LogowanieZarejestruj się
News

Testujemy nowego Matriksa Mini-i Pro 2! Krótko: Wow!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20161201_094713980_iOS

Przyjechał i od razu podpięliśmy klamota. Nowy Mini-i jest naprawdę nowy. Zmienili w nim niemal WSZYSTKO w stosunku do przetestowanych u nas modeli (patrz: pierwsza generacja, model bez pro i z pro drugiej generacjiwreszcie wersję AD 2015). To nie tylko zupełnie nowa obudowa, ale przede wszystkim znaczące rozszerzenie możliwości o bezprzewodowy link Bluetooth z obsługą kodeka aptX. Właśnie gram bardzo dobry jakościowo materiał (studio mastery, param. 24/96) z MacBooka z wymuszoną obsługą aptX-a (patrz nasz opis Bluetooth Explorer) i powiem tak… o cholera jasna, jak to dobrze, baaaardzo dobrze brzmi. Nie odczuwam tego, co zazwyczaj towarzyszy transmisji tego typu – dźwięk bywa wyprany, płaski, bez „planktonu”, często z cyfrowym nalotem, którego tak nie znosimy. Tutaj w ogóle nie ma o tym mowy. Rewelacja!

To chyba najlepsze granie via BT jakie do tej pory miałem okazję posłuchać. Ten link staje się wg. mnie pełnoprawnym (mimo nadal stratnej kompresji, choć parametry takiego streamingu są zbliżone do strumieniowania bezstratnego, co więcej od paru miesięcy mamy na rynku wariant aptX-a z magicznymi literkami HD… nadal stratny, żeby nie było niedomówień ;-) ) źródłem, na równi z pozostałymi interfejsami. Oczywiście USB daje nam największe możliwości, jest najlepszym jakościowo wyborem i nie ma tutaj nad czym deliberować, ale pojawienie się takiego, bezprzewodowego rozwiązania, bardzo cieszy. W końcu można słuchać muzyki na wysokim poziomie korzystając z sinozębnego! To gdzie kryje się sekret? W module, w całym torze nowego Matriksa się kryje oraz w parametrach transmisji (znacząca redukcja opóźnień >20ms, przy wcześniejszych 50-100ms… to jeden, z moim zdaniem, krytycznych parametrów mający wpływ na jakość brzmienia, dużo wyższy bitrate, dodatkowo stabilniejsza praca interfejsu). W galerii poniżej zrzuty z opisem, dobrze widać jak to pięknie śmiga. Jednym słowem:

Wow!

No dobrze, to po co bitperfect, po co cyzelowanie systemu, pod kątem uzyskania pełnej koszerności, zapytacie? No, cóż, dla kogoś kto ma fioła na punkcie jakości dźwięku sprawa jest oczywista. Bo nadal można bardziej, bardziej lepiej. USB w Pro 2 to brama do bezkompromisowości. Co prawda DAC w Matriksie to stary znajomy (ESS 9016), ale cała reszta toru przeszła gruntowne odświeżenie. Wzmacniacz słuchawkowy dysponuje dużo lepszymi parametrami i dokładnie przemagluję wyjście słuchawkowe podpinając LCD-3, HE-400 oraz K701 i HD650. Będzie konkret. Sprawdzimy te bardzo różne, niekoniecznie łatwe (AKG) do napędzenia nauszniki – tu faktycznie producent miał sporo do zrobienia, bo wyjścia słuchawkowe w Mini-i były dobre, ale daleko im było do poziomu oferowanego przez wyspecjalizowane wzmacniacze słuchawkowe. O wszystkich różnicach, o tym jaki przyniosły efekt, przeczytacie we właściwiej recenzji. Powiem tylko, aby zaostrzyć apetyty, że tak rozbudowanego menu konfiguracyjnego mogą temu klamotowi pozazdrościć znacznie droższe urządzenia (znamy to już z poprzedników, ale tutaj jeszcze bardziej to rozbudowano). Możliwości modyfikacji pracy urządzenia sporo, przy czym sama podstawowa obsługa jest prosta jak budowa cepa i jak chcemy żeby „po prostu grało”, to po prostu gra.

Fajnie, że automatyka pozwala na bezkonfiguracyjny scenariusz obsługi, działa bardzo sprawnie, a oprogramowanie modułu BT to wg. mnie coś, co wymaga specjalnego wyróżnienia. Sprzęt dopasowuje pracę w zależności od źródła, przy czym robi to natychmiastowo (z BT czasami naprawdę można osiwieć, każdy to zapewne przerabiał) i poprzez ciągłe dopasowanie transmisji możemy liczyć na stabilną (jak skała) pracę. Myślałem, że takie coś możliwe jest generalnie tylko w przypadku WiFi… cóż, BT też może grać bezproblemowo. Pilota znamy z poprzednich testów, to ładny, zaprojektowany dla Matriksów (a nie brany z worka) częściowo metalowy sterownik. Wyświetlacz jest super czytelny, pokazuje źródło, pokazuje parametry transmisji. gdyby jeszcze dioda (oczywiście jaskrawoniebieska) nie dawała w tak radykalny sposób znać o sobie to byłoby bez żadnych „ale”.

Tak czy inaczej, nowy Mini-i prezentuje się świetnie, to kompaktowy DAC/AMP, mogący pracować zarówno ze stałym poziomiem wzmocnienia, jak i jako pre-amp. Właśnie może być przedwzmacniaczem i od tej generacji producent idzie za ciosem proponując końcówkę mocy, dopasowaną wielkością, pracującą w klasie D, z możliwością wykorzystania w trybie stereo (RCA) lub mono (łączymy z Mini-i Pro 2 via XLR). Można stworzyć kompaktowy, kompletny system w oparciu o te produkty. Na razie rodzimy dystrybutor nie planuje wprowadzenie końcówki do sprzedaży, chętni muszą skorzystać z własnego importu.

To, na marginesie, nie koniec nowości zaprezentowanych ostatnio przez Matrix Audio. Nowy flagowiec (patrz test X-Sabre PRO), czytaj nowy X-Sabre Pro właśnie ma swoją premierę i… tu także wprowadzono zasadnicze zmiany. O tym co się zmieniło we flagowcu przeczytacie niebawem. Wyraźnie widać z powyższego, że producent postanowił wprowadzić zupełnie nowe konstrukcje, zastępując poprzedników czymś naprawdę nowym, a nie w niewielkim stopniu zmodernizowanymi „ale to już było” klamotami, jak to się często, gęsto dzieje. Sumując pierwsze wrażenia: apetyt bardzo zaostrzony, już po pierwszych odsłuchach, po pierwszym kontakcie. Wraz z naszymi redakcyjnymi nEar-ami (aktywne monitory studyjne) w opcji zbalansowanej, ten Mini-i Pro 2 tworzy audio system i to tak na bardzo serio. Mniam. W instrukcji wspominają, że źródłem USB dla nowego modelu może być bezproblemowo androidowy albo na iOSie handheld. Sprawdzę czy tak jest w istocie, podpinając Neksusa oraz iPada do klamota. Oczywiście komputery via USB zagrają za pośrednictwem Roona. Sprawdzę dokładnie zachowanie testowanego DACa z materiałem DSD (który grany jest w trybie DoP z każdego wejścia cyfrowego, pomijając rzecz jasna samo BT).

Zabieram się do testowania zatem…

Rozbudowana galeria z opisem poniżej:

» Czytaj dalej

Strefowo, do kina i do muzyki: Definitive Technology W Studio Micro & Adapt

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20160623_085053750_iOS

Projektory dźwiękowe, zwane potocznie soundbarami, kojarzą się nieodmiennie z kinem domowym. Wiadomo, wieszamy albo stawiamy na półce RTV, czasami dodatkowo łączymy z niskotonowcem w całość i mamy alternatywę dla klasycznego zestawu opartego na kolumnach. Przestrzeń robi nam elektronika, sub robi akcję, a wszystko to wyspecjalizowane na potrzeby kina względnie telewizji (bo telewizory generalnie oferują dźwięk poniżej krytyki). Tyle. W przypadku tytułowego produktu jest inaczej, zupełnie inaczej. To coś więcej niż soundbar, to streamer, to część większej całości, całego systemu nagłośnienia, który ma zapewnić dźwięk wszędzie tam, gdzie przyjdzie nam na to ochota.

To – wbrew pozorom – nadal rzadkość, nadal wyzwanie dla producentów audio, bo zintegrowanie wszystkiego w spójny system nagłośnieniowy, sterowany za pośrednictwem mobilnej aplikacji, z możliwościami grania różnych strumieni w poszczególnych pomieszczeniach, grania ich także w jakości hi-res (24/96, a teoretycznie nawet 192KHz) to domena paru wielkich producentów elektroniki użytkowej z Nipponu, a precyzyjnie w takiej monogości (bo też Definitive ofertę ma bogatą i stale ją rozszerza) praktycznie mamy tylko Yamahę (bogato zarówno w kontekście kina, jak i słuchania muzyki).

Definitive Technology (DT) wybrał rozwiązanie będące jednym z opracowanych na rynku standardów. DTS Play-Fi to coś, co daje nie tylko opisane powyżej możliwości, dodatkowo spina wszystko w stale aktualizowany, wspierany przez konsorcjum zrzeszające największych producentów z branży, standard obsługi strumieni z obsługą wszelkich dostępnych, internetowych źródeł (usług, serwisów). To wygoda, to przewidywalność (żadne tam czekanie miesiącami na upgrade, bez braków w obsłudze, z pełną ofertą internetowego streamu) i – co warto podkreślić – wybitnie stabilna praca, bez wpadek pt. nie widzi, nie łączy, przerywa, nie wykrywa. Według mnie to kluczowy element każdego takiego, zintegrowanego systemu strefowego. Multiroom musi być „stabilny jak skała”, bo inaczej staje się wywołującym irytację wśród domowników (którzy nie muszą mieć cierpliwości, jaką my – geekowie – się odznaczamy). To ma działać. Zawsze.

