LogowanieZarejestruj się
News

Obrodziło #1: Burson Conductor V.2+

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180419_112911702_iOS

Siedem kilo… achtung panzer! Forma mówi: będzie konkret granie. Z produktami kangurów mieliśmy już do czynienia na HDO. 160-ka się u nas kiedyś przesłuchała i bardzo przypadła do gustu, choć nie bez pewnych „ale”. Teraz trafił do nas topowy, flagowy, naj, naj, model wzmacniacza (po pierwsze), pre / integry (po drugie) oraz DACa (po trzecie), czytaj maszynki spinającej nam wszystko co trzeba w jednym pudle. Panie, Panowie przedstawiam gościa z dalekich Antypodów: Burson Conductor V.2+. Teraz tylko odpowiednie efektory. Nie, nie napiszę high-endowe słuchawki, bo wcale nie (ma takiej konieczności), można a nawet obowiązkowo trzeba podpinać klasyki, rozsądnie wycenione, w rodzaju K701 czy HD650, a nawet mniej klasowe, jak choćby takie Momentum… mimo niskiej impendancji. Możemy swobodnie uznać, że to taki tuning naszych starych kompanów, rzecz zaskakująca, jak wiele dobrego można z tych konstrukcji wycisnąć, oj naprawdę można wiele.

Ale to dopiero początek. Kraina szczęśliwości, czytaj LCD-3, to partner oczywisty. Tyle, że wcale nie trzeba wydać 8 tysi na porównywalne (choć o innym, ale jakże przepysznym bukiecie) brzmienie. Tak, zgadliście: Sundara. Te, kosztujące 2 tysie nausznice to strzał w dyszkę. Partner kompletny. Popatrzcie na zdjęcia… Conductor w wersji czarnej, a taka nam się trafiła, plus te słuchawki to nie tylko brzmieniowo (ofc to podstawowa sprawa), ale także formą IDEALNE dopasowanie. Świetnie się to prezentuje. System słuchawkowy za 10k bez żadnych „ale”? Pierwsze wrażenia są właśnie takie, zobaczymy jakie będą finalne wnioski po dłuższych odsłuchach, ale coś czuję, że amplifikacja słuchawkowa w topowym Bursonie to będzie TO. Patrząc na tego klamota dwie rzeczy zrobiłbym inaczej: dałbym 9038 zamiast 9018 (to byłoby K.O …zaraz do nich napiszę, czy planują upgrade, tam się na płytkach wymiennych wszystko opiera, Burson słynie z opcji, z modów właśnie) i przemyślał kwestie dwóch wyjść (DAC nie jest liniowe… to bez sensu trochę, bardzo nawet niż trochę). Poza tymi dwiema sprawami jestem na dzień dobry oczarowany możliwościami tego mocarza.

Tak, robi spore wrażenia moc, sam klamot kojarzy mi się formą i możliwościami energetycznymi z uberelektrownią HiFiMANa (nasz test EF-6), przy czym nie jest to taki potwór, zajmujący cały stolik jak ww ustrojstwo pod HE-6 (bo to system jest, wiecie, patrzcie wcześniejszy link). Jest bardzo ciężki, jest spory (jak na – umownie – ampa słuchawkowego, duży), ale w granicach zdrowego rozsądku. Interga ma dwa wejścia analogowe, co u Bursona nie dziwi, co jednocześnie zawsze warto pochwalić i docenić oraz opartą na 9018 (i XMOSie) część cyfrową, z klasycznym zestawem: USB/SPDIF (koaksial & TOSLINK). Od razu podpiąłem pod imakówę (CORE) oraz do naszego nie(do)ocenionego (uwielbiam tego klamota i z perspektywy czasu widzę, że nie doceniłem wystarczająco M1HPA… to w cenie ok 2k najlepsza integra/pre słuchawkowa kropka amen) Musical Fidelity, który robi za przeplotkę (czarne tło macie jak w banku: nic, zero, nul, czysto). Tu czerń, spotyka się z czernią, w sensie dosłownym i w przenośni. Oba klamoty idealnie się uzupełniają (bo mogę sobie zintegrować wszystkie źródła, bez uciążliwego przekładania kabli), mam 3 duże jacki do testowania, porównywania. Od dawna korzystam z tych, rozbudowanych możliwości M1, ale przy okazji Conductora dotarło do mnie jakie to wygodne, jakie przyjemne w obsłudze. Właśnie – metalowy, zgrabny, dedykowany pilocik dodawany w komplecie do tytułowego klamota na razie nie ma zastosowania, bo wszystko na wyciągnięcie ręki (biurkowy set idzie na pierwszy ogień), ale to się jeszcze przyda i to bardzo, bo w salonie Conductor popracuje zupełnie inaczej, w innej roli, znaczy się: sprawdzę, jak sobie poradzi w trybie PRE z torem opartym na końcówkach i na zestawach głośnikowych, będzie wtedy grał zarówno jako centralka cyfrowa, jak i klasyczny pre-amp, z podpiętymi analogowo źródłami.

Postanowiłem, na potrzeby testu, poeksperymentować. Będzie nie tylko grane z kompa (ROON), nie tylko z Chromecasta (obecnie, zawsze Chromecasta Audio podpinam pod TOSLINKA… to dyżurny interfejs cyfrowy u mnie), a nawet nie tylko z Squeezeboksa Touch EDO mod via koaksial (bo za USB siedzi i wiele dobra wnosi konwerter c/c hiFace Two)… nie, tym razem nie ograniczymy się ;-) „tylko” do tych, znanych na wylot źródeł (cyfrowych). Podobnie jak to miało miejsce z innymi integrami słuchawkowymi wyposażonymi w analogowe wejścia będzie po analogu grane i będzie coś specjalnego. Po pierwsze (właśnie gra i …niech komputer spieprza na drzewo ;-) ) olampowany, z buforem bańkowym znaczy się, cedek Onkyo (świetny mechanizm, stara, dobra, japońska szkoła), po drugie za pomocą linku z salonem (multiprzełącznik Pro-Jecta) zagra nam też gramofon (duet 1020 z 5120) i wreszcie po trzecie sprawdzę jak sobie (nadal jesteśmy w gabinecie, znaczy na słuchawkach słuchamy :) ) Burson poradzi z MiniWattem (wzmak, który robi u mnie za słuchawkową końcówkę mocy i wierzcie mi… nie ma nic lepszego, na odczepach głośnikowych, z dobrej klasy routerem audio 6.3mm albo/i adapterem HiFiMANa z symetrycznym gniazdem na końcu). Także tak, właśnie, Burson będzie nam grał jako preamp, podpięty do wejść w lampowcu (NOSy: Brimar BVA/Telam), sterując poziomem i łącząc źródła, a efektory zagrają na wspomnianych wyjściach z odczepów. Rzecz jasna nie będzie tu mowy o żadnym balansie (ale kabel sobie zmienimy w LCDkach i w ten sposób to też pożenimy), tak z ciekawości sprawdzę jakie są różnice i czy w ogóle jakieś są na takim jw. secie. Wiele osób wg. mnie błędnie, zakłada, że symetryczne połączenia są „zawsze” lepsze w aspekcie SQ, a przecież nie chodzi o wyższość tutaj według mnie, tylko lepsze medium w trudnym otoczeniu (studio) oraz ewentualnie sensowniejszy link przy bardzo długich podłączeniach. Nie wyklucza to lepszego efektu, gdy ktoś zwyczajnie spaprał, czy gorzej przygotował tor niesymetryczny, ale żeby to dogmatycznie dawało progres (bo różnice w pomiarach/specyfikacji –  dodają)… o tym też będzie osobny wpis na HDO.

Jak widzicie będzie ambitnie, nie tyle (tylko) że przekrojowo, ale niebanalnie, inaczej, eksperymentalnie właśnie. Co z tych eksperymentów nam wyjdzie to się jeszcze okaże, na razie słucham i pewnie głównie słuchać będę z dużego jacka w Bursonie, a to (już słyszę, słyszę to wyraźnie) oznacza wiele nieprzespanych nocy. Także spory zapas napoju kofeinowego (wiecie, że podczas testów udało się zabić drugi z kolei expres do kawy? ;-) ) i jedziemy. Może jakiś, przy okazji, artykuł problemowy „wpływ małej czarnej na walory brzmieniowe audio systemu”? Muszę to poważnie przemyśleć, bo wpływ niewątpliwie jakiś jest. Tylko jaki? Trzeba będzie coś skrobnąć na temat ;-) Wspomniałem o 100% „match”? O Sundara? Wspomniałem. Dobrze, bo już myślałem, że ten wstępniak do recenzji, pierwsze, na gorąco wrażenia będzie niekompletny bez nawiązania do tych, co to z głowy nie ściągam.

Aaaa i jeszcze jedno: widzicie to „obrodziło” w tytule? Obrodziło i to bardzo, a do tego (uwielbiam takie wyzwania, takie sytuacje, gdzie trzeba testować bardzo, bardzo odmienne gatunkowo produkty) ORYGINALNIE. W końcu przyjechały do nas przenicowujące system, rozdawane za darmo (tak, trzeba to sobie wprost powiedzieć) IEMy KZ ATE*, te „chińczyki” o których niedawno wspomniałem, pro armatury zbalansowane takie za „pięć złotych” (nie jest to żadna nowość, ale praktycznie nikt ich na warsztat nie brał, bo za tanie są, no może jeszcze dystrybucji w .pl nie mają, ale to akurat w przypadku droższych produktów gryzipiórkom specjalnie nie przeszkadza) i wreszcie prawdziwa petarda dla geeków PC Audio, ludzi co to piece pod muzyki słuchanie budują, kombinują, cyzelują… X-Hi …karta PCI-e z wyspecjalizowanym, osobnym, zupełnie odseparowanym kontrolerem USB  (magistrala tylko pod audio, żadne tam interferencje, współdzielenie: nur fur audio) i opcjonalnym (dla nas oczywista sprawa i już mamy świetnego kandydata) zasilaniem zewnętrznym. Będzie zatem zero jedynkowa orgia z komputera (który musieliśmy sobie sklecić, bo od dawna budy u nas nie ma), bardzo purystycznego softwareowo (ROON bridge & foobar), z odchudzonym Win7 (Linuks niestety odpada, bo pojawiły się problemy z graniem na ROONie z pingwinem w roli end-pointu). O tym co powyżej będą jeszcze osobne wpisy.

Także hardcore PC hware art się kroi ;-)

* …ostatnio w promocji za 39 złotych rozdają ;-)

Rozbudowana fotogaleria poniżej, z bogatym w szczegóły opisem (pornoaudio warning ;-) )

 

» Czytaj dalej

DAC 2018? Po prostu Matrix Mini-i Pro 2S. Po prostu

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
FullSizeRender

Testowaliśmy całą linię Mini-i na łamach (patrz: pierwsza generacjamodel bez pro i z pro drugiej generacjiwreszcie wersję AD 2015). To bardzo udane konstrukcje, z generacji na generację prezentujące coraz wyższy poziom, coraz lepiej wyposażone, o coraz większych możliwościach (progres dotyczy zarówno wyposażenia jak i SQ). Producent znalazł wg. mnie doskonałą receptę na stworzenie przystępnego cenowo (cena nigdy nie przekroczyła pułapu 3k, oscylowała w przedziale 2-3 tysięcy), kompletnie wyposażonego (bogaty standard wyposażenia, obejmujący obsługę wyczynowych formatów, wyjścia także zbalansowane, gniazda słuchawkowe, wejścia AES/EBU, czytelne wyświetlacze oraz piloty zdalnej obsługi), bardzo dobrze grającego przetwornika, centralki cyfrowej za którą inni wołaliby (i wołają) dużo, znacznie więcej. Firma przez jakiś czas eksperymentowała z kościami Analog Devices, ale ostatecznie wybrała nowoczesne, zaawansowane układy ESS i tak już zostało. Najnowsze modele w ofercie to, uznany przez nas za wzorzec DACa (2017), przetestowany w zeszłym roku model PRO (bez S), jeszcze na starej kości 9016 i bohater niniejszej publikacji… najbogatsza, wyposażona takoż w link bezprzewodowy (BT) wersja, będąca szczytową konstrukcją, zwieńczeniem całej linii Mini-i, oparta na najnowszym układzie ESS.

Matrix nie tylko zaoferował wg. mnie perfekcyjną (koszt-efekt) maszynkę przekształcającą zera i jedynki na sygnał analogowy, nie tylko udanego wmaka słuchawkowego, ale coś więcej… w przypadku 2S dostajecie wstęp do stworzenia firmowego systemu, kompletnego systemu, który w super kompaktowej formie, nie tylko z centralką cyfrową, ale solidnym przedwzmacniaczem zamyka temat. Cały system zamknięty w małych, świetnie wykonanych, metalowych obudowach, z jedną (SE) albo dwiema (XLR) dedykowanymi końcówkami mocy Mini-i AMP. Jakby tego było mało, zgodnie z najnowszymi trendami, ten maluch otrzymał także wspomniany link bezprzewodowy. I nie jest to tylko dodatek, czy taki tam, pomocniczy w stosunku do reszty wyposażenia sposób grania z tego DACa, ale najdoskonalsza implementacja sinozębnego w tego typu konstrukcjach, jaką było mi dane słuchać oraz obsługiwać w sprzęcie za parę, a nie paręnaście tysięcy złotych. Zrobili to perfekcyjnie, zrobili to tak, jak należy.

Już po wstępie widać, że laurka będzie. Będzie, bo się !@@$#% należy. Należy się tym bardziej, że Matrix po prostu robi swoje, zawsze oferując więcej (realny progres – to nie jest pudrowanie, poza zbliżoną formą, każda kolejna generacja to więcej, lepiej bez zmiany ceny na metce) i zwyczajnie należy to docenić. No to doceniamy, a konkretnie doceniamy za…

» Czytaj dalej

Co za wzmak! Nausznikowy amp Cayin iHA-6 & DAC: iDAC-6. Recenzja

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170511_102054990_iOS

Powracamy do słuchawek z konkretnym setem złożonym z dwóch skrzynek firmy Cayin (patrz nasze recenzje mobilnej audio elektroniki: DAPa N6 oraz przenośnego zestawu amp+DAC tego producenta). W przypadku tytułowego, stacjonarnego kompletu mamy ambitny pomysł na docelowe rozwiązanie pod każde nauszniki, nawet te najtrudniejsze, nawet te najbardziej topowe, najlepsze, jakie są obecnie na rynku. Całość dopasowana stylistycznie, kompaktowa, może stanowić alternatywę dla wielu znacznie droższych high-endowych ampDACów, tudzież dzielonych (jak testowany) systemów amp osobno, DAC osobno. Nie przekraczamy ceny 5k za skrzynkę, producent widzi te produkty raczej na biurku (gabinet) niż w salonie – nie ma zdalnego sterowania, nie ma obsługi na odległość, trzeba tradycyjnie zmieniać, regulować z poziomu klamota. Także raczej na wyciągnięcie ręki, co nie oznacza rzecz jasna, że w salonie się to, to nie sprawdzi. Tyle, że trzeba będzie ruszyć 4 litery z fotela, albo kanapy…

Tu w salonie. Naprawdę może stanowić ozdobę, bardzo się udał designersko projekt tych skrzynek 

Mocno nam się przeciągnęła ta publikacja, nad czym bardzo boleję, ale tak się to poukładało, że kilka razy wypadało nam z kolejki. Obiecywałem parę dni temu, że już już tuż tuż, to wordpress „wyciął” nam numer i trzeba było naprawiać (wykrzaczyły się niektóre artykuły, już jest ok, przepraszam zainteresowanych za to kanji, jakieś bzdety, musiałem przywrócić oryginalną treść publikacji). No nic, takie uroki obecnego funkcjonowania HDO, nie mam na niektóre rzeczy wpływu :(

Przejdźmy zatem do meritum. Tytuł sugeruje co najbardziej z tego setu przypadło mi do gustu, zresztą pamiętam, że pierwsze wrażenia też wskazywały jednoznacznie, że to amp jest tutaj elementem wyróżniającym się (choć to DAC skupia początkowo uwagę ze względu na oryginalną konstrukcję, możliwości, o czym przeczytacie poniżej, w rozwinięciu…). Tak czy inaczej, to jest system i tak należy właśnie potraktować te skrzynki – jako integralny, dzielony tor słuchawkowy, synergetyczny zestaw, kompletne rozwiązanie, szczególnie dla kogoś, kto „poszedł w słuchawki”, rezygnując z kolumn (bo dzieci, bo lokum, bo tak).

» Czytaj dalej

Koniec odtwarzaczy Oppo … niestety to nie jest 1 kwietnia

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-04-03 o 14.06.30

Bardzo przykra informacja sprzed kilkunastu zaledwie godzin. Oppo Digital to już historia. Nie będzie nowych odtwarzaczy Oppo, nie będzie można kupić najnowszych modeli (w tym przetestowanego, świetnego BDP-205), rzecz jasna nie uda się także zakupić  słuchawek orto PM-2/3 (nasz test PM-3), ani przenośnych czy stacjonarnych odtwarzaczy/wzmacniaczy słuchawkowych tego producenta. Nie kupimy zatem ani nowej wersji SE opisanego u nas, do niedawna dyżurnego, redakcyjnego, przenośnego HA-2, ani Sonaty, ani nic. Koniec, finito, bez żadnego trybu, czy raczej w trybie natychmiastowym :(

Wielka, wielka szkoda, szczególnie, że Oppo playery to też …było grube modyfikowanie (wcześniej NuForce, a ostatnio Mod Wright znakomity projekt przygotował, ale to już raczej nieaktualne, a nawet jeżeli to za moment będzie po tym tylko wspomnienie), bardzo zaawnasowany mobilny player dla iOS/Andka i sporo planów, pomysłów na przyszłość. Wszystko w czasie przeszłym. Tak nagła decyzja jest mocno zaskakująca, szczególnie że firma (wcześniej podzielona na dział AV i mobilny, ten drugi będzie dalej funkcjonował) nic nie wspominała o problemach, nie sygnalizowała, że coś jest nie tak, że trzeba zwijać biznes.

Cóż, niewątpliwie wpływ na to, co się stało ma sytuacja na rynku dystrybucji, choć tutaj ostatnio fizyczny nośnik wyhamował spadki, obecnie to downloady notują coraz gorszą sprzedaż, z drugiej strony stream totalnie dominuje, staje się de facto podstawowym kanałem dystrybuowania treści. W przypadku muzyki sprawa jest przesądzona, w przypadku wideo właściwie też… linearna tv pada, płyty wizyjne to coraz bardziej niszowa sprawa, kina też mają problem. Domowe konsumowanie treści, usługi streamingowe są obecnie na absolutnym topie. Pisałem, przy okazji recenzji najnowszego, topowego odtwarzacza Oppo, że rozumiem racje przemawiające za nieumieszczaniem funkcji smart, dostępu do usług streamingowych w tym produkcie, racjonalne racje, ale że to będzie problem marketingowy, że to będzie miało wpływ na sprzedaż, na postrzeganie marki.

Oczywiście to nie jest powód dla którego firma zwija interes (tj. że czegoś nie dała w najnowszej linii). Powody są zapewne natury kapitałowo-udziałowej, są złożone, ale to w sumie nieistotne. Istotne jest to, że producent kojarzony z wysokiej klasy, sensownie wycenionymi, produktami audio i audio-wideo znika z rynku. To się liczy. Rzecz jasna nadal będzie oferowane wsparcie, ale – i to nie jest dobra wiadomość dla obecnych użytkowników – w ograniczonym zakresie. I tak wszystkie starsze modele (linia 9x, 10x …patrz nasz test modelu 105D) będą otrzymywać (o ile wystąpią takie okoliczność, zajdzie taka konieczność) tylko krytyczne łatki, nie będzie żadnych nowych funkcjonalności, modyfikacji, zmian. W przypadku linii 20x można będzie spodziewać się utrzymania w tym roku normalnego supportu (innymi słowy poza poprawkami, mogą pojawić się jakieś usprawnienia, nowości), po tym terminie niestety nie będzie można spodziewać się niczego więcej niż w przypadku starszych modeli. Kiepsko. Dzisiaj aktualizacje na bieżąco są koniecznością, bo tak złożone i tak mocno zmienne są uwarunkowania sprzętowo-softwareowe. W sumie, brak streamu w 203/205 będzie tutaj plusem, bo nie będzie konieczności aktualizowania tego elementu, ale w poprzednikach sytuacja wygląda zupełnie inaczej :(

Przykra niespodzianka i w sumie zła informacja dla branży (bo też produkty tej firmy były od dawna pewnym wyznacznikiem dla innych, a patrząc na wzorowane na nich odtwarzacze, choćby CambridgeAudio, stanowiły po prostu wzorzec), to takie potwierdzenie dla pesymistów, którzy nie widzą miejsca dla masowych, czy po prostu dostępnych dla szerszego grona, dobrej klasy (podkreślam dobrej) produktów AV opartych na laserowych czytnikach, zdolnych do odtwarzania fizycznego nośnika (audio). Obawiam się, że inni też nie będą zainteresowani kontynuacją i połączenie kina z audio w przypadku treści na płytach audio i audio-wizyjnych, na wysokim poziomie jakościowym, przy zachowaniu zdroworozsądkowej ceny, będzie awykonalne, nikt w to nie będzie się już „bawił”. Szkoda, bo choć stream niewątpliwie jest przyszłością i w sytuacji jeszcze szybszych łącz, w końcu zacznie zbliżać się jakościowo do tego, co na płycie (głównie piszę tu w kontekście płyt wizyjnych 4k) to jakaś część materiałów multimedialnych zwyczajnie nie będzie dostępna, bo nie wszystko w streamie jest i będzie.

Mam nadzieję, że jutro wieczorem poprawimy sobie humory jakimś pozytywnym tekstem, a taki się kroi, bo zaległa recenzja o bardzo muzykalnym zestawie Cayina już niebawem na głównej HDO będzie wisieć. W kolejce zaś parę zapowiadanych wcześniej testów i artykuł ku przestrodze (audiovoodo… mhm, nic więcej na razie nie zdradzę). Do przeczytania już za chwilę ;-)

RHA MA750 Wireless …cyfrowo naznaczone

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180112_092121947_iOS-832x1024

Bezprzewodowe to kompromisowe. Kompromisowe w zakresie SQ. Bywa i tak, ale też w tej kategorii dokonał się realny postęp i to co jeszcze dwa, trzy lata temu grało (zazwyczaj nie w uszach, tylko na uszach) korzystając z podstawowego kodeka SBC, dzisiaj nawet nie stoi obok nowych konstrukcji, wyposażonych w doskonalsze moduły, obsługujące dużo lepsze kodeki (aptX czy AAAC, nie wspominając już o najnowszych wynalazkach tj. aptX HD czy LDAC), zapewniające wyższy bitrate, niższe (skokowo) opóźnienia transmisji. Dzisiaj dobre bezprzewodowe słuchawki z nowoczesnymi technologiami mogą być bardzo dobrym wyborem jakościowym, dźwiękowo wcale nie odstawać od modeli grających na przewodzie. Ten postęp dokonał się stosunkowo niedawno, dobrym przykładem są nasze redakcyjne Momentum Wireless, które mimo niedoskonałości samego modułu (niestabilna praca) potrafią w dziedzinie dźwięku oczarować nawet mocno wybredne ucho. Najnowsze wokół-uszne bezprzewodowe Sony (MX1000), które ostatnio miałem sposobność, to już naprawdę rasowy dźwięk, podobnie jak testowane przez Adama z Kanady HP70 (strasznie kiepska dostępność tych NADów na globalnym rynku, właściwie póki co ograniczona wyłącznie do rodzimej Kanady). Mówimy o konstrukcjach z pałąkiem, ale IEMy bezprzewodowe korzystają z tych samych technologii, jedyne co się zmienia to krótszy czas działania, tylko aktywna praca układu, brak (zazwyczaj, choć są wyjątki) dodatków w postaci systemu ANC. Modele ze smyczą powoli będą ustępować miejsca „prawdziwie bezprzewodowym” słuchawkom dousznym – tu wpływ AirPodsów jest przemożny, te słuchawki niewątpliwie ustawiły cały segment i – według mnie (patrz nasza opinia, test) – stanowią jeden z najciekawszych, najlepszych produktów Apple od zgoła pół dekady.

Produkty RHA gościły już na naszych łamach. Testowałem przewodowe modele: topowe serii T (10, 20) oraz CL-ki (750), o których jeszcze będzie w kontekście tytułowych, ponieważ wiele te konstrukcje łączy, właściwie łączy je zasadnicza sprawa: sposób kreacji dźwięku, jego najważniejsze cechy… MA750 Wireless to CL-ki z bezprzewodowym linkiem. W skrócie tak to wygląda. Pamiętam, że opisując tamte doki wiele czasu poświęciłem na dopasowanie trudnych przetworników (150 ohm!) do posiadanej elektroniki i w sumie poległem, bo duża część z tego, co w redakcji nie chciała w ogóle się z tymi IEMami zgrać. I nie chodziło tutaj o jakieś mobilne grajki, mobilne źródła, tylko o stacjonarny tor, m.in M1HPA pokazały czerwoną kartkę, kompletnie to nie zagrało. Trudne, właściwie stacjonarne (bodaj z TAC-2 się dogadały), czy na poły stacjonarne dokanałówki. Taki nietypowy produkt. Akurat w przypadku przewodówek jestem w stanie – powiedzmy – zrozumieć, że to ma być takie nietypowe właśnie, grające w domu raczej, albo z bardzo określonym doborem sprzętu towarzyszącego na wynos, to jednak wybór podobnie grającego przetwornika do (w oczywisty sposób) przenośnych tylko i wyłącznie Wirelessów uważam za niezbyt zrozumiały. Implikuje to bardzo określone, bardzo niełatwe w odbiorze brzmienie, takie które kojarzy się z typowo cyfrowym graniem. Pamiętacie pierwsze, testowane u nas DACzki ampy FiiO? Ano właśnie, to jest takie granie, takie zimne, zdystansowane, precyzyjno-sterylne granie.

I to się nie zmienia pod wpływem czasu. Tak to po prostu gra. Poniżej nieco więcej na temat:

 

» Czytaj dalej

HiFiMAN Sundara… zwieńczenie pewnego etapu. Recenzja!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180130_180123085_iOS

Sundara to nowy rozdział w branży słuchawkowej. Te nauszniki uświadamiają mi jak wiele rzeczy udało się przez parę lat słuchawkowego boomu udoskonalić. To pewne zwieńczenie, pewien zamknięty etap. Aż tak? Ano aż. Podam na wstępie tylko jeden argument potwierdzający to, co powyżej. Pierwsze słuchawki, które są IDEALNIE wyważone, idealnie zaprojektowane, by nie czuć nieprzyjemnego mrowienia na czubku głowy. Ja tak mam, pewnie nie jestem osamotniony, bo wielu odczuwa tego typu dyskomfort. Wcześniej, czy później każda sesja odsłuchowa kończy się czymś z pogranicza ucisku, pieczenia, przeczulicy na czubku łepetyny. TU TEGO NIE MA. Te słuchawki są zaprojektowane bezbłędnie jeżeli chodzi o wygodę, o ergonomię, po prostu są ideałem jaki do tej pory na rynku się nie pojawił (albo na który – mimo wielu testowanych – nie natrafiłem). Wszystkie, nie wyłączając bardzo wygodnych Mr Speakers w odmianie Flow, zawsze dawały o sobie znać. Te nie. A to tak tylko pierwszy z całego magazynka ochów i achów, bo ta recenzja będzie bezwstydnie wręcz czołobitna, od razu to zapowiadam, choć ostatnie notatki udało się choć trochę pozbawić początkowego, bezgranicznego entuzjazmu i zwyczajnie… nabrałem pewnego dystansu, oceniłem co mi się mniej podoba, albo inaczej, co w tych słuchawkach za 2k nie jest AŻ na takim poziomie jak w kosztujących tysięcy 9 (teraz może nawet 8), do niedawna flagowych, LCD-kach. Tak czy siak, moi drodzy, mamy produkt, który według mnie wyznacza pewien wzorzec, stanowi punkt odniesienia. U mnie te słuchawki będą od teraz jednym z referencyjnych modeli, to w konfrontacji z nimi inni będą musieli się wykazać.

Powiem Wam coś. Będą mieli cholernie trudne zadanie. Pewnie dystans byłby dużo większy, pewnie nie byłoby tego całego entuzjazmu, gdyby te słuchawki były następcą takich HE-560 w cenniku. Gdyby były, zwyczajnie, dużo droższe, powiedzmy poziom 4 tysięcy to już byłoby mniej więcej to, a w okolicach 5-6 uznałbym, że tu ewolucja, udoskonalenie (brakowałoby tylko jakiegoś ekskluzywnego nesesera, kabla balans, dłuższego i to chyba na tyle… same słuchawki bez zmian) tego, co było. Tutaj jednak mamy do czynienia z czymś dla mnie nie do końca zrozumiałym. Sundara są lepsze od wielu modeli dużo droższych słuchawek, zarówno tych z katalogu HiFiMANa (te przeceny ostatnie to przypadek?), ale na tle tego, co oferuje konkurencja, są bezlitośnie zdetonowaną atomówką anihilującą dużą część oferty rynkowej, bo jest ta konkurencja GORSZA, a zarazem DROŻSZA. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że nie takie rzeczy świat widział, za parę dni (I hope) przekonacie się, co można zrobić, oferując za prawie darmo coś z segmentu IEMów. Jestem po pewnej rozmowie i jeżeli jest tak, jak mi opisano, to te dokanałówy, które do mnie lecą przenicują wszystko, wywrócą stolik w segmencie. Na razie wiem, że są nie tylko nieprzyzwoicie tanie, ale nieprzyzwoicie dobrze wykonane (to znaczy są wykonane jak doki za kilkaset złotych najmarniej). Dobra, mniejsza, skupmy się na Sundara.

Napisałem, że nie bardzo rozumiem, bo teraz tak…. albo po prostu mamy początek procesu znaczącego spadku cen (a przecież high-endy przebijają już od dawna sufit) w segmencie, coś co dotyka całej branży elektroniki konsumenckiej (z wyjątkami, patrz Apple), albo to taki „wypadek przy pracy”. Nie wiem. Dla mnie te słuchawki są zagadką. One grają dobrze po wyjęciu z pudełka, a po tych z górką 200 godzinach (tak, tak – sam pisałem – adaptacja, nie, nie wyparcie ;-) ) po prostu nie chcę ich zdejmować z głowy. Co nie oznacza, że wszystko  jest naj, naj, ale raz że, cholera, blisko, dwa – te słuchawki w paru sprawach na razie nie mają odpowiednika (o ergonomii wspomniałem, a to nie wszystko). Także, hmmm, jestem w kropce. Bo zazwyczaj dokładnie wiem, testując słuchawki, jak umiejscowić produkt, mając na wyciągnięcie ręki bardzo dobre, bardzo dobrze mi znane, nauszniki z kolekcji. A tutaj… jest inaczej. W cenie jaką za nie wołają, nie mają według mnie ŻADNEJ KONKURENCJI. Są bezapelacyjnie najlepsze. Wolę je od moich jakże ulubionych HD-650. Zdetronizowały w każdym aspekcie, drugie moje ulubione, HE-400. Nie stanowią tła, a …konkurenta, dla krainy szczęśliwości zwanej LCD-3. Niebywałe!

Dobra, przestrzegałem przed tym, co nastąpi poniżej, także reklamacji nie przyjmuję, za efekty uboczne nie odpowiadam:

» Czytaj dalej

Mytek Liberty DAC… pierwsze wrażenia

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180303_070157820_iOS

Przyjechał, testuję i mam już parę pierwszych wniosków. Mytek Liberty DAC to taki Brooklyn bez wyświetlaczy, to kompaktowa forma z wsadem z droższych konstrukcji, to takie połączenie świata pro-toolsów ze światem konsumenckiego audio. Tak właśnie. Ten Liberty zastępuje w katalogu najprzystępniejsze cenowo skrzyneczki dla praktyka, a dodatkowo rozszerza ofertę Myteka o produkt znacznie tańszy od Brooklynów czy Manhattanów dla muzykofila. Co prawda w zakresie do ok. 4k możemy już nieźle się na-po-wybierać, bo klęska urodzaju to za mało powiedziane, a wspomniana w poprzednim wpisie, zapowiedzi testu tytułowego DACa, ofensywa Azji to właśnie poziom do 10 tysięcy złotych – tu najwięcej się dzieje i to ten pułap, w który rzeczona Azja, celuje. Mniejsza. Mamy coś, co jest Made in Poland, od strony projektu to 100% Myteka w Myteku (o czym poniżej), także wiemy, że to coś co wyszło spod firmowego dłuta, a nie przepakowane, czy nawet nie przepakowane, tylko z doklejonym logo, coś rodem z wielkich chińskich megafabryk. Wątpliwości nie ma, to najmniejszy klamot, ale mimo czysto klasycznej formy, po wyjęciu z pudła wiemy, że to nie masówka, że oryginał. O klamocie było już u nas pisane o tutaj.

Nie banał

Od razu jak się pojawił, podpiąłem pod Core, Roon i jedziemy. Na razie testowany jest na słuchawkach, oczywiście będzie też na stacjonarnym torze sprawdzany i to dwojako: z aktywnymi nEar-ami w balansie (czyli jakby studio ;-) ) i na standardowym torze hajfajowym, tj. NADy i pasywne Szafiry oraz Topazy. Tak. Teraz jednak, lecą słuchawki i na słuchawkach, w opcji biurkowej to gra. Zresztą tu biurko jest bardzo na miejscu lokalizacją, bo małe to, bo obsługa ręczna z frontu, bo zdalnego „niet” i ogólnie, jakbym miał tego klamota gdzieś umiejscowić, to właśnie gabinet, biurko, bliskie pole / aktywne / kompaktowy zestaw z kolumnami oraz wymienione powyżej słuchawki. Tak, dali tutaj ampa i ten amp musi pokazać swoje kompetencje egzaminowany w szerokim zakresie na planarach LCD-3 / Sundara / HE-400 oraz dynamikach HD-650 / K701 / HP50. Będzie także niespodzianka, która leci z… chińskiej fabryki, coś co prawdopodobnie miażdży wszystko co istnieje na rynku w relacji koszt-efekt w zakresie wysokiej klasy, klasycznie przewodowych monitorów dokanałowych. Nic więcej nie zdradzę, poza ceną tego IEMowego wynalazku, nad którym parę dobrze zorientowanych osób, pieje z zachwytu (jak patrzę jak to wygląda, to nie mogę uwierzyć, że to się w ogóle opłaca, w sensie produkcji & sprzedaży się opłaca) – zapłaciłem 34 złote. Co można dostać za 34 złote przekonacie się w przyszłym tygodniu, o ile dolecą (no chyba powinny, ale różnie to bywa).

Czyli z IEMami, a konkretnie z tymi co przylecą, też sobie Liberty zagra, bardziej będzie to potwierdzenie, bądź nie, tych zachwytów nad słuchaweczkami, które wyglądają jak wysokiej klasy armatury, jak jakieś Westony z górnej półki. Zobaczymy. Patrząc zaś na nausznych „egzaminatorów” to nadal nie mogę uwolnić się od Sundara, jak tylko zrobię sobie przerwę na wymienione powyżej, inne, modele nausznic, to jakoś dziwnym trafem zaraz te najnowsze HiFiMANy powracają, jak bumerang, lądują na czerepie. Słucham od prawie trzech tygodni i artykuł już się kluje. Z Libery jest synergia pełna, nie tylko w zakresie SQ, ale także estetyki, wyglądu… no pasuje to tutaj idealnie. Czarne, w najnowszej, konstrukcyjnie odchudzonej i dopracowanej odsłonie Sundara z …no właśnie, niby skrzynką prostokątną, do bólu typową, klasyką, klasyki, a tu jednak nie, bardzo nawet nie tak. Bo, że Liberty jest prostokątem małym, kompaktowym to fakt, ale że banał to już zupełnie nie. Mamy na górze elegancko w metalu nacięte logo, a że Myteka logo to nie prosta forma, a wysublimowana to też takich atrakcji możemy się spodziewać w metalu właśnie. A to dopiero początek, bo dół obudowy to powtórka tego patentu i ma to nie tylko estetyczne, ale jak najbardziej funkcjonalne uzasadnienie. Wentylują nam te setki otworków obudowę. Można w niebanalny sposób? Ano jak widać można. Wygląda to bardzo fajnie i mimo tej prostej formy od razu czujemy, że jednak dostaliśmy do ręki coś zaprojektowanego nie z metra, a specjalnie na tę okazję właśnie. Z przodu też jest mytekowo, ta ponacinana faktura ala skóra aligatora to całościowo (vide góra obudowy) udany projekt stylistyczny, prezentuje się nam ten maluch bardzo i można sobie go wyeksponować, a nie że schować, bo ładny dla oka to widok.

No, cześć

Z przodu mamy wielokolorowe diody, gałę (enkodera) oraz wyjście słuchawkowe 6.3. Z tłu od razu widać, że to firma, która pro-toolsy robi. Na bogato, możemy sporo źródeł cyfrowych tutaj zintegrować, bo jest AES i dodatkowe (czyli w sumie 2) SPDIFy, można jak już wcześniej pisałem, alternatywną elektrownię podpinać, przy czym solidne, wewnętrzne zasilanie spokojnie możemy potraktować jako docelowe rozwiązanie, a to dodatkowe, to jak będziemy chcieli sobie upgrade zaaplikować, niekoniecznie chcąc wymieniać przetwornik, bo tak nam ten Liberty do gustu przypadł (a jednocześnie audiofilianervosa wymaga sięgnięcia po portfel). Opcja jest. Jako, że naprawdę małe to jest, to na wyjściowe XLRy zwyczajnie nie byłoby miejsca, stąd standard w studio dobrze znany (w domowym audio kompletnie nie spotykany) czytaj dwa TRSy dla balansu obok wyjść SE znajdziemy. Sam enkoder działa z lekkim skokiem, wiemy gdzie jesteśmy, bo diodki nas o tym informują świecąc w różnych kolorach, w trybie: pokaż poziom wzmocnienia, wskazując jak daleko w prawo jesteśmy ;-) . Wystarczy nacisnąć, by paliły się tylko dwie, a nie dajmy na to pięć, diody i wtedy wiemy, które z wejść cyfrowych jest uaktywnione, poza tym czy gra nam MQA albo czy DSD gra nam. Tak, mamy MQA, o którym wspomnę niebawem, bo – co dla mnie było sporym zaskoczeniem, bo choć Chrisa znam, cenię, przyjemnie wspominam rozmowę z nim na AVS bodaj trzy lata temu, to jednak jego Computeraudiophile zaliczam do głównego nurtu, do mainstreamu publikatorów audio, a tu wyciął ostatnio niezły numer… oddał głos na głównej koledze Archimago (o którym wspominałem na łamach MQA i niezmiennie bardzo polecam jegomościa i jego niezobowiązujący blog… konkretna wiedza w cenie, zdrowy rozsądek podobnie). Takie podsumowanie tego, co sam popełniłem na temat MQA tu i tutaj.  No dobrze, Mytek to ma i to szeroko ma, bo we wszystkich nowych DACach oferuje pełne wsparcie dla origami. Krótko mówiąc, świeci się na zielono (bywa, że chwilę zajmie identyfikacja/odpakowanie/autoryzacja), wróć, świeci się na niebiesko (niektórzy dostają wrzodów, jak im się nie świeci – przepraszam za drobną złośliwość ;-) ), czyli jest „fully authenticated”. Wspominają w instrukcji o „dokładnie to, co artysta był w studio….”, litościwie pominę to tutaj i powiem tylko tyle: wyróbcie sobie swoją własną opinię na temat. Warto nie tylko słuchać (porównajcie sobie PCM, czy DSD z MQA… Tidal daje takie możliwości w dużym zakresie obecnie), ale także poczytać jw. W tym wypadku naprawdę warto zrobić obie te rzeczy.

Pasuje jak ulał, jak włoskie wyyyygodne obuwie z tymi Sundara ten Mytek

Dobra, gra nam ten Liberty także DSD, w przypadku ROONa Core na makówie jest DoP i 128, jak sobie podepniemy (z zrobimy to niezawodnie) w salonie do end-pointa HTPC to posłuchamy Myteka w trybie native i poleci także materiał DSD256, który – muszę przyznać – robi wrażenie, bo cholernie dobrze to nagrane jest, wyczynowe, bez dwóch zdań, taki pokaz możliwości rejestracji i przeniesienia w najbardziej topowej formie tego, co było przez muzyków grane. No, no. Recz jasna znaczenie czysto poznawcze, a nie użyteczne to ma, bo takie nagrania to nawet nisza nie będzie, zwyczajnie nikt w to bawić się nie będzie na szeroką skalę, zapomnijcie. Dobrze, to jak jesteśmy przy materiałach, to powiem jeszcze, że ostatnio nam się na Tidalu przepysznie dzieje, w zakładce (tak, tak MQA) lądują fantastyczne rzeczy i to bardzo, bardzo podnosi wartość tego streamu w moich oczach… po prostu wcześniej, żeby takie znakomite nagrania móc legalnie posłuchać, trzeba było wydać krocie. Teraz można to mieć za 40 złotych. Naprawdę… warto docenić, dodatkowo trzymać kciuki za integrację przez Roon labs nowego modułu rozgłośni internetowych. Pracują nad tym, bo to co obecnie nie przystaje do reszty jakościowo (dodawanie z paska adresów) i jak będzie to kolejne, potencjalne źródło znakomitego audio z fenomenalną nawigacją, integracją całej kolekcji trafi do użytkowników ROONa. Jest na co czekać, bo sporo się dzieje w radio streamie… bezstratnie się dzieje, wyczynowo się dzieje i jeszcze, na dokładkę, na żywo się dzieje. Jak będziemy mogli, nie ruszając się z fotela, przenieść się do sali koncertowej albo na stadion to ja bardzo chętnie to zrobię. Oczywiście to jak z kinem z jednej i telewizorem/projektorem z drugiej, inaczej, ale i tak bardzo chętnie, szczególnie że nie tylko wielkie wydarzenia, ale także kameralne w jakości dużo lepszej od niskobitratowe mp3 będą na zawołanie.

Głośno! Przy czym na planarach cztery palą się musowo

Sprzęt podczas pracy delikatnie ciepły jest, widać że robotę robią te wycięcia układające się w logo firmowe na górze i na dole obudowy. Poziom wzmocnienia dla planarów to pi razy oko co najmniej 15 (Sundara, LCD-3), oczywiście przy sygnale DSD gra ciszej i trochę bardziej dokręcamy w prawo. Precyzja, rozdzielczość, wgląd to na pierwszy rzut ucha wybija się, buduje nam przekaz. Obiecałem, że skonfrontuję KORGa z Mytekiem @ DSD i możecie być pewni, że takie porównanie we właściwiej recenzji znajdziecie, podepnę zarówno pod laptopa i słuchawek, jak również stacjonarnego toru z kolumnami. Z ciekawości chcę także sprawdzić jak sobie Liberty poradzi w porównaniu z thunderboltowym interfejsem (też pro-tools, nawet bardziej, bo wyposażony pod potrzeby tj. ZOOM TAC-2) i tu też będzie face to face. To chyba zamknie nam plan kompleksowego przetestowania tego klamota. Stylistycznie i jeszcze bardziej całościowo, jak się pojawi, to będzie także z nowym iMakiem Pro obfotografowany, chcę przy okazji sprawdzić, ile prawdy jest w krytycznych głosach na temat problematyczności nowego thunderbolta 3.0 z interfejsem audio na piorunie. Podobno nie jest cacy, a dodatkowo psy wieszają na HS strasznie. Nie wiem, u mnie nadal Sierra, po wpadkach Apple z najnowszymi wersjami oprogramowania generalnie wstrzymuję się z decyzją o upie. Mytek Liberty DAC niewykluczone, że sobie chwilę zagra z takim kompem, konfrontowany z TAC-2 służącym nie tylko do porównania, ale także weryfikującym doniesienia o problemach pro-toolsów z tym co komputerowe, nowe w ofercie Apple.

Niby nic, a jednak robi różnicę.
Kompaktowy, prostokątny, mały, a ładny i jeszcze to ładny koresponduje zaprojektowany z głową (logo = otwory wentylacyjne)

PC też jw. będzie! Będzie bardzo, bo jw. zagramy via HTPC w natywnym trybie DSD wyczynowe. Także sterowniki (o to jestem spokojny, znając podejście Myteka do wsparcia) też sobie sprawdzimy pod Windą, nawet jeżeli teraz ta Winda sterów już nie potrzebuje (od Creators Update, jak pisałem na HDO z pół roku temu, macie wreszcie UAC 2.0 …ile to czasu musiało upłynąć, no ale w końcu jest). Plan mamy zatem konkret, a na koniec tych pierwszych wrażeń, najbliższe zapowiedzi:

- recenzja HiFiMAN Sundara
- artykuł Cayin iHA-6/iDAC-6
- parę słów o RHA MA750 (btw polską witrynę, sklep on-line, RHA sprokurowało właśnie, będzie niebawem wpis o tym)

To przetestowany sprzęt, ale nie tylko o sprzęcie będzie, bo w przygotowaniu są dwa artykuły problemowe. Jeden, krótki, podsumowujący temat MQA, właściwie odsyłający do Chrisa, o czym było powyżej oraz drugi… i znowu kij w mrowisko: „Dlaczego audiofilskie routery nie grają, dlaczego audiofilskie kable ethernetowe nie grają o 1000, 2000, 5000$ lepiej od tych za 1000, 2000 i 5000$ mniej” i „dlaczego próba twórczego nawiązania do wideofilii wystawia audiofilii na pośmiewisko, czyli nie pisz o czymś, o czym nie masz zielonego pojęcia„. Przeczytałem coś, co wywołało u mnie przemożną chęć podzielenia się swoim zdaniem na temat bzdurnych teorii, fałszywych wniosków oraz bezwstydnych (to delikatne słowo) prób wciskania kitu. W imię $, oczywiście, bo tylko to „uzasadnia” takie rozmijanie się z rzeczywistością. Wymierny, liczony banknotami, interes.

PS. Swego czasu testowałem telewizory, z projektorami też miałem co nieco wspólnego.

Poniżej fotogaleria z Liberty w szczegółach:

» Czytaj dalej

WOO AUDIO… historia pewnego sukcesu

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
WOOAUDIO_WA7-silver

WOO AUDIO. Kto nie słyszał o tych wzmakach? Chyba każdy, komu bliska jest tematyka audio wie o co chodzi. Sprzęt bardzo trudno dostępny w Europie, właściwie niespotykany (do „wczoraj” tylko jeden dystrybutor na Starym Kontynencie, JEDEN). Bardzo rzadko spotykany na imprezach, jak już u kogoś w domu to daleki import… A jednak. A jednak wielu z Was zapewne słyszało o tej marce, o legendzie jaka otacza te klamoty, o tym jakie to precjoza, jakie skarby, że tylko zdobyć, ustawić i już (dalej) nie szukać. Wspólnym mianownikiem była i jest tu lampa. Lampa w niebanalnej, ekstremalnej wręcz formie, bo lampie wszystko tu przyporządkowane, bo lampa to patent, to pomysł i jedna (jedynie słuszna? ;-) droga, do wydobycia całego przebogatego piękna z muzyki. Tak, tak sobie w tym WOO AUDIO wymyślili i wiecie co? Chwała im. Chwała im za to, że nie ulegli pokusie eksperymentowania z tranzystorem tylko skupili się na tym, co znają i co (nie mam żadnych wątpliwości, że tak właśnie jest) KOCHAJĄ.

Są takie rzeczy, których specjalnie nie trzeba reklamować. Wiecie o co chodzi. Jest sobie klamot, specjalnie niereklamowany (jakoś nigdy, przenigdy nie widziałem w głównonurtowych periodykach wielkich reklam, a nawet małych reklam, a nawet jakiś przekazów podprogowych w necie nie widziałem też), a ludzie mówią. Mówią, bo słuchają i dzielą się opiniami. Budowanie marki, budowanie uznania bez machiny marketingowej, a właśnie oddolnie (ktoś zaraz o ustawce coś napomknie… cóż, takie czasy – tutaj nie ma to zastosowania) zdobywa uznanie. Bo ludzie czują, że trafili na coś wyjątkowego, na coś co przenosi ich do lepszej, dużo lepszej rzeczywistości, tam gdzie liczy się tylko „tu i teraz”. I głośno wyrażają opinię, opisując na forach swoje wrażenia. 

To miałem sposobność i cóż, jak tu nie zachorować, no jak? WA5

WOO AUDIO to niewielka firma, ale z bogatym doświadczeniem (ludzie!) i wcale bogatym (patrz/wróć – niewielka firma) katalogiem. Wierna swoim zasadom, swoim patentom, przy czym to (od razu uprzedzam) górna półka. Tu nie będzie budżetowo, tu będzie konkretnie. Przy czym jedno dla mnie nie podlega dyskusji. Czy całkiem malutka, nawet trubo kompaktowa konstrukcja, czy piękna, dzielona konstrukcja (SET na lampach 300B), czy monobloki… bez różnicy, to jest end of the road. Słyszałem dwa takie wzmacniacze i powiem wprost – to nie było doświadczenie li tylko fizyczne, ale (już widzę wywracających gałami) metafizyczne. To był totalny odlot.

Zainfekowany

Był odlot i nie mogłem, zwyczajnie nie mogłem tego tak zostawić. Stąd decyzja o lampie, ale właśnie bardzo kompaktowo, o dodatkowym (dodatkowym? Serio… dodatkowym? ;-) ) systemie opartym na bańkach. I tak przyszedł czas na modyfikowanego bez ustanku Mini Watt-a z wsadem (czego tam nie było) najprzeróżniejszych NOSów (Telefunkeny, philipsowe …miniwatty, Mullardy…) jak i baniek z nowej produkcji (PSVANE) –  tak dopadła mnie lampofilia w tragicznie nieuleczalnej formie. W końcu znalazłem coś, co pozwoliło (ciekawe na jak długo?) położyć kres poszukiwaniom. Trafił się wsad brimarowy, który gra do dziś. Tak, ale wspomnienie WA5 pozostało we mnie i jak cierń do dziś uwiera boleśnie. Cóż.

Ehhh

Za sukcesem firmy stoją dwaj główni inżynierowie pan Wei i Zhi Dong, którzy mają za sobą ponad 60 lat konstruowania i budowania wysokiej klasy wzmacniaczy. Głównym animatorem jest przedstawiciel młodego pokolenia Jack Woo – dyrektor techniczny i główny manager. Bardzo istotne – to nowojorczycy, o czym kapkę dalej. Montaż klamotów wykonywany jest z autorskich komponentów, na miejscu w Nowym Jorku właśnie. Rzecz jasna lampa to ciągła (ehę ;-) ) potrzeba doskonalenia wynikająca nie tylko z …potrzeby doskonalenia, ale (także) przebiegającego w określonym czasie zużycia baniek (nie czas i miejsce na teoretyczne rozważania, ale to dobra wymówka, by sprawić sobie nowy komplet, nieprawdaż? …hehehe).

Wiecie co jest fajne w Nowym Jorku? Wiele rzeczy, ale najfajniejszy jest dystans, luz, całkowita wolność, swoboda z jaką Nowojorczycy odnoszą się do otaczającej ich rzeczywistości. WOO AUDIO to właśnie TO. Oni z nikim się nie ścigają, nie rywalizują i nie starają się udowodnić Bóg wie czego. Są ponad_to. Stąd, jak wspomniałem, brak hype, brak tego wszystkiego, co niezmiernie mnie ostatnimi czasy wk..wia w branży. Kiedy pojawiają się pieniądze, duże pieniądze, kiedy wszystko co z audio związane pęcznieje (bezsprzecznie słuchawki są ostatnio najlepszym dowodem na to, co sobie tutaj wypisuje, słuchawki i szeroko rozumiany temat PC Audio) widać, jak się to brutalnie komercjalizuje. Nie chodzi o zarabianie pieniędzy, a o to, jak je się zarabia. Można w zgodzie z samym sobą, można też inaczej. Coraz częściej dostrzegam to „inaczej”. I wiecie co? Chrzanię to po całości!

Lampy hurtem WA33

Na mnie (a na kogo nie? Nie znam ;-) ) urok żarzących się w półmroku lampiszonów działa, niezawodnie działa. Jak widzę bańkę to już tylko ta bańka i jakby tu sobie tę bańkę (…też tak macie? Pewnie że macie! :) ) zaaplikować. Poniżej, krótkie resume po ofercie WOO (nie całej, bo sporo tego!). Te opisane poniżej precjoza trafią na polski rynek, będzie zatem można zasmakować w dźwięku, który nie pozostawia obojętnym. Ma silne właściwości uzależniające, także LOJALNIE UPRZEDZAM – jak już wpadniesz, to po same nomen omen uszy.

I nie ma odwrotu:

PS. Uporaliśmy się (no prawie) z CMS-em. Lecimy z koksem – jeszcze dzisiaj nocną porą reinkarnacja iPoda, a potem słuchawkowe hajendy i pod koniec tygodnia obiecywana, wszystkomająca (tak uważam i obronię to w recenzji niepodlegającymi dyskusji argumentami ;-) ), idealnie skrojona na dziś i na jutro integra NADa.

» Czytaj dalej

Alternatywa dla PC: Zidoo X10 & MATRIX Mini-i Pro 2S

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180209_141839649_iOS

Alternatywa, bo dzisiaj po pierwsze i najważniejsze tylko stream (a to ta androidowa skrzynka koncertowo nam „ogarnie”), w drodze integracja Andka w ROONie (like iOS vide nasz wpis) – to po drugie, a po trzecie możemy stworzyć na bazie tych skrzynek coś, co przyjmie strumień także z wszelkiej maści handheldów i to nie tylko via Bluetooth (tu w bardzo zaawansowanej wersji BT 4.0 z kodekiem aptX i modułem o późnieniach <20ms), ale także CAST (24/96) lub AirPlay. Odnośnie tego ostatniego, na razie kiepski (tak kiepski!) pierwszej generacji z obsługiwany za pomocą pluginów, tylko 16/44, tylko 2 sekundowy bufor, opóźnienia na nieakceptowalnym poziomie w przypadku synchro obrazu z dźwiękiem itd itp, ale… nowy AirPlay 2 ma być po pierwsze czystym kodem (żadne tam hardware, wymagające testów u Apple, osobnej certyfikacji… przynajmniej teoretycznie), po drugie ma mieć to wszystko czego nie ma poprzednik, a więc obsługę stref, brak konieczności utrzymywania aktywnej aplikacji odtwarzającej (tylko sterownik), choć tutaj wydaje się że dotyczyć to ma tylko własnego ekosystemu (sic!) czytaj HomePoda i Apple Music, wreszcie po trzecie bufor gwarantujący znacznie lepsze działanie całości (zapas na co najmniej wielominutowe odtwarzanie treści, a nie jak teraz dwu sekundowe O_o).

Odnośnie jakości to Apple nadal nie ujawniło, czy AP2 będzie hi-reso lubny, także jeszcze hold your horses jabłkoluby ;-) Oczywiście bankowo pojawią się odpowiednie apki (obsługa) na Google Play, nie mam najmniejszych wątpliwości, że tak się stanie. Dodajmy do tego cast, miracast i w ogóle wszystkie możliwe protokoły bezprzewodowe jakie nam tytułowy X10 może potencjalnie obsłużyć i już wiemy, że można to, to wykorzystać z powodzeniem w salonie zamiast HTPC (ekrany niekoniecznie muszą być na kablu, a jak już jesteśmy przy projekcji… wiadomo, stream dwukierunkowy obrazu i dźwięku bardzo by się przydał… softwareowo te multimedialne skrzynki są na to gotowe, także hware z modułami 801ac powinien „dać radę”). Dobrze, zagalopowałem się trochę, bo w przyszłość wybiegam nieco, a tu trzeba skupić się na tym co tu i teraz.

Kino i stereo. Preferuję to drugie, ale kto co lubi i akurat ma ochotę. Tu da się te dwa światy na wyczynowym poziomie pogodzić.
Btw widzicie, że obraz wychodzi poza ekran?
Pięć sekund w konfiguratorze i wszystko gra/buczy. Znakomicie przygotowana od tej strony skrzynka, multum opcji (w recenzji szczegóły) 

Tu i teraz mamy mocno unikalną skrzynkę nie tylko obsługującą wszystko jak leci, ale X10 potrafi także przyjąć sygnał via HDMI, bo ma wejście. Także w oparciu o tego klamota, możecie wzorem Xbox-a, stworzyć sobie kompletne rozwiązanie z dodatkowym źródłem video, który będzie via Zidoo zintegrowany z Waszym ekranem. Fajnie. PIP, nagrywanie… to wszystko jak najbardziej. Lepiej – możecie to wszystko także w jakości 4K. Po mojemu idealny tandem to pozbawiony streamu Oppo UDP-205 lub 203 pożeniony z tą skrzynką właśnie (do wejścia w Oppo podpinamy jakąś konsolę, jak ktoś ma na to czas i voilà). Także możliwości dla wideofila otwierają się naprawdę bezkresne, bo poza ewentualnym, fizycznym nośnikiem, macie tutaj dowolny stream z sieci, także obsługę treści 4k (YT)… jedyna kwestia do uregulowania, przy czym bardzo istotna to HD, uHD z serwisów (patrz tabelka). Natomiast w kwestii obsługi wideo (Ultra-HD 4K 60fps &HDR 10 bit) oraz audio z pliku jest wszystko i to zarówno w kontekście obrazu (BD-ISO, uhd BD ISO; dwa front-endy multimedialne, w tym jeden oparty na XBMC), jak i dźwięku (DSD 64/128/256 native, PCM 24/192, wszelkie formaty). To ostatnie oczywiście dzięki może topornemu nieco, ale niezawodnemu i bardzo mocno konfigurowalnemu USB Audio PRO (integruje nam się od razu Tidal, bo w apce jest taka opcja btw). Pobieramy i już bezkompromisowo via X10 gramy. Na Mini-i Pro 2S rzecz jasna…

Co i jak ogrania, a czego nie. Jak widać Android w wersji skrzynkowej czeka jeszcze na obsługę streamu wideo w opcji no limits (rozdzielczość)

Tak, Matrix. Najlepszy z rodziny Mini-i, na nowej kości ESS9026PRO. A te nowe kości Sabre to wg. mnie (to będzie czwarta skrzynka z nową generacją, mogę więc trochę sobie pouogólniać ;-) ) inna charakterystyka, nie taka cyfrowo-analityczna, zimno-obojętna jak w poprzednikach (przy czym, raz jeszcze, to tylko jeden z elementów całości, można tak doprawić, tak zaprojektować całego klamota, że będzie grał „jak na Wolfsonach” ;-) ). Swoboda, niebywała wręcz rozdzielczość, świetna dynamika pogodzone z muzykalnym, angażującym przekazem. Takie mam doświadczenia, póki co. Brzmi to nie tylko inaczej, ale wyraźnie ciekawiej, bardziej przykuwa, jest przyjemniejsze w odbiorze. Ten mini-i Pro 2S ma wszystko co trzeba, by stać się cyfrową centralką i połączyć nam cały sprzęt audio i audio/video (z zastrzeżeniem, rzecz jasna, opcji multichannel). Ważne: od teraz macie DSD na każdym interfejsie, także SPDIF, także @ AES (DoP64), z wyłączniem, co oczywiste, BT, przy czym sinozębny poza wspominanymi usprawnieniami potrafi jeszcze obsłużyć kodek AAC (jabłkoluby się cieszą, bo mogą z telefonu oraz tabletu słać w lepszej jakości strumienie, mogą). USB jest wyczynowe, bo nawet 32 bity (Mac ogarnia takie coś), DXD (384kHz)… no magia cyferek. Dla mnie istotne jest to, że jw. gra to dla mnie ewidentnie ciekawiej. Reszta jest przyjemnym dodatkiem.

Mmm :)
Jest dobrze, szczególnie na materiale 1 bitowym, granym via ROON (tor: Core/ThunderboltowyDock/Matrix)

Z przodu mamy dużego jacka, a samo wyjście słuchawkowe obsługuje nam osobna kość TPA6120, także będzie można swobodnie podpinać także te najtrudniejsze nauszniki – to właśnie obiecuje nam producent w specyfikacji. Sprawdzimy. Podobnie jak w innych DACampach z linii Mini-i także tu do wyboru jest praca jako PRE (potencjometr pracuje) albo jako czysty DAC (wtedy na wyjściach mamy stały poziom, a wyjście słuchawkowe jest odłączone). Pamiętacie uberDACa X-Sabre Pro gen 2? Menu konfiguracyjne wygląda znajomo, jest podobnie rozbudowane, a wisienką jest 7 filtrów dla PCM (tak aż siedem) i 4 dla DSD. Także całkiem konkretny moduł DSP tam pracuje, jak widać. Jest jeszcze opcja redukcji jittera (załączamy sprzętowo dla USB ultraniskie opóźnienia) i parę innych rzeczy, które omówię we właściwej recenzji. Z sygnałem BT nie powinno być problemów, bo podobnie jak w modelu bez pro dali złączę na antenkę i samą antenkę, będzie zatem inaczej niż w wielu ostatnio testowanych @HDO urządzeniach audio, gdzie brak tego elementu (m2tech choćby) zaowocował dropami, problemami z transmisją …w tym samym pomieszczeniu. Porażka. Tutaj powinno być bardzo dobrze. Pilocik to bardzo ładny, robiony na ich zamówienie, częściowo metalowy sterownik pozwalający na sprawną obsługę klamota. Jak zwykle w czerni i w srebrze skrzynki, a wszystko to za 2650zł. Zidoo zaś to 1099zł. Poziom nie „entrowy”, a nawet nie zwyczajnie hajfajowy plus minus 3800 zł za oba klamoty. Jak aktywne, czy słuchawki to już cały, gotowy tor, a jak nie to można jeszcze ciekawe uzupełnienie od Matriksa dobrać, tj. amp dopasowany do linii Mini-i. Czytaj końcówka na ICEPower ze sterowaniem via Pro 2S w opcji SE, albo dual-mono. Też ładnie.

U nas za końcówkę robi C315BEE z wychyloną na maks. gałą w prawo

A że nie ma natywnego MQA? A że będę z tego powodu rozdzierał szaty? Nie, nie będę. A dlaczego nie będę to patrz tu i tutaj. Także kompletna alternatywa dla PC Audio z czymś, co integruje, obsługuje i jeszcze parę unikalnych zdolności ma (DSD native, nagrywanie 4k via HDMI & PIP, przyszłościowe vide napędzający streamera OS). I jeszcze może „Kino spotyka stereo część 3″? Mhm :)

USB audio ON. Po co komputer, jak można tak? Rzecz jasna full opcja grania via komputerowy interfejs dostępna via USB Audio PRO

Jak PCM to firmowe oprogramowanie będzie w sam raz. Jest 24/192, można sporo ustawić, dla wielu starczy (patrz obrazek „kino i stereo” ;-) )
Jeżeli jednak jw. DSD w dużej ilości i różnorodności to apkę trzeba ściągnąć odpowiednią. Oczywiście po optyku (zdjęcie) też zagra DoP DSD64 

Można? Można.

 

BTW.: Matrix ostatnio otrzymał certyfikat Hi-Res Audio, przyznawany przez Japan Audio Society. Biorąc pod uwagę SQ, jakość produktów w pełni zasłużenie. Gratulujemy!

Poniżej jeszcze „trochę” zdjęć z opisem obu klamotów:

» Czytaj dalej

Pojedynek na szczycie: HE-1000 vs MrSpeakers Ether Flow vs LCD-3

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170302_075639512_iOS

Z tym tytułowym szczytem to nie do końca tak, że szczyt, no może i szczyt, ale są (jeszcze) wyższe szczyty. Wspomniałem ostatnio o tym na łamach – nowe modele są dwa, trzy razy droższe od niedawnych top of the top i ten trend w katalogach specjalistów z branży wyraźnie widać. Ceny przebijają kolejne „granice”, docieramy do finansowej stratosfery. Mniejsza. To co udało mi się zgromadzić i porównać wyznacza horyzont możliwości, mimo droższych modeli jakie pojawiły się ostatnio – serio – szczerze wątpię w nawet 10% progres (odnośnie tych procentów, to w ogóle idiotyzm, żeby opisywać to w jakiejś skali… na tym pułapie to często subtelne „inaczej”, ale już niekoniecznie „lepiej” / „gorzej”). Nowe flagowce to często, gęsto (jeszcze) bardziej luksusowe materiały, ergonomiczne zmiany w konstrukcji, które mogą przełożyć się na większy komfort użytkowania oraz… jakaś legenda (o tym, „jak to w pocie czoła…” ;-) ). Nie chcę przez to powiedzieć, że dochodzimy do ściany, ale mówiąc wprost – najdroższe do niedawna słuchawki to poziom tak wyśrubowany, że zmiany, radykalne zmiany możliwe są chyba tylko w przypadku technologicznego przeskoku (vide grafen), zastosowania całkowicie nowych rozwiązań.

W naszym porównawczym teście zmierzyły się cztery znakomite nauszniki firm specjalizujących się w produkcji słuchawek planarnych: HiFiMAN HE-1000, dwa modele MrSpeakers Ether Flow (otwarte) oraz C (zamknięte), wreszcie opisane wcześniej, redakcyjne Audeze LCD-3 (jako punkt odniesienia). Na rynek trafiła nowsza wersja „tysięczników”, ze zmianami głównie pod kątem ergonomii, LCD-3 nadal są w ofercie, a Ethery to obecnie szczyt oferty MrSpeakers (które, jak pamiętacie, od paru miesięcy ma polskiego dystrybutora). Testowanie tych wszystkich nauszników było ciekawym doświadczeniem – z jednej strony macie obiektywnie bardzo wysoki poziom w przypadku każdej z wymienionych konstrukcji, generalnie rzecz ujmując – to, co możliwe jest do osiągnięcia w zakresie jakości brzmienia w przypadku słuchawek, z drugiej to inne smaki, one się znacząco różnią, to inny patent na dźwięk… tu (znowu generalizuje) nie ma wspólnego mianownika. Ktoś mógłby z miejsca zaprotestować – no ale jak to, przecież jest jakiś absolut, jakiś poziom doskonałości, coś co stanowi cel, metę… a tu mowa o różnych, bardzo różnych sposobach reprodukcji.

…z thunderboltowego pro toolsa. Cymes!

Nie ma czegoś takiego jak „absolut” w audio. Nie ma czegoś takiego jak wzorzec z Sevres. Nigdy nie było i nigdy nie będzie. Nie jest tym absolutem wyczynowa neutralność, nie jest hiperanalityczność, nie jest (bo nie występuje w przypadku reprodukowania muzyki w domu) kontrowersyjne „jak na żywo”. Drogi, które prowadzą do obiektywnie doskonałego dźwięku (przy wszystkich ograniczeniach wynikających z subiektywnej, indywidualnej oceny) są tak różne, że w ogóle trudno tu mówić o czymś, co stanowi patent do osiągnięcia audionirwany… tych patentów jest tak wiele… każdy konstruktor wybiera pewną drogę dojścia do zakładanego rezultatu. Jak wspomniałem powyżej, postęp w głośnikach, w sposobie reprodukowania dźwięku to nie IT (brak analogii), to powolny proces, a jakaś znaczącą rewolucję mogłoby wywołać dopiero wprowadzenie awangardowych materiałów. Bez tego o żadnej rewolucji (popatrzmy na kolumny) nie może być mowy. Ze słuchawkami jest o tyle inaczej, że pewne, istotne udoskonalenia, wymuszają okoliczności. Mamy mobile, mamy zmiany w dystrybucji muzyki, mamy popularyzację tego co i na uszach. A to niejako wymusza, ułatwia adaptacje nowych pomysłów, przy czym granice tego co można da się (podobnie jak w przypadku kolumn) przekroczyć wtedy, gdy nowe materiały pozwolą znieść ograniczenia fizyczne na jakie natrafili konstruktorzy, korzystający z dotychczasowych rozwiązań, technologii.

Tytułowe słuchawki są „naj”, ale to „naj” jest różnorodne, inne, to indywidualne wybory, to nasza wrażliwość, to nasz gust. Tu nie ma mowy o dźwięku niesatysfakcjonującym. Ba, tu nie ma mowy o dźwięku, który „nie podchodzi”, bo trudno mówić w przypadku tych nauszników o niedostatkach, o czymś, czego „nie ma”. Natomiast każda z tych konstrukcji odmiennie czaruje, odmiennie bierze nas w swoje władanie, pozwala w różny (tak, to dla portfela niewątpliwie przykre, ale najlepiej, bo najpełniej dla maniaka bezkompromisowego dźwięku z nauszników to mieć całą kolekcję takich flagowców) sposób przeżywać spotkanie z muzyką, na poziomie absolutnie topowym. No dobrze, ale mamy w tytule pojedynek, niech więc subiektywna ocena podkręci atmosferę, niech to porównanie nabierze nam nieco sportowego charakteru. Pamiętajmy tylko, że tu nie ma przegranych, nie ma konstrukcji, która „a jednak”, bo w przypadku takich słuchawek zwyczajnie nie ma o tym mowy…

» Czytaj dalej

ROON, aktualizacja świąteczna… iPad, iPhone pełnoprawnym źródłem audio!!!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
tyt

Co za ludzie, no nie dadzą człowiekowi odpocząć, tylko zmuszają do nawalania w klawiaturę! ;-)  Roon aktualizacja świąteczna 1.4 a w niej prawdziwa petarda… iPad, iPhone lub iPod Touch stają się od teraz takim samym źródłem audio (end-pointem) jak PC! Wiecie co to oznacza? Pewnie, że wiecie. Każdy klamot kompatybilny z iCośtam pozwala na utworzenie strefy BEZ KOMPUTERA. Wystarczy to co w kieszeni, wystarczy tablet i już. Wspominałem o świetnym iPengu, dawał nam możliwość integracji w ramach protokołu LMS (Logitech) iOSowego urządzenia, działało to bardzo dobrze, ale z oczywistymi ograniczeniami (jak: downsampling, maks. 16/44-48). Nie mieliśmy możliwości wykorzystania pełnych możliwości przykładowo iPada, bo nie dało się uzyskać bitperfect (grając hi-resy), nie można było wykorzystać handheldów Apple jako odpowiednika PC/Mac z oprogramowaniem ROON BRIDGE (niezależny end-point, z pełną możliwością konfigurowania, sterowania, obsługi dźwięku oraz wykorzystania silnika DSP). Teraz, moi drodzy, z chwilą wprowadzenia oprogramowania 1.4 macie wspomnianego iPada w takiej właśnie, jak opisałem powyżej roli – autonomicznego źródła, końcówki bez ograniczeń funkcjonalnych. BOMBA! To fantastyczna wiadomość dla użytkowników elektroniki mobilnej spod znaku jabłca, bo mogą od teraz tworzyć multistrefy oparte o swoje urządzenia, a po podpięciu kompatybilnych DACzków możemy mieć hi-resowy end-point z opcją załączenia DSP, bez ograniczeń w SQ. Najlepiej podpinać iCośtam do audio elektroniki przez ACK (Apple Connection Kit), alternatywne rozwiązania innych firm niestety często ograniczają możliwości przesłania dźwięku z urządzenia do przetwornika maks. do 48KHz… adapter jabłca nie ma takich ograniczeń, co można zobaczyć na załączonych obrazkach. Jest też inna ewentualność – są na rynku DACzki, które identyfikują się bezpośrednio (bez adaptera) z naszym, przykładowo iPadem. Testowaliśmy niejedno takie ustrojstwo, jak choćby małego AK10 Astell&Kern vel A200p Beyerdynamic.

Widzicie ten pasek na górze? Tak, tak to już nie działa w trybie Remote (jak włączone to działa jak na stałe odpalony program, a nie że musi nam się apka łączyć każdorazowo z Core, np. po wyjściu na pulpit).
Innymi słowy macie ROON Playera na iOSie! Full opcja, pełna obsługa, żyć nie umierać. iPad jako end-point. Pełne DSP, DSD, MQA (jak komuś to robi ;-) ), z możliwością migrowania do dowolnego miejsca w chałupie… 
…tak wiem, też o tym pomyślałem, a dlaczego by nie od teraz na wynos, gdziekolwiek bądź. Stałe IP to oczywista, oczywistość, teraz droga do tego jest w pełni otwarta. Wow! 

iPad Air 2 ROON READY!

Działa to bez najmniejszych problemów, stabilne jak skała, ale do tego Roon Labs zdążyło nas już przyzwyczaić. Możliwości są ogromne, możecie sobie podpiąć iPada, podłączyć jakiegoś DACa, skorzystać z opcji DSP i – dysponując słuchawkami Audeze – ustawić działanie end-pointu pod swoje nauszniki. Albo, możecie (patrz obrazki) posłuchać sobie wyczynowych hi-resów (obsługa bit-perfect, wychodzimy czystą cyfrą, omijając całkowicie układy iPada), nawet DSD via DoP lub PCM nawet do 384KHz! Ale że jak?! Wystarczy odpowiedni, działający ze sprzętem Apple klamot, jak choćby redakcyjny hiFace DAC (M2Tech), którego mocno katowaliśmy z Air 2 oraz kilkoma modelami słuchawek. Identyfikacja bezproblemowa, DAC pozwolił na obsługę plików DXD oraz (tu z pewnym ograniczeniem, ale leżącym wyłącznie po stronie Włocha) DSD. Grał zatem 1 bitowy materiał, przy czym cicho, ale to – podkreślam – żadne ograniczenie iPada jako źródła, bo identycznie jest z komputerami… po prostu ten typ tak ma, zresztą specyfikacja podaje, że plików 1 bitowych hiFace nie obsługuje, co nie jest do końca prawdą, a wręcz jest bujdą, bo obsługuje. DAC ma takie możliwości, gra takie pliki, robi to w trybie DoP, tylko – właśnie – cicho. Także sprawdziłem z materiałem wyczynowym i tak, jak najbardziej iPad (bo to raczej tablet będzie najwygodniejszym, najsensowniejszym handheldem podpinanym pod roonowy tor) może być zamiast komputera. Idealne rozwiązanie do salonów, jakiś stref gdzie zwyczajnie nie mamy ochoty na PC (a jednocześnie nie chcemy rezygnować z systemu stereo, a nie takiego opartego o jakiegoś głośnikograjka RoonReady). Dodajmy do tego wygodę obsługi (dotykowy interfejs) i cóż… ROON jest, cholera, nie do pobicia! Zamiast korzystać z erzaców (AirPlay – np. AirPorty czy AppleTV identyfikowane wcześniej w ROONie, który dysponuje obsługą tego protokołu) można teraz mieć jabłczane źródło o nieograniczonych możliwościach, takich jak komputer, korzystać z potęgi trybów DSP, dostosowania do efektora, pomieszczenia… WOW! Wprowadzenie pełnego wsparcia dla mobilnego systemu (iOS) to fantastyczna rzecz, już nie tylko Win, nie tylko macOS czy Linux, ale od teraz także iOS może być w pełni Roon Ready!!! Ważne, żeby skorzystać z opcji pełnego wsparcia ROONa w iOSie trzeba zainstalować wersję 11. Niestety bez najnowszego, nadal zabugowanego systemu mobilnego Apple się nie obejdzie. Przy czym na szczęście, wszystkie urządzenia z poprzednią wersją systemu (iOS10) niczego nie tracą, odnośnie dotychczasowej funkcjonalności. Nadal działa to jako Remote, nadal możemy sterować odtwarzaniem na innych urządzeniach, konfigurować etc. po zaktualizowaniu Core do 1.4.

I co Wy na to? iPad jako pełnoprawne źródło w ROONie. Już nie trzeba iPenga (ograniczenia), mamy dokładnie to samo, co daje nam PC/Mac w opcji ROON Bridge!
Tutaj, jak widać, leci sobie DSD via DoP

Hi-resy 

…w dowolnym miejscu, słuchawki, ale i stacjonarny tor, w którym end-pointem będzie iPad

To nie jedyna rzecz, którą wprowadzili pod choinkę. W najnowszej wersji 1.4 przebudowano interfejs zarządzania strefami, nawigowania po opcjach sprzętowych… i zrobiono to przegenialnie. Nie dość, że szybciej, nie dość że wygodniej, to jeszcze dostajemy rozbudowane opcje sterowania natężeniem dźwięku. To bardzo istotne, bo ROON, jako jedyne tego typu oprogramowania na rynku, pozwala dopasować swoją pracę nie tylko do podpiętego sprzętu, ale nawet do określonej muzyki! No REWELACJA Panie, Panowie. Możemy dokładnie dopasować sposób odtwarzania, popatrzcie na obrazki… niesamowite! Ustawiamy w zależności od utworu, albumu, danego źródła, można zdać się na auto dopasowanie…. można dokładnie wszystko ustawić pod kątem materiału (o ile znamy jego parametry, jak znamy to je nam ROON btw wyświetli pod okładką albumu …z górką od paru miesięcy to potrafi). Dla purystów to niezwykle istotna sprawa, bo można korygować to co ostatecznie dobiegnie do naszych uszu, dzięki możliwościom oprogramowania dokładnie ustawić całość i cieszyć się doskonale zsynchronizowanym (z materiałem) odtwarzaniem. BOMBA! Do tych kluczowych nastaw oraz do crossfade’a i limitera głośności (można takie coś od teraz wymusić, co może okazać się wielce przydatne, szczególnie z wrażliwą elektroniką oraz słuchawkami) po wyświetleniu pierwszej zakładki informującej nas o parametrach danego urządzenia / strefy. Mamy zatem dokładnie podane co gra, jak jest ustawione i szybko możemy to pozmieniać w setupie (na dole wyświetla się opcja). Proste? Proste, genialnie proste, a jednocześnie dające TAKIE możliwości. Innymi słowy, jak macie pliki DSD (zazwyczaj gra to ciszej) to ustawiacie pod nie reakcję, jak gra materiał PCM to ustawiamy sobie inaczej i nam się ładnie dopasowuje, jak chcemy wyłączyć wszystko, to wyłączamy, jak zamieszczono dokładne informacje nt. parametrów (podano parametr Dynamic Range) to sobie odpowiednio dopasowujemy nastawy.

Ja cież… tak, wiecie co to oznacza… można precyzyjnie dopasować poziom. Super precyzyjnie!

 K.O. :)

No dobrze, to może już wystarczy tych prezentów? A gdzie tam! Przebudowali także moduł odtwarzania po zakończonej liście zaplanowanej przez użytkownika oraz rozbudowali samą listę odtwarzania. Ten moduł, zwany – po prostu – Radio, od teraz jest w wersji 2.0 i choć jeszcze (ale to się niebawem zmieni :) ) odtwarza nam dźwięki „tylko” z naszej kolekcji plików (Tidal / NAS), to robi to od teraz na parę sposobów. Z playlistą podobnie… jest więc pętla, inteligentna pętla, mieszanie, a do tego (w obu przypadkach) pełna informacja na temat odtwarzanych utworów, wykonawców, twórców z odnośnikami do …zewnętrznych źródeł. Dodajmy, że to wszystko w ramach inteligentnego dopasowania pod nasze gusta, w nawiązaniu do wcześniej odtwarzanej muzyki, z wyszukiwaniem inteligentnym po naszej kolekcji, a niebawem (jw) w przepastnych zasobach Internetu (będzie Tidal co oczywiste, ale nie tylko, bo rozgłośnie też się pojawią). Co więcej, to Radio będzie można konfigurować (albo auto, albo określone preferencje, jakościowe, gatunkowe, realizatorskie etc. etc. etc.). Dodam tylko, że mówimy tylko o dodatku, czymś co gra, jak nam się inwencja twórcza odnośnie własnej listy odtwarzania, playlisty skończy.

Wreszcie ponownie zoptymalizowano działanie RAAT, jest szybciej, wydajniej, faktycznie widzę, że mniej zasobów nam połyka (a przecież było dobrze, ale …he, he, zawsze może być lepiej ;-) ). Są jeszcze pewne, kosmetyczne zmiany oraz garść poprawek. Od paru dni testuje (soft dostępny jest właściwie od przedwczoraj) i powiem Wam jedno: ja już prezent pod choinkę dostałem! :-D

Znakomicie… mamy szybki dostęp w zakładce strefy do wszystkiego

Świetny UI jest od teraz jeszcze lepszy!

Skondensowane informacje w zakładce strefy/wybrane urządzenie z kluczowymi nastawami oraz wejściem do setupu

Poniżej, w rozwinięciu sporo materiału zdjęciowego z opisem, obrazujące zmiany jakie zaszły w oprogramowaniu…

» Czytaj dalej

Kiedy kino spotyka audio #2: OPPO UDP-205

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170930_175513822_iOS

Roon Ready end-point? Check! Odtwarzacz UHD z pełną obsługą Dolby Vison / HDR oraz wejściem HDMI 2.0 (4k)? Check! Wielokanałowy, zaawansowany przedwzmacniacz cyfrowo-analogowy AV? Check! Płytograj SACD z opcją bezpośredniego podpięcia amplifikacji w scenariuszu kwadrofonia/surround? Check! Plikograj z obsługą wszystkiego jak leci, w tym (po ostatniej aktualizacji) plików MQA (patrz moje krytyczne teksty o tym standardzie: tutaj i tutaj)? Check! Czegoś tutaj brakuje? No chyba nie brakuje, w topowym Oppo producent postanowił wprowadzić wszystkie najnowsze rozwiązania z zakresu odtwarzania wideo oraz audio. Inaczej sprawy się mają, przynajmniej na razie, w przypadku modelu 203, następcy 103, być może zostanie to zniwelowane aktualizacją, na razie jednak to 205 ma „wszystko”. Dlaczego „wszystko”. Ano dlatego, że tym razem, jak wspominałem w zapowiedzi, nie zdecydowano się na dostęp do streamingów, na własną platformę smart… to świadomy wybór, dla niektórych kontrowersyjny (jak to, dzisiaj, bez strumieni!?), ale według mnie przemyślany i zasadny. OPPO uznało, że nie ma sensu dodawać funkcjonalności, które powielają to, co najcześciej jest zintegrowane w odbiorniku UHDTV, względnie w jakiejś przystawce (o tym jeszcze za moment), ścigając się z innymi w niewdzięcznym (dla producenta) wyścigu aktualizowania, dodawania, uzupełniania (i tak w kółko) oferty. Pamiętacie nasz ostatni test? No właśnie, na przykładzie A10 doskonale widać jak trudno w praktyce zapewnić stabilne wsparcie dla poszczególnych aplikacji dostępowych, jak często dostarczyciele kontentu zmieniają zasady gry. Są duzi, wróć, są najwięksi z branży IT, którzy mają możliwości trzymania ręki na pulsie. I to oni gwarantują, że z Netfliska poleci, że z HBO poleci, że z Prime poleci i z innych też poleci… Nie, nie stawiam się tutaj w roli adwokata producenta, bo to – patrząc z perspektywy dzisiejszych standardów – jw. kontrowersyjna i niełatwa decyzja, bardzo powiedziałbym odważna. Sam początkowo podchodziłem do sprawy z dystansem, nie tyle z powodu dzisiejszych standardów (każdy to w jakimś zakresie ma), co przez wzgląd na poprzednika, gdzie rozwiązano to dobrze, a parę rzeczy to były ekskluzywne perełki i po prostu szkoda. Testując klamota szybko jednak uświadomiłem sobie, że to wcale nie pomyłka, że właśnie z wyżej wymienionych powodów to decyzja zrozumiała i (jak przekonacie się po lekturze recenzji) sensowna także z punktu widzenia użytkownika. Wystarczy jakiś streamer, choćby taki jak przetestowany niedawno A10 (po ostatnich upach HBO oraz Netflix wreszcie działają btw).

Pamiętacie recenzję BDP-105D, klamota, który otrzymał od nas tytuł „end of the road?” Maszyna zrobiła na nas ogromne wrażenie, obecny model to technologiczne rozwinięcie poprzedniego flagowca – tak mamy referencyjny wideo player odtwarzający płyty Blu-ray UHD (poprzednik to maszyna FHD), ale nie tylko to, bo sprzęt podobnie jak poprzednik potrafi odtwarzać nośnik SACD, a dzięki high-endowemu torowi 7.1 (układy C/A ESS Sabre, wielokanałowe, wyjścia analogowe na amplifikacje, zarówno te kinowe, jak i stereofoniczne, o czym kapkę poniżej) można skrzynkę wykorzystać także jako przedwzmacniacz dla ampów, dla wielu ampów, z takimi opcjami jak obsługujące sygnał UHD wejście HDMI (inne źródła ultra HD). To właśnie dzięki HDMI-in w OPPO wspomniany A10 eGreata, Apple TV 4k oraz Chromecast TV stanowiły idealne uzupełnienie, a precyzyjniej, dopełnienie tytułowej skrzynki. Wystarczy tani Chromecast i niwelujemy to, czego UDP-205 brakuje na starcie… tym razem , jak wspomniałem, OPPO zrezygnowało z serwisów strumieniowych, źródeł internetowych dla materiałów audio/wideo. Sieć jest, owszem, ale tylko lokalnie, to znaczy gramy z udostępionych komputerów, NASów w naszej domowej lokalizacji. Działa to znakomicie, znacznie szybciej od wszystkich do tej pory testowanych multiodtwarzaczy, indeksuje nam OPPO lokalne zbiory i w ten sposób wykorzystamy go, jako streamera, ale -właśnie – lokalnego streamera. Także w odróżnieniu od 105 nie mamy bezpośredniego streamu z Tidala, nie będzie także (co boli, bo mieli to ekskluzywnie) znakomitej jakości źródła jakim był serwis strumieniowy Deutsche Grammophon. Tym razem postanowiono przygotować bezkonkurencyjny, jedyny taki odtwarzacz/DAC/pre stereo/wielokanałowy, nie mający odpowiednika w świecie AV, jednakowoż jw pozbawiony tego, co dzisiaj staje się nieodzowną częścią każdego systemu – w końcu dostęp to dzisiaj Internet. Polski dystrybutor ładnie wybrnął z tego „mniej”, dodając do kompletu (1zł to kosztuje, gdy zamówimy sobie 205-kę) Chromecast Audio. Strzał w dziesiątkę, wystarczy wyjąć, skonfigurować, podpiąć dołączonym do kompletu, niezłym przewodem optycznym z zamontowanym w maszynie OPPO dakiem i już mamy serwisy. Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, by w podobny sposób uzupełnić brak strumienia z Internetu w przypadku wideo za pomocą Chromecasta 4k. Zachęcam dystrybutora do takiego ruchu, bo wtedy faktycznie Oppo będzie „wszystkomający” po wyciągnięciu skrzynki i dongli z pudła. Samo uzupełnienie we własnym zakresie to decyzja na jeden ze sposobów integracji strumieni (oczywiście tutaj koniecznie z 4K) via Chromecast Video 4K (tanio) lub Apple TV 4k (drożej) lub Fire TV (Amazon) lub… i tutaj macie jeszcze multum innych propozycji, choć wspomniana zaleta bycia na czasie to właśnie giganci, którzy na bieżąco aktualizują… nie zapominajmy o tym. Można też zdecydować się na takie rozwiązanie jak przetestowany A10 lub jakiś wyspecjalizowany komputer NUC / HTPC. Wszystko to, jak najbardziej, do zrealizowania dzięki wejściu HDMI 2.0 w jakie został wyposażony UDP-205 :)

Takie źródło pozwala zbudować wokół niego cały system, łączący kino z audio na poziomie wysokiej klasy HiFi, a nawet high-endu (dźwięk – mogę sobie wyobrazić 205 w dowolnym systemie, nawet takim za kilkaset tysięcy złotych, gdzie 99% rozwiązań nie daje możliwości grania wielokanałowego, a to… tak moi drodzy, to jedna z rzeczy jakie będzie niebawem branża mocno eksploatować, oj będzie), stanowiąc połączenie odtwarzacza nośników fizycznych oraz plikograja z najlepszymi rozwiązaniami z zakresu oprogramowania, interfejsu, obsługi. Dodajmy do tego wielokanałowość, rozbudowane opcje połączeniowe, funkcjonalność DACa na najnowszych, topowych kościach ESS Sabre i mamy obraz całości, niezwykle atrakcyjnej, gdy uświadomimy sobie, że nie przekraczamy tutaj pułapu 10 tysięcy złotych. Stream audio oraz wideo z sieci w prosty sposób (i tani) dodany (względnie już przez nabywcę użytkowany), czy zintegrowany z Oppo to póki co jedyna taka propozycja (patrząc przez pryzmat ROONa). UDP-205 jako end-point to wg. mnie najlepszy interfejs, najlepsze wrażenia z obsługi kolekcji muzycznych, najsensowniejsza agregacja strumieni tidalowych (cóż, Roon Labs zrobili to lepiej niż sam Tidal z ich nadal pozostawiającą nieco do życzenia aplikacją dostępową) plus ogromne możliwość odnośnie trybów DSP: korekcji pomieszczenia, dopasowania pod konkretne warunki, do podpiętych efektorów etc. Tego nikt w takim zakresie obecnie nie daje, a OPPO to od paru tygodni ma i działa to bezbłędnie. A to przecież tylko wycinek możliwości jakie kryje ta skrzynka w sobie.

Zapraszam…

» Czytaj dalej

Słuchawkowe DSP atakuje #2: True-Fi

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2017-11-09 o 19.54.06

Czas płynie nieubłaganie, a nasze zmysły ulegają procesowi starzenia. Zwracam na to uwagę, wspominam przy okazji testów i – ogólnie – publicystyki na łamach HDO… nie ma się co czarować, z biegiem lat nasz słuch tępi się, dziadzieje, ulega stopniowej degradacji. Takie są fakty, medycznie udokumentowane i zwyczajnie złotouchy 60 latek to coś, co w przyrodzie nie występuje. Doświadczali tego wielcy kompozytorzy, doświadczają dzisiejsi muzycy (ci, którzy grają rocka są w sumie w uprzywilejowanej sytuacji – tam można być półgłuchym i jeszcze, jako tako, dawać radę ;-) …żeby nie było, pisze to wielbiciel tego gatunku, zagorzały fan rocka), doświadczamy i my – słuchacze, melomani, wszyscy – bez wyjątku – podlegamy prawom natury. Niby jest to coś, co oczywiste, co w sumie powinno skłaniać nas do refleksji, ale… no właśnie, jakoś nie skłania, jakoś nie przebija się do świadomości i to, co nieubłagane, często jest bagatelizowane, ba upośledzenie słuchu bywa pomijane, zamiast tego stare pierniki (powoli się zaliczam) tłumaczą młodszym, że wiecie… doświadczenie, wiele lat odsłuchów (eonów), wyćwiczenie narządu, że to wszystko jakoś oszukuje matkę naturę i taki siwiuteńki jegomość to odznacza się wprost słuchem absolutnym, słyszy kable internetowe, wyraźnie go uwiera, jak mu podmieniają egzotyczne akcesoria w torze i tym podobne dyrdymały.

 

Niestety latka lecą…

Tu ustawienie standardowe dla metryczki, bez uciekania się w podbijanie dolnego zakresu (dodatkowo) ;-)

Fajnie mają młode uszy, nie potrzebują wspomagania (teoretycznie, bo dzisiaj, jak laryngolodzy mówią, głuchota pojawia się wcześnie i to dość powszechna choroba cywilizacyjna)

A tu ekstremalnie w drugą stronę. Powyżej 60-ki i do tego jeszcze z maksymalnymi nastawami. Różnice w sposobie reprodukowania ogromne…

U Pań mniejszy ubytek wraz z wiekiem i …lepiej mi to grało, czyli jeszcze jest nadzieja (że coś tam słyszę ;-) )

Widać to wyraźnie na wykresie

Można oczywiście wierzyć i niech będzie, wiara bywa ślepa, głucha na to, co doświadczalne, wytłumaczalne, nie ma tutaj sensu z tym zjawiskiem dyskutować. Nie dyskutujemy zatem, a zwyczajnie pokazujemy w czym rzecz i oto po raz pierwszy na rynku pojawia się coś, co uwzględnia upływ czasu, dopasowuje sposób reprodukcji muzyki (w domenie cyfrowej, dzięki silnikowi DSP) do naszych możliwości w zakresie słyszę, trochę gorzej słyszę, coś tam słyszę…. ktoś coś mówił?! (jeszcze nie jak pień, ale naprawdę kiepsko). Tak, wreszcie ktoś o tym pomyślał i to zrobił. Zbudował silnik DSP pod słuchawki uwzględniający degradację słuchu. Pomierzył, wykorzystał badania naukowe, sprawdził z obowiązującym obecnie stanem wiedzy i zweryfikował podczas długotrwałych testów… to wszystko zrobił, by dać do naszej ręki narzędzie DOPASOWUJĄCE.

Vox Player to świetny odtwarzacz, dzięki obsłudze filtrów, wtyczek, ogarnianiu streamingów oraz prywatnej audio chmurce LOOP doskonale nadaje się jako narzędzie testowe… wcześniej wtyczka Audeze REVEAL, teraz True-Fi

  

Proces ustawiania DSP pod konkretny model…

Ważne, tu trzeba się wyspowiadać ;-)

Finał autokonfiguracji. DSP pod HD-650 ustawione

Czas czegoś posłuchać i pobawić się, poeksperymentować…

To narzędzie to …True-Fi

Piałem wcześniej na HDO, że idziemy w kierunku modyfikowania sygnału w komputerze, jego przekształcania w domenie cyfrowej, wykorzystania zaawansowanych trybów DSP, zaprzęgnięcia mocy współczesnych, bardzo szybkich jednostek obliczeniowych, by komputerowe źródło audio de facto pozwoliło na dowolne, zgodne z założeniami twórcy, modelowanie dźwięku. To modelowanie to korekcja akustyczna, to dopasowanie pod konkretne elementy toru, to uwzględnienie setek czynników, mających wpływ na finalny efekt, na to co usłyszymy. Wspominałem o tym w przypadku ROONa, presetów dla Audeze, ale także wcześniej, opisując technologie wprowadzone przez Sonosa, przez twórców inteligentnych głośników, programowe systemy korekcji tj. Dirac Live czy Boom. Dzisiaj praktycznie każdy producent sprzętu audio (ery cyfrowej) ma, albo planuje, wprowadzenie trybów DSP do swoich produktów. Ktoś zapyta – gdzie tu dbałość o wierność, gdzie szlachetny minimalizm, gdzie zasada nie ingerowania w sygnał? Cóż, patrząc na kierunek w jakim zmierza cała branża, trzeba raczej oswoić się z myślą, że dzisiaj to krzem zadecyduje co i jak finalnie usłyszymy. To nieodwracalne i jak się okazuje coś, co przynosi profity (jednocześnie nie odbiera możliwości słuchania bez ingerencji czegokolwiek w sygnał – nadal mamy i nadal mieć będziemy taką możliwość). Chodzi o to, by dzięki takim narzędziom, było możliwe obiektywne ujednolicenie wrażeń z odsłuchu na różnych efektorach (słuchawki) oraz różnych uszach (wiek, płeć). Sonarworks wyraźnie to sugeruje – oto software, który daje takie właśnie możliwości, pozwalając artyście / twórcy, producentowi czy konsumentowi dopasować SQ poprzez gotowe presety, które możliwe są do załadowania za pośrednictwem True-Fi. Brzmi utopijnie, ale popatrzmy, a nade wszystko spróbujmy…

Trzeba tylko ustawić w panelu co trzeba jw.

True-Fi to pierwszy, tak rozbudowany, niezależny silnik DSP opracowany pod słuchawki. Imponuje lista wspieranych modeli – jest ich obecnie 112, a ich liczba ciągle rośnie. Każdy użytkownik może zgłosić jeszcze niewspieraną słuchawkę developerowi z sugestią: zajmijcie się tym jak najszybciej. Uwzględniono wiele popularnych (nie high-endowych, tylko przystępnych) modeli słuchawek, także tych z budżetowej (nawet bardzo budżetowej) półki. I dobrze, bo sam silnik z jednej strony oferuje dopasowanie pod konkretne słuchawki, z drugiej robi to, o czym wspomniałem powyżej… uwzględnia i koryguje nastawy DSP pod kątem „naszego zużycia”. Innymi słowy możemy zdać się na oferowane przez programistów gotowce, nie zaprzątając sobie głowy własnymi doświadczeniami, badaniami, można też samodzielnie zmodyfikować, zmienić konfigurację słuchawek pod własne preferencje, własne gusta. Co ciekawe, silnik bierze pod uwagę także płeć, przy czym paniom słuch starzeje się mniej dramatycznie niż panom (tak przynajmniej to wygląda w True-Fi). Ustawiamy płeć, ustawiamy rok (od 21 do 60 lat, przed i po mechanizm nie działa – młodzi słuch mają teoretycznie perfekt, a osoby w bardzo zaawansowanym wieku po prostu są głuche, dokonujemy ewentualnych korekt w nastawach basowych i już). Wtyczka działa pod macOSem oraz pod Windowsem i podobnie jak opisany plug-in Audeze, będzie kompatybilna z większością audio aplikacji (w tym pro-toolsów) jakie znajdziemy obecnie na rynku.

Mamy 10 dni na testowanie

Różnice w poszczególnych ustawieniach są oczywiste, zauważalne od razu, przy czym duża rozpiętość (wiekowa) oraz wybór „agresywności” filtra „wiek” bardzo akcentują te zmiany, pokazują jak wiele się zmienia w ludzkim organizmie wraz z upływem lat. Dodajmy do tego dopasowanie konkretnych  słuchawek, które dzięki trybom DSP mogą stanowić dla nas „nowe odkrycie”, przyczynić się do zwiększenia przyjemności płynącej ze słuchania, albo stanowić – po prostu – interesujące doświadczenie, eksperyment. Developer zapewnia, że każdy ze wspieranych modeli, to poszukiwanie najlepszego sposobu wydobycia potencjału za pomocą kodu (tak, brzmi paskudnie, ale działa), a dodatkowo oferuje nam możliwość wgrania nowych presetów (dodatkowe tryby …wbudowano mechanizm instalacji wtyczek / alternatywnych ustawień pod indywidualnie skalibrowane słuchawki) oraz jw. zgłoszenia braku wsparcia z prośbą o szybkie uzupełnienie. Moduł DSP określa w jakim środowisku przyszło mu działać. Kluczem do sukcesu jest przecięcie paru nitek – tej od prawdy i dochodzenia do niej (wierność przekazu), maksymalizacji zadowolenia z odsłuchu (nowe patenty, w tym wielokanałowe audio) oraz utrwalenia wartości, idei (już nie jest najistotniejsze, czy EQ nam miesza, czy nie miesza, ważne jest zachowanie właściwych proporcji)… czyli… pokazania tego, co najistotniejsze w muzyce: wywołania emocji. Producent oprogramowania jest pewny swego i daje nam 10 dni (trial) na wypróbowanie True-Fi. Można zatem pobrać, można potestować, można wyrobić sobie opinię i kupić (80 ojro, choć do jutra mają jakąś promocję i niech zgadnę, takie promocje będą pojawiać się zapewne cyklicznie), bądź (będąc nieprzekonanym) nie kupić. Na pewno warto spróbować, przekonać się jak duże zmiany zachodzą wraz z upływem czasu odnośnie naszego aparatu słuchu, jak można zaradzić na deficyty, jak DSP modyfikuje dźwięk pod kątem indywidualnej kalibracji dla ponad stu modeli słuchawek, indywidualnie dopasowując swoje działanie pod konkretny model. Do pobrania tutaj, a potem to już tylko zabawa… jak ktoś nie chce pobierać to może sobie na webowym demo sprawdzić działanie tego silnika (fajnie zrobione), znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania (FAQ).

Wcześniejsza wtyczka REVEAL zdeaktywizowana, teraz słuchamy via True-Fi

Duża galeria, jaką możecie podziwiać, stanowi ważne uzupełnienie tego, co powyżej. Pod zdjęciami znajdziecie opisy tego, co i jak ustawialiśmy, jakie były tego efekty oraz finalnie –  jak się słuchało pod uaktywnionym DSP. Będzie jeszcze uzupełnienie wpisu o inne, wspierane modele (na razie słuchałem na HD650), między innymi podepniemy i pokatujemy AKG K701. Znajdziecie zrzuty z wyjaśnieniem jak to działa i dlaczego działa, a także z pełna listą wspieranych (bieżąco) modeli słuchawek. Sprawdzałem na torze z VoxPlayer (iMac) @ M2Tech hiFace DAC @ M1 HPA Musical Fidelity.

Uaktualnienie AKG 701:

 

Klasyka. Zaraz zobaczymy inne ustawienia kalibracji dla tych słuchawek, odmienne od tych pod HD650…

 

Mhm, linia przebiegu kalibracji wyraźnie się różni dla obu słuchawek (to ta szara).
Oczywiście ustawienia związane z uwzględnieniem wieku słuchającego pozostają takie same, bez różnicy…

Porównuję także plug-in przygotowany przez Audeze, z tym co oferuje True-Fi.
Szkoda że nie ma nastaw dla redakcyjnych LCD-3, ale można skorzystać z ustawień dwójek (to raz), a dwa sprawdzić czy korekcja uwzględniająca wiek słuchającego przynosi korzystne efekty

Jak to działa? Ano tak…

A konkretnie to:

» Czytaj dalej

Nowy DAC M2Tech Young mkIII. Strumienie, oledy… recenzja

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20171215_095030915_iOS

Absolutna nowość z Italii, nowy Young DAC mkIII ze strumieniami (via Bluetooth), do tego w pełni zbalansowana konstrukcja (idealnie pasowały nasze redakcyjne monitory studyjne EISO), z analogowym wejściem… a więc także prosty cyfrowo-analogowy przedwzmacniacz. Sprawdziłem jak gra z gramofonem via klasyka 1020 & 5120, wygrzał się solidnie z źródłami cyfrowymi… komputerem (mac/ROON), Chromecastem oraz kompaktem (nad515). Bezpośrednie strumienie sinozębne, znak czasów, to coraz częstszy widok i to bez względu na klasyfikację urządzenia. Może być budżetowe HiFi, może być i high-end. Bez różnicy.

W przypadku Younga jest oryginalnie. Po pierwsze, jak wspomniałem, to konstrukcja w pełni zbalansowana (nie pseudo, jak wiele innych klamotów, które mają XLRy tylko po to, by ewentualnie skorzystać z „grubego” kabla… a po prawdzie są to konstrukcje SE), można też podpiąć via RCA (piękne przejściówki w komplecie dali), ale jak już ktoś tak to zaprojektował to dobrze sprawdzić na torze symetrycznym „z czym to się je”. Po drugie rozbudowane menu to nowość u Włochów, coś co kojarzy mi się z Matriksami (gdzie można ustawiać wiele parametrów pracy DACa). Są filtry dla PCM, są dla DSD (aż 4!). Po trzecie mamy wejście liniowe, co automatycznie pozwala wpiąć gramofon w tor za pośrednictwem nowego Younga, a to może przynieść określone korzyści w SQ (sterowana cyfrowo drabinka rezystorowa, bardzo precyzyjna regulacja poziomu). Zastosowano enkoder (nawet co 0,5dB, można to na marginesie zmienić w ustawieniach na 1dB… przydatne!), do tego systemowy pilot (rozrasta nam się ta M2Techowa elektronika, oj rozrasta), a jakby tego mało to jeszcze DEDYKOWANA aplikacja na Androida (patrz zrzuty ekranowe) do sterowania przetwornikiem (? …strumieniowcem, przedwzmacniaczem… jaka nazwa byłaby adekwatna? No właśnie jaka?) …innymi słowy full opcja jeżeli chodzi o obsługę, także zdalną.

Czysta forma. Żadnych literek, cyferek… lubimy takie. Nazwali te nowe klamoty: ”M2Tech Rockstar Series” :)

Jest niewielki, ładniutki, od razu ujęło mnie coś, co po czwarte, wyróżnia tego klamota na tle innych – nie ma żadnych oznaczeń, żadnych nazw, znaczków, czegokolwiek na froncie… tylko czarna tafla, która skrywa OLEDowy displej. Super! Dyskrecja jest tutaj wyraźnym wyborem, wskazują na to rozbudowane opcje ustawień (praca diody, reakcja wyświetlacza z możliwością jego szybkiego wygaszania, sposób wybudzania / gotowości klamota do pracy). Innymi słowy macie coś, co może, po odpowiednim skonfigurowaniu, nie świecić, nie krzyczeć „tu jestem, o tutaj!”, po prostu czarny front z aluminiowym, grubym płatem na górze i bokach. Bardzo mi to pasuje i myślę, że wielu osobom taki projekt również przypadnie do gustu. Zrobili to dokładnie jak należy i estetyka, design (cóż, wiadomo, Włosi) stoi tutaj na bardzo wysokim poziomie. Z tyłu mamy świetnej jakości złącza, sprzęt w ogóle się nie grzeje, a nie grzeje się w ogóle, bo zasilanie mamy na zewnątrz. W komplecie jest zasilacz ścianowy (robiony na zamówienie m2Techa), można zdecydować się na upgrade w postaci firmowej elektrowni (Van Der Graaf mkII), albo jakiegoś innego rozwiązania dostępnego na rynku. Pilot, jak wspomniałem, systemowy jest, nie żaden z kosza, tylko specjalnie pod zamówienie producenta robiony, również wyróżnia się estetycznie na plus (czcionka stylizowana @ Art déco ;-)) i stanowi spore udogodnienie, w sytuacji gdy zdecydujemy się na pełne wykorzystanie możliwości jakie oferuje tytułowe urządzenie, to znaczy podepniemy wiele źródeł oraz dodatkowo będziemy mieć ochotę na sinozębne strumienie z obsługą aptX.

Sinozębny moduł jest i to taki w wariancie z obsługą kodeka aptX
(…mobilne jabłka niestety nie skorzystają, AAC nie ma, pozostaje tylko SBC, z makówy ofc leci aptX, tylko sobie w BT Explorerze wymuście)

No właśnie, na Maku jest aptX, co za niekonsekwencja Apple (typowe, antykonsumenckie zagranie jabca).
Gramy na zbalansowanym torze, cały system to jak widać Young i kolumny aktywne ESIO

Jak wspomniałem, zintegrowałem klamota z monitorami bliskiego pola nEar 05, podpinając symetrycznie, konfigurując kolumny w taki sposób, by wykorzystać do maksimum możliwości regulacji po stronie Younga. Tak to grało przede wszystkim, choć nie tylko, bo te piękne przejściówki… no szkoda byłoby ich nie wykorzystać, także przygotowałem coś specjalnego – podpiąłem M2Tech-a do toru niesymetrycznie z wzmacniaczem MiniWatt w roli końcówki, znaczy lampy też były. I nieprzypadkowo, bo w menu zaszyta jest także opcja ustawienia wyjścia DACa z dwoma nastawami (5Vrms i 10Vrms), można będzie zatem podłączyć bańkową końcówkę, bo przewidziano także taką opcję. No, super, no! Jak widać, mamy tutaj naprawdę sporo możliwości. Także na pasywnych zestawach kolumnowych zagrał, stanowiąc podstawę toru (zarówno jako pre, jak i DAC, a jeszcze strumieniowiec via BT). Fundamentem są tutaj dwie kości… programowalna Xilinx FPGA (tak, będzie można dokonać aktualizacji przetwornika w zakresie wejścia USB), czytaj kontroler USB oraz układ C/A PCM1795 (z natywną obsługą DSD). Uzupełnieniem tego duetu jest scalak odpowiedzialny za pracę enkodera (regulację) CS3318. Nawet 32 bity, nawet 384KHz, nawet DSD256 (via ASIO), nawet… ekhmmm… MQA (natywnie). Komplet.

Pilot systemowy, biorąc pod uwagę rozbudowaną funkcjonalność, niezbędna rzecz.
Do tego jeszcze dedykowana apka (DAC z apką… tak, tak, w takich czasach żyjemy, choć tutaj mamy więcej, bo jest pre, bo sporo można konfigurować). Co ciekawe apkę macie tylko (do czasu?) na Androida. Wersji na iOSa brak. Wreszcie czegoś nie ma na jabłcu, jest na Andku ;-) . Prawdziwa rzadkość! Mam na szczęście na czym sprawdzić, jakiś Android jest, co pozwoliło obadać ten sposób zawiadywania klamotem…

Na końcu recenzji, w galerii, możecie zobaczyć jak wiele ma do zaoferowania testowana nowość od M2Tech-a, ile możliwości dostajemy w urządzeniu, które nominalnie uznajemy za DACa, a przecież… no właśnie, dostajemy coś znacznie bardziej funkcjonalnie rozbudowanego. Znak czasów moi drodzy. Dzisiaj te omnibusy pozwalają budować system bez konieczności mnożenia bytów, bo nam się wiele rzeczy integruje w ramach jednego. Fajnie!

» Czytaj dalej

Reference 4… protools w służbie muzykofila ;-)

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-02-01 o 22.33.58

Pamiętacie True-Fi? Nie? Kalibrator pod słuchawki uwzględniający m.in. destruktywny upływ czasu, skutkujący degradacją słuchu u wapniaków (skala kończyła się na 60+). Poza tym kawał fajnego softu z presetami dla ponad stu modeli słuchawek. Fajna, pouczająca zabawa, ciekawe doświadczenie, ale my tu nie o tym, choć nawiązanie nieprzypadkowe, bo też soft, też kalibrujący, od tego samego developera Sonarworks, ale na zupełnie innym poziomie. Poziomie Pro. Bo Reference, moi drodzy, to coś, co oczywiście można wykorzystać do pracy zawodowej (inżynier dźwięku, studio, te sprawy), ale można też – bo czemu by nie – skorzystać z potęgi tego softu w warunkach domowych. To nie tylko kalibrator z presetami, nie tylko multum opcji ustawień, możliwości precyzyjnego (na takim poziomie robią to inżynierowie odpowiedzialni za produkt, a tu można sobie z tych opcji skorzystać) strojenia efektorów i to nie tylko tych z przygotowanymi, gotowymi konfigami. Lista obejmuje te same modele, co w True-Fi, ale jak wspomniałem, nic nie stoi na przeszkodzie, by posługując się pokrętłami, suwakami poeksperymentować z czym popadnie. Szczególnie kusząca opcja otwiera się w przypadku kolumn głośnikowych, bo software dostępny jest zasadniczo w dwóch wariantach – tylko dla słuchawek (99$) i dla kolumn & słuchawek (249$). Polecam zaznajomić się z najbardziej rozbudowanym wariantem. Mamy wersję próbną, testową z możliwością użytkowania przez 21 dni, także czasu sporo.

Reference 4 czytaj kalibrator pro

Nie tylko słuchawki

Umc, umc, umc ;-)

Narzędzie pozwala naprawdę na wiele. Poza kalibracją i to wielowariantową, bo poza presetami, mamy możliwość skorzystania z osobnego modułu pomiarowego (współpraca z mikrofonem), zmianą predefiniowanych setów, własnymi nastawami, są jeszcze gotowe tryby EQ do których dopasowujemy własną krzywą, referencyjną (jakżeby inaczej ;-) ). Jak to w protoolsach bywa jest opcja mono, jest clipping, jest osobna regulacja barwy, możliwość podbicia poziomu sygnału, a wszystko to w ładnym, przejrzystym i nieprzedobrzonym (jakże często te protoolsy są zwyczajnie nie do ogarnięcia, bo ktoś zapomniał o zaprojektowaniu dobrego UI i UX do bani) programie narzędziowym z szybkim dostępem do wyboru danego modelu słuchawek na pasku (tam też szybko konfigurujemy zasoby sprzętowe tj. przetworniki). Ciekawą rzeczą są symulacje (autokalibrator) „typowych” klamotów (słuchawek, kolumn). Rzecz jasna możliwe jest wprowadzanie dodatkowych plug-inów, symulacji, presetów. Można też wybrać parę filtrów w zaawansowanych opcjach. Dla nas jednak istotną kwestią jest możliwość bardzo głębokiej ingerencji w zachowanie podpiętego sprzętu za pomocą opisywanego narzędzia. Na drodze softwareowej możemy modelować zachowanie podpiętych słuchawek, toru głośnikowego, symulować warunki środowiskowe, stroić pod kątem paru popularnych (tak, tak jest kalibracja ala Beats Audio :-) ) metod ustawiania przetworników / głośników pod określone preferencje (te popularne, jak i arystokratyczne, kto co tam lubi ;-) ). Przednia zabawa, można w ten sposób co nieco dowiedzieć się nie tylko o pracy inżynierów dźwięku, pracy w studiu nad materiałem oraz u wytwórcy sprzętu, przy projektowaniu audioklamotów, ale skonfrontować swoje doświadczenia i wyciągnąć pewne wnioski.

Symulacja typowych, standardowych (czy to w domu, czy u audiofila, czy w studio) efektorów

Przejrzysty, prosty, zrozumiały interface

Tak, czasami zadajemy sobie pytanie, dlaczego dzisiejszy materiał, dzisiejsza muzyka brzmi w taki, a nie inny sposób, dlaczego realizatorzy podejmują takie, nie inne decyzje. To samo tyczy się wyborów dokonywanych na etapie projektowania kolumn, słuchawek, elektroniki. Uwzględnia się trendy, uwzględnia sposoby – przepraszam za określenie – konsumpcji i finalnie mamy to co mamy. Można sobie parę rzeczy, przy okazji, uświadomić. To narzędzie do pracy, tak, ale dzięki bardzo prostej, powiedziałbym wręcz zapożyczonej z konsumenckich apek, konstrukcji, nie przeładowaniu, nie przekombinowaniu, ogólnej prostocie Reference 4 może być ciekawym narzędziem w rękach muzykofila ,amatora. Bardziej jako wcale potężny konfigurator dla naszego systemu, w opcji z kolumnami, zamykającego temat, a z uwzględnieniem dodatkowego modułu pomiarowego (Reference 4 Mesure – opcjonalna instalacja) czegoś, co pozwoli nam na dokładne ustawienie toru w naszych warunkach lokalowych. Można spokojnie użyć tego z dowolnymi klamotami, nie tylko tymi z gotowymi presetami (to dla leniwców ;-) ). Patrząc na dostępną dla usera autokalibrację stukilkudziesięciu modeli słuchawek, widzę, że developer chce zachęcić do użytkowania także osoby niezwiązane zawodowo z dźwiękiem. I bardzo dobrze, bo znajdziemy tam sporo konsumenckich, popularnych modeli, takich które można spotkać „pod każdą strzechą”. Cena 99$ (same słuchawy) nie jest zaporowa*. To tylko 24$ więcej od True-Fi (dla ludu).

Na zakończenie, tytułowe rozwiązanie jest dla zainteresowanych cyzelowaniem, poszukiwaczy, dłubantów ;-) …dla kogoś kto dużo i często zmienia, wymienia, kombinuje, albo… dla bezkompromisowca, który chce te swoje klamoty najlepsze na świecie i w ogóle najlepiej grające ustawić tak, że no mucha nie siada.

Dla reszty jest świetne True-Fi.

