LogowanieZarejestruj się
News

Zajawka I2S w akcji: Topping DX7Pro z PC oraz transportem CDA NuPrime

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5973

Ale pięknie to gra. Gdzieś nam się ulatnia granica między (umownie) analogowym vs cyfrowym graniem. Tak, wiem, zaraz ktoś będzie poddawał w wątpliwość przed momentem napisane… bo subiektywne to, bo przecież tej granicy (naukowo) nie da się udowodnić, zmierzyć, przebadać, jednoznacznie opisać. To prawda, ale też nasze uszy, dość niedoskonałe, porównując do wielu braci mniejszych, bez większego trudu są w stanie rozróżnić granie z pliku / kompaktu vs czarnego krążka / taśmy. Nie mamy z ttym większego problemu i nawet jeżeli nasz sposób opisania inności brzmienia jest mocno niedoskonały (bo jest) to zjawisko jest dość oczywiste, powtarzalne i przez nikogo nie kwestionowane. Plik oraz srebrna płyta dzisiaj potrafią zadziwić płynnością, przestrzennością, swobodą, najlepsze transporty cyfrowe / integralne źródła zerojedynkowe osiągnęły taki stopień wyrafinowania (mam tu głównie na myśli kompakt, który obecnie mimo coraz większej niszowości staje się dojrzałym, opanowanym w pełni, pokazującym cały swój potencjał źródłem dźwięku HiFi), że wielu, naprawdę wielu melomanów (niekoniecznie tożsame z audiofilią, choć często współistniejące) całkowicie odpuściło sobie temat analogowych nośników, czasami tylko (jeszcze) trzymając zbierający kurz odtwarzacz/transport fizycznego (ale już cyfrowego) nośnika, czy to z sentymentu, czy bez jakiejś określonej przyczyny. W końcu ktoś tych płyt z roku na rok nie kupuje, przestaje inwestować w kolekcję krążków, przechodzi na strumienie.

Oj jak dobrze!

Tak, to naturalna kolej rzeczy. Wygoda, rozpasanie (dostęp do wszystkiego za grosze) przemawia za zmianą sposobu – tfu – konsumpcji, a dystrybucja muzyki jest i będzie należała do Internetu. To przesądzone i nie ma nad czym deliberować. Tyle tylko, że całe bogactwo doznań, możliwości to zbiór otwarty (na nowe, czy – wróć – stare), można nie pozbywać się fizycznych i to nie tylko z sentymentu, przyzwyczajenia, a dla jakiejś wartości dodanej. Dzisiaj kupno dobrego, fizyczne nośniki grającego, klamota jest niestety bardzo kosztowne (dużo bardziej niż kiedyś, co zrozumiałe, bo nisza, bo wyższe koszty wynikające z korzystania z nieprodukowanych elementów itd itp), może nie wygląda to źle w przypadku czarnego krążka na którego jest moda i można w każdym zakresie cenowym, ale CDA to już wyzwanie i sytuacja dla kogoś, kto chciałby na nowo wejść w temat (albo też słuchać z czegoś, co gwarantuje, o czym dalej, progres) to nie lada wyzwanie.

Akurat trafiła się okazja sprawdzenia i porównania dwóch, opartych na odmiennych nośnikach muzyki, klamotach wyposażonych w interfejs, który stanowi wg. mnie bramę do uzyskania tego, o czym mowa w pierwszym akapicie. Aksamitności, swobody, płynności którą do tej pory utożsamialiśmy raczej z analogiem, a nawet jeżeli udawało się coś zbliżonego „z cyfry” uzyskać, to miało to swoje kapitałowe konsekwencje, konsekwencje wyczyszczające stan konta dwóch pokoleń w przód mniej więcej ;-) Także ta umowna, a jednak niezbyt trudna do uchwycenia, różnica w przypadku opisanego w niniejszym wpisie setupu wyraźnie się zaciera. I to jest piękne. Zaciera się z plikiem, ale jeszcze bardziej zaciera się wg. mnie z kompaktem. Właściwie, mógłbym powiedzieć tak: komputer czy raczej plik był tutaj kierunkiem zmian, progresu jaki dokonywał się w SQ słuchanym za pośrednictwem I2S wraz z konwersją do sygnału 1 bitowego, a płyta finał, kropkę nad i, tego progresu uwieńczenie. Czy to dziwne? Nie bardzo. Kompakt jest z nami od bez mała 40 lat jako nośnik audio, także przebył długą, wyboistą drogę (to po pierwsze), stał się opanowanym, dojrzałym medium (właściwie to niedawno, bo wcześniejsze próby jego udoskonalania, jak wiemy, poniosły rynkową klęskę, nie przyjęły się vide SACD/DVD-A). Tylko, w sumie, co z tego, jak zwija się dzisiaj (wiele muzyki wychodzi wyłącznie w pliku, czasami dochodzi do tego winyl, ale już nie srebrny nośnik) i tego zjawiska nikt już nie odwróci. No tak, ale – na szczęście – poza tym co nowe jest całe bogactwo świata dźwięków zarejestrowanego wcześniej i nadal egzystującego na kompakcie. Co prawda, podobnie jak to się ma z czarnym krążkiem, płyta podlega przemijaniu, nie jest wieczna, ale na tyle wytrzymalsza od poprzedników, że prędzej będziemy szukać na rynku czegoś, co nam to fizyczne odtworzy (z czym coraz trudniej, jak wyżej), oczywiście pod warunkiem odpowiedniego uszanowania, dbałości o kolekcję, zbiory.

Okazało się, że podłączenie to nie banał…

Na szczęście  finalnie z sukcesem!

DSP – dźwięk robiony, przetwarzany, upamplowany oraz konwertowany (to ważne, bo tu korzystałem z maksymalnych możliwości, jakie oferował setup w tym względzie) do postaci 1 bitowej… wielu powie, że to bez sensu, że to ingerencja na tyle znacząca, że wypaczająca „prawdę” zapisaną zerojedynkowo na nośniku). Dobra, ale po co dorabiać teorie, tworzyć jakieś dogmaty, jeżeli tym, co jest sędzią jest tylko i wyłącznie nasze zadowolenie, nasza frajda płynąca z tego, co dociera do uszu? Po co zajmować się dzieleniem włosa na czworo, gdy to, co dociera przykuwa i jest (subiektywnie ofc) lepsze od soute? Od słuchania bez? No właśnie, trudno zrozumieć głosy tych, którzy nie słyszeli i nie uwierzyli (nie wierzą), ale się wypowiedzieli (rzecz jasna negatywnie, bo tak im teoria bla, bla, bla). Fajno, można, tylko to puste i nic nie wnoszące, bo pomijające jedyny konkret jaki się tu liczy. Jedyny. Dla mnie tor sygnału, jaki uskuteczniałem przez ostanie dwa tygodnie: Roon Core ->i2S -> Matrix Audio X-SPDIF 2 -> DX7Pro (all PCM/DSD @ DSD256, DoP @ MacOS lub native @ WinPC) oraz NuPrime CDT10Pro -> i2S -> DX7Pro (PCM SRC @ DSD256) stanowił potwierdzenie tego, o czym była mowa na HDO od dawna, od początku… kod tworzy nowe uwarunkowania i przez kod, przez obliczenia, dochodzimy do rezultatu, który daje nam do myślenia. Jest progresem, wyraźnym, subiektywnie, a – tu nie mam wątpliwości – obiektywnie wprowadza zmiany, wyraźne, słyszalne, powtarzalne w tym co wydobywa się z efektora. To może właśnie takie hi-resowe granie ma (empiryczne) uzasadnienie?

Z płyty jeszcze bardziej :D

Podłączenie komputera z Roonem do konwertera, ustawienie silnika to dość prosta, nieskomplikowana sprawa. Zupełnie inaczej ma się rzecz z tyransportem cyfrowym. Jak wiecie I2S jest kompletnie nieustandaryzowanym interfejsem. Macie kilkanaście zmiennych i zwyczajnie można mieć klamoty wyposażone teoretycznie w zgodne fizycznie gniazda I2S (a przecież mogą być i nie zgodne, bo tam skrętka jest, jest koaksialny też, no i coraz powszechniej stosowany port HDMI), a nie usłyszeć nic, albo raczej usłyszeć kaszanę, zniekształcony sygnał, co na dzień dobry o mało nie położyło próby pożenienia u mnie Toppinga z NuPrime. Niestety lektura instrukcji, gdzie opisane są poszczególne piny, możne nas sprowadzić na manowce. U mnie tak było, bo niby powinno się wybrać w ustawieniach DACa odwrócone ustawienia interfejsu, a tu nic z tego, zupełnie co innego miało wpływ na brak sukcesu w połączeniu transportu z przetwornikiem. I nie była to jedyna przeszkoda! Udało się po paru próbach (patrz obrazki), choć – co intrygujące – w odróżnieniu od komputera, bez swobody ustawiania parametrów konwersji czy upsamplingu (tylko PCM -> DSD, próba ustawiania SampleRateConventer na upsampling w ramach sygnału PCM do wyższych wartości, nawet przy uwzględnieniu zgodności zegarowej tzn. pełnych mnożnikach dla wartości wyjściowej skutkowała błędnym odczytem). Cóż, wiecie, ja bardzo lubię zgłębiać, szukać, próbować dojść do źródła (problemu) vide nieudany streamer Omnia S1, rzecz jasna lubię jeszcze bardziej, gdy finał jest szczęśliwy, wszystko kończy się dobrze, sprzęt zaczyna współpracować ze sobą. Najlepiej jest wtedy, gdy rezultat daje wyraźny progres i tak też było w tym przypadku. Jak ktoś będzie miał tożsamy setup to już po lekturze niniejszego będzie wiedział, jak rzecz ustawić by zagrało, przy czym warto pamiętać że w przypadku I2S mówimy o „tu i teraz”: z innym przetwornikiem, innej firmy (w szczególności), będzie zupełnie inaczej, trzeba będzie całkowicie zmienić ustawienia – być może podobnie, metodą dochodzenia do właściwego ustawienia, wbrew schematom zamieszczonym w instrukcjach obsługi klamotów. Na marginesie, chcę jeszcze raz pochwalić inżynierów Matrix Audio – zrobiliście konwerter uniwersalny, który „standaryzuje” to cholerne I2S, X-SPDIF2 gwarantuje współpracę z dowolnym przetwornikiem C/A wyposażonym fizycznie w gniazdo HDMI. Doskonała robota. Dip switche wraz z wewnętrznym oprogramowaniem układu konwertującego dają pewność, że będzie to chodziło ze wszystkim. Tak to się robi! W przypadku implementacji I2S w Toppingu, podobnie inżynierzy, wiedząc o rafach, problemach, dali możliwość zmiany pracy wbudowanego interfejsu, co należy pochwalić. Nie ma tu takiej elastyczności co w przypadku konwertera C/C Matrix-a ale DAC jest dobrze przygotowany na to, by w większości wypadków dogadać się z transportem wyposażonym w tego typu interfejs. To pokazuje jak bardzo starają się w (umownie) Chi-Fi i jak (niestety) często nie starają się w klamotach rodem z Europy, Ameryki Północnej by ogarnąć we właściwy sposób problematyczną technologię.

Niby proste, a wręcz odwrotnie

Podkreślone ustawienia, gwarantujące prawidłowe działanie transportu CD z przetwornikiem via I2S. Zupełnie inaczej niż to, co sugerują schematy

No dobrze, we właściwej recenzji na temat SQ będzie dużo więcej, ale warto byłoby jeszcze w zajawce coś niecoś powiedzieć o DX7Pro. To taki typowy, dumpingowy, produkt Chi-Fi, czyli wszystkomający kombajn, wyposażony pod kurek, w najnowsze technologie, z topową kością C/A za mniej niż trójkę. Mamy absolutnie wszystko (no może poza analogową preamplifikacją) czego potrzebuje ktoś, kto gra na wielu efektorach, nie ogranicza się do jednego tylko źródła dźwięku, potrzebuje jednym słowem wszechstronnego, świetnie wyposażonego (cyfrowego) huba. Dostaje nawet więcej, bo poza kompletem cyfrowych interfejsów z I2S (natywnie nawet 45MHz), balansem pod słuchawki (i to na bogato, bo jest duże 4 pin jak i sony’ego kompaktowe 4,4mm) oraz kolumny (wyjścia), wspomnianą topową kością ESS 9038Pro, otrzymujemy tutaj takie użyteczne dodatki jak bezkompromisowy interfejs bezprzewodowy (BT z obsługą wszystkich najnowszych protokołów audio sinozędnego gwarantujących najszerszą przepustowość dla sygnału tj. aptX HD, LDAC etc.) oraz naprawdę wyróżniający się na plus enkoder / potencjometr, z wyraźnym skokiem „zegarkowym”, jak na porządną koronkę przystało, przy zmianie ustawień poziomu. No, takie rzeczy to ja rozumiem. Trochę dziwaczna obsługa (dostęp do zaawansowanego menu wyłącznie po wyłączeniu i wciskaniu gały enkodera, włączając) przypomina to, co w podobny sposób uskutecznia u siebie wspomniany Matrix Audio. Dla mnie osobiście to nie problem, bo rozumiem intencje (zmieniamy raz i już nie ruszamy raczej), choć to obiektywnie utrudnienie, szczególnie dla takiego kogoś jak ja, który testując często jednak zmienia, modyfikuje i musi jak wyżej. Poza tym obsługa banalnie łatwa, pilot IR wygodny & ergonomiczny, podpinamy wszystko jak leci i dzieje się. Serio, mało kto daje tak dużo, za tak niewiele. Właściwie gdyby tutaj zatomizować tego klamota, to wychodzi że poszczególne składowe dają za jakieś grosze i nie jest to ściema, czytaj – obiecują, a w metalu to słabe, źle wykonane, działające na słowo honoru. No nic z tych rzeczy, a nawet wręcz odwrotnie. Wszystko wykonane z wielką dbałością, świetnie przemyślane – kompaktowe, dostęp do wszystkich elementów idealnie wygodny, mimo dużej liczby I/O, a wspomniany enkoder to jedno z najlepszych tego typu rozwiązań jakie testowałem do tej pory… zazwyczaj są powody do marudzenia na takie ustrojstwa, tutaj brak. Ożebrowana z boczków obudowa, mimo że nieco się nagrzewa podczas pracy, gwarantuje wraz z czytelnym OLEDowym displejem, wspomnianym sterownikiem komfortową obsługę / działanie klamota. Oby inni brali przykład jak to się powinno robić w takich jw realiach cenowych. Oby.

Będzie grane!

Chwilunia, artefakty

O teraz ok

Sumując te wywody – tak, słuchanie kompaktów (DSP na pewno ujednolica, czy inaczej pozostawia odczuwalny ślad na każdym słuchanym w tych okolicznościach krążku wciągniętym do środka transportu) z zapodaną 1 bitową konwersją w locie do poziomu 11,2 MHz za pośrednictwem wyczynowego interfejsu I2S robi zasadniczą różnicę. Tak, może kogoś niepokoić wspomniane powyżej „ujednolicenie”, czy raczej właśnie powtarzalny wpływ tego całego cyfrowego procesu konwersji sygnału, na to co pierwotnie zapisane, zarejestrowane i w taki, a nie inny sposób przeniesienie na nośnik. Niby negatywne konotacje, bo jak – nie rozróżnia, nie różnicuje jakościowo tego, co ląduje na tacce? Niby tak. Teoretycznie tak, tylko co z tego, jak słuchamy z rozdziawioną buzią i podoba nam się to co słyszymy bardzo, bardzo mocno nam się podoba. Dźwięk staje się fizjologicznie bliski, a nie obojętno-odległy (cyfra), czy może łagodniej … neutralno-zdystansowany. To robi różnicę i pewnie mógłbym to porównać do odtwarzania krążków SACD (przerobiona PS3 z konwersją zewnętrzną, wielokanałową, na DACu HDMI z obsługą sygnału 1 bitowego), ale to też byłoby tylko mniej, więcej, ale jednak inaczej. Nawet w opcji stereofonicznej (tylko tak się da ofc w opisanym setupie z NuPrime i Toppingiem) grało to inaczej, mimo wspólnych cech, z wyraźnym wskazaniem na tytułowy system. Jak wyżej, komputer mimo większych (bo znacznie bardziej bogatych opcji ustawień, zabawy w ustawienia) możliwości musiał uznać wyższość fizycznego na moje ucho. Znakomity transport NuPrime bezpośrednio wpięty pod Toppinga pokazał potencjał DSP oraz srebrnej płyty. Co prawda teraz szlifuję ustawienia NAA (HQplayer z najbardziej wymagającą, zasobożerną konwersją ASDM7EC), docelowo ma to grać na poziomie konwersji w locie na poziomie 45MHz (co oznacza, że szybki, wydajny Core będzie w pełni wykorzystany na potrzeby konwertowania takiego sygnału), ale to co obecnie jest uskuteczniane i opisane powyżej wygląda tak, nie inaczej. W przypadku transportu cyfrowego po ogarnięciu interfejsu, nic nie trzeba, bo „samo się”, także tu także prostota takiego setupu jest nie do pominięcia – wkładamy płytkę, play i już. Komputerowo-plikowe granie to inny poziom obsługi, nie chodzi mi o sam front-end, bo to powinno być proste i wygodne i takie też jest, ale o ustawienie …to jednak nie bułka z masłem. Nie bułka nawet, gdy sam niestandaryzowany interfejs płatał nam takie figle, jak wyżej, w przypadku setupu z fizycznym nośnikiem. Nawet wtedy PC to PC z całym dobrodziejstwem inwentarza…

Po wyłączeniu w transporcie DSP (SRC off), DAC może pracować w dwóch trybach -> konwersji DoP64 lub bez żadnego processingu na sygnale tj. PCM 44.1KHz

PS. Najlepiej na słuchawkach, najlepiej na planarach, ale też czytelnie na monitorach bliskiego pola u mnie w gabinecie. Piękne to.

PPS. O konwerterze Matrix-a wyczerpująco tu i tutaj @ HDOpinie

„Tyłek” prezentuje się wybornie, nie?

DSD konwersja z plikami to parę ustawień w silniku Roona, trudno coś popsuć, a nawet jeżeli to łatwo naprawić, ale sporo zmiennych do ogarniania

Bardzo nie po audiofilsku & „nie koszernie” (DSP). I co z tego? Ano nic. Dźwięk robiony

Multum możliwości się otwiera, wyczynowo ofc tylko I2S

Jak już ogarniemy, nie zapominajmy, że muzyka jest najważniejsza

Komputer jest bardziej elastyczny, gdy w grę wchodzi zabawa z DSP. Tu bez sukcesu, takie same ustawienia w silniku Roona
(upsampling, bez konwersji PCM-DSD = sukces, najdziksze eksperymenty via konwerter X-SPDIF? Jak najbardziej)

Przy czym o MQA możecie zapomnieć. MQA nie polubi się z konwersją, nie polubi się z DSP. Wspominałem o tym w naszych artykułach krytykujących origami.
Zamiast dźwięku – artefakty.

Mhm, już do niebawem, bo coś mobilnego od Hidizs czeka na zajawkę

S.M.S.L M500… zapamiętajcie! Topowy DAC @ ESS9038Pro za mniej niż 2k

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5208

Cena czyni cuda, tanie, tańsze generuje – wiadomo. Chińczycy co prawda robią to z pełną premedytacją (w cenie dobrych butów macie klamoty oparte na topowych kościach), bo to się makretingowo po prostu sprawdza, ale nie w tym rzecz wg. mnie. Tak, zazwyczaj to Chi-Fi w niewielkim budżecie jest małe (małe obudowy, niższe koszta), bardzo kompaktowe, zintegrowane – fakt. Tyle, że jak się popatrzy na spasowanie, materiały, na inżynierię (PCB – to wygląda podobnie, albo lepiej niż w klamotach za wielokrotność tego, co Chińczyk woła), na projekt (technologiczne zaawansowanie – zawsze najnowsze standardy, ta… też cyferki, ale to przecież możliwości są, co klamot ogarnia) zwyczajnie NIE MA SIĘ DO CZEGO PRZYCZEPIĆ. Także wiecie, ta chińska ofensywa to nie jest kaprys, przypadek tylko wypracowane po długim okresie kopiowania / uczenia się, swoje własne, lepsze, bardziej zaawansowane i do tego w zupełnie innych realiach budżetowych. Jest generalnie tak, że najwyższej klasy high-end (Denafrips przykładem) to powyżej dychy, praktycznie nigdy powyżej dwóch dych, a ściga wszystko co tam w cennikach za 5-10 krotnie wyższe sumy okupuje stratosferę. I to jest fakt. Niewygodny dla producentów z Europy (w szczególności, bo Amerykanie zdaje się szybciej dostosowują się do realiów vide Schiit), bardzo niewygodny, bo nie są w stanie po pierwsze nadążyć, po drugie konkurować ceną, po trzecie (i tego nie da się usprawiedliwić rzadną miarą) zaoferować podobny do azjatyckiego poziom obsługi posprzedażowej. Znaczy wsparcie produktów coraz bardziej zależne od kodu (te cholerne komputery, popomstują tradycjonaliści) wymaga pieczołowitego, długotrwałego supportu. W Chinach i okolicach jest, u nas, nie ma. I to jest rzecz, która z roku na rok jest coraz bardziej widoczna, coraz bardziej pogłębia się przepaść między Azją a Europą (i cześciowo Stanami/Kanadą… mógłbym podać paru producentów, którym wydaje się, że wystarczy produkt wprowadzić na rynek i szlus, można zapomnieć, tylko liczyć ile na koncie spuchło).

Małe, ale (umiejętnościami) duże

Ta krytyka nie jest przypadkowa. M500 to nie jest ósmy cud świata. Nie. To przykrojony do realiów więcej (możliwości, technologii) za mniej ($$$) produkt Chi-Fi, będący doskonałym odzwierciedleniem tego, co powyżej. Ten sprzęt nie jest wybitnym ampem (powiedziałbym, że dość przeciętnym, nie zgadzam się z większością publikacji, które są tu mocno przychylne skrzynce), jako pre wypada raczej mizernie, ale to rasowe, nawet nie hajfajowe, a high-endowe źródło, przetwornik, mogący stanowić element dowolnego systemu, nawet takiego bardzo, bardzo kosztownego systemu. I nie będzie to żadne nieadekwatne, łączenie kiepskiego z wybitnym… nie, ten klamot może być podpięty najlepiej w balansie, z jakimś bardzo kosztownym pre, źródłem komputerowego audio (i nie tylko, bo SPDIF wypada tutaj bardzo dobrze, można spokojnie podpinać płytowe transporty, nie mówiąc już o dowolnym sprzęcie AV/rozrywkowym) dla czegoś, co ma kable w cenie dwóch, trzech takich DACów. Problem? No dla producentów z Zachodu z pewnością. Ten klamot jako soute DAC robi fenomenalną robotę, bo w kategorii najpopularniejszych konstrukcji Delta/Sigma po prostu nie ma konkurencji na swoim pułapie cenowym. I żeby nie było wątpliwości, to co potrafi zawstydza liczne (bo tak jest) konstrukcje chińskich wytwórców na podwójnych kościach MOBILNYCH (często, gęsto układy 9038K(Q)2M). Sprawdzone z D50 (będzie test) i cóż, stawiam tę konstrukcję w aspekcie konwersji cyfrowo-analogowej wyżej od wspomnianego. No właśnie, czy chodzi tylko o wzmiankowane, umieszczenie na płytce najnowszego, topowego układu konwertującego i „już”? Otóż właśnie nie „już”, bo mamy tu implementację kości jak trzeba, znaczy wyciśnięcie z najlepszego układu z oferty ESS maksimum na co Sabre’a stać. Tu nie ma prawie, ale gra to na poziomie jakiegoś układu sprzed paru lat, który nie potrafił pokazać takich detali, szczegółów, nie był tak rozdzielczy jak obecne, najnowsze kostki potrafią. Zresztą, tu nie ma przypadkowości – jest ESS skojarzone z najnowszym interfejsem USB XMOSa (216), który po prostu ogarnia nam to komputerowe granie na najlepszym, obecnie najdoskonalszym dostępnym poziomie. Elektronika w sensie komponenty, krótka ścieżka sygnału, najnowszy, dopasowany do układów firmware, pozwalający na uzyskanie właściwego rezultatu (cholernie ważne!). To tu jest. Za niecałe dwa tysiące złotych.

Im lepszy sygnał dostarczymy, tym lepiej usłyszymy. No logiczne, ale jakże często wcale nieoczywiste w audio światku.
Tu mamy różnicowanie na poziomie haj-endowym. I dobrze.

Dlatego jak ktoś się trochę zżyma, że tylko te chińskie, że przecież ile można, a poza tym to takie masowe, bez „legendy” i w ogóle takie niearystokratyczno-elitarne to ja na to mam krótką odpowiedź: I CO Z TEGO, JAK DOBRZE BRZMI. Nic innego się tu nie liczy, nic, a to brzmi jest wynikiem wymienionych powyżej: skrupulatny, nieprzypadkowy projekt, masowa produkcja na wysokim poziomie wytwarzania, skala oraz wsparcie. Kto to przebije? No właśnie. To oczywiście korzystna sytuacja, bo uzdrawia rynek, branżę, która od jakiegoś czasu (eksplozja produktów, firm oferujących stratosferę – ile tego, ho, ho) oderwała się od jakichkolwiek realiów. I nie chodzi tutaj tylko o kosmiczne pieniądze za produkt, ale kosmiczne olewanie cyklu życia produktu. To jest coś dla mnie absolutnie niewybaczalnego. Jak ktoś chce więcej, nie może oferować mniej. A to się nagminnie zdarza. Jestem w stanie zrozumieć dużo wyższą cenę za know-how (układy R2R, programowalne samodzielnie kości FPGA, jakieś egoztyczno-nietypowe rozwiązania w zakresie konwersji, silników DSP), nie jestem w stanie zrozumieć wysokiej ceny za „gotowca” z brakiem zainteresowania w cyklu życia. Ten bywa wyjątkowo krótki, a to przecież teoretycznie inny rynek od masowej elektroniki użytkowej. Teoretycznie.