To nie jedyne cechy wyróżniające przetestowany przez nas sprzęt DT. Opisany system składał się z nie tylko z belki (z wbudowanym streamerem) oraz będącego częścią zestawu (co warto podkreślić) bezprzewodowego suba… w innym pomieszczeniu grał strumieniowiec W-Adapt, podłączony do integry D3020 z podstawkowymi Topazami. Mieliśmy zatem możliwość dokładnego sprawdzenia, jak to z tym multiroomem jest, jak (stabilnie) to działa, jakie korzyści przynosi taki zintegrowany system (opisana technologia DTS Play-Fi). W salonie belka z subem (który można było ustawić dowolnie, w miejscu odległym od telewizora, dzięki bezprzewodowemu połączeniu z projektorem) przede wszystkim wykorzystywana była na potrzeby kina, odtwarzając ścieżki z podpiętej PS3 (Blu-ray, DVD), testowanego równolegle strumieniowego odtwarzacza wideo Dune HD Solo oraz podłączonej do drugiego z optycznych wejść plazmy (gigantyczny progres w stosunku do rachitycznych głośniczków umiejscowionych w TV).

Przede wszystkim nie oznacza jednak, że tylko, bo strumieniowanie muzyki z handheldów za pomocą paru maźnięć na ekranie było równie bezproblemowe, jak korzystanie z naszego redakcyjnego bezprzewodowego głośnika (Zeppelin Air) z jabłkowym protokołem AirPlay (btw tego typu strumieniowania  DT nie obsługuje), czy podpiętej pod stacjonarnego DACa airportowej stacji (AP Express). Powiem więcej, było szybciej i dodatkowo z obsługą dźwięku 24 bitowego (czego AirPlay nie potrafi). No dobrze, to czas na trochę konkretów. Zapraszam…

» Czytaj dalej

O Meze Classics 99 opinia, o słuchawkach mobilnych z Rumunii

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Meze 99 full

Rynek słuchawkowy prężnie nam się rozwija, poza firmami od zawsze, specjalistami z branży (ale niekoniecznie słuchawkowej – dzisiaj w ofercie zwyczajnie muszą się one pojawić, muszą), mamy wysyp beniaminków, producentów zupełnie nieznanych, często nieznanych z bardzo prostego powodu. Bo młodych, bo dopiero startujących (tak, tak wszelkie croudfundingi, startupy itp sprawy), bez doświadczenia, bez zaplecza… wielu z nich pojawia się szybko i jeszcze szybciej znika, niektórzy to zwykli hochsztaplerzy, wiele w tym kitu i bujdy na resorach, ale są też tacy, którzy nie tylko zasługują na uwagę, ale wręcz od razu, z miejsca rzucają wyzwanie tym doświadczonym i utytułowanym.

HD-Opinie jest miejscem, gdzie chętnie opisujemy nowe, nieznane, albo po prostu nie popularne (nie przebijające się do mainstreamu) rzeczy. Już niebawem przeczytacie o sprzęcie Mass Fidelity, będzie też zupełnie nieznany pomysłodawca oryginalnie zaprojektowanych słuchawek, a w niniejszym artykule skupimy się na kimś, kto już jest rozpoznawalny, ma dobre opinie, ale nadal jest beniaminkiem, od niedawana funkcjonuje na rynku. Chodzi o rumuńskiego producenta Meze, firmę która zaskoczyła pozytywnie, wprowadzając (od razu atakując trudny, wymagający segment mobilnych nauszników klasy premium) tytułowe Meze Classics 99. Przenośne słuchawki do słuchania nie tylko na wynos, wykonane z wielką starannością, z odpowiednią dbałością o szczegóły, z wykorzystaniem naturalnych materiałów (żadne tam plastiki – stal, drewno, skóra… wróć, tu eko, czyli syntetyk jednak), do tego wycenionych poniżej poziomu, za jaki wołają zachodni konkurenci. Przy czym należy pamiętać, że to bardziej projekt plastyczny, przetworniki są chińskie, a Meze wcześniej zwyczajnie rebrandował produkty z Państwa Środka, względnie zamawiał coś i poddawał modyfikacjom, przyklejając następnie swoją naklejkę. Opisane 99 to coś znacznie ambitniejszego (no naklejenie nazwy firmy na coś nie swojego, trudno uznać za przejaw jakiejkolwiek ambicji) i można powiedzieć, że to pierwszy „ich” produkt. To tyle, gwoli ścisłości.

Na sieci możemy znaleźć sporo opinii na temat tych słuchawek. Czytałem większość z nich, postanowiłem skonfrontować to, co napisano o 99-kach z własnym osądem, opinią, jednocześnie sprawdzając, czy te nauszniki mogą sprostać wymogom grania w domowych pieleszach. Podpinanie pod lampowy wzmacniacz, granie z integry, podpięcie pod stacjonarną, tranzystorową amplifikację słuchawkową było ważną składową testu. Oczywiście nie zapomniałem o scenariuszu na wynos, który w przypadku takich, lekkich, zamkniętych konstrukcjach stanowi główne zastosowanie dla produktu, jakie przewidzieli twórcy, ale jw. chciałem sprawdzić czy można je potraktować jako w pełni uniwersalny model…Tak, zadam to pytanie: czy za cenę 1500 złotych można zamknąć temat poszukiwania słuchawek i skoncentrować się na czymś innym, niż wydawanie pieniędzy na kolejne nauszniki?

Przed właściwą lekturą testu zachęcam do przeczytania naszych pierwszych wrażeń, bo te… nie zdezaktualizowały się, a wręcz przeciwnie, opinia na temat nauszników jest tylko pogłębiona, ale w wymowie zbliżona do tej z końcówki sierpnia. Słuchałem grubo ponad miesiąc intensywnie (także te kilkaset godzin pewnie na liczniku stuknęło) i cóż… słuchawki potwierdziły swoje niemałe kompetencje w zakresie brzmieniowym, ponadto okazały się solidną konstrukcją, wytrzymującą intensywną eksploatację (sporo podróżowałem).

 

 

» Czytaj dalej

Bezprzewodowy DAC na serio: Audioengine D2

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
D2 tyt

Brak kabla u niektórych, niewiernych Tomaszów ;-) wywołuje daleko idącą niewiarę, wątpliwości odnośnie uzyskania jakości dźwięku zbliżonej (wróć – identycznej, takiej samej) co z fizycznego połączenia przewodem poszczególnych komponentów w torze audio. Ja to rozumiem doskonale, szczególnie że nie raz, nie dwa bezdrutowe rozwiązania okazywały się zawodne i nawet pomijając kwestie czysto jakościowe nie dawały, nie gwarantowały stabilności działania. Ile to razy spotykałem się z buforowaniem (czytaj pauzowaniem), całkowitym brakiem sygnału bez wznowienia odtwarzania, całkowitą klęską związaną z niemożnością połączenia z źródłem, serwerem etc. Witaj komputerowy świecie – chciało by się rzec i zaraz potem dodać – i wy(cenzura)j. Przesadzam? Jeżeli tak, to niewiele, bo przy gęstej zabudowie, w centrach miast, liczba komunikujących się ze sobą urządzeń idzie w setki, jeżeli nie tysiące, dziesiątki aktywnych sieci, cała infrastruktura, pęczniejąca a będzie jeszcze gorzej. Będzie, bo Internet Rzeczy, te wszystkie sprzęty AGD, te „inteligentne”  żarówki, te systemy automatyzacji wszystko, to musi być stale online. I już jest, albo zaraz będzie. Walczymy w audio ze zgubnym oddziaływaniem otoczenia na sygnał? Ano walczymy – prąd dobry musimy zapewnić prawda, najlepiej odseparowana linia, kable (no do czasu) trzeba odpowiednio umieścić, położyć, interferencji unikać, jakieś akcesoria zastosować żeby stabilnie… tak może wystarczy tej wyliczanki… Staramy się zapewnić optymalne, najlepsze możliwe warunki pracy sprzętu. Albo i nie, co może, choć nie musi prowadzić do zgubnych skutków (pamiętam pewną rozmowę z osobą, która miała to wszystko jw. w nosie, a jej system – bo to nie są rzeczy wykluczające się, z doświadczenia właśnie wiem – grał bardzo dobrze i moje „ale może będzie lepiej, jak?” zostało szybko zbite „a może jednak wcale nie?”).

Piszę o tym wszystkim dlatego, że bezprzewodowość w audio uważana jest często za coś gorszego, za kompromis i – co zresztą czasami jak najbardziej zasadnie – sprowadzana jest do roli pomocniczego medium. Te wszystkie stratne Bluetooth’y, te wcale nie bitperfektowe AirPlay’e, te liczne z ograniczeniami (vide obsługa hi-res, a raczej jej brak) inne protokoły transmisji, to wszystko budzi uzasadnioną nieufność i ekstremiści, puryści nigdy, przenigdy nie zgodzą się, żeby im te dźwięki w eterze fruwały, a nie – jak PB nakazał – w kablu żwawo sobie i bez przeszkód płynęły. Tak, było (i nawet jeszcze jest) radio, ale radio to radio, to właśnie nawet w epoce znakomitych, będących częścią poważnego systemu audio tunerów (tak było coś takiego), stanowiło – właśnie – pomocnicze źródło dźwięku, do poznawania a nawet interakcji w erze sprzed funkcjonowania globalnej sieci. To już jednak zamierzchła historia, no a dzisiaj? Dzisiaj coraz częściej a właściwie już niemal standardowo te bezprzewodowe moduły, te strumienie wchodzą nam bezpardonowo do audio systemów. I tego HiFi (co zrozumiałe, bo przecież to ma być sprzęt masowy, dla ludzi, a nie dla ekstremistów, purystów), jak i (o zgrozo) do high-endu też. Czy to źródła, czy samograje (zestawy głośnikowe), wszędzie się ten „bezdrut” wciska i wśród wspomnianych Tomaszów wywołuje coraz większą irytację. Bo jak to tak, bez kabelka, bez tego, co stanowi czasami wisienkę na torcie (za gruby szmal, ale mniejsza o szmal)… bez przewodu, tak mechanicznie wirtualnie właśnie, jajo o jajo ;-) …a to nieprzyzwoite, to nie do zaakceptowania, no to po prostu nie uchodzi.

