LogowanieZarejestruj się
News

KEFy LS50 Wireless ze wsparciem w ROONie!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut-ekranu-2017-09-15-o-13.37.40

Od wczoraj KEF LS50 Wireless są w pełni kompatybilne z ROONem! Ile im to zajęło od chwili zapowiedzi? Miesiąc. Mistrzowie! Właśnie na takie wsparcie można liczyć w tym front-endzie. Wróć. W pierwszym ekosystemie audio. To bardziej odpowiada prawdzie. Jak wcześniej wspominałem KEFy (patrz wrześniowy wpis o zapowiedzi wprowadzenia obsługi) nie są w związku ze specyfiką konstrukcji „ROON Ready”, mamy pewne ograniczenia w zakresie obsługi protokołu RAAT (tylko jedna para może pracować w ramach systemu / Core, innymi słowy nie ma opcji wielostrefowej w przypadku KEFów… dwóch par nie podepniemy). Inne ograniczenia związane są z niektórymi funkcjami tj. szybkie przełączanie (strefy) czy konfig. zaawansowanej ścieżki sygnału. To ostatnie postaram się obadać (może szybciej będzie, jak zapytam kolegów z Premium Sound (parz nasz test LS50 Wirelessjakie możliwości przetwarzania sygnału oferuje nam oprogramowanie na KEFach). Po dodatkowe szczegóły ponownie odsyłam do naszego wcześniejszego wpisu, zapowiedzi, gdzie znajdziecie informacje o front-endzie (z dużą liczbą linków do publikacji jakie się ukazały na łamach HD-Opinie.pl poświęconych oprogramowaniu Roon Labs.).

Użytkownicy bezdrutowych LSów mogą od wczoraj korzystać z możliwości jakie oferuje ROON, przy czym developer zaleca podpięcie głosików skrętką do routera, rezygnację z WiFi na rzecz LANu (sugerowałem takie podłączenie we wcześniejszym wpisie). Stabilność działania sieci przewodowej nadal gwarancją bezproblemowego działania streamu. Każdego wymagającego streamu. Warto to sobie przyswoić – ostatnie testy skrzynek z bardzo zaawansowanymi, nowoczesnymi modułami sieciowymi (bezdrutowymi) od Auralika, eGreata oraz Oppo uświadomiły mi, że nawet bezpośrednia bliskość punktu dostępowego (solidny, choć nie topowy router skonfigurowany pod najmniej „siejące” kanały) niestety nie gwarantuje w pełni bezproblemowej pracy. Dropy, choć bardzo rzadkie, jednak się zdarzają (WiFi), a to – cóż – psuje wrażenia, bo można to przecież swobodnie porównać z podniszczoną płytą winylową (to jeszcze, tam trzaski to cecha charakterystyczna tego typu źródła), albo lepiej – z przeskakującą płytą CDA. Co prawda tutaj jest to całkowicie przypadkowe i w sumie niepowtarzalne (bo związane z problemami transmisji, a nie nośnika, jakiegoś uszkodzenia pliku itp), ale co z tego, jak wywołuje ten sam efekt (cyt.: „no rzesz k…”, a w wydaniu mniej wulgarnym, uskutecznianym w redakcji: „Drogi Janie, do dupy takie granie”).

Konkretnie zatem: łączcie skrętką, sam tak robię na co dzień, jak bezdrutowo to jakieś AirPlay’a, jakieś Spotify Connecty (tu to tylko zdalne sterowanie btw i dlatego tak to lubimy) czy inne Bluetooth’y. Jak ma grać bez kabla to niech gra z handhelda/komputera na szybko, bo po to właśnie to jest: na szybko. A jak ma grać stabilnie jak skała, jak stream jest bardzo wymagający (…a jest! Grane wielokanałowe DSD to nie w kij dmuchał) to przewód być musi. Wspomniane testy strumieniujących co popadnie klamotów udowodniły mi to bezdyskusyjnie. I jeszcze jedno – wszystkie kluczowe elementy infrastruktury roonowego toru także na skrętce, tak jak to u nas od chwili instalacji software wygląda: Core na LANie, NAS na LANie, Bridge (tam gdzie to możliwe) na LANie. Laptopy siłą rzeczy często korzystają z połączenia bezdrutowego, to zrozumiałe, ale Malinki, Squeezeboksy, jakieś HTPC (jak u nas) – to wszystko także na LANie. Jak źródło jest z definicji bezdrutowe, takie jak opisany (także pod ROONem) Sonos Play, to wiadomo, ale gdzie tylko można LAN. W sumie to ma głębszy sens, bo streaming w głośnikach bezprzewodowych, jakiś źródłach airplay’owych to maksymalnie 16/44, nie ma tam aż takich wymagań. Zabraknie gniazdek w routerze? Przełączniki LAN (multiswitch’e) tanie są, kupujemy i już.

 

Z kronikarskiego obowiązku wypada wspomnieć także o innych b. istotnych usprawnieniach: bardzo ważne załatanie obsługi źródeł sieciowych pod Core dla Makówek (u mnie średnio raz na kwartał robił ponowne przeszukanie biblioteki, gubiąc ścieżkę do NASa – automatycznie, szybko, ale gubił… teraz mam nadzieję będzie bezproblemowo), poprawki dotyczące tworzenia backupów (w tym tworzenia takich, automatycznie, na dropboksie) oraz możliwość załączenia ZDALNEGO TRYBU DOSTĘPU DO NASZEGO KONTA dla supportu ROONa… coś, czego w ramach licencji nikt w takim software nie oferuje! Zdalne wsparcie to świetna wiadomość dla osób w ogóle nie obeznanych z działaniem software oraz (ogólnie) komputerów. Zamiast przesyłać zzipowane logi (to już brzmi dla niektórych koszmarnie, nieprawdaż? ;-) ) od teraz można po prostu dać dostęp grupie wsparcia i ta sprawdzi co jest nie tak pod maską. REWELACJA. Diagnostyka i rozwiązywanie problemów będzie odbywało się znacznie szybciej. Standardowo poprawiono wydajność także pod kątem wolniejszych rozwiązań (ucieszą się użytkownicy NASów wykorzystywanych jako serwer Roon Core na Atomie) oraz wprowadzono obsługę 32bitowego Linuksa (x86) w ramach ROON Bridge (to świetna wiadomość dla wszystkich, którzy chcieli wykorzystać jako końcówki (end-pointy) stare laptopy, stare komputery z zainstalowanym oprogramowaniem systemowym Open Source). Od teraz da się, a biorąc pod uwagę usprawnienia w zakresie wydajności nic nie stoi na przeszkodzie, by dowolny, leciwy sprzęt z szybkim systemem operacyjnym (odpowiednia dystrybucja, a jest tego na kopy) przekształcić w ROONową końcówkę z jakimś DACzkiem. To także ważne dla osób budujących „lekkie” systemy… cóż, czują bluesa. Tak to można podsumować :)

A, i jeszcze jedno, użytkownicy Mini (zaktualizowaliśmy naszą recenzję, patrz link podany niżej) doczekali się pełnego wsparcia i ikonki (miał nie być, no tak się Auralic odgrażał, ale te tysiące maili zrobiły swoje! ;-) )

Oficjalne, od wersji 1.3 build 262 mamy nowe ROON Ready:

  • Auralic ARIES MINI (patrz test)
  • Trinnov Amethyst & Altitude32
  • Sonore ultraRendu
  • NAIM Uniti Star, Uniti Atom, and Uniti Nova

PS Ważne: przed i w trakcie użytkowania LSów z ROONem aplikację firmową trzeba wyłączyć.

Następca HD650? Sennheiser prezentuje HD660 S

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
3

Nowa wersja legendarnych słuchawek, następca modelu HD650, nowy klasyk? Cóż, przekonamy się jak jest, gdy tylko wylądują na naszej głowie. Pewne jest jedno. HD650 przechodzą do historii, niedawne duże obniżki ceny tych słuchawek (gdzieniegdzie dostępnych nawet za 200$ nówka sztuka) były związane z wietrzeniem magazynów właśnie. Jak wiecie, HD650-ki są u mnie bardzo wysoko w rankingu, bardzo lubię te słuchawki, uważam ten model za jeden z najlepszych produktów jakie wypuścił Sennheiser, więcej – uważam, że są to jedne z najlepszych konstrukcji dynamicznych jakie wprowadzono na rynek. Mimo upływu czasu, mimo pojawiania się nowych słuchawek, to nadal świetne nauszniki. Dla wielu mogą być docelowe i jak ktoś nie jest maniakiem (i nie ma chorobliwego przymusu kolekcjonowania) to takie HD-eki są całkowicie wystarczające, aby zanurzyć się w odpowiednio wysokiej jakości dźwiękach. Tak to właśnie wygląda, czy raczej wyglądało (jak ktoś chce nowe pudełko, a nie używane), bo za moment będzie je można kupić wyłącznie z drugiej ręki.

Konstrukcyjnie nowe HD660 S wyraźnie nawiązują do poprzedników. To dobrze. Mają się dobrze kojarzyć i będą (formą) dobrze się kojarzyć, bo poza delikatnym unowocześnieniem (lekko zmodyfikowane wizualnie pałąk & pady) to można by się nawet pomylić. Zmiany zaszły w konstrukcji przetworników oraz materiałach rzecz jasna. Pozostawiono charakterystyczny, dwupinowy (oryginalnie stosowane wyłącznie przez Sennheisera), odłączany kabel. Co ciekawe (i sugeruje to jednak sposób korzystania ze słuchawek, gdzie mobile jest na… drugim miejscu) okablowanie kończy się 6,3mm jackiem, nie 3.5mm (przejściówka oczywiście w komplecie).

No dobrze, ale co zmieniono konkretnie? Ano nie będą już takie trudne do wysterowania jak 650, bo tutaj mamy niższą impedancję (150 omów), która jadnakowoż nadal stanowi wyzwanie dla mobilnej elektroniki (dla takiego V30 nie będzie to problem, ale już dla iPhone… a zaraz, tam nie ma jacka, tylko gówniana przejściówka, nie ma zatem o czym mówić ;-) ), ale ma być w zamierzeniach jednak łatwiej, do pożenienia z przenośnym sprzętem także (zdaniem Senka). Dla mnie takie w pół kroku w rozkroku jest niezbyt zrozumiałe, bo albo robimy coś naprawdę uniwersalnego, albo olewamy i idziemy po bandzie, wymagając od nomadów jakiegoś wsparcia pod postacią dodatkowej amplifikacji. Tutaj wg. mnie i tak ta będzie w niektórych sytuacjach nieodzowna, bo 150 omów to nie są proste do wysterowania słuchawki. Także ten model i tak będzie głównie do słuchania w domu.