Dobra, dość smędzenia, wracamy do meritum…

» Czytaj dalej

NuPrime źródła oraz radykalny skok w bok… lampowe końcówki mono zajawka

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5922

Miało być za moment, ale ten moment mocno się wydłużył za sprawą jednego z klamotów, który bardzo nie chciał współpracować. I choć finalnie udało się pewne rzeczy wyprostować to bez pełnego sukcesu i o tym też zaraz przeczytacie. Także nie będzie lukrowania, choć nie… trochę będzie, ale nie w tym sensie, a w innym. Anonsowany w tytule skok radykalny w bok – syrop, ciepło, gęsto, super przestrzennie i zniewalająco-wciągająco: w redakcji pojawiły się lampowe monobloki, a jak pamiętacie u nas od zawsze królował tranzystor, a od paru lat dodatkowo eksperymenty z efektywnymi, nowoczesnymi Hypex-ami, ICE-Powerami (NADy… C368, C268, D3020, D7050, ale nie tylko bo też klamoty NuForce, NuPrime, Lyngdorf-a, Auralic-a, Matrix Audio itd, itp). Także świat żarzących się baniek reprezentowany był do tej pory przez małego MiniWatta właściwie tylko w gabinecie, nie salonie, pod słuchawkami, względnie niezobowiązująco monitorami bliskiego pola (Topazy monitor). Od paru dni to wszystko zeszło na dalszy plan za sprawą „diabełków”. Są konsekwencje – zamiast plików słucham czarnego krążka. I nie, nie chodzi tutaj o to, że to niby takie oczywiste i logiczne, że jak te końcówki to też jakieś analogowe źródło i szlus. Nie. Po prostu set NAD pre 1020 / gramofon 5120 z x2 Culm 6s33c SE gra mi naj. Wolę przepuścić nowoczesne (daki, konwertery C/C – mamy już na stałe X-SPDIF 2 MA), w sensie sygnał wolę przez dziadka NADa przepuścić, niż przez wejścia analogowe w nowoczesnym C658. Bo to brzmi lepiej. Owszem, ten C658 jako end-point Roona, względnie na swoim BluOS, podający sygnał do aktywnych monitorów czy wspomnianych monobloków gra bardzo dobrze, ale… tylko takie coś ma wg. mnie sens tj. bezpośrednie strumienie do nowego pre, bo konfrontując stare z nowym, to stare w domenie analogowej wypada lepiej. Różnica jest bezdyskusyjna. To podobna sytuacja do Sonosa AMPa, który potrafi zachwycić, gdy gra przyjmując sygnał cyfrowy, natomiast to co popłynie na wejściach analogowych mocno rozczarowuje. Bardzo.

Diaboły

Bardzo delikatnie podświetlone cyferblaty i to się pisze na wielki plus, bo nie świeci się wyzywająco tylko dyskretnie

Dobra, zacząłem od lamp, co w sumie nie dziwi zważywszy jak mocno przykuły do kanapy. Będzie o tym jeszcze nie raz, nie dwa, bo set lampowy obok nowoczesnego (Sonos, NAD, Ncore DiY) oraz obok tranzystorowej końcówki (starszej daty – wypada lepiej od nowych końcówek) zagości u nas na stałe. Na razie, mimo oczywistego koloryzowania, mimo oczywistego braku neutralności, jestem zachwycony i wiem, że każdy kto kocha słuchać musi czasami zrobić sobie wycieczkę w „inne rejony”. To wyzwalające doznanie, pozwalające na szerszą perspektywę – coś jednak jest i będzie koegzystować obok i jak NIE, tylko plik to się zwyczajnie pozbawiamy całego bogactwa, które oferuje świat dźwięków. Warto o tym pamiętać. U mnie igła była od zawsze (dom rodzinny), od wielu lat jest w redakcji (tylko przyjemność, bez wykorzystywania w redakcji, bo też koncentrowaliśmy się od początku na PC Audio) i tak już zapewne zostanie. Nie chcę tego zmieniać, co nie znaczy że nowe okoliczności (lampowe końcówki wraz z różnymi pre) nie będą współuczestniczyć w zabawie. Będą. Nie zmienimy profilu, nie taki przyświeca nam pomysł, ale jakieś piętno to -co powyżej- na pewno odciśnie na niżej podpisanym. Kocham różnorodność, mam eklektyczny gust, jestem wolnościowcem, nie potrafię w „jedną, jedynie słuszną linię” i cóż… w sumie nie pierwszy to raz, kiedy robi się w systemie rewolucja. Dźwięk robiony, DSP przenicowany będzie często, gęsto: potencjał korekcji pożenionej z silnikiem zapisanym w kodzie, na ultranowoczesnych Hypex-ach ze strojonymi efektorami to przyszłość branży – w to nie wątpię. Bez druta, często instalacyjnie, wpasowując się we wnętrza, będzie nam to grało i to będzie norma. To, o czym w dwóch pierwszych akapitach jest, to tęsknota za innością, za czymś prostszym (ofc nie w sensie, że łatwym do optymalnego skonfigurowania, dobrania), za minionym, za …zrozumiałym? Analogowa nuta, rowek, to co stanowi sedno, co wyznacza granice. Nowoczesne to tysiące zmiennych. Znaczy powrót do korzeni.

Ustawione, się gęsto zrobiło, trzeba będzie nowego rozwiązania pod sprzęt szukać

Staruszek na dole, w właściwie to dwa staruszki: igła i pre

Ultranowoczesny transport płytowy

Prześlemy sygnał przez to co powyżej, często mocno przerobiony w trzewiach CDT-10 (DoP do DSD256 np)

Konfrontuję to powyżej z tym, co trafiło do mnie ostatnio na tapetę. Zestaw źródeł NuPrime obejmujący dwa, super nowoczesne, wręcz awangardowe, transporty cyfrowe. Jeden – niby tkwiący w przeszłości – bo oparty na tacce, grający z płyty. Tylko na pierwszy rzut oka tkwiący, w tym co było, bo NuPrime CDT-10 to maszyna nie mająca specjalnie odpowiedników na rynku, transport wyposażony we własny system upsamplingu do wartości wyczynowych, podający na cyfrowych interfejsach sygnał przetworzony w domenie cyfrowej, przetworzony z myślą o wyczynowych przetwornikach, które właśnie trafiają na rynek. Mhm, w tym roku mamy prawdziwy wypust klamotów (Chiny atakują, ale nie tylko, bo staje się to powoli standardem) wyposażonych w interfejsy I2S, w możliwość przyjęcia sygnału o wcześniej niespotykanych parametrach ( przykładowo SPDIF poza granicą 24/192&Dop64… DoP128, próbkowanie PCM na poziomie nawet 1536KHz) itd. Pogoń cyferek, marketingowy odpał? Pewnie też, ale to wszystko żenione jest z zaawansowanym kodem i próbą (nie zawsze udaną, a wręcz najczęściej nieudaną) uzyskania lepszego efektu, progresu w stosunku do dźwięku „nierobionego”. Transport NuPrime na srebrnym krążku to właśnie tego typu strategia, tego typu myślenie – masz redbooka, zrób coś z tym. Napęd Philipsa zamontowany w środku i cała mechanika gwarantuje super kulturalną pracę, ale sednem nie jest to, co w odtwarzaczach CDA od początków formatu sednem było… tu chodzi o eksperymentowanie, próbę wyciągnięcia czegoś więcej z medium, z nośnika. Dla wielu takie podejście jest dogmatycznie błędne. Szanuję i rozumiem takie postawienie sprawy, ale jak wyżej – dla mnie eksperymentowanie, poszukiwanie, brak dogmatów jest czymś, co mnie kręci i czego nie unikam, a wręcz przeciwnie. Dlatego ten transport CDA (nie czyta egzotyki – stety, czy niestety, choć na szczęście przyjmie nagrane CD-R/RW i to wykorzystam podczas testów) to takie pole do zabawy, do zabawy dla kogoś, kto jednak kolekcji srebrnych krążków nie pozbył się, nie sprzedał na pchlim targu, nie oddał, nie – no zgroza – wyrzucił. Ma. Jak ma to pewnie od czasu, do czasu chętnie po nie sięga, nawet jak już w ten sposób dystrybuowanej muzyki nie nabywa. Ja robię to ostatnio wyjątkowo rzadko, czarne kupuję, ale płyty są i odtwarzacze w domu takoż, bo to też taki bezpiecznik jest. Bezpiecznik? No bezpiecznik, bezpiecznik, w sensie, że jak się słucha muzyki to albumu, EPki się słucha, a nie – jak to coraz częściej się dzieje – leci jakiś plikowy longplay i zaraz po odtworzeniu zaczyna się mieszadełko z algorytmami, AI, playlistami w tle (Roon Radio, Roon Discovery, Roon Vocus …). Tak, można wyłączyć, ale tego nie robimy, bo to fajne jest, odkrywcze jest, uzależniające jest. I dobrze, tylko też dobrze, jeżeli wracamy do słuchania kreacji twórcy, całościowej kreacji, a nie „z kwiatka, na kwiatek”. Jeszcze co do maszynki – jest pancerna, ciężka, w proporcjach nietypowych, raczej wyłącznie systemowych (kompaktowa szerokość z bardzo dużą głębokością). Stoi na firmowych antywibratorach, dysponuje niespotykaną baterią interfejsów (poza klasycznym SPDIF o nieklasycznych jw paramterach, jest w droższych często spotykane AES/EBU oraz niespotykane I2S fizycznie w gniazdko HDMI ubrane). Wielki, ciężki pilot aka cegła mówi: to ja, hajendowy klamot. Mhm, metalowa konstrukcja, odkręcane śrubkami wieczko, by baterie włożyć, błyszcząca na wysoki połysk, armia małych grzybków – przycisków, oczywiście metalowych, a jakże. Zachowany designersko porządek rzeczy, takie same, polerowane na wysoki połysk przyciski na froncie klamota oraz dotowy, niebieski, laboratoryjny display. To już wiecie o co chodzi. Generalnie jestem na wstępie mocno na tak, choć nie bez uwag odnośnie dźwięku przetwarzanego w trzewiach, o czym w recenzji będzie, a tu tylko wspomnę, że trzeba pilnować tego upsamplingu, bo jak przeskoczymy za daleko (nie zachowując multiplikacji zegara, tylko cząstkowy wybierzemy w stosunku do materiału) to odrzuca, źle brzmi, a jak jest bez to brzmi świetnie, a jak znowu zaaplikujemy DoPa (1 bitową konwersję) to …jest inaczej (wg. mnie ciekawie, szczegóły w recenzji będą). Eksperymenty.

To pewnie intencjonalny zabieg. Wygląda to purystycznie i retro modnie, co ma być pokazywane jest, choć cd-tekstu i tym podobnych usprawnień nie uświadczymy na displeju

Pilotem można zrobić dziurę w podłodze. Także uwaga na podłogi, no i na stopy uwaga ;-)

Góra pliki, dół płyty

Drugi jegomość to Omnia S-1. Pomysł zupełnie inny, oryginalny, nie mający swojego odpowiednika na rynku może poza all-in-one rodem z Chin (np. Zidoo), czyli próbą stworzenia czegoś do wszystkiego, zastępstwa dla RIP Oppo BDP, gdzie audio jest istotną częścią dania (ESS9038Pro, XLR, zasilanie itp) ze wspólnym mianownikiem – ANDROIDEM. Tu też jest robot, a robot w audio to kontrowersyjna sprawa, bo soute do audio nie nadaje się. Ha! No właśnie nie nadaje się, wiemy to od zawsze, bo choć Linuch (a to mobilny, w uproszczeniu, Linuch jest) nadaje się do audio znakomicie, to handheldowy OS jest skażony ograniczeniami i wieloma rafami. Systemowy mikser, brak bitperfect, problem z odtwarzaniem gapless i sporo by wymieniać jeszcze. Takie buty. No ale NuPrime postanowił powalczyć, tak jak walczą inni z tymi ograniczeniami i upichcić swój wariant OS, który by dźwignął temat. Wiadomo, w mobilnym, DAPowym świecie to standard, wszyscy właściwie na Andku jadą (albo na jakiejś egzotyce, ale to Andek jest tu pewnym punktem wyjścia) i ogarniają to bardzo dobrze. Wystarczy popatrzeć, czy raczej usłyszeć jak grają takie Kałachy (najdroższe przenośne playery Astell & Kern) by wiedzieć, że można. Tyle, że w stacjonarnym się nie stosuje, a nie stosuje się choćby z powodu wielu, lepszych alternatyw dla robota, nie stosuje się także dlatego, że stacjonarne nie musi czerpać korzyści (zarządzanie energią, ekosystem aplikacyjny…) z mobilnego OS. To są rzeczy zbędne, albo mniej istotne, mało istotne. No dobrze, ale NuPrime wymyśliło sobie, że będzie właśnie tak i wspomnianą powyżej skrzynkę zaprojektowało jako strumieniowca z funkcją renderera (odtwarzacza końcowego, end-point’a) oraz serwera, który nie tylko ma grać różne strumienie (z naciskiem na lokalne), ale jeszcze robić to na bardzo wyczynowym poziomie odnośnie parametrów. Stąd I2S w standardzie, stąd teoretyczne możliwości grania materiału z konwersją w locie PCM-DSD nawet na poziomie 45MHz. Wszystko ładnie, pięknie, ale jak popatrzymy na diagram, uświadomimy sobie, że nie ma czegoś takiego jak sterowanie przez webpanel (jest tylko zarządzanie podstawową funkcjonalnością, co sprawdza się do uruchamiania czy restartowania poszczególnych funkcji, aktualizowania i to tyle), własnej apki (choć Bubble uPnP, który tu musi być, rozwiązuje do pewnego stopnia ten brak), że skrzynka zarządzana jest właściwie tylko via podpięty monitor / klawiatura / mysz …co kłóci się z ergonomią użytkowania czegoś, co stoi na stoliku/regale w salonie to hmmmm. Dobra, rozumiem, inżynier zaprojektował, wyszło mu, że parametry OK, że działa jak zakładano, ale komuś tutaj coś bardzo istotnego umknęło. Po prostu.

Strumienie

Póki co, z „kolcami”

Walczę z tym klamotem, bo wiecie jak to u mnie jest – lubię dłubać, nie poddaję się, chcę szczególarsko i do basementu. Co mogę powiedzieć zatem na wstępie? Sprzęt wymaga pilnej aktualizacji, to oczywiste. Obecnie problemem jest tak podstawowa sprawa jak stabilność działania w sieci. A to przecież być albo nie być dla tego typu klamota. Mają te strumienie hulać. Podpięty pod switch, czy bezpośrednio pod router via LAN (można też w gniazdo zadaniowe, oznaczone U5) wpiąć bezprzewodowy moduł sieciowy, często, gęsto gubi się, znika, by po restarcie pojawić się i tak w kółko. To musi ulec szybkiej naprawie. Po kablu nie mogą się dziać takie rzeczy, zresztą w ogóle nie powinny takie manniany odchodzić. Jak działa to tak – panel nie daje nam właściwie specjalnie pola do popisu. Jak w końcu połączymy się z apką mobilną (Bubble) to można z przeróżnych źródeł, także własnych chmur (np. OneDrive), lokalnie, tidalowo, Qobuzowo itd słuchać. Tak, ale tu też parę rzeczy wymaga dopracowania. Reakcja na zmiany w aplikacji jest bardzo powolna po stronie klienta (Omnia S1). Ustawiamy cyfrowo poziom (ofc na 100) i czekamy. Czekamy za długo, to nie powinno trwać 5-6 sekund. A trwa. Dalej, jest problem z uzyskaniem dźwięku na interfejsach cyfrowych, a więc jedynej drodze wyprowadzenia sygnału z Omnii (no jest jeszcze Cast, obsługiwany tutaj w sposób dość osobliwy). Na optyku często jest cisza. Nie rozumiem dlaczego tak się dzieje, bo sygnał jest (światłowód świeci) i jaki by przetwornik nie był po drugiej stronie to jest jw. Także chrupie tutaj i wymaga to także naprawy przez upgrade. Wreszcie coś, co stanowi dość nietypowy, patrząc przez pryzmat korzystania z takich urządzeń, sposób sterowania, kontrolowania pracy… wystarczy popatrzeć na umieszczonego screena. Monitor nie chciał via HDMI przyjąć sygnału ze skrzynki, nie chciał pokazać UI. To źle, bo właściwie tylko w ten sposób możemy „dobrać się” do zawartości i ustawić na samym urządzeniu parametry jego pracy. Nie podpinałem klawiatury co była w pogotowiu i myszki, bo byłoby to daremne w tych okolicznościach. Sumując – ten produkt wymaga poważnej pracy u podstaw, wymaga zaktualizowanego software. I jeszcze na marginesie… uważam, że jak już jest ten Andek to firma powinna, wzorem wspomnianego A&K, pokusić się nie o wersję plain, smartfonowo-klasyczną interfejsu, tylko zrobić swój, oryginalny, własną nakładkę. Nie chodzi tu tylko o estetykę (np. pozostawienie funkcji typowo telefonicznych), a wygodę, ergonomię, UX. Jeżeli ma być po „inżyniersku”, z klawiaturą i myszą oraz ekranem to niech będą duże elementy interfejsu, duże ikony, a nie to, co jest. Bo to bez sensu wg. mnie. No i poza takim, nietypowym sterowaniem, własna aplikacja do ogarniania – koniecznie. Wspomniane, testowane u nas Zidoo, korzystało m.in. z przerobionego na własną modłę UI. Miało własny player. Mogło grać zawiadywane przez analog pilota (którego tutaj w ogóle nie ma w S1 btw) na mobilnej apce. Tak, Omnia S1 wymaga gruntownego przemyślenia przez producenta i wprowadzenia paru krytycznych zmian.

Pod aplikacją Bubble, niestety nie zawsze z sukcesem (patrz tekst)

HDMI na wizję podpięty

Jak widać, czy raczej nie widać. Bez sukcesu :(

Galeria poniżej:

» Czytaj dalej

Sinozębny na topowym poziomie? Mhm, ale to dopiero początek: Ananda BT test

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5512

Czy te słuchawki można traktować jako coś „on the go”? Na rower, spacer, czy jakąś sportowo-rekreacyjną aktywność? Absolutnie nie. Nie, bo nie nadają się z co najmniej dwóch powodów: są duże (i nie składają się w „pakiecik” – czyli trzeba jakiegoś solidnego nosidła) i są otwarte. OTWARTE. Tak, to ortodynamiki. Pamiętacie test Ananda po kablu? Pamiętacie? No to tutaj mamy tożsamą konstrukcję z modułem bezdrutowym. Wróć. Te słuchawki są zupełnie inne od modelu na uwięzi, bardzo inne, mimo wspólnej nazwy i tych samych przetworników. Kompletnie inne. Jakoś wersja po drucie nie rzuciła nas na matę (choć rekomendacja była – patrząc wstecz powinienem być bardziej zdystansowany w ocenie), tu jest zupełnie inaczej – te słuchawki to wysokiej klasy all-in-one: system słuchawkowy na łbie, lekki, działający ok. 8 godzin (takie czasy notowałem) …absolutnie wystarczajaco w codziennym użytku, choć dalece niewystarczająco porównując do typowych, mobilnych nausznic na BT, pozwalający uzyskać niebywale rozdzielcze, fantastycznie angażujące brzmienie po kablu USB. Dobre przetworniki skojarzone z wbudowaną elektroniką, która wzmacnia, przyjmuje strumienie, przetwarza, z ultrakrótką drogą sygnału podawanego jw. bezprzewodowo (z pewnymi kompromisami) lub przewodowo (absolutnie bez kompromisów, w jakości maks. 24/192). To jest coś, co wg. mnie może stanowić pewną wskazówkę, w którą stronę pójdzie branża. Nie ma tu (jeszcze?) takich ficzerów jak w przetestowanych przez nas, awangardowych Nura. Tyle, że to właśnie ten kierunek, bo dostajemy kompletne, w pełni na cyfrę otwarte, rozwiązanie, z synergią konwersji sygnału, odpowiedniego napędu oraz DSP. To ostatnie służy opisywanym HiFiMANom w tle, nie mamy specjalnie wpływu na processing, ale to nie oznacza, że kolejna wersja, czy kolejne wersje topowych nauszników nie otrzymają rozbudowanych aplikacji, pozwalających na dostrojenie słuchawek. Mhm, tak, mam tu na myśli to, co w kodzie robi Roon z Audeze (kalibrowanie pod dany model), przy czym na poziomie dużo bardziej zaawansowanym. Nura, AirPodsy Pro i inne masowo-rozrywkowe produkty pokazują w którą stronę to idzie, pójdzie. Ba, pokazuje to także mały grzdyl HIDIZIS S8 – autokalibracja, dopasowanie pod efektor. Tutaj dopasowanie pod konkretne uszy, pod konkretne warunki środowiskowe, pod źródło (w opcji po drucie)…

Bez kabla

Ananda BT to najbardziej zaawansowana obecnie konstrukcja, obiecująca przeniesienie wysokiej klasy systemu słuchawkowego, w kompaktowej, autonomicznej formie bezdrutowej lub/i z transportem cyfrowym po drucie (USB). Te słuchawki – jak wspomniałem powyżej – nie są dla słuchawkowego nomada. Nie znajdą zastosowania tam, gdzie zastosowanie znajdą Nighthawki, Momentum czy Soniacze z idiotyczną (podobnie ma Philips) nazwą literkowo-cyferkową. Nie. To słuchawki do swobodnego słuchania w chałupie (świetny zasięg modułu, bezstresowa, stabilna praca w opcji bezdrutowej), w ogrodzie, patio, działce, domu letniskowym nad jeziorem. Tak, tu moduł sinozębny będzie jak znalazł, dając nam wolność, pozwalając rozkoszować się dźwiękiem w pięknych okolicznościach przyrody, na zewnątrz. Tak, można te słuchawki potraktować jako przeniesienie tego, co mieliśmy na domowym, wysokiej klasy secie słuchawkowym, na wynos, ale właśnie tak, gdzieś w pociągu, samolocie – ok. Ale nie nomadycznie, bo to nie są słuchawki do przemieszczania się w środowisku np. miejskim. Nie są – musiałyby być zamknięte, musiałyby się składać, być mniejsze, w ogóle musiałyby być inne. Na szczęście nie są. Są takie – jak na razie – unikalne. Także fajnie, że producent zdecydował się na wprowadzenie do oferty tak nietypowego modelu.

Sinozębny to tylko część opowieści. Preludium, wstęp do tego, co wywarło na mnie największe wrażenie. Zacznę od tego, czego tu nie ma. Nie ma analogowego połączenia. Nie, serio, naprawdę, te słuchawki nie mają wejścia analogowego, innymi słowy nie ma mowy o konwersji ADC (i dobrze, bo zazwyczaj oznacza to degradację SQ), jest cyfrowy sygnał only. Albo w eterze, albo po drucie, a dokładniej via USB-C… czytaj nowocześnie, teraźniejszo, całe szczęście bez schodzącego microUSB. To, jak to gra w opcji przesyłu sygnału do wewnętrznego przetwornika C/A, jak gra szczególnie gdy zadbamy o właściwy materiał to coś, czego moim zdaniem jeszcze nie doświadczyliśmy na tym pułapie, a śmiem twierdzić, że niektóre cechy tego brzmienia ostawiają na bocznicę flagowce podpięte pod mocarną elektronikę (jak moje LCD-ki 3 wpięte w iHA-6/P1 z dakiem D1 na dwóch ESS9038Pro). Natychmiastowość, szybkość, niesamowita dynamika jakiej doświadczamy, słuchając Ananda BT via USB z …w sumie dowolnego, cyfrowego transportu (przykładowo iPada Pro) to jest coś, co skłania do głębszej refleksji nad ograniczeniami jakie niesie ze sobą dzisiejsza technika cyfrowa, samodzielne dopasowywanie różnych elementów, tworzące (często) przypadkową, niekoniecznie optymalną konfigurację. Tu jest zdecydowanie lepiej! Tak, już wcześniej dało się odczuć, że w tym graniu bez zbędnej, zwielokrotnionej konwersji (ADC), względnie przypadkowemu połączeniu elektroniki z efektorem (analog), na słuchawkach mobilnych BT (wspomniane Nura, Momentum OvE, Symphony 1 itd itp) podłączonych do transportu via USB robi się coś magicznego, coś wyjątkowego. Dźwięk stawał się bliski, bezpośredni, jakby ktoś odsłonił kotarę. Wrażenie potęgowało porównanie z bezdrutowym strumieniem – co jeszcze nie było aż takie zaskakujące, a wręcz spodziewane – oraz… z analogowym połączeniem nausznic z jakimś słuchawkowym setem. Wielokrotnie powtarzana czynność (patrz testy) zawsze dawała ten sam rezultat: po cyfrowym drucie, gdy zera i jedynki zostają przetworzone w muszlach i momentalnie doprowadzone do analogowych przetworników robi się zjawiskowo, inaczej, lepiej. W przypadku Ananda BT mamy to na poziomie jeszcze bardziej, bo też wyjściowo skojarzono tutaj powyższą koncepcję z wysokiej klasy ortodynamicznym efektorem. To nie jest ta sama półka co wspomniane, skądinąd bardzo udane, świetnie brzmiące modele „on the go”. To w końcu coś (Ananda), co stworzono pod kątem stacjonarnego, wypasionego toru słuchawkowego. Coś, co zostało pożenione z miniaturyzacją, autonomią, synergią całości w jednym opakowaniu.

Wow!

A jeszcze, jakby tego wszystkiego było mało, mamy wejście na solidny, w komplecie dostarczany, mikrofon kierunkowy. Tak, moi drodzy, jak ktoś chce naprawdę dostać drgawek przy jakimś trashowym horrorze z samym sobą w roli przekąski, w (przepraszam nie mogłem sobie darować) „bede grał w gre” – myśli wielkich ludzi – Anżej Duda, to już wiecie jakiego kalibru* pakiet otrzymujemy tutaj w komplecie. Granie w cokolwiek, gdzie dźwięk nie robi tylko tła, jest ważny dla fabuły, dla akcji, to coś, czego zdecydowanie warto doświadczyć. Plus ten wspomniany i obowiązkowy w multipleju mikrofon. Słyszymy świst kuli tak mocno organicznie, szepcząc „o ja p…” , że wszyscy z teamu już wiedzą: kres istnienia blisko.

