LogowanieZarejestruj się
News

PowerDAC NuPrimie IDA-8… mały, melodyjny mocarz

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180629_164810637_iOS

Jeszcze parę lat temu nikt takich konstrukcji nie poważał. Amplifikacja musiała być wielka jak stodoła, musiała mieć za nic zużycie, musiała się konkretnie grzać, powodować czasowy spadek napięcia w sieci energetycznej itd itp. Mamy 2018 i często, gęsto zamiast wielgachnej skrzyni, wzmaczniaczyska, stoi sobie na półeczce małe coś, co gra – zdawałoby się – bez żadnych ograniczeń, wypompowując waty mocy w efektory bez najmniejszego wysiłku. Pamiętacie jedną z pierwszych, masowych konstrukcji D klasowej, jaka nam się parę lat temu trafiła i została na dłużej w redakcji? Ano, tak, tak chodzi o D3020 od NADa. Mały wzmacniaczyk pokazywał kierunek, mniej więcej w tym czasie pojawiały się pierwsze, coraz ambitniejsze konstrukcje innych czołowych producentów. Wcześniej paru specjalistów z branży starało się zainteresować nas swoimi konstrukcjami przełamującymi schematy (w głowie), głównie były to jednak drogie urządzenia (wspomniany NAD miał serię Masters, od której zaczął się flirt z wysoce efektywnymi, wysokomocnymi amplifikacjami). D3020 nie był jakimś objawieniem, ale jako jeden z pierwszych łączył świat cyfry (w tym komputerem, uzupełnionym łączem sinozębnym, a droższy D7050 także bezpośrednio Internety) z drutem ze wzmocnieniem w klasie D i zrobił to na tyle przekonywująco, że dzisiaj w ofercie Kanadyjczyków znajdziecie JEDEN tylko, klasyczny wzmacniacz tranzystorowy AB (C316 v2).

Bardzo się to wszystko zmieniło, a dzisiejsza integra to właśnie tytułowy PowerDAC: przede wszystkim cyfrowe wejścia, czasami bezpośredni link (prawie zawsze BT), ze szczątkową obecnością analogowych złącz przygotowanych na okoliczność podpinania analogowych źródeł. Bywa, coraz cześciej, zorganizowane w ten sposób, że ten analog to naprawdę coś bardzo „przy okazji”, zdarza się, że sygnał zostaje przekonwertowany na postać cyfrową (układ ADC) i następnie ponownie przekształcony na sygnał zrozumiały dla efektorów. Obecnie pojawiają się na rynku setki takich produktów, zaprojektowanych zgodnie z ostrymi normami redukcji zużycia energii, dodatkowo korzystające z wysokiej efektywności i minimalizacji wpływu czynnika termicznego na formę urządzenia. Mamy więc małe, malutkie amplifikacje, lekkie, leciutkie, dla starego audiofila grzyba, wydmuszki takie i … tu audiofil grzyb będzie często, gęsto w ciężkim szoku, grające z taką swobodą, z taką manierą jak te stare, wielkie piece, co to wymagały wyłączenia zbędnych odbiorników prądu, bo mogło wywalić ;-)

Ten tutaj jegomość to klasa D, tak, ale z magicznym A (na wstępie). Patent NuPrime na połączenie zalet. Obadamy :)
BTW. Opis na pudle to takie „wszystko w temacie”, wiemy od razu „kto zacz”

NuPrimie IDA-8 to taka na wskroś nowoczesna konstrukcja. Na wskroś. Bardzo, bardzo tu i ówdzie chwalona, na granicy czołobitności i uwielbienia wręcz. Jako, że mam duży sentyment do produktów NuForce (NuPrime to reinkarnacja, przez krótki czas marka NuForce egzystowała pod skrzydłami specjalisty od projekcji, firmy Optoma), a tu mamy kontynuację, bardzo przemyślane portfolio produktów, które znakomicie wpisują się w „idzie nowe” (w audio) to długo się nie namyślając zapytałem dystrybutora marki w .pl, czy można na tapetę i to najlepiej właśnie tego małego, jak w tytule stoi, mocarza. Sprzęt budzi spore zainteresowanie, krąży po redakcjach w ostrym (krótkim) reżimie czasowym, ale że akurat trafiło się trochę wolnego czasu na obadanie, poprosiliśmy o egzemplarz i od nastu dni gra to nam jako alternatywa dla bardzo klasycznych konstrukcji w salonie: integry NADa i dzielonego systemu NADa, ze starej daty pre i podobnie starej daty końcówką …a wszystko to w klasie AB, z dużym zapotrzebowaniem na prąd, opakowane w skrzynki zajmujące cały segment regału RTV, po paru minutach powodujące zauważalny wzrost temperatury w pomieszczeniu. IDA-8 jest absolutnym przeciwieństwem powyższego. Tak jak NAD D3020 to takie „biurkowe”, bardzo kompaktowe maleństwo, zintegrowany wzmacniacz na miarę XXI wieku. Power+DAC, z USB przede wszystkim, ale dla mnie rzeczą bardzo istotną i niepomijalną są także pozostałe cyfrowe interfejsy… nierzadko to właśnie SPDIF jest LEPSZYM od komputerowego sposobem na integrację źródła z nowoczesnym wzmacniaczem. To wcale nierzadka sytuacja, dlatego jak już nie raz mogliście się na łamach HDO przekonać, zawsze kompleksowo podchodzimy do testów, nie robimy tego by „zaliczyć” – nie – chcemy poznać możliwości brzmieniowe testowanego sprzętu. Wcale często to właśnie koaksialne, albo TOSLINK wypada ciekawiej w kwestii SQ od  uniwersalnej magistrali komputerowej. Także, to uwaga natury ogólnej, dajcie szansę innym interfejsom w swoich nowoczesnych, cyfrowych wzmacniaczach, bo warto (inaczej, można sporo z potencjału stracić, pozostawiając te wejścia nieobsadzonymi).

Małe, kompaktowe to. Bardzo. Oznaczenia wejść dziwaczne, ale ma to swój urok.
To takie połączenie diody (displej), oznaczenia alfanumeryczne… labo, przy czym żadne szkiełko i oko, o nie! ;-)

Integra NuPrime ma link bezprzewodowy w formie zewnętrznego modułu łączności, który podpinamy do umiejscowionego z tyłu, dodatkowego (poza drukarkowym złączem, do wpięcia kompa) portu USB. Także jak ktoś akurat wcale niekoniecznie ma ochotę słać strumienie z handheldów do ampa to nie musi tego elementu sobie aplikować, zestaw interfejsów obejmuje „klasycznie” elektryczne & optyczne interfejsy cyfrowe, ponadto jest analogowe wejście, jedno jedyne, na przedwzmacniacz, pozwalające podpiąć coś analogowo właśnie. Oczywistym wyborem będzie tutaj gramofon, te nowe coraz częściej wyposażane są od razu we własne, wbudowane przedwzmacniacze, co pozwala bezpośrednio wpinać. Na froncie diodowy displej (charakterystyczny element wyposażenia w przypadku wcześniej NuForce, obecnie NuPrime), w garści firmowy pilot (oznaczenia cyfrowo-literkowe wcale nie są z czapy, jak pisali inni recenzenci… no ludzie, przecież 1,2,3,4,5 niczego konkretnego nam o wyborze złącza nie mówi, a te literki owszem, mówią… a cyfry są po to, by nam unaocznić kolejność), stalowe pudełko z siłą rzeczy blisko osadzonymi odczepami. Polecam, bardzo, ubrane kable, najlepiej w banany. My tak właśnie podpięliśmy tytułową integrę z naszymi redakcyjnymi kolumnami. Widełki mogą być problematyczne, a gołe kable będą bardzo mocno niewskazane. Także banany wpinać proszę.

