LogowanieZarejestruj się
News

Niewierny Tomasz: sprawdzę to. Co? To: IFi iGalvanic3.0

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
nano_igalvanic3.0

Nie to, że nie wierzę z zasady ;-) ale mam mocno sceptyczny, mocno krytyczny, mocno powątpiewający stosunek do otaczającej rzeczywistości i jak czytam takie coś: „Ogólny przyrost jakości jest niezaprzeczalny i pozwala spojrzeć na odtwarzaną za pośrednictwem komputerów muzykę w zupełnie nowym, żywszym i jaśniejszym świetle” to od razu moja przekorna, wątpiąca, nieufna natura (na szczęście dotyczy to tylko technologii, no przepraszam, polityki też dotyczy, ale od tego jak najdalej na HDO) każe mi od razu zapytać: serio, serio? Słyszałem wiele na temat poprawiaczy IFi, ich specjalizacji w tym zakresie, ba ostatnio coś nawet potestowałem (niebawem będzie słów parę na łamach), ale to co mówi się o iGalvanic-u ociera się o nieprzyzwoitość. Złoty Graal? Złoty Graal komputerowego audio? Plaster na wszystkie bolączki sygnału wyprowadzonego z komputera via USB? Uczynienie ze źródła PC Audio, źródła nie tyle hajfajowego, ale wręcz hajendowego (no serio, tak to opisują recenzenci, tak to opisują użytkownicy, wiele osób tak to ocenia). „Fejm” jaki towarzyszy temu produktowi zapala w mojej głowie czerwone światło, więcej, nie daje mi spokoju (czytaj, dodatkowo – stroboskop ;0)), uwiera…

No dobrze. Popatrzmy na to na chłodno. Czym jest iGalvanic (wersja 3.0)? „…Można powiedzieć, że dzięki zastosowaniu wewnątrz iGalvanic3.0 autorskiego transformatora separującego wykonanego z wysokiej jakości miedzi 6N, sygnał elektryczny wychodzący z urządzenia jest w całości wygenerowany na nowo, przez co jest on pozbawiony negatywnych naleciałości pochodzących z pierwotnego źródła sygnału, takich jak zakłócenia RFI i EMI…”  oookey, ale to w takiej czy innej formie pojawiło się na rynku, niektórzy podjęli się zadania poprawy tego, co (umownie) z komputera wychodzi, na sklepowych półkach pojawiły się regeneratory sygnału, pomocnicze akcesoria, współpracujące z resztą toru (czytaj z jakimś komputerem oraz dakiem wyposażonym w interfejs USB). Odszumienie sygnału miało być panaceum na wady wspomnianego interfejsu, przenoszącego z wnętrza komputera zakłócenia, interferencje oraz (nie)sławne opóźnienia czasowe. W przypadku zakłóceń sieciowych, zasilaczy komputerowych, które nie grzeszą nadmierną kulturą pracy (delikatnie rzecz ujmując) znaleziono sposób zaradzenia sobie z takimi, jak powyżej, problemami.

Aby całego tego zła uniknąć, stosuje się obecnie „izolację galwaniczną – technikę eliminującą (…) istotne problemy komputerowego audio, jakim jest negatywne zjawisko tzw. prądu błądzącego, który zakłóca pracę precyzyjnych podzespołów aparatury HiFi i high-end. Prądy te indukowane są głównie zasilaczach AC komputerów i rozsiewane po całym systemie, także poprzez złącza USB. Choć w normalnym użytkowaniu konsumenci nie obserwują występowania tych anomalii (lub nie są tego świadomi), to w wypadku produktów wysoce precyzyjnych, jak audiofilskie przetworniki D/A czy też profesjonalne interfejsy USB problem jest dotkliwy i powszechnie znany. To właśnie całokształt tych prądów błądzących i zakłóceń sieciowych jest powodem powstawania szumów i jittera, wyraźnie degradujących jakość brzmienia docelowych przetworników D/A typu USB. ”

To wszystko pozwala na poprawę parametrów sygnału, ucywilizowanie magistrali komputerowej, która nie była projektowana jako interfejs audio. USB to, jak sama nazwa wskazuje, port uniwersalny, mający setki zastosowań, główna arteria dla danych przyjmowanych z zewnątrz (nie licząc interfejsów sieciowych), a także połączeń między układami wewnątrz komputera (komunikacja na płycie głównej). To wszystko, niestety, bez priorytezacji, współdzielone, interferujące, rywalizujące o dostęp do danych, o dostęp do pamięci oraz procesora. Cóż – w teorii – prawdziwy koszmar. W praktyce nie jest tak źle, bo obecnie projektowane chipsety radzą sobie z zawiadywaniem połączeniami bardzo dobrze, ale (nadal) nie tak dobrze, by coś bardzo wrażliwego (audioklamoty) nie było narażone na rozliczne problemy, gdy z PC nam gra. No właśnie.

Lekiem na to wszystko (właśnie – wszystko) ma być tytułowe ustrojstwo. Galvanic3.0 zawiera wcześniej stosowane w produktach tej firmy technologie: REclock, REbalance i REgenerate, które mają za zadanie zniwelować wszystkie błędy synchronizacyjne powstałe jeszcze przed dotarciem sygnału źródłowego do samego urządzenia. Ponownie przeliczone informacje są pozbawione zniekształceń, odpowiedzialnych za powstawanie wspomnianych opóźnień czasowych tj. jittera oraz szumu. To wraz z opisaną powyżej izolacją galwaniczną Galvanic stanowi całościowe podejście do tematu. Nie mamy tu zatem częściowej eliminacji, tylko, całkowite wyeliminowanie problemów na złączu USB w aplikacji audio. Niewątpliwie ma to umocowanie w teorii, pytanie czy w praktyce również? Patrzę na to przez pryzmat własnych doświadczeń, swojej informatycznej wiedzy – przy czym liczba zmiennych jest, jak to w świecie zero jedynkowym bywa – spora, wg. mnie wykracza poza opisane zjawiska (tak naprawdę dostosowujemy coś, co nie zostało, jak wspomniałem, zaprojektowane do zakładanego przez nas celu!). Komputerowe audio to góry i doliny, nie da się niestety wszystkiego przewidzieć, precyzyjnie określić… raz jeszcze – nie zapominajmy o oprogramowaniu!

Tak czy inaczej, ten produkt jest próbą ucywilizowania uniwersalnej magistrali pod kątem medium dla sygnału audio i warto będzie przekonać się (jak niewierny Tomasz ;-) ), czy faktycznie… Z nadesłanego opisu wynika, że możemy liczyć na, cyt.: brzmienie znacznie bardziej analogowe, holograficzne i namacalne, a przy tym zyskujące na szczegółowości i dynamice. Dystrybutor wspomina o dodatkowym upgrade Galvanica o firmowe zasilanie iPower (testowane u nas niedawno – będzie wpis o tym jak sobie ten zasilacz poradził zastępując org. zasilacze w Chromecast Audio oraz EVO 2 z zew. zegarem, produkcie M2Techa). Inną drogą, radykalną, eliminacji jest zastosowanie zupełnie innego sposobu transmisji, opartego na innym interfejsie (point-to-point), eliminującym przynajmniej część z problemów USB – mam tu na myśli FireWire (historycznie już) oraz Thunderbolt-a (obecnie). Tyle, że takie coś zawęża dramatycznie wybór klamota i w praktyce można wybierać tylko spośród pro-toolsów. Płacimy wtedy za rzeczy kompletnie zbędne z naszego pkt widzenia (wyjścia mikrofonowe, miksery, interfejsy dla instrumentów itd. itp.)

Co prawda dużej budy już u mnie od dawna nie ma, ale jest HTPC, jest laptop PC, jest tablet PC (to wszystko na Windzie) oraz są Maki (z ich teoretycznymi przewagami nad PC w zakresie grania muzyki z pliku, bo system, bo konstrukcja), jest zatem z czym sprawdzać, bardzo przekrojowo jak widać sprawdzać. Nie mam wątpliwości, że warto szeroko podejść do tematu testu, ocenić to co oferuje IFi pod kątem własnych doświadczeń oraz wiedzy na temat działania komputerów oraz systemów operacyjnych. Różne środowiska, różne (bardzo) konstrukcje i wspólny mianownik: złącze USB służące do wyprowadzenia dźwięku z kompa. Sprawdzę z wybranymi, trzema DACami: pracującym w tym trybie wszystkomającym Polarisie (Auralic), przetworniku USB Korga (DS-DAC-100) wreszcie klasycznym, oldschoolowym NFB-2 od Audio-GD. Różne kości C/A, różne interfejsy USB, bardzo różne tory…

Biorąc pod uwagę, że wołają za to 1749 złotych, faktycznie powinniśmy odczuć wyraźnie poprawę, progres. Czy tak będzie? Cóż, zobaczymy.

FLAC z oficjalnym wsparciem w najnowszym iOS11 (z dużym ale…)

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Logo FLACnaIOS

No dobrze, pamiętacie? Tylnymi drzwiami, via ichnia chmura FLAC zawitał jako pełnoprawny kodek w systemie (w wersji testowej). Jutro nowy iOS będzie oficjalnie, będzie obsługa najpopularniejszego bezstratnego kodeka audio natywnie, w systemie. Co to oznacza w praktyce? Ano oznacza, że będziecie mogli słuchać swoich kolekcji muzycznych w dowolnej aplikacji, w tym systemowej (Music) bez konieczności konwertowania czegokolwiek do strawnego (przez Apple) formatu. Do tej pory trzeba było albo zainstalować jakąś apkę odtwarzającą flaczki, albo zdecydować się na mozolne konwertowanie plików, wybierając bezstratny kodek ALAC (jabłkowy wynalazek, który dzięki zerowemu zainteresowaniu samego jabłka popularyzacją jest obecnie niszowym rozwiązaniem na rynku).  Odnośnie samej apki – jest ich obecnie w AppStore całkiem sporo, część z nich oferuje naprawdę spore możliwości, przy czym ostatnie zmiany jakie zaordynowało Apple do programu iTunes mogą skutecznie zniechęcić Was do użytkowania oprogramowania innego, niż systemowe. I widzę tu pewną niebezpieczną korelację, ba widzę konsekwentną politykę mającą na celu skłonienie użytkownika jałbkofona (etc) do wyboru jedynie słusznej aplikacji firmowej, najlepiej z wykupionym abonamentem na Apple Music.