Zupełnie nowy przetwornik ma zapewnić znacznie mniejszy poziom zniekształceń, jego konstrukcja ma zapewnić większą kontrolę nad drganiami membran, co finalnie ma podnieść precyzję, zapewnić lepszy wgląda w nagranie (?). Wyselekcjonowane głośniki mają zagwarantowaną, bardzo wąską tolerancję (± 1 dB) – innymi słowy idealne zgranie, brak różnicy w poziomach L/R kanał. Cóż, to są rzeczy jakby oczywiste, ale idziemy dalej: lekkie, aluminiowe cewki wraz z odpowiednią, wykonaną ze stali nierdzewnej, przystosowanej do kształtu membrany konstrukcją przetwornika to nowy patent Sennheisera, aby przenieść nas do nowej rzeczywistości niezwykle detalicznego dźwięku (a więc jw. precyzja na pierwszym miejscu), przy niskim zejściu (coś, co jest znakiem firmowym klasycznych 650-ek) oraz bogatej średnicy i łagodnej górze. Dobrze, ja tam mam następujące pytanie: czy te słuchawki będą w podobny sposób ciemne (wręcz bardzo, bardzo ciemne) co poprzedni model, czy jednak będzie to inna bajka? To sprawdzę na wstępie!

Niestety nie podano żadnej dokładniej informacji na temat ceny nowości. Wiemy tyle, że w US będzie to 500$ bez centa, a w UK 430 funciaków bez pensa. Natomiast dystrybutor wspomniał coś o ergonomii, wygodzie najnowszego produktu Niemców. Czekają nas, cyt.: „wyśmienite odczucia”. HD650 są specyficzne, dość mocno uciskają głowę, czuć wyraźnie te słuchawki na głowie. Czy HD660 będą inne? „Dopasowane do kształtu ucha wymienne nauszniki oraz miękkie obicie pałąka” nic konkretnie nam nie mówi. Może być tak, że faktycznie będzie inaczej niż w poprzednikach, HD650 są specyficzne, być może producent zdecydował się na znaczące modyfikacje w tym względzie. Trzeba będzie przekonać się osobiście, jak to jest, bo opis nie daje nam żadnych wskazówek, a zaprezentowane obrazki mogą równie dobrze wskazywać, że nowość nawiązuje w zakresie ergonomii do poprzedników. Słuchawki powinny być dostępne w sklepach jeszcze w tym miesiącu.

The Sound of Vinyl… zamów czarny krążek za pomocą SMS-a dzięki wcześniejszej rekomendacji

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2017-10-13 o 01.32.34

Za pomocą i na postawie rekomendacji sms-owych. Taki, niebanalny sposób na dystrybucję wprowadził właśnie Universal. Co prawda zapoznanie się w ten sposób z pełnym katalogiem dostępnych do kupienia wydawnictw to mocno karkołomna sprawa, ale jest w sieci witryna z pełną listą oraz blog z rozbudowanymi opisami. Jak to konkretnie działa? Mamy c.a 20 000 albumów z zasobów wytwórni. Wystarczy założyć konto w serwisie, a następnie odpowiedzieć na parę pytań (tak, zgadliście, sms-em), co zaowocuje wysyłaną co dziennie krótką wiadomością tekstową z propozycjami specjalnie przygotowanymi pod nasze gusta. Dopuszczalne i zrozumiałe komunikaty z naszej strony to: TAK (co skutkuje wyborem danego albumu i jego wysyłką w ciągu 5-7 dni roboczych), POSIADAM, LUBIĘ, NIE LUBIĘ. Proste? Ano proste. Wiecie co jest w tym najciekawsze? Serwis jest darmowy, nie ma żadnych zobowiązań, subskrybcji, czy opłat za uczestnictwo, a jedyne do czego się obligujemy to pokrycie kosztów przesyłki – średnio – 3$ za album. W przypadku innych miejsc świadczących podobne usługi, takich jak Turntable Lab czy Vinyl Me, przywilej uczestnictwa kosztuje ekstra. W tym wypadku nie, a ceny bywają bardzo konkurencyjne, niskie. Jakby tego było mało, kuratorem (wspomniany blog) jest nie kto inny, jak Henry Rollins, we własnej osobie. Około 50% katalogu to białe kruki, krążki które nie miały od dawna żadnych wznowień. Taki model dystrybucji daje nam możliwość dopasowania oferty pod konkretne gusta, zaznajomienia się z opiniami oraz jw. zakupu płyt w konkurencyjnych cenach. Przyjemnie, że https://thesoundofvinyl.com/ działa także w Europe (a dokładnie w UK). Moda na czarną płytę nie tylko nie przemija, ale wręcz się nasila, nie dziwi zatem, że dystrybutorzy, wytwórnie muzyczne kują żelazo póki gorące i nie chcą wypuścić intratnego interesu, przy czym Universal podszedł do tematu w sposób cywilizowany (inni chcą opłaty już za samo korzystanie z podobnych serwisów), co pewnie przełoży się dodatnio na liczbę chętnych do skorzystania z oferty. Niektóre ze sprzedawanych krążków są za 50-60% ceny, w porównaniu z innymi sklepami on-line. Konkretnie taniej zatem.

Come back legendarnych AKG K1000? Mhm… oto MySphere 3.1

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2017-10-13 o 00.18.46

Patrzę na ten projekt i nie mogę wyjść z podziwu. No, że się komuś chciało, że miał tyle samozaparcia, tyle pasji by stworzyć dzisiejszy odpowiednik zupełnie szalonych, niedzisiejszych (i w ogóle pozaczasowych) K1000. Kto nie słyszał o tych słuchawkach, ten o słuchawkach nie wie nic. AKG postanowiło stworzyć wiszące na czerepie, miniaturowe monitory, absolutnie bezkompromisowy efektor, który do dzisiaj nie miał żadnego odpowiednika, następcy. Jedyny w swoim rodzaju produkt, zaliczany do świętej trójcy, którą każdy miłośnik nauszników czcią wielką i estymą otacza. Sony miało R10, Sennheiser miał Orfeusze, a AKG miało K1000 właśnie. Ale, właśnie, to było i se nevrati …a może jednak? Niemcy pysznią się najdroższym systemem słuchawkowym z nowymi Orfami, Sony też ambicje swoje w zakresie prezentuje, i tylko o AKG jakoś nic nie słychać, tyle że jak widać nie szkodzi. Bo oto pojawił się właśnie ktoś, kto postanowił stworzyć słuchawki nowoczesne, więcej, awangardowe wręcz, ale takie właśnie w stylu legendarnych tysięczników. Ich teraźniejszy odpowiednik Hi-tech postanowił stworzyć.

Najlepsze. Za ten projekt odpowiadają dwaj Panowie, którzy byli głównymi inżynierami w AKG stojącymi za K1000. Tak, tak, to właśnie Herr Ryback oraz Herr Renner postanowili zredefiniować legendę i stworzyć coś, co będzie nawiązywało ideowo do K1k, przy czym zostanie tak zaprojektowane, że nikt z nas nie będzie dostawał spazmów (od rechotu) na widok kogoś noszącego TE słuchawki. I tak jak o ergonomiczności w przypadku legendy w ogóle nie ma co wspominać, to tutaj sytuacja wygląda diametralnie inaczej. Te słuchawki mają być superlekkie, superwygodne, łatwe do napędzenia – sumując – dopasowane do użytkownika, a nie odwrotnie (jak to było kiedyś). Nowe materiały, nowe technologie, nowe podejście… nie ma już ograniczeń, krępujących projektantów „niedasię”, panowie mogli stworzyć coś, co wedle ich zamierzeń ma nie tylko nawiązywać do K1k, ale ma być pod każdym względem LEPSZE.
 
No dobrze, popatrzmy jak to wygląda w suchych liczbach, w cyferkach. Wygląda to tak:

  • Całkowicie otwarte, nie stykające się z małżowinami, lewitujące muszle (oj tak :-) )
  • Skuteczność/czułość 96 dB / 1 mW RMS = 115 dB SPL/V
  • Maks., moc wej.:60 mW
  • Imp.: 15 Ohm (łatwe)
  • Przetworniki dynamiczne (klasyka, nie eksperymentowali)
  • Wielkość przetworników też klasyczna tj. 40 x 40 mm
  • Diafragma kompozytowa, do budowy wykorzystano elementy ceramiczne
  • Maks. wychylenia membrany 4 mm
  • Odpowiedź częst.: 20 Hz – 40 kHz (-10 dB)
  • Promienista struktura membrany, konstrukcja w pełni wentylowana
  • Magnesy neodymowe N52
  • Gęstość mag.: 1.5 T
  • Waga… 330 g (bez okablowania)… porównując do legendy to, to jest piórko, chucherko, nic

 
Mocowanie muszli / padów jest magnetyczne, bezstykowe (jw.), a samo regulowanie w pełni płynne (dopasowanie muszli & pałąka w pełnym zakresie, mające w tym wypadku szczególnie duży wpływ na uzyskany efekt brzmieniowy, co warto podkreślić). Konstrukcja jest symetryczna, słuchawki zabezpieczono przed działaniem warunków atmosferycznych (sic! No tak, przecież one teoretycznie mogą być pod mobile, rzecz jasna nasuwa się proste pytanie – kto z otoczenia wytrzyma słuchawkowego boomboksa?! ;) ) okablowanie ma być superlekkie, superwytrzymałe i nie plączące się (znowu mobile?!), a pady i pałąk odporne na trudy codziennego użytkowania. Sumując, te słuchawki od strony ergonomii i praktyki (odsłuchowej, sposobu użytkowania) mają być przeciwieństwem poprzedników. Całkowitym przeciwieństwem! Tym, co ma łączyć jest rzecz jasna dźwięk (wyobraźcie sobie monitory bliskiego pola na wynos, na głowie) oraz elitarność – cóż, tanio nie będzie, bo słuchawki w US będą kosztować jakieś 3500-4000$, a w Europie ich cena może dojść nawet do „marnych” 4500 euro. Także konkret. Mieszanina alu, stali, kompozytów, przeskalowana do poziomu kompaktowego, lekkiego, wygodnego, do tego owoc wielu lat poszukiwań z wykorzystaniem najbardziej zaawansowanych technologii pomiarowych (tak, zastosowali m.in. najprecyzyjniejszy instrument, jakim jest sztuczna głowa najnowszej generacji) ma przynieść w rezultacie coś, co przyćmi wszystko. Tym właśnie mają być, tym są MySphere 3.1.
 