…jak widać

Nie ma żadnego jacka, mimo biurkowej formy (ale to w sumie nie jest, o czym za chwilę, żadna wskazówka, jakiś nakaz zastosowania tego klamota właśnie w formie biurkowo-gabinetowej), to amplifikacja pod kolumny, zdalne sterowanie także wskazuje, że ma to być obsługiwane z poziomu fotela, kanapy w dużym pomieszczeniu. Co prawda wielkość i waga wskazywałyby na coś wręcz przeciwnego, ale pozory w tym wypadku bardzo mylą. Tak jak wspomniany na wstępie D3020 faktycznie był takim małym wzmacniaczykiem, który nie bardzo nadawał się do dużego salonu, nie był dobrym wyborem dla dużych podłogówek, ba… sam producent zakładał, że jakby co przyda się wsparcie niskotonowca (aktywnego – zresztą w IDA-8 też możemy sobie suba integrować), do wpiętych w odczepy raczej kompaktowych monitorów, to tutaj mamy do czynienia z małym w formie, wielkim w treści, wulkanem energii. Ten wzmacniacz może bezproblemowo zastąpić w moim systemie dzielony tor pre + końcówka i będzie zwinniejszy, bardziej dynamiczny, de facto mocarniejszy od wielkiej skrzyni ze znamionowymi 200W. Przy okazji oczywiście mamy coś znacznie efektywniejszego, no ale to jakby z założenia… w końcu te nowe ampy oparte na power modułach, wzmacniacze w klasie D, potrafią dać dużo energii, zabierając z sieci umiarkowane ilości prądu, dodatkowo zachowując wysoką kulturę pracy (termika). Tak, to wiemy w teorii, ale praktyka potrafi mimo wszystko zaskoczyć, zadziwić. Musiałem uważać z operowaniem gałką enkodera (leciutki, wyczuwalny skok, szkoda że nie chodzi to nieco precyzyjniej, bardziej gładko), przyciskami na pilocie, bo można było szybko przedobrzyć. Gram bezpośrednio z Core @ Roonie (iMac), ale też jw. podpiąłem inne interfejsy i to bardzo na bogato, bo… po optyku jest Chromecast Audio tylko, ale po koaksialu udało się zintegrować cały system AV w salonie (dzięki matrycy HDMI wyposażonej w konwerter cyfra-cyfra z HDMI na TOSLINK/coax). Fajno. Można sprawdzić wiele źródeł, także takich, które rzadko były podpinane do DACów/PowerDACów. Oczywiście, tradycyjnie, podpinam także naszego dyżurnego CDeka (tutaj zarówno po analogu i rozłączając to co powyżej, po koaksailu). Link sinozębny sprawuje się bez zarzutu, można strumienie słać, ale to co robi na wstępie testów największe wrażenie to wspomniana moc, którą mamy tutaj do dyspozycji. Przy ustawieniach w zakresie 30-40 jest optymalnie, głośno, a dalej… no właśnie. Warto przy tym nadmienić, że amp gra niezwykle czysto, mamy całkowicie czarne tło i to w całym zakresie, także przy końcu skali. Nie to co przy moich NADach, gdzie jak wychylimy to słychać. Tu jest głucha cisza.

„Wzmacniaczyk” wcale niemało potrafi w dziedzinie SQ. Powiem więcej, sceptycy, niepoważający „tych nowych, cyfrowych, wynalazków” powinni koniecznie sobie to, to potestować. Najlepiej w zaciszu domowym, mając do porównania dotychczasowy tor. I niech to będą te wszystkie pyszne „czysta klasa A”, jakieś lampiszony niech będą, niech to będzie prawdziwe, po bandzie wyzwanie. U nas tak to się właśnie konfrontuje i doświadczyłem niczego, do czego mógłbym się doczepić. To nie jest żadne „no ale”, „nalocik cyfrowy czuć”, czy może mocne ale bez powietrza, bez życia granie. NO NIC Z TYCH RZECZY. Ta cała IDA-8 zasłużyła sobie na b.dobre opinie, tu nie ma przypadku. Dokładnie obadałem kwestie linku komputerowego, sprawdziłem jak dobra jest implementacja USB w tym przetworniku z prądem, znakomicie wypadło SPDIF – gra tutaj świetnie – analog traktowałem początkowo pomocniczo, ale summa summarum się wybroniło. Mogę zatem napisać głośno i wyraźnie: jak sobie słucham na lampiszonowym ampie czegoś, a potem przeskakuje na IDA to nie mam wrażenia, że ktoś mi coś tam amputował. W ogóle nie mam. Przechodzę, że tak powiem, gładko i bez najmniejszego zgrzytu. Innymi słowy, mały mocarz, radzi sobie, radzi sobie z podłogówkami w dużym pomieszczeniu z takim zapasem sobie radzi, że nawet dużo potężniejsze paczki nie stanowiły, jak się okazało, jakiegoś wielkiego wyzwania. Na Topazach 20 grało, dużo większych od kompaktowych Szafirów (23) i „nawet się nie spocił”. No ciepły, a nwet więcej niż ciepły był, ale wysterował te kolumny koncertowo.

Nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził tego ampa w sposób, który raczej nikomu (z testujących) nie przyszedł do głowy. Kropką nad i był odsłuch na routerze audio (z wejściem dla ampa i audio jackiem, do którego to nauszniki podpiąłem). Fabryka integracji ze słuchawkami nie przewidziała? No trudno, trzeba było zaradzić i zaradziłem jak wyżej. I wiecie co? To dopiero była sensacja, jak ten mały grzmot zagrał na planarach. Zresztą nie tylko, ale przede wszystkim.

  

Cyfra, no w PowerDACu to jakby naturalne, że cyfra wszędzie, nie?

Więcej, bardziej i mocniej poniżej:

» Czytaj dalej

Alternatywa dla PC w salonie, kontynuacja: Zidoo X10

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180209_141839649_iOS

Właśnie dostałem info od dystrybutora, że na rynek niebawem trafi topowy Zidoo X20. W wersji PRO z ESS 9038 na pokładzie (!). Będzie. Tymczasem zapowiadany wraz z naszym „DAC Anno Domini 2018″ Matriksem Mini-i Pro 2S, model o oczko (no dwa) niżej – X10. Piękna oprawa (obudowa rodem z luksusowych HTPC…), bogate możliwości i gotowa alternatywa dla PC (wspomniane przed chwilą HTPC) do salonu. Zamiast. Napędzane Androidem, co generuje pewne problemy (UI), ale w wersji przetworzonej przez producenta, jest funkcjonalne i generalnie daje radę, ba, powiem więcej, to jedna z najbardziej udanych wariacji (by Zidoo) w zakresie UX google’owego systemu, bardzo sensownie dopasowana do realiów: pilot & duży ekran.

Zidoo X10 to taki omnibus… pamiętacie naszą zeszłoroczną recenzję podobnej konstrukcji EGreat’a A10? Chodzi o to, by „ogarnąć” wszystko jak leci bez kompromisów jakościowych (obraz po pierwsze), podobnie jak w przypadku HTPC być otwartym na to, co przyszłe, stanowiąc alternatywę nie tylko dla PC, ale także dla smartTV. To ostatnie btw od kilkunastu miesięcy jest na tyle dojrzałe w całej swej mnogości, różnorodności, że taka skrzynka, taka jak tytułowa, musi się naprawdę mocno czymś wyróżniać, by zwrócić uwagę nabywcy, szczególnie takiego, który to smartTV w nowym wariancie ma. A pewnie ma, bo w końcu, takie Zidoo stanie pewnie w sąsiedztwie jakiegoś UHDTV (bo te strumienie 4k, bo najnowsze formaty, technologie audio-wizyjne). No chyba, że projektor będzie, to wtedy nie trzeba się ścigać na możliwości, funkcje, bo projektor to projektor, bez tych wszystkich apek, strumieni i czego tam jeszcze. Dobrze, to co tu mamy, co może nas dodatkowo zachęcić?  Jak komuś trzeba serwera, no to ma NASa (i to całkiem niezłego, bo pod multimedia robionego), jak chce sobie agregować różne treści to dobierze akurat taki soft, jaki mu najbardziej podchodzi, a jak ma to być transport audio (strumieniowy ofc) to będzie transport audio (USB Audio – leci na dowolnego daka) itd itp.

Moim skromnym zdaniem takie skrzynki mają sens, ale tylko wtedy gdy faktycznie producent podchodzi bezkompromisowo do funkcjonalności, daje coś „ekstra”, coś co wyraźnie forsuje takie rozwiązanie ponad wspomniane telewizyjne smarty. To musi dawać dodatkowe korzyści, najlepiej łączyć wszystko w jedno, fajnie jak jeszcze jakiś kozacki przetwornik w środku siedzi, żeby – właśnie – stanowić prawdziwe centrum audio-wideo, spinające wszystko w ramach jednego klamota. Taka integracja, z pełną paletą patentów na sterowanie, z wymaganą ciszą, odpowiednio elegancką formą może nas zachęcić do wejścia w temat.