Symulujemy

Panel konfiguracyjny nie może być chyba prostszy, a wszystko co trzeba zawiera

Pod ROONem, pod VOX Playerem, wiele programów audio skorzysta z tego toolsa

 

* za głośniki, jak wspomniano, ekstra 150…

Autonastawy dla K701 oraz HD650, są też HiFiMANy HE-400i, dla zwolenników Audeze też się coś znajdzie, na teraz 114 modeli (poniżej, w rozwinięciu, lista)

Symulacje dla kolumn oraz słuchawek

» Czytaj dalej

System audio na nowo? KEF LS50 Wireless. Nasze wrażenia

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170422_080528559_iOS

Sypnęli nagrodami, okrzyknęli rewolucją, przyznali tytuły produktu roku 2016-17… aktywny zestaw bezprzewodowy (o tym dlaczego uważam, że ta nazwa Wireless jest adekwatna dla tytułowych kolumn przeczytacie poniżej) KEFa mocno namieszał w głowach recenzentów, a właściwie to wszystkich osób zainteresowanych tematyką audio – każdy słyszał, że oto nadchodzi nowe, że oto zdefiniujemy system audio na nowo. Sam, czytając o tym produkcie, opisując założenia stojące za projektem oraz możliwości jakie oferuje (patrz nasz długi wpis opublikowany parę miesięcy temu), czułem że faktycznie, to może być TO. To znaczy co konkretnie? Ano, coś, co będzie odpowiedzią na zmieniającą się (bardzo) branżę muzyczną, branżę audio zarówno w kontekście dystrybucji, jak i sposobu konsumowania muzyki. Obserwujemy to od paru lat (a patrząc przez pryzmat Internetu, audio z sieci tj. Napstera/iTunes/iPoda nawet nastu), przy czym te bardzo radykalne zmiany w sposobie dostępu oraz sposobie słuchania muzyki (i w ogóle korzystania z dóbr kultury) niejako oddolnie wymusiły zmiany w sprzęcie audio. Kiedyś był przewód, były wielosegmentowe systemy, była płyta, kaseta etc., ale to już (zdaje się nieodwracalnie) przeszłość. Dzisiaj to brak fizycznego medium (przewód) oraz wygumkowanie fizycznego nośnika wyznacza kierunek. I właśnie dlatego KEF LS50 jest Wireless, choć pojawiły się wśród recenzentów, użytkowników głosy krytyczne, że jak to, że przecież przewody owszem są i że jakie tam bezprzewodowe, jak przewodowe… Sedno tkwi w zerwaniu z dwoma starymi dogmatami, że drut służy do transmisji (już nie) oraz, że gramy z nośnika (już od dawna nie). Muzyka z pliku, informatyzacja wszystkiego jak leci, a wraz z nią stopniowe wygumkowanie tradycyjnego źródła oraz innych, klasycznych elementów systemu stereo w konsekwencji przyniosło tytułowe TO – to, co miałem okazję nie tylko posłuchać, ale także dokładnie obadać pod kątem (takie czasy!) softwareowym, funkcjonalnym (możliwości oraz ograniczenia) oraz ergonomiczno-praktycznym.

Stojak, kolumna, skrętka i sieciówka. System.

KEF LS50 Wireless to pierwsza taka, ambitna, próba stworzenia czegoś nowego. I nie chodzi mi tutaj o to, że nikt nie próbował zastąpić niektórych składowych klasycznego systemu HiFi proponując aktywny zestaw kolumnowy, z integracją przetwornika, z dodaniem jakiegoś interfejsu bezprzewodowego. Nie. Tutaj mamy coś (potencjalnie!) dużo większego, ważniejszego, bo coś w założeniach KOMPLETNEGO. Faktycznie, LS50 Wireless ma zastąpić cały system audio i to system nie budżetowy, nawet nie taki z ambicjami tylko w praktyce każdy. Zastąpić, wyrugować, całkowicie wygumkować. Założenie jest tutaj bardzo proste. Muzyka jest z sieci  w postaci streamingu, a system jest w kolumnach i to takich, które mogą (pasywne LS50) stanowić fundament dowolnego, w tym absolutnie high-endowego systemu audio. Ma to być maksymalnie proste w obsłudze, ma korzystać pełnymi garściami z najnowszych technologii cyfrowych, ma dzięki synergii wszystkich elementów (przetworniki, wzmacniacze, elektronika w tym interfejsy, procesory, ewoluujący software) oraz ultrakrótkiej drodze sygnału przynieść prawdziwy przełom i wyznaczyć nowy kierunek w całej branży.

Mogłyby być tylko te dwie paczki. Reszta zbędna.

Pytanie, czy to się KEFowi udało, czy ten nowatorski, taki właśnie – kompletny – system zaklęty w kolumnach głośnikowych jest spełnieniem wizji czegoś co dzisiaj tak chętnie określa się mianem „wszystko w jednym”? Wszystko w jednym z (znak czasów) ciągłym progresem, aktualizowaniem, ulepszaniem, dokonywanym nie na drodze fizycznej wymiany komponentów (przeszłość), a zmiany kodu w oprogramowaniu (teraźniejszość i przyszłość). Zamiast manewru kablami, zamiast podstawek, stolików, wymiany źródła, nowe wtyczki, nowe tryby DSP, nowe możliwości odtwarzania plików o (jeszcze) lepszych parametrach, albo jakiś nowych, niedostępnych wcześniej cechach (origami MQA? Mhm)…

Własne źródło dźwięku podpięte pod KEFy: EVO DAC 2 Plus z MBA

Sam stream? No to tyle wystarczy (widoczny LAN opcjonalnie, bo WiFi)

Zacznę od tego, co najważniejsze. Od brzmienia. Ten zestaw – uwaga – potrafi zagrać lepiej od pasywnych LS50. Wiem co mówię, bo LS50 udało mi się dość dobrze poznać (wspomniałem o tym parę razy na łamach) i choć nie przeczytaliście recenzji tych kolumn na HDO, to właśnie odpowiedź na zasadnicze pytanie – czy aktywne LS50 z całą tą elektroniką, mogą stanowić alternatywę dla high-endowego zestawu opartego na pasywnych LS50 (elektronika ModWright) – pokazuje w czym rzecz. To wspomniane przed momentem teoretyczne, ale także jak najbardziej realne, fizyczne, zalety integracji, zaprojektowania takiego całościowego systemu ze znakomitymi przetwornikami Uni-Q. Nie musicie zatem wydawać kroci na wzmacniacz, na osobne pre (o ile idziemy po audiofilsku, czytaj po bandzie, mnożąc składowe systemu tak, aby rachunek przekroczył granice zdrowego rozsądku ;-) ) oraz okablowanie (właśnie!). Wszystkie te elementy stają się zbędne. Nie ma fizycznego połączenia między, bo nie ma tego, co jest pomiędzy. Są tylko i aż Wireless-y (właśnie!) połączone zwykłą, komputerową skrętką. I tu – drobna dygresja bez złośliwości – współczuję serdecznie osobom, które słyszały różnice między kablami LAN (tak, do tych specjałów audiobiżuteryjnych piję i testów takowego okablowania). Mamy pakiety danych, lecą sobie cyferki po skrętce, czytaj komunikują się między sobą karty sieciowe i TU NIE MA PRAWA coś, cokolwiek wpłynąć na dźwięk! Koniec, kropka, amen. Także Wireless właśnie w kontekście audio, a nawet audiofilskim jest tutaj BARDZO NA MIEJSCU. Brzmienie jest swobodne, detaliczne, ze znakomitą przestrzenią, z precyzyjnym umiejscowieniem źródeł dźwięku, ogromne wrażenie robi dynamika tego zestawu. Głębia, klimat, soczysty, niski bas, koherentność poszczególnych zakresów to wszystko tutaj mamy, a mamy dzięki synergii, dzięki dopasowaniu każdego elementu. To gotowiec, tu nie drapiemy się nerwowo po głowie, nie martwimy się że coś nam bruździ, zwyczajnie nie szukamy dziury w całym. Słuchamy.

Wbrew pozorom, żadne AirPlay (bo tego nie ma) tylko BT. Tutaj będzie tylko podstawowy SBC, bo iPad, ale był też aptX, bo Mac

Wspomniany brak identyfikacji modułu BT w Bluetooth Explorerze…

Jak widać aptX jednak da się wymusić w BTE i mamy te lepsze jakościowo, sinozębne strumienie 

Coś tam w DSP zmieniliśmy

Zauważyliście zapewne, że napisałem „potrafią”. Już wyjaśniam… bo tego brakuje w opisach, recenzjach tego zestawu, potrafią zagrać, ale nie zawsze tak samo i najlepszy efekt uzyskacie pod pewnymi warunkami (na marginesie, najlepsze rezultaty daje wykorzystanie zew. software i ew. DACa/streamera, o czym dalej). Cóż, witam w nowej rzeczywistości, kiedy możemy w tak wieloraki, tak dogłębny sposób wpłynąć jak nam zagra system bez jego fizycznej zamiany, bez fizycznej modyfikacji! Po pierwsze w zależności od wybranego sposobu transmisji oraz …oprogramowania, możemy uzyskać różne rezultaty. Zaraz to rozwinę. Po drugie mamy zaszyty w oprogramowaniu moduł DSP z możliwością dopasowania parametrów pracy kolumn do fizycznych uwarunkowań tj. pomieszczenie, ustawienia, materiału/podłoża i wielu innych czynników, które mogą mieć wpływ na finalny rezultat. Można zdać się na podstawowe regulacje, można też wejść do trybu ekspert. Jeżeli, a wg. mnie to jakby jedna z kluczowych składowych tego produktu, software będzie rozwijany, jeżeli te możliwości będą rozbudowywane to większość trudno-rozwiązywalnych problemów, tego co trapi każdego z nas w przypadku klasycznych systemów audio, przejdzie definitywnie do historii. I nawet nie chodzi tutaj o to, że tak będzie w przypadku tytułowego zestawu (we will see), tylko innych, podobnych, czy następnej generacji… to się dokona i będzie stanowiło zupełnie nowe otwarcie (rozwój najlepszego komputerowego oprogramowania do odtwarzania muzyki uwzględnia tego typu sprawy), to potencjalnie przewrót kopernikański w zakresie domowego audio. Kojarzymy systemy kalibracji kina domowego? Jasne, że kojarzymy, tylko że tutaj chodzi o (a nie wątpię, że można będzie to cyzelować, doprowadzając do perfekcji) highfidelity z dopasowaniem w czasie rzeczywistym odtwarzania do konkretnego miejsca. Tu i teraz.

DSD? Tak, ale tylko z zewnętrznym dakiem, który ma wsparcie dla 1 bitowego materiału. W przypadku takiego jak wyżej połączenia niczego nie usłyszymy

A tutaj gramy DSD via EVO i muzyka płynie sobie z Loop-a, audiochmurki (brak autoidentyfikacji w VOX player albumu 1 biowego – wiadomo to DSD), przy czym i tak potem następuje konwersja do PCM w kolumnach (zew. DAC na aux via ADC)

Binauralne nagrania …cymesik!

 

Tidal? Tylko via zew. oprogramowanie, albo via USB/AUX/SPDIF

Sposoby transmisji mają wpływ na to, co usłyszymy. Tak, oczywiście że mają, ale też nie zgadzam się z opiniami, że jest coś wyłącznie dla tych, co im (wiecie, rozumiecie) słoń nadepnął na ucho tj. dla domowników nie przykładających większej uwagi do aspektu jakościowego. Czytaj jest ten tam Bluetooth i w sumie to przejdźmy dalej. No jest i wcale nie jest tylko dodatkiem. Z minusów – nie ma obsługi kodowania AAC – także na Makówkach koniecznie wymuszamy aptX (Bluetooth Explorer), użytkownicy iCoś tam muszą obejść się smakiem, a w przypadku innych komputerowych źródeł dobrze, gdy ww. kodek jest wspierany. Wracając do dźwięku, gra to bardzo dobrze, według mnie przy ustawieniu kodeka aptX, nie znajdziecie wielu powodów do narzekań, to znaczy będzie to oczywisty wybór w sytuacji, gdy lecą strumienie z większości serwisów streamingowych (wyłączając Tidala), gdy zechcemy posłuchać sobie internetowych rozgłośni. Także nie przekreślamy BT, szczególnie że to najprostsza, bo natychmiastowa i prawie-że bezkonfiguracyjna metoda połączenia się z KEFami. Ciekawostka – we wspomnianym Bluetooth Explorerze nie znajdziecie żadnych informacji nt. zastosowanego układu i jego parametrów (brak danych). To pierwszy przypadek, gdy ten software kapituluje w zakresie identyfikacji. Oczywiście nie jest to wina BTE, nie zawinił tu software, to albo jakieś nietypowe rozwiązanie, albo specjalnie zablokowano identyfikację układu. Zostawmy identyfikację, przejdźmy do sieci. W przypadku WiFi (albo LANu, można podpiąć do routera przewodowo LS-y, można) mamy trzy niezbędne elementy równania. Musi być jakieś źródło muzyki (uPnP serwer), musi być software sterujący odtwarzaniem (uPnP kontroler), no i wreszcie efektor w postaci KEFów (uPnP odtwarzacz/end-point) być musi. Trzy.

Sterowanie głośnością z apki jest kompletnie bezsensu: za duże opóźnienia i zerowa precyzja. Pilot w dłoń, albo w górę i dygać do kolumny prawej

Właśnie, sam software nie jest mocną stroną KEFów. Po pierwsze, już samo wykorzystanie jako sposobu komunikacji ze światem zewnętrznym protokołu uPnP to cóż… porażka. Wiemy jak mało elegancki to protokół i jak ograniczony w swojej funkcjonalności. Zapomnijcie o gapless, zapomnijcie o natychmiastowej reakcji na komendy, zapomnijcie wreszcie …o innych protokołach transmisji. Nie ma AirPlay’a, nie ma Spotify Connect, nie ma DTS’owego pomysłu na stream, ani Google’owego (Cast). Ni ma. Wielka to szkoda i rzecz absolutnie do uzupełnienia i do poprawy, dodatkowo samo uPnP niestety nie daje nam tego, co dają inni. Na razie nie ma mowy o prostej integracji usług streamingowych (to po drugie), mimo że o tym wspominają zarówno producent, jak i (a to ciekawe) recenzenci. W firmowej aplikacji na razie niczego takiego nie znajdziecie, np. z Tidala bezpośrednio niczego nie prześlecie, ze Spotify takoż, trzeba posiłkować się zew. softwarem (np. Bubble uPnP, czy wspomnianym już Roonem, względnie JRiver). Cóż, inni integrują wszystko jak leci (opisywane u nas produkty Sonosa, Auralica i wiele innych) i tu KEF (a konkretnie zewnętrzna firma, która im to pisze – tu widzę pewien oczywisty minus, bo najlepiej jak ludzie od tego co tak ważne, tak kluczowe dla takiego produktu pracują „pod jednym dachem”) ma sporo do nadrobienia! Software wymaga polerki w zakresie UI/UX (nawigowanie utrudnione, niewielkie elementy, mało wyszukana oprawa), moduł DSP potrafi się wykrzaczyć, no i jw. szkoda, że nie ma DLNA choćby. Na szczęście biblioteki zew. wczytuje dość szybko (NASy), ale już z takiego iTunesa musicie najpierw pobrać muzykę (np. na telefon), by móc ją odtworzyć (bez sensu). Sumując, to co dzisiaj najistotniejsze wymaga dużej pracy i wiele tu należy poprawić, dodać, rozszerzyć. Na szczęście wszystko jest możliwe, bo właśnie taka jest natura tego typu all-on-one. Można wszystko. Wystarczy upgrade. Pytanie, jak dobrze poradzi sobie z tym zadaniem KEF?

Zatem idealnym partnerem dla opisywanych KEFów i czymś, co należałoby uwzględnić jako dodatkowy, konieczny koszt (przy cenie tego zestawu to nadal prawdziwa wg. mnie okazja) byłby właśnie alternatywny front-end. Tak, dobrze się domyślacie, mam tu na myśli Roona. To pełna integracja z Tidalem (obecnie także hi-resów), to dodatkowe możliwości, których na próżno szukać w firmowym rozwiązaniu, takie jak: niezwykle rozbudowane tryby DSP, konwersja do PCM sygnału DSD (sam zestaw nie potrafi konwertować plików jednobitowych, niczego nie usłyszymy odtwarzając taki materiał na KEFach z podpiętym PC bezpośrednio pod USB, choć konwersja w oprogramowaniu zew. może tutaj pomóc), nowatorski sposób nawigowania / interakcji z własną kolekcją, bibliotekami muzycznymi itd, itp w sumie to można by jeszcze długo wymieniać. Niestety same LS50W nie są (obecnie?) Roon Ready (jaka szkoda!). Nie obsługują protokołu RAAT. No tak, ale po pierwsze mamy wbudowanego DACa, a po drugie możemy posiłkować się jakimś nanoPC, wyspecjalizowanym komputerkiem z wersją oprogramowania Roon dla takiego end-pointu (np. MicroRendu, ale może być coś niewyspecjalizowanego tj. przetestowany u nas MiniX PC). Dzięki RoonBridge zainstalowanym na takim PC zintegrujemy sobie KEFy z Roonem. Moim zdaniem warto, bo dopiero w takich okolicznościach przyrody maksymalnie wykorzystamy potencjał tkwiący w tym produkcie. I tutaj jedynie można wyrazić nadzieję, że w przyszłości nie będzie takiej konieczności (dokładania do pieca ;-) ), bo same kolumny będą odpowiednio wyposażone, pardon, zaktualizowane (już sama obsługa któregoś z wymienionych protokołów wystarczy, by znacznie rozszerzyć możliwości).

Panel informuje co i jak, poziomu jednakowoż nie odczytamy (nigdzie)

Tak czy inaczej wystarczy wbić się do swojej sieci WiFi (jak donoszą inni recenzenci, proces nie zawsze kończy się sukcesem – kolejny kamyczek pod adresem programistów odpowiedzialnych za ten projekt) , albo korzystając z gniazdka LAN podpiąć kolumny do routera, by móc bez ograniczeń strumieniować muzykę ze swojego domowego serwera. To, nawet wyłączając potencjał, ale i wyzwania, związane z firmowym oprogramowaniem, coś, co jest otwarte na przyszłość, dzięki wspomnianym softwareowym alternatywom. Taka natura komputerowego audio i ten komputerowy system głośnikowy (mhm!) jest tego dowodem. To emanacja zmian jakie zachodzą dzisiaj w branży. Fajne jest to, że nie trzeba wcale znać się na komputerach. Owszem, ta wiedza daje określone możliwości (większe) wykorzystania drzemiącego w tym przełomowym produkcie potencjału. To prawda, ale jak dowodziłem wcześniej, nie musisz się znać, a i tak ten zaklęty w kolumnach system audio zagra lepiej od moim zdaniem dowolnego, składanego z wielu klamotów, zestawu audio w cenie dużo wyższej od tych niecałych dziesięciu tysięcy złotych, jakie przyjdzie nam zapłacić za Wireless-y. Doliczmy do tego koszt oprogramowania (widzicie, mam nadzieję, jak kluczowy, jak ważny obecnie to element) i nadal macie więcej za mniej, nie mówiąc o oszczędności miejsca, o braku komplikacji, o integracji z domowym AV (jest port dla suba, są złącza SPDIF, można spokojnie podpinać, dodajmy tryby DSP, a efekt będzie spektakularny). Także, wszytko w jednym? Owszem, bo gramofon takoż można.

Tak, to wszystko prawda, ale (no tak) to jednak dopiero początek. Bo rezultat, choć niesamowity, robiący ogromne wrażenie mógłby być lepszy. Wspomniałem o minusach, wspomniałem o brakach, nie uzasadniłem jeszcze do końca dlaczego tak sądzę, tak uważam. Nie będę już powracał do software, w fotogalerii z opisem będzie o tym jeszcze co nie co (przepraszam, takie zboczenie zawodowe ;-) ), natomiast w paru słowach o alternatywie dla zaszytej w KEFach elektronice z bardzo ważnym i (na razie bez satysfakcjonującej odpowiedzi) pytaniem. Brzmi tajemniczo? No, bo właśnie znakiem zapytania zakończę te impresje, wrażenia. KEFy grały (również) z testowanym, bardzo dobrym dakiem EVO 2 Plus od M2Techa. Podpiąłem go pod wejście liniowe, które skorelowane jest z… układem ADC (jak tam z transparentnością… zapytają sceptycy). Podwójna konwersja? Ano tak, mamy układ ADC, bo przecież same głośniki komunikują się między sobą w domenie zero-jedynkowej, tu co krok cyfra, to właśnie te zera, to te jedynki i tak aż do… No właśnie. Wejście analogowe jest tutaj pewną zagadką dla mnie.

Aux (mamy tutaj układ ADC, który konwertuje każdy sygnał do PCM 24/192)

Podpięcie zewnętrznego DACa dało mi możliwość odtwarzania plików DSD (późniejsza konwersja sygnału analogowego do PCM w kolumnach), skorzystałem z obsługi muzyki powyżej 24/192 (takie ograniczenia ma wbudowany w kolumny przetwornik), do tego mogłem ustawić konwersję muzyki zapisanej w PCM do postaci 1 bitowej. Rzecz jasna mogłem także skorzystać z trybu gapless, wszystko to stało się możliwe. Mając do dyspozycji podpięty pod KEFy zewnętrzny „streamer” pod postacią wzmiankowanego M2Techa z MacBookiem mogłem wygumkować braki KEFów, za cenę pewnego skomplikowania systemu, fizycznego podłączenia zew. źródła. Jasne, mniej jasne jest to, co usłyszałem. Wejście liniowe jest w tym wypadku specyficzne, bo raz że może pracować z podpiętym gramofonem (przy czym przedwzmacniacza trzeba), dwa skorelowane jest z układem konwertującym sygnał analogowy do postaci cyfrowej. Na pewno, mimo braku zmian w regulacji natężenia dźwięku, na dzień dobry jest głośniej. KEFy grają niezwykle rozdzielczo, precyzja tych kolumn zachwyca. Miałem jednak wrażenie, że z EVO było (jeszcze) lepiej. Ciekawe. Może to tylko kwestia dodatkowych możliwości w zakresie odtwarzania, a może…

Miałem wrażenie lekkiego zmiękczenia podczas odtwarzania za pośrednictwem interfejsu USB (wbudowanego w kolumnach), nie miałem takiego wrażenia gdy strumienie śmigały sobie bezprzewodowo, a jeszcze bardziej nie miałem takiego wrażenia, gdy słuchałem via AUX na EVO/Mac. Przy czym pamiętam, co napisałem wcześniej o wejściu liniowym. Eleganckiego pilota mogłem użyć do podstawowego sterowania odtwarzaniem wyłącznie w trybie wewnętrznego streamera, gdy grały kolumny via uPnP, w przypadku zewnętrznych źródeł można było sterować wyłączenie natężeniem oraz zmienić wybór tego, co gra. I tutaj pojawił się jeszcze jeden drobny, aczkolwiek od strony ergonomii, istotny zgrzyt. Panel dotykowy z zaznaczonym wyborem źródła znajduje się na górnej części obudowy prawej kolumny i jest oczywiście niewidoczny dla użytkownika. W firmowej aplikacji sterującej nie mamy żadnej informacji na temat wybranego źródła, ani możliwości wybrania innego. Pilot wyświetlacza nie ma, kolumny nie mają, także aby uzyskać wiedzę co jest wybrane musimy pofatygować się do prawej i sprawdzić, co tam świeci na panelu. Nawet, gdy nie będziemy niczego podpinać zewnętrznie do KEFów, to i tak czasami zechcemy zmienić źródło na BT, albo wrócić do WiFi/LAN…

Skrętka i sieciówka w lewej. Obie kolumny aktywne, obie z kartami sieciowymi, przetwornikami…

Głośniki mają optymalne warunki pracy, mamy ultrakrótką ścieżkę sygnału, dopasowane komponenty, synergię całego układu. To nie tylko wielkie wejście aktywnego zestawu głośnikowego jako alternatywy dla klasycznego systemu, ale całościowy pomysł na wysokiej jakości granie bez mnożenia bytów. Właśnie, to szansa na to, by niedoceniane w domu (a doceniane w studiu nagraniowym, czy u samych muzyków, twórców, DJ-ów) aktywne zestawy głośnikowe stały się atrakcyjnym „zamiast” dla typowych audioklamotów. Można tworzyć strefy (apka), choć prawdziwa zabawa w multiroom znowu wymaga zewnętrznego oprogramowania (tak, powtarzam się, znowu ten Roon). To ważne dzisiaj, bo jak już możemy w tak atrakcyjnej formie mieć całościowy system audio to w przypadku dużej chałupy byłoby miło, gdyby paroma kompletami dało radę zawiadywać. W komplecie macie już całe okablowanie (skrętka, kable sieciowe), takie o typowo komputerowej proweniencji, jak komuś nie w smak to można jakieś sieciówki inne niż te, co z pudła wypadły, dać (np. LoRady Supry… btw okablowanie Szwedów tj. USB/łączówki wykorzystałem w teście). No kto co tam lubi.

Tu, między innymi, tkwi potencjał

Sumując, to produkt, który wyznacza nowe w audio. Podobnie jak testowany u nas obecnie NAD C338 (btw popatrzcie, wystarczyło zintegrować CAST i już wszystko jakby jest) to zdefiniowanie na nowo systemu HiFi. Odejście od klasycznego zestawu klamotów na rzecz czegoś nowego, czegoś komputerowego, sieciowego (internetowego), podatnego na ciągłe udoskonalanie (przy czym za to udoskonalanie zapłaciliśmy już płacąc za kolumny, wsparcie mamy i powinniśmy mieć gratis). Fascynujące, ale zarazem trochę taka terra incognita. Dla osób obeznanych z IT pewne rzeczy są jasne, oczywiste, ale… mówimy o audio właśnie, o czymś, co wymyka się często prostym ocenom, nie da się (tylko) pomierzyć, nie da się łatwo opisać, czy zinterpretować. Komputer, a konkretniej kod staje się niezbędnym elementem równania. Pod pewnymi względami komplikuje to sprawę, ale daje też nieograniczone możliwości. Mój dream KEF50Wireless vol.2 (albo up ;-) )? Wszystkie niezbędne protokoły zintegrowane (tj. RAAT/DLNA/AirPlay/SpotifyConnect etc.), wbudowany DAC o większych możliwościach niż obecnie, no i rzecz jasna dopracowana apka (albo wszystkie streamingi, źródła – integracja, albo właśnie tylko DSP, wstępna konfiguracja, a resztę zostawić zewnętrznym aplikacjom). Wiele da się tu zrobić na drodze aktualizacji software. Reszty nie ruszać, bo zwyczajnie nie ma takiej potrzeby. Każda z kolumn ma swój dopasowany wzmacniacz, pełna synergia, mamy najlepsze wg. mnie połączenie jakie można sobie wyobrazić między kolumnami (skrętka), mamy fantastyczne UniQ… no ludzie, w tej cenie to rewelacja jest. Cały system. Za mniej niż dychę. Niezłe jaja!

 

Wielkie podziękowania za cierpliwość, za ciekawą wymianę poglądów oraz za udostępnienie gdańskiemu salonowi

Rozbudowana fotogaleria z opisem:

Tidal zintegrowany!

AKTUALIZACJA: Popatrzcie tutaj (Tidal natywnie w Wireless-ach) oraz tutaj (ROON + LS50Wireless = system).

Wykrakałem :)

Prawdziwa okazja? Questyle CMA600i po pierwsze amp, po drugie… też amp

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170626_135813646_iOS

Chiny wyrastają na prawdziwego potentata w produkcji sprzętu audio. To już nie jest wytwórca, oferujący tanią siłę roboczą (ta, przestała być na marginesie tania, czy na tyle tania, by kierować się li tylko tym parametrem w doborze partnera przemysłowego), to już nie bezwstydny kopista, to już nie tandeta. Od dawna już nie, a od niedawna chińskie, rodzime marki potrafią sprowadzić do parteru specjalistów z umownego Zachodu. Po prostu robią to lepiej, oferują więcej, dbają bardziej i …jeszcze, choć pytanie jak długo jeszcze, to co wprowadzą na rynek dają w konkurencyjnej cenie. Od dłuższego czasu nie tylko nie reaguje podejrzliwie na „Made in China”, ale wręcz przeciwnie – z zaciekawieniem badam wytwory rodzimej, chińskiej myśli technicznej. To – właśnie – nie są kopie, naśladownictwo, a własne projekty, własne opracowania, coś co pewnie do pewnego stopnia jest wynikiem doświadczeń zebranych przez lata produkcji czegoś, co zaprojektowano na Zachodzie, co zamówiono w chińskiej fabryce, ale też (coraz częściej!) własne, autorskie pomysły.

Wiele z tego, co trafia do Europy wywołuje zdziwienie, zachwyt, a przecież to zaledwie wierzchołek góry… gdybyście odbyli podróż po azjatyckich sklepach, albo sklepach (specjalistycznych) w Australii i Oceanii to… szybko doszlibyście do wniosku, że dzisiaj to, co najciekawsze, najbardziej innowacyjne powstaje wcale nie w Europie, wcale nie w Ameryce, a właśnie tam – w Chinach. Jest tego ogrom (kolega wrócił ostatnio z Antypodów, zahaczył też o Koreę i Tajwan), nieprzebrane morze produktów, z których część uznalibyśmy za awangardowe, za wyznaczające kierunki rozwoju branży. Tyle, że o nich wszystkich na Starym Kontynencie nigdy nie usłyszycie, a nawet jeżeli, to tylko jako wzmiankę, coś na marginesie. Powiem wprost: technologiczne serce globu bije w tych kontynentalnych i tych wyspiarskich Chinach, dodajmy do tego jeszcze hi-techową Koreę i mamy komplet, przy czym ogromny, gigantyczny potencjał przemysłowy, najpotężniejsze możliwości wytwórcze na planecie, jakie ma CHRLD, powodują, że te setki (precyzyjniej to nawet tysiące) marek audio (wyspecjalizowanych, tak, tak wyspecjalizowanych marek audio) to coś, czego nigdzie indziej, w takiej skali, nie ma, nie występuje. Wielkie korporacje, które dzisiaj królują na Zachodzie, siłą rzeczy są zachowawcze, maja globalny asortyment / ofertę, która jest w porównaniu z Państwem Środka mikra, malutka. Tak to obecnie wygląda. Z opowieści osoby nieźle zorientowanej, która dodatkowo miała możliwości zapoznania się nie tylko z rynkową ofertą, ale także zapleczem produkcyjno-projektowym wyłania się obraz prawdziwej potęgi. Dzisiaj to tam powstają innowacyjne pomysły, to tam „się dzieje”. Niebawem odczujemy to wszyscy, bo lokalność (jeszcze) wielkich chińskich wytwórców elektroniki użytkowej za moment przejdzie do historii, za moment to właśnie te wielkie marki będą w centrum, a wraz z nimi pojawią się mniejsze, specjalistyczne, które już dzisiaj mogą zawstydzić asortymentem i pomysłami wielu europejskich oraz amerykańskich producentów sprzętu IT/audio.