To, że iTunes powszechnie jest krytykowane za swoje przeładowanie, ociężałość, fatalny UX to oczywista, oczywistość, ale Apple usuwając aplet Programy ze swojej aplikacji zarządzającej pamięcią naszego iCośtam usunął jednocześnie najprostszą możliwość przenoszenia danych z pamięci komputera do pamięci handhelda (w tym muzyki do alternatywnych aplikacji odtwarzających muzykę). p W praktyce oznacza to, albo korzystanie z pośredników tj. chmury, lub bezprzewodowych sposobów transmisji (o ile takie możliwości dev przewidział w oprogramowaniu) lokalnie z komputera/serwera, albo faktyczną bezużyteczność danego programu odtwarzającego. Będzie zatem tak, jak w becie, to znaczy zagramy z nowej aplikacji Files (i będzie ściśle powiązane z ekosystemem) wspomniane FLACZki, a korzystanie z własnych zbiorów zapisanych w takim formacie nie będzie wcale proste i intuicyjne. Oczywiście użytkownicy dysponujący Makiem będą mogli, przykładowo, skorzystać z AirDropa, z współdzielenia pamięci masowych na urządzeniach z logo jabłka na obudowie – inni będą musieli kombinować.

Widzicie to „duże ale” w tytule? Już tłumaczę to „ale”: natywny FLAC w iOS nie jest dla wszystkich. To znaczy nie wszyscy użytkownicy jabłkofonów skorzystają, a użytkownicy iPadów w ogóle obejdą się smakiem. Jak tylko aktualizacja stanie się ciałem, ewentualnie zaktualizuje wpis, ale wszystko wskazuje na to, że z nowych możliwości skorzystają wyłącznie użytkownicy iPhone 7, 7+, 8, 8+ oraz X. Dodatkowo takie możliwości zapewni Apple TV 4 oraz nowy model 4K, tyle że w przypadku tych urządzeń nie mamy możliwości wygodnego wyprowadzenia dźwięku na zewnętrzny tor audio (w praktyce musi być amplituner, bo w ATV obecnie jest tylko HDMI, zrezygnowano z wyjścia optycznego). Prawdopodobnie takimi możliwościami będzie także dysponował nowy głośnik od Apple: Home Pod, przy czym nie jest to na razie w żaden sposób przesądzone, producent nie podaje dokładnych danych, specyfikacji tego nadchodzącego produktu. Co jeszcze bardziej zastanawiające, w specyfikacji obsługiwanego dźwięku w najnowszych modelach iPhone zniknęły AIFF oraz WAV. Dziwne, raczej oczywiste jest, że te formaty, szczególnie WAV nadal będą wspierane (muzyka nadal jest obecna w iTunes, nadal można konwertować, nadal mamy tam kolekcje/bibliotekę i integrację z usługami AM/iTunes Match). Być może Apple dokonało „skrótu myślowego” podając ogólnie informację o wsparciu dla Linear PCM w najnowszych modelach (wcześniej takiego zapisu w specyfikacji wspieranych formatów audio nie było). Sumując, użytkownicy wszystkich iPadów oraz iPhone <7 nie będą mieli nadal możliwości odtwarzania muzyki zapisanej we FLACzkach (podobnie iPodów Touch) natywnie w iOS11. Trudno na pierwszy rzut oka powiedzieć, co się za tym kryje, choć pewną wskazówką może być BRAK ANALOGOWEGO WYJŚCIA DLA SŁUCHAWEK WE WSPIERANYCH MODELACH. Wszystkie iPady oraz modele 5S/SE/6(+)/6S(+) dysponują audio jackiem. Innymi słowy taka decyzja miałaby uzasadnienie czysto marketingowe (nie techniczne, choć właśnie techniczny aspekt przesądza o wsparciu). Apple chce zasugerować w ten właśnie sposób, że jedynie słusznym wyborem dla kogoś, kto ma ochotę na słuchanie muzyki w jakości bezstratnej z jabłkowego telefonu jest zakup nowego modelu (to raz) oraz wybór takiego, który dysponuje wyłącznie złączem Lightning służącym do transmisji dźwięku (cyfrowo – to dwa). Przejściówka na jacka, dodawana do nowych modeli iPhone, kłóci się z uzyskaniem wysokiej jakości dźwięku – to jasne dla każdego, kto zwraca uwagę na SQ, stąd… no właśnie, dodatkowa zachęta do zakupu odpowiednich (lightningowych) słuchawek oraz ewentualnie akcesoriów (DAC/ampy).

Na taki wpis mogą liczyć wyłącznie użytkownicy wybranych, najnowszych modeli iPhone: 7/7+/8/8+ oraz X.
Po aktualizacji do iOS 11 tylko te modele będą wspierać natywnie najpopularniejszy kodek audio, z takiej możliwości skorzystają także użytkownicy Apple TV 4/4k, które również takie pliki odtworzą

A tak to wygląda i wyglądać będzie na reszcie urządzeń z iOS/tvOS, w tym m.in. @ wszystkich iPadach

Tu, co prawda, pojawia się kwestia wyraźnego promowania bezprzewodowego słuchania (co z wyżej wymienionymi kwestiami nie ma nic wspólnego, bo transmisja BT jest stratna, a o lepszym transferze w ramach aptX nie ma mowy w iOSie), własne słuchawki (te z logo i te pod marką Beats Audio) są praktycznie bez wyjątku Wireless, ale… ale sporo można zarobić, jak wyżej, licencjonując własny interfejs (Lightning), a bez certyfikacji (MFI) żaden z producentów (poważnych) produktu kompatybilnego z nowymi iPhone’ami nie wypuści. Chcesz słuchać w jakości HiFi? Kup odpowiedni telefon, kup odpowiednie słuchawki (z licencją) lub/i kup odpowiedni zew. DAC/AMP oczywiście z licencją. Trudno znaleźć inne uzasadnienie tego ruchu, szczególnie, że samo Apple mimo podjętych pewnych działań, nie zdecydowało się na wprowadzenie do swojego kramiku (iTunes) oraz streamingu (Apple Music) bezstratnej jakości dźwięku. Gdyby się na to zdecydowało, odcinanie wielu milionów potencjalnych klientów od swoich usług (lepszej jakości audio) byłoby kompletnie bezsensowne. W opisanej powyżej sytuacji, taki ruch wydaje się z marketingowego punktu widzenia całkiem sensowny, oczywiście z punktu widzenia użytkowników wygląda to zgoła inaczej i takie działanie producenta należy ocenić jednoznacznie negatywnie, bo nic nie stoi na przeszkodzie (techniczne) by wsparcie dla FLACów było oferowane dla wszystkich urządzeń przewidzianych do aktualizacji do najnowszej wersji iOS.

Moim zdaniem to decyzja o daleko idących konsekwencjach dla całego ekosystemu w aspekcie odtwarzania muzyki. Poza czynnikami wymienionymi powyżej jest jeszcze jedna kwestia, o której warto wspomnieć – wprowadzenie modelu Apple Watch’a LTE (seria 3) oznacza, że Apple Music na pewno w dającej się przewidzieć przyszłości nie dostanie opcji strumieniowania dźwięku o wyższych parametrach transmisji. To jeden z głównych marketingowych argumentów Apple podczas kampanii zachęcającej do zakupu nowego zegarka… dostęp do 40 milionów utworów (oczywiście via Apple Music) z nadgarstka, bez pośrednictwa iPhone, autonomicznie (dzięki modułowi komórkowemu zamontowanemu w najnowszym zegarku). To ma zachęcić do zakupu pierwszego AW lub do wymiany starszego modelu. A to się kłóci z transmisją lepszej jakości (zużywającej więcej energii, a ta jest tutaj na wagę złota oraz wyczerpującej szybciej paczkę danych w ramach abo). Do tego mamy konieczność wykorzystania w takim wypadku transmisji BT do transferu audio do bezprzewodowych słuchawek, sparowanych z zegarkiem i cały zysk z kompresji stratnej zostaje w dużej mierze zaprzepaszczony (nie ma tu zatem miejsca dla FLACzka)).

Apple wyraźnie ma ochotę sprzedać Apple Watch’a jako nowego iPoda, stąd zresztą decyzja o zaprzestaniu produkcji tego ostatniego (poza Touch’em, ale to i tak margines i Touch nie ma LTE, czyli streaming on the go odpada). FLAC zatem zostaje przez Apple wpasowany do własnej wizji sprzedaży w ramach ekosystemu i ma być oferowany jako „dodatek” do drogich i bardzo drogich, topowych modeli iPhone. Trochę na zasadzie: stać cię na kosztowny telefon, chcesz słuchać w bardzo wysokiej jakości? To proszę bardzo, możesz, ale musisz nam za to jeszcze parę razy ekstra zapłacić. Producenci „lightningowych” słuchawek oraz akcesoriów audio (DAC/AMPy kompatybilne z jabłkową elektroniką) mogą zacierać ręce. To co prawda nisza, ale z widokami (w końcu stream hi-res nam się też rozwija, nieprawdaż?) na spore zyski. Apple na tym zarobi, niemało zarobi, a do tego najmniejszym, nie – wróć, praktycznie zerowym kosztem (właściwie ograniczając się tylko do implementacji wsparcia dla kodeka w najnowszym iOS dla wybranych urządzeń). Tak się zarabia pieniądze. Nawet wbrew i na przekór interesom własnych klientów, użytkowników. Jak dla mnie, właśnie osiągnęli w tej materii prawdziwe mistrzostwo. Smutne to, ale jakże prawdziwe.

Złącze audio jack wyklucza natywnie FLAC na iOSie. Musi być jak powyżej. Tak to właśnie wygląda…

 

PS. Biorąc powyższe pod uwagę, nie liczę na jakieś większe zmiany w protokole AirPlay 2 (ma to przecież działać w całym ekosystemie, a nie tylko z najnowszym sprzętem… chyba). W przypadku SQ nic się nie zmieni i nadal nie będzie to zbliżone do możliwości konkurencyjnych rozwiązań odnośnie jakości brzmienia. Brak bitperfect, brak obsługi lepszej jakości niż 16/44-48, może chociaż opóźnienia zredukują i responsywność (multiroom tego wymaga).