Czy X10 jest właściwym wyborem, odpowiedzią na powyższe wymagania? Popatrzmy:

 

» Czytaj dalej

Bezkompromisowo? Recenzja Matrix X-Hi z end-pointem PC

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180420_102930929_iOS

Nie ma drogi na skróty. Musisz połączyć wiele rzeczy w całość, trochę się naczytać, trochę się znać (nauczyć), to nie jest coś gotowego,  takiego „wciśnij play”. Nie, to inny sposób na uzyskanie bardzo, bardzo dobrego rezultatu, porównywalnego z drogimi strumieniowcami, gotowcami właśnie. A nawet więcej. To więcej, to modularność, to gotowość upichconego samodzielnie end-pointa na to co przyniesie przyszłość. DIY w audio to temat rzeka, znajdą się tacy, którzy będą kwestionować zasadność, będą tacy, którzy będą poddawać w wątpliwość. Ich prawo. Prywatnie mam wielki szacunek do tych, którzy są samoukami, podchodzą do tego co ich pasjonuje i dążą do tego, by samemu dojść do satysfakcjonującego (sonicznie) efektu. W przypadku grania z pliku jest o tyle łatwiej, że całość przypomina bardziej budowanie z gotowych klocków, choć wymaga pewnej dawki wiedzy specjalistycznej (IT) to jednak bez konieczności zgłębiania się w zagadnienia bardzo trudne do opanowania przez laika, przez amatora jak to ma miejsce w przypadku chęci zmierzenia się z własnymi projektami audio elektroniki czy samodzielnej budowy zestawów głośnikowych. Tak, czy inaczej, wspólne jest tutaj jedno – próba stworzenia czegoś, co ma być w zamierzeniach: lepsze / tańsze / odpowiadać na specyficzne wymagania. Tyle.

Na rynku dopiero od niedawna pojawiają się wyspecjalizowane konstrukcje PC, które mają nam zapewnić jak najlepsze możliwości grania z pliku. Wspólną cechą tych produktów jest pasywność działania, praktyczna bezobsługowość (warstwa systemowa jest na tyle dla nas niewidoczna, że nie przeszkadza w obsłudze takiego komputerowego odtwarzacza), pewna dowolność w kreowaniu toru… choć tutaj widać, że podejście bywa różne, czego doskonałym przykładem wyspecjalizowane microRendu. Czy warto zatem wyważać otwarte drzwi… ktoś przytomnie zapyta, gdy rynek dostarcza gotowe rozwiązania. Jest całe mnóstwo projektów opartych na Jeżynce (Raspberry Pi), które świetnie się sprawdzają, są tanie, a do tego dają swobodę. Faktycznie, jest w czym wybierać, ale na rynku pojawiają się pewne udoskonalenia (nazwijmy je plastrami na odwieczne problemy grania z komputera, grania muzyki z PC), które trudno, albo których nie da się pogodzić ze wspomnianymi powyżej rozwiązaniami.

Karta Matriksa to przykład takiego plastra. To wyspecjalizowane akcesorium, które wymaga płyty z wolnym portem PCI-e, wymaga zatem systemu komputerowego, który będzie mógł zostać wyposażony w to akcesorium. Odpada laptop, odpadają ARMowe nano-komputerki, odpada także wiele rozwiązań PC w formie nierozszerzalnej (vide przetestowany przez nas i służący z powodzeniem jako end-point Roona nano-pecet MiniX 64 aka FooKo PC, są też wysokowydajne, nowe systemy Intela – NUC), potrzeba jakiejś „budy”. I tutaj wkraczamy do akcji, bo takich komputerów z możliwością rozbudowy, de facto klasycznych systemów PC, ale znowu nie takich klasycznych, bo zbudowanych właśnie na potrzeby odtwarzania muzyki specjalnie na rynku nie ma. Bo to nisza, niszy. To raz. A dwa – takie coś może być przedmiotem samodzielnych poszukiwań, można to zrobić bez wydatkowania dużych sum, wręcz po taniości można. Bezkompromisową formą są budowane od podstaw systemy takie jak CAPS, ale miało być tanio i miało być dobrze, zatem darujemy sobie rozwiązania bardzo wyrafinowane na rzecz takich, które spełniają powyższe wymagania. Przypomnijmy: pasywna praca, zasilanie najlepiej wyniesione poza obudowę, rozszerzalność (modułowość w oparciu o standardowe interfejsy wewnętrzne tj. PCI, PCI-e), kompaktowość (w końcu ma to stać w salonie, duże, klasyczne obudowy odpadają, jako niepraktyczne i nie do pogodzenia z wymogiem „wtopienia się” w otoczenie)… takie warunku brzegowe musimy spełnić, by to do czego włożymy tytułową kartę spełniło wymagania na „idealnego end-pointa”. Samo budowanie takiego komputerka podpiętego bezpośrednio do jakiegoś DACa stanowiłoby rozrywkę dla jakiegoś geekomaniaka, ale właśnie X-Hi robi tutaj cholernie dużą różnicę.

To nie jest ledwie zauważalna różnica.

Dlatego, na potrzeby testu zbudowałem taki end-point. Kupno tej karty powinno implikować taką drogę… chyba, że komuś nie przeszkadza otoczenie blaszaka, wątpliwa aparycja, brak optymalizacji systemu (też OS, o czym przeczytacie w niniejszym tekście) i wiele innych rzeczy, które powodują, że jednak zwykły piec nie ma czego szukać w salonie. Nie chodzi o SQ (bo progres z wykorzystaniem tej karty w przypadku zwykłego blaszaka jest wyraźnie zauważalny), a o ergonomię chodzi. Zysk z pasywnego systemu, zoptymalizowanego, zdalnie zawiadywanego jest oczywisty i to decyduje i powinno skłaniać potencjalnego nabywcę karty Matriksa do budowy / zakupu przygotowanego odpowiednio peceta.

Dobrze, wstępniak zaczyna niebezpiecznie przypominać przemówienia El Comandate (Fidela C. dla niewtajemniczonych), przejdźmy zatem do konkretów:

» Czytaj dalej

Prawdziwy diament – Burson Conductor V.2+

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180419_112911702_iOS

Siedem kilo… achtung panzer! Forma mówi: będzie konkret granie. Z produktami kangurów mieliśmy już do czynienia na HDO. 160-ka się u nas kiedyś przesłuchała i bardzo przypadła do gustu, choć nie bez pewnych „ale”. Teraz trafił do nas topowy, flagowy, naj, naj, model wzmacniacza (po pierwsze), pre / integry (po drugie) oraz DACa (po trzecie), czytaj maszynki spinającej nam wszystko co trzeba w jednym pudle. Panie, Panowie przedstawiam gościa z dalekich Antypodów: Burson Conductor V.2+. Teraz tylko odpowiednie efektory. Nie, nie napiszę high-endowe słuchawki, bo wcale nie (ma takiej konieczności), można a nawet obowiązkowo trzeba podpinać klasyki, rozsądnie wycenione, w rodzaju K701 czy HD650, a nawet mniej klasowe, jak choćby takie Momentum… mimo niskiej impendancji. Możemy swobodnie uznać, że to taki tuning naszych starych kompanów, rzecz zaskakująca, jak wiele dobrego można z tych konstrukcji wycisnąć, oj naprawdę można wiele.

Ale to dopiero początek. Kraina szczęśliwości, czytaj LCD-3, to partner oczywisty. Tyle, że wcale nie trzeba wydać 8 tysi na porównywalne (choć o innym, ale jakże przepysznym bukiecie) brzmienie. Tak, zgadliście: Sundara. Te, kosztujące 2 tysie nausznice to strzał w dyszkę. Partner kompletny. Popatrzcie na zdjęcia… Conductor w wersji czarnej, a taka nam się trafiła, plus te słuchawki to nie tylko brzmieniowo (ofc to podstawowa sprawa), ale także formą IDEALNE dopasowanie. Świetnie się to prezentuje. System słuchawkowy za 10k bez żadnych „ale”? Pierwsze wrażenia są właśnie takie, zobaczymy jakie będą finalne wnioski po dłuższych odsłuchach, ale coś czuję, że amplifikacja słuchawkowa w topowym Bursonie to będzie TO. Patrząc na tego klamota dwie rzeczy zrobiłbym inaczej: dałbym 9038 zamiast 9018 (to byłoby K.O …zaraz do nich napiszę, czy planują upgrade, tam się na płytkach wymiennych wszystko opiera, Burson słynie z opcji, z modów właśnie) i przemyślał kwestie dwóch wyjść (DAC nie jest liniowe… to bez sensu trochę, bardzo nawet niż trochę). Poza tymi dwiema sprawami jestem na dzień dobry oczarowany możliwościami tego mocarza.