Po kablu… ale cyfrowym

Więcej? Bardzo proszę…

* „Yamato” 18″ aka 457mm

 

» Czytaj dalej

Matrix Audio element i …hajedowy streaming za niezbyt wiele

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5780

No dobra, nowe MA to zerwanie z dotychczasowym na rzecz zupełnie nowego. Nie daki, nie wzmaki, nie osobne komponenty dopełniające system, a całościowe, integry cyfrowe. Tym jest linia element (poza kartą dla pieca, opisaną tutaj i tutaj). Ambitnie, z własnym OS, z własnym patentem na sieciowe granie. Do tej pory każda kolejna generacja urządzeń Matrix Audio to coraz doskonalsze, nowsze układy ESS w jednej z najlepszych (pomiary ASR) „interpretacji” na rynku. Do dzisiaj w czołówce, wg. mnie nie do pobicia w zakresie kompetencji, flagowe X-Sabre Pro, coś co wyznacza nie tylko pułap jakościowy tego co z komputera/sieci do poziomu dychy, ale w ogóle wyznacza pewien kres (znowu pomiary, ale też – bo testowane dwukrotnie u nas w wersji bez i z MQA tu i tutaj) możliwości technologicznych w wyciąganiu muzycznych zer i jedynek. A jak tak, to firma postanowiła ambitnie zrobić coś nowego, innego, zaoferować na rynku skalowalne (patrz obrazek poniżej) rozwiązania z zakresu all-in-one. Czasami z ampem, zawsze z wysokiej klasy kością (jak zwykle ESS – są wierni, póki co, temu krzemowi pożenionemu z interfejsami XMOS), jak zwykle z grubego alu na CNC obrabianych obudowach, tradycyjnie spasowanym mistrzowsko, OLEDowo informującym nas o odtwarzanej treści – no takie to właśnie, te elementy są. Nowe, z kolejną literką, ujrzały światło dzienne i ten z najniższego pułapu cenowego przetestowałem dogłębnie.

  

Na wstępie wyjaśnienie. Tak – nie mam wątpliwości, że implementacja ESS 9028Pro (czegoś, co montują ceniący się, w klamotach za dyszkę i więcej), interfejsu USB z I2S (jak zwykle bezkompromisowo aż po obecny kres tj. 45Mhz), zbalansowanego toru sygnału to nie jest poziom klamota za 4 tysie z hakiem, to poziom właśnie tej dychy i nie ma tu żadnej przesady, bo organoleptycznie mimo kompaktowości inni mogliby się jakości w metalu uczyć od MA. Także mamy owy „hajend” i jak komuś po drodze z zewnętrznym, nie firmowym oprogramowaniem zawiadującym, wyciągającym ostatnie soki z tej konstrukcji to naprawdę cieżko będzie znaleźć odpowiednik funkcjonalno-jakościowy. Nawet jeżeli przyjmiemy, że takim scenariuszu ścigają się nowe „Polewy” (Toppingi) czy inne SMSLe, albo Sabaje, albo… Mein Gott nawet nie wiecie jaki zalew dobra jest teraz na rynku. Ja nie wyrabiam i chyba nikt już nie wyrabia z nowościami z Państwa Środka. Klęska urodzaju taka, że człowiek gubi się w tych kartonach, miesza mu się specyfikacja kolejnych literko-cyferek (modeli). Jeszcze dzisiaj poza niniejszą publikacją przeczytacie o zestawie z najwyższej półki, czyli w realiach zza Wielkiego Muru na poziomie wyższe HiFi. I to jest w sumie bardzo ok i ten wzmożony, wszechwielki wybór jaki nam się od paru lat coraz bardziej uskutecznia to tylko z korzyścią dla konsumenta. Wiadomo. Element i nawet w tej mocarnej konkurencji wychodzi obronną ręką (za moment – serio, w końcu mam czas na pisanie*, będzie o M500 i o D90), a przecież z zewnętrznym softem to trochę jakby DAC vs DAC, choć tu w tytułowym jest jednak mimo wszystko przewaga drutowej czy bezdrutowej sieci i pełnej (czego inni Chińczycy nie oferują) integracji z takim Roonem. Tak certyfikat po paru miesiącach, ekspresem, bez czekania nie wiadomo kiedy… słyszy NAD? Słyszy?! Co z tego, że testowany 658 z dirac taki supernowoczesny, jak nadal bez certyfikacji, na czerwono pod wspomnianym front-endem. Słabe to w opór! Ponad rok od rynkowej premiery!

Z końcówką podpiętą gdzie trzeba (za druta ze wzmocnieniem robi M-PWR audiolaba) też bardzo się podobało,
z własnej dziurki okey, lepiej z iHA-6 (HE-400!) …co w sumie nie dziwi. Jako DAC świetnie, podobnie jak odtwarzacz Roon Ready.  

Także tutaj mamy inaczej, pełny, certyfikowany RAAT (pełna identyfikacja klamota pod Roonem). Oczywiście po sieci mniej (ograniczenia w obsłudze wysokich hiresowych parametrów) niż za pośrednictwem komputerowego transportu (USB lub I2S), ale wybitnie od strony SQ, a to przecież najważniejsze. To jak, będzie hymn pochwalny, ochy i achy tylko, tak? Ano nie będzie. Jako że wredna małpa ze mnie, która zawsze znajdzie dziurę w całym i szczególarsko przemagluje sprzęt, wytykając wady, niedociągnięcia, także tutaj mimo świetnych rezultatów pod Roonem i ogólnie wysokich bardzo kompetencji w przetwarzaniu i dostarczaniu jakościowo pierwszorzędnego sygnału po konwersji …wytykam, krytykuję, pomstuję. A jest na co i to jednocześnie dobry przyczynek do wałkowanych na HDO od „zawsze” rozważań na temat prymatu kodu, podkreślaniu jak ważną częścią współczesnego audio jest software. To cześć składowa produktu pt. element i ta część składowa nie wypada tutaj zadowalająco. Znowu, nie jakościowo – bo jak już coś sobie za pomocą MA Playera (tak się, to, to cudo nazywa) zapuścimy to będzie równie pięknie, a może nawet, nawet piękniej niż pod Roonem (SQ w opcji sieciowej, nie via USB/I2S), ale dopiero wtedy gdy strumień w ogóle się objawi i skonwertuje, a z tym bywało różnie. Zaintrygowani? No fajnie, to zapraszam do rozwinięcia…

 * żelazna reguła: słucham krytycznie, testuję – nie piszę, chyba że szybkie i krótkie notki, ale nawet tu zazwyczaj pauza, stop. Inaczej nie umiem.

AKTUALIZACJA: Ogarnęli. Po najnowszych poprawkach Tidal HiFi działa. Także jeden z poważniejszych fuckupów wykreślony z listy.

» Czytaj dalej

Sonos prawie dobrze, ale to prawie robi różnicę. Soundbar Arc i reszta…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
773x0x1-1

Na wstępie o rozczarowaniu. Ani Nowy Five, ani nowy Sub, to nie są produkty nowe, tylko po prostu odświeżone. Tak, mocniejsze bebechy, więcej pamięci, ale od strony stylistycznej, a przede wszystkim od strony SQ żadnych zmian. Bo to ten sam układ, te same przetworniki (w sensie wielkości, umiejscowienia oraz aplikacji). Szczerze? Po tylko latach czekania (szczególnie na nową piątkę) mogliby się bardziej postarać. Co więcej nowy sub to nie mniejszy, tańszy sub (a takie były oczekiwania i niektóre nieoficjalne zapowiedzi) a dokładnie to, co powyżej. Czyli drogi, bezprzewodowy niskotonowiec, trzeciej już z kolej generacji, zaklęty dokładnie w tym samym opakowaniu. Ehhh. Rzecz jasna za moment trafi do nas rewolucja pod nazwą S2 – nowy software, który wszystko zmienia (dźwięk przestrzenny na nowym poziomie, dźwięk hi-res, nowe, jeszcze bardzie zaawansowane algorytmy pomiaru pomieszczenia, nowe tryby strefowe…

Tym, co miało zachwycić, jest nowy projektor dźwiękowy / soundbar Sonos Arc. Zamiast Playbara i Playbase mamy nowego, nowoczesnego, naszpikowanego nowymi technologiami soundbara. Pierwsze wrażenie bardzo pozytywne, ale jak wejdziemy w szczegóły to… niestety… widać sporo chropowatości w produkcie, który ma domyślnie stać się fundamentem nowego rozwiązania Sonosa w zakresie kina domowego. W dobie wielkich ekranów, mały Beam jest rozwiązaniem budżetowo-kompromisowym, a Arc w zamyśle producenta to coś, co jest na szczycie i ma się sprawdzić teraz i jutro, w kinie i w muzyce, ma być na lata wyznacznikiem nowoczesności w salonie.

Czy to się udało? Patrząc na specyfikację, przykro mi to napisać, ale absolutnie nie. Nie rozumiem, dlaczego firma nie zdecydowała się na wprowadzenie przeplotki tj. dodatkowego wyjścia HDMI. Arc ma jedynie dwukierunkowy (eARC), pojedynczy port, który pozwoli podłączyć go domyślnie do telewizora z odpowiednim złączem. Tyle. To bardzo niewystarczające, wręcz szokująco niewystarczające rozwiązanie, bo ogranicza nas do jednego, jedynego ekranu (to raz) oraz nie daje możliwości wygodnej integracji z innymi komponentami, takimi jak procesory AV, amplitunery AV etc. Ktoś powie, no dobrze, ale to ma być właśnie zamiast – ok, rozumiem, zamiast innych elementów, w tej sytuacji może już zbędnych (bo strumienie zintegrowane w odbiorniku, bo wszystko co niezbędne „pod maską”…). Cóż, nie jest to prawda, bo nawet systemowo (Sonos) musimy zderzyć się z bardzo prawdopodobną niekompatybilnością telewizora z najnowszymi technologiami audiowizyjnymi bez żadnych widoków na obejście problemu (bo tylko eARC). Dodatkowo, jak wspomniałem, nie ma opcji by zintegrować w sensowny sposób (tak można kombinować via matryce, bardzo rośnie koszt instalacji, w ogóle przestaje to wg. mnie mieć sens) inny, niż telewizyjny ekran w salonie. A przecież wiele osób wykorzystuje obok TV także projektor. Sytuacja w takim scenariuszu wygląda kompletnie beznadziejnie – nie dość, że tylko TV to jeszcze nawet samo podpięcie pod projektor zamiast generuje wtopę – projektor raczej nie będzie wyposażony w najnowsze rozwiązanie z eARC (świetne, nowoczesne, świeże, o doskonałych parametrach, projekcje nie dysponują takim wyposażeniem). To wyjście (dodatkowe) HDMI to absolutne minimum, a w projektorze dźwiękowym za prawie 4k wymagałbym przynajmniej jednego, dodatkowego portu wejściowego. Nic z tego.

Projektor od strony możliwości sonicznych robi wrażenie, jest – jak zapowiadano – kompatybilny z Dolby Atmos (5.2.0 …, jak mało to uzupełniamy to przez dodatnie subów, względnie dodatnie z tyłu, boków kolumienek One). Mamy baterię 11 przetworników, pewnie dźwiękowo będzie to na wysokim poziomie, ale …no właśnie, znowu ale! Dlaczego Sonos wypuszczając domyślnie bezkompromisowy sprzęt, nie zdecydował się na uzupełnienie możliwości o konkurencyjnego DTS-a X?! Przecież to jest kompletnie bez sensu, bo właśnie konkurencja bardzo, ale to bardzo rozwinęła w swoim rozwiązaniu kwestie programowego budowania scenerii dźwiękowej, emulacji pseudoprzestrzennej na potrzeby dźwięku obiektowego. Tego Atmos nie oferuje, a jest to cholernie ważne, bo po pierwsze soundbar to mimo zaawansowania, potężnego DSP źródło de facto monofoniczne, które siłą rzeczy musi udawać, tworzyć coś, czego (fizycznie) nie ma. Co z tego, że mamy promieniowanie w górę (co swoją drogą stanowi spory kompromis odnośnie tworzenia efektu dookólnego, obiektowego środowiska dźwiękowego), jak w co najmniej paru zastosowaniach będziemy musieli obejść się smakiem (wrażenia przestrzenne). Mam tu na myśli to, co nadciąga – nowe konsole, nowa generacja sprzętu rozrywkowego, położenie mocnego akcentu na obiektowe audio w grach (brak mch LPCM!!!), ale także (na co wskazują eksperymenty serwisów streamingowych audio vide 360 w Tidalu czy Deezerze) w muzyce. Tu więcej oznacza kompatybilność, brak zaś emulację co najwyżej dźwięku przestrzennego w starym wydaniu (DD+), albo w ogóle zerowe możliwości skorzystania z zalet kilkunastu przetworników wbudowanych w belkę. Słabe to bardzo.

Hue Play &

HDMI Synch box… mądrze skonfigurowane, robi różnicę, nie tylko w kinie / elektronicznej rozrywce… w muzyce też

   

Przy czym instalacja musi być przemyślana, dostosowana do pomieszczenia, położenia źródeł obrazu i DŹWIĘKU. 
Dwie świetlne kolumienki to dopiero początek zabawy i nie że więcej to lepiej (do 10 źródeł światła),
tylko – właśnie – odpowiednio skonfigurowane, subtelne, reaktywne światło z dźwiękiem przepisem na coś bardzo wciągającego

  

Wbrew pozorom wcale (choć jest automat) nie jest łatwo to skonfigurować, trzeba sporo się natrudzić, ale efekt – serio – warty jest poświęconego czasu. Samo oprogramowanie i zasada działania nieco pogmatwane i niezbyt intuicyjne. Trzeba się oswoić i przede wszystkim znaleźć odpowiedni balans: liczba punktów / poziom intensywności / umiejscowienie

Testuję obecnie akcesorium znacząco zwiększające immersję przed ekranem… wróć, nie tylko przed ekranem, bo słucham sporo muzyki w salonie właśnie z udziałem tego pudełka (i nie są to w tym wypadku tylko klipy, bo ekran/y pełnią funkcję albo tła – z jakimś fajnym motywem, albo interfejsu playera) i nie, nie jest to dyskoteka. To coś, co naprawdę generuje nowy poziom konsumowania treści multimedialnych, sprawdza się nie tylko świetnie w przypadku kina, nie tylko (największy przyrost przyjemności z obcowania) w grach, ale także – właśnie – w słuchaniu muzyki. Tak, chodzi o ostatnio opisywany chyba w każdym miejscu Philips HDMI synch box, który podejrzewam wielkiej kariery nie zrobi. Nie zrobi, bo nie zostanie odpowiednio zintegrowany, wykorzystany, nie zostanie odkryty potencjał tego ustrojstwa. A potencjał ma to, to ogromny. Oczywiście podzielę się wnioskami, głównie w zakresie audio, bo jest wierzcie mi o czym pisać. Tak jak kiedyś, w pradawnych czasach, lubiłem odtwarzać coś na PS3 wyświetlając motyw z Matką Ziemią na dużym, plazmowym ekranie, tak teraz z przyjemnością tworzę scenerię do słuchania ulubionych dźwięków za pośrednictwem akcesorium Philipsa*. To taki Ambilight tylko podkręcony, na dużo wyższym, wręcz – powiem wprost – nowym, lepszym, dużo lepszym poziomie. Można subtelnie, przy zachowaniu proporcji (co by nie rozpraszało, a właśnie zwiększało immersję) bardzo uprzyjemnić sobie odsłuch, czy oglądania, czy wreszcie granie. I tak, w muzyce, to zdaje egzamin, szczególnie gdy poświęcimy czas na właściwe ustawienie źródeł światła (najlepiej dedykowanych tj. Hue Play), dobierzemy parametry, odpowiednio zsynchronizujemy ze źródłem obrazu i/lub dźwięku (polecam komputer). Światło – dźwięk. To działa!

    

 

Najlepiej z komputera, podpinamy pod ekrany i jest zabawa…

Czemu wspominam o tym rozwiązaniu Philipsa przy okazji opisu Arc-a? Ano dlatego, że ograniczenia nowego projektora Sonosa utrudniają wykorzystanie tego typu sprzętu. Jak wspomniałem, nie wykorzystamy SmartTV, nie jest to coś, co idzie w kierunku integracji (kierunek Sonosa) wszystkiego w ramach jednego, a wręcz przeciwnie. Przy czym mimo oczywistej popularności, atrakcyjności nie mnożenia bytów, przyszłość domowych systemów rozrywki będzie iść w stronę dodawania kolejnych elementów, elementów inteligentnej chałupy w celu zwiększenia naszego zaangażowania w to co się dzieje na ekranie, to co dociera do naszych uszu z głośników. Coś za prawie 4 tysiące powinno uwzględniać to, co powyżej. Oczywiście nowe możliwości (S2) wprowadzą cały ekosystem na nowy poziom, choćby za sprawą wprowadzenia dźwięku wysokiej rozdzielczości, nowych opcji przestrzennych i (co jest według mnie najważniejsze) znacznego rozwinięcia technologii korekcji pomieszczenia (nowe TruePlay). To wszystko na pewno będzie pozytywnie wpływało na poziom zadowolenia użytkowników, sam nie mogę się doczekać (czerwiec) wielkiego upgrade’u, licząc że szybko skorzystam z nowych możliwości pod Roonem (integracja Sonosa we front-endzie jest pierwszorzędna!).

Szkoda, że nowości hardwareowe nie spełniają oczekiwań wielu zainteresowanych tematem. To tytułowe „prawie” niestety robi gigantyczną różnicę. Sonos miał szansę w przededniu najważniejszej od lat aktualizacji systemu (software) wprowadzić coś, co zrewolucjonizuje rynek. Moim zdaniem zaprzepaścił szansę, powiem nawet mocniej – bez oczekiwanego, mniejszego i tańszego, nowego Suba, bez opisanych technologii/wyposażenia których poskąpiono w Arc-u, wielu mocno zastanowi się, czy jednak nie będzie lepiej oprzeć integrację audio i wideo o przetestowanego u nas (poza kinem, czekam na to S2 jw) w paru odsłonach AMPa. Aaa jakby się ktoś pytał… Tak, Arc ma też opcję podpięcia optykiem, tylko co z tego – odpada (bo zbyt małą przepustowość oferuje TOSLink) Atmos, obiektowy, w ogóle odpada duża część zabawy, to tylko erzac, awaryjna opcja (gdy ekran nie ma zwrotnego kanału), a nie coś, co załatwia problem. Integracja AI czy AirPlay 2 na nikim dzisiaj nie robi już większego wrażenia, to już jest jako standard w produktach Sonosa oraz rynkowych rywali.

Ciekawe co zrobi konkurencja? Mam tu na myśli głównie Apple, które musi coś zrobić, by uzasadnić istnienie swojej platformy streamingowej (gdzie jakość odgrywa kluczową rolę tj. obraz ultrawysokiej rozdzielczości i dźwięk obiektowy), uratować kompletnie położony temat strefowego, inteligentnego dźwięku tj. Home Poda. To miał być produkt do słuchania muzyki, ale także do rozbudowy, stworzenia na bazie rozwiązania pod wizję. Nic takiego się nie stało i zawalona dystrybucja, opóźnienia, ograniczone możliwości, wysoka cena dobiły temat. Może wraz z tańszym rozwiązaniem, które ma niebawem zadebiutować, może z rozbudową (???) możliwości w kinie, pojawi się ciekawa alternatywa? Są ofc specjaliści (Yamaha itd), tyle że na styku najnowszego, internetu rzeczy, technologii wizyjnych, rozrywkowych i audio teoretycznie to wielkim z IT powinno być łatwiej. Tak jednak nie jest, a przynajmniej w pełnym zakresie, całościowym nie jest. Sonos jest tu ewenementem, bo przecież też specjalizacja i to wąska w sumie. Mógł odskoczyć konkurencji o lata świetlne. Właśnie teraz. Nie zrobił tego. Cóż, taka okazja może się już nie powtórzyć.

* pełna nazwa to Philips Hue Play HDMI Synch Box… tak, te philipsowe nazwy produktów, masakra

Ustawienie kolumn: prosty, zrozumiały dla każdego, no po prostu świetny poradnik od praktyków

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2020-05-2 o 04.28.54

Trafiłem na to przypadkowo. U niejakiego DAR.KO. Mam krytyczny stosunek do tego, co się tam publikuje, ale lubię wchodzić, bo też komputerowiec to prowadzi w sumie i wiadomo, swój do swego ciągnie. Oczywiście to nie tam, a u źródła postanowiłem zapytać o zgodę na publikację i tadam, nie dość, że udało się po chwili otrzymać ekspresem odpowiedź od autora Andy Moora z Mian Audio Distribution (LEEMA ACOUSTICS), to jeszcze przy okazji okazało się, że „moja żona jest z Polski, jakże mógłbym odmówić?”. Cóż, to prawda jest powszechnie znana, że Polki są najpiękniejsze na świecie, że nie ma piękniejszych panien na tym łez padole niż nasze, słowiańskie dziewczyny. Także ja to świetnie rozumiem i w pełni popieram, a jako że poradnik jest bardzo użytecznym szybko podpowiadaczem jak to te kolumny najsensowniej ustawić (z praktycznymi wskazówkami dotyczącymi pomiarów, potrzebnych materiałów do uskutecznienia dzieła, dostępnych każdemu melomanowi…) to czym prędzej (no tu trochę zmarudziłem, ale miałem ważkie powody) upubliczniam na HDO. Pobierajcie & korzystajcie wedle uznania, przy czym dla osób piszących, prowadzących coś tam, coś tam, prośba – napiszcie do Andy’ego, poproście o zgodę na publikację, a nie że bez pytania. Na końcu udostępnionego pdf-a znajduje się wyraźne przesłanie: chcesz szarować? Zapytaj.

Także 12″ okładki LP w dłoń, taśma malarska i ołówek oraz metrzyk do kieszeni i dawaj ustawiać, dopieszczać, przestawiać. Domownicy mogą nie być zbyt szczęśliwi, ale zawsze można użyć argumentu jw., że cud natury, że przecież tutaj zaraz no bombonierka, że jakieś pachnidełko i – właśnie – że inni na świecie doceniają wielce urodę, także może jakieś ładne coś plus komplementy, a tu przecież tylko parę centymetrów przemeblować trzeba, bo jak się przemebluje to będzie lepsze zejście, scena się rozszerzy, sybilanty przestaną dokuczać, albo… o! Już mam! Kolumny znikną z pomieszczenia! Tylko uwaga, ten argument źle zrozumiany może oznaczać koniec pasji, wiecie… wykluczenie, znaczy wyjazd paczek z salonu. Także uważajcie z tą gadką, bo może sprowadzić na Was nieszczęście. Aha, żeby nie było, Panie też słuchają i mogą potraktować to, co powyżej, jako takie tam bredzenie podszyte seksizmem wyżej podpisanego.

Ważne jest na czym to skonfrontować, znaczy ścieżka do testowania ustawienia zapodana w materiale:

Playlista (Tidal) do weryfikacji ustawienia jw – faktycznie genialnie się sprawdza
(nie dziwi – w końcu fachury z LEEMA Acoustic podpowiadają, podpowiadają dobrze)

LINK DO MATERIAŁU PDF:

GRID METHOD SPEAKER CALIBRATION (GUIDE) BT ANDY MOORE 

Zgodnie z prośbą autora poradnika zamieszczam link do polskiego dystrybutora marki Leema Acoustics:

https://www.galeriaaudio.pl

 

Ale jaja! Mały HIDIZS S8: MOC, SZCZEGÓŁ i dużo, znacznie więcej

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5508

No jaja, jaja. Od 2 tygodni, z przerwami na stacjonarne słuchanie C658 połączonego z zabawami w korekcję pomieszczenia via dirac, ten maluch totalnie mi przemeblował w głowie. To najmniejsze gabarytowo ustrojstwo jakie miałem do tej pory na tapecie, mniejsze nawet od super kompaktowego SMSL Idea (niebawem recka, ale pierwszy jest, jak widać, S8, bo ponieważ …nie mogłem usiedzieć, nie mogłem czekać na podzielenie się z Wami swoimi spostrzeżeniami nt). Ten maluch przenicowuje system, jest nowym punktem odniesienia. Miałem w testach m.in. Kałachy (najdroższe DAPy Astell&Kern) i powiem Wam jedno – każdy DAP, nawet ten z najtłustszą ceną, będzie miał problem w porównaniu / starciu z tym maleństwem. Nieprawdopodobne co udało się uzyskać, tworząc miniaturowego DACa opartego na układzie C/A CS Media CS43131, z nieprawdopodobnym (będącym wg. mnie clou) wzmacniaczem słuchawkowym (przy czym może to maleństwo grać w stacjonarnym stereo, wyjście zapewnia stabilne 2.0Vrms). Potwierdzony pomiarami poziom dynamiki tego malucha to >120dB, co oznacza 20 bitów (via ASR) – rzecz absolutnie niespotykana do tej pory w przetwornikach USB (USB DAC), bardzo nieczęsto spotykana w stacjonarnych klamotach! W przypadku 33Ω mamy 63 miliwaty – świetny wynik, patrząc przez pryzmat czegoś podpinanego pod USB w transporcie, zasilanego z uniwersalnej magistrali (2.0, także nie ma tu żadnego mocniejszego mocowo interfejsu, jakby kto pytał). Dajemy 100 w kompie/tablecie czy fonie i jedziemy fizycznym przyciskiem „+” na maks, względnie 80/90%. I wysterowujemy bezproblemowo duże, stacjonarne planary (zajebisty duet z HE-400 oraz Sundarą, ale również z… LCD-3 w pełni udane połaczenie!). Ja pierd….!


#HIDIZSnajlepiej

» Czytaj dalej

Test Final Audio Design D8000 Pro Edition – słuchawkowe 8 tysięczniki

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5089

Himalajska korona nie podlega zmianom, tu wszystko jest jasne: Mount Everest, K2, Kanczendzonga, Lhotse, Makalu, Makalu, Dhaulagiri, Manaslu, Cho Oyu, Naga Parbat, Annapurna, Gasherbrum I, Broad Peak, Gasherbrum II i wreszcie 14, zamykający listę ośmiotysięczników, szczyt - Shisha Pangma. Tu wszystko jest proste… chcesz zdobyć wszystkie, masz określony cel, jak nie zginiesz, drapiesz się aż do upragnionej Korony Ziemi. Ze słuchawkowymi szczytami nie jest tak prosto, nie jest tak, bo oczywiście pojawiają się coraz to nowe propozycje, ale też nie jest tak łatwo z tym „creme de la creme”, bo właściwie nawet trudno określić czym byłby hipotetyczny słuchawkowy Olimp, czy przez analogię, słuchawkowa Korona (tu i teraz, bo jak wyżej postęp, nowości, degradacje, fluktuacje, zmiany…)? Są ponadczasowe klasyki (Orfe, K1000, R10), są słuchawki, które stały się jakimś punktem odniesienia (ponadczasowo?), są – w danej grupie – naj, naj (japońskie elektrostaty Stax SR-009) …tak, to prawda – są takie, ale eksplozja słuchawkowego segmentu, jaka dokonała się w przeciągu półtorej dekady (mniej więcej od ugruntowania muzyki z sieci, jako nowego sposobu konsumpcji) właściwie uniemożliwia jakieś niekontrowersyjne zestawienie, podobnie do tych 14 najwyższych gór niezmienne, czy choćby na chwilę, hmmm, adekwatne…? Bo (stety) są na rynku propozycje lepsze od najdroższych (Susvarna doskonałym tego przykładem wg. mojej skromnej opinii – są lepsze i dużo tańsze słuchawki na rynku) i ciągle to się zmienia (choć w sumie, czy napewno?).