Mamy potwierdzenie! KEFy LS50 Wireless będą kompatybilne z ROONem

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2017-09-15 o 13.37.40

System audio za rozsądne pieniądze, zawsze na czasie, w superkompaktowej formie zaklętej w dwóch głośnikach i najlepszym obecnie oprogramowaniu audio? Tak, moi drodzy, już niebawem. Przypomnę tylko, że mówimy o tych głośnikach: nasze wrażenia KEF LS50 Wireless i o tym oprogramowaniu: testy, opisy, poradniki nt. front-endu znajdziesz pod tym linkiempod tym oraz pod tym a także tutaj i tu. I jeszcze o tu. Wreszcie o ROCK (Roon Optimized Core Kit) tutaj, oraz ostatni wpis o iPENGu w ROONie (tutaj). Ludzie odpowiedzialni za rozwój software potwierdzili, że prace nad integracją są zaawansowane i do końca roku bezprzewodowe KEFy będą kolejnym ROONowym end-pointem. Wspominałem wcześniej o wprowadzeniu do software firmowego głośników Tidala – niewątpliwie była to bardzo istotna aktualizacja produktu, bardzo ważna dla użytkowników. Jednakże moim zdaniem dopiero kompatybilność z programem Roon Labs to prawdziwy game changer, bo dostaniemy całościowe rozwiązanie integrujące CAŁĄ naszą muzykę, z potężnym silnikiem DSP o ogromnych możliwościach, a dodatkowo wsparciem dla setek innych produktów, z obsługą nieograniczonej liczby stref, a dodatkowo to wszystko z doskonale opracowanym UI oraz z nowatorskimi sposobami korzystania z całej kolekcji. Coś czuję, nie – wróć – jestem pewien, że ktoś, kto spróbuje takiego duetu nie wróci już do firmowego oprogramowania, więcej nawet… może nie być skłonny do powrotu do klasycznego systemu audio. Zwyczajnie, nie będzie to sensowne od strony obsługi, od strony ergonomii, wygody oraz – tak, tak – jakości dźwięku.

Testuję bardzo mocno tryby DSP w ROONie, eksperymentuje, wspominałem o tym we wcześniejszym wpisie dotyczącym presetów dla słuchawek Audeze (testowane @ LCD-3), zmodyfikowałem bardzo znacząco (i jednoznacznie na plus, to wyraźny progres!) dźwięk z podpiętych kablem USB bezprzewodowych Momentum (niesamowitą robotę odwala tutaj DSP – to jest niebo a ziemia, serio). Słuchawki będące końcówką z własnymi, dopasowanymi trybami (Audeze), albo własnymi modyfikacjami to ten kierunek, a LS50 z ich ogromnymi możliwościami (praca całego układu) pozwolą na stworzenie systemu, który nie tylko (mocno w to wierzę) dopasuje się idealnie do danych warunków (akustyka pomieszczenia), ale jeszcze dodatkowo będzie mógł pozwolić (dzięki potędze kodu) na rzeczy, o których nam się nie śniło. To jest nie tylko możliwe, to jest już dostępne. Już. Pamiętam pokaz Beolabów 90 (Bang&Olufsen), niezwykle kosztownej konstrukcji, której przewaga nad klasycznym systemem (też wszystko zaklęte w głośnikach) ma się opierać _na oprogramowaniu_. Pamiętam zapowiedzi ciągłych modyfikacji, dodawania zupełnie nowych możliwości. Pamiętam. Tutaj jest o tyle inaczej i wg. mnie lepiej, że efektor kompatybilny z ROONem to już ma i co więcej będzie miał zapewnione szybkie i daleko idące modyfikowanie, usprawnianie i wprowadzanie nowego w ramach terminarza przypominającego (jako żywo!) rozwój najpopularniejszych systemów operacyjnych (mobile). To jest ciągły rozwój, przy czym (co bardzo istotne) dla użytkownika przyjazny i bezinwazyjny, czego dowodzą dwa lata użytkowania tego software przez wyżej podpisanego. Trzeba tylko i aż oswoić się z tym, że oprogramowanie to dzisiaj część toru, co najmniej tak samo ważna jak inne składowe (w przypadku LS Wireless nie będzie tego wiele ;-) ) i w związku z tym koszt związany z używaniem / zakupem jest wpisany w całą zabawę w audio. To nie jest dodatek. Raz jeszcze – to kościec, to fundament systemu / toru. Zapamiętajmy.

O tym, co można wyczarować za pośrednictwem DSP na ROONie, jeszcze nie raz na łamach HDO przeczytacie. Postaram się przygotować przewodnik ze wskazówkami, na pewno będzie sporo o nowych możliwościach jakie wprowadzają programiści do wspieranego już i opisanego @HDO sprzętu. Sam się ciągle łapię na tym, że jest coś do odkrycia, że warto posłuchać (przede wszystkim), warto dać szansę różnym klamotom/słuchawkom, a przy tym (co warte jest podkreślenia) modyfikacje, zmiany odbywają się nie w realu (zmiany sprzętowe, adaptacje akustyczne pomieszczenia) a wirtualnie, w oprogramowaniu. Dla tych, których to mierzi, którzy nie wierzą, są tradycjonalistami i nie chcą tego zaakceptować – ja to doskonale rozumiem, rozumiem przyzwyczajenia, rozumiem niechęć do „tych komputerów”, rozumiem nostalgię za prostotą (powiedzmy, bo względną) świata analogowego, świata fizycznego nośnika, prostego odtwarzacza, drewna, materiału, fizycznego medium. Ja to rozumiem, ale świat właśnie uciekł i to już nie wróci. Stream (KEF mówi gigabitowe WiFi 802.11ac, ale ja tam polecam podpiąć te KEFy kablem LAN, tak dla pewności, z routerem – zróbcie to ;-) ) to jest coś, co wszystko zmienia, komputer i soft taki jak ROON to jest coś co wszystko zmienia i to jest ten kierunek nieodwracalny, kierunek w którym zmierza cała branża audio, cała branża muzyczna.

Tytułowe informacje wypłynęły podczas targów CEDIA (wrzesień 2017 San Diego). Nie będzie potrzeby instalacji czegokolwiek (aktualizowania) w przypadku KEFów… ROON to ogarnie w ramach kolejnego update oprogramowania. Tak to się robi! Jak tylko się pojawi taka opcja, poinformuje Czytelników w aktualizacji niniejszego wpisu. KEFy będą widoczne jako nowy end-pont, oczywiście będzie możliwość grania wielostrefowego z innym sprzętem, przy czym Wireless-y w takim torze będą mogły być solo, nie będzie możliwości integracji paru takich zestawów (przynajmniej na razie). ROON z KEFami stworzą kompletne rozwiązanie, z obsługą każdego materiału, bez konieczności jakiegokolwiek uzupełniania takiego toru o inne składniki (streamery, wzmacniacze, pre…). Toru high-endowego, dodajmy, w mocno okazyjnej cenie (10k za głośniki i 2k za software z dożywotnią licencją). Proste? Proste.

PS. Informacja dla Czytelników pytających jak tam z Qobuzem w Polsce. Z trzech państw, które miały w wakacje pojawić się na mapie kraje z serwisem, na razie załapał się jeden – Hiszpania. W przypadku Polski oraz Włoch nadal toczą się negocjacje (to gorzej) oraz prace nad wprowadzeniem (podobno już wszystko jest przygotowane). Przypominam nasz wpis oraz wiadomości z ich oficjalnego bloga na którym opierałem swój wpis (konferencja z marca 2017, kiedy zapowiedziano start usługi w Hiszpanii, Polsce oraz Włoszech w wakacje). Także trzeba się uzbroić w cierpliwość i czekać.

Prawdziwa okazja? Questyle CMA600i po pierwsze amp, po drugie… też amp

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170626_135813646_iOS

Chiny wyrastają na prawdziwego potentata w produkcji sprzętu audio. To już nie jest wytwórca, oferujący tanią siłę roboczą (ta, przestała być na marginesie tania, czy na tyle tania, by kierować się li tylko tym parametrem w doborze partnera przemysłowego), to już nie bezwstydny kopista, to już nie tandeta. Od dawna już nie, a od niedawna chińskie, rodzime marki potrafią sprowadzić do parteru specjalistów z umownego Zachodu. Po prostu robią to lepiej, oferują więcej, dbają bardziej i …jeszcze, choć pytanie jak długo jeszcze, to co wprowadzą na rynek dają w konkurencyjnej cenie. Od dłuższego czasu nie tylko nie reaguje podejrzliwie na „Made in China”, ale wręcz przeciwnie – z zaciekawieniem badam wytwory rodzimej, chińskiej myśli technicznej. To – właśnie – nie są kopie, naśladownictwo, a własne projekty, własne opracowania, coś co pewnie do pewnego stopnia jest wynikiem doświadczeń zebranych przez lata produkcji czegoś, co zaprojektowano na Zachodzie, co zamówiono w chińskiej fabryce, ale też (coraz częściej!) własne, autorskie pomysły.

