LogowanieZarejestruj się
News

Mass Fidelity Relay – czy to już? Bluetooth w HiFi, HiFi… Bluetooth? Testujemy!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Relay_1

Czekam na czarną, magiczną skrzyneczkę samogrającą Mass Fidelity (patrz nasz wpis o Core tutaj), wczoraj trafiła do mnie inna skrzyneczka – nie czarna a srebrna. Audiofilski odbiornik Sinozębny? Serio? A ki czort? Nie czekając podpiąłem i hmm…. tak ten interfejs nie brzmiał dotąd. No może ostatnio zmieniło się co nieco, bo najnowsze produkty wspieracjące aptX, nowe aptX HD to spory progres w temacie (sporo na ten temat na łamach HDO), ale… tak od razu HiFi, jakieś tam z zachwytu cmokanie, odnotowane zero różnicy w stosunku do takich np. AirPlay’ów? Kto by? No właśnie. MassFidelity to beniaminek, ale wyraźnie czują bluesa, wiedzą czym są strumienie bez „ale”, czują doskonale. Stawiamy skrzyneczkę, żadne tam parowanie z trybem mrugającej diody, nic z tych rzeczy, tylko prosto do celu – wybieram w ustawieniach źródła rzeczonego Relay’a i już. Zawsze gotowy do współpracy, wspierający najnowszą wersję kodeka aptX, działający bez opóźnień, także tych cholernie irytujących znanych z AirPlay’a (wciskam play i sobie czekam, czekam… beznadziejne to), opóźnień czasowych związanych z samym graniem (tu postęp jaki się dokonał w przypadku BT jest gigantyczny). To raz. Dwa to forma, wyposażenie i ambicje. Forma nie byle jaka, bo skrzynka po całości alu, a nie jakiś plastik fantastik, wyposażenie też konkret, bo niby „tylko” dwa dobrej jakości gniazda RCA, a tu niespodzianka – instrukcja informuje, że owszem, ale jeszcze dodatkowo konwertowane @ SPDIF elektryczne (dobry DAC z takim uzupełniającym wyposażenie usieciowieniem? No czemu nie?), a całość (te ambicje) to równorzędny partner w naszym wypieszczonym audio torze (salon i to co najlepsze fabryka dała, a portfel ledwo zniósł). Tak to na pierwszy rzut oka wygląda. Zacnie wygląda ten Mass Fidelity Relay. Zacnie.

Podpinam, tap, tap, muzyka leci…

Jak już podpiąłem to słuchać zacząłem. Zero kompresji, żadnego wysuszenia, wyposzczenia pasma, żadnego ujednolicania z kastracją szczegółów… nie, nic z tego, a wręcz przeciwnie. Co prawda mam pewne zastrzeżenie związane z dość naturalistycznie-neutralnie serwowanym dźwiękiem, gra to jak dla mnie trochę napastliwie, ale cholera – gra jak rasowe źródło sygnału HiFi właśnie. Tu nie ma taryfy ulgowej tj. no tak, bo to , wiecie, ten Bluetooth jest… nie, to gra właśnie jak pełnoprawny element toru, przyjemnie bezproblemowy i przyjemnie „pacnij raz i graj mi tu”, a przy tym stabilne to (no nie do końca, na makówie dzisiaj wyszedł problem, poniżej, w rozwinięciu, szczegóły) i – jak już chwaliłem – szybciutko, bez opóźnień. Interfejs od razu reagujący na to, co robimy.

Gramy z MacBooka z BT Explorerem, niestety iOSowe handheldy (jak wiadomo) poza AAC 256 niczego więcej nie potrafią, także nasz Nexus aptX-ów oficjalnie nie wspiera (muszę nieoficjalne ROMy poszukać, może trafię na coś ciekawego?), a i jeszcze na dokładkę będziemy strumieniować takoż z PieCa. Zestawiając iPada (bez kodeka) z MacBookiem (z kodekiem aptX) dźwięk łagodnieje, choć nie tak, żeby tego, co powyżej, nie było nadal słychać. Dam czas skrzyneczce, niech sobie podziała, sygnał tylko trzeba będzie z desktopa w pętli puścić (taki ficzer energooszczędny dają, że po 30 minutach samoczynnie się wyłącza, jak nie gra, chyba że wyłączymy wyłączanie ;-) ). Zobaczymy, czy raczej posłuchamy co się z brzmieniem dzieje, co się zmieniło, za dni parę. Fajnie, że takie produkty jak Relay pojawiają się na rynku, oferując alternatywę dla innych rozwiązań (na razie w kategorii koszt-efekt nadal króluje niepodzielnie – wg. mojej skromnej opinii – Chromecast Audio), a BT wyraźnie ma ochotę zdobyć salony i ma wszelkie predyspozycje, by także w HiFi właśnie być obecne i stanowić jeden ze sposobów na granie z pliku. Patrząc na to z praktycznej strony, takie coś, nie wymagające logowania się do zamkniętej, zabezpieczonej sieci, z maksymalnie uproszczoną obsługą to oczywisty wybór dla wszystkich zainteresowanych prosto i do celu. Dysponując takim interfejsem BT można dla wygody zrezygnować z kabla, za cyfrowy transport mieć cokolwiek z handeldów (oczywiście najlepiej z obsługą kodeka aptX), lub komputer. Tyle.

Bezprzewodowe strumienie w salonie, w głównym systemie w takiej formie?

No dobrze, przesłuchamy tego malucha podpiętego bezpośrednio do wzmacniacza, jak i cyfrowo – do naszego redakcyjnego DACa NFB-2 mod firmy Audio-gd. Zobaczymy czy i jaki progres przynosi powierzenie konwersji C/A zewnętrznemu przetwornikowi. Przy okazji sprawdzę co można zepsuć ;-) majstrując w zaawansowanym konfiguratorze BT na Maku, porównam strumienie z wymuszonym kodowaniem aptX ze standardowym dla Jabłca, stosowanym w całym ekosystemie, AAC. Zrobimy test zasięgu (trzy ściany, w tym moja klatka Faradaya tzn. łazienka)… tak to wszystko zrobimy, ale oczywiście przede wszystkim posłuchamy sobie tego wynalazku i zawyrokujemy, odpowiadając wprost na postawione w tytule pytanie. HiFi?

 Skrzyneczka

Poniżej parę dodatkowych fotek. Specyfikację wraz z opisem producenta zamieściliśmy przed rokiem pod tym linkiem.

AKTUALIZACJA: „Gra i buczy”, to znaczy z MacBookiem zagrało bez żadnych problemów, w 100% stabilnie, także przy strumieniu 24 bitowym (patrz obrazki poniżej). Także wygląda na to, że kiepskie działanie z desktopem spowodowane było interferencjami, ewentualnie dodatkowo ścianą oddzielającą pomieszczenia w których było źródło i interfejs.

Warto jeszcze nadmienić, że brzmienie jest wysokiej próby, absolutnie w ślepym teście nie powiedziałbym, że gra strumień sinozębny, a nie z kabla USB DAC, czy jakiś streaming bezstratny WiFi. No, no…

 

» Czytaj dalej

Testujemy nowego Matriksa Mini-i Pro 2! Krótko: Wow!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20161201_094713980_iOS

Przyjechał i od razu podpięliśmy klamota. Nowy Mini-i jest naprawdę nowy. Zmienili w nim niemal WSZYSTKO w stosunku do przetestowanych u nas modeli (patrz: pierwsza generacja, model bez pro i z pro drugiej generacjiwreszcie wersję AD 2015). To nie tylko zupełnie nowa obudowa, ale przede wszystkim znaczące rozszerzenie możliwości o bezprzewodowy link Bluetooth z obsługą kodeka aptX. Właśnie gram bardzo dobry jakościowo materiał (studio mastery, param. 24/96) z MacBooka z wymuszoną obsługą aptX-a (patrz nasz opis Bluetooth Explorer) i powiem tak… o cholera jasna, jak to dobrze, baaaardzo dobrze brzmi. Nie odczuwam tego, co zazwyczaj towarzyszy transmisji tego typu – dźwięk bywa wyprany, płaski, bez „planktonu”, często z cyfrowym nalotem, którego tak nie znosimy. Tutaj w ogóle nie ma o tym mowy. Rewelacja!

To chyba najlepsze granie via BT jakie do tej pory miałem okazję posłuchać. Ten link staje się wg. mnie pełnoprawnym (mimo nadal stratnej kompresji, choć parametry takiego streamingu są zbliżone do strumieniowania bezstratnego, co więcej od paru miesięcy mamy na rynku wariant aptX-a z magicznymi literkami HD… nadal stratny, żeby nie było niedomówień ;-) ) źródłem, na równi z pozostałymi interfejsami. Oczywiście USB daje nam największe możliwości, jest najlepszym jakościowo wyborem i nie ma tutaj nad czym deliberować, ale pojawienie się takiego, bezprzewodowego rozwiązania, bardzo cieszy. W końcu można słuchać muzyki na wysokim poziomie korzystając z sinozębnego! To gdzie kryje się sekret? W module, w całym torze nowego Matriksa się kryje oraz w parametrach transmisji (znacząca redukcja opóźnień >20ms, przy wcześniejszych 50-100ms… to jeden, z moim zdaniem, krytycznych parametrów mający wpływ na jakość brzmienia, dużo wyższy bitrate, dodatkowo stabilniejsza praca interfejsu). W galerii poniżej zrzuty z opisem, dobrze widać jak to pięknie śmiga. Jednym słowem:

Wow!