Słuchawkowa nirwana


Ten przydługi wstępniak o podróżach i wrażeniach ma uzasadnienie, głębokie uzasadnienie, w kontekście bohatera naszej najnowszej publikacji. Questyle to właśnie taka firma, która nie ogląda się na innych, tylko robi swoje. Robi to na poziomie najlepszych, zachodnich produktów, oferuje produkty na poziomie wysokiej klasy HiFi oraz high-endu w ….bardzo, bardzo atrakcyjnej cenie. Pamiętacie zapewne liczne publikacje na HDO opisujące wybitne klamoty Matriksa? To był (poza topowcami) poziom dobrego, solidnego HiFi, a tutaj mamy rzeczy, które mogą stanowić element dowolnego, nawet wyczynowego toru, bez ujmy dla podpinanych elementów. Aż tak dobrze? Ano, CMA600i w jednej z głównych funkcji, czy (moim zdaniem) kluczowej funkcjonalności, jest urządzeniem, które może swobodnie konkurować z uznanym za najlepszy (taa… rankingi) słuchawkowy amp Bakoonem HPA-21. Też Azja, na marginesie, słuchany przeze mnie niedawno (jak uda się wypożyczyć na dłużej to będzie recenzja), wykorzystuje podobny patent na granie, korzysta z tej samej technologii co tytułowy CMA. Bakoon był „pierwszy” (takie konstrukcje to nic nowego btw, kiedyś tak się wzmaki robiło), Koreańczycy zaoferowali swój produkt parę lat temu (o ile mnie pamięć nie myli AD 2013), parę firm próbowało stworzyć podobne urządzenia, ale dopiero Questyle zaoferował coś, co można uznać za odpowiednik, tyle tylko że w formie rozbudowanej funkcjonalnie, z dodatkiem symetrycznego toru dla słuchawek (HPA-21 jest konstrukcją SE). Zresztą, mniejsza o rankingi i prześciganie się kto bardziej, powiem już na wstępie, niech strzelba wypali, że CMA600i to jeden z najlepszych w skali bezwzględnej wzmacniaczy słuchawkowych, jakie są dostępne na rynku, to przede wszystkim amp, to też bardzo dobry (i na całe szczęście, bo właśnie to stanowi konieczne uzupełnienie tego produktu) pre i dopiero na końcu DAC. Jako przetwornik wypada średnio, to znaczy w cenie 4000 (co to za cena!? Dumping?! Za tyle w Polsce, właśnie za tyle, dzięki dystrybutorowi i chwała mu za to, bo gdzie indziej drożej) to przetwornik bardzo solidny, ale spora konkurencja w tym zakresie cenowym i zwyczajnie można lepiej. Mówię o komputerze, bo SPDIF jest tu niczego sobie. Ale to nieważne, zupełnie nieważne, bo amplifikacja jest tu znakomita i w przypadku pewnych redakcyjnych słuchawek to po prostu „must have”. Idealnie dopasowany partner. Z innymi też pysznie. Także, tak CMA600i wielkim wzmacniaczem nausznikowym jest.

 

A teraz to jeszcze, poniżej, uzasadnię…

» Czytaj dalej

Nowa era w audio, czyli coś co wszystko zmienia: all-in-one Auralic Polaris

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170709_130211653_iOS

Na wyrost? Nie, nie na wyrost. Tak jak KEF-y LS50 Wireless są, w co nie wątpię, zwiastunem końca tradycyjnego toru audio i w perspektywie nastu lat będziemy mieli coś co gra (głośnik), dopasowując się jednocześnie do pomieszczenia, niknąc w nim, wtapiając się, znikając, tak Polaris jest alternatywnym uwieńczeniem rewolucji jaka dokonuje się w audio na przestrzeni ostatnich paru lat w zakresie elektroniki. Innymi słowy, albo będzie nam samo pomieszczenie grało, albo będziemy mieli zintegrowane, niewielkie, małe coś, co zajmie minimum przestrzeni, nie będzie wymagało specjalnego, wydzielonego miejsca, de facto audio „zniknie”, czyli tak jak to u designerów wnętrz od zawsze było: wygumkowane, audio nie ma… tyle, że teraz będzie grało. Zamknięcie wszystkiego w formie niewielkiego urządzenia bez ograniczeń funkcjonalnych, takiego, które gotowe jest na wyzwania przyszłości – tytułowy klamot jest właśnie czymś takim. To faktycznie „koniec drogi”, to finał, połączenie świata IT z światem audio w dojrzałej, kompletnej formie. Jest tak, nie tylko z powodu doskonałości dzisiejszych procesorów, miniaturyzacji układów, szybkich łącz sieciowych, stałego dostępu do sieci i jeszcze długo by wymieniać… powodem, dla którego według mnie możemy mówić o ostatecznej transformacji domowego systemu audio w nowe, jest OPROGRAMOWANIE. Kod jest dzisiaj wszystkim. Bez niego komputer jest bezużytecznym złomem, bez niego to nowe audio nie ma racji bytu. Już tłumaczę o co chodzi. Taki zintegrowany system tylko wtedy ma sens, gdy zarówno dostęp do treści jak i sposób jej odtwarzania oraz sama obsługa całości to algorytmy, linijki kodu, tysiące linijek kodu. Nie ma w tym nic romantycznego, prawda, ale tak to wygląda „od spodu”. Sposób w jaki trafia do klamota sygnał, transformacja, przetwarzanie tego sygnału, jego dopasowanie (korekcja pomieszczenia, zaawansowane DSP), sposób jego wzmocnienia i finalnego odtworzenia to kod, podobnie jak „warstwa użytkownika”, UI/interfejs… no, wszystko. Polaris jest kwintesencją, a jest nią, bo choć na rynku pojawiło się sporo urządzeń z własnymi rozwiązaniami, cyfrowych omnibusów, to nigdy wcześniej nie mieliśmy SYSTEMU OPERACYJNEGO AUDIO. Jak wiecie, taki system powstał, jest dostępny i tworzy niezbędną warstwę dla tego, co powyżej: transformacji domowego toru audio w coś, co nierozerwalnie łączy odtwarzanie dźwięku z IT. Patrząc zaś szerzej, na dystrybucję, na dostęp do muzyki dzisiaj (wielkie bazy danych, przetwarzanie w centrach), widzimy że to nieuchronne i zwyczajnie nie ma odwrotu od powyższego. Wielkie sieci sklepowe wycofują się ze sprzedaży kompaktów, download powoli, ale wyraźnie staje się już tylko uzupełnieniem dla streamu.

Polaris nie przypomina tradycyjnego urządzenia, więcej –  jest w opozycji do klasyki, bo mamy tutaj wszystko to, co w przypadku klasycznych systemów stanowi co najwyżej dodatek. Dodatkowo stanowi haj-endową wersję all-in-one, przy czym w odróżnieniu od budżetowych rozwiązań, które pojawiły się (oferujących coraz większą funkcjonalność, multifunkcjonalność), tutaj trzeba było uwzględnić wyższe wymagania odnośnie jakości, bo przecież to ma być wysoka półka, ma być alternatywa dla systemów za kilkadziesiąt tysięcy, ma być (i według mnie jest) zmiana filozofii budowy całego toru audio, co implikować będzie bardzo poważne przetasowania w całej branży audio. I – biorąc pod uwagę ROONa – jest takim punktem zwrotnym. To kompletne rozwiązanie, to synteza (teoretyzując: nigdy nie osiągniemy podobnego rezultatu łącząc poszczególne komponenty) całości, to coś co wg. mnie po prostu zamyka temat. Jest system operacyjny Roon labs (z firmową alternatywą w postaci Lightning OS), jest integracja wszystkich elementów na poziomie wykraczającym poza budżet, to znakomicie grające urządzenie, a do tego takie, które może i będzie grało zawsze najlepiej, bez względu na to gdzie zostanie umiejscowione. Tak, nie ma tu pomyłki, bo to co dzisiaj oferują takie programowe rozwiązania (kod!) jak Dirac Live (szczególnie w wersji pełnej) pozwala na osiągnięcie rezultatu NIEOSIĄGALNEGO w przypadku tradycyjnego audio. Wróć. Ok, można osiągnąć podobne rezultaty na drodze niezwykle kosztownego, długotrwałego procesu dopieszczania systemu, akustycznego dopasowywania pomieszczenia, uwzględnienia pierdyliarda czynników. Teraz, moi drodzy, stoimy u progu nowego – wystarczy maznąć na dotykowym ekranie i się zadzieje. Wiem, brzmi to dla tradycjonalistów koszmarnie, ale cholera… to, co działo się w studio nagraniowym, to czym dysponował inżynier dźwięku, to co robiono podczas pracy nad materiałem, to jak (w idealnych warunkach studyjnych) udawało się przygotować materiał teraz jest nie tylko na wyciągnięcie ręki (dostęp), ale jest do wyczarowania w domowych warunkach, bo  NOWY system audio może nam się dostosować do danych warunków i stworzyć nie tylko optymalne, ale finalnie DOSKONAŁE warunki odsłuchowe. Widzę to wyraźnie, opisuję na łamach (True-Fi, Reference, Dirac i inne tego typu rozwiązania…), a wspomniany audio OS pozwala na dowolne kształtowanie, integrację, dopieszczanie na drodze programowej całego toru złożonego z jednej skrzynki i efektorów.

POLARIS potrafi, bo umie, bo jest wyposażony w układy komputerowe zapewniające kompatybilność z tym, co dzisiaj kluczowe… z kodem. ROON Ready to furtka do nowego świata, bo daje nam sposobność rozszerzenia możliwości takiego klamota właściwie bez ograniczeń. Nie ma rzeczy niemożliwych. To kompletna zmiana filozofii, tego co gra w domu. Możemy wymazać cały proces poszukiwania i błądzenia, bo świetnie brzmiące urządzenie może ewoluować i będzie ewoluować wraz z rozwojem systemu operacyjnego audio, już teraz wraz z rozwojem kodu oferuje funkcjonalności, nowe możliwości, które wcześniej WYMAGAŁY ZMIANY CAŁEGO SYSTEMU. Teraz wystarczy aktualizacja. Wraz z ucyfrowieniem całego toru (aż do gniazd głośnikowych) ludzie odpowiedzialni za rozwój kodu mogą w praktyce wszystko. My, użytkownicy, możemy wszystko. Rodzi to oczywiste konsekwencje… niektórzy mówią: to zbyt skomplikowane, to nas przerasta, to wymaga (…), moim zdaniem to błędne rozumowanie. Dobre UI, dobry kod, to najprostsze, najprzystępniejsze, najłatwiejsze w obsłudze, to brak konieczności przeczytania manuala, to brak konieczności „znania się”. Z jednej strony automatyka, z drugiej przyjemne, łatwe, atrakcyjne w odbiorze interfejsy, z takim pomysłem na obsługę, by każdy mógł opanować to z marszu. Da się. To się właśnie dzieje. Doszliśmy do tego po wielu latach rozwoju systemów komputerowych, rozwoju elektroniki osobistej, sposobów interakcji z światem zero jedynkowym. AUDIO KORZYSTA Z TYCH POSTĘPÓW. Polaris, ROON, to o czym przeczytacie poniżej, soczewkują nam idealnie to branie pełnymi garściami z osiągnięć współczesnego IT. Złożoność zastępuje prostota, każdy może, za moment proces inicjowania, instalacji, ustawień będzie na tyle zautomatyzowany, że faktycznie wystarczy usiąść i nacisnąć play. I bardzo dobrze. A dla każdego „geeka”, swojsko „dłubacza” (niżej podpisany ;-) ) to nieograniczone możliwości ewolucji tego, co nam gra dokonywane nie tylko za pomocą portfela, bo coraz częściej bez udziału $ (bardzo to zmieni całą branżę, zobaczycie, BARDZO), ale wiedzy, umiejętności oraz otwartego podejścia do spraw, które do tej pory nie były dobrze rozumiane, rozpoznane. To wraz ze streamem zmienia wszystko. Nieodwracalnie.

Muzyka to miłość. Brak ograniczeń w odkrywaniu tego, co kochamy, to wystarczająco fascynująca perspektywa… nieprawdaż?

» Czytaj dalej

Zasiać ferment część II: biznes, jak zwykle

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
240_F_129984436_LUGRhgBpgOKvIJIG2tHLT3liUa0sAJsM

Zarabianie na muzyce nie jest proste. W dobie streamingu to wyzwanie. Ostatnio parę osób z branży podzieliło się uwagami na temat tego, jak trudno wyjść na swoje. Szczerze? Nie przekonały mnie te biadolenia, bo choć same serwisy obecnie są deficytowe to… jakoś nikt nie rezygnuje (wytwórnie) z nowego sposobu dystrybucji, jakoś nikt nie wywiesza białej flagi (tak, ten zły, darmowy YouTube wszystko psuje), każdy stara się rozwijać biznes i mimo początkowego dystansu do nowego (artyści) dzisiaj nikt nie obraża się na taką formę udostępniania muzyki. Co więcej, sami muzycy przyznają, że już od dawna (od dawna, to znaczy jeszcze na długo przed serwisami) zarabiali głównie na koncertach, głównie na monetaryzacji swojego wizerunku, a płyty… cóż, poza topowymi wykonawcami nie były istotnym źródłem przychodów. Same wytwórnie dość późno zrozumiały o co w ogóle w tym Internecie biega, same były sobie winne – nie potrafiły się dostosować. Stąd te biadolenia. Sieć staje się trampoliną do promocji (i tutaj jest łatwiej, taniej, szybciej… ale o tym jakoś nikt z wielkich specjalnie się nie rozwodzi, a to główny koszt po ich stronie), jest idealnym medium komunikacji, stanowi doskonałą platformę dla talentów (i anty-talentów), także tych bez bogatego tatusia z szybami, który kupi miejsce w top 40. Muzyka to biznes, który musiał zaadaptować się do nowej rzeczywistości, do sytuacji w której to co fizyczne przestało być „sprzedawalne”. Rzecz jasna dotyczy to także kina, dotyczy to telewizji, ale – patrząc na wszystkie te nośniki kultury – to właśnie muzyka musiała wjeść w sieć i zacząć na siebie zarabiać. To dochodowy biznes, wbrew twierdzeniom co poniektórych, choć wymagający. Trzeba się szybko dostosowywać, trzeba być aktywnym, trzeba… tak, żyjemy w XXI wieku, musisz się szybko adaptować, jak tego nie zrobisz to wypadasz.

No dobrze, to może MQA ma być po prostu nowym sposobem zarabiania, zarabiania na wysokiej jakości w dobie Internetu? Naturalnie, nie byłoby w tym nic zdrożnego, nic złego i za tę lepszą jakość (gdy w sieci króluje stream o podłej, albo jedynie akceptowalnej jakości… choć to się zmienia vide nasze wpisy o Spotify choćby :) ) należałoby zapłacić, przy czym dla naszych rozważań ważne jest na czym konkretnie i w jakim stylu zarobić. Problem w tym, że stojący za nowym rozwiązaniem twórcy chcą powtórki z rozrywki, chcą dokładnie, jotka w jotkę zrobić kalkę z tego, co słusznie minione, co było powszechnie krytykowane, co było anty-konsumenckie. DRMy, regionalizmy, licencje… coś, co nadal mocno się trzyma w przypadku dystrybucji X Muzy miałoby wrócić w „wielkim stylu” właśnie za sprawą MQA. Nie wierzycie? Wspominałem w poprzednim wpisie o sceptycyzmie Schiit Audio, ale to nie jedyny głos z branży (…branży! Nie od nawiedzonych alterglobalistów ;-) ). Oto co ma do powiedzenia w tej sprawie Charles Hansen z Ayre:

If MQA is successful, audio will be distributed and rented in the same way that video is distributed and rented.

Look at what happened with video – they made it so that only giant mega-corporations could compete – Sony, Panasonic, Toshiba, Pioneer, Denon, because the up-front licensing fees for DVD were $150,000 with an annual renewal of $50,000, plus a 4% royalty on the entire unit. Four percent of a $200 DVD player was almost tolerable, but on a true high-end player, most of the money goes into the power supplies, the higher-quality parts, the elaborate analog and video circuitry, the clocks, the chassis – all things that have nothing to do with the patented technology that is being licensed. The royalty alone would cost as much as a high-quality chassis. It simply was unworkable for small, innovative manufacturers.

A handful of companies (Theta, Muse, Ayre) made „pirate” DVD players by purchasing a completely finished, fully-licensed and royalty-paid player at wholesale from Pioneer (or in one case Panasonic) and then „modifying” it to one degree or another. (As far as I know, Ayre was the only one of these companies to literally re-build the unit from the ground up. See link below.) The problem with that approach is that the Japanese giants „churn” their product line every year or two, and there is no stable platform to base a high-end player on. (This is what killed high-end CD transports in the early 2000′s – nobody sold transports except Philips, and they changed models every year with no support – eg, replacement lasers – for previous models.)

This „pirate” practice reached its nadir when Lexicon (a division of Harman and sister company to Levinson at the time, and who had DVD licenses but not Blu-ray licenses) released its Blu-ray player. It sold for $3000 and it turned out that it was literally a $500 Oppo stuck inside another fancy box. They didn’t even bother to take the parts out of the Oppo box – even the Oppo chassis went right in. The *only* thing that changed was the logo on the start-up splash screen.

This is one of the main reasons that people think the high end is a rip-off and a joke – in many cases it is.

Did the print magazines publish any of this?

If MQA succeeds, it will turn audio into the same exact thing. I’ve heard rumors that the MQA up-front licensing fee is $200,000 but that they will „waive” it for the „early adopters”. The royalty rate is supposed to be a percentage of the cost of the product, but I’ve heard they are making special deals with the „early adopters” – only a buck-two-ninety-eight. What they probably want is a few percent of the wholesale cost of the product. If it goes mainstream, a few percent of all cell phone sales could add up to some *really* big bucks. Someone has to pay for Bob’s mansion.

And that is the world that Bob lives in now. MQA is financed by the Rupert family of South Africa. Multi-billionaires that made fortunes by killing people with cigarettes. The elder Rupert (now deceased) invented the „king-size” cigarette, the „menthol” cigarette, and many other lovely things. One of the sons of big Daddy Rupert runs Reinet Investments, owners of both MQA and Meridian.

So if you want to see our „hobby” turned into a giant parasitic industry controlled by licensing organizations (like the video industry is – HDMI, Dolby, and DTS set all the standards and mandate changes every couple of years to create product „churn”), go ahead and support MQA and Bob Stuart and the greedy Rupert family of billionaires.”

Może to jakiś frustrat, facet spóźnił się na pociąg i teraz rozdziera szaty? Zanim zaczniemy kogoś dezawuować, bo nam w szkodę wchodzi, popatrzmy na argumentacje. Temat wideo znany jest mi bardzo dobrze, kiedyś testowałem sprzęt AV, z akcentem na V i cóż… to wszystko, o czym wspomina Hansen brzmi bardzo znajomo. To jest coś, co nieodmiennie stanowiło zarzut pod adresem całej branży, co pokazywało jak pazerne, jakie to, pozbawione skrupułów, towarzystwo. Generalizujemy, owszem, ale to co stanowiło największy problem dla konsumenta (brak swobody korzystania z dóbr kultury, dodatkowe, zupełnie zbędne koszta jakie musiał ponosić, chcąc korzystać w pełni z tego, co „oferuje” rynek) utrzymywane było i jest z podziwu godną, żelazną konsekwencją. Dzisiaj powoli, bardzo powoli się to zmienia, bo musi, ale… nadal, jak widać są pokusy by wrócić do tego, co dawało przywilej kasowania ekstra ZA NIC. Każdy sprzęt, każdy ze znaczkiem MQA ma być opodatkowany. Chcesz mieć znaczek na obudowie? Płać ekstra za to. Obok opłaty za download, za stream (nie mam nic przeciwko płaceniu więcej za dobrą jakość!) płacę na starcie za PRZYWILEJ KORZYSTANIA Z TECHNOLOGII. Chyba ktoś tu upadł na głowę. Delikatnie rzecz ujmując. Dalej, jak pamiętacie z poprzedniego wpisu, MQA to nie jest żaden Złoty Graal (o tym jeszcze wspomnę, dlaczego nie, poniżej), tylko coś co – owszem – pozwala na przepchnięcie mocno skompresowanych danych do użytkownika, pozwalając zminimalizować transfer oraz zaoszczędzić miejsce na serwerze. Z tego co pamiętam, a pamiętam dobrze, o tej technologii mówiło się początkowo głównie w kontekście mobilnego grania. I prawidłowo, bo przecież tam te kwestie (mniejsze wymagania co do transferu danych, oszczędzanie energii – o tym też twórcy perorowali – po stronie użytkownika korzystającego z przenośnej elektroniki) są b. istotne. Fajnie, ale gdzie jesteśmy obecnie, o czym dzisiaj mówimy? Ano, nie o strumieniach na smartfonach (tak, tak nie ma na razie takiej możliwości, nawet w przypadku jedynego serwisu, jaki MQA wprowadził tj. Tidala), a o domowym audio. I to o tym domowym audio głównie w kontekście MQA się mówi… to jest to, co najistotniejsze, gdzie zarabia się pieniądze (kasuje za licencje). No i jesteśmy w domu. Nie o lepszą jakość w dobie mobilnego grania tu się rozchodzi. MQA nie jest w ten sposób promowane i oferowane z prostego powodu: to audiofile są tu, jak wspominałem, głównym targetem. Taka grupa docelowa, choć niszowa, daje jednak nieźle zarobić, ma w głębokim poważaniu (co do zasady) to co mobilnie gra (no, sorry, smartfon?), preferuje drogie systemy stacjonarne i jak popatrzymy na tych, co są na pokładzie (supporterzy MQA)…

Owszem są też i tacy, nieliczni, z branży producentów sprzętu audio, którzy mobilnie też. Ale to nisza, niszy i co najistotniejsze NIE O TO TU CHODZI. Nikt na serio (z wielkich producentów elektroniki konsumenckiej) nie wejdzie póki co w temat, bo nie widzi w tym większego sensu. I nie, nie chodzi tutaj o brak chęci zarobienia miliardów, bo ta chęć zawsze była, jest i będzie, ale o chłodny szacunek ile? …i czy warto? Odpowiedź brzmi: niewiele (nisza) i nie warto (bo licencja kosztuje, a konkurencja na rynku mordercza). Poza tym ilu złotouchych konsumentów znajdziemy spośród tych dziesiątków milionów kupujących smartfony miesiąc, w miesiąc? Dzielić się zyskami? Wspomniane w poprzednim wpisie Apple, ma swoje Remastered for iTunes i …mu starczy. W przypadku streamingu starczy, nie widzą żadnego sensu we wprowadzaniu „lepszej jakości”, a ewentualne bezstratne downloady mogą pojawić się w kramiku, by na nowo rozbudzić chęć płacenia za album 10$, odwrócić trend spadkowy jaki kramik od paru sezonów prześladuje. Tyle. Także nie jest to coś, co na starcie dawało nadzieję na lepszy stream z serwisów, w ogóle nie o to tu chodzi. Teraz to rozumiem, wcześniej trzymałem mocno kciuki, mając nadzieję (matka głupich), że będzie to remedium na niesatysfakcjonującą (statystycznie – niesatysfakcjonującą nielicznych) jakość muzyki dostępnej w streamie w sieci. To o czym tutaj piszę oraz ostateczny cios (podsumowane w pkt) w aspektach technicznych MQA (poniżej) skutecznie mnie wyleczyły.

Pamiętam te bezwstydne kasowanie przez uczciwych inaczej producentów sprzętu wideo za ten sam wsad, w obudowie generującej mnożnik 10, 100 i więcej do ceny. Oj pamiętam (patrz powyższy cytat). Gdzieś te koszty licencji trzeba upchnąć, mówimy o niszowym (patrząc przez pryzmat całego rynku elektroniki konsumenckiej) segmencie w końcu, a ja czytając takie wypowiedzi jak ta Hansena ciągle mam przed oczami coś, co opisałem na łamach HDO – Malinkę za 20$ w obudowie za tysiąc, patrz …tutaj. Czy oni się nigdy nie nauczą, że takie coś psuje wizerunek nie pojedynczemu producentowi, a całej branży?! Taka Malinka to dobry przykład, bo to oczywiście nieograniczone możliwości, to przykładowo wprowadzenie wsparcia dla MQA na drodze prostego upgrade, „w locie”. Niech płacą 900$ za obudowę. Hansen pisze przez pryzmat swojego biznesu i trudno się dziwić, w końcu dla niego takie 4% od sztuki to oddanie swojego zysku, pieniędzy które miał do tej pory w kieszeni, na rzecz licencjonodawcy. MQA znaczy się. Wsad może być jak z chińskiego high-endu (nie, to nie obelga, chiński high-end to potęga, tam jest lepiej, taniej, szybciej a wsparcie… niech się Ameryka i Europa uczy), a cena na poziomie Rollsa. Tylko logo inne, metka inna i … tak, tak znaczek MQA na pudle (i obudowie). To wszystko stanowi ten sam, wielokrotnie wypróbowany, mechanizm „strzyżenia owiec”. Płacisz za nic i …płacisz za nic. Prawda?

Czy MQA w domu, gdzie mamy szerokopasmowy dostęp do Internetu daje nam jakiekolwiek zyski… nam, użytkownikom, pomijam dostarczyciela treści, który w sumie też niczego nie zyskuje, bo wspomniane, ewentualne, mniejsze zapotrzebowanie na przestrzeń w centrach danych z obecnej perspektywy jest pomijalne, mało istotne? (popatrzmy jak duże potrzeby ma w tym względzie streaming wideo i co? Ktoś płacze? Nie ma czego porównywać zestawiając ze strumieniem audio nawet bardzo wysokiej jakości). No właśnie. Ja nie widzę żadnych zalet, nie ma tu nic, co dawałoby jakąś wymierną korzyść, poza komplikowaniem sobie życia (dekodowanie albo softwareowe w ramach usługi, albo hardwareowe – czytaj licencja, czytaj nowy sprzęt, czytaj koszta po naszej stronie). A przecież to w domu ma nam przede wszystkim, jak obecnie widzimy, grać. W domu, z szerokopasmowym Internetem, gdzie oglądanie na wspomnianym we wpisie Hansena, testowanym u nas Oppo (105D) streamingu koncertów Deutsche Gramophone o jakości (muzyki) z płyty BD-Audio/SACD nie stanowi żadnego problemu. No nie ma czego porównywać.

To może chodzi tutaj o te najlepsze źródła i o to, że nie uronimy ani jednego bita z tego skarbca jakim dysponują licencjonodawcy? No nie bardzo, bo jak już wcześniej, w części pierwszej wspominałem MQA to na sztywno ustawiony, określony sposób przygotowania plików audio (ma brzmieć lepiej ekhmmm), no i jest stratny z samej swej natury. Ok, ja bym to w pełni akceptował, tak jak akceptuję progres w dziedzinie jakościowej jaki prezentują kolejne wariacje kodeka apt-X (HD) w przypadku sinozębnego. To ma sens (apt-X), bo po prostu pozwala stworzyć lepsze warunki techniczne dla transferu danych audio, pozwolić znieść ograniczenia niedoskonałej (na starcie) technologii bezprzewodowej. To ma sens. A MQA… które jak wspomniałem powyżej, po pierwsze celuje w inny target, po drugie (no licencjonodawca bardzo by się ucieszył, gdyby jakiś LG czy Samsung, o Apple nie wspominając, wprowadził to do swoich produktów, nie wątpię) nie rozwiązuje w sumie żadnych problemów, nie jest odpowiedzią na żadne oczekiwania (Tidal HiFi był i jest, oferując stream bezstratny, Qobuz był i jest, Deezer z nową usługą był i jest, będą też zapewne inni), napewno nie w takiej formie!

To jeszcze jeden cytat z Hansena:

„I think we all appreciate the importance of making money! Nothing wrong with capitalism, corporations, and the profit motive of course. When companies make good products, this is to be lauded and rewarded. 
The issue IMO with MQA is that it’s bogus. It was marketed in a bogus fashion, it is not capable of what it claims, and even if we don’t call it all-out DRM, they have not addressed the observation of such an underlying intent or to clarify what limits they seek to protect consumer interests. 

This is IMO bordering on fraud (again – this is my opinion). There are IMO lies being spoken of in the advertising and claims. When this happens, then absolutely, as audiophiles and music lovers, we must come out fighting against such nonsense whether perpetuated by the company itself or in the moronic audiophile press. 