 
Patrząc na zimno (choć trudno, bo K1000 cóż, to jest zjawisko i polecam gdzieś, na jakimś zlocie, na targach, wystawach ich posłuchać) te Sphere muszą się zmierzyć i muszą udowodnić. Trochę szkoda, że raczej nie usłyszymy opisywanych słuchawek w tym roku w Warszawie. Z tego, co napisano na stronie projektu, to w listopadzie będą prezentowane w Berlinie (Camjam), a parę dni temu były w Stanach (Audiofest). Tyle. Może wycieczka do Berlina zatem? No nie wiem, wiem natomiast jedno - jeżeli tych dwóch magików wyczarowało to co myślę (tak, tak, możecie spodziewać się holograficznego absolutu w najczystszej wielowymiarowej postaci ;-) ) to ta nazwa we właściwy sposób oddaje z czym mamy do czynienia. Cholera, fajnie, że komuś się chce podejmować takie wyzwania. Bardzo fajnie. Szkoda tylko, że szanse na dystrybucję (to będzie dostępne raczej wyłącznie przez sieć, za pośrednictwem strony projektu) są bliskie zeru.
 

 

Jeden z dwóch sprawców całego zamieszania: Herr Renner

 
 

Narodziny legendy, nowej legendy? Ano trzeba to sprawdzić. Koniecznie! ;-)

 

Filmik sprzed parunastu godzin, gdzie Renner mówi o swoim dziele (@ wspomnianym Audiofeście):

 

 

O rozwiązaniach zastosowanych w tych słuchawkach słów parę tutaj

KEF LS50 Wireless z Spotify Connect. Dlaczego to takie ważne? Ano dlatego…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
s

KEFy LS50Wireless never ending story. No, ale przecież właśnie o to tutaj chodzi! Masz coś, co będzie zawsze na czasie, będzie ewoluować zgodnie z kierunkiem obranym przez całą branżę. Do LS50 Wireless będziemy na pewno cyklicznie powracać, bo to właśnie taki produkt, który podlega ciągłym doskonaleniom, uzupełnieniom. Ostatnio pisałem o bliskim już upgrade „systemu zaklętego w głośnikach” pozwalającemu na pełną integrację KEFów z ROONem. Ten end-point, jak już słowo stanie się ciałem, będzie o tyle niezwykły że połączy dwie rzeczy: pełną integrację sprzętowo-softwareową w ramach propozycji Roon Labs oraz opisane także niedawno zaawansowane tryby DSP pod określoną konstrukcję (patrz wpis o słuchawkach Audeze). Całościowe rozwiązanie, pierwsze takie kompleksowe na rynku. Ok, ale nie o tym wpis, a o czymś innym… o Spotify miało być i będzie. Najpopularniejszy serwis streamingowy audio na świecie na razie testuje temat bezstratnej kompresji i obecnie trudno wyrokować kiedy taki strumień się pojawi. Jest jednak coś, co od razu (po wprowadzeniu takiej wersji streamingu) będzie faworyzowało propozycję Szwedów. To coś bardzo, bardzo istotnego. Coś co już teraz ma znaczenie.

TO WŁASNY PROTOKÓŁ TRANSMISJI. Tak, od ponad roku mają coś takiego jak SPOTIFY CONNECT, a to moi drodzy klucz do sukcesu, coś co ma cholernie duże znaczenie (od strony biznesowej ma i technologicznej ma). Własne rozwiązanie pozwala na budowę czegoś więcej niż tylko oferty strumieniowania audio, pozwala na budowę własnego ekosystemu, własnego rozwiązania oferowanego na rynku w wielu produktach audio. Nie tylko HiFi, nie tylko kino, ale także inteligentny dom, inteligentne auto, elektronika ubieralna… to bardzo poszerza możliwości rynkowej ekspansji, wręcz skokowo, pozwalając jednocześnie stworzyć coś, do czego dąży każdy wielki gracz IT: standard. Łatwość integracji z jednej, tworzenie rozbudowanych rozwiązań w oparciu o MOJĄ technologię to coś, co stanowi klucz do sukcesu. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę Google (Cast), Apple sobie zdaje (AirPlay2), zdają sobie także ci, którzy chcą czegoś innego, niezależnego od widzimisię gigantów technologicznych (vide DTS PlayFi). Tak, rywalizuje tutaj parę pomysłów na przesył dźwięku (oraz obrazu), jednak to właśnie Spotify w odróżnieniu od wymienionych łączy dostęp z technologią bez ambicji (własnych ambicji) tworzenia hardware, w ramach swojego streamu. Czytaj nie narzuca jedynie słusznego rozwiązania, a daje wszystko co niezbędne, o ile ktoś wybierze spotify’jowy stream. Dlatego właśnie jest tak atrakcyjne, dzięki bardzo dobrej implementacji (wzorcowej wręcz), multiplatformowej, oderwanej od wojenek prowadzonych przez wspomnianych gigantów, stanowi realną alternatywę. Coś niby obok, a jednak właśnie zamiast. Pod warunkiem, że na ekranie będzie wyświetlany czarno-zielony interfejs własnego serwisu ;-)

I tutaj wracamy do tytułowego Spotify Connect w jakże dobrze nam znanych bezdrutowych KEFach. Wprowadzenie tego rozwiązania to natychmiastowy dostęp do Spotify’a, BEZPOŚREDNIO. Tak działa własny, niezależny (od hware) protokół transmisji – aplikacja na sprzęcie nie jest już odtwarzaczem, a jedynie sterownikiem, całkowicie uniezależnia nas to od sprzętu (wcześniej) źródłowego. Teraz źródłem jest zdalny serwer, pobieramy muzykę wprost z sieci, a nie za pośrednictwem urządzenia (od teraz już tylko) sterującego. To właśnie uzależnienie od handhelda (lub komputera) w przypadku AirPlay’a było i jest jego najpoważniejszą wadą (opóźnienia, brak bitperfect, ograniczenia w parametrach i obsłudze tj. wiele stref choćby). Dopiero AirPlay 2 z tym zrywa, tylko po jakim (dłuuuugim) czasie zrywa? Ano właśnie. Spotify Connect to nasze KEFy (end-point, odtwarzacz) oraz serwer (źródło). Medium jest światłowód/miedź/skrętka… szerokopasmowe łącze internetowe. Nie ważne na czym odpalamy aplikację Spotify, czy jest to stary rzęch (blaszak przedpotopowy ;-) ), jakiś mocno już leciwy netbook (pasywne chłodzenie), taniutka Malinka (polecam!), czy przestarzały, zbierający kurz tablet. To może być idealny (o ile daje nam odpowiednio dobre UX/UI) sterownik dla Spotify Connect na tytułowych KEFach. Ot wystarczy odpalić apkę, albo przeglądarkę i już. Sterujemy odtwarzaniem, odtwarzanie zaś pozostaje w domenie tego, co gwarantuje odpowiednią jakość, stabilność i uniezależnia nas (raz jeszcze) od „komputera”.

Mam nadzieję, że wytłumaczyłem powyżej dlaczego to takie ważne, takie istotne, a wartość tej aktualizacji jeszcze wzrośnie, gdy Spotify postanowi dać nam jw. lepszy materiał, gdy zdecyduje się na bezstratny stream (rozmawiają z MQA btw). Do tego wszystkiego dodajmy nadal najlepszą aplikację dostępową (działającą wraz ze Spotify Connect jako sterownik, czyli jako to, do czego została stworzona, co stanowi sedno, najważniejszy jej element) i mamy komplet. To KEFy (albo – uogólniając – inny wysokiej klasy sprzęt wspierający to rozwiązanie) zajmują się odtwarzaniem, czyli tym co robią najlepiej. To przykładowo nasz telefon steruje z najlepszej póki co aplikacji (czyli robi to, co mu najlepiej wychodzi). Tak, mamy tutaj nadal strumień stratny, jakość nie taką jaką byśmy sobie docelowo życzyli (mam tu na myśli najlepsze źródła, wyczynowe materiały, bo konia z rzędem temu, kto bezbłędnie w próbie ABX odróżni ten sam kawałek odtwarzany na KEFach via Tidal vs Spotify Connect), ale jest to wstęp do czegoś ważnego. Oczywiście każdy się nam rozpycha i chce żeby jego było górą… za moment będzie wspomniany AirPlay2, będzie walka kto wygra wyścig o strefy (i kupi). Wiadomo. Na tym to polega i wokół pieniądza się to wszystko kręci. Spotify ma mocne argumenty po swojej stronie. Od wczoraj jest już dostępne na najbardziej póki co nowoczesnym systemie audio (patrząc na ten projekt także pod kątem zmian zachodzących w całej branży) jaki możemy zakupić w sklepie.

Aktualizacja do pobrania pod tym adresem: KEF International support

AirPlay 2 to soft, nie hard…ware! Sonos wprowadzi to, to na początku 2018 roku

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
RXV02023-1024x682

Wspominaliśmy już parokrotnie o nowym protokole Apple, przy czym gównie w aspekcie nowości funkcjonalnych jakie AirPlay 2 wprowadza. Wraz z informacją o wprowadzeniu obsługi w głośnikach Sonosa pojawiła się bardzo istotna informacja o podstawowej różnicy między pierwszą a drugą generacją protokołu. Jak wielokrotnie pisałem na łamach, jabłczana firma, chciała konkretnie zarobić na swoim standardzie bezdrutowej transmisji obrazu i dźwięku, stąd AirPlay pierwszej gen. był rozwiązaniem nie tylko softwareowym, ale przede wszystkim hardwareowym. Kompatybilność z AP wymagała odpowiedniego wyposażenia danego urządzenia, które musiało dysponować odpowiednim układem. Do tego wszystkiego zgodność wymagała wykupu licencji. Pamiętam, że pierwsze urządzenia na rynku, zgodne ze standardem, wymagały uiszczenia 50$ opłaty, co producenci przerzucili na konsumentów – stąd początkowo bardzo drogi sprzęt z AP, jedynie rozwiązania jabłkowe miały przystępne ceny, choć i tak do tanich nie należały (Apple TV / AirPort Express). Z czasem się uspokoiło, ceny licencji / zgodności spadły do dużo niższego poziomu, ale tak czy inaczej już na etapie projektowania klamota trzeba było zawczasu uwzględnić AP, albo nie uwzględnić (i zrezygnować definitywnie z obsługi tego standardu).

