak jeszcze wprowadzić opcję 3 tapnięć i rozszerzyć możliwości sterowania to byłoby pikobello. Aktualizacja?

A co zgrzyta i jest (wg. autora) od czapy?

- choćby nie wiem jak się starał, to IEMowy wsad męczy, po paru godzinach czuć ból. Wyraźnie czuć. To efekt nacisku, a może precyzyjniej, ucisku okolic kanału usznego. Wsad jest mocno osadzony i dociśnięty do ucha. Nie ma tu przypadku, to intencjonalne, bo połączone z profilowaniem, z pomiarem naszego ucha i dopasowaniem pracy układu, z nurasound. Coś za coś niestety. Dźwięk zostaje dostarczony najbardziej bezstratnie do ucha, ale też mamy problem z ergonomią, z wygodą. Ciśnie. Także ten SoftTouch niestety nie jest soft, tylko hard. Silikon (nazywany przeze mnie wcześniej „gumą”) jest przyjemny w dotyku, fakt, nie poci się skóra (to też ma wpływ, znaczy materiał ma), pewnie nie alergizuje (jak ktoś ma tego typu problemy), wszystko to prawda, ale całościowo będzie bolało po dłuższym czasie użytkowania. Ciekawostka, jak odwrócimy słuchawki (da się je nałożyć tylko w jeden, określony sposób, tj. portem ładująco-grającym po prawo) to jest… wygodniej. Tyle, że wtedy doki nie wchodzą idealnie w uszy i po włączeniu muzy jedyne co słychać to dudnienie. To oczywiście mocno indywidualna sprawa. Jak poinformował mnie dystrybutor, jestem jedną z nielicznych osób, które zwróciły uwagę na ten problem. Na dole macie krótki filmik, który opisuje rzecz, dodatkowo zamieściłem informację o wkładach, jakie są w komplecie (w demówce ich nie było). Aha, i jeszcze jedno, nie ma problemu z wypożyczeniem słuchawek, przetestowaniem ich na miejscu.

- nie są w żaden sposób składane, nie da się ich pomniejszyć do transportu (stąd duże nosidło). Być może konstruktorom zależało na wyborze – nie składać, zrobić panzer i wybrać długowieczność, kosztem łatwości przenoszenia słuchawek. Szanuję, oceniam nawet pozytywnie w kontekście jw. ale mobilne słuchawki to składaki i to się generalnie sprawdza użytkowo. Tu się tak nie da, tak ten typ ma.

- parowanie ręczne i odparowywanie. Obawiam się, że tego akurat softwareowo nie zrobią, bo jakby moduł dawał radę (może któryś z ficzerów uniemożliwia taką opcję?) to by było na starcie i po kolejnych aktualizacjach. Niestety. Choć autoparowanie jest uskuteczniane, to przy większej liczbie urządzeń, musimy nurkować do ustawień. Dodatkowo trzeba pamiętać o wyłączeniu pary BT i BT LE. Dopiero po odłączeniu można korzystać z innego, wcześniej sparowanego sprzętu. Nie ma dwóch równocześnie, z kompami czasami długo trwa proces nawiązania łączności (z mobilnym raczej bez zwłoki). Funkcja przywracania też potrafi się pogubić.

- jakość rozmów jest rozczarowująca. Nie wiem, czy mogą coś z tym zrobić, ale tu naprawdę przydałaby się konkretna poprawa. Często „jak przez butelkę”, charczy, nie jest czysto, bywa że nawiązane połączenie jest, a nic nie słyszymy. Trzeba wtedy zmienić w telefonie odbiór na słuchawkę w fonie, innym urządzeniu i powtórnie wybrać. Także nasza rozmowa bywa trudno słyszalna. Słabe to. 

Takie reklamy w Londynie. W wielu miejscach. Nura na uszach i na plakatach ;-)

Podsumowując

Przetestowane słuchawki to rzecz oryginalna, awangardowa, zdecydowanie warta uwzględnienia. To przyszłość. Systemy DSP (kod) pozwalające w dowolnych uwarunkowaniach uzyskać optymalne brzmienie. Takie rzeczy jak Dirac, True-Fi, Reference (Sonarworks) i wiele innych robią różnicę zasadniczą i wraz z rozwojem, z integracją (w sprzęcie vide NAD, miniDSP, Arcam i wielu innych) stanowić będą standardowe wyposażenie przyszłych klamotów. Nie dziwi zatem, że w przypadku słuchawek obserwujemy dokładnie to samo. Profile Audeze w ramach firmowego software oraz plug-in’y dla kombajnów (Roon, JRiver…) – jesteśmy na początku drogi, fascynującej drogi. W przypadku Nura dostajemy nie tylko dobrze wykonane, intrygująco & nowatorsko zaprojektowane (kabel oraz oprofilowany tryb bezprzewodowy, bez profilu via BT gra to słabo) nausznice, dostajemy przede wszystkim „know-how” z innowacyjnym mechanizmem pomiaru dna ucha, oparty na super czułych mikrofonach, z zaawansowanym kodem dopasującym pracę przetworników do naszej anatomii.

To jest clou. To robi różnicę i stanowi najistotniejszy element, kluczowy w tym produkcie. Reszta jest ważna, ale dopiero to robi różnicę. Powiem więcej – gdyby nie to, specyficzne połączenie zamkniętej muszli z IEMowym wsadem uznałbym za ciekawostkę, mało praktyczną, no problematyczną, dyskusyjną ciekawostkę. Owszem, daje to pewne korzyści (głównie w zakresie izolacji), ale też dla wielu osób, wybierających nausznice właśnie dlatego, że IEMy są dla nich nieakceptowalne. W tym wypadku musi być właśnie tak, bo wymaga tego opracowany system pomiarowy. Ucho musi być izolowane i musi być dźwięk pomiarowy ukierunkowany bardzo precyzyjnie inaczej całość nie ma sensu. Zdarzało się, że pomiar mimo paru prób nie kończył się sukcesem, osoba badana nie mogła utworzyć swojego profilu. Wada? Moim zdaniem niekoniecznie, a wręcz nawet zaleta, bo dowodzi, że ten system to nie jest hokus-pokus, tylko coś realnie działającego, mającego wpływ. U jednej z osób wyszło, że ma problemy ze słuchem (lewe ucho), że budowa uszu uniemożliwia tej osobie komfortowe użytkowanie IEMów (dowolnego typu). Także pomiar wielokrotnie nieudany, w końcu zakończony ledwo co powodzeniem (bez optymalnego położenia słuchawek, badany odczuwał dyskomfort) udowodnił, że to działa – profil grał gorzej niż ustawienie neutralne.

Także jestem na tak, mimo pewnych wątpliwości. To coś nowego, coś innego, coś co musi dopiero udowodnić swoje kompetencje. Czekam na innych, nie tylko w tym sensie, że innych producentów słuchawek BT z zaawansowanymi systemami DSP, ale także tych, którzy sprzedają klasyczne słuchawki, bez ficzerów, a widząc co się dzieje (Audeze) chce wycisnąć ze swoich nauszników maksimum. Gotowe profile to dopiero początek… plug-iny, które dodatkowo będą w czasie rzeczywistym dostosowywać działanie EQ, współpracując z zaawansowanymi DSP w oprogramowaniu odtwarzającym.

W opcji on-the-go niestety po pewnym czasie uszy odmówiły współpracy. Bolało. Jako zapas robiły RHA i cóż… przydały się jak widać. Ale minęło. Po tygodniu zaadaptowałem się i mimo najszczerszych chęci udowodnienia, że jednak boli, nie bolało. Zaadaptowałem się.

PS. BTW to projekt kickstarterowy, swego czasu sporo o różnych wynalazkach z tego serwisu było u nas (grafeny, lewitujące klamoty, psychomanipulacja ;-) )

Poniżej MEGA_GALERIA z opisami oraz rozwinięcie recenzji, o specyfikacji, technologii i dźwięku (tak, o tym też ;-)

» Czytaj dalej

IKEA Symfonisk Lampka – grające meble… Future-Fi?

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_4087

Miało być i jest. Zapowiadałem, że jeszcze w sierpniu, premierowo, obadam jak ten owoc współpracy Sonosa z IKEA się sprawdza, czy może stanowić tańszą alternatywę dla sonosowych samograjów, czy ma to – mówiąc krótko – sens. Grająca lampka w gabinecie była może nie tyle koniecznością, co wartym rozważenia elementem, bo wcześniej w strefie grał sobie pojedynczy Play:1, a za lampkę robiła… lampka, wyposażona w „inteligentną” żarówę Lightify. Połączenie dwóch osobnych przedmiotów codziennego użytku, integracja – już mniej więcej czujecie o co w tym wszystkim chodzi. Właśnie, chodzi o to, by wyposażenie domu było dopasowane do możliwości, jakie daje nam dzisiejsza technologia, wyposażenie tj. nie tylko urządzenia AGD (co już od dawna ma miejsce), ale także część umeblowania, czegoś co stanowi naturalny element każdego domostwa. W tym tkwi (według mnie) główna idea współpracy szwedzkiego producenta mebli z firmą specjalizującą się w wielostrefowych systemach nagłośnieniowych w ramach stworzonego przez siebie, spójnego, ekosystemu. Sonos wie jak się robi głośniki, wie jak się je integruje, jak ma wyglądać multiroom z wszelkimi najnowszymi technologiami (AI, korekcja pod lokalizację/pomieszczenie, integracja różnych streamów pod jednym adresem – baaardzo ważne i konieczne wg. mnie rozwiązanie). IKEA – wiadomo – meble. Nie najlepsze jakościowo (oj nie), ale o nowoczesnym wzornictwie i bardzo dużej, często jedynej takiej, funkcjonalności na rynku. Pomysł na pożenienie tych dwóch światów to wg. mnie strzał w dziesiątkę. To, co trafiło do sprzedaży w sierpniu, stanowi preludium, początek.

Dwa produkty, każdy realizujący zupełnie odmienne, użyteczne funkcje. U mnie potrzebna była lampka w niewielkim pomieszczeniu, coś co ma mi grać czasami w tle, bez tworzenia strefy stereo (mam pasywne monitory bliskiego pola, które od tego są w gabinecie), jednocześnie coś grającego w tle, w tle niezależenie od miejsca, w którym akurat słucham: fotel przed kompem lub materac na podłodze poniżej parapetu, na którym lampka stoi… no i żeby to słuchanie spełniało osobiste minima jakościowe. Play:1 spełniał te minima. A lampka? Lampka okazała się równie dobra, co produkt Sonosa, nie ustępując mu w swobodzie wypełniania dźwiękiem niedużego pomieszczenia, tutaj bez kierunkowości (wielogłośnikowy układ, dźwięk wielokierunkowy w lampce), jak to (na marginesie) ma miejsce w przypadku tańszego (499) głośnika, który może być użyty również jako półka na książki. W obu przypadkach (tańszy i droższy) można zbudować sobie bazę stereo, w przypadku lampki to pewien wybór estetyczno-funkcjonalny (czy potrzebuję dwóch lampek na blacie regału, jakimś innym miejscu? Odp.: nie bardzo), odnośnie zaś tańszego samograja rzecz przedstawia się moim zdaniem dużo sensowniej – forma aż się prosi o umiejscowienie dwóch takich głośników, które są kierunkowe (jak tradycyjne kolumny głośnikowe) i za pomocą takiej pary faktycznie budujemy sobie strefę stereo. Co prawda wtedy raczej trzeba te głośniki ustawić na sztorc (tak to pomyślano, choć mogą to być nadal dwie – dodatkowo – półki na książki – no kto co lubi). I już.

Świeci i gra

Wtopienie, integracja dźwięku z chałupą to moim zdaniem przyszłość. Głośniki instalacyjne, ale takie prostsze (w instalacji), tańsze (duuuużo tańsze od takich, co do niedawna), łatwiejsze w obsłudze (znacznie) to kierunek. Sama elektronika audio bardzo nam się miniaturyzuje. All-in-one’y to coś, co w katalogach ma już każdy duży gracz w branży. Jednak tym, co robi największą różnicę jest kod. Software który scala, który powoduje, że wszystko ze sobą gra, współpracuje, pozwala na super proste dodawania, rozbudowywanie. Sonos to rozumie, IKEA to rozumie. To jest przyszłość. Tu na poziomie „lifestyle’owym”, choć – i warto mieć to na uwadze – z ambicjami budowania kina domowego (liczne produkty Sonosa, te od IKEA wpisują się w to, bo „półki” mogą robić przykładowo za tylne efekty w firmowej instalacji KD) oraz stereo HiFi na serio (Sonos AMP (mega recka pod linkiem), za moment nowy Connect, instalacje rackowe z wieloma AMPami). Future-Fi? Ano Future-Fi. Czy Sonos jest jedyny? No oczywiście, że nie jest – przykładowo Japończycy bardzo mocno integrują (Yamaha, Denon, Onkyo etc), wchodzi w temat Arcam, jest też z najbardziej całościowym podejściem NAD (własny system OS, instalacyjne, Dirac itd). Najważniejsze było (już w czasie przeszłym, bo się udało) uczynienie tego wielostrefowego, ekosystemowego rozwiązania nagłośniającego domy przystępnym cenowo i ŁATWYM W OBSŁUDZE. I to się udało, a wraz z produktami IKEA to, co powyżej, wędruje do strzech i moim zdaniem jest skazane na sukces.

IKEŁA

Dzisiaj każdy sprzęt grający, mający być na czasie, nowoczesny, nieodstający, uzależniony jest od tego, co kluczowe – od software’u. Od dawna o tym piszę na łamach HDO, podkreślam rolę oprogramowania, które staje się nie tylko immanentną częścią toru audio, ale ma przemożny wpływ jak nam to zagra, jak to obsłużymy i co będziemy mogli (w ramach systemu) osiągnąć. Otwartość na rozwój, na ewolucyjne zmiany, na dodawanie funkcjonalności, na implementację AI. To konieczność dzisiaj. Software Sonosa jest najlepszy w swojej klasie. To coś więcej niż tylko aplikacja do zawiadywania, konfigurowania, to coś dużo, znacznie bardziej rozbudowanego. A jednocześnie bardzo prostego w obsłudze. Bardzo. Agregacja treści – cholernie ważna rzecz – tu jest jedyna w swoim rodzaju, nikt inny, na takim poziomie, nie integruje Wam streamów, a tych w Sonosie jest na kopy, właściwie nie ma takiego, którego by brakowało. To prostota, to wygoda, to brak konieczności przełączania się, niewygodnego buszowania po osobnych aplikacjach dostarczycieli treści. To przyszłość, wróć, to teraźniejszość. Jak skojarzymy to z AI, głosowym sterowaniem to mamy komplet. W Polsce już w aplikacji identyfikują się asystent Google oraz Alex-a …czekamy na odpalenie w rodzimym języku (tego – zapewne – pierwszego z wymienionych). Tak to ma działać, właśnie tak. Ale to dopiero początek, bo ekosystem Sonosa to też integrowanie w ramach aplikacji firm trzecich. Macie ulubionego playera / front-enda i nie chcecie z niego rezygnować, ba potrzebujecie go, bo wasze „duże HiFi” gra za pośrednictwem? Ano tutaj nie ma żadnych przeszkód, by Sonos nam zaświecił w Roonie przykładowo (oczywiście głośniki IKEA też się zgłaszają, co oczywiste, pod tym front-endem), czy w świetnym VOX Player (z nieograniczoną prywatną chmurą w ramach abo, gdzie możecie trzymać nawet DSD256 c.a 1.5GB na album ;-) ). Wszędzie tam i w wielu innych można sobie wykupić, albo po prostu mieć w standardzie Sonosy obsługiwane. I to robi różnicę. Zasadniczą robi.

Zawiadywanie strefami: proste, łatwe i przyjemne

 

Pod Roonem, elegancko

Dodawanie nowych sono-głośników to – jak wiecie (patrz nasze testy produktów Sonosa: tu i tutaj) – buła z masłem. Chwila mazania po ekranie i już. Trochę więcej czasu zajmuje utworzenie nowego sonosowego systemu, początek przygody, ale tylko trochę więcej. Wszystko jest do bólu proste, nieskomplikowane. Dodajemy kolejne, kalibrujemy (TruePlay – patrz powyższy wpis) i kolejna strefa, kolejne głośniki grają nam w domostwie. Polecam tanie jak barszcz akcesorium, router Bridge, który dodatkowo ułatwia instalację, bo niweluje nam ewentualne białe strefy (gdzie sygnał jest nie ten teges), pozwala także na udostępnienie skrętki (także innym sprzętom) w ramach sonosowej sieci mesh. To co dzisiaj, na marginesie, jest bardzo zalecane, nowoczesne, tj. bezprzewodowe sieci mesh (z pkt dostępowymi) to coś, co Sonos miał od samego początku, na czym bazował cały jego system. W odróżnieniu od innych rozwiązań na rynku, tutaj nie będzie problemów z łącznością, nie będzie przerw w graniu, problemów z nawiązywaniem łączności, jakiś fuck-up’ów. To po prostu działa.

Agregacja treści – klucz do sukcesu

AirPlay

Lampka integruje. Jest żarówa, co ją z apki oraz via AI/IFTTT sobie ustawiamy/sterujemy/automatyzujemy, jest głośnik. Jeden kabel. Sama lampka w kolorze białym wygląda dobrze, wygląda – jak lampka – trochę przerośnięta, ale dzięki kolorystce i wzornictwu nienachalnie, nie jest to coś, co stanowiłoby problematyczny element wyposażenia. Nie. Spełnia dokładnie to zadanie, które miała wypełnić. Świeci i gra. Sterowanie fizycznymi przyciskami jest dokładnie takie samo jak w przypadku głośników Sonosa, zamontowane są w podstawce „talerzyku”, dioda dyskretnie oświetla maskownicę od spodu, a fizyczny wł/wył światła dopełnia całości. Umownie „z tyłu” znajdziemy LAN i niewielką metkę Sonos/IKEA, która pozwala na zdjęcie maskownicy (celem wyczyszczenia). AI działa, ale za pośrednictwem innych, wyposażonych w mikrofony sono-speakerów (u mnie One), bo lampka mikrofonów nie ma (dla mnie to plus). Wszystko odbywa się za pośrednictwem firmowej apki, ale też -jak wyżej wspomniałem- nie ma przeciwwskazań, by użyć innych programów odtwarzająco-zawiadujących, tych które są kompatybilne z Sonosem. Nie ma żadnych przeciwwskazań. To wszystko powyżej decyduje o tym, że Sonos na tę chwilę nie ma alternatywy (na poziomie funkcjonalności, w tej cenie). W lampce gwintujemy wspomnianą żarówkę Osrama, mając jabłka – dodatkowo – korzystamy z wszelkich dobrodziejstw AirPlay 2. Tu na marginesie taki hint – jak nie macie kinodomowych sonosów, a chcecie szybkiej integracji z TV (nie ma tu AUX, optyka, BT – także niby zero szans) to streamer AppleTV (tak, bez tego się nie obejdzie, ale stare gen. są taniutkie) i w ustawieniach dajecie akcesoria AirPlay i wyszukujecie sobie Waszego sono-głośnika. I już.

  

I tak to sobie tutaj integrujemy

No dobrze, na koniec, jak to gra zapytacie? Ano gra jak Play:1/One, w pewnym uproszczeniu. Dźwięk ma tę samą swobodę, nie katuje basem (chyba, że chcemy), ładnie – nawet gdy cicho – sobie to gra, przyjemnie dla ucha. W przypadku konfiguracji mono, w małym pomieszczeniu naprawdę niczego więcej nie potrzebujemy (w przypadku takiego produktu). Tak, to słuchanie w tle (zazwyczaj), ale także bez ujmy, gdy leżymy, leci jakaś neto-rozgłośnia i ta lampka sobie całkiem satysfakcjonująco poczyna. Nie ma tu żadnych ewidentnych wad, w tym graniu. To jest poziom lepszy od dowolnego głośniczka BT, jest także lepiej od niewielkich, wolno stojących kolumienek samogrających konkurencji (mono), o zbliżonych gabarytach. Widać, że Sonos (bo Sonos odpowiadał za to co gra, forma to IKEA, ale cała reszta to Sonos) wie jak to się robi, wie od wielu lat, konsekwentnie rozwija swoje i robi to dobrze. Mamy pełne pasmo, bez niedomagań, to nie jest (mono) alternatywa dla HiFi – oczywista sprawa – ale też w rozbudowanych torach, z parami, już nie mówiąc o AMPie… Ten głośnik idealnie nadaje się do gabinetu, sypialni – wszędzie tam, gdzie chcemy mieć coś, co nam zagra w tle, albo niezobowiązująco dla czystej przyjemności. To – trochę jak – słuchanie niewielkiego, tranzystorowego radyjka z ambicjami (Tivoli), gdzie mimo że to mono, mimo że nie HiFi, mimo że małe, to słucha się wybornie i nie da się tego nie lubić. Tutaj to też macie. Innymi słowy, za 799pln (o 200 taniej niż One, w zbliżonej cenie :1) macie coś więcej: funkcjonalny mebel, który spełnia obie funkcje tj. świeci oraz – dla nas najistotniejsze, prawda? ;-) – gra na poziomie pełnej satysfakcji. Nasza gorąca rekomendacja.

Czego chcieć więcej? Ano nowych, grających mebli Sono-IKEA…

PS. Nie ma danych, specyfikacji, bo producent o niczym takim nie wspomina. Może Sonos u siebie, na stronie, o tym wspomni? Wypadałoby. W przypadku IKEA ten typ tak ma, ale przyjemnie byłoby się dowiedzieć coś więcej na temat.