Jak wiecie jestem otwarty na wszelkie nowości, także te najbardziej (wedle tego co powyżej napisane) niekoszerne. Były u nas bezprzewodowe głośniki, były bezprzewodowe interfejsy, były bezprzewodowe słuchawki, całe systemy były bez. Były*, są i będą i to coraz częściej, bo w tym kierunku to zmierza i oczywiście od samych producentów, inżynierów zależy, czy ta cała bezprzewodowość wyjdzie nam finalnie na zdrowie (no z tym to może być różnie, głównie mam na myśli pomysły z bezprzewodowym ładowaniem, chodzi o energię jaką będziemy wypromieniowywać, by te wszystkie gadżety nakarmić …brrrr). Moje doświadczenia nie są jednoznaczne, ale potencjał (wygoda, integracja, adaptacja) jest – co oczywiste – ogromny i tego nie da się powstrzymać, czy zastąpić czymś. Innymi słowy świat bez druta to świat niedalekiej przyszłości. Koniec, kropka, amen. Dlatego też, takie coś jak D2, o którym (wreszcie coś na temat) zaraz co nieco przeczytacie, ma nie tylko sens, ale przede wszystkim pokazuje że bez przewodu można i stabilnie w pełni i przewidywanie w pełni i bezproblemowo (typowe plug and play) i do tego – słyszycie mnie puryści – bez jakościowych kompromisów. To co wyjdzie, to wejdzie i następnie przetworzone zagra na dołączonym stereo, dokładnie tak, jakbyśmy źródło klasycznie kabelkiem jednym, drugim i trzecim nawet sobie podpięli i play wcisnęli.

Dlatego ten Audioengine to jak w tytule, na serio, a teraz czas na konkrety:

* vide AirDAC firmy NuForce, zapowiadany AirTry, szeroko u nas opisywany Chromecast Audio

» Czytaj dalej

Nowy M-Stage w testach! Matrix HPA-2C na tapecie

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20161110_131133367_iOS

Właśnie przyfrunął. Nowy M-Stage, pierwotnie jeden z najlepszych klonów Lehmanna  (niemieckie, wysokiej klasy, słuchawkowe ampy), teraz w nowej odsłonie z obsługującym (prawie) wszystko, co popadnie, dakiem USB. Zamiast kątów prostych, obłości, zmiany konstrukcyjne spore, funkcjonalność dokładnie taka, jaką ten sprzęt oferował poprzednio, czyli konkretnie: komputer, wzmacniaczo-dak, słuchawki i gramy. Jakiś czas temu zrecenzowaliśmy M-Stage’a HPA-3U oraz wcześniejszą generację i oba wzmacniacze bardzo przypadły nam do gustu. Wtedy jednak nie było możliwości sprawdzić jak sobie skrzynki radzą z większym arsenałem słuchawek. Tym razem będzie inaczej, to znaczy będzie szeroko – tytułowy dakoamp zagra w tandemie z LCD-3, HE-400, AKG 701, H650 oraz NAD HP50 (zmod., do odsłuchu stacjonarnego). Do tego dojdą naszunice mobilne, takie jak Momentum 1 i 2 generacji oraz – aby przekonać się, czy warto – IEMy.

Nowy HPA ma wygodną przeplotkę, można zatem śmiało integrować go w głównym torze z jakimś analogowo podpiętym źródłem. Oczywiście numerem jeden jest tutaj wejście USB, które oparto na najnowszym układzie programowalnym XMOS U (interfejs) oraz kości DAC od CirrusLogic-a CS4298. Mamy zatem wsparcie dla PCM 24/192 oraz obsługę DSD 64/128. To ostatnie obsługiwane zarówno w trybie DoP jak i natywnie w ASIO. Dodatkowo będzie można grać z bezpośrednio podpiętego pod cyfrowe wejście handhelda. Rzecz jasna nie omieszkam sprawdzić pod iOSem (z odtwarzaczem softwareowym Onko HF Player – będzie można zobaczyć dokładnie parametry transmisji oraz obsługę plików DSD). Jak wspominałem we wpisie parę miesięcy temu (kiedy C jak Classic wchodził na rynek), jest to tańszy model od HPA-3, co ciekawe z bardziej rozbudowaną funkcją grania DSD (układ Texas Instruments z trójki nie ma takich możliwości co Cirrus). Jest tańszy, a ten element stoi tutaj na wyższym poziomie. Rzecz jasna DSD sobie też odtworzymy, z przyjemnością sprawdzę jak wypadną własne rip-y winyli wykonane via AudioGate na Korgu 10R… poza tym sprawdzimy, tryb native AISO na PC.

W środku dobrze znane, wysokiej jakości komponenty. Mamy potencjometr oparty na ALPSie (27), kondki WIMA/Nichicon, mamy solidne trafo w typowej dla Matriksa, monolitycznej, błękitnej obudowie. Sprawdzę jak sobie radzi podpięty pod Makówkę, jak i pod laptopa z Windowsem, zobaczę jak dobrze sprawuje się w roli prostego przedwzmacniacza w stacjonarnym torze… podepnę redakcyjny odtwarzacz płyt kompaktowych. To, co najważniejsze, czytaj jakość dźwięku na słuchawkach skonfrontujemy z naszym M1HPA od Musical Fidelity. Zobaczymy też jak wbudowany DAC wypadnie w porównaniu z podłączonym analogowo HA-2 Oppo, opartym na kości ESS Sabre. Sprzęt kosztuje w Polsce 1350 złotych, a poza opisywanym urządzeniem, w ofercie jest jeszcze zbalansowana wersja HPA-3B, którą też spróbuję niebawem przetestować. Poniżej galeria przedstawiająca HPA-2C jeszcze przed podpięciem do czegokolwiek. Wzmacniacz teraz się wygrzewa, zacznę testowanie jutro wieczorem, wtedy też spodziewajcie się publikacji artykułu o bezprzewodowym DACu Audioengine D2 :)

» Czytaj dalej

O Audio Video Show 2016 słów parę…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
1

Tegoroczna edycja największej imprezy branżowej AV trwała trzy, nie dwa dni jak to wcześniej miało miejsce. Z punktu widzenia zwiedzających, szczególnie takich, którzy chcieli spokojnie usiąść i czegoś posłuchać taka zmiana niewątpliwie była korzystna. Można było bez tłumów (szczególnie w piątek, jak również w niedzielę – mnie udało się dotrzeć ostatniego dnia imprezy), bez stania w kolejce, bez gwaru, wręcz kameralnie posłuchać muzyki, a sami zwiedzający w większości taki właśnie cel główny sobie obrali… słuchać, nie gadać, a jeżeli już to „w kuluarach”. Patrząc przez pryzmat tego, co wcześniej (jeszcze przed Narodowym) stanowiło największą wadę Audio Show tj. ścisk, tłumy niemożebne, brak możliwości sensownego kontaktu ze sprzętem, a także z umęczonymi przedstawicielami producentów, dystrybucji etc. to tylko się cieszyć. Jest tylko jedno „ale” – widać było, dość wyraźnie, że impreza „siadła„, może nawet nie frekwencyjnie (w końcu zamiast dwóch, zrobiły się trzy dni i kto wie… odwiedzający, stali bywalcy, osoby zainteresowane, może było ich podobnie dużo jak w minionych edycjach, tyle że wszystko się rozłożyło właśnie…), ale to V (od video), Stadion (potencjał), fajerwerki i jakieś spektakularne atrakcje (przyciągające dodatkowych gości, rodziny z dziećmi, ludzi niekoniecznie mających kontakt z  audio HiFi, nie mówiąc już o high-endzie) nie wypaliły, nie stanowiły wystarczającego lepu dla (nowych) osób, dla tych, którzy do tej pory na AS się nie pojawiali. Oczywiście rozszerzenie formuły o wideo i ogólnie – nowe technologie takie jak VR, jak internet rzeczy / inteligentne domostwo (w którym to audio jest tego inteligentnego domu integralną częścią) mogłoby pomóc przyciągnąć ludzi, ludzi zainteresowanych tym, co pobudzająco działa na wyobraźnie, ale też stanowi tak naprawdę łącznik, bo przecież umowny salon to miejsce gdzie te wszystkie sprzęty coraz częściej koegzystują, stają się elementem jakiegoś większego ekosystemu. Może problemem jest brak wyrazistego przekazu, jakiejś przewodniej idei?

Nie dopisali wielcy, tj. korporacje, które dzięki wielkim budżetom, mogą więcej (niż inni). To właśnie zaproszenie w zeszłym roku Samsunga, Sony, Philipsa i wielu innych, miało być w zamyśle rozszerzeniem pomysłu na imprezę, przeniesieniem kameralnych, wyspecjalizowanych (ograniczonych tematycznie, bo na audio skoncentrowanych) targów na inny poziom, czegoś co ma przyciągnąć ludzi niekoniecznie na audio zorientowanych, które niejako przy okazji… No tak, ale żeby to się udało, Ci wielcy musieli by coś pokazać, coś spektakularnego, coś co odpowiednio „nakręci” i zachęci. Nie było VR (Sony? Samsung?), nie było inteligentnej chałupy (Philips? …i cała reszta), wielkich ekranów 4K niewiele, nie było praktycznie OLEDów (pamiętacie oledową sferę LG na IFA? To było coś!), nie było gamingu (poza jednym, jedynym stanowiskiem … cholera, przecież poza muzyką to właśnie sfera elektronicznej rozrywki, niebywale dochodowego biznesu, przyciąga producentów słuchawek, systemów nagłośnieniowych jak lep przyciąga), nie było wreszcie nowych patentów na dźwięk prawdziwie kinowy, bez konieczności zagracania pomieszczeń klasycznymi „paczkami” (kolumnami). Trzeba się na coś zdecydować – albo jest to impreza wyspecjalizowana, taka jaką było AS wcześniej, albo idziemy szerzej, ale wtedy trzeba się mocno postarać, by to szerzej nie było tylko wydmuszką, żeby wypełniło się treścią.

Ktoś tu zaraz złapie się za głowę i powie… Człowieku, ale my tu o audio chcieliśmy przede wszystkim czegoś dowiedzieć, przeczytać. Oczywiście zaraz będzie i o audio, ale właśnie ze względu na to czym miało(by) być nowe Audio Video Show i – jakby nie patrzeć – jak ważne dla przyszłych edycji jest to, co powyżej napisałem, tzn. znalezienie odpowiedniego patentu i …mówiąc wprost: uatrakcyjnienie imprezy, co można uzyskać tylko i wyłącznie, albo za sprawą zupełnie innej (ciekawszej) ekspozycji wielkich koncernów, albo/i przyciągając mniejszych, ale pionierskich (najnowszych technologii, ogólnie całej elektroniki użytkowej, elektronicznej rozrywki, wizji, rozwiązań z dziedziny inteligentnego domu) w danych dziedzinach producentów, pomysłodawców... Czy błędem byłoby zaproszenie takiego Google (Google Home – przecież aż się prosi, bo tu chodzi też o A i V vide CAST), takiego Microsoftu (np. Hololens – AR) czy Velve/HTC (VR, Steam, elektroniczna rozrywka), firm z doliny krzemowej? Mówi się o rewolucji w zakresie dostarczania treści (przecież sprzęt bez tego co najważniejsze, bez treści, jest bezużyteczny – oczywista, oczywistość) to dlaczego na AVS nie ma Netfliksa, dlaczego nie ma polskiego oddziału HBO, dlaczego nie pojawili się przedstawiciele Dezeera, Spotify-a czy Tidala? Dlaczego nie mówiło się o MQA (bo wielu, w tym także niżej podpisany, ma sporo pytań, wiele wątpliwości), o nowych pomysłach na dostarczanie zintegrowanych, właściwie to nawet ekosystemowych rozwiązań tj. Roon?

Stadion Narodowy, dzięki ogromnym możliwościom ekspozycyjnym, może „wszystko”. Audio to dla mnie, dla Czytelników najważniejsza rzecz, coś po co przychodzi się na A(V)S i dla nas to co powyżej jest mało, albo w ogóle nieistotne. Tyle, że to – właśnie – w kontekście całej imprezy ważne, kluczowe i dla przyszłego powiedzenia jednych z największych, branżowych targów najistotniejsze kwestie, a jak widać pozostaje otwartą sprawą, czy to nowe uda się z sukcesem wprowadzić, zakorzenić, czy też będzie z tym problem. Tegoroczna impreza wg. mnie nie tylko nie daje jednoznacznej odpowiedzi, ale rodzi poważne wątpliwości… dla nas, zorientowanych na sprzęt audio, mogłoby być tak, jak właśnie jest – w dużo lepszych warunkach, ze znacznie lepszą ekspozycją, z mniejszymi (znacznie) tłumami, z możliwością zapoznania się ze sprzętem często unikalnym, w takiej liczbie i różnorodności, na spokojnie (trzy dni to sporo czasu), bez pośpiechu. Ideał? W niedzielę, mogłem siedzieć w pustych salkach na drugim poziomie na Narodowym, w paru przypadkach rozkoszując się świetnym brzmieniem. Nie inaczej było w Sobieskim, co prawda tam nie da się obejść ograniczeń wiadomych (akustyka pokoików), ale były takie systemy (gdański PremiumSound wystawiał m.in. Helsinki), które zaprojektowano do grania nawet w szklanej kostce (przesadzam, ale tylko trochę ;-) i dały niezgorszy popis. Także dla nas było więcej niż korzystnie, bo jeszcze można było sobie porozmawiać ciekawie z ludźmi z branży, z których wielu wyglądało na hmmm… z lekka znudzonych i rozczarowanych pustymi krzesełkami, fotelami, sofami. Cóż, żałuję tylko, że zamiast trzech (choć w sobotę, podobno, było gęsto) był tylko jeden i to nie cały dzień – tyle tylko mogłem wykroić. Takie życie (taki brak czasu na cokolwiek ostatnio) ;-)

Poniżej fotorelacja, która ze względu na bardzo obszerny materiał foto i faktograficzny ;-) , będzie sukcesywnie uzupełniana. Na początek to, co zrobiło na mnie największe wrażenie (jw. dało się posłuchać, a z tym na AS, wiadomo, różnie bywało), takie moje najlepsze granie z imprezy z głośników, słuchawek, stacjonarnie i mobilnie (niestety nie wszystko udało się, co się chciało, z wyżej wymienionych powodów).

Także smacznego i do przyszłego roku!

PS. Brawa za mobilną aplikację od organizatora! Znakomicie przygotowana, świetna rzecz!

PPS. Będę aktualizował na bieżąco wpis o nowe zdjęcia, ciekawostki – przeprowadziliśmy kilka interesujących rozmów, podzielę się z Czytelnikami informacjami uzyskanymi z pierwszej ręki, tzn. od źródeł w branży ;-) Jutro m.in konkretnie o BeoLabach 90, o Roonie na Myteku (co gdzie kiedy za ile ;-) ), o Oppo wizyjnie i dźwiękowo (idzie nowe), o stratosferycznych nausznych Utopiach i przystępnej cenowo, wręcz taniej Oliwce (a to tylko, tak z brzegu).

PPPS. I ostatnia aktualizacja naszej relacji z imprezy

» Czytaj dalej

Recenzja aktywnych monitorków Audioengine A2+

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
A2+ active_tyt

Audioengine. Kto nie słyszał o produktach tej firmy? No właśnie. Komputer plus AE stanowiły przepustkę do świata dźwięku HiFi w konfiguracji biurkowo-komputerowej. Znakomite recenzję, ugruntowana (na zachodzie) opinia i brak polskiej dystrybucji. Do czasu. W końcu na naszym rynku pojawiają się audioengine’y i to od razu cały, obecny, katalog produktowy. W naszych zapowiedziach pojawiły się dwa najpopularniejsze, najbardziej rozpoznawalne produkty:

Rozpoczynamy od recenzji pierwszego z wymienionych. Te aktywne maluchy, które zapewniły firmie (oferta obejmuje parę wersji, dodatkowo jest to kolejne pokolenie tych monitorków) sławę i rozpoznawalność na globalnym rynku, to miniaturka rasowych kolumn podstawkowych, konstrukcyjnie bez kompromisów, takie HiFi bonsai. Ich superkompaktowe rozmiary pozwalają bezproblemowo ustawić je na dowolnym, nawet niezbyt dużym biurku, stoliku i to jest ich – że tak powiem – naturalne środowisko. Możliwości nagłośnieniowe, co prawda, pozwalają na zabawę w ustawienie mikrusów w niewielkim pokoju, przy czym taka opcja – choć możliwa – będzie raczej rzadko wykorzystywana… wielkość, gumowe podstawki, złącze USB (do grania, nie do ładowania czegoś tam) jednoznacznie wskazują miejsce oraz towarzystwo w jakim przyjdzie A2+ grać. Komputer po pierwsze, po drugie i po trzecie. A jak jest dock, czy po prostu kablem analogowym chcemy sobie jakieś dodatkowe źródełko podłączyć to proszę bardzo – można.

Sam na chwilę podpiąłem handhelda z Oppo HA-2, przez moment grał też Chromecast Audio (swoją drogą ten kawałek plastiku pokazuje jak wiele można dać tak niewiele chcąc w zamian) – nie ma problemu, ten zestaw w odróżnieniu od niektórych zestawów głośnikowych USB pozwala na integrację czegoś więcej niż tylko komputera, ale powiedzmy sobie szczerze… to komputer będzie tutaj głównym, najważniejszym źródłem dźwięku. Kolumienki warto ustawić na gumowych standach, naprawdę warto, bo w przeciwnym razie trudno będzie znaleźć odpowiednie miejsce względem głośników siedząc przy biurku. Tak, te maluchy są bardzo kierunkowe, bardzo mocno daje się odczuć różnice w zależności od tego, jak położona jest nasza głowa (uszy) względem kolumienek. Pochylenie bardzo tu pomaga, no chyba że ktoś siedzi na bardzo nisko ustawionym fotelu… tyle że to mocno niepraktyczne i niezdrowe, szczególnie gdy coś przy tym biurku poza słuchaniem robimy (to może być problematyczne ;-) tzn. angażują nas te maluchy bardzo, to nie jest granie w tle – no chyba, że sobie ściszymy maksymalnie to co gra ).

Lakierowane obudowy, znakomity montaż, wszystko jak spod igły. Wrażenia organoleptyczne są więcej niż satysfakcjonujące, od razu widać że producent stara się jasno wskazać użytkownikowi, że mimo desktopowego przeznaczenia, ma do czynienia z świetnie wykonanym audio produktem, bez żadnej taryfy ulgowej (bo głośniki komputerowe). To jak wspomniałem miniatura HiFi na biurku, coś co nie tylko zresztą wyglądem, ale także konstrukcyjnie nawiązuje do systemu, który gra nam w salonie. Aktywna konstrukcja, USB DAC to wymóg biurka i głównego źródła – komputera – reszta to przemyślane rozwiązania rodem z dużego HiFi, tyle że w miniaturze. Mamy zatem płaskie szczeliny BR z przodu, nie bez przyczyny zaprojektowane w ten sposób… w końcu na biurku bywa tłoczno, biurko zazwyczaj stoi przy ścianie, ustawiając biurko nie myślimy o akustyce a raczej o dobrym świetle, właściwym umiejscowieniu względem okna, dostępie do gniazdek oraz tzw. biuro-zaplecza. Także kolumienki muszą sobie radzić w okolicznościach dalece nie sprzyjających uzyskaniu dobrego jakościowo brzmienia (akustyka) i stąd taki wybór konstruktorów… niewielka powierzchnia frontu z dwoma przetwornikami oraz wspomnianym portem BR, przy czym dwudrożna konstrukcja zachowuje się (gdy – właśnie – dobrze kolumnę ustawimy względem uszu) jak dobry, ba, bardzo dobry, przetwornik szerokopasmowy. Zszycie zakresów jest wzorcowe, wzorcowe pod warunkiem pochylenia (standy) oraz skierowania obu kolumienek do środka (nawet mocniej niż by się nam wydawało, warto poeksperymentować!).

To takie uwagi natury praktycznej na wstępie, bardzo ważne uwagi, które stanowią ważną wskazówkę, aby przygoda z A2+ była w pełni satysfakcjonująca, udana. Rozpisałem się na wstępie, ale też niniejszy tekst będzie taką właśnie niezobowiązującą ;-) w formie opowieścią o tych małych grzmotach.

Zapraszam na ciąg dalszy poniżej…

» Czytaj dalej

Nowe Scansoniki… wstęga za 1800zł! Aktywne kolumny z BT aptX w redakcji!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
M5BTL_11

Wracamy do nadawania po dłuższej przerwie. Miały być i są! Powiem tak – w tej cenie nie dostaniecie niczego, co mogłoby prezentować poziom nowych, aktywnych Scansoników. Nowy model aktywnych kolumienek Scansonika M5BTL (Duńczycy, patrz nasz test Scansonic S5BT, które na marginesie zostały w redakcji) to potencjalnie prawdziwa petarda. Co powiecie na aktywne monitory ze wstęgowym tweeterem w cenie niecałych 2000 złotych?! A konkretnie 1830 złotych. Jakby tego było mało kolumny wyposażono w bezprzewodowy moduł z obsługą kodeka aptX (Bluetooth) oraz wejścia cyfrowe, koaksialne & optyczne, analogowe oraz nowego pilota do zdalnej obsługi (wygląda dużo lepiej, wykonany jest częściowo z metalu i działa dużo sprawniej od tego, który był w komplecie z S5BT – to jedna z pierwszych rzeczy jakie sprawdziłem po uruchomieniu zestawu). Podobnie jak w poprzednikach wielowarstwowa powłoka lakiernicza (zestawcie to z ceną), tym razem port BR przewidziano z przodu (świetne rozwiązanie, w gabinecie, gdzie stoją nie ma miejsca by ustawić w odpowiedniej odległości od ściany i poprzedni model nie jest idealnie umiejscowiony). BR dmuchający do przodu bardzo ułatwia ustawienie kolumienek (desktopowych z definicji, choć z powodzeniem ustawimy je w niewielkim salonie!), mamy także złącze USB do ładowania handheldów (ale nie do transmisji dźwięku) wreszcie port przewidziany do podłączenia aktywnego głośnika niskonowego (rozbudowa do konfiguracji 2.1). Innymi słowy mamy tutaj de facto pełny system nagłośnieniowy, który będzie nie tylko wyborem do niewielkiego pomieszczenia, tj. gabinet, gdzie kolumienki postawimy na jakimś blacie (scenariusz desktopowy), ale także taki zestaw świetnie się sprawdzi jw. w niewielkim salonie, szczególnie w opcji z opcjonalnym subwooferem (Scansonic ma w ofercie takie kolumny), tworząc kompletny system nagłośnieniowy zarówno na potrzeby audio jak i wideo. Możliwość podpięcia transportów cyfrowych (streamery, odtwarzacze fizycznych nośników), zew. DACów i źródeł analogowych oraz – w przypadku muzyki – wykorzystania serwisów streamingowych / dysków sieciowych z własnymi kolekcjami, w sytuacji gdy będziemy strumieniować dźwięk bezprzewodowo via BT (z kodekiem aptX, w jakości zbliżonej do bezstratnej transmisji audio o parametrach 16bit/44kHz tj. stand. płyty kompaktowej) może dla wielu oznaczać brak konieczności poszukiwania dodatkowych komponentów (wzmacniacze, rozbudowane okablowanie, systemy zasilania, źródła) i w konsekwencji budowę systemu tylko w oparciu o taki właśnie zestaw głośnikowy. Kolumny (patrz zdjęcia) prezentują się wyśmienicie. Osiem warstw lakieru na błysk, wszystko precyzyjnie spasowane, białe rękawiczki (palcują się niemiłosiernie podobnie jak S5) do ustawiania, zgrabne maskownice w komplecie… znakomicie!

To bardzo atrakcyjna opcja, szczególnie że mówimy o pięknych, znakomicie wykonanych kolumienkach. Nowe M5BTL to wg. mnie unikalne połączenie funkcjonalności, solidnej, znakomicie wykonanej (materiały, spasowanie, wygląd) konstrukcji z czymś, co znajdziemy właściwie tylko w high-endzie. Wstęga to coś zarezerwowanego dla topowych konstrukcji, bardzo drogich, a tutaj taki typ przetwornika trafia do zestawu za niecałe 2000 złotych. Pytanie, oczywiście, na ile dobry to przetwornik i nie omieszkam tego sprawdzić, ale coś czuję, że będziemy mieli do czynienia z produktem unikalnym, bo połączenie tych wszystkich możliwości w takim budżecie jest czymś niespotykanym. Powiem więcej – myślałem, że informacja o cenie dotyczy (co niektórych producentom nagminnie się trafia) jednej tylko kolumny, a cena za komplet to dwukrotność tego, co w informacji dla prasy stoi. Głośniki pokryte są lśniącym lakierem fortepianowym, oferowane w dwóch wersjach kolorystycznych: czarnej oraz białej. Ich wymiary wynoszą 151 x 265 x 151 mm (szer. x wys. x głęb.), waga pojedynczej kolumny to 5 i pół kg (waga kompletu 11 kg). Jak widać to niewielka konstrukcja, ale – jak to często w przypadku aktywnych kolumienek bywa – zdolna do wypełnienia dźwiękiem całkiem sporego pomieszczenia. Stąd też decyzja producenta o opracowaniu dedykowanych standów. Oczywiście kwestie wyglądu są subiektywne, ale popatrzcie na zdjęcia… ten komplet (stojaki z kolumnami) prezentuje się super rasowo. Według mnie, można taki zestaw, szczególnie z subem (mają w ofercie nowego M8 do kompletu, albo wcześniej oferowane M8/12, może też być niedawno słuchany, świetny REL 5) ustawić w dowolnym salonie – będzie prezentował się bardzo elegancko, a do tego, w przypadku strumieniowania i podpięcia wiszącego ekranu (via TOSLINK), możliwe, że w ogóle będzie można zrezygnować z klasycznej szafki RTV. Minimalizm jest obecnie w modzie, ale ogólnie rzecz biorąc, szlachetny minimalizm zawsze w modzie ;-)

Pierwsze odsłuchy i już wiem, że będzie to coś! Wyraźna poprawa selektywności na górze (wstęga), grają o klasę lepiej od S5, są brzmieniowo lepsze, a dodatkowo poprawiła się ergonomia obsługi (panel dotykowy zamontowany na górze przyda się w typowo biurkowym scenariuszu, ale kluczowy dla sterowania pilot tym razem obsługuje kolumny bez pudła). Podpiąłem kolumienki w miejsce S5 do klamotów w gabinecie… M5 gają z komputerami oraz handheldami (zdjęcia) via BT (z aptX na Makówkach), grają podpięte optykiem via Chromecast / WiFi (handheldy – warto, szczególnie w przypadku Apple, które olało lepszą jakość via BT, skorzystać z alternatywy google’owej), zamiennie z AirPlay (AirPort Express), wreszcie analogowo łącze z przetwornikiem Beresforda pracującym w tandemie z odtwarzaczem CDA Onkyo. Innymi słowy (niemal) pełen przekrój źródeł, sposobów transmisji, a w zanadrzu jeszcze salon i podpięcie z subem (2.1), sprawdzenie jak M5 nagłośnią 30 metrów kwadratowych w kinie (źródłem będzie PS3 w roli odtwarzacza SACD/Blu-ray) i w konfrontacji / porównaniu z naszymi redakcyjnymi nEarami 05 Classic II – aktywnym, studyjnym zestawem, który jest wg. mnie nie do pobicia w relacji koszt – efekt. Na razie jak wspomniałem grają w gabinecie i muszę przyznać, że to dźwięk porównywalny ze stojącymi obok Topazami monitor, podpiętymi pod wzmacniacz NADa D3020 oraz lampę (klon MiniWatt-a = APPJ PA0901A) na bańkach NOS Bimar/Phlilips/Telam). To tylko świadczy o klasie przetworników, zabudowanego wzmacniacza, elektroniki (DAC, moduł bezprzewodowy) zamontowanych w M5-kach. Słucham dwie doby, więcej napiszę we właściwej recenzji, dodam tylko, że połączenie strumieniowania (BT z aptX lub/i Chromecast/AP Express) to w połączeniu z tymi kolumnami KOMPLETNY SYSTEM. Gra to rasowo, na poziomie dobrego HiFi i to jest FAKT, tu nie ma się co sprzeczać. Wystarczy taki aktywny system nagłośnieniowy skojarzyć z komputerem / smartfonem / tabletem i albo bezpośrednio połączyć via BT, albo skorzystać z taniutkiego interfejsu WiFi (bezstratna kompresja, w przypadku produktu Google obsługa 24/96 dodatkowo i możliwy do uzyskania tryb bitperfect) uzupełniając opisywany zestaw o takie, bezprzewodowe, możliwości. I to, moi drodzy, robi zasadniczą różnicę, bo nie musimy rozbudowywać systemu w sposób – że tak powiem – klasyczny, a w oparciu o taki, aktywny zestaw głośnikowy z wew. DACzkiem mamy w praktyce wszystko, czego nam potrzeba do szczęścia.

Zalety, poza finansowymi, są także natury brzmieniowej… minimalizujemy wpływ okablowania, niwelujemy konieczność dopasowania poszczególnych elementów w rozbudowanym torze, nasze głośniki mają zintegrowane to, co je napędza i to co je dźwiękiem karmi (DAC), a jak chcemy więcej to w praktyce pozostaje podpiąć jednego klamota (sprawdzę jeszcze jak dobrze wypadnie z M5kami strumieniowiec – Squeezebox Touch z mod. EDO z konwerterem USB-coax hiFace Two M2Tech-a) i już. Niczego nie komplikujemy, to co najważniejsze (dla brzmienia) mamy już zintegrowane w kolumnach. Wystarczą standy lub jakiś ciężki drewniany mebel jako stabilna podstawa i z akcesoriów pozostanie ino dobra listwa (kabelek zasilający to 8-ka, ale jak już ktoś koniecznie musi, to może sobie skonwertować adapterem Furutecha albo Gigawatta na stand. IEC) i koniec tematu. To uproszczenie zazwyczaj z doświadczenia wychodzi dźwiękowi bardzo na zdrowie, to coś do czego wg. mnie powinniśmy dążyć, bo oczywiście można mnożyć byty (ciężka postać ekstremalnej audiofilii), wydać majątek na okablowanie, wprowadzając do systemu tyle zmiennych, że… no właśnie. Ten zestaw odznacza się takimi właściwościami brzmieniowymi, że może być potraktowany jako alternatywa dla klasyki: pasywne kolumny, wzmacniacz zintegrowany / pre z końcówką plus tradycyjne źródła & okablowanie i akcesoria. Może. Poprzednik świetnie sprawdza się w roli dodatkowego, pomocniczego zestawu do szybkiego odsłuchu, może znakomicie wpasować się do systemu audio na biurko z komputerem obok… Scansoniki M5BTL to nie tylko takie, opisane powyżej, okoliczności przyrody, bo ten nowy zestaw nie przyniesie ujmy właścicielowi będąc głównym i – właśnie! – jedynym rozwiązaniem do salonu, głównego pomieszczenia odsłuchowego. Zastosowanie wstęgowego tweetera, nowa konstrukcja całego układu (płaski BR z przodu), nowy wzmacniacz oraz całkowicie nowe strojenie obu przetworników dało w efekcie coś, co wywołuje po uruchomieniu odtwarzania uśmiech zadowolenia na twarzy słuchającego.

Jak wspomniałem, daniem głównym jest tutaj bez wątpienia tweeter. Tyle, że kolumna to nie tylko wstęga, to także cała reszta. Obudowę kolumn M5BLT wykonano z odpornej na rezonans płyty MDF. Krawędzie posiadają delikatne zaokrąglenia (jak w S5), zaś wszystkie elementy są ze sobą idealnie spasowane a całość pokryto ośmioma warstwami lakieru fortepianowego, dzięki czemu kolumny prezentują się niezwykle elegancko i stylowo.  Poza wspomnianym wysokotonowcem M5BLT wyposażono w 4,5-calowy głośnik średnio-niskotonowy z membraną z papieru powlekanego polipropylenem. Zastosowano spore magnesy, membrany mogą – mówię tu o doświadczeniach z użytkowania S5 – pozytywnie zaskoczyć możliwościami, których byśmy się po takich kompaktowych kolumnach zwyczajnie nie spodziewali. Tweeter wyposażono w membranę z warstw kaptonu i aluminium. Dwudrożną konstrukcję w obudowie opartej na systemie bassrefleks (jw. otwór z przodu) napędza wybudowany w lewą kolumnę wzmacniacz o mocy 2x50W. Zestaw jest już do kupienia w Polsce, a dystrybucją na terenie RP zajmuje się firma C4I.

Specyfikacja:
• Odpowiedź częstotliwościowa: 55 Hz – 30 kHz
• Impedancja: > 6 Ohm
• Zwrotnica: 3.5 kHz ( filtr drugiego rzędu)
• Wzmacniacz: 2×50 klasa A-B
• Wejście bezprzewodowe: Bluetooth z obsługiwanym kodekiem 2.4GHz aptX
• Wejście cyfrowe: Toslink
• Wejście cyfrowe koaksjalne
• Wejścia analogowe: 2 x RCA , 1x mini jack 3,5mm stereo
• Wyjście na subwoofer
• Złącze USB do ładowania urządzeń zewnętrznych, uczący się pilot o konstrukcji częściowo metalowej

Warto zwrócić uwagę na jeden istotny szczegół… w odróżnieniu od S5 w nowym modelu nie ma pokrętła wzmocnienia

Rozbudowana fotogaleria z opisem poniżej…

» Czytaj dalej

Konkurs, do wygrania doki Brainwavz Omega. Nasza krótka opinia nt. IEMów

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Omegax3

Mieliśmy parę konkursów w tym roku (były dwukrotnie Pylony do wygrania, były Chromecasty Audio), czas na kolejny. Tym razem nagrodę w konkursie stanowią dokanałówki Braniwavz Omega – najtańsze w ofercie IEMy, które wyróżnia solidna, metalowa obudowa, dołączone pianki Comply (bardzo wygodne, samodopasowujące się do anatomii, do tego świetnie trzymają w uszach słuchawkę) oraz obsługa TRRS (pilot z mikrofonem, obsługa zarówno pod iOS jak w Androidzie). Można zatem potraktować je, jako zamiennik dla słuchawek dołączanych do kompletu z telefonem. To, jak wspomniałem to najtańsze IEMy w ofercie producenta, kosztujące zaledwie 49 złotych. Czego zatem można spodziewać się po takich tanich dokach, zapytacie…

Doki po całości

To dokanałówki, które na pewno nie wystrzelą Was w stratosferę swoimi kompetencjami brzmieniowymi. Biorąc pod uwagę cenę i konfrontując ją z wykonaniem, akcesoriami, możliwościami (sprawdziłem na Neksusie i sterowanie głośnością zadziałało bezproblemowo, w przypadku Jabłek pełne MFI) to coś, co wybija się ponad przeciętność (dobre słowo), stanowi dobrą alternatywę dla wszystkich bardzo tanich i (właśnie) dołączanych do kompletu ze smartfonem słuchawek. Kabelek sam z siebie rzecz jasna niemiłosiernie się plącze, ale nie zapominano o takim, wygodnym dodatku jak klips (jest w komplecie), co pozwala uniknąć splątania i ułatwia codzienne użytkowanie. Dołączone gumki warto od razu zamienić na wspomniane pianki (pewniejsze dokowanie w uszach, większa wygoda – to bardzo komfortowa aplikacja, dźwięk), mikrofon niestety nie daje satysfakcji przy prowadzeniu konwersacji (jakość rozmów jest słaba), natomiast sterowanie odtwarzaniem całkiem wygodne i precyzyjne (wklęsłe przyciski + / – i wypustka na play/pauza), do tego kątowy audio jacek ułatwia wpięcie i utrudnia samowolne wypięcie wtyczki ze smartfona / tabletu. Kabelek ma typowe (dla mobilnych słuchawek) 1.2 metra, przy czym producent mówi że druty są miedziane (przewód „na igreku” jest baaardzo cienki, bardzo), a Jacek szczerozłoty ;-) Dynamiczne, 6 mm przetworniki oferują niezbyt selektywne brzmienie, z dość nisko osadzonym, wyraźnym basem (przewalony? Nie, tak bym tego nie nazwał, na granicy, ale bez natarczywego epatowania), raczej płaskie granie, dźwięk wyraźnie umiejscowiony w głowie. Czyli kiepsko? To zależy do czego porównujemy. Nie ma sensu zestawiać Omeg z redakcyjnymi Momentum in-Ear, bo to zupełnie inna klasa, ale w porównaniu ze słuchawkami wyciągniętymi z pudełka od telefonu (także EarPodsami, choć tutaj standardowe IEMy Apple, w kontekście brzmienia mogą konkurować z tytułowymi dokami) to rzecz warta uwagi, która w wielu wypadkach przyniesie poprawę brzmienia. W przypadku repertuaru gdzie może zasyczeć, zasyczy. Dla zwolenników rocka będzie to niezgorszy wybór, będą zadowoleni, to samo wyznawcy elektronicznego brzmienia. Sytuację, jak wspomniałem, poprawia (nie tylko w zakresie ergonomii) wymiana silikonowych wkładów na Comply. Korzystam z takowych pianek na wspomnianych Momentum i po ich przełożeniu zauważyłem, że dźwięk się poprawił (przy czym na senkowych silikonach był już bardzo dobry). W Omegach podobnie, poprawa. Ciekawe, czy ten progres skłonił producenta do dołączenia kompletu dodatkowych aplikacji do pudełka? Tak, czy inaczej po zmianie, dźwięk nabrał wyrazu, stał się bardziej angażujący, lepszy – nie ma tej wspomnianej szklistości, natarczywości. Słowem nie warto zawracać sobie głowy fabrycznymi wkładkami, najlepiej od razu zamontować wspomniane pianki. Szczerze polecam (w ogóle, szczerze polecam korzystać z Comply – jak macie jakieś niezłe IEMy to może się okazać, że są jeszcze bardziej niezłe, po aplikacji pianek). Patrząc zaś całościowo, za czterdzieści dziewięć złotych polskich taki produkt ma rację bytu i – obiektywnie – mało który producent zawraca sobie głowę takimi szczegółami odnośnie wykonania, wyposażenia, akcesoriów (jak Brainwavz) w tym budżecie.

Na bogato, w opcji niskobudżetowej

AKTUALIZACJA: Gratulujemy Michałowi oraz Piotrowi z Warszawy i Joasi z Gostynia

No dobrze, opinia była, a konkurs?

Konkurs będzie tym razem niezbyt skomplikowany, choć (tradycyjnie) wymagający znalezienia pewnych informacji, które publikowaliśmy na łamach. Aby wziąć udział w losowaniu trzech pudełek z Omegami w środku, wygrać jeden z boksów z IEMami, trzeba odpowiedzieć na dwa, złożone ;-) bardzo proste pytania:

1) Jaki produkt Brainwavz przetestowaliśmy na HDO i który z gatunków muzycznych nas nie zachwycił, słuchany na nim?