Wiele z tego, co trafia do Europy wywołuje zdziwienie, zachwyt, a przecież to zaledwie wierzchołek góry… gdybyście odbyli podróż po azjatyckich sklepach, albo sklepach (specjalistycznych) w Australii i Oceanii to… szybko doszlibyście do wniosku, że dzisiaj to, co najciekawsze, najbardziej innowacyjne powstaje wcale nie w Europie, wcale nie w Ameryce, a właśnie tam – w Chinach. Jest tego ogrom (kolega wrócił ostatnio z Antypodów, zahaczył też o Koreę i Tajwan), nieprzebrane morze produktów, z których część uznalibyśmy za awangardowe, za wyznaczające kierunki rozwoju branży. Tyle, że o nich wszystkich na Starym Kontynencie nigdy nie usłyszycie, a nawet jeżeli, to tylko jako wzmiankę, coś na marginesie. Powiem wprost: technologiczne serce globu bije w tych kontynentalnych i tych wyspiarskich Chinach, dodajmy do tego jeszcze hi-techową Koreę i mamy komplet, przy czym ogromny, gigantyczny potencjał przemysłowy, najpotężniejsze możliwości wytwórcze na planecie, jakie ma CHRLD, powodują, że te setki (precyzyjniej to nawet tysiące) marek audio (wyspecjalizowanych, tak, tak wyspecjalizowanych marek audio) to coś, czego nigdzie indziej, w takiej skali, nie ma, nie występuje. Wielkie korporacje, które dzisiaj królują na Zachodzie, siłą rzeczy są zachowawcze, maja globalny asortyment / ofertę, która jest w porównaniu z Państwem Środka mikra, malutka. Tak to obecnie wygląda. Z opowieści osoby nieźle zorientowanej, która dodatkowo miała możliwości zapoznania się nie tylko z rynkową ofertą, ale także zapleczem produkcyjno-projektowym wyłania się obraz prawdziwej potęgi. Dzisiaj to tam powstają innowacyjne pomysły, to tam „się dzieje”. Niebawem odczujemy to wszyscy, bo lokalność (jeszcze) wielkich chińskich wytwórców elektroniki użytkowej za moment przejdzie do historii, za moment to właśnie te wielkie marki będą w centrum, a wraz z nimi pojawią się mniejsze, specjalistyczne, które już dzisiaj mogą zawstydzić asortymentem i pomysłami wielu europejskich oraz amerykańskich producentów sprzętu IT/audio.

Słuchawkowa nirwana


Ten przydługi wstępniak o podróżach i wrażeniach ma uzasadnienie, głębokie uzasadnienie, w kontekście bohatera naszej najnowszej publikacji. Questyle to właśnie taka firma, która nie ogląda się na innych, tylko robi swoje. Robi to na poziomie najlepszych, zachodnich produktów, oferuje produkty na poziomie wysokiej klasy HiFi oraz high-endu w ….bardzo, bardzo atrakcyjnej cenie. Pamiętacie zapewne liczne publikacje na HDO opisujące wybitne klamoty Matriksa? To był (poza topowcami) poziom dobrego, solidnego HiFi, a tutaj mamy rzeczy, które mogą stanowić element dowolnego, nawet wyczynowego toru, bez ujmy dla podpinanych elementów. Aż tak dobrze? Ano, CMA600i w jednej z głównych funkcji, czy (moim zdaniem) kluczowej funkcjonalności, jest urządzeniem, które może swobodnie konkurować z uznanym za najlepszy (taa… rankingi) słuchawkowy amp Bakoonem HPA-21. Też Azja, na marginesie, słuchany przeze mnie niedawno (jak uda się wypożyczyć na dłużej to będzie recenzja), wykorzystuje podobny patent na granie, korzysta z tej samej technologii co tytułowy CMA. Bakoon był „pierwszy” (takie konstrukcje to nic nowego btw, kiedyś tak się wzmaki robiło), Koreańczycy zaoferowali swój produkt parę lat temu (o ile mnie pamięć nie myli AD 2013), parę firm próbowało stworzyć podobne urządzenia, ale dopiero Questyle zaoferował coś, co można uznać za odpowiednik, tyle tylko że w formie rozbudowanej funkcjonalnie, z dodatkiem symetrycznego toru dla słuchawek (HPA-21 jest konstrukcją SE). Zresztą, mniejsza o rankingi i prześciganie się kto bardziej, powiem już na wstępie, niech strzelba wypali, że CMA600i to jeden z najlepszych w skali bezwzględnej wzmacniaczy słuchawkowych, jakie są dostępne na rynku, to przede wszystkim amp, to też bardzo dobry (i na całe szczęście, bo właśnie to stanowi konieczne uzupełnienie tego produktu) pre i dopiero na końcu DAC. Jako przetwornik wypada średnio, to znaczy w cenie 4000 (co to za cena!? Dumping?! Za tyle w Polsce, właśnie za tyle, dzięki dystrybutorowi i chwała mu za to, bo gdzie indziej drożej) to przetwornik bardzo solidny, ale spora konkurencja w tym zakresie cenowym i zwyczajnie można lepiej. Mówię o komputerze, bo SPDIF jest tu niczego sobie. Ale to nieważne, zupełnie nieważne, bo amplifikacja jest tu znakomita i w przypadku pewnych redakcyjnych słuchawek to po prostu „must have”. Idealnie dopasowany partner. Z innymi też pysznie. Także, tak CMA600i wielkim wzmacniaczem nausznikowym jest.

 

A teraz to jeszcze, poniżej, uzasadnię…

» Czytaj dalej

DAP zaklęty w smartfonie: V30 od LG. Trend czy ciekawostka?

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
lg-v30-dac-9a433027bfda993fcf620

Parę razy na łamach wspominałem o telefonach z lepszym audio. Tym razem jednak to lepsze jest na poziomie na tyle wyśrubowanym, że warto pochylić się nad tym co przygotowało LG chwilkę dłużej i zastanowić, co to (i czy w ogóle coś konkretnego) oznacza. Warto przy okazji uświadomić sobie, że rynek masowych odtwarzaczy audio właśnie umarł, a to za sprawą definitywnego wycofania się z tematu przez Apple (patrz nasz wpis: iPod RIP). Tytułowy LG i to co przed chwilą napisałem ściśle się ze sobą łączy. Dlaczego? Ano dlatego, że ludzie dzisiaj słuchają… więcej muzyki, a ta jest na tyle łatwo dostępna i na tyle szeroko dostępna, że nie można tego pominąć w biznesowych rachubach. I to właśnie słuchanie „on the go” ma obecnie wyraźny priorytet. Oczywiście to słuchanie ma określoną formę, formę wyznaczaną przez zapuszczony na dotykowym ekranie stream z jakiejś usługi, z jakiegoś serwisu streamingowego audio. To po pierwsze. Po drugie, mimo że widzimy bezdrutową rewolucję, której (zresztą) głównym propagatorem jest wspomniane Apple (wyrugowanie audio jacka w iP7, AirPods, niemal wszystkie BEATSy z bieżącej oferty są bez kabla…), ludzie nadal słuchają muzyki korzystając z przewodowych słuchawek. I to się szybko nie zmieni. Najpopularniejsze na wynos IEMy to w 80% drutowce (via Nielsen), a nie bezdrutowce. Rzecz jasna z czasem udział BT słuchawek będzie rósł (dynamicznie), a wraz z nim nie będzie miało większego znaczenia z czego muzyka leci (źródłem będzie cyfrowy transport, nie odtwarzacz, wszystko będzie/jest w tym wypadku scedowane na efektor), ale na to jeszcze jw. poczekamy.

V30 (póki co na renderach)

Kluczowa sprawa… jacek. Audio jacek. Jak go nie będzie, to po co to wszystko? No właśnie. Anty-iPhone ;-)

Na rynku mamy DAPy, audiofilskie odtwarzacze, które ostatnimi czasy zaczynają odtwarzać muzykę z serwisów, są wyposażane w łączność z Internetem. To konieczność. Przy czym nie ma najmniejszych szans na to, by ten segment wyszedł z niszy w jakiej siedzi  - to będzie rozwiązanie dla garstki, choćby przez to, że ludzie nie mają ochoty na mnożenie bytów, a taki -zazwyczaj- androidowy, wyspecjalizowany odtwarzacz zwyczajnie odstaje w zakresie UI, konstrukcji, czasu pracy na baterii i paru innych parametrów od dobrej klasy smartfona. Także jest to coś obok, coś niszowego i przeznaczonego dla… bezkompromisowych miłośników dobrego dźwięku. Jak wyżej, dla prawdziwej garstki.

Nie hokus-pokus, a konkret skorelowany z zaawansowanym układem audio

No dobrze, a gdyby tak połączyć jedno z drugim? Koreańczycy, czy ogólniej, Azjaci, mają na tym polu pewne dokonania, jednak dopiero najnowsza propozycja LG wydaje się kompleksowa. Najnowszy flagowiec ma nie tylko wysokiej klasy układ konwertujący (ESS Sabre ES9218P), ma także odpowiednie oprogramowanie (bardzo, bardzo ważne – podkreślam to na łamach bezustannie, że to równorzędny element toru, tak samo istotny jak h-ware) oraz dopasowane do okoliczności, dobrej klasy słuchawki. Po raz pierwszy produkt masowy (a takim jest niewątpliwie każdy smartfon od dużego producenta elektroniki użytkowej) zamiast miernej jakości, firmowych IEMów (albo jakiegoś taniego podwykonawcy) otrzymał do kompletu bardzo dobre (słuchałem) IEMy. LG wybrało jako partnera Bang&Olufsena. W pudełku znajdziemy jeden z modeli dokanałówek Duńczyków. W czwartek (31.08 będzie premiera) uzupełnię wpis, gdy poznamy szczegóły co to za doki właduje do pudła koreański producent. Partnerstwo z B&O nie ogranicza się tylko do efektora, to także współpraca nad wspomnianym oprogramowaniem. To dobra wiadomość dla zainteresowanych (dla których jakość dźwięku ma duże znaczenie), bo daje gwarancję, że całość będzie trzymała odpowiedni poziom. I tak w software zaszyte będą presety i to takie, które mają stawiać na pierwszym miejscu wierność, naturalność, czystość przekazu, a nie wzbogacenie dźwięku o jakieś pseudoprzestrzenne efekty, czy prymitywne podbicie niskich tonów. Innymi słowy będzie to coś przygotowanego dla osób, które chcą usłyszeć różnicę, chcą czegoś więcej. Dzięki partnerom z B&O oraz ESS zostaną w pełni wykorzystane możliwości zamontowanego układu C/A, oprogramowanie sterujące pozwoli użyć filtrów (short/ sharp/ slow), które umożliwią odpowiednie dopasowanie pracy całego układu pod kątem odtwarzanego na telefonie repertuaru. Kość ESS, jaką wykorzystano, oferuje pomijalny poziom zniekształceń (0,0002%). Na marginesie, intrygujące jak poradzono sobie z interferencjami jakie generują zamontowane w telefonie anteny (LTE / WiFi), czy LG projektując V30 uwzględniło ten aspekt…

Taki układ ląduje w fonach po raz pierwszy, kto wie… może pojawi się w innych produktach tego typu? Mobilne chipy (b.niski pobór) robi Cirrus Audio, robi Asahi Kasei, robi także Wolfson, Texas Instruments też robi

