LogowanieZarejestruj się
News

Obrodziło po pierwsze: powerDAC NuPrimie IDA-8… mały mocarz

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180629_170034317_iOS-kopia

Jeszcze parę lat temu nikt takich konstrukcji nie poważał. Amplifikacja musiała być wielka jak stodoła, musiała mieć za nic zużycie, musiała się konkretnie grzać, powodować czasowy spadek napięcia w sieci energetycznej itd itp. Mamy 2018 i często, gęsto zamiast wielgachnej skrzyni, wzmaczniaczyska, stoi sobie na półeczce małe coś, co gra – zdawałoby się – bez żadnych ograniczeń, wypompowując waty mocy w efektory bez najmniejszego wysiłku. Pamiętacie jedną z pierwszych, masowych konstrukcji D klasowej, jaka nam się parę lat temu trafiła i została na dłużej w redakcji? Ano, tak, tak chodzi o D3020 od NADa. Mały wzmacniaczyk pokazywał kierunek, mniej więcej w tym czasie pojawiały się pierwsze, coraz ambitniejsze konstrukcje innych czołowych producentów. Wcześniej paru specjalistów z branży starało się zainteresować nas swoimi konstrukcjami przełamującymi schematy (w głowie), głównie były to jednak drogie urządzenia (wspomniany NAD miał serię Masters, od której zaczął się flirt z wysoce efektywnymi, wysokomocnymi amplifikacjami). D3020 nie był jakimś objawieniem, ale jako jeden z pierwszych łączył świat cyfry (w tym komputerem, uzupełnionym łączem sinozębnym, a droższy D7050 także bezpośrednio Internety) z drutem ze wzmocnieniem w klasie D i zrobił to na tyle przekonywująco, że dzisiaj w ofercie Kanadyjczyków znajdziecie JEDEN tylko, klasyczny wzmacniacz tranzystorowy AB (C316 v2).

Bardzo się to wszystko zmieniło, a dzisiejsza integra to właśnie tytułowy PowerDAC: przede wszystkim cyfrowe wejścia, czasami bezpośredni link (prawie zawsze BT), ze szczątkową obecnością analogowych złącz przygotowanych na okoliczność podpinania analogowych źródeł. Bywa, coraz cześciej, zorganizowane w ten sposób, że ten analog to naprawdę coś bardzo „przy okazji”, zdarza się, że sygnał zostaje przekonwertowany na postać cyfrową (układ ADC) i następnie ponownie przekształcony na sygnał zrozumiały dla efektorów. Obecnie pojawiają się na rynku setki takich produktów, zaprojektowanych zgodnie z ostrymi normami redukcji zużycia energii, dodatkowo korzystające z wysokiej efektywności i minimalizacji wpływu czynnika termicznego na formę urządzenia. Mamy więc małe, malutkie amplifikacje, lekkie, leciutkie, dla starego audiofila grzyba, wydmuszki takie i … tu audiofil grzyb będzie często, gęsto w ciężkim szoku, grające z taką swobodą, z taką manierą jak te stare, wielkie piece, co to wymagały wyłączenia zbędnych odbiorników prądu, bo mogło wywalić ;-)

Ten tutaj jegomość to klasa D, tak, ale z magicznym A (na wstępie). Patent NuPrime na połączenie zalet. Obadamy :)
BTW. Opis na pudle to takie „wszystko w temacie”, wiemy od razu „kto zacz”

NuPrimie IDA-8 to taka na wskroś nowoczesna konstrukcja. Na wskroś. Bardzo, bardzo tu i ówdzie chwalona, na granicy czołobitności i uwielbienia wręcz. Jako, że mam duży sentyment do produktów NuForce (NuPrime to reinkarnacja, przez krótki czas marka NuForce egzystowała pod skrzydłami specjalisty od projekcji, firmy Optoma), a tu mamy kontynuację, bardzo przemyślane portfolio produktów, które znakomicie wpisują się w „idzie nowe” (w audio) to długo się nie namyślając zapytałem dystrybutora marki w .pl, czy można na tapetę i to najlepiej właśnie tego małego, jak w tytule stoi, mocarza. Sprzęt budzi spore zainteresowanie, krąży po redakcjach w ostrym (krótkim) reżimie czasowym, ale że akurat trafiło się trochę wolnego czasu na obadanie, poprosiliśmy o egzemplarz i od nastu dni gra to nam jako alternatywa dla bardzo klasycznych konstrukcji w salonie: integry NADa i dzielonego systemu NADa, ze starej daty pre i podobnie starej daty końcówką …a wszystko to w klasie AB, z dużym zapotrzebowaniem na prąd, opakowane w skrzynki zajmujące cały segment regału RTV, po paru minutach powodujące zauważalny wzrost temperatury w pomieszczeniu. IDA-8 jest absolutnym przeciwieństwem powyższego. Tak jak NAD D3020 to takie „biurkowe”, leciutkie, bardzo kompaktowe maleństwo, zintegrowany wzmacniacz na miarę XXI wieku. Power+DAC, z USB przede wszystkim, ale dla mnie rzeczą bardzo istotną i niepomijalną są także pozostałe cyfrowe interfejsy… nierzadko to właśnie SPDIF jest LEPSZYM od komputerowego sposobem na integrację źródła z nowoczesnym wzmacniaczem. To wcale nierzadka sytuacja, dlatego jak już nie raz mogliście się na łamach HDO przekonać, zawsze kompleksowo podchodzimy do testów, nie robimy tego by „zaliczyć” – nie – chcemy poznać możliwości brzmieniowe testowanego sprzętu. Wcale często to właśnie koaksialne, albo TOSLINK wypada ciekawiej w kwestii SQ od  uniwersalnej magistrali komputerowej. Także, to uwaga natury ogólnej, dajcie szansę innym interfejsom w swoich nowoczesnych, cyfrowych wzmacniaczach, bo warto (inaczej, można sporo z potencjału stracić, pozostawiając te wejścia nieobsadzonymi).

Małe, kompaktowe to. Bardzo

Integra NuPrime ma link bezprzewodowy w formie zewnętrznego modułu łączności, który podpinamy do umiejscowionego z tyłu, dodatkowego (poza drukarkowym złączem, do wpięcia kompa) portu USB. Także jak ktoś akurat wcale niekoniecznie ma ochotę słać strumienie z handheldów do ampa to nie musi tego elementu sobie aplikować, zestaw interfejsów obejmuje „klasycznie” elektryczne & optyczne interfejsy cyfrowe, ponadto jest analogowe wejście, jedno jedyne, na przedwzmacniacz, pozwalające podpiąć coś analogowo właśnie. Oczywistym wyborem będzie tutaj gramofon, te nowe coraz częściej wyposażane są od razu we własne, wbudowane przedwzmacniacze, co pozwala bezpośrednio wpinać. Na froncie diodowy displej (charakterystyczny element wyposażenia w przypadku wcześniej NuForce, obecnie NuPrime), w garści firmowy pilot (oznaczenia cyfrowo-literkowe wcale nie są z czapy, jak pisali inni recenzenci… no ludzie, przecież 1,2,3,4,5 niczego konkretnego nam o wyborze złącza nie mówi, a te literki owszem, mówią… a cyfry są po to, by nam unaocznić kolejność), stalowe pudełko z siłą rzeczy blisko osadzonymi odczepami. Polecam, bardzo, ubrane kable, najlepiej w banany. My tak właśnie podpięliśmy tytułową integrę z naszymi redakcyjnymi kolumnami. Widełki mogą być problematyczne, a gołe kable będą bardzo mocno niewskazane. Także banany wpinać proszę.

…jak widać

Nie ma żadnego jacka, mimo biurkowej formy (ale to w sumie nie jest, o czym za chwilę, żadna wskazówka, jakiś nakaz zastosowania tego klamota właśnie w formie biurkowo-gabinetowej), to amplifikacja pod kolumny, zdalne sterowanie także wskazuje, że ma to być obsługiwane z poziomu fotela, kanapy w dużym pomieszczeniu. Co prawda wielkość i waga wskazywałyby na coś wręcz przeciwnego, ale pozory w tym wypadku bardzo mylą. Tak jak wspomniany na wstępie D3020 faktycznie był takim małym wzmacniaczykiem, który nie bardzo nadawał się do dużego salonu, nie był dobrym wyborem dla dużych podłogówek, ba… sam producent zakładał, że jakby co przyda się wsparcie niskotonowca (aktywnego – zresztą w IDA-8 też możemy sobie suba integrować), do wpiętych w odczepy raczej kompaktowych monitorów, to tutaj mamy do czynienia z małym w formie, wielkim w treści, wulkanem energii. Ten wzmacniacz może bezproblemowo zastąpić w moim systemie dzielony tor pre + końcówka i będzie zwinniejszy, bardziej dynamiczny, de facto mocarniejszy od wielkiej skrzyni ze znamionowymi 200W. Przy okazji oczywiście mamy coś znacznie efektywniejszego, no ale to jakby z założenia… w końcu te nowe ampy oparte na power modułach, wzmacniacze w klasie D, potrafią dać dużo energii, zabierając z sieci umiarkowane ilości prądu, dodatkowo zachowując wysoką kulturę pracy (termika). Tak, to wiemy w teorii, ale praktyka potrafi mimo wszystko zaskoczyć, zadziwić. Musiałem uważać z operowaniem gałką enkodera (leciutki, wyczuwalny skok, szkoda że nie chodzi to nieco precyzyjniej, bardziej gładko), przyciskami na pilocie, bo można było szybko przedobrzyć. Gram bezpośrednio z Core @ Roonie (iMac), ale też jw. podpiąłem inne interfejsy i to bardzo na bogato, bo… po optyku jest Chromecast Audio tylko, ale po koaksialu udało się zintegrować cały system AV w salonie (dzięki matrycy HDMI wyposażonej w konwerter cyfra-cyfra z HDMI na TOSLINK/coax). Fajno. Można sprawdzić wiele źródeł, także takich, które rzadko były podpinane do DACów/PowerDACów. Oczywiście, tradycyjnie, podpinam także naszego dyżurnego CDeka (tutaj zarówno po analogu i rozłączając to co powyżej, po koaksailu). Link sinozębny sprawuje się bez zarzutu, można strumienie słać, ale to co robi na wstępie testów największe wrażenie to wspomniana moc, którą mamy tutaj do dyspozycji. Przy ustawieniach w zakresie 30-40 jest optymalnie, głośno, a dalej… no właśnie. Warto przy tym nadmienić, że amp gra niezwykle czysto, mamy całkowicie czarne tło i to w całym zakresie, także przy końcu skali. Nie to co przy moich NADach, gdzie jak wychylimy to słychać. Tu jest głucha cisza.

„Wzmacniaczyk” wcale nie mało potrafi w dziedzinie SQ. Powiem więcej, sceptycy, niepoważający „tych nowych, cyfrowych, wynalazków” powinni koniecznie sobie to, to potestować. Najlepiej w zaciszu domowym, mając do porównania dotychczasowy tor. I niech to będą te wszystkie pyszne „czysta klasa A”, jakieś lampiszony niech będą, niech to będzie prawdziwe, po bandzie wyzwanie. U nas tak to się właśnie konfrontuje i póki co nie widzę niczego, do czego mógłbym się doczepić. To nie jest żadne „no ale”, „nalocik czuć”, może mocne ale bez powietrza, bez życia granie. NIC Z TYCH RZECZY. Ta cała IDA-8 zasłużyła sobie na te dobre opinie, tu nie ma przypadku. Muszę dokładnie obadać kwestie linku komputerowego, jak dobra jest implementacja USB w tym przetworniku z prądem, już słyszę, że SPDIF gra tutaj świetnie, analog traktowałbym pomocniczo (ale to jeszcze zweryfikuję, czekam na „przystępny cenowo” preamp Pro-Ject’a, co by sobie staruszka 5120 zintegrować i czarnej posłuchać na tym NuPrime. Także jeszcze się zobaczy, czy raczej usłyszy, mogę teraz napisać głośno i wyraźnie: jak sobie słucham na lampiszonowym ampie czegoś, a potem przeskakuje na IDA to nie mam wrażenia, że ktoś mi coś amputował. W ogóle nie mam. Przechodzę, że tak powiem, gładko i bez najmniejszego zgrzytu. Innymi słowy, mały mocarz, radzi sobie, radzi sobie z podłogówkami w dużym pomieszczeniu z takim zapasem sobie radzi, że nawet dużo potężniejsze paczki nie stanowiłby jakiegoś wielkiego wyzwania. Zresztą, zobaczymy jak będzie na Topazach 20, może uda się jeszcze podpiąć te, dużo większe od kompaktowych Szafirów (23) kolumny i sprawdzić „ósemkę” w takich okolicznościach przyrody.

  

Cyfra, no w PowerDACu to jakby naturalne, że cyfra wszędzie

PS. Obrodziło razy trzy, także będzie się działo, wieczorem kolejny wpis, jutro jeszcze jeden, a w tygodniu zapowiedź chińskiego multistreamera (audio i wideo) na… ESS9038 (!), recenzja strumieniowca X10 tegoż samego producenta oraz (w kolejce) kolejne artykuły na temat poszukiwania najbardziej bezkompromisowego transportu PC Audio. Mamy kolejną konstrukcję, tym razem dużo nowocześniejszą od opisanej na okoliczność recenzji karty Matriksa, opartą podobnie na projekcie terminala HP, ale już 64 bitową, taką na wskroś nowoczesną. Oj będzie dla hardkorowców pożywka, no będzie uczta dla geeków, bo nie dość, że jeszcze jedna karta z kontrolerem do nas niebawem trafi (był Matrix X-Hi a będzie – podobno najdoskonalsza tego typu konstrukcja – czytaj projekt PPA w wariancie 4.1) to jeszcze w cyklu pojawi się: end-point na Daphile, dalej Linux w służbie audio bezkompromisowego aka ROCK & Roon ;-) inaczej end-point z osobnym, dedykowanym kontrolerem na PCI-e  (Matriksa oraz PPA) grający na superwyczynowym torze z hajendowym dakiem X-Sabre Pro 2 (nasz test) oraz konwerterem cyfra-cyfra X-SPDIF 2 (nasz test pierwszej gen znajdziecie tutaj). Będzie konwertowane via X-SPDIF @ IIS (złącza HDMI) i dalej Pro 2 z efektorami @ wysokiej klasy torze słuchawkowym. Bezkompromisowy tor Matriksa, z terminalem w roli end-pointa Roon-a, z załączoną konwersją wszystkiego w locie do postaci DSD512. Takie coś sprawdzimy niebawem.

Więcej, poniżej:

» Czytaj dalej

Bezkompromisowo? Recenzja Matrix X-Hi z end-pointem PC

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180420_102930929_iOS

Nie ma drogi na skróty. Musisz połączyć wiele rzeczy w całość, trochę się naczytać, trochę się znać (nauczyć), to nie jest coś gotowego,  takiego „wciśnij play”. Nie, to inny sposób na uzyskanie bardzo, bardzo dobrego rezultatu, porównywalnego z drogimi strumieniowcami, gotowcami właśnie. A nawet więcej. To więcej, to modularność, to gotowość upichconego samodzielnie end-pointa na to co przyniesie przyszłość. DIY w audio to temat rzeka, znajdą się tacy, którzy będą kwestionować zasadność, będą tacy, którzy będą poddawać w wątpliwość. Ich prawo. Prywatnie mam wielki szacunek do tych, którzy są samoukami, podchodzą do tego co ich pasjonuje i dążą do tego, by samemu dojść do satysfakcjonującego (sonicznie) efektu. W przypadku grania z pliku jest o tyle łatwiej, że całość przypomina bardziej budowanie z gotowych klocków, choć wymaga pewnej dawki wiedzy specjalistycznej (IT) to jednak bez konieczności zgłębiania się w zagadnienia bardzo trudne do opanowania przez laika, przez amatora jak to ma miejsce w przypadku chęci zmierzenia się z własnymi projektami audio elektroniki czy samodzielnej budowy zestawów głośnikowych. Tak, czy inaczej, wspólne jest tutaj jedno – próba stworzenia czegoś, co ma być w zamierzeniach: lepsze / tańsze / odpowiadać na specyficzne wymagania. Tyle.

Na rynku dopiero od niedawna pojawiają się wyspecjalizowane konstrukcje PC, które mają nam zapewnić jak najlepsze możliwości grania z pliku. Wspólną cechą tych produktów jest pasywność działania, praktyczna bezobsługowość (warstwa systemowa jest na tyle dla nas niewidoczna, że nie przeszkadza w obsłudze takiego komputerowego odtwarzacza), pewna dowolność w kreowaniu toru… choć tutaj widać, że podejście bywa różne, czego doskonałym przykładem wyspecjalizowane microRendu. Czy warto zatem wyważać otwarte drzwi… ktoś przytomnie zapyta, gdy rynek dostarcza gotowe rozwiązania. Jest całe mnóstwo projektów opartych na Jeżynce (Raspberry Pi), które świetnie się sprawdzają, są tanie, a do tego dają swobodę. Faktycznie, jest w czym wybierać, ale na rynku pojawiają się pewne udoskonalenia (nazwijmy je plastrami na odwieczne problemy grania z komputera, grania muzyki z PC), które trudno, albo których nie da się pogodzić ze wspomnianymi powyżej rozwiązaniami.

Karta Matriksa to przykład takiego plastra. To wyspecjalizowane akcesorium, które wymaga płyty z wolnym portem PCI-e, wymaga zatem systemu komputerowego, który będzie mógł zostać wyposażony w to akcesorium. Odpada laptop, odpadają ARMowe nano-komputerki, odpada także wiele rozwiązań PC w formie nierozszerzalnej (vide przetestowany przez nas i służący z powodzeniem jako end-point Roona nano-pecet MiniX 64 aka FooKo PC, są też wysokowydajne, nowe systemy Intela – NUC), potrzeba jakiejś „budy”. I tutaj wkraczamy do akcji, bo takich komputerów z możliwością rozbudowy, de facto klasycznych systemów PC, ale znowu nie takich klasycznych, bo zbudowanych właśnie na potrzeby odtwarzania muzyki specjalnie na rynku nie ma. Bo to nisza, niszy. To raz. A dwa – takie coś może być przedmiotem samodzielnych poszukiwań, można to zrobić bez wydatkowania dużych sum, wręcz po taniości można. Bezkompromisową formą są budowane od podstaw systemy takie jak CAPS, ale miało być tanio i miało być dobrze, zatem darujemy sobie rozwiązania bardzo wyrafinowane na rzecz takich, które spełniają powyższe wymagania. Przypomnijmy: pasywna praca, zasilanie najlepiej wyniesione poza obudowę, rozszerzalność (modułowość w oparciu o standardowe interfejsy wewnętrzne tj. PCI, PCI-e), kompaktowość (w końcu ma to stać w salonie, duże, klasyczne obudowy odpadają, jako niepraktyczne i nie do pogodzenia z wymogiem „wtopienia się” w otoczenie)… takie warunku brzegowe musimy spełnić, by to do czego włożymy tytułową kartę spełniło wymagania na „idealnego end-pointa”. Samo budowanie takiego komputerka podpiętego bezpośrednio do jakiegoś DACa stanowiłoby rozrywkę dla jakiegoś geekomaniaka, ale właśnie X-Hi robi tutaj cholernie dużą różnicę.

To nie jest ledwie zauważalna różnica.

Dlatego, na potrzeby testu zbudowałem taki end-point. Kupno tej karty powinno implikować taką drogę… chyba, że komuś nie przeszkadza otoczenie blaszaka, wątpliwa aparycja, brak optymalizacji systemu (też OS, o czym przeczytacie w niniejszym tekście) i wiele innych rzeczy, które powodują, że jednak zwykły piec nie ma czego szukać w salonie. Nie chodzi o SQ (bo progres z wykorzystaniem tej karty w przypadku zwykłego blaszaka jest wyraźnie zauważalny), a o ergonomię chodzi. Zysk z pasywnego systemu, zoptymalizowanego, zdalnie zawiadywanego jest oczywisty i to decyduje i powinno skłaniać potencjalnego nabywcę karty Matriksa do budowy / zakupu przygotowanego odpowiednio peceta.

Dobrze, wstępniak zaczyna niebezpiecznie przypominać przemówienia El Comandate (Fidela C. dla niewtajemniczonych), przejdźmy zatem do konkretów:

» Czytaj dalej

Prawdziwy diament – Burson Conductor V.2+

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180419_112911702_iOS

Siedem kilo… achtung panzer! Forma mówi: będzie konkret granie. Z produktami kangurów mieliśmy już do czynienia na HDO. 160-ka się u nas kiedyś przesłuchała i bardzo przypadła do gustu, choć nie bez pewnych „ale”. Teraz trafił do nas topowy, flagowy, naj, naj, model wzmacniacza (po pierwsze), pre / integry (po drugie) oraz DACa (po trzecie), czytaj maszynki spinającej nam wszystko co trzeba w jednym pudle. Panie, Panowie przedstawiam gościa z dalekich Antypodów: Burson Conductor V.2+. Teraz tylko odpowiednie efektory. Nie, nie napiszę high-endowe słuchawki, bo wcale nie (ma takiej konieczności), można a nawet obowiązkowo trzeba podpinać klasyki, rozsądnie wycenione, w rodzaju K701 czy HD650, a nawet mniej klasowe, jak choćby takie Momentum… mimo niskiej impendancji. Możemy swobodnie uznać, że to taki tuning naszych starych kompanów, rzecz zaskakująca, jak wiele dobrego można z tych konstrukcji wycisnąć, oj naprawdę można wiele.

Ale to dopiero początek. Kraina szczęśliwości, czytaj LCD-3, to partner oczywisty. Tyle, że wcale nie trzeba wydać 8 tysi na porównywalne (choć o innym, ale jakże przepysznym bukiecie) brzmienie. Tak, zgadliście: Sundara. Te, kosztujące 2 tysie nausznice to strzał w dyszkę. Partner kompletny. Popatrzcie na zdjęcia… Conductor w wersji czarnej, a taka nam się trafiła, plus te słuchawki to nie tylko brzmieniowo (ofc to podstawowa sprawa), ale także formą IDEALNE dopasowanie. Świetnie się to prezentuje. System słuchawkowy za 10k bez żadnych „ale”? Pierwsze wrażenia są właśnie takie, zobaczymy jakie będą finalne wnioski po dłuższych odsłuchach, ale coś czuję, że amplifikacja słuchawkowa w topowym Bursonie to będzie TO. Patrząc na tego klamota dwie rzeczy zrobiłbym inaczej: dałbym 9038 zamiast 9018 (to byłoby K.O …zaraz do nich napiszę, czy planują upgrade, tam się na płytkach wymiennych wszystko opiera, Burson słynie z opcji, z modów właśnie) i przemyślał kwestie dwóch wyjść (DAC nie jest liniowe… to bez sensu trochę, bardzo nawet niż trochę). Poza tymi dwiema sprawami jestem na dzień dobry oczarowany możliwościami tego mocarza.

Tak, robi spore wrażenia moc, sam klamot kojarzy mi się formą i możliwościami energetycznymi z uberelektrownią HiFiMANa (nasz test EF-6), przy czym nie jest to taki potwór, zajmujący cały stolik jak ww ustrojstwo pod HE-6 (bo to system jest, wiecie, patrzcie wcześniejszy link). Jest bardzo ciężki, jest spory (jak na – umownie – ampa słuchawkowego, duży), ale w granicach zdrowego rozsądku. Interga ma dwa wejścia analogowe, co u Bursona nie dziwi, co jednocześnie zawsze warto pochwalić i docenić oraz opartą na 9018 (i XMOSie) część cyfrową, z klasycznym zestawem: USB/SPDIF (koaksial & TOSLINK). Od razu podpiąłem pod imakówę (CORE) oraz do naszego nie(do)ocenionego (uwielbiam tego klamota i z perspektywy czasu widzę, że nie doceniłem wystarczająco M1HPA… to w cenie ok 2k najlepsza integra/pre słuchawkowa kropka amen) Musical Fidelity, który robi za przeplotkę (czarne tło macie jak w banku: nic, zero, nul, czysto). Tu czerń, spotyka się z czernią, w sensie dosłownym i w przenośni. Oba klamoty idealnie się uzupełniają (bo mogę sobie zintegrować wszystkie źródła, bez uciążliwego przekładania kabli), mam 3 duże jacki do testowania, porównywania. Od dawna korzystam z tych, rozbudowanych możliwości M1, ale przy okazji Conductora dotarło do mnie jakie to wygodne, jakie przyjemne w obsłudze. Właśnie – metalowy, zgrabny, dedykowany pilocik dodawany w komplecie do tytułowego klamota na razie nie ma zastosowania, bo wszystko na wyciągnięcie ręki (biurkowy set idzie na pierwszy ogień), ale to się bardzo przydało, bo w salonie Conductor pracował sobie zupełnie inaczej, w innej roli, znaczy się: sprawdziłem, jak sobie poradził w trybie PRE z torem opartym na końcówkach i na zestawach głośnikowych. Grał zarówno jako centralka cyfrowa, jak i klasyczny pre-amp, z podpiętymi analogowo źródłami. I powiem Wam coś. Mhm. Tak, potraktujcie tego Bursona jako spoiwo całego toru, bo jako słuchawkowiec tylko, będzie to najzwyczajniejsza marnacja potencjału.

Postanowiłem, na potrzeby testu, poeksperymentować. Było grane nie tylko z kompa (ROON), nie tylko z Chromecasta (obecnie, zawsze Chromecasta Audio podpinam pod TOSLINKA… to dyżurny interfejs cyfrowy u mnie), a nawet nie tylko z Squeezeboksa Touch EDO mod via koaksial (bo za USB siedzi i wiele dobra wnosi konwerter c/c hiFace Two)… nie, tym razem nie ograniczałem się ;-) „tylko” do tych, znanych na wylot źródeł (cyfrowych). Podobnie jak to miało miejsce z innymi integrami słuchawkowymi wyposażonymi w analogowe wejścia po analogu grane było… coś specjalnego. Po pierwsze (właśnie gra i …niech komputer spieprza na drzewo ;-) ) olampowany, z buforem bańkowym znaczy się, cedek Onkyo (świetny mechanizm, stara, dobra, japońska szkoła), po drugie za pomocą linku z salonem (multiprzełącznik Pro-Jecta) zagrało nam też z gramofonem (duet 1020 z 5120) i wreszcie po trzecie sprawdziłem jak sobie (nadal jesteśmy w gabinecie, znaczy na słuchawkach słuchamy :) ) Burson poradził z MiniWattem (wzmak, który robi u mnie za słuchawkową końcówkę mocy i wierzcie mi… nie ma nic lepszego, na odczepach głośnikowych, z dobrej klasy routerem audio 6.3mm albo/i adapterem HiFiMANa z symetrycznym gniazdem na końcu). Także tak, właśnie, Burson grał jako preamp, podpięty do wejść w lampowcu (NOSy: Brimar BVA/Telam), sterując poziomem i łącząc źródła, a efektory zagrały na wspomnianych wyjściach z odczepów. Rzecz jasna nie było tu mowy o żadnym balansie (ale kabel sobie zmienimy w LCDkach i w ten sposób to też pożenimy), tak z ciekawości sprawdzę jakie są różnice i czy w ogóle jakieś są na takim jw. secie (HiFiMan HE Adapter). Wiele osób wg. mnie błędnie, zakłada, że symetryczne połączenia są „zawsze” lepsze w aspekcie SQ, a przecież nie chodzi o wyższość tutaj według mnie, tylko lepsze medium w trudnym otoczeniu (studio) oraz ewentualnie sensowniejszy link przy bardzo długich podłączeniach. Nie wyklucza to lepszego efektu, gdy ktoś zwyczajnie spaprał, czy gorzej przygotował tor niesymetryczny, ale żeby to dogmatycznie dawało progres (bo różnice w pomiarach/specyfikacji –  dodają)…? O tym też będzie osobny wpis na HDO. Dobra, nie przedłużając, przejdźmy do meritum :)

» Czytaj dalej

Retro PC Audio czar. Czyli kiedyś też grało…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180321_163006021_iOS

Miałeś Soundblastera Gold ZS i byłeś gość. Zestaw wielokanałowy od Creative to było coś. Grało się z WinAMPa, pobierało z Napstera, a płytkę ripowało dbpowerampem. Te czasy, gdy karta muzyczna i blaszak na biurku wyznaczały granice grania z pliku, gdy zewnętrzna karta dźwiękowa to był… po prostu jakiś Soundblaster, dla którego alternatywą był GUS (układy AWE, superkarty UltraSound… sam zdradziłem SB na rzecz, ale potem powróciłem, bo wypuścili Live!, z ówcześnie potężnym układem DSP EMU10). Tyle. Jak przetwornik C/A jakiegoś producenta audio to – owszem – był sobie Arcam z ich legendarnym blackboksem, w kolejnych odsłonach (numeracja kolejnych wcieleń: od 2 do… 500), ale nie miało to żadnego przełożenia na PC, bo też ten pecet w ogóle nie był brany pod uwagę jako źródło dźwięku w systemie audio. Dwa równoległe światy, nie wchodzące sobie w paradę, bo przecież komputer to biurko, to jakieś komputerowe monitorki (o nich dzisiaj w niniejszym wątku wspominkowym też będzie), albo właśnie 5.1. Fascynacja kinem domowym, wielki sukces płyty DVD – „kina” przeniesionego pod strzechy, co na marginesie objęło także świat blaszaków w opcji – budżet – czytaj po taniości w porównaniu do zestawów AV na serio. Takie to były czasy. W ogóle ta niesamowita eksplozja popularności DACów, takich jakie dzisiaj znamy, to ostatnia dekada. Zaczął (na serio) znowu Arcam ze swoim bardzo udanym pudełkiem, rDACzkiem w 2010 (patrz nasza recenzja), skrzyneczką zapoczątkowującą nowy trend i powrót przetworników cyfrowo-analogowych. USB zaczęło być ważne. Komputerowy interfejs stał się ważny. Wcześniej, w latach 90 (późne) i w pierwszej dekadzie XXI wieku nikt tam sobie głowy tym nie zawracał, bo z jednej strony kompakty były już na tyle dobre (wewnętrzne układy montowane w odtwarzaczach), że nie było potrzeby mnożenia bytów, a komputery… cóż, komputery nie służyły do słuchania muzyki, słuchania muzyki na poważnie, a jak już do czegoś służyły to jako narzędzie pracy (w studio nagraniowym, u muzyka), natomiast PC audio masowe to była jw. zazwyczaj wewnętrzna karta dźwiękowa (o rosnących możliwościach, także w interesującym nas aspekcie) i jakieś pierdziawki, względnie Porta-Pro, albo EarPodsy.

Komputer wkracza na salony. Pierwszy popularny. Pierwszy taki. Z USB, co potrafiło zagrać (TAS1020). A w tle koktajl.

Osiem lat później. T20 i już na szybko z kompa lepiej niż bez.

DDT2200 sub & jednostka centralna z ampami dla kostek

Tak skrótowo i mocno po łebkach opisałem czas, który naznaczony był pionierskimi poszukiwaniami czegoś, co jakoś będzie grało, co pozwoli z błaszaka wydobyć dźwięk. Oczywiście królowały mp-trójki, w jakości absolutnie dziś nieakceptowalnej, ale też ten komp mógł służyć i służył do kopiowania (kto wtedy nie kopiował połowy internetu via TPSA 0202122 ten albo nie był wtedy w planach, znaczy bardzo młody, albo pamięć mu szwankuje, ewentualnie wyparł, znaczy łże). A że mogło to wypaść lepiej, niż gorzej, mieliśmy nad tym kontrolę i te lepsze pliki już mogły nawet być (i były, choć mp3 miało absolutny priorytet, bo Napster, bo iPod i kolony, bo przedajfonowe komórki) to się te WAVy na płytach wypalało (się wypalało, bo dysk twardy, moi drodzy, miał wtedy np. 40GB i był drogi jak cholera, a płyta już nie była taka droga i można było sobie te kolekcje tworzyć alternatywną, dublować drogocenne org. krążki, co to mogły się porysować i-t-d i-t-p). I tak to było, a jak ktoś miał szczęście i liznął jabłco (makówki były horrendalnie drogie i tak zostało, ale nam się na tyle polepszyło, że dzisiaj są po prostu drogie) to nawet mógł parę rzeczy mieć w standardzie lepiej i bardziej móc (FireWire to raz, UAC – USB Audio w MacOS X to dwa, optyczne prawie w każdym kompie to trzy, wreszcie lepszy dźwięk ogólnie z wbudowanego vs typowy blaszak – to cztery). Były to czasy, w których słuchawki były za 2 stówy maks, a jak ktoś chciał zaszaleć to miał HD6xx albo K7xx za półtora tysia i to już był high-end słuchawkowy, wyżej to jakieś ekscentryczne dziwa na totalnym marginesie. Kolumny pod PC to był prężny segment tego i owego, w dużej mnogości, ale kolumny to jednak takie trochę na wyrost, bo zazwyczaj niewiele to umiało i dobrze, bo i tak nie można było liczyć na coś więcej (SQ z ówczesnego audio-pliku).

Z wyjątkami.

Integracja, można nagrać, słuchawki podpiąć, wszystko wyregulować ;-)

I wcale nie małymi, moi drodzy. Bo jednak te lepsze, ale też dużo droższe było, nawet w formie zewnętrznych procesorów dźwięku (mówimy o konsumenckim rynku, nie pro, żeby nie było tutaj jakiś niedomówień), nawet jakiegoś DSP realizowanego dla każdego z kanałów z osobna (yhy), nawet jakiś patentów z dźwiękiem haj-res. W latach wczesnych dwutysięcznych. Nawet. Audigy – seria od Soundblastera, który na marginesie tak zdominował rynek, że był synonimem dla – ogólnie – nazwy akcesorium pt. karta dźwiękowa, nowość Audigy dawała po raz pierwszy obsługę dźwięku 24 bitowego (choć jeszcze konwertowanego do postaci redbooka 16/44), wysoki współczynnik SNR >100dB plus opcje „tanie kino” czytaj cyfrowe optyczne, albo analogowo 5 plus 1 na wielokanałowe zestawy głośników komputerowych. Oczywiście, można było podłączyć via wzmacniacz stereo kolumny z prawdziwego zdarzenia, pożenić blaszaka z amplitunerem wielokanałowym (który zazwyczaj już sam i lepiej nam te wielokanałowe ścieżki dekodował, ale też przyjąć sygnał analogowy też umiał, bo w odróżnieniu od dzisiejszych ampli z tyłu piętrzyły się tysiące gniazd RCA, no gęsto było, im więcej tym właściciel takiego stwora lepszym samopoczuciem się odznaczał). I tak sobie graliśmy (właśnie, graliśmy, ale niekoniecznie muzykę), oglądaliśmy (kto nie oglądał szmirowatego kina klasy Z, w jakosci zbliżonej do VHSa, ten mija się z prawdą), a także od czasu do czasu słuchaliśmy. I SB był wystarczający. Szczególnie w sytuacji, gdy udało się uzbierać na to wspomniane na wstępie Gold ZS i no… Panie, Panowie, to było już naprawdę coś. Mimo, że wiatraki wyły, mimo że blue screeny waliły, mimo że empetrzy królowało wszędzie i powoli gorszy pieniądz wypierał lepszy (redbook). Bo tak, tak było (na przełomie wieków było).

Zebrało się na wspominki, a zaczynem była spadająca podczas sprzątania piwnicy, spadająca na łeb, wcale nie taka lekka skrzynka, a w niej – okazało się – było to stare PC Audio. Karta już bez sensu, bo na PCI (tak, nie tym -e, co oczywiste, tylko tym takim przedpotopowym, choć jeszcze ledwo dzisiaj występującym… w sumie mogło być jeszcze na ISA, prawda… ekheheuehue). Niestety Amigi500 wśród gratów, jakie spadły na łeb, nie było (a tam dźwięk był niczego sobie, niczego sobie jak na końcówę lat 80-tych… no to już totalna prehistoria… cztery razy 8 bit przetworniki C/A… innymi słowy mieliśmy te 16 bit na kanał ;-) ), ale wypadł SB, wypadła jakaś karta na Via Vinyl (oj tak, te nazwy bywały naprawdę przewrotne!) i do tego jeszcze efektory. Pierwsza wersja, najwcześniejsza, zestawu ikonograficznego, legendarnego (tak, trochę ubarwiam) czytaj stary jary T20 od … a jakże… Creative Labs oraz DDT2200 (bez dekodera, jak DDT3500, co to był „na wypasie” i miał jednostkę centralną i DD, efekty i co tam jeszcze miał ….samą skrzynkę dekodera od jakiegoś Włocha ściągałem hue, hue) też od CL. Jak już wypadło, to się ucieszyłem, bo jak pamiętacie poprzednie wpisy udało się odkopać dwa świetne, naprawdę znakomite, zasilacze jakie Creative dawało do swoich lepsiejszych zestawów pod komputer. Znakomite parametry, ogromne radiatory chłodzące kostki, mimo 20 lat z okładem działające jakby wyjąć je wczoraj z pudełka od nowości. Przydały się bardzo, bo X-Hi (test niebawem!), bo modyfikacja terminala pod PC Audio (znowu to X-Hi), wreszcie wykorzystanie niezgorszego suba z DDT i opcji na efekty (żeby sobie odpowiedzieć na pytanie, czy to dawne słuchanie, granie miało sens, było jakościowo akceptowalne, akceptowalne w czasach „mogę wszystko”). Już samo to uzasadniało wycieczkę w daleką jw. przeszłość i powiem Wam, że cholera, warto było odkurzyć, warto było podpiąć i sobie powspominać.

Mniam, mniam

T20 okazały się (no ale to nie jest odkrycie kopernikańskie, trudno żeby było inaczej) nie tylko lepsze od wbudowanych w imakówę głośników, ale także dały radę wszystkim usprawniaczom jakie jabłco zaserwowało ostatnim wypustom pro macbooków. A tak się wszyscy zachwycali, że taki to teraz wyraźnie lepszy dźwięk z tych, wyposażonych w bezsensownego touchbara, maków wydobywa. Otóż i co z tego, że lepszy, jak takie T20 w opcji na jacku miażdżą to rozwiązanie (też bez zdziwienia, ale pamiętam te buńczuczne zapowiedzi, te przechwałki, że teraz to ten laptop nam zagra…). Fajnie, że można sobie klasycznie, jak to w aktywnym zestawie na serio bywa, wyregulować potencjometrami barwę, że te kolumienki mimo upływu czasu się jakoś nie zestarzały. Rzecz jasna na biurku lepiej będzie i z Audioengine (A2+ patrz test), czy Devinitive Technology (świetne Incline, też u nas zrecenzowane), tam w końcu mamy cyfrowy link z kompa i wszystko się dzieje w skrzynkach, konstrukcyjnie wszystko to bardziej zaawansowane, ale… na pchlim targu te Tetki traficie za 50 złotych. I to będzie świetny upgrade „za pół darmo” waszego, wszystko jedno jakiego komputera. W opcji biurkowej rzecz jasna (nie, nie na wynos).

W przypadku DDT2200 okazało się, że wcześniej tylko na chwilę podpinany sub (już nie pamiętam z jakiej okazji, ale pewnie testowałem ampa albo jakiś zestaw gdzie to wyjście na aktywnego suba było), po prostu się marnował. Nie jestem jakimś wielbicielem niskotonowców, w przypadku muzyki – wiadomo – mamy generalnie stereo, choć u mnie ostatnio było sporo eksperymentów z wielokanałowym dźwiękiem i nie chodziło tylko o SACD (testy 105 i 205 od Oppo), ale także multichannel jaki dostał w upgrade ROON (od 1.3). Materiałów (pliki) niewiele, ale są, można trochę tego kupić, trochę tego posłuchać (także w streamie), tu właściciel wielokanałowego zestawu może od razu sprawdzić, czy w ogóle warto sobie głowę zawracać. Moim zdaniem warto, choć z zastrzeżeniem, że czy to kwadrofonia (lubimy!), czy coś więcej (tu ten sub, także  dodatkowe kanały efektowe) to jest taka ciekawa wycieczka w odmienne od stereo doznania, ale siłą rzeczy ograniczona (materiały, źródła), na marginesie taka. Ciekaw jestem, czy komuś zachce się wypromować coś wielokanałowego w audio, skutecznie wypromować, czy będzie to nadal niszowa sprawa? Wiemy, że to, co serwowane jest w plikach DSD (dff/dsf) to zazwyczaj (i jaka szkoda, że właśnie tak) tylko 2ch. A przecież właśnie wielokanałowy zapis na płycie SACD był czymś – wg. mnie – znacznie ważniejszym, istotniejszym i kluczowym dla nowego formatu (który się nie przyjął) w stosunku do płyt CDA, dużo znaczniejszym niż lepsze parametry (zasadniczo 24/88) w porównaniu do redbooka. O DVD-A w ogóle nie ma sensu wspominać, o BD-A też można raczej powiedzieć… fajnie, ćwierć, ćwierci promila. Także nie ma o czym gadać. To może te wynalazki rodem z domowego kina, te Dolby Atmosy, DTSy Xy czy Auro-3D? Dźwięk obiektowy to naprawdę coś szczególnego, w kinie robi to zasadniczą różnicę i śmiem twierdzić, że tak jak początkowe zachłyśnięcie się DD i DTS w wariancie 5.1 plus rozszerzenia, nie stanowiło przełomu, to tutaj jest inaczej. Jeszcze o tym, przy okazji testu amplitunera sieciowego NADa, wspomnę, bo jest o czym się rozwodzić. No dobrze, ale audio?

To zniknie. Będzie Sonos tu, Sonos tam, albo HomePod tu i tam, albo będzie KEF (lepiej) działający bezdrutowo i na podobnej zasadzie (bo też ze zintegrowaną AI)
Zniknie, ale na razie sobie jest i sobie gra. 

Tutaj odpowiedź może przyjść z najbardziej nieoczekiwanego, ale jak najbardziej masowego, popularnego segmentu, który skutecznie wprowadza rozwiązania z „dużego” audio i równolegle stanowi forpocztę zmian jakie zachodzą w branży (nie, nie IT, a audio). Sonos za parę dni (bezdrutowe HDMI audio!!!), Apple (na razie po dyletancku, ale jednak i pewnie z sukcesem, przynajmniej w zakresie implementacji nowego AirPlay2) wprowadzają wiele kanałów i to nie tylko z myślą o kinie. Integracja strumieni audio, integracja na poziomie protokołów z wieloma, rozbudowanymi (także o takie opcje, tj. wielokanałowe opcje) aplikacjami tworzącymi coś na kształt całościowego systemu dystrybucji, odtwarzania muzyki lokalnie (i zdalnie, choć to akurat w aspekcie multichannel kompletnie nieistotne), bezprzewodowo, z interfejsem głosowym. To ten poziom i to w „dużym” audio też jest/będzie, bo to duże będzie musiało być zaktualizowane, kompatybilne z nowym protokołem, z nowym sposobem interakcji (tak, jesteśmy skazani na interfejs głosowy, bo to wygodne, szybkie i naturalne). Tak jak sieć stała się już niemal standardem wyposażenia klamotów, tak „łączenie klocków”, tworzenie współdziałających ze sobą urządzeń audio, audio/wideo, ich integracja to domknięcie tematu. Nie mam wątpliwości, że ten proces obejmie branżę, że sprzęt do słuchania muzyki będzie finalnie – właśnie – zintegrowany. I będzie to zupełnie inny poziom, niż RS232 ;-) …nie wymagający od konsumenta wiedzy, zasobnego portfela (instalacje przestaną być „elitarne”, staną się popularne, powszechnie użytkowane), tworzenia skomplikowanego projektu. To wszystko przestanie być istotne, a spoiwem będzie AI od któregoś z gigantów IT z domieszką agregującego treści, systemowego oprogramowania (dlatego tak dużo piszę o Roonie, nie tylko z powodu „się podoba”, a właśnie dlatego – to jest przyszłość, przy czym ta przyszłość będzie obejmowała cały sprzęt audiowizyjny w domu… i poza domem).

To też jest w sumie retro. Bo 30 pin, bo pierwsze takie głośnikowe wszystkograje, tutaj jako centralny z DDT w symbiozie.

Miało być o retro, a ja już w futurologię się tu bawię (precyzyjniej to już „jutro”, żadne tam pojutrze, maksymalnie pół-dekady). Wracam zatem w końcówce do tego retro. Jak macie stare, sprawne graty to sprawdźcie sobie, czy aby nie da się ich pożytecznie wykorzystać, czy te – czasami – obiekty dawno minionych westchnień już się całkowicie zdezaktualizowały, czy wręcz przeciwnie. Guz na łbie to niewielka cena za parę wartościowych rzeczy, które z powodzeniem zastosowałem w systemie i które bardzo przydały się do teraźniejszych testów. DDT2200 (w drewienku… mhm ;-) ) był wraz z SB Audigy Gold ZS (to gold, to wiadomo, od tych szczerozłotych I/O z tyłu, na śledziu i akcentów na PCB …na bogato) całkiem niezłym patentem wydobycia czegoś więcej z poczciwego blaszaka. Wraz z napędem DVD, a potem HD-DVD (tak, byłem jednym z pierwszych jeleni którzy wtopili w porażkowy format – Toshiba E1), wreszcie wieloformatowym czytnikiem / nagrywarką BD/HD-DVD/DVD (do dzisiaj działa!) tworzył namiastkę kina, komputerowego systemu odtwarzającego dźwięki (z winampa, z oscyloskopem na wtyczce, a bo czemu by nie). I tak to sobie grało z lokalnego źródła, wcześniej przez Napstera ściągane (jeszcze była taka aplikacja, nie pomnę nazwy, co to wyszukiwała z jakiejś znacznie mniej oczywistej bazy prawdziwe perły z lamusa). To były czasy Netszkapy, iPoda (zawsze w serduszku pozostanie), empe trójki królowania. Takie to było, to PC Audio. Było to generalnie obok. Były dwa światy – w dużym pokoju, w starym mieszkaniu, stał sobie budżetowy system NADa z Mordaunt Shortami… Pylona nie było jeszcze wtedy nawet w planach, jeszcze nie kiełkował p. Jujce pomysł na paczki, bo do szkoły chodził ;-) No, tak było. Z sieci się nie strumieniowało (no przepraszam, owszem robiło się to, choćby żeby sobie posłuchać pierwszych rozgłośni w bitracie 64 (albo kto da mniej ;-) ) tylko się pobierało.  No prawie.

Nowe spotyka stare na tej starodawnej rycinie ;-) Klasyczne stereo, iPod już do mazania tylko i Duet. Strumienie. Nowość.

Spoiwem były te paczki małe, z metalowymi membranami.

Prawie, bo jak tylko trafiłem na futurystyczne skrzynki z netu grające (SlimDevices!) to już wiedziałem, że może ten komputer w salonie wtedy to jeszcze bez sensu (miałem to tak zorganizowane, że przez ścianę leciały kable audiowizyjne, znaczy się sznurki jakieś podłe… taki multiroom vel strefy z tymi DDT2200), ale przecież jest małe czarne (zaczęło się od Squeezeboksa Dueta :) ) i to już było to dzisiaj, tylko wczoraj, bardzo wczoraj. Wcześniej u znajomego były nawet dwa „klasyki”, z tym diodowym, laboratoryjnym, zielonym displejem. Ehhh. I to grało, grało naprawdę fajnie i pokazywało jak będzie świat wyglądał za dekadę z okładem. A Transporter – obiekt pożądania niespełnionego – słuchany na lampowym secie (przypominam, po wykupieniu, był to LOGITECH, czytaj komputery PC: akcesoria, myszy, klawiatury, pierdziawki i jeszcze z milion tego typu rzeczy, zwanych peryferiami) kazał zastanowić się, czy aby te komputery jednak nie staną się w przyszłości czymś absolutnie oczywistym w systemie. Każdym. No i wreszcie do dzisiaj służący Touch. Pamiętam, jakie wrażenie robił, geekowy w formie, LMS, jak ogromne możliwości dawał (mody, mody, mody). I człowiek siedział, słuchał sobie tej muzyki w pierwszych, jeszcze głównie lokalnych, strumeniach z pieca (pieca szumiącego na szczęście za ścianą) i był w sumie bardzo szczęśliwy, że w tej forpoczcie audio jutra bierze udział i poznaje z czym i jak to się je. I choć Duet lubił od czasu do czasu gubić adres IP i trzeba było wszystko rekonfigurować (zawsze z duszą na ramieniu, bo działało to niedoskonale), choć pierwsze stałe łącza z oszałamiającym 512kbps to był i tak szczyt możliwości, słuchało się tej muzyki, a może nawet bardziej poznawało i szukało się jej w Internecie sprzed fejsa, serwisów streamingowych, gdzie wszystko było nowe, pionierskie, fascynujące.

Tak było. Chlip, chlip.

Yes!

Jak retro, to retro. Dekadę temu prawie nikt nie słyszał o ściereczkach do ścierania kurzu ;-)

To już czas, gdy hi-resów granie, zaczynało być w modzie

PS. Pamiętam pierwszego CoctailAudio X10, zaraz po starcie HDO testowanego, no prawie zaraz po starcie :)

Się nagrywa

Mhm, kasety. Walkman (jeden z ostatnich modeli na rynku) i digitalizacja. Bo archiwizacja, choć oczywiście cyfra miała być lepsiejsza od jakiegoś tam analogu

Strumienie dobrej jakości, prawie dekadę temu

Matrix X-Hi… coś dla hardkorowców PC Audio. Zajawka dla geeków

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180420_102930929_iOS

Pierwsze koty za płoty. Przypomniałem sobie jak to kiedyś było z blaszaków składaniem. Boleśnie. Spaliło. Płytę spaliło, zanim jeszcze karta Matrix X-Hi wylądowała w slocie. Kolejne mobo, reduktory do wiatraków, obudowa dodatkowo wygłuszona, procek na low-speedzie, źródło -> pamięć półprzewodnikowa z hi-resami pod kurek i proste pytanie: czy takie ustrojstwo ma sens, czy wprowadza nas na inny, wyższy poziom SQ, grając audio z komputera? Bazą jest system HP (midi tower, taki biurowy sprzed paru lat z ciekawie rozwiązanym systemem chłodzenia wolnoobrotowe wiatraki / tunele, dodatkowo te wiatraki spowolniłem reduktorami), mała płyta ze zintegrowaną grafiką, wolnym slotem PCI-e i wszystkimi niezbędnymi interfejsami, które …natychmiast wyłączyłem (wszystko wyłączone w biosie/systemie). Dobra podstawa do budowy blaszaka pod audio. Sama buda duża, co pozwoliło ją dodatkowo wygłuszyć matami. Niech sobie stoi, nie szumi (niestety zasilacz jest tu najmniej kulturalnym elementem, na to chwilowo nic nie poradzę), a tytułowa karta Matriksa bierze sobie prąd z zewnętrznego, znakomitego zasilacza firmy Creative. Mała, ożebrowana kosteczka (zdjęcie poniżej), takie kiedyś do tych swoich najdroższych zestawów kina PC Audio dawali… mam drugą taką, ogromniastą, z kompletu od DTT2200 (niebawem publikacja o retro PC audio: T20, DTT2200, Soundblaster AWE64 Gold ;) )… świetne zasilacze, jak chcecie przyoszczędzić (wyspecjalizowane kosztują, chlubnym wyjątkiem są rozwiązania Tomanka, ale też parę stówek leci), to szukajcie na aukcjach takich starych zestawów Creative Labs (Cambridge), koniecznie z org. zasilaczem. Polecam te elektrownie. Są super! Oczywiście będzie weryfikowane z i bez (zasilania zew.), a DACzki będą zacne:

- KORG DS-DAC-100 tylko 1 bitowe grane (to nadal najlepszy znany mi interfejs pod DSD, przy czym nie chodzi tu tylko o hardware, ale firmowy software… tak to należy całościowo rozpatrywać)*

- HiFace DAC od m2Techa (nie masz nic lepszego pod PCM, w takim budżecie, nie masz!)*

- Burson Conductor V.2+ na ESS9018 (wszystko jak leci, jw. tylko wyczynowy materiał)

*z portu w karcie idzie przepisowe 5V/1A, nie powinno być problemów z USB DACzkami

Takie niewielkie coś, a zdaniem producenta i tych, co nabyli, robi zasadniczą różnicę w przypadku komputerowego źródła audio

Nie będziemy zawracać sobie głowy nie zawsze najlepszych lotów (jakościowo) streamem, w końcu ma to być test akcesorium, które ma z blaszaka zrobić perfekcyjnego plikograja. Czy tak będzie w istocie to się jeszcze przekonamy na własnej skórze. Karta nie jest, jak to u Matriksa, droga. Można ją podpiąć wewnętrznie, ale szczerze odradzam (komputerowe zasilacze) i zalecam jak wspomniałem zewnętrzny, dobrej jakości zasilacz. To ważne, bo tutaj o filtrowanie, czy raczej omijanie (precyzyjniej rzecz ujmując) całego syfu chodzi, tego co stanowi największe wyzwania, gdy chcemy wykorzystać komputer jako źródło muzyki w systemie. Rzecz jasna automagicznie nic tutaj się nie dzieje i nie można jw. pominąć żadnego elementu mającego wpływ na efekt końcowy. Zamontowanie karty w pierwszym lepszym blaszaku z wyjącymi wentylatorami mija się z celem (nawet jeżeli będziemy słuchać czegoś na słuchawkach, a nie monitorach – u nas będzie na różnych efektorach, zarówno kolumnach jak i nausznikach słuchane). Bardzo ważna jest też optymalizacja systemu, kiedyś można było przygotować sobie (w czasach Windowsa XP / Windowsa 7) okrojony, przygotowany na miarę potrzeb system (instalacja bez wielu zbędnych składników… był na to odpowiedni soft), dzisiaj nie jest to już (niestety) możliwe. Tutaj bezkonkurencyjny był, jest i będzie Linux. Własna kompilacja, albo po prostu taka uszyta na miarę peceta pod granie muzyki. Nie, nie będzie tego w recenzji, może osobny tekst się pojawi na temat, a my teraz powalczymy z wyrobem „Małegomiętkiego”.  Można sporo zoptymalizować i o tym też w recenzji co nieco będzie.

Dobrze ekranowane to

Mały śledź do kompaktowych projektów PC pod audio, małych bud oraz kabelek do pobierania energii z elektrowni kompa w komplecie

Zewnętrzny zasilacz dla karty Matriksa z kinowego zestawu Creative Labs. Polecam!

No właśnie trzeba sporo się narobić, by zbudować optymalne źródło PC, ale jak pokazuje oferta rynkowa (te wyspecjalizowane pod audio konstrukcje… tak mam na myśli m.in. CAPSy) takie coś nie tylko ma rację bytu, ale może stanowić najbardziej futureproof rozwiązanie pod kątem grania z plików. Komputer z systemem daje nieograniczone możliwości, to oczywiste, zarówno jeżeli chodzi o dostęp jak i aktualizowanie. Nawet najlepsi na rynku spece od strumieniowców, gotowców, nie dają takiej elastyczności i gwarancji „bycia na czasie”. Można to ominąć tworząc sobie rozwiązanie z komputerem/serwerem oparte na ROONie (ROCK!), gdzie same plikograje nie muszą, ba, nawet nie powinny wg. mnie mieć cokolwiek wspólnego z komputerowymi systemami operacyjnymi – wtedy można się skutecznie uwolnić (raz na zawsze) od PC w salonie. Można. Ale to kosztuje (niemało) i wymaga podjęcia strategicznej decyzji. W sytuacji, gdy chcemy korzystać z innych rozwiązań, często nieodzownym elementem będzie komputer. X-Hi ma go nam ucywilizować.

Czym jest to ustrojstwo? Zasadę działania dokładniej opiszę w recenzji, tutaj pozwolę sobie na krótkie przedstawienie „z czym to się je”. Mamy tutaj zewnętrzny kontroler, interfejs Audio USB, na złączu PCI Express. Omijamy w ten sposób magistralę na płycie, współdzieloną przez liczne, zarówno zintegrowane z mobo, jak i zewnętrzne interfejsy, urządzenia peryferyjne… to coś do precyzyjnego i wolnego od zakłóceń przesyłu sygnału audio USB do odbiornika cyfrowego lub przetwornika DAC. Elektronika jest tu ekranowana (obudowa), w sytuacji gdy podepniemy zewnętrzne źródło zasilania karta wykorzystuje do komunikacji z komputerem / systemem najlepsze, wolne od zakłóceń, bezpośrednio się komunikujące z CPU oraz RAMem medium – szynę PCI-e, coś, co właśnie bezpośrednio, bez interferencji dogaduje się z najważniejszymi komponentami komputera. Karta wyposażona jest w wyjście USB 3.0, kompatybilne w dół, od chwili wprowadzenia obsługi UAC 2.0 w Windows 10 (Creators Update) można po prostu podpiąć DACa do karty i bez sterowników (potencjalnie kłopotliwy, generujący problemy element) grać zaraz po podłączeniu. X-Hi oferuje zatem najwyższej jakości, wyizolowany przesył strumienia danych audio bez zakłóceń, ma to być plaster na wszystkie bolączki komputerowego audio. No, prawie wszystkie ;-)

 

 X-Hi gotowy do pracy

Wykorzystujemy tutaj precyzyjne zegary współdziałające z układem mostka USB 3.0 firmy Texas Instruments, które stanowią niezależny kanał danych dla strumienia USB Audio. Takie rozwiązanie pomaga, jak wyżej wspomniałem, ominąć przesył danych via magistrala USB z płyty głównej, unikamy udostępnienia kanałów danych innym urządzeniom USB. To jest właśnie „nur fur audio”, gdzie dodatkowo nie korzystamy z często, gęsto podatnego na zakłócenia, o niskiej kulturze pracy (duże wahania, popatrzcie sobie w oprogramowaniu podającym w czasie rzeczywistym odczyty z czujników na płycie głównej… skoki potrafią być całkiem spore, mieszczą się w normie, ale to norma dla PC jest, nie dla źródła audio ;-) ) zasilacza komputerowego, a to nie koniec wyliczanki, bo karta ma nam jeszcze zapewnić całkowitą eliminację opóźnień czasowych (wiadomo – bezpośrednia komunikacja w ramach PCI-e). Także dużo dobra tu się ma zadziać, sprawdzimy czy rzeczywiście daje to istotny, słyszalny, wpływ na komfort odsłuchu z blaszaka, czy takie coś pozwoli nam zrobić z dostosowanego do grania (patrz wyżej) PC perfekcyjne źródło sygnału, perfekcyjnego plikograja. Dla osób, które mają wątpliwości natury estetycznej, ergonomicznej, śpieszę z wyjaśnieniem, że dzisiaj można w dowolnej formie, a sterowanie to żaden problem (piloty, apki mobilne, jest tego na kopy) i PeCeta można – właśnie – ucywilizować pod kątem grania muzyki. W pełni. Tyle, że… jak chcemy bezkompromisowo (to moje, jest oczywiście – patrz forma – kompromisowe) to trzeba przygotować portfel na wydatki. Będzie napewno taniej niż high-endowy strumieniowiec, to oczywiste, ale tanio nie będzie.

Taki tam system PC, zwyczajny taki

Reduktory obrotów – przydatne akcesorium, w sytuacji, gdy ma być cicho. Bardzo cicho.
Do tego maty (wyklejamy budę od środka jak najszczelniej) i nawet biurowy HP przemieni nam się w coś, co daje radę ;-)

Przy czym, X-Hi, w swojej klasie jest tani, ba stanowi najtańsze chyba „wejście w temat”, w temat budowy wyspecjalizowanego systemu PC Audio. Fajnie. Matrix zaoferował coś, co nie zjada nam na dzień dobry budżetu przeznaczonego na „ucywilizowanie” PC, a wydatki będą, bo odpowiednia mobo, bo odpowiednia buda, zasilanie (najlepiej zew.), system chłodzenia…

PS. No i mi ten opis „o co chodzi” wyszedł taki, jak miał być pierwotnie w recenzji opublikowany. Ehhh, typowe. ;-) Nic to, skupię się we właściwym opisie głównie na wrażeniach brzmieniowych, wpływie tytułowego ustrojstwa na to, co nam komp wypluwa i potem przerobione do uszu nam trafia.

PPS. Producent wspomina o filtracji prądu pobieranego z zasilacza komputerowego. Ok, sprawdzę i to.

Galeria dla geeka:

Slot x1… wystarczy

Jeszcze przed wyklejeniem, karta już zamontowana, na początku będzie grane z wewnętrznego zasilacza

…no właśnie, wewnętrzne zasilanie

Śledź pełnowymiarowy, bo buda spora, widzimy przełącznik pozwalający wybrać odpowiednie zasilanie i port dla zew. zasiłki

Tu będziemy wpinać DACzki

Zestaw prawie gotowy do grania. Prawie, bo brakuje interfejsów audio i efektorów. Szczegół ;-)

…źródłem będą dyski SSD, zgrywamy z tego nośnika, co na obrazku, na półprzewodnikowy nośnik wewnętrzny (szyna PCI-e)

…a cały ten plaster z takiego niepozornego pudełka

…niepozornego?

Pierwszy mobilny DAC z USB-C… jeszcze nie do kupienia

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2017-12-08 o 12.05.50

Nowy standard. USB-C. Uniwersalny. Taki był pomysł, a wyszło jak zwykle: kable ładują, ale nie przesyłają danych, w ramach specyfikacji możemy znaleźć obsługę wielu technologii ….opcjonalnie, nie ma ujednoliconych parametrów wydajnościowych dla złącza itd. itp. Można powiedzieć, że to problemy wieku dziecięcego. Ano można, tyle że trwa to już kolejny rok od chwili debiutu i ogólnie panuje niezły bałagan, chaos. Dodajmy do tego opornie idącą implementację w elektronice konsumenckiej, gdzie nadal króluje microUSB, powolny proces wdrażania interfejsu w handheldach i mamy nieciekawy obraz sytuacji. A przecież miało być tak pięknie, jedne port co wszystko łączy i ze wszystkim co popadnie jest kompatybilny. Pewnie tak będzie, ale póki co nie jest. Fatalnie wygląda to w działce, która jest w centrum naszych zainteresowań. Obecnie nie kupicie żadnego konsumenckiego komponentu audio wyposażonego w takie złącze. I nie mam tu na myśli A1 od B&O, gdzie port służy tylko i wyłączenie do podładowywania głośnika, czy paru modeli bezprzewodowych słuchawek, gdzie w końcu wprowadzono ten typ złącza (P7 od B&W ostatnio), chodzi mi o komponent audio, który wykorzystuje to złącze do transmisji dźwięku.

Może jednak wreszcie coś się w tej kwestii zmieni. Wczoraj Qualcomm (tak, to ten wielki producent układów SoC oraz sieciowych jakie wykorzystują producenci elektroniki mobilnej) zaprezentował PIERWSZEGO DACa na tym złączu (są pierwsze profesjonalne interfejsy wyposażone w to gniazdko z interfejsem Thunderbolt 3 btw). Nietypowego, co prawda, choć w sumie forma nie dziwi, zważywszy że mówimy o firmie, która przede wszystkim działa w segmencie dostawcy komponentów do smartfonów i tabletów. To przetwornik wpinany w okablowanie z jednej strony zakończone złączem USB-C, z drugiej ze standardowym złączem jack. Rzecz zintegrowana ze sterowaniem oraz wzmacniaczem w formie klasycznego pilota dyndającego na okablowaniu wpiętym do smartfona.

Nazwali to Aqstic HiFi DAC AQT1000 i patrząc na opublikowane parametry tego malucha, faktycznie może i HiFi, bo obsługa 24, a nawet 32 bitów w standardzie (częstotliwość próbkowania do 384KHz), bo THD na poziomie 105dB, a DR to aż 128dB, bo wreszcie natywna obsługa 1 bitowego dźwięku DSD. Firma podkreśla, że ten DAC w bardzo niewielkim zakresie odpowiada za drenaż energii z źródła/transportu tj. handhelda. Właśnie, odnośnie nazwy, to Aqstic Hi-Fi jest nowym działem Qualcomma odpowiedzialnym za rozwój układów oraz gotowych produktów z zakresu audio. Ma, w zmierzeniach producenta chipów, być standardotwórcą, ułatwiać zainteresowanym producentom sprzętu mobilnego wprowadzenie podobnych rozwiązań do swoich produktów. Brzmi sensownie – to właśnie na tym poziomie warto pokazywać możliwości, zachęcać do implementacji nowości, ułatwiając i zachęcając do wdrażania. Innymi słowy, na razie tego AQT1000 nie znajdziecie w pudełku najnowszego smartfona, ale jest szansa że niebawem się to zmieni. Akurat takie coś znacznie szybciej trafi do wyposażenia standardowego mobilnej elektroniki niż bezprzewodowe słuchawki, które są obecnie za drogie, aby je dodawać do kompletu.

Parametry niczego sobie, zakładana uniwersalność (USB-C), ciekawe opcje (UAC3.0), integracja klasycznych słuchawek z mobilną elektroniką pozbawioną analogowego interfejsu audio na odpowiednim poziomie jakościowym.
Jesteśmy na tak.

W przypadku takiego DACa jest to jak najbardziej wykonalne (to nie jest drogie akcesorium) i dopiero gdy producenci handheldów zdecydują się na to (a stanie się to zapewne bardzo szybko, bo na wyścigi rezygnują ze złącza analogowego audio-jack) to takie coś, być może, stanie się nieodzownym elementem wyposażenia (byłoby to znacznie bardziej uniwersalne, wygodne rozwiązanie, niż słuchawki ze zintegrowanym USB-C, dakiem wbudowanym na kablu). Sam smartfon, pozbawiony jacka, staje się obecnie transportem cyfrowym i poza zdobywającymi coraz większe udziały na rynku bezprzewodowymi słuchawkami, które jw trzeba dokupić, taki produkt będzie miał rację bytu. Zarówno w kontekście grania na klasycznych słuchawkach z przewodem analogowym, jak i podstawowego wyposażenia, umożliwiającego odtwarzanie dźwięku na dołączonych do kompletu „pchełkach”.

Ciekawe, kiedy to złącze zastosują producenci stacjonarnej elektroniki? Tutaj nie ma ciśnienia na miniaturyzację (w przypadku elektroniki mobilnej to oczywisty kierunek, szczególnie że microUSB jest rozwiązaniem nie tylko przestarzałym odnośnie specyfikacji, ale także mocno awaryjnym), właściwie jedynym mocnym argumentem byłoby wprowadzenie rozwiązań zgodnych z nowym UAC 3.0 (USB Audio 3.0). Szybszy transfer, możliwość wprowadzenia Thunderbolta 3, pewna standaryzacja okablowania… tak, to wszystko kiedyś może zachęcić do migracji, ale na razie standardowe USB-B (drukarkowe) lub płaskie USB-A trzyma się dzielnie i nie zanosi się, żeby coś w tej materii szybko się zmieniło. Nie zapominamy, że wcześniej trafił do wybranych produktów USB 3.0 pozwalające na wydajniejszą transmisję, na przesył dużo większej energii, zgodne elektrycznie ze starym standardem USB. Wielu producentów zdecydowało się zastosować to rozwiązanie i nie jest obecnie zainteresowane wprowadzaniem kolejnych zmian. Dodajmy do tego także nowe, uwzględnione w najnowszym standardzie USB Audio, technologie DSP: przestrzennego dźwięku (wyjście poza stereo, w tym binauralizacja), adaptacji akustycznej itp. To już konkretne zalety, także w przypadku stacjonarnej elektroniki, jakie moglibyśmy zobaczyć w wyposażonych w USB-C urządzeniach audio.

W moim odczuciu dopiero oferta alternatywy (thunderbolt) w konsumenckim PC Audio mogłaby coś tu zmienić. Przy czym szanse na to wydają się niewielkie, wystarczy przypomnieć sobie co się stało z działającym w podobny sposób co thudnderbolt FireWire. Umarło, a przecież oferowało wiele zalet w stosunku do USB (point-to-point, brak współdzielenia, szybsze transfery, lepsze, pewniejsze złącz). Także w przypadku rynku mobilnego, interfejs zapewne dość szybko stanie się obowiązującym standardem, inaczej niż w stacjonarnych klamotach …tam tego szybko nie zobaczymy. Oczywiście taka sytuacja będzie musiała się zmienić, szczególnie w kontekście wyrugowania starych typów złącz z nowych komputerów (głównie przenośnych). Stosowanie adapterów oczywiście zawsze będzie w modzie (Apple coś o tym wie, kasując grubą kasę za przejściówki), ale może to pośrednio wpłynąć na producentów audio, by wprowadzić USB-C do swoich produktów, także stacjonarnych produktów. Poczekamy na to, kiedyś USB-C będzie wszędzie, ale to kiedyś.

 

A tutaj rozwiązanie @ USB-C z możliwością integracji w słuchawkach smartfona, z wbudowanym mikrofonem (rejestracja dźwięku o wysokich parametrach vide układ ADC HiFi o parametrach zbliżonych do wspomnianego DACa, tutaj także zintegrowanego) z możliwością nagrywania binauralnego (to może mieć dodatni wpływ także na jakość samych rozmów)

 

Kompleksowa oferta dla mobilnej elektroniki w zakresie audio @ USB-C od Qualcomm-a. Może być to jw. rozwiązanie zintegrowane ze smatrfonem, z zewnętrznym przetwornikiem, a także ze słuchawkami, zestawami głośnomówiącymi

Parę bieżących spraw na koniec: już w weekend możecie spodziewać się drugiej części kino spotyka audio. Tym razem będzie o Oppo BDP-205D, nowym flagowcu, który został przeze mnie bardzo gruntownie obadany, nie tylko w kinie ale także w audio, w tym również wielokanałowym audio. Zaraz potem pojawi się zaległa recenzja słuchawkowego setu Cayin’a tj. iHA-6 oraz iDAC-6… dla wielu może to się okazać docelowa propozycja, szczególnie wzmacniacz bardzo przypadł do gustu… świetny amp, kolejny bardzo udany produkt z tej kategorii jaki trafił do nas.

Rzecz jasna będzie także długo przeciągany Polaris, świątecznie będzie, bardzo obszerny tekst dla czegoś, co w mojej opinii zamyka (podobnie jak LS50 Wireless) etap poszukiwania klamotów… mając takiego Auralika, można skoncentrować się na słuchaniu, na poszukiwaniu nowych doznań estetycznych w muzyce, bo już zupełnie nie trzeba, nie ma sensu wymieniać. No chyba, że jesteśmy tak zblazowani, tak nam się nudzi, że dla sportu, ale lepiej wg. mnie w zakresie jakości i synergii nie będzie… może forma, tak, może to. Softwareowo to ideał z ROONem, z własnym Lightningiem DS grupującym wszystkie źródła streamingowe audio). Hmmm, tak wiem co by ewentualnie mnie zachęciło do wymiany takiego klamota – wielokanałowy, bezkompromisowy set, albo coś o tej samej funkcjonalności z dodatkiem wybitnego ampa słuchawkowego). Czyli jednak ;-)

Docelowe na wynos: mobilny scyzoryk mDSD firmy Encore

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
tytułowe

Z tradycyjnym poślizgiem coś, co w mojej opinii zostawia w tyle znane mi rozwiązania konkurencji w zakresie plikowe audio na wynos. USB DAC to dopiero początek, bo mamy tutaj do czynienia z rozbudowanym funkcjonalnie urządzeniem, które dysponuje własną regulacją na wyjściu (możliwości amplifikacji wprawiają w osłupienie, serio, będzie o tym sporo poniżej) oraz konwerterem USB-SPDIF (optyk) współdzielonym z tradycyjnym 3,5mm jackiem. Sporo, jak na coś wielkości pendrive’a, a przecież ten mały grzmot oferuje ponadto szerokie możliwości w zakresie konwersji sygnału cyfrowego, bo jest tutaj i DXD (24/384) i DSD (no nazwa obliguje, prawda, obliguje) 64/128. Na marginesie, warto zapoznać się z wpisami na forum Roon Labs o 1 bitowym sygnale, o tym jak bardzo jesteśmy wyprowadzani w pole przez marketingowców, gdy z pudełek atakuje przekaz „nawet” do 512, albo o 1024 (DSD). Wypowiadają się osoby z branży oraz inżynierowie dźwięku i znakomici spece z samego Roona – wniosek jest jednoznaczny… ta pogoń w imię magii cyferek nie tylko nie ma najmniejszego sensu praktycznego (dystrybucja), ale od strony brzmieniowej wręcz mocno niewskazana. No, ale, każdy chce więcej pod maską… i tak to się kręci.

Powracając do bohatera recenzji, interfejs mDSD nie tylko dużo może, ale niedużo kosztuje. Właśnie. Patrząc na rynek z jednej strony widzimy pozytywną erozję cen tego typu rozwiązań (ludzie, za pierwszego DragonFly-a zapłaciłem 1299zł! Ale ze mnie frajer! ;-) ), z drugiej klęska urodzaju z jaką mamy do czynienia mocno komplikuje wybór. Jest tego, na przysłowiowe „kopy” i konia z rzędem temu, kto każdy z tych USB DACów przesłucha, przetestuje dogłębnie i finalnie oceni. Pamiętajcie, wiele razy o tym mówiłem, duża część testów w sieci jest kompletnie z czapy (tak zwane chwilówki, kiedy redakcja ma coś na tydzień, dwa, albo nawet na nieco dłużej, ale tekst pisze się taśmowo, już po paru dniach „odsłuchów”). U mnie mDSD katowany był 3 miesiące (dzięki za wyrozumiałość i za sposobność Audiomagic) i mogłem dogłębnie przekonać się o zaletach oraz wadach produktu. Naprawdę mniej czasami znaczy więcej. Po tych trzech miesiącach wiem, że mogę kompetentnie wypowiedzieć się o mDSD, bo poznałem w pełni możliwości jakie drzemią w tym produkcie. Nie pobieżnie zatem, a konkretnie, ze zwróceniem uwagi na potencjał, który drzemie w tej konstrukcji. Patrząc szerzej, widzę, że wielu nie zadaje sobie trudu, by poznać ten potencjał i pobieżnie, w niepełny sposób, bez uchwycenia tego co istotne, co kluczowe opisuje i odfajkowane. To nieporozumienie, w tym wypadku rażące wręcz, bo mamy rzecz w swojej kategorii WYBITNĄ, taką której tym bardziej warto się dokładnie przyjrzeć i którą warto sumiennie przetestować.

Finału na wstępie tak do końca nie zdradzę, ale można domyślić się co się tam w podsumowaniu znajdzie. Powiem tak: jeżeli chcecie zainwestować niewielkie pieniądze w coś, co „ogarnie” Wam temat grania z komputera (i ewentualnie handhelda, choć to pełnego potencjału mDSD nie uwolni) to macie coś, co powinno być na pierwszym miejscu na krótkiej liście. Miałem porównanie i o tym też co nieco przeczytacie. Było porównywane to, to z czarną i czerwoną Ważką (plus nawiązania do DF pierwszej gen.), miałem w pamięci skądinąd bardzo dobrego brzmieniowo, przenośnego Matriksa (też u nas był długo, bo wzięliśmy go do redakcji – patrz recenzja), małego A10 Beyersa (patrz tutaj), kolejnego przenośnego DACa jaki zagościł na dłużej u nas czyt. HA-2 od Oppo (ktoś się nim teraz cieszy, bo i piękna rzecz, patrz nasz test tutaj), wreszcie testowanego niedawno iDSD Nano od IFi (test tutaj). A to nie wyczerpuje jeszcze całej listy (sporo testowaliśmy produktów FiiO, były Cayiny, były produkty Audioengine itd.). I wiecie co? Te 500 złotych jakie zainwestujecie w audio klamota będzie w wypadku tytułowego scyzoryka NAJLEPIEJ wydanym Sobieskim. Lepiej wydacie te pieniądze od inwestycji w pozostałe wymienione powyżej produkty, a szerzej to nawet w większość tego, co dzisiaj w polskiej dystrybucji można zakupić (mam tu na myśli rzeczy, które słuchałem). Narażę się komuś? Trudno. Zasadniczo i z definicji mam to gdzieś, nie staram się w tym, co publikuje być „politycznie poprawny”, pisząc tak, by nie naruszyć czyjegoś interesiku. Jak coś jest gorsze, albo dużo mniej opłacalne, to takie jest i nie ma co się czarować i zakłamywać rzeczywistości. Co więcej, sporo produktów szczególnie w tej kategorii oferuje całkiem pokaźny zbiór wspomnianej „magii cyferek”, albo też „magii literek” (tak, mam tu na myśli MQA w Dragonach). Także spokojnie, bullshitu tutaj nie będzie, nawet gdyby ostatecznie przyszło mi sprzęt do testu wyłącznie kupować, wypożyczać za kaucją. Ogólnie, za dużo dziś w sieci sponsoringu i mówię tu generalizując, ale też opisując znane Wam zjawisko „marketingu opiniotwórczego”, testów które z rzetelnym opisem „za i przeciw” nie mają NIC WSPÓLNEGO.

To jak… ten mDSD taki bez wad, bez skazy zatem? A gdzie tam, oczywiście, że nie, ale w tym budżecie dostaliśmy przysłowiowe maksimum i gdyby nie sobie taka ergonomia to bym dead endami walił, ale że jednak, to się pohamuję :)

Zapraszam do lektury:

» Czytaj dalej

W co gra Google? Nasze trzy grosze naznaczone dźwiękiem

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
zhuhmyqycytnmvzdoymb

Google wyraźnie zmienia oblicze, ewoluuje. To już nie tylko gigant internetowy, nie tylko dawca największego mechanizmu przeszukującego globalną sieć, firma od danych (big data)… nie, od wczoraj to także ktoś z ambicjami by rywalizować z resztą świata na polu elektroniki użytkowej. Firma z Mountain View chce na serio zaoferować swój ekosystem oparty na swoim hardwarze, spinający to w czym jest najmocniejsza (patrz wyżej… dodajmy do tego jeszcze największego oferenta treści multimedialnych) z własnymi produktami z krzemu i plastiku. Google miało ambicje, by to o czym piszę, zrobić wcześniej. Miało. Z miernym rezultatem miało. Dzisiaj praktycznie nikt nie pamięta, ale przypomnę, nieudane próby ze znalezieniem sposobu na telewizję w dobie Internetu (liczne, naznaczone fiaskiem, „google tv”), starała się też przekonać nas do swoich (swoich?) telefonów oraz tabletów w kolejnych inkarnacjach linii Nexus, wreszcie (umarło, zanim się narodziło) w dziedzinie nas interesującej najmocniej – dźwięku – poniosła sromotną klęskę w postaci projektu Nexus-Q… głośnika, który choć ciekawy koncepcyjnie, nie miał żadnych szans z tym, co się wtedy rodziło (multiroom oraz pierwsze przymiarki do inteligentych głośników).

Pasmo porażek, bolesnych rozczarowań, trwało by pewnie dalej, gdyby szefostwo nie uświadomiło sobie, że te wcześniejsze próby były już na starcie skazane na niepowodzenie. Nikt nie opracował spójnej koncepcji, nie odpowiedział sobie na w sumie proste pytanie: ale po co my to w ogóle robimy, nikt nie miał – mówiąc wprost - pomysłu na Google hardware by Google (istotne to ostatnie, bo albo robisz coś sam i na serio, albo robią to inni za ciebie i na serio to finalnie nie jest). Zdano sobie sprawę, że każda kolejna próba jest skazana na porażkę, bo rynek jest już mocno obsadzony, jest już też nasycony i gdy się chce zaistnieć to trzeba inaczej, zupełnie inaczej. Zwiastunem tego inaczej były może nie spektakularne, ale właśnie sensowne, bo realizujące długofalową koncepcję, strategię, produkty tj. Chromecast (audio i wideo) oraz (bardziej) Chromebooki. Te ostatnie dzięki bardzo atrakcyjnej cenie, dzięki zaoferowaniu doświadczenia komputerowego w wersji light, odpowiadającego na potrzeby znacznej rzeszy potencjalnych klientów, stały się pierwszym znaczącym sukcesem Google na polu może nie tyle samego hardware (bo mówimy o platformie, samo Google też te laptopy klepie, ale nie to jest najważniejsze), co stworzenia bazy pod rozwój swoich projektów (sprzętowych oraz usługowych), stworzenia czegoś, co jest kluczem do sukcesu…

 

…własnego ekosystemu (Google Home). Google ma wiele argumentów, ma wiele elementów, które pozwalają na budowę własnego hardware, na rywalizację z potentatami (konkurencja zewnętrzna tj. Apple oraz wewnętrzna tj. Samsung) i odniesienie sukcesu. Wspomniane Chromecasty dają możliwość skorzystania z tego co od dawna oferuje Google na czymś, co może to wyświetlić, albo może zagrać w chałupie. Mimo, że mówimy o erze post-PC to tak naprawdę nie mówimy o czymś co konkretnie zastąpiło komputer, a mówimy raczej o wielu komputerach w różnej formie, które zastąpiły coś pojedynczego, konkretnego właśnie. Wczorajsza konferencja pokazała, że w końcu ktoś tu odrobił lekcję, wyciągnął wnioski z porażek i w końcu wie jak to zrobić. Czy są to rzeczy nowatorskie, odkrywcze, czy jest to coś, co zmienia rzeczywistość, coś naprawdę nowego, nowatorskiego? Nie, raczej nie. Patrząc na nowe głośniki, na nie-do-końca bezprzewodowe słuchawki nie widać w tym wszystkim żadnej rewolucji, ale to nie jest istotne, istotne jest to, że w końcu jest to spójne, że korzysta z potęgi danych gromadzonych przez lata przez Google, że jest to coś, co może w najlepszy możliwy sposób skorzystać z technologii, które właśnie wkraczają w nasze życie (i to jest ta rewolucja). I to jest najważniejsze, kluczowe w tym wszystkim. Czy wirtualna rzeczywistość, czy sztuczna inteligencja, czy rzeczywistość rozszerzona… tak, to wszystko się tu ze sobą łączy i pozwala na całościowe doświadczenie, na skorzystanie z tego, co oferuje dzisiejsza technologia.

Czy takie coś zastąpi nam tradycyjne stereo? Odpowiedź brzmi: tak, zastąpi. Wcześniej, czy później zastąpi.

Po tym przydługim, wyjaśniającym wstępie, warto napisać coś o tym, co internetowy gigant pokazał. Pominę tutaj telefony (od dawna nie piszemy o nich na łamach i niech tak już zostanie, czasami tylko incydentalnie nam się zdarzy, bo dźwięk vide fantastyczny V30), poza jednym krótkim komentarzem: właśnie umiera analogowe wyjście dla dźwięku, fizyczne połączenie efektora ze źródłem… wystarczy do Apple dodać Google i sprawa jest przesądzona), pominę nowy komputer oraz gogle VR, bo choć to rzeczy bardzo ważne (patrz wyżej) dla całokształtu, to dla nas (dźwięk) mniej istotne… skupię się na słuchawkach oraz głośnikach, bo …jest o czym pisać i jest nad czym dumać. Firma będzie od teraz oferować nie jeden, nie dwa, a aż trzy inteligentne głośniki. Te głośniki to niby nic wartego uwagi, bo przecież mówimy w przypadku dwóch mniejszych o małych, typowo „kuchennych” konstrukcjach, małych bezprzewodowych głośniczkach, a ten większy z ambicjami to też tylko przerośnięty, wyposażony w poważniejsze, ale nadal kompaktowe, przetworniki brat tych mniejszych (pozory mylą!). Niby tak, ale nie do końca tak, a nawet w ogóle nie tak i już tłumaczę dlaczego. W branży (audio) mówi się od jakiegoś czasu, że komputer, że bezprzewodowość, że stream zmienia wszystko, że przekształca nam system z takiego, jaki znamy, takiego klasycznego w formie w coś, co jest czymś z zupełnie innej beczki. Nagle wszystko staje na głowie, nagle okazuje się, że takie rzeczy jak dopasowanie, jak ustawienie, jak lokalizacja stają się wtórne, mniej istotne, że nam się to wszystko wtapia, integruje, „znika”. Nie łamiemy praw fizyki, tego co w akustyce ważne rzecz jasna, a dzięki technologii dopasowujemy rzeczywistość pod wymagania.

Popatrzcie na to od strony praktycznej, od strony – właśnie – umiejscowienia. Stolik audio? Przeżytek. Metry kabli? Przeżytek. Akustyka? W dobie DSP i zaawansowanej korekcji może się okazać, że zagra nawet w marmurowo-szklanej hali. Nagle wszystko się zmienia, a do tego dochodzą zupełnie inne rzeczy: rozpoznawanie mowy, sterowanie głosem, inteligentna asysta, jakieś rzeczy rodem z s-f (StarTreka). Dostęp do teści przestaje być w jakikolwiek sposób ograniczony, właściwie coś, co wcześniej nazywaliśmy źródłem wtapia się nam w przestrzeń użytkową, staje się czymś „wszędzie”. Te głośniki, tak jak i inne produkty tego typu, nie są tylko czymś na blat, albo półeczkę – nie – to jest moi drodzy przyszłość całej branży, bo umowne źródło jest wszechobecne, jest jw wszędzie. W formie kompaktowo-niezobowiązującej będzie to oferowane na masowy rynek w cenie od 49$ sztuka (Google Home Mini idealny deal dla producenta, który w ten sposób, tanim kosztem wprowadza proste końcówki zbierające dane, a dane to gigantyczne pieniądze), dalej będzie z większymi ambicjami vide HomePod oraz Google Home Max za ok. 350-400$ okupować nie jeden salon, wreszcie pojawi się w takiej, czy innej formie (stawiam na integrację z pomysłami gigantów IT w formie Cast czy AirPlay kolejna cyferka, co już się zresztą dzieje) w HiFi (to co powyżej, z ambicjami, może być poważną alternatywą) i high-endzie. Przy czym zmieni to HiFi i high-end nieodwracalnie, bo forma będzie tu podążać za treścią, będzie się zmieniać i dostosowywać.

Do czego dostosowywać? Ano do takich właśnie efektorów z wbudowaną inteligencją, zbierających dane i ciągle przetwarzających, ciągle analizujących i ciągle nasłuchujących jak Google Home, Google Home Mini czy Google Home Max. To będzie opcja dla kogoś, kogo aż tak bardzo nie kręci system stereo (który jednakowoż da się w przypadku tych strefowych, parujących się głośników stworzyć na zawołanie), albo opcja dodatkowa, bo nawet jeżeli będzie „poważny system” to go nie będzie. Jak to nie będzie?! Ano nie będzie, bo tor zaklęty w głośnikach (patrz nasze wrażenia KEF LS50 Wireless) to będzie wszystko, czego potrzebujemy. Jak drożej to Devialet Phantom w kolejnej wersji, jak (nawet) niby tradycyjna skrzynka to jednak taka jak Polaris od Auralica (bo ma absolutnie wszystko, jest kompletny pod każdym względem – taki wszystkograj). Dodajmy do tego potęgę software, potęgę trybów DSP, zaawansowanej korekcji (akustyka) i już wiadomo mniej więcej jak to będzie zaraz wyglądało. Będzie wyglądało zupełnie inaczej. Te produkty zwiastują ogromne zmiany, bo będą w każdym domu (w takiej czy inne formie, z takim czy innym logo – nieważne) i to będzie właśnie TO AUDIO, przy czym wcale nie na poziomie tranzystorowego radyjka czy boomboksa, a – patrząc na te wszystkie programistyczno-sprzętowe usprawnienia – po prostu dużo lepszym… różnica między budżetowym stereo a takim multiroomem zwyczajnie zniknie, przy oczywistych zaletach tego nowoczesnego, wtapiającego się, łatwego w obsłudze i dającego dostęp natychmiastowy do wszystkiego.

Ten najmniejszy z pokazanych to coś od strony jakościowej na poziomie wspomnianego radyjka. Ten większy (max), wcześniej wprowadzony na rynek, już niekoniecznie, a największy z dostępnym trybem parowania i ustawieniami pion/poziom (dwa woofery, dwa tweetery plus elektronika, przypomina Sonosa Play:3/5 btw) będzie zapewniał przyzwoity dźwięk, po korekcji, śledzeniu w czasie rzeczywistym, dopasowywaniu – słowem – technologii zaszytej w układach i oprogramowaniu. Każdy zagra w strefach, każdy automatycznie się zidentyfikuje w sieci, udostępni jak mu pozwolimy znajomym, przestanie grać jak wyjdziemy i wznowi granie jak wejdziemy, przekaże komendę odtwarzaj innym, w razie zmiany lokalizacji przez nas, albo w jakimś innym scenariuszu w ramach działania inteligentnej chałupy. To już właściwie jest, a zaraz będzie standardem. I nikt, zwyczajnie nikt, nie będzie sobie zawracał głowy klasycznym stereo, poza garstką, niszą, która w ten sposób zamanifestuje swoją odrębność. Może się okazać, że podobnie jak ze słuchawkami (tak, tak Beatsy, które zdominowały rynek >100$) , tylko jeszcze bardziej (bo słuchawki to jednak opcja, a cokolwiek z głośnikiem w domu to raczej norma) takie właśnie głośniki zastąpią to, co było. Czuję, że nastąpi to bardzo szybko i widzę po wielkich producentach audio, że zaczynają sobie to uświadamiać (zauważalne w katalogach przesunięcie na rzecz produktów dla mas, wprowadzenie do drogich systemów rozwiązań jakie znajdziemy w sprzęcie budżetowym – BT, CAST, AirPlay). Także to, w co gra Google, jest dla nas bardzo istotne, bardziej nawet niż nam się to może dzisiaj wydawać!

Google Pixel Buds to bezprzewodowe słuchawki, które wyróżniają trzy rzeczy rzeczy: nie są to dokanałówki, a raczej (nie)typowe pchełki, z kablem łączącym obie (co oznacza, że nie jest to odpowiednik jabłkowych AirPodsów) – to raz; dwa – czymś co ma je wyróżniać wcale nie są kwestie ułatwionej integracji ze sprzętem (jak u Apple), a translacja, tłumaczenie na żywo tego, co do nas mówią w języku obcym (40 języków obsługiwanych na starcie), coś co możemy kojarzyć z adamsowym Babel Fishem (Douglas Adams „Autostopem przez Galaktykę”). W praktyce może być różnie (rybka dawała pewność, że się dogadamy, tutaj jeszcze nieco brakuje), tak czy inaczej, to zapewne ten element będzie głównie eksponowany …plus integracja AI. Gdzie tu dźwięk, SQ zapytacie? No też jest ważny, bo po pierwsze BT 5.0 (lepsze parametry przesyłu możliwe), bo po drugie ergonomia ma być na lepszym poziomie niż w dokanałówkach właśnie – żadne ciało obce, a coś co nam bezinwazyjnie wypełnia małżowinę, dodatkowo potrafi dopasować swoje działanie do okoliczności. Sumując to, ponownie, algorytm będzie miał decydujące znaczenie jak i co usłyszymy. Warto oswoić się z takim scenariuszem, bo szerzej dotyczy to całego segmentu audio. Wspomniane tłumaczenia na żywo oraz integracja asystenta (Google Assistant, spoiwo dla wszystkich pokazanych, nowych produktów) mają być lepem, przekonać do słuchawek nieprzekonanych (i właśnie nie o muzykę tu się tylko rozchodzi!).

Z pierwszych wrażeń wyłania się obraz czegoś, co faktycznie daje namiastkę natychmiastowej interakcji ze sztucznym bytem, mówimy i od razu słyszymy odpowiedź, odpowiedź nacechowaną odczuciami, emocjami, nie robotyczne monosylabizowanie. Oczywiście Apple też zapowiadało, że ichnie Siri będzie mądre, użyteczne, praktyczne i nas zaskoczy. Rzeczywistość wygląda zgoła inaczej. Google jest tu górą, bo ma coś, czego Apple nie ma i mieć nie będzie (chyba że wykupi, no ale kogo? ;-) ), czytaj trzyma łapę na danych, na mechanizmach przeszukiwania, analizowania, kolekcjonowania oraz gromadzenia. To potężna przewaga. Google Buds należy zatem traktować podobnie jak AirPodsy, ale inaczej… jabłkowy produkt stał się najlepiej sprzedającymi się (ktoś zdziwiony?), najsensowniejszymi „prawdziwymi” bezprzewodówkami, choć cała koncepcja (patrz nasz artykuł poświęcony AirPlay) jaka za nimi stoi jest ściśle skorelowana z jabłkowym AI (Siri). Jednak z braku laku, sensownej alternatywy, odtwarzanie muzyki jest i będzie stanowiło istotny element w przypadku AirPodsów (nie zapominajmy o promowaniu ichniego streamingu Apple Music), odnośnie zaś produktu Google audio nie będzie aż tak ważne i (to raczej pewne) Buds nie sprzedadzą się tak dobrze i nie będą alternatywą (bo jednak przewód) dla produktu Apple. Nikt tu jednak nie będzie darł szat, bo te słuchawki mają być idealnym partnerem dla pozbawionych jacka Pikseli 2 (smartfonów) i będą. Wraz z tanimi goglami VR (nowa generacja) ma to być kompletne rozwiązanie dostępowe do świata Google i patrząc na to z tej perspektywy – będzie. Oczywiście od strony użytkowej w ważnym aspekcie czasu działania opisywany produkt powiela rozwiązania Apple: jest nosidełko/powerbank z czterema doładowywaniami, same słuchawki działają ok. 5 godzin na jednym. Proces parowania ma także być uproszczony i natychmiastowy (jak w jabłcu).

Sumując, audio nam się w pewnym sensie zdemokratyzuje. Więcej ludzi będzie korzystać (integracja w ramach instalacji domowych oraz nowego trendu, mody), więcej będzie zainteresowanych, więcej zwróci uwagę, ale nie będzie to audio takie, jakie obecnie nam się kojarzy. Tradycyjny system umrze, tradycyjne audio jest skazane na absolutną niszowość. To co nowoczesne będzie nawiązywać do tego, co masowe, a to co masowe będzie potrafiło dużo więcej niż… moglibyśmy przypuszczać. Także w dziedzinie SQ. Jeszcze dzisiaj przeczytacie nowe wieści o AirPlay 2, a następnie (ale już nie dzisiaj ;-) ) o paru nowych, awangardowych projektach z szansą nie tylko na sukces, ale na mocne oddziaływanie na całą branżę, na kolejne poważne zmiany jakich możemy już niebawem doświadczyć. Postęp technologiczny, komputerowe audio, dokonana na naszych oczach zmiana w sposobie dystrybucji i konsumpcji treści (ale to zabrzmiało) powoduje, że co chwila jesteśmy i będziemy zaskakiwani. Niestety era ciągłego aktualizowania, ciągłych zmian właśnie nadeszła. Nowe audio to audio zero-jedynkowe, to audio naznaczone linijkami kodu. Chyba już nieodwracalnie…

 

Seria G od Auralica. Czas na Lightning Link

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
AURALiC_VEGA-G2_Side

To się Koreańczycy rozpędzili. Nie jeden, nie dwa, a cztery nowe komponenty pojawią się niebawem na rynku. Auralic chce zaoferować bezkompromisowym melomanom całościowe rozwiązanie, przy czym cała nowa seria G to po pierwsze sieć z autorskim OS: Lightning Streaming, znany z poprzednich produktów (patrz nasz test Auralic Aries Mini oraz pierwsze wrażenia z testu Auralic Polaris), a po drugie – nowość – własne rozwiązanie oparte na złączu HDMI (I2S), pierwsze _takie_ na rynku. O co chodzi? Ano chodzi o to, że konstruktorom udało się stworzyć unikalny sposób dystrybucji danych, dwukierunkowy, nie ograniczony przez długość okablowania (w przypadku interfejsów I2S było to główne wyzwanie, główne ograniczenie w przypadku zewnętrznych połączeń między komponentami), eliminujący całkowicie najpoważniejszy problem PC Audio – opóźnienia czasowe. Brak jittera to kluczowa zaleta tego rozwiązania. To jest właśnie coś, co powoduje, że nowa seria G może być jednym z najlepszych produktów pozwalających na streaming z sieci / podłączenie komputerowego źródła muzyki.

Nowa seria G to aż cztery klamoty, które pozwalają stworzyć kompletny system streamingowy audio. Bez kompromisów!

  Jeszcze w listopadzie pojawią się ARIES G2 Streaming Transporter oraz VEGA G2 streamingowy DAC, a w pierwszej połowie 2018 roku na rynek trafią: SIRIUS G2 procesor upsamlingowy oraz LEO G2 Femto Reference Clock. Jak widać, dotychczasowe, podstawowe linie produktów Auralika tj. strumieniowce ARIES oraz daki VEGA zostają w serii G wzbogacone o dodatkowe, opcjonalne klamoty, które mają umożliwić osiągnięcie najlepszego możliwego rezultatu – osobny procesor audio (DSP) oraz precyzyjny zegar. Te dwa nowe komponenty (LEO oraz SIRIUS) mają stanowić cenne uzupełnienie, pozwalając na rozbudowę systemu (podobnie jak w przypadku testowanego u nas wielokrotnie M2Techa vide EVO 2).

  Warto parę słów poświęcić autorskiemu Lightning Link, przed omówieniem poszczególnych konstrukcji (patrz niżej). To dwukierunkowe łącze o niskim poziomie jitter, o przepustowości teoretycznej 18 Gbps (najszybszy transfer, poza Thunderboltem, jaki można wykorzystać w aplikacjach audio), wykorzystujące sprawdzony standard szybkiego interfejsu HDMI. Lightning Link zapewnia doskonałą kontrolę transmisji oraz sprawia, że muzyka nawet w ultra-wysokich rozdzielczościach (wyczynowe pliki DSD512/DXD384) nie będzie stanowiła żadnego wyzwania dla interfejsu, dodatkowo można spodziewać się znakomitych parametrów sygnału, braku jakichkolwiek zakłóceń.

Nowa VEGA. Streaming DAC. Potężne, ultranowoczesne źródło audio z autorskimi rozwiązaniami.
Własny OS. Integracja z ROONem. Słowem: bezkompromisowy projekt. I jakby tego wszystkiego było mało także pod topowe nauszniki

Jak wspomniałem, w przeciwieństwie do innych połączeń HDMI opartych na I2S, dwukierunkowy Lightning Link umożliwia działanie bez jittera wszystkim urządzeniom w danym systemie (opartym @ serii G). To wieloelementowe rozwiązanie, pozwalające na integracje wielu (a nie tylko dwóch) komponentów w ramach kompletnego sytemu grającego z plików. Zegarowanie informacji z urządzeń docelowych, takich jak VEGA G2, potrafi zapewnić perfekcyjną synchronizację danych ARIES G2, dodatkowo mamy w ramach przygotowanej przez Auralic-a propozycji zewnętrzny zegar (jeszcze wyższa precyzja) oraz procesor audio (dodatkowe możliwości konwersji oraz modelowania sygnału). Co bardzo istotne, Lightning Link przenosi również dane sterujące systemem do wszystkich elementów, począwszy od regulacji głośności po konfigurację silnika procesora, co pozwala wszystkim połączonym urządzeniom AURALiC na jednolity, zunifikowany interfejs sterowania. Innymi słowy mamy kompletne, cyfrowe, wolne od jakichkolwiek zakłóceń medium dla sygnału audio oraz dodatkowych danych (sterowanie).

  Z powyższego widać, jak poważna, jak nowatorska to propozycja. Kompleksowa i całościowa. Auralic jest przy tym konsekwentny: nie tylko oferuje własny OS (jeden z najlepszych na rynku), ale także pozwala na integracje swoich produktów z najlepszym ekosystemem (front-endem) audio: ROON. Zatem mamy wybór i to w obrębie dwóch najlepszych platform softwareowych. Tego w takim zakresie, na razie, nikt inny nam nie zaoferuje…

No dobrze, dość tych teoretycznych wywodów, popatrzmy jak konkretnie będzie się prezentować nowa seria G, czym postanowił nas tym razem zaskoczyć Auralic:

 

AURALiC ARIES G2 Streaming Transporter

Transporter strumieniowy ARIES G2 łączy bezprzewodowo domowy system audio ze wszystkimi, różnorodnymi źródłami muzyki cyfrowej, poczynając od sieciowych i USB, aż po serwisy online w formatach bezstratnych i radia internetowego (ambicją Auralika jest dostęp do WSZYSTKICH źródeł strumieniowych audio). Instalujemy dysk HDD lub SSD 2,5 cala, przekształcając ARIESa G2 we w pełni funkcjonalny serwer muzyczny, posiadający lokalną bibliotekę muzyczną o poj. nawet 4TB (de facto ograniczeniem są oferowane na rynku pamięci masowe 2,5″, których poj. nie przekracza obecnie wspomnianych 4TB). Sprzęt posiada najnowocześniejszą technologię izolacji galwanicznej oraz ultra czystą kontrolę zasilania, zapewniając nienaganną dbałość sygnału cyfrowego, który obsługuje. Podwójne zegary Femto i obudowa ekranująca zakłócenia EMI pozwolą na niezakłóconą pracę całego układu, gwarantując czyste od zakłóceń środowisko dla sygnału audio.

ARIES G2 jest urządzeniem, które łączy źródła muzyki o najwyższych rozdzielczościach i dostarcza je DAC-a poprzez niezawodne i precyzyjne złącza wyjściowe, w tym interfejs AURALiC Lightning Link, szybkie USB audio 2.0, AES / EBU, cyfrowe koaksjalne oraz TOSLINK. Procesor ARIES G2 jest o 50% szybszy od oryginalnego ARIES Streaming Bridge, z dwukrotnie większą pamięcią systemową i masową. Oznacza to jeszcze łatwiejszą obsługę rozdzielczości do DSD512 i PCM 32bit / 384K. Zastosowanie AURALiC Lightning Streaming umożliwia ARIES G2 łączenie się z plikami muzycznymi w istniejącej sieci WiFi, jak również oferuje dodatkowe funkcje, takie jak listy odtwarzania na urządzeniu, buforowanie pamięci, odtwarzanie bez przerw (gapless), bit po bicie (bitperfect), w wielu strefach (multiroom).

Wszystko to kontrolowane jest poprzez aplikację AURALiC na iOS, Lightning DS lub dostęp do programu Lightning za pośrednictwem nowego interfejsu internetowego na każdym urządzeniu smart. Dodajmy do tego piękny wyświetlacz na froncie prezentujący okładki, wszystkie niezbędne parametry. Oprócz zgodności z AirPlay, ARIES G2 jest certyfikowanym punktem końcowym Roon Ready do łatwej integracji z oprogramowaniem Roon, co czyni go jednym z najbardziej elastycznych streamerów dostępnych w świecie HIFI. ARIES G2 będzie kosztował 16 999 PLN brutto bez wewnętrznej pamięci masowej. Klienci mogą zainstalować dowolny 2,5-calowy dysk twardy lub zamówić ARIES G2 z fabrycznie zainstalowanym napędem SSD przeznaczonym do przechowywania muzyki na urządzeniu.

 

AURALiC VEGA G2 Streaming DAC

DAC strumieniowy VEGA G2 jest urządzeniem, które przetwarza wszystkie współczesne cyfrowe formaty muzyczne o najwyższej rozdzielczości, aż do DSD512 i PCM 32-bit / 384KHz. Jednak VEGA G2 jest również w pełni funkcjonalnym streamerem, zdolnym do łączenia się bezpośrednio z cyfrowymi źródłami muzyki. W porównaniu z oryginalną wersją VEGA, VEGA G2 posiada zupełnie nową strukturę, wykorzystując platformę Tesla (chip SoC ARM) do buforowania, przetwarzania i starannego regulowania dostarczaniem sygnału źródłowego do kości DAC (zlecony przez Auralic-a projekt układu). Po raz pierwszy w branży audio stworzono DACa, który działa niezależnie od częstotliwości sygnału źródłowego: VEGA G2 buforuje dane w taki sposób, który nie wymusza blokowania częstotliwości sygnału źródłowego. Nigdy wcześniej DAC nie potrafił całkowicie zarządzać czasem z własnym zegarem. W tym przypadku z niezwykle precyzyjnymi zegarami Dual 72 Femto Master, uwolniony od zewnętrznych ograniczeń, VEGA G2 oferuje działanie bez niepożądanego jittera.

  Sercem VEGA G2 jest platforma Tesla AURALiC, SoC wyposażony w czterordzeniowy chip ARM A9, 1 GB pamięci DDR3 oraz 4 GB pamięci masowej (@ OS, aktualizacje, wtyczki). To nowe rozwiązanie dostarcza 25 razy więcej mocy obliczeniowej od poprzedników, co przekłada się na zupełnie nowe możliwości w zakresie obróbki sygnału. Dodając do tego nową izolację galwaniczną, która umożliwia transmisję danych między obwodami pierwotnymi całkowicie oddzielonymi fizycznie, jednostki Dual Low-Noise Linear Purer- Power, jest jasne, że ten DAC uzyskuje sygnał analogowy tak czysty, jak tylko to możliwe.

  W pełni pasywna kontrola głośności, to kolejna nowa funkcja pojawiająca się w VEGA G2. Opiera się ona na unikalnej sieci rezystorów drabinowych zbudowanej przez firmę AURALiC i pobiera dokładnie zerowy prąd po jej ustawieniu. Prąd zerowy jest równy zerowej interferencji i jest to kolejna innowacja VEGA G2, która odzwierciedla wręcz obsesyjną dbałość o szczegóły. Wraz z modułem wyjściowym ORFEO klasy A, zainspirowanym klasycznymi projektami analogowymi, rezultatem końcowym jest niesamowicie wierny poziom prezentacji muzycznej. 