Tak, robi spore wrażenia moc, sam klamot kojarzy mi się formą i możliwościami energetycznymi z uberelektrownią HiFiMANa (nasz test EF-6), przy czym nie jest to taki potwór, zajmujący cały stolik jak ww ustrojstwo pod HE-6 (bo to system jest, wiecie, patrzcie wcześniejszy link). Jest bardzo ciężki, jest spory (jak na – umownie – ampa słuchawkowego, duży), ale w granicach zdrowego rozsądku. Interga ma dwa wejścia analogowe, co u Bursona nie dziwi, co jednocześnie zawsze warto pochwalić i docenić oraz opartą na 9018 (i XMOSie) część cyfrową, z klasycznym zestawem: USB/SPDIF (koaksial & TOSLINK). Od razu podpiąłem pod imakówę (CORE) oraz do naszego nie(do)ocenionego (uwielbiam tego klamota i z perspektywy czasu widzę, że nie doceniłem wystarczająco M1HPA… to w cenie ok 2k najlepsza integra/pre słuchawkowa kropka amen) Musical Fidelity, który robi za przeplotkę (czarne tło macie jak w banku: nic, zero, nul, czysto). Tu czerń, spotyka się z czernią, w sensie dosłownym i w przenośni. Oba klamoty idealnie się uzupełniają (bo mogę sobie zintegrować wszystkie źródła, bez uciążliwego przekładania kabli), mam 3 duże jacki do testowania, porównywania. Od dawna korzystam z tych, rozbudowanych możliwości M1, ale przy okazji Conductora dotarło do mnie jakie to wygodne, jakie przyjemne w obsłudze. Właśnie – metalowy, zgrabny, dedykowany pilocik dodawany w komplecie do tytułowego klamota na razie nie ma zastosowania, bo wszystko na wyciągnięcie ręki (biurkowy set idzie na pierwszy ogień), ale to się bardzo przydało, bo w salonie Conductor pracował sobie zupełnie inaczej, w innej roli, znaczy się: sprawdziłem, jak sobie poradził w trybie PRE z torem opartym na końcówkach i na zestawach głośnikowych. Grał zarówno jako centralka cyfrowa, jak i klasyczny pre-amp, z podpiętymi analogowo źródłami. I powiem Wam coś. Mhm. Tak, potraktujcie tego Bursona jako spoiwo całego toru, bo jako słuchawkowiec tylko, będzie to najzwyczajniejsza marnacja potencjału.

Postanowiłem, na potrzeby testu, poeksperymentować. Było grane nie tylko z kompa (ROON), nie tylko z Chromecasta (obecnie, zawsze Chromecasta Audio podpinam pod TOSLINKA… to dyżurny interfejs cyfrowy u mnie), a nawet nie tylko z Squeezeboksa Touch EDO mod via koaksial (bo za USB siedzi i wiele dobra wnosi konwerter c/c hiFace Two)… nie, tym razem nie ograniczałem się ;-) „tylko” do tych, znanych na wylot źródeł (cyfrowych). Podobnie jak to miało miejsce z innymi integrami słuchawkowymi wyposażonymi w analogowe wejścia po analogu grane było… coś specjalnego. Po pierwsze (właśnie gra i …niech komputer spieprza na drzewo ;-) ) olampowany, z buforem bańkowym znaczy się, cedek Onkyo (świetny mechanizm, stara, dobra, japońska szkoła), po drugie za pomocą linku z salonem (multiprzełącznik Pro-Jecta) zagrało nam też z gramofonem (duet 1020 z 5120) i wreszcie po trzecie sprawdziłem jak sobie (nadal jesteśmy w gabinecie, znaczy na słuchawkach słuchamy :) ) Burson poradził z MiniWattem (wzmak, który robi u mnie za słuchawkową końcówkę mocy i wierzcie mi… nie ma nic lepszego, na odczepach głośnikowych, z dobrej klasy routerem audio 6.3mm albo/i adapterem HiFiMANa z symetrycznym gniazdem na końcu). Także tak, właśnie, Burson grał jako preamp, podpięty do wejść w lampowcu (NOSy: Brimar BVA/Telam), sterując poziomem i łącząc źródła, a efektory zagrały na wspomnianych wyjściach z odczepów. Rzecz jasna nie było tu mowy o żadnym balansie (ale kabel sobie zmienimy w LCDkach i w ten sposób to też pożenimy), tak z ciekawości sprawdzę jakie są różnice i czy w ogóle jakieś są na takim jw. secie (HiFiMan HE Adapter). Wiele osób wg. mnie błędnie, zakłada, że symetryczne połączenia są „zawsze” lepsze w aspekcie SQ, a przecież nie chodzi o wyższość tutaj według mnie, tylko lepsze medium w trudnym otoczeniu (studio) oraz ewentualnie sensowniejszy link przy bardzo długich podłączeniach. Nie wyklucza to lepszego efektu, gdy ktoś zwyczajnie spaprał, czy gorzej przygotował tor niesymetryczny, ale żeby to dogmatycznie dawało progres (bo różnice w pomiarach/specyfikacji –  dodają)…? O tym też będzie osobny wpis na HDO. Dobra, nie przedłużając, przejdźmy do meritum :)

» Czytaj dalej

Liberty DAC: przystępniejszy przetwornik Myteka. Naszym zdaniem

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_7710

Mytek od zawsze kojarzył mi się ze sprzętem dla profesjonalistów… pamiętam najlepszy sposób wyciągnięcia dźwięku z komputera za pośrednictwem FireWire jakąś dekadę temu, coś co stanowiło stały element wyposażanie tych przetworników. Pamiętacie moje zachwyty prostym & tanim interfejsem „po piorunie” japońskiego ZOOM-a? Najpierw było FireWire, którego zasada działania (bezpośrednie połączenie point-to-point, bez współdzielenia jak w przypadku magistrali USB, bez żadnych interferencji, bez jittera, bez opóźnień) była/jest (choć raczej była, bo o historycznym interfejsie mówimy – thunderbolt jest jego ideowym następcą) tożsama. Wspominam o tym na wstępie nie bez przyczyny: firma parę lat temu obrała kurs na rynek masowy, na audio „pod strzechę”, celując raczej w zamożnego melomana, a może precyzyjniej w audiofila. Przetworniki z surowych, technicznych urządzeń przeistoczyły się w ociekające luksusowym wykończeniem, na bogato, hajendowe klamoty. Producent nie zapomniał o swoim bagażu doświadczeń z rynku pro i Brooklyny czy Manhattany w paru aspektach wyróżnia na tle konkurencji parę „pro” smaczków, ale są to bezsprzecznie urządzenia dla domowego użytkownika o ponadstandardowych wymaganiach. Firma uznała, że poza poziomem około i ponad 10, a nawet i > 20 tysięcy (z kartą sieciową Manhattan II to już poziom nie 20 a 30 tysięcy złotych)  warto wprowadzić na rynek produkt pozycjonowany na dużo bardziej przystępniejszym poziomie. Liberty to właśnie odpowiedź na potrzeby rynkowe, bo nie oszukujmy się – wszystko z poziomu około i ponad 10 tysięcy to nisza, niszy… sprzęt kupowany przez nielicznych. No to mamy tego Liberty, w pierwszych wrażeniach opisałem z czym mamy do czynienia, a jeszcze wcześniej wspomniałem o korzeniach właściciela oraz twórcy marki oraz miejscu w którym tytułowy DACzek powstaje. Polskie korzenie, polska produkcja, polsko-amerykańska myśl techniczna finalnie zaowocowały produktem, który musi podjąć rękawicę rzuconą przez setki propozycji rodem z Azji… konkurencji morderczej w wymiarze co i za ile, o czym niejednokrotnie pisałem na łamach HDO ostatnimi czasy.