No dobrze, to po co bitperfect, po co cyzelowanie systemu, pod kątem uzyskania pełnej koszerności, zapytacie? No, cóż, dla kogoś kto ma fioła na punkcie jakości dźwięku sprawa jest oczywista. Bo nadal można bardziej, bardziej lepiej. USB w Pro 2 to brama do bezkompromisowości. Co prawda DAC w Matriksie to stary znajomy (ESS 9016), ale cała reszta toru przeszła gruntowne odświeżenie. Wzmacniacz słuchawkowy dysponuje dużo lepszymi parametrami i dokładnie przemagluję wyjście słuchawkowe podpinając LCD-3, HE-400 oraz K701 i HD650. Będzie konkret. Sprawdzimy te bardzo różne, niekoniecznie łatwe (AKG) do napędzenia nauszniki – tu faktycznie producent miał sporo do zrobienia, bo wyjścia słuchawkowe w Mini-i były dobre, ale daleko im było do poziomu oferowanego przez wyspecjalizowane wzmacniacze słuchawkowe. O wszystkich różnicach, o tym jaki przyniosły efekt, przeczytacie we właściwiej recenzji. Powiem tylko, aby zaostrzyć apetyty, że tak rozbudowanego menu konfiguracyjnego mogą temu klamotowi pozazdrościć znacznie droższe urządzenia (znamy to już z poprzedników, ale tutaj jeszcze bardziej to rozbudowano). Możliwości modyfikacji pracy urządzenia sporo, przy czym sama podstawowa obsługa jest prosta jak budowa cepa i jak chcemy żeby „po prostu grało”, to po prostu gra.

Fajnie, że automatyka pozwala na bezkonfiguracyjny scenariusz obsługi, działa bardzo sprawnie, a oprogramowanie modułu BT to wg. mnie coś, co wymaga specjalnego wyróżnienia. Sprzęt dopasowuje pracę w zależności od źródła, przy czym robi to natychmiastowo (z BT czasami naprawdę można osiwieć, każdy to zapewne przerabiał) i poprzez ciągłe dopasowanie transmisji możemy liczyć na stabilną (jak skała) pracę. Myślałem, że takie coś możliwe jest generalnie tylko w przypadku WiFi… cóż, BT też może grać bezproblemowo. Pilota znamy z poprzednich testów, to ładny, zaprojektowany dla Matriksów (a nie brany z worka) częściowo metalowy sterownik. Wyświetlacz jest super czytelny, pokazuje źródło, pokazuje parametry transmisji. gdyby jeszcze dioda (oczywiście jaskrawoniebieska) nie dawała w tak radykalny sposób znać o sobie to byłoby bez żadnych „ale”.

Tak czy inaczej, nowy Mini-i prezentuje się świetnie, to kompaktowy DAC/AMP, mogący pracować zarówno ze stałym poziomiem wzmocnienia, jak i jako pre-amp. Właśnie może być przedwzmacniaczem i od tej generacji producent idzie za ciosem proponując końcówkę mocy, dopasowaną wielkością, pracującą w klasie D, z możliwością wykorzystania w trybie stereo (RCA) lub mono (łączymy z Mini-i Pro 2 via XLR). Można stworzyć kompaktowy, kompletny system w oparciu o te produkty. Na razie rodzimy dystrybutor nie planuje wprowadzenie końcówki do sprzedaży, chętni muszą skorzystać z własnego importu.

To, na marginesie, nie koniec nowości zaprezentowanych ostatnio przez Matrix Audio. Nowy flagowiec (patrz test X-Sabre PRO), czytaj nowy X-Sabre Pro właśnie ma swoją premierę i… tu także wprowadzono zasadnicze zmiany. O tym co się zmieniło we flagowcu przeczytacie niebawem. Wyraźnie widać z powyższego, że producent postanowił wprowadzić zupełnie nowe konstrukcje, zastępując poprzedników czymś naprawdę nowym, a nie w niewielkim stopniu zmodernizowanymi „ale to już było” klamotami, jak to się często, gęsto dzieje. Sumując pierwsze wrażenia: apetyt bardzo zaostrzony, już po pierwszych odsłuchach, po pierwszym kontakcie. Wraz z naszymi redakcyjnymi nEar-ami (aktywne monitory studyjne) w opcji zbalansowanej, ten Mini-i Pro 2 tworzy audio system i to tak na bardzo serio. Mniam. W instrukcji wspominają, że źródłem USB dla nowego modelu może być bezproblemowo androidowy albo na iOSie handheld. Sprawdzę czy tak jest w istocie, podpinając Neksusa oraz iPada do klamota. Oczywiście komputery via USB zagrają za pośrednictwem Roona. Sprawdzę dokładnie zachowanie testowanego DACa z materiałem DSD (który grany jest w trybie DoP z każdego wejścia cyfrowego, pomijając rzecz jasna samo BT).

Zabieram się do testowania zatem…

Rozbudowana galeria z opisem poniżej:

» Czytaj dalej

Nowy M-Stage w testach! Matrix HPA-2C na tapecie

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20161110_131133367_iOS

Właśnie przyfrunął. Nowy M-Stage, pierwotnie jeden z najlepszych klonów Lehmanna  (niemieckie, wysokiej klasy, słuchawkowe ampy), teraz w nowej odsłonie z obsługującym (prawie) wszystko, co popadnie, dakiem USB. Zamiast kątów prostych, obłości, zmiany konstrukcyjne spore, funkcjonalność dokładnie taka, jaką ten sprzęt oferował poprzednio, czyli konkretnie: komputer, wzmacniaczo-dak, słuchawki i gramy. Jakiś czas temu zrecenzowaliśmy M-Stage’a HPA-3U oraz wcześniejszą generację i oba wzmacniacze bardzo przypadły nam do gustu. Wtedy jednak nie było możliwości sprawdzić jak sobie skrzynki radzą z większym arsenałem słuchawek. Tym razem będzie inaczej, to znaczy będzie szeroko – tytułowy dakoamp zagra w tandemie z LCD-3, HE-400, AKG 701, H650 oraz NAD HP50 (zmod., do odsłuchu stacjonarnego). Do tego dojdą naszunice mobilne, takie jak Momentum 1 i 2 generacji oraz – aby przekonać się, czy warto – IEMy.

Nowy HPA ma wygodną przeplotkę, można zatem śmiało integrować go w głównym torze z jakimś analogowo podpiętym źródłem. Oczywiście numerem jeden jest tutaj wejście USB, które oparto na najnowszym układzie programowalnym XMOS U (interfejs) oraz kości DAC od CirrusLogic-a CS4298. Mamy zatem wsparcie dla PCM 24/192 oraz obsługę DSD 64/128. To ostatnie obsługiwane zarówno w trybie DoP jak i natywnie w ASIO. Dodatkowo będzie można grać z bezpośrednio podpiętego pod cyfrowe wejście handhelda. Rzecz jasna nie omieszkam sprawdzić pod iOSem (z odtwarzaczem softwareowym Onko HF Player – będzie można zobaczyć dokładnie parametry transmisji oraz obsługę plików DSD). Jak wspominałem we wpisie parę miesięcy temu (kiedy C jak Classic wchodził na rynek), jest to tańszy model od HPA-3, co ciekawe z bardziej rozbudowaną funkcją grania DSD (układ Texas Instruments z trójki nie ma takich możliwości co Cirrus). Jest tańszy, a ten element stoi tutaj na wyższym poziomie. Rzecz jasna DSD sobie też odtworzymy, z przyjemnością sprawdzę jak wypadną własne rip-y winyli wykonane via AudioGate na Korgu 10R… poza tym sprawdzimy, tryb native AISO na PC.

W środku dobrze znane, wysokiej jakości komponenty. Mamy potencjometr oparty na ALPSie (27), kondki WIMA/Nichicon, mamy solidne trafo w typowej dla Matriksa, monolitycznej, błękitnej obudowie. Sprawdzę jak sobie radzi podpięty pod Makówkę, jak i pod laptopa z Windowsem, zobaczę jak dobrze sprawuje się w roli prostego przedwzmacniacza w stacjonarnym torze… podepnę redakcyjny odtwarzacz płyt kompaktowych. To, co najważniejsze, czytaj jakość dźwięku na słuchawkach skonfrontujemy z naszym M1HPA od Musical Fidelity. Zobaczymy też jak wbudowany DAC wypadnie w porównaniu z podłączonym analogowo HA-2 Oppo, opartym na kości ESS Sabre. Sprzęt kosztuje w Polsce 1350 złotych, a poza opisywanym urządzeniem, w ofercie jest jeszcze zbalansowana wersja HPA-3B, którą też spróbuję niebawem przetestować. Poniżej galeria przedstawiająca HPA-2C jeszcze przed podpięciem do czegokolwiek. Wzmacniacz teraz się wygrzewa, zacznę testowanie jutro wieczorem, wtedy też spodziewajcie się publikacji artykułu o bezprzewodowym DACu Audioengine D2 :)

» Czytaj dalej

Nowe Scansoniki… wstęga za 1800zł! Aktywne kolumny z BT aptX w redakcji!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
M5BTL_11