2) Parę dni przed publikacją recenzji Brainwavz pojawił się na łamach HDO podwójny test dwóch produktów „za tysiąc”. O jakie produkty chodzi i który otrzymał znaczek, a który znaczka nie otrzymał i dlaczego nie?

Czekają

Na odpowiedzi czekamy do końca miesiąca, odpowiedzi ślemy na nasz redakcyjny mail (antoni.wozniak_na_hd-opinie.pl). Losowanie w pierwszej połowie listopada (przed, albo po AVS ;-) ). A i jeszcze jedno: niewykluczone, że w tym roku jeszcze coś się uda zorganizować odnośnie konkursów, czekam na konkrety, może będzie coś ekstra @ ”*”

Fundatorem nagrody jest dystrybutor marki Brainwavz, firma Audiomagic.

Metalowe obudowy, zgrabny i funkcjonalny (no, gdyby nie najlepszy mikrofon…) pilot

 

iPhone 7 Jet Black: parę słów o audio w kontekście nowych iPhonów

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
apple logos

Apple widzi świat audio, definiuje go, przez pryzmat swoich produktów oraz usług. To zrozumiałe, ale jest w tym podejściu pewien haczyk… firma nie uwzględnia w swoich zamierzeniach, rachubach tego, co dla wielu słuchających na co dzień muzyki stanowi istotny element, element którego się nie pomija. Chodzi o jakość brzmienia, dążenie do uzyskania jak najlepszego dźwięku. Ktoś powie – nisza, ludzie słuchają z YouTube (to nadal najpopularniejszy serwis …muzyczny na świecie), ogólnie zmienia się sposób konsumowania muzyki na taki, który z założenia inaczej akcentuje co ważne, a co nie (mobilne słuchanie, playlisty pod określoną aktywność, czytaj ma grać coś tam w tle). Apple oferuje masowe produkty, patrzy przez pryzmat setek milionów konsumentów i cóż – firmie wyraźnie nie zależy, by ścigać się z konkurencją w zakresie jakościowym. Widać to wyraźnie, gdy popatrzymy na zmiany (czy raczej ich brak) w kramiku, w iTunes Store, w oprogramowaniu, w serwisie streamingowym Apple Music. Wszystko jest podporządkowane kwestiom integracji w ekosystemie, formie (nie treści), kolejnym (dla mnie – powiem szczerze – niezbyt zrozumiałym) zmianom interfejsów, sposobów komunikacji oraz prezentacji tego, co Apple oferuje w zakresie muzyki. Muzyka jest tutaj tylko towarem, nie stanowi wartości samej w sobie, ma po prostu dobrze sprzedać to, co dla Apple najistotniejsze z biznesowego punktu widzenia. Nie mam o to pretensji, rozumiem takie postępowanie, natomiast dla mnie osobiście to coś, z czym trudno się identyfikować. Mastered for iTunes wiosny nie czyni, Apple nadal chce sprzedać nam stratne pliki, czasami w cenie zbliżonej do fizycznego nośnika, dodatkowo nie oferując żadnych, dodatkowych (aż się prosi) benefitów. Ktoś, kto ma nieograniczone możliwości, ktoś kto może mieć każdego artystę w katalogu, mógłby… Zamknięcie Connect (usługi, będącej odpowiednikiem muzycznego tweetera, służącej do komunikacji twórców z fanami), brak jakichkolwiek zmian w zakresie oferty jakościowej, brak wprowadzenia nowych, atrakcyjnych form obcowania z muzyką (co można i jak wiele można w tym zakresie zrobić pokazuje Roon), skupienie się na kwestiach dopasowania audio by Apple do zmian w hardware, software i dalej w ekosystemie są mocno symptomatyczne. Dlatego nie dziwi mnie to, że nowe produkty oferują to, co oferują w zakresie „obsługiwania muzyki”.

Popatrzmy zatem: Apple TV czwartej generacji bez cyfrowego wyjścia audio, nowe iPhone pozbawione audio jacka z… (o tym poniżej), nowe AirPodsy będące bezdrutowymi EarPodsami w praktyce, mające de facto być przede wszystkim interfejsem dla Siri, gdzie dźwięk wcale nie jest w centrum uwagi, prawdopodobne usunięcie złącz dedykowanych audio w innych produktach (komputery, tablety, firmowe routery) to wszystko dowodzi, że coś, co „było w sercu” Apple – audio – firmy, która zmieniła całą branżę wraz z iPodem (który to też niebawem straci rację bytu, bo po pierwsze Apple Music, po po drugie kluczowy dla firmy, własny smartwatch i wreszcie po trzecie stała erozja sprzedaży) i iTunes, teraz stanowi niekoniecznie kluczowy, niekoniecznie bardzo istotny element oferty. Być może nowy inteligentny głośnik Apple podobny do amazonowego Echo, czy ostatnio pokazanego produktu Google będzie przypieczętowaniem tego, co napisałem powyżej. Interfejs dla własnych usług, sklepów, integracja z domem, połączenie AI z komendami głosowymi (Siri) plus jakieś dźwięki w tle (tak, o muzyce wspominam właśnie, jako o czymś w tle) to będzie swoiste podsumowanie nowego etapu i zaszeregowanie audio do jednej z licznych, niekoniecznie najistotniejszych funkcji/usług. Głośnik? Ano głośnik, ale nie (przede wszystkim) głośnik audio, a głośnik interfejs właśnie. Nowe Beatsy, już bez kabli, wpisują się w ten trend – w końcu Apple nie wprowadziło i zdaje się nie ma zamiaru wprowadzić lepszego jakościowo brzmienia via Bluetooth, korzystając nadal z kodeka AAC (dodatkowo, przy zachowawczych parametrach transmisji), podczas gdy na rynku mamy nie tylko dużo bardziej zaawansowany aptX, ale (od kilkunastu tygodni) także jego wariant „hi-res” tj. aptX HD. I – żeby nie było wątpliwości – mówimy o softwarze, o kodeku, o czymś co można w każdej chwili (albo nie – jak widać) zaimplementować do swoich produktów (w OS). Wspominałem niedawno o wymuszeniu działania wspomnianego kodeka via BT Explorer  (nadal oferującego stratną jakość, ale nie dość, że parametrami transmisji vide bitrate zbliżonym do bezstratnego transferu, to dodatkowo redukującego piętę achillesową sinozębnego interfejsu tzn. opóźnienia) na macOSie. To jest właśnie to, o czym napisałem przed chwilą. Apple nie jest zainteresowane lepszym jakościowo audio, bo nawet w swoich komputerach nie daje w sposób łatwy zmienić jakości via BT (trzeba do tego dodatkowego narzędzia i trzeba rzecz na sztywno wymusić w systemie), jednocześnie jednoznacznie optując za światem bez kabli. Pozostaje podstawowy profil SBC, który oferuje najgorsze parametry, bardzo poważnie wpływa na to, co dotrze do naszych uszu. Apple świadomie według mnie niczego tu nie zmienia. W iTunes nadal jest AAC (z maksymalnym bitrate na poziomie 256kbps), w komputerach jw. nadal korzystamy z podstawowego trybu transmisji dźwięku, iOSa nie wyposażono w alternatywny kodek, gwarantujący lepszą jakość. Więcej… AirPlay nie jest bitperfect (i nie będzie, bo i po co miałby być?), własne produkty nie są i raczej nie będą wychodzić poza ten schemat (MQA? Według mnie bez szans, ALAC w iTunes – po co? Własne bezstratne strumienie… cóż, nie ma o czym mówić), a takie iTunes przekształca się z software katalogującego zbiory z płyt (fizycznego nośnika, gdzie mamy bezstratny zapis) w miejsce integrujące stratne strumienie (Apple Music, iTunes Match), właściwie w obecnej formie to oprogramowanie uniemożliwia budowę swojej (opartej na własnych zbiorach, w tym na zgranych do plików płytach) kolekcji. Ma być to, co oferuje samo Apple. Nawigacja, porządkowanie zbiorów, wyszukiwanie – kiedyś to działało, a dzisiaj… ekhmm.

No dobrze, a teraz konkretnie, bo biadolę, biadolę, a o nowym iPhone miało być i o tym, co nam przynosi usunięcie audio jacka. Po pierwsze dołączone do iPhone akcesoria „do słuchania” są właśnie dla osób, które nie zwracają specjalnie uwagi na aspekt jakościowy. To ma grać, a jak to już nie robi jakiejś zasadniczej różnicy. Przejściówka ma negatywny wpływ na brzmienie, gdy podepniemy coś lepszego od – umownie – EarPodsów (tych na jacku, a nie dołączonych z Lightningiem na końcu). Cudów nie ma. Elektronika jaką zastosowano w adapterze to nie jest coś, czym można by się – mówiąc delikatni – chwalić. Do tego dochodzi kwestia wzmocnienia sygnału. Cudów nie ma. Ten element należy traktować awaryjnie, w takim sensie, że jak już jakieś przewodowe słuchawki na jacku będziemy chcieli pożenić z nowym iPhonem to proszę – możemy, ale zaraz przyjdzie nam ochota na wspomniany na naszym profilu, zewnętrzny przetwornik/wzmacniacz. Nie ma też sensu podpinać słuchawek trudniejszych do wysterowania, co – przy oczywistych ograniczeniach wynikających z ograniczeń tego, co montowano wcześniej na płycie głównej smartfona – można było uskuteczniać w przypadku wcześniejszych modeli iPhonów. Podpinałem HiFiMANy, podpinałem Audeze, niemobilne AKG czy Senki i można było z iPhone grać, w przypadku rzeczonej przejściówki nie jest to sensowne rozwiązanie, ten adapter jw. to awaryjna opcja i to pod łatwe do wysterowania, mobilne słuchawki.