As audiophiles, I think we can all find and see products being advertised demanding that we be skeptical of. For the most part, we can probably just let it pass… But in the case of MQA, there’s a real threat here of that corporate „greed” infecting the music production and distribution chain that provides NOTHING to the consumer; in fact, it’s counterproductive for the consumer. This is a major problem with MQA and again, demands thoughtful audiophiles to respond in kind.”

 

Ostro? No ostro, ale powiedzcie szczerze, nie czujecie jak coś bardzo, bardzo tutaj nie gra, jak mocno jesteśmy naciskani, urabiani, aby ktoś mógł zarobić górę pieniędzy, w zamian nie dając NIC? Dzisiaj można wmówić wszystko, można dowodzić że białe jest czarne i nikt nie będzie protestował (dobra, może ktoś to zrobi, ale who cares?) i sprzedać „gówno w papierku”. Tym bardziej łatwo to zrobić, gdy ktoś roztacza przed podatnymi (raz jeszcze, chwała i cześć audiofilom, ludziom o pięknej pasji i wielkiej wiedzy) obietnice audio nirvany. No ale dziwicie się, jak mowa jest o materiale wprost ze studia, o takim „sky has no limits” w dziedzinie dystrybucji dźwięku? Wspomnianym, Złotym Graalu, czymś na co wszyscy zainteresowani czekali? Może faktycznie, jak napisał na naszym profilu jeden z Czytelników, może faktycznie zdrowsze dla nas wszystkich, sensowniejsze, nie obarczone całym bezwstydnym bullshitem, były czasy kasety magnetofonowej. Fizycznego nośnika. Skupienia się na tym, co istotne. Na muzyce. Nie, nie chcę wyjść na starego zgreda (dobra, dobra, którym oczywiście jestem), nie ma powrotu do przeszłości, ale zastanówmy się, czy to nie jest dla nas wszystkich nauczka, że to co nowe, niefizyczne, komputerowe w przypadku naszej pasji może łatwo sprowadzić nas na manowce? Dać się „zrobić”, zapłacić za hokus-pokus, wprost: dać się nabić w butelkę, oszukać…

Jest jeszcze aspekt techniczny, czyste technikalia i Archimago zadaje, wg. mnie, celnie, ostateczny cios MQA (w obecnej formie?), pisząc:

„We have 2 options currently:

1. We simply downsample to 48kHz while maintaining 24-bit resolution and give up the ultrasonic frequencies above 24kHz = STANDARD downsampling. 

2. We sacrifice 24-bit depth to „typically 15.85 bits” (Bob Stuart’s words), and encode the ultrasonic frequencies from 24-48kHz in a lossy fashion = MQA encoding & decoding. [Throw in some stuff about "de-blurring" while you do this of course and claim you can recover everything else you "need" back to the "original" 192kHz. Turn on a LED/indicator telling us MQA decoding is happening, that there's no error in the stream and it's the "original" resolution (meaningless, but that's fine)."

Pierwsza, wydaje się sensowna i uczciwa, w tym sensie uczciwa, że stosujemy coś, co nie udaje czegoś, czym nie jest. Mamy standardowy downsampling, mamy te 24/48 i już. Nie czarujemy, taki stream daje nam pewność, że odtworzymy dokładnie to co powyżej na lwiej części mobilnej elektroniki. Bingo. Nie wróć... Bo mamy drugą opcję i ta druga jest właśnie dzisiaj standardem. Nie ma bitperfect, nie ma, bo jest lossy. Tak to obecnie jw. wygląda. A dlaczego tak wygląda? Ano chyba dlatego:

Lossless 24/48 audio sounds great and in many cases would be easier to compress than MQA for streaming. Heck, we could zero out the last 4 bits and maybe compress a 20/48 stream for more data savings without worrying about anyone complaining. Plus, since time domain performance is linked with bit-depth, one could argue that maintaining true 24-bit resolution provides better time-domain performance below Nyquist. It will be "open" for easy adoption by manufacturers and not impose any licensing fee.

Innymi słowy, licencji nie ma, bo nie potrzeba, taki plik nawet łatwiej przepchnąć niż origami, oferuje świetną jakość i jeszcze możemy bez żadnej jakościowej straty poświęcić "nadmiarowe" 4 bity (czyli mamy 20/48). Każdy może to wprowadzić, każdy zainteresowany. No ale:

1. It adds complexity and cost (unnecessarily):
a. We already have many high-resolution DACs out there. Do we need a new "format" that's not "fully" backward compatible?
b. Only MQA-certified software / hardware available for decoding. This reduces options for consumers and likely always will especially in the audiophile world where small manufacturers may find it hard to justify licensing costs. Furthermore, small independent developers, free software and Linux distributions would not be able to develop for MQA decoding unless under some kind of license. Ultimately this reduces innovation.
c. MQA versions of downloads such as what we see on 2L (US$19 for 24/96, $23 for 24/192, $24 for MQA, and $30 for studio master DXD) often costs more than downsampled very high quality 24/192. Does MQA encoding actually add any value or are we seeing the added licensing fee passed on to consumers? Is there any justification for the existence of MQA for file downloads when we're not faced with the bitrate limitations of streaming over the Internet?

2. Technical concerns:
a. It reduces the actual bitdepth to the aforementioned "typically 15.85 bits" and up to "17-bits" resolution when decoded. These numbers are from Bob Stuart. I know they want us to ignore this and focus on the analogue output rather than care about the digital technical values. We can argue about this of course; but the point is that a resolution limit has been imposed which is lower than standard 24-bit digital audio.
b. Reconstruction of the first unfold into the 24-48kHz audio frequencies is lossy in nature compared to the original. Again, they may argue that there is no audible difference, and yet again, a limitation has been imposed that would not exist with 24/96, much less from a 24/192 source.
c. MQA upsampling is done with "leaky" filters resulting in weak ultrasonic suppression of aliasing. Remember that DAC designers can easily program their devices to do this if felt to be preferable for their designs. Also, we as consumers can choose to do this ourselves with software upsampling if we really think this is a good idea (software like HQPlayer perhaps or even SoX).
d. For those who want to do advanced DSP like room correction filters, ambisonic processing (like this one), or surround processing, we cannot have access to the full digital resolution because of the proprietary MQA decode process. (This is a big deal IMO that limits flexibility and progress as we aim for better sound quality for hi-fi enthusiasts.)
[Given the technical concerns, what is the meaning of advertising claims of "de-blurring", how can it "fundamentally change the way we all enjoy music", represent a "new paradigm", or "reveal every detail of the original recording"?]

3. Minimal audible difference:
a. Digital subtraction tests show little difference.
b. Blind listening test with 83 listeners show no clear preference. (In fact, in some situations, standard hi-res was preferred.)
c. Inter-DAC comparisons with MQA decoding show no evidence of significant „authentication” of a standard „studio sound” in the analogue output beyond the expected DAC differences.

4. Unclear Digital Rights Management (DRM) implications:
a. Already as in (1), MQA certified products such as an MQA DAC adds expense and there are fewer software playback options. It locks us into a proprietary mechanism right from the start. This is a backward step considering the years of open and free (for consumer) lossless file formats like WAV, FLAC, ALAC, WV, APE, etc...
b. Potential future stronger mechanisms such as encryption or scrambling to enforce playback only with licensed products at the expense of significant sound quality if one does not „buy in”. This is not an issue currently if you feel undecoded MQA sounds as good as CD resolution. However, there are hints in the MQA firmware that more severe forms of DRM can be imposed. It doesn’t take a genius to see how that MQA „authentication” indicator can be linked to such a mechanism. Do we even need to entertain this possibility as consumers in 2017 after years of rejected attempts at DRM and digital watermarking?

Właściwie każdy z powyższych pkt jest ważny i stanowi trudny do podważenia zarzut, ale pogrubiłem to, co wg. mnie kluczowe. Brzydko pachnie? No nie inaczej, wręcz cuchnie. Nie podkreślałem pkt zawierających jakieś subiektywne odczucia, badań odsłuchowych, bo to zawsze można podważać w każdą stronę. Mam swoją opinię (byłbym 84 słuchającym, nie rozróżniającym czy gra MQA czy stream HiFi), ale to nie jest tutaj najistotniejsze (subiektywne wrażenia). Istotne są twarde, techniczne realia, a te dają kłam propagandzie, marketingowemu szumowi jaki otacza MQA. To nie podlega dyskusji. To są fakty. Gdzie tu w takim razie wartość dodana? Raz jeszcze zapytam. Jak można promować zamknięte, licencjonowane rozwiązanie, na pograniczu nowego DRM-a (niech sczeźnie w końcu raz, a dobrze i nieodwracalnie to, to)? Jak można promować coś, co ma takie ograniczenia funkcjonalne (korekcja pomieszczenia, filtry, surround – w przypadku MQA nie ma o tym wszystkim mowy)? Dlaczego konsument ma płacić za coś, co nie jest żadnym krokiem naprzód, ba płacić za to coś więcej niż za dotychczasowe materiały audio wysokiej jakości dostępne w sieci?

…cóż, przytoczona wypowiedź jednej z promujących standard osób, może chyba zamknąć te nasze rozważania i nie wymaga żadnego dodatkowego komentarza:

„No Scientific Tests Were Done, Says MQA Founder” (link)

 

Zasiać ferment część I: A może po prostu błądzimy?

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
images-2

Zwątpiłem. Słucham krytycznie paru nowych klamotów i czytam. I zaczynam poważnie zastanawiać się, czy to co dzisiaj obserwujemy na rynku ma jakikolwiek sens. Gdzieś nam ucieka to co istotne. Skupiamy się nie na tym, co kluczowe. Rzeczom nieistotnym przypisujemy ogromną wagę, kompletnie rozmijamy się z …rzeczywistością. My? Tak my. Ja – piszący te słowa, ale także Wy, czytający je, a nade wszystko psujem jest branża. W prostocie jest metoda, za dużo kombinowania sprowadza nas na manowce, przy czym najgorsze w tym wszystkim jest to, że chcemy być oszukiwani. Musiałem podjąć decyzję o zmianie paru ostatnich tekstów (stąd opóźnienie w publikacji), bo stwierdziłem, że pewne rzeczy można potraktować zupełnie inaczej (niż pierwotnie zostało to opisane). Odniosę się do tego w publikacjach. Teraz jednak chcę napisać o czymś, co wywołało u mnie taką, a nie inną reakcję. Od dawna śledzę dwa miejsca w sieci, gdzie tytułowy ferment siany jest bez ograniczeń, gdzie właściwie wszystko co do tej pory pisaliśmy o graniu z pliku jest albo podważane, albo przynajmniej poddawane w wątpliwość. Uwielbiam tam zaglądać, bo lubię być konfrontowany, uważam że lepiej jest dociekać, wątpić, niż a priori coś zakładać. Oczywiście istnieje niebezpieczeństwo oflagowania się i poddania w wątpliwość wszystkiego, popadnięcia w ciężką paranoję, ale przyjmijmy, że pewne rzeczy po prostu zakładamy korzystając z bardzo subiektywnego, bardzo niedoskonałego aparatu poznawczego jakim dysponujemy. To raz. Dwa – w sukurs przychodzi nam nauka, to co mierzalne, policzalne i …mądrzejsi od nas.

 

Naprawdę?

Chyba jednak nie, bardzo nie…

Te dwa miejsca to wspominany parę razy blog http://archimago.blogspot.sg/ oraz miejsce, które zwróciło moją uwagę niedawno… http://fairhedon.com/ Tu nikt nie sili się na przypodobanie się komukolwiek, czy jakiś rodzaj kompromisu, bo wiecie reklamy, chleb, dobre relacje z branżą… Nie. Nie ma tutaj miejsca na żadną dyplomację w wygłaszanych sądach, wnioskach, a to co stanowi wartość to, to, że wypowiadają się praktycy, ludzie z wiedzą wykraczającą poza poziom tych, którzy często (nie wyłączając wyżej podpisanego) publikują, testują, zajmują się problematyką audio zawodowo, albo hobbystycznie, wsio rawno, ważne że kształtują w mniejszym bądź większym stopniu opinię. Warto czasami zadać sobie parę podstawowych pytań. Warto też sprawdzić, czy to co uważamy za istotę nie jest przypadkowo mirażem, czymś co w ogóle nie tłumaczy, nie ma wpływu na SQ.

Zacznę od Briana Lucey’a. Inżynier dźwięku, wydawca, praktyk. Jak pewnie tysiące innych, robi swoje i …nie przejmuje się nic, a nic, problemami, z którymi zmagamy się na codzień. Po lekturze, można by rzec, z wiatrakami z jakimi walczymy dzielnie, choć zupełnie niepotrzebnie. Warto przeczytać cały wywiad opublikowany pod tym linkiem: http://fairhedon.com/2017/11/05/an-interview-with-mastering-engineer-brian-luceybo wspomniany praktyk ma rzadką umiejętność mówienia językiem prostym o skomplikowanych sprawach, dodatkowo bez zawiłego kluczenia, a prosto do sedna. Sama esencja. Co wynika z tego wywiadu? Ano to, co może i podnosiłem tutaj nie raz, ale z …mocnym przesunięciem akcentów na rzeczy, które jak wyżej, umykają nam, opisującym, pasjonującym się najnowszymi technologiami (dla ułatwienia, mianownikiem jest tu granie z pliku). I tak Brian masakruje ideę MQA, twierdząc, że jest to najgorszy możliwy sposób na dystrybucję dźwięku. Argumenty ma mocne, a że mówimy o rzeczach kluczowych (bo MQA w związku z Tidalem i bliskim wprowadzeniem strumieni hi-res w innych serwisach ma być STANDARDEM) to warto nad tym się pochylić. Pisałem już o tym wcześniej na łamach HDO. MQA co do zasady (działania) jest stratnym kodekiem i wszelkie próby zaprzeczenia, że ależ skąd nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością. To origami audio, kontener, ze swej natury nie może być bitperfect, bo w dosłownym tego słowa znaczeniu odtwarza coś, co wcześniej zostało skompresowane w sposób stratny… usunięte. Nieważne czy robi to doskonale, czy mniej doskonale, ale nie jest czymś, co kojarzyliśmy do tej pory z najlepszą jakością, czy bezkompromisową jakością. Brian porównuje MQA do Mastered for iTunes, o którym też mogliście u nas co nieco poczytać (potem, znacznie potem, potem i łagodniej o np. tutaj). To znaczy poczytać w ogóle coś na ten temat, bo kto tam takimi pierdołami będzie się gdzie indziej zajmował ;-) …pięć lat ma ten wpis, chyba za ostro pojechałem wtedy po Apple, choć w kontekście tego, co zaraz przeczytacie… może i słusznie, bo tam też czarowali. Porównuje i ma ku temu pełne podstawy, a że MfT to całkiem sensowny sposób na dystrybucję treści w bardzo, bardzo skompresowanej formie (oczywiście stratnej), z sensownym jakościowo rezultatem finalnym to… no właśnie, pozostaje zapytać, co daje nam MQA?

Wymowne?

Aż zacytuję, bo warto przytoczyć: „And like Mastered for iTunes or any reduction scheme the losses are in critically important areas. Where as mastered for iTunes is harmonically cold and loses some low volume/low end information, actually altering the groove to make everything sound like a nerdy white wedding band, MQA brightens the high-mids in the Mid section while thinning the low-mids on the Sides. There’s also some harmonic distortion which some people could find pleasing,  If I want that distortion in the master I would’ve put it there in the first place. The results of MQA I would call fatal to the source material even as they are very subtle.” Co wynika z przedstawionego tutaj, kluczowego zresztą spostrzeżenia, poczynionego przez Briana? Ano coś, co redefiniuje nam całkowicie MQAowe hi-res. Bo o jakim hi-res tu mówimy, jeżeli w praktyce nie mamy możliwości uzyskać jakości płyty CDA?! Tam, w przypadku zapis 16/44.1 w bezstratnej postaci (WAV), wiemy co konkretnie otrzymujemy. Otrzymujemy to, co zarejestrowano w studio. Może to być gówno, może to być diament, ale wiemy co dostajemy i całe halo odnośnie hi-res sprowadza się do tego, że dzięki dodatkowym bitom, większej częstotliwości próbkowania możemy  (ale to tylko potencjał, a nie coś, co cokolwiek gwarantuje vide wiele 24 bitowych plików, które są do dupy) materiał zarejestrowany i obrobiony w studio przenieść bez ograniczeń wynikających z XX wiecznych technologii (nośnik gromadzący niewielką, z punktu widzenia dzisiejszych realiów, ilość danych like CDA). Tyle. Przy czym – z czym zgodzą się chyba wszyscy, słuchający muzyki z różnych źródeł, mający porównanie – nośnik, cyferki O NICZYM NIE PRZESĄDZAJĄ. Są natomiast wskazówką i …w przypadku MQA widzimy, że nie dość, że plik jest lossy to jeszcze proces jego przygotowania do dystrybucji wiąże się z określoną (ściśle!) zmianą reprodukcji w przypadku każdego, zakodowanego w ten sposób, materiału. To jest dla mnie nowa informacja. Jak wspomniałem, to że jest to co do natury kompresja stratna było dla mnie oczywiste od chwili pojawienia się MQA na rynku, ale to, że origami to także ingerencja w sposób w jaki odtwarzany jest materiał to coś… z zupełnie innej beczki. Ja chce usłyszeć to, co wyszło ze studia, a nie to co sobie twórcy wyobrażają, albo specjalnie upiększają (no, wprost, kitują). Przecież sami reklamują to, jako najlepszą metodę przeniesienia „master quality” audio wprost do domu. To jest …kłamstwo. I tak jak w przypadku iTunes wszystko jest jasne, bo sami opublikowali białą księgę w której dokładnie opisują co i jak robią, to tutaj mamy do czynienia z marketingowym hokus-pokus.

Sprzedać? Tak, jak najbardziej. Zaoferować wartość dodaną? No właśnie niekoniecznie

Mnie MfT smakuje, zgadzam się w całej rozciągłości, że to jest przyprawiane właśnie tak, jak Brian to opisał… ma to dobrze smakować na sprzęcie mobilnym, na bezprzewodowych słuchawkach i bezprzewodowych głośnikach. I brzmi. Sama elektronika mobilna często mocno podkreśla doły, mocno koloryzuje, osusza, cyfrową patyną raczy… stąd taki wybór inżynierów Apple, przy zachowaniu dużej dbałości o jak najwierniejsze przeniesienie materiału źródłowego do kramiku Apple. Brzmi to w określonych powyżej okolicznościach dobrze, rzecz jasna trudno to traktować jako bezkompromisowe, najlepsze, czy idealne źródło dźwięku. A tak ma być, bo tak to reklamują, z MQA właśnie. Jeżeli ktoś majstruje nad tym, jak słyszę w samej technologii medium, transportu (zapisu) to… sorry, ale ja tego nie kupuję! To jest oszustwo. I nie oznacza to, że zakładkę Masters można sobie darować, bo wiele muzyki tam udostępnionej to materiał bardzo dobry jakościowo. Nie w tym rzecz, rzecz w tym, że ktoś tu za nas decyduje i oferuje coś innego, niż mówi. Jak wspomniałem, uważam że Mastered for iTunes jest jednym z lepszych patentów jakie Apple wprowadziło do obiegu nowoczesnej dystrybucji muzyki w pliku. I mimo ograniczeń, mimo określonego targetu, to właściwa droga… jedna z wielu, rzecz jasna, ale sensowna, mająca na celu dostarczenie lepszego jakościowo dźwięku. Owszem, też czasami możemy zobaczyć w opisie master HQ, studio master, ale nikt tego nie wyciąga tak bezwstydnie jak ma to miejsce w przypadku MQA. Co więcej, tutaj idzie się po bandzie, bo jak powiedział Brian, wyciąga średnie, robi się „atrakcyjniej”, wprowadza zniekształcenia harmoniczne, które wielu uzna za przyjemniejsze w odbiorze… na poziomie przygotowania materiału rzekomo „wprost ze studia”. To jest wg. mnie nawet gorsze od złośliwie podnoszonego przez Briana (iTunes) grania na modłę zespołu weselnego (głośno k%@$^&#, jeszcze głośniej i z przytupem!), bo z obietnic sączonych szerokim strumieniem wychodzi… jeden wielki blamaż. A nie ma tutaj i nie może być mowy o perfekcji z bardzo prostego powodu.

To jest schemat „jak to działa”, ale ten schemat nie mówi prawdy… jakie lossless? To, że wejściowo jest lossless nie oznacza, że na wyjściu też tak jest.
Bo nie jest. W sumie to sprytne… dajemy Wam kontener, który pozwoli przesłać te wszystkie bezstratne hi-resy przez Internet… owszem, pozwoli przesłać, ale co konkretnie przesłać to już zupełnie inna historia…

Tym powodem, moi drodzy, jest niedoskonałość. Ta niedoskonałość jest wpisana w muzykę, jest jej immanentną częścią. I jest niezbędna. A ludzie stojący za MQA próbują to właśnie wygumkować. To jest NAJPOWAŻNIEJSZY ZARZUT. Próbują odebrać nam to, co – jak pewnie wielu podświadomie czuje, wie – powoduje, że to jest TO. Można to porównać do prób remasteringu podejmowanych z masakrycznym efektem przez ludzi kina, próbujących „uwspółcześnić” niektóre arcydzieła kinematografii. Można to porównać do „teatru telewizji”, czytaj nienaturalnego odwzorowania (upłynnienie) ruchu w niektórych filmach, audycjach telewizyjnych, można wreszcie – generalizując – porównać do tego, co dzisiejsza technologia nam odbiera. Pierwotnej, wynikającej z niedoskonałości, radości obcowania z czymś żywym, prawdziwym, nie sztucznym, prawdziwym, bo niedoskonałym. Plik, komputer daje nieograniczone możliwości, ale my nie tylko błądzimy, ale jak widać często robimy źle, idziemy w złym kierunku. MQA to zły kierunek. Brian wspomina o targecie jakim są audiofile. Najbardziej narażeni na marketingowy atak, perfekcjoniści, doszukujący się nawet w najbardziej błahych czy nieprawdopodobnych rzeczach ukrytego przed światem znaczenia – ich zdaniem, fundamentalnego dla osiągnięcia jakiegoś „absolutu”. Nie, nie każdy audiofil tak ma, ba uważam, że wielu z nich ma tak bogatą, tak wszechstronną wiedzę na temat swojej pasji, że sami w sobie, stanowią oni wartość dla całego spektrum ludzi słuchających muzyki. Chwała im. Niestety, w związku z ich przywiązaniem do spraw, często nieistotnych, nadmiernego nadawania znaczenia sprawom błahym i wiary (czasami w cuda) mamy to, co mamy. MQA jest sposobem na sprzedaż. Tylko i wyłącznie. Audiofilom. „MQA has been targeting the weakest players in our world, the audiophiles.  And they’re targeting those most dependent on pimping new tech, the audiophile press.  Meanwhile, one sided presentations at trade shows leave no time for deep Q and A and any real discussion panels are eschewed by MQA. The most excitement about MQA seems to be from perfectionist consumers who want that blue LED and sense of authentication, pressuring DA makers to send that licensing money to MQA and catch up with a demand invented by MQA.” W sumie nic dodać, nic ująć, prawda?

Wspólnym mianownikiem dla tego co powyżej jest rzecz jasna rozpasany konsumpcjonizm. Musi się sprzedać. To co było, w nowej formie, musi (materiał) oraz sprzęt (oj tak, tutaj wystarczy wspomniana magia cyferek i hokus-pokus) musi. Idąc dalej licencja musi i najlepiej żeby narzucić wszystkim standard. Masz? Słyszysz. Nie masz? No sorry, nie możesz. Prawda? Bierzemy udział w tej grze, a świat zero jedynkowy, jak żaden inny, opiera się na tym, co eteryczne, ulotne. Nie, nie ma tu przesady. Mogę ten tekst modyfikować bez końca, w odróżnieniu od papieru, który raz zapisany takim pozostanie, stanowiąc świadectwo. Podobnie fizyczny nośnik. Świadectwo niedoskonałości, ułomności, tak podobnie jak wspomniana powyżej oraz poniżej niedoskonałość muzyki. To jest bogactwo, nie śmietnik, a my próbujemy to wziąć w nawias, wyrugować z naszego życia. To błąd! Co gorsza, ubieramy to nowe w szaty postępu, staramy się udowadniać, że tak jest lepiej, właściwiej, „prawdziwiej”. Cóż, gówno prawda.

Z dedykacja dla nas wszystkich: „Distortion artifacts are musically incorporated in to all music production, there is no perfection in music.  That way of thinking is bogus and anti music.  Music is flawed and that’s a good thing, it’s the humanity. Perfection has no place in music production, it’s a dangerous myth” MQA to coś, co ma wygumkować powyższe, co więcej, ma nam jak w reklamie, zaoferować NIERZECZYWISTY produkt, inaczej… ściemę, kłamstwo. U źródeł jest fałsz, bo to z jednej strony nie jest dążenie do dystrybucji materiału takiego, jaki został wydany (właśnie, wydany, nie zarejestrowany, bo zaraz potem mamy takiego Braina), bo się to, to „uszlachetnia”, a dodatkowo pozbawia czegoś, co świadczy o (chichot) autentyczności. Tak, ta dioda która pali się w klamocie, ta dioda MQA w sprzęcie z pełnym wsparciem, NIE ŚWIADCZY O ŻADNEJ AUTENTYCZNOŚCI. To nie podlega dyskusji, chyba że zmieniamy znaczenie słów, przeinaczamy, na potrzeby marketingowej machiny ubieramy w kolorowy papierek zwykły kit. Ten tekst – powiem wprost – wstrząsnął mną, bo (o tym będzie część II) techniczny opis samego procesu origamizacji materiału oraz biznesowe tło to rzeczy, o których wiedziałem wcześniej, czytając m.in. wspomnianego archimago. Tutaj jednak dochodzimy do nie podlegających interpretacji, konkretnych, wniosków, będących jednym wielkim zarzutem pod adresem czegoś, co miałoby stanowić przyszłość dystrybucji muzyki w sieci (jak chcą poniektórzy), albo przynajmniej stanowić nieodłączony element strumienia najlepszej jakości, jaki z tego Internetu nam się serwuje. Ja tego nie kupuje. Widzę, że są inni w branży (producenci sprzętu), którzy też tego nie kupują (tak Schiit, ale nie tylko oni, jeszcze o tym wspomnę). To nie jest fair, to zwyczajnie nieuczciwe wobec nas. Jak wspomniał Brain stoją za tym wielkie firmy, stoi za tym dystrybucja, stoją koledzy po fachu, którzy wystawili laurkę MQA i bardzo mocno wspierają zjawisko, opisując to… zjawisko… w samych superlatywach.

Tyle tylko, że to jedna wielka ściema.

 

I’m most concerned about the bogus claims that MQA is fixing approved masters.  Not possible, and a rude assertion to trillions of hours of hard work by teams of people making records for decades.  Pure marketing hyperbole.  Nothing in audio is perfect, there is no Original Sin, and there is no going back to the place of ideal perfection. Ultimately there is no free lunch in digital, and music production is about a constant flow forward … shaping distortions and how they play with frequency balance and transients.  When a record is first tracked, then rough mixed, mixed, revised, mastered, revised in mastering and finally approved … there is no fixing it.  Anything that changes violates 5-20 people who have all signed off.  Distortion artifacts are musically incorporated in to all music production, there is no perfection in music.  That way of thinking is bogus and anti music.  Music is flawed and that’s a good thing, it’s the humanity.   Perfection has no place in music production, it’s a dangerous myth.  MQA has no future in the world of serious engineers in my view, it’s a corporate money scheme at this point.  Yet we will see how it turns out, most people are lazy and greed goes a long way on it’s own power.

 

To oczywiście bardzo uproszczone przedstawienie rzeczywistości. Mhm. Tyle, że niestety znacznie bliższe prawdy, niż wielu się wydaje…

 

C.D.N. (o biznesie i technikaliach będzie, zacząłem od tego… co najistotniejsze, reszta to tło i niestety to tło tylko utwierdza, tylko utwierdza… ale o tym w następnym wpisie)

 

PS. Sam na fali entuzjazmu dałem się ponieść, przykładowo choćby w tym wpisie http://hd-opinie.pl/6664,aktualnosci,mqa-universal-music-group-nadszedl-czas-na-hi-res-audio.html Człowiek uczy się całe życie. Na błędach się uczy. Jak widać :-)

DSP w służbie audiofila? Cyfryzacja reprodukcji na nowym poziomie

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-04-14 o 16.01.18

Pamiętacie cykl moich artykułów na temat nowych wtyczek, programów z programowym DSP (no to jedziemy: słuchawkowe DSP#1 Audeze Reveal, słuchawkowe DSP#2 True-Fi, protools w służbie muzykofila Reference 4 + cały cykl o ROONie… na samym końcu linki do wszystkich publikacji o tym software, które ukazały się na HDO), pozwalających na wydobycie z naszego toru (i tego słuchawkowego i tego opartego na kolumnach) maksimum możliwości? Korekcja akustyczna niedoskonałości pomieszczenia dokonująca się wyłącznie w software? Optymalizacja pracy przetworników zaaplikowana przy współudziale producenta, inżyniera, który dany efektor zaprojektował (słuchawki, ale i… kolumny, o czym poniżej będzie)? Najnowsze produkty uwzględniające (opisane na naszym fanpage gamingowe słuchawki planarne Audeze Mobius vide link na dole) powyższe dokonania na polu zero-jedynkowym?