Wracamy do nadawania po dłuższej przerwie. Miały być i są! Powiem tak – w tej cenie nie dostaniecie niczego, co mogłoby prezentować poziom nowych, aktywnych Scansoników. Nowy model aktywnych kolumienek Scansonika M5BTL (Duńczycy, patrz nasz test Scansonic S5BT, które na marginesie zostały w redakcji) to potencjalnie prawdziwa petarda. Co powiecie na aktywne monitory ze wstęgowym tweeterem w cenie niecałych 2000 złotych?! A konkretnie 1830 złotych. Jakby tego było mało kolumny wyposażono w bezprzewodowy moduł z obsługą kodeka aptX (Bluetooth) oraz wejścia cyfrowe, koaksialne & optyczne, analogowe oraz nowego pilota do zdalnej obsługi (wygląda dużo lepiej, wykonany jest częściowo z metalu i działa dużo sprawniej od tego, który był w komplecie z S5BT – to jedna z pierwszych rzeczy jakie sprawdziłem po uruchomieniu zestawu). Podobnie jak w poprzednikach wielowarstwowa powłoka lakiernicza (zestawcie to z ceną), tym razem port BR przewidziano z przodu (świetne rozwiązanie, w gabinecie, gdzie stoją nie ma miejsca by ustawić w odpowiedniej odległości od ściany i poprzedni model nie jest idealnie umiejscowiony). BR dmuchający do przodu bardzo ułatwia ustawienie kolumienek (desktopowych z definicji, choć z powodzeniem ustawimy je w niewielkim salonie!), mamy także złącze USB do ładowania handheldów (ale nie do transmisji dźwięku) wreszcie port przewidziany do podłączenia aktywnego głośnika niskonowego (rozbudowa do konfiguracji 2.1). Innymi słowy mamy tutaj de facto pełny system nagłośnieniowy, który będzie nie tylko wyborem do niewielkiego pomieszczenia, tj. gabinet, gdzie kolumienki postawimy na jakimś blacie (scenariusz desktopowy), ale także taki zestaw świetnie się sprawdzi jw. w niewielkim salonie, szczególnie w opcji z opcjonalnym subwooferem (Scansonic ma w ofercie takie kolumny), tworząc kompletny system nagłośnieniowy zarówno na potrzeby audio jak i wideo. Możliwość podpięcia transportów cyfrowych (streamery, odtwarzacze fizycznych nośników), zew. DACów i źródeł analogowych oraz – w przypadku muzyki – wykorzystania serwisów streamingowych / dysków sieciowych z własnymi kolekcjami, w sytuacji gdy będziemy strumieniować dźwięk bezprzewodowo via BT (z kodekiem aptX, w jakości zbliżonej do bezstratnej transmisji audio o parametrach 16bit/44kHz tj. stand. płyty kompaktowej) może dla wielu oznaczać brak konieczności poszukiwania dodatkowych komponentów (wzmacniacze, rozbudowane okablowanie, systemy zasilania, źródła) i w konsekwencji budowę systemu tylko w oparciu o taki właśnie zestaw głośnikowy. Kolumny (patrz zdjęcia) prezentują się wyśmienicie. Osiem warstw lakieru na błysk, wszystko precyzyjnie spasowane, białe rękawiczki (palcują się niemiłosiernie podobnie jak S5) do ustawiania, zgrabne maskownice w komplecie… znakomicie!

To bardzo atrakcyjna opcja, szczególnie że mówimy o pięknych, znakomicie wykonanych kolumienkach. Nowe M5BTL to wg. mnie unikalne połączenie funkcjonalności, solidnej, znakomicie wykonanej (materiały, spasowanie, wygląd) konstrukcji z czymś, co znajdziemy właściwie tylko w high-endzie. Wstęga to coś zarezerwowanego dla topowych konstrukcji, bardzo drogich, a tutaj taki typ przetwornika trafia do zestawu za niecałe 2000 złotych. Pytanie, oczywiście, na ile dobry to przetwornik i nie omieszkam tego sprawdzić, ale coś czuję, że będziemy mieli do czynienia z produktem unikalnym, bo połączenie tych wszystkich możliwości w takim budżecie jest czymś niespotykanym. Powiem więcej – myślałem, że informacja o cenie dotyczy (co niektórych producentom nagminnie się trafia) jednej tylko kolumny, a cena za komplet to dwukrotność tego, co w informacji dla prasy stoi. Głośniki pokryte są lśniącym lakierem fortepianowym, oferowane w dwóch wersjach kolorystycznych: czarnej oraz białej. Ich wymiary wynoszą 151 x 265 x 151 mm (szer. x wys. x głęb.), waga pojedynczej kolumny to 5 i pół kg (waga kompletu 11 kg). Jak widać to niewielka konstrukcja, ale – jak to często w przypadku aktywnych kolumienek bywa – zdolna do wypełnienia dźwiękiem całkiem sporego pomieszczenia. Stąd też decyzja producenta o opracowaniu dedykowanych standów. Oczywiście kwestie wyglądu są subiektywne, ale popatrzcie na zdjęcia… ten komplet (stojaki z kolumnami) prezentuje się super rasowo. Według mnie, można taki zestaw, szczególnie z subem (mają w ofercie nowego M8 do kompletu, albo wcześniej oferowane M8/12, może też być niedawno słuchany, świetny REL 5) ustawić w dowolnym salonie – będzie prezentował się bardzo elegancko, a do tego, w przypadku strumieniowania i podpięcia wiszącego ekranu (via TOSLINK), możliwe, że w ogóle będzie można zrezygnować z klasycznej szafki RTV. Minimalizm jest obecnie w modzie, ale ogólnie rzecz biorąc, szlachetny minimalizm zawsze w modzie ;-)

Pierwsze odsłuchy i już wiem, że będzie to coś! Wyraźna poprawa selektywności na górze (wstęga), grają o klasę lepiej od S5, są brzmieniowo lepsze, a dodatkowo poprawiła się ergonomia obsługi (panel dotykowy zamontowany na górze przyda się w typowo biurkowym scenariuszu, ale kluczowy dla sterowania pilot tym razem obsługuje kolumny bez pudła). Podpiąłem kolumienki w miejsce S5 do klamotów w gabinecie… M5 gają z komputerami oraz handheldami (zdjęcia) via BT (z aptX na Makówkach), grają podpięte optykiem via Chromecast / WiFi (handheldy – warto, szczególnie w przypadku Apple, które olało lepszą jakość via BT, skorzystać z alternatywy google’owej), zamiennie z AirPlay (AirPort Express), wreszcie analogowo łącze z przetwornikiem Beresforda pracującym w tandemie z odtwarzaczem CDA Onkyo. Innymi słowy (niemal) pełen przekrój źródeł, sposobów transmisji, a w zanadrzu jeszcze salon i podpięcie z subem (2.1), sprawdzenie jak M5 nagłośnią 30 metrów kwadratowych w kinie (źródłem będzie PS3 w roli odtwarzacza SACD/Blu-ray) i w konfrontacji / porównaniu z naszymi redakcyjnymi nEarami 05 Classic II – aktywnym, studyjnym zestawem, który jest wg. mnie nie do pobicia w relacji koszt – efekt. Na razie jak wspomniałem grają w gabinecie i muszę przyznać, że to dźwięk porównywalny ze stojącymi obok Topazami monitor, podpiętymi pod wzmacniacz NADa D3020 oraz lampę (klon MiniWatt-a = APPJ PA0901A) na bańkach NOS Bimar/Phlilips/Telam). To tylko świadczy o klasie przetworników, zabudowanego wzmacniacza, elektroniki (DAC, moduł bezprzewodowy) zamontowanych w M5-kach. Słucham dwie doby, więcej napiszę we właściwej recenzji, dodam tylko, że połączenie strumieniowania (BT z aptX lub/i Chromecast/AP Express) to w połączeniu z tymi kolumnami KOMPLETNY SYSTEM. Gra to rasowo, na poziomie dobrego HiFi i to jest FAKT, tu nie ma się co sprzeczać. Wystarczy taki aktywny system nagłośnieniowy skojarzyć z komputerem / smartfonem / tabletem i albo bezpośrednio połączyć via BT, albo skorzystać z taniutkiego interfejsu WiFi (bezstratna kompresja, w przypadku produktu Google obsługa 24/96 dodatkowo i możliwy do uzyskania tryb bitperfect) uzupełniając opisywany zestaw o takie, bezprzewodowe, możliwości. I to, moi drodzy, robi zasadniczą różnicę, bo nie musimy rozbudowywać systemu w sposób – że tak powiem – klasyczny, a w oparciu o taki, aktywny zestaw głośnikowy z wew. DACzkiem mamy w praktyce wszystko, czego nam potrzeba do szczęścia.