To po co ja w ogóle o tym piszę, po jaką cholerę się silę na takie bezproduktywne, bezsensowne porównania? Otóż, moi drodzy, dla zabawy. Te czternaście slotów to takie moje słuchawkowe naj, naj, naj. Przy czym od razu, na wstępie, mówię wprost – w odróżnieniu od 8 tysięczników, to tutaj buzuje, zmienia się, czasami wszystko wywracam do góry… by potem wrócić do punktu wyjścia ;-) . Mój prywatny ranking, korona słuchawkowa, coś – dla słuchawkowego freaka – co może być jakąś wskazówką, albo (jeszcze lepiej) powodem polemiki, wygrażania wirtualną piąchą (ale jak to, że nie ma tych, no… !), głośnego „ALE CHYBA SIĘ SZALEJU NAŻARŁEŚ ” (…a gdzie szczytowe AT? Gdzie Fosteksy? itd itp). Znaczy dokładnie tak, jak to z wszelkimi rankingami bywa. Także Korona Ziemi to ładne, ale trochę chybione z definicji nawiązanie, znam takich, którzy kolekcjonują i dążą do „zdobycia” wszystkich upragnionych „szczytów”, oj znam. Szanuję i współczuję. I rozumiem świetnie. ;-) To taka zabawa właśnie, do której zapraszam Czytelników, bo jak wiadomo każdy ma swoje typy, swoje „ale wiesz, to jest mój dźwięk, za te to bym się normalnie pokroił” i będzie mógł poprzewracać listę najwybitniejszych, najwspanialszych, bo ma… zupełnie, czy mocno odmienną „the best off”. U mnie, obecnie, wygląda to tak:

1. HiFiMAN HE-1000 SE
2. FAD D8000 Pro Edition
3. Abyss AB-1266 Phi CC
4. Meze Empyrean
5. HiFiMAN Arya
6. Focal Utopia
7. HiFIMAN HE-6SE 
8. Audeze LCD-3
9. Mr. Speakers Ether Flow C(losed)
10. Sennheiser HD-650 (mod.; mid-stock) 
11. HiFiMAN Sundara
12. HiFiMAN HE-400 (rev. 2)
13. Brainwavz Alara
14. AKG K701

Kolejność nieprzypadkowa (patrz pierwsze zdanie), wszystkie są wybitne, niektóre absolutnie genialne, każda słuchawka z osobna to (poza wymagającymi specjalnych warunków like K701 na końcu listy) miód. To moja, ofc bardzo subiektywna, bardzo, lista czternastu „ośmiotysięczników”. To jest to, co udało mi się na tyle dokładnie (minimum miesiąc, z wyjątkiem Abyssów… tu jednak było parę naprawdę długich sesji, także porównawczych sesji) obadać z kilkuset modeli obejmujących wszelkie technologie, poziomy cenowe, generalnie rzeczy do kupienia bez problemu, nawet jeżeli już nieprodukowane (HD-650… bo jest tego na kopy, uwaga na różnice vide czas produkcji), że mogłem sobie pozwolić na stworzenie takiej, osobistej, listy właśnie. Wielu używam na co dzień, wiele spędziło u mnie kwartał, a nawet dłużej było słuchanych (dziękuję za wyrozumiałość producentów / dystrybutorów btw). Trójcy tutaj nie ma z powodów oczywistych – bo to rzeczy dla antykwarycznych kolekcjonerów tylko, także bez prawa wstępu do tego, co normalnie „osiągalne”. Kontrowersyjne? Zawsze tak będzie, bez względu na nasze osłuchanie, doświadczenie, bo to moje, nie Wasze uszy i moje upodobania. Jak wspomniałem – zabawa – ale też pewien, dość określony, wiele mówiący o nas samych (o kimś, kto ma TAK, a nie inaczej) wybór tego, z czym można by spędzić np. wielotygodniową kwarantannę (na czasie), bez opcji opuszczania domostwa (pilnujcie się! Nikt tu nie przesadza, mamy problem, poważny, także siedzieć na czterech literach i słuchać! :) ). Aha, to że planarów tyle, to nie przypadek (wpisuje się to w moje poszukiwanie najlepszej reprodukcji dźwięku na uszach), zaś brak elektrostatów to również rzecz nieprzypadkowa (brakuje im, generalizując, tego, co w reprodukcji dźwięku jest dla mnie niezbywalne, konieczne, by przykuć).

Ehh, gdyby tak jedne i drugie… cóż, nerek by nie starczyło

No fajno, fajno, ale miało być chyba o najnowszych, flagowych FADach? No i jest, przecież jest jak najbardziej. Zdradziłem finał? No oczywiście, tradycyjnie, wszystko wypaplam na wstępie, no znaczy nie wszystko, tylko konkluzję, właśnie – finał – zdradzę. Także, jak kogoś męczy, może już sobie resztę darować (skupiając się na dźwiękach, jakie wydobywają się z jakiejś zacnej muszli), a Ci, którzy jednak z miłą chęcią to wyjaśniam powody tak wysokiego umieszczenia tych słuchawek w swoim rankingu w rozwinięciu. Wspomnę tylko jeszcze, że pierwszy wariant D8000 nie załapałby się, albo też okupowałby ostatnie miejsca na liście 8 tysięczników (nie, nie załapałby się)… tamte słuchawki nie zwróciły mojej uwagi, były bardzo inne, a przecież to tylko kwestia strojenia TYCH SAMYCH przetworników. Porównanie jakiego dokonałem na spokojnie w domowych pieleszach (wcześniej, jako wskazówka, było kilkadziesiąt minut z wygrzanymi egz. na AVS 2019) utwierdziły mnie tylko w tym, że od szczytów do przepaści krótka droga (w sensie, że coś nas chwyta i zachwyca, a coś przechodzi …bez echa, zupełnie bez). Im więcej, tym większe wątpliwości, tym wszystko staje się coraz bardziej… nie wiem… względne? Może to właśnie to, może w tym zalewie propozycji, produktów na kopy, powinniśmy sami sobie powiedzieć (w końcu) pass? Lepsze wrogiem dobrego? Niestety, na nasze nieszczęście, tak to w tym hobby nie działa. To może inaczej – jest mój dźwięk, tylko to, jak pożądliwie wracam do efektora, to już jest TO i po co w sumie drążyć? Ehh można tak się kręcić, próbując złapać ogonek, jak moja kotka Yuki, która z uporem goniła sama siebie, no można tak. Dobra, dość bablania, czas na konkrety.

FADy D8000 Pro Edition są tak dobre, bo…

» Czytaj dalej

Zamiast kolumn? Serio? Serio. Test HiFiMAN HE-1000SE część 1

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_4575

Wracam po dłuższej przerwie z czymś naprawdę nadzwyczajnym, wyjątkowym. To jedyne słuchawki, które mógłbym zaproponować zamiast systemu opartego na wysokiej klasy kolumnach, jako alternatywę. Nawet słuchawkowemu sceptykowi, nawet …bo te nowe tysięczniki oferują taki poziom (posłużę się czymś z wirtualnego świata, świata elektronicznej rozrywki) immersji, tak potrafią wciągnąć bez reszty w to, co dociera do uszu, są tak odległe od tego, czego byśmy spodziewali się po czymś, co spoczywa na łbie, że… Długo zastanawiałem się jak podejść do tego artykułu. Jak zachować dystans do tego, co się przez parę tygodni testowało (każdą wolną chwilę spędzałem z tymi nausznikami, każdą). To nie są bardzo dobre, czy wybitnie dobre słuchawki. Nie. To jest inna rzeczywistość, coś właśnie niespodziewanego, gdzie parę rzeczy (poniżej) na słuchawkach było zaledwie akcentowane, czy pokazywane – właśnie – w słuchawkowy sposób. Mniejsze, bardziej sfokusowane, bez swobody znanej tylko i wyłącznie z odsłuchu stereofonicznych zestawów głośnikowych. Wiedziałem, że po przetestowaniu całego katalogu nowości, najnowszej generacji HiFiMANa, która firmie bardzo, bardzo się udała, flagowce (nie wliczam tutaj Susvarna, bo to trochę jak Orfeusze – tysięczniki to właśnie szczyt) musiały być też wyraźnie lepsze, ciekawsze od tego, co pojawiło się wcześniej.

I są. Modele v1 (artykuł „Pojedynek na szczycie: tysięczniki) i V2, obiektywnie doskonałe słuchawki, które miałem możliwość testować, które (v1) opisałem w megateście, to jest inny poziom umiejętności. Zwyczajnie (choć to wg. mnie szokujące, jesteśmy przyzwyczajeni do niewielkiego progresu, do subtelnych zmian…. nie rewolucji) poprzedniki NIE POTRAFIĄ tego, co wersja SE. To zmiana od razu zauważalna, to żadne tam niuanse. Niebywałe! Dostajemy dźwięk, który wyznacza nowy pułap jakościowy odnośnie słuchawek. W skali – tak, wiem, narażę się na niedowierzanie – bezwzględnej. Jeżeli HiFiMAN będzie dotychczasową drogą skokowego progresu, wyraźnych zmian in plus, wprowadzając rozwiązania z tego co na szczycie niżej to… ludzie, to oznacza że czeka nas bardzo, bardzo ciekawa przyszłość. Pułap 16 tysięcy złotych to pułap abstrakcyjny dla 99% osób, dla których nie jest wszystko jedno (co mają na uszach), a dla reszty jest to ofc 100 (najdelikatniej – pukanie się w czoło), ale… no właśnie – jest szansa, że to czego możemy doświadczyć we flagowcach znajdzie się w przyszłości w środku katalogu, poniżej 10k. Zobaczcie jak wielki skok nastąpił w przypadku Hindusów (i nie tylko), pisałem o tym w artykułach poświęconych Sundarom, Anandom i Aryom oraz nowym szóstkom. Patrz ostatnie recenzje:  SundaraAnandaArya i HE-6SE

Bajka, zdania nie zmieniam (patrz zajawka), a tylko się utwierdzam. Absolutnie wyjątkowe są 

Czy te słuchawki wyglądają na cenę, za którą je wołają? Nie, nie wyglądają. Zresztą, według mnie, żadne słuchawki nie są warte nastu tysięcy złotych. Tu ceny nie winduje obudowa (jak w klamotach), nie ma takich materiałów, drogich komponentów, które by dodawały te, tam kolejne tysiące. Nawet dużo lepiej wykonane nauszniki (vide Focal) to nadal, patrząc przez pryzmat ceny detalicznej, totalna abstrakcja. Utopia ;-) To nie jest zestaw kolumn, to nie wspomniana elektronika, to kompaktowy efektor, który nakładamy na głowę. Dwie niewielkie muszle i pałąk, okablowanie (tak, te bywa jeszcze bardziej oderwane od zdroworozsądkowych realiów odnośnie $$$). Nawet jeżeli niektóre z elementów są obiektywnie zaawansowane technologicznie to nadal ceny (rosnące) słuchawek szokują. Jeszcze nie tak dawno temu najlepsze, najdoskonalsze można było kupić za kwoty nieporównywalnie niższe od dzisiejszej stratosfery. Także tutaj nowe HEKi nawiązują do tego niechwalebnego trendu… szkoda, bo odwracając ofertę producenta, widzę progres jakościowo-funkcjonalny przy zachowaniu zdroworozsądkowej wyceny. Zarzut kierowany do wszystkich (tak Mr. Speakers, tak Audeze, tak Sennheiser, tak Focal, tak… itd, itd.), nie tylko do HiFiMANa, w przypadku HEKów, to jedna z dwóch wad jakie wytykam tym nausznikom. Za drogie – to po pierwsze, materiałowo-jakościowo zbyt odstające od równie niebotycznie wycenionych konkurentów – to po drugie. Ok, odfajkowane minusy. Cała reszta – wierzcie mi, albo nie wierzcie i koniecznie zweryfikujcie na AVS, lub w jakimś salonie, gdzie demówkę dorwiecie – to POEZJA. Czysta przyjemność i rozkosz, coś czego do tej pory słuchając słuchawek (Orfeusze czy K-1000 były na łbie na tyle krótko i na tyle efemeryczno-niemiarodajne, że ich nie wliczam), jakichkolwiek dostępnych do kupna w sklepie słuchawek, nie doświadczyłem. To REFERENCJA. To PUNKT ODNIESIENIA. Bo tylko te potrafią to, o czym poniżej.

Tylko te…

» Czytaj dalej

IKEA Symfonisk Lampka – grające meble… Future-Fi?

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_4087

Miało być i jest. Zapowiadałem, że jeszcze w sierpniu, premierowo, obadam jak ten owoc współpracy Sonosa z IKEA się sprawdza, czy może stanowić tańszą alternatywę dla sonosowych samograjów, czy ma to – mówiąc krótko – sens. Grająca lampka w gabinecie była może nie tyle koniecznością, co wartym rozważenia elementem, bo wcześniej w strefie grał sobie pojedynczy Play:1, a za lampkę robiła… lampka, wyposażona w „inteligentną” żarówę Lightify. Połączenie dwóch osobnych przedmiotów codziennego użytku, integracja – już mniej więcej czujecie o co w tym wszystkim chodzi. Właśnie, chodzi o to, by wyposażenie domu było dopasowane do możliwości, jakie daje nam dzisiejsza technologia, wyposażenie tj. nie tylko urządzenia AGD (co już od dawna ma miejsce), ale także część umeblowania, czegoś co stanowi naturalny element każdego domostwa. W tym tkwi (według mnie) główna idea współpracy szwedzkiego producenta mebli z firmą specjalizującą się w wielostrefowych systemach nagłośnieniowych w ramach stworzonego przez siebie, spójnego, ekosystemu. Sonos wie jak się robi głośniki, wie jak się je integruje, jak ma wyglądać multiroom z wszelkimi najnowszymi technologiami (AI, korekcja pod lokalizację/pomieszczenie, integracja różnych streamów pod jednym adresem – baaardzo ważne i konieczne wg. mnie rozwiązanie). IKEA – wiadomo – meble. Nie najlepsze jakościowo (oj nie), ale o nowoczesnym wzornictwie i bardzo dużej, często jedynej takiej, funkcjonalności na rynku. Pomysł na pożenienie tych dwóch światów to wg. mnie strzał w dziesiątkę. To, co trafiło do sprzedaży w sierpniu, stanowi preludium, początek.

Dwa produkty, każdy realizujący zupełnie odmienne, użyteczne funkcje. U mnie potrzebna była lampka w niewielkim pomieszczeniu, coś co ma mi grać czasami w tle, bez tworzenia strefy stereo (mam pasywne monitory bliskiego pola, które od tego są w gabinecie), jednocześnie coś grającego w tle, w tle niezależenie od miejsca, w którym akurat słucham: fotel przed kompem lub materac na podłodze poniżej parapetu, na którym lampka stoi… no i żeby to słuchanie spełniało osobiste minima jakościowe. Play:1 spełniał te minima. A lampka? Lampka okazała się równie dobra, co produkt Sonosa, nie ustępując mu w swobodzie wypełniania dźwiękiem niedużego pomieszczenia, tutaj bez kierunkowości (wielogłośnikowy układ, dźwięk wielokierunkowy w lampce), jak to (na marginesie) ma miejsce w przypadku tańszego (499) głośnika, który może być użyty również jako półka na książki. W obu przypadkach (tańszy i droższy) można zbudować sobie bazę stereo, w przypadku lampki to pewien wybór estetyczno-funkcjonalny (czy potrzebuję dwóch lampek na blacie regału, jakimś innym miejscu? Odp.: nie bardzo), odnośnie zaś tańszego samograja rzecz przedstawia się moim zdaniem dużo sensowniej – forma aż się prosi o umiejscowienie dwóch takich głośników, które są kierunkowe (jak tradycyjne kolumny głośnikowe) i za pomocą takiej pary faktycznie budujemy sobie strefę stereo. Co prawda wtedy raczej trzeba te głośniki ustawić na sztorc (tak to pomyślano, choć mogą to być nadal dwie – dodatkowo – półki na książki – no kto co lubi). I już.

Świeci i gra

Wtopienie, integracja dźwięku z chałupą to moim zdaniem przyszłość. Głośniki instalacyjne, ale takie prostsze (w instalacji), tańsze (duuuużo tańsze od takich, co do niedawna), łatwiejsze w obsłudze (znacznie) to kierunek. Sama elektronika audio bardzo nam się miniaturyzuje. All-in-one’y to coś, co w katalogach ma już każdy duży gracz w branży. Jednak tym, co robi największą różnicę jest kod. Software który scala, który powoduje, że wszystko ze sobą gra, współpracuje, pozwala na super proste dodawania, rozbudowywanie. Sonos to rozumie, IKEA to rozumie. To jest przyszłość. Tu na poziomie „lifestyle’owym”, choć – i warto mieć to na uwadze – z ambicjami budowania kina domowego (liczne produkty Sonosa, te od IKEA wpisują się w to, bo „półki” mogą robić przykładowo za tylne efekty w firmowej instalacji KD) oraz stereo HiFi na serio (Sonos AMP (mega recka pod linkiem), za moment nowy Connect, instalacje rackowe z wieloma AMPami). Future-Fi? Ano Future-Fi. Czy Sonos jest jedyny? No oczywiście, że nie jest – przykładowo Japończycy bardzo mocno integrują (Yamaha, Denon, Onkyo etc), wchodzi w temat Arcam, jest też z najbardziej całościowym podejściem NAD (własny system OS, instalacyjne, Dirac itd). Najważniejsze było (już w czasie przeszłym, bo się udało) uczynienie tego wielostrefowego, ekosystemowego rozwiązania nagłośniającego domy przystępnym cenowo i ŁATWYM W OBSŁUDZE. I to się udało, a wraz z produktami IKEA to, co powyżej, wędruje do strzech i moim zdaniem jest skazane na sukces.

IKEŁA

Dzisiaj każdy sprzęt grający, mający być na czasie, nowoczesny, nieodstający, uzależniony jest od tego, co kluczowe – od software’u. Od dawna o tym piszę na łamach HDO, podkreślam rolę oprogramowania, które staje się nie tylko immanentną częścią toru audio, ale ma przemożny wpływ jak nam to zagra, jak to obsłużymy i co będziemy mogli (w ramach systemu) osiągnąć. Otwartość na rozwój, na ewolucyjne zmiany, na dodawanie funkcjonalności, na implementację AI. To konieczność dzisiaj. Software Sonosa jest najlepszy w swojej klasie. To coś więcej niż tylko aplikacja do zawiadywania, konfigurowania, to coś dużo, znacznie bardziej rozbudowanego. A jednocześnie bardzo prostego w obsłudze. Bardzo. Agregacja treści – cholernie ważna rzecz – tu jest jedyna w swoim rodzaju, nikt inny, na takim poziomie, nie integruje Wam streamów, a tych w Sonosie jest na kopy, właściwie nie ma takiego, którego by brakowało. To prostota, to wygoda, to brak konieczności przełączania się, niewygodnego buszowania po osobnych aplikacjach dostarczycieli treści. To przyszłość, wróć, to teraźniejszość. Jak skojarzymy to z AI, głosowym sterowaniem to mamy komplet. W Polsce już w aplikacji identyfikują się asystent Google oraz Alex-a …czekamy na odpalenie w rodzimym języku (tego – zapewne – pierwszego z wymienionych). Tak to ma działać, właśnie tak. Ale to dopiero początek, bo ekosystem Sonosa to też integrowanie w ramach aplikacji firm trzecich. Macie ulubionego playera / front-enda i nie chcecie z niego rezygnować, ba potrzebujecie go, bo wasze „duże HiFi” gra za pośrednictwem? Ano tutaj nie ma żadnych przeszkód, by Sonos nam zaświecił w Roonie przykładowo (oczywiście głośniki IKEA też się zgłaszają, co oczywiste, pod tym front-endem), czy w świetnym VOX Player (z nieograniczoną prywatną chmurą w ramach abo, gdzie możecie trzymać nawet DSD256 c.a 1.5GB na album ;-) ). Wszędzie tam i w wielu innych można sobie wykupić, albo po prostu mieć w standardzie Sonosy obsługiwane. I to robi różnicę. Zasadniczą robi.

Zawiadywanie strefami: proste, łatwe i przyjemne

 

Pod Roonem, elegancko

Dodawanie nowych sono-głośników to – jak wiecie (patrz nasze testy produktów Sonosa: tu i tutaj) – buła z masłem. Chwila mazania po ekranie i już. Trochę więcej czasu zajmuje utworzenie nowego sonosowego systemu, początek przygody, ale tylko trochę więcej. Wszystko jest do bólu proste, nieskomplikowane. Dodajemy kolejne, kalibrujemy (TruePlay – patrz powyższy wpis) i kolejna strefa, kolejne głośniki grają nam w domostwie. Polecam tanie jak barszcz akcesorium, router Bridge, który dodatkowo ułatwia instalację, bo niweluje nam ewentualne białe strefy (gdzie sygnał jest nie ten teges), pozwala także na udostępnienie skrętki (także innym sprzętom) w ramach sonosowej sieci mesh. To co dzisiaj, na marginesie, jest bardzo zalecane, nowoczesne, tj. bezprzewodowe sieci mesh (z pkt dostępowymi) to coś, co Sonos miał od samego początku, na czym bazował cały jego system. W odróżnieniu od innych rozwiązań na rynku, tutaj nie będzie problemów z łącznością, nie będzie przerw w graniu, problemów z nawiązywaniem łączności, jakiś fuck-up’ów. To po prostu działa.

Agregacja treści – klucz do sukcesu

AirPlay

Lampka integruje. Jest żarówa, co ją z apki oraz via AI/IFTTT sobie ustawiamy/sterujemy/automatyzujemy, jest głośnik. Jeden kabel. Sama lampka w kolorze białym wygląda dobrze, wygląda – jak lampka – trochę przerośnięta, ale dzięki kolorystce i wzornictwu nienachalnie, nie jest to coś, co stanowiłoby problematyczny element wyposażenia. Nie. Spełnia dokładnie to zadanie, które miała wypełnić. Świeci i gra. Sterowanie fizycznymi przyciskami jest dokładnie takie samo jak w przypadku głośników Sonosa, zamontowane są w podstawce „talerzyku”, dioda dyskretnie oświetla maskownicę od spodu, a fizyczny wł/wył światła dopełnia całości. Umownie „z tyłu” znajdziemy LAN i niewielką metkę Sonos/IKEA, która pozwala na zdjęcie maskownicy (celem wyczyszczenia). AI działa, ale za pośrednictwem innych, wyposażonych w mikrofony sono-speakerów (u mnie One), bo lampka mikrofonów nie ma (dla mnie to plus). Wszystko odbywa się za pośrednictwem firmowej apki, ale też -jak wyżej wspomniałem- nie ma przeciwwskazań, by użyć innych programów odtwarzająco-zawiadujących, tych które są kompatybilne z Sonosem. Nie ma żadnych przeciwwskazań. To wszystko powyżej decyduje o tym, że Sonos na tę chwilę nie ma alternatywy (na poziomie funkcjonalności, w tej cenie). W lampce gwintujemy wspomnianą żarówkę Osrama, mając jabłka – dodatkowo – korzystamy z wszelkich dobrodziejstw AirPlay 2. Tu na marginesie taki hint – jak nie macie kinodomowych sonosów, a chcecie szybkiej integracji z TV (nie ma tu AUX, optyka, BT – także niby zero szans) to streamer AppleTV (tak, bez tego się nie obejdzie, ale stare gen. są taniutkie) i w ustawieniach dajecie akcesoria AirPlay i wyszukujecie sobie Waszego sono-głośnika. I już.

  

I tak to sobie tutaj integrujemy

No dobrze, na koniec, jak to gra zapytacie? Ano gra jak Play:1/One, w pewnym uproszczeniu. Dźwięk ma tę samą swobodę, nie katuje basem (chyba, że chcemy), ładnie – nawet gdy cicho – sobie to gra, przyjemnie dla ucha. W przypadku konfiguracji mono, w małym pomieszczeniu naprawdę niczego więcej nie potrzebujemy (w przypadku takiego produktu). Tak, to słuchanie w tle (zazwyczaj), ale także bez ujmy, gdy leżymy, leci jakaś neto-rozgłośnia i ta lampka sobie całkiem satysfakcjonująco poczyna. Nie ma tu żadnych ewidentnych wad, w tym graniu. To jest poziom lepszy od dowolnego głośniczka BT, jest także lepiej od niewielkich, wolno stojących kolumienek samogrających konkurencji (mono), o zbliżonych gabarytach. Widać, że Sonos (bo Sonos odpowiadał za to co gra, forma to IKEA, ale cała reszta to Sonos) wie jak to się robi, wie od wielu lat, konsekwentnie rozwija swoje i robi to dobrze. Mamy pełne pasmo, bez niedomagań, to nie jest (mono) alternatywa dla HiFi – oczywista sprawa – ale też w rozbudowanych torach, z parami, już nie mówiąc o AMPie… Ten głośnik idealnie nadaje się do gabinetu, sypialni – wszędzie tam, gdzie chcemy mieć coś, co nam zagra w tle, albo niezobowiązująco dla czystej przyjemności. To – trochę jak – słuchanie niewielkiego, tranzystorowego radyjka z ambicjami (Tivoli), gdzie mimo że to mono, mimo że nie HiFi, mimo że małe, to słucha się wybornie i nie da się tego nie lubić. Tutaj to też macie. Innymi słowy, za 799pln (o 200 taniej niż One, w zbliżonej cenie :1) macie coś więcej: funkcjonalny mebel, który spełnia obie funkcje tj. świeci oraz – dla nas najistotniejsze, prawda? ;-) – gra na poziomie pełnej satysfakcji. Nasza gorąca rekomendacja.

Czego chcieć więcej? Ano nowych, grających mebli Sono-IKEA…

PS. Nie ma danych, specyfikacji, bo producent o niczym takim nie wspomina. Może Sonos u siebie, na stronie, o tym wspomni? Wypadałoby. W przypadku IKEA ten typ tak ma, ale przyjemnie byłoby się dowiedzieć coś więcej na temat.

Nawet w trudnym akustycznie pomieszczeniu będzie grało (jeden z Sonosów gra w łazience).
Kalibracja TruePlay pod lokalizacje? Zdecydowanie użyteczna sprawa

Galeria poniżej wieczorem aktualizacja (na fb będzie z opisami):

» Czytaj dalej

Recenzja przetwornika Auralic G1 – VEGA pożeniona z siecią

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_0155

VEGA. Jeden z najlepszych przetworników na rynku. Maszynka do wyciągania zer i jedynek z komputera (bo to głównie za to chwalono Vegę, to właśnie komputer był tu na pierwszym miejscu, ten DAC kupowany był z myślą o źródle komputerowym). Sprzęt drogi, ale jeszcze przystępny cenowo, jeszcze nie atakujący dla wielu „magicznej” granicy 10k za klamota. Nowa odsłona to poważna zmiana koncepcji, to z jednej rozszerzenie, z drugiej zaś… przekroczenie przez producenta Rubikonu, to znaczy przekroczenie umownej granicy i to bardzo konkretnie. Nowe serie G: G1 i G2 to cenowy high-end, a biorąc pod uwagę całą ofertę to propozycja dla osób, które mogą pozwolić sobie na nieograniczone wydatki na hobby, zwane, odtwarzanie muzyki w domowych warunkach. Mamy zupełnie inny pułap cenowy. Auralic z jednej strony oferuje bardzo taniego Ariesa Mini (Aries duży też już w high-endach, bo też linia G), a potem długo, długo nic i drogie klocki. Trochę tego nie rozumiem. Są w sprzedaży (jeszcze) starsze modele, ale ich żywot rynkowy (poza wtórnym) dobiega definitywnie końca. Dla mnie to mało zrozumiała decyzja, wyraźnie brakuje klamotów z przedziału 3-8k. Cóż, taki mamy klimat. Dzisiaj wielu producentów za punkt honoru stawia sobie wyścig zbrojeń w cenowej stratosferze. Nie pochwalam, uważam to za brak szacunku wobec potencjalnych klientów. Jakby nie patrzeć, stratosfera, od zawsze była zarezerwowana dla nielicznych. Widać pewien niepokojący trend w elektronice, podobnie jest ze słuchawkami (z chlubnymi wyjątkami). Wszędzie, chcą więcej, niekonicznie adekwatnie, a coraz częściej nawet gorzej – oferując mniej (funkcjonalność) za więcej (pieniędzy).

Dobra, dość marudzenia, czas przedstawić jegomościa. G1 to maszyna znakomicie wykonana. To kawał skrzyni. To na bogato. Tak. Widać, że Auralic chce więcej za konkretne więcej. Przynajmniej odnośnie aparycji, wyglądu, formy – ten sprzęt niewątpliwie kojarzy się ze stratosferą, mimo poczynionych względem jeszcze droższego G2 cięć (materiały, nie forma), prezentuje się wyśmienicie. Duże, ciężkie bydlę. Niby tylko DAC, bo przecież jw. VEGA to DAC, ale jednak nie tylko DAC, a coś więcej. Tak więcej, bo mamy tutaj przedstawiciela nowego pokolenia tj. sprzętu skojarzonego z siecią, tak zwanego streaming DACa. Strumieniujący, czytaj, uniezależniający się od transportu komputerowego, co jest tu niewątpliwie warte odnotowania. Odpada często kłopotliwa rzecz, jaką jest odpowiedni, dobry, dedykowany PC pod audio, ale też rodzi to pewne konsekwencje, o czym przeczytacie poniżej. Także mamy taką opcję i rzecz jasna grzech byłoby nie skorzystać, prawda? No dobrze, ale przecież to VEGA, to przetwornik, coś – także – do połączenia źródeł, dodatkowo preamp cyfrowy, bo VEGA to także potencjometr. Odpowiemy sobie zatem na pytanie, czy ta droga maszyna może być kluczowym (bo przecież gała i dekodowanie) elementem toru i to takiego toru, który kosztuje w sumie kilkadziesiąt tysięcy (high-end, jeszcze nie zahaczający o poziom handlu narządami). Ten G1, dodatkowo, coś ma i czegoś nie ma (co bardzo było przez niektórych krytykowane). Ma dwa jacki, jest więc także – niby – docelowym rozwiązaniem pod słuchawki. W końcu tyle kosztuje, więc powinien… Nie ma natomiast kieszeni na dysk w środku, nie ma USB dla zew. nośników, nie może być rozpatrywany jako lokalny, muzyczny serwer, bo takiej funkcjonalności po prostu tutaj nie przewidziano. Może być końcówką (end-pointem) dla takiego Roona, ale samodzielnie z ograniczeniami wynikającymi z przyjętej koncepcji. Jak chcemy budować system all-in-one z własną kolekcją lokalnie, to trzeba kupić Altaira. Tak to sobie w Auralic-u wymyślili. Także macie Mini za około 2k, który ma „wszystko”, potem długo, długo nic, jest Altair G1, potem długo, długo nic i VEGA G1 – taki podział, jak wyżej. No i stratosfera (G2). Albo, albo. Czy to dobrze, czy źle, pozostawiam finalnie Waszej ocenie, ja skupię się na tym, co fabryka dała, bo wg. mnie… nie wszystko tu wyszło tip-top, nie wszystko.

Zapraszam…

» Czytaj dalej

W poszukiwaniu uniwersalnego: NAD C368 z modułami MDC – recenzja

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180718_063332413_iOS-600x437

A gdyby tak, a gdyby tak mieć coś do wszystkiego, przy czym to coś miałoby zadawać kłam powiedzeniu: „jak jest do wszystkiego, to do niczego”. Nikt nie przetestował tego klamota w ten sposób. To w ogóle głębszy problem z recenzjami produktów… zazwyczaj są bardzo pobieżne, koncentrują się tylko na wycinku, zazwyczaj pisane są zaraz po premierze, albo niedaleko (w sumie, trudno się dziwić, bo przecież użyteczność marketingowa, bo życie produktu obecnie bywa krótkie), zazwyczaj z lektury nie dowiemy się zatem, czy sprzęt potwierdził swoje możliwości (wsparcie, rozwój oprogramowania…), czy można i ile można było wycisnąć ze skrzyneczki. Ten schemat bywa strasznie irytujący, właściwie stanowi zaprzeczenie istoty rzeczy: albo o czymś wypowiadamy się całościowo, autorytatywnie, starając się nie pominąć tego, co stanowi istotę, albo jest po łebkach i tak naprawdę jedyne, co można wyczytać, to dane nadesłane przez producenta z opisem potencjalnych możliwości. Nawet obserwacje z odsłuchów bywają w takich okolicznościach przyrody niemiarodajne, albo przynajmniej niepełne. Tak, moi drodzy, recenzenci powinni (zaczynając od niżej podpisanego) informować czytelników o tym, jak długo egzaminowali i jak dogłębnie egzaminowali pacjenta tj. klamota. Taka informacja powinna być obligatoryjna. Jak ktoś spędził parę wieczorów ze skrzynką to – powiedzmy sobie szczerze – niewiele wie o tym co, to, to potrafi. To nie jest miarodajny test, miarodajna ocena. Dlatego lepiej wg. mnie mniej, nie na wyścigi (znaczy jak już egzemplarz testowy nie jest na za dwa tygodnie, tylko może się testować długo i namiętnie), jak się (to zawsze pomaga – pozwala zaoszczędzić czas) porządnie rzecz wygrzała, pograła sobie wcześniej. W przypadku opisanego w tytule delikwenta z „przyległościami” (karty ;) ), mieliśmy przyjemność badania przez okrągłe cztery miesiące z okładem. To wystarczająco długo, by móc jw. autorytatywnie wypowiedzieć się o testowanej integrze.

NAD C368 to konstrukcja przełomowa. NAD idzie w najnowszej, klasycznej, najważniejszej (zarówno wizerunkowo, jak i zapewne handlowo) serii, dalej niż w poprzednikach, definiuje na nowo możliwości, potencjał nowoczesnego wzmacniacza zintegrowanego. Tak, właśnie tak, a dodatkowo robi to nie na pół gwizda, nie że może w następcach coś tam doda, tylko od razu robi to jak należy – integruje WSZYSTKO, nie zapominając o żadnym szczególe, a całościowo wychodzi naprzeciw idei FUTURE-FI. Sprzęt, aby być zgodny z tym „future” nie tylko potrafi odnaleźć się w cyfrowym świecie (co dzisiaj stanowi standard), a więc jest zdolny do współpracy z licznymi źródłami, komunikacji sieciowej, obsługi nie tylko za pośrednictwem tradycyjnego pilota. Nie. Future-fi moi drodzy, to kompleksowe rozwiązanie SYSTEMOWE, a precyzyjniej EKOSYSTEMOWE. To coś dużo i znacznie większego. I NAD robi tutaj robotę. Dzięki modułowości rozszerzamy, to nic nowego w HiFi, ale tutaj de facto tworzymy coś nie tylko łączy świat audio z światem video, nie tylko uzupełnia możliwości o sieć i system operacyjny audio (bo tak to trzeba zdefiniować), ale otwiera możliwości budowy wielostrefowego, kompleksowego rozwiązania i to – jeszcze – w oparciu o kilka alternatywnych opcji softwareowych. Jest BluOS, ale jest i Roon, jest także JRiver. W przypadku rozwiązania firmowego tworzymy coś na kształt sieciocentrycznego systemu złożonego z BluOSowych klamotów, które dogadują się w ramach swojego protokołu i INTEGRUJĄ każdy rodzaj źródła, jaki podepniemy do wzmacniacza. Gramofon strumieniowany do innego pomieszczenia? A jakże! Chęć posłuchania sobie szpuli albo srebrnego krążka w kuchni (samograje Bluesound), na patio, gdziekolwiek… także na innym, starym systemie uzupełnionym przez streamery…. systemowe end- pointy. Dalej, mamy także możliwość rozszerzenia i uzupełnienia możliwości o najnowsze pomysły z dziedziny DSP oraz korekcji (Dirac), możemy cieszyć się z nowych serwisów, z obsługi wszystkich bezstratnych & hi-resowych streamów (Tidal HiFi/MQA, Qobuz oraz Deezer HiFi), z dodanej wreszcie w najnowszych modułach, klamotach obsługi DSD.

Blu

Jak dodamy sobie do tego kino i to pożenione ze wspominanym softwarem Dirac, oferowanymi przez producenta możliwościami rozbudowy ekosystemu o klamoty obsługujące dźwięk obiektowy (oraz starsze formaty kina domowego) oraz najnowsze rozwiązania z zakresu wizji (4k, HDR) to wyraźnie widzimy, że ktoś tu sprawę przemyślał bardzo gruntownie. W przypadku C368 punktem wyjścia jest kino z dźwiękiem stereofonicznym, ale to nie koniec drogi uzupełniania, rozbudowy. Pamiętacie, niedawno wspominałem o cyfrowym przedwzmacniaczu, dla – chyba- niepoznaki nazywanym przez NADa „streaming dakiem”. Bohater niniejszego wpisu potrafi współpracować z nowym C658, potrafi wraz z końcówką C268 stworzyć dzielony system o potężnej mocy, a to jeszcze nie wyczerpuje wszystkich możliwości. W opracowaniu są moduły dające możliwość wejścia w świat wielokanałowego dźwięku nie tylko w najdroższej serii Masteres. Innymi słowy, budujemy sobie w oparciu kompleksowy system, kompletny, pozwalający na integrację każdego możliwego źródła. Integratorem jest tu NAD i – jak ktoś nie chce bawić się w alternatywy – tylko NAD. Protokoły mamy też wszystkie jak leci: AirPlay2, DLNA/uPnP, Spotify Connect, Cast… do wyboru, do koloru. Po tych paru miesiącach maglowania C368 z modułem BluOS oraz HDMI uświadomiłem sobie, jak istotne, jak kluczowe jest zrozumienie przez producenta złożoności, ogromnej rozpiętości dzisiejszych technologii. Dopiero umiejętność połączenia wszystkiego w jeden, bezproblemowo działający, dogadujący się, integrujący serwisy, usługi ekosystem, znajomość i wiedza na temat systemów operacyjnych, protokołów sieciowych (i w ogóle działania infrastruktury sieciowej… NAD jest jedną z nielicznych w branży firm, które ten temat znają od podszewki i wykorzystują ten potencjał) przynosi optymalny rezultat, daje użytkownikowi stabilny, otwarty na to co przyniesie przyszłość SYSTEM. Trzeba na to popatrzeć nie przez pryzmat OLD-Fi, gdzie wystarczyła łączówka, gdzie – owszem – mogło nie być synergii, ale gdzie poziom złożoności (nie chodzi o obsługę, o UI/UX… tu NAD wykonał kawał dobrej roboty i jest ergonomicznie, jest prosto, jest przejrzyście, dobrze jest) jest nieporównywalnie większy, gdzie mówimy o czymś, co w całym cyklu życia podlega modernizacji, transformacji, ulepszaniu i rozszerzaniu (możliwości).

To wszystko stanowi nową jakość, zapowiedź tego co już teraz, a zaraz wszędzie (jako pewien standard) zafunkcjonuje na rynku. NAD nie byłby sobą, gdyby nie uwzględnił w ostatnich swoich pracach także kontrowersyjnego tematu jakim jest AI. Przy czym tutaj raczej chodzi o podstawowe możliwości sterowania (w tym kierunku, póki co, to zmierza). Rzecz jasna nie da się wykluczyć, że w przyszłości taki M10, albo kolejny tego typu klamot, będzie nie tylko reagował na nasze komendy głosowe, ale jeszcze nam coś odszczeka. Jak future, to future. Nie wykluczał bym żadnej możliwości, w końcu idziemy w kierunku agregacji wszelkich treści multimedialnych, z opcją interakcji człowiek – maszyna (począwszy od rekomendacji,  poprzez uzupełnianie wiedzy, informacji, a – na razie – kończąc, na alternatywnych wątkach, zaangażowaniu użytkownika w przebieg narracji). Trudno powiedzieć dokąd nas to zaprowadzi, nie o tym jednak miał być wpis, wracam do meritum: czas na przedstawienie potencjału doposażonego C368, pokazać Czytelnikom co daje Future-Fi w praktyce.

Zapraszam!


» Czytaj dalej

Audiobyte Black Dragon – znacznie więcej niż przetwornik

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_4306

Są takie klamoty, które nie wymagają specjalnej reklamy, nie trzeba o nich za wiele mówić. Wystarczy posłuchać. Audiobyte/Rockna (do wyboru) wywołuje wśród zorientowanych przyspieszony puls, występują poty, wiruje w głowie… nie, mówię całkiem serio, te przetworniki (bo głównie z przetwarzaniem cyfry na analog kojarzymy Rumuna) zdobyły sobie uznanie na całym świecie. Podobno producent nie nadąża z produkcją, spóźnia się z terminami (o, to dokładnie jak niżej podpisany) i ogólnie ciężko się z nim żyje. No ale tak mają geniusze, że cholernie trudni w pożyciu (nie, uprzedzam, nie mam tu na myśli niżej podpisanego – może w pożyciu źle nie jest, ale do geniusza brakuje i to sporo), że irytujący, że czasami coś tam zgrzyta (bo geniusze to zazwyczaj nie perfekcjoniści) i o tym też w tej recenzji przeczytacie. Przeczytacie, bo jestem wredna małpa w czerwonym i zawsze się do czegoś przyczepię, ale to przez wzgląd na szanownych Czytelników, żeby byli świadomi co tam w środku piszczy, do piwnicy opisane, żeby nie pozostawiać żadnych niedomówień, napisać „jak jest” :P .

Od razu, na wstępie, napiszę, że tytułowy klamot może być zupełnie swobodnie rozpatrywany w kategoriach docelowych, szczególnie przez wzgląd na atrakcyjną cenę. Właśnie, docelowy, to zazwyczaj w audiofilskim świecie bezwstydnie drogi. Otóż, tutaj zupełnie NIE, a nawet mocniej – to (podobnie jak z Matrix X-Sabre Pro) prawdziwa okazja. Można mieć coś zamykającego temat za mniej niż dychę. Mówimy o fundamencie, nie tylko przetworniku, ale także czymś pod słuchawki (SE) i cyfrowym pre, doskonale współpracującym z aktywnymi monitorami. Dla kogoś, kto szuka minimalizmu (przykładowo Genelec-i, HEk SE i już) to właściwie wszystko. Nawet lepiej niż w przypadku wspomnianego Matriksa, bo tam słuchawek nie podepniemy i trzeba będzie doinwestować (ale już niedużo) w świetnego firmowego HPA-3B, albo SMSL SP-200 (niebawem test – prawdziwa rewelacja btw!), znaczy w jakiegoś słuchawkowego ampa.

Smok

Dobra, dość wycieczek, skupmy się na głównym bohaterze. Czarny Smok duży nie jest, taki smoczek raczej, jak mój redakcyjny M1HPA Antosia (Musical Fidelity) mniej więcej, znaczy kompaktowa forma, a nie duży klocek. Jako że nazwa obliguje, nie znajdziecie tutaj żadnego innego wybarwienia i dobrze. Czarny więc cały do tego czerwony, diodowy displej, trochę srebrnych manipulatorów i jacek na czołowej, grubej, alu skręcanej płycie. Z tyłu schludnie – balans (bardzo ważny tutaj, bo całość toru wyraźnie pod symetryczne granie dedykowana), RCA na wyjściu i bateria cyfrowych przyłączy z I2S (fizycznie HDMI) oraz AES/EBU …także niczego tutaj nie brakuje. W rozwinięciu przeczytacie o technikaliach, warto zgłębić, bo też ten daczek nie jest zwyczajny (płyta gotowiec, blue-print do kupienia w chińskich wzorcowniach, standardowa implementacja… niczego takiego tutaj nie znajdziecie), znaczy oryginalny to opracowanie, zupełnie do nikogo niepodobne.

No i całe szczęście, bo jak na wstępie zeznałem… geniusz ujawnia się w niestandardowym podejściu, w przekraczaniu granic, w pójściu pod prąd. Dawno już zaśniedziałe, nieaktualne (w Jabcu znaczy się) „Think Different”. Nucu Jitariu – człowiek który stoi za tym projektem – to ktoś, kogo najwyraźniej nie zadowala stan zastany, to ktoś kto postanowił zrobić rzecz po swojemu. Zdolny inżynier z wizją, człowiek trochę orkiestra, można powiedzieć Renesansu, facet z pasją do tego, co robi. To ważne, bo ludzie z pasją nie idą na skróty, a Nucu postanowił dać ludzkości sprzęt audio przenoszący użytkownika do lepszej rzeczywistości. I wiecie co? Udało mu się to naprawdę bez pudła. Choć nie bez chropowatości, nie bez wad, ten Czarny Smoczek wart jest każdej wydanej nań złotówki…

Audiobyte Black Dragon

» Czytaj dalej

Sonore microRendu z PSU CIAUDIO – megatest HDO

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20181127_190606973_iOS

…Tym razem będziemy długo testować tego grzdyla, oj długo i nie tylko pod Roonem (choć głównie, ale nie tylko). Będzie HQPlayer, będzie też o najnowszym wypuście oprogramowania smallgreencomputer (wersja 2.7 czytaj integracja streamu Spotify, sporo poprawek dotyczących obsługi dźwięku 1 bitowego itd/itp). Także kompleksowo sobie potestujemy, myślę, że recenzja będzie składała się z paru rozdziałów… bo to nie jedyny end-point jaki planujemy skonfrontować z naszymi bezkompromisowymi wymaganiami. Ma być bezobsługowo, ma być bez ograniczeń jakościowych, to znaczy, że musi radzić sobie z sygnałem DSD512 w konwersji PCM@DSD, musi wpasować się w multistrefowe granie, musi działać bezproblemowo z naszymi silnikami DSP (kilka różnych plus wtyczki), ma być oczywiście pasywnie, ma oferować wiele możliwości w zakresie sterowania (pełna elastyczność w tym zakresie)…

Mhm, tak właśnie było, długo i – nie ukrywam – z dużą przyjemnością, „męczyłem” tytułowy zestaw. Mówią: chcesz najlepszy komputerowy transport, myślisz – Rendu. I coś w tym jest. Wyspecjalizowane, zaprojektowane wyłącznie w jednym celu: dostarczenia sygnału zero-jedynkowego do DACa bez mielizn, bez problemów, jakie stanowią zmorę komputerowego audio. To ma być portal, pomost między tym co z internetowej sieci (na upartego można podpiąć dysk, można zrobić z tego mini serwer, czy też samodzielne źródło – odtwarzacz) strumieniem na żądanie wpada (LAN) a audioklamotami tj. jakimś DACzkiem (USB – choć, właśnie, jest już mod na światłowód, jak ktoś woli taki sposób transmisji sygnału). Małe, niepozorne, a stanowiące jeden z kluczowych elementów toru grającego z plików. Bo, niestety, ale komputerowe źródło nie może być „jakieś”, musi być odpowiednio skonfigurowane, a najlepiej zoptymalizowane, czy – właśnie – wyspecjalizowane. Można kupić streamer, czy obecnie kupić wszystko w jednym (coraz częściej) i darować sobie lekturę niniejszego testu. Owszem – można, tyle tylko, że poziom jaki możemy osiągnąć za pośrednictwem takiego plikowego transportu (tak był przez 99% czasu testowany) to poziom najdroższych strumieniowców, to poziom prawdziwe high-endowego klamota, który potrafi samodzielnie (bardzo, bardzo mało takich) przyjąć strumień, dokonać jego konwersji w locie (PCM-DSD 22,x MHz aka DSD512) i wypluć to przetworzone w trzewiach na kolumny czy słuchawy. Ciężka sprawa. Wymaga to bardzo potężnej mocy obliczeniowej. Tak, można posiłkować się …komputerem, to znaczy zbudować sobie system oparty na front-endzie (wiadomo jakim) i to w obu przypadkach jest rozwiązanie najrozsądniejsze. Tyle, że taki microRendu z takim jak w tytule wpisu PSU (nie pomijamy tego, to być musi) to śmieszne pieniądze w porównaniu ze streamerem, który będzie w stanie przyjąć (w tej opcji takim samym pomostem dla sygnału jak Rendu) strumień o wspomnianych powyżej parametrach. Ktoś tu zaraz zaprotestuje – serio, warto kruszyć kopie o te konwersję, warto się napinać, żeby te wyczynowe DSP mieć? Cóż, według mnie cholernie warto.

Zgrzytem był płatny (20$) upgrade OS do wersji 2.5, obecnie najnowszy wariant to 2.7 

Poza microRendu obecnie w ofercie Sonore jest parę innych, znacznie droższych, transportów PC audio oraz serwerów

Platforma systemowa (OS) Sonicorbiter daje nam takie, jak wyżej, możliwości. Jest elastyczna, oparta na upichconym pod kątem audio kernelu / jądrze, gdzie całość przyporządkowano jednemu: muzyce. A konkretnie pobraniu streamu z sieci, integracji w jednej z dostępnych w oprogramowaniu opcji softwareowych, to znaczy wybrowi odtwarzacza / front-endu, czy sposobu transferu muzyki w ramach któregoś z dostępnych protokołów i przesłaniu tego via USB do DACa. Domena cyfrowa. Transport komputerowy. Mhm, tylko że w założeniach tego komputera „ma nie być”, ma być dla nas (i dla sygnału) TRANSPARENTNY. To kwestia psychologii i technologii… już tłumaczę, co mam na myśli. Otóż dla kogoś, kto nie ma ochoty widzieć PC jako źródła dźwięku, stawiać standardowy komputer osobisty, wszystko jedno w jakiej formie by on nie był, jako obowiązkowy element toru gdzie grają pliki, chce za wszelką cenę uniknąć sytuacji, w której ten komputer JEST WIDOCZNY, czy JEST OBECNY (nawet jeżeli sprytnie gdzieś zakamuflowany, ukryty) i wymaga typowej dla PC obsługi. Nie chce tego, kłóci mu się takie rozwiązanie z wizją systemu, gdzie WSZYSTKO przyporządkowane jest WYŁĄCZNIE muzyce. W takiej sytuacji albo kupuje sobie streamer, co od razu oznacza ograniczenia funkcjonalne (do niedawna obsługa DSD tylko do poziomu DSD64, brak integracji z wieloma programami, front-endami audio, brak elastyczności w zakresie obsługi silników DSP, tylko czasowe, zazwyczaj krótkie wsparcie i do tego niezbyt obfite w usprawnienia, nowości…), oznacza że dokonujemy pewnego, mocno ograniczonego funkcjonalnie, wyboru.

» Czytaj dalej

Przeszedł bez echa, a szkoda: opowieść o Koktajl HA500H

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_0110

Już w pierwszych wrażeniach zrobił wrażenie. Zresztą nie tylko na mnie (patrz fota poniżej). Tak, zdecydowanie spodobał się głównemu recenzentowi sprzętu od strony że tak powiem fizykalno-emisyjnej. Także „Romuś approved”. Skrzynka robi się ciepła, choć bez przesady, także musi mieć coś jeszcze, coś co powoduje takie właśnie okoliczności po powrocie do domu (i cyk, łapiemy za słuchawki i słuchamy, też tak macie? ;-) ). To klamot, który przeszedł zupełnie bez echa i aż dziwne, że bez bo wg. mnie to bardzo udana konstrukcja, ba uważam że lepsza od utytułowanych odpowiedników (mam tu na myśli inne, droższe, DAC/PRE/AMPy słuchawkowe jak np. RIP Oppo Sonata słuchany czasami u znajomego, M2Tech Young 3 generacji przetestowany u nas, czy bardzo kosztowny klamot Sony’ego opisywany przeze mnie przy okazji wizyty w Berlinie na IFA). Podaję odpowiedniki cenowo-konstrukcyjno-kategoryjne, trochę przypadkowo, ale też myślę dość dobrze obrazujące w czym rzecz – od specjalistów nie z Chin (gdzie znacznie taniej), a z umownego „Zachodu”.

Romuś

…approved! :P

Także dwukościsty (bo na dwóch kościach ESS starszej niż obecna generacji tj. 9018K2M) Koktajl to taki prawie, że wszystkomający sprzęt, prawie, bo też nie jest to (popularne w obecnych czasach) streaming DACa, a „jedynie” maszynkę z BT do lokalnego, okazjonalnego słuchania czegoś tam w tle ze smartfona… niby minus, ale wtedy gdy HA500H wchodził na rynek takie strumieniujące paczki były jeszcze niezbyt często spotykane. Przy czym trzeba nadmienić, że dzisiaj w okolicach 10-chy sieć jest już raczej obowiązkowym elementem takiego klamota i nie wypada nie mieć LANu, bo to wstyd i hańba ;-) Jako się jednak rzekło wcześniej, klamot swoje na liczniku od premiery już ma, specjalnie nikt tego nie tykał (nie testował znaczy się), co jak nadmieniłem w tytule, smutek na mem obliczu uskutecznia, bo skrzynka przez te parę tygodni męczenia pokazała swoją wartość, niemałą wartość, jako rzecz pod słuchawki (po pierwsze i nie dziwne, w końcu z takim zamysłem projektowano HA500H) oraz (po drugie) jako cyfrową centralkę z całkiem sensownym (choć nie bez wad, o czym poniżej) pre pod końcówki albo *u nas pod studyjne, aktywne monitory.

Przypomnę, co tam naklikaliśmy po pojawieniu się klamota u nas, szło to mniej więcej tak (uzupełnione o wnioski na finiszu testu):

» Czytaj dalej

HiFiMANy HE-6SE… legenda powraca w nowej, odświeżonej formie

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20181128_185614200_iOS

Wygodniejsze, nieco lżejsze, tak samo trudne do wysterowania, wymagające 2W na kanał, kosztujące więcej, ale poniżej 8k. Fenomenalny bas. Na razie to jest coś, co do mnie przemawia „na wstępie”. Fenomenalny czyli wielowymiarowy, namacalny, organiczny, świetnie zdefiniowany… wiecie, u mnie bas jest bardzo, bardzo istotnym składnikiem pasma, to danie główne, bez którego nie ma zabawy. Tu jest. I to jaka! Druga rzecz, ale wymagająca jeszcze sprawdzenia w paru przygotowanych na okoliczność recenzji setach to przestrzeń. Sceniczne show, gdzie wizualizujemy sobie to, co słyszymy. Mhm! Słuchawki robią bardzo dobre wrażenie od strony ergonomicznej, to „nowa szkoła” producenta, wygodny nie uciskający czubka głowy pałąk, pady z pamięcią, dostosowujące się do naszej anatomii, bardzo solidne, doskonałej jakości gniazda 3.5mm (znacznie lepsze niż w modelu Sundara oraz w Ananda), konwertowalne okablowanie (wtyk balans, przejściówka/adapter na dużego jacka) z przezroczystym oplotem. Sam kabel jest lekki, na mój gust za krótki, a sam materiał zabezpieczający druty (uwaga) ma tendencję do zaginania (i utrwalania tego procesu …trochę przypomina to zagiętą słomkę do picia). Gniazda bardzo dobrej jakości, tutaj widać pierwszorzędną robotę. Widać, że projekt wersji „Second Edition” (nasze ozn.) przemyślano gruntownie i głównym celem inżynierów było stworzenie przyjaznych od strony użytkowej słuchawek, w kontrze do poprzedników, które w tym aspekcie były …trudne.

Ergonomicznie to coś z zupełnie innej beczki. Wygodne są. Bardzo

Podstawą testu są odpowiednie ampy. Tu napęd musi sprostać jak wyżej, nie może ograniczać, ma oferować optymalne warunki dla tytułowych nauszników. Sam producent sugeruje wyraźnie, ba, informuje że nie widzi przeciwwskazań, aby HE-6ki podpinać pod odczepy głośnikowe, oczywiście nie bezpośrednio, a za pośrednictwem oferowanego przez siebie HE-Adaptera. Mamy taki na stanie i w ten właśnie, sugerowany sposób, podpinaliśmy słuchawki 4 pinowym złączem XLR pod tor z MiniWattem @ NOSach Brimar BVA 4035 (ECC83/12AX7) & Telam CA (EL84). Drugim wykorzystanym w teście wzmacniaczem był M1HPA. To jeden z najbardziej niedocenionych wg. mnie słuchawkowych ampów, a przy tym ZNAKOMITA integra.

Musical Fidelity w swojej, niestety już nie kontynuowanej, serii M1, oferował kompletne rozwiązanie systemowe. Poluję od dłuższego czasu na końcówki M1PWR (w dobrym stanie zadbane i najlepiej od razu parkę), które tworzą wraz ze wspomnianym HPA system całościowy – pod kolumnę i pod słuchawki. Fantastyczny (jeden z najlepszych w moim prywatnym rankingu) potencjometr, świetna kontrola, duża moc oraz przydatna w wielu sytuacjach testowych przeplotka to w skrócie rzeczy, które bardzo cenię w tym klamocie i nie mam absolutnie zamiaru się z nim rozstawać (nawet gdy, w konfrontacji z ostatnio testowanym Bursonem Conductor V2, musiał M1 uznać wyższość tego pierwszego). Dobra, dość wycieczek po klamotach, czas wrócić do słuchawek.

Podpinam nowe szóstki do M1 i jestem na godzinie 12 (już głośno, ale w akceptowalnych dla siebie granicach). Oczywiście ta 12… 13 w M1 to dla wcześniej testowanych Sundara, czy Ananda już „too much”, w przypadku wspomnianej lampy też jesteśmy popołudniu ;-) …znowu inaczej niż w przypadku łatwiejszych do wysterowania słuchawek HiFiMANa. Znaczy się nic się tutaj nie zmieniło i odpowiedni amp być musi, z odpowiednim zapasem i umiejętnościami dla wysterowania tych wymagających planarów. 

HE-6SE

Jeszcze nie przerabiałem, ale po odpowiednim przebiegu, bo nowe, wprost z fabryki, trafiły do nas – zagrają z CMA Twelve (taki był pierwotnie plan – to się niestety nie udało) oraz z cedeka (lampa plus lampa, bo cedek jest wpięty w tor via bufor lampowy na ruskich NOSach). Było, testowało się w ciepłych, żarzących klimatach, nie było z nowością przetwornikowo-ampową Questyle, jak najbardziej było natomiast słuchane na tradycyjnym zestawie TAC- 2 oraz KORGu. Zastanawiałem się jeszcze, co by tu z gramofonem, bo staruszek 1010 (czytaj legendarny NAD 3020, tylko bez końcówek) z gramofonem daje radę, ale już na wyjściu słuchawkowym zupełnie nie daje rady. Wyjścia ma nawet high oraz low (RCA), ale zazwyczaj próby z integrą słuchawkową (bo analogowo trzeba ofc tu spinać) kończyły się co najwyżej średnio. Cóż, trzeba było sprawę przemyśleć i koniec końców z czarną tym razem nie słuchałem. Słuchałem nowości – było, nie było, chyba jedyna osoba w Polsce, która zamówiła Jotunheim-a z gramofonowym pre (tam jest modułowość w modzie, można Delta-Sigma DACa, można multibitowy przetwornik, no i można pod gramofon zamówić klamota), na chwilę dała się namówić, ale było to ZBYT krótko. Cóż, innym razem. Będziemy btw testować NAD D3045, oraz zapowiadany już C658. Tam gramofonowe zintegrowane i byłoby w sam raz (w przypadku C658 bezpośrednio z dużego jacka). Może uda się w trakcie testu tych klamotów wypożyczyć HE-6SE i powrócimy z aktualizacją, opiszę wrażenia jak z krążka czarnego to grało…

Będą porównywane do tych firmowych, co widać, do LCDków oraz dyżurnego, redakcyjnego zestawu dynamicznych K701&HD650

Zastanawiałem się, na początku przygody z nowymi HE-6SE, jak te słuchawki będą pozycjonowane w ofercie? To cenowo blisko, czy wręcz tak samo jak nowość Arya (patrz AVS 2018) (patrz zajawka), która jeszcze oficjalnie do nas nie trafiła. Osiem tysięcy, przy czym te Arye, czy o prawie połowę tańsze Ananda mają być DAP-o lubne, łatwe, ze wskazaniem na nie tylko stacjonarne słuchanie. W przypadku szóstek raczej takie coś jak mobile nie wchodzi w grę, jedyne co przychodzi mi do głowy, co mogłoby z zapasem podołać, zagwarantować odpowiednią moc, przenośne coś, to słuchany podczas AVS-a bateryjno-lampowy WA8. Krótko, gorąco, ciężko (właściwie pół-stacjonarnie), ale dałoby wg. mnie radę wysterować te słuchawki i mogłoby być ciekawie. Jakoś nic innego nie przychodzi mi do głowy, ale może się mylę? Tak, czy inaczej nie koncentrowałem uwagi na rzeczach niepraktycznych i mało istotnych, WA się spóźnił, słuchanie „przenośne” w tym wypadku i tak jest wg. mnie karkołomnym pomysłem i nie ma w sumie co drążyć.

Grając z tego, co powyżej, i w opisie stoi

Na koniec tego przydługiego wstępniaka przypomnę, że przetestowała się u nas pierwsza generacja szóstek z dedykowaną im, nuklearną elektrownią EF-6. Wtedy pułap 10k za słuchawki to była granica. Upłynęło nieco czasu (ale niewiele) i granica przesunęła się znacząco… razy dwa, razy trzy. Tu jest jeszcze zdroworozsądkowo (a przy tym luksusowo vide skórzany kufer z atłasami w środku).

 

» Czytaj dalej

AVS 2019 – naszym uchem, a może też okiem i ze smakiem ;-)

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_4898

Spotkać po to, by pogadać, spotkać się po to, by zobaczyć wielu, którzy na codzień tylko wirtualnie ;-) , spotkać się po to, by… posłuchać? No z tym ostatnim to tak raczej niekoniecznie, bo AVS to właśnie okazja do rozmowy, do pójścia na (i tu w zależności od preferencji, możecie sobie wpisać coś innego ;-) ) kawkę, zaznajomienia się z nowościami (właśnie, często jesteśmy świadkami premier, a to oznacza zazwyczaj, że takie coś nie zagra), obecną ofertą rynkową, zaznajomienia się w sensie obejrzenia, rozmowy z dystrybutorem, producentem. No to co, z tym słuchaniem… zapytacie. Słuchać, rzecz jasna można, bo też po to się idzie na AVS, ale na pewno nie można szukać na imprezie „prawdy” o tym,  jak dany system, jak dany klamot gra, bo to wielkie nieporozumienie. Dźwięk imprezy? Takie coś jest zazwyczaj całkowicie przypadkowym, niemiarodajnym, bo w specyficznych warunkach osiągniętym rezultatem. Czymś, czego – zwyczajnie – nie odtworzymy w domowych warunkach. To może być pewna sugestia, ale nigdy nie będzie konkretna podpowiedź „to z tym, i tamtym, to już na 100% niebiosa”.

Warto o tym pamiętać, biorąc poprawkę na te okoliczności. Niektórzy, pomni tego, co powyżej, koncentrują się (słusznie) na strefie słuchawkowej, spędzają tam większość czasu (chcąc posłuchać muzyki na imprezie, swojej muzyki, bo tam o to najłatwiej). Trzeba zdawać sobie sprawę z ograniczeń jakie niesie ze sobą organizacja, warunki lokalowe, presja czasu i presja „pokazać za wszelką cenę”. Dlatego właśnie coś, co powoduje opad szczęki (zeszłoroczny Soundkaos – niestety w tym roku nie było Szwajcarów i …uprzedzając pytania, nikt, nic nawet nie zbliżył się do tego pokazu), to sytuacja wyjątkowa, a nie norma na tego typu imprezach. Sukcesem jest dobry, akceptowalny sound – coś, co wcale w tych warunkach nie jest oczywiste. Działa to oczywiście w obie strony… jak coś gra fatalnie, to nie oznacza że klamot do czterech liter, że efektor do niczego.

Co się podobało w tym roku? Luz, pełna swoboda korzystania ze sprzętu, nauszników w strefie słuchawkowej. Słuchawki kolędowały po całej sali, wypożyczane, porównywane – super! Z taką otwartością, dobrymi chęciami, pomocą ze strony wystawców spotkałem się po raz pierwszy. Wcześniej taka swoboda była czymś wyjątkowym, tym razem można było korzystać z tego, co wystawiano zupełnie dowolnie, co napewno spodobało się odwiedzającym, pozwoliło na ciekawe porównania, zapoznania się z wieloma doskonałymi słuchawkami w bardzo różnych okolicznościach przyrody. Wielki plus i mam nadzieję, że będzie to standard, tak jak marzy mi się impreza ala CanJam nad Wisłą (że będzie i też stanie się standardową imprezą jak AVS, bardziej niszową – wiadomo, ale popularną, w to nie wątpię).

Strefa słuchawkowa 50% czasu, reszta to Sobieski (zdecydowanie lepszy odbiór, ciekawiej niż na Narodowym). I nie chodziło tu tylko o osobiste preferencje

W paru miejscach, u paru wystawców nie było spiny, problemów, z odtwarzaniem czegoś innego niż plumkanie. To wymaga pewnej otwartości, po prostu chęci i nie mam tu na myśli możliwości puszczenia swoich kawałków (bo od wielu lat zazwyczaj jest taka możliwość), a inwencję twórczą na stoiskach. Świat dźwięków jest niebywale zróżnicowany, to nie są dwa gatunki na krzyż i kilkunastu wykonawców (żelazne motywy, obowiązkowa wiązanka) i ściana. Są tacy, którzy ominą szerokim łukiem, są tacy którzy docenią. Na pewno każdy zwróci uwagę. Rammstein, ambitna elektronika, Tricky, inne brzmienia, Trentemøller, jakieś etno, a nawet jakiś metal (trash – rehehe )…

Litwin, Rumun z Chińczykami wprost z mojego Sopotu…

  

DJ Arek dawał czadu, grało rock&rollowo, a nie tylko targowe smęty, było żywo, głośno, masowało, dynamiczne granie, nie plumkanie. Kawa bardzo dobra, choć niestety ekspresu do kondycjonera za 90 tysi nie chcieli wpinać. Dziwne. Przecież pewnikiem nikt by z tego lokalu już nie wyszedł po takim napitku. Tak mi się zdaje, ale co ja tam wiem w sumie… o tych wszystkich sztuczkach, żeby to ludzie w zachwytach, żeby mdleli z pożądliwości itd. Specjaliści wiedzo lepiej.

Dobra kawa (a gdyby tak do tego kondycjonera za prawie 90 tysi, to byłaby jeszcze lepsza… co sądzicie? ;-) ), otwartość na rozmowę… wiecie co mam na myśli? :) Jako rozwinięcie fotorelacja z bardzo subiektywnym, w ogóle nie obiektywnym, czasami stronniczo złośliwym komentarzem (nie, no bez przesady). BTW Starałem się zwrócić uwagę na rzeczy nieoczywiste, na marginesie, mam nadzieję, że to się udało. Dobra, konkretnie, tych parę rzeczy na które mało kto, nikt (?) nie zwrócił uwagi (kolejność czysto przypadkowa):

Soundaware P1 – świetne pre, też amp słuchawkowy, tutaj z lampą Line Magnetic (jako końcówka) i litewskimi kolumnami. Mimo braku adaptacji, zerowego przygotowania (jak widać, wszystko na wszystkim, na podłodze) grało pięknie. Bez stolika, anty wibratorów (sic) itp spraw. Poniżej DAC/amp słuchawkowy Lynx – kolejna, mało, żeby nie powiedzieć w ogóle znana marka z Państwa Środka

Referencyjne źródło. Osobno w wersji pod słuchawki (tylko balans) i pod kolumny…

…o te, tutaj :)

- znakomita chińszczyzna, podobnie jak w zeszłym, kiedy debiutowała robiła jak najlepsze wrażenia, przy czym teraz było przekrojowo, nie tylko ze słuchawkami. Panie, Panowie Soundaware z systemem opartym na znakomitym pre P1 z końcówką (integrą) Line Magnetic oraz litewskimi podstawkami Audio Solutions. Znakomite, mimo zerowej adaptacji, brzmienie tego setupu. Do tego dwa amp/daki pod nauszniki (tym razem Senki tylko, nie było Głębi Phi, buuuu). Tylko balans, referencyjna 300-ka (druga, ale pod kolumny, stała sobie na podłodze). I teraz tak… zero adaptacji jw, żadnych stolików, platform, nic. A zagrało pięknie. W Sobieskim, w kanciapie dla mopów ;-) I co? No właśnie? Jakieś wnioski?

I to ma – przepraszam – brzmieć?

Ano ma i brzmi

Takie coś, naścienne coś. Podobno gra z inną elektroniką (mówił dystrybutor). Ja to widzę jako systemowe rozwiązanie:
firmowa elektronika z potężnym DSP, z korekcją, dźwięk robiony… w sensie jak najbardziej pozytywnym. 

- Lyngdorf systemowo z płaskimi, naściennymi kolumienkami w bardzo, bardzo życiowej aranżacji. Czyli ma grać wszędzie, a nie tylko w dedykowanym pomieszczeniu (czyli w 99% przypadków nigdzie, bo kto może sobie na coś takiego pozwolić? No właśnie… prawie nikt nie może). Wiecie, to te all-in-one (y) od Duńczyków, nafaszerowane najnowszą technologią, oparte na najlepszym software (bingo!), który to robi dzisiaj zasadniczą różnicę. Jest własny system dopasowania dźwięku do dowolnego pomieszczenia, pełna kalibracja systemu z (własnymi jw) kolumnami. Można stereo, ale można też w multichannel uderzać. Jest już odpowiednie źródło, będzie w przyszłym roku wielokanałowa końcówka. Dziesięć kanałów. Znaczy pewnie obiektowy będzie. Dla wideofili obowiązkowy adres, szczególnie z takim, opartym na naściennych kolumnach (konstrukcje zamknięte ofc) rozwiązaniu, pozwalającym na umieszczenie całości w dopasowany do wymogów estetyki wnętrza (ma zniknąć) sposób. Grało w miejscu bardzo kiepskim akustycznie (Sobieski, na parterze, w okrąglaku), a grało bez przykrości. Wierzę, że taki system może być czymś co połączy audio i audio/wideo na poziomie nieosiągalnym do tej pory w nieadaptowanym do potrzeb kina pomieszczeniu. Dowolnym pomieszczeniu.

Ma zagrać w każdych okolicznościach. I gra…

Wystarczy tylko to, co na stoliczku. Centrum sterowania / DAC & komp

- Kii Three. Wlazłem do pustego pomieszczenia, gdzie siedział znudzony jegomość. Nie mogłem nie posłuchać zaklętego w głośnikach systemu, który przez wielu został okrzyknięty prawdziwą sensacją. Zero adaptacji, puste, z jednym banerem, wręcz ascetycznie minimalistyczne lokum w Sobieskim (tak, właśnie tam, poza słuchawkami było w tym roku ciekawie, na Narodowym często beznadziejnie grało, naprawdę beznadziejnie) i te podstawki, tutaj w rozbudowanej formie z podłogowym modułem. Dłuuugi kabel z centrum sterowania, tj. kontrolerem, dakiem, I/O – coś zupełnie z innej beczki. Dla audio konserwatysty pomieszanie z poplątaniem. Moduły nie będące samodzielnymi kolumnami, aktywne, ale całkowicie sterowane, z robionym dźwiękiem via DSP, z ww. centrum na drucie, nie wymagające żadnych akcesoriów, kabli, stolików, bzyliarda rzeczy, po prostu kolumny i cokolwiek, co prześle strumienie. Podobnie jak powyżej, kolumny niewrażliwe na warunki, dopasowujące (w czasie rzeczywistym!) reprodukowanie dźwięków, wykorzystujące potencjał drzemiący w coraz potężniejszym krzemie oraz oprogramowaniu. Na wstępie było tak sobie, być może materiał kiepski, być może popsuł mi się czujnik, bo wcześniej Westministery czarowały, a to była zupełnie inna bajka. Siak, czy tak, po paru minutach, kiedy chciałem się już zbierać, przyszedł młody człowiek ze swoją muzyką i tak jak chciałem wstawać, tak zostałem. Petarda. Wiecie, to te Future-Fi. Wciskasz play w łazience i słyszysz dźwięk, który nie powinien w takich okolicznościach przyrody wydobyć się z głośnika. Tu, w pustym, z niskim sufitem, nieadaptowanym w żaden sposób pomieszczeniu zagrała muzyka. I o to właśnie chodzi. A nie, o dzielenie włosa na czworo, błądzenie, często po omacku, by znaleźć synergię, żeby brzmiało. Wiem, że trzeba będzie obadać obowiązkowo.

Ja wohl! To się nazywa wielogłośnikowa konstrukcja… też dźwięk z pliku, też DSP, też bez widocznej adaptacji, też aktywnie

- Koncertowe słupki z Reichu. Małe przetworniki w dwóch rzędach od „sufitu”, po podłogę – małe, klasyczne oraz wstęgi, wszystko takie samo, sztuk kilkanaście na każdą paczkę plus potężne woofery z boku. I co? No oczywiście duże składy, jakaś symfoniczna, jakieś koncerty zapodawane i mimo małego wnętrza w jakim rzecz się działa, całkiem udatne oszustwo.  Znaczy się grało z wielką swobodą, wielkim rozmachem – tak, tego byśmy oczekiwali po czymś, co jest reklamowane: sala koncertowa w Twojej chałupie. Szczególnie, że słupki stały swobodnie (tak), ale w małym (właśnie) pomieszczeniu, bez specjalnej adaptacji (no delikatna była) akustycznej, ot po prostu u szwagra w M-4 , w salonie z meblościanką ;-) Przykuwało uwagę, było inaczej niż gdzie indziej, od razu po przekroczeniu progu. Bardzo zaawansowana konstrukcja.

Podsumowując… czyli co? Aktywne, DSP, software? W rzeczy samej.

- Włosi (ogólnie). Nie można odmówić im umiejętności czarowania, przyciągania, magnetyzowania. Każda z prezentacji na tegorocznym AVS była ciekawa, angażująca, grało to bardzo przyjemnie. Ważne dla tradycjonalistów… nie miało (w większości przypadków) nic wspólnego z tym, co powyżej. Uff. Manewry kablowe, akcesoryjne, adaptacyjne, aromaterapie,  dobra wóda z myszy… stop, trochę się zagalopowałem ;-) I fizyczne nośniki. Często, gęsto, choć nie zawsze.

Było też sporo rozczarowań. Na zdjęciach poniżej, można co nieco się zorientować, nie będę dusił, powiem wprost co mi się nie podobało (wybór rzeczy z czapy niekompletny, bo też czasami omijałem szerokim łukiem). I teraz tak, przeczytajcie to, co na wstępie. To nie jest tak, że nieudana prezentacja, jakaś wtopa (ewidentna) w praktyce nic nie oznacza, niczego nam w praktyce nie mówi, nie powinna niczego nam sugerować. Nie. Coś tam mówi, ale też jest to „prawda”, prawda chwili, niedoskonałego miejsca, presji czasu, braku warunków …i tego wszystkiego nie da się przeskoczyć. W przypadku słuchawek można na AVS miarodajnie coś zawyrokować, z czymś się konkretnie zaznajomić, odnośnie systemów opartych na kolumnach zaś, to zwyczajnie wypadkowa wielu czynników. Pewnym (dlatego o nich wspominam) wyjątkiem jest wszystko to, co jest niezależne, czy mocno uniezależnione od kompromisów, niedoskonałości jakie niesie ze sobą taki pokaz sprzętu jak na AVS. Można w tym miejscu zadać sobie pytanie – czy nie można by dać więcej czasu wystawcom, pójść może nie w ilość, a w jakość. Po co ścigać się na cyfry, gdy nie idzie to w parze z odbiorem, z satysfakcją (jej brakiem) wśród odwiedzających, wśród fanów dobrego dźwięku. Jak wspomniałem na początku, marzy mi się impreza dla słuchawkowców, rodzime CanJam – patrząc przez pryzmat AVS strefa słuchawkowa ma zazwyczaj najwięcej sensu.

Fotorelacja (jak wspomniałem, monotematyczna, znaczy słuchawkowa) poniżej:

» Czytaj dalej

Future Fi is HERE! Sonos Amp w redakcji. No to jedziemy po bandzie…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_1067

Wczoraj z rana paczka wpadła przez okno. Sonos Amp. Namacalny dowód na to, że w audio trwa rewolucja i tej rewolucji nic już nie powstrzyma. Amp jak amplifikacja. Tak, podobnie jak Google (spudłował z Q), jak Amazon (zrobił dobrze ze swoimi nowymi HiFi produktami tj. strumieniowcem i wzmacniaczem), Sonos wprowadził produkt, który może okazać się prawdziwie przełomowy (dla domowego audio – nie przesadzam). Sonos nie jest tu jakimś beniaminkiem. O nie! To Sonos był pierwszy, przy czym ZP-ty (ZonePlayery) teraz inaczej nazywane (też amp i jeszcze ten, no connect), od zawsze w ofercie, były produktami uzupełniającymi, w cieniu tego, z czym nam się Sonos kojarzył od zawsze. Wiadomo – samograje (w sensie, głośniki bezdrutowe ze strumieniami). No dobrze, to w czym rzecz? Ano w tym, moi drodzy, że to jest coś, co będzie EWOLUOWAĆ i integruje WSZYSTKO. Sonos mówi o tym bardzo wyraźnie i przygotował ten sprzęt pod wyzwania jutra, tyle że już dzisiaj można (z wielu rzeczy) cieszyć się, po odpakowaniu. To jest właśnie FUTURE FI. Ekosystem. Rozwiązanie systemowe. Element większej (znacznie większej) całości. Sonos Amp to łącznik dwóch światów: klasycznego HiFi z masowym sprzętem AV. Przecież nic nadzwyczajnego, powiecie. Mhm. To dopiero początek. Wymienione przed chwilą podlane jest otwartością (kompatybilnością) oprogramowania z wieloma alternatywami, z wieloma propozycjami softowymi dla zatwardziałych muzykofilów (ehę Roon, ale nie tylko Roon!), gdzieś tam kołaczącym się inteligentnym domostwem i przyszłością sterowania czymkolwiek via AI. Sieciocentryczne coś. To DUŻE coś. Wiecie – kod. To jak z komputerem, który bez systemu operacyjnego, bez dostępnego oprogramowania jest niczym. Przykład? Nowy Amp pojawia się w świetnym Vox Playerze, z doskonałym modułem internetowego radia (czego w Roonie bardzo brakuje) i mam dostęp do pierdyliarda histreamowych sieciostacji. Pięknie? No pewnie, że pięknie! Pięknie jak cholera! Właśnie tak ma to audio teraz wyglądać. Bez ograniczeń. To tylko przykład, bo można tym sypać jak z rękawa (Spoty Connect, agregacja streamów w firmowej aplikacji, protokoły Apple pod dachem itd. itp.) Jako end-point zagra nam to w Roonie zarówno via AirPlay 2 jak i w sonosowym protokole (sieć mesh – znaczy LEPIEJ od jabłkowego – bo pewniej, bez najmniejszych interferencji no i bitperfect). Sumując, żaden inny producent z branży nie będzie nigdy (chyba, że coś się tu zmieni… paru próbuje) oferował takiego wsparcia, takiego rozwoju oprogramowania. A to ono jest tu kluczowe. Analogia z Roonem? Mhm, dobra analogia.

Co napisałem powyżej potraktujcie jako liźnięcie tematu. Pobieżne. Bo dalej jest jeszcze lepiej. Chcemy integrować kino prawdziwie bezdrutowo? No wiadomo, dwie duże podłogowe paczki na 125W końcówkach tytułowego klamota*, Sonos One (bo mikrofon, bo AI) z drugim, zwykłym :1 jako tyły i klasyczny sub pod wyjście w Sonos Ampie. Dialogi? Mhm, jest na to sposób, bo zrobili to via DSP, a wiem z pewnego źródła, że integracja centrala z prawdziwego zdarzenia będzie (podobnie jak wyjście poza 5.1 na obiektowy tj. Atmos …te sprawy). Mało? Dobrze, to lecimy dalej: analogowe, RCA, z pełną korekcją (z pełną korekcją pracy wejścia!!!) I tutaj „sonosujemy” dowolne źródło. Jakiś audofilsko odjechany streamer / DAC? Proszę bardzo. Gramofon (no oczywiście że sprawdzimy jak to w praniu wyjdzie, znaczy staruszek NAD 5120 zrobi się bezprzewodowy (sic!))? Proszę, nie ma problemu. Może chcemy srebrny krążek, tuner kablowy/sat/wizyjny, albo sokowirówkę (żartowałem) – proszę, proszę, smaczny soczek z rana… czemu nie?

Mało? Dobrze. To lecimy na zewnątrz ze strefami opartymi na głośnikach instalacyjnych. Albo wewnątrz, też w oparciu o pasywne, wbudowane w ściany – właśnie – głośniki, nie kolumny. Przecież instalatorzy to pokochają (tak jak kochają wcześniejsze Sonosy, ale te wcześniejsze nie mają tego, co ma nowy – nie są w pełni i nie będą w pełni Future Fi). Mało? No okey, to wrzucamy kolejne biegi… za kilkanaście dni Ikea na konferencji pokaże sonosolubne (pełna kompatybilność z ekosystemem) samograje. Różne. Tanie. Do kibla, do łazienki, do ogródka, do garażu… multiroom dla mas? Owszem, przy czym na (wg. mnie) najsensowniejszym, najbardziej pewnym i najprostszym poziomie integracji (wszystko) z interfejsem (docelowo głos). To nie musi być skomplikowane i nie będzie.

Nie będzie? Podłączenie tego sieciowego wzmacniacza to, w przypadku mostka Sonos Bridge, parę sekund w aplikacji (dobra, pobiera się aktualizacja, teraz zawsze będzie pobierać się jakaś aktualizacja na starcie, takie czasy!) i już. Nawet konfigu sieci domowej nie musicie. Poniżej na zrzutach ekranowych można zobaczyć jakie to proste, nieskomplikowane, jakie to samosię. Ktoś powie – klasycznie i wyłącznie analogowego klamota wystarczy podpiąć. Zgoda. Ale analogowy nie umie tego, co powyżej. I na takim poziomie, bezsprzecznie, potrafić nigdy nie będzie. Tutaj kod warunkuje możliwości, a te dają jak napisałem powyżej, NIEOGRANICZONE możliwości. Można w oparciu o tego Sonosa budować coś, co będzie wielostrefowym systemem, będzie robiło AV bez kucia ścian, będzie ogarniać wszystkie obecne, jak i przyszłe siecioźródła, będzie integrować bezkolizyjnie dowolne „klasyki”, względnie z nowoczesnym sprzętem firm trzecich współpracować, no i będzie future-proof. No nieźle. Dokonuje się realny postęp. Wystarczy posłuchać amplitunerów kina domowego sprzed paru lat z konstrukcjami, które są obecnie nie czasie. To jest przepaść. Przepaść na korzyść teraźniejszych konstrukcji bezapelacyjnie, w jakości, w SQ. Tutaj btw ten element będzie można (yes!) w ogóle wygumkować. Po co amplituner KD? No właśnie, po co?

Takie coś krążyło w Las Vegas, w styczniu, podczas targów CES…
…tańszy sub (core) oraz „Atmos Surrounds” (rzecz jasna tylko poglądowa to rycina)
Te 700$ za dźwięk obiektowy to mało, ale tu chodzi raczej o uzupełnienie systemu o jw, a nie całość.
To już nie mało, choć nadal atrakcyjnie jak za dźwięk obiektowy bez drutów… 

Co zapowiada sam Sonos? Ano zapowiada (CES) tańszego bezdrutowego Suba oraz efektowe głośniki do stworzenia systemu dźwięku obiektowego. Bardzo, bardzo bym sobie życzył, żeby za tym wszystkim poszło jeszcze jedno COŚ. Mhm. Dokładnie. Wielokanałowy dźwięk audio. Muzyka rozpisana na więcej niż dwie paczki. Druga szansa dla tematu, może ostatnia taka, w strumieniu, a nie na płycie, nie tylko binauralne (czytaj pod stereo robione i nisza, ciekawostka taka), ale faktycznie wielokanałowe audio. Jakże by miło było, gdyby ktoś nam to zaoferował. To inne doświadczenie, wierzę, że dla wielu zaskakujące i inspirujące (do wyjścia poza stereofonie). Nie, nie, nie – nie chodzi mi o to, że stereo out, absolutnie nie, bo tak już jesteśmy przez naturę stworzeni, że to stereo ma miejsce i ma być, ale jakże fascynujące byłoby (szeroko) wyjście na nowe doznania, no coś (serio) nowego. Bo można rzecz jasna podniecać się nowymi formatami, doszukiwać się różnic w źródłach CDA va hi-res, poszukując jakiegoś absolutu, dążąc do perfekcji. To kręci, ale kręci też coś z zupełnie innej beczki. Wierzcie mi – kręci.

Patrząc na to całościowo, inni też w tym kierunku kroczą. Robią to, choć na nieco innym pułapie integracji, budowy spójnego rozwiązania. Robi to taki NAD, robi to Yamaha i wielu innych też robi, próbuje. Sonos nie był do tej pory postrzegany jako ktoś, kto mierzy w HiFi, kto mierzy (tak serio) w kino (choć grające belki i podstawka wskazały kierunek zainteresowań). Teraz to się zmieni. Zresztą, popatrzcie co robią inni giganci IT. To nieuniknione. Przenikanie się w dziedzinie reprodukcji dźwięku oraz wyczarowania kinowej wizji (e tam, to już w sumie udało się osiągnąć, bywa na takim poziomie, że w kinie nie dostaniemy tego, co dostaniemy w domu), przenikanie się IT z branżą audio i audio/wideo to dzisiejszy i jutrzejszy aksjomat. Nie bójmy się tego, starajmy się to zrozumieć, pozwólmy się oswoić. W sumie, nie mam wątpliwości – nie mamy innego wyjścia. Sonos Amp będzie przeze mnie przenicowany na wylot. Sprawdzę każdą możliwą konfigurację, nawet najbardziej dziką. Sprawdzę, czy w eterze granie nie jest dla (tradycyjnie po drucie grającego) klamota deprecjonujące, korygujące SQ w dół, sprawdzę jak będzie się ten Sonos sprawdzał w najlepszych audio front-endach, sprawdzę czy kino daje radę, ocenię całość rozwiązania pod kątem ergonomii, prostoty obsługi (było już na łamach, ale tym razem właśnie pod kątem ekosystemu, całości). Będzie sporo pracy, ale też sporo frajdy. Lubię kompy, a tu będą kompy (bo Sonos Amp to komp jest), ale jeszcze bardziej lubię muzykę, a ta muzyka via Amp będzie musiała zadowolić ucho, sprostać oczekiwaniom. Wiecie, czytałem, niektórzy mówili że na dzień dobry gra to, to zbyt analitycznie, zbyt cyfrowo, zbyt szkliście, ostro. Mhm. To jest audio-komputer, to od czego są ustawienia? Od czego jest DSP, od czego jest EQ? Tak, to odstępstwo od wierności (czym jest wierność? A co się dzieje w studio? Jak wygląda processing? Przecież tutaj przedmałżeńskie współżycie – stosując kontrowersyjną analogię – ma zawsze miejsce, no zawsze, bo to reprodukcja li tylko, interpretacja tylko). Ma się podobać, ma wywołać zachwyt, ma być proste, łatwe i przyjemne w obsłudze, ma dawać możliwości. Takie ma być!

A będzie? Cóż, we will see…

Fotogaleria z rozpakowania, instalacji i pierwszego posłuchania (w różnych okolicznościach przyrody, ale jeszcze bez kina, choć już z HDMI wpiętym gdzie trzeba).

PS. Nie ma problemów synchro audio z obrazem (a jednak coś na temat kina w zajawce się udało ;-) )

PPS. Zostaje

* tylko 55W w ZP było ograniczeniem, teraz każde paczki podpięta być mogą

AKTUALIZACJA! Robimy recenzję (powyżej/poniżej macie wprowadzenie, pilota, wstęp do future-fi uczty) na raty, ale wszystko w jednym miejscu, tak old-style’owo, nie klikbajtowo (bo ponieważ mamy to w czterech literach), klikasz i masz (a nie że pierydyliard stronek, albo pociachane to na części). So…

CZEŚĆ 1 – SONOSowanie źródeł: high-endowa cyfra on route (poniżej, już dostępne) 24.03

CZĘŚĆ 2 – SONOSowanie źródeł: analogiem w eter, czyli strefowy gramofon on route (25.04) AKTUALIZACJA

CZĘŚĆ 3 – Wielokanałowe granie po SONOSowemu, SONOekosystem: audio kwadrofonia, HDMI ARC on route (robi się, robi)

CZĘŚĆ 4 – ARTIFICIAL INTELLIGENCE, w skrócie AI. Co nam to daje? W audio, w wideo, w agregacji treści, w sterowaniu chałupą (się zrobi, jak nam Google Assistant w Sonosie zadziała, też .pl)

» Czytaj dalej

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o AirPods Pro…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Apple-logo

…ale do tej pory nie mieliście okazji niczego takiego przeczytać. Skrupulatnie, z ambicją, żeby to (co poniżej) wyczerpywało temat. Parę lat temu, na szybko, sprawdziłem (link) pod paroma względami rewolucyjne wtedy AirPodsy 1 gen. Wtedy była to sensacja, głównie za sprawą układu W1 gwarantującego bezproblemowe odtwarzanie, parowanie i synchronizację prawdziwie bezprzewodowych słuchawek dousznych. Apple jak to Apple zrobiło coś później od konkurencji, ale zrobiło to dobrze. Rzecz jasna nie obyło się bez kompromisów, jak to u Apple – konstrukcyjnie, dźwiękowo, ergonomicznie były to co najwyżej EarPodsy, dodawane do każdego iPhone’a firmowe słuchawki. Nic specjalnego zatem, a w porównaniu bez druta, coś jednak znacznie droższego. SQ nie był w centrum uwagi, skupiono się na samym medium, na jak najlepszej, bezproblemowej pracy w bezprzewodowych okolicznościach przyrody i tu nie było jw lipy. Lipa była odnośnie wyglądu człowieka z AirPodsami (wg mnie nieakceptowalny dziwaczno-debilny poziom) oraz ogólnie ergonomii… wygoda dla niektórych nie do przyjęcia, łatwość (też w zależności od anatomii) wypadania, daleko od optimum imo. Tylko tak, nie inaczej – pasuje, albo odwrotnie …takie to były słuchawki. Doceniłem Apple za deficytową (wtedy bardzo, dzisiaj w sumie też u Jabca z tym słabo) innowacyjność, innowacyjność jaką zaprezentowało wtedy Apple przy okazji premiery pierwszych AirPodsów właśnie.

Tegoroczna nowość zmienia bardzo wiele, to nowy projekt, to IEMy (choć po applowemu vide specjalne aplikacje, niestandardowe gumki), to forma nie tak inwazyjna, jak w poprzednikach, oraz całkiem sporo technologicznych nowości. Temat prawdziwie bezdrutowych IEMów, jak starzy stażem Czytelnicy, mamy gruntownie przerobiony: pierwsze próby tj. Dashe, Bragi na IFA parę lat temu, słabiutkie Audio-Techniki (masarka), przystępne cenowo i bardzo udane Jarby, świetne brzmieniowo i do dupy obsługowo Senki Momentum, mocarne propozycje Sony, ambitne produkty RHA… wspomniane AP 1 gen. Żaden z produktów wymienionych powyżej nie był idealny, ba może poza Jarbami (koszt/efekt) słuchawki tego typu obarczone były dość poważnymi kompromisami, albo zwyczajnie były za drogie w stosunku do tego, co oferowały. Ostatnio widać istną powódź, zatrzęsienie nowych propozycji, do tego ostrą konkurencję cenową w tym segmencie.

Tak to wygląda, w przypadku Apple – wygląda inaczej – co odnośnie tej firmy specjalnie nie dziwi. Jest nowe, jest wyraźnie inne, bardziej zaawansowane, ale jest drogie (w odniesieniu do konkurencji). Cóż – to Apple – patrząc na różnicę między samymi AirPodsami, to mamy ponad 200pln więcej – wg. mnie warto dopłacić, a jak nie… to kupić sporo tańszy wariant za 800zł. Można się zżymać na to Pro (pro, co?) w nazwie, można, ale to bardziej obecna polityka nazewnicza dla wszystkich klas produktów u Jabca. Jak wspomniałem dali tutaj sporo nowego, nie dostajemy w żadnym wypadku odgrzewanego kotleciora, co ta firma (odgrzewane) ma opanowane na marginesie do perfekcji. Rzecz jasna jest to coś dla użytkowników ekosystemu, innym radzę odpuścić, bo to nie ma sensu (o czym niżej). Całość recki ma formę wyliczanki na kolorowo, z podanymi + (się podobało) i minusami (się nie), standard tegoroczny u nas, gdy piszemy o Lo-Fi, small-Fi lub/i akcesoriach. Przy czym tutaj jest naprawdę na bogato (z 90+ fotek O_o) @ naszym profilu.

Szczególarskie wyniki maglowania (SQ/wygoda/ergonomia/osiągi/technologie) z mega galerią, uwzględniającą różne platformy, różne aplikacje odtwarzające, różne okoliczności, trudności z jakimi musiały sobie APP poradzić, znajdziecie zaraz poniżej. Tak obrazowo, kompleksowo nikt tego chyba jeszcze nie przetestował.

Zapraszam:

» Czytaj dalej

Absolutny top PC Audio: X-Sabre Pro MQA & X-SPDIF2 & element H

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
X-SabrePro_angle-1200x800

Chcesz coś, co zamieni zera i jedynki z kompa w bezwzględnie najdoskonalszy sposób? Chcesz mieć pewność, nie chcesz szukać, kluczyć, tylko mieć gotowe? No to mam dla Ciebie doskonałą wiadomość. Jest takie coś w cenie (za komplet) nie przekraczającej 12k złotych. Wypada rewelacyjnie w pomiarach, ale – co ważniejsze – wypada jeszcze bardziej rewelacyjnie, gdy zagra, gdy popłyną pierwsze dźwięki. Tytułowy system jest – moim skromnym zdaniem – czymś, co zwyczajnie kasuje każdy komponent do 10k, ba… powiem mocniej, jest czymś co kasuje każdego, powtarzam KAŻDEGO streamera jaki się na rynku pojawił (PC górą! ;-) ), miażdży konkurencyjne rozwiązania swoimi umiejętnościami, dając dodatkowo przedsmak jutra (upsampling 44,5MHz aka DSD1024 via I2S). Jak ktoś praktykuje takie rzeczy, ustawia sobie PCM x8, podobnież DSD x8, a nawet tylko 1 bit woli, bo sobie te PCM w locie konwertuje to tutaj jest no limits (via I2S i wyłącznie z odpowiednio wyposażonym kompem, tj. wyposażonym w kartę np. Pink Faun z interfejsem I2S/fizycznie HDMI… wiele opcji, do wyboru, do koloru). I nie, nie chodzi tutaj o magię cyferkową, o wyśmiewane przez co poniektórych (ale to bez sensu, przecież procesor Wam się w komputerze usmaży …niestety takie bzdury wypowiadają ludzie z branży) upsamplowanie czy konwersję (bo przecież nie ma takich materiałów… a to te wszystkie high-endowe klamoty, których na kopy, które ostro DSPeują sygnał, rozumiem, do kosza, ja?), chodzi tylko i wyłącznie o to, co słyszymy na słuchawkach, kolumnach. Tylko o to, o nic więcej. Ustawiam sobie w silniku DSP Roona różne rzeczy tylko po to, by osiągnąć naj. Jak czuję, że na tym torze, na tych klamotach, na tym efektorze, nie ma to sensu, jest gorzej niż pure to bez dorabiania filozofii robię off. Naprawdę nie ma i nigdy nie będzie w audio jednej, jedynej, jedynie słusznej drogi. Ci, którzy twierdzą inaczej, wrzucając do kosza rzeczy, o których mają -delikatnie rzecz ujmując- pobieżne pojęcie, albo -co gorsza- robią wodę mózgu z premedytacją, sami sobie wystawiają jak najgorsze świadectwo. Wiadomo, w intertnetach nic nie ginie.

Wymienione w tytule klamoty traktuje jako całość. Dlaczego? Ano dlatego, że właśnie tak to przetestowałem i na efekt wpływ miały wszystkie składowe. Nie ma żadnych przeciwwskazań, by taki system rozbudować dodatkowo na a) streamerze w innej strefie via SPDIF/USB b) dodatkowym end-pointcie PC (via I2S skonwertowane za pośrednictwem X-SPDIF2 oraz osobno via USB bezpośrednio do X-Sabre) c) podpiętych via XLR aktywnych monitorach (bardzo polecam, tak też u mnie grało w opcji drugi tor). A jak przyjdzie ochota na wincyj to wiecie – karta I2S do kompa i jedziemy. NIE MA OGRANICZEŃ, nie ma limitu, nie ma takiego słowa w słowniku w przypadku topowego setu Matrix Audio. Oczywiście żeby to miało sens musimy zadbać o software. Kod jest nieodłączną, arcyważną częścią takiego systemu. Pozwala wydobyć to, co najlepsze, daje możliwości. Warto to sobie uświadomić, bo pełne możliwości jakie oferuje powyższy hardware to dzisiaj także mocarny, otwarty na przyszłość (DSP: korekcja pomieszczenia, wielosegmentowy EQ, konwersje, firmowa kalibracja via wtyczki dla efektorów/elektroniki itd. itp.). To być musi. Do tego – idealnie, gdy mamy to w pakiecie – wygodna obsługa, wygodne zawiadywanie bibliotekami, agregacja treści i wiele, wiele źródeł/streamów. To wszystko jest już dzisiaj osiągalne i w tym kierunku (integracji) branża zmierza.

Matrix uzupełnił swojego flagowca o MQA, pełne dekodowanie origami. Znacie mój stosunek, negatywny stosunek do tej technologii. To jest rzecz zbędna wg. mnie. Z marketingowego punktu wiedzenia, pewnie dzisiaj trudno nie mieć, choć szanuję tych, którzy powiedzieli MQA: dziękuję, ale nie. Są takie firmy i cóż – opłata licencyjna za stratną technologię kompresji dźwięku z czymś, co jako żywo kojarzy się z niechlubnym powrotem DRM, podlane bredniami o jakości studyjnej – no to się po prostu nie broni, bo jest kompletnie zbędne, niepotrzebne. MQA w X-Sabre Pro zawitało, jest, sprzęt podrożał i to jedyny konkret. Prywatnie mam nadzieję, że MQA przejdzie do historii, wcześniej czy później, przejdzie. Wiele wskazuje na to, że rzecz się „średnio” przyjęła i po początkowym entuzjazmie, dzisiaj już tylko wzruszamy ramionami, nikogo to tak naprawdę nie kręci. Dla mnie ingerencja w sygnał, używanie filtrów (na stałe), na poziomie przygotowywanego do publikacji materiału, jest niedopuszczalne. Kompresja stratna to rzecz neutralna (gdy chcemy oszczędzić transfery, takie miało być MQA początkowo, przypominam, miało być „on the go”), gdy zachodzi taka potrzeba, stosowana w audio i wideo i nie ma w tym nic zdrożnego, problem pojawia się wtedy, gdy ktoś próbuje nam wmówić, że dostajemy „prawdę”, „to co z taśmy matki”. To zwykłe, bezczelne kłamstwo. MQA to wytwór, stratny wytwór. Dzisiaj, w dobie szerokopasowego Internetu, sieci 4 a zaraz 5G takie coś, jak MQA, nie ma żadnego uzasadnienia, żadnego sensu. Na szczęście jest jeszcze dostępny X-Sabre Pro bez tego, wg. mnie zbędnego, dodatku. Można zaoszczędzić. A jak komuś do szczęścia to potrzebne to proszę – ma, może kupić pełne origami.

Pozostałe składowe to starty znajomy X-SPDIF 2, moim zdaniem najbardziej wszechstronny konwerter cyfrowy z dostępnych obecnie na rynku. Jest świetny, bo kompatybilny z każdą z licznych wersji niestandaryzowanego interfejsu I2S, jest świetny, bo może działać zarówno na zasilaniu zew. jak i via USB, jest świetny bo daje opcję pożenienia kompa z interfejsami SPDIF oraz AES/EBU (maksymalizacja opcji, podpinamy topowe przetworniki, także takie, które najlepiej grają via AES/EBU vide Moon), jest świetny bo jest ładny ;-) , jest świetny bo jest bezobsługowy (pełen automat), bo robi swoje. Mamy DXD (758), mamy DSD (512), doskonałą współpracę (bo bezproblemową, natychmiastową identyfikację) z softwarem odtwarzającym (Roon, Audirvana, Daphile, foobar – to sprawdziłem). Karta, to coś jeszcze bardziej, niż przetestowana X-Hi. Lepiej wyciągnąć zer i jedynek z kompa, moim zdaniem, się nie da. Lepiej zniwelować ułomności magistrali USB się nie da. O technikaliach przeczytacie poniżej, powiem tylko tyle, że jestem wielkim zwolennikiem stosowania tego typu pośredników, tj. specjalistycznych kontrolerów USB, bo to całkowicie (wg. mnie) niweluje wpływ komputerowego źródła na sygnał, wygumkowuje wszystkie pierwotne problemy jakie PC generuje w torze audio. element H.

No dobra, będzie to tekst dla hardcorowców, uprzedzam. Wchodzicie w to? Tak? No to go…

» Czytaj dalej

Arya …moim zdaniem naj z ostatniego wypustu. TEST

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_1611

Do dychy było wszystko, to znaczy były Sundary, Anandy, były też nowe HE-6* w najnowszej odsłonie (SE) i tytułowe Arya …były. Wszystkie te słuchawki z najnowszego wypustu, wszystkie one będące sumą doświadczeń producenta ujętą w nausznikach AD 2018/2019. Wspominałem wcześniej, przy okazji testów wymienionych powyżej, że każda z przetestowanych słuchawek zasługuje na uwagę, że to konkretny krok naprzód w każdej dziedzinie: ergonomii, budowy, możliwości brzmieniowych, jakości wykonania. HiFiMAN upichcił produkty bardzo dobre, w swoich segmentach cenowych konkurujące z każdym, konkurujące z powodzeniem (szczególnie te najtańsze). No dobrze, ale jako że na rynek trafiły aż 4 różne modele w cenie do 10 tysięcy złotych, można pokusić się o pewne podsumowanie, będące jednocześnie w pełni subiektywnym rzecz jasna wyborem NAJLEPSZEJ opcji. Najlepszej brzmieniowo, żebyśmy dobrze się rozumieli, bo odnośnie wygody przykładowo, firma zaprojektowała swoją najnowszą generację na tyle dobrze, że… kupując najtańsze skorzystamy z niezwykle wygodnej, dopracowanej konstrukcji i nie będzie specjalnie odczuwalna wymiana na model 3-4 krotnie droższy. Tu osiągnięto wg. mnie pewne optimum, formę na tyle doskonałą, że zmiany jakie producent wprowadzi w przyszłości raczej będą kosmetyką, a nie odkrywaniem koła na nowo. Bo nie ma co tutaj odkrywać (w przypadku słuchawek wokółusznych).

Tytuł sugeruje kto tu wygrał i cóż, nie będzie niespodzianki, ale będzie treściwe uzasadnienie takiego werdyktu. Tak, ostatnie póki co, z przetestowanych HiFiMANów (czekamy jeszcze na obiecane 1kSE) są w moim odczuciu najlepsze, lepsze od 6SE (a był to mój cichy faworyt), znacznie ciekawsze od średniopółkowych Ananda i lepsze (ale bez żadnej ujmy, patrząc na cennik) od Sundara. To najlepsze co ma HiFiMAN w cenie do 10k. Te słuchawki oferują wg. mnie najlepszy miks cech, jakie kojarzymy z ortodynamikami, jednocześnie oferując coś jeszcze – uniwersalność, łatwość napędzenia, najlepszy na rynku (pojechałem, ale tak uważam) stosunek jakość/cena w swojej kategorii (high-end… płacąc więcej, przepłacacie). To słuchawki bliskie perfekcji, które pokonują moje LCD-3, pokonują z zapasem mniej więcej tak samo wycenione Mr Speakers Ether Flow 1 generacji (w obu wariantach… patrz nasz megatest na szczycie), ba pokonują dwójki, które jakoś kompletnie mi nie przypasowały. Pokonują wszystkie starsze HiFiMANy, w tym tysięczniki i to poniżej, ale niegdyś wysoko w cenniku (a dzisiaj często o 50% tańsze). Chcecie kupić flagowce w dobrej cenie, obniżonej w stosunku do tego, co wołano sezon temu i macie te 8k około, a właściwie to 7 około? To koniecznie, naprawdę koniecznie weźcie na tapetę Arya. Warto, żeby potem sobie nie pluć w brodę.