  Wraz z technologią Lightning Streaming, AURALiC VEGA G2 przejmuje wszystkie funkcje transmisji strumieniowej i łączność dedykowanego streamera. Po podłączeniu przez złącze LAN do sieci domowej, dostępne są wszystkie funkcje Lightning Streaming. Kontrola użytkownika odbywa się za pośrednictwem specjalnej aplikacji sterującej iOS AURALiC Lightning DS, a instalacja serwera Lightning Server dla VEGA G2 została ułatwiona dzieki nowemu interfejsowi internetowego z dowolnego smartfona, tabletu lub komputera. VEGA G2 jest certyfikowanym punktem końcowym Roon Ready, co zapewnia płynną integrację z oprogramowaniem Roon. Cenę rynkowa VEGA G2 Streaming DAC ustalono na poziomie 24 999zł. Sumując, dostajecie tutaj idealną alternatywę dla dowolnego komputera, w tym maszyn wyspecjalizowanych (tylko pod audio), a wyrugowanie PC z toru można łatwo osiągnąć tworząc w ramach ROONa system z serwerem ROCK (platforma CORE) i takim właśnie end-pointem jak VEGA. To idealne „zamiast” komputera w high-endowym torze grającym z plików (z sieci: lokalnie i z serwisów).

 

Zintegrowana rodzina: dodatkowy zegar LEO oraz procesor SIRIUS

W ramach serii G dochodzą jeszcze SIRIUS G2 Upsampling Processor i LEO G2 Femto Reference Clock. SIRIUS G2 to potężny cyfrowy procesor audio kompatybilny z większością urządzeń DAC, jednak swoje największe mozliwości pokazuje podczas pracy w połączeniu z innymi komponentami serii G, takimi jak ARIES G2 i VEGA G2. SIRIUS G2 stosuje najlepsze dostępne technologie przeznaczone dla najbardziej wymagających wyzwań związanych z przetwarzaniem sygnału, takich jak upsampling oraz korekcja przestrzeni, korekcja akustyki pomieszczenia. LEO G2 natomiast zajmuje się kompleksową synchronizacją sygnałów, a komunikując się z innymi produktami serii G za pomocą Lightning Link, zapewnia podstawę dla najniższego poziomu jitter i szumów, wspierając cały system w zakresie dostarczania superprecyzyjnego podawania częstotliwości próbkowania, dodatkowo podnosząc jakość dźwięku.

Urządzenia serii G zostały zaprojektowane nie tylko dla wybitnych osiągów osobno, ale również do pracy w ramach całego systemu komponentów serii G. Prawdziwy potencjał każdego elementu da się w pełni wykorzystać, gdy są one połączone między sobą przy użyciu nowego protokołu komunikacyjnego AURALiC Lightning Link, maksymalizując zalety technologii poszczególnych komponentów i tym samym tworząc finalny cyfrowy system audio najwyższej klasy. Patrząc na tę propozycję, widzę to tak:

 

  • high-endowy system oparty na transporterze strumieniowym ARIES G2 oraz procesorze SIRIUS oraz opcjonalnie zegarze LEO. W takiej opcji mamy serwer muzyczny, autonomiczne, nie wymagające komputera rozwiązanie do grania z pliku, uzupełnione o dodatkowy procesor DSP (korekcja pomieszczenia, zaawansowana obróbka sygnału) z możliwością dodatkowego progresu w postaci precyzyjnego zegara taktującego, wszystko to spięte Lightning Link (i działające pod kontrolą firmowego OS). Alternatywą softwareową pozostaje tutaj ROON.
  • high-endowy system oparty na sieciowym DACu VEGA G2 będącym częścią systemu opartego na ROONie, będący głównym, najważniejszym end-pointem w takiej instalacji. Tutaj takie elementy jak SIRIUS czy LEO można potraktować jako opcjonalne dodatki, które nie są niezbędne do budowy najwyższej klasy systemu. Potężny silnik DSP z możliwością rozbudowy, zaszyty w oprogramowaniu ROON Labs. pozwoli na uzyskanie optymalnego rezultatu, konstrukcja przetwornika VEGA jest na tyle zaawansowana (moc: Tesla, superprecyzyjne zegary), że może to być jedyny klamot w takim torze, oczywiście z odpowiednim zapleczem w postaci solidnego serwera ROCK (magazyn oraz jednostka sterująca oprogramowaniem tj. Core). Tutaj ciekawym rozwiązaniem może być wykorzystanie potencjału VEGI w zakresie zaawansowanego przetwarzania sygnału (przykładowo konwersja PCM do DSD i to o wyczynowych parametrach takich jak DSD256 czy nawet DSD512).
  • dream team G2… póki co hipotetycznie: ALTAIR + VEGA opcjonalnie wzbogacone o dodatki tj. SIRIUS (bardzo się przyda, bo najdziksze ustawienia DSP wymagają bardzo konkretnej mocy obliczeniowej, a tu mamy dedykowany procesor DSP) & LEO, wszystko to pracujące pod kontrolą ROONa z CORE działającym @ transporterze / serwerze ALTAIR. High-endowe K.O. Zróbcie to Panie i Panowie z Auralic-a oraz z Roon Labs, zróbcie to! :-) Transport ma wystarczającą moc do tego, by być jednostką główną z jednoczesnym dostępem do lokalnej kolekcji (funkcja serwera), a oprogramowanie, gotowe dla takiego rozwiązania już jest i zwie się ROCK. Taki w 100% ROONowy system byłby czymś unikatowym na rynku i finalnie oznaczał wyrzucenie poza tor jakiegoś komputera – całkowicie zbędnego elementu w takim systemie. Jeszcze raz: zróbcie to!

 

Sumując, nowa seria G to emanacja tego, co najbardziej zaawansowane w dziedzinie domowego audio. Wspominałem o ogromnej roli oprogramowania (widać to wyraźnie, gdy wczytamy się w specyfikację, możliwości tytułowych urządzeń), o znaczącym wzroście znaczenia trybów DSP w systemach grających z pliku, wreszcie nie pomijalnemu (mającemu realny wpływ na osiągnięty efekt) zwiększaniu wydajności klamotów, budowanych z wykorzystaniem najnowszych technologii ze świata IT. Tu już nie wystarczy vintage’owa kostka i parę dobrej klasy komponentów elektrycznych od uznanych dostawców. Tu czymś absolutnie zasadniczym, kluczowym, jest know-how, jest własny software (rozbudowany do poziomu systemu operacyjnego – nie wystarczy napisać sterownik, gdy chcemy zaoferować coś bezkompromisowego) oraz jak pokazuje seria G, autorski sposób na spięcie tego wszystkiego w całość (Lightning Link). Sprzęt nie jest tani, ale patrząc na to, co realnie dostajemy (to otwarta architektura, ewoluująca wraz z postępem technologicznym) wydaje się uczciwie wyceniony. Jak wspomniałem, można zbudować coś, co obędzie się bez zwyczajowego, standardowego PC, coś dużo, znacznie lepszego, korzystającego z najlepszego oprogramowania na rynku.

 

Niewierny Tomasz: sprawdzę to. Co? To: IFi iGalvanic3.0

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
nano_igalvanic3.0

Nie to, że nie wierzę z zasady ;-) ale mam mocno sceptyczny, mocno krytyczny, mocno powątpiewający stosunek do otaczającej rzeczywistości i jak czytam takie coś: „Ogólny przyrost jakości jest niezaprzeczalny i pozwala spojrzeć na odtwarzaną za pośrednictwem komputerów muzykę w zupełnie nowym, żywszym i jaśniejszym świetle” to od razu moja przekorna, wątpiąca, nieufna natura (na szczęście dotyczy to tylko technologii, no przepraszam, polityki też dotyczy, ale od tego jak najdalej na HDO) każe mi od razu zapytać: serio, serio? Słyszałem wiele na temat poprawiaczy IFi, ich specjalizacji w tym zakresie, ba ostatnio coś nawet potestowałem (niebawem będzie słów parę na łamach), ale to co mówi się o iGalvanic-u ociera się o nieprzyzwoitość. Złoty Graal? Złoty Graal komputerowego audio? Plaster na wszystkie bolączki sygnału wyprowadzonego z komputera via USB? Uczynienie ze źródła PC Audio, źródła nie tyle hajfajowego, ale wręcz hajendowego (no serio, tak to opisują recenzenci, tak to opisują użytkownicy, wiele osób tak to ocenia). „Fejm” jaki towarzyszy temu produktowi zapala w mojej głowie czerwone światło, więcej, nie daje mi spokoju (czytaj, dodatkowo – stroboskop ;0)), uwiera…

No dobrze. Popatrzmy na to na chłodno. Czym jest iGalvanic (wersja 3.0)? „…Można powiedzieć, że dzięki zastosowaniu wewnątrz iGalvanic3.0 autorskiego transformatora separującego wykonanego z wysokiej jakości miedzi 6N, sygnał elektryczny wychodzący z urządzenia jest w całości wygenerowany na nowo, przez co jest on pozbawiony negatywnych naleciałości pochodzących z pierwotnego źródła sygnału, takich jak zakłócenia RFI i EMI…”  oookey, ale to w takiej czy innej formie pojawiło się na rynku, niektórzy podjęli się zadania poprawy tego, co (umownie) z komputera wychodzi, na sklepowych półkach pojawiły się regeneratory sygnału, pomocnicze akcesoria, współpracujące z resztą toru (czytaj z jakimś komputerem oraz dakiem wyposażonym w interfejs USB). Odszumienie sygnału miało być panaceum na wady wspomnianego interfejsu, przenoszącego z wnętrza komputera zakłócenia, interferencje oraz (nie)sławne opóźnienia czasowe. W przypadku zakłóceń sieciowych, zasilaczy komputerowych, które nie grzeszą nadmierną kulturą pracy (delikatnie rzecz ujmując) znaleziono sposób zaradzenia sobie z takimi, jak powyżej, problemami.

Aby całego tego zła uniknąć, stosuje się obecnie „izolację galwaniczną – technikę eliminującą (…) istotne problemy komputerowego audio, jakim jest negatywne zjawisko tzw. prądu błądzącego, który zakłóca pracę precyzyjnych podzespołów aparatury HiFi i high-end. Prądy te indukowane są głównie zasilaczach AC komputerów i rozsiewane po całym systemie, także poprzez złącza USB. Choć w normalnym użytkowaniu konsumenci nie obserwują występowania tych anomalii (lub nie są tego świadomi), to w wypadku produktów wysoce precyzyjnych, jak audiofilskie przetworniki D/A czy też profesjonalne interfejsy USB problem jest dotkliwy i powszechnie znany. To właśnie całokształt tych prądów błądzących i zakłóceń sieciowych jest powodem powstawania szumów i jittera, wyraźnie degradujących jakość brzmienia docelowych przetworników D/A typu USB. ”

To wszystko pozwala na poprawę parametrów sygnału, ucywilizowanie magistrali komputerowej, która nie była projektowana jako interfejs audio. USB to, jak sama nazwa wskazuje, port uniwersalny, mający setki zastosowań, główna arteria dla danych przyjmowanych z zewnątrz (nie licząc interfejsów sieciowych), a także połączeń między układami wewnątrz komputera (komunikacja na płycie głównej). To wszystko, niestety, bez priorytezacji, współdzielone, interferujące, rywalizujące o dostęp do danych, o dostęp do pamięci oraz procesora. Cóż – w teorii – prawdziwy koszmar. W praktyce nie jest tak źle, bo obecnie projektowane chipsety radzą sobie z zawiadywaniem połączeniami bardzo dobrze, ale (nadal) nie tak dobrze, by coś bardzo wrażliwego (audioklamoty) nie było narażone na rozliczne problemy, gdy z PC nam gra. No właśnie.

Lekiem na to wszystko (właśnie – wszystko) ma być tytułowe ustrojstwo. Galvanic3.0 zawiera wcześniej stosowane w produktach tej firmy technologie: REclock, REbalance i REgenerate, które mają za zadanie zniwelować wszystkie błędy synchronizacyjne powstałe jeszcze przed dotarciem sygnału źródłowego do samego urządzenia. Ponownie przeliczone informacje są pozbawione zniekształceń, odpowiedzialnych za powstawanie wspomnianych opóźnień czasowych tj. jittera oraz szumu. To wraz z opisaną powyżej izolacją galwaniczną Galvanic stanowi całościowe podejście do tematu. Nie mamy tu zatem częściowej eliminacji, tylko, całkowite wyeliminowanie problemów na złączu USB w aplikacji audio. Niewątpliwie ma to umocowanie w teorii, pytanie czy w praktyce również? Patrzę na to przez pryzmat własnych doświadczeń, swojej informatycznej wiedzy – przy czym liczba zmiennych jest, jak to w świecie zero jedynkowym bywa – spora, wg. mnie wykracza poza opisane zjawiska (tak naprawdę dostosowujemy coś, co nie zostało, jak wspomniałem, zaprojektowane do zakładanego przez nas celu!). Komputerowe audio to góry i doliny, nie da się niestety wszystkiego przewidzieć, precyzyjnie określić… raz jeszcze – nie zapominajmy o oprogramowaniu!

Tak czy inaczej, ten produkt jest próbą ucywilizowania uniwersalnej magistrali pod kątem medium dla sygnału audio i warto będzie przekonać się (jak niewierny Tomasz ;-) ), czy faktycznie… Z nadesłanego opisu wynika, że możemy liczyć na, cyt.: brzmienie znacznie bardziej analogowe, holograficzne i namacalne, a przy tym zyskujące na szczegółowości i dynamice. Dystrybutor wspomina o dodatkowym upgrade Galvanica o firmowe zasilanie iPower (testowane u nas niedawno – będzie wpis o tym jak sobie ten zasilacz poradził zastępując org. zasilacze w Chromecast Audio oraz EVO 2 z zew. zegarem, produkcie M2Techa). Inną drogą, radykalną, eliminacji jest zastosowanie zupełnie innego sposobu transmisji, opartego na innym interfejsie (point-to-point), eliminującym przynajmniej część z problemów USB – mam tu na myśli FireWire (historycznie już) oraz Thunderbolt-a (obecnie). Tyle, że takie coś zawęża dramatycznie wybór klamota i w praktyce można wybierać tylko spośród pro-toolsów. Płacimy wtedy za rzeczy kompletnie zbędne z naszego pkt widzenia (wyjścia mikrofonowe, miksery, interfejsy dla instrumentów itd. itp.)

Co prawda dużej budy już u mnie od dawna nie ma, ale jest HTPC, jest laptop PC, jest tablet PC (to wszystko na Windzie) oraz są Maki (z ich teoretycznymi przewagami nad PC w zakresie grania muzyki z pliku, bo system, bo konstrukcja), jest zatem z czym sprawdzać, bardzo przekrojowo jak widać sprawdzać. Nie mam wątpliwości, że warto szeroko podejść do tematu testu, ocenić to co oferuje IFi pod kątem własnych doświadczeń oraz wiedzy na temat działania komputerów oraz systemów operacyjnych. Różne środowiska, różne (bardzo) konstrukcje i wspólny mianownik: złącze USB służące do wyprowadzenia dźwięku z kompa. Sprawdzę z wybranymi, trzema DACami: pracującym w tym trybie wszystkomającym Polarisie (Auralic), przetworniku USB Korga (DS-DAC-100) wreszcie klasycznym, oldschoolowym NFB-2 od Audio-GD. Różne kości C/A, różne interfejsy USB, bardzo różne tory…

Biorąc pod uwagę, że wołają za to 1749 złotych, faktycznie powinniśmy odczuć wyraźnie poprawę, progres. Czy tak będzie? Cóż, zobaczymy.

 

PS. Mamy potwierdzenie ze strony dystrybutora – przyjmuje wyzwanie ;-)