Zalety, poza finansowymi, są także natury brzmieniowej… minimalizujemy wpływ okablowania, niwelujemy konieczność dopasowania poszczególnych elementów w rozbudowanym torze, nasze głośniki mają zintegrowane to, co je napędza i to co je dźwiękiem karmi (DAC), a jak chcemy więcej to w praktyce pozostaje podpiąć jednego klamota (sprawdzę jeszcze jak dobrze wypadnie z M5kami strumieniowiec – Squeezebox Touch z mod. EDO z konwerterem USB-coax hiFace Two M2Tech-a) i już. Niczego nie komplikujemy, to co najważniejsze (dla brzmienia) mamy już zintegrowane w kolumnach. Wystarczą standy lub jakiś ciężki drewniany mebel jako stabilna podstawa i z akcesoriów pozostanie ino dobra listwa (kabelek zasilający to 8-ka, ale jak już ktoś koniecznie musi, to może sobie skonwertować adapterem Furutecha albo Gigawatta na stand. IEC) i koniec tematu. To uproszczenie zazwyczaj z doświadczenia wychodzi dźwiękowi bardzo na zdrowie, to coś do czego wg. mnie powinniśmy dążyć, bo oczywiście można mnożyć byty (ciężka postać ekstremalnej audiofilii), wydać majątek na okablowanie, wprowadzając do systemu tyle zmiennych, że… no właśnie. Ten zestaw odznacza się takimi właściwościami brzmieniowymi, że może być potraktowany jako alternatywa dla klasyki: pasywne kolumny, wzmacniacz zintegrowany / pre z końcówką plus tradycyjne źródła & okablowanie i akcesoria. Może. Poprzednik świetnie sprawdza się w roli dodatkowego, pomocniczego zestawu do szybkiego odsłuchu, może znakomicie wpasować się do systemu audio na biurko z komputerem obok… Scansoniki M5BTL to nie tylko takie, opisane powyżej, okoliczności przyrody, bo ten nowy zestaw nie przyniesie ujmy właścicielowi będąc głównym i – właśnie! – jedynym rozwiązaniem do salonu, głównego pomieszczenia odsłuchowego. Zastosowanie wstęgowego tweetera, nowa konstrukcja całego układu (płaski BR z przodu), nowy wzmacniacz oraz całkowicie nowe strojenie obu przetworników dało w efekcie coś, co wywołuje po uruchomieniu odtwarzania uśmiech zadowolenia na twarzy słuchającego.

Jak wspomniałem, daniem głównym jest tutaj bez wątpienia tweeter. Tyle, że kolumna to nie tylko wstęga, to także cała reszta. Obudowę kolumn M5BLT wykonano z odpornej na rezonans płyty MDF. Krawędzie posiadają delikatne zaokrąglenia (jak w S5), zaś wszystkie elementy są ze sobą idealnie spasowane a całość pokryto ośmioma warstwami lakieru fortepianowego, dzięki czemu kolumny prezentują się niezwykle elegancko i stylowo.  Poza wspomnianym wysokotonowcem M5BLT wyposażono w 4,5-calowy głośnik średnio-niskotonowy z membraną z papieru powlekanego polipropylenem. Zastosowano spore magnesy, membrany mogą – mówię tu o doświadczeniach z użytkowania S5 – pozytywnie zaskoczyć możliwościami, których byśmy się po takich kompaktowych kolumnach zwyczajnie nie spodziewali. Tweeter wyposażono w membranę z warstw kaptonu i aluminium. Dwudrożną konstrukcję w obudowie opartej na systemie bassrefleks (jw. otwór z przodu) napędza wybudowany w lewą kolumnę wzmacniacz o mocy 2x50W. Zestaw jest już do kupienia w Polsce, a dystrybucją na terenie RP zajmuje się firma C4I.

Specyfikacja:
• Odpowiedź częstotliwościowa: 55 Hz – 30 kHz
• Impedancja: > 6 Ohm
• Zwrotnica: 3.5 kHz ( filtr drugiego rzędu)
• Wzmacniacz: 2×50 klasa A-B
• Wejście bezprzewodowe: Bluetooth z obsługiwanym kodekiem 2.4GHz aptX
• Wejście cyfrowe: Toslink
• Wejście cyfrowe koaksjalne
• Wejścia analogowe: 2 x RCA , 1x mini jack 3,5mm stereo
• Wyjście na subwoofer
• Złącze USB do ładowania urządzeń zewnętrznych, uczący się pilot o konstrukcji częściowo metalowej

Warto zwrócić uwagę na jeden istotny szczegół… w odróżnieniu od S5 w nowym modelu nie ma pokrętła wzmocnienia

Rozbudowana fotogaleria z opisem poniżej…

» Czytaj dalej

Audeze wprowadza pierwsze ortodynamiczne IEMy

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
ADZ_Stage3_Section_iSINE_Video_Posterframe

Nie, to nie żart, choć te słuchawki zakwalifikowane przez Audeze jako In-Ear-Monitor z oczywistych względów nie mogą być małe. Nie ma możliwości zminiaturyzowania układu planarnego do rozmiarów typowej dokanałówki. Tak czy inaczej, to co udało się osiągnąć robi wrażenie. Nowe modele z rodziny Sine (to produkty domyślnie masowe, tańsze, life-stylowe w ofercie amerykańskiego producenta), bo mówimy o dwóch ortodynamicznych IEMach otwierają nowy rozdział na rynku, ciekawe czy inni producenci słuchawek planarnych opracują podobne modele (mam tu na myśli głównie HiFiMANa)?

iSine 20

Nowe iSine 10 oraz iSine 20 (o których informacje, jakie pierwszy portal, zamieścił mainstreamowy The Verge – znamienne) są już dostępne w przedsprzedaży (sprzedaż od października). Kosztują odpowiednio 399 oraz 599 dolarów. To nie mało, biorąc pod uwagę średnią cenę dokanałówek, natomiast patrząc na kwoty jakie trzeba przeznaczyć na zakup ortodynamików to „entry-level” (szczególnie w przypadku 10-ki). Aby wyróżnić i podkreślić wyjątkowość tytułowych produktów w nazwie pojawiła się literka i. Tak to opisuje producent, ale ja widzę tu zupełnie inne wytłumaczenie (również marketingowe, ale inne właśnie). To „i” koresponduje  cyfrowym kablem Cipher. Opisywaliśmy tę nowość przedstawiając „cyfrowy” model EL-8 (nasz test obu modeli: otwartego i zamkniętego tych słuchawek znajdziecie tutaj). To kabel Lightning z wbudowanym wzmacniaczem oraz DACzkiem. Oczywiście wszystko z myślą o Jabłku. Cóż, nieprzypadkowo termin premiery koresponduje z wejściem na rynek pozbawionych jacka, nowych iPhonów. 

Można zastosować opcjonalnie kabelek analogowy, w przypadku iSine 10 nie powinno być problemu z wysterowaniem, natomiast droższy model połączyłbym jednak z jakimś zew. wzmacniaczem / ampdakiem, w sytuacji gdy zamiast iPhone w roli źródła, byłby jakiś inny smartfon, co w oczywisty sposób wykluczałoby użycie Ciphera. W przypadku 20-ek mamy impedancję na poziomie 24 ohmów – a to dużo jak na IEMy, to także nie mało w przypadku mobilnych słuchawek generalnie. iSine 10-ki ten parametr mają na poziomie 16 ohmów.

iSine 10

Kluczowym elementem jest tutaj 30mm membrana, która jest najmniejszą tego typu membraną (ultracienką) jaką opracowano do tej pory. Pojedyncza słuchawka waży 10g., co jest sporym osiągnięciem miniaturyzującym cały układ (wielkość, waga). Dwie, bez kabla to 20g. co wraz z wokółuszną aplikacją (pałąk) powinno zapewnić odpowiednią wygodę. Oczywiście słuchawki nie wyglądają jak typowe IEMy, nazwałbym je raczej modelami nausznymi w szczątkowej formie ;-) z aplikacją dokanałową  (tu jest jak w dokanałówkach, tzn. mamy miękkie aplikatory silikonowe). THD jest na poziomie poniżej 0,1% przy wysokim poziomie natężenia dźwięku. Maksymalnie słuchawki mogą przyjąć 3W (czytaj, można je swobodnie wykorzystać w stacjonarnym torze!), zakres częstotliwości od 10Hz do 50kHz (no, no ciekawe, ciekawe: będzie zatem rów mariański (basior), dodatkowo wielce detaliczna góra?). Aha, no i szalenie ciekawe jest jak taki układ zachowa się na wynos. W końcu to otwarta konstrukcja, przy czym dokanałowa aplikacja powinna skutecznie odseparować nas od otoczenia. Co jednak z otoczeniem? No właśnie.

A tak to wygląda konkretnie wygląda…

Jak tylko się pojawią, postaramy się odpowiedzieć na powyższe pytania :)

» Czytaj dalej

Słuchawki Meze 99 Classics – pierwsze wrażenia

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Meze tyt

O tych słuchawkach sporo dobrego napisano. Co konkretnie? Ano, że rewelacja, że za tę cenę to absolutny unikat, że świetnie wykonane, że takie gdyby zamiast Rumunii była np. Francja to trzeba by wydać znacznie więcej. Tak, faktycznie jak napisałem wczoraj na profilu palce lizać, choć to nie jest moja estetyka do końca (tzw. projekt plastyczny), ale jakość wykonania, materiały… od razu widać, że w pewnych lokalizacjach (naszej nie wyłączając) da się zrobić coś na poziomie mocno wyśrubowanym, jednocześnie nie żądając za to fortuny. Meze 99 pojawiły się nagle i mocno zmieszały na rynku mobilnych nauszników, stając się z automatu alternatywą dla często dużo droższych modeli głównie zachodniej konkurencji (tej utytułowanej, ceniącej się, znanej). No a tu nagle, znienacka takie coś. Nie to, że te słuchawki są bez wad (dziwne, że na wiele rzeczy recenzenci w Polsce nie zwrócili uwagi – nadrobimy te niedociągnięcia w opisie/ocenie Meze), bo jest co poprawiać, ale poziom jaki udało się osiągnąć nowicjuszowi w branży doprawdy imponuje. Materiały, jakość montażu, dołączone akcesoria, ergonomia (z zastrzeżeniami, ale jednak – o czym poniżej) oraz kompetencje brzmieniowe tych nauszników to nie jest żadna średnia, to ekstraklasa, czołówka. To przykład na to, że audio ogólnie nie musi być od, nie musi być elitarne (w sensie finansowym), niedostępne dla mas. Tytułowe 99-ki pokazują, że można dzisiaj bez wysiłku dostać coś, co mocno komplikuje życie wymienionym wcześniej znanym, utytułowanym, ceniącym się etc. Mocno.

