LogowanieZarejestruj się
News

Pojedynek na szczycie: HE-1000 vs MrSpeakers Ether Flow vs LCD-3

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170302_075639512_iOS

Z tym tytułowym szczytem to nie do końca tak, że szczyt, no może i szczyt, ale są (jeszcze) wyższe szczyty. Wspomniałem ostatnio o tym na łamach – nowe modele są dwa, trzy razy droższe od niedawnych top of the top i ten trend w katalogach specjalistów z branży wyraźnie widać. Ceny przebijają kolejne „granice”, docieramy do finansowej stratosfery. Mniejsza. To co udało mi się zgromadzić i porównać wyznacza horyzont możliwości, mimo droższych modeli jakie pojawiły się ostatnio – serio – szczerze wątpię w nawet 10% progres (odnośnie tych procentów, to w ogóle idiotyzm, żeby opisywać to w jakiejś skali… na tym pułapie to często subtelne „inaczej”, ale już niekoniecznie „lepiej” / „gorzej”). Nowe flagowce to często, gęsto (jeszcze) bardziej luksusowe materiały, ergonomiczne zmiany w konstrukcji, które mogą przełożyć się na większy komfort użytkowania oraz… jakaś legenda (o tym, „jak to w pocie czoła…” ;-) ). Nie chcę przez to powiedzieć, że dochodzimy do ściany, ale mówiąc wprost – najdroższe do niedawna słuchawki to poziom tak wyśrubowany, że zmiany, radykalne zmiany możliwe są chyba tylko w przypadku technologicznego przeskoku (vide grafen), zastosowania całkowicie nowych rozwiązań.

W naszym porównawczym teście zmierzyły się cztery znakomite nauszniki firm specjalizujących się w produkcji słuchawek planarnych: HiFiMAN HE-1000, dwa modele MrSpeakers Ether Flow (otwarte) oraz C (zamknięte), wreszcie opisane wcześniej, redakcyjne Audeze LCD-3 (jako punkt odniesienia). Na rynek trafiła nowsza wersja „tysięczników”, ze zmianami głównie pod kątem ergonomii, LCD-3 nadal są w ofercie, a Ethery to obecnie szczyt oferty MrSpeakers (które, jak pamiętacie, od paru miesięcy ma polskiego dystrybutora). Testowanie tych wszystkich nauszników było ciekawym doświadczeniem – z jednej strony macie obiektywnie bardzo wysoki poziom w przypadku każdej z wymienionych konstrukcji, generalnie rzecz ujmując – to, co możliwe jest do osiągnięcia w zakresie jakości brzmienia w przypadku słuchawek, z drugiej to inne smaki, one się znacząco różnią, to inny patent na dźwięk… tu (znowu generalizuje) nie ma wspólnego mianownika. Ktoś mógłby z miejsca zaprotestować – no ale jak to, przecież jest jakiś absolut, jakiś poziom doskonałości, coś co stanowi cel, metę… a tu mowa o różnych, bardzo różnych sposobach reprodukcji.

…z thunderboltowego pro toolsa. Cymes!

Nie ma czegoś takiego jak „absolut” w audio. Nie ma czegoś takiego jak wzorzec z Sevres. Nigdy nie było i nigdy nie będzie. Nie jest tym absolutem wyczynowa neutralność, nie jest hiperanalityczność, nie jest (bo nie występuje w przypadku reprodukowania muzyki w domu) kontrowersyjne „jak na żywo”. Drogi, które prowadzą do obiektywnie doskonałego dźwięku (przy wszystkich ograniczeniach wynikających z subiektywnej, indywidualnej oceny) są tak różne, że w ogóle trudno tu mówić o czymś, co stanowi patent do osiągnięcia audionirwany… tych patentów jest tak wiele… każdy konstruktor wybiera pewną drogę dojścia do zakładanego rezultatu. Jak wspomniałem powyżej, postęp w głośnikach, w sposobie reprodukowania dźwięku to nie IT (brak analogii), to powolny proces, a jakaś znaczącą rewolucję mogłoby wywołać dopiero wprowadzenie awangardowych materiałów. Bez tego o żadnej rewolucji (popatrzmy na kolumny) nie może być mowy. Ze słuchawkami jest o tyle inaczej, że pewne, istotne udoskonalenia, wymuszają okoliczności. Mamy mobile, mamy zmiany w dystrybucji muzyki, mamy popularyzację tego co i na uszach. A to niejako wymusza, ułatwia adaptacje nowych pomysłów, przy czym granice tego co można da się (podobnie jak w przypadku kolumn) przekroczyć wtedy, gdy nowe materiały pozwolą znieść ograniczenia fizyczne na jakie natrafili konstruktorzy, korzystający z dotychczasowych rozwiązań, technologii.

Tytułowe słuchawki są „naj”, ale to „naj” jest różnorodne, inne, to indywidualne wybory, to nasza wrażliwość, to nasz gust. Tu nie ma mowy o dźwięku niesatysfakcjonującym. Ba, tu nie ma mowy o dźwięku, który „nie podchodzi”, bo trudno mówić w przypadku tych nauszników o niedostatkach, o czymś, czego „nie ma”. Natomiast każda z tych konstrukcji odmiennie czaruje, odmiennie bierze nas w swoje władanie, pozwala w różny (tak, to dla portfela niewątpliwie przykre, ale najlepiej, bo najpełniej dla maniaka bezkompromisowego dźwięku z nauszników to mieć całą kolekcję takich flagowców) sposób przeżywać spotkanie z muzyką, na poziomie absolutnie topowym. No dobrze, ale mamy w tytule pojedynek, niech więc subiektywna ocena podkręci atmosferę, niech to porównanie nabierze nam nieco sportowego charakteru. Pamiętajmy tylko, że tu nie ma przegranych, nie ma konstrukcji, która „a jednak”, bo w przypadku takich słuchawek zwyczajnie nie ma o tym mowy…

 

Tak inne, choć przecież wszystkie planarne

Konstrukcyjna odmienność w trzech (a nawet czterech) odsłonach

Zacznijmy od najdroższych z całego towarzystwa. HE-1000. Pamiętam HE-6, wielkie, ciężkie, cholernie trudne do napędzenia słuchawki, z potężną elektrownią, jakie swego czasu testowałem na HDO. To niebo a ziemia. Szóstki robiły wrażenie, ale były to słuchawki strasznie niepraktyczne, nieergonomiczne, które wymagały odpowiedniego zaplecza. I najważniejsze – nie były na bardzo długie odsłuchy, bo waga, toporna konstrukcja padów dawały się we znaki. Przetestowane 1k to inna liga. Te nauszniki mogłyby pochodzić od zupełnie innego producenta (pierwsze generacje HiFiMANów pokazują… jak ogromny progres dokonał producent w zakresie ergonomii, wygody, jakości. Inaczej niż Audeze ;-) ), ale to ten sam HiFiMAN, ten sam, a jednak zupełnie inny, dbający o to, by nie tylko brzmiało, ale jeszcze nie męczyło i wyglądało. Pod tym względem to przepaść, a jak jeszcze skonfrontujemy z szósteczkami najnowszy warian v.2 tysięczników to… no właśnie, komentarz jest zwyczajnie zbędny.

Arystorkacja

Model 1k to konstrukcja wokółuszna, otwarta, planarna, z przetwornikami opartymi na bardzo cienkiej membranie, w której wkomponowano płaską folię z przewodami elektrycznymi. Cały ten element jest osadzony pomiędzy dwiema siatkami magnesów. W wyniku wytwarzania się pola magnetycznego podczas przepływu prądu, membrana wzbudza się, produkując falę akustyczną. Tak działają wszystkie planary, ale to co zrobił HiFiMAN inaczej, oryginalnie to opracował supercienką membranę o grubości zaledwie jednego nanometra, to raz, a dwa sama membrana jest największym tego typu przetwornikiem ortodynamicznym, a nawet (powierzchnia) największym tego typu elementem stosowanym obecnie w słuchawkach. Te dwie rzeczy ściśle się ze sobą łączą, bo można było zbudować takie słuchawki właśnie dzięki opracowanej, supercienskiej, superlekkiej i superwytrzymałej membranie. Opracowano własny materiał, ale to jeszcze nie wszystko, bo także magnesy są tu nietypowe, odmienne niż w wielu tego typu konstrukcjach na rynku. HiFiMAN zastosował niesymetryczny układ, z magnesami o różnej wielkości (mniejsze bliżej kanału dousznego), co skutkuje lepszym zogniskowaniem dźwięku, co przekłada się na lepsze wrażenia przestrzenne (stereofonia, zdradzę trochę, jest tu na poziomie wyczynowym – wrażenia chyba najbardziej zbliżone do kolumn w tym aspekcie). Tysięczniki mają 35-omową impedancję, ich skuteczność wynosi 90 dB a pasmo przenoszenia od 8 Hz do 65 kHz.

…na łbie, ale również na parapecie sobie siedzi (to ta sierściuchowa arystokracja)

Całość zaprojektowano w zgodzie z wymogami ludzkiej anatomii, wygodne, przyjemne w obcowaniu pady, lekkość, znakomity pałąk ze skórzaną obejmą powodują, że słuchanie muzyki z tysięczników to czysta przyjemność, to słuchawki na długie sesje odsłuchowe. Jak wspomniałem, niebo a ziemia w porównaniu z HE-6. Jak coś kosztuje tyle, ile kosztuje to powinno być odpowiednio opakowane… prawda? Jasne, że prawda. Dlatego też słuchawki docierają do nas w eleganckim, drewnianym pudle z odpowiednią piankową formą oraz zamszową okleiną. Mówimy o słuchawkach wybitnie stacjonarnych (przy czym nie chodzi tutaj o wagę, może bardziej wielkość, choć one na wynos byłyby nawet akceptowalne, bo bardzo wygodne jw. ale… to konstrukcja OTWARTA i to bezkompromisowo – wszystko słychać, wszystko), stąd nie znajdziemy w środku nosidełka / futerału i trudno mieć w tym względzie do kogokolwiek pretensje, natomiast miłym ukłonem w stronę użytkownika tych nauszników byłoby dodatnie jakiegoś eleganckiego stojaka (ewentualnie zintegrowanie takiego czegoś z pudłem… wyobraźnia podpowiada wiele możliwych rozwiązań). Z dodatków które są, trzeba wymienić aż trzy zestawy kabli słuchawkowych: z dużym (6,3mm) jackiem, zbalansowany z czteropinowym wtykiem XLR, oraz z małym jackiem (3,5mm). Innymi słowy możemy podpinać w każdych okolicznościach przyrody. Czy to stacjonarny amp z niesymetrycznym torem, czy taki wyczynowy jakiś z symetrycznymi we/wy, czy też źródło z małym jackiem (często, gęsto mobilne ampDACzki) – nic nas nie zaskoczy, bo mamy odpowiednie druty w pogotowiu. Ten kabel z mini jackiem ma półtora, nie 3 metry jak pozostałe i sugeruje, że jak ktoś chce sobie po chałupie, albo ogrodzie, włościach jakiś paradować z „Kałachem” ;-) (A&K), albo firmowym DAPem, to proszę bardzo. Każdy kabel rozwidla się na końcu, słuchawki łączym za pomocą dwóch 2.5mm jacków. To rozwiązanie nie tak „pro” jak szybkozłączki wielopinowe, ale… wygodne, pewne i nie trzeba w nic celować. HiFIMAN stosuje teraz to rozwiązanie we wszystkich swoich topowych konstrukcjach. Tyle o HiFiMANAch.

Tu nie ma to, albo to. Tu jest to i to!

Czas na MrSpekaers. Dwa modele, otwarty, zamknięty ze wspólnym mianownikiem w postaci tej samej konstrukcji przetwornika, pałąka oraz zaplecza (wejścia, okalbowanie). A jednak, mimo że tak wiele je łączy, dzieli je jeszcze więcej. To więcej, to właśnie zamknięcie całego układu w wariancie C w szczelnej obudowie. Zamknięte planary to rzadkość, bo zasada działania ortodynamicznego przetwornika wręcz wymusza otwartość konstrukcji, ale jak widać da się i ma to… o czym dalej… sens. Słuchawki są niezwykle lekkie (niecałe 400 gramów, a konkretnie 370). Niklowo-tytanowy pałąk (superlekki) wykonany z dwóch cienkich prętów obleczonych opaską, samoregulującą się na naszym czerepie. To niebywale prosta, wytrzymała, leciutka konstrukcja, której m.in. słuchawki zawdzięczają swoją filigranowość, wybitną (w segmencie nominalnie stacjonarnych nauszników) przenośność, fantastyczną wygodę. Powiem tak – to najwygodniejsze nauszniki jakie miałem kiedykolwiek na głowie. Bez żadnych „ale”. Ideał. Wzorzec. Patrząc na muszle widzimy, że podobnie jak w LCD-3 mamy do czynienia z idealnie okrągłą obudową, ale to co w środku jest już odmienne od konstrukcji Audeze oraz HiFiMANa, bardzo odmienne. Zastosowano okrągłe, nie prostokątne membrany, a ich konstrukcja łączy cechy słuchawek AMT oraz planarów; podobnie jak w AMT (Air Motion Transformer – rzecz spotykana w nielicznych, arcydrogich konstrukcjach, technologia wykonania przetworników, której główną zaletą ma być niebywale szybka reakcja na impulsy, na sygnał) mamy membranę w kształcie harmonijki, same przetworniki oparte są na dużych magnesach, podzielonych na sekcje.

Genialna forma

Bliska ideału

Kabel w komplecie może być tym docelowo użytkowanym

Piękne są

W metalowych listwach wykonano otwory, przez które to otwory przechodzi dźwięk, a w ulepszonej, testowanej wersji Flow nie tylko przez nie, ale także przez uformowaną powyżej listw maskownicę, której powierzchnia to zbiór niewielkich, lejkowatych trąbek. Ma ta maskownica zapobiegać wirom, interferencjom i odbiciom. To właśnie to FLOW. Coś, czego wcześniejszy wariant Etherów nie miał. Pamiętacie Audeze z usprawnieniem (możliwa modyfikacja egz. oryginalnie nie wyposażonego w to udogodnienie) polegającym na dodaniu do układu fazora? No właśnie, także tutaj konstruktor postanowił zmodyfikować pierwotną konstrukcję, dodając element, który w zamierzeniach ma pomóc w wydobyciu brzmienia krystalicznie czystego, pozbawionego jakichkolwiek interferencji. Czy to się udało, przeczytacie poniżej ;-) Pady to kolejna rzecz, wywołująca zachwyty. Są megawygodne, świetnie tłumią (co z zwnątrz), idealnie leżą. W środku wycięcie ma kształt prostokąta, stąd też znaczną część ucha (a właściwie, precyzyjniej, przestrzeni wokółusznej) obejmuje wygodny pad. Nic nie uciska, słuchawki świetnie trzymają się łba, a jednocześnie skutecznie uniemożliwiają dotarcie jakichkolwiek odgłosów z zewnątrz. Oczywiście wersja otwarta gra postronnym. Model C to błoga dla otoczenia cisza. A przy tym ta cisza nie jest okupiona wzrostem wagi! Właśnie, MrS zastosował niebywale lekką obudowę z włókna węglowego. Konstruktor uformował kompozyt, w środkowej części jest wklęsły, sama muszla jak wyżej doskonale separuje przetworniki, niczego na zewnętrz nie usłyszymy.

Przewód DUM z najlepszymi szybkozłączkami jakie widziałem w słuchawkach

Bardzo pro rozwiązano kwestie połączenia słuchawek z okablowaniem (do wyboru krótsze, lub dłuższe oraz jeden z jackiem lub XLR). Mamy szybkozłączki (firmowe kable DUM), lepsze, pewniejsze rozwiązanie od trzpieni zastosowanych w Audeze. Te złącze o konotacjach rodem z rynku profesjonalnego A/V działa wyśmienicie, gładko, czego nie da się powiedzieć o patencie zastosowanym przez Audeze. Same przewody są w materiałowym oplocie, nieco sztywne, nie układają się w sposób naturalny, ich jakość stoi na bardzo wysokim poziomie. Według mnie może to być docelowy przewód dla słuchawek, przy czym trzeba mocno zastanowić się nad wyborem, bo jak wyżej możemy skojarzyć nasze nowo zakupione Ethery z jednym przewodem, a drugi – gdy jest taka potrzeba – trzeba już dokupić (a kosztuje to 200 euro). Także krótki, albo długi, symetryczny czy niesymetryczny – trzeba się na coś zdecydować. Fajnie, że słuchawki poza kartonowymi (ładnymi) pudłami wyposażono także w przenośne futerały. Są one „anatomicznie” dopasowane do słuchawek, sztywne, mocne, wytrzymałe, baaaardzo przydatna rzecz, zwłaszcza dla użytkowników modelu zamkniętego, który spokojnie można wykorzystać na wynos. Futerał jest skórzany, z solidnym zamkiem, miękką wyściółką wewnątrz, mieści nasze nauszniki (kabel już niestety nie bardzo, szczególnie gdy zdecydujemy się na dłuższy), a dodatkowo jest bardzo, bardzo lekki. Dokładnie taki, jaki powinien być. Estetycznie wg. mnie też na plus, bo zarówno jakość materiałów, obszycie, wykonanie stoi tutaj na wysokim poziomie. Na górze mamy wytłoczone dumne MrSpeakers i można ruszać w świat ;-)

W przypadku wersji zamkniętej producent podaje, że jest to konstrukcja 23-ohmowa (impedancja), efektywność układu mamy na poziomie 96 dB/mW a wymiary przetwornika wynoszą 2.75” x 1.75” cala. W przypadku otwartych żadnych różnic nie zauważymy, przy czym producent podał także tolerancje, z jaką dopasował przetworniki… wynosi ona +/- 1.5db na kanał. To, na co warto od razu zwrócić uwagę, to teoretyczna, wynikająca z podanych parametrów, łatwość w wysterowaniu tych słuchawek. I faktycznie, można te słuchawki kojarzyć spokojnie z mobilnymi źródłami, nie ma absolutnie żadnych przeciwwskazań. Nawet jeżeli będziemy chcieli użyć jakiegoś iPoda (R.i.P raz jeszcze) to nie ma problemu – można. Oczywiście dobrze zadbać o odpowiednie towarzystwo na świeżym powietrzu, myślę że jakiś mobilny amp/DAC albo całościowe rozwiązanie w postaci DAPa będzie tu bardzo na miejscu.

 

Klasyka? 

Pozostały redakcyjne LCD-ki. Posłużę się wcześniejszym opisem (cała recenzja tutaj), przypominając, kto zacz:” Według producenta ten model dysponuje membraną, na którą mogą oddziaływać dużo większe siły niż w przypadku innych, firmowych konstrukcji. Najdłuższa cewka przetwornika oznaczać ma w praktyce ogromny zapas (patrz, wzmiankowana moc, podawana do przetworników) jaki mają te nauszniki, zapas pozwalający na granie bez ograniczeń, bez zniekształceń, przy czym w przypadku trójek wcale nie oznacza to konieczności podpięcia małej elektrowni (jak w przypadku HE-6, które dopiero wtedy pokazują na co je tak naprawdę stać). Mamy tutaj finezję, wyrafinowanie, połączone – właśnie – z brakiem ograniczeń, czyli można uznać przetestowane słuchawki za bardziej uniwersalne, dające szersze możliwości odnośnie doboru wzmacniacza. I tak jest w istocie, co rzecz jasna wcale nie oznacza, że Audeze zagrają z każdym wzmacniacze, tutaj także ważne jest dopasowanie, jak pisałem w przypadku HF-6, to nie był wg. mojej opinii optymalny wybór dla tej konstrukcji, na pewno szukałbym gdzie indziej. Tym „gdzie indziej” był u mnie lampowy Schiit (niestety przez chwilę) oraz Musical Fidelity M1HPA. To właśnie ten drugi wzmacniacz okazał się (mimo braku gniazd zbalansowanych, które warto wykorzystać, gdy amplifikacja oraz źródło pozwalają) bardzo dobrym partnerem dla trójek. Wiem, że będę musiał podpiąć je pod lampkę i to najlepiej jakiś kilkuwatowy, wzmacniaczyk zdolny do wygenerowania 4-10W, jakiś SET. Nie spodziewam się uzyskać lepszej dynamiki, bo akurat M1HPA oferują w tym zakresie wyjątkowo dużo i odnośnie tranzystora, takiego nie drogiego tranzystora, to właśnie ten konkretnie model amplifikacji uważam za bardzo trafny wybór pod te słuchawki, ale biorąc pod uwagę cechy brzmienia jakie wysuwają się na pierwszy plan w przypadku trójek, lampka może być dokładnie tym, czego nam potrzeba. To jednak nie zamyka tematu, bo jw. ten model jest otwarty na poszukiwania, można poprzez wybór wzmacniacza kształtować brzmienie, kształtować w ramach pewnego ustalonego porządku, bardzo, podkreślam bardzo bogatego, pięknego, spektakularnego przekazu, który może podlegać subtelnym zmianom, można pokreślić pewne cechy, można – dostarczając odpowiednią moc – uwypuklić to, co stanowi tutaj esencję, charakteryzuje charakter tych słuchawek.

W sumie, kto wie… może. Audeze powinno to i owo poprawić. Coś w tej materii się dzieje i dobrze, bo powinno

Słuchawki nie są tak trudne do wysterowania jak HE-6, jednak 15 watów jakimi można zasilić tytułowy model robią wrażenie. Innymi słowy bez żadnych ale, można trójki podpiąć do gniazd głośnikowych, szczególnie w przypadku lampowego wzmacniacza… co może okazać się strzałem w dziesiątkę. Optymalnie w instrukcji podano zakres od 1 do 4 W. Impedancja wynosi aż 110 Ω, przy bardzo wysokiej skuteczności – 93dB/1mW. Pasmo przenoszenia prawdziwie wyczynowe od 5 Hz do 50 kHz przy niskich zniekształceniach. Dołączone okablowanie można uznać za docelowe, to wysokiej jakości przewody, jeden zakończony zbalansowanym gniazdem XLR, drugi klasycznym dużym jackiem. Eksperymentować, kto komu zabroni, można, ale według mnie nie ma takiej potrzeby, bo firmowy zestaw gwarantuje wyciśnięcie maksimum rozkoszy, a ewentualne zmiany mogą po pierwsze coś popsuć, po drugie raczej zmodyfikować, a nie poprawić brzmienie. To dobra wiadomość, bo kupując te słuchawki, kupujemy coś nie wymagającego kosztownych zmian, zakupu dodatków …tutaj wszystko jest w komplecie, łącznie z odpowiednim opakowaniem (wolę militarną walizę, ze względu na brak obaw co do uszkodzenia drogocennej zawartości jak i samej skrzynki – można wszakże zamówić wersję wykonaną na wysoki połysk, z lakierowanym drewienkiem, taką elegancką, znaczy się), akcesoriami do czyszczenia etc.” Dodam do tego tylko, że cały mechanizm regulacji, pałąk to inna, gorsza bajka w porównaniu do poprzednio opisanych. Ergonomicznie są wyraźnie z tyłu. Ciężkie (za ciężkie), choć spoczywają wygodnie to jednak męczą (po dłuższym czasie), a do tego czuć pałąk (ucisk na czubku), sama zaś regulacja toporna, podatna na uszkodzenia, nie wygląda solidnie. To konstrukcja, którą zmodyfikowano (czwórki), przy czym nie uważam, że Audeze zrobiło wszystko co powinno zrobić, by dwa razy droższy (sic!) flagowiec był… wart wydania dwukrotności sumy za jaką wołają trójki. Tu na pierwszym, drugim, a nawet na trzecim miejscu jest dźwięk. A, jakby kogoś interesowało, przetestowaliśmy też dwójki. O tutaj można o tym przeczytać.

 

Różne źródła, wspólny mianownik: ROON. CMA600 okazał się (amp) doskonałym partnerem dla testowanych słuchawek. Doskonałym!

…ale DAC, tak DAC w CMA był tylko tłem dla DACa Sabre Pro v2 (test). Co to za maszyna! Inni za takie klamoty kilkadziesiąt k wołają.

Grało też na lampiszonach via głośnikowy router z gniazdkiem duży jacek

 

Odlot na cztery różne sposoby

Zacznę nie od HiFiMANów, a od duetu. Dlaczego tak? Ano dlatego, że miałem w przypadku tych słuchawek naprawdę długą, wielomiesięczną sesję i poza własnymi LCD-3, to właśnie te słuchawki udało mi najpełniej poznać. Słuchałem ich bez przerwy, myślę że z pół tysiąca godzin by się zebrało na liczniku. Gdy, w międzyczasie, trafiły do mnie 1k (i to na cały miesiąc, ale i tak stanowczo za krótko! ;-) ) zrobiłem sobie przerwę (no porównywałem, ale kilku sztuk na łbie nie można mieć równocześnie), po odsyłce znowu jak nie jedne, to drugie i tak na przemian. Także poznałem je dość dobrze, na tyle dobrze by wyrobić sobie bardzo konkretną opinię na temat tego, co przede wszystkim jest w tych nausznikach genialnego, co stanowi danie główne. Po pierwsze i to dotyczy obu konstrukcji, mamy dźwięk niebywale bogaty, nasycony, wręcz zniewalająco piękny. To czarusie, ale takie bez efekciarstwa, bez sztuczek, bo brzmienie jest naturalne, to muzykalne granie na poziomie pełnego zaangażowania, bez żadnego „ale z tym materiałem, to…”. Właśnie. Ethery są fantastyczne, bo potrafią wydobyć co najlepsze z każdego materiału, nawet niekoniecznie ulubiony kawałek, coś co do tej pory nie specjalnie przykuwało naszą uwagę (są takie utwory, są takie albumy, oj są i nie jest ich mało), nagle stawiane jest w zupełnie innym świetle. To jest niesamowite. Bo odkrywanie muzyki w ten sposób, kiedy tak naprawdę zdajemy sobie sprawę, że jednak g…. wiemy, że może warto posłuchać wielu rzeczy, dać im szansę, bo właśnie coś sobie uświadomiliśmy, jest przeżyciem mocno niepowtarzalnym. Słuchawki dają takie możliwości, bo pozwalają (te najlepsze) obcować z muzyką bez udziału dodatkowego czynnika (pomieszczenia), bezpośrednio, tak jak to sobie twórca wykoncypował i finalnie zrobił. Zresztą nie o wierność tu chodzi stricte, a o coś innego – to przecież nadal jakaś forma interpretacji (dotyczy to każdego reprodukującego dźwięk systemu/efektora) – chodzi o nowe doznania, nowe emocje, coś co potrafi nas tak po prostu zaskoczyć. Czy zawsze pozytywnie? To już zależy od materiału, ale to co odkryjemy przy okazji jest nasze i to naprawdę robi ogromne wrażenie.

To wspólne cechy, a gdzie różnice? Te są i to bardzo wyraźnie są. Otóż wersja C (zamknięta) jest znacznie bardziej „sfokusowana”. To nie jest subtelna różnica, a różnica zasadnicza. To inny rodzaj przekazu, kiedy dźwięk jest albo studyjny, albo z zamkniętej sali koncertowej, albo z pleneru. I nie chodzi o repertuar, a o sposób kreacji przestrzeni. W zamkniętych mamy pogłosy trzymane w ryzach, one są, ale one nie dominują, one są tłem. W otwartych zaś to swoboda, wręcz pewna taka nonszalancja (ale bez zguby, bez zguby, to znaczy bez negatywnych aspektów), ale znowu pokazująca muzykę w innym wymiarze, w inny sposób, ale TEN SPOSÓB, właściwy, tyle że właśnie inny. Myślę, że to dość czytelne porównanie… z jednej mamy koncert w jakimś określonym ścianami miejscu (C), a z drugiej jest Opera Leśna, jest muszla koncertowa i cały Boży świat. Wow. Im dłużej słuchałem tych słuchawek, im większy miały przebieg (starałem się żadnej nie faworyzować) tym było to czytelniejsze, oczywistsze i bardzo, jak wspomniałem, różnicujące te konstrukcje. Zamknięcie przetwornika w kompozytowej obudowie zmienia nam optykę, wróć, zmienia nam odsłuch, to dwie różne interpretacje, obie wyśmienite, obie z bogactwem treści, ale właśnie obie inaczej. I to jest właśnie świetne! To jest właśnie coś, co powoduje, że słuchanie sprzętu nigdy się nie znudzi, nigdy nie będzie sztuką dla sztuki. Bo możemy liczyć na inne doznania, na inne emocje, słuchając naszej ulubionej muzyki.

Zamknięte

Oczywiście te wrażenia przestrzenne mają swoje odbicie w naszym odbiorze innych aspektów brzmienia. Otwarte Mr.Speakers są „hej do przodu”, potrafią wybrzmieć wręcz na granicy chaotyczności (pokazuje to określony repertuar, u mnie m.in. była to industrial i muzyka eksperymentalna). Trudny w odbiorze i trudny dla samych przetworników materiał w wersji C wyraźnie spokorniał, ale raczej mówimy tu o uporządkowaniu, a nie o ułagodzeniu. Także w tym lepsze według mnie były Flow C, ale też tam gdzie chciałem szaleństwa, gdzie miało być tylko dalej i dalej i mocniej otwarte oszałamiały, atakowały zmysły silniej, mocniej, to było TO. Rozumiecie o czym teraz mówię? Niby te słuchawki oparto na wspólnym mianowniku, zastosowano te same technologie w budowie, użyto tych samych materiałów, a efekt przez jeden istotny szczegół jest tak finalnie inny. I tu nie ma, naprawdę nie ma mowy o „te jednak lepsze”, bo tu nie ma lepsze. Coś możemy stracić, coś możemy zyskać, ale w obu przypadkach mamy muzyczną ucztę i podróż, która w pełni nas angażuje. Jak sobie przypomnę jak wypadają na obu (ale inaczej) damskie wokalizy to robi mi się zwyczajnie smutno bardzo, że już uszu nie cieszą, już nie. Ehhh!

Mobilne combo marzeń

Jesteśmy tu i teraz, nie liczy się to co nas otacza, liczy się to co gra nam na uszach. Obie konstrukcje dają nam takie coś w pakiecie, a zamknięte dodatkowo, także dzięki większej uniwersalności (bo poza stacjonarnym słuchaniem, jak najbardziej na wynos się nadają) pozwalają przenieść ten lepszy świat w każde miejsce. Wystarczy tylko podpiąć dobrego DAPa, albo jakiegoś amp/DACa i już. I warto, bo te słuchawki mają taki potencjał, że zwyczajnie zmarnujemy go podpinając je do telefonu. Można to zrobić. Zagrają. Można, ale to wcale nie oznacza, że należy. Znakomicie pokazał to przetestowany przez nas następca (teraz to już w ogóle, po zaprzestaniu produkcji) iPoda Nano tzn. HiFiMAN Supermini (patrz test). Co to był za dźwięk, co to była za uczta. I to z takiego niepozornego malca, z takiego grzdyla. Jeżeli miałbym porównać sprzęt grający w ten właśnie sposób, to znaczy jaka „kubatura” gra i jak gra to powiedziałbym, że ten Supermini niszczy system. Z Etherami Flow C niszczy. Rewelacja czysta, szczególnie gdy zagrało 2L z tych ich najlepszych, rejestrowanych w norweskich kościołach sesji. O mamuniu, to było naprawdę coś. Materiał DSD to było też coś (choć tutaj minimalnie, ale jednak, chciałbym nieco więcej mocy w odtwarzaczu), a binauralne dźwięki? Jak ktoś chce przenieść sobie dźwięk wyczynowy w plener, a jednocześnie chce wygodnie, lekko, bezinwazyjnie (przecież ten player to żadna cegła, a leciutki Nano właśnie) to już nie musi szukać, bo znalazł. Ogromne wrażenie, ogromne, bo na wynos zazwyczaj oznacza jakiś kompromis, no zwyczajnie nie da się niby w pełni odtworzyć dźwięku na poziomie stacjonarnych klamotów, bo tu zaplecza nie ma, są fizyczne ograniczenia, uwarunkowania. Błąd. Można, da się. Niewątpliwie zasługa to MrS. które są tak proste, tak łatwe do wysterowania, tak nie wymagające, że takie połączenie to gwarantowany sukces. Z „Kałachem” (Astell&Kern) też zapewne byłoby zniewalająco. Byłoby zapewne, ale jak dokładnie to nie powiem, bo akurat nie miałem…

…. a może by tak dla odmiany otwarte? Trudno było się zdecydować, oj trudno!

Mógłbym jeszcze sporo napisać o szczegółowości, o wybitnej rozdzielczości tych nauszników, mógłbym o genialnym basie, zniewalającej średnicy, o wysokich… o szerokim, koherentnym paśmie. No mógłbym. Ale to co powyżej to właśnie, według mnie clou. Te słuchawki są cholernie dobre. I te otwarte i te zamknięte, przy czym te zamknięte mogą więcej i patrząc na rzecz praktycznie są bezpieczniejszym wyborem. No tak. Chrzanić bezpieczne wybory, bo jak wyżej wspomniałem, ja tam te otwarte za tę ich bezkompromisowość i za tę swobodę, za to co potrafią wyczarować zwyczajnie nie umiałbym przekreślić na zasadzie – nie będzie mi tego brakować. Nie, bo będzie. I to jest właśnie cały tragizm sytuacji. Płynność, swoboda, ta wolność wybrzmień, ten sposób na zniewolenie są tu tak jednoznacznie uzależniające, że zwyczajnie nie da się, mając obie konstrukcje, dokonać bezbolesnego wyboru. Coś sobie utniemy. Masakra! Albo i nie, ale to oznacza jakieś 18 tysięcy mniej w portfelu, chyba że do głosu dojdą negocjacje handlowe ;-)

 

Wielogodzinne sesje? Nie problem. Wróć. Problem… jak to wielogodzinne? A życie? A chrzanić to! ;-)

HE-1000. Zawsze gdy nakładałem te słuchawki podczas imprez branżowych jakoś niekoniecznie chciało mi się nie tylko zdejmować, ale próbować innych smaków. To było i jest moje granie. Moje. To bardzo subiektywna ocena, bo też jak już coś takiego znajdziemy, to siłą rzeczy, nawet na „chłodno” i tak nam się udziela, i tak nie pozostaje bez wpływu i tak wychodzi, co wychodzi. A wychodzi następująco – to, owszem, arystokracja, to coś wybitnie na fotel, kanapę, ze szklaneczką, to coś wymagające od nas rezerwacji czasu (no to się akurat tyczy każdej z recenzowanych konstrukcji), coś co raczej nie będzie miało konkurencji w tym sensie, że zostanie i będzie na zawsze. Co, jak wspomniałem, absolutnie nie wyklucza innych nauszników. Ba, powiem więcej, mimo że to dźwięk obiektywnie najwyższej próby, to jednak taki właśnie, określony, specyficzny, to słuchawki operujące arsenałem często odmiennych (niż opisane powyżej MrS) środków. Efekt jest tak czy inaczej piorunujący. To właśnie efekt mierzony dziesiątkami godzin spędzonych w przyjemnym letargu (co jednakowoż rodzi określone konsekwencje – przestrzegam i ostrzegam) stanowi wspólny mianownik. Inaczej, a tak samo wciągająco, tak samo uzależniająco.

No dobrze, a konkretnie? Te słuchawki otwierają przed nami świat muzycznych doznań, otwierają bo potrafią stworzyć ułudę braku jakichkolwiek granic, nie grają „w głowie”, tylko na głowie siedzą i wokół niej tworzą jakiś cholernie nierzeczywisty/rzeczywisty spektakl. Przestrzeń, ale taka w wymiarze holo jest tu na dzień dobry. To nie słuchawki (bo fizyka, bo jak coś na głowie, ma grać w pełni swobodnie, jak najlepsze zestawy głośnikowe… no jak?). Takie mamy odczucia, takie mamy wrażenia, gdy zaczniemy przygodę. A dalej jest jeszcze ciekawiej, bo te słuchawki potrafią grać niebywale wręcz czysto, szczegółowo, nie ma nic, nic co mogłoby je tutaj ograniczać. To jest precyzja jakiej gdzie indziej na takim poziomie, zwyczajnie, nie znajdziecie. Oczywiście mocno to uzależnia tysięczniki od materiału. One nie wybaczają (MrS są dużo bardziej wyrozumiałe). Tu nie ma, że coś tam sobie w tle ma i nie będzie przeszkadzać… bo będzie. Tu nie można iść na żadne skróty!

Mamy więc tutaj na absolutnie najwyższym, możliwym poziomie rozdzielczość, skutkującą wybitną detalicznością, a ta połączona z transparentnością i przestrzennością przenosi nas do innego wymiaru. Byle by zadbać o odpowiedni materiał. Te słuchawki nie są jednoznacznie muzykalne, nie, one idą bardziej w stronę analityczności, ale te wszystkie wymienione cechy wprzęgnięte w całościowy obraz muzyczny powodują, że są to słuchawki zniewalające, nie pozwalające przejść obojętnie, bo tu macie wszystko jak na tacy. Prawda, oczywiście może być jak u nieodżałowanego Tischnera wielowymiarowa, ale tutaj jesteśmy blisko jakiegoś, ja wiem, Absolutu? Tak pisałem powyżej, że nie występuje. Cóż, to takie relacje mistyczne już, choć jak wspomniałem nie ma tu miejsca na serce, a bardziej na rozum, emocje są wzbudzane zupełnie inaczej, innymi środkami niż w przypadku MrS, a już krańcowo inaczej niż w przypadku LCD-3. Zupełnie inne światy, inne patenty, a ponownie ten sam mianownik. My. Nasza przyjemność, nasza satysfakcja, nasze uzależnienie.

Inaczej, ale efekt podobny. Nie da rady się odkleić. Nie da.

Ten bas, to dociążenie, ta wzmiankowana już swoboda. To rzeczy, które zostają w głowie, to się w-d-r-u-k-o-w-u-j-e i trudno to potem ot, tak, z głowy wyrzucić. Kolejny problem, bo macie coś jakże innego od opisanych, a jakże mocno przyciągającego. Patrząc szerzej, są słuchawki, tysiące słuchawek, które grają poprawnie, które potrafią, ale które nie będą w żadnym, no żadnym aspekcie konkurentem dla tytułowych nauszników. Ot mają coś, ale jak je sobie porównamy to nie ma o czym mówić. To jest jakiś punkt odniesienia, jakaś skala bezwzględna. Cóż, osiem tysięcy to osiem tysięcy, nie cztery, nie dwa, choć (przecież) te niższe szczyty są też piękne, też urodziwe i dają dzięki swojej przystępności dużo więcej – realnej – przyjemności. Ale też są słuchawki drogie, dobre, które w konfrontacji polegną z kretesem. Nie będę ich wymieniał  - większość konstrukcji dynamicznych by się tutaj załapała, ale nie tylko takich słuchawek, bo elektrostaty też bez pudła (niestety, teraz już wiem, że nawet najdroższe Staksy są w pewnych aspektach brzmienia …ubogie!), także patrząc na to pod kątem „szukam najlepszych” to co powyżej/poniżej może stanowić konkretną wskazówkę.

No dobrze, czy te HE-1000 to Złoty Graal zatem? Nie, to nie jest Złoty Graal. Nie jest, bo muzyka jaką prezentują w tak niebywale wręcz wyczynowy sposób, podawana jest nam jednak na dystans, to nie jest jw. serce, to rozum. Tu emocje grają, ale grają inną piosenkę, zupełnie inną od tej serwowanej przez Audeze oraz MrS. Ten dystans nie jest czymś obiektywnie złym, to nie jest żaden zarzut. Ja lubię taki przekaz, tak jak lubię gorące zaanagażowanie. Lubię fiordy, lubię Toskanię. Co poradzić. Obie te rzeczy lubię, obie są piękne, fantastyczne, ale zupełnie innym pięknem, zupełnie czymś innym w obu przypadkach się zachwycam. I to jest ta różnorodność, która w audio daje nam taką frajdę, gdy nie zamykamy się w jakimś określonym schemacie (naprawdę – nie warto!), a właśnie poszerzamy swoje horyzonty o nowe, odmienne doznania. HE-1000 są wybitne, są jednymi z najlepszych słuchawek jakie kiedykolwiek pojawiły się na rynku. Ale nie są jedne, jedyne – nawet dla kogoś, kto lubi tak właśnie, nie muszą być ostatecznym wyborem. Co prowadzi do prostego wniosku: nie ma, bo i być nie może, czegoś takiego jak Złoty Graal. I na całe, cholera, szczęście… Chcę jeszcze być czymś zaskoczony w życiu, a nie ściana. Prawda? ;-) Gładki, wziewny, totalnie swobodny dźwięk HiFiMANów był zatem świetną odskocznią od moich LCDków, był ciekawym „a teraz coś z zupełnie innej beczki” doświadczeniem po kilkuset godzinach odsłuchu fantastycznych Etherów. Był orzeźwiający, był potrzebny, dawał szersze spojrzenie na całość.

Tu z testowanymi swego czasu HE-6.

Na koniec tej wyliczanki LCDki-3. Będzie krótko, bo powyżej macie link do całej recenzji, ale w kontekście trzeba i warto. To – w skrócie – emocje. Wulkan. To jeszcze bardziej serce, niż rozum, porównując z MrS (które są zwyczajnie dźwiękowo bardziej złożone, oferują całościowo więcej od Audeze). To słuchawki dla wrażliwca (nadwrażliwca). Za takiego się nie uważam, ale je mam i decydując się na nie, nie miałem żadnych wahań, żadnych wątpliwości. Już tłumaczę dlaczego. Lubię być zaskakiwany, lubię jak coś dzieje się zupełnie bez udziału reguł, liczb, uporządkowanych procesów. Lubię chaos, lubię jak coś wymyka się poza rozumowe poznanie, daje (nawet jeżeli to ułuda) możliwość swobodnej, dzikiej ekspresji, bez narzuconych ograniczeń. Lubię żywioł. LCDki takie są. Obiektywnie najsłabsze, bo zbudowane w sposób, że tak powiem, przypadkowy, gdzie ten przypadek to wypadkowa materiałów, konstrukcji, wykonania, wreszcie (kto wie, kto wie) pewnego ideowego wyboru… niech będzie to nieuporządkowane, ale niech będzie właśnie takie, jak powyżej. I – według mnie – jest. Dlatego pisałem o czystej rozkoszy, o tej średnicy, której nie da się z niczym porównać, o tych cielesnych inklinacjach, jakie rodzą się w głowie. Bo te słuchawki takie są. Nie są doskonałe (w formie wręcz dalekie), ale są doskonałe, na swój sposób. Nie potrafią wielu wymienionych powyżej rzeczy, ale to w ogóle nie przeszkadza, bo w zamian mamy …właśnie… Toskanię. Piękną, fantastyczną, rozleniwującą oraz rozanielającą Toskanię. Miejsce gdzie można przepaść. Te słuchawki dają to, co daje gramofon. Jako źródło – obiektywnie – pełne wad, ograniczeń, w zakresie parametrów w ogóle daleko, daleko za tym co później, a jednak… igła, płyta, lekki trzask i DŹWIĘK. Taki namacalny, intymny, tu i teraz, mój. To jest właśnie różnica, to jest właśnie taki patent (a nie taki, jak wymienione powyżej) na… to samo. Na radochę z odtwarzania każdej kolejnej płyty, na cieszenie się z każdego kolejnego, odtworzonego kawałka. Czy można zakochać się w głosie, w śpiewie? No można. Można nie znać, nie widzieć, a można się zakochać. Te słuchawki to narzędzie, które na to pozwala. Amen.