W przypadku AirPlay 2 jest zupełnie inaczej. Ten nastawiony na obsługę wielu strumieni (strefy) protokół nie wymaga żadnego ekstra rozwiązania sprzętowego, to czysto programowa rzecz. To świetna informacja dla branży, bo oznacza że każdy, kto nawet dopiero po pewnym czasie (od wprowadzenia na rynek) zdecyduje się na wprowadzenie obsługi, uzupełnienie funkcjonalności będzie mógł to zrobić. Podobnie jak z kodekiem aptX (też softwareowe rozwiązanie) to od producenta zależy, czy udostępni nam opcję strefową by Apple czy lepsze SQ. Innymi słowy można dodawać AirPlay’a 2 (nową wersję) już po wprowadzeniu na rynek danego produktu, nie trzeba martwić się zgodnością sprzętową, bo ta od teraz po prostu nie jest wymagana. Wystarczy aktualizacja oprogramowania. To właśnie dzięki temu będzie możliwe uzupełnienie o takie możliwości bezprzewodowych głośników strefowych Sonosa. Zyskają po upgrade firmware zupełnie nowe możliwości – nie tylko będzie można z Maka, iPhone czy iPada przesłać strumieniem muzykę bez konieczności uruchamiania firmowej aplikacji Sonosa i dodawania w niej źródeł. Wystarczy wybór odpowiedniej opcji w panelu sterowania. Dodatkowo taki głośnik (takie głośniki) będą mogły współpracować z jabłkową przystawką telewizyjną – wystarczy prosta konfiguracja efektora w panelu sterowania set-top-boksa. Ostatnia aktualizacja wprowadzająca do tytułowych głośników z AP2 pozwala na przesłanie dźwięku z połączonego bezprzewodowo Apple TV, gdzie będziemy mogli ustawić sobie jeden z takich głośniczków jako alternatywę dla tego, co wydobywa się z telewizor.

Od 2018 będzie tutaj w panelu figurował Sonos

Ostatnią rzeczą, na którą warto przy okazji AP2 zwrócić uwagę jest nadal niewyjaśniona kwestia dokładnych parametrów transmisji. Niestety Apple nie ułatwia nam zadania, bo zamiast opublikować odpowiednią specyfikację ogranicza się do ogólników. Nie wiemy zatem nic o gapless, o bitperfect, o priorytetyzacji transmisji, o wykorzystanemu  w tej odsłonie protokołowi kodowania sygnału, wreszcie Apple milczy w sprawie szczegółowych danych nt. specyfikacji. Wiadomo natomiast, że wspomniana zmiana wymogów, szersze otwarcie związane jest z promowaniem własnych usług i technologii. Inni to właśnie robią, Apple przygotowując się na niższe wyniki finansowo-sprzedażowe, także stara się zabezpieczyć sobie tyły. Chodzi oczywiście o Siri oraz o Apple Music. W przypadku asystenta/ki to wraz z AP taka funkcjonalność pojawi się dla wszystkich zainteresowanych. Google jest otwarte i doświadczone we wprowadzaniu rozwiązań dla kogoś, kto do tej pory nie miał okazji. Od niedawna Sonos pozwala na pełną integrację z Aleksą (Amazon),a  od przyszłego roku system Sonosa będzie mógł integrować także Siri. Co więcej, wczoraj zapowiedziano nowy głośnik z wbudowanym mikrofonem – zapowiedź własnego, tego typu, produktu. Wygląda niemal identycznie (i zapewne) brzmi w pełni porównywalnie z redakcyjnym Play:1 (wygląda praktycznie identycznie, poza górą, która różni oba urządzenia). Niewielki, kompaktowy, dobrze brzmiący, dla mas. Nowy One (tym razem nie ma cyferki tylko są literki) to sześć mikrofonów, wspomniane wsparcie dla Google Assistant & Amazon Aleksa, a wszystko to za 199$ niebawem w sklepach (październik). Sonos przy okazji mocno przebudował aplikację sterująco-zawiadującego. Jest przejrzyściej, uwaga użytkownika skoncentrowana jest na źródłach muzyki, na samej muzyce, znacznie szybciej można rozpocząć odtwarzanie. O tym wszystkim jeszcze na łamach wspomnimy.

Seria G od Auralica. Czas na Lightning Link

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
AURALiC_VEGA-G2_Side

To się Koreańczycy rozpędzili. Nie jeden, nie dwa, a cztery nowe komponenty pojawią się niebawem na rynku. Auralic chce zaoferować bezkompromisowym melomanom całościowe rozwiązanie, przy czym cała nowa seria G to po pierwsze sieć z autorskim OS: Lightning Streaming, znany z poprzednich produktów (patrz nasz test Auralic Aries Mini oraz pierwsze wrażenia z testu Auralic Polaris), a po drugie – nowość – własne rozwiązanie oparte na złączu HDMI (I2S), pierwsze _takie_ na rynku. O co chodzi? Ano chodzi o to, że konstruktorom udało się stworzyć unikalny sposób dystrybucji danych, dwukierunkowy, nie ograniczony przez długość okablowania (w przypadku interfejsów I2S było to główne wyzwanie, główne ograniczenie w przypadku zewnętrznych połączeń między komponentami), eliminujący całkowicie najpoważniejszy problem PC Audio – opóźnienia czasowe. Brak jittera to kluczowa zaleta tego rozwiązania. To jest właśnie coś, co powoduje, że nowa seria G może być jednym z najlepszych produktów pozwalających na streaming z sieci / podłączenie komputerowego źródła muzyki.

Nowa seria G to aż cztery klamoty, które pozwalają stworzyć kompletny system streamingowy audio. Bez kompromisów!

  Jeszcze w listopadzie pojawią się ARIES G2 Streaming Transporter oraz VEGA G2 streamingowy DAC, a w pierwszej połowie 2018 roku na rynek trafią: SIRIUS G2 procesor upsamlingowy oraz LEO G2 Femto Reference Clock. Jak widać, dotychczasowe, podstawowe linie produktów Auralika tj. strumieniowce ARIES oraz daki VEGA zostają w serii G wzbogacone o dodatkowe, opcjonalne klamoty, które mają umożliwić osiągnięcie najlepszego możliwego rezultatu – osobny procesor audio (DSP) oraz precyzyjny zegar. Te dwa nowe komponenty (LEO oraz SIRIUS) mają stanowić cenne uzupełnienie, pozwalając na rozbudowę systemu (podobnie jak w przypadku testowanego u nas wielokrotnie M2Techa vide EVO 2).

  Warto parę słów poświęcić autorskiemu Lightning Link, przed omówieniem poszczególnych konstrukcji (patrz niżej). To dwukierunkowe łącze o niskim poziomie jitter, o przepustowości teoretycznej 18 Gbps (najszybszy transfer, poza Thunderboltem, jaki można wykorzystać w aplikacjach audio), wykorzystujące sprawdzony standard szybkiego interfejsu HDMI. Lightning Link zapewnia doskonałą kontrolę transmisji oraz sprawia, że muzyka nawet w ultra-wysokich rozdzielczościach (wyczynowe pliki DSD512/DXD384) nie będzie stanowiła żadnego wyzwania dla interfejsu, dodatkowo można spodziewać się znakomitych parametrów sygnału, braku jakichkolwiek zakłóceń.

Nowa VEGA. Streaming DAC. Potężne, ultranowoczesne źródło audio z autorskimi rozwiązaniami.
Własny OS. Integracja z ROONem. Słowem: bezkompromisowy projekt. I jakby tego wszystkiego było mało także pod topowe nauszniki

Jak wspomniałem, w przeciwieństwie do innych połączeń HDMI opartych na I2S, dwukierunkowy Lightning Link umożliwia działanie bez jittera wszystkim urządzeniom w danym systemie (opartym @ serii G). To wieloelementowe rozwiązanie, pozwalające na integracje wielu (a nie tylko dwóch) komponentów w ramach kompletnego sytemu grającego z plików. Zegarowanie informacji z urządzeń docelowych, takich jak VEGA G2, potrafi zapewnić perfekcyjną synchronizację danych ARIES G2, dodatkowo mamy w ramach przygotowanej przez Auralic-a propozycji zewnętrzny zegar (jeszcze wyższa precyzja) oraz procesor audio (dodatkowe możliwości konwersji oraz modelowania sygnału). Co bardzo istotne, Lightning Link przenosi również dane sterujące systemem do wszystkich elementów, począwszy od regulacji głośności po konfigurację silnika procesora, co pozwala wszystkim połączonym urządzeniom AURALiC na jednolity, zunifikowany interfejs sterowania. Innymi słowy mamy kompletne, cyfrowe, wolne od jakichkolwiek zakłóceń medium dla sygnału audio oraz dodatkowych danych (sterowanie).

  Z powyższego widać, jak poważna, jak nowatorska to propozycja. Kompleksowa i całościowa. Auralic jest przy tym konsekwentny: nie tylko oferuje własny OS (jeden z najlepszych na rynku), ale także pozwala na integracje swoich produktów z najlepszym ekosystemem (front-endem) audio: ROON. Zatem mamy wybór i to w obrębie dwóch najlepszych platform softwareowych. Tego w takim zakresie, na razie, nikt inny nam nie zaoferuje…

No dobrze, dość tych teoretycznych wywodów, popatrzmy jak konkretnie będzie się prezentować nowa seria G, czym postanowił nas tym razem zaskoczyć Auralic:

 

AURALiC ARIES G2 Streaming Transporter

Transporter strumieniowy ARIES G2 łączy bezprzewodowo domowy system audio ze wszystkimi, różnorodnymi źródłami muzyki cyfrowej, poczynając od sieciowych i USB, aż po serwisy online w formatach bezstratnych i radia internetowego (ambicją Auralika jest dostęp do WSZYSTKICH źródeł strumieniowych audio). Instalujemy dysk HDD lub SSD 2,5 cala, przekształcając ARIESa G2 we w pełni funkcjonalny serwer muzyczny, posiadający lokalną bibliotekę muzyczną o poj. nawet 4TB (de facto ograniczeniem są oferowane na rynku pamięci masowe 2,5″, których poj. nie przekracza obecnie wspomnianych 4TB). Sprzęt posiada najnowocześniejszą technologię izolacji galwanicznej oraz ultra czystą kontrolę zasilania, zapewniając nienaganną dbałość sygnału cyfrowego, który obsługuje. Podwójne zegary Femto i obudowa ekranująca zakłócenia EMI pozwolą na niezakłóconą pracę całego układu, gwarantując czyste od zakłóceń środowisko dla sygnału audio.