Zacznę od tego, co najważniejsze, bo też jest o czym pisać i czym się zachwycać. Te słuchawki mają dwie szczególne cechy, które je wyróżniają, ale też coś co ogólnie je definiuje: prezentują dźwięk w taki sposób, że doprawdy tylko ktoś z poważną wadą słuchu mógłby wzruszyć ramionami. Inaczej: nie pozostawiają obojętnym nikogo, kto je założy i to w pozytywnym znaczeniu, to znaczy angażują, wciągają i trzymają w objęciach przyjemności aż do chwili, gdy ktoś nas kopnie w kostkę, prześwięci ścierką, brutalnie przerywając oderwanie od rzeczywistości podtrzymywane przez kolejne odtwarzane albumy, playlisty, utwory. Infekują. Dwie cechy to po pierwsze bas, basior, bassss, który będzie nie tylko ucztą dla każdego rasowego basshead-a ;-) , ale którego wyjątkowo namacalną obecność (bez zakłócania czegokolwiek – od razu uprzedzę, bo tu nie jest bas zamiast, tylko bas oraz) doceni każdy chyba, nawet jeżeli gustuje w spokojnych, dalekich od wywoływania niezdrowych emocji na dole ;-) dźwiękach. Dlaczego tak? Ano dlatego, że mamy tutaj nie tylko bas wielowarstwowy, nie tylko mięsisty, namacalny, nie tylko obfity, ale także (i to jest coś, co robi) wielowymiarowy, gdzie mamy to zejście odczuwalne cały jestestwem, mamy bryły, mamy faktury, plany… z tym wiąże się ta druga cecha wyróżniająca opisywane nauszniki. Przestrzeń. Wymiar. Holo wręcz. Słuchawki mają swoje fizyczne ograniczenia, trudno od nich wymagać takich wrażeń, jakie dostarczają dobre zestawy głośnikowe. To różne światy, bardzo odmienna kreacja właśnie, a może nawet przede wszystkim w zakresie sceny, przestrzeni, głębi. Meze potrafią w tym względzie więcej niż bardzo przecież kompetentne w tej dziedzinie Momentum. Idą dalej, ba, idą w kierunku do tej pory zarezerwowanym przez (generalizuje) ortodynamiki (których specjalnością jest m.in. uwolnienie nas od grania w czaszce, od grania w linii, jednowymiarowego) oraz elektrostaty. Powiem szczerze, że to jedyne takie dynamiczne konstrukcje, jakie do tej pory miałem okazję zakładać na głowę, które potrafią tak kreować przestrzeń, reprodukować wielowymiarowo scenę. Powiem więcej, to granie kojarzy mi się z monitorami bliskiego pola, z bardzo intensywnym wieloplanowym graniem (przy czym, mamy tutaj ten kapitalny bas, który w monitorkach albo szczupły, albo jedynie zaakcentowany właściwie, ale bez tego wszystkiego o czym powyżej była mowa). I to wszystko osiągnięte za pomocą przetworników z półki, bo producent jeszcze (albo w ogóle, bo nie wiem czy ma takie ambicje) nie oferuje swoich przetworników, te bierze z rynku i dostosowuje do swojego projektu. Strojenie? Zapewne. Materiały? Niewykluczone. Odpowiednia konstrukcja muszli? Na to wygląda. Efekt jest potwierdzeniem, że za tym wszystkim stoi ktoś, kto się na tym zna, ktoś, kto słucha, mierzy, wie i wykorzystuje swoje umiejętności do stworzenia udanych (bardzo) słuchawek.

Nie, to nie jest produkt za wiele tysięcy, tylko za niecałe tysiąc pięćset

No dobrze, takie mam pierwsze wrażenia odnośnie brzmienia. Jest też parę rzeczy, które (nie wchodząc w co słyszę, bo tutaj jest bardzo, bardzo dobrze) bym poprawił i które ewidentnie są do przemyślenia i skorygowania. Po pierwsze nie wiedzieć czemu kabelek z pilotem pozbawiono funkcji korygowania natężenia dźwięku. To dziwne, bo ma mikrofon, jest trzypinowy, pozwala na sterowanie nie tylko w zakresie odtwarzaj / pauzuj, ale także wybierz następny, albo cofnij do poprzedniego utworu. Po drugie ten pilot jest niewygodnie (bardzo wysoko) umieszczony. Utrudnia to sterowanie, choć ma też aspekt pozytywny odnośnie jakości rozmów… mikrofon jest bardzo dobrej jakości, a do tego umiejscowiony jw. bardzo blisko twarzy. Tak czy inaczej trzeba wysoko unosić rękę, co nie jest wygodne. Aha przycisk jest długi, ale reaguje w jednym miejscu tylko, co też nie ułatwia obsługi. Sam przewód odznacza się efektem mikrofonowania. To poważna wada, ale – jak się okazuje w trakcie użytkowania – nie tak dokuczliwa, jak to zazwyczaj bywa. Kabel ociera się o ubranie i to przenosi się na słuchawki (gdy nie odtwarzamy), natomiast po uruchomieniu odtwarzania (o dziwo) nie odczuwamy specjalnie dolegliwości ze strony kabelka. W komplecie jest też dłuższy, prawie 3 metrowy przewód do łączenia słuchawek ze stacjonarnym torem. Wykonanie, materiały, wtyki – wszystko na bardzo wysokim poziomie. Dla niektórych wadą będzie poprowadzenie przewodów do obu muszli oddzielnie (co może przeszkadzać w przypadku mobilnych, a takimi z założenia są Meze, słuchawek), ja tego tak nie oceniam, ale już bardzo długie wejścia / porty w muszlach dla zastosowanych przez producenta jacków to gotowa recepta na uniemożliwienie jakiegoś rekablingu, zmiany okablowania firmowego na inne. Po drugie na samych słuchawkach próżno szukać poznaczeń kanałów. To dziwne. Kabelki wyraźnie oznakowano, zaś same nauszniki zostały pozbawione jakichkolwiek oznaczeń. Instrukcja (lakoniczno-skrótowa) niczego w tej materii nie wyjaśnia, a wręcz jeszcze gmatwa sprawę i powoduje konfuzję – jak to do diabła połączyć?  Są zdaje się symetryczne, jednak dla naszego (lepszego ;-) ) samopoczucia, producent powinien nas albo poinformować, że „who cares”, albo stosowne oznaczenia umieścić na pałąku, muszli... Po trzecie 40 mm przetworniki z dopasowanymi (niewielkimi) padami to nauszne, a nie wokółuszne słuchawki. Tymczasem producent sugeruje, coś zgoła innego. Mam niewielkie małżowiny raczej, przylegające a mimo to jest na styk, zazwyczaj będzie „poza zakresem”. To zamknięta konstrukcja, niby więc izoluje dobrze, ale ze względu na to co powyżej może być z tą izolacją różnie.

Poza tym ergonomia stoi na dobrym poziomie, bo lekkie, bo dobrze leżą, nie cisną, dość wygodne są i do długiego słuchania generalnie się nadają. Takie mam wrażenia po pierwszych nastu godzinach słuchania (praktycznie nie zdejmuje ich z głowy). Dobrze to świadczy o ogólnej wygodzie, o tym że to nie są słuchawki na szybką sesję, że można z nimi udać się w długą podróż po dźwiękach i – biorąc pod uwagę walory brzmieniowe – będzie to bardzo przyjemne i wciągające doświadczenie. Za mniej niż 1500 złotych można zatem wyposażyć się w coś, co wygląda mi na „mogę z tym żyć”. Nieźle! Pozostaje sprawdzić, czy ten bardzo pozytywny w odbiorze, pierwszy efekt „wow” się utrzyma i jeszcze pogłębi. Sprawdzę Meze na wszystkich stacjonarnych wzmakach jakie akurat mamy na stanie, sprawdzę też z HA-2, sprawdzę na przekrojowym repertuarze (było eklektycznie, zróżnicowane granie, ale testuję od niedawna, warto więc maksymalnie rozszerzyć dobór, aby potwierdzić uniwersalność jaka majaczy na horyzoncie).

I jeszcze jedna uwaga na wstępie. To niezwykle efektywna konstrukcja, którą bez problemu napędzi przykładowo wyjście audio z iPada Mini (a to naprawdę coś, bo w iPadach, a szczególnie modelu który wykorzystuje do testowania możliwości złącza słuchawkowego są skromne, wg. mnie na dużo niższym poziomie, od tego, co znajdziemy w tym zakresie w iPhone. Można będzie zatem wpiąć te słuchawki do dowolnego źródła mobilnego bez obaw, że będzie „za mało”, bezpośrednio podłączyć, nie bawiąc się w dodatkowe, zew. wzmacniacze. Tutaj naprawdę tego nie potrzebujemy, co więcej na poziomie 80/5 na rzeczonym iPadzie było już naprawdę bardzo głośnio (za nawet). Na iPadzie, na którym zazwyczaj skala mi się kończy i chciałoby się więcej w prawo, ale już się nie da.