 

A gdyby tak… się rozmarzyłem

Co z tego wszystkiego wynika?

No cóż, dla kogoś, kto nie chce się zamykać na nowe odkrycia, chce różnorodności prowadzącej do czystej, brzmieniowej rozkoszy to spore wyzwanie (finansowe). Bo oczywiście można dokonać zero jedynkowego wyboru, ale taki wybór będzie… kompromisem. Coś stracimy, zyskując subiektywnie to, na czym (powiedzmy) nam bardziej zależy. Dlatego rozumiem doskonale szczęściarzy, którzy budują sobie system oparty na paru wzmacniaczach oraz – właśnie – kolekcji kilku, a nawet nastu high-endowych słuchawek. Bo tu mamy po prostu inaczej. Na co innego zwrócimy uwagę, co innego nas zachwyci i żeby nie było … te słuchawki nie grają tak, że im czegoś brakuje, że czegoś tu ewidentnie nie ma, jest mniej, coś nas uwiera. Właśnie nie! To jest ten poziom, gdzie z jednej strony niuansujemy, ale też możemy odbierać muzykę w pełni, gdzie emocje, nasze wrażenia potęgowane są przez znakomite możliwości, umiejętności opisanych powyżej konstrukcji. A że nie jest na jedno kopyto, że te słuchawki potrafią w tak różny sposób dostarczyć nam przyjemności? No przecież o to tu właśnie chodzi, jaki byłby świat nudny, jakże mało ciekawy, bez tej całej różnorodności. Tu mamy ucztę, która ma czasami całkowicie tak różny, odmienny charakter (tak, kulinaria bardzo dobrze oddają, w czym rzecz), a wychodzimy z restauracji (stajemy na zdrętwiałych nogach po całonocnej sesji odsłuchowej ;-) ) w pełni usatysfakcjonowani, zadowoleni. Cieżko się zdecydować, bo też jak ktoś (szczególnie jak ktoś) ma mocno eklektyczne upodobania gatunkowe, muzyki słucha bardzo zróżnicowanej to… musi zastanowić się, czy w przypadku słuchawek jednak nie należałoby dobrać sobie kilku narzędzi, które przeniosą nad do lepszej rzeczywistości. Tu nie ma wyraźnych zwycięzców ani pokonanych, choć publikacja kończy się na ocenie z wyraźnym wskazaniem. Innymi słowy, decydując się na któreś z tych nauszników wchodzicie do klubu, gdzie – właśnie – przebywają ci, którzy zdobywają szczyty. Bo to niewątpliwie najlepsze, co można obecnie uzyskać, wciskając coś na głowę. Tu nie analizujemy brzmienia, a chłoniemy i się nim delektujemy. W różny sposób.

HE-1000 są bezwzględnie zniewalające. Zniewalają przestrzenią, zniewalają rozdzielczością, są po prostu wyczynowe w tym co robią. Właściwie za ich pomocą odkrywacie muzykę na nowo, i to odkrywacie tę dobrze niby przez was znaną, słuchaną muzykę. To jest coś, co robi zawsze wrażenie, właściwie nie da się obojętnie słuchać czegoś, mając na łbie tysięczniki. Nie da się. Można tylko poddać się, odlecieć i (niestety) potem wrócić. Bezsprzecznie do stacjonarnego toru, takiego z ambicjami, zachwyty bez żadnych „ale” (bo, jak wspomniałem, uniwersalne przy tym jak cholera są) …to jakby oczywisty wybór. Tyle, że dla mnie, nawet 1k nie zamyka tematu…

Bo są Ethery. A Ethery Flow to ideał, wzorzec, konstrukcyjnie najbardziej dopracowana rzecz, jaką miałem na głowie. Wszystko, absolutnie wszytko jest tutaj na miejscu. Starasz się znaleźć jakiś słaby punkt i rozkładasz bezradnie ręce. Najgorsze w tym wszystkim jest to, moi drodzy, że obie konstrukcje, choć zbliżone (gdy zestawimy je z Audeze czy HiFiMANami) oferują zupełnie inne możliwości i kuszą, właśnie, w duecie. Tragedia! ;-) Zamknięta konstrukcja nie tylko sprawdzi się w wielu sytuacjach bardziej (to niby oczywiste), ale zademonstruje także rzeczy, których otwarty model nie tylko nie potrafi, co nie akcentuje. To coś, co znowu posługując się kulinarnymi porównaniami, możemy zestawić ze znakomitą potrawą, która jednakowoż smakuje czasami wyraźnie inaczej, gdy na stole wyląduje bardzo różne butelki wina. I co wtedy? Czy zrezygnujemy z czegoś, w imię czegoś? A może jednak nie, może zamiast dokonywać bolesnego wyboru, przyjmiemy do wiadomości że WSZYSTKO się liczy, że wszystko ma znaczenie. I pójdziemy bezkompromisowo, zaakceptujemy po prostu, że nie można sobie odmawiać tych innych smaków, że tu nie ma miejsca na „zamiast”. Także taki duet może być w ogóle fajnym pomysłem na zbudowanie sobie rozwiązania nie tylko bardzo uniwersalnego, nie tylko wieloscenariuszowego, ale dodatkowo, pozwalającego właśnie cieszyć się świetnym dźwiękiem na dwa, odmienne sposoby. A jak do tego dodamy… no dobrze, może jednak powolutku.

Wreszcie Audeze. Znam je na wylot. Wiem, że z kontrolą jakości bywa różnie, że są egzemplarze brzmiące bardzo inaczej, że to ergonomicznie odstaje od tego, co powyżej. Wyraźnie. Mam też świadomość, że mój pierwotny opis tej konstrukcji nieco się zdezaktualizował (co jest akurat zrozumiałe). Tyle, że jak już sobie je włożę na głowę, jak mi zaśpiewa któraś z moich ulubionych pań, to przestaje się dla mnie liczyć to wszystko i ten stan jakby niweluje inne okoliczności. Obiektywnie, to słuchawki, które w porównaniu z propozycją HiFiMANa oraz MrSpeakers mają pewne, konkretne wady, ułomności wynikające z ich niedoskonałej konstrukcji. Trzeba o tym pamiętać. Natomiast po wcześniejszym odsłuchaniu konkretnego egz., po odtworzeniu przekrojowo naszej kolekcji dźwięków, może się okazać, że będziecie tak samo uzależnieni od tego narkotyku, jak niżej podpisany. Te słuchawki w sportowej rywalizacji odstają. Tak. Tyle, że dla Ciebie, drogi Czytelniku, może to nie mieć większego znaczenia… Jeżeli trafi Wam się okazja (ale koniecznie posłuchajcie, koniecznie, przed zakupem) to cóż. Moim zdaniem można od tych wcześniejszych modeli Audeze rozpocząć kolekcjonowanie high-endowych słuchawek. To ma sens. Nawet bardziej niż zakup przykładowo, wymagających HD-800, czy HE-6. Jak nie 3 to 2-ki.