Te słuchawki oceniam jako poważnego konkurenta dla dużo droższych zawodników i to zarówno planarnych, jak i hybrydowych, czy najdroższych dynamików. Także zarówno Senki, Sony, ZMFy jak i Focale oraz orto spod znaku konkurencji jak Audeze (all), Finale (FADy), czy Meze nie mają w tym przedziale cenowym równorzędnego przeciwnika dla tytułowych. Fakt, nie słuchałem Meze Empyrean, stanowczo zbyt krótko słuchałem świetnych D8000, ale to wszystko liga 12-15k, nie ok. 7000 pln, także nie ma sensu się rozwodzić. W podanej cenie Arya są po prostu imo nie do pobicia. Biorąc pod uwagę ich właściwości, czy umiejętności zgrania się z prawie że dowolną elektroniką, bezproblemowe granie z jacków w kompach, przenośnych playerach właściwie tylko forma (otwarta) decyduje o – jednak – domowo~stacjonarnej prominencji. Przy czym, o ile nie robi to problemu postronnym, nie przeszkadza, czy w podróży, czy jeszcze lepiej w jakiejś głuszy, takie słuchawki to skarb pozwalający na oderwanie się od rzeczywistości (w podróży okey, w głuszy raczej mamy to w standardzie). Na razie są to najlepsze słuchawki HiFiMANa jakie dane mi było, także w kategoriach bezwzględnych (czyli, że najlepiej dopasowały się do moich upodobań, co nie oznacza, że droższe, czy dużo droższe nie są w czymś lepsze… no są, ale w tym co dla mnie istotne, nie dorównują Arya i tracą na wspomnianej uniwersalności). Ta uniwersalność to muzyka (po pierwsze, zawsze po pierwsze muzyka), po drugie to łatwość napędzenia, po trzecie to niewielkie wymagania od toru (ten naprawdę nie musi być za drugie tyle najmarniej, by słuchawki cieszyły ucho, bo potrafią z niedrogiego DAPa wyczarować taki dźwięk, że czapki z głów). Lubię takie produkty, produkty kompletne, bez „kantów”, takie bez dziury w całym, bez kompromisów (gdzieś tam), warte, po prostu warte wydanych nań pieniędzy. To wcale nie częsta sytuacja w branży, a w przypadku słuchawek (drogich) odrywamy się wraz z kolejnymi tysiącami od ziemi i wcale nie chodzi mi tu o doznania brzmieniowe.

Równolegle testowane były, choć Arya w sumie znacznie dłużej (mhm, właśnie dlatego). Te okrągłe muszle, nausznice to HE-6SE, a łezki wiadomo

Dobrze, czas to jakoś uzasadnić. Zapraszam…

* o pierwszej generacji HE-6 było porównawczo z LCD-kami 3 na łamach HDO tutaj i tu.

» Czytaj dalej

Słuchawki już docelowe, a nie za nerkę? Recka orto Alara & dynamików Magni

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_4982

Recenzja porównawcza. Takie lubimy, ja lubię, Wy chyba też bardzo, bo możecie dowiedzieć się czegoś nie w oderwaniu, a kontekście i – co jest cholernie ważne – testujący nie produkuje się „bo mu się wydaje”, tylko ma bezpośredni wgląd w różnice, może się do tego kompetentnie odnieść. Notatki, nawet te najprecyzyjniejsze, najszczegółowsze niestety są tylko odzwierciedleniem niedoskonałości języka, który musi przełożyć coś co często nieuchwytne, efemeryczne, trudne do opisania – tego nie przeskoczymy – ale można, mając możliwość porównania produktów A/B/C/… na wyciągnięcie jakiś miarodajnych, ciekawych, może nawet odkrywczych wniosków. Rzecz jasna subiektywizm takiej oceny będzie zawsze ograniczał adekwatność publikacji. Stąd też szkiełko-oczne sajty, w rodzaju AudioScienceReview, rozprawiające się z typowym dla „klasycznych” recenzji audio brakiem odniesienia, precyzji, naukowej, mierzalnej, konkretnej bazy. Zapewne starzy stażem ;-)

Czytelnicy pamiętają wpisy na HDO, w których cytowałem, często odnosiłem się do demaskatorskich (niejednokrotnie) publikacji Archimagio (też „szkiełko i oko” z dużym potencjałem do krzewienia wiedzy i powszechnej świadomości na temat nie tylko sprzętu, ale w ogóle całego przebogatego zbioru: cyfrowe, technologie, pomiar a subiektywny ogląd w audio świecie. Lubię, czytam, ale staram się (jak zresztą w każdej dziedzinie, ogoleni w życiu) łapać dystans, starać się nie wierzyć ślepo (wyznawać, być wyznawcą) jedynie słusznej, jedynie prawdziwej „drogi” poznania. Na szczęście w naszej ulubionej dyscyplinie tak się zwyczajnie nie da i nadal jesteśmy i nadal będziemy zaskakiwani czymś, co jest na bakier z dogmatami. I to jest piękne i tego się trzymamy :)

Dlaczego taki wstępniak? Ano zebrało mi się, bo (tak, będę się tu strasznie brzydko chwalipięcił) na ASR ostatnio sporo sprzętu się przewinęło, który wcześniej testowałem na HDO i …wnioski były zbieżne z moimi, niedoskonałymi, nie podpartymi „analizatorem widma” ;-) spostrzeżeniami na temat tego, co tam się w testach przewinęło. Nie piszę o tym, by się przechwalać – nie – piszę o tym z jednego, prostego powodu: jak sto osób powtarza, że coś jest cacy (a nie jest), to nie bądź jeden z drugim oportunistą, nie bądź Tomaszem małej wiary, tylko podpierając się swoim doświadczeniem, swoim oglądem, upieraj się, podtrzymuj, nie zmieniaj zdania. Jako przykład niech posłuży test Mytek Liberty… u mnie dość mocno obsztorcowanego, z recenzją chłodno-krytyczną wobec tej konstrukcji. Cóż, pomiary podobno nie kłamią, na pewno nie mówią całej prawdy, ale są (i będą, zawsze bedą) jedynym „pewnikiem”, jedynym obiektywnym punktem odniesienia. W wielu innych przypadkach było podobnie (znaczy daleko idąca zbieżność), co mile połechtało (próżność, miłość własna, zadzieranie nosa), przede wszystkim jednak pozwoliło na pewną konstatację – warto się upierać i nie zmieniać zdania pod wpływem „ogółu”. Taki Audioquest Jitterbug (zjechany u mnie, kupiony specjalnie na okoliczność, bo pewnie znowu dystrybutor: „jak się nie spodobał, to proszę nic nie pisać”)… bombastycznie, z przemądrymi teoriami jak to (i podobne temu) rzeczy zbawienny wpływ mają. A nie mają. Żadnego. I to tylko jeden z wielu przykładów, taki z brzegu.

Zebrało mi się, a przecież o słuchawkach miało być. Dobrze, wracam do meritum. Coś w zakresie 2-3k. Dla wielu granica akceptowalności, maksimum jakie są chętnie przeznaczyć na słuchawki… i ja to szanuję, bo słuchawki to nie kolumny, to nie komponenty stacjonarnego systemu, tylko coś osobistego na głowę, coś …ekhmm, coś czego wartość jest bardzo względna, bardzo umowna, coś, co traci dość szybko i mocno na wartości. Bez względu na to, co to. W przypadku testowanych, mamy do czynienia z bardzo dobrze wykonanymi, ergonomicznie bez większych zgrzytów, produktami. Słuchawki w tej cenie, wg. mnie powinny absolutnie być tu bez zastrzeżeń… w takiej kwocie, taki efektor (to nie są kolumny!) nie ma prawa chrupać (materiały, wspomniana ergonomia, jakość wykonania). To tutaj mamy kciuki w górę, ale to dopiero początek.

Po długiej przerwie, wracam, z testem porównawczym planarnego „entry-level” Brainwavz Alara, wróć, nie tylko planarnego, bo do redakcji trafił takoż wschodni „rodzynek” – grafenowe Magni, z tym, co w redakcji. Mhm, tak ten to właśnie grafen, nadzieja niespełniona Kraju nad Wisłą, wielka obietnica cywilizacyjnego skoku (kiedyś), a dzisiaj coś co wywołuje wśród krajan co najwyżej wzruszenie ramion. Super wytrzymały, super lekki, nad-materiał od niedawna dostępny w konsumenckich produktach, produktach takich jak ostatnie z wymienionych w tytule słuchawek. Wprost z Petersburga, dynamiczne, ale właśnie przez wzgląd na materiał membrany dalece niebanalne, a patrząc przez pryzmat oprawy (i ceny) po prostu coś, co miażdży dokonania wielu słuchawkowych wyjadaczy. Kennerton. Magni. Co się zaś tyczy firmy Brainwavz …pamiętam świetne nauszne piątki, jakie przetestowaliśmy sto lat temu, dokanałówy bardzo sensowne, wszystko bardzo budżetowe, przystępne. Teraz czas na coś wyżej, pierwsze poważne, stacjonarne (raczej), pierwsze planary.

» Czytaj dalej

Kolumny Diamond Monitor – nasza opinia o topowych podstawkach Pylona

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_2735

Duże podstawki z bardzo konkretnym nisko-średniotonowcem, dominującym na froncie, charakterystyczną formą (pochyloną, Pylon lubi niebanalnie, widać to w najnowszych Jasperach, a wcześniej w zdetronizowanych z topowego szczytu Emeraldach. I nie chodzi tu tylko i wyłącznie o względy estetyczne, a uzyskanie odpowiednich charakterystyk pracy układu zamkniętego w skrzynkach (tweeter nie na linii, a cofnięty do tyłu względem nisko-średniotonowca). Diamondy prezentują się bardzo schludnie, to po prostu bardzo ładny projekt, a do tego – jak wspomniałem – przemyślany od A do Z…. tu oba świetne przetworniki miały zyskać najlepsze opakowanie, współgrające z ich możliwościami. Warto to podkreślić, bo patrząc na publikacje o tych od paru lat oferowanych kolumnach, skupiono się na względach wizualnych (odnośnie konstrukcji paczek), często poświęcając miejsce na dywagacje, że takie pochyłe to ładnie, a jeszcze ładniejsze z dedykowanymi standami (nie testowanych, ale wierzę na słowo) itd itp. To flagowy model (póki co) kolumn podstawkowych w ofercie jarocińskiego producenta, nie jakoś specjalnie drogi, bo cena (obecna) wynosi 3600 złotych – jak za takie, spore, monitory, wykonane na takim poziomie stolarki i wykończenia (pierwszorzędne powłoki lakiernicze), z jw. doskonałymi przetwornikami, to jakby nie patrzeć okazja.

Purple Rain. Kable też polskie, Melodiki, dopasowane kolorystycznie. Komplet. ;-) A serio, całkiem sensowne połączenie.
Niebanalne wybarwienie. Widać, że możliwości są w tym względzie nieograniczone. Niewielu producentów oferuje takie coś… 

Wielkość tych paczek pozwala na wyzbycie się chęci dodania suba (i nie mam tu na myśli tylko kina, ale stereo), bo te kolumny zapewniają wystarczające możliwości odnośnie niskich tonów, ba powiedziałbym, że to jedne z najbardziej umiejętnie grających dolnym zakresem kolumn podstawkowych jakie dane mi było słuchać w cenie do 5k złotych. Także już na wstępie widać, z czym mamy do czynienia – z monitorami, które mogą stanowić podstawę systemu HiFi/kino w średniej wielkości salonie (22-25 metrów), mogą spokojnie grać samodzielnie, bez wsparcia wspomnianego subwoofera (który, jak już wiele razy wspominałem, nie jest niczym zdrożnym i we właściwej implementacji system 2.1 to doskonały pomysł na jeszcze lepszy dźwięk niż „tylko” z dwóch kolumn podstawkowych). To istotna wskazówka dla kogoś, kto szuka czegoś, co będzie stanowić w dużym pokoju, alternatywę dla podłogówek na które nie ma ochoty, zgody, możliwości sensownego ustawienia (podkreślić właściwe).

Grało z bardzo, bardzo różną elektroniką. Z vintage,m NADa, z ultranowoczesnym Sonos AMPem, z lampiszonowym MiniWattem
(i nawet dawało radę, choć tu mocna lampa przyda się bardzo, a nie taki jednak maluch). Sprawdziłem też z nowym nabytkiem tj. audiolabem M-PWR (końcówka). To ostatnie zagrało z przetworniko-pre @ ESS9038Pro (M500 S.M.S.L) zajebiście dobrze. Co ciekawe, soute, bo Sonos AMP to kompletny wzmacniacz/źródło macie dźwięk wg. mnie na poziomie klasycznych klocków za 2x kwotę (tj. około 6k), co dobrze świadczy o kompetencjach tego stereo od specjalisty od smart/strefowych głośników. Jeszcze powrócimy odnośnie multichannel do tego Sonosa (ostatnia część mega-recenzji). Aha, jeszcze jedno… jak widać – jest obraz, gra, nie ma obrazu – nie gra ;-)

Mamy zatem obietnicę dużego dźwięku, brzmienia, które będzie akuratne w odległości 3-4 metrów od słuchacza, znaczy typowej odległości występującej w dużych pokojach, salonach. Tam, gdzie kanapa, fotel stoi swobodnie, albo już przy tylnej ścianie, gdzie mamy do czynienia z aranżacją uwzględniającą potrzeby AV (ekrany powyżej 50″, ekrany projekcyjne 100 i więcej calowe). Te monitory sprawdzą się w takich okolicznościach. Nie są ogromne, zwaliste jak duże Herbatniki, czy mocno obecnie chwalone (też ogromne) JBLe z najnowszego wypustu, czy retro-nowoczesne Wharfedale. Takie wielkie podstawkowce dominują (to raz), zabierają cenną przestrzeń (cenną w kontekście swobody aranżacji pomieszczenia), są często nie do zaakceptowania przez domowników (w sensie niski poziom WAF). W przypadku Pylonów mamy duży przetwornik zamknięty w jeszcze kompaktowej (w porównaniu do jw) obudowie, a pojedyncza sztuka waży tu 10, nie 20 kilogramów. To ważne szczegóły, dla kogoś kto nie chce, nie może przekształcić najważniejszego pomieszczenia w domu (tam, gdzie wszyscy siedzą, wgapieni w ekran, ekrany) w salonik kapliczkę audio freaka.

Dobrze, to co dostajemy za te stosunkowo niewielkie pieniądze?

» Czytaj dalej

Chord Mojo – nowa, redakcyjna referencja „on the go”

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_3977

„Duże” Chordy – jakoś nigdy nie byłem fanem. Tak, na pewno są to znakomite urządzenia od strony inżynieryjnej, świetnie zaprojektowane, tyle tylko że sygnatura dźwiękowa jakoś nie moja bajka. Nie pasowało, mimo paru prób i dałem sobie spokój. Tak to jest, czasami preferencje słuchającego są tak odległe od tego, co oferuje dana „szkoła”, że – po pierwsze – nie warto czasu marnować (się zmuszać), po drugie – subiektywny osąd mógłby być zwyczajnie krzywdzący dla badanego klamota. Był jednak wyjątek. Tym wyjątkiem, chętnie słuchanym tu i ówdzie, było tytułowe urządzenie: Mojo. Według mnie ten maluch prezentuje inne, bliższe mojemu, podejście do reprodukowania dźwięku. Podobał się, choć nie był to jakiś zachwyt, finalnie trafiła się okazja i tak wylądował w redakcji. Ostatnio mobilnego u nas prawdziwe zatrzęsienie, co ma swoje plusy ale i minusy, bo przetestować trzeba, można w różnych okolicznościach (wyjazdowych) co jest tym „+”, ale też przesuwa parę rzeczy planowanych, zakłóca ustalony wcześniej porządek publikacji. Mam nadzieję, że przyszły tydzień będzie owocny, znaczy uda się nadgonić i sporo rzeczy na HDO się pojawi, a mobilne już zapowiadane i właśnie dopiero co zapowiadane oraz to, co leci, nie popsuje playlisty i wyrobimy się ze wszystkim, co tam się ostatnio słuchało.

Trzeba to ogarnąć (świecące kule – komunikacja, sterowanie), ale to nawet dodaje uroku i jest konsekwentnym wyborem
producenta we wszystkich produktach PC Audio 

Dobra, dość pierdzielenia, czas na konkrety. Mojo. Opisany przez praktycznie każdy sajt, w licznych periodykach branżowych, przetestowany „na wylot”. Czy może być coś odkrywczego w opisywaniu sprzętu sprzed c.a. 4 lat? W odniesieniu – jak najbardziej. W odniesieniu do nowego. Dlatego Mojo stanie i stawać będzie w szranki z grającymi penami, przenośnymi amp/dakami oraz DAPami, będzie weryfikował wartość tego, co nowsze, oparte na nowych pomysłach. Przy czym Chord parę lat temu zrobił wiele, by rzecz nam się nie zdezaktualizowała – możliwości tego malucha nadal są i będą „na czasie”. Firma o to zadbała, wybierając drogę uzupełniania, czy wręcz „apgrejtowania” (Poly) podstawowego produktu i chwała jej za to. O Poly zresztą jeszcze przeczytacie. To, że sprzęt nie ma MQA uważam za zaletę, Chord podobnie jak inni, zaimplementował w nowych produktach tą bezużyteczną technologię… to jak z dodawaniem (marketing) DSD do każdego przetwornika (obsługa), czy pogoni na cyferki. Cóż, tak to funkcjonuje.

Także cieszę się, że z jednej strony mamy zaawansowane coś, przyjemniej od innych wyrobów Chorda, brzmiące (dla moich uszu), z opcją uzupełnienia funkcjonalności o pełną obsługę sieciową z certyfikacją Roon Ready, opcją mobilnego serwera audio etc. Fajnie. Choć wiem, czytając fora, że nie wszystko wyszło okey (Poly), co też krytycznie ocenimy, co wyjdzie w praniu. Na razie soute i ta „referencja” to nie – jak wielu interpretuje to słowo – najlepsze, top of the tops, tylko zwyczajnie punkt odniesienia dla testowanych przenośnych (w redakcji). U mnie większość USB DACów gra stacjonarnie (temat na inny wpis – brak zasilania, dedykowany komputer/transport cyfrowy, to często panaceum na problemy, droga do uzyskania lepszego dźwięku… pomiary nie kłamią vide Audio Science Review) i Chord wraz z SMSL Idea mają stanowić mobilny materiał porównawczy.

Wirelessy z Wire. Senki mają kopany moduł łączności, ale to nadal jedne z najlepszych mobilnych nauszników
(wygoda, świetny dźwięk, b. dobry ANC)

Postaram się przemycić w ramach paru najbliższych publikacji sporo spostrzeżeń na temat kompetencji brzmieniowych Mojo, tym razem nie będzie czegoś takiego jak osobna recenzja, a właśnie tak, plus – to już w ramach dużej publikacji – Mojo & Poly (z roonowym przegięciem… tu mobilne spotka… stacjonarne). Tymczasem parę fotek, słuchane w dość oryginalnym zestawieniu (dla porównania) z Sennkami Momentum Wireless OvE (wyłącznie opcja pasywna, z wyłączonymi ficzerami, na kablu podpiętym do Mojo) vs Nura (full DSP, BT, z profilowaniem indywidualnym). Zupełnie odmienne drogi do… no właśnie, do czego? Trochę wyjaśniam poniżej, w mini galerii.

» Czytaj dalej

Duża moc, by moc wzmóc móc – końcówka NuPrime STA-9 w redakcji

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5563

Się dużo dzieje, stąd ostatnio jakoś ucichło, ale spokojnie. To cisza przed burzą. I to dosłownie, bo tytułowy wzmak to maszynka może mała ciałem, ale wielka MOCĄ, przy czym kompaktowe rozmiary nie oznaczają tutaj Hypex-a pod maską ;-) No właśnie, konstrukcyjnie bardzo ciekawe opracowanie (hybrydowe takie), rzecz na wskroś jednakowoż nowoczesna i taka w sam raz by test przedwzmacniacza strumieniowego NAD C658 nabrał jeszcze większego sensu (u mnie nadspodziewanie zrobiło się czysto vintage’owo ostatnio w salonie, cały sprzęt wzmacniający to staruszki). Także coś adekwatnego do obecnych realiów, a nie dziadki hajfajowe, poza tym to nie jedyne co za moment będzie grało, bo jeszcze Element I (Matrix Audio) właśnie do nas leci. Także streamer/dac, all-in-one PRE z dirac i wzmiankowana końcówka. Wszystko w miksie. To nie może się nie udać ;-) A serio, myślę, że damy czadu (biedne sąsiady) i będzie głośno i będzie wyczynowo i będzie wreszcie też wciągająco-intrygująco (btw wszystko to nowości są w sumie).

No cześć

Zasadniczo chcę uzyskać optymalne warunki dla napędzenia redakcyjnych Diamondów (80W na kanał przy ośmiu Ω need it) oraz wysterować duże, trójdrożne podłogówki (niespodzianka), będące parametrowo wyzwaniem dla rachitycznych amplifikacji starej daty, jakie okupują salon. No to ten STA-9 ma co udowodnić i będzie solidnie goniony do roboty! Nie mamy dwóch takich (może w scenariuszu mono, dwa takie, pracować), ale nie powinno to przeszkadzać w uzyskaniu optymalnego rezultatu. Matriksa podepniemy pod NADa, ale też sprawdzimy w roli pre dla końcówki podpiętego symetrycznie. Także plan jest konkretny. Jestem bardzo ciekaw jak dużą różnicę wprowadzi zmienna – DSP = korekcja pomieszczenia via dirac – uskuteczniona w opisanym wyżej systemie. Co prawda pomieszczenie jest delikatnie (no ściana ZA więcej niż delikatnie) adaptowane, ale z dotychczasowych prób, eksperymentów wyłania się jednoznaczna konstatacja… to przyszłość, konieczny składnik, coś, co zmienia reguły gry. Wiecie, że jestem może nie kablosceptykiem, ale akcesoryjnym agnostykiem, kable czy zasilanie poważam, choć nie mam nabożnego stosunku, a efemeryczne składniki traktuję z nieufnością. Powiem tak – zastosowanie kodu do korekcji problemów z akustyką miejsca zrobimy totalne przemeblowanie waszemu systemowi, wprowadzi go na nowy poziom, bez porównania większe, bardziej zauważalne, oczywistsze niż wymienionych powyżej akcesoriów. To jest coś, co jednoznacznie wpływa na całokształt, a nie delikatnie, subtelnie itd. I żeby nie było, może też popsuć, ale po właściwej aplikacji to naprawdę game changer.

I już system jest, poza efektorami, co da radę każdej kolumnie i każdy strumień zagra z sieci i analogowe też obsłuży i jeszcze korektę akustyki zaaplikuje. Czego więcej, no czego, chcieć?

Także końcówka NuPrime (sporo wcześniej elektroniki poprzednika tj. NuForce się u nas przewinęło, zasadniczo bardzo pozzytywne SQ, przyjazne cenowo, tylko jakość wykonania była nie zawsze na wysokim poziomie) będzie robić za główną maszynę dostarczającą wzmocniony sygnał naszym redakcyjnym efektorom i po korektach mam nadzieję uzyskać rezultat do tej pory nieosiągalny (bez wsparcia kodu) u siebie. Skąd to przeświadczenie, że się powiedzie? Ano stąd, że C658 po korekcji robi robotę soute z aktywnymi monitorami podpiętymi symetrycznie i to robi tak, że – gdyby nie przez wzgląd na fakt testowania i pisywania – olałbym wszystko inne, zagracające przestrzeń i zostawił tylko to. Może, z czasem dodałbym suba, którego nie dość że NAD znakomicie potrafi obsłużyć (przyłożyli się programowo do tego, dwa takie można zaaplikować w ramach systemu i po korekcji… ojojoj), czy dwa i już. Zresztą miejsce do oglądania ma swoje wymogi w tym względzie (kino znaczy się) i to mnie tak czy inaczej czeka, a że przy okazji audio zyska to tym lepiej.

Fajnie, że można mieć i stereo w pełnym bukiecie (są końcówy, co balans mają tylko w mono) i dual-a w obu opcjach, jak komuś mało…

Dobra, miało być o STA-9 a nie jakieś tu wątki poboczne. Jak widzicie na fotkach małe to, niezbyt gorące to, ładne, zgrabne… to już nie są czasy wielkich jak stodoła pieców. Nie. Dzisiaj zdecydowanie można uzyskać potężny power za pośrednictwem jakiegoś niepozornego malucha (czekam na NC400 i to będzie kres poszukiwań wydajnego druta ze wzmocnieniem), także reszta to już przeszłość zamierzchła. Ale żeby nie było, jako że vintage lubię, kocham stare klamoty to siakieś stare coś i tak będzie zawsze towarzyszem dla tego nowoczesnego. Poza tym chodzi mi po głowie pewien, fenomenalnie wykonany, lapowy DIY (monobloki), który ma cieszyć oko (nowe klamoty w większości wypadków, zdecydowanej większości, są nudne jak flaki z olejem) i (się zobaczy, czy usłyszy raczej) ucho. Także przewidujemy spore zmiany w elektronice redakcyjnej, tak, a efektory jakoś nie chcą się znudzić i może tylko niskotonowce zagoszczą u nas na dobre. Obecnie jeden taki gra, ale to nie ten poziom, także tutaj jest sporo do odkrywania i fajno, że jest.

Co my tu mamy?

  • Moc: 2x120W (tryb stereo); 290W (tryb mono)
  • Pasmo przenoszenia: 10Hz–50kHz
  • Minimalne zużycie prądu: 16W
  • Zniekształcenia: 0,02% (Stereo)/0,01% (Mono)
  • Poziom wzmocnienia: 22dB
  • Wzmacniacz pracujący w klasie D
  • Układ wstępnie wzmacniający pracujący w klasie A
  • Czułość wejścia: 232,8mV, 1W @ 8Ω
  • Impedancja wejściowa: 47kΩ
  • Wejścia analogowe: 1 para wejść stereo RCA, 1 para wejść stereo XLR
  • Transformator toroidalny dużej mocy
  • Końcówki mocy przełączające się przy częstotliwości 550kHz
  • Wzmocniony przebieg drugiej harmonicznej dla uzyskania efektu lampowego grania
  • Obudowa dostępna w wersji czarnej

 

Bardzo dobrej jakości I/O. Lubimy

PS. Będzie jeszcze za moment o czymś, co miało niedawno debiut i sobie pokrytykuję, bo znowu dają niepełnowartościowe produkty u nas… ale to słabe!

Aaaa dzięki chłopaki z Premium Sound za wypożyczenie! Jak jesteście z okolic (Sopot Wyścigi) to wpadajcie do nich, nudzą się niemiłosiernie, bo wiadomo. Także do świątyni, z czymś tam, na słuchanie, może coś zwróci uwagę i ufajnicie sobie to całe siedzenie w domu (taaa, wiem, „odmrażają” …ciekawe co teraz, po lasach, odmrożą, niebywale wspomagając gospodarkę? Może poza sportem bez kibiców, będzie bon bez pokrycia na wyjazd do Koluszek w sezonie 2024? Albo fryzjer online aka sam se obetnij? Albo… wierzę, że te tytany potykania się o własne giry, jeszcze nas niejednym zaskoczą).

Takie małe, a takie mocne!