LogowanieZarejestruj się
News

Na wywczas w sam raz: HIDIZS DAP AP80PRO & IEM MS4 Mermaid

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_6024

Jakiś czas temu rozwodziłem się o tym, czy DAPy mają sens. Wyszło mi, że nie mają. No dobra, to co w takim razie robi tutaj ten AP80Pro, ktoś przytomnie zapyta. Ano trafił na tapetę, akurat okoliczności sprzyjają, a – jak pamiętacie z niedawnych wpisów – jakość muzyki ze streamu (Tidal) jest mocno dyskusyjna, Deezer lepiej dużo, siak czy tak bezkompromisowe hi-resy trzeba jednak żenić z jakimś zewnętrznym przetwornikiem (jak smartfon), który to ogarnie. A przede wszystkim z dobrym mobilnym amp/przetwornikiem, który nam odpowiednio i bez kompromisów wzmocni sygnał. To może jednak te DAPy nie takie bez sensu? Hmmm, no tu można zastanowić się nad tym, czy mnożenie bytów ma sens. Znowu niedawno na łamach pojawił się test zajebistego malucha (publikacja „ale jaja Hidizs S8„), który jest maluteńki, nie robi ze smartfona cegły a brzmi (przetwarza i wzmacnia) jak talala. Hidizs. Znowu Chiny i specjalizujący się w mobilnym producent, którego portfolio warto poznać, oj warto. Także z czystej, wrodzonej ciekawości, to raz, a dwa – ten DAP nie jest drogi, a to wraz z gabarytem stanowi wg. mnie kluczowe aspekty dla „być, albo nie być” DAPów jako takich… już tłumaczę. Cena ustrojstwa, które funkcjonalnie zawsze będzie w tyle za smarttelefonicznym transportem, które nie pozwoli na taką swobodę użytkową (wszystko w jednym, komunikacja – wiadomo – bez której nie idzie dzisiaj funkcjonować), którego wadą jest już samo to, że to obok być musi, cena powinna być skalkulowana na poziomie dalekim od nie tylko flagowych, ale i średnio-półkowych fonów. Moim zdaniem tak być powinno, a patrząc na segment odtwarzaczy osobistych, widać, że rozrosło się to do poziomów stratosferycznych, a przynajmniej (często, gęsto) bliskich smartfonom. To bezsensu wg. mnie. Odtwarzacz muzyczny to wyspecjalizowane urządzenie, które – jak udowadnia tytułowy zwierz – nie musi być drogie, a w cenie może oferować to co… ajajajaj Kałach. Znaczy Astell & Kern oferuje. Ktoś, kto kupuje AK i nie skonfrontuje tego wyboru z tym maluchem popełnia niewybaczalny błąd i będzie tego srogo żałował. Aż tak. Także przystępna cena bez kompromisów jakościowych to raz i właśnie – maluch – gabaryt. Nie wiem jak Wy, ale ja nie poważam DAPów wielkich jak cegły. A te stratosferyczne takie właśnie są. Dla mnie to kompletne pomylenie z poplątaniem. DAP musi być malutki, super malutki, najlepiej jak R.I.P świetny formą (i swego czasu treścią) iPod Nano czy (nawet) Suffle. Ma to być ergonomicznie coś daleko mniej inwazyjnego niż coraz większe ekrany w kieszeni, ma być najlepiej na pasku, najlepiej bezzwrokowo obsługiwane, najlepiej jak najmniej angażujące w sterowanie, najlepiej. Wszystko co jest cegłą i nazywa się digital audio player jest u mnie skreślone ergonomicznie, amen.

Brzmi bosko

AP80Pro jest wielkości wspomnianego iPoda Nano (formą też zbliżony). Jest malutki. Taki właśnie powinien być DAP. Szkoda że nie ma klipsa (powinien!), ale można to pewnie sobie własnym sumptem uskutecznić, ma w komplecie zabezpieczające gacie, wyposażony jest pod kurek (za moment szczegóły) i swoją formą w żaden sposób nie przeszkadza w życiu. Bo jest mały, malutki, nie inwazyjny właśnie. Tak, taki nie drogi, wykonany z metalu, żaden plastik-fantastik, świetnie spasowany, z dużym potencjometrem „koronką” DAP ma – tak, sobie zaprzeczam w tym momencie, wytłumaczyłem się mam nadzieję powyżej z tego – sens. Małe, długo grające, z potężną baterią możliwości: bo jest i DAC, który gra natywnie wyczynowe hi-resy (DSD256 m.in. native właśnie), z wszystkimi możliwymi opcjami DSP (crossfade, rozbudowane presety EQ, wiele filtrów, gapless, uprzestrzennianie itd. itp.) oraz mocą szczodry amp z opcją balansu jakby komuś było w smak. Enkoder (koronka) działa wraz z malutkimi, fizycznymi przyciskami w opcji bezzwrokowego sterowania i tylko szkoda wielka, że te buttony nie są ciut większe, tudzież że ten od play/pauzy nie wyróżnia się na tle pozostałych. Siak, czy tak można sobie w kieszeni sterować mimo… mmmhm, dotykowego ekranu, który tutaj jest w standardzie. Dla mnie to zawsze minus (w playerach mobilnych), bo wymaga to fonowej obsługi (a jw. to się kłóci z ideą osobistego odtwarzacza muzycznego, ewolucji „Walkmana”), tutaj na szczęście da się bez, choć cała nawigacja po zbiorach i wyspecjalizowanych opcjach wymaga zagłębienia w menusy. Gdyby tak jeszcze enkoder dawał możliwość zmiany źródła dźwięku (a nie tylko głośności i wł/wył) to… rzecz da się na marginesie aktualizować, może zatem up? Może?

Są i gumowe gacie, jakościowo to wszystko poziom bardzo wysoki

Cztery przetworniki, bardzo zaawansowana konstrukcja, o czym w recenzji będzie co nieco

Także da się – jak lubię – bezzwrokowo, a jak bardziej to można też za pomocą gestów (proste & skuteczne) sobie tego playera obsługiwać. AP80PRO to nie tylko to co w pamięci i na karcie microSD, ale także radio FM. Znowu skojarzenie z iPodem i znowu bardzo pozytywnie. Bo kto daje dzisiaj tradycyjne radio? No właśnie, mało kto daje. Tu jest i super że jest, bo odbiór czysty, można sobie posłuchać radyjka, a jedyny zonk to brak możliwości nazwania stacji w menu, jest tylko częstotliwość podana, nawet gdy zapiszemy do pamięci. Jako że dzisiaj wszyscy mierzą sobie każdy wysiłek fizyczny (znam takiego, który po piwo jedzie autem, a sklep to 100 metrów w linii prostej), jest i krokomierz. Zbędna rzecz w tego typu urządzeniu wg. mnie, bo dzisiaj każdy obwieszony elektroniką opisującą jego stan, ale może już przestanę marudzić, w końcu obowiązku nie ma, a jakby nie patrzeć ten DAP świetnie nadaje się do wysiłku fizycznego i będzie jak znalazł, także jaka zbędna w sumie. Może komuś się przyda, nie? Ogólnie mogę powiedzieć tak – sporo funkcji, bardzo rozbudowane możliwości, pożenione z intuicyjną obsługą, bardzo dobrym UI oraz UX (wspomniane gesty, wiele sposobów nawigowania po zbiorach, szybki dostęp do najważniejszych funkcji w wysuwanych podmenusach). Także ogólnie i szczegółowo bardzo, jak widzicie – jestem na tak i po paru wypadach z daleka od nadmorskich tłumów, ucieczki na wieś – mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że takie coś ma rację bytu, mimo mnożenia …bytów ;-)

Przy czym byłaby to zajawka niekompletna, dalece niekompletna, gdyby nie efektor. A ten jest szczególny. Armaturowe MS4 Mermaid oczarowały, spowodowały niechęć do na codzień użytkowanych AirPodsów Pro, niechęć głęboką, bo sposób reprodukcji dźwięków przez te doki jest pod paroma względami wyjątkowy i wyrób jabłkowy w glebę wdeptujący. Te IEMy potrafią w aspekcie niskotonowym zagrać nie jak IEMy. Potrafią zagrać jak duże, stacjonarne nausznice. Wiecie, jestem basolubem, ale też – nieskromnie – koneserem i wszystko co ma być efekciarskie na dole, a tak po prawdzie jest przewalone, nieprawdziwe zawsze (bo wyczulony jestem) wychodzi podczas słuchania i ma często decydujący wpływ na ocenę. Może być też i tak, że tego basu brakuje, że on jest taki ledwo co, że tylko zaakcentowany, niedomówiony i to też dla mnie jest źle i słabo. Tu te MS4 czarują na poziomie piwnicy, oj czarują, dół wybity jak na douszne monitory, bez dwóch zdań. Namacalny, organiczno-fizyczny, wielowymiarowy i w żaden sposób nie wchodzący w paradę reszcie pasma. Fantastycznie, a to dopiero początek, bo wraz z DAPem mamy tutaj wybitną rozdzielczość (wgląd w nagrania sugeruje rasowy stacjonarny system słuchawkowy, a nie jakiegoś tam mobilnego malucha z dokami), płynny, czytelny, czysty dźwięk, który skalą (dynamika, przestrzeń) potrafi nieźle zadziwić. Ale, że tak, na czymś takim? No tak, na czymś takim, właśnie. Także na wstępie (no, parunastu dniach katowania) nie tylko nie żałuję tej odskoczni od fotelowego słuchania (mamy znowu klęskę urodzaju, Chińczycy nie mają litości, zalewa rynek prawdziwa powódź chińskiego hajfaja & hajendu), ale się delektuję słuchaniem najlepsiejszych plików ze zbiorów w pięknych okolicznościach przyrody. Mhm, odtwarzanie takiej muzyki, takiego materiału -żeby miało sens- wymaga odpowiedniego zaplecza. To może być (już teraz) zminiaturyzowany do postaci całkowicie pomijalnej DAC/DAC/AMP, może też taki jw. set z DAPem, byleby ten DAP był w cenie odtwarzacza a nie flagowego fona, byleby ten DAP był na klips, a nie 0,5 kilo w kieszeni.

Fajne to!

Na siłę, chcąc się do czegoś przyczepić, przyczepiłbym się do kolorów – czerwony kojarzy się z prawo, a jest lewo, znaczy lewy kanał.
Ale to czepialstwo, bo wszystko tu jest tiptop: jakość wykonania, materiały, spasowanie, wygoda/ergonomia

 

Zajawka I2S w akcji: Topping DX7Pro z PC oraz transportem CDA NuPrime

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5973

Ale pięknie to gra. Gdzieś nam się ulatnia granica między (umownie) analogowym vs cyfrowym graniem. Tak, wiem, zaraz ktoś będzie poddawał w wątpliwość przed momentem napisane… bo subiektywne to, bo przecież tej granicy (naukowo) nie da się udowodnić, zmierzyć, przebadać, jednoznacznie opisać. To prawda, ale też nasze uszy, dość niedoskonałe, porównując do wielu braci mniejszych, bez większego trudu są w stanie rozróżnić granie z pliku / kompaktu vs czarnego krążka / taśmy. Nie mamy z ttym większego problemu i nawet jeżeli nasz sposób opisania inności brzmienia jest mocno niedoskonały (bo jest) to zjawisko jest dość oczywiste, powtarzalne i przez nikogo nie kwestionowane. Plik oraz srebrna płyta dzisiaj potrafią zadziwić płynnością, przestrzennością, swobodą, najlepsze transporty cyfrowe / integralne źródła zerojedynkowe osiągnęły taki stopień wyrafinowania (mam tu głównie na myśli kompakt, który obecnie mimo coraz większej niszowości staje się dojrzałym, opanowanym w pełni, pokazującym cały swój potencjał źródłem dźwięku HiFi), że wielu, naprawdę wielu melomanów (niekoniecznie tożsame z audiofilią, choć często współistniejące) całkowicie odpuściło sobie temat analogowych nośników, czasami tylko (jeszcze) trzymając zbierający kurz odtwarzacz/transport fizycznego (ale już cyfrowego) nośnika, czy to z sentymentu, czy bez jakiejś określonej przyczyny. W końcu ktoś tych płyt z roku na rok nie kupuje, przestaje inwestować w kolekcję krążków, przechodzi na strumienie.

Oj jak dobrze!

Tak, to naturalna kolej rzeczy. Wygoda, rozpasanie (dostęp do wszystkiego za grosze) przemawia za zmianą sposobu – tfu – konsumpcji, a dystrybucja muzyki jest i będzie należała do Internetu. To przesądzone i nie ma nad czym deliberować. Tyle tylko, że całe bogactwo doznań, możliwości to zbiór otwarty (na nowe, czy – wróć – stare), można nie pozbywać się fizycznych i to nie tylko z sentymentu, przyzwyczajenia, a dla jakiejś wartości dodanej. Dzisiaj kupno dobrego, fizyczne nośniki grającego, klamota jest niestety bardzo kosztowne (dużo bardziej niż kiedyś, co zrozumiałe, bo nisza, bo wyższe koszty wynikające z korzystania z nieprodukowanych elementów itd itp), może nie wygląda to źle w przypadku czarnego krążka na którego jest moda i można w każdym zakresie cenowym, ale CDA to już wyzwanie i sytuacja dla kogoś, kto chciałby na nowo wejść w temat (albo też słuchać z czegoś, co gwarantuje, o czym dalej, progres) to nie lada wyzwanie.