Pali się wszystko, znaczy się potencjometr na końcu skali. Tu naprawdę głośno z Sundara (pewien zapas jeszcze jest)

Mytek upichcił sprzęt bardzo kompaktowy, w malutkiej obudowie mieszcząc rdzeń z pozoru nieodbiegający aż tak bardzo możliwościami i parametrami od droższego Brooklyna. Wiadomo, dzisiaj znaczna część finalnej ceny klamota to skrzynka. Małe, nieskomplikowane technologicznie obudowy to znaczna redukcja kosztów, brak takich elementów jak wyświetlacze, zdalne sterowanie, tańsze gniazda, prostsza i znacznie mniej kosztowna regulacja…. to wszystko redukuje to co na metce o kolejne 1000 złotych. Przy czym Liberty mimo że zamknięty w bardzo niewielkiej skrzynce, na pierwszy rzut oka, bardzo typowej (prostokątna, prosta budka), jednak czymś się na tle innych z metra ciętych wyróżnia. Mytek wie, że kupuje się także oczami, wie to dobrze (droższe konstrukcje), wie także, że „konsumencki” 192DSD, który jest może fajny dla mnie (geeka), to nie do końca to, że surowy to raczej dla kogoś, kto wyznaje zasadę nieważne jak wygląda, ważne jak gra (aż tak nie mam, estetą trochę jestem i w salonie jakiegoś potwora z drutami na wierzchu nie postawię), że obecnie nie ma racji bytu takie podejście na konsumenckim właśnie, masowym rynku… że tam trzeba się postarać. No i zrobili te wytłoczenia, ciekawie rozwiązali przy okazji problem wentylacji (forma koresponduje z techniczno-użytkowymi aspektami konstrukcji – lubię to), całość na pewno nie jest taka zwyczajna, jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać. Wyróżnia się. Wyposażenie też nieco różni się od 99% tego typu urządzeń dostępnych na rynku, bo jest więcej interfejsów (SPDIF x 2 – i to bardzo ważne dla końcowej oceny – o czym dalej), są opcjonalne patenty na zasilanie, dodatkowo to jeden z nielicznych przetworników oferujących pełne wsparcie dla jakże przeze mnie lubianego i poważanego ( ;-) ) MQA. Poza tym, że DAC to jest to także wzmacniacz słuchawkowy z 6,3 mm jackiem na froncie, obsługiwany niewielką gałą potencjometru (enkoder), bez pilota, bez ekraników (komunikacja oparta na mocno świecących wielokolorowych diodach – dla mnie zbyt nachalna, mało czytelna, trochę, na szczęście tylko trochę kojarząca się z fatalnym rozwiązaniem z Chordów aka ergonomiczna masakra). To wszystko opisywałem już dość dokładnie wcześniej (patrz linki powyżej) skupię się zatem na tym co najistotniejsze, na UX (User eXperience – przede wszystkim SQ, ale i obsługa przetwornika, możliwości, wreszcie techniczno-praktyczne mielizny MQA).

Kręcimy kompaktem? Owszem, bo granie po SPDIF wypada tu świetnie

Zapraszam…

» Czytaj dalej

DAC 2018? Po prostu Matrix Mini-i Pro 2S. Po prostu

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
FullSizeRender

Testowaliśmy całą linię Mini-i na łamach (patrz: pierwsza generacjamodel bez pro i z pro drugiej generacjiwreszcie wersję AD 2015). To bardzo udane konstrukcje, z generacji na generację prezentujące coraz wyższy poziom, coraz lepiej wyposażone, o coraz większych możliwościach (progres dotyczy zarówno wyposażenia jak i SQ). Producent znalazł wg. mnie doskonałą receptę na stworzenie przystępnego cenowo (cena nigdy nie przekroczyła pułapu 3k, oscylowała w przedziale 2-3 tysięcy), kompletnie wyposażonego (bogaty standard wyposażenia, obejmujący obsługę wyczynowych formatów, wyjścia także zbalansowane, gniazda słuchawkowe, wejścia AES/EBU, czytelne wyświetlacze oraz piloty zdalnej obsługi), bardzo dobrze grającego przetwornika, centralki cyfrowej za którą inni wołaliby (i wołają) dużo, znacznie więcej. Firma przez jakiś czas eksperymentowała z kościami Analog Devices, ale ostatecznie wybrała nowoczesne, zaawansowane układy ESS i tak już zostało. Najnowsze modele w ofercie to, uznany przez nas za wzorzec DACa (2017), przetestowany w zeszłym roku model PRO (bez S), jeszcze na starej kości 9016 i bohater niniejszej publikacji… najbogatsza, wyposażona takoż w link bezprzewodowy (BT) wersja, będąca szczytową konstrukcją, zwieńczeniem całej linii Mini-i, oparta na najnowszym układzie ESS.

Matrix nie tylko zaoferował wg. mnie perfekcyjną (koszt-efekt) maszynkę przekształcającą zera i jedynki na sygnał analogowy, nie tylko udanego wmaka słuchawkowego, ale coś więcej… w przypadku 2S dostajecie wstęp do stworzenia firmowego systemu, kompletnego systemu, który w super kompaktowej formie, nie tylko z centralką cyfrową, ale solidnym przedwzmacniaczem zamyka temat. Cały system zamknięty w małych, świetnie wykonanych, metalowych obudowach, z jedną (SE) albo dwiema (XLR) dedykowanymi końcówkami mocy Mini-i AMP. Jakby tego było mało, zgodnie z najnowszymi trendami, ten maluch otrzymał także wspomniany link bezprzewodowy. I nie jest to tylko dodatek, czy taki tam, pomocniczy w stosunku do reszty wyposażenia sposób grania z tego DACa, ale najdoskonalsza implementacja sinozębnego w tego typu konstrukcjach, jaką było mi dane słuchać oraz obsługiwać w sprzęcie za parę, a nie paręnaście tysięcy złotych. Zrobili to perfekcyjnie, zrobili to tak, jak należy.

Już po wstępie widać, że laurka będzie. Będzie, bo się !@@$#% należy. Należy się tym bardziej, że Matrix po prostu robi swoje, zawsze oferując więcej (realny progres – to nie jest pudrowanie, poza zbliżoną formą, każda kolejna generacja to więcej, lepiej bez zmiany ceny na metce) i zwyczajnie należy to docenić. No to doceniamy, a konkretnie doceniamy za…

» Czytaj dalej

Co za wzmak! Nausznikowy amp Cayin iHA-6 & DAC: iDAC-6. Recenzja

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170511_102054990_iOS

Powracamy do słuchawek z konkretnym setem złożonym z dwóch skrzynek firmy Cayin (patrz nasze recenzje mobilnej audio elektroniki: DAPa N6 oraz przenośnego zestawu amp+DAC tego producenta). W przypadku tytułowego, stacjonarnego kompletu mamy ambitny pomysł na docelowe rozwiązanie pod każde nauszniki, nawet te najtrudniejsze, nawet te najbardziej topowe, najlepsze, jakie są obecnie na rynku. Całość dopasowana stylistycznie, kompaktowa, może stanowić alternatywę dla wielu znacznie droższych high-endowych ampDACów, tudzież dzielonych (jak testowany) systemów amp osobno, DAC osobno. Nie przekraczamy ceny 5k za skrzynkę, producent widzi te produkty raczej na biurku (gabinet) niż w salonie – nie ma zdalnego sterowania, nie ma obsługi na odległość, trzeba tradycyjnie zmieniać, regulować z poziomu klamota. Także raczej na wyciągnięcie ręki, co nie oznacza rzecz jasna, że w salonie się to, to nie sprawdzi. Tyle, że trzeba będzie ruszyć 4 litery z fotela, albo kanapy…

Tu w salonie. Naprawdę może stanowić ozdobę, bardzo się udał designersko projekt tych skrzynek 

Mocno nam się przeciągnęła ta publikacja, nad czym bardzo boleję, ale tak się to poukładało, że kilka razy wypadało nam z kolejki. Obiecywałem parę dni temu, że już już tuż tuż, to wordpress „wyciął” nam numer i trzeba było naprawiać (wykrzaczyły się niektóre artykuły, już jest ok, przepraszam zainteresowanych za to kanji, jakieś bzdety, musiałem przywrócić oryginalną treść publikacji). No nic, takie uroki obecnego funkcjonowania HDO, nie mam na niektóre rzeczy wpływu :(

Przejdźmy zatem do meritum. Tytuł sugeruje co najbardziej z tego setu przypadło mi do gustu, zresztą pamiętam, że pierwsze wrażenia też wskazywały jednoznacznie, że to amp jest tutaj elementem wyróżniającym się (choć to DAC skupia początkowo uwagę ze względu na oryginalną konstrukcję, możliwości, o czym przeczytacie poniżej, w rozwinięciu…). Tak czy inaczej, to jest system i tak należy właśnie potraktować te skrzynki – jako integralny, dzielony tor słuchawkowy, synergetyczny zestaw, kompletne rozwiązanie, szczególnie dla kogoś, kto „poszedł w słuchawki”, rezygnując z kolumn (bo dzieci, bo lokum, bo tak).