Ktoś to (adapter) w Niemczech już nawet pomierzył. Buchse = audio jacek. Jak widać, wypada gorzej od dziurki w iPhone 6s / iPadzie Air 2 (tu całość)

To co zrobić bez tego jacka, zapytacie? Apple mówi – czas na Bluetooth, pozbądź się kabli, przecież to wygodne, nowoczesne, świat bez drutów. Tak, zgadza się, to wygodne i oczywiście wielu użytkowników chętnie wybierze ten rodzaj transmisji kompletnie nie zawracając sobie głowy powyższą przejściówką (no może nie do końca, bo jak bateria w słuchawkach padnie, to – właśnie – awaryjnie, pozostanie podpiąć nauszniki do adaptera), bo kabel pójdzie w odstawkę, natomiast w przypadku bezdrutowych IEMów w ogóle tematu (po kablu) nie ma o czym mówić, bo nowe coraz częściej nie będą miały nawet złącza (indukcyjne ładowanie via power bank w etui). Tyle, że musimy w takim scenariuszu pogodzić się z podwójnym kompromisem. Po pierwsze nie będzie bezstratnej transmisji, po drugie nie będzie lepszego jakościowo kodeka – innymi słowy decydujemy się na brzmieniowe kompromisy. O ile będziemy korzystać ze Spotify, Apple Music czy innego, oferującego stratny strumień, serwisu, to taki kompromis de facto nam nie zaszkodzi. Sytuacja zmieni się, gdy zagramy z Tidala (redbook 16/44 bezstratnie, za moment MQA tj. 24/44), z Qobuza (niebawem w Polsce), czy takich (polecam!) rzeczy jak Loop (własna chmura audio bez ograniczeń miejsca z materiałem o dowolnych parametrach jakościowych). Tutaj przyda się coś innego niż wspomniany adapter, niż transfer via BT z iPhone. Przydałby się (bezdrutowo) lepszy kodek, no ale…

Niestety, takie połączenie nie jest możliwe, a szkoda (bo takie daje najlepszą jakość brzmienia, o czym pisałem w recenzji Momentum Wireless)

Nagle okazuje się, że uzyskanie dobrej jakości dźwięku z nowego modelu nie jest wcale taką oczywistą i trywialną sprawą. Nie, nie wystarczy podłączyć tego, co mamy. Co więcej, czasami nie podłączymy (także) tego, co teoretycznie powinno współpracować ze sobą – mam tu na myśli konfigurację słuchawki BT (zdolne do transferu audio via kabel cyfrowy) połączone za pośrednictwem przejściówki camera kit z iPhonem 7. To – niestety – nie zadziała. Wszystkie, dotychczasowe słuchawki bezdrutowe, zdolne do transmisji via USB, ze względu na zasilanie (zbyt duży pobór) nie będą mogły współpracować z urządzeniami na iOSie. Komunikat o błędzie (patrz obrazek) oznacza, że takie połączenie (kablem cyfrowym) owszem będzie możliwe, ale tylko w wypadku nowych produktów wyposażonych w kabel Lightning. W przypadku dołączonych EarPodsów mówimy po prostu o zmianie typu złącza, bo to nadal te same, podstawowe dokanałówki, które dla wielu są wystarczającym wyborem, a dla wymienionych w pierwszym akapicie stanowią zbędny element wyposażenia, co najwyżej – znowu – awaryjną opcję. Mogę tylko wspomnieć o jednej istotnej kwestii. Tu, bardziej, jest co się zepsuć, bo mamy po pierwsze elektronikę odpowiedzialną za konwersję C/A w gniazdku (dokładnie tak, jak w adapterze), po drugie to nie bardzo wytrzymały audio jack (myślę o samej wtyczce), a inny, bardziej podatny na uszkodzenia typ złącza. To jednak aspekt użytkowo-praktyczny, a nie jakościowy – ten drugi, jak napisałem, tutaj nie stanowi, choć warto wspomnieć, że za dźwięk nie odpowiada telefon (będący cyfrowym transportem w tym wypadku), a same IEMy. O tym, czym jest, a czym nie jest to, co Apple wkłada do pudełka, napisałem przy okazji adaptera.

 

I tu, rozpoczyna się (dla fana dobrego jakościowo brzmienia) przygoda z czymś, co nam ten dźwięk w surowej, cyfrowej, zero-jedynkowej formie przekształci w postać analogową, strawną dla wysokiej klasy przetworników wbudowanych w muszle (tudzież, zamontowanych w niewielkich obudowach IEMów – bo z drutem, ale lightningowym, też się już takowe pojawiły na rynku, poza wkładanymi do pudełka z telefonem EarPodsami). No właśnie, poza mobilnymi przetwornikami/ampami, których na rynku sporo, o których nie raz, nie dwa pisaliśmy na łamach, które testowaliśmy, pojawia się zupełnie nowa kategoria: słuchawki z cyfrowym kablem, który to kabel wyposażono w zminiaturyzowaną postać tego, co powyżej – wbudowany w pilota DAC wraz ze wzmacniaczem. Takim produktem, który notabene za moment powinien do nas trafić, są Adeze Sine z przewodem Cipher. To mobilne nauszniki, ale za moment pojawią się do niedawna flagowe LCD-3, przepraszam iLCD-3, wyposażone w takie okablowanie. Kabel ma być zresztą oferowany samopas i o ile będzie dysponował standardowymi typami przyłączeń (a nie unikalnymi dla produktów danego producenta), każdy będzie mógł sobie skonwertować swoje nauszniki do postaci kompatybilnej z nową elektroniką (w tym przypadku Jabłka, ale rzecz dotyczy całej branży vide USB-C i najnowsze smartfony wyposażane wyłącznie w to złącze). Czy tak daleko posunięta miniaturyzacja nie będzie miała negatywnego wpływu na brzmienie? Trzeba będzie to zbadać, w przypadku Oppo HA-2, z którym testowałem nowego iPhone wyraźnie widać, że (co nie jest żadnym odkryciem, bo dotyczy to tego segmentu i stanowi sens egzystencji takich akcesoriów) użycie takiego zewnętrznego DAC/AMPa jest  warunkiem uzyskania dobrego jakościowo brzmienia. Nie ogranicza nas jakaś kosteczka za centa, nie ma żadnych problemów z dostarczeniem odpowiedniej energii dowolnym, w tym także stacjonarnym, słuchawkom. Rzecz jasna w takiej sytuacji mamy optymalny, mobilny system słuchawkowy, bo z zewnętrznym źródłem energii (bateryjny DAC/AMP), z takimi – dodatkowymi – bajerami jak opcja tankowania źródła (iPhone), z wyprowadzeniem dźwięku na duże stereo (przy ewentualnym, jednoczesnym ładowaniu telefonu), podpięciem wspomnianych, stacjonarnych słuchawek tj. dopasowaniem poziomu gain pod konkretny model, wreszcie podbiciem niskich tonów (gdyby komuś przyszła na to ochota). Współpraca w tym wypadku przebiegała bez niespodzianek, od razu Oppo było identyfikowane przez iPhone (tu nie trzeba camera kit, bo DAC jest identyfikowany z pośrednictwem bezpośrednio wpinanego, standardowego kabla Lightning do telefonu). Tak, po podpięciu, zagrało i iPhone przekształcił się w wysokiej jakości źródło dźwięku. Tyle, że aby tak się stało musicie rozważyć zakup jakiegoś DAC/AMPa (może być też taki bez baterii, ale wtedy bezwzględnie trzeba sprawdzić, czy ma certyfikat MFI, czy jest zdolny do pracy podpięty bezpośrednio pod urządzenie na iOSie), względnie nowych nauszników lightningowych, a jeżeli już dobre nauszniki mamy, to jakiegoś (pewnie będzie tego na kopy) cyfrowego kabelka z przetwornikiem wbudowanym w pilota. A to, nie będą grosze, patrząc na ceny tych nowości…

No, teraz to jest dźwięk…

Konsekwencją wyrugowania jacka, oparcia transmisji dźwięku na transferze cyfrowym (przewodowym bądź bezprzewodowym) będzie konieczność zakupu dodatkowych akcesoriów, względnie zakupu nowych słuchawek. To koszty. Zyski? Cóż, potencjalnie może to przynieść poprawę brzmienia (przy czym mówimy raczej o cyfrowym kablu, lub takich urządzeniach jak HA-2) – wyprowadzamy dźwięk z niedoskonałego z definicji źródła jakim jest handheld / komputer, odseparowywujemy konwersję, wzmocnienie sygnału od przeładowanego układami, czujnikami, modułami łączności wnętrza – teraz już – tylko cyfrowego transportu. Oczywistym zyskiem odnośnie spraw użytkowych, związanych z ergonomią, jest pozbycie się coraz częściej kabla, z tym że wiążą się z tym pozbyciem nowe wyzwania i zysk w interesującym nas – jakościowym – zakresie jest …mocno dyskusyjny. Można uzyskać dobre rezultaty, ale wymaga to po pierwsze stabilnej, pewnej transmisji (a w przypadku BT, zresztą także WiFi, bywa z tym bardzo różnie),  po drugie zastosowania technologii podnoszących dopuszczalne parametry jakości transferu sygnału audio (wspomniane aptX, a także coś lepszego od AirPlay’a – są takie rozwiązania: sieci mesh (Sonos), SKAA (AirDAC NuForce), czy Play-Fi (DTS, parametry 24/96 bezstratnie etc.), po trzecie zmian w podejściu oferentów (usługodawcy streamingowi) do kwestii jakości oferowanej u nich muzyki. To także zupełnie nowe możliwości (w zakresie EQ, a także wprowadzenia nowych, zaawansowanych trybów DSP, skuteczniejszych systemów ANC) i tutaj na pewno dokona się niemała rewolucja. W końcu nie bez przyczyny Apple oraz inni producenci wprowadzają w swoich słuchawkach wielofunkcyjne procesory, dodatkowe czujniki, czułe mikrofony. To wszystko ma czemuś bardzo konkretnemu służyć. Czy to coś, to dźwięk (w kontekście jakości)?

A to, moi drodzy, pozostaje otwartą kwestią. Według mnie – niekoniecznie, albo nie przede wszystkim.