Akurat trafiła się okazja sprawdzenia i porównania dwóch, opartych na odmiennych nośnikach muzyki, klamotach wyposażonych w interfejs, który stanowi wg. mnie bramę do uzyskania tego, o czym mowa w pierwszym akapicie. Aksamitności, swobody, płynności którą do tej pory utożsamialiśmy raczej z analogiem, a nawet jeżeli udawało się coś zbliżonego „z cyfry” uzyskać, to miało to swoje kapitałowe konsekwencje, konsekwencje wyczyszczające stan konta dwóch pokoleń w przód mniej więcej ;-) Także ta umowna, a jednak niezbyt trudna do uchwycenia, różnica w przypadku opisanego w niniejszym wpisie setupu wyraźnie się zaciera. I to jest piękne. Zaciera się z plikiem, ale jeszcze bardziej zaciera się wg. mnie z kompaktem. Właściwie, mógłbym powiedzieć tak: komputer czy raczej plik był tutaj kierunkiem zmian, progresu jaki dokonywał się w SQ słuchanym za pośrednictwem I2S wraz z konwersją do sygnału 1 bitowego, a płyta finał, kropkę nad i, tego progresu uwieńczenie. Czy to dziwne? Nie bardzo. Kompakt jest z nami od bez mała 40 lat jako nośnik audio, także przebył długą, wyboistą drogę (to po pierwsze), stał się opanowanym, dojrzałym medium (właściwie to niedawno, bo wcześniejsze próby jego udoskonalania, jak wiemy, poniosły rynkową klęskę, nie przyjęły się vide SACD/DVD-A). Tylko, w sumie, co z tego, jak zwija się dzisiaj (wiele muzyki wychodzi wyłącznie w pliku, czasami dochodzi do tego winyl, ale już nie srebrny nośnik) i tego zjawiska nikt już nie odwróci. No tak, ale – na szczęście – poza tym co nowe jest całe bogactwo świata dźwięków zarejestrowanego wcześniej i nadal egzystującego na kompakcie. Co prawda, podobnie jak to się ma z czarnym krążkiem, płyta podlega przemijaniu, nie jest wieczna, ale na tyle wytrzymalsza od poprzedników, że prędzej będziemy szukać na rynku czegoś, co nam to fizyczne odtworzy (z czym coraz trudniej, jak wyżej), oczywiście pod warunkiem odpowiedniego uszanowania, dbałości o kolekcję, zbiory.

Okazało się, że podłączenie to nie banał…

Na szczęście  finalnie z sukcesem!

DSP – dźwięk robiony, przetwarzany, upamplowany oraz konwertowany (to ważne, bo tu korzystałem z maksymalnych możliwości, jakie oferował setup w tym względzie) do postaci 1 bitowej… wielu powie, że to bez sensu, że to ingerencja na tyle znacząca, że wypaczająca „prawdę” zapisaną zerojedynkowo na nośniku). Dobra, ale po co dorabiać teorie, tworzyć jakieś dogmaty, jeżeli tym, co jest sędzią jest tylko i wyłącznie nasze zadowolenie, nasza frajda płynąca z tego, co dociera do uszu? Po co zajmować się dzieleniem włosa na czworo, gdy to, co dociera przykuwa i jest (subiektywnie ofc) lepsze od soute? Od słuchania bez? No właśnie, trudno zrozumieć głosy tych, którzy nie słyszeli i nie uwierzyli (nie wierzą), ale się wypowiedzieli (rzecz jasna negatywnie, bo tak im teoria bla, bla, bla). Fajno, można, tylko to puste i nic nie wnoszące, bo pomijające jedyny konkret jaki się tu liczy. Jedyny. Dla mnie tor sygnału, jaki uskuteczniałem przez ostanie dwa tygodnie: Roon Core ->i2S -> Matrix Audio X-SPDIF 2 -> DX7Pro (all PCM/DSD @ DSD256, DoP @ MacOS lub native @ WinPC) oraz NuPrime CDT10Pro -> i2S -> DX7Pro (PCM SRC @ DSD256) stanowił potwierdzenie tego, o czym była mowa na HDO od dawna, od początku… kod tworzy nowe uwarunkowania i przez kod, przez obliczenia, dochodzimy do rezultatu, który daje nam do myślenia. Jest progresem, wyraźnym, subiektywnie, a – tu nie mam wątpliwości – obiektywnie wprowadza zmiany, wyraźne, słyszalne, powtarzalne w tym co wydobywa się z efektora. To może właśnie takie hi-resowe granie ma (empiryczne) uzasadnienie?

Z płyty jeszcze bardziej :D

Podłączenie komputera z Roonem do konwertera, ustawienie silnika to dość prosta, nieskomplikowana sprawa. Zupełnie inaczej ma się rzecz z tyransportem cyfrowym. Jak wiecie I2S jest kompletnie nieustandaryzowanym interfejsem. Macie kilkanaście zmiennych i zwyczajnie można mieć klamoty wyposażone teoretycznie w zgodne fizycznie gniazda I2S (a przecież mogą być i nie zgodne, bo tam skrętka jest, jest koaksialny też, no i coraz powszechniej stosowany port HDMI), a nie usłyszeć nic, albo raczej usłyszeć kaszanę, zniekształcony sygnał, co na dzień dobry o mało nie położyło próby pożenienia u mnie Toppinga z NuPrime. Niestety lektura instrukcji, gdzie opisane są poszczególne piny, możne nas sprowadzić na manowce. U mnie tak było, bo niby powinno się wybrać w ustawieniach DACa odwrócone ustawienia interfejsu, a tu nic z tego, zupełnie co innego miało wpływ na brak sukcesu w połączeniu transportu z przetwornikiem. I nie była to jedyna przeszkoda! Udało się po paru próbach (patrz obrazki), choć – co intrygujące – w odróżnieniu od komputera, bez swobody ustawiania parametrów konwersji czy upsamplingu (tylko PCM -> DSD, próba ustawiania SampleRateConventer na upsampling w ramach sygnału PCM do wyższych wartości, nawet przy uwzględnieniu zgodności zegarowej tzn. pełnych mnożnikach dla wartości wyjściowej skutkowała błędnym odczytem). Cóż, wiecie, ja bardzo lubię zgłębiać, szukać, próbować dojść do źródła (problemu) vide nieudany streamer Omnia S1, rzecz jasna lubię jeszcze bardziej, gdy finał jest szczęśliwy, wszystko kończy się dobrze, sprzęt zaczyna współpracować ze sobą. Najlepiej jest wtedy, gdy rezultat daje wyraźny progres i tak też było w tym przypadku. Jak ktoś będzie miał tożsamy setup to już po lekturze niniejszego będzie wiedział, jak rzecz ustawić by zagrało, przy czym warto pamiętać że w przypadku I2S mówimy o „tu i teraz”: z innym przetwornikiem, innej firmy (w szczególności), będzie zupełnie inaczej, trzeba będzie całkowicie zmienić ustawienia – być może podobnie, metodą dochodzenia do właściwego ustawienia, wbrew schematom zamieszczonym w instrukcjach obsługi klamotów. Na marginesie, chcę jeszcze raz pochwalić inżynierów Matrix Audio – zrobiliście konwerter uniwersalny, który „standaryzuje” to cholerne I2S, X-SPDIF2 gwarantuje współpracę z dowolnym przetwornikiem C/A wyposażonym fizycznie w gniazdo HDMI. Doskonała robota. Dip switche wraz z wewnętrznym oprogramowaniem układu konwertującego dają pewność, że będzie to chodziło ze wszystkim. Tak to się robi! W przypadku implementacji I2S w Toppingu, podobnie inżynierzy, wiedząc o rafach, problemach, dali możliwość zmiany pracy wbudowanego interfejsu, co należy pochwalić. Nie ma tu takiej elastyczności co w przypadku konwertera C/C Matrix-a ale DAC jest dobrze przygotowany na to, by w większości wypadków dogadać się z transportem wyposażonym w tego typu interfejs. To pokazuje jak bardzo starają się w (umownie) Chi-Fi i jak (niestety) często nie starają się w klamotach rodem z Europy, Ameryki Północnej by ogarnąć we właściwy sposób problematyczną technologię.

Niby proste, a wręcz odwrotnie

Podkreślone ustawienia, gwarantujące prawidłowe działanie transportu CD z przetwornikiem via I2S. Zupełnie inaczej niż to, co sugerują schematy

No dobrze, we właściwej recenzji na temat SQ będzie dużo więcej, ale warto byłoby jeszcze w zajawce coś niecoś powiedzieć o DX7Pro. To taki typowy, dumpingowy, produkt Chi-Fi, czyli wszystkomający kombajn, wyposażony pod kurek, w najnowsze technologie, z topową kością C/A za mniej niż trójkę. Mamy absolutnie wszystko (no może poza analogową preamplifikacją) czego potrzebuje ktoś, kto gra na wielu efektorach, nie ogranicza się do jednego tylko źródła dźwięku, potrzebuje jednym słowem wszechstronnego, świetnie wyposażonego (cyfrowego) huba. Dostaje nawet więcej, bo poza kompletem cyfrowych interfejsów z I2S (natywnie nawet 45MHz), balansem pod słuchawki (i to na bogato, bo jest duże 4 pin jak i sony’ego kompaktowe 4,4mm) oraz kolumny (wyjścia), wspomnianą topową kością ESS 9038Pro, otrzymujemy tutaj takie użyteczne dodatki jak bezkompromisowy interfejs bezprzewodowy (BT z obsługą wszystkich najnowszych protokołów audio sinozędnego gwarantujących najszerszą przepustowość dla sygnału tj. aptX HD, LDAC etc.) oraz naprawdę wyróżniający się na plus enkoder / potencjometr, z wyraźnym skokiem „zegarkowym”, jak na porządną koronkę przystało, przy zmianie ustawień poziomu. No, takie rzeczy to ja rozumiem. Trochę dziwaczna obsługa (dostęp do zaawansowanego menu wyłącznie po wyłączeniu i wciskaniu gały enkodera, włączając) przypomina to, co w podobny sposób uskutecznia u siebie wspomniany Matrix Audio. Dla mnie osobiście to nie problem, bo rozumiem intencje (zmieniamy raz i już nie ruszamy raczej), choć to obiektywnie utrudnienie, szczególnie dla takiego kogoś jak ja, który testując często jednak zmienia, modyfikuje i musi jak wyżej. Poza tym obsługa banalnie łatwa, pilot IR wygodny & ergonomiczny, podpinamy wszystko jak leci i dzieje się. Serio, mało kto daje tak dużo, za tak niewiele. Właściwie gdyby tutaj zatomizować tego klamota, to wychodzi że poszczególne składowe dają za jakieś grosze i nie jest to ściema, czytaj – obiecują, a w metalu to słabe, źle wykonane, działające na słowo honoru. No nic z tych rzeczy, a nawet wręcz odwrotnie. Wszystko wykonane z wielką dbałością, świetnie przemyślane – kompaktowe, dostęp do wszystkich elementów idealnie wygodny, mimo dużej liczby I/O, a wspomniany enkoder to jedno z najlepszych tego typu rozwiązań jakie testowałem do tej pory… zazwyczaj są powody do marudzenia na takie ustrojstwa, tutaj brak. Ożebrowana z boczków obudowa, mimo że nieco się nagrzewa podczas pracy, gwarantuje wraz z czytelnym OLEDowym displejem, wspomnianym sterownikiem komfortową obsługę / działanie klamota. Oby inni brali przykład jak to się powinno robić w takich jw realiach cenowych. Oby.

Będzie grane!

Chwilunia, artefakty

O teraz ok

Sumując te wywody – tak, słuchanie kompaktów (DSP na pewno ujednolica, czy inaczej pozostawia odczuwalny ślad na każdym słuchanym w tych okolicznościach krążku wciągniętym do środka transportu) z zapodaną 1 bitową konwersją w locie do poziomu 11,2 MHz za pośrednictwem wyczynowego interfejsu I2S robi zasadniczą różnicę. Tak, może kogoś niepokoić wspomniane powyżej „ujednolicenie”, czy raczej właśnie powtarzalny wpływ tego całego cyfrowego procesu konwersji sygnału, na to co pierwotnie zapisane, zarejestrowane i w taki, a nie inny sposób przeniesienie na nośnik. Niby negatywne konotacje, bo jak – nie rozróżnia, nie różnicuje jakościowo tego, co ląduje na tacce? Niby tak. Teoretycznie tak, tylko co z tego, jak słuchamy z rozdziawioną buzią i podoba nam się to co słyszymy bardzo, bardzo mocno nam się podoba. Dźwięk staje się fizjologicznie bliski, a nie obojętno-odległy (cyfra), czy może łagodniej … neutralno-zdystansowany. To robi różnicę i pewnie mógłbym to porównać do odtwarzania krążków SACD (przerobiona PS3 z konwersją zewnętrzną, wielokanałową, na DACu HDMI z obsługą sygnału 1 bitowego), ale to też byłoby tylko mniej, więcej, ale jednak inaczej. Nawet w opcji stereofonicznej (tylko tak się da ofc w opisanym setupie z NuPrime i Toppingiem) grało to inaczej, mimo wspólnych cech, z wyraźnym wskazaniem na tytułowy system. Jak wyżej, komputer mimo większych (bo znacznie bardziej bogatych opcji ustawień, zabawy w ustawienia) możliwości musiał uznać wyższość fizycznego na moje ucho. Znakomity transport NuPrime bezpośrednio wpięty pod Toppinga pokazał potencjał DSP oraz srebrnej płyty. Co prawda teraz szlifuję ustawienia NAA (HQplayer z najbardziej wymagającą, zasobożerną konwersją ASDM7EC), docelowo ma to grać na poziomie konwersji w locie na poziomie 45MHz (co oznacza, że szybki, wydajny Core będzie w pełni wykorzystany na potrzeby konwertowania takiego sygnału), ale to co obecnie jest uskuteczniane i opisane powyżej wygląda tak, nie inaczej. W przypadku transportu cyfrowego po ogarnięciu interfejsu, nic nie trzeba, bo „samo się”, także tu także prostota takiego setupu jest nie do pominięcia – wkładamy płytkę, play i już. Komputerowo-plikowe granie to inny poziom obsługi, nie chodzi mi o sam front-end, bo to powinno być proste i wygodne i takie też jest, ale o ustawienie …to jednak nie bułka z masłem. Nie bułka nawet, gdy sam niestandaryzowany interfejs płatał nam takie figle, jak wyżej, w przypadku setupu z fizycznym nośnikiem. Nawet wtedy PC to PC z całym dobrodziejstwem inwentarza…

Po wyłączeniu w transporcie DSP (SRC off), DAC może pracować w dwóch trybach -> konwersji DoP64 lub bez żadnego processingu na sygnale tj. PCM 44.1KHz

PS. Najlepiej na słuchawkach, najlepiej na planarach, ale też czytelnie na monitorach bliskiego pola u mnie w gabinecie. Piękne to.