Nawet w trudnym akustycznie pomieszczeniu będzie grało (jeden z Sonosów gra w łazience).
Kalibracja TruePlay pod lokalizacje? Zdecydowanie użyteczna sprawa

Galeria poniżej wieczorem aktualizacja (na fb będzie z opisami):

» Czytaj dalej

Chord Mojo – nowa, redakcyjna referencja „on the go”

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_3977

„Duże” Chordy – jakoś nigdy nie byłem fanem. Tak, na pewno są to znakomite urządzenia od strony inżynieryjnej, świetnie zaprojektowane, tyle tylko że sygnatura dźwiękowa jakoś nie moja bajka. Nie pasowało, mimo paru prób i dałem sobie spokój. Tak to jest, czasami preferencje słuchającego są tak odległe od tego, co oferuje dana „szkoła”, że – po pierwsze – nie warto czasu marnować (się zmuszać), po drugie – subiektywny osąd mógłby być zwyczajnie krzywdzący dla badanego klamota. Był jednak wyjątek. Tym wyjątkiem, chętnie słuchanym tu i ówdzie, było tytułowe urządzenie: Mojo. Według mnie ten maluch prezentuje inne, bliższe mojemu, podejście do reprodukowania dźwięku. Podobał się, choć nie był to jakiś zachwyt, finalnie trafiła się okazja i tak wylądował w redakcji. Ostatnio mobilnego u nas prawdziwe zatrzęsienie, co ma swoje plusy ale i minusy, bo przetestować trzeba, można w różnych okolicznościach (wyjazdowych) co jest tym „+”, ale też przesuwa parę rzeczy planowanych, zakłóca ustalony wcześniej porządek publikacji. Mam nadzieję, że przyszły tydzień będzie owocny, znaczy uda się nadgonić i sporo rzeczy na HDO się pojawi, a mobilne już zapowiadane i właśnie dopiero co zapowiadane oraz to, co leci, nie popsuje playlisty i wyrobimy się ze wszystkim, co tam się ostatnio słuchało.

Trzeba to ogarnąć (świecące kule – komunikacja, sterowanie), ale to nawet dodaje uroku i jest konsekwentnym wyborem
producenta we wszystkich produktach PC Audio 

Dobra, dość pierdzielenia, czas na konkrety. Mojo. Opisany przez praktycznie każdy sajt, w licznych periodykach branżowych, przetestowany „na wylot”. Czy może być coś odkrywczego w opisywaniu sprzętu sprzed c.a. 4 lat? W odniesieniu – jak najbardziej. W odniesieniu do nowego. Dlatego Mojo stanie i stawać będzie w szranki z grającymi penami, przenośnymi amp/dakami oraz DAPami, będzie weryfikował wartość tego, co nowsze, oparte na nowych pomysłach. Przy czym Chord parę lat temu zrobił wiele, by rzecz nam się nie zdezaktualizowała – możliwości tego malucha nadal są i będą „na czasie”. Firma o to zadbała, wybierając drogę uzupełniania, czy wręcz „apgrejtowania” (Poly) podstawowego produktu i chwała jej za to. O Poly zresztą jeszcze przeczytacie. To, że sprzęt nie ma MQA uważam za zaletę, Chord podobnie jak inni, zaimplementował w nowych produktach tą bezużyteczną technologię… to jak z dodawaniem (marketing) DSD do każdego przetwornika (obsługa), czy pogoni na cyferki. Cóż, tak to funkcjonuje.

Także cieszę się, że z jednej strony mamy zaawansowane coś, przyjemniej od innych wyrobów Chorda, brzmiące (dla moich uszu), z opcją uzupełnienia funkcjonalności o pełną obsługę sieciową z certyfikacją Roon Ready, opcją mobilnego serwera audio etc. Fajnie. Choć wiem, czytając fora, że nie wszystko wyszło okey (Poly), co też krytycznie ocenimy, co wyjdzie w praniu. Na razie soute i ta „referencja” to nie – jak wielu interpretuje to słowo – najlepsze, top of the tops, tylko zwyczajnie punkt odniesienia dla testowanych przenośnych (w redakcji). U mnie większość USB DACów gra stacjonarnie (temat na inny wpis – brak zasilania, dedykowany komputer/transport cyfrowy, to często panaceum na problemy, droga do uzyskania lepszego dźwięku… pomiary nie kłamią vide Audio Science Review) i Chord wraz z SMSL Idea mają stanowić mobilny materiał porównawczy.

Wirelessy z Wire. Senki mają kopany moduł łączności, ale to nadal jedne z najlepszych mobilnych nauszników
(wygoda, świetny dźwięk, b. dobry ANC)

Postaram się przemycić w ramach paru najbliższych publikacji sporo spostrzeżeń na temat kompetencji brzmieniowych Mojo, tym razem nie będzie czegoś takiego jak osobna recenzja, a właśnie tak, plus – to już w ramach dużej publikacji – Mojo & Poly (z roonowym przegięciem… tu mobilne spotka… stacjonarne). Tymczasem parę fotek, słuchane w dość oryginalnym zestawieniu (dla porównania) z Sennkami Momentum Wireless OvE (wyłącznie opcja pasywna, z wyłączonymi ficzerami, na kablu podpiętym do Mojo) vs Nura (full DSP, BT, z profilowaniem indywidualnym). Zupełnie odmienne drogi do… no właśnie, do czego? Trochę wyjaśniam poniżej, w mini galerii.

» Czytaj dalej

Recenzja przetwornika Auralic G1 – VEGA pożeniona z siecią

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_0155

VEGA. Jeden z najlepszych przetworników na rynku. Maszynka do wyciągania zer i jedynek z komputera (bo to głównie za to chwalono Vegę, to właśnie komputer był tu na pierwszym miejscu, ten DAC kupowany był z myślą o źródle komputerowym). Sprzęt drogi, ale jeszcze przystępny cenowo, jeszcze nie atakujący dla wielu „magicznej” granicy 10k za klamota. Nowa odsłona to poważna zmiana koncepcji, to z jednej rozszerzenie, z drugiej zaś… przekroczenie przez producenta Rubikonu, to znaczy przekroczenie umownej granicy i to bardzo konkretnie. Nowe serie G: G1 i G2 to cenowy high-end, a biorąc pod uwagę całą ofertę to propozycja dla osób, które mogą pozwolić sobie na nieograniczone wydatki na hobby, zwane, odtwarzanie muzyki w domowych warunkach. Mamy zupełnie inny pułap cenowy. Auralic z jednej strony oferuje bardzo taniego Ariesa Mini (Aries duży też już w high-endach, bo też linia G), a potem długo, długo nic i drogie klocki. Trochę tego nie rozumiem. Są w sprzedaży (jeszcze) starsze modele, ale ich żywot rynkowy (poza wtórnym) dobiega definitywnie końca. Dla mnie to mało zrozumiała decyzja, wyraźnie brakuje klamotów z przedziału 3-8k. Cóż, taki mamy klimat. Dzisiaj wielu producentów za punkt honoru stawia sobie wyścig zbrojeń w cenowej stratosferze. Nie pochwalam, uważam to za brak szacunku wobec potencjalnych klientów. Jakby nie patrzeć, stratosfera, od zawsze była zarezerwowana dla nielicznych. Widać pewien niepokojący trend w elektronice, podobnie jest ze słuchawkami (z chlubnymi wyjątkami). Wszędzie, chcą więcej, niekonicznie adekwatnie, a coraz częściej nawet gorzej – oferując mniej (funkcjonalność) za więcej (pieniędzy).

Dobra, dość marudzenia, czas przedstawić jegomościa. G1 to maszyna znakomicie wykonana. To kawał skrzyni. To na bogato. Tak. Widać, że Auralic chce więcej za konkretne więcej. Przynajmniej odnośnie aparycji, wyglądu, formy – ten sprzęt niewątpliwie kojarzy się ze stratosferą, mimo poczynionych względem jeszcze droższego G2 cięć (materiały, nie forma), prezentuje się wyśmienicie. Duże, ciężkie bydlę. Niby tylko DAC, bo przecież jw. VEGA to DAC, ale jednak nie tylko DAC, a coś więcej. Tak więcej, bo mamy tutaj przedstawiciela nowego pokolenia tj. sprzętu skojarzonego z siecią, tak zwanego streaming DACa. Strumieniujący, czytaj, uniezależniający się od transportu komputerowego, co jest tu niewątpliwie warte odnotowania. Odpada często kłopotliwa rzecz, jaką jest odpowiedni, dobry, dedykowany PC pod audio, ale też rodzi to pewne konsekwencje, o czym przeczytacie poniżej. Także mamy taką opcję i rzecz jasna grzech byłoby nie skorzystać, prawda? No dobrze, ale przecież to VEGA, to przetwornik, coś – także – do połączenia źródeł, dodatkowo preamp cyfrowy, bo VEGA to także potencjometr. Odpowiemy sobie zatem na pytanie, czy ta droga maszyna może być kluczowym (bo przecież gała i dekodowanie) elementem toru i to takiego toru, który kosztuje w sumie kilkadziesiąt tysięcy (high-end, jeszcze nie zahaczający o poziom handlu narządami). Ten G1, dodatkowo, coś ma i czegoś nie ma (co bardzo było przez niektórych krytykowane). Ma dwa jacki, jest więc także – niby – docelowym rozwiązaniem pod słuchawki. W końcu tyle kosztuje, więc powinien… Nie ma natomiast kieszeni na dysk w środku, nie ma USB dla zew. nośników, nie może być rozpatrywany jako lokalny, muzyczny serwer, bo takiej funkcjonalności po prostu tutaj nie przewidziano. Może być końcówką (end-pointem) dla takiego Roona, ale samodzielnie z ograniczeniami wynikającymi z przyjętej koncepcji. Jak chcemy budować system all-in-one z własną kolekcją lokalnie, to trzeba kupić Altaira. Tak to sobie w Auralic-u wymyślili. Także macie Mini za około 2k, który ma „wszystko”, potem długo, długo nic, jest Altair G1, potem długo, długo nic i VEGA G1 – taki podział, jak wyżej. No i stratosfera (G2). Albo, albo. Czy to dobrze, czy źle, pozostawiam finalnie Waszej ocenie, ja skupię się na tym, co fabryka dała, bo wg. mnie… nie wszystko tu wyszło tip-top, nie wszystko.

Zapraszam…

» Czytaj dalej

W poszukiwaniu uniwersalnego: NAD C368 z modułami MDC – recenzja

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180718_063332413_iOS-600x437

A gdyby tak, a gdyby tak mieć coś do wszystkiego, przy czym to coś miałoby zadawać kłam powiedzeniu: „jak jest do wszystkiego, to do niczego”. Nikt nie przetestował tego klamota w ten sposób. To w ogóle głębszy problem z recenzjami produktów… zazwyczaj są bardzo pobieżne, koncentrują się tylko na wycinku, zazwyczaj pisane są zaraz po premierze, albo niedaleko (w sumie, trudno się dziwić, bo przecież użyteczność marketingowa, bo życie produktu obecnie bywa krótkie), zazwyczaj z lektury nie dowiemy się zatem, czy sprzęt potwierdził swoje możliwości (wsparcie, rozwój oprogramowania…), czy można i ile można było wycisnąć ze skrzyneczki. Ten schemat bywa strasznie irytujący, właściwie stanowi zaprzeczenie istoty rzeczy: albo o czymś wypowiadamy się całościowo, autorytatywnie, starając się nie pominąć tego, co stanowi istotę, albo jest po łebkach i tak naprawdę jedyne, co można wyczytać, to dane nadesłane przez producenta z opisem potencjalnych możliwości. Nawet obserwacje z odsłuchów bywają w takich okolicznościach przyrody niemiarodajne, albo przynajmniej niepełne. Tak, moi drodzy, recenzenci powinni (zaczynając od niżej podpisanego) informować czytelników o tym, jak długo egzaminowali i jak dogłębnie egzaminowali pacjenta tj. klamota. Taka informacja powinna być obligatoryjna. Jak ktoś spędził parę wieczorów ze skrzynką to – powiedzmy sobie szczerze – niewiele wie o tym co, to, to potrafi. To nie jest miarodajny test, miarodajna ocena. Dlatego lepiej wg. mnie mniej, nie na wyścigi (znaczy jak już egzemplarz testowy nie jest na za dwa tygodnie, tylko może się testować długo i namiętnie), jak się (to zawsze pomaga – pozwala zaoszczędzić czas) porządnie rzecz wygrzała, pograła sobie wcześniej. W przypadku opisanego w tytule delikwenta z „przyległościami” (karty ;) ), mieliśmy przyjemność badania przez okrągłe cztery miesiące z okładem. To wystarczająco długo, by móc jw. autorytatywnie wypowiedzieć się o testowanej integrze.

NAD C368 to konstrukcja przełomowa. NAD idzie w najnowszej, klasycznej, najważniejszej (zarówno wizerunkowo, jak i zapewne handlowo) serii, dalej niż w poprzednikach, definiuje na nowo możliwości, potencjał nowoczesnego wzmacniacza zintegrowanego. Tak, właśnie tak, a dodatkowo robi to nie na pół gwizda, nie że może w następcach coś tam doda, tylko od razu robi to jak należy – integruje WSZYSTKO, nie zapominając o żadnym szczególe, a całościowo wychodzi naprzeciw idei FUTURE-FI. Sprzęt, aby być zgodny z tym „future” nie tylko potrafi odnaleźć się w cyfrowym świecie (co dzisiaj stanowi standard), a więc jest zdolny do współpracy z licznymi źródłami, komunikacji sieciowej, obsługi nie tylko za pośrednictwem tradycyjnego pilota. Nie. Future-fi moi drodzy, to kompleksowe rozwiązanie SYSTEMOWE, a precyzyjniej EKOSYSTEMOWE. To coś dużo i znacznie większego. I NAD robi tutaj robotę. Dzięki modułowości rozszerzamy, to nic nowego w HiFi, ale tutaj de facto tworzymy coś nie tylko łączy świat audio z światem video, nie tylko uzupełnia możliwości o sieć i system operacyjny audio (bo tak to trzeba zdefiniować), ale otwiera możliwości budowy wielostrefowego, kompleksowego rozwiązania i to – jeszcze – w oparciu o kilka alternatywnych opcji softwareowych. Jest BluOS, ale jest i Roon, jest także JRiver. W przypadku rozwiązania firmowego tworzymy coś na kształt sieciocentrycznego systemu złożonego z BluOSowych klamotów, które dogadują się w ramach swojego protokołu i INTEGRUJĄ każdy rodzaj źródła, jaki podepniemy do wzmacniacza. Gramofon strumieniowany do innego pomieszczenia? A jakże! Chęć posłuchania sobie szpuli albo srebrnego krążka w kuchni (samograje Bluesound), na patio, gdziekolwiek… także na innym, starym systemie uzupełnionym przez streamery…. systemowe end- pointy. Dalej, mamy także możliwość rozszerzenia i uzupełnienia możliwości o najnowsze pomysły z dziedziny DSP oraz korekcji (Dirac), możemy cieszyć się z nowych serwisów, z obsługi wszystkich bezstratnych & hi-resowych streamów (Tidal HiFi/MQA, Qobuz oraz Deezer HiFi), z dodanej wreszcie w najnowszych modułach, klamotach obsługi DSD.

Blu

Jak dodamy sobie do tego kino i to pożenione ze wspominanym softwarem Dirac, oferowanymi przez producenta możliwościami rozbudowy ekosystemu o klamoty obsługujące dźwięk obiektowy (oraz starsze formaty kina domowego) oraz najnowsze rozwiązania z zakresu wizji (4k, HDR) to wyraźnie widzimy, że ktoś tu sprawę przemyślał bardzo gruntownie. W przypadku C368 punktem wyjścia jest kino z dźwiękiem stereofonicznym, ale to nie koniec drogi uzupełniania, rozbudowy. Pamiętacie, niedawno wspominałem o cyfrowym przedwzmacniaczu, dla – chyba- niepoznaki nazywanym przez NADa „streaming dakiem”. Bohater niniejszego wpisu potrafi współpracować z nowym C658, potrafi wraz z końcówką C268 stworzyć dzielony system o potężnej mocy, a to jeszcze nie wyczerpuje wszystkich możliwości. W opracowaniu są moduły dające możliwość wejścia w świat wielokanałowego dźwięku nie tylko w najdroższej serii Masteres. Innymi słowy, budujemy sobie w oparciu kompleksowy system, kompletny, pozwalający na integrację każdego możliwego źródła. Integratorem jest tu NAD i – jak ktoś nie chce bawić się w alternatywy – tylko NAD. Protokoły mamy też wszystkie jak leci: AirPlay2, DLNA/uPnP, Spotify Connect, Cast… do wyboru, do koloru. Po tych paru miesiącach maglowania C368 z modułem BluOS oraz HDMI uświadomiłem sobie, jak istotne, jak kluczowe jest zrozumienie przez producenta złożoności, ogromnej rozpiętości dzisiejszych technologii. Dopiero umiejętność połączenia wszystkiego w jeden, bezproblemowo działający, dogadujący się, integrujący serwisy, usługi ekosystem, znajomość i wiedza na temat systemów operacyjnych, protokołów sieciowych (i w ogóle działania infrastruktury sieciowej… NAD jest jedną z nielicznych w branży firm, które ten temat znają od podszewki i wykorzystują ten potencjał) przynosi optymalny rezultat, daje użytkownikowi stabilny, otwarty na to co przyniesie przyszłość SYSTEM. Trzeba na to popatrzeć nie przez pryzmat OLD-Fi, gdzie wystarczyła łączówka, gdzie – owszem – mogło nie być synergii, ale gdzie poziom złożoności (nie chodzi o obsługę, o UI/UX… tu NAD wykonał kawał dobrej roboty i jest ergonomicznie, jest prosto, jest przejrzyście, dobrze jest) jest nieporównywalnie większy, gdzie mówimy o czymś, co w całym cyklu życia podlega modernizacji, transformacji, ulepszaniu i rozszerzaniu (możliwości).

To wszystko stanowi nową jakość, zapowiedź tego co już teraz, a zaraz wszędzie (jako pewien standard) zafunkcjonuje na rynku. NAD nie byłby sobą, gdyby nie uwzględnił w ostatnich swoich pracach także kontrowersyjnego tematu jakim jest AI. Przy czym tutaj raczej chodzi o podstawowe możliwości sterowania (w tym kierunku, póki co, to zmierza). Rzecz jasna nie da się wykluczyć, że w przyszłości taki M10, albo kolejny tego typu klamot, będzie nie tylko reagował na nasze komendy głosowe, ale jeszcze nam coś odszczeka. Jak future, to future. Nie wykluczał bym żadnej możliwości, w końcu idziemy w kierunku agregacji wszelkich treści multimedialnych, z opcją interakcji człowiek – maszyna (począwszy od rekomendacji,  poprzez uzupełnianie wiedzy, informacji, a – na razie – kończąc, na alternatywnych wątkach, zaangażowaniu użytkownika w przebieg narracji). Trudno powiedzieć dokąd nas to zaprowadzi, nie o tym jednak miał być wpis, wracam do meritum: czas na przedstawienie potencjału doposażonego C368, pokazać Czytelnikom co daje Future-Fi w praktyce.

Zapraszam!


» Czytaj dalej

Z wizytą w Premium Sound (nowa lokalizacja – mój Sopot ;))

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_1049

Przy głównej (Al. Niepodległości), ale trzeba trochę wysilić gały… salon Premium Sound. Jak autem to parę miejsc do zadokowania się znajdzie, jak rowerem to lepiej, bo raz że z każdej strony ścieżki bez korków to jeszcze płot do przyształowania bicykla obok. Dobrze, w środku kameralnie, niewielkie to, to, ale ma podziemia. A tam przyjemne miejsce do słuchania, do tego sporo paczek, stelaży z dobrem, także jest na co zawiesić oko, może od razu nawet poprosić – a weźcie podepnijcie mi te o tutaj, także wszystko „pod ręką”, znaczy prawidłowo. Miejsce jest wybitnie kameralne. Jak ktoś zbiorkomem to spacerek albo z Wyścigów, albo z Żabianki (SKM), względnie niedaleko przystanek autobusowy. Dobra, wystarczy tych opowieści z krainy mchu i paproci ;-) , czas przejść do konkretów. Krótka fotogaleryjka z opisem, krótka, ale bardziej rozbudowana wobec wpisu na profilu, co poleciał zaraz po wizycie. To lecimy:

 

Piękny jest. Euforia Feliks Audio to klasyka w najlepszym tego słowa znaczeniu. Tak sobie lampę wyobrażamy i to właśnie tutaj mamy…
Znakomicie wykonane, wielkie bańki (to zawsze robi), szlachetny minimalizm (żadnych wodotrysków, co by nie odwracać uwagi od lampiszonów), przyjemny w obsłudze potencjometr i duży jacek.
Takie coś chce się mieć. Po prostu. Dla samej formy chce. Kawał solidnej wytwórczej roboty… nie żadne DIY (nie to, że nie lubimy, ale wiecie o co chodzi), żadne odpusty, żadne „nieważne jak wygląda…”
Dobra, a jak gra? A o tym kapkę niżej…

To robiło za źródło: Lumin T2. Wyczynowy streamer, z autorskimi pomysłami, alternatywa dla PC toru.
Tu, przyjemny (taki easy listening) utwór Mantra ostatnio mocno eklektycznego BMTH.
Jak widać strumieniowiec z PCM konwersję do DSD robi w locie i do lampiszona taki sygnał przesyła.