ARIES G2 jest urządzeniem, które łączy źródła muzyki o najwyższych rozdzielczościach i dostarcza je DAC-a poprzez niezawodne i precyzyjne złącza wyjściowe, w tym interfejs AURALiC Lightning Link, szybkie USB audio 2.0, AES / EBU, cyfrowe koaksjalne oraz TOSLINK. Procesor ARIES G2 jest o 50% szybszy od oryginalnego ARIES Streaming Bridge, z dwukrotnie większą pamięcią systemową i masową. Oznacza to jeszcze łatwiejszą obsługę rozdzielczości do DSD512 i PCM 32bit / 384K. Zastosowanie AURALiC Lightning Streaming umożliwia ARIES G2 łączenie się z plikami muzycznymi w istniejącej sieci WiFi, jak również oferuje dodatkowe funkcje, takie jak listy odtwarzania na urządzeniu, buforowanie pamięci, odtwarzanie bez przerw (gapless), bit po bicie (bitperfect), w wielu strefach (multiroom).

Wszystko to kontrolowane jest poprzez aplikację AURALiC na iOS, Lightning DS lub dostęp do programu Lightning za pośrednictwem nowego interfejsu internetowego na każdym urządzeniu smart. Dodajmy do tego piękny wyświetlacz na froncie prezentujący okładki, wszystkie niezbędne parametry. Oprócz zgodności z AirPlay, ARIES G2 jest certyfikowanym punktem końcowym Roon Ready do łatwej integracji z oprogramowaniem Roon, co czyni go jednym z najbardziej elastycznych streamerów dostępnych w świecie HIFI. ARIES G2 będzie kosztował 16 999 PLN brutto bez wewnętrznej pamięci masowej. Klienci mogą zainstalować dowolny 2,5-calowy dysk twardy lub zamówić ARIES G2 z fabrycznie zainstalowanym napędem SSD przeznaczonym do przechowywania muzyki na urządzeniu.

 

AURALiC VEGA G2 Streaming DAC

DAC strumieniowy VEGA G2 jest urządzeniem, które przetwarza wszystkie współczesne cyfrowe formaty muzyczne o najwyższej rozdzielczości, aż do DSD512 i PCM 32-bit / 384KHz. Jednak VEGA G2 jest również w pełni funkcjonalnym streamerem, zdolnym do łączenia się bezpośrednio z cyfrowymi źródłami muzyki. W porównaniu z oryginalną wersją VEGA, VEGA G2 posiada zupełnie nową strukturę, wykorzystując platformę Tesla (chip SoC ARM) do buforowania, przetwarzania i starannego regulowania dostarczaniem sygnału źródłowego do kości DAC (zlecony przez Auralic-a projekt układu). Po raz pierwszy w branży audio stworzono DACa, który działa niezależnie od częstotliwości sygnału źródłowego: VEGA G2 buforuje dane w taki sposób, który nie wymusza blokowania częstotliwości sygnału źródłowego. Nigdy wcześniej DAC nie potrafił całkowicie zarządzać czasem z własnym zegarem. W tym przypadku z niezwykle precyzyjnymi zegarami Dual 72 Femto Master, uwolniony od zewnętrznych ograniczeń, VEGA G2 oferuje działanie bez niepożądanego jittera.

  Sercem VEGA G2 jest platforma Tesla AURALiC, SoC wyposażony w czterordzeniowy chip ARM A9, 1 GB pamięci DDR3 oraz 4 GB pamięci masowej (@ OS, aktualizacje, wtyczki). To nowe rozwiązanie dostarcza 25 razy więcej mocy obliczeniowej od poprzedników, co przekłada się na zupełnie nowe możliwości w zakresie obróbki sygnału. Dodając do tego nową izolację galwaniczną, która umożliwia transmisję danych między obwodami pierwotnymi całkowicie oddzielonymi fizycznie, jednostki Dual Low-Noise Linear Purer- Power, jest jasne, że ten DAC uzyskuje sygnał analogowy tak czysty, jak tylko to możliwe.

  W pełni pasywna kontrola głośności, to kolejna nowa funkcja pojawiająca się w VEGA G2. Opiera się ona na unikalnej sieci rezystorów drabinowych zbudowanej przez firmę AURALiC i pobiera dokładnie zerowy prąd po jej ustawieniu. Prąd zerowy jest równy zerowej interferencji i jest to kolejna innowacja VEGA G2, która odzwierciedla wręcz obsesyjną dbałość o szczegóły. Wraz z modułem wyjściowym ORFEO klasy A, zainspirowanym klasycznymi projektami analogowymi, rezultatem końcowym jest niesamowicie wierny poziom prezentacji muzycznej. 

  Wraz z technologią Lightning Streaming, AURALiC VEGA G2 przejmuje wszystkie funkcje transmisji strumieniowej i łączność dedykowanego streamera. Po podłączeniu przez złącze LAN do sieci domowej, dostępne są wszystkie funkcje Lightning Streaming. Kontrola użytkownika odbywa się za pośrednictwem specjalnej aplikacji sterującej iOS AURALiC Lightning DS, a instalacja serwera Lightning Server dla VEGA G2 została ułatwiona dzieki nowemu interfejsowi internetowego z dowolnego smartfona, tabletu lub komputera. VEGA G2 jest certyfikowanym punktem końcowym Roon Ready, co zapewnia płynną integrację z oprogramowaniem Roon. Cenę rynkowa VEGA G2 Streaming DAC ustalono na poziomie 24 999zł. Sumując, dostajecie tutaj idealną alternatywę dla dowolnego komputera, w tym maszyn wyspecjalizowanych (tylko pod audio), a wyrugowanie PC z toru można łatwo osiągnąć tworząc w ramach ROONa system z serwerem ROCK (platforma CORE) i takim właśnie end-pointem jak VEGA. To idealne „zamiast” komputera w high-endowym torze grającym z plików (z sieci: lokalnie i z serwisów).

 

Zintegrowana rodzina: dodatkowy zegar LEO oraz procesor SIRIUS

W ramach serii G dochodzą jeszcze SIRIUS G2 Upsampling Processor i LEO G2 Femto Reference Clock. SIRIUS G2 to potężny cyfrowy procesor audio kompatybilny z większością urządzeń DAC, jednak swoje największe mozliwości pokazuje podczas pracy w połączeniu z innymi komponentami serii G, takimi jak ARIES G2 i VEGA G2. SIRIUS G2 stosuje najlepsze dostępne technologie przeznaczone dla najbardziej wymagających wyzwań związanych z przetwarzaniem sygnału, takich jak upsampling oraz korekcja przestrzeni, korekcja akustyki pomieszczenia. LEO G2 natomiast zajmuje się kompleksową synchronizacją sygnałów, a komunikując się z innymi produktami serii G za pomocą Lightning Link, zapewnia podstawę dla najniższego poziomu jitter i szumów, wspierając cały system w zakresie dostarczania superprecyzyjnego podawania częstotliwości próbkowania, dodatkowo podnosząc jakość dźwięku.

Urządzenia serii G zostały zaprojektowane nie tylko dla wybitnych osiągów osobno, ale również do pracy w ramach całego systemu komponentów serii G. Prawdziwy potencjał każdego elementu da się w pełni wykorzystać, gdy są one połączone między sobą przy użyciu nowego protokołu komunikacyjnego AURALiC Lightning Link, maksymalizując zalety technologii poszczególnych komponentów i tym samym tworząc finalny cyfrowy system audio najwyższej klasy. Patrząc na tę propozycję, widzę to tak:

 

  • high-endowy system oparty na transporterze strumieniowym ARIES G2 oraz procesorze SIRIUS oraz opcjonalnie zegarze LEO. W takiej opcji mamy serwer muzyczny, autonomiczne, nie wymagające komputera rozwiązanie do grania z pliku, uzupełnione o dodatkowy procesor DSP (korekcja pomieszczenia, zaawansowana obróbka sygnału) z możliwością dodatkowego progresu w postaci precyzyjnego zegara taktującego, wszystko to spięte Lightning Link (i działające pod kontrolą firmowego OS). Alternatywą softwareową pozostaje tutaj ROON.
  • high-endowy system oparty na sieciowym DACu VEGA G2 będącym częścią systemu opartego na ROONie, będący głównym, najważniejszym end-pointem w takiej instalacji. Tutaj takie elementy jak SIRIUS czy LEO można potraktować jako opcjonalne dodatki, które nie są niezbędne do budowy najwyższej klasy systemu. Potężny silnik DSP z możliwością rozbudowy, zaszyty w oprogramowaniu ROON Labs. pozwoli na uzyskanie optymalnego rezultatu, konstrukcja przetwornika VEGA jest na tyle zaawansowana (moc: Tesla, superprecyzyjne zegary), że może to być jedyny klamot w takim torze, oczywiście z odpowiednim zapleczem w postaci solidnego serwera ROCK (magazyn oraz jednostka sterująca oprogramowaniem tj. Core). Tutaj ciekawym rozwiązaniem może być wykorzystanie potencjału VEGI w zakresie zaawansowanego przetwarzania sygnału (przykładowo konwersja PCM do DSD i to o wyczynowych parametrach takich jak DSD256 czy nawet DSD512).
  • dream team G2… póki co hipotetycznie: ALTAIR + VEGA opcjonalnie wzbogacone o dodatki tj. SIRIUS (bardzo się przyda, bo najdziksze ustawienia DSP wymagają bardzo konkretnej mocy obliczeniowej, a tu mamy dedykowany procesor DSP) & LEO, wszystko to pracujące pod kontrolą ROONa z CORE działającym @ transporterze / serwerze ALTAIR. High-endowe K.O. Zróbcie to Panie i Panowie z Auralic-a oraz z Roon Labs, zróbcie to! :-) Transport ma wystarczającą moc do tego, by być jednostką główną z jednoczesnym dostępem do lokalnej kolekcji (funkcja serwera), a oprogramowanie, gotowe dla takiego rozwiązania już jest i zwie się ROCK. Taki w 100% ROONowy system byłby czymś unikatowym na rynku i finalnie oznaczał wyrzucenie poza tor jakiegoś komputera – całkowicie zbędnego elementu w takim systemie. Jeszcze raz: zróbcie to!