Wzmiankowany Quad DAC pojawia się w produktach LG nie pierwszy raz, ale pierwszy raz pojawia się w produkcie globalnym (G6 nim nie był, a V20 nie oferował wszystkiego, co zaimplementowano do następcy w zakresie audio). Układ z osobnym, zwielokrotnionym konwerterem C/A osobno dla prawego, jak i lewego kanału to rozwiązanie typowe dla wspomnianych, kosztownych, wyspecjalizowanych DAPów. W smartofnach takich rzeczy się po prostu nie stosuje (stosuje się tanie układy o dużo gorszych parametrach, także w jabłczanej elektronice, żeby nie było wątpliwości). Powracając do początku naszego wpisu: ciekawe, czy będzie to li tylko ciekawostka, czy też jest to zapowiedź jakiegoś nowego trendu? Jak wspomniałem, jest pewna luka, jest pewne pole dla rynkowej ekspansji w przypadku takich produktów. Koreańczycy widać zdają sobie z tego sprawę i mają nadzieję, że możliwości audio V30 przełożą się na sukces rynkowy tego modelu. Czy się nie przeliczą to inna sprawa, ale jw. iPoda nie ma, DAPy to nisza, niszy, a lepsza jakość audio to coś, czego w tym segmencie (mobile) właściwie nikt na serio nigdy nie oferował. LG chce i jak widać coś już robi, Samsung podobno też ciągle się do tego przymierza (mówiło się o układach Wolfsona), a niewykluczone że i inni pójdą tym tropem, bo… czym tu się teraz wyróżniać, jak wszystkie „kieszonkowe” ekrany będą za raz wyglądały TAK SAMO, będą oferowały TAKIE SAME FUNKCJE i w zakresie funkcjonalnym, technologicznym właściwie niczym nie będą się już wyróżniać (między sobą). Czy tu przyciągnąć uwagę klienta? Jak zachęcić go do wymiany obecnego modelu? Czym zaskoczyć?

Audio może być jednym z takich „przyciągaczy”. Nowy V30 to niewątpliwie coś, co zagra co najmniej dobrze, co będzie można pożenić z bardzo, bardzo dobrymi słuchawkami (bez obaw o mezalians), ba, będzie można taki telefon potraktować jako wysokiej jakości źródło w stacjonarnym scenariuszu (tak, mam tu na myśli analogowe podpięcie do dowolnego toru audio). Przy czym na Apple nie ma co tutaj liczyć, bo decyzja o wyrugowaniu jacka wydaje się być ostateczna, a do napędzania głośniczków zamontowanych w smartfonie zwyczajnie nie kalkuluje się stosować jakieś wysublimowane układy C/A. Choć firma pokazała, że potrafi osiągnąć ciekawe efekty w najnowszej linii MacBooków Pro (dźwięk z wbudowanych głośników) i chce jeszcze bardziej rozwinąć w nadchodzącym iMaku Pro, to handheldy raczej z tego wszystkiego nie skorzystają. Dodajmy do tego bezprzewodowość jako standard w Jabłcu i iPhone jako odpowiednik wysokiej klasy DAPa (z odpowiednimi zmianami w konstrukcji pod kątem audio) odpada. Wygląda zatem na to, że (o ile) audio stanie się marketingowo nośnym tematem w mobile to będzie to dotyczyć Androida. Zainteresowanymi mogą być nie tylko znane marki z Korei czy Japonii (Sony), ale także mocno ekspansywni chińscy producenci. Tu walka na to kto da więcej może być szczególnie agresywna, firmy mogą prześcigać się co zaoferują klientom, a my możemy tylko cieszyć się z takiego obrotu sprawy. Finalnie dobre słuchawki zawsze się przydadzą, a jak będziemy je otrzymywać w komplecie z telefonem to tym lepiej. To co znajduje się w pudle dotychczasowo nadaje się zazwyczaj do szybkiej utylizacji. Może to być także dodatkowy impuls dla usługodawców, dla serwisów, by uzupełnić ofertę o lepszej jakości dźwięk.

Poprzednik V20 z solidnymi dokami B&O, pytanie czy V30 dostanie coś lepszego i co to finalnie będzie?

Właśnie, na koniec jeszcze jedna ważna rzecz. LG postanowił rozpocząć współpracę nie tylko z B&O, ale także z MQA (btw udział specjalistów od dźwięku w pracach projektowych to kolejna dobra wiadomość dla zainteresowanych V30). To pierwszy taki, na taką skalę, alians w którym stroną jest wielki producent elektroniki użytkowej. Nie oszukujmy się, tylko taka droga może przynieść pozytywne efekty, spopularyzować temat. Streaming muzyki hi-res będzie miał szasnę wyłącznie wtedy, gdy sprzęt z kieszeni (telefon) będzie to obsługiwał natywnie, gdy muzyka zapisana w tej technologii pojawi się w ofercie najpopularniejszych serwisów streamingowych. Tidal do takich się niestety nie zalicza i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić. Zatem kto? Ano wiadomo kto: Spotify. Ewentualnie (jeszcze) Pandora na rynku północnoamerykańskim. Biorąc pod uwagę to, co napisałem o Apple, na MQA w jabłczanym kramiku czy streamie raczej bym specjalnie nie liczył. Szkoda, bo wraz z wprowadzeniem własnych usług do oferty w konkurencyjnej, androidowej platformie dawałoby to możliwość jeszcze szerszej, szybszej popularyzacji, ale jw. to mało prawdopodobne.

Sumując, przekonamy się czy ten V30 nie będzie zwiastunem nowego trendu. Na IFA smartfon będzie prezentowany. Jeżeli dotrzemy na targi, sprawdzimy czy faktycznie. A wieczorem, najpóźniej jutro pierwsza z publikacji recenzji, której bohaterem będzie IFi Audio iDSD Nano LE. Też mobile…

Nowe możliwości ROONa: presety dla słuchawek. Na początek Audeze

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
LCD-3@Korg_DSDcon

Obiecałem wpis o nowych możliwościach. Przez dwa dni ostro testowałem temat. Przekrojowo. Muzyka gatunkowo zróżnicowana, różne źródła, różna elektronika, z dodatkowymi trybami konwersji (PCM->DSD, binaural) i bez, o jakości CDA i wyżej… Wspólny mianownik? Wspólny mianownik to preset dla LCD-3. Jedno ustawienie, żadnych kombinacji, gotowe takie, przygotowane przez speców. I co? No, kurcze, jestem pod wrażeniem. To nie są subtelne zmiany, nie na granicy percepcji. Dźwięku jest więcej, jest bardziej, wszystko staje się czytelniejsze, bardziej uporządkowane. Tak, to właściwy opis zmian jakie zachodzą. Nie, że nagle mamy lepszą średnicę, czy nagle nam na dole coś więcej słuchawki pokazują, czy jakieś specjalne zdolności wychodzą w wysokich. Nie. Tu chodzi o całokształt właśnie. No, no… 

Ujmę to tak: jeżeli można coś poprawić w danym systemie bez JEGO WYMIANY i mówimy tutaj o systemie słuchawkowym, gdzie nie ma zmiennych typu pomieszczenie, typu ustawienie to takie dopasowanie pod konkretny model słuchawek ma oczywiste uzasadnienie, ma sens i nie ma wg. mnie co doszukiwać się jakiejś niechcianej, niestosownej ingerencji w to, co autor miał na myśli. To nie jest manipulacja, a – właśnie – to dopasowanie. Jeżeli otrzymujemy lepiej przyprawioną potrawę, to zwyczajnie oceniamy to jednoznacznie pozytywnie. Tu jest podobnie. Jest bardziej. Idziemy we właściwym kierunku, czy może (nawet!) dochodzimy do optimum. Zmienną jest skrzynka, która konwertuje i wzmacnia (ewentualnie dwie osobne skrzynki). Owszem, to zmienna, ale jak wykazały siłą rzeczy za krótkie (jeszcze będę do tego wracał, oj będę) testy, bez względu na podpiętą elektronikę możemy oczekiwać tego, co powyżej. Sprzęt wybitnie dobry, być może, będzie już tylko subtelnie rzecz pokazywał – nie wykluczam i takiej możliwości – ale zasadniczo na klamotach bardzo jakościowo przyzwoitych progres jest wyraźny, to słychać. Przy czym jak już preset uruchomimy to zalecam ostrożność z binauralizacją. Ta modyfikacja sygnału komplikuje sprawę. Nadal możemy bez pudła określić kiedy DSP jest, a kiedy nie jest uruchomiony, kiedy ustawienie pod Audeze jest aktywne, ale nie jest to tak zauważalne jak w trybie z załączonym „na wyłączność” presetem. Natomiast można śmiało wymusić konwersję PCM@DSD. Tu zależność jednego od drugiego nie zachodzi, albo jest na tyle nieuchwytna, że nie ma sensu zawracać sobie nią głowy.

No to jedziemy: presety pod LCD-3 plus binaural plus PCM -> DSD128 native

Mhm :)

Tak, do tego faktycznie trzeba mocnego sprzętu, przy czym dzięki ostatnim usprawnieniom silnika teraz jest płynnie, nawet gdy zapuścimy wielokanałowy materiał z załączonymi presetami pod LCD-3 plus binaural plus PCM -> DSD128 native w DSP

Trzeba suwakiem mocno jechać w dół, tyle tam się dzieje :)
Dużo dobrego się dzieje, choć z binauralizacją uważajmy w sytuacji, gdy presety załączamy (patrz tekst)
PC robi tu za końcówkę, endpoint (Bridge), a napędem jest Core @ 4GHz iMaku (i jest stabilne 2x w processingu)

Widać, że współpraca ROONa z Audeze to coś więcej. Po pierwsze, w panelu widzimy cały przekrój oferty Amerykanów, są wszystkie obecne w sprzedaży modele. Innymi słowy, jeżeli jesteś właścicielem słuchawek tej marki to w ROONie znajdziesz dedykowane ustawienia. Zmienia się optyka, bo teraz już nie elektronika (owszem, zobaczymy w nazwie naszego DACa czy DAC/AMPa, naszego klamota) a efektor stanowi centralny punkt odniesienia. I software, właśnie, software. To DSP robi tutaj różnicę, to w jaki sposób oprogramowanie kształtuje sygnał audio, jakim zabiegom poddaje ten sygnał, w efekcie czego otrzymujemy to, co słyszymy na… efektorze. Ikonka podpiętych słuchawek świetnie to symbolizuje. Tu nie chodzi, moi drodzy, o względy estetyczne czy jakieś połechtanie użytkownika (o mam LCDki ;-) . Nie, chodzi o coś innego. O wskazanie, co stanowi najważniejszy, kluczowy element toru – o to tu chodzi. Niby to oczywiste, ale jakże często sami łapiemy się na tym, że bardziej zajmuje nas lektura specyfikacji kości konwertera, zastosowany interfejs, jakieś inne elementy niekoniecznie związane bezpośrednio z brzmieniem (tak, wszystko się liczy, ma wpływ, ale różny, jest hierarchia, a zależności nie zmieniają tego, co powyżej napisane)… po pierwsze liczy się co jest na uszach, albo co stoi na standach czy podłodze. To się przede wszystkim liczy.