W piwnicznej świątyni stoją różne klamoty, co by oko cieszyć z każdej strony ;-)

Arya. Fantastyczne, na pewno nie gorsze, po prostu inne niż HE6SE. W oczy rzuca się dobry prąd (i jeszcze te, no grube druty)

» Czytaj dalej

Sonore microRendu z PSU CIAUDIO – megatest HDO

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20181127_190606973_iOS

…Tym razem będziemy długo testować tego grzdyla, oj długo i nie tylko pod Roonem (choć głównie, ale nie tylko). Będzie HQPlayer, będzie też o najnowszym wypuście oprogramowania smallgreencomputer (wersja 2.7 czytaj integracja streamu Spotify, sporo poprawek dotyczących obsługi dźwięku 1 bitowego itd/itp). Także kompleksowo sobie potestujemy, myślę, że recenzja będzie składała się z paru rozdziałów… bo to nie jedyny end-point jaki planujemy skonfrontować z naszymi bezkompromisowymi wymaganiami. Ma być bezobsługowo, ma być bez ograniczeń jakościowych, to znaczy, że musi radzić sobie z sygnałem DSD512 w konwersji PCM@DSD, musi wpasować się w multistrefowe granie, musi działać bezproblemowo z naszymi silnikami DSP (kilka różnych plus wtyczki), ma być oczywiście pasywnie, ma oferować wiele możliwości w zakresie sterowania (pełna elastyczność w tym zakresie)…

Mhm, tak właśnie było, długo i – nie ukrywam – z dużą przyjemnością, „męczyłem” tytułowy zestaw. Mówią: chcesz najlepszy komputerowy transport, myślisz – Rendu. I coś w tym jest. Wyspecjalizowane, zaprojektowane wyłącznie w jednym celu: dostarczenia sygnału zero-jedynkowego do DACa bez mielizn, bez problemów, jakie stanowią zmorę komputerowego audio. To ma być portal, pomost między tym co z internetowej sieci (na upartego można podpiąć dysk, można zrobić z tego mini serwer, czy też samodzielne źródło – odtwarzacz) strumieniem na żądanie wpada (LAN) a audioklamotami tj. jakimś DACzkiem (USB – choć, właśnie, jest już mod na światłowód, jak ktoś woli taki sposób transmisji sygnału). Małe, niepozorne, a stanowiące jeden z kluczowych elementów toru grającego z plików. Bo, niestety, ale komputerowe źródło nie może być „jakieś”, musi być odpowiednio skonfigurowane, a najlepiej zoptymalizowane, czy – właśnie – wyspecjalizowane. Można kupić streamer, czy obecnie kupić wszystko w jednym (coraz częściej) i darować sobie lekturę niniejszego testu. Owszem – można, tyle tylko, że poziom jaki możemy osiągnąć za pośrednictwem takiego plikowego transportu (tak był przez 99% czasu testowany) to poziom najdroższych strumieniowców, to poziom prawdziwe high-endowego klamota, który potrafi samodzielnie (bardzo, bardzo mało takich) przyjąć strumień, dokonać jego konwersji w locie (PCM-DSD 22,x MHz aka DSD512) i wypluć to przetworzone w trzewiach na kolumny czy słuchawy. Ciężka sprawa. Wymaga to bardzo potężnej mocy obliczeniowej. Tak, można posiłkować się …komputerem, to znaczy zbudować sobie system oparty na front-endzie (wiadomo jakim) i to w obu przypadkach jest rozwiązanie najrozsądniejsze. Tyle, że taki microRendu z takim jak w tytule wpisu PSU (nie pomijamy tego, to być musi) to śmieszne pieniądze w porównaniu ze streamerem, który będzie w stanie przyjąć (w tej opcji takim samym pomostem dla sygnału jak Rendu) strumień o wspomnianych powyżej parametrach. Ktoś tu zaraz zaprotestuje – serio, warto kruszyć kopie o te konwersję, warto się napinać, żeby te wyczynowe DSP mieć? Cóż, według mnie cholernie warto.

Zgrzytem był płatny (20$) upgrade OS do wersji 2.5, obecnie najnowszy wariant to 2.7 

Poza microRendu obecnie w ofercie Sonore jest parę innych, znacznie droższych, transportów PC audio oraz serwerów

Platforma systemowa (OS) Sonicorbiter daje nam takie, jak wyżej, możliwości. Jest elastyczna, oparta na upichconym pod kątem audio kernelu / jądrze, gdzie całość przyporządkowano jednemu: muzyce. A konkretnie pobraniu streamu z sieci, integracji w jednej z dostępnych w oprogramowaniu opcji softwareowych, to znaczy wybrowi odtwarzacza / front-endu, czy sposobu transferu muzyki w ramach któregoś z dostępnych protokołów i przesłaniu tego via USB do DACa. Domena cyfrowa. Transport komputerowy. Mhm, tylko że w założeniach tego komputera „ma nie być”, ma być dla nas (i dla sygnału) TRANSPARENTNY. To kwestia psychologii i technologii… już tłumaczę, co mam na myśli. Otóż dla kogoś, kto nie ma ochoty widzieć PC jako źródła dźwięku, stawiać standardowy komputer osobisty, wszystko jedno w jakiej formie by on nie był, jako obowiązkowy element toru gdzie grają pliki, chce za wszelką cenę uniknąć sytuacji, w której ten komputer JEST WIDOCZNY, czy JEST OBECNY (nawet jeżeli sprytnie gdzieś zakamuflowany, ukryty) i wymaga typowej dla PC obsługi. Nie chce tego, kłóci mu się takie rozwiązanie z wizją systemu, gdzie WSZYSTKO przyporządkowane jest WYŁĄCZNIE muzyce. W takiej sytuacji albo kupuje sobie streamer, co od razu oznacza ograniczenia funkcjonalne (do niedawna obsługa DSD tylko do poziomu DSD64, brak integracji z wieloma programami, front-endami audio, brak elastyczności w zakresie obsługi silników DSP, tylko czasowe, zazwyczaj krótkie wsparcie i do tego niezbyt obfite w usprawnienia, nowości…), oznacza że dokonujemy pewnego, mocno ograniczonego funkcjonalnie, wyboru.

» Czytaj dalej

Oppo nie żyje, niech żyje Zidoo? X20 PRO video + Roon

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_1937

Nieodżałowane Oppo. Sprzęt podlegający modowaniu przez najlepszych specjalistów z branży, coś co godziło kino o najlepszej jakości obrazu z doskonałym dźwiękiem stereo oraz wielokanałowym. SQ na poziomie prawdziwie high-endowym, sieć i fizyczny nośnik pod jednym dachem, dobre wsparcie i ugruntowana pozycja na rynku audio oraz video. Do tego w atrakcyjnych cenach to, to dostępne przez plus minus dekadę z okładem. I nagle koniec, finito, Oppo kończy z segmentem wieloformatowych odtwarzaczy AV, z produktami stricte audio kończy. Żałoba.

Piękne to, to nie jest… ale pilot BT w komplecie i wicie, rozumicie, można schować klamota w meblościance

Na szczęście świat nie zna próżni. Na miejsce tego, kto był niekwestionowanym liderem w swojej, dość niszowej, działce, pojawia się ktoś nowy. Nie, nie mamy już fizycznego nośnika, bo ten jednak w coraz bardziej oczywisty sposób przechodzi do lamusa. Są za to aż dwie szybkomontażowe (bez narzędzi) zatoki dla dysków, pokaźna bateria przyłączy z takimi kwiatkami jak USB-C, jak symetryczny tor audio @ XLR, jak aż trzy porty HDMI (2 z 4K) do wyprowadzenia obrazu najlepszej jakości oraz osobno samego audio (ARC), opcja pozwalająca na podpięcie komputera (USB DAC), wyczynowa, choć nie szczytowa kość, bo w mobilnym wariancie, ESS9038Q2M, multum ciekawych możliwości zaszytych w oprogramowaniu (wymuszenie HDR na ekranach SDR, konwersja materiałów w locie, pełna obsługa obrazów płyt SACD (ISO) oraz BD (z menusami, ofc także 4K) itd itp.

BD z ISO, BD z menusami pełnymi, wysokooktanowe, 4K, 40-50Mbps bez zająknięcia itd it
SACD ISO, wszystkie opcje: menu, 2ch, 4ch, 5.1ch… Blu-ray Audio…

Sprzęt mający w zamierzeniach producenta stanowić najlepsze źródło w bardzo rozsądnym budżecie, głównie źródło lokalne (dwa dyski, system Open-WRT / NAS) oraz sieciowe (po sieci lokalnej, jak i w Internecie) do tego – co warto podkreślić – region free (wybór odpowiedniego, dobranego pod odtwarzany materiał: A/B/C. Oczywiście jako standard w tego typu konstrukcjach pełna obsługa zew. napisów, bogate możliwości ustawienia pracy wewnętrznych układów (jak, przykładowo, 9 filtrów dla sygnału audio, regulacja efektu HDR dla video)…

Do tego (de gustibus) niekoniecznie trafiająca w estetyczne gusta obudowa może nie być w ogóle widoczna, a to dzięki inteligentnemu pilotowi zdalnego sterowania działającego w oparciu o bezprzewodową łączność BT. Całość pod kontrolą Androida 7.1 z obiecanym upgrade to wersji 8.x. Imponująco, prawda? No nieźle. Ale imponująco to zrobiło się jakiś miesiąc temu. Imponująco w zakresie audio, dodajmy. W wersji 1.6 Roon labs wprowadził pełne wsparcie dla Androida (obsługa protokołu RAAT) i jako, że system w X20 Pro to dokładnie taki sam Android jak na telefonie (co ma swoje istotne minusy odnośnie obsługi, UI niedopasowanego do okoliczności telewizyjnego, czy projekcyjnego ekranu korzystamy z  tej integracji pełnymi garściami. Tak jak iPad, czy iPhone staje się z automatu end-pointem, tak też nasz X20 staje się i mimo pewnych problemów obsługowych (w sensie, sama skrzynka i korzystanie z pilota) możemy cieszyć się androidowym end-pointem z 9038 i zbalansowanymi wyjściami na pokładzie. Działa to sprawnie, także wszyscy właściciele androidowych boksów, macie mocarną opcję audio w pakiecie.

Czas przejść do sedna, opisać klamota, poinformować jak sobie radzi z odtwarzaniem multimediów i czym właściwie jest (audio), a czym nie jest (audio). W zakresie video nie ma zaskoczeń, to bardzo dobry sprzęt do kina domowego, bezproblemowo radzący sobie z praktycznie każdym materiałem, czego niestety nie da się powiedzieć o strumieniach z sieci – tu musimy liczyć się ze sporymi ograniczeniami. To słabszy punkt, choć można to do pewnego stopnia zniwelować (strumieniem z telefonu/tabletu via miracast, można  na wejściu HDMI wpiąć jakiegoś dongla typu Chromecast czy Roku). Zaraz ze wstępniaka zrobi mi się recenzja cała. Zapraszam do lektury:

» Czytaj dalej

WA8… lampiszon @ spacerze. Woo Audio z DAC-amp-integrą w redakcji

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_1498

Jak mnie wciągnęło to zamiast coś skrobnąć słucham namiętnie. Kompletnie z czapy, niemożebnie niepraktyczne, takie że do kieszeni nie wejdzie, no chyba że wielgachnej, a i tak na koniec dziurę wypali. I jeszcze 3.5 godziny to absolutny maks. Niby na wynos, niby jeden, jedyny taki, wzmacniaczo-dak przenośny na lampiszonach i w sumie… no trudno się dziwić, że nikt nie podjął rękawicy, bo to jest rzecz z gatunku totalnie niszowych. No tak, na przekór temu wszystkiemu, słucham ja ci tego WA8 eclipse i no fajnie bardzo, przyjemnie bardzo to gra. Na tyle fajno, na tyle przyjemnie, że – o ile zapomnimy o tej, jednak, udawanej przenośności – to klamocik robi się całkiem intrygującą propozycją (nadal wybitnie niszową).

No dobrze, bo co my tu właściwie mamy? Ano mamy przenośny (w sensie, że pół-stacjonarny, łatwo przemieszczalny) wzmacniacz słuchawkowy wyposażony w trzy (sic!) lampki, takie – zważywszy gabaryty – trochę o choinkowej proweniencji, ale jednak lampki te nie do ozdoby, a do napędzania słuchawek służą. Dowolnych słuchawek. Mocy Ci tutaj dostatek, gramy dogmatycznie z akumulatora, sama bateria pokaźna i choć gwarantuje stosunkowo krótkie słuchanie, to gwarantuje też bardzo konkretną dawkę powera… duży, bardzo fajny, full-metal (jak i reszta) potencjometr już między 3 a 4 w skali zapewnia odpowiednią dawkę energii dla Arya czy LCD-ków 3 (tu może na liczniku 4, ale wyżej robi się już mocno głośno). W komplecie są dwa jacki, jest duży i mały, bardzo prawidłowo, bo oczywiście dzisiaj wiele nawet wysokopółkowych słuchawek ma po pierwsze małego jacka, jednakowoż sam WA8 jako sprzęt pół-stacjonarny powinien jest przygotowany na przygodę z domowymi nausznicami, co to tylko w domowych pieleszach mają sens być słuchane, ale właśnie po drugie jak już te kable z mini jackiem wysokiej jakości mamy to dlaczego nie wpiąć tego bezpośrednio? Także bez obaw. Na rowerze nie posłuchasz, ale już w chałupie, niekoniecznie swojej, jak najbardziej. Pod stacjonarny to przygotowane, a jak ktoś gabaryt lubi czuć to i przenośne podłączy bezpośrednio (albo kabel sobie wykorzysta, co go w komplecie ma).

Dobra, ale jak to lampa, czy nawet 3 lampy, w takiej przemieszczalnej konstrukcji? No ki diabeł, zapytacie… ano sprzęt jw. nietypowy, fakt, ale wykonany bardzo porządnie, wręcz wzorcowo, wszystko super dokładne, przyjemnie monolityczne, całościowo metalowe, a i spasowane na szkolną szóstkę. Lampki cieszą oko za szybką, oczywiście gorące to jak jasna cholera (dlatego wypali dziurę w spodniach, nie radzę nawet eksperymentować), z góry krata do chłodzenia, można troszkę wydłużyć czas redukując poziom wzmocnienia lub/i wyłączając jedną z baniek (mamy suwak, który daje opcję – grają 3 lub 2). Diodki z boku poinformują nas ile to jeszcze zostało, przy czym po 4-5 albumach będziecie jw zmuszeni do szukania gniazdka. Duży zasilaczyk 12V w parę godzin naładuje aku, można wtedy nie przerywać słuchania (tylko czas naładowania wydłuży się w takiej sytuacji znacząco).

Przyczepię się do samych suwaków (odpowiedzialnych za on/off i liczbę pracujących lamp). Za 10k (tak, kosztuje to, to 9999 peelenów) chciałbym zobaczyć zamiast plastiku metalowe, trwałe, nie do zdarcia przełączniki. A tu jest plastik. Na szczęście gniazda wykonano solidnie, mamy poza USB, także wejście liniowe. Stąd, tytułowa, integra, bo możemy sobie pożenić WA8 z dowolnym źródłem analogowym. W takiej sytuacji, co prawda, nici z digitalnego kompana / transportu… odłącza się USB i basta. Znaczy się albo, albo. Siak czy tak miło, że można sprzęt wykorzystać nie tylko do grania z kompa, czy jakiegoś handhelda, bo i jakiś napęd CD podłączycie, inne źródło zero jedynkowe, a może nawet gramofon. Woo Audio stworzyło coś bardzo ciężkiego i bardzo nagrzewającego się, stąd zalecam dużo przestrzeni wokół (stacjonarnie słuchamy) i opcję biurkową, do której ten klamot pasuje bezbłędnie. Stawiamy na biurku, możemy szybko pokręcić sobie gałką, lampki cieszą oko i robią atmosferę, klimat, a z tyłu podpięty komputerowy transport się czai- właśnie tak. Sprawdzimy też ze wspomnianym CDA (nasz fantastyczny TEAC serii 500) oraz ze staruszkiem igłą drapiącym (NAD 5120).

Warto zapoznać się z instrukcją, gdzie przedstawiono podstawowe zasady BHP. Tu nie ma żartów, bo można klamota uszkodzić, uszkodzić samego siebie, sprowadzić nieszczęście na otoczenie… także ostrożnie! W środku siedzi już nie najświeższa kość ESS Sabre 9018M (mobilny wariant, uboższy od „dużego”, stacjonarnego), stary znajomy XMOS i wspomniane powyżej, trzy lampiszony tj. lampki mocy 6S31B x2 oraz pojedyncza, sterująca 6021. Ważne – mamy tutaj czystą klasę A, żadna hybryda, czysta lampa, układ SE, a wszystko to da radę słuchawkom od 8 do aż 600 Ohm. Czyli wszystkim, teroetycznie, da radę, sprosta. Wbudowany DAC obsłuży nam 24/384 oraz DSD128. Rzecz jasna nie będzie problemu z handheldami, z którymi da się WA8 połączyć, albo via OGT (Android), albo w ramach certyfikacji z iCośtam. Z tego, co przykuwa uwagę, a wypada z pudła jest jeszcze mini walizeczka (Pelican …ładna nazwa btw) do wygodnego, bezpiecznego przenoszenia opisywanej konstrukcji. Przezroczysta taka, wygląda to, prezentuje się bardzo dobrze, elegancko.

Jak wspomniałem powyżej, pierwsze wrażenia odnośnie SQ bardzo satysfakcjonujące. Ocieplenie i napompowanie tego, co dociera do uszu, wywołuje dodatkowe emocje, nie ma mowy o analityczności, o wycinaniu , o detaliczności kosztem zaangażowania, czy wręcz męczącego trwania, znużenia. Gra wciągająco, nie pozostawia obojętnym i co najważniejsze – słychać wpływ lampkowego setu, czuć jak różne mogą być języki komunikacji w przypadku słuchania z tranzystora bądź – jak w tym przypadku – z bańki. Na koniec jeszcze króciutko o designie. To WA8 może i raczej z pewnością przypadnie do gustu estetom. Tu nie ma żadnego przypadkowego elementu, wszystko jest na miejscu i poza moim typowym marudzeniem, taki WA8 może spokojnie stanowić podstawę dla domowego systemu pod nausznice, ciesząc oko i pieszcząc ucho. No i zawsze można do znajomych zabrać, bez konieczności taszczenia wielkiego pudła, względnie gdzieś w parku, na jakimś pomoście po podpięciu do laptopa, albo smartfona posłuchać sobie tego i owego.

Wcześniej przetestowaliśmy (zajawka) tandemowego WA7 (patrz tutaj) oraz opisaliśmy samą markę (o tutaj).

Galeria z opisem:

» Czytaj dalej

HiFiMANy HE-6SE… legenda powraca w nowej, odświeżonej formie

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20181128_185614200_iOS

Wygodniejsze, nieco lżejsze, tak samo trudne do wysterowania, wymagające 2W na kanał, kosztujące więcej, ale poniżej 8k. Fenomenalny bas. Na razie to jest coś, co do mnie przemawia „na wstępie”. Fenomenalny czyli wielowymiarowy, namacalny, organiczny, świetnie zdefiniowany… wiecie, u mnie bas jest bardzo, bardzo istotnym składnikiem pasma, to danie główne, bez którego nie ma zabawy. Tu jest. I to jaka! Druga rzecz, ale wymagająca jeszcze sprawdzenia w paru przygotowanych na okoliczność recenzji setach to przestrzeń. Sceniczne show, gdzie wizualizujemy sobie to, co słyszymy. Mhm! Słuchawki robią bardzo dobre wrażenie od strony ergonomicznej, to „nowa szkoła” producenta, wygodny nie uciskający czubka głowy pałąk, pady z pamięcią, dostosowujące się do naszej anatomii, bardzo solidne, doskonałej jakości gniazda 3.5mm (znacznie lepsze niż w modelu Sundara oraz w Ananda), konwertowalne okablowanie (wtyk balans, przejściówka/adapter na dużego jacka) z przezroczystym oplotem. Sam kabel jest lekki, na mój gust za krótki, a sam materiał zabezpieczający druty (uwaga) ma tendencję do zaginania (i utrwalania tego procesu …trochę przypomina to zagiętą słomkę do picia). Gniazda bardzo dobrej jakości, tutaj widać pierwszorzędną robotę. Widać, że projekt wersji „Second Edition” (nasze ozn.) przemyślano gruntownie i głównym celem inżynierów było stworzenie przyjaznych od strony użytkowej słuchawek, w kontrze do poprzedników, które w tym aspekcie były …trudne.

Ergonomicznie to coś z zupełnie innej beczki. Wygodne są. Bardzo

Podstawą testu są odpowiednie ampy. Tu napęd musi sprostać jak wyżej, nie może ograniczać, ma oferować optymalne warunki dla tytułowych nauszników. Sam producent sugeruje wyraźnie, ba, informuje że nie widzi przeciwwskazań, aby HE-6ki podpinać pod odczepy głośnikowe, oczywiście nie bezpośrednio, a za pośrednictwem oferowanego przez siebie HE-Adaptera. Mamy taki na stanie i w ten właśnie, sugerowany sposób, podpinaliśmy słuchawki 4 pinowym złączem XLR pod tor z MiniWattem @ NOSach Brimar BVA 4035 (ECC83/12AX7) & Telam CA (EL84). Drugim wykorzystanym w teście wzmacniaczem był M1HPA. To jeden z najbardziej niedocenionych wg. mnie słuchawkowych ampów, a przy tym ZNAKOMITA integra.

Musical Fidelity w swojej, niestety już nie kontynuowanej, serii M1, oferował kompletne rozwiązanie systemowe. Poluję od dłuższego czasu na końcówki M1PWR (w dobrym stanie zadbane i najlepiej od razu parkę), które tworzą wraz ze wspomnianym HPA system całościowy – pod kolumnę i pod słuchawki. Fantastyczny (jeden z najlepszych w moim prywatnym rankingu) potencjometr, świetna kontrola, duża moc oraz przydatna w wielu sytuacjach testowych przeplotka to w skrócie rzeczy, które bardzo cenię w tym klamocie i nie mam absolutnie zamiaru się z nim rozstawać (nawet gdy, w konfrontacji z ostatnio testowanym Bursonem Conductor V2, musiał M1 uznać wyższość tego pierwszego). Dobra, dość wycieczek po klamotach, czas wrócić do słuchawek.

Podpinam nowe szóstki do M1 i jestem na godzinie 12 (już głośno, ale w akceptowalnych dla siebie granicach). Oczywiście ta 12… 13 w M1 to dla wcześniej testowanych Sundara, czy Ananda już „too much”, w przypadku wspomnianej lampy też jesteśmy popołudniu ;-) …znowu inaczej niż w przypadku łatwiejszych do wysterowania słuchawek HiFiMANa. Znaczy się nic się tutaj nie zmieniło i odpowiedni amp być musi, z odpowiednim zapasem i umiejętnościami dla wysterowania tych wymagających planarów. 