» Czytaj dalej

RHA MA750 Wireless …cyfrowo naznaczone

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180112_092121947_iOS-832x1024

Bezprzewodowe to kompromisowe. Kompromisowe w zakresie SQ. Bywa i tak, ale też w tej kategorii dokonał się realny postęp i to co jeszcze dwa, trzy lata temu grało (zazwyczaj nie w uszach, tylko na uszach) korzystając z podstawowego kodeka SBC, dzisiaj nawet nie stoi obok nowych konstrukcji, wyposażonych w doskonalsze moduły, obsługujące dużo lepsze kodeki (aptX czy AAAC, nie wspominając już o najnowszych wynalazkach tj. aptX HD czy LDAC), zapewniające wyższy bitrate, niższe (skokowo) opóźnienia transmisji. Dzisiaj dobre bezprzewodowe słuchawki z nowoczesnymi technologiami mogą być bardzo dobrym wyborem jakościowym, dźwiękowo wcale nie odstawać od modeli grających na przewodzie. Ten postęp dokonał się stosunkowo niedawno, dobrym przykładem są nasze redakcyjne Momentum Wireless, które mimo niedoskonałości samego modułu (niestabilna praca) potrafią w dziedzinie dźwięku oczarować nawet mocno wybredne ucho. Najnowsze wokół-uszne bezprzewodowe Sony (MX1000), które ostatnio miałem sposobność, to już naprawdę rasowy dźwięk, podobnie jak testowane przez Adama z Kanady HP70 (strasznie kiepska dostępność tych NADów na globalnym rynku, właściwie póki co ograniczona wyłącznie do rodzimej Kanady). Mówimy o konstrukcjach z pałąkiem, ale IEMy bezprzewodowe korzystają z tych samych technologii, jedyne co się zmienia to krótszy czas działania, tylko aktywna praca układu, brak (zazwyczaj, choć są wyjątki) dodatków w postaci systemu ANC. Modele ze smyczą powoli będą ustępować miejsca „prawdziwie bezprzewodowym” słuchawkom dousznym – tu wpływ AirPodsów jest przemożny, te słuchawki niewątpliwie ustawiły cały segment i – według mnie (patrz nasza opinia, test) – stanowią jeden z najciekawszych, najlepszych produktów Apple od zgoła pół dekady.

Produkty RHA gościły już na naszych łamach. Testowałem przewodowe modele: topowe serii T (10, 20) oraz CL-ki (750), o których jeszcze będzie w kontekście tytułowych, ponieważ wiele te konstrukcje łączy, właściwie łączy je zasadnicza sprawa: sposób kreacji dźwięku, jego najważniejsze cechy… MA750 Wireless to CL-ki z bezprzewodowym linkiem. W skrócie tak to wygląda. Pamiętam, że opisując tamte doki wiele czasu poświęciłem na dopasowanie trudnych przetworników (150 ohm!) do posiadanej elektroniki i w sumie poległem, bo duża część z tego, co w redakcji nie chciała w ogóle się z tymi IEMami zgrać. I nie chodziło tutaj o jakieś mobilne grajki, mobilne źródła, tylko o stacjonarny tor, m.in M1HPA pokazały czerwoną kartkę, kompletnie to nie zagrało. Trudne, właściwie stacjonarne (bodaj z TAC-2 się dogadały), czy na poły stacjonarne dokanałówki. Taki nietypowy produkt. Akurat w przypadku przewodówek jestem w stanie – powiedzmy – zrozumieć, że to ma być takie nietypowe właśnie, grające w domu raczej, albo z bardzo określonym doborem sprzętu towarzyszącego na wynos, to jednak wybór podobnie grającego przetwornika do (w oczywisty sposób) przenośnych tylko i wyłącznie Wirelessów uważam za niezbyt zrozumiały. Implikuje to bardzo określone, bardzo niełatwe w odbiorze brzmienie, takie które kojarzy się z typowo cyfrowym graniem. Pamiętacie pierwsze, testowane u nas DACzki ampy FiiO? Ano właśnie, to jest takie granie, takie zimne, zdystansowane, precyzyjno-sterylne granie.

I to się nie zmienia pod wpływem czasu. Tak to po prostu gra. Poniżej nieco więcej na temat:

 

» Czytaj dalej

HiFiMAN Sundara… zwieńczenie pewnego etapu. Recenzja!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180130_180123085_iOS

Sundara to nowy rozdział w branży słuchawkowej. Te nauszniki uświadamiają mi jak wiele rzeczy udało się przez parę lat słuchawkowego boomu udoskonalić. To pewne zwieńczenie, pewien zamknięty etap. Aż tak? Ano aż. Podam na wstępie tylko jeden argument potwierdzający to, co powyżej. Pierwsze słuchawki, które są IDEALNIE wyważone, idealnie zaprojektowane, by nie czuć nieprzyjemnego mrowienia na czubku głowy. Ja tak mam, pewnie nie jestem osamotniony, bo wielu odczuwa tego typu dyskomfort. Wcześniej, czy później każda sesja odsłuchowa kończy się czymś z pogranicza ucisku, pieczenia, przeczulicy na czubku łepetyny. TU TEGO NIE MA. Te słuchawki są zaprojektowane bezbłędnie jeżeli chodzi o wygodę, o ergonomię, po prostu są ideałem jaki do tej pory na rynku się nie pojawił (albo na który – mimo wielu testowanych – nie natrafiłem). Wszystkie, nie wyłączając bardzo wygodnych Mr Speakers w odmianie Flow, zawsze dawały o sobie znać. Te nie. A to tak tylko pierwszy z całego magazynka ochów i achów, bo ta recenzja będzie bezwstydnie wręcz czołobitna, od razu to zapowiadam, choć ostatnie notatki udało się choć trochę pozbawić początkowego, bezgranicznego entuzjazmu i zwyczajnie… nabrałem pewnego dystansu, oceniłem co mi się mniej podoba, albo inaczej, co w tych słuchawkach za 2k nie jest AŻ na takim poziomie jak w kosztujących tysięcy 9 (teraz może nawet 8), do niedawna flagowych, LCD-kach. Tak czy siak, moi drodzy, mamy produkt, który według mnie wyznacza pewien wzorzec, stanowi punkt odniesienia. U mnie te słuchawki będą od teraz jednym z referencyjnych modeli, to w konfrontacji z nimi inni będą musieli się wykazać.

Powiem Wam coś. Będą mieli cholernie trudne zadanie. Pewnie dystans byłby dużo większy, pewnie nie byłoby tego całego entuzjazmu, gdyby te słuchawki były następcą takich HE-560 w cenniku. Gdyby były, zwyczajnie, dużo droższe, powiedzmy poziom 4 tysięcy to już byłoby mniej więcej to, a w okolicach 5-6 uznałbym, że tu ewolucja, udoskonalenie (brakowałoby tylko jakiegoś ekskluzywnego nesesera, kabla balans, dłuższego i to chyba na tyle… same słuchawki bez zmian) tego, co było. Tutaj jednak mamy do czynienia z czymś dla mnie nie do końca zrozumiałym. Sundara są lepsze od wielu modeli dużo droższych słuchawek, zarówno tych z katalogu HiFiMANa (te przeceny ostatnie to przypadek?), ale na tle tego, co oferuje konkurencja, są bezlitośnie zdetonowaną atomówką anihilującą dużą część oferty rynkowej, bo jest ta konkurencja GORSZA, a zarazem DROŻSZA. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że nie takie rzeczy świat widział, za parę dni (I hope) przekonacie się, co można zrobić, oferując za prawie darmo coś z segmentu IEMów. Jestem po pewnej rozmowie i jeżeli jest tak, jak mi opisano, to te dokanałówy, które do mnie lecą przenicują wszystko, wywrócą stolik w segmencie. Na razie wiem, że są nie tylko nieprzyzwoicie tanie, ale nieprzyzwoicie dobrze wykonane (to znaczy są wykonane jak doki za kilkaset złotych najmarniej). Dobra, mniejsza, skupmy się na Sundara.