PPS. O konwerterze Matrix-a wyczerpująco tu i tutaj @ HDOpinie

„Tyłek” prezentuje się wybornie, nie?

DSD konwersja z plikami to parę ustawień w silniku Roona, trudno coś popsuć, a nawet jeżeli to łatwo naprawić, ale sporo zmiennych do ogarniania

Bardzo nie po audiofilsku & „nie koszernie” (DSP). I co z tego? Ano nic. Dźwięk robiony

Multum możliwości się otwiera, wyczynowo ofc tylko I2S

Jak już ogarniemy, nie zapominajmy, że muzyka jest najważniejsza

Komputer jest bardziej elastyczny, gdy w grę wchodzi zabawa z DSP. Tu bez sukcesu, takie same ustawienia w silniku Roona
(upsampling, bez konwersji PCM-DSD = sukces, najdziksze eksperymenty via konwerter X-SPDIF? Jak najbardziej)

Przy czym o MQA możecie zapomnieć. MQA nie polubi się z konwersją, nie polubi się z DSP. Wspominałem o tym w naszych artykułach krytykujących origami.
Zamiast dźwięku – artefakty.

Mhm, już do niebawem, bo coś mobilnego od Hidizs czeka na zajawkę

NuPrime źródła oraz radykalny skok w bok… lampowe końcówki mono zajawka

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5922

Miało być za moment, ale ten moment mocno się wydłużył za sprawą jednego z klamotów, który bardzo nie chciał współpracować. I choć finalnie udało się pewne rzeczy wyprostować to bez pełnego sukcesu i o tym też zaraz przeczytacie. Także nie będzie lukrowania, choć nie… trochę będzie, ale nie w tym sensie, a w innym. Anonsowany w tytule skok radykalny w bok – syrop, ciepło, gęsto, super przestrzennie i zniewalająco-wciągająco: w redakcji pojawiły się lampowe monobloki, a jak pamiętacie u nas od zawsze królował tranzystor, a od paru lat dodatkowo eksperymenty z efektywnymi, nowoczesnymi Hypex-ami, ICE-Powerami (NADy… C368, C268, D3020, D7050, ale nie tylko bo też klamoty NuForce, NuPrime, Lyngdorf-a, Auralic-a, Matrix Audio itd, itp). Także świat żarzących się baniek reprezentowany był do tej pory przez małego MiniWatta właściwie tylko w gabinecie, nie salonie, pod słuchawkami, względnie niezobowiązująco monitorami bliskiego pola (Topazy monitor). Od paru dni to wszystko zeszło na dalszy plan za sprawą „diabełków”. Są konsekwencje – zamiast plików słucham czarnego krążka. I nie, nie chodzi tutaj o to, że to niby takie oczywiste i logiczne, że jak te końcówki to też jakieś analogowe źródło i szlus. Nie. Po prostu set NAD pre 1020 / gramofon 5120 z x2 Culm 6s33c SE gra mi naj. Wolę przepuścić nowoczesne (daki, konwertery C/C – mamy już na stałe X-SPDIF 2 MA), w sensie sygnał wolę przez dziadka NADa przepuścić, niż przez wejścia analogowe w nowoczesnym C658. Bo to brzmi lepiej. Owszem, ten C658 jako end-point Roona, względnie na swoim BluOS, podający sygnał do aktywnych monitorów czy wspomnianych monobloków gra bardzo dobrze, ale… tylko takie coś ma wg. mnie sens tj. bezpośrednie strumienie do nowego pre, bo konfrontując stare z nowym, to stare w domenie analogowej wypada lepiej. Różnica jest bezdyskusyjna. To podobna sytuacja do Sonosa AMPa, który potrafi zachwycić, gdy gra przyjmując sygnał cyfrowy, natomiast to co popłynie na wejściach analogowych mocno rozczarowuje. Bardzo.

Diaboły

Bardzo delikatnie podświetlone cyferblaty i to się pisze na wielki plus, bo nie świeci się wyzywająco tylko dyskretnie

Dobra, zacząłem od lamp, co w sumie nie dziwi zważywszy jak mocno przykuły do kanapy. Będzie o tym jeszcze nie raz, nie dwa, bo set lampowy obok nowoczesnego (Sonos, NAD, Ncore DiY) oraz obok tranzystorowej końcówki (starszej daty – wypada lepiej od nowych końcówek) zagości u nas na stałe. Na razie, mimo oczywistego koloryzowania, mimo oczywistego braku neutralności, jestem zachwycony i wiem, że każdy kto kocha słuchać musi czasami zrobić sobie wycieczkę w „inne rejony”. To wyzwalające doznanie, pozwalające na szerszą perspektywę – coś jednak jest i będzie koegzystować obok i jak NIE, tylko plik to się zwyczajnie pozbawiamy całego bogactwa, które oferuje świat dźwięków. Warto o tym pamiętać. U mnie igła była od zawsze (dom rodzinny), od wielu lat jest w redakcji (tylko przyjemność, bez wykorzystywania w redakcji, bo też koncentrowaliśmy się od początku na PC Audio) i tak już zapewne zostanie. Nie chcę tego zmieniać, co nie znaczy że nowe okoliczności (lampowe końcówki wraz z różnymi pre) nie będą współuczestniczyć w zabawie. Będą. Nie zmienimy profilu, nie taki przyświeca nam pomysł, ale jakieś piętno to -co powyżej- na pewno odciśnie na niżej podpisanym. Kocham różnorodność, mam eklektyczny gust, jestem wolnościowcem, nie potrafię w „jedną, jedynie słuszną linię” i cóż… w sumie nie pierwszy to raz, kiedy robi się w systemie rewolucja. Dźwięk robiony, DSP przenicowany będzie często, gęsto: potencjał korekcji pożenionej z silnikiem zapisanym w kodzie, na ultranowoczesnych Hypex-ach ze strojonymi efektorami to przyszłość branży – w to nie wątpię. Bez druta, często instalacyjnie, wpasowując się we wnętrza, będzie nam to grało i to będzie norma. To, o czym w dwóch pierwszych akapitach jest, to tęsknota za innością, za czymś prostszym (ofc nie w sensie, że łatwym do optymalnego skonfigurowania, dobrania), za minionym, za …zrozumiałym? Analogowa nuta, rowek, to co stanowi sedno, co wyznacza granice. Nowoczesne to tysiące zmiennych. Znaczy powrót do korzeni.

Ustawione, się gęsto zrobiło, trzeba będzie nowego rozwiązania pod sprzęt szukać

Staruszek na dole, w właściwie to dwa staruszki: igła i pre

Ultranowoczesny transport płytowy

Prześlemy sygnał przez to co powyżej, często mocno przerobiony w trzewiach CDT-10 (DoP do DSD256 np)

Konfrontuję to powyżej z tym, co trafiło do mnie ostatnio na tapetę. Zestaw źródeł NuPrime obejmujący dwa, super nowoczesne, wręcz awangardowe, transporty cyfrowe. Jeden – niby tkwiący w przeszłości – bo oparty na tacce, grający z płyty. Tylko na pierwszy rzut oka tkwiący, w tym co było, bo NuPrime CDT-10 to maszyna nie mająca specjalnie odpowiedników na rynku, transport wyposażony we własny system upsamplingu do wartości wyczynowych, podający na cyfrowych interfejsach sygnał przetworzony w domenie cyfrowej, przetworzony z myślą o wyczynowych przetwornikach, które właśnie trafiają na rynek. Mhm, w tym roku mamy prawdziwy wypust klamotów (Chiny atakują, ale nie tylko, bo staje się to powoli standardem) wyposażonych w interfejsy I2S, w możliwość przyjęcia sygnału o wcześniej niespotykanych parametrach ( przykładowo SPDIF poza granicą 24/192&Dop64… DoP128, próbkowanie PCM na poziomie nawet 1536KHz) itd. Pogoń cyferek, marketingowy odpał? Pewnie też, ale to wszystko żenione jest z zaawansowanym kodem i próbą (nie zawsze udaną, a wręcz najczęściej nieudaną) uzyskania lepszego efektu, progresu w stosunku do dźwięku „nierobionego”. Transport NuPrime na srebrnym krążku to właśnie tego typu strategia, tego typu myślenie – masz redbooka, zrób coś z tym. Napęd Philipsa zamontowany w środku i cała mechanika gwarantuje super kulturalną pracę, ale sednem nie jest to, co w odtwarzaczach CDA od początków formatu sednem było… tu chodzi o eksperymentowanie, próbę wyciągnięcia czegoś więcej z medium, z nośnika. Dla wielu takie podejście jest dogmatycznie błędne. Szanuję i rozumiem takie postawienie sprawy, ale jak wyżej – dla mnie eksperymentowanie, poszukiwanie, brak dogmatów jest czymś, co mnie kręci i czego nie unikam, a wręcz przeciwnie. Dlatego ten transport CDA (nie czyta egzotyki – stety, czy niestety, choć na szczęście przyjmie nagrane CD-R/RW i to wykorzystam podczas testów) to takie pole do zabawy, do zabawy dla kogoś, kto jednak kolekcji srebrnych krążków nie pozbył się, nie sprzedał na pchlim targu, nie oddał, nie – no zgroza – wyrzucił. Ma. Jak ma to pewnie od czasu, do czasu chętnie po nie sięga, nawet jak już w ten sposób dystrybuowanej muzyki nie nabywa. Ja robię to ostatnio wyjątkowo rzadko, czarne kupuję, ale płyty są i odtwarzacze w domu takoż, bo to też taki bezpiecznik jest. Bezpiecznik? No bezpiecznik, bezpiecznik, w sensie, że jak się słucha muzyki to albumu, EPki się słucha, a nie – jak to coraz częściej się dzieje – leci jakiś plikowy longplay i zaraz po odtworzeniu zaczyna się mieszadełko z algorytmami, AI, playlistami w tle (Roon Radio, Roon Discovery, Roon Vocus …). Tak, można wyłączyć, ale tego nie robimy, bo to fajne jest, odkrywcze jest, uzależniające jest. I dobrze, tylko też dobrze, jeżeli wracamy do słuchania kreacji twórcy, całościowej kreacji, a nie „z kwiatka, na kwiatek”. Jeszcze co do maszynki – jest pancerna, ciężka, w proporcjach nietypowych, raczej wyłącznie systemowych (kompaktowa szerokość z bardzo dużą głębokością). Stoi na firmowych antywibratorach, dysponuje niespotykaną baterią interfejsów (poza klasycznym SPDIF o nieklasycznych jw paramterach, jest w droższych często spotykane AES/EBU oraz niespotykane I2S fizycznie w gniazdko HDMI ubrane). Wielki, ciężki pilot aka cegła mówi: to ja, hajendowy klamot. Mhm, metalowa konstrukcja, odkręcane śrubkami wieczko, by baterie włożyć, błyszcząca na wysoki połysk, armia małych grzybków – przycisków, oczywiście metalowych, a jakże. Zachowany designersko porządek rzeczy, takie same, polerowane na wysoki połysk przyciski na froncie klamota oraz dotowy, niebieski, laboratoryjny display. To już wiecie o co chodzi. Generalnie jestem na wstępie mocno na tak, choć nie bez uwag odnośnie dźwięku przetwarzanego w trzewiach, o czym w recenzji będzie, a tu tylko wspomnę, że trzeba pilnować tego upsamplingu, bo jak przeskoczymy za daleko (nie zachowując multiplikacji zegara, tylko cząstkowy wybierzemy w stosunku do materiału) to odrzuca, źle brzmi, a jak jest bez to brzmi świetnie, a jak znowu zaaplikujemy DoPa (1 bitową konwersję) to …jest inaczej (wg. mnie ciekawie, szczegóły w recenzji będą). Eksperymenty.