HE-6SE

Jeszcze nie przerabiałem, ale po odpowiednim przebiegu, bo nowe, wprost z fabryki, trafiły do nas – zagrają z CMA Twelve (taki był pierwotnie plan – to się niestety nie udało) oraz z cedeka (lampa plus lampa, bo cedek jest wpięty w tor via bufor lampowy na ruskich NOSach). Było, testowało się w ciepłych, żarzących klimatach, nie było z nowością przetwornikowo-ampową Questyle, jak najbardziej było natomiast słuchane na tradycyjnym zestawie TAC- 2 oraz KORGu. Zastanawiałem się jeszcze, co by tu z gramofonem, bo staruszek 1010 (czytaj legendarny NAD 3020, tylko bez końcówek) z gramofonem daje radę, ale już na wyjściu słuchawkowym zupełnie nie daje rady. Wyjścia ma nawet high oraz low (RCA), ale zazwyczaj próby z integrą słuchawkową (bo analogowo trzeba ofc tu spinać) kończyły się co najwyżej średnio. Cóż, trzeba było sprawę przemyśleć i koniec końców z czarną tym razem nie słuchałem. Słuchałem nowości – było, nie było, chyba jedyna osoba w Polsce, która zamówiła Jotunheim-a z gramofonowym pre (tam jest modułowość w modzie, można Delta-Sigma DACa, można multibitowy przetwornik, no i można pod gramofon zamówić klamota), na chwilę dała się namówić, ale było to ZBYT krótko. Cóż, innym razem. Będziemy btw testować NAD D3045, oraz zapowiadany już C658. Tam gramofonowe zintegrowane i byłoby w sam raz (w przypadku C658 bezpośrednio z dużego jacka). Może uda się w trakcie testu tych klamotów wypożyczyć HE-6SE i powrócimy z aktualizacją, opiszę wrażenia jak z krążka czarnego to grało…

Będą porównywane do tych firmowych, co widać, do LCDków oraz dyżurnego, redakcyjnego zestawu dynamicznych K701&HD650

Zastanawiałem się, na początku przygody z nowymi HE-6SE, jak te słuchawki będą pozycjonowane w ofercie? To cenowo blisko, czy wręcz tak samo jak nowość Arya (patrz AVS 2018) (patrz zajawka), która jeszcze oficjalnie do nas nie trafiła. Osiem tysięcy, przy czym te Arye, czy o prawie połowę tańsze Ananda mają być DAP-o lubne, łatwe, ze wskazaniem na nie tylko stacjonarne słuchanie. W przypadku szóstek raczej takie coś jak mobile nie wchodzi w grę, jedyne co przychodzi mi do głowy, co mogłoby z zapasem podołać, zagwarantować odpowiednią moc, przenośne coś, to słuchany podczas AVS-a bateryjno-lampowy WA8. Krótko, gorąco, ciężko (właściwie pół-stacjonarnie), ale dałoby wg. mnie radę wysterować te słuchawki i mogłoby być ciekawie. Jakoś nic innego nie przychodzi mi do głowy, ale może się mylę? Tak, czy inaczej nie koncentrowałem uwagi na rzeczach niepraktycznych i mało istotnych, WA się spóźnił, słuchanie „przenośne” w tym wypadku i tak jest wg. mnie karkołomnym pomysłem i nie ma w sumie co drążyć.

Grając z tego, co powyżej, i w opisie stoi

Na koniec tego przydługiego wstępniaka przypomnę, że przetestowała się u nas pierwsza generacja szóstek z dedykowaną im, nuklearną elektrownią EF-6. Wtedy pułap 10k za słuchawki to była granica. Upłynęło nieco czasu (ale niewiele) i granica przesunęła się znacząco… razy dwa, razy trzy. Tu jest jeszcze zdroworozsądkowo (a przy tym luksusowo vide skórzany kufer z atłasami w środku).

 

» Czytaj dalej

Woo Audio WA7d/tp – nie tylko ważne, jak gra, ale jak wygląda. Design głupcze!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
WOOAUDIO_WA7-silver-600x400

Niech mi się nikt nie obraża i nie wkurza, że mu personalnie coś. Nic z tych rzeczy. Parafrazuję znane „gospodarka głupcze”, a że chodzi o coś, co ładnie pasuje do antytezy „nieważne jak wygląda, ważne jak gra” to cóż… jest, jak jest ;-) Woo Audio to bańki. Wiemy. Woo Audio to zarówno pod kolumny, jak i pod słuchawki. Przy czym te ostatnie tak bardzo są w modzie, że obecnie Woo Audio to przede wszystkim pod słuchawki. No takie czasy, nic na to moi drodzy nie poradzimy, że często, gęsto nie ma opcji by stworzyć sobie „świątynię zapomnienia”, czytaj zrobić z jakiegoś pokoju miejsce na wyłączność pod klamoty, kolumny i akustyczne dopasowanie tj. stroje, absorbery, pułapki itd. Mieszkanie to nie studio, życie to nie bajka, także nie dziwi, że zamiast czegoś, co może okazać się zgniłym kompromisem, wielu melomanów (czy tych, tam -filów, bez obrazy, bez obrazy), zadowala się czymś na uszach. Wiadomo, odpada milion rzeczy, właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, by mieć totalnie endowy, flagowo-wyczynowy tor słuchawkowy, w budżecie (jak ktoś lubi) nawet (obecnie) zbliżonym do pieniędzy za duże, stacjonarne, topowe audio oparte na kolumnach. Proszę bardzo. Jedyne, co warto i się powinno, to sprawdzić stan instalacji elektrycznej (co wskazane jest bez względu na to, czy akurat pod audio… bo zła, wadliwa, niestabilna instalacja to potencjalne kłopoty). Także nie dziwi i wręcz dzisiaj w dobrym tonie jest coś, co nakłada się na łeb, co nieinwazyjnie koegzystuje z aranżacją wnętrz nie uwzględniającą jakiś tam, absurdalnych, wymagań pod niwelację zjawisk (jak na ten przykład „ale fale stojące…”) niekorzystnych z punktu widzenia słuchacza.

Dobra, dość dywagacji o wyższości świąt Bożego Narodzenia, nad Wielkanocnymi, przejdźmy do meritum, do bohatera wpisu, testu, recenzji… uroczego, dzielonego, „amplifajera” słuchawkowego Woo Audio WA7d. Wersji wcześniejszej, w optyka dodatkowo wyposażonej, obecnie już wygaszonej (zabrali ten element – szkoda). Na szczęście to co jest różni się od tego co było tylko tym, jak wyżej, szczegółem. Także nie będziemy pisać o mamutach, tylko o czymś, co jak najbardziej można zakupić, a czy warto i dla kogo o tym poniżej. Zanim o SQ, na wstępie, o tytułowym designie. Od paru lat widać (na szczęście) wyraźnie, że wygląd MUSI iść w parze, że szczególnie im wyżej, tym bardziej musi. Bardzo mnie to cieszy, bo nic mnie tak nie denerwuje, jak coś niedoskonałego w formie, co ma – właśnie – znaleść uzasadnienie dla swojej egzystencji treścią, umiejętnościami (tylko). Ja się z tym nigdy nie byłem w stanie pogodzić i jak coś paskudne, jak nie pasuje, brzydkie po prostu to doświadczenie użytkowe (choćby nie wiem jak grało) zawsze i nieodmiennie leży. U mnie tak to działa. Nie jestem w stanie zaakceptować czegoś, co razi estetycznie i choćby nie wiem jak genialne (brzmieniowo) było to nawet jak niewidoczne, nawet jak ukryte, będzie w świadomości bruździło.

WA7d jest przykładem całościowego podejścia do tematu. To miało być NOWOCZESNE, to miało być ŚWIEŻE, oryginalne i – no niech ktoś powie, że nie – JEST nowoczesne, świeże i oryginalne oraz PIĘKNE. Ten amp z wbudowanym dakiem i (na całe szczęście, nie pominięto tego elementu) wejściem analogowym, czytaj prostym pre prezentuje się tak, jak powinien prezentować się sprzęt audio… ma współgrać z naszym poczuciem estetyki, naszą wrażliwością na piękno, na chęć otaczania się pięknymi przedmiotami. Ok, nie każdemu to, co oferuje tutaj Woo Audio, musi się podobać. Nie. Ale nikt nie przejdzie obok obojętnie, nie wzruszy ramionami. Bo tu, ktoś, zadał sobie trud, by zrobić coś, co ma do nas przemawiać. I przemawia. Dwie, kostki, monolityczne, kostki, połączone grubym, „militarnym”, przewodem, obie wyposażone w bańki wyeksponowane, ale zabezpieczone, bo w akrylowych, przezroczystych obudowach „zamknięte”. To, co przemawia do każdego audio freaka… duże pokrętła, duże, na froncie, centralnie umiejscowione. Trochę szkoda, że przy bliższym rozeznaniu, to jednak nie ciężkie, stalowe potencjometr…y (no w zasilaczu trudno mówić o potencjometrze, bo choć się kręci – bez sensu, na marginesie – to robi tylko jedno… włącza/wyłącza, jest po prostu włącznikiem), a coś co ma właśnie formą całość ładnie spinać i spina, przy czym pozostawia pewien niedosyt. To jedyna rzecz, która mi tutaj „nie gra”, reszta gra i to bardzo gra. Hebelki z tyłu amp/daka, dwa jacusie – jeden duży, drugi mały, pozwalające na podpinanie zarówno tych stacjonarnych, jak i mobilnych bez potrzeby stosowania adapterów – wszystko na miejscu i w estetyce, która bardzo, bardzo mi odpowiada.

Tak, reklamują to, to z – wiecie – makówkami. A właściwie to jedną, konkretną makówką, o ponadczasowej formie (subiektywnie) tj. jabcowym all-in-one. iMac i WA 7d. To powinno być w jednym pudle sprzedawane, oferowane w komplecie, bo właśnie świetnie się jedno z drugim dopełnia. Mówimy o stacjonarnym słuchawkowcu, czymś na biurko (raczej wyłącznie tak, no ewentualnie stolik nocny, ale tam prawdopodobnie się to, to nie zmieści, a ukrywanie czy zamykanie części składowych to będzie zbrodnia). Jako, że się ten opisywany WA grzeje i to konkretnie grzeje, to musi być przestrzeń wokół. Najlepiej obie koski obok, albo, jak u mnie pięterko, w sensie wyżej i niżej (wiele biurek tak ma, że się da), albo jeszcze inaczej, wedle upodobania, ale na widoku i z przestrzenią wokół. Musowo. Bo ten sprzęt ma cieszyć i cieszy oko. Nawet ktoś tak nieczuły na powaby klamotów (tych ładnych), ktoś taki jak małżowina, po zauważeniu tytułowego setu, nie omieszkała wspomnieć: „no ładne to, to… bardzo nawet”. A, że odmówić zmysłu estetycznego, harującemu jak wół grafikowi (pracoholizm stosowany, podszyty zawodowym entuzjazmem… znaczy lubi to robi, a robi bo lubi) to cóż… wspomniałem nieprzypadkowo wcześniej, że nikt nie pozostanie nieobojętnym na powab WA7d i jak widać z powyższego, tak to właśnie wyglądało podczas testów u mnie. Czy zatem tylko choćby przez wzgląd na aparycję, warto? Oj, nie, nie tylko to, a nawet powiem więcej – choć może i DAC nie jest tu czymś nadzwyczajnym i zwyczajnie można lepiej w temacie konwersji cyfrowego na analogowe – to sam wzmacniacz, wejście analogowe daje potencjalnemu nabywcy WA7d coś, co może stanowić docelowy (tak właśnie) klamot dla słuchawek dowolnie wysokiej klasy. Nie będziemy szukać dalej, bo manewr z lepszym źródłem (nie tylko transportem) będzie jak najbardziej wykonalny, co więcej – jak komuś będzie mało z komputera (dzisiaj zazwyczaj tak gramy), to nawet jakieś gramofony, deki czy szpule sobie pożeni. I będzie zachwycony. Będzie, bo…

 

Trochę bałagan pod…

» Czytaj dalej

Future Fi is HERE! Sonos Amp w redakcji. No to jedziemy po bandzie…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_1067

Wczoraj z rana paczka wpadła przez okno. Sonos Amp. Namacalny dowód na to, że w audio trwa rewolucja i tej rewolucji nic już nie powstrzyma. Amp jak amplifikacja. Tak, podobnie jak Google (spudłował z Q), jak Amazon (zrobił dobrze ze swoimi nowymi HiFi produktami tj. strumieniowcem i wzmacniaczem), Sonos wprowadził produkt, który może okazać się prawdziwie przełomowy (dla domowego audio – nie przesadzam). Sonos nie jest tu jakimś beniaminkiem. O nie! To Sonos był pierwszy, przy czym ZP-ty (ZonePlayery) teraz inaczej nazywane (też amp i jeszcze ten, no connect), od zawsze w ofercie, były produktami uzupełniającymi, w cieniu tego, z czym nam się Sonos kojarzył od zawsze. Wiadomo – samograje (w sensie, głośniki bezdrutowe ze strumieniami). No dobrze, to w czym rzecz? Ano w tym, moi drodzy, że to jest coś, co będzie EWOLUOWAĆ i integruje WSZYSTKO. Sonos mówi o tym bardzo wyraźnie i przygotował ten sprzęt pod wyzwania jutra, tyle że już dzisiaj można (z wielu rzeczy) cieszyć się, po odpakowaniu. To jest właśnie FUTURE FI. Ekosystem. Rozwiązanie systemowe. Element większej (znacznie większej) całości. Sonos Amp to łącznik dwóch światów: klasycznego HiFi z masowym sprzętem AV. Przecież nic nadzwyczajnego, powiecie. Mhm. To dopiero początek. Wymienione przed chwilą podlane jest otwartością (kompatybilnością) oprogramowania z wieloma alternatywami, z wieloma propozycjami softowymi dla zatwardziałych muzykofilów (ehę Roon, ale nie tylko Roon!), gdzieś tam kołaczącym się inteligentnym domostwem i przyszłością sterowania czymkolwiek via AI. Sieciocentryczne coś. To DUŻE coś. Wiecie – kod. To jak z komputerem, który bez systemu operacyjnego, bez dostępnego oprogramowania jest niczym. Przykład? Nowy Amp pojawia się w świetnym Vox Playerze, z doskonałym modułem internetowego radia (czego w Roonie bardzo brakuje) i mam dostęp do pierdyliarda histreamowych sieciostacji. Pięknie? No pewnie, że pięknie! Pięknie jak cholera! Właśnie tak ma to audio teraz wyglądać. Bez ograniczeń. To tylko przykład, bo można tym sypać jak z rękawa (Spoty Connect, agregacja streamów w firmowej aplikacji, protokoły Apple pod dachem itd. itp.) Jako end-point zagra nam to w Roonie zarówno via AirPlay 2 jak i w sonosowym protokole (sieć mesh – znaczy LEPIEJ od jabłkowego – bo pewniej, bez najmniejszych interferencji no i bitperfect). Sumując, żaden inny producent z branży nie będzie nigdy (chyba, że coś się tu zmieni… paru próbuje) oferował takiego wsparcia, takiego rozwoju oprogramowania. A to ono jest tu kluczowe. Analogia z Roonem? Mhm, dobra analogia.

Co napisałem powyżej potraktujcie jako liźnięcie tematu. Pobieżne. Bo dalej jest jeszcze lepiej. Chcemy integrować kino prawdziwie bezdrutowo? No wiadomo, dwie duże podłogowe paczki na 125W końcówkach tytułowego klamota*, Sonos One (bo mikrofon, bo AI) z drugim, zwykłym :1 jako tyły i klasyczny sub pod wyjście w Sonos Ampie. Dialogi? Mhm, jest na to sposób, bo zrobili to via DSP, a wiem z pewnego źródła, że integracja centrala z prawdziwego zdarzenia będzie (podobnie jak wyjście poza 5.1 na obiektowy tj. Atmos …te sprawy). Mało? Dobrze, to lecimy dalej: analogowe, RCA, z pełną korekcją (z pełną korekcją pracy wejścia!!!) I tutaj „sonosujemy” dowolne źródło. Jakiś audofilsko odjechany streamer / DAC? Proszę bardzo. Gramofon (no oczywiście że sprawdzimy jak to w praniu wyjdzie, znaczy staruszek NAD 5120 zrobi się bezprzewodowy (sic!))? Proszę, nie ma problemu. Może chcemy srebrny krążek, tuner kablowy/sat/wizyjny, albo sokowirówkę (żartowałem) – proszę, proszę, smaczny soczek z rana… czemu nie?

Mało? Dobrze. To lecimy na zewnątrz ze strefami opartymi na głośnikach instalacyjnych. Albo wewnątrz, też w oparciu o pasywne, wbudowane w ściany – właśnie – głośniki, nie kolumny. Przecież instalatorzy to pokochają (tak jak kochają wcześniejsze Sonosy, ale te wcześniejsze nie mają tego, co ma nowy – nie są w pełni i nie będą w pełni Future Fi). Mało? No okey, to wrzucamy kolejne biegi… za kilkanaście dni Ikea na konferencji pokaże sonosolubne (pełna kompatybilność z ekosystemem) samograje. Różne. Tanie. Do kibla, do łazienki, do ogródka, do garażu… multiroom dla mas? Owszem, przy czym na (wg. mnie) najsensowniejszym, najbardziej pewnym i najprostszym poziomie integracji (wszystko) z interfejsem (docelowo głos). To nie musi być skomplikowane i nie będzie.

Nie będzie? Podłączenie tego sieciowego wzmacniacza to, w przypadku mostka Sonos Bridge, parę sekund w aplikacji (dobra, pobiera się aktualizacja, teraz zawsze będzie pobierać się jakaś aktualizacja na starcie, takie czasy!) i już. Nawet konfigu sieci domowej nie musicie. Poniżej na zrzutach ekranowych można zobaczyć jakie to proste, nieskomplikowane, jakie to samosię. Ktoś powie – klasycznie i wyłącznie analogowego klamota wystarczy podpiąć. Zgoda. Ale analogowy nie umie tego, co powyżej. I na takim poziomie, bezsprzecznie, potrafić nigdy nie będzie. Tutaj kod warunkuje możliwości, a te dają jak napisałem powyżej, NIEOGRANICZONE możliwości. Można w oparciu o tego Sonosa budować coś, co będzie wielostrefowym systemem, będzie robiło AV bez kucia ścian, będzie ogarniać wszystkie obecne, jak i przyszłe siecioźródła, będzie integrować bezkolizyjnie dowolne „klasyki”, względnie z nowoczesnym sprzętem firm trzecich współpracować, no i będzie future-proof. No nieźle. Dokonuje się realny postęp. Wystarczy posłuchać amplitunerów kina domowego sprzed paru lat z konstrukcjami, które są obecnie nie czasie. To jest przepaść. Przepaść na korzyść teraźniejszych konstrukcji bezapelacyjnie, w jakości, w SQ. Tutaj btw ten element będzie można (yes!) w ogóle wygumkować. Po co amplituner KD? No właśnie, po co?

Takie coś krążyło w Las Vegas, w styczniu, podczas targów CES…
…tańszy sub (core) oraz „Atmos Surrounds” (rzecz jasna tylko poglądowa to rycina)
Te 700$ za dźwięk obiektowy to mało, ale tu chodzi raczej o uzupełnienie systemu o jw, a nie całość.
To już nie mało, choć nadal atrakcyjnie jak za dźwięk obiektowy bez drutów… 

Co zapowiada sam Sonos? Ano zapowiada (CES) tańszego bezdrutowego Suba oraz efektowe głośniki do stworzenia systemu dźwięku obiektowego. Bardzo, bardzo bym sobie życzył, żeby za tym wszystkim poszło jeszcze jedno COŚ. Mhm. Dokładnie. Wielokanałowy dźwięk audio. Muzyka rozpisana na więcej niż dwie paczki. Druga szansa dla tematu, może ostatnia taka, w strumieniu, a nie na płycie, nie tylko binauralne (czytaj pod stereo robione i nisza, ciekawostka taka), ale faktycznie wielokanałowe audio. Jakże by miło było, gdyby ktoś nam to zaoferował. To inne doświadczenie, wierzę, że dla wielu zaskakujące i inspirujące (do wyjścia poza stereofonie). Nie, nie, nie – nie chodzi mi o to, że stereo out, absolutnie nie, bo tak już jesteśmy przez naturę stworzeni, że to stereo ma miejsce i ma być, ale jakże fascynujące byłoby (szeroko) wyjście na nowe doznania, no coś (serio) nowego. Bo można rzecz jasna podniecać się nowymi formatami, doszukiwać się różnic w źródłach CDA va hi-res, poszukując jakiegoś absolutu, dążąc do perfekcji. To kręci, ale kręci też coś z zupełnie innej beczki. Wierzcie mi – kręci.

Patrząc na to całościowo, inni też w tym kierunku kroczą. Robią to, choć na nieco innym pułapie integracji, budowy spójnego rozwiązania. Robi to taki NAD, robi to Yamaha i wielu innych też robi, próbuje. Sonos nie był do tej pory postrzegany jako ktoś, kto mierzy w HiFi, kto mierzy (tak serio) w kino (choć grające belki i podstawka wskazały kierunek zainteresowań). Teraz to się zmieni. Zresztą, popatrzcie co robią inni giganci IT. To nieuniknione. Przenikanie się w dziedzinie reprodukcji dźwięku oraz wyczarowania kinowej wizji (e tam, to już w sumie udało się osiągnąć, bywa na takim poziomie, że w kinie nie dostaniemy tego, co dostaniemy w domu), przenikanie się IT z branżą audio i audio/wideo to dzisiejszy i jutrzejszy aksjomat. Nie bójmy się tego, starajmy się to zrozumieć, pozwólmy się oswoić. W sumie, nie mam wątpliwości – nie mamy innego wyjścia. Sonos Amp będzie przeze mnie przenicowany na wylot. Sprawdzę każdą możliwą konfigurację, nawet najbardziej dziką. Sprawdzę, czy w eterze granie nie jest dla (tradycyjnie po drucie grającego) klamota deprecjonujące, korygujące SQ w dół, sprawdzę jak będzie się ten Sonos sprawdzał w najlepszych audio front-endach, sprawdzę czy kino daje radę, ocenię całość rozwiązania pod kątem ergonomii, prostoty obsługi (było już na łamach, ale tym razem właśnie pod kątem ekosystemu, całości). Będzie sporo pracy, ale też sporo frajdy. Lubię kompy, a tu będą kompy (bo Sonos Amp to komp jest), ale jeszcze bardziej lubię muzykę, a ta muzyka via Amp będzie musiała zadowolić ucho, sprostać oczekiwaniom. Wiecie, czytałem, niektórzy mówili że na dzień dobry gra to, to zbyt analitycznie, zbyt cyfrowo, zbyt szkliście, ostro. Mhm. To jest audio-komputer, to od czego są ustawienia? Od czego jest DSP, od czego jest EQ? Tak, to odstępstwo od wierności (czym jest wierność? A co się dzieje w studio? Jak wygląda processing? Przecież tutaj przedmałżeńskie współżycie – stosując kontrowersyjną analogię – ma zawsze miejsce, no zawsze, bo to reprodukcja li tylko, interpretacja tylko). Ma się podobać, ma wywołać zachwyt, ma być proste, łatwe i przyjemne w obsłudze, ma dawać możliwości. Takie ma być!