 

Sumując, nowa seria G to emanacja tego, co najbardziej zaawansowane w dziedzinie domowego audio. Wspominałem o ogromnej roli oprogramowania (widać to wyraźnie, gdy wczytamy się w specyfikację, możliwości tytułowych urządzeń), o znaczącym wzroście znaczenia trybów DSP w systemach grających z pliku, wreszcie nie pomijalnemu (mającemu realny wpływ na osiągnięty efekt) zwiększaniu wydajności klamotów, budowanych z wykorzystaniem najnowszych technologii ze świata IT. Tu już nie wystarczy vintage’owa kostka i parę dobrej klasy komponentów elektrycznych od uznanych dostawców. Tu czymś absolutnie zasadniczym, kluczowym, jest know-how, jest własny software (rozbudowany do poziomu systemu operacyjnego – nie wystarczy napisać sterownik, gdy chcemy zaoferować coś bezkompromisowego) oraz jak pokazuje seria G, autorski sposób na spięcie tego wszystkiego w całość (Lightning Link). Sprzęt nie jest tani, ale patrząc na to, co realnie dostajemy (to otwarta architektura, ewoluująca wraz z postępem technologicznym) wydaje się uczciwie wyceniony. Jak wspomniałem, można zbudować coś, co obędzie się bez zwyczajowego, standardowego PC, coś dużo, znacznie lepszego, korzystającego z najlepszego oprogramowania na rynku.

 

Niewierny Tomasz: sprawdzę to. Co? To: IFi iGalvanic3.0

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
nano_igalvanic3.0

Nie to, że nie wierzę z zasady ;-) ale mam mocno sceptyczny, mocno krytyczny, mocno powątpiewający stosunek do otaczającej rzeczywistości i jak czytam takie coś: „Ogólny przyrost jakości jest niezaprzeczalny i pozwala spojrzeć na odtwarzaną za pośrednictwem komputerów muzykę w zupełnie nowym, żywszym i jaśniejszym świetle” to od razu moja przekorna, wątpiąca, nieufna natura (na szczęście dotyczy to tylko technologii, no przepraszam, polityki też dotyczy, ale od tego jak najdalej na HDO) każe mi od razu zapytać: serio, serio? Słyszałem wiele na temat poprawiaczy IFi, ich specjalizacji w tym zakresie, ba ostatnio coś nawet potestowałem (niebawem będzie słów parę na łamach), ale to co mówi się o iGalvanic-u ociera się o nieprzyzwoitość. Złoty Graal? Złoty Graal komputerowego audio? Plaster na wszystkie bolączki sygnału wyprowadzonego z komputera via USB? Uczynienie ze źródła PC Audio, źródła nie tyle hajfajowego, ale wręcz hajendowego (no serio, tak to opisują recenzenci, tak to opisują użytkownicy, wiele osób tak to ocenia). „Fejm” jaki towarzyszy temu produktowi zapala w mojej głowie czerwone światło, więcej, nie daje mi spokoju (czytaj, dodatkowo – stroboskop ;0)), uwiera…

No dobrze. Popatrzmy na to na chłodno. Czym jest iGalvanic (wersja 3.0)? „…Można powiedzieć, że dzięki zastosowaniu wewnątrz iGalvanic3.0 autorskiego transformatora separującego wykonanego z wysokiej jakości miedzi 6N, sygnał elektryczny wychodzący z urządzenia jest w całości wygenerowany na nowo, przez co jest on pozbawiony negatywnych naleciałości pochodzących z pierwotnego źródła sygnału, takich jak zakłócenia RFI i EMI…”  oookey, ale to w takiej czy innej formie pojawiło się na rynku, niektórzy podjęli się zadania poprawy tego, co (umownie) z komputera wychodzi, na sklepowych półkach pojawiły się regeneratory sygnału, pomocnicze akcesoria, współpracujące z resztą toru (czytaj z jakimś komputerem oraz dakiem wyposażonym w interfejs USB). Odszumienie sygnału miało być panaceum na wady wspomnianego interfejsu, przenoszącego z wnętrza komputera zakłócenia, interferencje oraz (nie)sławne opóźnienia czasowe. W przypadku zakłóceń sieciowych, zasilaczy komputerowych, które nie grzeszą nadmierną kulturą pracy (delikatnie rzecz ujmując) znaleziono sposób zaradzenia sobie z takimi, jak powyżej, problemami.

Aby całego tego zła uniknąć, stosuje się obecnie „izolację galwaniczną – technikę eliminującą (…) istotne problemy komputerowego audio, jakim jest negatywne zjawisko tzw. prądu błądzącego, który zakłóca pracę precyzyjnych podzespołów aparatury HiFi i high-end. Prądy te indukowane są głównie zasilaczach AC komputerów i rozsiewane po całym systemie, także poprzez złącza USB. Choć w normalnym użytkowaniu konsumenci nie obserwują występowania tych anomalii (lub nie są tego świadomi), to w wypadku produktów wysoce precyzyjnych, jak audiofilskie przetworniki D/A czy też profesjonalne interfejsy USB problem jest dotkliwy i powszechnie znany. To właśnie całokształt tych prądów błądzących i zakłóceń sieciowych jest powodem powstawania szumów i jittera, wyraźnie degradujących jakość brzmienia docelowych przetworników D/A typu USB. ”

To wszystko pozwala na poprawę parametrów sygnału, ucywilizowanie magistrali komputerowej, która nie była projektowana jako interfejs audio. USB to, jak sama nazwa wskazuje, port uniwersalny, mający setki zastosowań, główna arteria dla danych przyjmowanych z zewnątrz (nie licząc interfejsów sieciowych), a także połączeń między układami wewnątrz komputera (komunikacja na płycie głównej). To wszystko, niestety, bez priorytezacji, współdzielone, interferujące, rywalizujące o dostęp do danych, o dostęp do pamięci oraz procesora. Cóż – w teorii – prawdziwy koszmar. W praktyce nie jest tak źle, bo obecnie projektowane chipsety radzą sobie z zawiadywaniem połączeniami bardzo dobrze, ale (nadal) nie tak dobrze, by coś bardzo wrażliwego (audioklamoty) nie było narażone na rozliczne problemy, gdy z PC nam gra. No właśnie.

Lekiem na to wszystko (właśnie – wszystko) ma być tytułowe ustrojstwo. Galvanic3.0 zawiera wcześniej stosowane w produktach tej firmy technologie: REclock, REbalance i REgenerate, które mają za zadanie zniwelować wszystkie błędy synchronizacyjne powstałe jeszcze przed dotarciem sygnału źródłowego do samego urządzenia. Ponownie przeliczone informacje są pozbawione zniekształceń, odpowiedzialnych za powstawanie wspomnianych opóźnień czasowych tj. jittera oraz szumu. To wraz z opisaną powyżej izolacją galwaniczną Galvanic stanowi całościowe podejście do tematu. Nie mamy tu zatem częściowej eliminacji, tylko, całkowite wyeliminowanie problemów na złączu USB w aplikacji audio. Niewątpliwie ma to umocowanie w teorii, pytanie czy w praktyce również? Patrzę na to przez pryzmat własnych doświadczeń, swojej informatycznej wiedzy – przy czym liczba zmiennych jest, jak to w świecie zero jedynkowym bywa – spora, wg. mnie wykracza poza opisane zjawiska (tak naprawdę dostosowujemy coś, co nie zostało, jak wspomniałem, zaprojektowane do zakładanego przez nas celu!). Komputerowe audio to góry i doliny, nie da się niestety wszystkiego przewidzieć, precyzyjnie określić… raz jeszcze – nie zapominajmy o oprogramowaniu!

Tak czy inaczej, ten produkt jest próbą ucywilizowania uniwersalnej magistrali pod kątem medium dla sygnału audio i warto będzie przekonać się (jak niewierny Tomasz ;-) ), czy faktycznie… Z nadesłanego opisu wynika, że możemy liczyć na, cyt.: brzmienie znacznie bardziej analogowe, holograficzne i namacalne, a przy tym zyskujące na szczegółowości i dynamice. Dystrybutor wspomina o dodatkowym upgrade Galvanica o firmowe zasilanie iPower (testowane u nas niedawno – będzie wpis o tym jak sobie ten zasilacz poradził zastępując org. zasilacze w Chromecast Audio oraz EVO 2 z zew. zegarem, produkcie M2Techa). Inną drogą, radykalną, eliminacji jest zastosowanie zupełnie innego sposobu transmisji, opartego na innym interfejsie (point-to-point), eliminującym przynajmniej część z problemów USB – mam tu na myśli FireWire (historycznie już) oraz Thunderbolt-a (obecnie). Tyle, że takie coś zawęża dramatycznie wybór klamota i w praktyce można wybierać tylko spośród pro-toolsów. Płacimy wtedy za rzeczy kompletnie zbędne z naszego pkt widzenia (wyjścia mikrofonowe, miksery, interfejsy dla instrumentów itd. itp.)

Co prawda dużej budy już u mnie od dawna nie ma, ale jest HTPC, jest laptop PC, jest tablet PC (to wszystko na Windzie) oraz są Maki (z ich teoretycznymi przewagami nad PC w zakresie grania muzyki z pliku, bo system, bo konstrukcja), jest zatem z czym sprawdzać, bardzo przekrojowo jak widać sprawdzać. Nie mam wątpliwości, że warto szeroko podejść do tematu testu, ocenić to co oferuje IFi pod kątem własnych doświadczeń oraz wiedzy na temat działania komputerów oraz systemów operacyjnych. Różne środowiska, różne (bardzo) konstrukcje i wspólny mianownik: złącze USB służące do wyprowadzenia dźwięku z kompa. Sprawdzę z wybranymi, trzema DACami: pracującym w tym trybie wszystkomającym Polarisie (Auralic), przetworniku USB Korga (DS-DAC-100) wreszcie klasycznym, oldschoolowym NFB-2 od Audio-GD. Różne kości C/A, różne interfejsy USB, bardzo różne tory…

Biorąc pod uwagę, że wołają za to 1749 złotych, faktycznie powinniśmy odczuć wyraźnie poprawę, progres. Czy tak będzie? Cóż, zobaczymy.