To pewnie intencjonalny zabieg. Wygląda to purystycznie i retro modnie, co ma być pokazywane jest, choć cd-tekstu i tym podobnych usprawnień nie uświadczymy na displeju

Pilotem można zrobić dziurę w podłodze. Także uwaga na podłogi, no i na stopy uwaga ;-)

Góra pliki, dół płyty

Drugi jegomość to Omnia S-1. Pomysł zupełnie inny, oryginalny, nie mający swojego odpowiednika na rynku może poza all-in-one rodem z Chin (np. Zidoo), czyli próbą stworzenia czegoś do wszystkiego, zastępstwa dla RIP Oppo BDP, gdzie audio jest istotną częścią dania (ESS9038Pro, XLR, zasilanie itp) ze wspólnym mianownikiem – ANDROIDEM. Tu też jest robot, a robot w audio to kontrowersyjna sprawa, bo soute do audio nie nadaje się. Ha! No właśnie nie nadaje się, wiemy to od zawsze, bo choć Linuch (a to mobilny, w uproszczeniu, Linuch jest) nadaje się do audio znakomicie, to handheldowy OS jest skażony ograniczeniami i wieloma rafami. Systemowy mikser, brak bitperfect, problem z odtwarzaniem gapless i sporo by wymieniać jeszcze. Takie buty. No ale NuPrime postanowił powalczyć, tak jak walczą inni z tymi ograniczeniami i upichcić swój wariant OS, który by dźwignął temat. Wiadomo, w mobilnym, DAPowym świecie to standard, wszyscy właściwie na Andku jadą (albo na jakiejś egzotyce, ale to Andek jest tu pewnym punktem wyjścia) i ogarniają to bardzo dobrze. Wystarczy popatrzeć, czy raczej usłyszeć jak grają takie Kałachy (najdroższe przenośne playery Astell & Kern) by wiedzieć, że można. Tyle, że w stacjonarnym się nie stosuje, a nie stosuje się choćby z powodu wielu, lepszych alternatyw dla robota, nie stosuje się także dlatego, że stacjonarne nie musi czerpać korzyści (zarządzanie energią, ekosystem aplikacyjny…) z mobilnego OS. To są rzeczy zbędne, albo mniej istotne, mało istotne. No dobrze, ale NuPrime wymyśliło sobie, że będzie właśnie tak i wspomnianą powyżej skrzynkę zaprojektowało jako strumieniowca z funkcją renderera (odtwarzacza końcowego, end-point’a) oraz serwera, który nie tylko ma grać różne strumienie (z naciskiem na lokalne), ale jeszcze robić to na bardzo wyczynowym poziomie odnośnie parametrów. Stąd I2S w standardzie, stąd teoretyczne możliwości grania materiału z konwersją w locie PCM-DSD nawet na poziomie 45MHz. Wszystko ładnie, pięknie, ale jak popatrzymy na diagram, uświadomimy sobie, że nie ma czegoś takiego jak sterowanie przez webpanel (jest tylko zarządzanie podstawową funkcjonalnością, co sprawdza się do uruchamiania czy restartowania poszczególnych funkcji, aktualizowania i to tyle), własnej apki (choć Bubble uPnP, który tu musi być, rozwiązuje do pewnego stopnia ten brak), że skrzynka zarządzana jest właściwie tylko via podpięty monitor / klawiatura / mysz …co kłóci się z ergonomią użytkowania czegoś, co stoi na stoliku/regale w salonie to hmmmm. Dobra, rozumiem, inżynier zaprojektował, wyszło mu, że parametry OK, że działa jak zakładano, ale komuś tutaj coś bardzo istotnego umknęło. Po prostu.

Strumienie

Póki co, z „kolcami”

Walczę z tym klamotem, bo wiecie jak to u mnie jest – lubię dłubać, nie poddaję się, chcę szczególarsko i do basementu. Co mogę powiedzieć zatem na wstępie? Sprzęt wymaga pilnej aktualizacji, to oczywiste. Obecnie problemem jest tak podstawowa sprawa jak stabilność działania w sieci. A to przecież być albo nie być dla tego typu klamota. Mają te strumienie hulać. Podpięty pod switch, czy bezpośrednio pod router via LAN (można też w gniazdo zadaniowe, oznaczone U5) wpiąć bezprzewodowy moduł sieciowy, często, gęsto gubi się, znika, by po restarcie pojawić się i tak w kółko. To musi ulec szybkiej naprawie. Po kablu nie mogą się dziać takie rzeczy, zresztą w ogóle nie powinny takie manniany odchodzić. Jak działa to tak – panel nie daje nam właściwie specjalnie pola do popisu. Jak w końcu połączymy się z apką mobilną (Bubble) to można z przeróżnych źródeł, także własnych chmur (np. OneDrive), lokalnie, tidalowo, Qobuzowo itd słuchać. Tak, ale tu też parę rzeczy wymaga dopracowania. Reakcja na zmiany w aplikacji jest bardzo powolna po stronie klienta (Omnia S1). Ustawiamy cyfrowo poziom (ofc na 100) i czekamy. Czekamy za długo, to nie powinno trwać 5-6 sekund. A trwa. Dalej, jest problem z uzyskaniem dźwięku na interfejsach cyfrowych, a więc jedynej drodze wyprowadzenia sygnału z Omnii (no jest jeszcze Cast, obsługiwany tutaj w sposób dość osobliwy). Na optyku często jest cisza. Nie rozumiem dlaczego tak się dzieje, bo sygnał jest (światłowód świeci) i jaki by przetwornik nie był po drugiej stronie to jest jw. Także chrupie tutaj i wymaga to także naprawy przez upgrade. Wreszcie coś, co stanowi dość nietypowy, patrząc przez pryzmat korzystania z takich urządzeń, sposób sterowania, kontrolowania pracy… wystarczy popatrzeć na umieszczonego screena. Monitor nie chciał via HDMI przyjąć sygnału ze skrzynki, nie chciał pokazać UI. To źle, bo właściwie tylko w ten sposób możemy „dobrać się” do zawartości i ustawić na samym urządzeniu parametry jego pracy. Nie podpinałem klawiatury co była w pogotowiu i myszki, bo byłoby to daremne w tych okolicznościach. Sumując – ten produkt wymaga poważnej pracy u podstaw, wymaga zaktualizowanego software. I jeszcze na marginesie… uważam, że jak już jest ten Andek to firma powinna, wzorem wspomnianego A&K, pokusić się nie o wersję plain, smartfonowo-klasyczną interfejsu, tylko zrobić swój, oryginalny, własną nakładkę. Nie chodzi tu tylko o estetykę (np. pozostawienie funkcji typowo telefonicznych), a wygodę, ergonomię, UX. Jeżeli ma być po „inżyniersku”, z klawiaturą i myszą oraz ekranem to niech będą duże elementy interfejsu, duże ikony, a nie to, co jest. Bo to bez sensu wg. mnie. No i poza takim, nietypowym sterowaniem, własna aplikacja do ogarniania – koniecznie. Wspomniane, testowane u nas Zidoo, korzystało m.in. z przerobionego na własną modłę UI. Miało własny player. Mogło grać zawiadywane przez analog pilota (którego tutaj w ogóle nie ma w S1 btw) na mobilnej apce. Tak, Omnia S1 wymaga gruntownego przemyślenia przez producenta i wprowadzenia paru krytycznych zmian.

Pod aplikacją Bubble, niestety nie zawsze z sukcesem (patrz tekst)

HDMI na wizję podpięty

Jak widać, czy raczej nie widać. Bez sukcesu :(

Galeria poniżej:

» Czytaj dalej

Sinozębny na topowym poziomie? Mhm, ale to dopiero początek: Ananda BT test

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5512

Czy te słuchawki można traktować jako coś „on the go”? Na rower, spacer, czy jakąś sportowo-rekreacyjną aktywność? Absolutnie nie. Nie, bo nie nadają się z co najmniej dwóch powodów: są duże (i nie składają się w „pakiecik” – czyli trzeba jakiegoś solidnego nosidła) i są otwarte. OTWARTE. Tak, to ortodynamiki. Pamiętacie test Ananda po kablu? Pamiętacie? No to tutaj mamy tożsamą konstrukcję z modułem bezdrutowym. Wróć. Te słuchawki są zupełnie inne od modelu na uwięzi, bardzo inne, mimo wspólnej nazwy i tych samych przetworników. Kompletnie inne. Jakoś wersja po drucie nie rzuciła nas na matę (choć rekomendacja była – patrząc wstecz powinienem być bardziej zdystansowany w ocenie), tu jest zupełnie inaczej – te słuchawki to wysokiej klasy all-in-one: system słuchawkowy na łbie, lekki, działający ok. 8 godzin (takie czasy notowałem) …absolutnie wystarczajaco w codziennym użytku, choć dalece niewystarczająco porównując do typowych, mobilnych nausznic na BT, pozwalający uzyskać niebywale rozdzielcze, fantastycznie angażujące brzmienie po kablu USB. Dobre przetworniki skojarzone z wbudowaną elektroniką, która wzmacnia, przyjmuje strumienie, przetwarza, z ultrakrótką drogą sygnału podawanego jw. bezprzewodowo (z pewnymi kompromisami) lub przewodowo (absolutnie bez kompromisów, w jakości maks. 24/192). To jest coś, co wg. mnie może stanowić pewną wskazówkę, w którą stronę pójdzie branża. Nie ma tu (jeszcze?) takich ficzerów jak w przetestowanych przez nas, awangardowych Nura. Tyle, że to właśnie ten kierunek, bo dostajemy kompletne, w pełni na cyfrę otwarte, rozwiązanie, z synergią konwersji sygnału, odpowiedniego napędu oraz DSP. To ostatnie służy opisywanym HiFiMANom w tle, nie mamy specjalnie wpływu na processing, ale to nie oznacza, że kolejna wersja, czy kolejne wersje topowych nauszników nie otrzymają rozbudowanych aplikacji, pozwalających na dostrojenie słuchawek. Mhm, tak, mam tu na myśli to, co w kodzie robi Roon z Audeze (kalibrowanie pod dany model), przy czym na poziomie dużo bardziej zaawansowanym. Nura, AirPodsy Pro i inne masowo-rozrywkowe produkty pokazują w którą stronę to idzie, pójdzie. Ba, pokazuje to także mały grzdyl HIDIZIS S8 – autokalibracja, dopasowanie pod efektor. Tutaj dopasowanie pod konkretne uszy, pod konkretne warunki środowiskowe, pod źródło (w opcji po drucie)…

Bez kabla

Ananda BT to najbardziej zaawansowana obecnie konstrukcja, obiecująca przeniesienie wysokiej klasy systemu słuchawkowego, w kompaktowej, autonomicznej formie bezdrutowej lub/i z transportem cyfrowym po drucie (USB). Te słuchawki – jak wspomniałem powyżej – nie są dla słuchawkowego nomada. Nie znajdą zastosowania tam, gdzie zastosowanie znajdą Nighthawki, Momentum czy Soniacze z idiotyczną (podobnie ma Philips) nazwą literkowo-cyferkową. Nie. To słuchawki do swobodnego słuchania w chałupie (świetny zasięg modułu, bezstresowa, stabilna praca w opcji bezdrutowej), w ogrodzie, patio, działce, domu letniskowym nad jeziorem. Tak, tu moduł sinozębny będzie jak znalazł, dając nam wolność, pozwalając rozkoszować się dźwiękiem w pięknych okolicznościach przyrody, na zewnątrz. Tak, można te słuchawki potraktować jako przeniesienie tego, co mieliśmy na domowym, wysokiej klasy secie słuchawkowym, na wynos, ale właśnie tak, gdzieś w pociągu, samolocie – ok. Ale nie nomadycznie, bo to nie są słuchawki do przemieszczania się w środowisku np. miejskim. Nie są – musiałyby być zamknięte, musiałyby się składać, być mniejsze, w ogóle musiałyby być inne. Na szczęście nie są. Są takie – jak na razie – unikalne. Także fajnie, że producent zdecydował się na wprowadzenie do oferty tak nietypowego modelu.

Sinozębny to tylko część opowieści. Preludium, wstęp do tego, co wywarło na mnie największe wrażenie. Zacznę od tego, czego tu nie ma. Nie ma analogowego połączenia. Nie, serio, naprawdę, te słuchawki nie mają wejścia analogowego, innymi słowy nie ma mowy o konwersji ADC (i dobrze, bo zazwyczaj oznacza to degradację SQ), jest cyfrowy sygnał only. Albo w eterze, albo po drucie, a dokładniej via USB-C… czytaj nowocześnie, teraźniejszo, całe szczęście bez schodzącego microUSB. To, jak to gra w opcji przesyłu sygnału do wewnętrznego przetwornika C/A, jak gra szczególnie gdy zadbamy o właściwy materiał to coś, czego moim zdaniem jeszcze nie doświadczyliśmy na tym pułapie, a śmiem twierdzić, że niektóre cechy tego brzmienia ostawiają na bocznicę flagowce podpięte pod mocarną elektronikę (jak moje LCD-ki 3 wpięte w iHA-6/P1 z dakiem D1 na dwóch ESS9038Pro). Natychmiastowość, szybkość, niesamowita dynamika jakiej doświadczamy, słuchając Ananda BT via USB z …w sumie dowolnego, cyfrowego transportu (przykładowo iPada Pro) to jest coś, co skłania do głębszej refleksji nad ograniczeniami jakie niesie ze sobą dzisiejsza technika cyfrowa, samodzielne dopasowywanie różnych elementów, tworzące (często) przypadkową, niekoniecznie optymalną konfigurację. Tu jest zdecydowanie lepiej! Tak, już wcześniej dało się odczuć, że w tym graniu bez zbędnej, zwielokrotnionej konwersji (ADC), względnie przypadkowemu połączeniu elektroniki z efektorem (analog), na słuchawkach mobilnych BT (wspomniane Nura, Momentum OvE, Symphony 1 itd itp) podłączonych do transportu via USB robi się coś magicznego, coś wyjątkowego. Dźwięk stawał się bliski, bezpośredni, jakby ktoś odsłonił kotarę. Wrażenie potęgowało porównanie z bezdrutowym strumieniem – co jeszcze nie było aż takie zaskakujące, a wręcz spodziewane – oraz… z analogowym połączeniem nausznic z jakimś słuchawkowym setem. Wielokrotnie powtarzana czynność (patrz testy) zawsze dawała ten sam rezultat: po cyfrowym drucie, gdy zera i jedynki zostają przetworzone w muszlach i momentalnie doprowadzone do analogowych przetworników robi się zjawiskowo, inaczej, lepiej. W przypadku Ananda BT mamy to na poziomie jeszcze bardziej, bo też wyjściowo skojarzono tutaj powyższą koncepcję z wysokiej klasy ortodynamicznym efektorem. To nie jest ta sama półka co wspomniane, skądinąd bardzo udane, świetnie brzmiące modele „on the go”. To w końcu coś (Ananda), co stworzono pod kątem stacjonarnego, wypasionego toru słuchawkowego. Coś, co zostało pożenione z miniaturyzacją, autonomią, synergią całości w jednym opakowaniu.