A będzie? Cóż, we will see…

Fotogaleria z rozpakowania, instalacji i pierwszego posłuchania (w różnych okolicznościach przyrody, ale jeszcze bez kina, choć już z HDMI wpiętym gdzie trzeba).

PS. Nie ma problemów synchro audio z obrazem (a jednak coś na temat kina w zajawce się udało ;-) )

PPS. Zostaje

* tylko 55W w ZP było ograniczeniem, teraz każde paczki podpięta być mogą

AKTUALIZACJA! Robimy recenzję (powyżej/poniżej macie wprowadzenie, pilota, wstęp do future-fi uczty) na raty, ale wszystko w jednym miejscu, tak old-style’owo, nie klikbajtowo (bo ponieważ mamy to w czterech literach), klikasz i masz (a nie że pierydyliard stronek, albo pociachane to na części). So…

CZEŚĆ 1 – SONOSowanie źródeł: high-endowa cyfra on route (poniżej, już dostępne) 24.03

CZĘŚĆ 2 – SONOSowanie źródeł: analogiem w eter, czyli strefowy gramofon on route (25.04) AKTUALIZACJA

CZĘŚĆ 3 – Wielokanałowe granie po SONOSowemu, SONOekosystem: audio kwadrofonia, HDMI ARC on route (robi się, robi)

CZĘŚĆ 4 – ARTIFICIAL INTELLIGENCE, w skrócie AI. Co nam to daje? W audio, w wideo, w agregacji treści, w sterowaniu chałupą (się zrobi, jak nam Google Assistant w Sonosie zadziała, też .pl)

» Czytaj dalej

Względnie tanio, a kompletnie? NuPrime DAC-9 w testach @ HDO

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_1899

NuPrime. Kiedyś NuForce*, teraz NuPrime. Testowaliśmy świetną, przystępną cenowo, integrę IDA-8, teraz czas na przetwornik, kosztujący 3-3,5k, także stosunkowo niewiele: DAC-9. Niby IDA-8 minus końcówki mocy, ale jednak nie tylko. Ten niewielki klamot dysponuje bardzo mocarnym wyposażeniem, właściwie możemy mówić o kompletnie wyposażonej centralce i to nie tylko cyfrowej centralce, bo macie tutaj także wejścia analogowe, dodatkowo integrujemy sobie tutaj również analogowe źródła (czytaj, zazwyczaj, będzie to gramofon). Mamy ponadto zbalansowany tor i to nie na niby, a faktycznie konstrukcja jest symetryczna (cały tor) co na tym pułapie cenowym za częste nie jest (poza chińczykami, ale dzisiaj wszystko właściwe…). Sprzęt, jak to u tego producenta bywa, jest bardzo kompaktowy, do tego świetnie wykonany, ze znakomitymi nóżkami, których autorska konstrukcja gwarantuje dobrą separację od podłoża, stabilność, do tego rasowo to wszystko wygląda. W komplecie mamy przyjemnego pilota, który pozwoli zawiadować skrzyneczką. Tylna ścianka to nie tylko standard, niech będzie, że takie AES/EBU to też typówka, ale co powiecie na wyjście cyfrowe (optyk)? Pozwala nam to na integrację z kinem, pozwala także na cyfrowe spięcie klamota z sieciowymi ampami, takimi jak testowany u nas w odcinkach Sonos. No, no. Zaawansowany moduł zasilania dopełnia całości. Także pierwsze wrażenia są pozytywne bardzo.

No dobrze, ale nie byłbym sobą, gdybym nie pomarudził. Lecimy zatem: diodowy wyświetlacz nie należy do najczytelniejszych (delikatnie rzecz ujmując), trzeba patrzeć nie pod kątem, tylko raczej na wprost, nie jest to idealne rozwiązanie, podobnie nie idealny jest, a nawet więcej - podły – kabel USB dodawany do kompletu. Po co takie coś w ogóle ładować do pudełka? Cienki drut, o typowo drukarkowej prominencji, bardzo krótki (niepraktycznie)… sieciówka komputerowa to powiedzmy standard, nie ma się co zżymać, ale tego kabelka mogłoby nie być. Coś jeszcze? Ano brakuje na stronie producenta (poza działem… FAQ), w instrukcji, informacji na temat dodatkowej opcji rozbudowy wyposażenia DAC-9…

Nóżki ♥ Oba klamoty tj. NuPrime i Sonos Amp prezentują się według mnie obłędnie ;-)

…chodzi mi tutaj o port USB, który może posłużyć do uzupełnienia możliwości o streaming. Bardzo fajna opcja i w tej cenie to już naprawdę wypas, bo nie tylko możemy sobie zaaplikować BT, co powiedzmy nie jest mistrzostwem, ale już opcjonalny moduł WiFi jest (w tej cenie). Można zatem stworzyć sobie kompletny system przetwarzający sygnał cyfrowy oraz przyjmujący audiobity z netu, ale wpierw trzeba się zorientować co też konkretnie możemy pod to USB podpiąć. W manualu informują tylko, że można wpiąć, ale już konkretnie co, to nie. Na stronie producenta też brak bliższych informacji, linków do rzeczonych modułów, dopiero jw. w dziale FAQ możemy znaleźć nazwy kompatybilnych (tylko?) dongli. Trochę to niepoważne.

Gdzie gramy? Pod Roonem oczywiście gramy

Siak czy tak, DAC-9 jest interesującym przykładem urządzenia, któremu praktycznie niczego nie brakuje, a nawet jest ponad standard, bardzo dobrze wykonanego, opartego …co warto podkreślić… na najlepszej kości AKM (4490EQ) z ichnią technologią VelvetSound, o której jeszcze co nieco wspomnę, przy okazji właściwej recenzji. Przyjęło się charakteryzować te japońskie układy jako ciepło, analogowo brzmiące, ja tam generalnie nie uważam, żeby kości same z siebie jakoś warunkowały barwę dźwięku, na pewno dużo istotniejsza będzie tu kwestia podejścia producenta do sekcji analogowej, ale niech będzie – ta kość to przeciwieństwo, jak mówią, najpopularniejszych, dominujących na rynku układów ESS Sabre. Cieszy mnie bardzo, że mogę z DAC-9 połączyć sobie wszystko w ramach jednego: jest Sonos Amp z pasywnymi efektorami, są aktywne nEary (XLR), jest kino (wyjście optyczne i tu wariantowo: Sonos Amp lub DAC/procesor HDMI Ligawo), wreszcie mam podpięty tor gramofonowy (1050&5120). Wszystko zintegrowane ładnie, a jeszcze (o ile się uda namierzyć) te moduły bezdrutowe czekają. Instrukcja sugeruje możliwość podpięcia NASa (wskazują Synology), też to sprawdzę, choć raczej nie ma opcji by taki tandem pociągnął dźwięk 24/384 & DSD256 (takie możliwości przetwarzania, +32bit, oferuje AKM z interfejsem USB w tytułowym DACu).

Dobra, tymczasem zapraszam do obejrzenia zajawkowej fotogalerii z opisem:

* Testowało się w 2012 dużo droższego imiennika, też DAC-9 w stylu so, so ’80-s ;-) …w podobnej cenie co testowany, był minimalistyczny DAC-100 ,a na poziomie budżetowym już (2k), przeegzaminowałem pierwszą cyfrową integrę DDA-100 oraz bardzo popularne swego czasu, przenośno-stacjonarne Icony i uDaki

PS. Ciekawostką przyrodniczą (zwiastującą to co nadejdzie, tzn. stream bezdrutowy wszędzie) był także test bezprzewodowego systemu dystrybucji dźwięku NuForce AirDAC. Do dzisiaj, choć już sporadycznie, służy w redakcji. Własny patent na fruwające w eterze zera i jedynki (protokół SKAA: minimalne opóźnienia transmisji, point-to-point)

» Czytaj dalej

TrueConnect: pierwsze wrażenia z testowania bezdrutowych IEMów RHA & finał

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_2201

Są AirPodsy i długo, długo nic. Tak wygląda obecnie ten segment. I pewnie będzie tak wyglądał za rok, dwa lata, trzy… Apple jest / będzie niekwestionowanym liderem, podobnie jak to ma miejsce w przypadku smart zegarków. Co jest najważniejsze odnośnie takiego produktu? Dźwięk? Znaczy jakość dźwięku? Najważniejsza jest stabilne, pozbawione dropów, problemów z synchronizacją działanie i bezobsługowe (najlepiej) łączenie z wszystkim, co jest na podorędziu. To, plus akceptowalnie długi czas działania, wyznacza w prawdziwie bezdrutowych słuchawkach dousznych wzorzec, jest punktem odniesienia. Jakość dźwięku oczywiście nie jest pomijalna, ale w sytuacji, gdy coś z powyższego zawodzi w ogólnym rozrachunku się nie liczy. W ogóle się nie liczy. To ma działać przenośnie (bo przecież nie w domu, albo inaczej, w domu to co najwyżej przy okazji), ma działać dobrze, pewnie, z gwarancją POWTARZALNOŚCI. Niepomijalne są kwestie nawigowania, sterownia (w AirPodsach zorganizowano to źle), jakości rozmów (bywa z tym tragicznie w niektórych tego typu produktach) oraz ergonomii, wygody użytkowania (duże pudła nosidełka, ładowarki odpadają w przedbiegach). Produkt Apple (opisany u nas rok temu) to coś, co pasuje, bądź nie pasuje (pchełki) do anatomii potencjalnego użytkownika, to coś co w związku z taką, a nie inną konstrukcją, może nie być dla każdego (ale – strzelam – tym którym wypada, nie „leży”, jest zdecydowana mniejszość, patrząc przez pryzmat popularności).

Forma airpodsopodobna, ale nie tak inwazyjna (wygląd) jak produkt Apple

No dobra, to co z resztą (segmentu), czy ktoś tu próbuje nawiązać, czy wręcz przeciwnie, nie ściga się, bo wie że to daremne i chce zaprezentować coś dla nieco innej (niż masowa) grupy odbiorców? Zabrzmi to dziwnie, ale wg. mnie najlepszą alternatywą dla AirPodsów będą albo słuchawki dużo droższe (i w paru aspektach zdecydowanie lepsze …od razu uprzedzam, nie ma takich na rynku), albo coś w porównywalnej, czy najlepiej niższej cenie – co w tych kluczowych – powyżej podanych parametrach, nawiąże równorzędną walkę z jabłkowymi słuchawkami. Tu też, póki co, nie pojawił się wg. mnie równorzędny produkt. To może nie ma sensu w ogóle podchodzić do tematu? Jest coś, co jest wyznacznikiem i ściana? Trochę tak, ale jednak nie, bo wielu próbuje, ze zmiennym szczęściem próbuje i RHA TrueConnect doskonałym tego przykładem jest (*oraz Senki Momentum Wireless IEM, słuchane w Berlinie, słuchane w Warszawie, też o nich tutaj co nie co jeszcze będzie).

 

Jak to u RHA… na bogato

Od strony ergonomicznej RHA wykonało kawał dobrej roboty. Słuchawki są leciutkie, wygodne, doskonale trzymają się ucha, są (mimo nieco przypominającej AirPodsy formy vide rurki) znacznie mniej inwazyjne (wygląd), samo nosidełko do przenoszenia, ładowania małe, zgrabne, wykonane z dobrych (jak słuchawki) materiałów tj. wysokiej jakości plastiku i metalu. Jest USB-C a nie żadne tam micro, no jak sami widzicie na wstępie jest naprawdę dobrze. A jak to wygląda po paru tygodniach dość intensywnego, na wynos, testowania?

Zainteresowani? Zapraszam…

» Czytaj dalej

Pylon Audio Diamond Monitor w testach na HDO

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_2719

Ułoooo, co to za wybarwienie?! Po wyjściu z pudła byłem w lekkim szoku, bo też kolorystyka kolumn miała być niespodzianką i cóż – tego to ja się nie spodziewałem. Mówi (lepsza połowa) lawendowe. Dla mnie po prostu fioletowe. Chyba nie ma drugich takich, w ogóle nie ma nigdzie. Pokaz możliwości producenta, który słynie z tego, że wyczaruje każde, nawet najdziksze wybarwienie z palety RAL. I dobrze, bardzo dobrze, bo kolumny to – wiecie – mebel, dobrze widoczny mebel i to ma zachwycać (mniej wyrozumiałe żony* powiedzą – nie przeszkadzać). Ma współgrać z wnętrzem, ma prezentować się wybornie, współgrać z estetyką, gustem domowników, pasować jak ulał. To ważne, bardzo ważne, bo dzisiaj zwraca się bez porównania więcej uwagi na to jak wygląda, czy pasuje, czy nie psuje (harmonii, feng-shui czy cholera wie czego tam jeszcze). No i Pylon robi to dobrze, bo raz – najmocarniejszy jest w stolarce i nie boi się projektów niebanalnych, a przy tym zachowuje znakomitą jakość, bo dwa – pełna paleta RAL plus klasyczne kolumnowe dekory plus wykończenie olejowskiem plus wysoki połysk plus najmatowszy mat robią zasadniczą różnicę. Różnicę na plus. Dodajmy do tego pełen serwis, pogwarancyjne wsparcie, możliwość naprawy, wymiany, polakierowania, a nawet… zmiany wybarwienia. Tego – zwyczajnie – nikt inny nie oferuje. Bo polski producent? Yhy, to też, ale wiecie, inni jakoś takiego poziomu posprzedażowej obsługi nie zapewniają. Chwalę, bo jest za co. BTW. Tak się złożyło, że na stanie też polskie, też krajowa myśl techniczna, okablowanie w dopasowanym jak ulał kolorze oplotu. Melodikowy Purple Rain, oczywiście z Księciem obowiązkowo z tacki granym ;-)

Piszę o tym wszystkim, nawet nie muskając sedna, to znaczy samych kolumn. Już się poprawiam. Pylonowe monitory bliskie są mojemu sercu, miałem / mam / testowałem wszystko, co wyszło z jarocińskiej manufaktury w temacie: podstawkowce. Firma do niedawna w każdej nowej linii oferowała monitory. To się zmieniło – ichnie flagowce, inne, przewidywane do wprowadzenia na rynek projekty z górnej półki to wyłącznie podłogówki… Decyzja zrozumiała, wszyscy więksi producenci tak mają, to znaczy od pewnego pułapu kolumna musi być duża i jest duża, a ogromne „monitory”, jakie możemy spotkać na rynku, to de facto konstrukcje pokrewne podłogówkom… nie ustawicie ich na regale, na półce, mają dedykowane standy i zasady ich umiejscowienia, ustawienia w pokoju odsłuchowym są tożsame z dużymi, podłogowymi paczkami.

Pylon Diamond Monitor testowane na kreskówkach ;-)
Młodzi Tytani rządzą btw

Dzień dobry :) Na górze D2010/8513, na dole CA18RLY. Prawdziwe, nie udawane 8Ω

Kolumny, które do mnie przyjechały to póki co najwyższa, monitorowa, półka u Pylona. Diamondy krótko stanowiły szczyt oferty, ale szybko pojawiło się coś wyżej, jeszcze wyżej… Producent postanowił zaoferować pełną paletę, przekrój zestawów głośnikowych, tak aby potencjalny klient, nawet taki baaaardzo wymagający i trzymający w garażu, stop, trzymający w salonie graty za dziesiątki, czy setki tysięcy (w sumie) miał w czym wybierać. Prawidłowo, szczególnie gdy popatrzymy ile ten high-end w wydaniu Pylona kosztuje. Oczywiście Diamondy nie są sensu stricte high-endem, to wysokiej klasy hifajowe paczki, takie, które mogą potencjalnie stanowić optymalny wybór dla najszerszego zbioru audio elektroniki… droższych integr, tańszych zestawów dzielonych, mocniejszych lampiszonów do +/- 10k za klamota. Tak to widzę, myślę, że nie mylę się w tych rachubach i pewnie właściciele takich klocków – myśląc: monitory – patrzą na katalogi i te tytułowe na liście uwzględniają.

Mamy tutaj duńskie, modyfikowane przetworniki i to takie najbardziej klasyczne, szczególnie patrząc na kopułkę tweetera, jakie możemy sobie wyobrazić. Projekt stylistyczny kolumn, to w linii Diamond, obowiązkowe pochylenie frontu i tylnej ścianki, co ma przekładać się na ulepszenia w zakresie sonicznym, na pewno przekłada się na wygląd… ten nie może się nie podobać. Serio. To nowoczesna, dzięki pochyleniu, agresywna stylistyka, rodząca skojarzenia z branży moto (subiektywnie, jak super wozidła). Proste, ale oryginalne, czyste linie, niby klasyka, a jednak wyróżniające się, no i to wykończenie… oczywiście klasyczne wybarwienia mają swój urok, styl, ale są przewidywalne, naprawdę polecam zamówić sobie coś oryginalnego, coś z palety. Wtedy taka kolumna wychodzi poza schemat. U mnie jest już po etapie małe wkłada paluszki w membrany, ale opcjonalnie (teraz już dla każdej konstrukcji Pylon Audio) można domówić sobie maskownice (na magnesy montowane, czyli otworów brak, nic nie psuje czystej formy).

Purple Rain, purple rain…

To duże monitory, nie bardzo duże, ale spore, spore, bo nisko-średniotonowiec to nie ułomek, a konkret… 18cm membrana, która tutaj dominuje, ale na szczęście nie zaburza całości, designersko projekt to harmonia składowych. Odnośnie materiałów – mamy tutaj celulozę, mówiłem o klasyce w wyborze przetworników, no i jest klasyka. Ja tam lubię klasykę (i mocne pierdolnięcie też lubię), także w to mi graj ;-) , szczególnie że te seasowe Scan-Speaki zmodyfikowane przez Pylona naprawdę dają radę, już od pierwszych dźwięków dają, a że kolumny pracują zaraz drugą dobę non-stop (jeszcze świeżym lakierem leciały) to i tylko przyklasnąć takiemu wyborowi firmowych inżynierów. Konstruktorzy nie tylko zmodyfikowali duńskie przetworniki, ale opracowali własną zwrotnicę, wygłuszyli owczą wełną (na bogato) wnętrze. Słuszne 10kg per sztuka, wysoka, ale mimo dużego nisko-tonowego speakera, smukła & proporcjonalna obudowa (to pochylenie robi zdecydowanie) domaga się odpowiedniego stojaka. Pylon ma taki specjalnie pod ten model robiony, co jest niewątpliwie atrakcyjną opcją, można też inaczej, ale to inaczej musi dźwignąć dużą, dość ciężką, paczkę. Ścianki są grube, stolarka, jak wspomniałem, pierwszoklaśna.

Jeszcze przed zaaplikowaniem naszego demontowalnego zestawu korekcji akustyki pomieszczenia:
gruby dywan na podłodze (vel koc) & materace po bokach. Z tyłu nic nie trzeba, bo kasetony robią robotę.

Brzmienie na dzień dobry? Dużo dobra słyszę. Kultura, naturalność, pełna kontrola. Nie zgadzam się, że trzeba zatykać port BR. Nie trzeba. Te kolumny nie mają wcale inklinacji do przebasowienia, czy choćby delikatnego przerysowania na niskich. Tak się może wydawać przez parę pierwszych godzin. Potem mija i jest pięknie. Dźwięk potężniejszy od tego, co reprodukują (fuj) na co dzień podłogowe Szafiry 23 (to te odchudzone, fit kolumienki Pylona). Kojarzy się z brzmieniem Topaz 20 (duża, dwudrożna podłogówka), a to – jak pamiętacie – cholernie dobre brzmienie, jedno z najlepszych w moim prywatnym rankingu odnośnie SQ kolumn Pylon Audio. Oczywiście to pierwsze wrażenia, we właściwej recenzji dojdzie do tego pewnie tona spostrzeżeń, będziemy maglować w aż czterech kompletnie różnych torach – z lampiszonem na Mulardach i Telamach, z końcówką NADowską & pre 1020 (vintage), z małym mocarzem C315 oraz ultranowoczesnym Sonos AMPem (świetnie to brzmi po cyfrze, czytaj stream & HDMI/optyk via adapter…. świetnie! Więcej w naszej recenzji rozwojowej). Także będzie się działo, oj będzie. Będziemy manewrować przetwornikami, modelować co nieco, a poza redakcyjnym zestawem oryginałów (KORG, ZOOM, M2Tech) będzie jeszcze parę niespodzianek, które zmierzają do redakcji. Aha, dla przypomnienia, pomieszczenie to salon z otwartą kuchnią (nie aneks w dosłownym sensie, tylko duża, 2 metrowa „śluza”, wybita w ścianie nośnej) c.a 32 metry kwadratowe. Sporo, ale też Diamondy spokojnie w takich okolicznościach wypełniają dźwiękiem przestrzeń. Można je widzieć w roli zestawu do dużych salonów, dużych pomieszczeń – swobodnie.

Galeryka poniżej…

* żeby nie było seksistowsko, są Panie które nie tylko są wyrozumiałe, ale same mają inklinacje audiomaniackie. Szanujemy, a nawet zazdrościmy

» Czytaj dalej

Sonos One, Alexa i stereo para z Play:1 via SonoSequencr

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_8106

Pamiętacie moją opinię o Play:1? Głośnik Sonosa zawitał jakiś rok temu w redakcji i tak dobrze się w niej poczuł, że został. Został nie tylko z powodu sensownego pomysłu producenta na własny ekosystem, jeden z lepszych patentów na multistrefowe granie w ramach podsieci mesh (dzisiaj furorę robi WiFi mesh, które w dużej mierze niweluje problemy bezprzewodowych łącz w bardzo zanieczyszczonym elektromagnetycznie środowisku). Doceniłem niezły dźwięk (dwudrożna, zamknięta konstrukcja, oferująca przyjemne dla ucha brzmienie), integrację wielu strumieni, łatwość obsługi… i to, co było dla mnie decydującym argumentem za pozostawieniem Play:1 (i ewentualną późniejszą rozbudową multistrefowego rozwiązania w oparciu o produkty Sonosa) – kompatybilność z Roonem. To przesądziło o wyborze tego rozwiązania, bo jedynie Sonos (kategoria: strefowe głośniki bezprzewodowe) jest dzisiaj w pełni zintegrowany z tym, cenionym przeze mnie, oprogramowaniem.

Minął rok i okazało się, że decyzja o wejściu w temat była słuszna. W redakcji pojawił się nowy model – One – wyposażony w mikrofony, z całkowicie nowymi możliwościami (w zakresie mocy obliczeniowej, nie brzmieniowej, o czym dalej) bezprzewodowy głośnik wprowadzający do równania nowy sposób interakcji (wszystkiego, ze wszystkim). Tak, chodzi tutaj o głos. Nie, nie chodzi tutaj tylko o Alexę (która nie jest niczym nadzwyczajnym na razie, podobnie jak inni asystenci/asystentki głosowe), a raczej o otwarty na integrację ekosystem, potencjalnie pozwalający na użytkowanie AI od największych potentatów na rynku IT. Google Assistant ma być, Alexa już jest, a Siri… musi zmądrzeć i raczej nie widzi mi się, żeby miało to nastąpić szybko, bo zamiast progresu Apple wyraźnie odstaje i jest coraz gorzej. Siri zresztą jest hermetyczna, bo zamknięta w obrębie tego, co Jabłko oferuje, ale jw. niewielka to strata, a Sonos jako pierwszy i jedyny ma mieć w swoim multiroomie pełną obsługę AirPlay’a 2… ważne, bo popularność jabłkowego protokołu strumieniowania oznacza w praktyce możliwość uruchomienia dowolnego strumienia, czytaj pełną kompatybilność ze wszystkim. I to, mimo braku Siri, Sonos niebawem będzie oferował. Pozostaje otwarte pytanie, czy AI od konkurentów zrobi z tego pożytek? Zobaczymy. Tak czy inaczej, mogę powiedzieć po kilku tygodniach użytkowania, że interfejs głosowy raczej wcześniej, niż później, zastąpi wszystkie dotychczasowe sposoby interakcji. I nie chodzi tutaj tylko o jego oczywistą przewagę: naturalny sposób komunikacji człowiek – maszyna, chodzi o rzeczy nie mniej istotne: o szybkość, o kontekst oraz o nieograniczoną rozbudowę interakcji. Teraz to jeszcze mocno skrzypi, ale to tylko kwestia czasu. Nieodległego czasu. W przypadku Sonosa macie i mieć będziecie AI od Google oraz AI od Amazona plus elementy ekosystemu Apple. Bardziej się nie da.

O tym wszystkim obrazowo opowiem za pomocą obrazków (fotogaleria), teraz zaś skupię się na dwóch rzeczach, które są bardzo istotne w związku z tym, o czym tu na HDO od dawna piszemy, a które Sonos wprowadził, albo zaraz wprowadzi do swoich produktów. Co to za rzeczy? Zaawansowany system korekcji pomieszczenia (TruePlay) po pierwsze (o czym dalej) oraz coś, co mi się marzyło i zaraz (prawdopodobnie) się ziści… wielokanałowy, bezprzewodowy system głośnikowy z interfejsem głosowym (AI od Google & Amazona) oraz integracją WSZYSTKIEGO (Roon, AirPlay/Cast, wszystkie streamy plus najnowsze formaty audio) w ramach jednego produktu – to po drugie. Sonos właśnie zapowiedział (2) (3) na 6 czerwca wielką konferencję, gdzie pokaże produkt, który ma być odpowiedzią na to wyzwanie: bezdrutowe (a więc elastyczne, wygodne, najlepsze dla instalatora, bo nie wymagające żadnych zmian w lokalizacji) rozwiązanie wielokanałowe dla kina i audio. Marzenie w końcu się ziści? Są na to realne widoki, bo właśnie Sonos wszystko sobie spina – jest tytułowy One, jest (Play)Base, wreszcie jest nowy Play:5, a będzie… pewnie będzie nowy (Play)Bar. Proponowałbym nie marudzić zawczasu, że to „tylko” projektor dźwiękowy będzie, bo właśnie ten element zrobi za spoiwo, stworzy kompletne rozwiązanie (niewykluczające budowy systemu z rasowymi kolumnami, o czym poniżej przeczytacie). Punktem zwrotnym będzie wprowadzenie brakującego ogniwa. Tak, o HDMI tu chodzi. I to w najnowszym standardzie 2.1 (wszystkie formaty kina domowego z ultrarozdzielczością z obiektowym dźwiękiem Dolby Atmos & DTS:X na czele, kanał zwrotny audio w najnowszej odsłonie o wyczynowych parametrach plus wiele, wiele innych, kluczowych zdolności), bez ograniczeń funkcjonalnych. To wraz z oferowanym bezdrutowym systemem dystrybucji dźwięku w sieci mesh, integracji całego internetowego streamu (całego!) wreszcie wspomnianą, zaawansowaną korekcją pomieszczenia zintegrowaną ze wszystkimi oferowanymi głośnikami stworzy zupełnie nową jakość w przystępnym cenowo, konsumenckim (nie high-endowym, bo high-endowe odpowiedniki znajdziecie, ale te kosztują krocie, a i tak paru rzeczy nie oferują) systemie audio obejmującym strefy, salon (kino) oraz …i o tym też we wpisie niniejszym, patrz tytuł, będzie: klasyczne stereo.

Czym jest TruePlay? To system korekcji pracy przetworników wbudowanych w głośniki bezprzewodowe Sonosa, autorskie rozwiązanie, które nie wymaga od nas żadnych specjalnych przygotowań, żadnego biegania do sklepu po mikrofon itp zabiegów. Nie. Wystarczy nasz smartfon, wbudowane w niego mikrofony, chwilka czasu oraz postępowanie zgodnie z komunikatami wyświetlanymi przez firmową aplikację. Już na pierwszy rzut oka widać, że automat, że to nie może być tak dobre, jak zaawansowane systemy (będzie o Dirac-u na HDO, gdy tylko trafi do nas NAD T758 v.3), że to bardziej taki prosty, nieskomplikowany system pomiaru & kalibracji, o ograniczonej skuteczności działania. Nic bardziej mylnego. Powiem tak: dajcie szansę temu systemowi, szczególnie gdy połączycie w stereo parę wasze Sonosy. Gwarantuję, że będziecie szukać szczęki na podłodze, rezultat mocno Was zaskoczy. Nie to, że zawsze zadziała to dobrze. Nie. U mnie parę prób (są też nieudane, bo najpierw musi być ambient, potem trzeba pochodzić wykonując odpowiednie ruchy telefonem/mikrofonem etc) bez sukcesu, ale w końcu się udało. Najpierw w łazience (tu mono), wykafelkowanej, z co oczywiste, tragiczną i niemożliwą do poprawy tradycyjnymi metodami akustyką. Teraz jeden z Sonosów gra tak, że słuchanie muzyki w kąpieli nabiera zupełnie nowego wymiaru. Jeszcze ciekawiej dzieje się na parapecie salonu, gdzie nieprawa (Sonos nie przewiduje takiego mezaliansu, ale od czego apki firm trzecich, o  czym kapkę niżej :) ) para One & Play:1 gra sobie w najlepsze, skalibrowana w stereoparze wspomnianym TruePlay’em. Nie dość, że same z siebie, wspomniane Sonosy grają przestrzennie, z ładnie odwzorowaną stereofonią, to po korekcie, uwzględnieniu trudnych warunków (okna! Parapet! Niekorzystne umiejscowienie względem ścian etc.) w jakich oba kanały nam grają, nie bałbym się określić uzyskanego efektu mianem: spektakularny. Potęga oprogramowania (btw Sonos One dysponuje kilkadziesiąt razy wydajniejszym układem obliczeniowym w porównaniu do starszego brata Play:1), wykorzystanie dzisiejszych możliwości elektroniki użytkowej (a te są potężne, często sobie tego nie uświadamiamy) i mamy coś, co pozwala zagrać w stali, szkle, kamieniu, albo prościej i bardziej obrazowo: nawet w kiblu. Na poziomie zagrać. Dobrze.

Napisałem wcześniej, że nie wykluczam integracji naszego ukochanego, dużego stereo z Sonosem. Ona jest możliwa, już teraz. A konkretnie integracja naszych efektorów, naszych wielkich, zestawów głośnikowych, kolumn, które zjedzą te wszystkie „Pleje” na śniadanie. Ano nie inaczej, bo elementem układanki jest tutaj ZonePlayer (pytanie, czy to zaktualizują, pozostaje otwarte), urządzenia które oferują możliwość wpięcia w system tradycyjnych komponentów audio w ramach sonosowej sieci mesh. Ważne: tu wszystko, z wszystkim się dogaduje i współdziała. Także każdy taki element jest „w systemie”. Ba, można to nawet połączyć z źródłami (tradycyjnymi), z innymi komponentami audio. Samo oprogramowanie firmowe daje opcje stereo i mch, pewnie teraz jeszcze bardziej będzie to rozbudowane o różne konfiguracje, ale w sumie, powiem Wam, że nawet nie musi. Nie musi bo są dwie rzeczy, które domykają nam temat i nie są to sonosowe rzeczy, nie jest to oprogramowanie producenta bezdrutowców… nie. Mówię tutaj o Roonie (od wersji 1.3 mamy pełną obsługę multichannel i to multichannel będzie Wam działało na Sonosach, o ile sobie je tak skonfigurujecie :) ), mówię tutaj także o SonoSequencerze. To jest coś, co robi tutaj robotę, coś co daje opcję połączenia wszystkiego ze wszystkim, nawet wtedy, gdy sam Sonos nie przewidział takiej możliwości. Pełna elastyczność, pełne możliwości budowy takiego rozwiązania (wielogłośnikowego) na jakie przyjdzie nam tylko ochota. Zajebiście!

Tu Sonosy w osobnych strefach pod Roon’em

A tu już w stereoparze…

…dzięki…

Aplikacji Sonosequencr :D

Potwierdzenie… w firmowym oprogramowaniu. Lewy. Prawy. Piękne stereo, jeszcze przed kalibracją w TruePlay

Sonosequencr to niepozorna apka. Pewien Niemiec ją robi, kosztuje to, to 8.99zł, dostępne jest (niestety) tylko na iOSa (na razie?) i na pierwszy rzut oka stanowi „tylko” użyteczny dodatek. Ale to coś więcej niż dodatek, to wg. mnie konieczne uzupełnienie dla ekosystemu Sonosa, bo daje możliwości, których w firmowym oprogramowaniu nie znajdziecie. Możemy za pomocą tego softu stworzyć dowolną konfigurację głośników, połączyć każdy z każdym w stereoparze (u mnie tak właśnie gra One z P:1), stworzyć konfiguracje surround (oczywiście pewne rzeczy możliwe są tylko w wybranych produktach, pewne funkcje zadziałają np. tylko w projektorze dźwiękowym Playbar, albo w PlayBase (podstawka jest nowocześniejsza od belki, za parę tygodni to właśnie ten drugi produkt doczeka się uaktualnienia)). Dodajmy do tego makra (yes!!!) oraz przydatne sterowanie całością za pośrednictwem wygodnego widgetu (tego Sonos do tej pory nie oferuje – trochę wstyd, przyznacie) i mamy oczywiste must have dla każdego właściciela sonosowych głośników. Można stworzyć układ obejmujący stare z nowym, integrujący nowe możliwości (interfejs głosowy, czy szerzej AI) i już łączymy, tworzymy spójny system. Super. A przecież to dopiero początek. Inteligentna chałupa, te wszystkie mniej lub bardziej użyteczne rzeczy, które implementuje nam do życia AI od Googla, albo AI od Amazona. Daleki jestem od hurraoptymizmu i hurraentuzjazmu (ciągły nasłuch, pełna inwigilacja, ogólnie – brak prywatności), ale to i tak nas dopadnie, w tej czy innej formie dopadnie i warto zawczasu to zrozumieć i (ewentualnie) oswoić. Nie będę rozwodził się nad sterowaniem oświetleniem, ani zamawianiem pizzy, czy (tym bardziej) pytaniami egzystencjonalnymi… dzisiejsze AI jest głupie, choć próbuje udawać, że jest inaczej.  Tak czy inaczej może to być użyteczne (i jest użyteczne), może stanowić doskonały punkt wyjścia do dalszego uproszczenia obsługi tego, co złożone (tak mam tu na myśli AV, audio z Roonem w centrum, te sprawy), co nieraz skomplikowane… to już, albo zaraz. Teraz powiem Wam tylko tyle, że te małe białe samograje zawładnęły chałupą i choć w żaden sposób nie zastąpiły mi starego dobrego stereo (dzisiaj i tak już cyfrą pisanego) i nie jest tak, że wolę to, to od malutkich, fantastycznych i dużo lepszych brzmieniowo Topazów, czy tego co z głowy przez cały czas nie ściągam  tj. nauszników Sundara ;-) , to… jednak… zawładnęło i stanowi już nieodłączny element całego systemu audio ze wspólnym mianownikiem. Nie, nie jest to jeszcze Aleksa, Google coś tam (głupią, toporną nazwę dali, powinni to zmienić btw)… jest to, tak zgadliście, mianownikiem jest Roon. Muzyka sobie gra w stereo na Sonograjach i gra dobrze, naprawdę dobrze. W dobrej jakości. Z najlepszego front-endu. Na razie z podstawowymi komendami na głos, na razie ;-)

A tutaj, już po kalibracji pary stereo sonosowych samograjów :)

To jest przyszłość. Sonos to wie. Wielcy IT to wiedzą. Branża audio (i audio-wideo) też to już pojmuje (KEF etc.).

PS. Sonos jest tylko 16/44~48. I wiecie co? Co z tego, że hi-resy po downsamplingu, że tylko jakość CDA… nie ma to w praktyce żadnego znaczenia. Gra bardzo dobrze, hi-resy w takich produktach to „chłyt” marketingowy, a nie jakiś wielki progres jakościowy. Software taki jak Roon czy Vox robi robotę (konwersja dowolnego sygnału) i strumień z tych aplikacji brzmi po prostu dobrze.

Fotogaleria z opisem:

» Czytaj dalej

Future-Fi to finalnie ….No-Fi?

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
DSCF4045

Wspomniałem ostatnio na naszym profilu o bliskiej premierze, opisanego wcześniej na łamach, bezprzewodowego wzmacniacza Sonosa. Model Amp, po prostu Amp, to wg. mnie symbol tego co nas czeka W CAŁEJ BRANŻY. To coś, o czym wcześniej pisałem na HDO: Future-Fi to komponowanie systemu audio zupełnie inaczej (niż dotychczas), to inny poziom integracji, możliwości i… estetyki. Właśnie – estetyki. Dlatego ten dziwaczny z pozoru tytuł wpisu. No-Fi. Popatrzcie co się dzisiaj dzieje – wzmacniacze nam karłowacieją w zastraszającym tempie, właściwie prawidłowo byłoby powiedzieć: multiklamoty, a nie jakieś tam wzmacniacze, bo te małe skrzynki (forma też się zmienia btw) to wszystko w jednym. Zresztą, po co multiklamoty, jak system zamykamy w kolumnach. Coraz częściej to się dzieje, rezultaty tego zamykania w paczkach są (już teraz) na takim poziomie jakościowym, że za parę lat może w ogóle klasyczne audio będziemy kojarzyć z jakimś absolutnie old-schoolowym vintage’em. Zmierzch fizycznego nośnika (globalnie i masowo, pomijam nisze, które zawsze będą), triumfalny pochód bezdrutowości (w każdym możliwym zakresie, bo nie tylko przecież o jakieś audio tu się rozchodzi) oraz to, co w branży dzisiaj staje się standardem: energooszczędne końcówki, zintegrowane moduły SoC, ujednolicane platformy softwareowe, strumień (interfejs sieciowy, względnie komputerowy) jako podstawowe, a nawet jedyne medium dla sygnału pozwala wysunąć następującą prognozę:

Przyszłość audio to brak (widocznego) audio.

System (audio) przestanie być utożsamiany z określonym urządzeniem, a będzie elementem zintegrowanego podsystemu chałupy, tj. domu, mieszkania, jednym z paru zintegrowanych w ramach inteligentnego domostwa. I nie mówię tutaj o rzeczach, określanych mianem Lo-Fi, jakiś prostych, nieskomplikowanych, nie aspirujących do miana lepszego jakościowo dźwięku, efektorów bezdrutowych w rodzaju małych kolumienek, monofonicznych systemów głośnikowych. Nie. Mam tu na myśli jak najbardziej rasowe, dobrze brzmiące, Hi-Fi (jeszcze teraz nazywane Future-Fi, ale kiedy stanie się standardem, a to co znamy trafi do muzeum, będzie właśnie Hi-Fi). To nieuniknione i – chyba – oczekiwane. Być może nawet popularyzujące dobry jakościowo dźwięk w domostwach, bo jako standardowy element wyposażenia, będące czymś naturalnym, chcianym, pożądanym. I nieważne, czy będzie to „entertainment”, czy „audio”, bo tu nie będzie zaraz żadnego podziału… będziemy po prostu wykorzystywać system w taki sposób, w jaki przyjdzie nam w danej chwili ochota. Stereo? Proszę. Multichannel? Proszę bardzo. Ma być dyskretnie? Coś na uszy z ANC (Sonos pracuje nad swoimi nausznikami, będzie systemowo, będzie mesh, do domu, już się ustawiam w kolejce). Ma być w dowolnej lokalizacji, także poza chałupą? Nie ma problemu. Sterowane głosowo (oczywista, oczywistość) – jak najbardziej.

Tu jeszcze widoczny, w tradycyjny sposób na stoliku, integruje Amp czarny krążek ze strefami, z korekcją, z różnymi efektorami

Tak, piszę o tym wszystkim w związku z zapowiedzianym pojawieniem się Sonos-a Amp-a. To produkt już nie z pogranicza. To Hi-Fi. Tyle że jutra. To coś, co (Amazon też taki produkt zaoferował, chciał to zrobić Google – nie wyszło z Q, ale nie zdziwię się, jak do tego jeszcze powróci) ładnie nam się zazębia (?) z poważnym graniem, z dobrą jakością, z systemem audio z aspiracjami (do nie plumkania w tle, a grania na odpowiednio wysokim poziomie jakościowym, gdzie słuchanie nie jest ordynarnym konsumowaniem, a czymś więcej…). Powyższy produkt przetestuję bardzo dokładnie. Przetestuję go właśnie dlatego dokładnie, bo widzę w nim i całym ekosystemie (wprowadzanym właśnie i planowanym) tego producenta to, co wpisuje się we wspomniane powyżej zmiany, metamorfozę jaką przechodzi cała dzisiejsza branża elektroniki konsumenckiej z całym segmentem audio, który jest w centrum naszych zainteresowań.

Różne typy wieszadełek, rack… po to by schować, względnie powiesić, względnie zaskoczyć estetycznie… to jest stereo? Multichannel? To na ścianie coś?

 

Rack, czy raczej coś pod tego typu zabudowę, coś na ścianę (z maskownicą) oraz coś do mebla, drzwi, zamknięcia z szybkozłączką (celem natychmiastowego wypięcia).
To jest właśnie „No-Fi” 

Głośniki instalacyjne, pasywne, możliwość malowania membran na dowolny kolor, zanikanie efektorów, źródeł, wtapianie się w tło… to nie jest jeden z trendów, to moi drodzy główny trend i jak za chwilę zobaczycie, coś co związane jest z całym obecnym kierunkiem, w którym podążają firmy technologiczne. Znikające ekrany (rolujące się, przypominające obraz naścienny), wyrugowanie nośników fizycznych, źródeł wizyjnych, gdy stream zastępuję wszystko, co do tej pory zajmowało miejsce plus możliwość (już za moment) przyjmowania przez wyświetlacze absolutnie dowolnej formy. Mhm. To się dzieje w AV, to się wpisuje w zanikanie audio klamotów, ich wygumkowanie, wtopienie. Sonos dokładnie idzie w tym kierunku, dokładnie w tym. Sonos + Sonance. Wcześniej zapowiadane Sonos + Ikea. A przecież to dopiero początek…

Sufit

Ściana

Trawka… znaczy patio, ogród

 

Sonos Amp to małe coś, ale też duże coś. Małe, bo małe gabarytowo, do umiejscowienia dosłownie gdziekolwiek, czy lepiej – ukrycia. To integra, tak, ale taka, której obsługa jest albo w pełni zautomatyzowana (AI), albo w pełni zdalnie zawiadywana, bez konieczności fizycznego kontaktu. Chowamy w ciemnej szafie, podwieszając, chowamy za ekranem (VESA), chowamy w rackowej skrzynce (na sztuk 4), no znikamy. To jest małe, lekkie, zimne, energooszczędne, nie wymagające przestrzeni, wentylacji, no takie zupełnie niewymagające. Popatrzcie na poniższe obrazki. Widzicie? To właśnie Future-Fi, ale może właśnie bardziej No-Fi. Jest, ale nie ma. Wszystko dzieje się na jakimś ekranie, dźwięk sobie swobodnie płynie, ale tak jakby grało całe pomieszczenie. Nie ma widocznych kolumn, bo głośniki (instalacyjne, pasywne) są wbudowane w ściany, sufity, podłogi (przesadziłem ;-) ), gra nam chałupa. System koryguje mody, weryfikuje w czasie rzeczywistym problemy akustyczne lokalizacji, tak aby dźwięk był najlepszy jaki może (tu i teraz) być.

Gdzie to Fi nam się podziało, aaa… za ekranem się podziało

Może być i VESA. Zintegrowane? Mhm. HDMI ARC i już…

Sonos Amp – jak go reklamują – ma być future-proof. I będzie. Przy takim wsparciu (ciągłym, wielo-wielo-wielo-letnim) będzie podążał za nowinkami, integrował lepiej od każdego „tradycyjnego”, nawet nowoczesnego audio systemu w klasycznej formie i formule. To samo będzie można powiedzieć o rozwiązaniach innych, dużo większych firm, gigantów technologicznych, względnie firm z branży audio, które zawiążą ścisłą współpracę z największymi przedsiębiorstwami IT – to, na marginesie, już się dzisiaj dzieje, już się odbywa. Mówimy tu o otwartej architekturze, gdzie spoiwem jest kod i ten kod będzie wyznaczał granice (precyzyjnie – umowną granicę, bo w słowniku informatyka nie ma słowa „niemożliwe”). Trzeba się z tym pogodzić i przyjąć do wiadomości, że w tym kierunku, właśnie tym to zmierza.

Tylko tyle i AŻ tyle – odczepy na kabel nieuzbrojony, względnie widły, albo (po zdemontowaniu) @ banany.
Mhm, żenimy z audiofilskim kablem, audiofilską kolumną i te audiofilskie jest już zSonosowane.

Amp ma aż 125W mocy. Takie małe coś. Amp może z każdego analogowego źródła zrobić sonosową końcówkę. Wszystko jedno co tam sobie wepniemy. Co więcej, dzięki integracji (bo AI, to dlatego jest tak ważna, bo będzie działać wszystko, ze wszystkim, docelowo tak będzie), o ile rzecz będzie zdolna do współdziałania na poziomie interfejsów inteligentnych, ta integracja będzie – właśnie – pełna. Także Amp to integra, która (w podobną stronę zmierza opisany niedawno NAD) jest „lepsza” od każdej klasycznej, bo zdolna do faktycznej (pełnej) integracji źródła. A przecież o to tutaj chodzi, nieprawdaż? Przy tej mocy można będzie zintegrować z sonosowym ekosystemem dowolne kolumny, także te wielkie paczki, także te – nie tylko hajfajowe – ale także hajendowe paczki. O jakość, o SQ jakoś jestem dziwnie spokojny, rzecz jasna zweryfikuję dokładnie, poddam krytycznej analizie. Bo ta jakość – wiem, zabrzmi strasznie – da się skorygować, poprawić. Popatrzcie co robi high-endowy Devialet, jak te integry dopasowują się z każdą kolejną wersją firmware z setkami kolumn, gramofonów, źródeł (strumienie). To schodzi niżej. Taka kolej rzeczy.

Wiele stref, stereo… wielogłośnikowo… integrując wszystko co gra, co obraz wyświetla… 

Sonosowa integra to nie liczba pojedyncza, a mnoga. To integry – cztery, osiem, naście…. to cała architektura domowego systemu rozrywki. To dokładnie to, o czym jest we wstępie niniejszego wpisu. To coś dużo większego, dużo bardziej złożonego (ale dla nabywcy, użytkownika banalnie prostego w obsłudze i w porównaniu z poprzednim, rozbudowanymi instalacjami, łatwiejsze do instalacji, montażu) od nawet mocno rozbudowanego, klasycznego audio toru. To inna jakość. Wiele skrzynek co się łączy, gra w zależności od naszego widzimisię. Chcę stereo… chcę multi… chcę strefy… chcę… Dlatego rackowe skrzynki, dlatego instalacja w szafkach, zabudowie, w meblach, dlatego instalacyjne głośniki.

Ktoś powie, ale no jak, jak to ma zagrać jak z doskonałej, wielgachnej, pięknej kolumny (sztuk dwie), co to zajmuje pół salonu (właściwie to cały, biorąc pod uwagę adaptację tradycyjną pomieszczenia). Niedowiarkom zalecam sprawdzenie jak radzą sobie instalacje ww. typu, co robi korekcja w czasie rzeczywistym, co potrafi dzisiejsze oprogramowania (Dirac). To jest wstęp do No-Fi i to wstęp, który każe zdefiniować system audio na nowo. Jako coś zupełnie odmiennego w formie od tego, co dzisiaj (jeszcze często) okupuje salony, gabinety.

Amp to nie skrzynka, a skrzynki, których „nie ma”. To zespół. Może być stereo, może być multichannel, wiele stref. Ma to, to interfejsy sieciowe* (głównie i właściwie tylko, choć via HDMI możecie sobie coś cyfrowo podpinać, jest taka opcja za pośrednictwem przejściówki na światłowód), ma wyjście na suba. Tak, niskotonowca sobie tutaj integrujemy z sonosowym ekosystemem i to integrujemy w pełni. Do muzyki, do kina, do rozrywki.. na co mamy ochotę w danej chwili. I o to chodzi moi drodzy, o to chodzi. Nie ma mikrofonów Amp (nie dziwne, w szafce ma być zamknięte, co nie?), ale reszta ekosystemu je ma (np. One, np. Beam) i AI steruje, włącza, wyłącza, komendami głosowymi zawiaduje. Wystarczy jeden taki głośnik w chałupie i wszystkie urządzenia Sonosa już pod tym AI podpięte są. Podobnie jak z alternatywnym dla firmowego systemu protokołem transmisji (AirPlay 2), który też staje się dostępny na wszystkim, nawet na starym i natywnie nie wyposażonym w te nowości. To się nazywa, właśnie, integracja. Telewizory na wyścigi otrzymują asystentów, Sonos jako jedyny będzie miał niebawem pod jednym dachem dwie AI (Google zaraz oraz Amazon już od dawna), pozwoli to czy pozwala to już teraz na czerpanie korzyści z najbardziej naturalnego sposobu interakcji człowiek – maszyna.

Możliwości? Nieograniczone. Dostęp do źródeł? Nieograniczony. Jakość? No właśnie – jakość. O jakości wypowiem się, jak ten Amp podpięty nam w salonie zagra. Podpięty do klasycznych, tradycyjnych, wielodrożnych zestawów głośnikowych: do dużych podłogówek, do sporych podstawek, do niewielkich monitorów bliskiego pola. Będzie grał w stereo, ale będzie też z subem dodatkowo (2.1) i w kinie (wielokanałowo, przy czym zarówno w oparciu o sonosowe samograje, jak i tradycyjne, pasywne, zestawy kolumnowe – w mieszanym systemie z dakiem / procesorem dźwiękowym HDMI). Czy będzie to HiFi? Czy będzie to poziom dobrego stereo? Czy za 3 tysiące ten wzmacniacz bezdrutowy (tak go reklamują i mają w sumie słuszność, bo co z tego, że efektory łączymy tu drutem, choć niekoniecznie (bo sonosowe ofc bez druta grają), jak to jest sieciocentryczne, sieciolubne, sieciowe jest od A do Z) to będzie naprawdę COŚ?

Dodajmy do tego, co powyżej, ichni system kalibracji, dodajmy do tego Roon-a (kompatybilność z siecią mesh… jestem ciekaw, czy Amp będzie oferował coś więcej, jako sieciowy, bezprzewodowy audio hub… intrygujące), dodajmy do tego inne oprogramowanie, które otrzymało wsparcie dla ekosystemu Sonosa (vide Vox Player). Jak sami widzicie, Amp może być czymś bardzo, bardzo dużym, mimo że taki mały, malutki, znikający wręcz (bo jw. da się) z pola widzenia. To wg. mnie najważniejszy produkt Sonosa (w tym roku) oraz jedna z ważniejszych premier w branży (…audio). Jak dodamy do tego, co powyżej, plany wprowadzenia rozwiązania pod dźwięk obiektowy (mhm) oraz własnych słuchawek bezdrutowych (mhm) to wiedzmy, że coś się dzieje. Duże coś.

* sieć mesh to brak interferencji, to podłącz i używaj (a nie konfiguruj), to brak problemów z instalacją

PS. Ruszyła właśnie przedsprzedaż. Amp to jw. 2999 pln mniej w portfelu. Dużo? Mało? Niełatwo odpowiedzieć, szczególnie bez zrozumienia z czym mamy tu do czynienia.

Arya …moim zdaniem naj z ostatniego wypustu. TEST

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_1611

Do dychy było wszystko, to znaczy były Sundary, Anandy, były też nowe HE-6* w najnowszej odsłonie (SE) i tytułowe Arya …były. Wszystkie te słuchawki z najnowszego wypustu, wszystkie one będące sumą doświadczeń producenta ujętą w nausznikach AD 2018/2019. Wspominałem wcześniej, przy okazji testów wymienionych powyżej, że każda z przetestowanych słuchawek zasługuje na uwagę, że to konkretny krok naprzód w każdej dziedzinie: ergonomii, budowy, możliwości brzmieniowych, jakości wykonania. HiFiMAN upichcił produkty bardzo dobre, w swoich segmentach cenowych konkurujące z każdym, konkurujące z powodzeniem (szczególnie te najtańsze). No dobrze, ale jako że na rynek trafiły aż 4 różne modele w cenie do 10 tysięcy złotych, można pokusić się o pewne podsumowanie, będące jednocześnie w pełni subiektywnym rzecz jasna wyborem NAJLEPSZEJ opcji. Najlepszej brzmieniowo, żebyśmy dobrze się rozumieli, bo odnośnie wygody przykładowo, firma zaprojektowała swoją najnowszą generację na tyle dobrze, że… kupując najtańsze skorzystamy z niezwykle wygodnej, dopracowanej konstrukcji i nie będzie specjalnie odczuwalna wymiana na model 3-4 krotnie droższy. Tu osiągnięto wg. mnie pewne optimum, formę na tyle doskonałą, że zmiany jakie producent wprowadzi w przyszłości raczej będą kosmetyką, a nie odkrywaniem koła na nowo. Bo nie ma co tutaj odkrywać (w przypadku słuchawek wokółusznych).

Tytuł sugeruje kto tu wygrał i cóż, nie będzie niespodzianki, ale będzie treściwe uzasadnienie takiego werdyktu. Tak, ostatnie póki co, z przetestowanych HiFiMANów (czekamy jeszcze na obiecane 1kSE) są w moim odczuciu najlepsze, lepsze od 6SE (a był to mój cichy faworyt), znacznie ciekawsze od średniopółkowych Ananda i lepsze (ale bez żadnej ujmy, patrząc na cennik) od Sundara. To najlepsze co ma HiFiMAN w cenie do 10k. Te słuchawki oferują wg. mnie najlepszy miks cech, jakie kojarzymy z ortodynamikami, jednocześnie oferując coś jeszcze – uniwersalność, łatwość napędzenia, najlepszy na rynku (pojechałem, ale tak uważam) stosunek jakość/cena w swojej kategorii (high-end… płacąc więcej, przepłacacie). To słuchawki bliskie perfekcji, które pokonują moje LCD-3, pokonują z zapasem mniej więcej tak samo wycenione Mr Speakers Ether Flow 1 generacji (w obu wariantach… patrz nasz megatest na szczycie), ba pokonują dwójki, które jakoś kompletnie mi nie przypasowały. Pokonują wszystkie starsze HiFiMANy, w tym tysięczniki i to poniżej, ale niegdyś wysoko w cenniku (a dzisiaj często o 50% tańsze). Chcecie kupić flagowce w dobrej cenie, obniżonej w stosunku do tego, co wołano sezon temu i macie te 8k około, a właściwie to 7 około? To koniecznie, naprawdę koniecznie weźcie na tapetę Arya. Warto, żeby potem sobie nie pluć w brodę.

Te słuchawki oceniam jako poważnego konkurenta dla dużo droższych zawodników i to zarówno planarnych, jak i hybrydowych, czy najdroższych dynamików. Także zarówno Senki, Sony, ZMFy jak i Focale oraz orto spod znaku konkurencji jak Audeze (all), Finale (FADy), czy Meze nie mają w tym przedziale cenowym równorzędnego przeciwnika dla tytułowych. Fakt, nie słuchałem Meze Empyrean, stanowczo zbyt krótko słuchałem świetnych D8000, ale to wszystko liga 12-15k, nie ok. 7000 pln, także nie ma sensu się rozwodzić. W podanej cenie Arya są po prostu imo nie do pobicia. Biorąc pod uwagę ich właściwości, czy umiejętności zgrania się z prawie że dowolną elektroniką, bezproblemowe granie z jacków w kompach, przenośnych playerach właściwie tylko forma (otwarta) decyduje o – jednak – domowo~stacjonarnej prominencji. Przy czym, o ile nie robi to problemu postronnym, nie przeszkadza, czy w podróży, czy jeszcze lepiej w jakiejś głuszy, takie słuchawki to skarb pozwalający na oderwanie się od rzeczywistości (w podróży okey, w głuszy raczej mamy to w standardzie). Na razie są to najlepsze słuchawki HiFiMANa jakie dane mi było, także w kategoriach bezwzględnych (czyli, że najlepiej dopasowały się do moich upodobań, co nie oznacza, że droższe, czy dużo droższe nie są w czymś lepsze… no są, ale w tym co dla mnie istotne, nie dorównują Arya i tracą na wspomnianej uniwersalności). Ta uniwersalność to muzyka (po pierwsze, zawsze po pierwsze muzyka), po drugie to łatwość napędzenia, po trzecie to niewielkie wymagania od toru (ten naprawdę nie musi być za drugie tyle najmarniej, by słuchawki cieszyły ucho, bo potrafią z niedrogiego DAPa wyczarować taki dźwięk, że czapki z głów). Lubię takie produkty, produkty kompletne, bez „kantów”, takie bez dziury w całym, bez kompromisów (gdzieś tam), warte, po prostu warte wydanych nań pieniędzy. To wcale nie częsta sytuacja w branży, a w przypadku słuchawek (drogich) odrywamy się wraz z kolejnymi tysiącami od ziemi i wcale nie chodzi mi tu o doznania brzmieniowe.

Równolegle testowane były, choć Arya w sumie znacznie dłużej (mhm, właśnie dlatego). Te okrągłe muszle, nausznice to HE-6SE, a łezki wiadomo

Dobrze, czas to jakoś uzasadnić. Zapraszam…

* o pierwszej generacji HE-6 było porównawczo z LCD-kami 3 na łamach HDO tutaj i tu.

» Czytaj dalej

Chiny atakują, żadnego respektu nie czują #1 SMSL Idea, Topping…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_2880 2

Dzisiaj wielka paczka zapowiedzi. Zaczynamy od chińskich przetworników, jakie ostatnio w dużej liczbie i różnorodności zalewają alliexpress. W redakcji jest już SMSL Idea, najmniejszy, najlżejszy, najmobilniejszy USB DAC/AMP, który jako pierwszy zagroził (konkuruje jak równy z równym) pozycji hiFace DACa (m2tech). Pomarańczowy jest znakomicie brzmiącym audio donglem, jedną z najlepszych tego typu konstrukcji na rynku. Teraz ma konkurenta, który zaskakuje świetną dynamiką, wybitną rozdzielnością oraz głębią przekazu. To naprawdę robi wrażenie, szczególnie, że w malutkiej obudowie zamknięto mocarny układ dwóch, wykorzystywanych „w dużym” audio i to takim z wyższej półki audio, kości odpowiedzialnych za przyjmowanie i przetwarzanie sygnału: kości ESS 9018Q2C oraz XMOSa serii 200 (XU208). Wyobraźcie sobie małego grzdyla o wymiarach 60x16x6mm (sic!), wadze niecałe 10g. zdolnego do obsługi sygnału o parametrach 32/768KHz i DSD512. Mamy zatem nano daka, małego pena zdolnego do obsługi hi-resów 24, 32 bitowych oraz wszelkich, dostępnych materiałów 1 bitowych, w tym ich konwersji w locie do poziomu DSD512 (z PCM), natywnie. W takiej jw. formie. Niebywałe! Jak dodamy do tego regulację fizyczną poziomu, bardzo prawidłowo zrealizowane zasilanie w oparciu o niskoszumowe LDO (niski pobór energii w połączeniu z czarnym jak bezksiężycowa noc tłem – żadnych zakłóceń, żadnych interferencji… to zresztą zasługa nie tylko aplikacji zasilania, ale także niskiego poziomu szumu oraz bardzo niskich opóźnień, jittera, dzięki precyzyjnemu zegarowi (PLL od Silicon Labs)).

   

 

Innymi słowy mamy tutaj coś, czego nie powstydziłaby się konstrukcja stacjonarna, a najmniej biurkowa (btw czekamy na pro-jectowego mini boksa z dwoma układami nowszej generacji 9038Q2M, który mam nadzieję że niebawem trafi wraz z boksowym streamerem do redakcji… będzie test systemu o dość unikalnych cechach tj. filtracja sygnału USB). SMSL Idea doskonale wpisuje się w mobilne, będzie świetnym partnerem dla handheldów, a dzięki odpowiedniemu oprogramowaniu odtwarzającemu (Roon, Vox, HF Player by Onkyo…) w przypadku jabłczanej elektroniki zdolnym do obsługi maksymalnych, wzmiankowanych powyżej, parametrów dźwięku. W takim Roonie, każdy iPad przykładowo może być wyczynowym transportem audio, z podpiętym, tytułowym dakiem, pozwalając w dowolnym miejscu stworzyć strefę z dźwiękiem wysokiej próby. I to wszystko w tak zminiaturyzowanej formie. Od razu nadmienię, że nawet z wymagającymi słuchawkami ten maluch radzi sobie nad wyraz dobrze, pozwala napędzać stacjonarne nauszniki, nawet tak trudne jak HD650! Testuję na iPadzie Pro 10.5 z Roonem i to naprawdę daje radę i to jak daje. Wygodniejsze od laptopa, taki audio pen w ogóle nie przeszkadza (via CKK, niestety nie dają kabla lightningowego, wielka szkoda, choć użytkownicy nowych Pro, nowych makówek (współczuję skądinąd), będą mogli via USB-C. Dowolne słuchawki (wspomniane Senki, Audeze, HiFiMANy, szczególnie HE400/Sundara) i jest grane. A jak sobie to skojarzymy stacjonarnie (bo czemu nie?) z jakimiś np. aktywnymi monitorami bliskiego pola? Mamy wtedy minimalistyczny, wygodny, biurkowy zestaw audio oparty na tablecie (z wygodnym, dotykowym UI), każdym możliwym streamem, protokołem transmisji, grający dowolny materiał. I to wszystko, że nie widać, elegancko, bez zbędnych elementów. Jak jeszcze dodamy do tego – bardzo istotne – uproszczenie toru, jego w dużej mierze uodpornienie na wpływ zasilania ze ściany (baterie), to przyznacie, że robi się ciekawie, a patrząc przez pryzmat nakładów, jeszcze ciekawiej…

Pod Roonem

Wyczynowy materiał i wyczynowe granie. Ten maluch gra to bez żadnych problemów, kompleksów, może za wyjątkiem braku native, ale to leci przez Core Audio (makówka) także nie dziwota. 

Z takiego małego czegoś

Przebosko @ LCD3, przy czym w torze gra tu WA8 Eclipse, jako preamp (liniowo połączony z Idea)

Pod Audirvaną

Wiecie, to dopiero początek. W najbliższych planach będzie tego na kopy. Trafią do nas tej samej firmy (SMSL), designerskie daki M100 oraz M300*, oparte nie na kościach ESS a AKM (drugi, na topowej AK4497, SE/balans), jak również elektronika Topping-a. W przypadku tego ostatniego – nie da się kupić taniej dac/ampów opartych na flagowych kościach C/A i to w układzie jedna kość na kanał. Tak, Topping to przetworniki z dwoma, osobno na kanał, przetwornikami z topowych serii z katalogów ESS/AKM. Przetestujemy dwie najmocarniejsze konstrukcje tj. D50 i D70. Obie konstrukcje mają ambicję zajęcia miejsca głównego, cyfrowego huba w salonie, w najważniejszym systemie audio w domu. D50 to mały DAC SE, zaś D70 to już konstrukcja będąca jednocześnie mocarnym pre z AES/EBU oraz balansem. Oczekiwania wobec nich spore, podobnie jak w przypadku całej tej, chińskiej elektroniki, ceny bardzo, bardzo zachęcające. W końcu poziom 2k za sprzęt, który dysponuje podwójnym układem AK4497 (najlepsza kość, autorska technologia przetwarzania Velvet Sound) to naprawdę nie w kij dmuchał. A za nieco ponad 1k można mieć D50 z dwoma mobilnymi ESS9038 (czyli o jakieś 400 mniej niż u wspomnianego Pro-Jecta). Wielu mówi o dumpingu, o psuciu rynku, ja mówię o zdrowej konkurencji. Akurat wspomniany Pro-Ject ma coś ekstra do zaoferowania, coś co uzasadnia wyższą cenę (cały system, współpraca ze streamerem, wspomniana filtracja USB, możliwość rozbudowy w ramach linii produktowej etc). Także tylko się cieszyć, że mamy szeroki wybór i jeszcze nigdy tak dużo sprzętu o doskonałych parametrach, zaawansowanej konstrukcji, opartych na najlepszych układach dostępnych na rynku nie było oferowanych globalnie, dostępnych dla każdego zainteresowanego.