Sporo tego było, a będzie jeszcze więcej. Obecnie mamy do czynienia z ogromną liczbą tego typu rozwiązań, można wręcz powiedzieć, że obecnie jest to niejako temat przewodni każdej, dużej, imprezy branżowej. Zresztą… nie tylko słuchawki (nasze publikacje głównie o tym, ale nie tylko, bo o torze opartym na kolumnach też było), ale w ogóle system audio, jaki by nie był, został skutecznie zainfekowany usprawnieniami stworzonymi przez programistów. Reprodukcja staje się wypadkową linii kodu, możliwości silnika cyfrowej korekty sygnału, a najnowsze rozwiązania w tym względzie namieszały tak bardzo, że niektórzy – uwaga – poddali w wątpliwość dogmatyczną wiarę we wzorzec jakim jest czysty, niezmącony, niemodyfikowany sygnał analogowy.

Pewnie każdemu z Was mówi coś nazwisko człowieka, który przez wielu określany jest mianem „Pan Winyl”. Tak, chodzi tutaj oczywiście o Michała (Michaela) Fremera, osobę którą można określić swobodnie mianem cyfrosceptyka. Igła, krążek (tylko znajdźcie dzisiaj płytę naciętą z taśmy matki, a nie taką na bazie pliku przygotowaną), prosty mechanizm wzmacniający sygnał w przedwzmacniaczu, minimalizm, czysty analog, fizyczna „namacalna” mechanika odtwarzania, a nie jakiś tam kod, modyfikacje, komputery i bógwico. Fremer po raz pierwszy uznał (ten zatwardziały antyfan cyfry w audio), że maszynka Sweet Vinyl Sugar Cube SC-1 jest czymś, co wprowadza odtwarzanie muzyki z analogowego źródła, z gramofonu, na zupełnie inny, nowy, LEPSZY, poziom. Mówimy o komputerze sterującym korekcją sygnału z podpiętego adaptera, superzaawansowanej konstrukcji, która potrafi zoptymalizować pracę źródła, a dodatkowo wprowadzić coś, co niektórzy uznają za ingerencję w „charakter” igły… idealne, czarne, tło, bez trzasków, bez przeskakiwania bez …niedoskonałości, jaka towarzyszy odtwarzaniu płyty winylowej od jej pierwszego odtworzenia. Coś, co dla niektórych jest oczywistym składnikiem dania, co sami określają mianem – właśnie – niedoskonałości, jednocześnie jednak wzbraniając się przed wygumkowaniem wspomnianych wad.

To komputerowe pre pod igłę, chyba najbardziej bezkompromisowa konstrukcja tego typu, jaka pojawiła się na rynku. Dla audiofila (analogowca) to czysta herezja, z dogmatycznego punktu widzenia absolutny horror: konwersja bezstratna w układzie ADC (na cyfrę) sygnału z igły, następnie przekształcenie go w silniku DSP, odpowiednie dopasowanie parametrów (zegar / częstotliwość taktowania / długość słowa) reprodukcji w DACu, konwersja skutkująca wypuszczeniem po tym hokus-pokus innego, lepszego, doskonalszego sygnału analogowego dalej, do wzmacniacza i efektorów. I wiecie co? Ten facet, Fremer, stwierdził, że owszem, nadal uważa że transjenty, że tekstury bardziej mu odpowiadają w „bypassie” (sygnał nie jest w żaden sposób modyfikowany, przechodzi jak przez przeplotę w podpiętym SC-1), ale… to, co robi cyfra, silnik DSP bez dwóch zadań stanowi nową jakość i bezapelacyjnie, w ogólnym rozrachunku, wygrywa! To winyl pozbawiony wad winylowego grania, źródło (wiadomo, dla niego czarna płyta jest absolutnie najlepszym nośnikiem) doskonałe w sensie braku ograniczeń (tu bym mocno polemizował), na co pozwala rzeczony Sweet Vinyl Cube. Wygumkowanie szumu tła, trzasków, pyknięć etc. …innymi słowy gra jest warta świeczki, to co robi zasadniczą różnicę w ogólnym rozrachunku to konwersja dokonywana w domenie cyfrowej przez silnik DSP!

Dla radykała to, jak wspomniałem, rzecz nie do przeskoczenia na poziomie filozoficzno-teoretycznym. No ale, jak ktoś woli zamiast słuchania, dysputy teoretyczne i mu do ideolo nie pasuje… Dla mnie osobiście nie ma w audio żadnego, powtarzam żadnego, dogmatu. Nie ma żadnych ograniczeń (bo niby jakie miałyby być, w imię czego miałyby być?) w projektowaniu, w poprawianiu, modyfikowaniu sygnału – pod jednym warunkiem: nie może to zaprzeczać temu, co najistotniejsze… nie, nie chodzi tutaj o bezwzględną wierność (czyli?), chodzi tu o to, co muzyka z nami robi, czym w istocie jest, wywołując reakcje, których pożądamy, których szukamy, których pragniemy. Tylko to jest wg. mnie ograniczeniem. Tylko to. Btw. pamiętacie rozbudowany, dwuczęściowy test Korga DS-10R? Odtwarzaniem płyt zajmował się zaawansowany program do rejestracji AudioGate, a samo słuchanie nie było możliwe bez podpięcia kompa via USB (konwersja w locie do DSD). No właśnie, o tym mówimy, a efekt… efekt był wg. mnie, właśnie w opisanym przez Fermera zakresie, spektakularny (szczególnie, że mój płytograj to stara, ułomna z definicji, konstrukcja NADa, dziadek 5210, który uwypukla niedoskonałości nośnika i techniki jego odtwarzania).

Innymi słowy, Pan Winyl, uznał że obecne rozwiązania z zakresu cyfrowej modyfikacji sygnału są na takim poziomie zaawansowania, że dają nam więcej, niż nam zabierają. Są warte grzechu (kto by tam nie lubił grzeszyć, nie? ;-) ). Pamiętam z jakim sceptycyzmem spotkałem się, dyskutując o sekcji analogowej (w praktyce to tylko połączenie, bo ideowo to cyfra jest) w opisanych przez nas KEFach LS50 Wirelessach. Mówiłem, że to jest inaczej, że to słychać, bo tam pracuje układ ADC, bo tam silnik DSP angażuje się w cały proces „robienia” dźwięku. Mówiłem też, że trzeba to przyjąć z otwartą głową, nie dogmatycznie, a właśnie bez uprzedzeń, bo ważny jest efekt jaki można już, albo będzie można uzyskać (nie byłem jakoś szczególnie zachwycony wejściem analogowym w bezdrutowych LS-ach, co nie zmienia nic w kwestii mojego podejścia do tematu). Znakomity konwerter m2Techa EVO2 podpinany via USB i via RCA grał inaczej, i choć miałem jw. swoje preferencje, uznałem po pewnym czasie, że dygitalizacja sygnału analogowego i jego konwersja w takim efektorze (to też nie do końca adekwatna nazwa, bo przecież to kompletny system jest, jak wiemy) pozwala na dowolne kształtowanie, że to jak z publikacją w Internecie – można dowolnie modyfikować, cyzelować, że nie ma tu miejsca na „ostatecznie”, bo można kształtować to brzmienie do woli, aktualizować, dokonywać korekt w silniku i nie jest to poziom nawet bardzo rozbudowanego korektora parametrycznego, tylko coś o dużo, znacznie większych możliwościach wpływania na dźwięk, na końcowy efekt.

Powiem więcej, to o czym wspomniałem powyżej, pozwala zakładać (nawet nie przypuszczać), że takie cyfrowe do bólu rozwiązanie będzie ostatecznie LEPSZE, bo zanim sygnał ponownie analogowy trafi do zwrotnicy, do przetworników / głośników mamy wspomnianą korektę uwzględniającą pomieszczenie, precyzyjną (precyzyjniejszą) filtrację błędów, modyfikacje powstałe na bazie obliczeń dziesiątek czynników (często jednostkowych, jedynych w swoim rodzaju) tj. uwzględnienie podłoża, ustawienia względem siebie efektorów, względem słuchającego, charakterystyki wnętrza, itd, itp. Rzecz jasna nie obejdziemy się bez mikrofonu(ów), bez akcesoriów gwarantujących właściwy (precyzyjny) pomiar, bo „wsad” danych, z których pożytek zrobi komputer, które pozwolą na odpowiednie modyfikacje za pośrednictwem silnika DSP to sedno. Sedno? To idzie jeszcze dalej!

Jak stwierdzimy, że inżynierowie KEFa, Focala, Bowersa etc. za mało znają się na swoim produkcie ;-) , albo inaczej, że można z tych przetworników w środku „wycisnąć” więcej, to robimy tak: aplikujemy sobie procesor audio DEQX PreMate+ i mamy nie tylko korektę uwzględniającą pomiar pomieszczenia, kalibrację pod kątem akustyki pomieszczenia, ale ten klamot precyzyjnie(j) ustawi nam nasze pasywne przetworniki w kolumnach (pomiar timingu oraz charakterystyki częstotliwościowej). To już nie jest tylko kalibracja pod pomieszczenie, ale pod cały system (rola efektora jest – co chyba wszyscy przyznamy – pierwszoplanowa), uwzględniająca tuning pracy zespołu głośnikowego na poziomie modyfikacji jego fabrycznych możliwości, korekty… idźmy dalej… uwzględniającej konkretny egzemplarz, ten na którego się właśnie gapimy w domowym zaciszu. Czujecie to?

Wspominałem też na HDO o Dirac’u, który kompleksowo ustawia nam system, o ile mamy sprzęt z zaimplementowanym oprogramowaniem, potężnym DSP jaki tutaj zastosowano. W wersji najpełniejszej (Live) ten software pojawił się w najnowszych AVRach NADa, Arcama, a także w cyfrowych superintegrach Devialeta. Każdy oparty na procesorach, cyfrowy multiklamot potencjalnie może skorzystać z czegoś, co pozwoli na doskonałe (właśnie – nie dobre, tylko doskonałe) dopasowanie możliwości całego systemu do unikalnych warunków. Domowy odsłuch audio będzie zatem uwolniony od ograniczeń, jakie znamy i z jakimi próbowaliśmy sobie do tej pory radzić w bardziej klasyczny, tradycyjny sposób (od adaptacji pomieszczenia, poprzez wymianę sprzętu, czy jego mozolne dopasowywanie). Wydaje się, że jest to przyszłość, tym bardziej, że można jeszcze… dalej!

Najnowsze, aktywne Genelec 8341 dysponują czymś, co nazwano „room response compensation”. Kompensacja wpływu pomieszczenia dokonywania w trybie rzeczywistym (na rynku masowym podobne rzeczy, w dużo prostszym zakresie, wprowadzili producenci „smart” głośników tj. Sonos, czy ostatnio Apple) to coś, co będzie nam automatycznie dopasowywało brzmienie do zastanych warunków. Ba, pojawiają się nowe konstrukcje aktywne z wbudowanym DSP, które pozwalają na rzeczy, które …nie są możliwe w domenie analogowej! Co to oznacza w praktyce? Ano oznacza, że takie konstrukcje będą wprowadzały zupełnie nową jakość, a bardziej obrazowo: przyjdzie nam odkrywać, eksplorować nowe terytoria, niewykluczone że rewidować to, co uznaliśmy wcześniej za pewnik. Fascynujące, ale jednocześnie niepokojące (pisałem kiedyś o niedoskonałościach w muzyce, jak one są potrzebne, jak oczywiste w czymś, co stworzył ułomny człowiek!).

Patrząc na to przez pryzmat Fremera, jego bardzo kategoryczny osąd, że widzi nie tylko potrzebę, ale widzi już teraz miejsce dla DSP w konserwatywnym systemie analogowym, jednej z ostatnich (no powiedzmy, patrz dzisiejsze wydania płyt produkowane – tak wiem okropne słowo, ale to jest właśnie produkcja uwzględniająca koszta, łatwość, szybkość i bezproblemowość całego procesu- w oparciu o pliki) ostoi „dźwięk bez udziału komputera poproszę”, to jednak rewolucja jest. Znam jego opinie na temat komputerowego audio (bardzo, bardzo krytyczną), tego w jakim kierunku zmierza branża (też daleką od entuzjazmu). Tym bardziej kontrastuje to z powyższym i jest dla mnie potwierdzeniem moich spostrzeżeń, przemyśleń na temat grania z komputera, czy za pośrednictwem i przy wsparciu „komputera”. Bo bez względu na formę (tego komputera) ten staje się tak samo oczywistym i niezbędnym elementem co efektor, jakieś źródło i drut ze powerem ;-) I nie musi być, naprawdę w ogóle nie musi, komputerem w klasycznym rozumieniu tego słowa (laptop, desktop etc). Procesor jest w najnowszym wzmacniaczu, jest w kolumnie, jest w źródle, ba jest na wstępie, na początku, w usłudze, która nam tę muzykę z wielkich baz danych strumieniuje, względnie lokalnie w naszym serwerze, z naszego NASa serwuje.

To wszystko skłania do zadania paru ważnych pytań. Gdy domowe HiFi będzie w pełni zdigitalizowane i otarte na modyfikacje programowe, z opcją kształtowania brzmienia w dowolny, właściwie wolny od ograniczeń, sposób z wykorzystaniem INTELIGENTNYCH algorytmów (pełna automatyzacja procesu, z minimalnym udziałem użytkownika z założenia, oczywiście nie przekreśla to uwzględnienia możliwości ingerencji dla zaawansowanych), które mają wpływ na wszystkie składowe: materiał, sprzęt oraz pomieszczenie to jakie znaczenie i czy w ogóle jakieś znaczenie będzie miało tradycyjne podejście do tematu, uwzględniające stałe uwarunkowania: projekt oparty na pomiarach, konstrukcja o ściśle określonych parametrach pracy, całościowo niezmienna charakterystyka sprzętu (specyfikacja). To wszystko może okazać się mało istotne, pomijalne, w tym sensie, że ewolucja przeniesie „to co decyduje, to co kluczowe dla SQ” do zapisanych w pamięci półprzewodnikowej linijek kodu, a o tym co można będzie decydował procesor, oprogramowanie. Kod jako zwrotnik, warunkujący do czego dany tor jest zdolny, jakie są jego możliwości, do tego zmienne (uwzględniamy ciągły proces doskonalenia). Czy system audio będzie mógł być rzetelnie oceniany, po wyjęciu klamotów z pudełka? Czy to w ogóle będzie miało jeszcze jakikolwiek sens? Ciągłe modyfikacje, adaptacja w czasie rzeczywistym, uwzględnienie czynników środowiskowych (unikalnych, de facto bez możliwości odtworzenia nigdzie indziej). Dzisiaj oczywiście też stawiamy skrzynki w jakże różnych akustycznie lokalizacjach, wiele czynników jest unikalnych, tyle że teraz będzie można kompleksowo zaradzić wielu problemom, bo system nam się dopasuje. Przewartościuje to wiele rzeczy. Bardzo. Pisałem o tym rok temu, dwa lata temu i podtrzymuję to wszystko w pełni, co napisałem wcześniej. Nadeszła era software w torze audio.

Krytycznie o MQA tu i tam

W tym kontekście można śmiało poddawać w wątpliwość działania ludzi stojących za MQA (pomijając wady związane z DRM przepychanego tylnymi drzwiami, stratną naturę i faktyczną zbędność, nieprzydatność kolejnego, nowego formatu zapisu/dystrybucji muzyki)… jakie benefity ma przynieść nam rzekoma jakość studio mastera (już zdefiniowanie tego, czym jest ów master, może być problematyczne i może się okazać, że zniweluje nam się obiecywany zysk wynikający z obcowania z materiałem „jak chciał widzieć, pod jakim się podpisał artysta-twórca”)? DSP oznacza daleko idącą ingerencję w sygnał, właściwie stawia pod znakiem zapytania całą „wierność”, „koszerność” materiału, jakby on (przewspaniale) nie był nam zaserwowany (a nie jest, patrz linki). Tu analogia (ha!) do analogu (ha!), czytali wspomniany Fremer z komputerem podpiętym do gramofonu same się narzucają i wiele mówią o tym, jak bardzo nam się to audio dzisiaj zmienia.

Powiedzmy sobie szczerze, sytuacja w której dzięki algorytmom nasz, zawsze odmienny, zawsze unikalny system (plus równie unikalna lokalizacja) zabrzmi w najlepszy możliwy sposób, względnie pozwoli nam na kształtowanie brzmienia na poziomie wcześniej nieosiągalnym w domowym audio …to wszystko, to jest coś, co powinno wywołać u nas najmarniej palpitację serca ;-) , to coś, co faktycznie zmienia reguły gry. Całkowicie i chyba (jednak) w ostatecznej postaci (a nie wątpię że w takim kierunku, takim jak opisany powyżej to zmierza) pozwoli nam na faktyczne zniesienie ograniczeń jakie do tej pory towarzyszyły nam podczas reprodukowania muzyki w domu.

W nawiązaniu do poruszanej we wpisie tematyki, czekam na potwierdzenie możliwości przetestowania NADa T758 v.3 (Dirac, BluOS / ROON Ready), przeczytacie też coś o high-endowym klamocie all-in-one TDAI-3400 Lyngdorfa*, który zostanie za parę tygodni zaprezentowany w Monachium (High-end się zbliża), wrócimy do auralikowego Ariesa Mini, bo choć nadal w wersji beta (to już chyba z pół roku z okładem ten soft jest w wersji niedorobionej dostępny, czytaj w beta wersji) to jednak Mini wydaje się obecnie najlepszą alternatywą dla Squeezeboksa, biorąc pod uwagę możliwości (org. system auralika, ROON Ready w betach właśnie, integracja z torem via DAC plus opcja muzycznego serwera). Poza tym jeszcze w ten weekend publikacja nt. DACa …2018 roku czytaj art o Matrix Mini-i Pro 2S (wg. mnie to ideał do 3k, wzorzec z Sevres nowoczesnego, na czasie, przetwornika) a potem kolejny tłumacz i interpretator zer, jedynek na sygnał analogowy, czytaj: opisany wstępnie Mytek Liberty (zapowiedź) …bardzo gruntownie przetestowany przez nas, bardzo. O tym klamocie też niebawem recenzja będzie. Czekamy na dostarczenie podobno rewelacyjnego Bursona Conductora v.2+, na razie nie przyleciały zapowiadane rewelacje IEMowe z Chin, jest szansa na najnowszą multiskrzynkę Dune HD (jedyna taka, co daje obecnie pełną obsługę Netfliksa w 4K).

* vide Auralic Polaris, tyle że bardziej, a to bardziej to własny, autorski DSP z korekcją pomieszczenia w tym multiklamocie. Do tego integracja kina domowego (HDMI 4K), czytaj jest szansa na znakomity dźwięk na frontach bez rezygnacji z opcji multichannel (obiektowy i kwadrofonia, względnie 5.1 z DSD/SACD) zaraz po podpięciu odpowiedniego AVR/procesora/wielokanałowej końcówki, bo dali zwrotny kanał mch (HDMI) z opcją przepuszczenia sygnału dalej… no komplet.

PS. Będzie także nostalgiczny powrót do PC Audio w formie komputerowej, czytaj zestawów głośnikowych, które miały grać z komputera i robiły to z powodzeniem, a odkurzone (od lat nieużywane T20ki, niekompletny wcześniej zestaw mch) pokazały, że to co było kiedyś wcale się nie zestarzało i cholera, potrafi zaskoczyć (in plus). Wykorzystywany ostatnio podczas testów, a teraz uzupełniony (z lepszymi efektami z tyłu) DDT2200 (sub, zasilacz, sterowanie) oraz biurkowe T20, a wszystko to rzecz jasna od Creative – powspominamy sobie. T20 podpiąłem do stacjonarnej makówy, natomiast DDT2200 do ekstraktora z PS3 w roli wielokanałowego źródła w salonie i kurczę (za centrala robi Zeppelin Air, fronty to podłogowe Sapphire23) i to stare jare PC Audio daje czadu!

PPS. Będzie też na łamach o durnocie pt. audiofilskie routery ethernetowe audio (plus audiofilskie kable LAN na dokładkę… pure audiovoodoo, audiovoodoo warning!)

Konwersja monitorów przewodowych (IEMów) na bezdrutowe w MEE Audio

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-03-23 o 10.43.10

Aż dziw, że nikt na to wcześniej nie wpadł. A może wpadł. Mniejsza. Warunek? Odłączany od IEMów kabel. Takie coś występuje coraz cześciej w konstrukcjach z górnej półki i jak samo bawienie się w wymianę kabla w dokanałowych monitorach uważam za sztukę dla sztuki i bardziej element audiovoodoofilskiego folkloru, to tytułowy patent jest przegenialny w swej oczywistości i zasługuje na wpis. MEE BTC1 oraz BTX1 to konwersje przewodowych słuchawek w bezprzewodowe dzięki wymianie kabla z pilotem… na kabel z pilotem ;-) Że jak? Może jeszcze leki oddziaływują i powinien sobie z dzień spokoju od klawiatury dać? Nic podobnego. Chodzi o to, że te zamienniki to właśnie bezprzewodowe ala na karczek z bezdrutowym modułem & baterią adaptery i dzięki nim będzie można sobie strumieniem bez fizycznego uwiązania ze źródłem muzyki słuchać.

Konwertujemy sobie. Było na kablu, będzie bez

No to posłuchamy, a posłuchamy w jakości lepszej niż oferowana przez podstawowy kodek SBC, bo w strumieniu z prawie że bezstratnym (ale stratnym, tyle że o znacznie niższych opóźnieniach i szerszym paśmie, większym bitrate) aptX. Jak mamy pecha używać iPhone (mam) to na szczęście też sobie lepiej posłuchamy, przewidziano AAC. Kupertyńczycy olewają od dawien, dawna cywilizowane standardy rynkowe i uparcie promują swoje własne rozwiązania. Niestety często, gęsto w przypadku BT modułów obsługi AAC nie ma. I tak jak z makówy sobie zawsze aptXy odpalicie, to już z iPhone czy iPada nie zawsze. Tu, szczęśliwie, dali to w standardzie. Może się okazać, że konwersja @ bezdruta wyjdzie na zdrowie, bo przypominam, że w przypadku nowych modeli iPhone grube koty z Jabca eksterminowały jacka, w zamian oferując całkiem gównianą przejścióweczkę. Ta przejścióweczka, jak pamiętacie nasze wpisy, daje gorsze parametry na wyjściu i takie, nawet drutowe MEE monitory dokanałowe tracą na dzień dobry, a BT z AAC, dobrą implementacją, potrafi nam ten kabel skutecznie zastąpić bez strat. Adapter firmowy zaś to straty natywnie oferowane przez producenta. Natywnie, bo gorsza jakość, bo ergonomia na pałę, bo znowu się zgubiło. Zabawne, że w smartfonach za 5-6k takie coś dzisiaj oferują. Nie, nie zabawne, smutne raczej.

Dobra, ja tu o jakiś pierdołach, a przez te kilkanaście zdań nawet się nie zająknąłem o co chodzi konkretnie z tymi bezdrutowymi adapterami. No to konkretnie, chodzi o to, że: BTC1 to adapter Bluetooth dedykowany słuchawkom MEE Audio M6 Pro, a model BTX1 jest kompatybilny ze wszystkimi dostępnymi na rynku słuchawkami wyposażonymi w złącze MMCX, w tym MEE Audio M7 Pro, Pinncale P1 oraz Pinnacle P2. Wiecie co to oznacza? Ano oznacza to tyle, że jak macie INNE monitory dokanałowe, z odłączalnym, wyposażone w MMCX to nic nie stoi na przeszkodzie. I tak, zamiast mieć osobno na drucie i osobno bez drutu, macie swoje ulubione na wynos i w zależności od okoliczności albo z, albo bez kabla. Proste? Proste!

Dodam jeszcze, że ofc jest pilot sterujący odtwarzaniem i gadaniem, z mikrofonem jest i zgodny zarówno z Andkiem jak i iOSem, a bateria w drugiej wypustce na płaskim przewodzie daje nam 8 godzin odtwarzania, czyli plus minus rynkowy standard w tej materii mamy tutaj zapewniony. Na koniec najlepsze. Ile kosztuje taka konwersja. Otóż, moi drodzy, wychodzi całkiem niedrogo. Bo ustalono, że taki adapter będzie dostępny za 259 złotych. To świetna opcja dla kogoś, kto chce sobie od czasu, do czasu posłuchać swoich monitorów nie łącząc ich fizycznie z telefonem, korzystając jednocześnie z tego, za co już wcześniej był zapłacił. Znakomity pomysł na rozszerzenie możliwości, użyteczne rozszerzenie, w bardzo rozsądnym budżecie!

Widzę patent, który w takich na karczek, bezdrutowcach powinien być obligatoryjny. Zacisk na przewód organizujący nam to co z tyłu dynda.

….tylko pytanie, czy takie sterowanie, gdy pilot spoczywa gdzieś z tyłu, będzie wygodne? Może będzie? Z chwytaniem dobrej jakości dźwięku przez wbudowany mikrofon nie powinno być problemu

PS. Złoty Graal, czytaj chińskie pchełki w formie high-endowych IEMów, za „5zł”, jeszcze nie dotarły. Pewnie to parawjon, czytaj, lotnicza, w tym wypadku to jakaś fruwająca amfibia z międzylądowaniami co 200 mil, albo po prostu Antonow An-2 do nas leci z pocztą, czyli nieśpiesznie, a z Chin to jednak daleko jest. Czekamy niecierpliwie.

PPS. Nawiązując, za parę chwil będzie o bezdrutowych IEMach, tj. zapowiadany krótki opis przetestowanych MA750 od RHA…

HighResAudio.com z serwisem streamingowym! W Polsce też będzie

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-03-23 o 09.54.34

Nie to, że nie wierzę jak nie zobaczę, ale pamiętamy zapowiedź Qobuza, która pozostała pustą zapowiedzią (startu w minione wakacje ichnich usług w Polsce). Tak czy inaczej, grzech nie poinformować Was o tym, co się pichci, a pichci się nowy serwis streamingowy z hi-resami najprzedniejszej jakości. Tanio nie będzie. Będzie drogo. Podobnie, jak to wygląda u Francuzów, zapłacimy około 18 ojro za miesięczny dostęp. W zamian pełen katalog dostępny w streamie, jak i upust na to co w formie downloadu oferują. HRA znane jest dobrze muzykofilom zorientowanym na klasyce, jazzie oraz operowej. Nie stronią od muzyki rozrywkowej, ale wyraźnie to, to na marginesie u nich. Znajdziemy zatem wybranych artystów rockowych oraz popowych, przy czym głównie zbiory koncentrują się na wymienionych powyżej gatunkach muzycznych. Zaczną od 35 tysięcy kawałków, a po uruchomieniu, każdego tygodnia 100 albumów tygodniowo będzie dodatkowo udostępniane na serwerach.

HighResAudio rozpocznie swoją przygodę z usługą streamingową począwszy od kwietnia. Ma być strumień we FLACu 24/96 (żadne tam origami stratne czytaj MQA, tylko bezstratna jakość gwarantowana), ma być apka mobilna dla iOS/Androida (czwarty kwartał), wymagane będzie LTE/4G. Co ciekawe w FAQ znajdziemy wpis o rekomendowanym trybie offline, co ma zapobiec rwaniu transferu lub/i przepełnieniu bufora lub/i wyczerpaniu paczki danych w abo.

W przypadku domowego słuchania będziecie mogli skorzystać z aplikacji dostępowej pod Win oraz macOS, a także… pokaźnego katalogu sprzętu audio, który ma to, to wspierać natywnie. Dlaczego ma być od razu dostępny na wielu klamotach, zapytacie? Ano dlaczego, że ma to być skorelowane z obsługą popularnego TuneIn (prawie każdy klamot z siecią internetową to ma) lub mniej popularnym serwisem Airable. Na liście figurują m.in: Arcam, Cambridge Audio, Cocktail Audio, AudioNet, T + A, Simaudio, AVM, Cyrus, CH Precision, Harman Kardon, Mark Levinson, Panasonic, Quadral, Yamaha, Primare, Revox, Russound, TechniSat, TeleStar oraz Lindemann Audio. Dodatkowo w ramach integracji z popularną Audirvaną+ będzie można korzystać z zasobów serwisu dzięki wtyczce Virtual Vault.

Dobra, ile za te dobro przyjdzie zapłacić? Jak wspomniałem, tanio nie będzie. Za rok kasować będą €200*, za kolejne €50 (nie obli) dostaniecie upust 30% na cały katalog do pobrania. Siedem dni darmowego, celem zapoznania się, przewidują też. Od razu ma być szeroko dostępne, a nie że tylko w paru lokalizacjach na krzyż (pozdrawiamy Francuzów z Qobuza, którzy nadal nie mogą). Na liście figurują: Belgium, Denmark, Germany, Finland, France, Greece, Great Britain, Netherlands, Italy, Ireland, Croatia, Luxembourg, Austria, POLAND, Portugal, Sweden, Slovakia, Slovenia, Spain, Czech Republic, Norway i na koniec Szwajcaria.

Nowe info na temat pojawią się o tutaj: HRA

* jak zrobią to w formie <<rok z góry>>, to nie wróżę sukcesu btw