Wow!

A jeszcze, jakby tego wszystkiego było mało, mamy wejście na solidny, w komplecie dostarczany, mikrofon kierunkowy. Tak, moi drodzy, jak ktoś chce naprawdę dostać drgawek przy jakimś trashowym horrorze z samym sobą w roli przekąski, w (przepraszam nie mogłem sobie darować) „bede grał w gre” – myśli wielkich ludzi – Anżej Duda, to już wiecie jakiego kalibru* pakiet otrzymujemy tutaj w komplecie. Granie w cokolwiek, gdzie dźwięk nie robi tylko tła, jest ważny dla fabuły, dla akcji, to coś, czego zdecydowanie warto doświadczyć. Plus ten wspomniany i obowiązkowy w multipleju mikrofon. Słyszymy świst kuli tak mocno organicznie, szepcząc „o ja p…” , że wszyscy z teamu już wiedzą: kres istnienia blisko.

Po kablu… ale cyfrowym

Więcej? Bardzo proszę…

* „Yamato” 18″ aka 457mm

 

» Czytaj dalej

Sonos prawie dobrze, ale to prawie robi różnicę. Soundbar Arc i reszta…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
773x0x1-1

Na wstępie o rozczarowaniu. Ani Nowy Five, ani nowy Sub, to nie są produkty nowe, tylko po prostu odświeżone. Tak, mocniejsze bebechy, więcej pamięci, ale od strony stylistycznej, a przede wszystkim od strony SQ żadnych zmian. Bo to ten sam układ, te same przetworniki (w sensie wielkości, umiejscowienia oraz aplikacji). Szczerze? Po tylko latach czekania (szczególnie na nową piątkę) mogliby się bardziej postarać. Co więcej nowy sub to nie mniejszy, tańszy sub (a takie były oczekiwania i niektóre nieoficjalne zapowiedzi) a dokładnie to, co powyżej. Czyli drogi, bezprzewodowy niskotonowiec, trzeciej już z kolej generacji, zaklęty dokładnie w tym samym opakowaniu. Ehhh. Rzecz jasna za moment trafi do nas rewolucja pod nazwą S2 – nowy software, który wszystko zmienia (dźwięk przestrzenny na nowym poziomie, dźwięk hi-res, nowe, jeszcze bardzie zaawansowane algorytmy pomiaru pomieszczenia, nowe tryby strefowe…

Tym, co miało zachwycić, jest nowy projektor dźwiękowy / soundbar Sonos Arc. Zamiast Playbara i Playbase mamy nowego, nowoczesnego, naszpikowanego nowymi technologiami soundbara. Pierwsze wrażenie bardzo pozytywne, ale jak wejdziemy w szczegóły to… niestety… widać sporo chropowatości w produkcie, który ma domyślnie stać się fundamentem nowego rozwiązania Sonosa w zakresie kina domowego. W dobie wielkich ekranów, mały Beam jest rozwiązaniem budżetowo-kompromisowym, a Arc w zamyśle producenta to coś, co jest na szczycie i ma się sprawdzić teraz i jutro, w kinie i w muzyce, ma być na lata wyznacznikiem nowoczesności w salonie.

Czy to się udało? Patrząc na specyfikację, przykro mi to napisać, ale absolutnie nie. Nie rozumiem, dlaczego firma nie zdecydowała się na wprowadzenie przeplotki tj. dodatkowego wyjścia HDMI. Arc ma jedynie dwukierunkowy (eARC), pojedynczy port, który pozwoli podłączyć go domyślnie do telewizora z odpowiednim złączem. Tyle. To bardzo niewystarczające, wręcz szokująco niewystarczające rozwiązanie, bo ogranicza nas do jednego, jedynego ekranu (to raz) oraz nie daje możliwości wygodnej integracji z innymi komponentami, takimi jak procesory AV, amplitunery AV etc. Ktoś powie, no dobrze, ale to ma być właśnie zamiast – ok, rozumiem, zamiast innych elementów, w tej sytuacji może już zbędnych (bo strumienie zintegrowane w odbiorniku, bo wszystko co niezbędne „pod maską”…). Cóż, nie jest to prawda, bo nawet systemowo (Sonos) musimy zderzyć się z bardzo prawdopodobną niekompatybilnością telewizora z najnowszymi technologiami audiowizyjnymi bez żadnych widoków na obejście problemu (bo tylko eARC). Dodatkowo, jak wspomniałem, nie ma opcji by zintegrować w sensowny sposób (tak można kombinować via matryce, bardzo rośnie koszt instalacji, w ogóle przestaje to wg. mnie mieć sens) inny, niż telewizyjny ekran w salonie. A przecież wiele osób wykorzystuje obok TV także projektor. Sytuacja w takim scenariuszu wygląda kompletnie beznadziejnie – nie dość, że tylko TV to jeszcze nawet samo podpięcie pod projektor zamiast generuje wtopę – projektor raczej nie będzie wyposażony w najnowsze rozwiązanie z eARC (świetne, nowoczesne, świeże, o doskonałych parametrach, projekcje nie dysponują takim wyposażeniem). To wyjście (dodatkowe) HDMI to absolutne minimum, a w projektorze dźwiękowym za prawie 4k wymagałbym przynajmniej jednego, dodatkowego portu wejściowego. Nic z tego.

Projektor od strony możliwości sonicznych robi wrażenie, jest – jak zapowiadano – kompatybilny z Dolby Atmos (5.2.0 …, jak mało to uzupełniamy to przez dodatnie subów, względnie dodatnie z tyłu, boków kolumienek One). Mamy baterię 11 przetworników, pewnie dźwiękowo będzie to na wysokim poziomie, ale …no właśnie, znowu ale! Dlaczego Sonos wypuszczając domyślnie bezkompromisowy sprzęt, nie zdecydował się na uzupełnienie możliwości o konkurencyjnego DTS-a X?! Przecież to jest kompletnie bez sensu, bo właśnie konkurencja bardzo, ale to bardzo rozwinęła w swoim rozwiązaniu kwestie programowego budowania scenerii dźwiękowej, emulacji pseudoprzestrzennej na potrzeby dźwięku obiektowego. Tego Atmos nie oferuje, a jest to cholernie ważne, bo po pierwsze soundbar to mimo zaawansowania, potężnego DSP źródło de facto monofoniczne, które siłą rzeczy musi udawać, tworzyć coś, czego (fizycznie) nie ma. Co z tego, że mamy promieniowanie w górę (co swoją drogą stanowi spory kompromis odnośnie tworzenia efektu dookólnego, obiektowego środowiska dźwiękowego), jak w co najmniej paru zastosowaniach będziemy musieli obejść się smakiem (wrażenia przestrzenne). Mam tu na myśli to, co nadciąga – nowe konsole, nowa generacja sprzętu rozrywkowego, położenie mocnego akcentu na obiektowe audio w grach (brak mch LPCM!!!), ale także (na co wskazują eksperymenty serwisów streamingowych audio vide 360 w Tidalu czy Deezerze) w muzyce. Tu więcej oznacza kompatybilność, brak zaś emulację co najwyżej dźwięku przestrzennego w starym wydaniu (DD+), albo w ogóle zerowe możliwości skorzystania z zalet kilkunastu przetworników wbudowanych w belkę. Słabe to bardzo.

Hue Play &

HDMI Synch box… mądrze skonfigurowane, robi różnicę, nie tylko w kinie / elektronicznej rozrywce… w muzyce też

   

Przy czym instalacja musi być przemyślana, dostosowana do pomieszczenia, położenia źródeł obrazu i DŹWIĘKU. 
Dwie świetlne kolumienki to dopiero początek zabawy i nie że więcej to lepiej (do 10 źródeł światła),
tylko – właśnie – odpowiednio skonfigurowane, subtelne, reaktywne światło z dźwiękiem przepisem na coś bardzo wciągającego

  

Wbrew pozorom wcale (choć jest automat) nie jest łatwo to skonfigurować, trzeba sporo się natrudzić, ale efekt – serio – warty jest poświęconego czasu. Samo oprogramowanie i zasada działania nieco pogmatwane i niezbyt intuicyjne. Trzeba się oswoić i przede wszystkim znaleźć odpowiedni balans: liczba punktów / poziom intensywności / umiejscowienie

Testuję obecnie akcesorium znacząco zwiększające immersję przed ekranem… wróć, nie tylko przed ekranem, bo słucham sporo muzyki w salonie właśnie z udziałem tego pudełka (i nie są to w tym wypadku tylko klipy, bo ekran/y pełnią funkcję albo tła – z jakimś fajnym motywem, albo interfejsu playera) i nie, nie jest to dyskoteka. To coś, co naprawdę generuje nowy poziom konsumowania treści multimedialnych, sprawdza się nie tylko świetnie w przypadku kina, nie tylko (największy przyrost przyjemności z obcowania) w grach, ale także – właśnie – w słuchaniu muzyki. Tak, chodzi o ostatnio opisywany chyba w każdym miejscu Philips HDMI synch box, który podejrzewam wielkiej kariery nie zrobi. Nie zrobi, bo nie zostanie odpowiednio zintegrowany, wykorzystany, nie zostanie odkryty potencjał tego ustrojstwa. A potencjał ma to, to ogromny. Oczywiście podzielę się wnioskami, głównie w zakresie audio, bo jest wierzcie mi o czym pisać. Tak jak kiedyś, w pradawnych czasach, lubiłem odtwarzać coś na PS3 wyświetlając motyw z Matką Ziemią na dużym, plazmowym ekranie, tak teraz z przyjemnością tworzę scenerię do słuchania ulubionych dźwięków za pośrednictwem akcesorium Philipsa*. To taki Ambilight tylko podkręcony, na dużo wyższym, wręcz – powiem wprost – nowym, lepszym, dużo lepszym poziomie. Można subtelnie, przy zachowaniu proporcji (co by nie rozpraszało, a właśnie zwiększało immersję) bardzo uprzyjemnić sobie odsłuch, czy oglądania, czy wreszcie granie. I tak, w muzyce, to zdaje egzamin, szczególnie gdy poświęcimy czas na właściwe ustawienie źródeł światła (najlepiej dedykowanych tj. Hue Play), dobierzemy parametry, odpowiednio zsynchronizujemy ze źródłem obrazu i/lub dźwięku (polecam komputer). Światło – dźwięk. To działa!

    

 

Najlepiej z komputera, podpinamy pod ekrany i jest zabawa…

Czemu wspominam o tym rozwiązaniu Philipsa przy okazji opisu Arc-a? Ano dlatego, że ograniczenia nowego projektora Sonosa utrudniają wykorzystanie tego typu sprzętu. Jak wspomniałem, nie wykorzystamy SmartTV, nie jest to coś, co idzie w kierunku integracji (kierunek Sonosa) wszystkiego w ramach jednego, a wręcz przeciwnie. Przy czym mimo oczywistej popularności, atrakcyjności nie mnożenia bytów, przyszłość domowych systemów rozrywki będzie iść w stronę dodawania kolejnych elementów, elementów inteligentnej chałupy w celu zwiększenia naszego zaangażowania w to co się dzieje na ekranie, to co dociera do naszych uszu z głośników. Coś za prawie 4 tysiące powinno uwzględniać to, co powyżej. Oczywiście nowe możliwości (S2) wprowadzą cały ekosystem na nowy poziom, choćby za sprawą wprowadzenia dźwięku wysokiej rozdzielczości, nowych opcji przestrzennych i (co jest według mnie najważniejsze) znacznego rozwinięcia technologii korekcji pomieszczenia (nowe TruePlay). To wszystko na pewno będzie pozytywnie wpływało na poziom zadowolenia użytkowników, sam nie mogę się doczekać (czerwiec) wielkiego upgrade’u, licząc że szybko skorzystam z nowych możliwości pod Roonem (integracja Sonosa we front-endzie jest pierwszorzędna!).