 

 

Aha, i jeszcze jedno. Na tapecie jest też bardzo, bardzo nietypowy (lubimy takie) też ultrakompaktowy, tyle że nie na ESS a na AKM oparty USB DAC/AMP od iBasso. Chińczycy zrobili coś jedynego w swoim rodzaju, zbalanowany (via 2,5mm jack) przetwornik/wzmacniacz wyposażony w złącze USB-C (jedna z nielicznych, jedna z pierwszych konstrukcji audio pendrive’ów wyposażona w ten nowy standard złącza) a oparty na flagowej kości AK4497. Mowa o iBasso DC01. Kosztuje gorsze, a integruje rzeczy w tym segmencie niespotykane. To zamiast gównianych adapterów audio, dodawanych do najnowszych telefonów pozbawionych złącza jack. Pisałem, że Chiny atakują? Pisałem. Pisałem, że żadnego respektu nie czują? Ano żadnego nie czują. Patrząc na ofertę zachodnich producentów (tak piję do najnowszego Cobalta Audioquesta) jakoś tak mizernie to wygląda. Jak zgłębimy temat pomiarów (AudioScienceReview) to w ogóle robi się ciekawie. Pamiętajmy, pomiary ważna rzecz, ale nasze uszy to rzecz najważniejsza. Wskazówka? Jak najbardziej. Wyrocznia? Absolutnie nie. Tego się trzymamy/-ajmy.

* a to nie jest ich ostatnie słowo, bo M500 w planach, oparty na ESS9038PRO oraz bezkompromisowe (spec), zahaczające o high-endy: strumieniowice DP5 (też ESS9038Pro) oraz następca (?) flagowego D1 oparty na układzie 4xPCM1704 D2. Grubo.

Alternatywa: Audirvana + stream highresaudio. Efekt? Tidal out!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2019-07-3 o 13.47.59

Audirvana od niedawna nie jest wyłącznie jabłkolubna, jest dostępna dla szerokiego grona zainteresowanych, developer w końcu wprowadził wersję dla Windowsa. Wspominałem o tym, oprogramowanie pierwotnie integrujące biblioteki iTunes bez ograniczeń narzucanych przez Apple (tak, trzeba było zmieniać ręcznie ustawienia dla hi-resów, serio, tak kiedyś to wyglądało), wyewoluowało w jeden z najmocniejszych odtwarzaczy softwareowych na rynku. Obecnie, w wersji 3.5, software może śmiało konkurować z innymi rozwiązaniami tego typu na rynku. Do front-endu Roon brakuje tutaj zaawansowanego DSP, rozbudowanej obsługi stref i technologii / wsparcia dla sprzętu audio (daki, streamery, protokoły) oraz samego zawiadywania bibliotekami, ale… ma Audirvana pewien atut nie do przecenienia. Tym atutem jest integracja streamu highresaudio. Od trzech dni testuję (macie tydzień darmowego streamu do przetestowania tematu) i muszę powiedzieć, że jakość jaką oferuje ta usługa MIAŻDŻY popularnego Tidala (popularnego wśród osób, które zwracają uwagę na takie szczegóły jak bezstratny strumień, bo Tidalowi daleko do potentatów streamingowych tj. Spotify czy Apple Music). Tidal zdecydował się na kontrowersyjną technologię MQA, de facto stratną kompresję, która ma zagwarantować lepszą jakość dźwięku (wg. autora nie gwarantuje) niż flaczkowy 16/44, jaki Tidal/Wimp wprowadził jako pierwszy. Od paru tygodni Roon ma Qobuza, podobnie jak Audirvana, także tutaj nie ma zasadniczej różnicy, ale z Qobuzem taki problem, że jest niesłowny… obiecywano równoczesny start usługi w Hiszpanii, Włoszech oraz w Polsce jeszcze w 2017 roku, a tymczasem w kraju nad Wisłą, jak nie było hi-resów z Francji, tak nadal ich nie uświadczymy i nie ma już w tym względzie żadnych zapowiedzi ze strony usługodawcy. Można bawić się w VPN, ale to z miejsca (brak oficjalnego dostępu) ogranicza Qobuza, do tego dochodzi (podobnie jak w Tidalu) promowanie kontrowersyjnego MQA (część katalogu, dostępne są także albumy w PCM/DSD w jakości > redbook).

To, co robi różnicę: stream highresaudio

Widać, że ktoś tu wybrał inną drogę, drogę mniej, ale lepiej. Mniej, w sensie, nie miliony albumów, a dziesiątki tysięcy, ale to co jest (a jest całkiem sporo, choć oczywiście trudno tu mówić o takiej swobodzie wyszukiwania jak w innych miejscach) to naprawdę topowa, znakomita jakość materiału. Nie dość, że mamy najlepsze wytwórnie, dostęp do najlepszych katalogów, to strumień hi-res jest …faktycznie strumieniem hi-res. To, przykładowo, bitrate 2200~3000 kbps, nieosiągalny w innych miejscach (poza nielicznymi wyjątkami vide Qobuz, niestety tam strumień przycina się pod mobilne). To przykład bezkompromisowości w zakresie przesyłania muzyki via Internet, najlepszego strumienia (no jest PrimeSeat z Nipponu, ale to ciekawostka, tj. stream DSD o jeszcze wyższych parametrach), gdzie nie ma sztuczek (VBR), gdzie mobilne nie decyduje o parametrach, gdzie liczy się tylko i wyłącznie jakość dźwięku. Dynamika, rozdzielczość (detale, wgląd w nagranie) są tutaj na referencyjnym (z pliku) poziomie. Sprawdźcie sami, to naprawdę robi różnicę!

Najlepsze labele

Najlepszy materiał

Sama aplikacja jest baaardzo prosta w obsłudze, właściwie większość tego, co „pod maską”, konfiguruje się z automatu, nie ma jakiś wyszukanych i rozbudowanych opcji przeglądania, zawiadywania bibliotekami, ale też w tej prostocie tkwi duża zaleta alternatywy. To łatwe, proste i oswojone… każdy, kto słuchał kiedykolwiek muzyki z komputera czuje się „jak w domu”. Nawigowanie przypomina foobara (jest – wreszcie – mobilna wersja tej aplikacji pod iOS, niebawem wpis o tym), to co niezbędne jest, można praktycznie odrazu rozeznać się w temacie. Oczywiście nie jest tak, że bez wad. Poza wymienionymi brakami w porównaniu do bardziej zaawansowanych aplikacji, softwareowi brakuje stabilności działania (głównie mam tu na myśli omawiany „w pakiecie” stream highresaudio), czasami zawieszają się interfejsy audio, poza tym trzeba wstrzymywać pracę danego, by odpalić innego klamota (Roon pozwala na granie w tym samym czasie przez wiele urządzeń, tutaj Audirvana nie jest żadną konkurencją, bo tego zwyczajnie nie umie). Do tego nie widzi innych sieciowych urządzeń niż te z obsługą uPnP/DLNA, co wyklucza całe mnóstwo sprzętu z innymi technologiami, protokołami. To bardziej – i tak należy na to patrzeć – odtwarzacz osobisty audio, oprogramowanie do słuchania z jednego klamota. Zresztą, nawet ustawienia dla poszczególnych, podłączonych pod komputer urządzeń, powielają się dla każdego interfejsu, nie można dokonać nastaw odmiennych dla każdego. Także o multiroomie, o strumieniach Cast, airplayowych zapominamy.

Tidal 

Klasyka odnośnie zawiadywania, wyszukiwania, trochę trąci myszką, ale nie o to chodzi, bo chodzi przecież o muzykę, o nic innego, prawda?

Niby można zainstalować aplikację mobilną, ale jej działanie pozostawia sporo do życzenia. De facto, obecnie, jest ona bezużyteczna (często przerywa odtwarzanie), także jako aplikacja sterująca sprawdza się raczej do kitu. Także, choć jest w App Storze, to nie polecam, bo nie dość że płatna (tak płatna, mimo zakupu samego programu oraz opłacenia streamów), to nie daje satysfakcji. Można użyć oprogramowania do obsługi XBMC (tak też robię), uzyskując podstawową obsługę zdalną, można też posiłkować się jakimś oprogramowaniem do zdalnego zawiadywania (komputerem) typu zdalny dostęp/pulpit. Nie jest to wygodne, nie jest w żaden sposób porównywalne z Roonem, dlatego jak wyżej – to rozwiązanie do osobistego korzystania: komputer/interfejs/efektor. Stara szkoła. Godząc się na te, wymienione powyżej ograniczenia funkcjonalne, dostajemy w zamian coś, co pieści ucho, gra na poziomie lepszym od Tidala zintegrowanego zarówno pod Audiorvaną, jak i Roonem. Nie znajdziemy tutaj internetowego radia  (żadnych rozgłośni), jakiś algorytmów podpowiadających, wyszukujących, muzykę nam serwujących. Nie. Tu jest tylko to co sami wybierzemy i naciśniemy „play”. Czyli dla purystów, ale też dla tych, którzy chcą muzyki z sieci słuchać w najlepszych okolicznościach przyrody. Jakość jest tu na pierwszym miejscu, zdecydowanie. Sam soft pozwala na optymalizację pracy komputera (sysop), co pozwala nie zawracać sobie głowy w dłubaniu w OS. Widać, że chodziło o stworzenie czegoś prostego, czegoś co w najprostszy sposób pozwala słuchać muzyki z kompa.

Ubogo, w porównaniu do Roona, ale też  inna filozofia.: PC -> interfejs -> efektor

SQ robi tutaj, stream wysokomocny, najlepsza jakość

Do wyboru

Optymalizacja pracy OS. Leci sobie 1k utworów w mieszadle. Niestety czasami się gubi (traci połączenie).
Crystal Castles… tak, taka muzyka też jest w highresaudio streamie

To taki powrót „do korzeni”, z świetnym jakościowo streamem w opcji. Właściwie bez highresaudio to ciekawostka, ale ten strumień robi zasadniczą różnicę. Wiele z oferowanej muzyki jedynie tam, jedynie za pośrednictwem tytułowej obsługi, pozwala osiągnąć najlepszy jakościowo efekt. Po prostu nikt nie oferuje takiego strumienia, jak narazie, zintegrowanego w swoim rozwiązaniu (Roon jest tu oczywistym kandydatem, bo też, póki co, nie jest mobilny, nie koncentruje się na graniu na wynos i raczej, nawet jak będzie dostępna taka opcja, nie będzie to sedno). Innymi słowy to coś dla ludzi, którzy słuchają muzyki w zaciszu domowym, na wysokiej klasy sprzęcie, albo po prostu na sprzęcie HiFi, na stacjonarnych słuchawkach, którym zależy na jak najlepszym SQ. Taki tandem pozwala na to, by z Internetu grać na poziomie dotychczas w strumieniu prawie, że nieosiągalnym (na takim poziomie, poza Qobuzem, w ogóle nieosiągalnym). Fajnie, że jest taka alternatywa, alternatywa nie dla każdego, dla niektórych ciekawe uzupełnienie (myślę o użytkownikach Roona). Sama aplikacja kosztuje około 250 złotych. Jest wartościowym rozwiązaniem, choć – i to trzeba sobie powiedzieć wprost – nie jedynym, bo przecież jest świetny JRiver oraz darmowy foobar etc. Tak, czy inaczej, mam nadzieję, że strumień highresaudio będzie niebawem dostępny także w innych kombajnach audio, bo to coś bardzo, bardzo wartościowego. Jakościowo, podkreślam, bije Tidala na głowę.

I to jest coś, co robi zdecydowanie różnicę na plus. Doskonała jakość strumienia, najlepsza wg. mnie, jaką oferuje usługa streamingowa na rynku

 

 

Trzeba korzystać z alternatywnych zdalnych pilotów, jak jest KODI to jw. Niestety trzeba, bo…

…to powyżej, to niedopracowane guano

Domknięcie tematu – HiFiMANy HE-1000SE w redakcji

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_4334

To domykamy, w komplecie znaczy się. Zaraz, jak w komplecie a Susvarna, a elektrostaty?  Cóż, wszystko to uberstratosfera, odpuszczamy testowanie takich precjozów u nas – i tak HEK SE łamią nasze reguły, mielą zasady, bo dla mnie wszystko powyżej pułapu 10k za efektor słuchawkowy  to rzecz o marginalnym (bo jednostkowym, totalnie niszowym) znaczeniu. Owszem, ktoś takie rzeczy kupuje, ale wiecie – garstka ludków, którzy po nabyciu mają coś, co (chyba że uzyskało status „kultowe”) traci dramatycznie na wartości, a progres w SQ zazwyczaj jest procentowy (lub ekhmmm czysto umowny ;-) ). Nie, nie chcę przez to powiedzieć, że to nie ma sensu, że nie mają racji bytu… widać mają, jak znajdują się chętni, są zainteresowani, są nabywcy. Ale w praktyce to takie pisanie o niczym… bo kto tego będzie doświadczał, kto sobie na takie coś pozwoli. No właśnie – statystycznie – nikt.

Także HE-1000SE są, bo to zwieńczenie drogi zapoczątkowanej przez przetestowane przez nas wcześniej, w zacnym towarzystwie (Ethery) tysięczniki (wtedy za ten high-end płaciło się dychę), to – w praktyce – najwyższa półka u HiFiMANa, coś co ma się ścigać z Utopiami, z LCD-4/24, czy jak oni tam znowu nazwali to samo w tym całym Audeze, z Rumunami (Meze), z Mr. Speakersami czy z FADami itd, itp… właśnie, odnośnie FADów, mam nadzieję, że uda się zrobić porównanko FAD-ów D8000 z HEK SE, konfrontując obie konstrukcje ze starymi, jarymi kapciuchami (redakcyjne LCD-3). HiFiMAN tym razem przywalił prawie 16k na metce, cóż – tanio to, to nie jest – podobnie konkurencja we flagowcach zbliża się do kolejnej granicy 20k za nauszniki i można by załamywać ręce, do czego to wszystko zmierza, ale w sumie – po co? Akurat HiFiMAN, podobnie jak Audeze (choć HiFiMAN ma bogatszą, lepszą ofertę wg. mnie) oferują obecnie sporo wybornych słuchawek w cenach niższych, czy nawet po prostu przystępnych. Także jakaś równowaga, jakiś balans jest i nawet jak high-endy słuchawkowe uciekają nam w sferę „o rzesz Ty” to można, jak wyżej, cieszyć się świetnym brzmieniem za ułamek tych prawie 16k.

Słuchawki przyjechały bez dodatków, soute z kablem, taki zestaw demówkowy. Formą przypominają poprzedniki (V2 też co nieco słuchane było), ale – jednak – sporo się zmieniło, przy czym głównie w środku muszli, same słuchawki zewnętrznie (zdaje się) to, to samo. Dopiero jak weźmiemy je w łapy, nałożymy, czuć różnicę. Są lżejsze, wygodniejsze, kabel znacznie sensowniejszy, nie sztywny (podobnie jak w innych, przetestowanych z najnowszego wypustu – nie we wszystkich, bo nie w najtańszych). To raz. Dwa – te słuchawki są znacznie łatwiejsze do wysterowania. HiFiMAN skoncentrował się na uczynieniu z HEK SE słuchawek zdolnych do grania z każdej (niemalże) dziurki. Nawet smartfonowo-tabletowej dziurki. Na pewno bez żadnych ale posłuchacie sobie z dowolnego DAPa, z wielkim zapasem napędzi je taki DAC/AMP jak mobilny Chord Mojo (patrz zdjęcia), nie będzie problemów z wieloma małymi USB dakami, nie mówiąc już o takim lampiszonowym WooAudio WA8 (patrz fotki). Uniwersalność? Raczej chęć zaoferowania słuchawek, które nie wymagają bardzo określonego toru – bo też lepiej drogi DAP, nie jakiś fon, solidny słuchawkowy AMP, a nie wyjście w budżetowej integrze, ale jw. słuchawki mogą grać ze wszystkiego… zupełnie inaczej, niż poprzednie generacje, niż pierwsze generacje ortodynamików, gdzie trzeba było dużego, słuchawkowego pieca, gdzie apetyt na moc wielki był. Tu tak nie jest. Tutaj nowe HEKi przypominają proste do napędzenia słuchawki mobilne. O_0 Rzecz jasna dobre źródło, dobry materiał, dobry prąd – to wszystko nam potem zaprocentuje, gdy o to wszystko zadbamy. Ok, ale taki V30 (LG) zagra, zagra jakiś wyczynowy Walkman (albo inny sprzęt z 4,4mm złączem, taki kabel zbalansowany, nie 4 pinowy XLR, znajdziemy w komplecie, w pudle btw, a to wielce wymowne – przyznacie – jest), zagrają coraz to doskonalsze, chińskie, audio multi-toole (wspominałem wcześniej – zatrzęsienie tego, a każden jeden z topowymi ESS albo AKM).

FMJ. No rasowo, rasowo się prezentują nowe HEKi

Pytanie, kto założy 16k na głowę i pójdzie na spacer, weźmie takie słuchawki w podróż (nie – nie składają się, choć muszle przynajmniej na płasko można) …pozostaje otwarte. Wróć. Może i ktoś tam jednak weźmie, bo w praktyce prywatny jet (popularne w bogatym, nadwiślańskim kraju), bo limo z własnym kierowcą, czy – mówiąc wprost – na każdym poziomie tzw. rządowa eRka. Tak, to jakoś mogę sobie zupełnie bezproblemowo wyobrazić. W końcu apetyt włodarzy na „paciorki” wielki, głód gromadzenia z publicznego ogromny, także może takie nauszniki, faktycznie, w tej tam limo, z przenośną aparaturą będą w sam raz. Można by mieć co prawda wątpliwości, czy to ten target, ale mniejsza. Tylko pytanie, jak zniosą te słuchawy duże przyspieszenia i na ile są mechanicznie odporne? Wyglądają na solidne, choć tu i ówdzie ściera się z nich lakier (ale FMJ zasadniczo, także pęknąć, nie pękną). Chłopcy z SOPu mogą zawsze przetestować, a że niezawodnie to zrobią, to jasne jak słońce w Toskanii. Słuchawki HiFiMANa są wykonane z większą powtarzalnością od Audeze, są też konstrukcyjnie dużo solidniejsze (pałąk w moich trójkach to jest kompletne nieporozumienie, w nowych modelach nieco poprawiono dbałość, ale z naciskiem na nieco). Także jak już te kilkanaście tysięcy na kołach w kolumnie, bez sygnału, z szybkością nadświetlną, w środku aglomeracji będzie się przemieszczać, to jednak HiFiMANy imo lepiej. Złącza 3.5mm w muszlach to też pewne, proste i skuteczne rozwiązanie, a nie jakieś tam wychodzące z mięskiem wypuski w LCD-kach (tak, doświadczyłem tej standardowej niedoskonałości w „kapciuchach”), gdzie wyjęcie kabla z gniazda może zakończyć żywot słuchawek.

Dźwiękowo, pierwsze wrażenia, są takie: super szybkie, znaczy super dynamika, bardzo rozdzielcze, znaczy precyzyjne aż (czasami) nawet za i hektary, czyli sceneria – prima sort. Przestrzeń będzie tutaj pewnie jednym z największych atutów i czymś, co przykuwa z miejsca uwagę. Od razu zaznaczę jedno – są inne od Arya i Arya były bardziej pod moje gusta. Na wstępie. Kontynuują szkołę grania HEKów, nie ma co do tego żadnych wątpliwości, tu jest to samo, tylko że jeszcze więcej, mocniej, bardziej. Progres niewątpliwie jest i to znaczny, bo już po nałożeniu (fakt, wygrzanych, wiele pewnie set godzin grających) demówek od razu czujemy, że to nie przelewki, że w ramach highfidelity jest tu wyczynowa precyzja, wyczynowa reakcja (naprawdę natychmiastowa) oraz holo. W trudnych motywach (Amenra), w eksperymentalnych wygibasach (Public Memory), ale też wielkich, symfonicznych składach rejestrowanych przez wytwórnię 2L (z prawdziwym, nie syntetycznym instrumentarium) jesteśmy zaskakiwani ogromem informacji, potężna dawką „wszystkiego”, co początkowo – wierzcie – nieco onieśmiela, przytłacza wręcz. Trzeba się z takim przekazem oswoić, bo to jest rzecz jasna kreacja (jak każde odtworzenie), ale kreacja naturalistyczno-realistyczna, że tak powiem. Dla zwolenników takiego brzmienia, bez śladu koloryzacji, własnej interpretacji (w sensie, odbioru, bo wiadomo), bez faworyzowania czegoś, kosztem… no naprawdę czapki z głów. Mając w pamięci parę wizyt w pewnym sopockim salonie z porywanymi i słuchanymi w piwnicy D8000 mam na razie takie przeświadczenie, że HEKi SE potrafią więcej (przy zbliżonym ogólnie patencie na reprodukowanie dźwięku w obu tych flagowcach). Trzeba to będzie jeszcze skonfrontować w bezpośrednim porównaniu.

Te kable tak mają, jakby się łamały, ale się nie łamią, choć tak to wygląda. Lekkie, bardzo wygodne słuchawki, siak czy tak raczej trudno wyobrazić sobie „on the go”

Poniżej, zwyczajowo, parę fotek, prezentujących tytułowe oraz okoliczności w jakich są / będą testowane. Oczywiście skorzystamy z gościnności pewnego sopockiego salonu i sobie przesłuchamy na paru mocarnych konfiguracjach, ale to co w redakcji – w sumie – jest wystarczające, by wyrobić sobie miarodajną opinię. Kapcie malują, to dalekie od realizmu, granie, pulsujące, ciepłem podszyte, a te tysięczniki nowe całkowicie inaczej, wręcz w opozycji do LCDków „śpiewają”. To dwa różne światy. Inne. Obiektywnie prawdziwsze HiFiMANy, ale też niekoniecznie pod gusta, które mogą skłaniać do wyboru kapciuchów. Tu decyzja jest wypadkową preferencji i to bardzo radykalnie tak, bo nie chodzi o niuanse, o coś zbliżonego, czy podobnego, a o coś krańcowo odmiennego. Super. Lubię takie kontrasty. Aha, basior jest fizjologicznie namacalny, naturalistyczny, obficie dostarczany, dojmująco głęboki, no „trzewiasty” taki… Cholera, te słuchawki, w odbiorze nasuwają skojarzenia z dużymi paczkami (wiecie, naprawdę, dużymi, ogromnymi paczkami, jak te najmocarniejsze Wilson Audio). No, no.

PS. Nasze recenzje hifimanowego hindu (i nie tylko) wypustu: Sundara, Ananda, Arya i HE-6SE.

» Czytaj dalej