Poniżej, tradycyjnie, galeria z opisem:

» Czytaj dalej

Słuchawkowy wysyp #2: NAD HP50 po modyfikacji

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20160805_190954452_iOS

Od razu na wstępie zaznaczę… to zmodyfikowana wersja HP50, z innym od firmowego, zmienionym okablowaniem. Recabling to temat nośny, często dyskutowany na forach, szczególnie gdy konstrukcyjnie słuchawki wyposażono w stałe, czy trudne do wymiany (nietypowe porty w muszlach) przewody. W przypadku HP50 dostajemy całkiem niezły (naprawdę dobry) kabel z pilotem, który będzie oczywistym wyborem w przypadku mobilnego użytkowania tych nauszników. Tyle, że u mnie po pierwsze HP50 mają być słuchane wyłącznie w domu (wyjaśnię poniżej dlaczego), po drugie konstruktorzy sami zachęcają do wymiany firmowego kabla – w lewej muszli umieścili pusty port dla przewodu, co oznacza że można stosunkowo prosto zmienić okablowanie na takie, w którym omijamy przewody poprowadzone w pałąku na rzecz symetrycznie podpiętych do lewej / prawej muszli kabli, dodatkowo pozbawionych pilota. Właśnie… pilota. Pilot to rzecz bardzo przydatna, wręcz niezbędna, gdy chcemy wykorzystać słuchawki na wynos, mieć możliwość nie tylko sterowania odtwarzaniem, natężeniem dźwięku, ale także móc bezproblemowo odbierać połączenia. Odbieranie telefonu ze słuchawkami pozbawionymi tego dobrodziejstwa (mikrofon) jest uciążliwe, niepraktycznie – to oczywiste. W przypadku HP50-ek, modelu typowo przenośnego (choć nie jest to konstrukcja idealnie dopasowana do tego typu użytkowania – nie składa się, nie ma szerokiego zakresu regulacji, poza tym nieco kontrowersyjnie rozwiązano kształt, formę pałąka) trudno oczekiwać od użytkownika rezygnacji z wyżej wymienionej funkcjonalności. My jednak, nietypowo, zdecydowaliśmy się na rekabling tych, skądinąd bardzo od strony brzmieniowej interesujących, słuchawek. Bo pilot to z drugiej strony kompromis jakościowy, element wprowadzający w całym równaniu niewiadomą, zazwyczaj negatywnie oddziałujący na finalny efekt (sprawdźcie jak brzmią Wasze słuchawki mobilne, takie które wyposażono w dwa, wymienne przewody, a jeszcze lepiej zastosujcie w takich słuchawkach jakiś lepszy, ale właśnie pozbawiony pilota kabel). Poza tym czasami zmiana okablowania, nawet z takiego niezłego, daje wymierny efekt brzmieniowy, daje progres. Przerabiałem to nie raz w przypadku wysokiej klasy nauszników.

Mod. NAD VISO HP50 w pełnej krasie

Rezygnacja z przenośności była tym łatwiejsza, że wspomniany pałąk po założeniu słuchawek na łeb wygląda, co tu by dużo nie mówić, pokracznie. Wystaje mocno poza obrys głowy (patrz zdjęcie poglądowe poniżej) i cóż, to nie może dobrze wyglądać. Rzecz jasna można mieć to gdzieś (ja akurat mam to gdzieś), ale z tą nietypową (choć spotykaną w wysokiej klasy słuchawkach high-endowych, takich jak choćby Abyss) konstrukcją pałąka wiąże się jeszcze jeden aspekt: punktowy ucisk na czubku głowy. Kto ma wrażliwy wierzchołek (ja mam) ten doskonale wie, z czym to się wiąże. Ano dokładnie, z dużym dyskomfortem się wiąże. Testowany egzemplarz także tutaj różni się od tego, co firma dała w standardzie (patrz zdjęcia). Oczywiście zmiany wykluczają powrót do standardowego kabla z pilotem. Samo okablowanie jest zamontowane na stałe, zrobione przez kogoś, kto się na tym bardzo dobrze wyznaje. Zastosowano do obu muszli przewody ze srebrzonej miedzi (VanDamme), oplot to solidna plecionka, zaś wtyk to świetny Amheno 3,5mm. Pierwotnie pałąk uległ uszkodzeniu co niejako wymusiło modyfikację, której efektem jest brak ucisku na czubku głowy. Ktoś tu zaraz powie – no dobrze, ale co te słuchawki mają wspólnego z oryginalnym wyrobem NADa – i będzie miał słuszność… ano nie za wiele. Mamy mocno zmodyfikowane HP50, już nie takie mobilne (znaczy da się, swobodnie użytkować na wynos, z ograniczeniami jak wyżej, to nadal leciutkie, wygodne nauszniki), a raczej stacjonarne, nadal jednak są to słuchawki z pierwotnymi przetwornikami, przetwornikami które NADowi bardzo wyszły dodajmy. Te nauszniki w wersji niemodyfikowanej (miałem okazję słuchać przy okazji długiej sesji w pewnym salonie – dziękuję za wyrozumiałość btw ) grały zjawiskowo dobrze, wręcz stanowczo za dobrze.

No nie wiem…

Ten test, artykuł będzie zatem nie tylko recenzją HP50-ek (bardzo, moim zdaniem, niedocenianych słuchawek, które w kraju w ogóle nie miały szczęścia do dziennikarzy – mało kto o nich pisał), ale będzie także opisem problemowym, tematycznym, dotyczącym modyfikacji, ulepszania tego, co z pudełka, wpływowi modyfikacji okablowania na dźwięk. Nie będziemy generalizować, bo zawsze trzeba podchodzić do tych kwestii indywidualnie, ale co od zasady… w drogich modelach, z wymiennym kablem, można – podobnie jak to ma miejsce z torem stacjonarnym, systemem audio, dosmaczać, stroić całość za pomocą przewodów. I żeby nie było… jestem, byłem i raczej pozostanę sceptyczny w kwestii roli, wpływu kabelków na to co słyszymy (w ujęciu procentowym). Według mnie kable, choć mają wpływ, to jednak nie tak przemożny jak to można często wyczytać w różnych periodykach, publikacjach, innymi słowy kable same z siebie nie grają*. Co więcej, ich wpływ jest raczej subtelny, a nie krytyczny (nie mówimy tutaj o ekstremach, a o ogólnych zasadach jakie dotyczą okablowania w systemie). Także to nie jest tak, że nagle, automagicznie mam zupełnie inne, nowe HP50, o niebo lepsze etc. Mogę w każdej chwili skonfrontować to, co słyszę na zmodyfikowanych, z egzemplarzem w pewnym salonie. Tak dla przypomnienia. Słuchając ich teraz, wiem w jakim kierunku i na ile wymiana kabla zmieniła dźwięk tych słuchawek.

Jak zapewne zdążyliście zauważyć, jestem fanem marki NAD. Ta kanadyjska (tak, ma brytyjskie korzenie, ale to KANADA, a nie jak piszą co poniektórzy Albion) firma robi świetny sprzęt, znakomity w relacji koszt – efekt, według mnie ponadczasowy. Jest wierna swojemu DNA i mimo na wskroś nowoczesnej, obecnej oferty, nadal robi to, co wyróżniało ją na rynku – robi muzykalne, ekstremalnie przyjemne w odbiorze urządzenia audio, które mogą stanowić fundament dowolnego toru. Tego taniego, budżetowego (w tym zawsze byli mocno, to ich wyróżniało), jak i high-endowego, przy czym w ofercie znajdziemy klasyczne konstrukcje, które według mnie idealnie pasują do koncepcji „drut ze wzmocnieniem”. Prawdziwe, nadowskie waty, zazwyczaj dużo większe (mocowo) możliwości od tych podawanych w specyfikacji – za to lubię i cenię tę firmę. I choć cyfra jest numero uno (dzisiaj) to jednak znajdziemy także sporo czysto analogowych produktów w katalogu NADa obecnie i dobrze, dobrze że tak jest, bo mamy wybór. U mnie większość elektroniki na stałe (bo poza tym, w związku z testami, wiadomo, ciągła rotacja następuje) to NAD. I to zarówno ten nowoczesny (np. D3020), jak i ten vintage’owy (np. pre 1020). HP50-ki zagrają z dziurki wspomnianego przedwzmacniacza z wbudowanym stopniem gramofonowym (właśnie gramofon, też NADa, też vintage, będzie źródłem w tym konkretnie wypadku), zagrają również via jack w cyfrowej integrze (które to wyjście, przypominam, oceniłem jako dość kiepskie w recenzji tego wzmacniacza) ze źródeł (a jakże) cyfrowych tj. Chromecast-a Audio oraz routera AirPort Express (AirPlay) & via BT z aptX (przy okazji porównam te bezprzewodowe sposoby transmisji dźwięku). HP50 sprawdzę także na budżetowym zestawie C515BEE & C315BEE odtwarzając płyty CDA. To będzie taki „przede wszystkim NAD”, choć oczywiście nie zrezygnuję ze sprawdzenia możliwości słuchawek z inną elektroniką (Oppo HA-2 np.).

Zmodyfikowane pod tor stacjonarny. Co by tu puścić?