Szkoda, że nowości hardwareowe nie spełniają oczekiwań wielu zainteresowanych tematem. To tytułowe „prawie” niestety robi gigantyczną różnicę. Sonos miał szansę w przededniu najważniejszej od lat aktualizacji systemu (software) wprowadzić coś, co zrewolucjonizuje rynek. Moim zdaniem zaprzepaścił szansę, powiem nawet mocniej – bez oczekiwanego, mniejszego i tańszego, nowego Suba, bez opisanych technologii/wyposażenia których poskąpiono w Arc-u, wielu mocno zastanowi się, czy jednak nie będzie lepiej oprzeć integrację audio i wideo o przetestowanego u nas (poza kinem, czekam na to S2 jw) w paru odsłonach AMPa. Aaa jakby się ktoś pytał… Tak, Arc ma też opcję podpięcia optykiem, tylko co z tego – odpada (bo zbyt małą przepustowość oferuje TOSLink) Atmos, obiektowy, w ogóle odpada duża część zabawy, to tylko erzac, awaryjna opcja (gdy ekran nie ma zwrotnego kanału), a nie coś, co załatwia problem. Integracja AI czy AirPlay 2 na nikim dzisiaj nie robi już większego wrażenia, to już jest jako standard w produktach Sonosa oraz rynkowych rywali.

Ciekawe co zrobi konkurencja? Mam tu na myśli głównie Apple, które musi coś zrobić, by uzasadnić istnienie swojej platformy streamingowej (gdzie jakość odgrywa kluczową rolę tj. obraz ultrawysokiej rozdzielczości i dźwięk obiektowy), uratować kompletnie położony temat strefowego, inteligentnego dźwięku tj. Home Poda. To miał być produkt do słuchania muzyki, ale także do rozbudowy, stworzenia na bazie rozwiązania pod wizję. Nic takiego się nie stało i zawalona dystrybucja, opóźnienia, ograniczone możliwości, wysoka cena dobiły temat. Może wraz z tańszym rozwiązaniem, które ma niebawem zadebiutować, może z rozbudową (???) możliwości w kinie, pojawi się ciekawa alternatywa? Są ofc specjaliści (Yamaha itd), tyle że na styku najnowszego, internetu rzeczy, technologii wizyjnych, rozrywkowych i audio teoretycznie to wielkim z IT powinno być łatwiej. Tak jednak nie jest, a przynajmniej w pełnym zakresie, całościowym nie jest. Sonos jest tu ewenementem, bo przecież też specjalizacja i to wąska w sumie. Mógł odskoczyć konkurencji o lata świetlne. Właśnie teraz. Nie zrobił tego. Cóż, taka okazja może się już nie powtórzyć.

* pełna nazwa to Philips Hue Play HDMI Synch Box… tak, te philipsowe nazwy produktów, masakra

Ustawienie kolumn: prosty, zrozumiały dla każdego, no po prostu świetny poradnik od praktyków

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2020-05-2 o 04.28.54

Trafiłem na to przypadkowo. U niejakiego DAR.KO. Mam krytyczny stosunek do tego, co się tam publikuje, ale lubię wchodzić, bo też komputerowiec to prowadzi w sumie i wiadomo, swój do swego ciągnie. Oczywiście to nie tam, a u źródła postanowiłem zapytać o zgodę na publikację i tadam, nie dość, że udało się po chwili otrzymać ekspresem odpowiedź od autora Andy Moora z Mian Audio Distribution (LEEMA ACOUSTICS), to jeszcze przy okazji okazało się, że „moja żona jest z Polski, jakże mógłbym odmówić?”. Cóż, to prawda jest powszechnie znana, że Polki są najpiękniejsze na świecie, że nie ma piękniejszych panien na tym łez padole niż nasze, słowiańskie dziewczyny. Także ja to świetnie rozumiem i w pełni popieram, a jako że poradnik jest bardzo użytecznym szybko podpowiadaczem jak to te kolumny najsensowniej ustawić (z praktycznymi wskazówkami dotyczącymi pomiarów, potrzebnych materiałów do uskutecznienia dzieła, dostępnych każdemu melomanowi…) to czym prędzej (no tu trochę zmarudziłem, ale miałem ważkie powody) upubliczniam na HDO. Pobierajcie & korzystajcie wedle uznania, przy czym dla osób piszących, prowadzących coś tam, coś tam, prośba – napiszcie do Andy’ego, poproście o zgodę na publikację, a nie że bez pytania. Na końcu udostępnionego pdf-a znajduje się wyraźne przesłanie: chcesz szarować? Zapytaj.

Także 12″ okładki LP w dłoń, taśma malarska i ołówek oraz metrzyk do kieszeni i dawaj ustawiać, dopieszczać, przestawiać. Domownicy mogą nie być zbyt szczęśliwi, ale zawsze można użyć argumentu jw., że cud natury, że przecież tutaj zaraz no bombonierka, że jakieś pachnidełko i – właśnie – że inni na świecie doceniają wielce urodę, także może jakieś ładne coś plus komplementy, a tu przecież tylko parę centymetrów przemeblować trzeba, bo jak się przemebluje to będzie lepsze zejście, scena się rozszerzy, sybilanty przestaną dokuczać, albo… o! Już mam! Kolumny znikną z pomieszczenia! Tylko uwaga, ten argument źle zrozumiany może oznaczać koniec pasji, wiecie… wykluczenie, znaczy wyjazd paczek z salonu. Także uważajcie z tą gadką, bo może sprowadzić na Was nieszczęście. Aha, żeby nie było, Panie też słuchają i mogą potraktować to, co powyżej, jako takie tam bredzenie podszyte seksizmem wyżej podpisanego.

Ważne jest na czym to skonfrontować, znaczy ścieżka do testowania ustawienia zapodana w materiale:

Playlista (Tidal) do weryfikacji ustawienia jw – faktycznie genialnie się sprawdza
(nie dziwi – w końcu fachury z LEEMA Acoustic podpowiadają, podpowiadają dobrze)

LINK DO MATERIAŁU PDF:

GRID METHOD SPEAKER CALIBRATION (GUIDE) BT ANDY MOORE 

Zgodnie z prośbą autora poradnika zamieszczam link do polskiego dystrybutora marki Leema Acoustics:

https://www.galeriaaudio.pl

 

Sonos z nowym sys. operacyjnym, nową aplikacją w czerwcu. Będzie hi-res audio!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
sonoss2

No, no… szykują się bardzo duże zmiany. Pamiętacie niesławną decyzję o „uwaleniu” softwareowym starszych generacji urządzeń Sonosa? Coś, z czego ostatnio się wycofali rakiem (tłumaczyli to osobliwym recyclingiem)? No to chyba już wiemy jakie było źródło tej decyzji, niemądrej, ale – tu nie ma co ukrywać, że będzie inaczej – i tak niejako wyprzedzającej nieuchronne, to co za moment się i tak wydarzy. Stary sprzęt przestanie być aktualizowany do najnowszej wersji, nie będzie mógł działać w ramach nowego, bo (jak informował producent) nie podoła technicznie planowanym nowościom. A jakie to nowości? Po pierwsze i najważniejsze możliwość streamingowania muzyki w jakości hi-res. Sonos do tej pory konsekwentnie się  wzbraniał i od zawsze oferował bezstratną jakość ograniczoną do redbooka (16/44.1). Teraz to się zmieni, będzie możliwość strumieniowania w natywnej dla materiału źródłowego jakości, bez downsamplingu. Firma mówi o konieczności dużej aktualizacji, by dźwięk o lepszych parametrach mógł być odtwarzany na urządzeniach wprowadzanych niedawno, ale także (na szczęście) tych już od wielu lat oferowanych. Chodzi o to, co Sonos wprowadził w zakresie kina domowego (Playbase, Playbar, Beam, Sub), muzyki mono/stereo ( One i warianty, Move a także Play:1/3/5 (gen2) oraz komponentów audio (pre i ampy) tj. AMP, Port i Connect’y (2 gen).

Na rycinie wszystko wyjaśnione. Kto dostanie, a kto nie.

Niestety, zgodnie z zapowiedziami, nie otrzymają wsparcia do nowego wariantu firmware starsze Connecty (1gen), Zone Player, pierwszej gen Play:5 i akcesoria (pilot SR200 i bramka Bridge). Firma tym razem z wyprzedzeniem i jak należy podeszła do sprawy informując klientów o zmianach, dodatkowo wprowadzając bardzo racjonalny i prokonsumencki system wparcia dla wszystkich. Po krytyce jaka na nich spadła zrobili to wg. mnie wreszcie jak należy. I tak, będzie można liczyć na 4 różne możliwości działania ekosystemu:

  • brak starych urządzeń, tylko nowe, wspierane, od czerwca ładujemy nowy OS, nową aplikację
  • chęć użytkowania tylko nowsze, wspierane urządzenia z 30% upustem na wymianę za to, co niekompatybilne (nowe to S2 od System 2, stare to S1 od System 1… w tym scenariuszu usuwamy wszystko stare)
  • chęć użytkowania retro urządzeń, z pełnym wsparciem odnośnie poprawek oraz kwestii bezpieczeństwa, z zapewnieniem przez Sonosa utrzymania oferty partnerów (serwisy) dla takiego użytkownika (!)
  • korzystanie z dwóch odrębnych systemów tj. S1 i S2 przez użytkownika. W takiej sytuacji będzie zachodziła konieczność rozdzielenia, Sonos opublikuje szczegóły niebawem, przy czym stare nie będzie mogło komunikować się z nowym co wynika z ograniczeń technicznych najstarszych produktów

Także, jak widać, robią to tak, aby każdy był zadowolony i nikt nie miał powodu do narzekań. To najlepsza i najrozsądniejsza metoda na utrzymanie wysokiej oceny oferowanych przez siebie rozwiązań, bez narażania się na krytykę klientów, którzy często (gęsto) zainwestowali całkiem sporo w cały ekosystem, tworząc przez wiele lat, bardzo rozbudowane instalacje. Chodzi tu głównie o Connect’y oraz Zone Player’y. To miliony urządzeń w domach użytkowników, nadal całkiem dobrze działających, nadal wykorzystywanych z powodzeniem, spełniających wymagania użytkowników. Widzę tutaj pewną analogię do SlimDevices/Logitech i dalszej egzystencji LMS po – nawet – rynkowej śmierci Squeezeboksów. Tu, co prawda nikt nie mówi pass, a wręcz przeciwnie, ale jw. ta ogromna liczba urządzeń to coś, czego nie powinno się pomijać. Ten sprzęt po prostu dobrze znosi czas, jest długowieczny, system w obecnej formie jest dojrzały, lubiany, używany, dlaczego nie miałby nadal być wykorzystywany? Mówi się o ograniczaniu konsumpcji w imię ekologii, przyszłych pokoleń, rzecz jasna dla producenta, każdego producenta czegokolwiek, brzmi to dość abstrakcyjnie, ale w tym wypadku naprawdę można i powinno się przećwiczyć takie „długie trwanie”, bardzo długie, ograniczone wsparcie. Sonos na tym wizerunkowo tylko zyska, koszt (utrzymanie zespołu programistycznego, w mniejszym stopniu infrastruktury, która jest komplementarna) nie będzie wielki, wszyscy finalnie powinni być zadowoleni.

Na pierwszy rzut oka nowa apka wygląda dość znajomo, ale sporo tam „pod pokrywą” zmienią, no i najważniejsze – znacznie rozszerzą możliwości: zarówno w audio, jak i kinie 

Nowa aplikacja, nowy system będą nazywać się – po prostu – Sonos. Już w maju wszystkie produkty sprzedawane przez Sonosa będą wyposażane w nowe rozwiązanie. Co nas jeszcze czeka, poza hi-res audio w nowym systemie? Całkiem sporo: mówi się o dodaniu wsparcia dla obiektowego dźwięku Dolby Atomos (yes!!!), co jest szczególnie istotne dla użytkowników zainteresowanych kinodomowymi produktami Sonosa: Playbar, PlayBase oraz Beam. Całkiem niewykluczone, że pojawią się nowe warianty wspomnianych urządzeń (przy czym poprzednicy dostaną wsparcie!), zapowiadano już wcześniej wprowadzenie tańszego Suba oraz małych głośników na potrzeby rozszerzenia obecnych możliwości (de facto, w najbardziej rozbudowanym wariancie jest to 4.1) o kolejne efektory (obiektowe). Jest ogromne oczekiwanie, że pierwszy, kompaktowy, bezprzewodowy ekosystem wielogłośnikowy będzie kompatybilny z najnowszymi technologiami dźwięku obiektowego – to ważne przede wszystkim w domowym kinie, ale też nie bez znaczenia w kontekście udostępniania muzyki (materiałów tj. 360 Audio Sony’ego itp) przez serwisy, która wychodzi poza bazę stereo. To może być przełom w popularyzacji nowego, wg. mnie znacznie bardziej rewolucyjnego (od hi-resów choćby) tematu w audio, czyli właśnie wprowadzeniu dźwięku obiektowego (umownie) w zakresie słuchania muzyki.

A tu jeszcze porównanko, w zakresie UI/UX to bardziej polerka niż rewolucja. Dla wieloletnich użytkowników to pewnie zaleta, nie wada.