Fajne jest to, że wyczynowy system słuchawkowy i tak wyjdzie zazwyczaj dużo taniej od wyczynowego, opartego na kolumnach. Oczywiście, nie porównuję tego, bo to różne światy, ale też pewna wskazówka, że gdzieś jednak (jednak) można dokonać wyboru. Ja dokonałem, decydując się na słuchawki, w przypadku kolumn zaś miało być, jest i będzie przystępnie, budżetowo, nie stratosferycznie. Do porównań hajendy bardzo przydatne* ale do wyrobienia całościowej opinii i przekazania jej Wam… to właśnie tak. W końcu słuchamy zazwyczaj muzyki na systemach za parę tysięcy, prawda? A, że każdy element się liczy… no właśnie. To działa w obie strony. Zawsze gdzieś są ograniczenia i to warto uwzględnić (przypominać o tym, bo jak nie to czytamy czasami takie kwiatki, że głowa boli). Ze słuchawkami jest – co oczywiste – łatwiej, bo można słuchać na każdym poziomie. Jedyne, co martwi, dla kolekcjonera, to fakt szybkiego podkręcania cen flagowych modeli, które (wg. mnie) zaczynają grać bardziej forsą, a nie faktycznymi umiejętnościami. Na szczęście zaplecze (jakiś amp) też jakby na innym poziomie (cenowym). Słuchawki dają możliwości.

Morał tej historii jest taki: można mieć różne smaki i warto je mieć. Warto.

 

 

…dla HE-1000 za całokształt. Być może nowa wersja daje jeszcze więcej satysfakcji, ale patrząc pragmatycznie? Jeżeli dodatkowo v.1 w dobrej (niższej cenie) to mamy „docelowe” słuchawki na całe życie

…dla MrSpeakers Ether Flow & Flow C za najlepsze wyważenie cech: znakomita wygoda, znakomity dźwięk, no i można na wynos. Jeżeli nie kolekcja, a te jedne, jedyne to… właśnie Ethery x2!

Zweryfikowaliśmy naszą ocenę. Niby własna koszula bliższa ciału ;-) , a jednak… LCD-3 to świetne brzmienie, natomiast ergonomia tutaj – powiedzmy to sobie wprost – kuleje


Serdeczne podziękowania za wypożyczenie, zorganizowanie oraz za ułatwienie w uskutecznieniu niniejszego testu dla:

Autor: Antoni Woźniak

 Ceny:

HiFiMAN HE-1000 od 9999 do 11999zł
MrSpeakers Ether Flow/Flow C 8990zł
Audeze LCD-3 od 7999 do 8950zł

 

* dostęp jest, o czym każdorazowo informuję w publikacjach, gdy coś jest słuchane na high-endach.

 

PS. Będzie osobno o Questyle CMA600i. Początkowo myślałem, żeby przy okazji opisać, ale ten klamot definitywnie zasługuje na osobną recenzję i tak też będzie. DAC mniej zasługuje, ale ten amp! I jeszcze w tej cenie, którą dał polski dystrybutor. Podobnie jak MrS testował się dłuuuugo, co też pozwoliło na wnikliwą ocenę… Już niebawem :)


Sprzęt redakcyjny (recenzje w linkach):

• Software: front-end ROON (tutajtutaj i tu) oraz AudioGate (opis w tym miejscu) @ OSX 10.12/Win10
• Zestaw #1 salon: NAD C315BEE oraz C515BEE (nasz test)
• Zestaw #2 gabinet: NAD D3020 (amp do szybkiego testowania bezprzewodowego dźwięku via DLNA/AirPlay oraz Bluetooth – nasz test)
• Zestaw #3 salon: przedwzmacniacz NAD 1020 (gramofonowy pre), NAD T743 (jako końcówka mocy)
• Kolumny Pylon Sapphire 23 (test), kolumny Pylon Topaz 20 (nasz test), kolumny Pylon Topaz Monitor (test); aktywne monitory ESIO nEar05 Classic II
• Głośniki bezprzewodowe / multistrefowe / soundbary: Bowers&Wilkins Zeppelin Air (nasz test) oraz Sonos Play:1 & bridge (test)
• DAC: Korg DS-DAC-100 (nasz test), Arcam rDAC (nasz test), Beresford TC-7520 (nasz test), AudioQuest DragonFly (nasz test), M2Tech hiFace DAC (nasz test), thunderboltowy interferjs audio TAC-2 ZOOM & Elgato hub/dock (nasz test), Audio-gd NFB-2 (@Wolfsonach), testowany: m2TEch Evo 2 DAC Plus & CLOCK 2 (nasz test) oraz Questyle CMA600i
• Główne źródła cyfrowe: iMac (Roon core), Squeezebox Touch (nasz test), MacBook Air (Roon Bridge, Vox Player, Tidal/Spotify), MiniX FookoPC (Roon Bridge / foobar / Audiogate miniPC pod audio patrz test)
• Konwerter SPDIF-USB: M2Tech hiFace Two (nasz test)
• Uzupełniające źródła cyfrowe: PlayStation 3 (dla SACD & BD Audio), handheldy Apple, Toshiba E-1 (HD-DVD koncerty), zestaw bezprzewodowy AirDAC firmy NuForce (test), Apple TV z AirPlay via SPDIF,  2x AirPort Express 2012 z AirPlay via SPDIF, adapter BT z obsługą aptX Saturn, 2xChromecast Audio (nasz test), Sonos multiroom, tablet PC (Win10) Asus Vivo Tab Smart (foobar + ASIO via USB) oraz odtwarzacz CDA Onkyo C-705TX
• Gramofon NAD 5120 (odbudowany i zmodyfikowany)
• Bufor lampowy DIY (CDA Onkyo)
• Wzmacniacze słuchawkowe: Musical Fidelity M1HPA (nasz test), MiniWatt N3 z lampami: 12u7x Brimar BVA CV4035 (NOS) & EL84 TELAM (NOS) (router głośnikowy BTech wyposażony w wyj. słuchawkowe 6.3 w torze)
• Słuchawki: AKG K701 (nasz test), Sennheiser HD650, HiFiMan HE-400 (nasz test), Sennheiser Momentum (nasz test) oraz Audeze LCD-3 (nasz test), Sennheiser Momentum Wireless Over-Ear (nasz test), Momentum In-Ear (nasz test)
• Sterowanie/źródła mobilne: iPod Touch, iPhone, iPad
• Okablowanie: Supra DAC, Dual, USB oraz Trico (analog, cyfra), Procab (analog – głośnikowe), Prolink (cyfra), Belkin (cyfra -> USB), Audioquest Evergreen (analog), Melodika (cyfra, interkonekt oraz głośnikowe – system), HiFiMAN HE-Adapter (XLR), okablowanie ProCaba (XLR, TRS)
• Routery audio: Beresford TC-7220 (nasz test), przełącznik źródeł ProJect Switch Box (nasz test), przełącznik źródeł BT-31
• Zasilanie: Tomanek ULPS dla rDAC & SB Touch (nasz test), listwa APC (SA PF-8), listwa Tomanek TAP6 (test), listwa TAP8 z DC blockerem (test) oraz TAP4 (test),  kable Supra LoRad

 

Jeszcze uzupełnimy o materiał faktofotograficzny publikację. Coś c.a. 400+ zdjęć się zebrało. Także jeszcze trochę pracy przed nami ;-)  

Dodaj komentarz