Sumując, będzie to nieco inna, myślę że ciekawa, próba opisu produktu – „po”. Po modyfikacjach, po gruntownym wygrzaniu, po dogłębnym zaznajomieniu się z pierwotnym, nietykanym egzemplarzem, na firmowej – bardzo odmiennej, przekrojowej odnośnie generacji / pokoleń elektronice. Jedno wiem już teraz. Te słuchawki potrafią zaskoczyć. I nie liczy się w tym zaskakiwaniu znaczek NAD na obudowie muszli, a liczy się to co dobiega do uszu. Jest tam spokój, ale jest też finezja i umiejętności, które potrafią mocno zadziwić. Aha, w nazwie tych nauszników występuje VISO, oznaczenie produktów lifestyleowych NADa, takich jak choćby głośniki bezprzewodowe ONE, IEMy etc. Nasze już takie VISO nie są, jak widać

Tymczasem poniżej, parę dodatkowych fotek…

* …odnośnie zaś cenowego rozpasania w branży kablarskiej to komentarz wydaje się w sumie zbyteczny. To jak z farmaceutykami tylko (chyba) jeszcze do sześcianu. Często, gęsto totalne oderwanie od rzeczywistości.

» Czytaj dalej

Nowy streamer_dac Auralic-a: ALTAIR. Kompatybilny z RAAT (Roon)!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
AURALiC ALTAIR (6)

Takie dwa w jednym. A nawet więcej (o czym poniżej). Konkretnie? Chcemy z komputera grać? No to proszę bardzo. Z innego cyfrowego źródła? No nie ma sprawy. Mamy chęć na autonomiczne i w pełni samowystarczalne pudełko (źródło), na niemnożenie bytów? ALTAIR to streamer jak się patrzy, z całym OS, z apką na handheldy, wreszcie z pełną integracją z ekosystemem Roona! Zadebiutowało to, to w Monachium i stanowi w uproszczeniu połączenie firmowych strumieniowców Aries ze wspomnianą Vegą (to, dla przypomnienia DAC), z pewnymi różnicami o czym dalej. Brzmi smakowicie? Sprawdźmy, co mówi na temat nowego urządzenia prezes Autalic-a, Pan Xuanqian Wang? Ano mówi tak:

„Nowy ALTAIR jest zarówno wysokiej jakości streamerem jak i DAC, zaprojektowanym w oparciu o informacje zwrotne od dealerów, jako wyjątkowo wygodne cyfrowe źródło sprzętowe w przedziale cenowym 1800–2000$. Niektórzy mogą uznać to jako połączenie Vega ARIES lub ulepszonej wersji MINI z wejściem cyfrowym. Jednak ALTAIR jest zdecydowanie czymś innym – rozszerzeniem linii produktowej. Nie zastąpi MINI ani wielokrotnie nagradzanego DAC AURALiC Vega czy też Streamerow serii Aries. Wszystkie one stanowią najwyższy poziom jakości dźwięku”. 

Innymi słowy, nowy ALTAIR może działać jako łatwy w użyciu „Home Music Center” z obsługą 15+ źródeł sygnału, w tym m.in.: Network Shared Folder (NAS), pamięci USB, wewnętrznej pamięci (opcjonalne HDD lub SSD), obsługi  UPnP/DLNA media server, streamingu z serwisów TIDAL oraz Qobuz , internetowego radia, AirPlay’a, Bluetooth’a, Songcasta oraz RoonReady (właśnie! RAAT!) oraz, dodatkowo, wykorzystując fizyczne złącza, dowolnego źródła cyfrowego (DAC) via: AES/EBU, coaxial, toslink, USB do komputera, via dwa porty host USB. Za łączność z siecią odpowiadają gigabitowy LAN oraz trzy zakresowe WiFi 802.11 B/G/N/AC. Jak widać, mamy obsługę najszybszego standardu sieci bezprzewodowej. To bardzo istotne udogodnienie, bo możemy w tym przypadku liczyć na szybkie, stabilne połączenie streamera z naszą infrastrukturą sieciową (byle była to sieć AC rzecz jasna, u jabłkolubów to obecnie standard). Dwie antenki, wkręcane w obudowę to znak, że ten klamot świetnie się sprawdzi w instalacji bezprzewodowej. Także, szykuje się kolejna, ciekawa alternatywa dla systemu opartego na komputerze z dakiem, względnie coś, co może być fundamentem cyfrowego zestawu audio z wieloma, różnorakimi źródłami (odtwarzacze stacjonarne av, komputery, handheldy i co tam jeszcze). Oczywiście postaramy się przetestować tego klamota u nas :) BTW najbliższa publikacja na #HDOpinie to wstępnie przez nas opisany & zapowiadany Aries Mini.

AURALiC ALTAIR powinien trafić do sprzedaży jeszcze w lipcu 2016 roku. AURALiC ALTAIR dostępne będą do testów w wybranych sklepach Audiokracja w Polsce. Cena detaliczna AURALiC ALTAIR to 8900 PLN z 23% VAT.

 

Poniżej pełen opis konstrukcji, taki ze szczególarskimi szczegółami (dla takich nerdów jak ja, to czysta poezja jest, a dla nie nerdów to trochę strata czasu ;-) )…

» Czytaj dalej

Gungnir Multibit w redakcji! Wyczynowy DAC do Schiit Audio

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Schiit_GM

Tak jak przetestowany u nas, znakomity Mjolnir 2 (jaka szkoda, że oba te urządzenia nie trafiły na siebie, jaka szkoda!) grał bez porównania ciekawiej od pierwszej generacji topowego wzmacniacza słuchawkowego z katalogu Schiit Audio, tak bohater niniejszego wpisu to ponownie …coś specjalnego, coś oryginalnego i koniec, końców całkowicie odmiennego od „pierwszego” Gungnira (na marginesie, to właściwie dwie wersje, równolegle oferowane na rynku). Tamten DAC dysponował układem delta-sigma, tytułowy zaś wyposażono w przetwornik multibitowy Analog Device AD5781 BRUZ. To robi, wierzcie mi, kolosalną różnicę. Co prawda pierwszego Gungnira nie słuchałem, opieram swoją opinię nt. tego urządzenia na relacji naszego stałego Czytelnika, ale to co usłyszałem w przypadku multibitowego układu od AD w Multibicie definiuje mi na nowo co potrafi zaprezentować cyfrowe źródło. To kolejny już raz (po teście thunderboltowego TAC-2, który – upieram się – gra na poziomie nieosiągalnym dla DACów zasilanych muzyką z portu USB za dziesięciokrotność sumy, którą zapłacimy za niego samego) kiedy zbieram szczękę z podłogi i zastanawiał się ile to jeszcze rzeczy tak bardzo mnie w życiu zaskoczy, bo nie o subtelne, a o konkretne różnice tu chodzi. Liczy się szybkość, liczą się szczegóły i liczy się przestrzeń. Brak ograniczeń w tym, co przed chwilą napisałem oznacza, że mamy brzmienie dalekie od tego, z czym kojarzy się „dźwięk cyfrowy”. To – krótko mówiąc – analogowe granie. Bez ograniczeń, bez kresu, bez żadnych „ale”. Swobodne, płynne – totalny luz, wolność.

Ok, będę tajemniczy i nie powiem (dużo) więcej, bo to zapowiedź jest i cóż, zaostrzę tylko apetyt na ciąg dalszy. Wypada jednak – jak już się powiedziało A, trochę na to B naprowadzić. To napiszę tak: jeżeli słuchacie symfonicznej, muzyki bardzo bogatej, aranżacji „barokowych”, muzyki pełnej treści / detali / wybrzmień to jest to DAC dla Was bez dwóch zdań. Także klasyka jak najbardziej (wspomniana symfoniczna), poza tym kapitalnie wypadają nagrania binauralne na tym przetworniku, bo jest tu nieprawdopodobnie wręcz reprodukowana przestrzeń, nieprawdopodobnie po prostu, a mi to jeszcze pogłębia zestaw, który gra z Gungnirem tj. dopiero co opisane Sapphire 23. No niebywała rzecz, jak to potrafi zagrać! Przełączenie na podstawkowe Topazy czy nEary05 (też przestrzenne granie, bo to monitory bliskiego pola są i tak grają – lubię takie granie bardzo :) ) utwierdziło mnie tylko w tym, co powyżej. Ten DAC gra niezwykle przestrzennie, to holograficzne reprodukowanie dźwięku, do tego TA DYNAMIKA. Wspomniane gatunki uzupełniłbym o metal, bo to jak system z Gungnirem Multibit radzi sobie z ciężkim repertuarem to prawdziwa poezja (rehehe) dla uszu. No nie mam pytań, nie mam wątpliwości, to robi różnicę. I chyba rozumiem zachwyty i drogę  zakupową co poniektórych, której efektem jest: „I’m full of schiit”. Taki zestaw, z naszym dead-endem Mjolnirem 2 i podpiętym do niego Gungnirem Multibit, (coś czuję, oj czuję) to jest właśnie TO. Cena? W naszym kraju tytułowy DAC kosztuje 6900 złotych.

Selektywne, niezwykle szczegółowe, rozdzielcze granie z niebywale dobrą górą. Pierwsze, wstępne wnioski po kilku godzinach katowania. Jako, że nEary są w salonie, a do Gungnira można podpiąć równocześnie system niezbalanowany (dzielony system NADa z Szafirami 23 z thunderboltowym hubem & iMakiem – źródłem) oraz system symetrycznie łączony (wspomniane aktywne monitory ESIO plus to co powyżej jako źródło) mogę sobie wygodnie słuchać muzyki na dwóch, mocno odmiennych, zestawach. Jak napisałem powyżej, DAC powędrował także na chwilę do gabinetu, gdzie podpięty był pod cyfrowy amp D3020 z Topazami monitor. Pokazał wtedy ponownie, że ma te hektary i ma te szczegóły, oj ma. Przepaść w porównaniu do wejść cyfrowych w integrze NADa oczywista. Cóż, wersja multibitowa to od strony typologii dokładnie to samo, co znajdziemy w zamykającym cennik superDACu Schiita: flagowym, high-endowym, naj, naj Yggdrasilu. Na marginesie, trzeba jeszcze zorganizować taki właśnie, topowy zestaw z Ragnarokiem oraz Yggdrasilem w celu dokładnego przetestowania w redakcji… tylko wtedy muszę jeszcze sobie ze dwa tygodnie wolnego wykroić koniecznie. Będzie to jeszcze w granicach naszego umownego 10 tysięcy za klamota. Dobrze, dość o tym, co byśmy…

Jako wisienkę pozostawiam sobie odsłuch na redakcyjnych LCD-3, bo to podobno idealny DAC pod te słuchawki. Zobaczymy czy tak jest w istocie (będzie towarzystwo lampy na moim, kolejny raz zmodyfikowanym, wzmacniaczu MiniWatt z nowym wkładem bańkowym – świetne lampy udało się dobrać właśnie! :-) ). Będzie więc Gungnir grał z M1 HPA Musical Fidelity, będzie także Capella Stana, wreszcie będzie testowany Z40 Myryada. Także sprawdzę dokładnie na czterech różnych wzmacniaczach, z których dwa są idealnymi partnerami dla (do niedawna) flagowych ortodynamików Audeze. Z innych słuchawek przewiduję K701, bo czuję że będzie to genialne połączenie z tym przetwornikiem. Te AKG są wymagające, potrafią w takim jw. repertuarze zawstydzić niejedne „parotysięczniki” i na pewno sprawdzę jak sobie w torze z tym Schiitem poradzą, jak zagrają.

Duża i ciężka obudowa mocno się nagrzewa (to taki znak firmowy ;-) ), jest typowo dla tego producenta „grubo ciosana” z jednego kawałka aluminium (front, góra). Boczki i dół to metalowe, też dość grube ścianki, z tyłu pysznią się wyjścia RCA/XLR oraz cztery wejścia cyfrowe (poza oczywistymi jest jeszcze BNC), wszystkie 24/192, obsługujące sygnał PCM (o DSD nie ma tu mowy). Dalej mamy metalowy hebelek mechanicznego wyłącznika zasilania, z przodu zaś tylko jeden przycisk wyboru źródła oraz dyskretne diody informujące o pracy, wybranym wejściu w DACu. Tyle. Na górze zaś, poza logo, klasyczne dla tego producenta kratki wentylacyjne, dodające uroku konstrukcji. Producent informuje o możliwości upgrade DACa w przyszłości (info na obudowie). Całość obsługiwana ręcznie, żadne tam piloty, żadne tam apki… tu liczy się dźwięk, samo sterowanie ogranicza się w sumie do włączenia/wyłączenia urządzenia (albo i nie – patrz niżej).

Aha – ważne – lepiej mieć Gungnira przez cały czas włączonego. On gra po godzinie inaczej (lepiej), a po dwóch/trzech gra swoje 100%… to sprzęt bardzo konkretnie reagujący na przepływ energii przez swoje trzewia, podobnie jak to było zresztą z Mjolnirem 2. W przypadku tego ostatniego urządzenia było to o tyle problematyczne, że poza poborem sporej dawki prądu, tamten amp miał sekcję lampową, a lampy 24/7 to lampy szybko zużywające się i średnia to opcja. Tak, czy inaczej, tak to działa. U mnie od 9 (klamot podpięty) do teraz tj. do 16 bez przerwy w użyciu i akurat tego klamota mam zamiar trzymać z wyżej wymienionych powodów stale pod prądem ;-) I jeszcze jedno, DAC trafił do nas już z niemałym przebiegiem, co może – jak piszą niektórzy – mieć istotny wpływ na jego walor soniczne. Także niech go ten prąd pieści ;-) długo i namiętnie i niech licznik godzin bije.

Na koniec tego rozbudowanego, początkowego opisu, wspomnę jeszcze o jednej rzeczy… przesłuchajcie sobie na takim multibitowym DACu (btw o różnicach technologicznych między najpopularniejszymi konstrukcjami delta-sigma a multibitami, o tego typu przetwornikach, przeczytacie we właściwej recenzji) jeszcze raz wszystkie wasze nagrania redbookowe. O ile są to dobre rejestracje, udane realizatorsko, dobrze nagrane płyty to …odkryjecie jak wiele informacji, jakie bogactwo kryje te 16/44. Odkryjecie, że wcale nie musi być hi-res (no w ogóle nie musi, pisałem o tym wielokrotnie) by zagrało zniewalająco dobrze. Raz jeszcze – nie cyferki tu robią różnicę! Słuchając na naszym thunderboltowym DACu ZOOM TAC-2 takich właśnie nagrań, nie raz, nie dwa nie było słychać żadnej różnicy, bo i nie mogło być słychać – grało to tak cholernie dobrze z materiałem (umownie) o jakości płyty CDA. To także oznacza, że DSD, które ma parę rzeczy do zaoferowania, nie powinno być traktowane jako fetysz, jako coś absolutnie niezbędnego… znowu branża zdaje się sugerować nam coś innego, ale więcej w tym marketingu, niż faktycznego progresu.

Nie chcę być źle zrozumiany – zapis jednobitowy bardzo sobie cenię, testy produktów KORGa (hardware oraz AudioGate o tu i tutaj) tylko utwierdziły mnie, że to świetny sposób na przeniesienie zapisu analogowego do świata cyfry, że takie nagrania (także w formie gotowych downloadów) są zazwyczaj bardzo wartościowe (nieliczne, patrząc na cały rynek fonograficzny, ale jak już są to zazwyczaj znakomicie to brzmi, czego nie da się powiedzieć o wszystkich „hiresach” PCM niestety, bo często 24 bit niczego konkretnie nie gwarantuje). Tak, są bardzo wartościowe, ale jak pokazuje Gungnir Multibit istotą nie są tu sposoby zapisu (bo to tylko i aż narzędzie), a całość, to czy ktoś zwyczajnie odrobił pracę domową i wykonał dobrą robotę w studiu. Jeżeli odrobił i to słychać to wtedy czeka nas uczta. Prawdziwa uczta! :)

Wracam do słuchania…

(poniżej…. do oglądania)

» Czytaj dalej

Małe FiiO w redakcji: amp A1 & DAP M3. Mały, ale wariat? Zobaczymy

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
FiiO_malutkie takie

Takie właśnie maluchy do nas trafiły: miniaturowy wzmacniacz A1 oraz też mikromały odtwarzacz osobisty M3. Z poziomu kliku tysięcy schodzimy do kilkuset złotych. I to raczej dwustu. I dobrze. Bo w audio można za grubą kasę, w domyśle (nie w rzeczywistości, jak nie raz się przekonałem) wszystko, można też inaczej – niewielki budżet plus ambitne cele. To, co testujemy to absolutny „entry level”, to produkty z kategorii Lo-Fi, takie, które swoją wartość mają udowodnić nie wysublimowanymi parametrami oraz formą (jest tanio, przypominam), a tym, co w sumie decyduje …jakością dźwięku. Ta ma być, bo przecież o to tutaj chodzi, lepsza niż z mobilnego źródła, czytaj ze smartfona z podpiętymi, firmowymi dokanałówkami. Przy czym DAP to taki mp3 player z domieszką cech droższych braci (czytaj, z obsługą formatów bezstratnych), amplifikacja natomiast to dopalacz tego, co fabryka dała w telefonie. Tyle. Oba formą nawiązują do jabłczanych iPodów (A1 jako żywo przypomina Suffle… ta sama bryła, obudowa, wielkość oraz sposób mocowania do np. paska spodni, M3 zaś to Nano, tyle że bez dotykowego ekranu).

Czy to dobrze, czy inaczej, ocenimy podczas właściwej recenzji, powiem tle tylko, że A1 bardzo fajnie integruje się nam z telefonem, bo w odróżnieniu od wielkich ampdaków, zwyczajnie nie przeszkadza, wygodnie umiejscowiony na garderobie łączy się przewodem z naszym smarfonem – nie ma mowy o niewygodnej, nieergonomicznej i utrudniającej obsługę telefonu kanapce. M3 zaś jest na tyle niewielki, że można go umieścić gdziekolwiek bądź, np. na ramieniu. W komplecie dają jakieś słuchawkowe wynalazki, pchełki takie jak na zdjęciu – cóż, sprawdzę, czy da się z tego słuchać. Poza tym podepniemy tego M3 pod coś lepszego (Momentum In-Ear oraz Momentum Wireless tworząc z podpiętym modułem bezprzewodowym Satrun do grajka zestaw bezdrutowy) i sprawdzimy, czy ten tani DAP można potraktować jako wartościowe źródło muzyki na wynos.

Oczywiście sprawdzę także zestaw firmowy A1 + M3, bo widzę tutaj atrakcyjny zestaw, który może być bardzo fajnym rozwiązaniem dla kogoś, kto szuka czegoś bardzo przystępnego cenowo, a jednocześnie czegoś, co mu zagra na odpowiednim poziomie. Ciekawe, co z tego wyjdzie? :) A1 ma aż trzy ustawienia podbicia basu, co może znacząco wpłynąć na to, co usłyszymy i jak usłyszymy. Także interesujące combo do testowania, a do tego wspomniane słuchawki Sennheisera oraz akcesoria (… dodatkowo porównam ten bass boost z patentem Oppo zastosowanym w HA-2, a co! :) ).

» Czytaj dalej