 

PS. Mamy potwierdzenie ze strony dystrybutora – przyjmuje wyzwanie ;-)

FLAC z oficjalnym wsparciem w najnowszym iOS11 (z dużym ale…)

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Logo FLACnaIOS

No dobrze, pamiętacie? Tylnymi drzwiami, via ichnia chmura FLAC zawitał jako pełnoprawny kodek w systemie (w wersji testowej). Jutro nowy iOS będzie oficjalnie, będzie obsługa najpopularniejszego bezstratnego kodeka audio natywnie, w systemie. Co to oznacza w praktyce? Ano oznacza, że będziecie mogli słuchać swoich kolekcji muzycznych w dowolnej aplikacji, w tym systemowej (Music) bez konieczności konwertowania czegokolwiek do strawnego (przez Apple) formatu. Do tej pory trzeba było albo zainstalować jakąś apkę odtwarzającą flaczki, albo zdecydować się na mozolne konwertowanie plików, wybierając bezstratny kodek ALAC (jabłkowy wynalazek, który dzięki zerowemu zainteresowaniu samego jabłka popularyzacją jest obecnie niszowym rozwiązaniem na rynku).  Odnośnie samej apki – jest ich obecnie w AppStore całkiem sporo, część z nich oferuje naprawdę spore możliwości, przy czym ostatnie zmiany jakie zaordynowało Apple do programu iTunes mogą skutecznie zniechęcić Was do użytkowania oprogramowania innego, niż systemowe. I widzę tu pewną niebezpieczną korelację, ba widzę konsekwentną politykę mającą na celu skłonienie użytkownika jałbkofona (etc) do wyboru jedynie słusznej aplikacji firmowej, najlepiej z wykupionym abonamentem na Apple Music.

To, że iTunes powszechnie jest krytykowane za swoje przeładowanie, ociężałość, fatalny UX to oczywista, oczywistość, ale Apple usuwając aplet Programy ze swojej aplikacji zarządzającej pamięcią naszego iCośtam usunął jednocześnie najprostszą możliwość przenoszenia danych z pamięci komputera do pamięci handhelda (w tym muzyki do alternatywnych aplikacji odtwarzających muzykę). p W praktyce oznacza to, albo korzystanie z pośredników tj. chmury, lub bezprzewodowych sposobów transmisji (o ile takie możliwości dev przewidział w oprogramowaniu) lokalnie z komputera/serwera, albo faktyczną bezużyteczność danego programu odtwarzającego. Będzie zatem tak, jak w becie, to znaczy zagramy z nowej aplikacji Files (i będzie ściśle powiązane z ekosystemem) wspomniane FLACZki, a korzystanie z własnych zbiorów zapisanych w takim formacie nie będzie wcale proste i intuicyjne. Oczywiście użytkownicy dysponujący Makiem będą mogli, przykładowo, skorzystać z AirDropa, z współdzielenia pamięci masowych na urządzeniach z logo jabłka na obudowie – inni będą musieli kombinować.

Widzicie to „duże ale” w tytule? Już tłumaczę to „ale”: natywny FLAC w iOS nie jest dla wszystkich. To znaczy nie wszyscy użytkownicy jabłkofonów skorzystają, a użytkownicy iPadów w ogóle obejdą się smakiem. Jak tylko aktualizacja stanie się ciałem, ewentualnie zaktualizuje wpis, ale wszystko wskazuje na to, że z nowych możliwości skorzystają wyłącznie użytkownicy iPhone 7, 7+, 8, 8+ oraz X. Dodatkowo takie możliwości zapewni Apple TV 4 oraz nowy model 4K, tyle że w przypadku tych urządzeń nie mamy możliwości wygodnego wyprowadzenia dźwięku na zewnętrzny tor audio (w praktyce musi być amplituner, bo w ATV obecnie jest tylko HDMI, zrezygnowano z wyjścia optycznego). Prawdopodobnie takimi możliwościami będzie także dysponował nowy głośnik od Apple: Home Pod, przy czym nie jest to na razie w żaden sposób przesądzone, producent nie podaje dokładnych danych, specyfikacji tego nadchodzącego produktu. Co jeszcze bardziej zastanawiające, w specyfikacji obsługiwanego dźwięku w najnowszych modelach iPhone zniknęły AIFF oraz WAV. Dziwne, raczej oczywiste jest, że te formaty, szczególnie WAV nadal będą wspierane (muzyka nadal jest obecna w iTunes, nadal można konwertować, nadal mamy tam kolekcje/bibliotekę i integrację z usługami AM/iTunes Match). Być może Apple dokonało „skrótu myślowego” podając ogólnie informację o wsparciu dla Linear PCM w najnowszych modelach (wcześniej takiego zapisu w specyfikacji wspieranych formatów audio nie było). Sumując, użytkownicy wszystkich iPadów oraz iPhone <7 nie będą mieli nadal możliwości odtwarzania muzyki zapisanej we FLACzkach (podobnie iPodów Touch) natywnie w iOS11. Trudno na pierwszy rzut oka powiedzieć, co się za tym kryje, choć pewną wskazówką może być BRAK ANALOGOWEGO WYJŚCIA DLA SŁUCHAWEK WE WSPIERANYCH MODELACH. Wszystkie iPady oraz modele 5S/SE/6(+)/6S(+) dysponują audio jackiem. Innymi słowy taka decyzja miałaby uzasadnienie czysto marketingowe (nie techniczne, choć właśnie techniczny aspekt przesądza o wsparciu). Apple chce zasugerować w ten właśnie sposób, że jedynie słusznym wyborem dla kogoś, kto ma ochotę na słuchanie muzyki w jakości bezstratnej z jabłkowego telefonu jest zakup nowego modelu (to raz) oraz wybór takiego, który dysponuje wyłącznie złączem Lightning służącym do transmisji dźwięku (cyfrowo – to dwa). Przejściówka na jacka, dodawana do nowych modeli iPhone, kłóci się z uzyskaniem wysokiej jakości dźwięku – to jasne dla każdego, kto zwraca uwagę na SQ, stąd… no właśnie, dodatkowa zachęta do zakupu odpowiednich (lightningowych) słuchawek oraz ewentualnie akcesoriów (DAC/ampy).

Na taki wpis mogą liczyć wyłącznie użytkownicy wybranych, najnowszych modeli iPhone: 7/7+/8/8+ oraz X.
Po aktualizacji do iOS 11 tylko te modele będą wspierać natywnie najpopularniejszy kodek audio, z takiej możliwości skorzystają także użytkownicy Apple TV 4/4k, które również takie pliki odtworzą

A tak to wygląda i wyglądać będzie na reszcie urządzeń z iOS/tvOS, w tym m.in. @ wszystkich iPadach

Tu, co prawda, pojawia się kwestia wyraźnego promowania bezprzewodowego słuchania (co z wyżej wymienionymi kwestiami nie ma nic wspólnego, bo transmisja BT jest stratna, a o lepszym transferze w ramach aptX nie ma mowy w iOSie), własne słuchawki (te z logo i te pod marką Beats Audio) są praktycznie bez wyjątku Wireless, ale… ale sporo można zarobić, jak wyżej, licencjonując własny interfejs (Lightning), a bez certyfikacji (MFI) żaden z producentów (poważnych) produktu kompatybilnego z nowymi iPhone’ami nie wypuści. Chcesz słuchać w jakości HiFi? Kup odpowiedni telefon, kup odpowiednie słuchawki (z licencją) lub/i kup odpowiedni zew. DAC/AMP oczywiście z licencją. Trudno znaleźć inne uzasadnienie tego ruchu, szczególnie, że samo Apple mimo podjętych pewnych działań, nie zdecydowało się na wprowadzenie do swojego kramiku (iTunes) oraz streamingu (Apple Music) bezstratnej jakości dźwięku. Gdyby się na to zdecydowało, odcinanie wielu milionów potencjalnych klientów od swoich usług (lepszej jakości audio) byłoby kompletnie bezsensowne. W opisanej powyżej sytuacji, taki ruch wydaje się z marketingowego punktu widzenia całkiem sensowny, oczywiście z punktu widzenia użytkowników wygląda to zgoła inaczej i takie działanie producenta należy ocenić jednoznacznie negatywnie, bo nic nie stoi na przeszkodzie (techniczne) by wsparcie dla FLACów było oferowane dla wszystkich urządzeń przewidzianych do aktualizacji do najnowszej wersji iOS.

Moim zdaniem to decyzja o daleko idących konsekwencjach dla całego ekosystemu w aspekcie odtwarzania muzyki. Poza czynnikami wymienionymi powyżej jest jeszcze jedna kwestia, o której warto wspomnieć – wprowadzenie modelu Apple Watch’a LTE (seria 3) oznacza, że Apple Music na pewno w dającej się przewidzieć przyszłości nie dostanie opcji strumieniowania dźwięku o wyższych parametrach transmisji. To jeden z głównych marketingowych argumentów Apple podczas kampanii zachęcającej do zakupu nowego zegarka… dostęp do 40 milionów utworów (oczywiście via Apple Music) z nadgarstka, bez pośrednictwa iPhone, autonomicznie (dzięki modułowi komórkowemu zamontowanemu w najnowszym zegarku). To ma zachęcić do zakupu pierwszego AW lub do wymiany starszego modelu. A to się kłóci z transmisją lepszej jakości (zużywającej więcej energii, a ta jest tutaj na wagę złota oraz wyczerpującej szybciej paczkę danych w ramach abo). Do tego mamy konieczność wykorzystania w takim wypadku transmisji BT do transferu audio do bezprzewodowych słuchawek, sparowanych z zegarkiem i cały zysk z kompresji stratnej zostaje w dużej mierze zaprzepaszczony (nie ma tu zatem miejsca dla FLACzka)).