Napisałem, że nie bardzo rozumiem, bo teraz tak…. albo po prostu mamy początek procesu znaczącego spadku cen (a przecież high-endy przebijają już od dawna sufit) w segmencie, coś co dotyka całej branży elektroniki konsumenckiej (z wyjątkami, patrz Apple), albo to taki „wypadek przy pracy”. Nie wiem. Dla mnie te słuchawki są zagadką. One grają dobrze po wyjęciu z pudełka, a po tych z górką 200 godzinach (tak, tak – sam pisałem – adaptacja, nie, nie wyparcie ;-) ) po prostu nie chcę ich zdejmować z głowy. Co nie oznacza, że wszystko  jest naj, naj, ale raz że, cholera, blisko, dwa – te słuchawki w paru sprawach na razie nie mają odpowiednika (o ergonomii wspomniałem, a to nie wszystko). Także, hmmm, jestem w kropce. Bo zazwyczaj dokładnie wiem, testując słuchawki, jak umiejscowić produkt, mając na wyciągnięcie ręki bardzo dobre, bardzo dobrze mi znane, nauszniki z kolekcji. A tutaj… jest inaczej. W cenie jaką za nie wołają, nie mają według mnie ŻADNEJ KONKURENCJI. Są bezapelacyjnie najlepsze. Wolę je od moich jakże ulubionych HD-650. Zdetronizowały w każdym aspekcie, drugie moje ulubione, HE-400. Nie stanowią tła, a …konkurenta, dla krainy szczęśliwości zwanej LCD-3. Niebywałe!

Dobra, przestrzegałem przed tym, co nastąpi poniżej, także reklamacji nie przyjmuję, za efekty uboczne nie odpowiadam:

» Czytaj dalej

Planary HiFiMAN SUNDARA pierwsze wrażenia

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180130_172040774_iOS

Dojechały i nie ściągam. To HE-400 tylko lepiej, więcej, bardziej. Słuchawki oczarowały mnie totalnie. Po pierwsze przegenialna przestrzeń. Jest taki utwór na nowej płycie Meat Beat Manifesto, gdzie pojawia się cykliczny przydźwięk, coś jak dalekie klapnięcie, zarejestrowany tak, jakby był obok, blisko, dalej, z tyłu, poniżej. To słychać. Słychać tak, że słuchając tego kawałka po raz pierwszy byłem pewien, że coś mi dziwnego w chałupie wyszło i zdjąłem odruchowo nauszniki. Jeżeli ortodynamiki to przede wszystkim dobra, albo bardzo dobra przestrzenność, tutaj mamy to na wybitnie dobrym poziomie. Bryły, umiejscowienie, powietrze, scena… niebywałe. Nie użyję słowa na „ha”, bo zawsze, gdy się o czymś takim pisze, używa się i temat zamknięty. A tu nie ma czego zamykać, bo te słuchawki otwierają przed nami muzykę w sposób do tej pory trudno, a w tym budżecie, w ogóle, nieosiągalny. Niesamowite! Moje 400-setki też potrafią zagrać przestrzennie, ale nie mam wątpliwości, że SUNDARA to progres i to nie marginalny, a zasadniczy progres w tym względzie. Bardzo polecam (patrz zdjęcia) przetwornik z trybem native dla DSD (u nas Korg DS-100). Nagrania 1 bitowe to właśnie dopełnienie całości. Na takim materiale potencjał tych słuchawek zostanie w pełni uwidoczniony (usłyszany). Wczoraj miałem w planie parę publikacji, a cały niemal dzień spędziłem przyklejony do MBA z dwoma interfejsami. Po piorunie grało (TAC-2) oraz na wspomnianym KORGu grało. Oczywiście porównywałem z 4-setkami i mimo tego, że nowe zagrały właściwie od razu po wyjęciu z pudełka (widać, że egz. nowy, nieużywany) to mogłem cieszyć się dojrzalszym brzmieniem, doskonalszym, pełniejszym w porównaniu do poprzedników.

Z HPA1, ale też z lampiszonem posłuchamy

Mmmm :)

Sundara z MiniWattem @ Brimarach (NOSy) za pośrednictwem krosownicy z wyjściem słuchawkowym 6.3mm gra

Możemy też posłuchać z HE-Adaptera (XLR… tylko skąd skombinować odpowiedni kabel do tych nauszników, hmmm?) i nie omieszkamy sprawdzić (bezpośrednio wpiętego w wyjścia głośnikowe naszego MiniWatt-a)
W opcji z krosownicą, lampiszona wykorzystuję jako końcówkę mocy (maks. w prawo), a sterowaniem głośności zajmuje się widoczny M1HPA (doskonały pre-amp btw) 

Sundara są bardzo wygodne, znacznie wygodniejsze nie tylko od redakcyjnego modelu 400 (po poprawkach), ale także słuchanego 400i (nowa konstrukcja), znakomicie leżą na głowie. To pierwsze słuchawki jakie mam od dawna na głowie, w których nie występuje problem bolącego czubka łepetyny, coś co często daje mi się we znaki w przypadku dużych nauszników. Pałąk skonturowano tak, jakby go… nie było. Czyli najlepiej jak to było możliwe. Pady dobrze izolują, nic nie uciska, nic nie gniecie, znakomicie dobrano materiał wg. mnie, bo nie są ani za miękkie, ani za twarde, dodatkowo (choć to mocno subiektywne, bo wchodzimy na poziom zróżnicowania budowy ciała, anatomii użytkowników) idealnie przylegają, obejmując uszy, zapewniając z pałąkiem pewne trzymanie się łba. To ważne, bo te słuchawki mają wielki potencjał w mobile (o czym za moment), a tu ważne jest, by z jednej strony zapewnić komfort, a z drugiej solidne trzymanie się głowy. Obie te rzeczy mamy tutaj zapewnione, oczywiście nie ma mowy o pełnej izolacji, bo to otwarta konstrukcja, jak 99% planarów. Pamiętajcie zatem, że idealnym miejscem będzie strefa ciszy ;-) w Pendolino (o ile jakieś jeszcze jeżdżą), leśna polana, pustawa o tej porze roku plaża ;-)

Wspomniałem o nowej płycie MBM. Tam cholernie ważny jest bas. Wielowymiarowy, budujący klimat, stanowiący fundament na którym się buduje… bas. Te słuchawki, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości, są Ziemią Obiecaną dla bass-heada. Jako, że się zaliczam ;-) znaczy się jak cienko na dole to się nie liczy i do zapomnienia, te Sundara polubiłem z miejsca. Bo tu się dzieje dobrze, bardzo dobrze, świetnie się dzieje. Nisko, bardzo nisko i właśnie wielowymiarowo, wieloskładnikowo ten bas nam się objawia i już wiemy, że „jesteśmy w domu” (cytując Hana – nie lubię, bardzo, tych nowych – cóż, wapniak ze mnie i tyle). Wraz z przestrzenią buduje to przekaz, klimat, stanowi o wyjątkowości tych słuchawek. Bo, tak właśnie, uważam że w tym budżecie pojawia się coś wyjątkowego. To pierwsze wrażenia, ale trudno mi zachować dystans, co w sumie, patrząc przez chwilę na chłodno nie dziwi… wicie, te HE-400, te HD-650… Ważne, nie ma tu czegoś, kosztem czegoś innego. Te słuchawki to koherentny, spójny przekaz, a nie że brakuje. Także można się cieszyć, ja się cieszę, bo to jakby pod moje gusta te słuchawki uszyli. W przypadku HiFiMANa widać sumienne odrabianie lekcji, ciągły postęp, ciągłe doskonalenie. Od siermiężnych nauszników pierwszych generacji, po najnowszy wypust, producent dąży do osiągnięcia …harmonii? No właśnie, to chyba właściwie słowo, bardzo ważne słowo, bo harmonia, czyli cały zespół cech, na które składa się wybitny produkt soczewkuje nam się tutaj, w przypadku tytułowego modelu. Leci właśnie Aphex Twin… ale to gra dołem, ale to gra!!! I jeszcze ta stereofonia!