Oczywiście rozwinięte zostaną technologie społecznościowe, wsparcie dla funkcji automatyzacji (lokalizacja, powiązane z inteligentną chałupą) wbudowanych w sonosowy system oraz – co jest dość istotne – możliwe, że Sonos wprowadzi swojego, natywnego asystenta. Nie oznacza to porzucenia wsparcia dla Google Assistant czy dla Alexy, nadal będzie można wykorzystywać obu inteligentnych asystentów, ale będzie oferowana alternatywa, ściśle powiązana ze sprzętem, firmowa alternatywa. Nie ma jednak co spodziewać się wprowadzenia tego novum w zbliżającej się aktualizacji. To pieść przyszłości raczej. Tak czy inaczej zostało to zaakcentowane przez Sonosa, który nie jest chyba zbyt zadowolony z wolnego tempa wprowadzenia lokalizacji (tak, chodzi tu także o Polskę) przy współpracy z partnerami…  ta współpraca nie jest tak dobra, jak mogłaby być. Dodatkowo Amazon z Google bardzo ostro rywalizują ze sobą na poletku IoT i to się odbija na funkcjonalności w produktach firm współpracujących. Siak czy tak czekają nas bardzo poważne zmiany, konieczne zmiany, by system rozwijał się, oferując pożądane przez użytkowników funkcje, możliwości.

Rzecz jasna poinformuję Was o tych nowościach, w osobnej publikacji, kończącej megarecenzję Sonos:AMPa, którą publikowaliśmy na łamach HDO (cz.1 rok temu, cz.2 pół roku temu). W sumie dobrze, że zostawiłem to kino (ostatnia część) na potem, bo zmiany będą znaczące, warto będzie odnieść się do możliwości po upgrade systemu…

 

PS. Już za moment (jutro lub w czwartek) recenzja FADów D8000 Pro Edition oraz zapowiedź niespodzianki, o której wcześniej chlapnąłem, nie podając szczegółów. Te zaraz po słuchawkowych high-endach. Powiem tylko, że efekt wykorzystania DiRACa (jeszcze nie optymalny, bo mimo spędzenia kilkudziesięciu godzin nad tym, widzę, że można więcej, lepiej) to jest nowa zmienna w systemie audio, której to zmiennej pominąć się NIE DA. W każdym systemie, nawet najbardziej dopieszczonym, wg. mnie nie da. Także było testowanie i słuchanie przed, teraz będzie już po, bo system trafia do redakcji na stałe i będzie wykorzystywany w testach (zawsze bez i z systemem opis). Kurde, dwa razy więcej roboty. Kurde, no przecież że zajebiście, lubię to! :)

HIDIZS S8 DAC&AMP… triumf miniaturyzacji. Niesamowity grzdyl!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2020-03-7 o 13.02.20

Nieprawdopodobne… a jednak możliwe! Takie małe gówienko, taki małe coś, a nie dość że wybitnie dobrze radzi sobie z konwertowaniem zer i jedynek na sygnał analogowy to jeszcze jest to (tak wiem, naprawdę nie wygląda) zajebisty wzmacniacz słuchawkowy. Na czym polega jego zajebistość? Ano polega na wręcz nieprawdopodobnej (rozmiar, źródło zasilania) dynamice i dużej mocy, na tyle dużej, że ten maluch jest w stanie wysterować trudne ortodynamiki i nie, nie ma tu żadnej przesady. S8 to potraf! Słucham go z iPadem Pro w roli źródła i powiem szczerze, że to mobilne odkrycie sezonu. Miażdży, dosłownie miażdży wiele z przetestowanych na łamach HDO DAPów. Bo jest, a jakby go nie było (gabaryt), bo zapewnia świetną kontrolę (w tej klasie urządzeń, takim scenariuszu słuchania muzyki) nad poziomem (fizyczne +/- i to klasyczne, wciskane) i… jak wyżej, daje naprawdę popis w najważniejszej dziedzinie tj. w SQ. Wow! Wow! Wow! Serio, jestem pod ogromnym wrażeniem możliwości, umiejętności tego malucha! Umiejętność dopasowania (przed połączeniem do źródła) pracy gniazda pod określone słuchawki? Mhm. Co więcej, to działa i to jak!

Raczej nano, nie mini HiFi Decoder & Amplifire. I nic tu poza wielkością ustrojstwa nie jest na wyrost, mimo – właśnie – mikrych gabarytów!

To nie wszystkie plusy dodatnie, które mam do zakomunikowania. Otwieramy pudełeczko, wypada kabel do ładowania względnie do kompa (USB-A), standard, ale wypadają też trzy urocze, dobrej jakości, kabelkoadaptery (krótkie, doskonale dopasowana wg. mnie długość sznurka, tak żeby swobodnie, bezpiecznie dla sprzętu, a jednocześnie bez zbędnego dodawania druta do druta (słuchawkowego)). I jest to komplet na obecne czasy, bo mamy tu kabelek microUSB (takie gniazdo jest w S8) jabcowy Lightning, mamy microUSB @ microUSB (Andek) i wreszcie pod nowoczesną, standaryzowaną pod nowe, elektronikę micro @ USB-C. Tak, tak właśnie powinno to wyglądać w przypadku każdego przenośnego urządzenia pod audio robionego dzisiaj. Każde powinno mieć taki zestaw w komplecie. Bezwzględnie. A jak jest? Wiemy, wiemy – nijak. Zazwyczaj producenci skąpią i oferują dalece niewystarczające wyposażenie kabelkowo-adapterowe, że już o jakości tego co z pudła nie wspominając. Brawo dla producenta za to, co daje w komplecie, brawo. To jeszcze bardziej zachęca do zapoznania się z tym grzdylem, bo – wierzcie mi – ma zastosowanie nie tylko z S8 (jak ktoś jest nerdo-gadżeciarzem i obrósł w tony ustrojstwa).

Grzdyl.
Fizyczne, sensownie działające, mechaniczne, nie żadne tam membrankowe, czy dotykowe, guziory + i – …prawidłowo!

Słucham od dwóch tygodni tego grzdyla i powiem tak – jak szukacie przenośnego (po to go stworzono, naprawdę pod nomadyczne, a nie stacjonarne granie – można, czemu nie, ale potencjał kryje się właśnie w on-the-go) DAC/AMPa to nie Audioquesty popularne wśród melo-audio-filskiej braci, a właśnie ten maluch powinien zwrócić Waszą uwagę. Nie ma dystrybucji w Polsce, nie ma reklam i raczej jednego i drugiego nie będzie, nie mam z tego żadnych dineros (norma – jesteśmy non-profit, pro-publico, bo możemy) także szczerze, bez offowego „ale weź naganiaj”, bez tego, co obiektywizm tępi – HIDIZS to kolejne Chi-Hi*, które ROBI. A, że ostatnio w opór tego u mnie się testuje, to co poradzę, że lepsze, tańsze, lepiej wyposażone, z lepszym wsparciem niż starzy, obrośnięci w tłuszczyk producenci ze Starego i Nowego Świata? Wiecie, Polewy (Toppingi) DX7Pro, D70/90, sprawdzony już i zaraz opisany M500 (S.M.S.L), lecący do nas M300 w nowym wariancie z BT i lepszymi przyłączami (gniazda wymienili)… Tanio, bardzo tanio, świetnie w pomiarach (ASR) i takoż co najmniej dobrze, a bywa że wybitnie dobrze w odsłuchu. No i co? No właśnie, no i co z tym zrobi branża, która jakoś czasami w oderwaniu (cenniki) od rzeczywistości przebywa. Ja rozumiem: marka. Ja rozumiem: szlachetne, drogie opakowania (obudowy). Ja rozumiem: inna wycena roboczogodziny. To wszystko zrozumiałe, ale… na końcu i tak jesteśmy My, konsumenci, których trzeba przekonać do siebie czymś konkretnym, gdy się woła 5-10 razy więcej (no niektórych, bo są też tacy, którzy lubią nie być przekonywani czymkolwiek, wystarczy im bombastyczna opinia).

Małe opakowanie, a w nim, jeszcze mniejsze coś

Tak to powinno wyglądać u konkurencji. Mobilne? Dużo przejściówek, adapterów, a nie że trzeba we własnym zakresie szukać.
Szacunek do nabywcy. Te adapterki, poza tym, są całkiem dorzeczne, znaczy ergonomiczno-funkcjonalnie na plus. I jakościowo też. 

Nie, nie chcę przez to powiedzieć, że to co droższe z – umownie – Północy (dobra, jest jeszcze Australia ;-) ) to brak sensu. Nie. Są przecież tacy, którzy potrafią połączyć wysoką jakość z przystępną ceną i wszystko zrobić u siebie (Schiit). Nawet konkurować ceną (sic!) Także nie, że się nie da. Na naszym poletku mamy zdroworozsądkowego Pylona i w ogóle sporo firm, które dostrzegają konkurencję z Azji Środkowej. Tyle, że czasami, gdy patrzę na to, co oferuje utytułowany producent (bazując na gotowcu, robiąc popelinę w zakresie wsparcia produktowego, olewając kwestie oprogramowania i -cóż- zdarza się to „wiodącym” firmom z branży, albo tym o których głośno, bo sporo, bo reklama) to jednak mam powody by zwątpić. Rzetelność – słowo klucz – wielu producentom daleko do tego. Podawanie parametrów zupełnie odbiegających od tego, co w pomiarach to plaga, to wstyd, to coś bardzo, bardzo nie na miejscu. Sprawdźcie, tylko patrząc przez ten pryzmat: dane producenta vs rzeczywistość, a się zdziwicie. I nie tylko ASR jest tu „wyrocznią”, jest tego więcej i warto się zaznajomić (Archimagio, którego odkryłem, kiedy była to niszowo-nerdowo-nieznana witryna choćby).

DSD. Nie bez przyczyny chwalą się 1 bitem na obudowie

Wracając do malucha. Test będzie opublikowany obowiązkowo, bo ten miniaturowy skubaniec po prostu na to zasługuje. W mojej opinii takie coś przekreśla sens zakupu DAPa, no chyba, że ktoś chce ultra drogiego Kałacha – to proszę. Tyle tu dobra. Konkrety w recenzji właściwej, wspomnę tylko na zakończenie, że to DSD „Direct Stream Digital” nanizane na malutkiej obudowie daczka nie jest tu z czapy i nie robi tu za choinkowe „to umiem, tamto umiem i to też potrafię”. Natywnie. To coś umie w DSD i to umie tak, że o rzesz Ty – dlatego koniecznie trzeba pożenić z odpowiednim, mobilnym playterem, który będzie zdolny zagrać 1 bitowe. W świecie jabłkowym jest tego trochę… wiecie: Onkyo HiFi Player, korgowe iAudiogate, w przypadku Andka to wiadomix USB AudioPlayer Pro, a kompy to już w ogóle. Właśnie – kompy. Jako, że tablety Pro i hybrydy (z ARMowym, zajebistym – wreszcie – najnowszym Surface MS) stają się doskonałym wg. mnie, przenośno-mobilnym (to drugie, raczej w kategoriach transportowych) źródłem, to USB-C, które tu jest na wyposażeniu kabelkowym, tym bardziej się bardzo przyda.

Tyci, tyciutki, maluteńki.
Miniaturyzacja na obrazkach w pełnej krasie. Takie małe, a taki (duży) dźwięk z siebie wydobywa i to jeszcze czysty, dynamiczny, bez jakiś „ale”

Mniam, mniam, mniam…

* Chi-Hi robiący zawrotną karierę skrótowiec, którego znacznie nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć.

Nawet apkę opracowali, tak przy okazji, swoją. No szacun. Mało komu się na Północy chce, a nawet jak już, to okazuje się że ściema, znaczy plagiat.
Tu jest inaczej. Może jesteśmy zbyt leniwi, zbyt gnuśni, może skośnoocy są po prostu bardziej pracowici? Coś w tym jest. Tu, powyżej, nie ma ściemy.
O aplikacji ofc też będzie, bo jakby mogło nie być o sofcie u mnie, będzie, będzie we właściwej recenzji… 

Co tam w strumieniu płynie? 360 Reality Audio, nowy kodek BT & IDAGIO.app!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
bluetooth

No  to się porobiło ostatnio, porobiło się, że nie wypada nie wspomnieć o tym co w tytule wymienione stoi. No to lecimy z informacjami ze strumieni świata, bo też zebrało się tego w sam raz na krwistego, solidnego steka. Oj lubimy. Mięso ograniczamy, ale stek to stek, czasami trzeba zgrzeszyć, jesteśmy tylko słabymi ludźmi, prawda? Zresztą, to o czym piszemy tutaj to też zazwyczaj zbytki, straszne zbytki, coś tak na bakier z eko, ze zdrowym rozsądkiem, z …dobra stop, nie będziemy uprawiać samobiczowania tylko do meritum, do meritum Panie, Panowie!

Zacznijmy od nowej technologii jaką Sony najpierw tak jakby z pewną nieśmiałością (końcówka roku) upublicznił, a nawet rozpowszechnił szeroko (choć to tylko 1000 utworów, nie więcej, także ciekawostka póki co) m.in. w Tidalu oraz w Deezerze. Muszę na wstępie od razu zaznaczyć, że aby sobie posłuchać tego całego 360 Reality Audio należy bezwzględnie skorzystać bezpośrednio ze streamu z serwisów. Znaczy musi być apka dostępowa (z web playera też nie idzie), nie można na razie słuchać via Roon i inne aplikacje z dostępem do strumieni, bo to działa w ramach technologii zaimplementowanych w oprogramowaniu Tidala oraz Deezera. Precyzyjnie rzecz ujmując działa zarówno na urządzeniu odtwarzającym i oprogramowaniu, jak i w chmurze (serwerze) dostarczyciela treści, ale mniejsza… na razie musimy, aby mieć efekt na uszach (albo kolumnach, przy czym wyraźnie Sony celuje w słuchawki, o czym dalej) posługiwać się ww. aplikacjami. Można rzecz jasna dodać sobie playlisty (głównie kompilacje różno-gatunkowe zaoferowano na wstępie), pojedyncze albumy zrealizowane w tej technologii, ale niczego to nie zmienia tj. nie usłyszymy reklamowanej przestrzenności dookoła łba, tylko „zwykłe” stereo.