Apple wyraźnie ma ochotę sprzedać Apple Watch’a jako nowego iPoda, stąd zresztą decyzja o zaprzestaniu produkcji tego ostatniego (poza Touch’em, ale to i tak margines i Touch nie ma LTE, czyli streaming on the go odpada). FLAC zatem zostaje przez Apple wpasowany do własnej wizji sprzedaży w ramach ekosystemu i ma być oferowany jako „dodatek” do drogich i bardzo drogich, topowych modeli iPhone. Trochę na zasadzie: stać cię na kosztowny telefon, chcesz słuchać w bardzo wysokiej jakości? To proszę bardzo, możesz, ale musisz nam za to jeszcze parę razy ekstra zapłacić. Producenci „lightningowych” słuchawek oraz akcesoriów audio (DAC/AMPy kompatybilne z jabłkową elektroniką) mogą zacierać ręce. To co prawda nisza, ale z widokami (w końcu stream hi-res nam się też rozwija, nieprawdaż?) na spore zyski. Apple na tym zarobi, niemało zarobi, a do tego najmniejszym, nie – wróć, praktycznie zerowym kosztem (właściwie ograniczając się tylko do implementacji wsparcia dla kodeka w najnowszym iOS dla wybranych urządzeń). Tak się zarabia pieniądze. Nawet wbrew i na przekór interesom własnych klientów, użytkowników. Jak dla mnie, właśnie osiągnęli w tej materii prawdziwe mistrzostwo. Smutne to, ale jakże prawdziwe.

Złącze audio jack wyklucza natywnie FLAC na iOSie. Musi być jak powyżej. Tak to właśnie wygląda…

 

PS. Biorąc powyższe pod uwagę, nie liczę na jakieś większe zmiany w protokole AirPlay 2 (ma to przecież działać w całym ekosystemie, a nie tylko z najnowszym sprzętem… chyba). W przypadku SQ nic się nie zmieni i nadal nie będzie to zbliżone do możliwości konkurencyjnych rozwiązań odnośnie jakości brzmienia. Brak bitperfect, brak obsługi lepszej jakości niż 16/44-48, może chociaż opóźnienia zredukują i responsywność (multiroom tego wymaga).

Mamy potwierdzenie! KEFy LS50 Wireless będą kompatybilne z ROONem (akt.)

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2017-09-15 o 13.37.40

System audio za rozsądne pieniądze, zawsze na czasie, w superkompaktowej formie zaklętej w dwóch głośnikach i najlepszym obecnie oprogramowaniu audio? Tak, moi drodzy, już niebawem. Przypomnę tylko, że mówimy o tych głośnikach: nasze wrażenia KEF LS50 Wireless i o tym oprogramowaniu: testy, opisy, poradniki nt. front-endu znajdziesz pod tym linkiempod tym oraz pod tym a także tutaj i tu. I jeszcze o tu. Wreszcie o ROCK (Roon Optimized Core Kit) tutaj, oraz ostatni wpis o iPENGu w ROONie (tutaj). Ludzie odpowiedzialni za rozwój software potwierdzili, że prace nad integracją są zaawansowane i do końca roku bezprzewodowe KEFy będą kolejnym ROONowym end-pointem. Wspominałem wcześniej o wprowadzeniu do software firmowego głośników Tidala – niewątpliwie była to bardzo istotna aktualizacja produktu, bardzo ważna dla użytkowników. Jednakże moim zdaniem dopiero kompatybilność z programem Roon Labs to prawdziwy game changer, bo dostaniemy całościowe rozwiązanie integrujące CAŁĄ naszą muzykę, z potężnym silnikiem DSP o ogromnych możliwościach, a dodatkowo wsparciem dla setek innych produktów, z obsługą nieograniczonej liczby stref, a dodatkowo to wszystko z doskonale opracowanym UI oraz z nowatorskimi sposobami korzystania z całej kolekcji. Coś czuję, nie – wróć – jestem pewien, że ktoś, kto spróbuje takiego duetu nie wróci już do firmowego oprogramowania, więcej nawet… może nie być skłonny do powrotu do klasycznego systemu audio. Zwyczajnie, nie będzie to sensowne od strony obsługi, od strony ergonomii, wygody oraz – tak, tak – jakości dźwięku.

Testuję bardzo mocno tryby DSP w ROONie, eksperymentuje, wspominałem o tym we wcześniejszym wpisie dotyczącym presetów dla słuchawek Audeze (testowane @ LCD-3), zmodyfikowałem bardzo znacząco (i jednoznacznie na plus, to wyraźny progres!) dźwięk z podpiętych kablem USB bezprzewodowych Momentum (niesamowitą robotę odwala tutaj DSP – to jest niebo a ziemia, serio). Słuchawki będące końcówką z własnymi, dopasowanymi trybami (Audeze), albo własnymi modyfikacjami to ten kierunek, a LS50 z ich ogromnymi możliwościami (praca całego układu) pozwolą na stworzenie systemu, który nie tylko (mocno w to wierzę) dopasuje się idealnie do danych warunków (akustyka pomieszczenia), ale jeszcze dodatkowo będzie mógł pozwolić (dzięki potędze kodu) na rzeczy, o których nam się nie śniło. To jest nie tylko możliwe, to jest już dostępne. Już. Pamiętam pokaz Beolabów 90 (Bang&Olufsen), niezwykle kosztownej konstrukcji, której przewaga nad klasycznym systemem (też wszystko zaklęte w głośnikach) ma się opierać _na oprogramowaniu_. Pamiętam zapowiedzi ciągłych modyfikacji, dodawania zupełnie nowych możliwości. Pamiętam. Tutaj jest o tyle inaczej i wg. mnie lepiej, że efektor kompatybilny z ROONem to już ma i co więcej będzie miał zapewnione szybkie i daleko idące modyfikowanie, usprawnianie i wprowadzanie nowego w ramach terminarza przypominającego (jako żywo!) rozwój najpopularniejszych systemów operacyjnych (mobile). To jest ciągły rozwój, przy czym (co bardzo istotne) dla użytkownika przyjazny i bezinwazyjny, czego dowodzą dwa lata użytkowania tego software przez wyżej podpisanego. Trzeba tylko i aż oswoić się z tym, że oprogramowanie to dzisiaj część toru, co najmniej tak samo ważna jak inne składowe (w przypadku LS Wireless nie będzie tego wiele ;-) ) i w związku z tym koszt związany z używaniem / zakupem jest wpisany w całą zabawę w audio. To nie jest dodatek. Raz jeszcze – to kościec, to fundament systemu / toru. Zapamiętajmy.

O tym, co można wyczarować za pośrednictwem DSP na ROONie, jeszcze nie raz na łamach HDO przeczytacie. Postaram się przygotować przewodnik ze wskazówkami, na pewno będzie sporo o nowych możliwościach jakie wprowadzają programiści do wspieranego już i opisanego @HDO sprzętu. Sam się ciągle łapię na tym, że jest coś do odkrycia, że warto posłuchać (przede wszystkim), warto dać szansę różnym klamotom/słuchawkom, a przy tym (co warte jest podkreślenia) modyfikacje, zmiany odbywają się nie w realu (zmiany sprzętowe, adaptacje akustyczne pomieszczenia) a wirtualnie, w oprogramowaniu. Dla tych, których to mierzi, którzy nie wierzą, są tradycjonalistami i nie chcą tego zaakceptować – ja to doskonale rozumiem, rozumiem przyzwyczajenia, rozumiem niechęć do „tych komputerów”, rozumiem nostalgię za prostotą (powiedzmy, bo względną) świata analogowego, świata fizycznego nośnika, prostego odtwarzacza, drewna, materiału, fizycznego medium. Ja to rozumiem, ale świat właśnie uciekł i to już nie wróci. Stream (KEF mówi gigabitowe WiFi 802.11ac, ale ja tam polecam podpiąć te KEFy kablem LAN, tak dla pewności, z routerem – zróbcie to ;-) ) to jest coś, co wszystko zmienia, komputer i soft taki jak ROON to jest coś co wszystko zmienia i to jest ten kierunek nieodwracalny, kierunek w którym zmierza cała branża audio, cała branża muzyczna.

Tytułowe informacje wypłynęły podczas targów CEDIA (wrzesień 2017 San Diego). Nie będzie potrzeby instalacji czegokolwiek (aktualizowania) w przypadku KEFów… ROON to ogarnie w ramach kolejnego update oprogramowania. Tak to się robi! Jak tylko się pojawi taka opcja, poinformuje Czytelników w aktualizacji niniejszego wpisu. KEFy będą widoczne jako nowy end-pont, oczywiście będzie możliwość grania wielostrefowego z innym sprzętem, przy czym Wireless-y w takim torze będą mogły być solo, nie będzie możliwości integracji paru takich zestawów (przynajmniej na razie). ROON z KEFami stworzą kompletne rozwiązanie, z obsługą każdego materiału, bez konieczności jakiegokolwiek uzupełniania takiego toru o inne składniki (streamery, wzmacniacze, pre…). Toru high-endowego, dodajmy, w mocno okazyjnej cenie (10k za głośniki i 2k za software z dożywotnią licencją). Proste? Proste.

PS. Informacja dla Czytelników pytających jak tam z Qobuzem w Polsce. Z trzech państw, które miały w wakacje pojawić się na mapie kraje z serwisem, na razie załapał się jeden – Hiszpania. W przypadku Polski oraz Włoch nadal toczą się negocjacje (to gorzej) oraz prace nad wprowadzeniem (podobno już wszystko jest przygotowane). Przypominam nasz wpis oraz wiadomości z ich oficjalnego bloga na którym opierałem swój wpis (konferencja z marca 2017, kiedy zapowiedziano start usługi w Hiszpanii, Polsce oraz Włoszech w wakacje). Także trzeba się uzbroić w cierpliwość i czekać.

AKTUALIZACJA: Od wczoraj KEF LS50 Wireless są w pełni kompatybilne z ROONem. Ile im to zajęło od chwili zapowiedzi? Miesiąc. Mistrzowie! Właśnie na takie wsparcie można liczyć w tym front-endzie. Wróć. W pierwszym ekosystemie audio. To bardziej odpowiada prawdzie. Jak wspominałem KEFy nie są w związku ze specyfiką konstrukcji „ROON Ready”, mamy pewne ograniczenia w zakresie obsługi protokołu RAAT (tylko jedna para może pracować w ramach systemu / Core, innymi słowy nie ma opcji wielostrefowej w przypadku KEFów… dwóch par nie podepniemy). Inne ograniczenia związane są z niektórymi funkcjami tj. szybkie przełączanie (strefy) czy konfig. zaawansowanej ścieżki sygnału. To ostatnie postaram się obadać (może szybciej będzie, jak zapytam kolegów z Premium Sound jakie możliwości przetwarzania sygnału oferuje nam oprogramowanie na KEFach).