Pełen przekrój oferty Audeze – presety dla wszystkich słuchawek i tych z serii LCD i tych tańszych Sine, czy EL.
Są też IEMy, mimo że ROON to desktopowa aplikacja dla stacjonarnego toru. Owszem, ale te IEMy też są właśnie m.in. do domu (niebawem przeczytacie więcej na ten temat)

Jak wspomniałem we wcześniejszym, szybkim wpisie na fb, mam nadzieję, że ROON nie będzie zawężał doboru partnerów do jednej firmy robiącej słuchawki. Mam nadzieję, że pójdzie dalej. Może to być zarówno wbudowane w oprogramowanie, jak i (jest taka możliwość już teraz) dostępne w formie plug-inów. To, mogłoby być nawet lepsze rozwiązanie, bo w końcu producentów nauszników / IEMów na kopy, po co zaśmiecać (dla kogoś, kto nie dysponuje) panel jakimiś konkretnymi modelami / produktami. Rzecz do rozważenia przez developera. Kogo bym widział też już pisałem, przypomnę tylko, że fajnie gdyby na liście pojawiły się takie marki jak HiFIMAN, Stax, Sennheiser , Audio-Technica czy AKG, jak również spece od głośników, którzy ostatnio mocno zaangażowali się w segmencie słuchawkowym. Są takie modele nauszników, które – zwyczajnie – są mocno wymagające, które od razu (a czasami w ogóle) nie pokazują swoich możliwości, grają poniżej, albo grają wręcz słabo. Mam takich pacjentów u siebie, tak mam na myśli K701, mam też na myśli HD650, a z tego co było, albo i nie było na pewno warto wymienić HD800, HE-6 czy K812. I dalece nie wyczerpuje to listy (przypomniałem sobie - dajmy na to takie gradosy, to też wdzięczny temat dla twórców presetów). Także oby to nie było na wyłączność, oby to nie była akcja „tylko dla”. Oby, bo byłaby wielka szkoda. Ten pomysł to strzał w dziesiątkę i może w niektórych przypadkach wręcz zmienić postrzeganie odnośnie zakładanych na łeb słuchawek. Więcej. Myślę, że może (nawet) przekonać antysłuchawkowców (sporo ich wbrew pozorom, sporo), że nie taki diabeł straszny, że jednak te słuchawki mimo że inaczej, mimo że nie tak jak dotychczas, zgodnie z przyzwyczajeniami i upodobnieniami, potrafią. Dużo potrafią i da się na nich słuchać na wysokim, czy nawet bardzo wysokim poziomie.

To co powyżej w oczywisty sposób przykuło moją uwagę, ale nie zapomniałem o paru innych rzeczach, które wprowadzono w najnowszej wersji. Najważniejszą zmianą jest ta związana z wydajnością. Zasobożerny processing sygnału w ramach trybów DSP (konwersja w locie do DSD, binauralizacja etc.) zjada obecnie znacznie mniej zasobów. Zauważalnie mniej. Przy opcji maksimum na złożonym torze z iMakiem w roli Core i end-pointem w postaci nanoPC (Bridge) z konwerterem C/A Korga (100), z wymuszoną konwersją sygnału do DSD128 (tryb natywny), binauralizacją oraz presetem dla LCDków miałem stabilne 2.8x, podczas gdy przed upgrade wartość ta spadała poniżej 2. Sprawdziłem także jak poradził sobie ROON z sygnałem wielokanałowym poddanym podobnym zabiegom. To najtrudniejsze wyzwanie i znowu wyraźny progres. Mam stabilne 2x. Wcześniej nierzadko Mac dostawał zadyszki (Core i7@4GHz) i spadało do 0,7-0,8x. Wyświetlał się komunikat o problemie z niewystarczającą wydajnością Core i rwało się odtwarzanie. Także well done, świetna robota Panie, Panowie!

Stabilnie, bez żadnych niedomagań. Wcześniej widziałem na liczniku (powyżej) 1,8x-1,6x. Duży progres w tej wersji oprogramowania odczuwalny szczególnie wtedy, gdy intensywnie korzystamy z zasobożernych trybów DSP

Z pomniejszych rzeczy, udało się doszlifować temat panelu szybkiego uruchamiania odtwarzania. Jest rozbudowany o użyteczne opcje, można przykładowo od razu przystąpić do słuchania radia (także rozumianego w kontekście mieszania utworów z lokalnych i zdalnych zbiorów), wyświetla się też podstawowa informacja z czego korzystamy w danej chwili. Pozostaje czekać na parę nowości, takich jak pełna obsługa MQA (własny dekoder?), jak wsparcie dla Chromecasta oraz implementacja AirPlay’a 2. To ostatnie może być ciekawe w kontekście prawdopodobnego ograniczenia przez Apple wdrożenia tej nowej technologii do (tylko) własnych usług, własnego oprogramowania. Innymi słowy, jak stream to Apple Music, jak software to Music App albo iTunes. Oczywiście nie jest to pewne, bo na razie wiemy tyle, co nam przekazano na konferencji, ale niebawem (6 wrzesień) pewnie się wyjaśni. Wprowadzenie AP2 do Roona dawałoby użytkownikowi możliwość skorzystania z alternatywnych usług (Tidal) oraz alternatywnego oprogramowania (ROON). Cóż,za moment zobaczymy jak to będzie finalnie wyglądało.

Tu z załączoną binauralizacją (warto poeksperymentować, przy czym presety raczej bez, niż z)

O właśnie: bez włączonej binauralizacji, z presetem pod efektor

Zmiana wielce wymowna… po pierwsze i po drugie liczy się efektor (tu LCD-3), konfiguracja pod jego specyfikę, pod jego charakterystykę. Efekt? Bardzo przekonujący :)

Z tym, jak wyżej, uważamy.
Według mnie te tryby wchodzą sobie nieco w paradę, po prostu korzystamy z dopasowania sygnału w oparciu o ten sam mechanizm, chcąc uzyskać różny, ale ściśle określony, zaplanowany efekt

I rośnie :) Zastosowali FFT (Fast Fourier Transform), który ma dać nawet 10 krotny wzrost wydajności. Nowy silnik bierze pełnymi garściami z możliwości jakie oferują najnowsze gen. procesorów x86/64.

Załączamy preset

Konwersja 24bit -> 64bit ->24bit

A, bym zapomniał… jeszcze jedno, rozbudowa panelu szybkiego odtwarzania. Niby mała rzecz, a cieszy, bo to bardzo użyteczna rzecz…

O ROONie możecie przeczytać w naszych wcześniejszych wpisach: testy, opisy, poradniki nt. front-endu znajdziesz pod tym linkiempod tym oraz pod tym a także tutaj i tu. I jeszcze o tu. Wreszcie o ROCK (Roon Optimized Core Kit) tutaj, oraz ostatni wpis o iPENGu w ROONie (tutaj).

Nagrody EISA: KEF Wireless & NAD C338

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
EISA awards

Z tymi nagrodami bywało tak, że można było z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć, jakie to marki (a raczej jakie korporacje grupujące marki audio) otrzymają wyróżnienie „produktu roku”. Warto zatem zachować zdrowy dystans do takich zawodów, bo choć nagrody przyznają dziennikarze z branży to często jest (było?) właśnie tak, że „o znowu Denon” ;-) Owszem, trafiają się też ciekawe, nieszablonowe, albo zwyczajnie trafne (bo pokazujące faktyczną innowację, coś nowego, odkrywczego) decyzje jury, ale… można też powiedzieć, że nierzadko są to wybory mocno przewidywalne. Od niedawna jest nieco odważniej – trzeba to uczciwie przyznać – ale też tak dużo się tych kategorii porobiło, że gdzieś nieco ulotniła się pierwotna wartość nagrody EISA. Widać jednak, że idą z duchem czas(ów) i zwyczajnie w tej wielości, różnorodności, przebija nam się rzeczywistość – jak nazwać te wszystkie audio omnibusy, te samograje? Kategorie ulegają zatarciu, właściwie już nawet nie staramy się tego porządkować, bo zaraz zaskakuje nas nowy pomysł na granie. No takie czasy…

W tym roku było więc i przewidywalnie (patrz powyższy obrazek z nagrodzonymi w kategorii HiFi Audio) i …bez zaskoczeń, choć (subiektywnie) zasadniczo trafnie. Dwie nagrody powędrowały do rzeczy przez nas niedawno opisanych na łamach tj. KEFów LS50 Wireless (patrz nasze wrażenia) oraz NADa C338 (patrz nasz test). Oba te produkty są na tyle nowatorskie, na tyle mocno akcentują zmiany jakie zachodzą w branży, że…ich brak na liście nagrodzonych byłby cokolwiek niezrozumiały. Cieszy uznanie dla nowego, ultranowoczesnego Hegla (Rost… kolejny rok, kolejny Hegel), zrozumiały wydaje się wybór Phantoma (Devialet) w innowacjach. Inne typy, jak wspomniałem, mocno przewidywalne, no może poza mobilnym amp/dakiem RHA. Na marginesie – jak już tak bardzo rozbudowano kategorie, tak wiele nowych postanowiono wprowadzić, dziwi brak czegoś, co zahacza o oprogramowanie, o technologie IT dzięki, którym to wszystko w ogóle działa. Przecież dzisiaj to właśnie software staje się elementem nie tylko niezbędnym, ale wręcz kluczowym w audio oraz audio/wideo (przykładowo patrz nas ostatni wpis na temat). Spore niedopatrzenie. Niby jest więc nowocześnie, ale jak wyżej software ważna a niedoceniana rzecz, no i jednak konserwy w tym EISA siedzą (vide dwie kategorie dla gramofonów) ;-) Dobrze, dobrze, cieszmy się, że są analogowe źródła, bo cała reszta to już prawie bez wyjątku komputery.

Wracając zaś do tytułowych. KEF pokazał co można zrobić zamykając cały system w głośnikach. Nie multiroomowych, nie niewielkich strefowych, takich jeszcze nie HiFi, a bardziej do słuchania w tle, czy kina, a konkretnych właśnie hajfajowych, a wręcz high-endowych… to produkt, który jest emanacją tego co dzisiaj i jutro: streamingu, komputerowego audio (software!), braku kabla. Kabla jako konieczne medium: tam, przypominam, jest sieciowa skrętka, przewód LAN, który to przewód łączy głośniki, może też ten LAN łączyć fizycznie z torem, ale jako opcja, bo jest WiFi. Nazwa jest więc trafna, mimo krytyki, utyskiwań, bo właśnie to „do” zazwyczaj jest wireless, a jeszcze mamy rozbrat z kablem audio, z kablem służącym do przesyłu analogowego sygnału. Ni ma, wygumkowany. To komputerowe, to ciągłe doskonalenie, nowe możliwości… to oprogramowanie, to systemy komputerowe, często gęsto mobilne, które są warstwą sterującą w klamotach, jak i w bezprzewodowych źródłach, w transportach, wreszcie terminalach dostępowych / zawiadujących (co dzisiaj oznacza po prostu jakiś smartfon w kieszeni). Tak, to brzmi dość koszmarnie, ale w praktyce, jak wspominałem w recenzjach zazwyczaj jest proste, jest wygodne i daje (nieograniczone) możliwości. Miał być Tidal? I jest. Będzie pełna obsługa MQA? Ano będzie, dalej… ROON, rozbudowa DSP, będzie wiele, wiele nowych rzeczy. To wszystko ma sens. Także w kontekście jakościowym ma.

C338 to następca najprzystępniejszych, najdostępniejszych integr w katalogu – wzmacniaczy, które od zawsze miał w swojej ofercie NAD. To chyba nawet bardziej od D3020 (patrz nasz test) nowa inkarnacja legendarnego C3020bardziej, bo ma te rzeczy, które tworzą całościowy pakiet: jest streaming WiFi (Chromecast) i BT (aptX), jest gramofon (to dzisiaj ważne, nie tylko ze względu na modę, bo ludzie zwyczajnie szukają czegoś innego) - sumując –  jest integracja wszystkich źródeł (te fizyczne i niefizyczne mam tu na myśli ;) ). Do tego klasa D, która brzmi dojrzale, prezentuje się lepiej od wspomnianego D3020, gdzie dodatkowo mieliśmy „tylko” BT, gdzie zamiast WiFi, było mniej wygodne (integracja komputera) USB, gdzie (wreszcie) nie było gramofonowego pre. C338 to nie tylko coś uniwersalnego na dziś i na jutro, to także (dzięki patentowi na strumień by Google) coś przygotowanego na przyszłość, bo internetowy gigant będzie temat wspierał, będzie rozszerzał, rozbudowywał, bo ma w tym oczywisty interes. Są inteligentne głośniki (tylko czekać, aż pojawi się taka kategoria), jest wyścig, którego celem są nasze mieszkania, domy (inteligentna chałupa). W to wszystko się audio wpisuje, właśnie wpisuje i przed tym (zwyczajnie) nie uciekniemy, bo i po co uciekać?

Ci, którzy wiedzą jak tworzyć ekosystemy, giganci IT, zrobią co trzeba, żeby to wszystko się dogadywało, działało w sposób spójny, prosty i przewidywalny. Za moment będzie AirPlay 2, będzie BT 5.0, będzie ostateczne zerwanie z przestarzałym, skostniałym systemem dystrybucji treści, opartym na widzimisię wielkich wytwórni. Ich czas przeminął. Za moment czeka nas integracja asystentów/ek głosowych (implementacja tego do systemu audio jest kwestią najbliższych kilkunastu miesięcy), co zwyczajnie ułatwi sprawę, bo już nie będziemy mazać po ekranach, nie będziemy zastanawiać się czy to, czy tamto jest ze sobą kompatybilne. Wszystko zmierza do tego, by elektronika użytkowa wtopiła się w otoczenie. W pełni. System audio również. Za moment klasyczny tor będzie vintage. Wiem, strasznie to brzmi, ale w praktyce to nowe da się lubić.

Archiwa Internetu bogatsze o 50 tysięcy nagrań

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2017-08-15 o 23.32.48

Winylowych i nie tylko winylowych. Od 1985 roku ARC (nowojorskie Archiwum Muzyki Współczesnej) gromadzi i udostępnia materiały audiowizualne, przy czym od chwili podjęcia współpracy z InternetArchive.org (Projekt Wielkie 78 …to od 78RPM) te zbiory są dostępne globalnie – każdy chętny może z nich skorzystać. Ludzie, którzy za tym stoją, wykonują prawdziwie tytaniczną pracę, przenosząc do postaci zero-jedynkowej tysiące nagrań, które nie miały wznowień w erze cyfrowej, które… prawdopodobnie uległyby z czasem całkowitemu zapomnieniu. Na szczęście setki wolontariuszy poświęca swój wolny czas, czego efektem jest przeniesienie 50 tysięcy nagrać (to płyty gramofonowe wykonane z szelaku oraz winylu, jak również muzyka zapisana na cylindrach) do Internetu. Dzięki entuzjastom mamy do dyspozycji ponad 200 000 nagrań (przeniesionych z fizycznego nośnika), głównie tych z lat 50-tych oraz muzyki wydanej wcześniej. Wspomniałem o zapomnieniu, ale to nie najgorsze, co mogłoby spotkać stare nośniki z zapisaną na nich muzyką. Ostatnio przeprowadzona ocena zbiorów przyniosła jednoznaczną diagnozę – albo się to wszystko zdigitalizuje, albo za parę lat nie będzie możliwości odczytu, uratowania tego, co zapisano przed kilkudziesięciu i więcej laty.

Prawdziwe muzyczne back to the past ;-)

Powód takiego stanu rzeczy związany jest z niedoskonałościami dawnego rejestrowania muzyki. Bardzo wysoki współczynnik szumu, liczne zniekształcenia, degradacja samych nośników to czynniki wpływające na stan nagrań. Do tego dochodzą ograniczenia sprzed l. 60-tych (wtedy znacznie udoskonalono technologię wytwarzania nośników oraz technologie zapisu), w praktyce mocno utrudniające cały proces. Wykorzystywany w procesie produkcji płyt, bezbarwny lakier, pod wpływem upływu czasu po prostu rozpada się w rękach.

Archiwa wzbogaciły się o wiele, dzisiaj już zapomnianych, mało znanych, gatunków muzycznych, takich jak: wczesny blues, bluegrass czy yodeling. Można tam znaleźć takie perełki jak utwory wykonane na pierwszych, polifonicznych syntezatorach lampowych Hammonda – Novacord w 1941 roku (!). Warto dodać, że te niesamowite instrumenty pojawiły się ćwierć wieku przed pierwszymi, nowoczesnymi syntezatorami Mooga. To kawał historii – współczesnej, XX wiecznej, historii muzyki, który udało się zachować dla potomności.

 

Hammond Novacord – lampowy syntezator polifoniczny (pierwszy pojawił się w 1939 roku)

Sam proces digitalizacji jest bardzo skomplikowanym zadaniem i właściwie należałoby określić go mianem zaawansowanej post-produkcji, wyborów artystycznych dokonywanych przez osoby zaangażowane w projekt. Dlaczego? Ano dlatego, że w przypadku opisywanych nagrań nie stosowano uporządkowanej klasyfikacji, standardów, dość powiedzieć, że przed końcówką l. 20 (XXw.) nie było czegoś takiego, jak ustandaryzowana prędkość odtwarzania utworu. Generuje to poważne problemy, gdy chcemy oddać dawny charakter nagrań, do tego należy podjąć decyzje odnośnie umiejscowienia mikrofonów, ich typu, liczby oraz jakie częstotliwości pierwotnego materiału możliwe są do odtworzenia i zapisania (wymaga to wielu prób, wielu korekt). To zupełnie inna bajka, inna w porównaniu z odtwarzaniem i rejestracją materiału z lat 60-70 aż do współczesnej nam muzyki. Stąd takie przenoszenie do cyfrowej formy to de facto proces twórczy, wymagający podejmowania wyborów, decyzji co tak naprawdę chcemy uzyskać, co się dla nas liczy. Generalnie podjęto decyzję o nie remasterowaniu nagrań (maksymalne zachowanie wierności z oryginałem) oraz nie usuwaniu artefaktów, które powstawały zarówno w fazie zapisu, jak i później, podczas wielokrotnego odtwarzania (ten ostatni element jest mocno kontrowersyjny, ale też zrozumiały, bo w wielu wypadkach po prostu nie da się „odtworzyć” jak dany utwór brzmiał w chwili zarejestrowania, nie da się tego precyzyjnie określić). Przyjęto zasadę, że ma to być dźwięk z epoki, dźwięk jaki słyszeli nasi dziadkowie, pradziadkowie. Jednocześnie w przypadku niektórych materiałów udostępniono wiele wersji, zarchiwizowanych w różnych stylach, nagranych w różny sposób.

Można te nagrania bez ograniczeń pobierać, można także zostawić merytoryczny komentarz. Na Twitterze działa konto Great 78 Project, gdzie możemy co 10 minut odczytać tweeta o kolejnym, dodanym do kolekcji nagraniu. Dostępny jest także sensowny system wyszukiwania, pozwalające na szybkie wyszukiwanie materiałów w najlepszym stanie (mint, near mint, very good). Dla zainteresowanych, sporo informacji na temat projektu, sposobów przenoszenia muzyki z pierwszej połowy XX wieku do postaci cyfrowej i wiele, wiele więcej na blogu mieszczącym się pod tym adresem.

Brawa za inicjatywę!

Jak widać, pierwsze nagrania udostępnione w ramach projektu pochodzą z 1903 roku… ostatnie zaś, to muzyka z końcówki l. 50. Warto.

 

Nowy konwerter X-SPDIF & karta PCI-e X-Hi dla PC od Matrix Audio

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Matrix

Szkoda, że od dawna nie mam żadnej budy ;-) Chętnie bym sprawdził ten interfejs @ PCI-e dla peceta, który dzięki komunikacji omijającej magistralę USB, może znacząco poprawić brzmienie z komputerowego źródła. Taki tuning to alternatywa dla wyspecjalizowanego PC, albo – właśnie – komponent wokół którego budujemy taki wyspecjalizowany komputer pod audio. Magistrala PCI-e pozwala na bezpośrednią komunikację z pamięcią oraz procesorem, nie ma żadnego współdzielenia, możliwych interferencji jak w przypadku magistrali USB. Pomyślimy ;-)

Drugi z zaprezentowanych ostatnio produktów to następca świetnego konwertera USB-SPDIF X-SPDIF 1 gen., który został u nas przetestowany. Konwersja cyfrowa często przynosi wymierny skok w zakresie SQ – pokazał to Matrix, pokazał to (na poziomie bardzo wyśrubowanym) M2Tech… można właśnie tak – to inna droga, przynosząca często zaskakująco pozytywnie efekty. W mojej opinii, taki konwerter potrafi zdziałać cuda, znacznie poprawiając brzmienie w porównaniu z samym USB. Gra u mnie SB Touch z mod. EDO wpięty via USB w konwerter M2tech-a (hiFace2) i to się znakomicie sprawdza. Taki tercet (dalej idzie sygnał koaksialem do rDACa) jako segmentowy streamer może swobodnie konkurować z bardzo drogimi, najnowszymi strumieniowcami.

Granie z USB na innym, lepszym poziomie

Parę słów na temat karty: Matrix X-Hi to kontroler, interfejs Audio USB na złączu PCI Express. Służy do precyzyjnego i wolnego od zakłóceń przesyłu sygnału audio USB do odbiornika cyfrowego lub przetwornika DAC. Posiada wyjście USB 3.0 oraz możliwość podłączenia zewnętrznego zasilania. Karta oferuje najwyższej jakości, wyizolowany przesył strumienia danych audio bez zakłóceń. To interfejs stworzony dla Hi-Fi, zaprojektowany został tak by zwiększyć jakość dźwięku, jaką możesz uzyskać z USB z komputera. Zwiększenie jakości przesyłu danych i znaczne zmniejszenie wpływu zakłóceń ze źródła zasilania, powoduje zmianę twojego komputera PC w wysokiej jakości źródło Hi-Fi. To niezależny kanał danych wykorzystujący precyzyjne zegary współdziałające z układem mostka USB 3.0 firmy Texas Instruments, które otwierają niezależny kanał danych dla strumienia USB Audio. Pomaga to ominąć sygnał ze sterownika USB zintegrowanego z płytą główną, unikając udostępnienia kanałów danych innym urządzeniom USB.

 

Zadbano o właściwe ekranowanie (obudowa), przy czym trzeba przemyśleć projekt dedykowanego audio PC – nie może to być super kompaktowy kadłubek, bo się karta nie zmieści, konieczne jest uwzględnienie montażu kart rozszerzeń. Warto zwrócić uwagę, że możliwe jest zastosowanie zew. zasilania.

To ostatnie, to właśnie coś, co pozwala ominąć „rafy” – mamy dedykowany sygnałowi audio interfejs, czysty, który mimo zastosowania USB (komunikacja z przetwornikiem) dysponuje podobnymi zaletami co opisywany (mocno entuzjastycznie) interfejs thunderboltowy TAC-2. Zasada działania jest tu identyczna – bezpośrednia komunikacja, brak interferencji z innymi urządzeniami, które współzawodniczą o dostęp do danych. Thunderbolt poza większą wydajnością, komunikuje się via PCI-e, nie ma tutaj mowy o jakimś wąskim gardle, nie ma mowy o opóźnieniach czasowych (jitter free). Tu, w przypadku tej karty, możemy oczekiwać tych samych korzyści. To robi różnicę!

Interfejs I2S może pracować w różnych trybach! Zdaje się, że to jedyne takie rozwiązanie na rynku konsumenckim 

Odnośnie zaś konwertera to: Matrix X-SPDIF 2 to nowa generacja znanego cyfrowego interfejsu X-SPDIF dla PC. Najnowsza wersja zachowuje świetną jakość poprzednika, odznaczając się przy tym dodatkowymi funkcjami w tym cyfrowym wyjściem koaksjalnym, optycznym, AES / EBU oraz I2S. Urządzenie obsługuje z powodzeniem sygnały PCM do 24bit/192kHz i DSD64 (DoP) na wszystkich złączach, zaś na porcie I2S PCM do 32bit/768kHz oraz DSD512! X-SPDIF 2 wykorzystując układ asynchroniczny XMOS U208. Jest to obecnie najbardziej zaawansowany interfejs audio USB klasy 2.0 na rynku. Urządzenie charakteryzuje się ultraniskim poziomem jittera, dzięki zastosowaniu bardzo dokładnego zegara femtosekundowgo. Z powodzeniem współpracuje z urządzeniami Windows, MacOS, jak i mobilnymi Android i iOS, na co pozwala możliwość podłączenia zewnętrznego zasilania. Układ XMOS i FPGA to nowa, 8-rdzeniowa jednostka przetwarzania sygnału cyfrowego. Jest to najbardziej zaawansowany interfejs audio USB klasy 2.0 dostępny na rynku. Od teraz Matrix pozwala podłączyć odbiorniki cyfrowe za pośrednictwem nowo dodanego portu I2S, dzięki czemu unikamy jakichkolwiek strat spowodowanych konwersją cyfrową.

 

Nowy Spartan to potęga, dodatkowo możemy liczyć na precyzyjne zegary oraz możliwość podpięcia jakiegoś liniowego zasilania (konwerter może pobierać energię ze złącza USB)

Bardzo chętnie sprawdzę u nas, jak się ten nowy konwerter X-SPDIF sprawdzi. Możliwe, że będzie okazja sprawdzić teoretycznie najlepsze, o największych możliwościach medium dla sygnału tj. interfejs I2S. Może się okazać, że w bardzo budżetowych realiach uda się zbudować coś, co gra lepiej od dowolnie drogiego DACa grającego z komputera via USB. Możliwości nowego Spartana są naprawdę imponujące, ta skrzynka może być wstępem do czegoś naprawdę wielkiego.

Obudowy od Pylon Audio dla Audio Physic! Brawo!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
pylonaudio_gora

Jakoś mnie to nie dziwi. Wystarczy popatrzeć na produkty Pylona, zobaczyć jak wykonane są ich kolumny, jak biegli w stolarce są ludzie z Jarocina. Są, bo mają doświadczenie niemałe (branża meblarska), są, bo ciągle inwestują, tworząc najnowocześniejsze zaplecze produkcyjne w naszym kraju, są, bo – kochają to co robią. Gratuluję całemu Zespołowi, bo taki kontrahent jak Audio Physic to najwyższa półka, to ktoś kto wymaga najlepszej, bezkompromisowej jakości. I Pylon, jak widać, potrafi zapewnić taką jakość. Jak wspomniał w rozesłanej notce, prezes zarządu, Pan Mateusz Jujka: „wysokie standardy produkowanych przez nas obudów oraz zestawów głośnikowych sygnowanych marką Pylon Audio przekonało firmę Audio Physic o podjęciu z nami długoterminowej relacji biznesowej.”

To ważne wydarzenie także ze względu na dalszą dywersyfikacje profilu – firma będzie osiągać zyski nie tylko ze sprzedaży swoich zestawów głośnikowych, będzie także zarabiać na produkcji komponentów, przy czym teraz będą to trwałe, wieloletnie umowy ze znaczącymi producentami audio. To inny poziom, przynoszący nie tylko profity, ale właśnie budujący relacje w całej branży. Pamiętam początki, pamiętam jak przed siedmioma laty Pylon startował. Z tej perspektywy, to co udało się osiągnąć, to o czym wspomniałem powyżej, pokazuje jak wielki sukces udało się osiągnąć. Rozpoznawalność marki w Polsce to jedno, drugie to tworzenie sieci partnerów oferujących kolumny z Jarocina w całej Europie i poza nią stanowi najlepszy dowód na to, że Pylonowi nie grozi stagnacja, zamknięcie się w jakiejś regionalnej niszy. Dzięki szerokiej ofercie komponentów, które – jak widać – spotykają się z uznaniem i zainteresowaniem czołowych, zagranicznych wytwórców, można będzie de facto uniezależnić się od bieżących wahań, od bieżącej koniunktury (mam tu głównie na myśli lokalne uwarunkowania)…

Co dalej? Dobre pytanie. Na razie mówimy o specjalizacji, o kolumnach głośnikowych, samych głośnikach (własne konstrukcje) oraz umiejętnościach związanych z obróbką drewna, z lakierowaniem (bardzo duże możliwości w tym względzie) etc. To określony segment rynku audio. Ciekawe, czy firma będzie chciała, bazując na zbudowanej przez siebie rozpoznawalności, uznaniu dla marki, pójść dalej? Własna elektronika? A może własne słuchawki? Słuchawki to obecnie najszybciej, najmocniej rozwijany w branży audio temat, to coś, co daje ogromne pole do popisu. W naszym kraju, póki co, nikt nie wypromował konstrukcji, które zyskałyby uznanie na zewnątrz (vide rumuńskie Meze). Ogromny popyt, chłonny, globalny rynek oraz wielkie wyzwania technologiczne (nowe technologie oraz nowe materiały adaptowane w pierwszej kolejności właśnie w słuchawkach) to prawdziwe wyzwanie.

Myślę, że Pylon nas jeszcze nie raz zaskoczy…