Jak najbardziej!

Intymnie, kobiece wokalizy, gęsto, zamykamy oczy…

Mobile. Grało @ iPad Air 2. Bez wsparcia. Z dziurki. I wiecie co? Te słuchawki można bez obaw pożenić z takim źródłem bez wsparcia. iPad robił za end-point ROONa, nie używałem żadnego DSP tym razem, czysty sygnał, odtwarzany za pośrednictwem przetwornika oraz amplifikacji iPada. O tym, że ten model tabletu i parę innych, generacyjnie zbliżonych handheldów brzmi dobrze, wypada wybitnie dobrze w pomiarach, o tym wszystkim przeczytacie, jak obiecywałem, na łamach HDO, teraz jednak skupię się na opisywanych słuchawkach i ich brzmieniu. Blisko maksymalnej skali, fakt, ale było już bardzo głośno, dla mnie za głośno. Czysto, bez ograniczeń w zakresie rozdzielczości czy dynamiki, bardzo dojrzale to brzmiało. Szokująco dobrze. Patrząc na to szerzej, te tutaj mogą być wykorzystywane swobodnie, także z telefonem (SE) choć tutaj było ciut mniej (nie, żaden iPhone, sprawdzone z także iP7, przez gównianą przejściówkę, żaden nie daje rady, niestety), wyskalowanie amplifikacji w tym modelu iPhone (i pewnie, generalizując, we wszystkich smartfonach Apple jw) wskazuje na ograniczenia nałożone przez reżim czasu działania na akumulatorze. Na tablecie można więcej i jest więcej (można jw. komfortowo słuchać @ iPadzie). Z telefonem zatem żeniłbym z amp-dakiem (choć pewnie trafią się fajne, androidowe fony z mocnym ampem), z tabletem nie ma takiej potrzeby. Wiadomo, można też inaczej, znaczy się DAPa jakiegoś, a że ostatnio prawdziwa klęska urodzaju w tym segmencie zapanowała, jest w czym wybierać (za 600-700 złotych kupicie coś ze wszystkim i jeszcze więcej). Dołączany do kompletu kabel mówi: idź na spacer. Jest lekki, elastyczny (nie to, co te druty w pierwszych generacjach orto HiFiMANa), z bardzo solidnym, kątowym jackiem. I nie jest długi. Jak chcemy dom i przykładowo z wyra to albo alternatywne okablowanie, albo taki jak redakcyjny, supersolidny, niedrogi przedłużać z pancernymi gniazdami REAN. I gra. Będę jeszcze na wynos testował, sprawdzę z przetwornikiem USB m2Techa z telefonem, będzie jeszcze o iPadzie we właściwej recenzji.

Chromecast Audio daje radę tym słuchawkom, można wpiąć i słuchać!

Z zapasem

Eleganckie pudło z luksusową wyściółką niestety nie zawiera. Czego nie zawiera? Ano nie zawiera nosidełka, nawet jakiejś płóciennej sakwy, no tego nie ma. Pewnie i tak nie będziecie z głowy tych słuchawek zdejmować ;-) bo coś czuję, że to towar mocno uzależniający, ale gdyby jednak to trzeba we własnym zakresie kombinować. W środku znajdziemy jeszcze ładnie wydaną książeczkę opisującą pokrótce historię oraz DNA firmy. Na kartkach znajdziemy także parę podstawowych informacji z czym to się je (instrukcja). Wspomniany powyżej kabel zaopatrzono w adapter na dużego jacka, można od razu podpiąć pod elektrownie i warto to zrobić, oj mówię Wam, że warto. Teraz grają @ M1HPA bezpośrednio z CORE (imac) @ donglu m2Techa w roli DACa i jest po prostu fantastycznie. Było wyżej o KORGu, bo też ten wczorajszy odsłuch wymagał maszyny do DSD… a wymagał nie tylko dlatego, że przestrzeń, że hektary, ale także dlatego, że nowe odkrycia się zadziały. To miejsce, o którym przeczytacie w kolejnym wpisie, jest mi znane, ale dopiero od niedawna (a ciągle to aktualizują i słusznie, bo wcześniej serwis był nieużywalny) PrimeSeat zasługuje na baczniejszą uwagę. Co ja piszę zasługuje, to rzecz obowiązkowa dla zwolenników 1 bitowego grania. Stream DSD, ale nie taki z czapy, a przez Japończyków uskuteczniany, a oni, jak wiadomo, perfekcjoniści, jak już się za coś wezmą to cyzelują, cyzelują, doprowadzając do perfekcji niedoskonałą materię… no właśnie. Trzeba było, co prawda, przez przejściówkę na LAN wchodzić finalnie na laptopie, bo …przez WiFi były problemy (uwaga samo łącze to minimum 11-12Mbps, ze stabilnym transferem), ale warto było. Bardzo warto. Na paru fotach znajdziecie co nieco poniżej, a więcej w osobnym jw. wpisie będzie. Japończycy mówią KORG i ja tam nie będę z nimi polemizował ;-) Faktycznie w takich okolicznościach przyrody, generalnie (generalizując) tylko japońska elektronika wchodzi w grę (jest tam o tym, na stronie, to chyba nie tylko lokalny patriotyzm przemawia za takim postawieniem sprawy). Grał też ZOOM, bo po piorunie na VOX playerze grającym ze wsparciem plugina Reference 4 (kolejny, osobny wpis o tym na dniach: rewelacja, rewelacja, rewelacja) z presetem przygotowanym dla HE-400i (i modami) oraz bez tych usprawniaczy, udowodnił TAC-2 jak piekielnie dobrym klamotem pod słuchawki (przede wszystkim) jest. Pisałem, że taki mobilny set ZOOM & HE-400 z MBA stanowi mój, często gęsto, pkt odniesienia. Cóż, bardzo dobry efektor zdetronizowany. Sundara @ tym secie to kosmos!

KORG, wiadomo, native 1bit, TAC-2 bo po piorunie grają te słuchawki, tak…
HE-400 musiały uznać wyższość nowych SUNDARA. Wychodzi mi, że w każdym możliwym aspekcie musiały

Jak widzicie, wspomniałem powyżej o paru cholernie intrygujących rzeczach, które położyły mi póki co plan innych testów, publikacji. Znowu soft*?! No znowu, ale jak wyżej stream DSD w dojrzałej, DZIAŁAJĄCEJ, formie z dedykowaną aplikacją dostępowo-odtwarzającą oraz Reference 4 dla pro, ale ja nie pro, bo to pro-tool jest, tak, też od tych ludzików od True-Fi, ale tam wszystko auto, a tu wszystko ręcznie i dla amatorów, muzykofilów jak znalazł. Wiadomo, automatów nie poważamy ;-) a dodatkowo tam jest tyle dobra, tyle ciekawych rzeczy do eksploracji, że no grzech nie zaznajomić się (wersja dla słuchawek niewiele droższa od True-Fi btw). Także spokojnie, pojawi się strasznie opóźniony tekst o POLARISIE, a lecą do nas nowe klamoty, w tym obiecywany (ale nie dotarł wcześniej, będzie teraz) Matrix Mini-i Pro 2S na nowej generacji kości ESS (9026). Wszystko, co do tej pory do nas trafiło @ Sabre 9038, powodowało palpitację serca. Tak, kość same z siebie nie gra, tyle że wcześniej ESS pichcił analitycznie, a teraz inaczej, wg. mnie znacznie sensowniej, bo połączył detal/rozdzielczość z muzykalnością, analogowym sznytem, gra to po prostu ciekawiej. Będzie ten wszystkomający Matrix, sprawdzimy jak sobie poradzi nie tylko na aktywnych nEarach, nie tylko wpięty we wzmacniacze, ale także z jacka odtwarzając muzykę za pośrednictwem tytułowych SUNDARA.

Coś czuję…

PrimieSeat @ KORGu :)

A tu na ZOOMie via Vox Player ze wsparciem rewelacyjnego pluginu Reference 4

* …można siedzieć w pierwszym rzędzie zupełnie za darmo :) Co się tyczy Reference 4 to 99$ za słuchawki sobie liczą

» Czytaj dalej