No dobrze, nie jest to zatem bzdurka, która pojawia się po to by nabić kliknięcia chwilowo i do zapomnienia? Otóż, moi drodzy, nie – nie jest to bzdura, bo nad przestrzennymi technologiami dźwięku „obiektowego” pracuje się obecnie w pocie czoła. I nie idzie tu tylko o telewizory (jako źródło dźwięku vide grające ekrany, vide wieloprzetwornikowe systemy zintegrowane, vide współpraca na poziomie rozwiązań instalacyjnych albo/i smart głośników), o AV, a właśnie o muzykę tu chodzi takoż. Zaskoczeni? No tak, w końcu audio to stereo i koniec tematu. Tak było, mimo prób zmiany tego stanu rzeczy, mimo prób wprowadzenia wielokanałowego SACD, DVD-A (o BD-Audio można już wspominać tylko w kontekście ciekawostki przyrodniczej). I pewnie tak by to trwało, tak by zostało, gdyby nie dwa, bardzo istotne dla rozwoju całego rynku elektroniki konsumenckiej czynniki, które wpłynęły na dostawców treści motywująco (jak widać). Po pierwsze gigantyczny sukces rynkowy słuchawek i (ogólnie) takiego sposobu konsumowania muzyki. Po drugie najnowsze rozwiązania z zakresu projektowania klamotów audio: komputery, OSy, systemy DSP z coraz częściej integralną korekcją pomieszczenia, dopasowania pod efektor itd itp. To jest nie ewolucja tylko rewolucja, której częścią obecnie jesteśmy. Rzecz jasna w przypadku audio raczej nikt nie pójdzie drogą bezkompromisowego adaptowania dźwięku obiektowego (Atmos), który jest za „ciężki”, niepraktyczny (stream mobilny), nie ma specjalnie sensu. Natomiast czymś, co jest wykorzystywane w pomysłach ala Sony (bo nie tylko o Sony tu się rozchodzi, choć to Sony jako pierwsze wprowadza swoje rozwiązanie globalnie), czymś z czego się czerpie są systemy pseudo-przestrzenne wykorzystywane z powodzeniem w gamingu, w grach, w elektronicznej rozrywce. To jest wspólny mianownik. Obecnie nie ma żadnych przeciwwskazań by bazując na potężnej mocy obliczeniowej lokalnie (nowe generacje handheldów nominalnie mają wydajność szybkich PC sprzed 2-3 lat, oczywiście różni te urządzenia wiele, ale nie w tym rzecz, chodzi o potencjał mocowy jaki mamy do dyspozycji), by korzystając z przetwarzania w chmurze, zaoferować co nam się żywnie podoba w strumieniu. Co więcej, za moment będziemy mieli 5G, co oznacza przesunięcie granicy tego, co można w zakresie szybkości, szerokości pasma, ogromu informacji jakie będzie można przepchnąć za pośrednictwem tej technologii.

Nie ma tego wiele

Darcie ryja w 360 st jest spoko. Bardzo spoko ;-)

No dobrze, ale czy jest o co kruszyć kopie i o co w tym właściwie chodzi? Sprawdziłem tę nowość zarówno @ Deezerze jak i Tidalu. Wrażenia? Sugestywne. Oczywiście mówimy tu o sztucznym kreowaniu przestrzeni, oszukiwaniu zmysłów i co tam sobie jeszcze wstawimy (że fejk, sztuczka, bzdet), ale działa to na tyle przekonywująco, szczególnie gdy uwzględnimy okoliczności, że wg. mnie warto się zainteresować tematem. Na razie w kategoriach ciekawostki (szczupłość materiału), ale jednak zainteresować się. Sugestywne, bo jak słuchacie on the go na dokach (czyli wtedy, gdy nie liczymy na jakieś przestrzenne doznania na poziomie, gdy wiemy, że ogranicza nas „materia”), to hmmm… macie faktycznie to 360 stopni. Nie tylko zresztą na osi X, ale także na Y-ku dzieje się. Także góra, dół, bliżej, dalej itd. itp. Mamy odpowiedni materiał, mamy wykorzystanie mocy obliczeniowej w czasie rzeczywistym, no i mamy to audio 3D. Celowo nie użyłem wcześniej tego 3D, bo bardzo źle się to kojarzy (z totalnym niewypałem w wideo, dzisiaj to już słusznie miniona historia), także żeby się nie kojarzyło, bo w audio jakby o coś innego się rozchodzi. Idziemy sobie, czy słuchamy w domu, na słuchawkach (przede wszystkim) i dzieje się. Ulegamy złudzeniu. Na kolumnach też (może) to zrobić wrażenie, ale – po pierwsze dużo mniejsze, po drugie zależy na jakim systemie, po trzecie wreszcie wpływ na to, co słyszymy mają czynniki poza technologiczne (w sensie wpływ pomieszczenia). Także rozpatrywałbym to 360 Reality Audio w kontekście słuchawek głównie, a nawet tylko. I nie dom (mniej), a poza domem (bardziej). W zależności od gatunku (dali i bardzo dobrze, że dali pełen przekrój) wrażenia są „tylko” zauważalne lub też wręcz spektakularne (mówimy o dokanałowych słuchawkach, albo przenośnych nausznicach, choć w przypadku IEMów to chyba najbardziej robi).

Czy będzie to coś? Czy meh? Szklanej kuli nie mam, ale coś czuję, że obiektowy dźwięk zawita do audio tak, czy inaczej i będzie to coś, o czym jeszcze nie raz usłyszymy. Wielokrotnie wspominałem na HDO o słuchaniu wielokanałowym, o 1 bitowym graniu (DSD/SACD właśnie w kwadro i dalej), że warto sobie to przyswoić, sprawdzić, zapoznać się… są tacy, który tworzą całe kolekcje i ja to szanuję. Aha, rzecz dostępna dla abonentów Tidal HiFi/Master oraz Deezer HiFi. Dostępne na każdych słuchawkach, oczywiście w przypadku firmowych, Sony, najnowszych, jest jeszcze ficzer ubogacający efekt. Wiadomo, kasa musi się zgadzać, a nuż rzecz chwyci i pomoże w walce z ogromną konkurencją…

Jak już zaczęliśmy od mobilnego grania, to kontynuujemy (i w sumie na tym też zakończymy wpis, bo o apce mobilnej będzie na końcu), spiesząc donieść, że oto pojawił się nowy kodek Bluetooth Audio. Bez HD? No bez, w sumie, choć też taki wysokojakościowy, z oznaczeniem BT LE Audio, co się rozszyfrowuje tako, jako: Low Energy. Phi, i co to nas w sumie… ano błąd, bo rzecz wcale nie jest taka mało istotna, wręcz przeciwnie. Owszem nie mamy i nadal nic nie zapowiada by to się zmieniło, stratną kompresję, ale ta niska (bardzo, bardzo niska) chęć wysysania bateryjki przez urządzenia pracujące w ramach kodeka Complexity Communications Codec (LC3), który ma zagwarantować to co dzisiaj osiągalne w tej technologii (niskie opóźnienia aka LL, aptX (HD) – wysokobitratowość) przy znaczącej redukcji (50%) przesyłu danych. Znaczy jeszcze bardziej skompresowane, zakrzykniecie ze zgrozą… ano tak, jak najbardziej, ale to mniej to więcej, bo nie ma to w niczym pogorszyć jakości, ma być właśnie dużo lepsze od podstawowego SBC, jakościowo na poziomie tego, co oferuje nam strumieniowanie (SQ) w ramach BT obecnie. Dłuższe działanie? Tak. Lżejsze słuchawki, bezprzewodowe doki? Tak. Dla wątpiących w jakość tego nowego rozwiązania… na rycinie macie podane jak to wygląda w porównaniu z podstawowym kodekiem SBC, ale spokojnie, będzie i 1000 bez kozery bitów na sekundę, a to za sprawą LC3plus czytaj transmisji PCM audio aż do 24bit/96kHz. Rzecz jasna zarówno Qualcomm’a aptX (HD) jak i Sony’ego LDAC, nadal nie będą w ramach LC3plus bezstratne, zapomnijcie. Ważne natomiast jest to, że w odróżnieniu od aptX, czy LDAC-a mamy tu do czynienia z OTWARTYM STANDARDEM, nie zamkniętym, licencją. To bardzo ważne, bardzo istotne i daje nadzieję na wdrożenie tego nowego rozwiązania WSZĘDZIE.

Jak ktoś mówi mało, to ja przebijam to mało – co powiecie o oddzielnej transmisji prawego i lewego kanału do odbiornika, a nie jak teraz jednego streamu, który leci sobie do zazwyczaj prawej słuchawy, by potem sygnał rozdzielić, dbając o zsynchronizowanie obu kanałów i przesłaniu do drugiej słuchawki? Tutaj będzie zupełnie inaczej i wreszcie tak, jak być powinno. Tak! Będą dwa strumienie, każdy osobno trafi tam gdzie trzeba. To kolosalna różnica i potencjalnie (wg. mnie) najważniejsza cecha nowego rozwiązania! Oznacza to dalszą redukcję opóźnień, brak problemu z synchronizacją, otwarte możliwości dalszego usprawniania tego typu transmisji z wprowadzeniem bezprzewodowego streamingu bardzo wysokiej jakości, bezstratnego, ostatecznego rozbratu z kablem. DWA W PEŁNI ZSYNCHRONIZOWANE STRUMIENIE OSOBNO DO OSOBNYCH ODBIORNIKÓW. I to tutaj naprawdę robi różnicę! Do tego rozszerzone możliwości współdzielenia, co na pewno zostanie przyjęte z entuzjazmem przez młodych.

Ostatnia rzecz to głównie cytat. Znakomita aplikacja dla każdego kto chciałby może i klasyki, ale boi się, pomny wcześniejszych prób, wstrzymuje się od dania szansy muzyce klasycznej oraz dawnej. Znakomita aplikacja wprowadzająca w świat muzyki klasycznej, według mnie prawdziwa rewelacja: Muzyka poważna jest piękna, nastrojowa… i nieco przytłaczająca. „Chcę posłuchać muzyki klasycznej” brzmi jak „chcę przeczytać coś z literatury faktu”. Jak się w ogóle do tego zabrać? Zacznij od aplikacji IDAGIO - Classical Music. To Twój osobisty przewodnik, dzięki któremu z łatwością wkroczysz w świat dawnej i współczesnej muzyki poważnej. Starannie dobrana kolekcja nagrań w połączeniu ze stale rosnącym katalogiem ścieżek dostępnych wyłącznie w tej aplikacji sprawia, że Idagio doskonale nadaje się na początek klasycznej przygody.

Muzyka klasyczna to bardzo obszerny gatunek, ale dzięki starannie dobranym propozycjom Idagio jej świat stanie przed Tobą otworem.

Muzyka w Idagio może być naprawdę wiekowa, ale stojąca za aplikacją technologia to zupełna nowość. Jeśli posiadasz Apple Watch z najnowszą wersją systemu operacyjnego, możesz pobrać Idagio prosto na nadgarstek. Masz starszy system operacyjny? Bez obaw. Nadal możesz streamować muzykę z Idagio bezpośrednio z zegarka do słuchawek AirPods lub głośników Bluetooth. Aplikacja przypadnie do gustu dosłownie każdemu. Dopiero zaczynasz przygodę z muzyką klasyczną? Znasz ją głównie z kreskówek o Króliku Bugsie (nikomu nie powiemy)? Stuknij w zakładkę „Moods” („Nastroje”), a Idagio stworzy dla Ciebie spersonalizowaną playlistę. Możesz nawet wybrać konkretne „emocje” i słuchać na przykład muzyki uroczystej, nostalgicznej lub spokojnej. Należysz do grona szczęśliwców, którzy odróżniają Bacha od Beethovena? Korzystaj z rozbudowanej wyszukiwarki Idagio, dzięki której odkryjesz wspaniałe utwory konkretnych kompozytorów należące do określonych epok i podgatunków lub wykonywane przez wskazane zespoły czy orkiestry.

Polecam! Link do apki tutaj. Dla Robocika tutaj.

PS. W najbliższym tygodniu efektory w rozsądnym budżecie – nowości słuchawkowe Magni & Alara oraz już nie nowość, co prawda, ale zacna propozycja w budżecie jeszcze skromnym, a już (klasa kolumn) można powiedzieć że o złocie mówimy: Pylony Diamond Monitor. Była elektronika ostatnio, teraz czas na to, co najważniejsze w systemie.

» Czytaj dalej

SPL Phonitor xe w redakcji… testujemy z zapałem!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_4899

SPL Phonitor xe. Prawda, czysta prawda, tylko prawda. Nas wyzwoli. Czy jakoś tak. I faktycznie dokładnie tak jest, bo to klamot, który stanowi źródło wiedzy absolutnej o podłączonych doń nausznikach. Tu nie ma to, tamto, tu klient podpięty pod super mocarny (MOC! TO JEST MOCARZ, rzut okiem na specyfikację, a potem potwierdzenie tego co na papierze po podpięciu w realu), super liniowy, super dokładny, super rozdzielczy, super neutralny. Więcej wraz ze zdjęciami poniżej...

Zapraszam do zajawkowej megagalerii na naszym profilu: