LogowanieZarejestruj się
News

Pojedynek na szczycie: HE-1000 vs MrSpeakers Ether Flow vs LCD-3

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170302_075639512_iOS

Z tym tytułowym szczytem to nie do końca tak, że szczyt, no może i szczyt, ale są (jeszcze) wyższe szczyty. Wspomniałem ostatnio o tym na łamach – nowe modele są dwa, trzy razy droższe od niedawnych top of the top i ten trend w katalogach specjalistów z branży wyraźnie widać. Ceny przebijają kolejne „granice”, docieramy do finansowej stratosfery. Mniejsza. To co udało mi się zgromadzić i porównać wyznacza horyzont możliwości, mimo droższych modeli jakie pojawiły się ostatnio – serio – szczerze wątpię w nawet 10% progres (odnośnie tych procentów, to w ogóle idiotyzm, żeby opisywać to w jakiejś skali… na tym pułapie to często subtelne „inaczej”, ale już niekoniecznie „lepiej” / „gorzej”). Nowe flagowce to często, gęsto (jeszcze) bardziej luksusowe materiały, ergonomiczne zmiany w konstrukcji, które mogą przełożyć się na większy komfort użytkowania oraz… jakaś legenda (o tym, „jak to w pocie czoła…” ;-) ). Nie chcę przez to powiedzieć, że dochodzimy do ściany, ale mówiąc wprost – najdroższe do niedawna słuchawki to poziom tak wyśrubowany, że zmiany, radykalne zmiany możliwe są chyba tylko w przypadku technologicznego przeskoku (vide grafen), zastosowania całkowicie nowych rozwiązań.

W naszym porównawczym teście zmierzyły się cztery znakomite nauszniki firm specjalizujących się w produkcji słuchawek planarnych: HiFiMAN HE-1000, dwa modele MrSpeakers Ether Flow (otwarte) oraz C (zamknięte), wreszcie opisane wcześniej, redakcyjne Audeze LCD-3 (jako punkt odniesienia). Na rynek trafiła nowsza wersja „tysięczników”, ze zmianami głównie pod kątem ergonomii, LCD-3 nadal są w ofercie, a Ethery to obecnie szczyt oferty MrSpeakers (które, jak pamiętacie, od paru miesięcy ma polskiego dystrybutora). Testowanie tych wszystkich nauszników było ciekawym doświadczeniem – z jednej strony macie obiektywnie bardzo wysoki poziom w przypadku każdej z wymienionych konstrukcji, generalnie rzecz ujmując – to, co możliwe jest do osiągnięcia w zakresie jakości brzmienia w przypadku słuchawek, z drugiej to inne smaki, one się znacząco różnią, to inny patent na dźwięk… tu (znowu generalizuje) nie ma wspólnego mianownika. Ktoś mógłby z miejsca zaprotestować – no ale jak to, przecież jest jakiś absolut, jakiś poziom doskonałości, coś co stanowi cel, metę… a tu mowa o różnych, bardzo różnych sposobach reprodukcji.

…z thunderboltowego pro toolsa. Cymes!

Nie ma czegoś takiego jak „absolut” w audio. Nie ma czegoś takiego jak wzorzec z Sevres. Nigdy nie było i nigdy nie będzie. Nie jest tym absolutem wyczynowa neutralność, nie jest hiperanalityczność, nie jest (bo nie występuje w przypadku reprodukowania muzyki w domu) kontrowersyjne „jak na żywo”. Drogi, które prowadzą do obiektywnie doskonałego dźwięku (przy wszystkich ograniczeniach wynikających z subiektywnej, indywidualnej oceny) są tak różne, że w ogóle trudno tu mówić o czymś, co stanowi patent do osiągnięcia audionirwany… tych patentów jest tak wiele… każdy konstruktor wybiera pewną drogę dojścia do zakładanego rezultatu. Jak wspomniałem powyżej, postęp w głośnikach, w sposobie reprodukowania dźwięku to nie IT (brak analogii), to powolny proces, a jakaś znaczącą rewolucję mogłoby wywołać dopiero wprowadzenie awangardowych materiałów. Bez tego o żadnej rewolucji (popatrzmy na kolumny) nie może być mowy. Ze słuchawkami jest o tyle inaczej, że pewne, istotne udoskonalenia, wymuszają okoliczności. Mamy mobile, mamy zmiany w dystrybucji muzyki, mamy popularyzację tego co i na uszach. A to niejako wymusza, ułatwia adaptacje nowych pomysłów, przy czym granice tego co można da się (podobnie jak w przypadku kolumn) przekroczyć wtedy, gdy nowe materiały pozwolą znieść ograniczenia fizyczne na jakie natrafili konstruktorzy, korzystający z dotychczasowych rozwiązań, technologii.

Tytułowe słuchawki są „naj”, ale to „naj” jest różnorodne, inne, to indywidualne wybory, to nasza wrażliwość, to nasz gust. Tu nie ma mowy o dźwięku niesatysfakcjonującym. Ba, tu nie ma mowy o dźwięku, który „nie podchodzi”, bo trudno mówić w przypadku tych nauszników o niedostatkach, o czymś, czego „nie ma”. Natomiast każda z tych konstrukcji odmiennie czaruje, odmiennie bierze nas w swoje władanie, pozwala w różny (tak, to dla portfela niewątpliwie przykre, ale najlepiej, bo najpełniej dla maniaka bezkompromisowego dźwięku z nauszników to mieć całą kolekcję takich flagowców) sposób przeżywać spotkanie z muzyką, na poziomie absolutnie topowym. No dobrze, ale mamy w tytule pojedynek, niech więc subiektywna ocena podkręci atmosferę, niech to porównanie nabierze nam nieco sportowego charakteru. Pamiętajmy tylko, że tu nie ma przegranych, nie ma konstrukcji, która „a jednak”, bo w przypadku takich słuchawek zwyczajnie nie ma o tym mowy…

» Czytaj dalej

ROON+iPeng9=GAMECHANGER

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170711_101338000_iOS

Nowa aktualizacja ROONa? Nie. Nowe możliwości? Tak. O tym właśnie wielokrotnie wspominałem, opisując potencjał tego front-endu. Tylko front-endu, czy raczej całego ekosystemu z własnym, wyspecjalizowanym systemem operacyjnym? Tak, dzisiaj mówimy o czymś, co przekształciło się w coś dużo większego, dużo ważniejszego, w porównaniu do debiutującego nieco ponad rok temu oprogramowania. ROON ma otwartą architekturę, pozwala na modyfikacje, na stosowanie własnych interfejsów streamingowych (warstwa sterowników) tj. HQPlayer czy JPlaym, pozwala także na instalację pluginów (zaawansowana korekcja, silnik DSP) oraz… to właśnie tytułowy GAME CHANGER integrację z zewnętrznym oprogramowaniem rozszerzającym możliwości. Czy to nie jest całościowe rozwiązanie, na jakie czekaliśmy, jakie chcieliśmy widzieć w świecie komputerów, w przypadku grania z pliku? Oceńcie sami, ja już (od ponad roku) zadecydowałem, wybrałem. To jest to.

iPENG to kawał świetnego softu. Aplikacja, która parę lat temu zadebiutowała w App Store (wyłącznie iOS), stała się jednym z najpopularniejszych rozwiązań pozwalających na odtwarzanie wielostrefowe muzyki w domowych pieleszach. Fundamentem był LMS (Squeezebox / SlimDevices / Logitech). Systemowe oprogramowanie, serwer oraz kontroler multistrefowy w jednym. Logitech niestety porzucił świetne Squeezeboksy, ale na szczęście ogromna popularność tego rozwiązania, prężnie działająca społeczność, pozwoliła na dalszy rozwój LMSa, jego wielorakie modyfikacje oraz otworzyła przed wieloma developerami szanse na stworzenie czegoś nowego, innowacyjnego, nie mającego odpowiednika w świecie PC Audio.

iPeng!

iPENG pozwolił na przekształcenie dowolnego iPhone, iPoda Touch oraz iPada w strefowy odtwarzacz SB, na pełną kontrolę nad dowolną (sic!) liczbą stref, odtwarzanie w czasie rzeczywistym wielu strumieni w wielu pomieszczeniach. Jakby tego było mało, dzięki modyfikacjom LMS całość integruje nam dowolne usługi streamingowe (tak jest Tidal, jest Spotify i wiele innych), pozwala na strumieniowanie hi-resów (modyfikacja EDO w Squeezeboksach)… to coś, co w takiej skali stanowiło unikalny patent na streaming i to (cofając się) parę lat temu, kiedy te wszystkie rzeczy były zupełnie nowe, świeże, dopiero raczkowały. Ok, zostawmy na chwilę te historyczne nawiązania, dotyczące samego iPenga, zobaczymy co się stało, po połączeniu jednego z drugim…

Czekałem tylko na moment, kiedy iPENG będzie w stanie współpracować z ROONem i …od paru dni stało się to możliwe. Tytan kodu Joerg Schwieder zintegrował swojego iPENGa z ROONem. Zrobił to PERFEKCYJNIE. Efekt, cóż, przekroczył moje wyobrażenia. A przecież mówimy „tylko” o połączeniu dwóch, do tej pory funkcjonujących osobno bytów… najlepszego wg. mnie oprogramowania audio dla komputerów z czymś, co pozwalało wykorzystać post-pecety ;-) czytaj tablety oraz smartfony w domowym systemie audio jako streamery LMS. Wyobraźcie sobie, jakie to daje możliwości! Każdy handheld z oprogramowaniem systemowym od 10 w górę (iOS10) staje się multistrefowym odtwarzaczem audio, sterowanym za pośrednictwem ROONa, z jego możliwościami: integracją potężnego DSP, integracją internetowych strumieni bezstratnych, także hi-resowych Tidala, nowymi możliwościami zawiadywania lokalnymi bibliotekami audio itd. itp). Dzięki połączeniu tego oprogramowania w jedno, kompleksowe rozwiązanie, możemy przykładowo grać hi-resy z iPada (24/96 – tyle obsługuje na wyjściu tablet Apple) w tym pliki master (w aplikacji mobilnej zarówno na Andka jak i iOSa obecnie nie ma wygodnego dostępu do tego typu materiału, nie ma zakładki masters) korzystając z dużo lepszego, wygodniejszego UI, czytaj integracji tidalowych strumieni w oprogramowaniu ROONa. Ale to, powiem Wam, mało. To dopiero początek.

& ROON!

Testuję rzecz bardzo intensywnie i jestem bardzo pozytywnie zaskoczony jak gładko, jak bezproblemowo to wszystko działa. Każdy kolejny odtwarzacz multistrefowy (wszystko jedno czy iPhone, czy iPad, także starszej generacji, byle był zgodny z najnowszym iOS) odtwarza muzykę z ROONa bez żadnych „ale”, reaguje natychmiast, a dodatkowo (właśnie!) można na nim skonfigurować parametry odtwarzania dźwięku w sposób niedostępny do tej pory dla jabłkowych handheldów. To już zasługa samego ROONa, jako przykład niech posłuży binauralizacja nagrania w locie, ustawiona w silniku DSP. A to tylko mały przykład  nowych możliwości. Każdy handheld może dzięki adapterowi CCK (Camera Connection Kit) przekształcić się w wysokiej klasy strumieniowiec. Wystarczy podpiąć jakiegoś DACa (w praktyce dowolnego stacjonarnego i większość mobilnych). W takiej konfiguracji mamy to, co w ROONie nazywa się BRIDGE, czytaj end-point oparty na dowolnym komputerze z zainstalowanym oprogramowaniem, przekształcającym taki PC w końcówkę systemu audio dla systemu opartego na tym software. Jakby tego było mało, możemy znacznie zwiększyć możliwości naszych bezprzewodowych głośników oraz słuchawek, korzystających z transmisji via Bluetooth. BT nie jest z wiadomych przyczyn wykorzystywane w rozwiązaniach wielostrefowych (ograniczenia interfejsu, zasada działania point-to-point), tutaj jednak możemy wprząc słuchawki, czy głośnik do naszego multiroomu, odtwarzając muzykę via ROON. Wygodnie, bo z handhelda. Więcej. Można w ten sposób sterować odtwarzaniem (podstawowe funkcje) ze wzmiankowanego słuchawek, głośnika. Więcej. Można odtwarzaniem zawiadywać także z poziomu zegarka (vide Pebble, patrz obrazki). Sam iPENG, dzięki pełnej integracji, pozwala na pełne wykorzystanie stref w ROONie. Ot, po prostu uruchamiamy aplikację ROON REMOTE (iOS) i już. Przy czym nie tylko zawiadujemy odtwarzaniem w strefach jak to miało miejsce do tej pory (przed integracją iPENGa), ale (dzięki temu, że iPENG przekształca nam każdego handhelda w end-pointa, źródło dźwięku) również gramy muzykę za pośrednictwem iPhone czy iPada (względnie iPoda Touch).

Sterowanie strefami z zegarka?

Widgetowa wygoda

Dzięki widgetowi w iOS możecie spokojnie sterować odtwarzaniem bez zaglądania do apki, możecie także (równie dobrze) skorzystać z podstawowych funkcji sterowania na ekranie blokady. Jak wspomniałem przekazujemy dźwięk na podłączone bezprzewodowo bluetoothowe efektory, oczywiście możecie także w jednej chwili odpalić dodatkowe strumienie na podpiętym do CORE DACu, strumieniowcu (DLNA/AirPlay… może to być jakieś AppleTV, AirPort Express, albo dowolny streamer z obsługą standardu uPnP/DLNA, a nawet własnym sposobem dystrybucji dźwięku vide Sonos) czy strefowym end-pontcie opartym na komputerze (wspomniany BRIDGE z PC/MAC & DAC). To jedyne takie rozwiązanie na rynku, oferujące taką skalowalność, takie możliwości, w połączeniu z obsługiwanymi strumieniami z sieci (Tidal), pełną obsługą DSD (w tym konwersji PCM@DSD w czasie rzeczywistym) oraz potężnym silnikiem DSP. Co ważne, obecnie, po wprowadzeniu (wreszcie!) obsługi UAC 2.0 (USB Audio 2.0) do Windowsa, można ROONa potraktować jako docelowy, kompleksowy sposób dystrybucji dźwięku, odtwarzania plikowego audio w domu typu plug&play (w Windows 10 nie potrzebujemy po instalacji Creators Update dodatkowych sterowników). Integracja handheldów Apple to domknięcie tematu  (w przypadku Andka było to już wcześniej możliwe, bo ROON wspiera androidowe handheldy via UTG… tu ograniczeniem był/jest sam transport (androidowe źródło audio), który może nie dysponować takimi możliwościami obsługi dźwięku, wyprowadzenia go na zewnątrz).

iPad jako źródło …w ROONie

…i teraz jakiś DAC

…albo bezprzewodowe słuchawki

I tak iPad (iPhone) może być i jest dobrym transportem cyfrowym, pozwala na wygodną obsługę za pomocą dużego, dotykowego ekranu. iPENG oferuje takie właśnie możliwości… stanowiąc warstwę, przekształcającą posiadane urządzenia@ iOS w kolejne, roonowe end-pointy. Identyfikuje nam się to jako kolejny Squeezebox (przy czym możemy sobie dowolnie te sprzęty ponazywać, uporządkować to wedle upodobania) i w ten jakże prosty sposób mamy do dyspozycji kolejne końcówki, kolejne streamery z opcją grania stacjonarnego (stacjonarny DAC-tor) lub mobilnie (vide słuchawki/bezprzewodowe głośniki BT). Ograniczeniem jest tu tylko lokalna infrastruktura sieciowa, przy czym można spokojnie wyobrazić sobie rozbudowaną instalację, która swoim zasięgiem obejmuje (także) spory ogród, taras, patio itd. itp. Dodajmy do tego to wszystko, co oferuje sam ROON w zakresie obsługi dźwięku i mamy coś absolutnie unikatowego. Unikatowego, bo spójnego, bo stabilnego, a jednocześnie integrującego wiele rzeczy w jeden system. Wiele urządzeń, wiele systemów (operacyjnych), wiele odmiennych rozwiązań w coś, co możemy obsłużyć w prosty, szybki sposób w dowolnej liczbie pomieszczeń, w dowolnych uwarunkowaniach lokalowych (korekcja!). A przecież to nie koniec, to „tylko” kolejny etap, bo już się mówi o możliwym wprowadzeniu Dirac Live Room Correction (takie możliwości oferuje m.in. otwarty na rozbudowę możliwości silnik DSP), o wprowadzeniu przez innych developerów swoich plug-inów do oprogramowania. Możliwości są – zwyczajnie – nieograniczone.  

Co dalej? Mobilne granie? W sensie przenośne za pośrednictwem sieci komórkowej. ROON dzięki ROCK (wyspecjalizowany system operacyjny audio dla komputerków NUC) oraz ROON server (względnie CORE, jeżeli ktoś nie wyłącza swojego komputera, np. dekstopa, gdy ten pracuje 24/7) daje mocne podstawy do budowy rozwiązania typu własna chmura audio z dodatkową integracją strumieni z sieci (Tidal) w ramach jednego interfejsu, jednego, spójnego UI. Czy ROON labs zdecyduje się na takie rozwiązanie, czy będzie chciał wejść w temat grania na wynos? Patrząc na to, czym jest obecnie ROON, mało kto może z nimi konkurować w zakresie kompleksowego oprogramowania do obsługi muzyki z pliku w domu. To już system, ekosystem, z nowymi możliwościami, które generują zewnętrzne firmy developerskie, oferujące swoje rozwiązania, uzupełniające to, co gwarantuje sam ROON. To właśnie coś, co robi różnicę, bo jeden, nawet taki jak ROON Labs developer, który dba o rozwój, o wsparcie swojego produktu to dopiero początek. Rozbudowa możliwości oprogramowania może dokonywać się także dzięki zainteresowanym, innym podmiotom – developerom. To podstawowa sprawa w przypadku czegoś, co definiujemy jako ekosystem. Czy ROON jest pierwszym, z prawdziwego zdarzenia, softwareowym ekosystemem audio?

Patrząc na możliwości jakie oferuje ten tandem, nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

O ROONie możecie przeczytać w naszych wcześniejszych wpisach: testy, opisy, poradniki nt. front-endu znajdziesz pod tym linkiempod tym oraz pod tym a także tutaj i tu. I jeszcze o tu. Wreszcie ostatni o ROCK (Roon Optimized Core Kit) tutaj.

 

Bardzo rozbudowana fotogaleria poniżej…

» Czytaj dalej

WOO AUDIO… historia pewnego sukcesu

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
WOOAUDIO_WA7-silver

WOO AUDIO. Kto nie słyszał o tych wzmakach? Chyba każdy, komu bliska jest tematyka audio wie o co chodzi. Sprzęt bardzo trudno dostępny w Europie, właściwie niespotykany (do „wczoraj” tylko jeden dystrybutor na Starym Kontynencie, JEDEN). Bardzo rzadko spotykany na imprezach, jak już u kogoś w domu to daleki import… A jednak. A jednak wielu z Was zapewne słyszało o tej marce, o legendzie jaka otacza te klamoty, o tym jakie to precjoza, jakie skarby, że tylko zdobyć, ustawić i już (dalej) nie szukać. Wspólnym mianownikiem była i jest tu lampa. Lampa w niebanalnej, ekstremalnej wręcz formie, bo lampie wszystko tu przyporządkowane, bo lampa to patent, to pomysł i jedna (jedynie słuszna? ;-) droga, do wydobycia całego przebogatego piękna z muzyki. Tak, tak sobie w tym WOO AUDIO wymyślili i wiecie co? Chwała im. Chwała im za to, że nie ulegli pokusie eksperymentowania z tranzystorem tylko skupili się na tym, co znają i co (nie mam żadnych wątpliwości, że tak właśnie jest) KOCHAJĄ.

Są takie rzeczy, których specjalnie nie trzeba reklamować. Wiecie o co chodzi. Jest sobie klamot, specjalnie niereklamowany (jakoś nigdy, przenigdy nie widziałem w głównonurtowych periodykach wielkich reklam, a nawet małych reklam, a nawet jakiś przekazów podprogowych w necie nie widziałem też), a ludzie mówią. Mówią, bo słuchają i dzielą się opiniami. Budowanie marki, budowanie uznania bez machiny marketingowej, a właśnie oddolnie (ktoś zaraz o ustawce coś napomknie… cóż, takie czasy – tutaj nie ma to zastosowania) zdobywa uznanie. Bo ludzie czują, że trafili na coś wyjątkowego, na coś co przenosi ich do lepszej, dużo lepszej rzeczywistości, tam gdzie liczy się tylko „tu i teraz”. I głośno wyrażają opinię, opisując na forach swoje wrażenia. 

To miałem sposobność i cóż, jak tu nie zachorować, no jak? WA5

WOO AUDIO to niewielka firma, ale z bogatym doświadczeniem (ludzie!) i wcale bogatym (patrz/wróć – niewielka firma) katalogiem. Wierna swoim zasadom, swoim patentom, przy czym to (od razu uprzedzam) górna półka. Tu nie będzie budżetowo, tu będzie konkretnie. Przy czym jedno dla mnie nie podlega dyskusji. Czy całkiem malutka, nawet trubo kompaktowa konstrukcja, czy piękna, dzielona konstrukcja (SET na lampach 300B), czy monobloki… bez różnicy, to jest end of the road. Słyszałem dwa takie wzmacniacze i powiem wprost – to nie było doświadczenie li tylko fizyczne, ale (już widzę wywracających gałami) metafizyczne. To był totalny odlot.

Zainfekowany

Był odlot i nie mogłem, zwyczajnie nie mogłem tego tak zostawić. Stąd decyzja o lampie, ale właśnie bardzo kompaktowo, o dodatkowym (dodatkowym? Serio… dodatkowym? ;-) ) systemie opartym na bańkach. I tak przyszedł czas na modyfikowanego bez ustanku Mini Watt-a z wsadem (czego tam nie było) najprzeróżniejszych NOSów (Telefunkeny, philipsowe …miniwatty, Mullardy…) jak i baniek z nowej produkcji (PSVANE) –  tak dopadła mnie lampofilia w tragicznie nieuleczalnej formie. W końcu znalazłem coś, co pozwoliło (ciekawe na jak długo?) położyć kres poszukiwaniom. Trafił się wsad brimarowy, który gra do dziś. Tak, ale wspomnienie WA5 pozostało we mnie i jak cierń do dziś uwiera boleśnie. Cóż.

Ehhh

Za sukcesem firmy stoją dwaj główni inżynierowie pan Wei i Zhi Dong, którzy mają za sobą ponad 60 lat konstruowania i budowania wysokiej klasy wzmacniaczy. Głównym animatorem jest przedstawiciel młodego pokolenia Jack Woo – dyrektor techniczny i główny manager. Bardzo istotne – to nowojorczycy, o czym kapkę dalej. Montaż klamotów wykonywany jest z autorskich komponentów, na miejscu w Nowym Jorku właśnie. Rzecz jasna lampa to ciągła (ehę ;-) ) potrzeba doskonalenia wynikająca nie tylko z …potrzeby doskonalenia, ale (także) przebiegającego w określonym czasie zużycia baniek (nie czas i miejsce na teoretyczne rozważania, ale to dobra wymówka, by sprawić sobie nowy komplet, nieprawdaż? …hehehe).

Wiecie co jest fajne w Nowym Jorku? Wiele rzeczy, ale najfajniejszy jest dystans, luz, całkowita wolność, swoboda z jaką nowojorczycy odnoszą się do otaczającej ich rzeczywistości. WOO AUDIO to właśnie TO. Oni z nikim się nie ścigają, nie rywalizują i nie starają się udowodnić Bóg wie czego. Są ponad_to. Stąd, jak wspomniałem, brak hype, brak tego wszystkiego, co niezmiernie mnie ostatnimi czasy wk..wia w branży. Kiedy pojawiają się pieniądze, duże pieniądze, kiedy wszystko co z audio związane pęcznieje (bezsprzecznie słuchawki są ostatnio najlepszym dowodem na to, co sobie tutaj wypisuje, słuchawki i szeroko rozumiany temat PC Audio) widać, jak się to brutalnie komercjalizuje. Nie chodzi o zarabianie pieniędzy, a o to, jak je się zarabia. Można w zgodzie z samym sobą, można też inaczej. Coraz częściej dostrzegam to „inaczej”. I wiecie co? Chrzanię to po całości!

Lampy hurtem WA33

Na mnie (a na kogo nie? Nie znam ;-) ) urok żarzących się w półmroku lampiszonów działa, niezawodnie działa. Jak widzę bańkę to już tylko ta bańka i jakby tu sobie tę bańkę (…też tak macie? Pewnie że macie! :) ) zaaplikować. Poniżej, krótkie resume po ofercie WOO (nie całej, bo sporo tego!). Te opisane poniżej precjoza trafią na polski rynek, będzie zatem można zasmakować w dźwięku, który nie pozostawia obojętnym. Ma silne właściwości uzależniające, także LOJALNIE UPRZEDZAM – jak już wpadniesz, to po same nomen omen uszy.

I nie ma odwrotu:

PS. Uporaliśmy się (no prawie) z CMS-em. Lecimy z koksem – jeszcze dzisiaj nocną porą reinkarnacja iPoda, a potem słuchawkowe hajendy i pod koniec tygodnia obiecywana, wszystkomająca (tak uważam i obronię to w recenzji niepodlegającymi dyskusji argumentami ;-) ), idealnie skrojona na dziś i na jutro integra NADa.

» Czytaj dalej

HiFiMAN SuperMini – hiresowy iPod Nano. DAP nie musi być cegłą

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170512_185630342_iOS

Audiofilskie DAPy są w większości koszmarnie nieergonomicznymi klockami. Na bakier z wygodą, na bakier z czasem pracy na baterii, na bakier z obsługą… To wszystko jest rzekomo mniej istotne od dźwięku. Tak, dźwięk, jego jakość ma nam niejako wynagrodzić niedostatki w zakresie użytkowym, pozwolić na wymazanie z pamięci tego, co powyżej. Powiem wprost i może nawet nieco brutalnie – to nie działa. Nie działa, bo mówimy o elektronice UŻYTKOWEJ, gdzie liczy się suma elementów, a nie jeden element. To nie stojący w pokoju, może koszmarnie za duży, może strasznie ciągnący prąd z sieci, może z jakimś idiotycznie nieergonomicznym właśnie pilotem klamot, który jednakowoż przenosi nas do krainy szczęśliwości, natychmiast gdy tylko go odpalimy. Taki DAP to sprzęt, który musi sensownie się sprawdzić w zupełnie innych okolicznościach przyrody. Nawet jeżeli mówią, że to jedyne źródło (cyfrowego) audio, jakie potrzebujesz, czytaj możesz wykorzystać możliwości mobilnego grajka także w domowych pieleszach. Może przy okazji, ale przecież to ma być na wynos, prawda?

To jedna strona medalu. Druga to coś, co mnie nieodmiennie dziwi i do dzisiaj właściwie nic takiego, masowego, świetnie wykonanego, gdzie przyłożono się do każdego szczegółu, nic takiego na rynku się nie pojawiło. Tak, mam na myśli iPoda. To nie audiofilska maszyna do przeniesienia nas do audionirvany, a masowy produkt, który swego czasu wyznaczał kierunek rozwoju całej branży (bo rewolucja iTunes, bo rewolucja mobilnego słuchania, bo słuchawki). Dzisiaj Apple traktuje iPoda wyraźnie po macoszemu, nie przykłada większej wagi do rozwoju tego segmentu i trudno się dziwić. Sprzedaż spada od wielu, wielu lat, nikt już nie chce, nie potrzebuje osobnego grajka. Nie potrzebuje, bo strumieniuje i ma telefon. Koniec, kropka, amen. Tak, to zrozumiałe, że iPod to już historia (sentymenty na bok), ale zagadką pozostaje dla mnie fakt, że żaden z producentów audiofilskich playerów nie zadał sobie trudu by stworzyć coś tak dopracowanego pod kątem obsługi (łatwość / jednolity interfejs – sposób sterowania / rozbudowany ekosystem) oraz tak zbudowanego (cholera, dlaczego nie można w playerze za 2k znaleźć stalowego, monolitycznego gniazda jack, dlaczego obudowa nie jest unibody, dlaczego ekran pod kątem jest do niczego, dlaczego…). Tego nie jestem w stanie pojąć i dalej czekam na coś, co jest właśnie takie jak iPod – od A do Z dopracowane w zakresie obsługi, budowy, materiałów. Plastik? Jaki plastik do k… nędzy!

No dobrze, to może jednak nerwosolku? A chętnie, a przechodząc do meritum… HiFiMAN SuperMini, bohater dzisiejszego wpisu, to prawie w pełni udana próba stworzenia hi-resowego odpowiednika iPoda Nano. Prawie. Jest blisko, bo metal, bo OLED (tu lepiej), bo ładnie spasowane ale… są pewne ale, o których przeczytacie za moment. Jest dobrze, ale może być (a niewiele brakuje) właśnie tak, jak być powinno. Idealnie – znaczy się. Nie powinniśmy zadowalać się (w przypadku DAPów) półśrodkami, godzić się na kompromis. Nie! Taki grajek ma nas w maksymalnie komfortowy sposób przenieść do krainy dźwięku znanego z dużego stereo, z naszego HiFi toru i tak to ma wyglądać. W dziedzinie dźwięku tak zazwyczaj jest. HiFiMANowe odtwarzacze wraz z tymi od literek A i K wyznaczają niewątpliwie najwyższe kompetencje w tej materii. Testowaliśmy na łamach takie dziwa jak grajek za ponad 10 tysięcy (potocznie tzw. superkałach) i tam faktycznie od strony brzmieniowej NIC nie brakowało. Fajne jest to, że miniaturyzacja (sorry, ale przenośnie cegieł nie uznaje, po prostu to bez sensu) poszła tak do przodu, że stworzenie gabarytowego odpowiednika wspomnianego kilkanaście razy ;-) (oj będzie, będzie co chwila przywoływany) iPoda (Nano) jest osiągalne. SuperMini tego dowodem. Najdojrzalszym i póki co wg. mnie najlepszym (choć AK ma w swoim arsenale parę ciekawych produktów z zakresu małe jest piękne i warto będzie zweryfikować).

Zapraszam do bezkompromisowego tekstu poświęconego najambitniejszemu, prawdziwie kieszonkowemu playerowi hi-res jaki znajdziecie w sklepie. Panie, Panowie HiFiMAN SuperMini…

» Czytaj dalej

Recenzja Audioengine HD6. Kompletny system w aktywnych monitorach

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170119_114626218_iOS

Pamiętacie małe grzmoty? Audioengine A2+? Tak, te desktopowe kolumienki zrobiły na mnie niemałe wrażenie, w przypadku tytułowych poprzeczka była jednak postawiona w zupełnie innym, znacznie wyższym miejscu. Aktywne kolumny za 4 tysiące złotych to już poważna sprawa, to pieniądze za które można kupić bardzo dobre monitory / podłogówki, albo złożyć cały, budżetowy zestaw HiFi. To prawda, podobnie jak prawdą jest – w przypadku HD6 – fakt zakupu całego systemu zamkniętego w obudowach omawianych kolumn. To integracja nie tylko wzmacniacza, nie tylko przetwornika C/A, ale także przedwzmacniacz analogowego oraz modułu bezprzewodowego Bluetooth, obsługującego stream za pośrednictwem protokołów aptX, AAC. Mamy więc najlepsze co może zaoferować obecnie sinozębna technologia, mamy możliwość zintegrowania całego naszego audio (toru) wokół tych monitorów. Niby w nadal jeszcze niezbyt licznych, aktywnych kolumnach głośnikowych, standard (wyposażenie) patrząc przez pryzmat tego, co oferuje obecnie rynek, ale można to wszystko zintegrować na bardzo różnym poziomie. Miałem ostatnio możliwość posłuchania kilku nowych propozycji w tym zakresie, takich od 1000 do 5000 złotych (najtańsze zestawy pochodziły od chińskiego przedsiębiorcy) i cóż – skonstruowanie w zakładanym budżecie dobrego brzmieniowo, aktywnego all-in-one wcale nie jest rzeczą trywialną, to spore wyzwanie, właściwie to najambitniejsze zadanie, bo tu trzeba dokonać wielu wyborów, wszystko zamknąć w ramach jednego produktu przy jednoczesnym samoograniczaniu (budżet).

Audioengine HD6 to topowa konstrukcja w ofercie Audioengine. Tu ma być wszystko naj, ma to być zestaw pokazujący na co stać Amerykanów, przy czym projektanci nie bawią się w żadne subtelności, tylko walą prosto z mostu: chcesz mieć wysokiej klasy HiFi w domu? Zdecyduj się na nasze HD6, wybierz to zamiast klamotów, kabli, pasywnych zestawów głośnikowych, dodatków… słowem, wybierz prostotę, niemnożenie bytów, mniej – w tym wypadku – ma oznaczać pod każdym względem lepiej. Ok, to oczywiście przemawia do wyobraźni, bo faktycznie kolumny właściwie wystarczy podpiąć do sieci elektrycznej i już mamy system, można postawić na dowolnym meblu bez żadnych wspomagaczy, bo producent dał duże, solidne gumowe podkłady i nie właściwie zamyka to temat (oczywiście standy to coś, co warto zawsze rozważyć, o ile jest taka możliwość). Tak, to wszystko prawda. Można zdać się na strumienie, pozostawić gniazda przyłączeniowe puste, sterować natężeniem za pomocą dołączonego, wyciosanego w grubej, aluminiowej sztabie, pilota zdalnego sterowania i uznać temat za zamknięty. Komputer, handheld z najlepszym obsługiwanym przez siebie protokołem BT i mamy finał kompletowania systemu. Wystarczy wyjąć z pudełka, ustawić, podpiąć i już.

To prawda, można w ten sposób wykorzystać ten zestaw, to właśnie sugeruje nam producent, mówiąc o wysokiej jakości dźwięku, jaki może dobiec do naszych uszu w sytuacji, gdy skorzystamy ze strumieniowania. Jednak, co by tu nie mówić o zaletach streamingu, scedowania wszystkiego na bezprzewodowe źródło i same kolumny, to jednak w pełni wykorzystać potencjału drzemiącego w luksusowych obudowach HD6 w ten sposób się nie da. To akurat dobrze, bo zwyczajnie to, co zapakowano do obudów, cały tor, przetworniki, sekcja C/A pozwalają na więcej. Głośniki zamontowane w skrzynkach rozwijają pełnie swoich możliwości wtedy, gdy do analogowych wejść podepniemy rasowe źródło, jak choćby grający przez parę tygodni w takim właśnie zestawieniu, przetwornik C/A Matrix X-Sabre Pro gen.2. Grało to zjawiskowo dobrze, na dużo lepszym poziomie od strumienia, a także na zauważalnie (choć już bez takiej różnicy jak w przypadku strumienia) lepszym w porównaniu do wbudowanej sekcji C/A w samych kolumnach. Co więcej, warto było dać szansę trybowi pre w Matriksie – rezultat także tutaj był na plus w stosunku do tego, co oferowały same HD6. Co to w praktyce oznacza? Ano same dobre wieści dla użytkownika tych kolumn, bo może z czasem uzyskać lepsze rezultaty, podpinając jakiegoś klamota, przy czym nie musi to być (nadal) pre, nie będzie to oczywiście końcówka, a (jedynie i aż) lepszy DAC (i co tam jeszcze w jednej skrzynce producent pomieścił ;-) ). Także możliwy jest progres w (niby) zamkniętym, kompletnym rozwiązaniu, jednocześnie można (a nawet warto) korzystać z pełnej integracji jaką oferuje topowy zestaw Audioengine, bo to zwyczajnie wygodne, praktyczne i na poziomie solidnego, przystępnego cenowo HiFi.

Poniżej, w rozwinięciu, przeczytacie uzasadnienie tego, co powyżej, czas zatem na konkrety…

» Czytaj dalej

Qobuz w Polsce już w wakacje! Alternatywa dla Tidala z dużymi ambicjami

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
t2YTP6hV0Q0Khpptk18U7Mro8OSJNAcLBvOlTeGKxr04m2QKSTlIHE8KxUVv2iQVZKAWqji4E7qBQdkw1370-h907-copie-810x367

No, wreszcie! To jedyna (może poza Pandorą, bo fajne to, można via Puffin/iOS korzystać z tego w .pl btw) usługa streamingowa (oraz sklep z plikami), której brak jest w Polsce mocno odczuwalny. Dlaczego mocno odczuwalny? Bo Francuzi postawili sobie bardzo ambitne zadanie – zbudować coś, co powalczy nie na ilość, a na jakość z dostępnymi na rynku strumieniami. Nawet Tidal, dla którego będzie to w pewnym sensie naturalny konkurent, nawet Tidal nie oferuje takiej jakości jak Qobuz. Tytułowy serwis to strumienie hi-res audio bez sztuczek (vide MQA) z materiałem najlepszej jakości tj. 24/192 oraz – także dostępne w serwisie – pliki DSD. Także tu nie ma miejsca na kompromis, tu jest najlepsza jakość. Co więcej, to właśnie Qobuz bardzo promuje rozwiązania bezkompromisowe odnośnie jakości muzyki granej z pliku. To tam pojawiają się (na ichniej stronie) recenzje co smakowitszych klamotów (jedna z najlepszych recenzji Korga DS-DAC-100… to właśnie ten adres), generalnie bylejakości mówią głośne NIE. To – bez żadnych niedomówień – najlepsze co możecie znaleźć w sieci w zakresie materiału audio zapisanego w plikach, mają podpisane porozumienia z wszystkimi wydawcami, którzy specjalizują się w hi-resach, są na bieżąco (co nie oznacza, że wchodzą w każdy temat vide dalekie od finału rozmowy z Roon Labs, czy wspomniane MQA…). Tak to wszystko prawda, choć jest i druga strona medalu. Ceny. Te są wysokie, bo jak chcecie sobie strumieniować hi-resy (a nie – oferowane w przystępnej cenie – FLACzki 16/44) to przyjdzie za to zapłacić (uwaga, trzymajcie się czegoś mocno, najlepiej jakiejś framugi, solidnego oparcia) ni mniej ni więcej tylko 350 Euro. Rocznie. Tyle wynosi subskrypcja na bogato. Bardzo jestem ciekaw polskiej ceny, czy będzie to proste przeliczenie tej kwoty (co to oznacza, nie muszę chyba mówić), czy też Francuzi czymś nas tutaj (pozytywnie) zaskoczą. Teoretycznie (patrz niżej) trzydzieści euro za miesiąc to jednak raczej zaporowa cena, przyznacie, choć nieograniczony dostęp do wspaniałości jakie oferuje Qobuz (np. albumów w formacie DSD) jest …cóż, jest kuszący. Szczególnie, gdy skonfrontujemy ten koszt z zakupem płyt czy plików (dwa, maksymalnie trzy albumy) dla niektórych może być całkiem dobrym argumentem na TAK. Poniżej szczegóły co, jak i za ile, oczywiście jeszcze bez przełożenia na polskie realia (jak dostanę jakieś potwierdzone info, zrobię aktualizację).

Parę dni temu, a dokładnie 29 marca, w Paryżu miała miejsce konferencja na której zaprezentowano najnowsze plany dotyczące rozwoju serwisu. Całość poświęcona była rozwijanej, unikalnej póki co, subskrybcji QOBUZ SUBLIME+. To właśnie w ramach tego abo macie 60 000 albumów hi-res audio, do pobrania albo do strumieniowania, reszta katalogu w 16/44 oraz… od 2017 wiele albumów do zassania w DSD (wspomniałem naszego redakcyjnego Korga nie przez przypadek, Qobuz to jeden z głównych entuzjastów tego formatu). Nikt inny takiego czegoś zwyczajnie nie oferuje, bo kramiki (takie jak choćby HD-Tracks) to wysokie ceny, to brak streamingu, to brak abonamentu. Trochę ostatnio korzystam z pomysłu Bowersa & Wilkinsa (w ramach subskrybcji można pobierać albumy w doskonałej jakości), miałem styczność z katalogiem Linna (tu też można było liczyć na promocje) – tak – ale to wszystko jest baaaardzo ograniczone, nie ma tego wymiaru co serwisy z przepastnymi bibliotekami. Jakościowo – super, jednak z bardzo ograniczonym repertuarem (co nie dziwi o tyle, że promuje się swoje, to wytwórnie, to własne podwórko). Tak czy inaczej, Qobuz dostępny obecnie w 8 lokalizacjach w Europie chce się rozwijać, chce ekspansji na nowe terytoria i jednym z takich, nowych terytoriów, będzie już niebawem Polska. A dokładnie w wakacje, nie podano czy bardziej w lipcu, czy może jednak w sierpniu, rzecz wystartuje u nas. Szkoda, że wspomniany abo na bogato będzie od maja tylko i wyłącznie w formule „z góry za rok”. To jednak ograniczy wg. mnie zainteresowanie, bo łatwiej byłoby opłacić miesięcznie, nawet sto parę złotych, niż od razu wyskoczyć z ponad tysiąca (?). Dlatego, mimo że to nadal atrakcyjna forma przy zsumowaniu kosztów zakupu albumów na fizycznych nośnikach (tak, nie zapominam o różnicach, dlatego dalej kupuję płyty :-) ) lub/i downloadów to jednak, szczególnie u nas, nie wróżę temu przedsięwzięciu zbyt dużej popularności (delikatnie rzecz ujmując). Poza naszym krajem serwis wystartuje także w Hiszpanii oraz we Włoszech. Będziemy pierwszym krajem z Europy Środkowo-Wschodniej, w którym zostanie uruchomiona usługa.


Na zielono nowi z dostępem do Qobuza, w tym Polska…

No, tanio to, to nie jest. Elitarnie(j) czytaj znacznie drożej (?)

Wokół tego co powyżej, tzn. subskrybcji na bogato, serwis buduje całe zaplecze w postaci zupełnie nowych aplikacji dostępowych na wszystkie najpopularniejsze platformy. Jest zatem nowa apka dla komputerów (PC/Mac), dla Andka oraz iOSa, wreszcie – co ważne – także w pełni funkcjonalny web-player. Co więcej, jak już zdecydujemy się na opłacenie tego Sublime+ to dostaniemy także pełen dostęp do stale powiększanej biblioteki albumów DSD, przy czym to jeszcze nie wszystkie wspaniałości, bo od września 2017 roku będą to także albumy wielokanałowe. Po raz pierwszy będzie można zapoznać się z dostępnymi na rynku zbiorami materiałów multichannel. Wszystko w ramach abonamentu. Qobuz zdaje sobie sprawę z rosnącego stale segmentu strefowych audio klamotów, nie dziwi zatem decyzja o szerokim udostępnieniu serwisu w ramach oferowanych przez branżę produktów. Wsparcie dla Sonosa (tak, można już dodać, wsparcie jest, przy czym tutaj na razie nie można liczyć na nic więcej niż strumienie 16/44) to dopiero wierzchołek góry, bo dzięki DTS Play-Fi już teraz serwis dostępny jest w ponad 30 różnych głośnikach bezprzewodowych, streamerach itp urządzeniach. Do grona wspierających zaliczają się m.in.: Aerix, Anthem, Arcam, Autonomic, Definitive Technology, Fusion Research, Integra, Klipsch, MartinLogan, McIntosh, Onkyo, Paradigm, Phorus, Pioneer, Polk Audio, Rotel, Sonus faber, Wren Sound Systems oraz Yamaha, Mark Levinson, Advance Acoustics, DJ software Djuced (Guillemot Corporation), Musaic, T+A, AVM, Aurender, Moon, Esoteric.

Tak strumienie w strefach, także hi-resowe strumienie, a dla ekstremistów DSD, niebawem także multichannel

Ambicją Qobuza jest nie tylko oferowanie, ale także uświadamianie konsumentów o zaletach muzyki hi-res, najlepszych jakościowo materiałów. Stąd współpraca w ramach TQS. To pomysł na budowę społeczności wokół serwisu, obejmującą partnerów handlowych, sprzedawców w Europie. Odczyty, pokazy… pewnie będzie w tym sporo marketingu, ale sama idea wyjścia do ludzi jest jak najbardziej cenna, sensowna, bo jak tu ktoś ma uwierzyć, że jednak nie samą mp3-ką można, jak mu się tego nie pokaże. Rzecz jasna kluczową sprawą będzie rzetelność oraz w ogóle sposób w jaki będą organizowane spotkania, co ludzie z tego wyniosą. Samo zwrócenie zainteresowania w stronę jakości, tego czego słuchamy, że nie liczy się tylko kilkadziesiąt milionów kawałków, że jednak melomanowi powinno zależeć na dobrej realizacji… tak, pod tym można się bez „ale” podpisać. Tylko czy sprawy merkantylne nie przekreślą tego szczytnego w zamierzeniach (krzewienia wiedzy, poznania) pomysłu? Cóż, zobaczymy, niewykluczone że już niebawem, bo choć na razie na mapce są sklepy wyłącznie w zachodniej części Europy, to wraz z wprowadzeniem serwisu do .pl zapewne TQS pojawi się u nas. I będzie można sprawdzić ocb.

Ciekawe zestawienie: co ludzie u nas (Qobuz) słuchają. Jak widać, mimo pewnej elitarności i tak strumienie popowo/rockowe górą

Także, dzieje się…

PS. Podam niebawem dane na temat lawinowego wzrostu zainteresowania usługami streamingowymi z jednoczesną erozją segmentu CDA/downloadów.

PPS. Dziękuję naszemu stałemu Czytelnikowi za cynk :-)


No to hi-res do siorbania bez ograniczeń ;-)

Alternatywa? Nie, raczej bezpośredni dostęp do katalogów wytwórni. To też jest jakiś pomysł i niewykluczone że Majorsi będą chcieli także w ten sposób dystrybuować muzykę

Co za wzmak! Nausznikowy amp Cayin iHA-6 & iDAC-6

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170515_073710520_iOS

Powracamy do słuchawek z konkretnym setem złożonym z dwóch skrzynek firmy Cayin (patrz nasze recenzje mobilnej audio elektroniki: DAPa N6 oraz przenośnego zestawu amp+DAC tego producenta). W przypadku tytułowego, stacjonarnego kompletu mamy ambitny pomysł na docelowe rozwiązanie pod każde nauszniki, nawet te najtrudniejsze, nawet te najbardziej topowe, najlepsze, jakie są obecnie na rynku. Całość dopasowana stylistycznie, kompaktowa (obrazki), może stanowić alternatywę dla wielu znacznie droższych high-endowych ampDACów, tudzież dzielonych (jak testowany) systemów amp osobno, DAC osobno. Nie przekraczamy ceny 5k za skrzynkę, producent widzi te produkty raczej na biurku (gabinet) niż w salonie – nie ma zdalnego sterowania, nie ma obsługi na odległość, trzeba tradycyjnie zmieniać, regulować z poziomu klamota.

Słuszna waga i nic dziwnego, bo grubo ciosane obudowy z alu obrabiane na CNC, bo w środku „pod kurek”, czytaj gęsto = solidne zasilanie, dużo układów, bardzo konkretne płytki z sekcją tranzystorową oraz …lampową (w daczku jest bufor na czterech bańkach), w pełni symetryczny tor (i tak można je ze sobą podpiąć właśnie, tak też u nas grają, choć tylko w trybie SE można grać tranzystor/lampa, z XLRami niestety nie da rady, jest tylko na bańkach), obsługa sygnału PCM do 24/384 oraz DSD128…

OLEDowy displej prezentuje się zacnie, choć już oznaczenia na obudowie nie dają się praktycznie w ogóle odczytać, trzeba pod kątem patrzeć, bardzo skupić wzrok, a że jest co ustawiać (w obu wypadkach tj. daka oraz wzmaka) to nie ułatwia to życia. Amp pozwala podpiąć w sumie aż trzy słuchawki, przy czym gniazda TRS to nie tylko SE, ale także (pierwsze) 3 pinowy standard symetryczny, poza tym mamy klasyczne czteropinowe XLR. Ciężka gała wzmocnienia to miód dla audiofreaka ;-) W przypadku DACzka mamy takoż EBU/AES, czyli jest pro, właśnie górnopółkowo… z pierwszych dźwięków jakie popłynęły to SPDIF stawiam póki co wyżej od komputerowego USB w tej aplikacji. Zaskoczyło mnie szczególnie to, jak dobrze, jak lepiej, wypadł Chromecast Audio grający na optyku w konfrontacji z Makówą oraz PC wpiętymi via USB właśnie. Cast był górą.

Bardzo przyjemnie, bardzo

Zobaczymy jak to będzie wyglądało po dokładniejszym obadaniu, ale jak na razie iDAC-6 gra ciekawiej na cyfrowych interfejsach „niekomputerowych”. Podobnie rzecz ma się z CMA-600i, o czym wspominałem przy okazji opisu tego zintegrowanego DAC-AMPa. Wspomniana integra jest mocnym konkurentem i sporym wyzwaniem dla tego setu. Porównamy te rozwiązania bezpośrednio, bo mamy taką sposobność. W tytule jest wykrzyknik. Mhm. Bo amp wydaje się tutaj wisienką, przy czym jest jedna rzecz, która bardzo pozytywnie wpływa na brzmieniowe doznania. Nie, jeszcze nie zdradzę jaka, zostawię to na później.

Leci jakieś DSD

To takie pierwsze impresje po podpięciu, Gra to nie tylko w gabinecie, ale także w salonie z robiącym za streamera Polarisem Auralic-a. W takiej konfiguracji podpinam iHA-6 z pominięciem iDAC-6 do wyjść SE w Polarisie. Poza tym DAC Cayin-a wpięty będzie do thunderboltowego huba, w ten sposób pobierać będzie sygnał z makówki stojącej w gabinecie i porównawczo testowany na symetrycznie podłączonym iHA oraz z naszymi nEar-ami (monitorami). DAC może też robić za pre i z aktywnymi kolumnami właśnie tak sobie zagra (wzmak słuchawkowy sprawdzimy wtedy z alt. przetwornikami). Tutaj najbardziej doskwiera brak pilota zdalnego sterowania. Słuchawki jakie podpinamy to zarówno ortodynamiki LCD-3 & MrSpeakers Ether Flow (otwarte i zamknięte), jak i dynamiczna klasyka w rodzaju HD650 oraz K701.

W tym tygodniu parę publikacji, zebrało się też trochę ciekawych zapowiedzi produktowych, mamy swoje dojścia, zdradzimy co nam ta bliższa, jak i nieco dalsza przyszłość przyniesie ;-)

Także stay tuned

Poniżej tradycyjne fotostory c.d.:

» Czytaj dalej

Pocket Rocket… testujemy iFI Nano iDSD LE oraz zestaw iDefender & iPower

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170524_180614247_iOS

Zgodnie z zapowiedzią trafił do nas ten mały grzdyl i mamy zamiar przetestować go w sposób, w jaki do tej pory nie testował go nikt. Mówią smartfon? Ok, będzie iPhone z Onkyo Playerem (i nie tylko) nafaszerowany plikami hi-res nie wyłączając DSD/DXD. Mówią, że każde bez wyjątku słuchawki? Ok, będzie duet MrSpeakers Ether Flow (otwarte & zamknięte), będą LCD-3, będą łatwiejsze nieco HE-400 oraz bardzo wymagające (mówimy o małym DAC/AMPie zasilanym z wbudowanej baterii) dynamiki HD650 oraz K701. Ma to, to wyjście liniowe z prawdziwego zdarzenia (RCA), także popracuje sobie ten Nano iDSD LE z Questyle CMA600i w stacjonarnym zestawie słuchawkowo/głośnikowym. Podepniemy go pod duży system i sprawdzimy jak wypada w konfrontacji ze znacznie droższymi przetwornikami. Jeszcze mało? Ok, to będzie dodatkowo test / eksperyment z iDefenderem 3.0 (produkt IFi mający wyczyścić energetycznie interfejs USB komputera) w tandemie z ….Jitterbugiem (a tu redukcja opóźnień czasowych) …a czy zadziała i jaki progres to da, to jeden Bóg raczy wiedzieć ;-) . Oczywiście nie zabraknie Roona, w przypadku komputera/ -ów, natomiast ze źródłem mobilnym (także iPadem) skoncentruje się na graniu z najbardziej rozbudowanych w zakresie obsługi hi-res odtwarzaczy softwareowych (poza wspomnianą apką Onkyo jest jeszcze player Korga, który ostatnio został gruntownie zaktualizowany oraz Vox Player z LOOPem… to będzie nasze zaplecze softwareowe w mobilnym graniu). W przypadku Roona gramy nie tylko soute, ale także z załączonymi trybami DSP w Roonie (pierwsze wrażenia – lepiej dosmaczyć granie z Makówy via Nano iDSD LE właśnie z uruchomionym PCM->DSD oraz Crossfeedem (konwersja stereo -> binaural). Także będzie różnorodnie, będzie oryginalnie, inaczej niż w innych recenzjach tego produktu.

Poeksperymentujemy.

Jakby tego było mało (że jak?) iPower zgodnie z sugestiami producenta zastąpi nam zasilanie firmowe w Squeezeboksie Touch EDO mod. Tak, sprawdzimy co wnosi z takim źródłem plikowym taki upgrade, sprawdzimy także jak zareaguje na iPowera zegar M2Techa (EVO 2), wreszcie obadamy (właśnie przepiąłem i zabieram się do testowania) czy ma to sens ze streamerem Google: z Chromecastem Audio. iPower ma całą baterię przejściówek pod różne gniazdka (w sprzęcie, do którego podłączymy ten alternatywny zasilacz), jest także adapter pod microUSB, także z tym zestawem można spokojnie założyć, że podepniemy tutaj wszystko jak leci.

iFI razy 3

Maiłem wcześniej do czynienia z produktami IFi. Jak być może pamiętacie, opisywałem pierwsze wrażenia z tete-a-tete z MicroDSD oraz z poprzednikiem: NanoDSD (btw pozdrowienia dla załogi Premium Sound :) ). Słuchałem tego zaraz po premierze, zaraz po pojawieniu się pierwszych produktów IFi Audio w Polsce. Gigantyczna liczba mocno entuzjastycznych recenzji jakie sypnęła z publicystycznego rękawa, opinie na forach, duży rozgłos jaki towarzyszy tym produktom skłoniły mnie do dokładnego obadania sprawy i zdania przed Czytelnikami relacji z tych badań. Na pewno czymś wyróżniającym już na pierwszy rzut oka jest polityka cenowa, odmienna od tego, do czego przyzwyczaiła nas branża (przy czym obserwujemy pewne zmiany w tym zakresie, pisaliśmy o tym nie raz, choćby ostatnio w kontekście high-endu w wydaniu chińskich firm audio…), wręcz dla niektórych to powód do podważania kompetencji jakościowo-brzemiowych, „bo przecież cyfry (na rachunku) grają”. Jak coś odpowiednio nie kosztuje to… no nie gra, nie ma prawa. Cóż, dla mnie osobiście nigdy cena nie była wyznacznikiem, nigdy nie grało mi od… Nie raz dawałem tego wyraz na łamach HD-Opinie, co nie oznacza że jak coś jest tanie (umownie, choć w przypadku niektórych produktów iFI możemy mówić wprost – że tanie bardzo jest) to jakaś auto taryfa ulgowa, bo wicie, rozumicie, to przecież jest DAC za 6-7 stów, a nie za stów kilkadziesiąt, czy kilkaset. Nie. To nie tak, szczególnie, gdy ktoś bezczelnie ;-) twierdzi, że to konkurencja dla tych duuuużo droższych sprzętów. No ok, niech jest, niech będzie tanio, jak barszcz nawet tanio, ale w aspekcie kluczowym ma właśnie takie coś sporo do udowodnienia. Niech udowadnia…

Pocket Rocket

i(ach te i, wiadomo… iCoś tam prawda)Obrońca

Power! iPower rzecz jasna. Od iFI. i

W publikacjach znajdziecie odpowiedź na pytanie jakie to IFi jest wg. nas, a konkretnie czy faktycznie, czy można dać sobie spokój z szukaniem dużo, znacznie bardziej kosztowanych urządzeń, czy to zagra nam w każdych okolicznościach, a może z czymś jednak bardziej, a może to najlepsze narzędzie do wydobycia dźwięków ze smartfona / tabletu? A może… Jako, że będzie bardzo kompleksowo, podzielimy ten opis, relację z eksperymentowania, recenzję tytułowych produktów na dwie zasadnicze części. Będzie zatem o Nano LE osobno (choć nie wykluczam, że napomknę o akcesoriach) oraz druga publikacja poświęcona  dodatkom modyfikującym nasz system/tor. Przeczytacie zatem osobny tekst, gdzie iDefender oraz iPower będą zarówno w centrum uwagi, jak i obok modyfikowanych za ich pomocą elementów danego urządzenia/systemu audio.

Ciekawe co z tego wszystkiego wyniknie. Bardzo ciekawe :)

 

Poniżej fotogaleria na sterydach ;-)

» Czytaj dalej

Pierwsze wrażenia Auralic Polaris

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
auralic-polaris

Mam niebywałe szczęście. Od paru tygodni przyszło mi obcować z produktami, które wyznaczają jednoznacznie kierunek w jakim będzie rozwijać się branża. Nie, nie mam na myśli AirPodsów ;-) ,bo to jednak inna para kaloszy (tam dźwięk, jakość brzmienia, powiedzmy to sobie wprost, nie są w centrum uwagi), a trzy produkty, które stanowią kwintesencję tego, co się dzisiaj zmienia nie tylko w zakresie projektowania urządzeń audio, ale szerzej dystrybucji, zmiany sposobu użytkowania oraz korzystania przez użytkowników zarówno ze sprzętu jak i muzyki. To fundamentalne zmiany, nie niewielkie, a fundamentalne i warto spojrzeć na nie właśnie przez pryzmat tych trzech produktów: wzmacniacza zintegrowanego NAD C338 opisanego wstępnie tutaj (w fotogalerii), przetestowanych przeze mnie KEF-ów LS50 Wireless (patrz nasza opinia) wreszcie…

…kompletnego, high-endowego systemu audio, jakim jest tytułowy Auralic Polaris

…bohatera niniejszego wpisu, opisującego pierwsze wrażenia. To sprzęt, który wraz z Altairem (to samo, tylko bez końcówek mocy z wbudowanym wzmacniaczem słuchawkowym, którego Polaris nie ma) stanowią emanację SYSTEMU audio w XXI wieku. Wcześniej mieliśmy próby, teraz (podobnie ma się sprawa z kompletnym C338 w przypadku budżetowego HiFi) mamy coś, co stanowi udaną próbę stworzenia rozwiązania kompatybilnego z NOWYM AUDIO. Tak jak KEFy LS50 Wireless są systemem zaklętym w zestawie głośnikowym (możliwe, że w tej, czy kolejnej odsłonie, nie będą potrzebowały niczego więcej ponad komputerowe źródło, czy może nawet sterownika w postaci telefonu), tak produkt Auralica to źródło, wzmacniacz, przedwzmacniacz, pramofonowe pre, szerzej – cała multifunkcyjna centralka, która zdolna jest przyjąć wszelkie zera i jedynki (w razie konieczności także sygnał analogowy) wypuszczając sygnał wprost na dowolne kolumny jakie podepniemy. Bo to może być NAS (audio) też, serwer audio jak najbardziej może, możemy zainstalować w środku dysk, podpiąć dodatkowe możemy też. Niesamowita w tym projekcie jest właśnie jego wieloraka natura… jak kameleon może być li tylko przetwornikiem C/A, może być streamerem z podpiętym zew. DACzkiem (wyjście USB), może być cyfrowo-analogowym preampem, może być gramofonowym pre, może grać z aktywnym zestawem głośnikowym, może…

Polaris nie przypomina tradycyjnego urządzenia, więcej –  jest w opozycji do klasyki, bo mamy tutaj wszystko to, co w przypadku klasycznych systemów stanowi co najwyżej dodatek. Dodatkowo stanowi haj-endową wersję all-in-one, przy czym w odróżnieniu od budżetowych rozwiązań, które pojawiły się (oferujących coraz większą funkcjonalność, multifunkcjonalność), tutaj trzeba było uwzględnić wyższe wymagania odnośnie jakości, bo przecież to ma być wysoka półka, ma być alternatywa dla systemów za kilkadziesiąt tysięcy, ma być (i według mnie jest) zmiana filozofii budowy całego toru audio, co implikować będzie bardzo poważne przetasowania w całej branży audio.

Mamy więc wysoko wydajne końcówki w klasie D wraz ze wzmiankowanym cyfrowo-analogowym pre-ampem (całość z opatentowanym rozwiązaniem), mamy wszelkie możliwe streamingi z takimi plug&play jak BT z aptX, AirPlay’em, mamy wreszcie nawiązujący do high-endowych ambicji front-end Roon. To właśnie ten ostatni element decyduje tutaj o przynależności do audio arystokracji. Wiele razy powtarzałem na łamach, że dzisiaj czymś co ma kapitalne znacznie w audio i będzie warunkować ocenę sprzętu (tak właśnie!) jest oprogramowanie. To ma absolutnie kluczowe znacznie, bo o możliwościach sprzętu, o jego obsłudze (ergonomia, prostota, szybkość, wsparcie) przesądzi co tam w kodzie piszczy, jak ten kod jest napisany i jak jest supportowany.

To potencjalnie fatalna wiadomość dla osób, które akurat z komputerem w audio nie chciałyby mieć nic wspólnego, dla których komputer to zło (w audio). Śpieszę donieść, że cały wysiłek idzie dzisiaj właśnie w kierunku oswojenia tematu, doprowadzenie do sytuacji, w której ten mityczny komputer (Polaris jest oczywiście komputerem, tyle że na pecetowej platformie x86, a ARM, doskonale znanej z wszędobylskich smartfonów, tabletów etc.) będzie na tyle ujarzmiony, na tyle prosty w obsłudze, przewidywalny i oswojony właśnie, że … nie zauważymy, że komputer nam gra. A gra i grać będzie. To wynika wprost ze zmian jakie zaszły w dystrybucji, w dominacji streamingu, graniu z pliku, które wymusza całkowite przeorientowanie toru audio, systemu audio. I to się właśnie dzieje na naszych oczach.

To urządzenie Roon Ready, a to oznacza pełną kompatybilność, natywną z protokołem RAAT. To – inaczej rzecz nazywając – autonomiczne, samodzielne źródło front-endu Roon, coś co do tej pory wymagało zazwyczaj jakiegoś komputera (niechby i wyspecjalizowanego, ale jednak komputera klasy x86), coś czego tak mi brakowało w przypadku przetestowanych KEFów Wireless (dlatego uważam, że jest to produkt na początku swojej drogi rozwojowej, czy nawet linia produktów, która dopiero powstaje). Mam nadzieję, że inżynierowie KEFa wprowadzą obsługę RAAT. To coś, co domknie temat, dając gotowe rozwiązania faktycznie eliminujące potrzebę podpinania pod te głośniki czegokolwiek. Zwyczajnie nie będzie takiej potrzeby. Wystarczy serwer z Roon core i już (no jakiś handheld w roli sterownika rzecz jasna będzie wymagany). W przypadku Polarisa właśnie nie ma potrzeby, bo jest Roon Ready, choć gramofon rzecz jasna bardzo chętnie podłączymy i sprawdzimy. Tyle.

Na wstępie podpiąłem Polarisa pod C338 (gra jako streamer Roon Ready). Zrobiłem to z dwóch powodów… po pierwsze chcę zobaczyć czy i jakie różnice oferują końcówki w Auralic-u wobec budżetowego projektu NADa. To w ogóle terra incognita, bo do niedawna w środowisku (opisujący oraz słuchający, z audiofilskimi konotacjami i mniej audiofilskimi, powiedzmy racjonalistycznie-sceptycznymi) obowiązywała jednoznaczna w formie i treści opinia, że „cyfrowe” (tak, to nieadekwatne sformułowanie, wręcz błędne, ale często pojawiające się w dyskusjach, stąd „”) gra ogólnie mało finezyjnie, właściwie bez różnicy co tam w środku siedzi, bo i tak brzmi to gorzej od umownej klasyki.  Mam odmienną opinię, korzystam od dawna z impulsowego D3020, przewinęło się sporo takich wzmacniaczy u mnie (NuForce’y, NADy właśnie, produkty mniej znanych marek) i cóż – sam jestem ciekaw tego porównania.

Po drugie daniem głównym jest tutaj – nie ma co do tego chyba żadnych wątpliwości – właśnie streamer, możliwości tego nowego audio, sposób implementacji (software!) w takim produkcie, wszystkomającym produkcie, który ma ambicję zastąpić CAŁE nasze dotychczasowe stereo. Jedna skrzynka co wszystko łączy, jedna co wszystko gra. Właśnie tak. Priorytetową kwestią jest zatem nie tylko sama możliwość przepuszczenia przez skrzynkę dowolnego strumienia z Internetu, lokalnej sieci, ale także sposób w jaki to wszystko okiełznamy. UI oraz UX, rzeczy znane ze światka komputerów, są w centrum naszej uwagi i to będzie także podlegać szczegółowej ocenie.

Auralic ma swój patent na obsługę, na oprogramowanie klamota, swój system zawiadywania i integrowania zero-jedynkowej muzyki. Nazywa się to Lightning DS i mam sporo uwag odnośnie ergonomii, stabilności oraz możliwości tego oprogramowania. Pamiętacie Ariesa Mini, którego opisałem na łamach HDO. Tam sporo na ten temat, w przypadku Polarisa nie pójdę na skróty (link do wcześniejszej publikacji), a rozwinę opinię na temat software, starając uwypuklić mocne i słabsze strony autorskiej propozycji Auralic-a. Rzecz jasna daniem głównym i nie ukrywam że tak będę głównie testował klamota będzie ROON. Jego integracja jest wg. mnie najistotniejszym elementem tego produktu i bez tego software tracimy sporo z możliwości jakie oferuje Polaris. Tak czy inaczej autorskie rozwiązanie integruje nam co trzeba, m.in strumienie z Tidala oraz Qobuza (w Polsce już w wakacje!)

Tak, tracimy, co nie oznacza, że z firmowym softwarem nie ma sensu… sens jest, powiem nawet więcej, możemy w codziennym użytkowaniu zdać się na protokoły „bezobsługowe” tj. Bluetooth czy AirPlay, strumieniując z czegokolwiek, z jakiejkolwiek apki i pewnie część domowników właśnie tak sobie przyswoi tego klamota. Czujecie to? Właśnie, będą korzystać z high-endowego systemu po swojemu i bez żadnych ograniczeń, z dostępem ze swojego… źródła. Takie to nowe audio właśnie jest, pogódźcie się z tym konserwatyści, że to wszystko nam się „demokratyzuje”. Koszmar, prawda? ;-)

Nie miałem takich przygód jak inni testujący z inicjacją, konfiguracją wstępną Polarisa, nie było u mnie sytuacji, że bezprzewodowo to przypadkowo (zadziałało w końcu). Nie. Owszem, sam proces nie zawsze kończy się sukcesem (u mnie za drugim razem się udało), ale nie demonizowałbym tego. Inne rzeczy są ewidentnie do poprawy, parę spraw należałoby rozwiązać po prostu inaczej (porażką jest konieczność obsługi w różny sposób skrzynki, by dotrzeć, uruchomić wszystkie zaszyte w niej funkcje, usługi, sposoby komunikacji ze światem – to kompletnie bez sensu), także przed Auralic-iem sporo jeszcze pracy. Na szczęście wszystko to (podobnie jak z KEFami) można osiągnąć na drodze aktualizacji obecnego systemu, właściwie nie ma tu (chyba) żadnych rzeczy, których nie dało by się poprawić, zmienić, zmodyfikować.

Tak, właśnie, witamy w nowym audio. To, co znamy z komputerów, będzie od tej pory towarzyszyło nam w systemie HiFi/high-end. To nieuniknione. Na szczęście, podobnie jak z wzmankonanym wcześniej polerowaniem obsługi, wprowadzaniem coraz prostszych, coraz bardziej intuicyjnych sposobów interakcji, sterowania, także tutaj cały ten proces (skomplikowany) da się nie tylko zautomatyzować, ale w ogóle ucywilizować. Znowu jako przykład dam Roon labs, ludzi którzy doskonale czują problem, wiedzą jak poważnym wyzwaniem jest nie tylko napisanie dobrze działającego, prostego w obsłudze oprogramowania, ale także taka polityka wsparcia (odnośnie tworzonego przez siebie kodu), by użytkownik nie traktował koniecznej, ciągłej pracy nad udoskonalaniem, jako czegoś utrudniającego mu życie.

To cholernie ważne i to będzie także wpływać na całościową ocenę produktów. Widzę przy okazji spory problem i wyzwanie dla nas, dziennikarzy… opis, ocena będzie musiała uwzględniać czas, czas w którym sprzęt będzie podlegał aktualizacji właśnie. Ciekawe jak sobie z tym zagadnieniem poradzą koledzy o fachu, pisujący w papierowych, czy nawet elektronicznych (ale zamkniętych) periodykach? Tu sieciowa pisanina będzie miała przewagę, bo zawsze da się wpis zaktualizować (co de facto oznacza, że oceny, wnioski nie będą nigdy w pełni kompletne!). Realny problem.

Anten las. Tak właśnie wygląda audio w XXI wieku. Anten las.

Dobra, nie o problemach gryzipiórków miało być, a o Polarisie ;-) Ten kombajn, jak to mam w zwyczaju, przetestuje wszechstronnie, „do ostatniej śrubki” to znaczy sprawdzę w każdej przewidzianej przez konstruktorów konfiguracji, sprawdzając wszystkie jego możliwości, koncentrując się jednakowoż na tym co stanowi clou, o czym wspomniałem. Będzie to test, podobnie jak KEFów, mocno osadzony w informatyce, komputerach, oprogramowaniu, sposobach obsługi, interakcji oraz komunikacji (my-maszyna, maszyna z drugą /trzecią/ czwartą maszyną). Sprawdzę jak sobie Auralic poradzi z wysokiej klasy zew. dakiem (odpowiem na pytanie, czy to w ogóle będzie wnosiło jakiś progres), sprawdzę również czy ten klamot wymaga kabla LAN (do dla niewiernych Tomaszów, którzy w żadne WiFi nie wierzą), zagramy materiał wyczynowy (DXD, DSD), zagramy też z aktywnymi trybami DSP. Na marginesie, DSP to obecnie gigantyczne możliwości – zobaczycie przedsmak na obrazkach z konfigurowania klamota pod Roonem – to jest już kosmos, tego wcześniej nie dało się w warunkach domowych modyfikować, ustawiać. Teraz można.

Myślę, że miesiąc z górką będzie potrzebny, przy czym już po paru dniach teren od strony technicznej mamy opanowany ;-) To dobry prognostyk. Nieprawdaż? Prawdaż, prawdaż…

Autor: Antoni Woźniak

Poniżej rozbudowana fotogaleria, którą jeszcze będę sukcesywnie uzupełniał, także u’now warto wdepnąć we wpis jutro, pojutrze, bo będzie aktualizowany (będziecie to odmieniać przez wszystkie przypadki, prorokuje wam, oj będziecie!)

» Czytaj dalej

AirPlay2, czyli AirPlay na nowo oraz FLAC w iOS11!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
FullSizeRender

Napiszę też coś o HomePodzie, ale niekoniecznie w kontekście brzmienia (które, jak oceniają koledzy z Whats HiFi jest mocno basssowe*). Zacznijmy jednak od czegoś znacznie ciekawszego, co jasno wskazuje, że Apple otwiera się na zmiany i (faktycznie) myśli o dźwięku lepszej jakości. Beta iOSa 11 zawiera oficjalne wsparcie dla audioplików FLAC. Nie wprost, bo trzeba chmury (ładujemy FLACzki na iCloud Drive i strumieniujemy wprost na urządzenie, bez konieczności instalacji dodatkowego oprogramowania). Wreszcie, natywnie, będzie można odpalić sobie muzykę w najpopularniejszym formacie bezstratnej kompresji. Czy to zapowiedź zmian w całym ekosystemie, zastąpienie stratnej kompresji AAC przez coś, co stanowi standard na rynku? Cóż, Apple ma swoje formaty lossless (ciężki AIFF, lekki ALAC), które jednakowoż nie zrobiły kariery (rynek masowy), a nie zrobiły bo samo Apple nie było zainteresowane. W iTunes Store maksymalnie możemy sobie ściągnąć przygotowane z najlepszych materiałów Remastered for iTunes, przy czym nadal jest to AAC 256kbps. W Apple Music to samo. Nie zapominajmy, że pewnym ograniczeniem dla ewentualnych zmian jest/będzie Bluetooth… coś, w co Apple bardzo mocno się zaangażowało (bo słuchawki). Jakoś nie widać na razie chęci radykalnej poprawy transmisji przez sinozębnego. Chyba, że …W1 to coś, co w zanadrzu kryje potencjał (obsługi) dużo lepszych protokołów transmisji. W końcu za rogiem czai się BT 5.0, a tam to już takie rzeczy (zasięg, szybkość, wielokanałowość), że… kto wie, kto wie, może wszystko nagle się radykalnie zmieni. Tyle, że raczej nie „jutro”, a bardziej pojutrze.

Klucz do nowego otwarcia na audio w Apple

A to dopiero początek. Będą wszyscy liczący się na rynku. To przesądzone. Tutaj jednak oznacza to nie tylko licencję, ale wybór określonego ściśle ekosystemu. O to toczy się gra…

Moje źródła nie myliły się w sprawie nowego AirPlay’a, ciekawe czy sprawdzi się kolejna z zapowiedzi: zupełnie nowe iTunes Store, przebudowa Apple Music oraz… last but not least przebudowa wymagającego pilnej modernizacji iTunes app. To ostatnie może w ogóle wyjść Apple na zdrowie, bo jeżeli jest Files, jeżeli są nowe możliwości pokrewne innym systemom w najnowszej wersji iOS to… po co komplikować życie użytkownikom takim anachronizmem (ociężałym kombajnem) jakim niewątpliwie jest obecne iTunes. Podział? Mhm. Możliwość rezygnacji z używania firmowego software „zarządzającego” na komputerach? Właściwie czemu by nie? Przy czym iTunes nie zniknie, a ma się przekształcić w bardzo zaawansowany front-end multimedialny, do zawiadywania strefami, do obsługi obrazu i dźwięku, bez serwisu, bez zdjęć, bez tworzenia kopii, bez zgrywania aplikacji z urządzenia etc. Bez. To plus lepsza jakość dźwięku. Brzmi intrygująco i pasuje do tego, co obserwujemy, do zmian jakie Jabłko właśnie wprowadza w tym zakresie. Nie zapominajmy zatem o droższym, ale zdaniem Apple dużo lepiej grającym, głośniku HomePod, o zmianach jakie wprowadzają w całej linii sztandarowych produktów (iPhone, iPad oraz Mac): kwadrofonia (iPady), „ulepszone” stereo (nowe telefony, komputery – to fakt), prymat transmisji cyfrowej (iPhone/Mac) wreszcie duża waga przywiązywana do nowych generacji słuchawek (i głośników)… To wszystko się zazębia i nowe iTunes wpisuje się w te zmiany, w usprawnienia. 

Pamiętajmy, to przede wszystkim hub dla całego ekosystemu, terminal, mimo że Apple twierdzi inaczej ;-)

Boombox by Apple a może raczej Apple_box ;-)

Zmądrzeje w końcu? Siri jest absolutnie kluczowym elementem. W naszym kraju będzie to produkt …wybrakowany

Ten Pan i ta Pani gadają do głośnika, bezpośrednia interakcja między ludźmi i tak już zamiera, a będzie jeszcze gorzej. No, może multiroom nieco uratuje kontakty międzyludzkie (tryb walkie-talkie) ;-)

Nowe HomePods będą – właśnie – mogły grać w stereo, będą dopasowywać się do akustyki pomieszczenia, mają wg. Apple pokazać, jak ważne dla firmy (dyżurne u nich zwracanie uwagi, że to ich DNA) jest audio, że muzyka stanowi kluczowy element w planach biznesowych firmy. Faktycznie Apple Music to jedna z kluczowych usług, a usługi przynoszą Apple bardzo konkretne korzyści, to tu notuje się największy wzrost dochodów. To jest przyszłość. Zarobić ponownie na tym samym, tyle że oferowanym w lepszej jakości – to kusząca perspektywa i Apple na pewno będzie zainteresowane, by wykorzystać swoją pozycję, swoje możliwości, aby móc zarobić, konkretnie zarobić. Streaming HiFi może i zapewne będzie droższy. Możliwość przechowywania własnych kolekcji muzycznych w chmurze (tak, tak iTunes Match się kłania, tyle że takie zdefiniowane na nowo tj. porówna to co mamy i zaoferuje naj, naj jakość z przepastnych bibliotek jabłca), w bardzo dobrej, czy wręcz najlepszej SQ… to może skusić wielu, nawet niekoniecznie zainteresowanych nowym głośnikiem, ba nawet takich, którzy alergicznie reagują na słowo na A. ;-) Tutaj będzie się liczył dostęp do treści, a mówiąc wprost oferowana przez Apple muzyka, oferowana na wyłączność, tym razem w docelowej (nazwijmy to tak właśnie) jakości. Firma ma największe możliwości w tej materii, ma wielu wykonawców na wyłączność, może praktycznie każdego kupić. To siła, której nikt nie może lekceważyć.

AirPlay 2 to po pierwsze …AirPlay. Protokół transmisji, który o ile będzie wspierany w danej aplikacji odtwarzającej jakiekolwiek dźwięki, pozostanie sposobem na strumieniowanie bezdrutowe dźwięku z transportu  pomocą kontrolera (iCoś tam, względnie Mac) na klamot, głośnik, słowem: obsługiwany sprzęt audio wprost z sieci. Obsługiwany to słowo klucz. Producenci już zapowiadają aktualizacje wielu swoich produktów, które mają w ramach upgrade otrzymać możliwość grania via AP2. To dobra informacja dla użytkowników, pytanie jak szeroko to pójdzie, jak wiele sprzętu zostanie zaktualizowane. Rzecz jasna samo AirPlay pierwszej generacji nie umrze, nie zniknie, będzie nadal częścią systemów Apple. Gorzej wygląda kwestia stacji sieciowych, popularnych AirPortów (Express). Te, najtańsze, całkiem sensowne urządzenia klienckie z obsługą jabłczanego protokołu audio raczej nie będzie aktualizowane i wsparcia dla AP2 nie otrzyma. Apple wycofuje się z tego segmentu i chyba nie będzie skłonne zaktualizować swoje (leciwe) routery. Szkoda, bo mamy tam cyfrowo-analogowe wyjście, zupełnie inaczej niż w nowych Makach (tam optyka już nie uświadczycie), no i to względnie tanie jest. Warto nadmienić, że (podobno) AirPlay 2 wymaga bardzo konkretnej specyfikacji (mocy obliczeniowej) i byle co protokołu nam nie obsłuży. Faktycznie Apple TV 4 generacji to 64 bitowy układ A8, podobnie HomePod to 64 bitowa jednostka… A8. Rzecz jasna Siri wymaga, HomeKit też pewnie wymaga, ale nie da się wykluczyć, że AP2 ze swoją transmisją wielostrefową, z zaawansowanym sterowaniem (asystentka plus automatyka) może także mieć swoje niemałe wymagania. Prawdopodobnie (piszę tak, bo nie ma jeszcze udostępnionej oficjalnej dokumentacji) AirPlay 2 zrywa z najpoważniejszym ograniczeniem dotychczasowego AirPlay’a… koniecznością przesyłania strumienia muzyki przez urządzenie (point-to-point). Będzie jak w Cast (Chromecast) – sterujemy z handhelda, ale muzyka streamingowana jest z sieci wprost na end-point (głośnik, odtwarzacz etc.).

Dlaczego duża moc krzemu w sprzęcie z AirPlay2 wskazana? Ano m.in dlatego. Korekcja w czasie rzeczywistym, zaawansowane tryby DSP (popatrzcie na nafaszerowane elektroniką amplitunery AV, teraz da się to zminiaturyzować). Efekty mogą być intrygujące. Bardzo. Przykładowo wyrafinowany silnik DSP jaki wdrożył Roon Labs do swojego front-endu to potężne narzędzie o właściwie nieograniczonych możliwościach. Potrzebuje mocy? Jak najbardziej! Czterojajeczny Core i7 biegający @ 3,5GHz ledwo dyszy przy odtwarzaniu wielokanałowych ścieżek z konwersją PCM-DSD i załączoną binauralizacją (ale co za efekt!). To wymaga sporej mocy, przy czym dzisiaj ta moc często nie lokalnie, a zdalnie jest/będzie dostępna. Przetwarzanie w chmurze będzie czymś, co zapewni nowy poziom możliwości. Już zapewnia.

Będziemy zatem strumieniować z różnych aplikacji, które będą kompatybilne z AP2 i byłoby dziwne, gdyby tych aplikacji było mniej (ze wsparciem) niż jest/było takich, które pozwalają obecnie przesyłać strumienie via WiFi za pomocą firmowego rozwiązania dla transmisji obrazu i dźwięku (praktycznie każda aplikacja multimedialna to ma). Tutaj kluczowymi kwestiami są faktyczne parametry transmisji (tj. przepustowość, niski współczynnik opóźnień, lepsza responsywność w stosunku do AP), zasięg (bywało z tym różnie), obsługa bitperfect (tego AP nie umie) oraz gapless, wreszcie otwarcie na coś więcej niż jakość płyty CDA (16/44). Będziemy zawiadywać wieloma strefami, korzystając z nowego AP skojarzonego dodatkowo z HomeKitem. Co to oznacza w praktyce? Ano takie Apple TV będzie raczej mocno średnim end-pointem (tylko HDMI), ale całkiem sensowną centralką, hubem, zawiadującym licznymi strefami, gdzie grają sobie różne, kompatybilne z nowym sposobem transmisji by Apple, głośniki oraz strumieniowce (end-pointy właśnie). Rozszerzone możliwości kontroli wprost z centrum sterowania w iOS11 to coś, co dopełnia obrazu całości. Przewijający się we wpisie HomePod poza oczywistą funkcjonalnością stanowić będzie albo uzupełnienie (dla ATV**), albo autonomiczny …hub dla innych współpracujących urządzeń (i tych audio i tych z audio nie mających nic, a nic wspólnego). Kluczowe dla Apple jest to, że audio będzie skojarzone z ich HomeKitem, z ich ekosystemem, z ich usługami… O to tu chodzi i do tego to zmierza – mieć coś, co będzie kompletną, całościową odpowiedzią na rozwój automatyki domowej, na IoT, na przetwarzanie w chmurze. Firma zdaje sobie sprawę, że ma wszystkie najważniejsze elementy w ręku i jako jedyna może narzucić na taką skalę swoje rozwiązania. Może i zapewne to zrobi.

Tak Craig, dajecie do pieca. Ostro

 

A to wszystko jeszcze w tym roku. Kiedy? Wrzesień to pierwsza oczywista data, a druga to premiera HomePoda (grudzień)…

 

Uwaga – wpis będzie podlegał aktualizacji. Czekam na dokumentację AirPlay 2.

 

* zapewne demo było właśnie takie umcy, umcy i nie chodzi mi tu tylko o materiał muzyczny (mógł być różnorodny, choć mógł też nie być), ale ustawienia samego głośnika. Ten ma mieć bardzo rozbudowany DSP, gdzie poza korekcją (pomieszczenie), będą jeszcze efekty. Symulacja określonej lokalizacji, jakieś zupełnie odjechane (niekoniecznie sensowne) tryby pracy… to może być taki kameleon, który będzie grał naprawdę odmiennie w zależności od zaaplikowanego sposobu reprodukowania dźwięków. Także z werdyktem bym się wstrzymał, także w drugą stronę (patrz przezabawny termin Retina for your ears… mhm, taaa, jaaasne…)

** AirPlay 2 to nie tylko dźwięk, ale także wideo. Dlaczego o ATV właściwie nic nie powiedziano (poza wzmianką o Amazon Prime?) Cóż, moje źródła mówią: idzie nowe. To nowe ma być dużo potężniejsze, bo ma obsłużyć 4k. Tego 4 generacja nie potrafi. Ma także być przygotowane na VR (po to nowe Maki otrzymały konkretnego kopa w zakresie mocy obliczeniowej (multirdzeniowe CPU, dużo wydajniejsze GPU oraz najszybsze na rynku SSD/hybrydy), by stanowić …narzędzie do tworzenia treści dla VR, a do ich podziwiania na wielkim ekranie będzie potrzebne właśnie nowe ATV). Może do łask wróci także jakiś interfejs dla audio w tego typu sprzęcie (poza HDMI coś dadzą?). End-point z możliwością autonomicznego nawigowania po hajfajowych, czy nawet hajresowych, przepastnych bibliotekach audio nowego iTunes/AM, brzmi całkiem sensownie, nieprawdaż?

Wielka rzecz, a cisza… obsługa USB audio 2.0 w Windows!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
ScreenHunter_15 Jul. 06 11.55

Serio, nie rozumiem. Przeszło to zupełnie bez echa, a przecież mówimy o czymś bardzo ważnym. Po wielu latach Windows doczekał się NATYWNEJ OBSŁUGI UAC 2.0 (USB AUDIO 2.0)! Owszem, dzisiaj nie robi to już takiego wrażenia jak 7 lat temu (to wtedy MacOS otrzymał wsparcie dla lepszego audio właśnie, a dokładnie 15 czerwca 2010 roku, kiedy to premierę miał Snow Leopard 10.6.4), ale nadal jest to coś, co robi sporą różnicę. Od wersji Windows 10 Creators Update, dystrybuowanej od maja br., możecie zapomnieć o instalacji sterowników dla DACa. W końcu, wreszcie, nareszcie.

Tuż po instalacji Creators Update – mamy UAC 2.0 natywnie!

Nie robi to takiego wrażenia w 2017, ale upraszcza sprawę. Podobnie jak pod macOSem oraz Linuksem (też od dawna ma USB audio class 2) możecie podłączyć zewnętrzny interfejs audio bez konieczności instalowania dodatkowego sterownika. Ten staje się zbędny, co oznacza, że „pod Windą” od teraz mamy plug&play, a nie zabawę z dodatkowym oprogramowaniem, koniecznym (jak to było do niedawna) do działania (w pełni) urządzenia. W systemach MS mogliśmy liczyć na obsługę UAC 1.0, co oznaczało dźwięk o parametrach maks. 24/96 odtwarzany natywnie przez OS. Teraz można grać pliki PCM 24 bit / 384 kHz oraz DSD (DoP) aż do DSD256 (niewykluczone, że dźwięk o wyższych parametrach też system obsłuży… tak obsłuży vide obrazki).

Wersja 1703 z pełną obsługą audio 2.0 via USB. Ile trzeba było na to czekać… 

Czy to oznacza automatycznie, że każdy DAC będzie działał po podłączeniu do PC z powyższym oprogramowaniem bez wsparcia ze strony dodatkowego oprogramowania? Nie. Większość pewnie tak, ale niektóre niekoniecznie, mogą nadal potrzebować wsparcia ze strony sterownika dedykowanego konkretnemu modelowi przetwornika (tak na pewno będzie np. z KORGiem, głównie przez wzgląd na natywną obsługę 1 bitowego strumienia audio / formatu DSD). Przy czym dzisiaj interfejs USB w DACach najczęściej obsługiwany jest przez raptem parę popularnych rozwiązań i tutaj nie powinno być problemu. Takie rozwiązania jak software Thesycon-a (XMOS), autorskie stery M2Techa… to wszystko przestanie być potrzebne z jednym zastrzeżeniem.

Obsługa UAC 2.0 realizowana jest przez systemowe WASAPI, co w sumie nie dziwi, co jest zrozumiałe. Windows 10 UAC2 działa via WASAPI (implementacja wyłącznie tego protokołu), nie ma mowy o ASIO. Cóż, ASIO to nie MS, to licencja Steinberga (zdaje się, że nadal wymagane jest uiszczanie opłat za wykorzystanie). Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by w najnowszej wersji systemu MS nadal korzystać z alternatywnego rozwiązania. W takiej sytuacji będzie jednak zachodziła konieczność rekonfigurowania programowego odtwarzacza (zmiana z WASAPI na ASIO) wraz z instalacją sterowników dostarczonych przez producenta sprzętu audio (względnie zostanie przeprowadzona automatyczna instalacja w ramach bazy zaszytej w systemie operacyjnym). Pozostaje taka alternatywa, także bez obaw – jak komuś zależy na zachowaniu dotychczasowych ustawień DACa w systemie to będzie mógł nadal z tego, co miał, korzystać.

Oczywiści żadnych informacji na temat UAC 2.o w opisach „co nowego” nie znajdziemy. MS uznał, że nie ma czym się chwalić. Biorąc pod uwagę 2017 rok, faktycznie nie ma specjalnie czym się chwalić (sto lat za…). Jednak dla branży, dla użytkowników to ważne wydarzenie i pewna wskazówka dotycząca przyszłości dystrybucji muzyki oraz rozwoju PC Audio

Wprowadzenie hardwarowego interfejsu (protokołu) UAC 2.0 do systemu operacyjnego nie przekreśla zatem możliwości użytkowania niektórych DACów w oparciu o ich specyficzne rozwiązania, wymagające (aby móc skorzystać z całego potencjału podpiętego przetwornika) dodatkowego sterownika. Jak ktoś ma ochotę na niskopoziomowy interfejs ASIO4ALL stworzony właśnie na potrzeby Windowsa to bardzo proszę, nie ma przeciwwskazań. To (na marginesie) wcale nierzadka sytuacja, gdy DAC dopiero z AISO pozwala odtwarzać materiał o wyższych parametrach (np. obsługa DSD).

Można, ale z czasem (wydaje się) nie będzie sensu bawić się w takie konfigurowanie. Do tej pory obsługa audio w Windows daleka była od doskonałości – nie, to za delikatne stwierdzenie – to był totalny chaos i bałagan, prowadzący często do problemów z odtwarzaniem dźwięku. Dropy, brak komunikacji system-sprzęt, artefakty… któż tego nie doświadczył? Prawda? Teraz moi drodzy mamy wreszcie to, co trzeba. Systemowe rozwiązanie. Producenci muszą jedynie dostosować swoje produkty do tego, co oferuje Microsoft w najnowszym wariancie 10-ki i zamiast bawić się w konfigurowanie sprzętu (różne wersje ASIO, WASAPI, Directaudio, KS…no straszny mess!). Mamy bitperfect natywnie, bit po bicie, w dowolnej, spotykanej na rynku obecnie jakości oferowanej przez dostarczyciela treści.

Natywnie!

Czy to oznacza, że (jednak) plikowe audio nieuchronnie zmierza do optymalnej z naszego punktu widzenia formy? Muzyki bezstratnie skompresowanej, często o parametrach wyczynowych (hi-res), dostępnej w streamie? UAC 2.0 w Win właśnie to sugeruje, widać, że do tego zmierzamy. I dobrze! Bo plikowe audio, które jest przyszłością dystrybucji muzyki musi dążyć do perfekcji. Do stania się bezsprzecznie, bezdyskusyjnie najlepszym medium dla sygnału audio. Czekamy na ruch producentów sprzętu audio oraz dystrybutorów treści. Niech strumień o jakości (co najmniej) płyty CDA stanie się standardem, a hi-res (także to wyczynowe tj. DXD/DSD) będzie nie tylko ciekawostką, a ogólnie dostępnym dobrem dla zainteresowanych. Najlepsze realizacje, najlepsze materiały źródłowe… dzięki Internetowi każdy będzie mógł spróbować. Jak mp3 wystarczy, to wystarczy, a jak nie… to włączymy sobie usługę streamingową lub wdepniemy do sieciowego kramiku i hulaj dusza.

No to gramy hiresy na PC bez kombinowania :)

Poniżej (&powyżej) zdjęcia po upgrade naszego redakcyjnego PC. Z niepodpinanym wcześniej (a więc nie identyfikowanym, bez wgranych sterów) przetwornikiem iFI nanoDSD LE. Plug&play. Wreszcie.

» Czytaj dalej

überDAC: Matrix X-Sabre PRO edycja 2016 (2 gen)

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170201_071257260_iOS

Gdzieś, kiedyś, w którymś momencie warto się zatrzymać. W poszukiwaniach ideału, idealnego toru, cyzelowaniu systemu przychodzi taka chwila, gdy uznajemy że to właśnie to, że „mogę z tym żyć”, że w sumie dalsze zmiany to już nie progres. Oczywiście można brnąć dalej, szukać bez końca, albo zwyczajnie zmiany w systemie traktować jako (kosztowne) hobby, taką trochę sztukę dla sztuki. Można i tak, ale warto odpowiedzieć sobie na pytanie jaki przyświeca nam cel, właściwie dlaczego, po co coś zmieniamy, decydujemy się na zakup nowego klamota. Do czego zmierzam? Ano do tego, co stanowi kwintesencję – sprzęt ma być narzędziem, a nie – właśnie – celem samym w sobie, narzędziem które powinno przybliżyć nas do tego, co zarejestrowano, co odtwarzamy, przy czym zawsze, ZAWSZE jest to mniej lub bardziej udolna próba odtworzenia tego co powstało w studio nagraniowym (nawet w przypadku nagrań „live”, mówimy o studio). Muzyka na żywo, tak często przywoływana jako coś, co stanowi referencję, szczyt, to rzecz niemożliwa do powtórzenia w warunkach domowych z bardzo prostej przyczyny – to chwila, to moment, to kontekst miejsca, klimatu, ulotnego i niepowtarzalnego „tu i teraz”. Najlepsze mikrofony, najlepsze rejestracje, masteringi, najlepsze co można uzyskać post factum będzie tylko imitacją i nigdy nie uda się w domowym systemie odtworzyć tego, co – właśnie – było. To po pierwsze, a po drugie każda prezentacja wyczarowana przez klamoty jest prezentacją, interpretacją tego, co zapisano na nośniku. Zawsze to tylko i aż pomysł na granie, na takie, określone ramami technologicznymi, pokazanie muzycznego spektaklu. Przybliżone. I tylko nasza subiektywna ocena systemu daje nam pewne wskazówki, czy to co słyszymy jest „wierniejsze”, „bliższe” temu co zapisano, czy też sprzęt przedstawia to po swojemu (koloryzowanie), albo po prostu (subiektywnie oceniając) nieudolnie stara się odtworzyć muzykę w domowych pieleszach. To interpretacja i sama w sobie stanowi jakość, pewien byt, przynależny domowym klamotom, przynależny sposobom odtwarzania na zestawach głośnikowych, na słuchawkach. Mianownikiem są – o czym do znudzenia powtarzam – nasze emocje, nasz stan zaangażowania. Tego nie da się „przeskoczyć”.

Patrząc na rozwój domowego audio, dostrzegam pewną granicę, do której nieuchronnie zmierzamy. Czy licytacja na „kto da więcej”, w kontekście możliwości najnowszych generacji kości C/A, interfejsów nie zbliża się do finału, czy nie dochodzimy do „ściany”? W przypadku muzyki, jej zapisu dochodzimy do miejsca, w którym trudno o postęp, o rewolucję, o jakąś radykalną zmianę. Najlepsze materiały, najlepsze sposoby rejestracji – to już jest, trudno przeskoczyć coś, co w pomiarach, na ucho brzmi „doskonale”. Trudno oczekiwać jakiegoś radykalnego przełomu w studniach nagraniowych, trudno spodziewać się pojawienia jakiejś przełomowej technologii, która pozwoli uzyskać dużo lepsze rezultaty w przypadku domowego audio. Kierunek został jasno wytyczony: mamy globalną sieć, streaming, możliwość odtworzenia audio w jakości master ze studia, w dowolnej technologii zapisu, rejestracji, bezpośrednio w domu. To już poniekąd rzeczywistość i bliska przyszłość, to (już) wiemy i nic nas tutaj specjalnie nie zaskoczy. Branża doskonale wyczuwa ten kierunek, to co powyżej: dostęp do sieci, granie z pliku to konieczny standard wyposażenia każdego (niemal) nowego klamota. Wspomniane możliwości, właściwości najnowszych skrzynek to właśnie wspomniana „ściana”, to horyzont tego, co jest i będzie oferowane (materiały), co będziemy odtwarzać w domowych warunkach.

…all @ DSD256. Można i tak…

X-Sabre Pro drugiej generacji jest docelowy, bo poza wybitnymi możliwościami reprodukcji dźwięku, jakimi się charakteryzuje, dysponuje takim zapasem w zakresie technologii (już obecnie wykracza poza to, co oferuje rynek fonograficzny), że zwyczajnie jest właśnie dobrym powodem, by powiedzieć sobie „dość”. To finał. Rzecz jasna – jak wcześniej wspomniałem – jak każde urządzenie na swój sposób interpretuje (choć to jeden z najdoskonalszych w zakresie wierności, neutralności DACów jakie miałem okazję słuchać) i od nas zależy, czy to będzie „nasze” granie, ale każdy kto posłucha tej skrzynki, dojdzie do podobnych wniosków co niżej podpisany. Można z tym żyć i dać sobie spokój z poszukiwaniem idealnego „plikograja”, bo ten DAC wyznacza granicę tego, co można z pliku odtworzyć (tak, to świat zero jedynkowy, podlegający szybkim zmianom, ciągłemu udoskonalaniu, przy czym patrząc na rozwój całej branży IT widzimy wyraźnie, że dzisiaj postęp dokonuje się głównie w zakresie sieci, kodu, a nie hardware). Jest gotowy na to, co przyniesie przyszłość, bo można go aktualizować (MQA?), a to co ma „pod maską” zamyka temat, bo zwyczajnie dostępne źródła pokrywają się z możliwościami, także w zakresie „dosmaczania” (DSP) możemy osiągnąć w tym przypadku wszystko, na co tylko mamy ochotę. I tak jak poprzednik wyznaczał pewien kierunek, nowy model oparty na najnowszym krzemie, z superkością Sabre (ESS9038), ze znakomitym interfejsem USB, z całkowicie nowym, wyczynowym torem analogowym, wyczynowym zasilaniem stanowi „kropkę nad i”. Radykalnego progresu w kolejnych odsłonach zwyczajnie nie przewiduję, to co może i pewnie ulegnie zmianie to rozszerzenie możliwości o bezpośrednie linki bezprzewodowe/przewodowe, możliwość przesłania strumienia wprost do skrzynki. To dzisiaj coraz częstszy element wyposażenia nowych generacji DACów, które stają się bardziej autonomiczne, często przekształcając się w sprzęt multifunkcyjny, przy czym nie zatracają swojego charakteru cyfrowej centralki, przedwzmacniacza cyfrowego, audio huba. Tyle tylko, że idea mnożenia bytów na stoliku audio, na szafce RTV przestaje mieć sens z wymienionych powyżej powodów. Transport komputerowy zamknięty w jednej, wspólnej skrzynce, albo (tradycyjnie) rozdzielony, oparty na jakiejś platformie PC / mobile to ten obecny i jutrzejszy element, bez którego praktycznie żaden system się nie obejdzie. Nie obejdzie, bo nowa muzyka, nowe wydania będą (są) dostępne wyłącznie w sieci. Nie na płycie (to już jest i zaraz coraz bardziej będzie promil) a zapisana w pliku, to muzyka bez fizycznego nośnika. Reedycje, wznowienia na płytach to jest, to będzie nisza. Nowe wydania na fizycznym nośniku to jest, to będzie nisza.

Podsumowując ten przydługi wstępniak, opisywana skrzynka stanowi emanację zmian jakie zachodzą w całej branży. To taka maszynka na dziś i na jutro, bez obaw o moralne zestarzenie się, bycie „nie na czasie”. To sprzęt, który zwyczajnie możemy uznać za docelowy. Jego obecne i przyszłe możliwości gwarantują, że będzie „na czasie”, że się nie zestarzeje, że obsłuży każdy strumień, każdy materiał i zrobi to „koncertowo”. Zrobi to, bo… a o tym przeczytacie już poniżej, w rozwinięciu, we właściwej recenzji tego uberklamota. Zapraszam…

» Czytaj dalej

System audio na nowo? KEF LS50 Wireless. Nasze wrażenia

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170422_080528559_iOS

Sypnęli nagrodami, okrzyknęli rewolucją, przyznali tytuły produktu roku 2016-17… aktywny zestaw bezprzewodowy (o tym dlaczego uważam, że ta nazwa Wireless jest adekwatna dla tytułowych kolumn przeczytacie poniżej) KEFa mocno namieszał w głowach recenzentów, a właściwie to wszystkich osób zainteresowanych tematyką audio – każdy słyszał, że oto nadchodzi nowe, że oto zdefiniujemy system audio na nowo. Sam, czytając o tym produkcie, opisując założenia stojące za projektem oraz możliwości jakie oferuje (patrz nasz długi wpis opublikowany parę miesięcy temu), czułem że faktycznie, to może być TO. To znaczy co konkretnie? Ano, coś, co będzie odpowiedzią na zmieniającą się (bardzo) branżę muzyczną, branżę audio zarówno w kontekście dystrybucji, jak i sposobu konsumowania muzyki. Obserwujemy to od paru lat (a patrząc przez pryzmat Internetu, audio z sieci tj. Napstera/iTunes/iPoda nawet nastu), przy czym te bardzo radykalne zmiany w sposobie dostępu oraz sposobie słuchania muzyki (i w ogóle korzystania z dóbr kultury) niejako oddolnie wymusiły zmiany w sprzęcie audio. Kiedyś był przewód, były wielosegmentowe systemy, była płyta, kaseta etc., ale to już (zdaje się nieodwracalnie) przeszłość. Dzisiaj to brak fizycznego medium (przewód) oraz wygumkowanie fizycznego nośnika wyznacza kierunek. I właśnie dlatego KEF LS50 jest Wireless, choć pojawiły się wśród recenzentów, użytkowników głosy krytyczne, że jak to, że przecież przewody owszem są i że jakie tam bezprzewodowe, jak przewodowe… Sedno tkwi w zerwaniu z dwoma starymi dogmatami, że drut służy do transmisji (już nie) oraz, że gramy z nośnika (już od dawna nie). Muzyka z pliku, informatyzacja wszystkiego jak leci, a wraz z nią stopniowe wygumkowanie tradycyjnego źródła oraz innych, klasycznych elementów systemu stereo w konsekwencji przyniosło tytułowe TO – to, co miałem okazję nie tylko posłuchać, ale także dokładnie obadać pod kątem (takie czasy!) softwareowym, funkcjonalnym (możliwości oraz ograniczenia) oraz ergonomiczno-praktycznym.

Stojak, kolumna, skrętka i sieciówka. System.

KEF LS50 Wireless to pierwsza taka, ambitna, próba stworzenia czegoś nowego. I nie chodzi mi tutaj o to, że nikt nie próbował zastąpić niektórych składowych klasycznego systemu HiFi proponując aktywny zestaw kolumnowy, z integracją przetwornika, z dodaniem jakiegoś interfejsu bezprzewodowego. Nie. Tutaj mamy coś (potencjalnie!) dużo większego, ważniejszego, bo coś w założeniach KOMPLETNEGO. Faktycznie, LS50 Wireless ma zastąpić cały system audio i to system nie budżetowy, nawet nie taki z ambicjami tylko w praktyce każdy. Zastąpić, wyrugować, całkowicie wygumkować. Założenie jest tutaj bardzo proste. Muzyka jest z sieci  w postaci streamingu, a system jest w kolumnach i to takich, które mogą (pasywne LS50) stanowić fundament dowolnego, w tym absolutnie high-endowego systemu audio. Ma to być maksymalnie proste w obsłudze, ma korzystać pełnymi garściami z najnowszych technologii cyfrowych, ma dzięki synergii wszystkich elementów (przetworniki, wzmacniacze, elektronika w tym interfejsy, procesory, ewoluujący software) oraz ultrakrótkiej drodze sygnału przynieść prawdziwy przełom i wyznaczyć nowy kierunek w całej branży.

Mogłyby być tylko te dwie paczki. Reszta zbędna.

Pytanie, czy to się KEFowi udało, czy ten nowatorski, taki właśnie – kompletny – system zaklęty w kolumnach głośnikowych jest spełnieniem wizji czegoś co dzisiaj tak chętnie określa się mianem „wszystko w jednym”? Wszystko w jednym z (znak czasów) ciągłym progresem, aktualizowaniem, ulepszaniem, dokonywanym nie na drodze fizycznej wymiany komponentów (przeszłość), a zmiany kodu w oprogramowaniu (teraźniejszość i przyszłość). Zamiast manewru kablami, zamiast podstawek, stolików, wymiany źródła, nowe wtyczki, nowe tryby DSP, nowe możliwości odtwarzania plików o (jeszcze) lepszych parametrach, albo jakiś nowych, niedostępnych wcześniej cechach (origami MQA? Mhm)…

Własne źródło dźwięku podpięte pod KEFy: EVO DAC 2 Plus z MBA

Sam stream? No to tyle wystarczy (widoczny LAN opcjonalnie, bo WiFi)

Zacznę od tego, co najważniejsze. Od brzmienia. Ten zestaw – uwaga – potrafi zagrać lepiej od pasywnych LS50. Wiem co mówię, bo LS50 udało mi się dość dobrze poznać (wspomniałem o tym parę razy na łamach) i choć nie przeczytaliście recenzji tych kolumn na HDO, to właśnie odpowiedź na zasadnicze pytanie – czy aktywne LS50 z całą tą elektroniką, mogą stanowić alternatywę dla high-endowego zestawu opartego na pasywnych LS50 (elektronika ModWright) – pokazuje w czym rzecz. To wspomniane przed momentem teoretyczne, ale także jak najbardziej realne, fizyczne, zalety integracji, zaprojektowania takiego całościowego systemu ze znakomitymi przetwornikami Uni-Q. Nie musicie zatem wydawać kroci na wzmacniacz, na osobne pre (o ile idziemy po audiofilsku, czytaj po bandzie, mnożąc składowe systemu tak, aby rachunek przekroczył granice zdrowego rozsądku ;-) ) oraz okablowanie (właśnie!). Wszystkie te elementy stają się zbędne. Nie ma fizycznego połączenia między, bo nie ma tego, co jest pomiędzy. Są tylko i aż Wireless-y (właśnie!) połączone zwykłą, komputerową skrętką. I tu – drobna dygresja bez złośliwości – współczuję serdecznie osobom, które słyszały różnice między kablami LAN (tak, do tych specjałów audiobiżuteryjnych piję i testów takowego okablowania). Mamy pakiety danych, lecą sobie cyferki po skrętce, czytaj komunikują się między sobą karty sieciowe i TU NIE MA PRAWA coś, cokolwiek wpłynąć na dźwięk! Koniec, kropka, amen. Także Wireless właśnie w kontekście audio, a nawet audiofilskim jest tutaj BARDZO NA MIEJSCU. Brzmienie jest swobodne, detaliczne, ze znakomitą przestrzenią, z precyzyjnym umiejscowieniem źródeł dźwięku, ogromne wrażenie robi dynamika tego zestawu. Głębia, klimat, soczysty, niski bas, koherentność poszczególnych zakresów to wszystko tutaj mamy, a mamy dzięki synergii, dzięki dopasowaniu każdego elementu. To gotowiec, tu nie drapiemy się nerwowo po głowie, nie martwimy się że coś nam bruździ, zwyczajnie nie szukamy dziury w całym. Słuchamy.

Wbrew pozorom, żadne AirPlay (bo tego nie ma) tylko BT. Tutaj będzie tylko podstawowy SBC, bo iPad, ale był też aptX, bo Mac

Wspomniany brak identyfikacji modułu BT w Bluetooth Explorerze…

Jak widać aptX jednak da się wymusić w BTE i mamy te lepsze jakościowo, sinozębne strumienie 

Coś tam w DSP zmieniliśmy

Zauważyliście zapewne, że napisałem „potrafią”. Już wyjaśniam… bo tego brakuje w opisach, recenzjach tego zestawu, potrafią zagrać, ale nie zawsze tak samo i najlepszy efekt uzyskacie pod pewnymi warunkami (na marginesie, najlepsze rezultaty daje wykorzystanie zew. software i ew. DACa/streamera, o czym dalej). Cóż, witam w nowej rzeczywistości, kiedy możemy w tak wieloraki, tak dogłębny sposób wpłynąć jak nam zagra system bez jego fizycznej zamiany, bez fizycznej modyfikacji! Po pierwsze w zależności od wybranego sposobu transmisji oraz …oprogramowania, możemy uzyskać różne rezultaty. Zaraz to rozwinę. Po drugie mamy zaszyty w oprogramowaniu moduł DSP z możliwością dopasowania parametrów pracy kolumn do fizycznych uwarunkowań tj. pomieszczenie, ustawienia, materiału/podłoża i wielu innych czynników, które mogą mieć wpływ na finalny rezultat. Można zdać się na podstawowe regulacje, można też wejść do trybu ekspert. Jeżeli, a wg. mnie to jakby jedna z kluczowych składowych tego produktu, software będzie rozwijany, jeżeli te możliwości będą rozbudowywane to większość trudno-rozwiązywalnych problemów, tego co trapi każdego z nas w przypadku klasycznych systemów audio, przejdzie definitywnie do historii. I nawet nie chodzi tutaj o to, że tak będzie w przypadku tytułowego zestawu (we will see), tylko innych, podobnych, czy następnej generacji… to się dokona i będzie stanowiło zupełnie nowe otwarcie (rozwój najlepszego komputerowego oprogramowania do odtwarzania muzyki uwzględnia tego typu sprawy), to potencjalnie przewrót kopernikański w zakresie domowego audio. Kojarzymy systemy kalibracji kina domowego? Jasne, że kojarzymy, tylko że tutaj chodzi o (a nie wątpię, że można będzie to cyzelować, doprowadzając do perfekcji) highfidelity z dopasowaniem w czasie rzeczywistym odtwarzania do konkretnego miejsca. Tu i teraz.

DSD? Tak, ale tylko z zewnętrznym dakiem, który ma wsparcie dla 1 bitowego materiału. W przypadku takiego jak wyżej połączenia niczego nie usłyszymy

A tutaj gramy DSD via EVO i muzyka płynie sobie z Loop-a, audiochmurki (brak autoidentyfikacji w VOX player albumu 1 biowego – wiadomo to DSD), przy czym i tak potem następuje konwersja do PCM w kolumnach (zew. DAC na aux via ADC)

Binauralne nagrania …cymesik!

 

Tidal? Tylko via zew. oprogramowanie, albo via USB/AUX/SPDIF

Sposoby transmisji mają wpływ na to, co usłyszymy. Tak, oczywiście że mają, ale też nie zgadzam się z opiniami, że jest coś wyłącznie dla tych, co im (wiecie, rozumiecie) słoń nadepnął na ucho tj. dla domowników nie przykładających większej uwagi do aspektu jakościowego. Czytaj jest ten tam Bluetooth i w sumie to przejdźmy dalej. No jest i wcale nie jest tylko dodatkiem. Z minusów – nie ma obsługi kodowania AAC – także na Makówkach koniecznie wymuszamy aptX (Bluetooth Explorer), użytkownicy iCoś tam muszą obejść się smakiem, a w przypadku innych komputerowych źródeł dobrze, gdy ww. kodek jest wspierany. Wracając do dźwięku, gra to bardzo dobrze, według mnie przy ustawieniu kodeka aptX, nie znajdziecie wielu powodów do narzekań, to znaczy będzie to oczywisty wybór w sytuacji, gdy lecą strumienie z większości serwisów streamingowych (wyłączając Tidala), gdy zechcemy posłuchać sobie internetowych rozgłośni. Także nie przekreślamy BT, szczególnie że to najprostsza, bo natychmiastowa i prawie-że bezkonfiguracyjna metoda połączenia się z KEFami. Ciekawostka – we wspomnianym Bluetooth Explorerze nie znajdziecie żadnych informacji nt. zastosowanego układu i jego parametrów (brak danych). To pierwszy przypadek, gdy ten software kapituluje w zakresie identyfikacji. Oczywiście nie jest to wina BTE, nie zawinił tu software, to albo jakieś nietypowe rozwiązanie, albo specjalnie zablokowano identyfikację układu. Zostawmy identyfikację, przejdźmy do sieci. W przypadku WiFi (albo LANu, można podpiąć do routera przewodowo LS-y, można) mamy trzy niezbędne elementy równania. Musi być jakieś źródło muzyki (uPnP serwer), musi być software sterujący odtwarzaniem (uPnP kontroler), no i wreszcie efektor w postaci KEFów (uPnP odtwarzacz/end-point) być musi. Trzy.

Sterowanie głośnością z apki jest kompletnie bezsensu: za duże opóźnienia i zerowa precyzja. Pilot w dłoń, albo w górę i dygać do kolumny prawej

Właśnie, sam software nie jest mocną stroną KEFów. Po pierwsze, już samo wykorzystanie jako sposobu komunikacji ze światem zewnętrznym protokołu uPnP to cóż… porażka. Wiemy jak mało elegancki to protokół i jak ograniczony w swojej funkcjonalności. Zapomnijcie o gapless, zapomnijcie o natychmiastowej reakcji na komendy, zapomnijcie wreszcie …o innych protokołach transmisji. Nie ma AirPlay’a, nie ma Spotify Connect, nie ma DTS’owego pomysłu na stream, ani Google’owego (Cast). Ni ma. Wielka to szkoda i rzecz absolutnie do uzupełnienia i do poprawy, dodatkowo samo uPnP niestety nie daje nam tego, co dają inni. Na razie nie ma mowy o prostej integracji usług streamingowych (to po drugie), mimo że o tym wspominają zarówno producent, jak i (a to ciekawe) recenzenci. W firmowej aplikacji na razie niczego takiego nie znajdziecie, np. z Tidala bezpośrednio niczego nie prześlecie, ze Spotify takoż, trzeba posiłkować się zew. softwarem (np. Bubble uPnP, czy wspomnianym już Roonem, względnie JRiver). Cóż, inni integrują wszystko jak leci (opisywane u nas produkty Sonosa, Auralica i wiele innych) i tu KEF (a konkretnie zewnętrzna firma, która im to pisze – tu widzę pewien oczywisty minus, bo najlepiej jak ludzie od tego co tak ważne, tak kluczowe dla takiego produktu pracują „pod jednym dachem”) ma sporo do nadrobienia! Software wymaga polerki w zakresie UI/UX (nawigowanie utrudnione, niewielkie elementy, mało wyszukana oprawa), moduł DSP potrafi się wykrzaczyć, no i jw. szkoda, że nie ma DLNA choćby. Na szczęście biblioteki zew. wczytuje dość szybko (NASy), ale już z takiego iTunesa musicie najpierw pobrać muzykę (np. na telefon), by móc ją odtworzyć (bez sensu). Sumując, to co dzisiaj najistotniejsze wymaga dużej pracy i wiele tu należy poprawić, dodać, rozszerzyć. Na szczęście wszystko jest możliwe, bo właśnie taka jest natura tego typu all-on-one. Można wszystko. Wystarczy upgrade. Pytanie, jak dobrze poradzi sobie z tym zadaniem KEF?

Zatem idealnym partnerem dla opisywanych KEFów i czymś, co należałoby uwzględnić jako dodatkowy, konieczny koszt (przy cenie tego zestawu to nadal prawdziwa wg. mnie okazja) byłby właśnie alternatywny front-end. Tak, dobrze się domyślacie, mam tu na myśli Roona. To pełna integracja z Tidalem (obecnie także hi-resów), to dodatkowe możliwości, których na próżno szukać w firmowym rozwiązaniu, takie jak: niezwykle rozbudowane tryby DSP, konwersja do PCM sygnału DSD (sam zestaw nie potrafi konwertować plików jednobitowych, niczego nie usłyszymy odtwarzając taki materiał na KEFach z podpiętym PC bezpośrednio pod USB, choć konwersja w oprogramowaniu zew. może tutaj pomóc), nowatorski sposób nawigowania / interakcji z własną kolekcją, bibliotekami muzycznymi itd, itp w sumie to można by jeszcze długo wymieniać. Niestety same LS50W nie są (obecnie?) Roon Ready (jaka szkoda!). Nie obsługują protokołu RAAT. No tak, ale po pierwsze mamy wbudowanego DACa, a po drugie możemy posiłkować się jakimś nanoPC, wyspecjalizowanym komputerkiem z wersją oprogramowania Roon dla takiego end-pointu (np. MicroRendu, ale może być coś niewyspecjalizowanego tj. przetestowany u nas MiniX PC). Dzięki RoonBridge zainstalowanym na takim PC zintegrujemy sobie KEFy z Roonem. Moim zdaniem warto, bo dopiero w takich okolicznościach przyrody maksymalnie wykorzystamy potencjał tkwiący w tym produkcie. I tutaj jedynie można wyrazić nadzieję, że w przyszłości nie będzie takiej konieczności (dokładania do pieca ;-) ), bo same kolumny będą odpowiednio wyposażone, pardon, zaktualizowane (już sama obsługa któregoś z wymienionych protokołów wystarczy, by znacznie rozszerzyć możliwości).

Panel informuje co i jak, poziomu jednakowoż nie odczytamy (nigdzie)

Tak czy inaczej wystarczy wbić się do swojej sieci WiFi (jak donoszą inni recenzenci, proces nie zawsze kończy się sukcesem – kolejny kamyczek pod adresem programistów odpowiedzialnych za ten projekt) , albo korzystając z gniazdka LAN podpiąć kolumny do routera, by móc bez ograniczeń strumieniować muzykę ze swojego domowego serwera. To, nawet wyłączając potencjał, ale i wyzwania, związane z firmowym oprogramowaniem, coś, co jest otwarte na przyszłość, dzięki wspomnianym softwareowym alternatywom. Taka natura komputerowego audio i ten komputerowy system głośnikowy (mhm!) jest tego dowodem. To emanacja zmian jakie zachodzą dzisiaj w branży. Fajne jest to, że nie trzeba wcale znać się na komputerach. Owszem, ta wiedza daje określone możliwości (większe) wykorzystania drzemiącego w tym przełomowym produkcie potencjału. To prawda, ale jak dowodziłem wcześniej, nie musisz się znać, a i tak ten zaklęty w kolumnach system audio zagra lepiej od moim zdaniem dowolnego, składanego z wielu klamotów, zestawu audio w cenie dużo wyższej od tych niecałych dziesięciu tysięcy złotych, jakie przyjdzie nam zapłacić za Wireless-y. Doliczmy do tego koszt oprogramowania (widzicie, mam nadzieję, jak kluczowy, jak ważny obecnie to element) i nadal macie więcej za mniej, nie mówiąc o oszczędności miejsca, o braku komplikacji, o integracji z domowym AV (jest port dla suba, są złącza SPDIF, można spokojnie podpinać, dodajmy tryby DSP, a efekt będzie spektakularny). Także, wszytko w jednym? Owszem, bo gramofon takoż można.

Tak, to wszystko prawda, ale (no tak) to jednak dopiero początek. Bo rezultat, choć niesamowity, robiący ogromne wrażenie mógłby być lepszy. Wspomniałem o minusach, wspomniałem o brakach, nie uzasadniłem jeszcze do końca dlaczego tak sądzę, tak uważam. Nie będę już powracał do software, w fotogalerii z opisem będzie o tym jeszcze co nie co (przepraszam, takie zboczenie zawodowe ;-) ), natomiast w paru słowach o alternatywie dla zaszytej w KEFach elektronice z bardzo ważnym i (na razie bez satysfakcjonującej odpowiedzi) pytaniem. Brzmi tajemniczo? No, bo właśnie znakiem zapytania zakończę te impresje, wrażenia. KEFy grały (również) z testowanym, bardzo dobrym dakiem EVO 2 Plus od M2Techa. Podpiąłem go pod wejście liniowe, które skorelowane jest z… układem ADC (jak tam z transparentnością… zapytają sceptycy). Podwójna konwersja? Ano tak, mamy układ ADC, bo przecież same głośniki komunikują się między sobą w domenie zero-jedynkowej, tu co krok cyfra, to właśnie te zera, to te jedynki i tak aż do… No właśnie. Wejście analogowe jest tutaj pewną zagadką dla mnie.

Aux (mamy tutaj układ ADC, który konwertuje każdy sygnał do PCM 24/192)

Podpięcie zewnętrznego DACa dało mi możliwość odtwarzania plików DSD (późniejsza konwersja sygnału analogowego do PCM w kolumnach), skorzystałem z obsługi muzyki powyżej 24/192 (takie ograniczenia ma wbudowany w kolumny przetwornik), do tego mogłem ustawić konwersję muzyki zapisanej w PCM do postaci 1 bitowej. Rzecz jasna mogłem także skorzystać z trybu gapless, wszystko to stało się możliwe. Mając do dyspozycji podpięty pod KEFy zewnętrzny „streamer” pod postacią wzmiankowanego M2Techa z MacBookiem mogłem wygumkować braki KEFów, za cenę pewnego skomplikowania systemu, fizycznego podłączenia zew. źródła. Jasne, mniej jasne jest to, co usłyszałem. Wejście liniowe jest w tym wypadku specyficzne, bo raz że może pracować z podpiętym gramofonem (przy czym przedwzmacniacza trzeba), dwa skorelowane jest z układem konwertującym sygnał analogowy do postaci cyfrowej. Na pewno, mimo braku zmian w regulacji natężenia dźwięku, na dzień dobry jest głośniej. KEFy grają niezwykle rozdzielczo, precyzja tych kolumn zachwyca. Miałem jednak wrażenie, że z EVO było (jeszcze) lepiej. Ciekawe. Może to tylko kwestia dodatkowych możliwości w zakresie odtwarzania, a może…

Miałem wrażenie lekkiego zmiękczenia podczas odtwarzania za pośrednictwem interfejsu USB (wbudowanego w kolumnach), nie miałem takiego wrażenia gdy strumienie śmigały sobie bezprzewodowo, a jeszcze bardziej nie miałem takiego wrażenia, gdy słuchałem via AUX na EVO/Mac. Przy czym pamiętam, co napisałem wcześniej o wejściu liniowym. Eleganckiego pilota mogłem użyć do podstawowego sterowania odtwarzaniem wyłącznie w trybie wewnętrznego streamera, gdy grały kolumny via uPnP, w przypadku zewnętrznych źródeł można było sterować wyłączenie natężeniem oraz zmienić wybór tego, co gra. I tutaj pojawił się jeszcze jeden drobny, aczkolwiek od strony ergonomii, istotny zgrzyt. Panel dotykowy z zaznaczonym wyborem źródła znajduje się na górnej części obudowy prawej kolumny i jest oczywiście niewidoczny dla użytkownika. W firmowej aplikacji sterującej nie mamy żadnej informacji na temat wybranego źródła, ani możliwości wybrania innego. Pilot wyświetlacza nie ma, kolumny nie mają, także aby uzyskać wiedzę co jest wybrane musimy pofatygować się do prawej i sprawdzić, co tam świeci na panelu. Nawet, gdy nie będziemy niczego podpinać zewnętrznie do KEFów, to i tak czasami zechcemy zmienić źródło na BT, albo wrócić do WiFi/LAN…

Skrętka i sieciówka w lewej. Obie kolumny aktywne, obie z kartami sieciowymi, przetwornikami…

Głośniki mają optymalne warunki pracy, mamy ultrakrótką ścieżkę sygnału, dopasowane komponenty, synergię całego układu. To nie tylko wielkie wejście aktywnego zestawu głośnikowego jako alternatywy dla klasycznego systemu, ale całościowy pomysł na wysokiej jakości granie bez mnożenia bytów. Właśnie, to szansa na to, by niedoceniane w domu (a doceniane w studiu nagraniowym, czy u samych muzyków, twórców, DJ-ów) aktywne zestawy głośnikowe stały się atrakcyjnym „zamiast” dla typowych audioklamotów. Można tworzyć strefy (apka), choć prawdziwa zabawa w multiroom znowu wymaga zewnętrznego oprogramowania (tak, powtarzam się, znowu ten Roon). To ważne dzisiaj, bo jak już możemy w tak atrakcyjnej formie mieć całościowy system audio to w przypadku dużej chałupy byłoby miło, gdyby paroma kompletami dało radę zawiadywać. W komplecie macie już całe okablowanie (skrętka, kable sieciowe), takie o typowo komputerowej proweniencji, jak komuś nie w smak to można jakieś sieciówki inne niż te, co z pudła wypadły, dać (np. LoRady Supry… btw okablowanie Szwedów tj. USB/łączówki wykorzystałem w teście). No kto co tam lubi.

Tu, między innymi, tkwi potencjał

Sumując, to produkt, który wyznacza nowe w audio. Podobnie jak testowany u nas obecnie NAD C338 (btw popatrzcie, wystarczyło zintegrować CAST i już wszystko jakby jest) to zdefiniowanie na nowo systemu HiFi. Odejście od klasycznego zestawu klamotów na rzecz czegoś nowego, czegoś komputerowego, sieciowego (internetowego), podatnego na ciągłe udoskonalanie (przy czym za to udoskonalanie zapłaciliśmy już płacąc za kolumny, wsparcie mamy i powinniśmy mieć gratis). Fascynujące, ale zarazem trochę taka terra incognita. Dla osób obeznanych z IT pewne rzeczy są jasne, oczywiste, ale… mówimy o audio właśnie, o czymś, co wymyka się często prostym ocenom, nie da się (tylko) pomierzyć, nie da się łatwo opisać, czy zinterpretować. Komputer, a konkretniej kod staje się niezbędnym elementem równania. Pod pewnymi względami komplikuje to sprawę, ale daje też nieograniczone możliwości. Mój dream KEF50Wireless vol.2 (albo up ;-) )? Wszystkie niezbędne protokoły zintegrowane (tj. RAAT/DLNA/AirPlay/SpotifyConnect etc.), wbudowany DAC o większych możliwościach niż obecnie, no i rzecz jasna dopracowana apka (albo wszystkie streamingi, źródła – integracja, albo właśnie tylko DSP, wstępna konfiguracja, a resztę zostawić zewnętrznym aplikacjom). Wiele da się tu zrobić na drodze aktualizacji software. Reszty nie ruszać, bo zwyczajnie nie ma takiej potrzeby. Każda z kolumn ma swój dopasowany wzmacniacz, pełna synergia, mamy najlepsze wg. mnie połączenie jakie można sobie wyobrazić między kolumnami (skrętka), mamy fantastyczne UniQ… no ludzie, w tej cenie to rewelacja jest. Cały system. Za mniej niż dychę. Niezłe jaja!

 

Wielkie podziękowania za cierpliwość, za ciekawą wymianę poglądów oraz za udostępnienie gdańskiemu salonowi

Rozbudowana fotogaleria z opisem:

Najnowsze skrzyneczki M2Techa w redakcji: EVO DAC 2+ & EVO Clock 2. Test!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
tyt_iOS

Mam słabość do produktów tej firmy. Włosi nie ulegli pokusie dopisania co najmniej jednego zera do rachunku (wiecie, Europa, mamy wysokie koszta pracy, to nie Azja), ich produkty są wycenione niezwykle rozsądnie. Przy czym mamy do czynienia z czymś, co powstało od A do Z w słonecznej Italii. Jest pomysł, wróć… jest wiedza, gruntowna wiedza inżynierska oraz informatyczna jaka cechuje wyroby M2Techa, jest i wykonanie. Przystępne cenowo, a przy tym bardzo dobre jakościowo, nie tylko w swej klasie (określony pułap cenowy) klamoty, zazwyczaj mocno kompaktowe, wręcz miniaturowe to specjalność tego producenta. Korzystam na co dzień z ich rozwiązań, tych najprzystępniejszych (co w tym wypadku wcale nie oznacza – z ograniczeniami, a jeżeli już to tylko funkcjonalnymi, nie jakościowymi) kosztowo… linia hiFace, a konkretnie hiFace Two oraz DAC i oba naprawdę dają radę! DAC jest wręcz nieprzyzwoicie dobry jak za te niecałe 1k złotych, wygląda jak osiem nieszczęść (no tutaj jest prawdziwy plastik fantastik), ale jak to bombowo gra! Fantastyczny interfejs dla komputera i właśnie w takiej roli najlepiej (stacjonarnej) wykorzystać go w systemie. Dlaczego tak? Przypominam (patrz nasza recenzja hiFace DAC), tam nie ma żadnego wzmacniacza słuchawkowego, tam jest wyście idealnie nadające się do podpięcia pod stacjonarny tor, pod pre/integrę właśnie. Nietypowo, ale też (świetna kość, znakomita realizacja współpracy z komputerem, obsługa plików PCM nawet do poziomu 384MHz tj. DXD) właśnie dokładnie pod taki system. Słuchawki niekoniecznie, a jak już to takie stacjonarne też, a i tak warto budując taki tor wpiąć jakiś wzmacniaczyk słuchawkowy. Drugi grzdyl to świetny konwerter cyfrowy, niedołączony element salonowego systemu ze zmodyfikowanym Squeezeboksem Touch (EDOmod. – pełna gwarancja sukcesu, konwertujemy sygnał USB wychodzący z SBT do SPDIF i dalej do DACa… w tym wypadku rDACa, który po koaksialu gra wg. mnie wybitnie dobrze). I to wszystko za pieniądze, które często nie starczą na zakup audiofilskiej łączówki. To – mimo, że mam w kolekcji także dużo droższe klamoty – nadal żelazny element wyposażenia i nie wydaje mi się żebym się z tymi maluchami kiedykolwiek chciał rozstać. Takie to dobre jest, właśnie takie :)

Małe, alu boksy. Dzisiaj kilku producentów oferuje takie rozwiązania z możliwością rozbudowy, rozszerzania systemu opartego o takie malutkie klamoty

No dobrze, było o mikrusach, warto napisać coś o tytułowych pudełkach. Małe to, a tworzy cały, przemyślany zestaw/system wzajemnie uzupełniających się, wspierających skrzynek, których jedynym celem jest jak najlepsze obsłużenie cyfrowego sygnału, z jego konwersją (zarówno cyfra/cyfra, jak i – w przypadku testowanego zestawu – cyfra/analog). Tu nie ma drogi na skróty, bo (i to było swego czasu nowatorskie podejście, bo mówimy właśnie o 2 generacji EVO) każdy ze składników „dania” ma określoną funkcję, ma całościowo wynieść granie z pliku (bo taki sygnał zazwyczaj będzie dostarczany) na wyżyny. I to wyżyny absolutne – za wszystkie składniki, gdybyśmy zdecydowali się na całościowe podejście do tematu, przyjdzie zapłacić ok. 6 tysięcy. Czyli tyle ile kosztuje dobrej klasy DAC. Tu jednak mówimy o czymś innym, bo mówimy o całościowym systemie z zewnętrznym generatorem zegara (częstotliwość wzorcowa 22MHz i 24MHz dla obu częstotliwości taktowania tj. 44,1 oraz 48 MHz oraz ich wielokrotności 88.2/96/176.4/192), z konwerterem, z dedykowanym zasilaniem. Wszystko to w miniaturowej odsłonie, co nie oznacza miniaturowych ambicji. Te są duże. Z recenzji EVO pierwszej generacji wyłaniał się obraz niezwykle zachęcający – było to granie zupełnie niecyfrowe w charakterze, niebywale plastyczne, analogowe w formie. Recenzenci rozpływali się w zachwytach, zgodnie uznając, że jest to jedna z najciekawszych, tak kompleksowych, propozycji na rynku (przygotowana na obsługę sygnału także z innych cyfrowych źródeł, w tym profesjonalnych interfejsów wyposażonych z złącze I2S). Mnie osobiście trochę żal, że producent podążający wyraźnie swoją drogą, stosujący nietypowe rozwiązania (właściwe wszystkie produkty M2Techa są inne, właśnie takie trochę pod prąd) nie zdecydował się na implementację innych rozwiązań z rynku pro, mam tu na myśli FireWire oraz Thunderbolta. Ten ostatni, o czym wspominałem w teście TAC-2, potrafi zdefiniować parę rzeczy na nowo w PC Audio i wg. mnie pod pewnymi względami jest dużo lepszym rozwiązaniem od magistrali USB. Magistrali, która nigdy nie była i nie będzie „pod audio”, bo jej charakter jest na wskroś uniwersalny, wielozadaniowy i wieloobsługowy… a to generuje problemy, z którymi walczymy, walczymy, choć są rozwiązania całkowicie pozbawione dobrze znanych wad i ograniczeń tj. opóźnienia czasowe/jitter, interferencje/przenoszenie zakłóceń z magistrali/innego sprzętu pracującego (współdzielenie), przenoszenia zakłóceń z zasilania sprzętu komputerowego, portów,  etc.

I tu warto pochylić się nad propozycjami M2Techa. Oni doskonale wiedzą o wadach USB. I starają się im zaradzić. Tu wiele rzeczy zrobiono jak należy by wyrugować wspomniane ograniczenia. Nowa wersja EVO, jaka do mnie trafiła, ma być jeszcze lepsza, ma być (i jest) przygotowana do obsługi plików DXD i DSD (128). Zegar może działać w trybie automatycznego dopasowywania (w pierwszej generacji trzeba było ręcznie przestawiać) częstotliwości próbkowania. Wystarczy w tym celu podpiąć obie skrzynki dodatkowo kablem optycznym (poza BNC). Jak ktoś chce wyspecjalizowane zdać się na wyspecjalizowane zasilanie, to można jeszcze do kompletu dokupić EVO Supply, a dla tych, którzy chcą czegoś naprawdę bezkompromisowego jest jeszcze EVO Two, czytaj, konwerter cyfra/cyfra z dodatkowym interfejsem AES/EBU oraz we/wy SPDIF do domowego nagrywania (homerecordingu, w którym pomocne będzie precyzyjne dopasowanie zegara vide EVO Clock 2 oraz wspomniane złącza pro AES/EBU & I2S (tu w wariancie ze złączem HDMI)). Także można zbudować sobie system, a to jeszcze nie wszystko, bo firma postanowiła tym razem uzupełnić swoją propozycję o… wzmacniacz słuchawkowy. Cóż, trudno się dziwić, w dzisiejszych czasach, bez słuchawek ani rusz (na rynku ani rusz). Dodatkowo, najnowszym elementem linii EVO, jest DAC ze zintegrowanym gramofonowym pre. Testy przeprowadziłem na dwóch odmiennych konfiguracjach komputerowo/systemowych: iMac z najnowszym macOSem/Roonem to raz oraz MiniX nanoPC z Win10 to dwa (Win z foobarem oraz z Tidalam). Sprawdziłem jak sprawują się sterowniki (stery to mocna strona tego producenta, jw. bezproblemowa współpraca z SBT, bezproblemowa z PC/Mac… to autorskie rozwiązania, świetny team programistów za tym stoi), a całość zagrała zarówno @ słuchawkach, jak i z systemem stereo. 

Co by nie było potrzeby przełączania ręcznego, trzeba zdecydować się na dwa kable. Z prawej niezbędny do podpięcia przetwornika lub konwertera z zew. zegarem (BNC) oraz z prawej SPDIF (optyk), co pozwoli na automatyczne dopasowanie częstotliwości 

 

Zapraszam!

 

» Czytaj dalej

Sonos Play:1 &Bridge &Roon tak to się robi! Testuję naj mutiroom audio @ rynku

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170308_102931120_iOS

Dlaczego na dzień dobry tym „najlepszy” kłuję? Dlaczego takie zachwyty nad głośniczkiem co to nawet hi-resa nie zagra. Spokojnie. Już wyjaśniam. Chcecie coś, co gra po naciśnięciu guzika (jednego guzika)? Chcecie coś, co nie wymaga żadnej konfiguracji, gdy podepnie się taką małą, niekosztowną skrzyneczkę do domowego routera? Chcecie mieć zasięg wszędzie, strumień stabilny jak skała, granie nawet w obłożonym kaflami kiblu bez utraty jednego bita? Chcecie wreszcie zintegrować sobie ten multiroom z najlepszym front-endem na rynku, tzn. strumieniować bezstratnie, a dodatkowo (w zapasie) mieć WSZYSTKIE serwisy, rozgłośnie, podcasty, usługi, no WSZYSTKO sterowane z dowolnej platformy? No to już wiecie. A K.O to własny, autorski, skuteczny (tak, cholera, tak właśnie) system audiokalibracji, który w takiej łazience czyni prawdziwe cuda, to znaczy da się grać normalnie, nie jak w studni, grać przyjemnie, a przecież wanna, prysznic to miejsca bardzo wskazane patrząc przez pryzmat relaksacji, z tą relaksacją związanej chęci posłuchania czegoś… prawda? Ano prawda, najprawdziwsza prawda.

Także, powiem tak – jeżeli jest coś, co mnie przekonało w dwie doby bez żadnego „ale” to jest to właśnie Sonos. Sonos Play:1, bo o tym konkretnie maluchu wraz z sieciowym mostkiem Sonos Bridge, mówimy. Mostek jest wg. mnie nieodzowną częścią tego sytemu, bez niego sporo tracimy, bo po pierwsze gwarantuje doskonały zasięg (i korzyści płynące z wykorzystania niezależnej, własnej sieci typu mesh – z takiej właśnie Sonos korzysta, w tym jego siła), po drugie brak interferencji, po trzecie brak konieczności konfigurowania (naciskasz i grasz). Ot, wystarczy podpiąć LANem skrzynkę, ustawić Sonosy gdzie-bądź i już. Co więcej, korzystamy tutaj z WiFi, a nie ułomnego (zasięg & propagacja sygnału!) Bluetooth’a i mamy bezstratne strumienie i mamy (a tego AirPlay nie daje btw) bitperfect też. Bit po bicie muzyka sobie płynie. Tak, dokładnie tak, jak być powinno. Do tego jak naciśniecie pauzę i po paru dniach naciśniecie „play” to wiecie co usłyszycie? No właśnie, muzykę usłyszycie. W airplejowych strefach to ni cholery tak nie działa, w przypadku SKAA (AirDAC) to też niestety nie chce tak działać, w innych rozwiązaniach jakie testowałem ZAWSZE było jakieś „ale”. A tu nie ma „ale”. Zajebiście!

Głośnik

Tym, co jednak mnie prywatnie przekonuje jest integracja z Roonem. Od ostatniej dużej aktualizacji 1.3 te Sonosy Play:1/ 3/ 5, soundbar z subem oraz odtwarzacze ZP (też z ampem) stanowią end-pointy dla tego najlepszego wg. mnie software odtwarzającego, porządkującego / katalogującego muzykę jaki jest dostępny obecnie na rynku. TO JEST TO. Gram sobie co chcę, wszędzie, sam głośnik przestawiam w dowolne miejsce (zapamiętuje w pamięci pomiary akustyki) i za pomocą dowolnego ekranu, jaki jest na podorędziu, steruję, odtwarzam, zarządzam. Dźwiękowo to bardzo fajna rzecz, oczywiście jak na niewielki, zamknięty w małej budzie układ dwudrożny. Gra to przyjemnie, a – co istotne – mając w zanadrzu własny system dopasowania pracy przetworników można naprawdę ustawić to, to wszędzie. I zagra. Fajnie zagra. Z Roonem jest o tyle ciekawie(j), że tam są zaawansowane tryby (DSP), że mamy jeszcze bardziej rozbudowane zarządzanie strefami (prawdziwie multistrefowe zarządzanie całym domowym audio systemem), że integracja z Tidalem robi różnicę (już jest osobna zakładka Masters ;-) ), że – wreszcie – można skorzystać z oryginalnych, nigdzie indziej nie widzianych, sposobów nawigowania po zbiorach jak i uskuteczniania muzycznych poszukiwań (przeczytajcie nasze opisy Roona, tam jest wyjaśnione z jakim potencjałem mamy do czynienia). Także, taki Sonos razy dwa/ trzy / pięć i więcej, w różnych miejscach w domu, skutecznie domyka nam temat „muzyka to u mnie gra wszędzie”. A że Play:1/3/5 mogą grać sparowane w trybie stereo to… gabinet, dalej sypialnia, i jeszcze pokój dziecięcy… tak tam właśnie te Sonosy spokojnie mogą robić co trzeba i każdy z domowników będzie zadowolony. Czego brakuje? Czegoś z wbudowaną baterią na wynos (w sensie, na wynos – ogródek, patio, nie na wynos, wynos, bo to by się kłóciło z całą koncepcją systemu). Gramofon (tak jest Sonos igła – nie pytajcie po co, no po prostu jest) może być ciekawym przykładem na to, jak moda kształtuje byt. Nawet jeżeli to bez-sensu. Bez-sensu? Ano bez, bo gramofon zakłada że tak powiem sam z siebie fizyczny kontakt, interakcję, coś co jakby kłóci się ze strumieniami, z bezprzewodowością się kłóci, ale co ja tam wiem? Stary i głupi jestem. W poprzednim wpisie już to przerabiałem. Także gramofon też jest, choć bez-sensu w kontekście systemu.

Mostek

Software Sonosa jest przejrzysty, ale nie jest to żaden Olimp, no brakuje mu nieco, przydałaby się polerka. Na szczęście można, a nawet warto jw. scedować sterowanie na alternatywy. To nie tylko Roon, to także doskonała (tak, wg. mnie nadal najlepsza) aplikacja jaką oferuje Spotify, gdzie Sonos może po integracji (przeprowadzanej w nieco kuriozalny sposób, o czym w recenzji będzie, dobrze że tylko raz trzeba i z głowy) być widoczny jako efektor w apce i z poziomu spotifaja można sobie już grać dowoli. Firmowy soft daje możliwość pogrupowania, zawiadywania strumieniami, tworzenia swoich playlist, swoich ulubionych z tego co zintegrowane… kto co lubi. Mocnym atutem jest wspomniany system kalibracji, wykorzystujący mikrofony w handheldzie (najlepsze wg. mnie efekty daje wykorzystanie w pomiarach smartfona, mikrofon czy mikrofony są czulsze w telefonie od tych zamontowanych w tablecie). Wiadomo, że trwają prace nad integracją inteligentnych (ekhmm) asystentów od Google oraz Amazona. Właściwie to drugie testowo już jest. Przy czym pewnym ograniczeniem będzie tutaj brak w wyposażeniu samych głośników mikrofonu, ale kierunek rozwoju (jak mówi nowy CEO Sonosa) jest jasno wytyczony. Ma być zawiadywanie domem, zawiadywanie naszym czasem, podpowiadanie, sugerowanie, wiaaaaadomo – terminal marketingowo-zakupowy w każdym domu ;-) Może bez tego „;-)” w sumie, bo to chyba jednak na serio. Dobrze, że w tym przypadku każdy będzie mógł zadecydować, czy w ogóle chce takie coś aktywować, czy apagesatanas. Mówi się także, głośno, o ewentualnym wprowadzeniu lepszych od jakości CDA strumieni. Czy i kiedy, to za bardzo na tę chwilę nie wiadomo. Tak czy inaczej, pomysły są, nowe znaczy się pomysły i dobrze, choć dla mnie to, co istotne, w sumie już jest. Do Sonosa jeszcze wrócę, zapewnie w formie „rzutu uchem”, może będzie w rozbudowanej formie (w sensie bez przenoszenia malucha, bo będzie ich parę), także jeszcze coś na pewno o tym Sonosie się na HDO pojawi.

Apka. Przepraszam za te bafrumy i kiczeny, to ma iść też w wersji ang. a wiadomo, że Anglosasi potrafią tylko po swojemu gadać, no te inne języki to ich trochę przerastają.
Zaraz nowa płyta DM się pojawi. Singiel taki mniej więcej: czekam, czekam aż coś, czekam, o… koniec :(

 

Tymczasem zapraszam do fotogalerii, którą będę jeszcze rozbudowywał:

 

» Czytaj dalej

Rzut uchem: AirPods …tanio? Względnie tak. Dobrze? Hmmm

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
iPodsy

To specyficzny produkt. Dlaczego specyficzny? Ano dlatego, że jest wg. mnie czymś, co ma sens jedynie z iPhonem (względnie iPadem/Makiem). To znaczy zadziała nam z inną elektroniką, komputerami, ale wtedy w praktyce będziemy mieli (owczem) w pełni bezdrutowe, ale zupełnie przeciętne (brzmienie) słuchawki z mocno utrudnionym sposobem interakcji. Także, jeżeli chcesz zaoszczędzić (zanim zaczniecie pomstować, co on pisze, najpierw… przeczytajcie to co poniżej), kupując najtańsze w pełni bezprzewodowe IEMy na rynku, a nie macie niczego jabłkowego, to naprawdę nie warto. Wspomniałem, że względnie tanio, w tytule, nie bez przyczyny. One są tanie. Te 799 złotych to kwota za którą nie kupicie tego typu produktu. Testowałem Bragi, testowałem Here, miałem w uszach wynalazki Onkyo oraz Samsunga i cóż… każde z tych rozwiązań jest kosztowniejsze, niekoniecznie dźwiękowo lepsze, ergonomicznie, funkcjonalnie zaś… często gorsze.

Tyle, że to dopiero początek opowieści. Bo raz, że Apple wyraźnie nie jest w stanie sprostać zapotrzebowaniu na te słuchawki (tyle miesięcy po „premierze”, a nadal dostępność jest fatalna, na stronie tradycyjne 6 tygodni), dwa pojawiają się liczne głosy krytyki dotyczące awaryjności, czy ogólnie problemów z działaniem tych słuchawek i trzy – nie ma polskiej Siri. To właśnie ten ostatni punkt mocno (podobnie jak w przypadku innych jabłkowych rzeczy, choćby Apple Watch’a) obniża funkcjonalność, atrakcyjność produktu, bo właśnie integracja asystentki/a jest w tym przypadku kluczową sprawą (nie, nie dźwięk, a właśnie Siri jest tu w centrum, oczywiście w sytuacji, gdy korzystamy z tego udogodnienia). W naszym kraju trzeba obejść się smakiem, nawet w sytuacji używania angielskiej wersji językowej skazani jesteśmy na niepełną funkcjonalność – wystarczy wymówić jakieś swojskie nazwisko, nazwę ulicy, jakiegoś konkretnego miejsca…

Apple postanowiło, jak to ma z zwyczaju, wprowadzić na rynek coś, co wcześniej (choć, w tym wypadku, niewiele wcześniej)  pojawiło się na rynku tyle że w formie „it just work” & „very simple”. I to się w dużej mierze udało, natomiast to, co wywołuje u mnie wątpliwości (poza wspomnianymi problemami z nabyciem), to:

  • dźwięk, jakość brzmienia
  • sposób interakcji, podstawowego sterowania funkcjami

Te słuchawki, moi drodzy, to nic innego jak dobrze znane EarPodsy i nie ma się co czarować, że jest inaczej. Co więcej, tu jest nawet o tyle gorzej, że korzystamy ze stratnego medium transmisji, jakim jest Bluetooth. Apple nie zadało sobie trudu by wprowadzić jakiś progres w zakresie BT i nadal mamy strumień AAC o maksymalnym bitrate na poziomie 256kbps. To, samo w sobie, o niczym jeszcze nie przesądza (choć nie daje żadnej możliwości poprawy parametrów transferu), ale czymś, co ma przemożny wpływ na brzmienie jest konwersja C/A, która odbywa się w słuchawkach. Nie w źródle, a jak wiemy z doświadczenia, iPhone brzmi całkiem dobrze i Apple od pierwszych modeli dbało o sensowną jakość z audio dziurki, ale ostatnio coś nam ta jakość audio spadła na liście priorytetów daleko… iPhone 7 audio jacka nie ma (patrz nasze wrażenia), przejściówka to porażka (ergonomiczna, ale także w zakresie dźwiękowym vide degradacja dźwięku, o czym pisaliśmy powyżej, w linku). Dodatkowo delikatna poprawa jakości via BT (128 -> 256kbps) miała miejsce bodaj w iOS7 i od tego czasu zero progresu. Cóż, świat idzie do przodu i tak, jak aptX w podstawowych wariantach na pewno w niczym nie jest lepszy od kodeka Apple (AAC), to jego najnowsze iteracje (z dopiskiem HD, z najniższymi opóźnieniami oraz bitrate na poziomie zbliżonym do bezstratnego transferu) już wyraźnie górują możliwościami nad sinozębnym audio by Apple. Konwersja sygnału audio dokonywana w tych małych EarPodsach ;-) z obciętym kabelkiem to nie jest domena układu W1 (którego pierwszoplanowym zadaniem jest komunikacja, integracja z Siri, a nie jakość brzmienia (w ogóle nie zajmuje się konwersją C/A)), a czegoś, co jak sądzę, Apple wykorzystuje w swoich adapterach, przejściówkach. Przy czym słuchaweczki wspierają wspomnianą, lepszą od SBC, transmisję dźwięku w AAC.

I tu jest (dla kogoś, kto szuka wysokiej jakości brzmienia w tym produkcie) pies pogrzebany, bo AirPodsy brzmią przeciętnie. To nie jest poziom dobrych doków, a nawet doków tanich, ale przyjemnych. Słuchałem tych słuchawek niezbyt długo, stąd rzut uchem, ale mogłem dość szybko wyrobić sobie opinię, szczególnie, że do porównania były zarówno firmowe EarPodsy, testowane T10 RHA, jak i (no to już jakby inna para kaloszy, ale dźwięk to dźwięk i dobrze mieć coś bardzo, bardzo dobrze brzmiącego na podorędziu) bezdrutowe (no właśnie) Momentum Sennheisera. Szkoda, że nie nowe bezprzewodówki Momentum (nie są w pełni wireless, na marginesie, bo dysponują przewodem łączącym doki), bo byłoby takie małe porównanie w segmencie bezprzewodowych dousznych, ale mniejsza… powiem tak, każde z tych słuchawek dodawały bardzo konkretnie coś pozytywnego do brzmienia w porównaniu z AirPodsami, które oferowały dźwięk mocno skompresowany, wyraźnie grając „w głowie”, bez odpowiedniej dynamiki, dość sucho, bez wglądu w szczegóły nagrania. Słuchanie za pośrednictwem tytułowych słuchawek było takie „do kotleta”, czy może lepiej „w tle, do siłowni, na rolki”, a nie słucham i kontempluję. 

Nie oczekiwałem niczego specjalnego i się nie rozczarowałem, ale jednak trochę zmartwiłem. Zmartwiłem, bo firma z Kalifornii znana była od zawsze z tego, że muzyka jest ważnym składnikiem jej DNA. Obecnie, zdaje się ten składnik, wcale nie jest aż tak istotny, dzisiaj liczą się inne rzeczy. Wspomniałem o obecnej generacji iPhone, to samo dotyczy nowych Maków, w których pozbyto się złącza optycznego (why?!), nowego Apple TV, w którym takoż nie występuje, zerowego wsparcia (rozumianego jako rozwój technologii, jej ciągłe usprawnianie) dla AirPlay’a. To ostatnie jest w ogóle dziwne, bo przecież protokół w chwili premiery był czymś bardzo nowatorskim, dawał ogromne możliwości (bo bezstratnie, bo wielostrefowo, bo streaming, który wtedy dopiero raczkował), a tu nic się w temacie nie dzieje. Co gorsza, sam protokół ma oczywiste ograniczenia (strumienie muszą przechodzić/być odtwarzane przez urządzenie sterujące, co generuje między innymi problem z opóźnieniami transmisji, z brakiem zgodności bitowej sygnału (bitperfect) oraz brakiem gapless), a samo Apple nic nie robi, by cokolwiek tu zmienić. Inni dają opcje na strumienie hi-res, tutaj nie ma o tym mowy. Zresztą w samym kramiku (iTunes) zastój w tym zakresie, bo nadal stratna kompresja do kupienia (sic!), to samo w Apple Music odnośnie strumieniowania.

Stąd też, mimo mojego narzekania, słusznego, czy nie, strategia Apple wydaje się czytelna. Nie ma sensu ścigać się na jakość, na możliwości, gdy tak naprawdę samemu oferuje się pewne minimum w tym zakresie, nie jest się (póki co?) zainteresowanym zmianą tego stanu rzeczy. I tak też sprawy się mają w jabłkowym świecie. Są AirPodsy, które komunikują się od razu z naszymi jabłkowymi urządzeniami (choć brak parowania, to na dzień dobry, bardziej slogan – i tak musicie nacisnąć coś na obudowie futerału, ładowarki, na ekranie pojawia się z automatu panel i tam też zatwierdzamy decyzję o połączeniu), same się wyłączają po wyjęciu z ucha i ponownie grają po włożeniu, same się synchronizują, same się identyfikują w FMI (Find My coś tam… od ostatniej aktualizacji)… Także tutaj zrobili to jak trzeba i to faktycznie „it just works”.

Samo sterowanie jest jednak w mojej opinii dość ułomne. Jak chcemy zmienić utwór, ba jak chcemy ściszyć, czy zwiększyć liczbę decybeli ;-) to de facto musimy posiłkować się interfejsem głosowym w tym celu. To bez sensu. Apple powinno rozważyć inny sposób podstawowej interakcji, bo samo tapnięcie na odtwórz, spauzuj to „trochę” mało. Także to jest według mnie do poprawy, uzupełnienia. Słuchawki dość stabilnie siedzą w uszach, ale dziedziczą ograniczenie EarPodsów – to nie dokanałówki, a słuchawki douszne, z plastikową obudową bez miękkiej, dokanałowej aplikacji (gumka, gąbka). Także trudno tu mówić o pełnej uniwersalności w zakresie ergonomii, choć większość użytkowników specjalnie nie narzeka, podobnie jak to ma miejsce w przypadku podstawowych, przewodowych słuchawek Apple gdzie kształt, waga pozwalają wielu użytkownikom na wygodne użytkowanie. Wielu, ale też nie każdemu i warto to uwzględnić, bo może się zdarzyć, że po pierwsze będą wypadać, po drugie dłuższe użytkowanie będzie niekomfortowe (ja tak mam z firmowymi słuchawkami, których generalnie nie używam, choć wykorzystuje jako materiał porównawczy), a po trzecie …od strony estetycznej, będą mocno „na nie”.

To rzecz bardzo subiektywna i tak też proszę potraktować to, co zaraz napiszę. Te słuchawki powodują, że otoczenie zwraca na nas (użytkowników) uwagę. Mimowolnie, ale właśnie zwracają, bo wyglądają jak ciało obce w uszach. Generalnie słuchawki to coś na, czy w i je widać, czasami aż za bardzo (wtedy to właśnie pewien problem), przy czym AirPodsy są tu przypadkiem bardzo szczególnym. Nie są ogólnie duże, nie wystają, czy znacząco odstają (no nieco odstają jednak), ale od razu zwraca się uwagę na kogoś „ubranego” w te słuchawki. I nie jest to pozytywne wrażenie. To jak wyżej „ciało obce”. Według mnie to problem, bo jednak taki produkt z oczywistych względów towarzyszy nam w przestrzeni publicznej, a tu trzeba pogodzić się z tym, że widać i to aż za bardzo widać. To zresztą, żeby być sprawiedliwym, problem wszystkich prawdziwie bezprzewodowych IEMów. Bo te słuchawki zazwyczaj są spore (cudów nie ma i tak cud, że to się tam wszystko mieści tj. bateria, cała elektronika, przetworniki, moduł łączności etc.). I wygląda się (z nimi w uszach) mocno tak sobie. Przy czym w mojej opinii najlepszym rozwiązaniem w projektowaniu takiego produktu jest albo nie certolenie się i jakieś wyjście poza obręb uszu (wokół-uszne pałąki), albo w drugą stronę, tj. łezka, obudowy wpasowane w małżowiny, z maksymalnie anatomicznym kształtem (niedoścignionym wzorcem jest tu dla mnie Westone, wiadomo ktoś kto „zjadł na tym zęby”, bo w aparatach słuchowych się onegdaj specjalizował). Problemem jest i będą kwestie upchnięcia wszystkiego zarówno do prawej, jak i lewej obudowy. To niewątpliwie wyzwanie. Apple chciało nawiązać do swoich produktów i to się mu w pełni udało, tyle że efekt dla użytkownika jest… dyskusyjny.

Nie przeprowadziłem żadnego konkretnego testu długości odtwarzania, z tego co mówią użytkownicy, te słuchawki grają tak długo jak podaje specyfikacja, natomiast sprawdziłem etui, które tak powszechnie chwalono. I rzeczywiście to chyba najmocniejszy punkt (od strony ergonomiczno-praktycznej) tego produktu. Wystarczy zasadzić (sama obsługa, spasowanie to takie stare, dobre Apple z dbałością o szczegóły), ładujemy, mamy wszelkie informacje wyświetlane na panelu, centrum powiadomień, wbudowany w nosidełko power bank powinien pozwolić na ok. 20 godzin użytkowania słuchawek. To bardzo dobry wynik. Gorzej, jeżeli zgubimy pudełeczko, bez niego nie ma szans nie tylko podładować AirPodsów, nie da się ich także połączyć ich do sprzętu (skonfigurować z nowym urządzeniem). Sposób ładowania (indukcyjny, przez niewielkie, metalowe końcówki) wyklucza wykorzystanie innego rozwiązania w zakresie ładowania. Obudowa słuchawek jak i etui wykonana jest z białego plastiku, dokładnie takiego z jakiego wykonane są wszystkie akcesoria firmowe (adaptery, przejściówki, stacje etc). Nie jest to trwały materiał, nie jest odporny na trudy codziennego użytkowania. Warto to mieć na względzie, bo te słuchawki, jak i futerał (ale przede wszystkim słuchawki) będą podlegały zużyciu i to raczej takiemu szybszemu, niż wolniejszemu, szczególnie przy intensywnym korzystaniu.

Sumując ten „rzut uchem”, warto to jakoś całościowo zebrać i ocenić. Jak wspomniałem, to produkt dla jabłkolubów, to po pierwsze, po drugie to typowe jabłkowe prosto i do celu, co jest dużym plusem, bo właśnie jedną z głównych cech całkowicie bezprzewodowych słuchawek powinno być to „prosto i do celu”. Po prostu działają, a dzięki integracji z ekosystemem (AppleID/ FMI/ iCloud) to jedyny taki produkt na rynku, z asystentką/em stanowią naturalne uzupełnienie telefonu/smartzegarka, wpisując się bezbłędnie w rozwiązania by Apple. Do tego mają wygodny futerał z dużym zapasem soczku i nawet podczas przemieszczania się gdzieś tam hen daleko, będzie można z nich bez obaw korzystać. To plusy.

Minusy niestety też są i to takie, które przekreślają ten produkt w oczach wielu osób. Dźwięk? Szukacie czegoś dobrego to zmieńcie adres. To nie gra dobrze, to gra akceptowalnie, akceptowalnie dla kogoś, kto nie zwraca baczniejszej uwagi na to, co mu w uszach muzykę (tfu! ;-) ) reprodukuje. Bo tutaj jest właśnie w tle, bez kontemplowania, bez wchodzenia w temat dogłębnie, bo będzie rozczarowanie. Ujmując to najprościej – nie przeszkadzają Wam EarPodsy? Nie będą przeszkadzać AirPodsy. Macie większe wymagania? Tu na pewno niczego, co Was zadowoli, nie znajdziecie. Nie ten adres! Podstawowe sterowanie jest bez sensu i Apple powinno nad tym popracować, powinno także poprawić dostępność produktu, bo to co się dzieje w tym zakresie jest zwyczajnie niepoważne. Firma wstrzeliła się niewątpliwie z zapotrzebowaniem na tego typu akcesorium, będące zresztą nie tylko bezdrutowymi słuchawkami (bo właśnie ambicje Apple nie ograniczały się tylko do tego, by zaoferować bezprzewodowe, douszne słuchawki li tylko), ale tak naprawdę bezprzewodowym interfejsem głosowym dla użytkowników jabłczanego ekosystemu. I to ma sens, jak najbardziej ma, tylko w takiej sytuacji koniecznym elementem układanki musi być Siri. Bez Siri rzecz mocno traci.

Zobaczymy, w którym kierunku pójdzie branża, zapewne wielcy z IT będą starali się przekonać konsumentów do takich bezprzewodowych słuchawek / interfejsów oraz …czujników. Rozszerzanie funkcjonalności obserwujemy od około roku, na razie nie są to w pełni udane próby połączenia wielu funkcji w czymś, co wkładamy do ucha. Z czasem jednak pewnie uda się rozwiązać dzisiejsze problemy i takie bezdrutowe IEMy (jakaś nowa nazwa, lepiej odzwierciedlająca funkcjonalność?) staną się standardem na rynku. Głosowe wydawanie komend to przyszłość (cyfrowi asystenci, inteligentne głośniki w rodzaju Google Home, amazonowego Echo itp, a szerzej cały Internet Rzeczy), to będzie rozwijane. Układ W1 w AirPodsach nie jest dla dźwięku, nie jest zamontowany w celu uzyskania niebiańskiego brzmienia (co oczywiste, żaden ze składników tych słuchawek do tego się nie nadaje: głośniki, układ C/A, moduł z takimi, a nie innymi parametrami transmisji). On jest po coś zupełnie innego. I jak wyżej – to ma sens. A muzyki możecie sobie słuchać w tle, tzn. jakaś playlista i zdanie się na algorytm odnośnie kolejności odtwarzania. Shuffle! O właśnie. Wtedy tylko play i jazda. I o to tu chodzi!

 

AKTUALIZACJA: Najnowsza wersja oprogramowania dla słuchawek, poza uprawnieniami związanymi z działaniem słuchawek (parowanie, czas pracy na baterii) wprowadza także progres w zakresie brzmienia. To ciekawa informacja, bo układ W1, który ma przede wszystkim być -właśnie- aktualizowany, nie odpowiada wprost za jakość dźwięku (tym zajmuje się wbudowany w każdą ze słuchawek DAC oraz amp). Podobno poprawiono selektywność, jakość wysokich tonów. Jak tylko będzie okazja postaram się zweryfikować, czy istotnie coś te poprawki wniosły do brzmienia…

» Czytaj dalej

Dwa różne smaki: recenzja doków RHA T10i oraz RHA CL750

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Tyt T10i

Firma RHA, producent dokanałowych słuchawek (a od niedawna także elektroniki, ich pierwszy przenośny DAC/AMP …DacAmp L1 otrzymał właśnie nagrodę RedDot przyznawaną w dziedzinie designu), to beniaminek (działają raptem od 2011 roku, a konkretnie dali o sobie znać dopiero na przełomie 2012/2013 roku). Przy czym ten beniaminek radzi sobie bardzo sprawnie – jego wyroby możemy wytropić m.in. w Apple Store, a dostać się do grona producentów oferujących swoje wyroby w kramiku nie jest rzeczą prostą (wręcz przeciwnie), wielu nie dostąpiło tego zaszczytu. Co ciekawe RHA nie odkrywa Ameryki. Owszem, w katalogu znajdziemy duży wybór słuchawek, mamy specjalizację, ukierunkowanie, ale to robią setki innych firm próbujących szczęścia w segmencie słuchawkowym. Szkoci postanowili wyróżnić się na rynku jakością, wyjątkową dbałością o szczegóły, a dodatkowo bardzo przystępnymi cenami jakie żądają za swoje produkty. To połączenie bardzo wysokiej jakości z rozsądną (rzadkość) ceną z konsekwentną wizją rozwoju oraz (znowu mało kto tak robi) produkcją ulokowaną w Europie wyróżnia RHA na tle konkurencji, stanowi o sile i rozpoznawalności marki (już, a przecież to jw. beniaminek).

Czekałem na 20-ki, które jednak nie dotarły na czas, postanowiłem opublikować test bez uwzględnienia spóźnialskich doków ze szczytu oferty. Cóż, szkoda, chciałem za jednym zamachem opisać wszystkie topowe konstrukcje, bo były też widoki na ceramiczne CL1… ale nic nie szkodzi, co się odwlecze… będzie zatem „powtórka” tj. w podobnej formule opiszemy T20 i CL1. Dzisiaj przeczytacie o tych tańszych, ale nadal okupujących górną półkę, dokanałówkach z oferty RHA, a za parę tygodni będzie recenzja wspomnianych topowców. Postaram się także o wypożyczenie L1 – w ten sposób cały trzon oferty zostanie przez nas obadany i opisany na łamach.

Powracając zaś do meritum, dwa różne smaki są tak różne, a do tego same CL750 tak inne, odmienne od testowanych przeze mnie do tej pory IEMów, że musiałem stworzyć sobie odmienny od referencyjnego (redakcyjnego) zestaw testowy, wykorzystując do odsłuchu sprzęt stacjonarny (750), korzystając podczas słuchania na wynos dość nietypowe rozwiązanie mobilne (de facto stacjonarny M2Tech hiFace DAC), wreszcie porównując efekty ze słuchawkami, których na miasto raczej na pewno nie zabralibyśmy ze sobą. Tak jak T10i można uznać za produkt dość oryginalny, wyróżniający się na tle konkurencyjnych IEMów, to w przypadku CL750 w ogóle trudno znaleźć jakiś odpowiednik, podobną konstrukcję. Te doki, jak wspomniałem w zapowiedzi, to jazda po bandzie, coś specyficznego, bardzo pod prąd, coś co pokazuje, że RHA ma swoją wizję i nie boi się wprowadzić do swojej oferty produkt, który nie ma odpowiednika (coś czuję, że z ceramicznymi CL1 będzie nie tylko podobnie, ale będzie jeszcze bardziej „pod prąd”). Bo co powiecie na słuchawki dokanałowe, które ze swoją 150 omową impedancją, z specyficzną sygnaturą dźwiękową są …alternatywą dla stacjonarnych nauszników (partnerem będzie tu gabinetowy czy salonowy klamot pod – właśnie – duże, stacjonarne słuchawki), albo coś, co wymaga konkretu z jacka, co nie zadowoli się żadnymi tam smartfonami (nie ma szans na to), większością DAPów (znowu nie ma szans na to), wieloma DAC/AMPami (o cholera)?

Co ciekawe T10i, mimo że nie są tak inne, jak CL-ki, także pod wieloma względami są wg. mnie oryginalne, mają swoje niepowtarzalne cechy (tak, tak dyfuzory mają spory wpływ na to) i to także bardzo interesujący, bo właśnie odmienny od tego, co do tej pory testowałem, produkt. Podsumowując ten wstępniak, powiem tak – testowanie tych doków było bardzo ciekawym doświadczeniem, było w tym coś ożywczego, właśnie innego, zmuszało mnie do poszukiwań, do znalezienia odpowiedniego sposobu zbadania możliwości tych słuchawek, zrozumienia racji, pomysłu na dźwięk jaki miał twórca, projektant, wreszcie zebrania tego wszystkiego i oceny uwzględniającej odmienne podejście do tematu (na dzień dobry było WTF ;-) ).

Zaintrygowani? Tak? To zapraszam do lektury…

» Czytaj dalej

Streaming głupcze! NAD C338

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170406_075532883_iOS

Zacznijmy może od tła. Autor recenzji jest fanem marki od wielu, wielu lat. NAD to ludzie, którzy mają niemały udział w popularyzacji stereo w domu, dzięki rozsądnie wycenionym klockom HiFi miało okazję, właśnie za pośrednictwem takich firm, pojawić się masowo w domostwach, stać się czymś zupełnie naturalnym w salonie, oczywistą, chcianą częścią wyposażenia. Najpierw Anglia, potem Kanada, bo tak się ułożyło. Sprzęt sygnowany marką trudno pomylić z czymkolwiek innym na rynku, bo jest – właśnie – nadowy. To forma, styl, któremu firma jest wierna i nawet jeżeli wypuszcza coś, nazwijmy awangardowego w formie, to i tak patrzymy i widzimy „o! NAD!” I faktycznie… Także mamy identyfikację z marką, mamy niepowtarzalny design, ale to wszystko nie najważniejsze (nie mówię „nieważne”, bo wszystko się liczy, ale mówimy o sprzęcie reprodukującym muzykę i wiadomo co jest tutaj najważniejsze). Tak, oni mają swój patent na granie. I nie jest to pusty slogan, czy wyświechtana formuła, która już dawno się zużyła, bo tylko siedzi w głowie, podczas gdy rzeczywistość… Tu jest inaczej, to znaczy każdy klocek NADa ma swój ustalony, zbieżny z NADowym rytem ;-) sposób dostarczania przyjemności ze słuchania i to coś, według mnie, unikalnego w takiej skali na rynku. Nie problem mieć podobnie brzmiące trzy, cztery urządzenia na krzyż, nawet odległe cenowo, a dysponujące podobnymi cechami w zakresie brzmienia. Tyle, że tutaj mówimy o setkach produktów, kilkudziesięciu latach produkcji, wielu generacjach… Prawdziwa rzadkość, zbudować coś tak rozpoznawalnego, tak (często) bardzo pozytywnie odbieranego, a przy tym dostępnego dla praktycznie każdego. Tak, to właśnie ktoś, kto jak wspomniałem, postanowił wypromować HiFi jako niezbędny składnik wyposażenia każdego domu, mieszkania, a zrobił to w najbardziej osobisty sposób – dał niską cenę. Ułatwił w ten sposób wielu „wejście w temat”. Większość najsławniejszych grafitowych klamotów to te właśnie budżetowe, tanie konstrukcje. I tak NAD zapisał się w świadomości, do dzisiaj będąc kojarzonym z dobrym, przystępnym dla każdej kieszeni, stereo.

Rzecz jasna nie oznacza to z automatu, że wszystko co te trzy litery to złoto jest i krytycyzm nam się dezaktywuje. No nie, zresztą możecie to sprawdzić w naszych wcześniejszych recenzjach sprzętu tej marki (przykładowo tutaj, gdzie opisaliśmy D3020). W przypadku zrecenzowanego wzmacniacza zintegrowanego (patrz nasze pierwsze wrażenia), który otwiera nowy rozdział w linii tych najpopularniejszych, budujących od wielu, wielu lat, wizerunek firmy, integr (cyferka 3), to – kto wie – czy nie najważniejszy, porównywalny z legendarnym C3020 (który zapisał się na trwale w annałach) produkt, wyznaczający rynkowy standard. Widać, że firma musiała do takiego produktu dojrzeć. Etapem pośrednim, jednocześnie łącznikiem, był/jest wspomniany D3020. Z perspektywy czasu, niektórzy wskazują, że trochę szkoda nazwy, którą parę lat temu wykorzystano, że właśnie teraz byłoby idealnie. Tak to widzą. Ja tego tak nie widzę. Pisałem w naszej recenzji pierwszego, budżetowego wzmacniacza z końcówkami w klasie D (podobnie jak teraz, użyto wtedy układów Hypex-a), że to bardzo, bardzo trafna nazwa i mimo opisywanej nowości zdania nie zmieniłem. Dlaczego? Ano dlatego, że D3020 był z definicji bardzo tani. D3020 jest o 30% tańszy od C338. To spora różnica. Tak, nie ma tego, co ma do zaoferowania podstawowy model klasycznej linii C, ale to czym dysponuje idealnie wpasowuje się w obecne potrzeby i moim zdaniem ten mały wzmacniacz (btw należący do jednej z pierwszych, na taką skalę oferowanych linii „cyfrowych” integr) dobrze zniósł próbę czasu, także dzisiaj będąc w pełni przygotowanym na to, co w audio stanowi główny nurt. Stream oraz integracja komputera to rzeczy, które są oczywistą, oczywistości, jednak jeszcze niedawno stanowiły zupełnie nieodkrytą (w zintegrowanym wzmacniaczu) przestrzeń. D3020 był i jest tu prekursorem. Trafiona nazwa, nowe D od digital, a nie C, wyróżniające te desktopowe konstrukcje (poza D3020, droższa D7050) oznaczenie numeryczne. Jednocześnie zachowano chronologiczną numerację dla klasycznych integr tego producenta.

Dzisiaj komputer to coś, co niemal bez wyjątku, wszyscy mamy w kieszeni. Dzisiaj streaming to główne źródło muzyki, to na nim opiera się obecna dystrybucja, to jest teraźniejszość i przyszłość i nikt już nawet nie stara się z tym walczyć. Albo jesteś w usługach, albo jesteś na marginesie, a jesteś na marginesie, bo fizyczny nośnik cofa nam się i cofa i nie ulega najmniejszej wątpliwości, że będzie egzystował (owszem), ale w katakumbach, stanowiąc relikt, stanowiąc niszę. Moda na retro rzecz jasna nigdy nie przemija i od paru lat widzimy renesans czarnego krążka, ale to statystycznie niczego nie zmienia. Jest stream i długo, długo nic. Wprowadzenie do oferty lepszych strumieni skutkuje odwrotem producentów klasycznych komponentów (odtwarzacze) i choć to jeszcze się produkuje, jeszcze oferuje, to coraz trudniej znaleźć na te klamoty amatorów. Ten trend tylko się pogłębi, a to za sprawą takich właśnie produktów, jak opisywany C338. To, plus sieciowe głośniki, najprzeróżniejsze all-in-one (vide submarka NADa – BlueSound), wyruguje źródła oparte na fizycznym nośniku. W równaniu (w torze) zastąpi(ło) je cokolwiek, co ma ekran i dostęp do sieci. Co więcej, właśnie tytułowy „streaming głupcze!” to clou dla zrozumienia czym jest i jak ważny jest C338 (nie tylko dla NADa, ale dla całej branży… serio!). Bo to kwintesencja czym jest w praktyce i co oferuje w praktyce nieograniczony (de facto) dostęp do muzyki z Internetu. Zanika pojęcie samego źródła, bo źródłem jest wszechobecna sieć, a coś, co pozwala na zarządzanie, spina audio z netem, to właśnie tylko (jakiś) interfejs, coś do kontrolowania, zarządzania, do dostępu. Tylko. Wbudowany Chromecast pokazuje, w czym rzecz. A rzecz w tym, żeby przesłać strumień wprost do głośników (pamiętacie opisane przez nas KEFy LS50 Wireless?). Albo niemal. To niemal, to w tym wypadku właśnie ta integra. Bo jak już pasywne kolumny, nie aktywne, nie usieciowane, nie z komputerem w środku, to właśnie tak. Integra łącząca strumień muzyki z konwersją, wzmocnieniem sygnału i jego reprodukowaniem na podpiętych kolumnach.

To robi zasadniczą, fundamentalną (dla całego systemu audio) różnicę. Nie przedłużając wstępniaka, zapraszam do lektury testu…

» Czytaj dalej

Nagrody EISA: KEF Wireless & NAD C338

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
EISA awards

Z tymi nagrodami bywało tak, że można było z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć, jakie to marki (a raczej jakie korporacje grupujące marki audio) otrzymają wyróżnienie „produktu roku”. Warto zatem zachować zdrowy dystans do takich zawodów, bo choć nagrody przyznają dziennikarze z branży to często jest (było?) właśnie tak, że „o znowu Denon” ;-) Owszem, trafiają się też ciekawe, nieszablonowe, albo zwyczajnie trafne (bo pokazujące faktyczną innowację, coś nowego, odkrywczego) decyzje jury, ale… można też powiedzieć, że nierzadko są to wybory mocno przewidywalne. Od niedawna jest nieco odważniej – trzeba to uczciwie przyznać – ale też tak dużo się tych kategorii porobiło, że gdzieś nieco ulotniła się pierwotna wartość nagrody EISA. Widać jednak, że idą z duchem czas(ów) i zwyczajnie w tej wielości, różnorodności, przebija nam się rzeczywistość – jak nazwać te wszystkie audio omnibusy, te samograje? Kategorie ulegają zatarciu, właściwie już nawet nie staramy się tego porządkować, bo zaraz zaskakuje nas nowy pomysł na granie. No takie czasy…

W tym roku było więc i przewidywalnie (patrz powyższy obrazek z nagrodzonymi w kategorii HiFi Audio) i …bez zaskoczeń, choć (subiektywnie) zasadniczo trafnie. Dwie nagrody powędrowały do rzeczy przez nas niedawno opisanych na łamach tj. KEFów LS50 Wireless (patrz nasze wrażenia) oraz NADa C338 (patrz nasz test). Oba te produkty są na tyle nowatorskie, na tyle mocno akcentują zmiany jakie zachodzą w branży, że…ich brak na liście nagrodzonych byłby cokolwiek niezrozumiały. Cieszy uznanie dla nowego, ultranowoczesnego Hegla (Rost… kolejny rok, kolejny Hegel), zrozumiały wydaje się wybór Phantoma (Devialet) w innowacjach. Inne typy, jak wspomniałem, mocno przewidywalne, no może poza mobilnym amp/dakiem RHA. Na marginesie – jak już tak bardzo rozbudowano kategorie, tak wiele nowych postanowiono wprowadzić, dziwi brak czegoś, co zahacza o oprogramowanie, o technologie IT dzięki, którym to wszystko w ogóle działa. Przecież dzisiaj to właśnie software staje się elementem nie tylko niezbędnym, ale wręcz kluczowym w audio oraz audio/wideo (przykładowo patrz nas ostatni wpis na temat). Spore niedopatrzenie. Niby jest więc nowocześnie, ale jak wyżej software ważna a niedoceniana rzecz, no i jednak konserwy w tym EISA siedzą (vide dwie kategorie dla gramofonów) ;-) Dobrze, dobrze, cieszmy się, że są analogowe źródła, bo cała reszta to już prawie bez wyjątku komputery.

Wracając zaś do tytułowych. KEF pokazał co można zrobić zamykając cały system w głośnikach. Nie multiroomowych, nie niewielkich strefowych, takich jeszcze nie HiFi, a bardziej do słuchania w tle, czy kina, a konkretnych właśnie hajfajowych, a wręcz high-endowych… to produkt, który jest emanacją tego co dzisiaj i jutro: streamingu, komputerowego audio (software!), braku kabla. Kabla jako konieczne medium: tam, przypominam, jest sieciowa skrętka, przewód LAN, który to przewód łączy głośniki, może też ten LAN łączyć fizycznie z torem, ale jako opcja, bo jest WiFi. Nazwa jest więc trafna, mimo krytyki, utyskiwań, bo właśnie to „do” zazwyczaj jest wireless, a jeszcze mamy rozbrat z kablem audio, z kablem służącym do przesyłu analogowego sygnału. Ni ma, wygumkowany. To komputerowe, to ciągłe doskonalenie, nowe możliwości… to oprogramowanie, to systemy komputerowe, często gęsto mobilne, które są warstwą sterującą w klamotach, jak i w bezprzewodowych źródłach, w transportach, wreszcie terminalach dostępowych / zawiadujących (co dzisiaj oznacza po prostu jakiś smartfon w kieszeni). Tak, to brzmi dość koszmarnie, ale w praktyce, jak wspominałem w recenzjach zazwyczaj jest proste, jest wygodne i daje (nieograniczone) możliwości. Miał być Tidal? I jest. Będzie pełna obsługa MQA? Ano będzie, dalej… ROON, rozbudowa DSP, będzie wiele, wiele nowych rzeczy. To wszystko ma sens. Także w kontekście jakościowym ma.

C338 to następca najprzystępniejszych, najdostępniejszych integr w katalogu – wzmacniaczy, które od zawsze miał w swojej ofercie NAD. To chyba nawet bardziej od D3020 (patrz nasz test) nowa inkarnacja legendarnego C3020bardziej, bo ma te rzeczy, które tworzą całościowy pakiet: jest streaming WiFi (Chromecast) i BT (aptX), jest gramofon (to dzisiaj ważne, nie tylko ze względu na modę, bo ludzie zwyczajnie szukają czegoś innego) - sumując –  jest integracja wszystkich źródeł (te fizyczne i niefizyczne mam tu na myśli ;) ). Do tego klasa D, która brzmi dojrzale, prezentuje się lepiej od wspomnianego D3020, gdzie dodatkowo mieliśmy „tylko” BT, gdzie zamiast WiFi, było mniej wygodne (integracja komputera) USB, gdzie (wreszcie) nie było gramofonowego pre. C338 to nie tylko coś uniwersalnego na dziś i na jutro, to także (dzięki patentowi na strumień by Google) coś przygotowanego na przyszłość, bo internetowy gigant będzie temat wspierał, będzie rozszerzał, rozbudowywał, bo ma w tym oczywisty interes. Są inteligentne głośniki (tylko czekać, aż pojawi się taka kategoria), jest wyścig, którego celem są nasze mieszkania, domy (inteligentna chałupa). W to wszystko się audio wpisuje, właśnie wpisuje i przed tym (zwyczajnie) nie uciekniemy, bo i po co uciekać?

Ci, którzy wiedzą jak tworzyć ekosystemy, giganci IT, zrobią co trzeba, żeby to wszystko się dogadywało, działało w sposób spójny, prosty i przewidywalny. Za moment będzie AirPlay 2, będzie BT 5.0, będzie ostateczne zerwanie z przestarzałym, skostniałym systemem dystrybucji treści, opartym na widzimisię wielkich wytwórni. Ich czas przeminął. Za moment czeka nas integracja asystentów/ek głosowych (implementacja tego do systemu audio jest kwestią najbliższych kilkunastu miesięcy), co zwyczajnie ułatwi sprawę, bo już nie będziemy mazać po ekranach, nie będziemy zastanawiać się czy to, czy tamto jest ze sobą kompatybilne. Wszystko zmierza do tego, by elektronika użytkowa wtopiła się w otoczenie. W pełni. System audio również. Za moment klasyczny tor będzie vintage. Wiem, strasznie to brzmi, ale w praktyce to nowe da się lubić.

Archiwa Internetu bogatsze o 50 tysięcy nagrań

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2017-08-15 o 23.32.48

Winylowych i nie tylko winylowych. Od 1985 roku ARC (nowojorskie Archiwum Muzyki Współczesnej) gromadzi i udostępnia materiały audiowizualne, przy czym od chwili podjęcia współpracy z InternetArchive.org (Projekt Wielkie 78 …to od 78RPM) te zbiory są dostępne globalnie – każdy chętny może z nich skorzystać. Ludzie, którzy za tym stoją, wykonują prawdziwie tytaniczną pracę, przenosząc do postaci zero-jedynkowej tysiące nagrań, które nie miały wznowień w erze cyfrowej, które… prawdopodobnie uległyby z czasem całkowitemu zapomnieniu. Na szczęście setki wolontariuszy poświęca swój wolny czas, czego efektem jest przeniesienie 50 tysięcy nagrać (to płyty gramofonowe wykonane z szelaku oraz winylu, jak również muzyka zapisana na cylindrach) do Internetu. Dzięki entuzjastom mamy do dyspozycji ponad 200 000 nagrań (przeniesionych z fizycznego nośnika), głównie tych z lat 50-tych oraz muzyki wydanej wcześniej. Wspomniałem o zapomnieniu, ale to nie najgorsze, co mogłoby spotkać stare nośniki z zapisaną na nich muzyką. Ostatnio przeprowadzona ocena zbiorów przyniosła jednoznaczną diagnozę – albo się to wszystko zdigitalizuje, albo za parę lat nie będzie możliwości odczytu, uratowania tego, co zapisano przed kilkudziesięciu i więcej laty.

Prawdziwe muzyczne back to the past ;-)

Powód takiego stanu rzeczy związany jest z niedoskonałościami dawnego rejestrowania muzyki. Bardzo wysoki współczynnik szumu, liczne zniekształcenia, degradacja samych nośników to czynniki wpływające na stan nagrań. Do tego dochodzą ograniczenia sprzed l. 60-tych (wtedy znacznie udoskonalono technologię wytwarzania nośników oraz technologie zapisu), w praktyce mocno utrudniające cały proces. Wykorzystywany w procesie produkcji płyt, bezbarwny lakier, pod wpływem upływu czasu po prostu rozpada się w rękach.

Archiwa wzbogaciły się o wiele, dzisiaj już zapomnianych, mało znanych, gatunków muzycznych, takich jak: wczesny blues, bluegrass czy yodeling. Można tam znaleźć takie perełki jak utwory wykonane na pierwszych, polifonicznych syntezatorach lampowych Hammonda – Novacord w 1941 roku (!). Warto dodać, że te niesamowite instrumenty pojawiły się ćwierć wieku przed pierwszymi, nowoczesnymi syntezatorami Mooga. To kawał historii – współczesnej, XX wiecznej, historii muzyki, który udało się zachować dla potomności.

 

Hammond Novacord – lampowy syntezator polifoniczny (pierwszy pojawił się w 1939 roku)

Sam proces digitalizacji jest bardzo skomplikowanym zadaniem i właściwie należałoby określić go mianem zaawansowanej post-produkcji, wyborów artystycznych dokonywanych przez osoby zaangażowane w projekt. Dlaczego? Ano dlatego, że w przypadku opisywanych nagrań nie stosowano uporządkowanej klasyfikacji, standardów, dość powiedzieć, że przed końcówką l. 20 (XXw.) nie było czegoś takiego, jak ustandaryzowana prędkość odtwarzania utworu. Generuje to poważne problemy, gdy chcemy oddać dawny charakter nagrań, do tego należy podjąć decyzje odnośnie umiejscowienia mikrofonów, ich typu, liczby oraz jakie częstotliwości pierwotnego materiału możliwe są do odtworzenia i zapisania (wymaga to wielu prób, wielu korekt). To zupełnie inna bajka, inna w porównaniu z odtwarzaniem i rejestracją materiału z lat 60-70 aż do współczesnej nam muzyki. Stąd takie przenoszenie do cyfrowej formy to de facto proces twórczy, wymagający podejmowania wyborów, decyzji co tak naprawdę chcemy uzyskać, co się dla nas liczy. Generalnie podjęto decyzję o nie remasterowaniu nagrań (maksymalne zachowanie wierności z oryginałem) oraz nie usuwaniu artefaktów, które powstawały zarówno w fazie zapisu, jak i później, podczas wielokrotnego odtwarzania (ten ostatni element jest mocno kontrowersyjny, ale też zrozumiały, bo w wielu wypadkach po prostu nie da się „odtworzyć” jak dany utwór brzmiał w chwili zarejestrowania, nie da się tego precyzyjnie określić). Przyjęto zasadę, że ma to być dźwięk z epoki, dźwięk jaki słyszeli nasi dziadkowie, pradziadkowie. Jednocześnie w przypadku niektórych materiałów udostępniono wiele wersji, zarchiwizowanych w różnych stylach, nagranych w różny sposób.

Można te nagrania bez ograniczeń pobierać, można także zostawić merytoryczny komentarz. Na Twitterze działa konto Great 78 Project, gdzie możemy co 10 minut odczytać tweeta o kolejnym, dodanym do kolekcji nagraniu. Dostępny jest także sensowny system wyszukiwania, pozwalające na szybkie wyszukiwanie materiałów w najlepszym stanie (mint, near mint, very good). Dla zainteresowanych, sporo informacji na temat projektu, sposobów przenoszenia muzyki z pierwszej połowy XX wieku do postaci cyfrowej i wiele, wiele więcej na blogu mieszczącym się pod tym adresem.

Brawa za inicjatywę!

Jak widać, pierwsze nagrania udostępnione w ramach projektu pochodzą z 1903 roku… ostatnie zaś, to muzyka z końcówki l. 50. Warto.

 

Nowy konwerter X-SPDIF & karta PCI-e X-Hi dla PC od Matrix Audio

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Matrix

Szkoda, że od dawna nie mam żadnej budy ;-) Chętnie bym sprawdził ten interfejs @ PCI-e dla peceta, który dzięki komunikacji omijającej magistralę USB, może znacząco poprawić brzmienie z komputerowego źródła. Taki tuning to alternatywa dla wyspecjalizowanego PC, albo – właśnie – komponent wokół którego budujemy taki wyspecjalizowany komputer pod audio. Magistrala PCI-e pozwala na bezpośrednią komunikację z pamięcią oraz procesorem, nie ma żadnego współdzielenia, możliwych interferencji jak w przypadku magistrali USB. Pomyślimy ;-)

Drugi z zaprezentowanych ostatnio produktów to następca świetnego konwertera USB-SPDIF X-SPDIF 1 gen., który został u nas przetestowany. Konwersja cyfrowa często przynosi wymierny skok w zakresie SQ – pokazał to Matrix, pokazał to (na poziomie bardzo wyśrubowanym) M2Tech… można właśnie tak – to inna droga, przynosząca często zaskakująco pozytywnie efekty. W mojej opinii, taki konwerter potrafi zdziałać cuda, znacznie poprawiając brzmienie w porównaniu z samym USB. Gra u mnie SB Touch z mod. EDO wpięty via USB w konwerter M2tech-a (hiFace2) i to się znakomicie sprawdza. Taki tercet (dalej idzie sygnał koaksialem do rDACa) jako segmentowy streamer może swobodnie konkurować z bardzo drogimi, najnowszymi strumieniowcami.

Granie z USB na innym, lepszym poziomie

Parę słów na temat karty: Matrix X-Hi to kontroler, interfejs Audio USB na złączu PCI Express. Służy do precyzyjnego i wolnego od zakłóceń przesyłu sygnału audio USB do odbiornika cyfrowego lub przetwornika DAC. Posiada wyjście USB 3.0 oraz możliwość podłączenia zewnętrznego zasilania. Karta oferuje najwyższej jakości, wyizolowany przesył strumienia danych audio bez zakłóceń. To interfejs stworzony dla Hi-Fi, zaprojektowany został tak by zwiększyć jakość dźwięku, jaką możesz uzyskać z USB z komputera. Zwiększenie jakości przesyłu danych i znaczne zmniejszenie wpływu zakłóceń ze źródła zasilania, powoduje zmianę twojego komputera PC w wysokiej jakości źródło Hi-Fi. To niezależny kanał danych wykorzystujący precyzyjne zegary współdziałające z układem mostka USB 3.0 firmy Texas Instruments, które otwierają niezależny kanał danych dla strumienia USB Audio. Pomaga to ominąć sygnał ze sterownika USB zintegrowanego z płytą główną, unikając udostępnienia kanałów danych innym urządzeniom USB.

 

Zadbano o właściwe ekranowanie (obudowa), przy czym trzeba przemyśleć projekt dedykowanego audio PC – nie może to być super kompaktowy kadłubek, bo się karta nie zmieści, konieczne jest uwzględnienie montażu kart rozszerzeń. Warto zwrócić uwagę, że możliwe jest zastosowanie zew. zasilania.

To ostatnie, to właśnie coś, co pozwala ominąć „rafy” – mamy dedykowany sygnałowi audio interfejs, czysty, który mimo zastosowania USB (komunikacja z przetwornikiem) dysponuje podobnymi zaletami co opisywany (mocno entuzjastycznie) interfejs thunderboltowy TAC-2. Zasada działania jest tu identyczna – bezpośrednia komunikacja, brak interferencji z innymi urządzeniami, które współzawodniczą o dostęp do danych. Thunderbolt poza większą wydajnością, komunikuje się via PCI-e, nie ma tutaj mowy o jakimś wąskim gardle, nie ma mowy o opóźnieniach czasowych (jitter free). Tu, w przypadku tej karty, możemy oczekiwać tych samych korzyści. To robi różnicę!

Interfejs I2S może pracować w różnych trybach! Zdaje się, że to jedyne takie rozwiązanie na rynku konsumenckim 

Odnośnie zaś konwertera to: Matrix X-SPDIF 2 to nowa generacja znanego cyfrowego interfejsu X-SPDIF dla PC. Najnowsza wersja zachowuje świetną jakość poprzednika, odznaczając się przy tym dodatkowymi funkcjami w tym cyfrowym wyjściem koaksjalnym, optycznym, AES / EBU oraz I2S. Urządzenie obsługuje z powodzeniem sygnały PCM do 24bit/192kHz i DSD64 (DoP) na wszystkich złączach, zaś na porcie I2S PCM do 32bit/768kHz oraz DSD512! X-SPDIF 2 wykorzystując układ asynchroniczny XMOS U208. Jest to obecnie najbardziej zaawansowany interfejs audio USB klasy 2.0 na rynku. Urządzenie charakteryzuje się ultraniskim poziomem jittera, dzięki zastosowaniu bardzo dokładnego zegara femtosekundowgo. Z powodzeniem współpracuje z urządzeniami Windows, MacOS, jak i mobilnymi Android i iOS, na co pozwala możliwość podłączenia zewnętrznego zasilania. Układ XMOS i FPGA to nowa, 8-rdzeniowa jednostka przetwarzania sygnału cyfrowego. Jest to najbardziej zaawansowany interfejs audio USB klasy 2.0 dostępny na rynku. Od teraz Matrix pozwala podłączyć odbiorniki cyfrowe za pośrednictwem nowo dodanego portu I2S, dzięki czemu unikamy jakichkolwiek strat spowodowanych konwersją cyfrową.

 

Nowy Spartan to potęga, dodatkowo możemy liczyć na precyzyjne zegary oraz możliwość podpięcia jakiegoś liniowego zasilania (konwerter może pobierać energię ze złącza USB)

Bardzo chętnie sprawdzę u nas, jak się ten nowy konwerter X-SPDIF sprawdzi. Możliwe, że będzie okazja sprawdzić teoretycznie najlepsze, o największych możliwościach medium dla sygnału tj. interfejs I2S. Może się okazać, że w bardzo budżetowych realiach uda się zbudować coś, co gra lepiej od dowolnie drogiego DACa grającego z komputera via USB. Możliwości nowego Spartana są naprawdę imponujące, ta skrzynka może być wstępem do czegoś naprawdę wielkiego.

Obudowy od Pylon Audio dla Audio Physic! Brawo!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
pylonaudio_gora

Jakoś mnie to nie dziwi. Wystarczy popatrzeć na produkty Pylona, zobaczyć jak wykonane są ich kolumny, jak biegli w stolarce są ludzie z Jarocina. Są, bo mają doświadczenie niemałe (branża meblarska), są, bo ciągle inwestują, tworząc najnowocześniejsze zaplecze produkcyjne w naszym kraju, są, bo – kochają to co robią. Gratuluję całemu Zespołowi, bo taki kontrahent jak Audio Physic to najwyższa półka, to ktoś kto wymaga najlepszej, bezkompromisowej jakości. I Pylon, jak widać, potrafi zapewnić taką jakość. Jak wspomniał w rozesłanej notce, prezes zarządu, Pan Mateusz Jujka: „wysokie standardy produkowanych przez nas obudów oraz zestawów głośnikowych sygnowanych marką Pylon Audio przekonało firmę Audio Physic o podjęciu z nami długoterminowej relacji biznesowej.”

To ważne wydarzenie także ze względu na dalszą dywersyfikacje profilu – firma będzie osiągać zyski nie tylko ze sprzedaży swoich zestawów głośnikowych, będzie także zarabiać na produkcji komponentów, przy czym teraz będą to trwałe, wieloletnie umowy ze znaczącymi producentami audio. To inny poziom, przynoszący nie tylko profity, ale właśnie budujący relacje w całej branży. Pamiętam początki, pamiętam jak przed siedmioma laty Pylon startował. Z tej perspektywy, to co udało się osiągnąć, to o czym wspomniałem powyżej, pokazuje jak wielki sukces udało się osiągnąć. Rozpoznawalność marki w Polsce to jedno, drugie to tworzenie sieci partnerów oferujących kolumny z Jarocina w całej Europie i poza nią stanowi najlepszy dowód na to, że Pylonowi nie grozi stagnacja, zamknięcie się w jakiejś regionalnej niszy. Dzięki szerokiej ofercie komponentów, które – jak widać – spotykają się z uznaniem i zainteresowaniem czołowych, zagranicznych wytwórców, można będzie de facto uniezależnić się od bieżących wahań, od bieżącej koniunktury (mam tu głównie na myśli lokalne uwarunkowania)…

Co dalej? Dobre pytanie. Na razie mówimy o specjalizacji, o kolumnach głośnikowych, samych głośnikach (własne konstrukcje) oraz umiejętnościach związanych z obróbką drewna, z lakierowaniem (bardzo duże możliwości w tym względzie) etc. To określony segment rynku audio. Ciekawe, czy firma będzie chciała, bazując na zbudowanej przez siebie rozpoznawalności, uznaniu dla marki, pójść dalej? Własna elektronika? A może własne słuchawki? Słuchawki to obecnie najszybciej, najmocniej rozwijany w branży audio temat, to coś, co daje ogromne pole do popisu. W naszym kraju, póki co, nikt nie wypromował konstrukcji, które zyskałyby uznanie na zewnątrz (vide rumuńskie Meze). Ogromny popyt, chłonny, globalny rynek oraz wielkie wyzwania technologiczne (nowe technologie oraz nowe materiały adaptowane w pierwszej kolejności właśnie w słuchawkach) to prawdziwe wyzwanie.

Myślę, że Pylon nas jeszcze nie raz zaskoczy…

R.I.P iPod, R.i.P

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2017-07-28 o 10.30.45

Stało się. Ostatnie iPody (nie wliczamy Touch’a, będącego w praktyce iPhone’em bez modułu komórkowego) Nano oraz Shuffle zniknęły wczoraj wieczorem z oferty Apple On Line Store. To koniec pewnej epoki, której symbolem był właśnie iPod. Przenośny odtwarzacz audio, który zrewolucjonizował branżę. Który doprowadził do uwolnienia muzyki i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Zapełnienie pamięci kilkunastoma tysiącami piosenek, tysiącami albumów… tak, iPod doprowadził do tego, co dzisiaj stanowi główny kanał dystrybucji – nie płacimy za utwór, nie płacimy za album, płacimy za dostęp. Początek był legalny inaczej (pamiętacie Napstera, prawda?), ludzie pobierali całe dyskografie skompresowane stratnie, by następnie zapełnić pamięć w swoim odtwarzaczu przenośnym. Ten nie musiał być iPodem i często nie był, ale to właśnie iPod przyczynił się do rewolucji, do popularyzacji muzyki z pliku, do radykalnych zmian w całej branży. Na początku minionej dekady nośnikiem była płyta CD, muzykę sprzedawano, muzyka to było coś fizycznego, do kupienia w sklepie. Wszystko zmieniło się za sprawą małego, białego pudełka, które zawładnęło rynkiem na kolejne 10 lat, aż do chwili, gdy najpopularniejszym sposobem odtwarzania stał się strumień, słuchanie wprost z sieci.

Nie ma iPodów, ostał się tylko …Touch. A to iPod tylko z nazwy w sumie, bo to taki  iPhone po taniości i bez modułu

Internet pozwolił na nieskrępowany dostęp do muzyki, pozwolił zapełniać pamięci odtwarzaczy mobilnych, zmienił zasadniczo sposób korzystania i dystrybuowania. Dzisiaj jesteśmy w zupełnie innym miejscu, przy czym nie zapominajmy o tym, co stanowiło wstęp do wspomnianego uwolnienia muzyki… bez iPoda, bez iTunes nie byłoby tego wszystkiego. Kupowanie muzyki z pliku zastąpiło dzisiaj strumieniowanie jej wprost z serwera, nie kupujemy już albumów (ogromny spadek udziału wirtualnych kramików, w tym wspomnianego iTunes) – wystarcza nam dostęp do nich za pośrednictwem usług. To właśnie rewolucja, a u jej początków widzimy właśnie iPoda. Można zatem zrozumieć decyzję Apple o zakończeniu sprzedaży odtwarzaczy audio, bo dzisiaj bez dostępu do Internetu… no właśnie, nie ma dzisiaj miejsca dla urządzeń bez sieci. Odtwarzanie bibliotek zgromadzonych lokalnie to już przeszłość. Rozumie to Apple i według mnie decyzja o zaprzestaniu produkcji iPodów Nano i Shuffle (niecałe dwa lata temu zrezygnowano z oferowania Classic-a) to zwiastun poważnych zmian w zakresie dystrybucji audio w iTunes. Apple Music to kluczowa dla firmy usługa, to coś co ma stanowić główny, a z czasem jedyny sposób dostarczania treści. Czy to oznacza koniec wirtualnego kramiku z muzyką, jaki znamy? Raczej jego poważną przebudowę. Myślę, że jedyne co może uratować downloady to znacznie lepsza jakość oraz ekskluzywne dodatki i pewnie w tym kierunku to pójdzie. Zwiastuje to też bardzo poważną przebudowę aplikacji iTunes, która obecnie jest… całkowicie przestarzała, nie odpowiada wymogom teraźniejszości. Pisałem o tym już wcześniej, przypomnę i napiszę to jeszcze mocniej…

 

Tak to było… pierwsza reklama telewizyjna z iPodem (2001)

Nie ma sensu oferować aplikacji, która powstała właśnie w celu gromadzenia treści multimedialnych lokalnie, która zbudowana była (i jest) wokół gromadzenia na nośniku plików w bibliotekach, z których to bibliotek korzystaliśmy m.in. mobilnie, użytkując na co dzień iPoda (albo inne urządzenia iOS, ale odtwarzaliśmy z pamięci tego urządzenia, nie z sieci). To relikt przeszłości. Stąd oczekiwana radykalna przebudowa tej aplikacji oraz jak wyżej całego kramiku. Dzisiaj najważniejsze jest Apple Music. Twój osobisty odtwarzacz to oczywiście iPhone, może być jeszcze (zamiast Shuffle, szczególnie w autonomicznym scenariuszu użytkowania) Apple Watch, a w domu za moment iPoda zastąpi HomePod (tak, rozumiem skąd ta nazwa, ale mogli się bardziej wysilić). To właśnie inteligentny głośnik z bezpośrednim dostępem do strumieni Apple Music (i raczej tylko Apple Music, co może dla wielu stanowić barierę… chyba że Apple wprowadzi nowe atrakcje do swojej usługi, w tym lepszą jakość) zastąpi wszystkie doki, głośniki ze złączami dla urządzeń iOS, a amplitunery, wzmacniacze – w ogóle całe audio – zamiast portu USB dla iPoda (stały element wyposażenia, praktycznie w każdym klamocie występujący) będzie oferowało AirPlay, względnie inny protokół bezprzewodowy, który da się pożenić z naszą elektroniką, także tą jabłczaną elektroniką (np. Chromecast). Za moment znikną z rynku ostatnie elementy, które kojarzymy z fizycznym przechowywaniem (w pamięci) muzyki. Pozostanie nisza, niszy, czyli audiofilskie DAPy, które na marginesie coraz częściej są usieciowione, pozwalają odtwarzać muzykę z usług streamingowych, strumieniować ją ze zdalnych serwerów.

Ikony

iPod to nieco ponad półtorej dekady rynkowej egzystencji, przy czym pierwsza dekada XXI wieku to czas jego ogromnej popularności, kiedy to stał się ikoną, symbolem wspomnianego uwolnienia muzyki. Był to pierwszy produkt nowego, odrodzonego z popiołów Apple pod wodzą Jobsa, firmy, która stała się najpotężniejszą korporacja w branży IT i jednym z najpotężniejszych przedsiębiorstw w skali globalnej. Na początku tej drogi był właśnie iPod. Było iTunes. Pamiętajmy o tym.

R.I.P iPods, R.I.P

PS. Mój ulubiony iPod Video wyzionął ducha jakiś czas temu, pamiętam ogromne wrażenie jakie zrobił sprowadzany, pierwszy model… pamiętam te dziesiątki tysięcy empetrójek, pamiętam jak to szło na modemowym łączu, pamiętam splątane (standard) „pchełki”, pamiętam jak najlepszy, kwadratowy Nano zanurkował mi w morzu i co to była za tragedia, pamiętam jak przyjemnie było zadokować grajka na dopiero co wyciągniętym z pudełka głośniku od Apple (tak był taki, świetny głośnik, był… teraz będzie HomePod), pamiętam pierwsze słuchawki blutetoothowe (nie pamiętam producenta, ale tragedia) sparowane z Touchem (no ale jw to w sumie nie iPod, prawda), wreszcie pamiętam, że Zeppelin z pierwszym oprogramowaniem fatalnie sobie radził w sieci, ale z docka (30 pinowego) można było, między innymi za pośrednictwem iPodów, grać muzykę bez żadnych problemów, od razu, bez żadnych hokus-pokus. Ehhh…

PPS. Wypadły z oferty modele 16/64GB Touch’a. Jest „nowy” 32GB, a 64 zastępuje 128GB… raczej nie wydaje mi się, żeby ten produkt doczekał się jakiejś aktualizacji, pewnie zniknie w przyszłym roku definitywnie z oferty.

Tidal 2.0. Mobilna aplikacja przebudowana. Czekamy na wersję PC/Mac

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170720_221554000_iOS

Zmiana jest na tyle poważna, że warto coś o niej więcej napisać na łamach. Tidal był (słusznie) krytykowany za mocno niedopracowany, dość chaotyczny interfejs i delikatnie rzecz ujmując brak wizji. Zmiany, jakie wprowadzano do aplikacji niewiele zmieniały. Inni zrobili to, co by tu dużo nie mówić, dużo lepiej (chyba najsensowniej wygląda to w Spotify, całkiem nieźle w Deezerze, a Apple ciągle szuka, ostro majstruje, na razie efekt jest wg. mnie mocno taki sobie). Nowa odsłona to całkowita przebudowa interfejsu, a cała idea zasadza się na szybkim, czytelnym dostępie do tego, co najważniejsze. I faktycznie (pomijając kwestie estetyczne – to wymaga moim zdaniem polerki) jest dużo lepiej, sensowniej. Zamiast rozwijanego menu ala komputer, zamiast zaszytego mocno dostępu do podobnych wykonawców, do informacji o artyście / materiale, mamy wszystko co trzeba dostępne na jednym panelu. To ma sens. Ma też sens przewijany, trójpanelowy ekran odtwarzania. W mobilnej aplikacji TRZEBA korzystać z możliwości, jakie oferuje sprzęt wyposażony w ekran dotykowy, NIE MOŻNA stosować rozwiązań rodem z komputera obsługiwanego myszką, gładzikiem… Tidal 2.0 zrywa z niespójnym, przeładowanym (dotarcie do treści zajmowało stanowczo za dużo czasu) UI.

Na tablecie

Miałem cichą nadzieję, że wraz z takimi, istotnymi zmianami zadebiutje to, na co wielu użytkowników czeka… pliki Masters, hi-resy, a wraz z nimi dekoder softwareowy MQA, który na razie działa wyłącznie na komputerach (w aplikacji, przez web panel nie działa). Cóż, widać wymaga to więcej czasu, trzeba uzbroić się w cierpliwość. Szkoda. Tidal musi to wprowadzić jak najszybciej, jeżeli chce powiększyć w istotny sposób bazę użytkowników – w końcu to jeden z tych elementów, który wyróżnia go na rynku usług streamingowych. Mimo sporych nakładów, wielkiej determinacji (MQA, integracja w ROONie, umowy z opami, wprowadzenie jako opcja w wielu firmowych aplikacjach sterujących sprzętem audio etc.) Tidalowi nie udaje się przebić, baza użytkowników jest w porównaniu z liderami niewielka (nie ma obecnie precyzyjnych danych, Tidal ich nie podaje – a nawet pojawiły się informacje że zamiast 3 mln… dane z końcówki 2016 roku… realnie jest tylko 30% tej liczby, tj. 1 mln aktywnych subskrybcji!), wręcz niezwykle mała. Porównajmy to do takiego Spotify z ponad 50 milionami, czy Apple z 21 milionami, czy nawet 4-5 milionami francuskiego Deezera.

Tak, czy inaczej, zaproponowane zmiany idą w dobrym kierunku. Tu jest potrzebna praca u podstaw, że tak powiem. Nie da się, nawet mając najlepsze intencje, ciekawe pomysły dotyczące współpracy z artystami (w końcu, to właśnie Tidal nazywany jest platformą stworzoną przez artystów dla artystów), wprowadzenie hi-resów z patentem na takie strumienie (MQA) nie zastąpi wygody nawigowania, wygody obsługi oraz atrakcyjności tego, co właśnie jest łącznikiem… aplikacje muszą być bez zarzutu, muszą się podobać, muszą się sprawdzać w codziennym użytkowaniu. Bez tego wszystkiego, zwyczajnie nie da się osiągnąć sukcesu. Tidal ma możliwości, których nie mają inni. Od teraz może w udany sposób łączyć muzykę, wideoklipy, dużą bazę informacji (są naprawdę na poziomie, bardzo warto) wreszcie bezpośredniego kontaktu z ulubionymi wykonawcami (koncerty / bilety oraz social media) i jedyne, co pozostaje, to polerka oraz (jak wyżej) wprowadzenie hiresów do mobilnej aplikacji. To, że raczej nie uda się osiągnąć poziomu, takiego jakim może poszczycić się Spotify jest oczywiste… w końcu za lepszą jakość tutaj się dodatkowo płaci, a cena jest najistotniejszym elementem oferty… generalizując. Jak komuś streaming stratny, albo (nawet) coś poszatkowane reklamami wystarcza do szczęścia to proszę bardzo (i takich konsumentów, nie oszukujmy się, jest większość). Dla tych, którzy mają inne potrzeby jest (póki co) Tidal HiFi. Nie jest i nie będzie to zupełnie niszowy Qobuz, tu także nie mam co do tego złudzeń. W przypadku tego ostatniego mamy do czynienia z bardzo kosztownym, choć niezwykle bogatym treściowo, abonamentem łączącym stream i pobieranie plików ze swobodą korzystania z nich poza aplikacją dostępową.

Na telefonie

Także trzymajmy kciuki za Tidala, bo na razie nic nie wskazuje, że będzie alternatywa. Chyba, że… pisałem o tym, przy okazji jabłczanego HomePoda (głośnik bezdrutowy – premiera grudzeń 2017) oraz AirPlay’a 2. Kto wie, czy Apple nie postanowi walczyć z liderem (Spotify) za pomocą strumieni o jakości płyty CDA, a może i lepiej (niebawem krótki artykuł od ludzi zajmujących się przygotowaniem plików na potrzeby iTunes… parę bardzo, bardzo ciekawych, wymownych rzeczy się dowiedziałem). To raz. Deezer też coś kombinuje, ale chyba bez przekonania (Elite). To dwa. A trzy to Spotify, które pracuje nad wprowadzeniem jakości bezstratnej, przy czym nie będzie to prawdopodobnie dodatkowa opcja, a coś z zupełnie innej beczki. Ciekawe w jaki sposób to zaoferują. Bardzo ciekawe. Poza aplikacją mobilną jest jeszcze (wymagająca modyfikacji) aplikacja komputerowa, oferująca obecnie najbardziej rozbudowaną funkcjonalność (Masters). Tam nie tylko przydadzą się zmiany takie, jak wprowadzone do wersji dla smartfonów i tabletów, ale także coś, co pozwoli na dużo lepszy, bardziej rozbudowany i atrakcyjniejszy w formie dostęp do strumieni o najlepszej jakości. Możliwość nawigowania w różny sposób (wytwórnie, wydania, parametry pliku), rozbudowane opcje dla krzemu (przetworniki C/A) oraz – dodatkowo – jakieś własne rozwiązanie, własny protokół, podobny do tego, który oferuje Spotify (Spotify Connect). Przy czym to ostatnie w bezkompromisowej formie. Cóż, zobaczymy, co wprowadzą do komputerów, czy będzie to głównie UI, czy może przebudowa będzie głębsza…

Poniżej więcej zrzutów ekranowych z iPada / iPhone z krytycznym opisem (premierę miały wersje zarówno dla iOSa, jak i Androida):

» Czytaj dalej

Origami audio ;-) Encore mDSD czytaj USB DAC za grosze

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170710_095405979_iOS

Przyjechał i od razu zjednał sobie moją sympatię. Przedwczoraj była mowa o ultra-endach, to dzisiaj dla odmiany mamy coś z zupełnie innej beczki, z przeciwległego brzegu oferty dla miłośników dobrego brzeminia… to produkt low-price audio. Nie low-end, bo patrząc na specyfikację, możliwości tego „pena”, wyraźnie widzimy, że niczego tutaj nie brakuje, a nawet jest coś ekstra (konwerter cyfrowy USB/(SPDIF)Toslink oraz prawdziwie wyczynowa obsługa hi-resów). Nie dziwię się, że Francuzi z Qobuza zachwycili się tym maluchem, tam (wiecie) bardzo lubią produkty wycenione bardzo rozsądnie (świetne oceny zbierały u niech Korgi), jednocześnie oferujące ponadprzeciętne możliwości. Co prawda nie mamy tutaj najnowszych kości C/A (jest ESS Sabre 9010K2M), ale upichcono z tego, co na płytce mocarnego zawodnika, bo interfejs USB działa na kości XMOS i jw. jest jeszcze konwersja C/C co rozszerza możliwości tego grzdyla. To USB DAC, co oznacza że pobiera energię z transportu. Na szczęście nie ma wyśrubowanych wymagań w tym względzie (ważne, bo jest iOSo lubny, a tam za duży drain power to komunikat i koniec kozaczenia, koniec zabawy). Plus, minus 20mA. W przypadku ultrabooka będzie to prawie niezauważalne, w przypadku handhelda zależy czy tablet, czy telefon. Tak czy inaczej można spokojnie pożenić z kieszonkowym komputerem.

Bardzo podoba mi się sposób, w jaki producent zaoferował swój produkt nabywcy. Bardzo. Pudełko niczym tytułowe origami odsłania najważniejsze informacje nt. sprzętu, widzimy z czym i jak podpinać, jak obsłużyć, skąd pobrać, jakie parametry to, to ma, a wszystko czytelnie rozrysowane na wew. i zew. stronie opakowania. Proste, skuteczne, sensowne rozwiązanie, w końcu z definicji nikt papierków dołączanych do produktu nie czyta, a tu mimochodem zapoznać się, zapozna i już wie. Mocno podkreślono obsługę DSD, co w tak budżetowym rozwiązaniu zasługuje na podkreślenie, szczególnie że nie jest to tylko obsługa dodana przy okazji, a konkret (DSD64/128), w pełni wspierany przez umieszczone na PCB układy. Na wyjściu analogowym w formie mini jacka nie tylko podepniemy jakieś słuchawki (sprawdzimy, czy także te trudniejsze), ale bez żadnych problemów aktywne monitorki (wspomnę jeszcze o nowych Fosteksach… tak, tak słuchawkowy Fostex wchodzi w kolumny moi drodzy, aktywne), jakiegoś DACa (optyk), ampa (dopasowali wyjście do różnych okoliczności… podobno). Dzięki DSD (DoP) będzie można via ROON z użyciem DSP wymusić granie wszystkiego jak leci w konwersji 1 bitowej. Fajnie. Fajne jest też to, że maluch da się bezproblemowo pożenić z Androidem/iOSem (via adapter CCK). To też sprawdzę, szczególnie że w zanadrzu czai się prawdziwa petarda ściśle powiązana z możliwością współpracy z jabłczanymi handheldami. Niebawem duży wpis o tym na HDO.

Konkretnie i na temat :) Niech inni biorą przykład jak można skutecznie zaaplikować niezbędne, użyteczne info nabywcy audioklamota. Bardzo!

Plastik fantastik? A gdzie tam, jest metalowe body, solidna konstrukcja, trochę to pękate (bo i konkret na płytce PCB siedzi), nawet jakąś regulację poziomu dali. Ta regulacja wygodą nie grzeszy, ale mniejsza, ważne jest to, że ten maluch może nam zapewnić obsługę plikowego audio, obsługę hi-resów na poziomie dużo lepszym* od wielu konkurencyjnych rozwiązań w zbliżonej cenie (gdzie zazwyczaj jest 24/96, nie ma DSD itp. rzeczy). Tak, mam tu na myśli m.in. bardzo fajne ważki, tj. Dragonfly’e Audioquesta. Testowaliśmy u nas pierwszą generację i wnioski były takie, że to świetne pod laptopa rozwiązanie, że stanowczo za drogo (Audioquest poszedł po rozum do głowy i obecna wersja czarna oraz czerwona wyceniona jest już znacznie bardziej rozsądnie). Mieliśmy także wiele innych USB DACów, teraz gra u nas nieco droższy iFI Nano LE i generalnie ten kierunek rozwoju PC Audio bardzo sobie chwalimy (ma to sens, także pod kątem popularyzacji lepszego brzemienia wśród osób, które nie mają najmniejszej ochoty wydawać średniej krajowej na klamoty). Encore mDSD wpisuje się w ten segment i to od razu na zasadzie „za mniej, ale więcej”. Doceniamy takie coś, bo w niewielkim budżecie zrobić coś dobrze to zawsze wyzwanie, to sztuka. Sprawdzimy na ile się Encore udało tym razem. Pamiętam ichnie słuchawki, które do nas trafiły, które przetestowaliśmy na HDO. To był już typowy low-end, ale też użyteczna, nie tandetna, całkiem sensowna propozycja dla kogoś, kto chce zapłacić „dyskontowo” za efektor.

 

mDSD (w detalu 499zł):

Słuchawki, głośniki, DACzki, amplitunery A/V i co tam jeszcze…

Regulacja poziomu realizowana fizycznie (w Audioquestach jest 64 stopniowa, przy czym w oprogramowaniu odtwarzającym sterujemy). Okazuje się, że żaden pic na wodę fotomontaż, a użyteczna wielce sprawa.
Szeroka regulacja, można zarówno z trudnymi (nausznikami), jak i IEMami pożenić i sterować z DACa. Opcja dla aktywnych kolumn? Takoż. Fajnie!

Micro dioda LED informująca o tym, czy leci PCM, czy może DSD jednak

A tak to wygląda w środku…

 

* USB: PCM 32/384 oraz DSD 64/128 DoP, via optyk 24/192 & DSD64 DoP

PS. Testuję właśnie coś, co zmienia reguły gry. Definitywnie. Chodzi o software. Niebawem dłuuuugi wpis z bardzo rozbudowaną fotogalerią. Rewelacja. Bez dwóch zadań. Rewelacja!

PPS. Wspomniany Qobuz pracuje mocno nad wprowadzeniem, jak zapowiadali, swojej oferty streamingowej w Polsce. Ma być w wakacje. Mają jeszcze plus, minus sześć tygodni na to. Czekamy!

Słuchawkowe high-endy przebijają sufit. Susvara? 30k! iLCD4? Ponad 10k!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
4500x2500-3

Tak sobie patrzę na to i się zastanawiam dokąd nas to zaprowadzi. Kiedyś high-end nie był oderwany od realiów, to znaczy był drogi, jasne, ale jednak w granicach zdroworozsądkowych. Mówimy o słuchawkach, nie o zestawach głośnikowych, wyczynowej elektronice – mówimy o czymś, co właśnie stanowiło do niedawna alternatywę dla arcydrogiego toru opartego na zestawie kolumnowym. Można było za 10-20% wartości takiego z absolutnie najwyższej półki, kupić najlepsze na rynku słuchawki. Pomijam Orfeusze, które były wyjątkiem potwierdzającym to co powyżej. Cóż, czasy mamy inne i dzisiaj systemy za parę milionów prawie nikogo już nie dziwią (mnie nadal dziwią), w przypadku słuchawek obserwujemy podobny trend. Oderwanie od realiów i gwałtownie rosnące ceny (tego, co okupuje szczyty katalogu wielu specjalistów z branży).

To drzewko „genealogiczne” ładnie pokazuje ewolucje ortodynamików HiFiMANa. I coś jeszcze. Tak, rosnące ceny…

Już nie high-end, a ultra-end. Nowe orto Susvara

A tu nowy wzmak EF-1000

Elektrostaty z elektrownią. Shangri-La. Pretensjonalne to trochę. Cenowo przebija sufit

W przypadku ortodynamików Susvara mamy coś (znacznie?) powyżej HE-1000, o których przeczytacie w przyszłym tygodniu, to coś dużo powyżej, bo same słuchawki wyceniono na 29 900 złotych. Trzydzieści tysięcy bez wzmacniacza. Ten zresztą też się pojawił w ofercie. Dedykowany. EF1000 ma być idealnym partnerem dla tych high-endów i całość swobodnie zamknie się sumą 50 000zł. A to jeszcze nie wszystko, bo będzie można zakupić niebawem elektrostatyczny model HiFiMANów z setem na bańkach 300B za … bo ja wiem… 60… 70 tysięcy złotych? W przypadku wzmiankowanego Sennheisera ultradrogi Orfeusz był i jest produktem pokazowym, takim „co to można zrobić, bez liczenia się z kosztami, bezkompromisowo”. Wyjątkowym. Zastanawiam się jak do tego odnieść najnowsze produkty HiFiMANa? HE-1000 są drogie, tak, ale do niedawna te 10-20 maks. tysięcy stanowiło nieprzekraczalną granicę. Jak widać, już nie stanowi. Co więcej, patrząc na obecny katalog widzę pewną prawidłowość. Produkty za kilka tysięcy. Dotyczy to także nowych IEMów. Złote RE-2000 to 2000$. Zbieżność raczej nieprzypadkowa.

LCDi4. „i” w nazwie oznacza, że zamiast militarnego kuferka z wielkimi planarami w środku, dostaniecie małe tekturowe pudełko z tym, co powyżej…

Właśnie. IEMy. Pamiętacie opis wrażeń ze stoiska Audeze na IFA 2016Pokazali tam wtedy jeszcze prototypowe iSine 10/20, planarne dokanałówki. Grało to nieprzeciętnie, wyraźnie inaczej od wszystkich znanych mi konstrukcji tego typu (doków), firma podała ceny i te choć wysokie, mieściły się w rozsądnych ramach – tu płaciło się za oryginalną, niespotykaną gdzie indziej, zminiaturyzowaną technologię ortodynamiczną, zamkniętą w ultramobilnej formie. Tak było. Audeze postanowiło iść za ciosem i „budżetową” serię uzupełnić modelem wyczynowym. Za 2500 dolarów. U nas będzie to pewnie 11 a może nawet 12 tysięcy. Owszem kojarzymy FADa z jego superdrogimi dokami, owszem kojarzymy kilka modeli A&K też drogich, ale to co powyżej wyraźnie pokazuje trend, trend z coraz to droższymi produktami, które już zostały określone jako nowe zjawisko. Ultra-end. Pytanie tylko po co? Bo ludzie, dla których jakość jest istotna, zazwyczaj potrafią racjonalnie podchodzić do kwestii związanych ze sprzętem audio. Owszem, są w stanie wydać niemałe pieniądze, ale potrafią też ocenić to, co OTRZYMAJĄ w zamian.

Mam spore wątpliwości, czy droga jaką podąża tutaj branża, nie jest dla tej branży zgubna. Ludzie zaczynają (przy tej skali) wątpić w to, co z pudełka i wiecie co? Kompletnie im się nie dziwię. Zaczyna się robić dziwacznie, kiedy produkty bardzo dobre „wypierane” są przez… bardzo drogie. Mogą być świetne, ale zwyczajnie nie są warte pieniędzy, które wołają. To oderwanie od realiów, od tego, co podpowiada rozsądek. Tak, można oferować towary luksusowe, których wartość zasadza się wyłącznie na tym, że są… właśnie… drogie, ale w audio (chyba?) nie o to chodzi. Droga do perfekcji, progres, high-fidelity to subiektywny stan, ale jednocześnie (realne) dążenie, które wykracza poza kalkulacje biznesowe, do niedawana wręcz stało w opozycji do droga marka, do droga obudowa, do wodotryski. Kwintesencją była dobra inżynieria, świetne rezultaty (pomiary), innowacyjne know-how etc. Tak było, a jak jest? Teraz liczy się coś innego. Stworzenie urządzenia, które będzie wyposażone w ileś tam drogich lamp nie czyni automatycznie tego urządzenia wybitnym (brzmieniowo), a więc takim, które w najważniejszym aspekcie tłumaczy (broni) wysokie koszta nabycia. Zresztą tu nawet nie chodzi o to co w pudełku, tylko o mnożnik, który zaczyna nam niebezpiecznie nabijać takie marże, że właściwie nie ma nad czym i o czym dyskutować. To w końcu nie rakiety, a nawet nie leki (badania). To sprzęt do odtwarzania muzyki.

Susvara to zerwanie z nazewnictwem liczbowym na rzecz słów, które mają działać, oddziaływać na wyobraźnie nabywcy. To zabieg. Z pewnością te słuchawki to zwieńczenie długiej drogi jaką przebył HiFiMAN. Dobrze pamiętam HE-6, pamiętam świeżo HE-1000 i modele niżej pozycjonowane w ofercie. Dojrzałość (brak toporności pierwszych produktów choćby) jaką charakteryzowały się tysięczniki mówi wiele o tym, co to była za droga. Tyle, że tutaj mowa jest o słuchawkach będących alternatywą (ale nie cenową! Właśnie nie!) dla świetnego, high-endowego toru stacjonarnego opartego na kolumnach głośnikowych. Zamiast. Obok. Nieważne. Ważne, że płacimy za efektor w postaci nauszników tyle, co za wyczynowe kolumny. Nie wysokiej klasy, a najwyższej klasy (choć i tu widać od dawna wspomniany pochód w stronę kosmicznych cen – kilkaset tysięcy to wcale nie jest ostatnie słowo branży, wcale). Czyżby więc słuchawki awansowały? Czy stały się równie dobrym, albo nawet lepszym sposobem na reprodukcję dźwięków w warunkach domowych? Oceńcie sami. Ja mam wyrobioną opinię na ten temat.

Oto, jak je opisano w nadesłanych materiałach prasowych:

Membrana zainstalowana w SUSVARA jest jeszcze lepsza niż ta, z której skorzystano przy budowie obsypanych nagrodami HE-1000. Zniekształcenia jakie generuje znajdują się poza skalą pomiarową nawet najczulszych urządzeń. Swój najnowszy przetwornik producent określił mianem „zero distortion driver”.Poza ultra cienką membraną ważną rolę w całości odgrywa napylona na nią cewka o grubości mniejszej niż jeden mikrometr. Zapewnia to super szybką reakcję membrany na impuls prądowy, co przekłada się na dźwięk porównywalny tylko z naturalnymi wrażeniami słuchowymi. Słuchawki wyznaczają zupełnie nowy standard rozdzielczości, szybkości i poziomu otwartości dźwięku.

Nowe magnesy okalające membranę z napyloną cewką pozwalają na minimalizowanie negatywnych odbić generowanego dźwięku. Skonstruowano je w technologii przypominającej rozwiązania stealth pierwszy raz użyte w bombowcu F117, tak aby był on niewidzialny dla fal radarowych. Podobny cel przyświecał konstruktorom magnesów w SUSVARA – tak aby były one „niewidzialne” dla fal dźwiękowych, które są generowane przez ultra cienką membranę*.

Opatentowane maskownice „window shade” – rozwiązanie znane z HE-1000. System metalowych maskownic zewnętrznych, których zadaniem jest tłumienie odbić dźwięku wydobywającego się ze słuchawek. Dzięki redukcji niechciany dyfrakcji praktycznie zlikwidowano odgłosy przepływającego przez szczeliny powietrza oraz wszelkie niechciane odgłosy z tym związane.

Hybrydowe nausznice – asymetryczne nausznice łączące skórę z poliestrem w kształcie dopasowanym do fizjologii ludzkiego ucha. Zakrywają w całości małżowiny i opierają się bezpośrednio o skórę głowy co w połączeniu z otwartą konstrukcją gwarantuje komfortowy odsłuch na wiele godzin. Poliestrowy materiał został zastosowany w celu uzyskania jak najwyższej rozdzielczości dźwięku.

Pałąk ze stopu rzadkich i bardzo lekkich metali – za wygodę odpowiada specjalnie opracowana struktura łuku, pałąk na głowie opiera się na perforowanym pasie z naturalnej skóry dla lepszego odprowadzania ciepła, obudowa przetworników fornirowana naturalnym drewnem.

To wszystko w cenie, jw. 29 900 złotych.

* …trochę na lotnictwie się znam, wojskowym. Publikowałem swego czasu w Armii. Porównanie obu tych rzeczy ma wyłącznie charakter marketingowy, bo obie te rzeczy NIE MAJĄ ZE SOBĄ NIC WSPÓLNEGO. Absorbery fal radarowych, specjalne powłoki, dodatkowo konstrukcja zoptymalizowana (odpowiedni kształt płatowca, w przypadku F117 dobrany w jedyny możliwy ówcześnie sposób, dla minimalizacji odbić w kierunku wrogiej stacji radiolokacyjnej) nie mają nic wspólnego z magnesami w najnowszych, flagowych HiFiMANach. Analogia jest tutaj mniej więcej taka: my też chcieliśmy coś „ukryć”, „zminimalizować”. Tyle. Nawiązanie do F117 przypomina mi podobny zabieg iFI Audio (tam w materiałach mamy francuskiego Rafale). Cóż, jw. trochę się na tym znam i mówiąc delikatnie: nie kupuję tego.

 

A co z LCDi4? No przecież to LCDeki są! Serio? No niby tak, tylko w formie dousznej, czytaj przenośnej. Przenośne słuchawki wyczynowo-high-endowe? Czy to nie jest oksymoron? Czy nie ma w tym jednak przesady? Nie wiem, ale rozsądek podpowiada mi jedno – poza domem (bo chyba taki jest cel noszenia IEMów?) trudno o skupienie, trudno o warunki optymalne dla całkowitego zatopienia się w dźwięku. No dobrze, pal licho warunki, w końcu może to być coś, co zabierzemy do limuzyny z szoferem, do prywatnego jet-a. Ok, wtedy faktycznie możemy zanurzyć się w tym, co oferują te słuchawki, przy czym to nadal są doki, nietypowe doki. Mobilne słuchawki, słuchawki przenośne, przy czym w przypadku słuchania na wynos dość specyficzne, bo osobliwe (wygląd) oraz trudne (ergonomia, otwarte/wyzwanie dla otoczenia). Za co więc płacimy? Za nawiązanie do serii LCD oczywiście. Bo iSine (nawet 10, nie mówiąc o 20-kach) wg. mnie w kompletny, pełny sposób pokazują w czym rzecz, oferując dźwięk nieIEMowy, otwarty, przestrzenny wielce, bez ograniczeń typowych dla klasycznych konstrukcji. Zresztą przyznaje to wprost CEO firmy Sankar Thiagasamudram: „Planarne słuchawki douszne LCD-i4 oferują ten sam najwyższy poziom reprodukcji dźwięku, z którego znane są oryginalne LCD-4, oferując niesamowite doznania muzyczne wszystkim melomanom zarówno w pomieszczeniu, jak i na zewnątrz”. Nawiązanie.

Zagrają przy wsparciu zew. mobilnego ampa, bez nie zagrają, albo słabo zagrają…

No dobrze, zatrzymajmy się przy tym sformułowaniu. LCD-eki są duże, ciężkie, dość wygodne, oczywiście wyłącznie stacjonarne. Oferują wiele, kosztują sporo, są słuchawkami, które mają określony potencjał, w paru kwestiach będąc jednymi z najlepszych, o ile nie najlepszych po prostu (ale tylko w paru!) nauszników na rynku. Czym są LCDi? Czy to próba przeniesienia tego, co powyżej, do czegoś przenośnego? Śmiem wątpić. Na pewno są równie fascynujące, co wspomniane, dużo tańsze, wykorzystujące jednakowoż ten sam pomysł, tę samą konstrukcję, ideę, modele iSine. Może nawet bardziej. Ale czy to od razu czyni z nich odpowiednik stacjonarnych LCDków? Hmmm. Też są jak iSine „otwarte”, też wyposażone w przetwornik planarny, tyle że większy, bo 30mm. Konkretnie:

  • LCD4 film technology – only 0.5 microns thin
  • Vibration dampening magnesium housing
  • Fluxor magnets and Uniforce voice coil design
  • 30mm largest in class planar magnetic driver
  • Custom silver-plated OCC premium cable
  • Semi-open design for widest, most accurate
    soundstage

Parametry jak widać poniżej:

 

 

Wyczynowe, ale to nie są customy, to nie są słuchawki zdolne zastąpić stacjonarne nauszniki (nie ta wygoda, nie te… możliwości). Także obok. Za tyle ile jeszcze do niedawana kosztowały flagowce. Nausznikowe. Mobilne LCDeki za 2500 dolarów. Mhm.