LogowanieZarejestruj się
News

Kino spotyka audio i co z tego wynika: wszystkograj Egreat A10

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170921_082721065_iOS-e1510678073252-600x266

Mieć jedną skrzynkę, która wszystko „ogarnia”, daje dostęp, łączy funkcjonalność w kinie i w audio… marzenie ściętej głowy? Ktoś powie komputer. Tak, komputer na pewno pozwoli na nieograniczone możliwości w zakresie odtwarzania, ale komputer jest pełen wad. Każdy to przyzna, kto ugryzł temat i używał nawet dedykowanego HTPC. To zawsze jakiś kompromis, bo chłodzenie (aktywne – choć da się to dzisiaj obejść), bo interakcja (komputerowy system nigdy nie będzie łatwy do zarządzania z pilota, czy handhelda), bo wymagania (wiele pary w gwizdek, bo „duży” OS) już nie wspominając o tym, że trzeba się trochę znać, umieć skonfigurować, dbać o bezpieczeństwo (to też do pewnego stopnia da się obejść). Jak widać, mocno komplikuje to sprawę i dlatego, od wielu lat na rynku znaleźć można skrzynki, które czy to lokalnie, czy także z Internetu grają, odtwarzają i – co stanowi ich wielką przewagę nad PC – nie wymagają. Rozwiązania gotowe do użytkowania wprost z pudełka. Obecnie układy montowane w tych boksach dysponują możliwościami równorzędnymi z tym, co siedzi w „lekkim” systemie komputerowym, takim energooszczędnym, dostosowanym konstrukcyjnie do potrzeb związanych z AV (wspomniane HTPC). Ktoś rezolutnie zwróci uwagę na możliwość bezprzewodowego strumieniowania z komputera, tabletu, czy smartfona treści wprost na telewizor, do systemu AV zbudowanego wokół amplitunera kina domowego etc. i powie: po co mnożyć byty? Cóż, taka opcja owszem, daje nam pewną swobodę i wygodę, ale nie daje nam wszystkiego, a wręcz zubaża nas znacząco, bo ani wielokanałowego dźwięku w najlepszym standardzie, ani strumienia 4K, ani najlepszej jakości dźwięku (audio) w ten sposób nie prześlemy, nie zobaczymy/usłyszymy, to jeszcze na dodatek trudno będzie tu mówić o spójnym rozwiązaniu, które pozwala na swobodne, wygodne korzystanie z wszelkich treści.

No dobrze, to jedna skrzynka co wszystko łączy i jeszcze daje się zintegrować z dowolnym AV? Niby banał, a jak się okaże wcale nie banał i zbudowanie takiego urządzenia, bezkompromisowo łączącego możliwości w zakresie odtwarzania najlepszych jakościowo materiałów, wsparcia dla strumieni z sieci (usługi!) oraz integracji ze sprzętem AV to spore wyzwanie. Pierwsza z brzegu funkcjonalność, często eliminująca 99% tego typu skrzynek… podłączenie pod dobry przetwornik C/A, podłączenie via USB nie SPDIF (bo tam mamy ograniczenia odnośnie materiału, tylko do 24/192 i w większości wypadków tylko PCM) do systemu audio i już znalezienie takiego multistreamera okazuje się bardzo trudne. Kolejna rzecz – najnowsze standardy AV. Znowu mamy wojnę formatów, jest Dolby Vision, jest HDR (w paru wariantach), trochę lepiej jest z dźwiękiem, choć i tutaj wsparcie dla Dolby Atomos w wielu wypadkach nie jest wcale oczywistością. Kolejna sprawa to dostęp do usług streamingowych… to dopiero problem, bo restrykcje, bo regionalizacje, bo obostrzenia związane z typem urządzenia / platformą systemową. Sprawa, jak widać, mocno nam się komplikuje. Dodajmy do tego prosty w obsłudze, w pełni dostosowany do pilota (tego żaden PC wam nigdy w pełni nie zagwarantuje – nie ma opcji) interfejs, UX na odpowiednio wysokim poziomie, wraz ze stabilnością, szybkością i dobrym wsparciem ze strony producenta (tu trzeba często aktualizować, bo choćby dostęp do treści strumieniowanych z Internetu tego dzisiaj wymaga) to właściwie mission imposible. I żeby jeszcze potrafiło, to, to odtwarzać płyty Blu-ray (też UHD) z pełnym menu z dysku/ów? Jak to wszystko pogodzić, jak zrobić to tak, by faktycznie wszystokograj „dawał radę” i łączył oba światy: kina oraz audio w ramach jednej propozycji sprzętowej?

Odpowiedzią na to może być tytułowa skrzynka all-in-one firmy Egreat, model A10. To ambitna odpowiedź na wspomniane powyżej dylematy, wymagania, próba stworzenia całościowego rozwiązania, które „da radę”. Przez ostatnie kilka tygodni intensywnie rzecz testowałem. Przeegzaminowałem w każdej, ważnej z punktu widzenia wideo oraz audiofila dziedzinie (nie, nie przesadzam, bo funkcjonalność/możliwości miały gwarantować „wszystko w jednym” w systemie audiowizyjnym z ekranem 4K najnowszej generacji oraz high-endowym sprzętem audio) i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że to pierwsze, oparte na Androidzie, urządzenie, które może stanowić alternatywę dla „komputerów”, bez kompromisów jakościowych, bez „ale tego się nie da”, z pełną integracją z torem wizyjnym i audio z najwyższej półki. Z jednym zastrzeżeniem, zastrzeżeniem dotyczącym usług streamingowych wideo, przy czym mówimy tutaj o dostępie do płatnych serwisów, bo możliwość strumieniowania czegokolwiek via XBMC/Kodi/VidOn w tej skrzynce rzecz jasna jest, plug-iny (add-ony) są, ale jako się rzekło wcześniej – dostęp do treści jak z jakiegoś dekodera płatnej TV czy smartTV, choć występuje nominalnie, to jeszcze nie działa perfekcyjnie, jeszcze szwankuje. Wpływ na to mają wspomniane obostrzenia, wiele rzeczy wykracza poza pole działania producenta boksa, tego się niestety nie da obejść, ale nie zapominajmy, że taki A10, dzięki mobilnemu systemowi jaki na nim „siedzi” jest future proof. Oczywiście pod warunkiem utrzymania wsparcia i możliwości przyszłej instalacji nowych wersji oprogramowania systemowego, ale to – jak zapewnia producent – mamy mieć w standardzie.

Zobaczmy zatem jak to jest mieć takiego wszystkograja, skrzynkę eliminującą konieczność użytkowania w kinie i w audio jakiegoś komputera, pozwalającą na integrację z torem audio, odtwarzającą dowolne treści ze wsparciem dla najnowszych formatów audiowizyjnych. A10 był dawcą treści dla systemu opartego na wykorzystywanym w roli procesora dźwięku OPPO BDP-205 (zapowiedź) oraz Auralic Polaris (w konfiguracji power DACa, tj. wzmacniacza czepiącego sygnał via USB z Egreata, patrz nasze pierwsze wrażenia) oraz konstelacji innych ampów (bo wiele kanałów), amplitunerów (bo obadanie współpracy), licznych głośników oraz akcesoriów AV (ekstraktory). Jako ekran testowy służył nam najnowszy odbiornik Samsunga UHD quantumdot o przekątnej 65″.

Nie przedłużając ponad miarę wstępniaka, zapraszam do zapoznania się z naszymi wrażeniami z testu odtwarzacza sieciowego A10:

» Czytaj dalej

HiFiMAN mobilnie i dynamicznie: Edition S aka kameleon

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
unspecified-6

Tym razem nie planarne, tylko klasyczna konstrukcja dynamiczna. Tym razem nie do domu, a na wynos. Inaczej niż praktycznie wszystkie słuchawki nauszne, które do tej pory oferował HiFiMAN, bo biorąc pod uwagę formę to zarówno HE-300 (test tutaj) będące – także – nietypowo dla tego producenta – konstrukcją dynamiczną, jak i moje ulubione HE-400 (nasza recenzja) to dotychczasowa produkcja nawiązywała projektem do _typowo stacjonarnych_ modeli oferowanych przez tego producenta. Tu mamy nowość i to właśnie konkretną nowość, bo model Edition S w niczym nie przypomina dotychczasowych „pancerników” ;-) To lekka, w pełni dopasowana do tego na wynos konstrukcja, która – tak, tak, składa się jak na przenośne nauszniki przystało. To po pierwsze.

Po drugie – i warto to podkreślić – to nie 40 milimetrów (albo i mniej) jak w typowych przenośnych nausznikach, a całe 50mm z wyczynowymi parametrami tj.: 113dB realnej skuteczności przy ledwie 18 ohmach. Czytaj – będzie to, to grało prawdopodobnie z każdym, nawet najbardziej rachitycznym, anemicznym wzmacniaczem wbudowanym w smartfona czy tablet, dodatkowo zaoferuje konkretne atrakcje dzięki wspomnianym, dużym przetwornikom jakie zastosowali w tym projekcie ludzie z HiFiMANa.

No dobrze, a skąd ten kameleon w tytule newsa? No właśnie, unikalną rzeczą jest także możliwość konwersji tych słuchawek – mamy specjalne nakładki, które powodują, że słuchawki są albo otwarte (zdejmujemy), albo zamknięte (nakładamy). To chyba jedyny taki produkt, dostępny obecnie na rynku, oferujący taką konwersję. Już wiecie co to oznacza… mamy naturalną separację od świata zewnętrznego, dokonywaną w klasyczny sposób (a nie za pomocą jakiś aktywnych systemów ANC), albo otwarte muszle, pozwalające cieszyć się z dźwięku np. w domowych warunkach, korzystając ze słuchawek stacjonarnie. Wpływ na brzmienie oczywisty. Tutaj serwowane jako 2-w-1. Fajny patent!

Edition S to pierwsze w historii firmy słuchawki i jedyne w tej cenie łączące w sobie dobrodziejstwa konstrukcji otwartej oraz zamkniętej. Dzięki montowanym na magnes klipsom zasłaniającym przetwornik szerokie możliwości regulacji brzmienia leżą od tej pory w rękach użytkowników. Po zdjęciu klipsów możemy otrzymać dźwięk bardziej przestrzenny i szerszą scenę muzyczną, a przy tym nasze uszy będą lepiej wentylowane. Z kolei założenie klipsów pozwoli na odsłuch w miejscach, gdzie hałas nie pozwala na korzystanie z otwartych konstrukcji.

Co jeszcze pojawiło się po raz pierwszy w nausznikach HiFiMANa? Ano pilot z mikrofonem się pojawił, poza tym te słuchawki są bardzo lekkie (tylko 250g.) co znowu wyróżnia je na tle dotychczasowej oferty producenta. Asymetryczne pady oraz ergonomiczny pałąk mają zapewnić wyjątkowy komfort. W przypadku mobilnego grania, gdzie nie można oprzeć głowy o poduszkę, wygodnie usiąść (bo akurat się przemieszczamy) to plus waga wyznacza sens lub bezsens użytkowania takich słuchawek. Cóż, trzeba będzie to sprawdzić, nie ma innego wyjścia ;-) Słuchawki są już dostępne w sprzedaży na terenie RP. Pierwsza taka, w pełni „mobile” konstrukcja HiFiMANa. Brakowało takiego produktu w ofercie. Do teraz…

Ile za taką przyjemność? Mówią 1345zł. Postaramy się w najbliższym czasie przetestować.

Podsumowując, nowe Edition S to m.in.:

  • 50mm przetwornik dynamiczny o skuteczności 113dB i impedancji 18 ohm
  • konstrukcja obudowy przetwornika przygotowana od odsłuchu otwartego lub zamkniętego –
  • regulowana za pomocą klipsów zamocowanych na magnesach
  • super lekki i wygodny pałąk równomiernie rozkładający nacisk na całą powierzchnię głowy
  • asymetryczne hybrydowe (połączenie perforowanej skóry i weluru) nausznice
  • zainspirowane nausznicami z modeli HE-400i oraz HE-560
  • kabel z mikrofonem i uniwersalnym sterowaniem dla iOS / Android / Windows
  • waga całości to mniej niż 250 gram

Poniżej parę dodatkowych zdjęć prezentujących słuchawki (wspomniane konwertery/słuchawki złożone/pałąk):

» Czytaj dalej

DP-X1 wreszcie na rynku. Topowy DAP od Onkyo w sklepach!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2016-05-01 o 22.52.29

Wspominałem o tym playerze. Wreszcie jest. Długo przyszło na niego czekać, ale też gwoli sprawiedliwości, producent wprowadził do projektu wiele usprawnień i stąd poślizg. Najważniejsza informacja brzmi – jest streaming, jest Tidal, można zatem uznać DP-X1 za alternatywę dla smartfona z jednym wszakże ale – nadal nie zdecydowano się na umieszczenie w DAPie (wzorem tabletów) własnego modułu komórkowego. Wielka szkoda. Możemy strumieniować w jakości płyty CDA, co więcej możemy (czy zaraz będziemy mogli) strumieniować hi-resy w formacie MQA. Player jest na to sprzętowo przygotowany. To maszyna, która może z powodzeniem konkurować z propozycjami Astell&Kern czy HiFiMANa. Propozycja rodzimego przemysłu (Sony) jest droższa (a nie ma takich możliwości, co opisywany DAP) lub tańsza vide Pioneer. Ten ostatni to uboższa wersja opisywanego produktu, player który pojawił się na rynku parę miesięcy temu. No dobrze, co poza streamingiem oferuje Onkyo, zapytacie. Oferuje całkiem sporo.

Za 899 dolarów dostajemy wykonanego w metalu, androidowego grajka z obsługą DSD 256 (11.2MHz) oraz plików PCM do 384kHz (DXD), wyposażonego w dwa oddzielne (po jednym na kanał) przetworniki C/A ESS Sabre (9018M). Do tego konstrukcja dual mono (wzmacniacze), odseparowanie całej ścieżki sygnału od modułu zasilającego (bateria) oraz części procesorowej (główny układ ARM kontrolujący działanie playera). A to jeszcze nie wszystko –  mamy do dyspozycji maksymalnie 432GB pamięci (dwie karty SD po 200GB plus pamięć 32GB wbudowana), 4.7″ ekran dotykowy 720p oraz bateria pozwalająca na 16 godzin działania. Niewykluczone, że uda się sprawdzić jak to gra i odnieść wrażenia z testu do doświadczeń wyniesionych z testów AK120/240 oraz HM8xx/9xx. To jedna z najciekawszych propozycji w tym segmencie rynku.

Recenzja nowego M-Stage: Matrix HPA-3U

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
01

Nowy model ma szansę powtórzyć sukces poprzednika. To wzmacniacz z wbudowanym przetwornikiem opartym na kości XMOS z obsługą sygnału PCM 24/192 oraz DSD 64 (wyłącznie DoP), zdolny do współpracy z mobilną elektroniką @ iOS/Androidzie. Przetestowałem go gruntownie, także na wspomnianych systemach mobilnych oraz komputerach z Windowsem oraz OSX-em. To urządzenie pierwszorzędnie wykonane, z dbałością o każdy detal, z bardzo dobrymi komponentami użytymi w konstrukcji. Matrix udowadnia po raz kolejny, że jego klamoty to pierwsza liga, to nie jest jakiś przypadkowy, tani sprzęt a porządne, konkretne HiFi. Tym, co w M-Stage było i jest najistotniejsze, to oczywiście świetnie zrealizowana sekcja wzmacniacza słuchawkowego, to stanowi clou tej konstrukcji. W przypadku omawianego urządzenia dostajemy ponadto przedwzmacniacz analogowy (jedno źródło analogowe można podpiąć, szkoda btw, że nie zaoferowano takiej opcji w przypadku nowego Quattro 2 Advanced) oraz wymienionego powyżej DACa.

Ten DAC jest na tyle dobry, że ta integracja praktycznie zamyka temat komputerowego interfejsu – wystarczy jakikolwiek transport plików (nie musi być PC/Mac, wystarczy tablet a nawet smartfon) i już można grać. Plusem takiego rozwiązania jest dostęp do dowolnych sieciowych źródeł muzyki, nie tylko lokalnych oraz wygoda obsługi. Matrix HPA-3U to typowo desktopowe rozwiązanie i wg. mnie nic nie stoi na przeszkodzie, by ten amp/DAC wylądował właśnie na sekretarzyku, na biurku z podpiętym via camera kit (albo bezpośrednio w przypadku obsługi OTG na urządzeniu z Androidem) tabletem czy telefonem. Do tego jakieś dobre słuchawki i już można mieć system.

Oczywiście można też inaczej. Dzięki wspomnianemu preampowi, integracji z komputerowym transportem oraz wyjściu na resztę toru HPA-3U może także pełnić funkcję głównego DACa w systemie. Co prawda forma na to raczej nie wskazuje (a na biurko właśnie), ale z powodzeniem można opisywane urządzenie użyć w salonowym HiFi. U mnie grało to z elektroniką NADa na kolumnach Pylon Audio Sapphire 23 i poza brakiem zdalnego sterowania (tylko manualna obsługa) miałem w torze konkretny przetwornik z opcją podpięcia analogowego źródła (podpiąłem SBT grającego z analogowych wyjść, w gabinecie zaś był to kompakt firmy Onkyo). Sprzęt dzięki grubej, metalowej obudowie z obfitymi radiatorami po bokach oraz odpowiednio naciętymi otworami wentylacyjnymi nagrzewał się nieznacznie, był ciepły, ale nie gorący, co kontrastowało wyraźnie z transportem / odtwarzaczem Auralica – jak wspominałem Aries Mini to niezły piecyk, a przecież tam niczego nie wzmacniamy, a nawet niekoniecznie konwertujemy, tylko przesyłamy…

Dobrze, dość dywagacji, dlaczego nowy M-Stage jest taki dobry (ostrzę sobie zęby na jego wersję zbalansowaną, bez DACa… a i właśnie ogłosili klasyka, patrz nasz wpis tutaj)? Ano dlatego jest…

» Czytaj dalej

FooKo Pi… opisany przez nas mikro PC, dodatkowo z ekranem

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Tidal_t

Pamiętacie opis malutkiego PC, który bardzo nam się spodobał… FooKo PC / MiniX PC? Pojawia się w dystrybucji wersja rozbudowana o ekran dotykowy. Innymi słowy nie potrzebujemy w takim wariancie podpięcia pod zewnętrzny monitor / HDTV by móc sterować odtwarzaniem muzyki. Rzecz jasna filmów na 7-9″ ekranie oglądać nie polecamy, ale jest to ciekawe udogodnienie, szczególnie dla kogoś, kto chce stworzyć sobie gabinetowo/biurkowy zestaw złożony z jakiegoś przetwornika, PC jako źródła i słuchawek. Alternatywnie można na przetestowanym przez nas Fooko PC zainstalować oprogramowanie ROON, któ®e da się sterować bezproblemowo z dotykowego wyświetlacza iPada. Do wyboru, do koloru…

W przypadku FooKo Pi (Pipo) łączymy te funkcjonalności, bo mamy w tym przypadku do czynienia z hybrydą, bardzo ciekawa hybrydą łączącą Winodwsa 10 z Androidem. Możliwe jest płynne przełączanie między systemami, można zatem swobodnie korzystać z wybranej opcji (OS) bez konieczności restartu urządzenia. FooKo Pi korzysta z czterordzeniowego procesora Intel Z3736F w architekturze x86, z nowe integry (grafika) Intela oraz 2 GB pamięci operacyjnej RAM DDR3. Użytkownik ma do dyspozycji 32GB pamięci wewnętrznej Flash z możliwością rozbudowania przez USB lub kartę micro SD. W sumie zestaw złącz składa się czterech portów USB 2.0, jednego gniazda micro USB oraz czytnika kart TF. Łączność bezprzewodową zapewnia moduł WiFi w standardzie 802.11 b/n/g, karta sieciowa 10/100Mb oraz Bluetooth w wersji 4.0. Gama wyjść audio-wideo obejmuje standardowe złącze słuchawkowe 3,5 mm oraz HDMI 1.4 umożliwiające podłączenie FooKo to telewizora lub monitora. Funkcję wyświetlacza może jednak z powodzeniem przejąć wbudowany – zależnie od wersji 7- lub 9-calowy − ekran dotykowy z matrycą IPS. Dzięki nieznacznemu pochyleniu gwarantuje wyjątkowo dużą wygodę podczas korzystania z urządzenia. Wszystkie podzespoły są zamknięte w eleganckiej, minimalistycznej obudowie z umieszczonymi po bokach dwoma głośnikami stereo, przyciskami regulacji głośności i wyłącznikiem oraz anteną WiFi z tyłu.

W ofercie C4i FooKo Pi jest dostępne w dwóch wariantach, różniących się rozmiarem wyświetlacza. Wersja 7-calowa – FooKo Pi kosztuje 800 zł, zaś wersja 9-calowa – FooKo Pi 2 to wydatek 949 zł. Ponadto istnieje możliwość zakupienia bliźniaczego urządzenia o bardzo podobnej specyfikacji i identycznym rodzaju oprogramowania, jednak bez ekranu dotykowego i systemu Android – klasycznego FooKo PC Box W10 w cenie 899 zł. Wszystkie produkty są objęte 12-miesięczną gwarancją producenta dla firm oraz 24-miesięczną dla użytkowników domowych.

Poniżej galeria prezentująca opisaną hybrydę wraz z opisem możliwych zastosowań, przygotowanym przez dystrybutora C4I:

» Czytaj dalej

Onkyo i Pioneer z superDAPami. W tym miesiącu premiera DP-X1 & XDP-100R

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Onkyo DP-X1_1

Mówimy o urządzeniach z najwyższej półki, z tym że Pioneer to tańsza odmiana odtwarzacza osobistego z pojedynczą kością Sabre, zaś Onkyo to high-end pełną gębą z baterią (dwóch) kości przetwornika Sabre 9018, w konfiguracji jeden przetwornik przypadający na jeden kanał (cała konstrukcja to pełne dual mono patrz spec.). Nie mogę się doczekać rynkowej premiery tych DAPów, wierzę że Japończycy staną na wysokości zadania, tym bardziej wierzę, że w obu przypadkach będzie mariaż Androida z najlepszym obecnie, mobilnym oprogramowaniem do odtwarzania dowolnego, w tym najwyższej jakości, materiału muzycznego – HF Player. Ten software, w obecnej formie, nie ma sobie – piszę to z pełnym przekonaniem – równych. Wart jest wydania 9 euro, a w przypadku tytułowego sprzętu będziecie to mieli rzecz jasna w standardzie (na bazie tego softu zbudowano firmowe odtwarzacze w tych DAPach). Sprzęt pokazano po raz pierwszy na IFA 2015, jednak dopiero teraz ma swoją rynkową premierę. Czego tam nie będzie? Oj wszytko będzie, zresztą popatrzcie na specyfikację z wyszczególnieniem różnic między modelami.

Najpierw to, co różni oba modele:

Onkyo DP-X1: dwa przetworniki (2x, po jednym na kanał) ESS Sabre ES9018K2M, dwa wzmacniacze (2x, po jednym na kanał) ESS Sabre 9601K  (konfiguracja BTL oraz ACG). Wyjścia zbalansowane 2.5mm, oraz SE audio jack 3.5mm. Moc wyjściowa: 150mW+150mW (zbal.), 75mW+75mW (SE). Obsługa słuchawek od 16Ω do 600Ω – coś czuje, że tutaj faktycznie nie będzie słuchawek, których ten DAP nam nie obsłuży. Żadnych ograniczeń.

Pioneer XDP-100R: 1x ESS Sabre ES9018K2M, 1x ESS Sabre 9601K, audio jack 3.5mm. Moc wyjściowa: 75mW+75mW. Wsparcie dla słuchawek 16Ω do 300Ω.

DP-X1 & XDP-100R wspólne cechy:

Android 5.1.1 (różne skórki, ten sam soft do odtwarzania)
CPU: Snapdragon 800 2.2ghz Quadcore
Ekran 4.7″ 1280*720 HD (312 PPI)
2GB RAM
32GB wew. pamięci
Dwa sloty dla kart Micro SD (SDXC) – maks. 512GB
Komunikacja: WiFi 802.11ac, DLNA Bluetooth AptX
Dostęp do: Google apps, Spotify, Tidal, Deezer, etc.
Obsługa dźwięku: odtwarzanie MQA, PCM 384khz (DXD) DSD 256
Ust. gain: Low/Normal/High
Cyfrowe wyjście via usb – DoP DSD 256 oraz PCM do 384khz (DXD)
Tryb usb OTG
Potencjometr ze 161 krokami (!!!)

Ustawienia dźwięku:

- 11 zakresowy korektor parametryczny
- upsampling 384khz (w pełni konfigurowalny)
- konwersja z PCM do DSD 128 w locie
- dwa filtry cyfrowe: szybki i wolny
- rozbudowany DSP (możliwości programowania wraz z aktualizacjami oprogramowania)
- ustawienie balansu osobno dla lewego jak i prawego kanału

Czas odtwarzania hi-res to minimum 16 godzin! Całość obudowy wykonana w aluminium. Waga to słuszne 203 gramy, wymiary: 130 x 76 x 13mm.

Godni przeciwnicy dla high-ednowych HiFiMANów oraz Astell & Kern? Na to wygląda. Szczególnie ten Onkyo zwraca na siebie uwagę, możliwości ma wyczynowe. Znakomicie, że w końcu pojawiają się DAPy z softwarem systemowym dającym w praktyce dostęp do dowolnego źródła dźwięku z sieci. Pisałem o tym wcześniej, że pojawienie się takiego sprzętu to wyłącznie kwestia czasu. Oczywiście osoby poszukujące w pełni uniwersalnego źródła, takiego które łączy w sobie cechy wysokiej klasy grajka jak i urządzenia służącego do komunikacji i tak wybiorą smartfona z dodatkiem mobilnego DACa i trudno z takim podejściem polemizować, w końcu nie każdy chce mnożyć byty. Tyle, że argument o graniu wyłącznie z pamięci odtwarzacza przestaje być aktualny – wystarczy sparować z telefonem grajka i już można grać z Tidala. I o to chodzi! Do tego cała pamięć przeznaczona na najlepszy jakościowo materiał, jaki znajduje się w naszej kolekcji i można ruszać w świat, mając dostęp do CAŁEJ swojej muzyki (właściwie to brakuje tutaj Loopa, choć otwartość na inny software może pozwolić na doinstalowanie takiego oprogramowania w przyszłości). W sumie, mając dostęp do prywatnej chmury, nie ma przeciwwskazań do trzymania całej biblioteki, nawet kilkuset gigabajtowej, dostępnej w każdej lokalizacji. Archiwa muzyczne hi-res dostępne z chmury, przy obecnie oferowanych 30-50GB transferu miesięcznie (tak, tyle można obecnie bez przeszkód uzyskać od operatorów w kraju) zaczyna nabierać sensu. Najlepszy jakościowo materiał na takim, jak powyżej, DAPie robi różnicę. Po prostu robi.

Będę polował na te odtwarzacze, postaram się je jak najszybciej przetestować.

» Czytaj dalej

Spotkajmy się na AudioShow 2015. Konkurs, do wygrania Oppo HA-2

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
OPPO-banner-AS2015

Prawdopodobnie pojawimy się w sobotę 7.11, głównie żeby spotkać się z ludźmi, porozmawiać, trochę mniej żeby czegoś posłuchać (jak już słuchawki raczej, bo zazwyczaj nie da się sensownie posłuchać, bo ścisk, bo tłok, bo gwar, ale też takie są właśnie AS i nie ma się co boczyć). Ciekawym pomysłem jest rezygnacja z hotelu Bristol na rzecz Narodowego. Stadion może okazać się (a konkretnie sale konferencyjne w obiekcie) dobrym miejscem do prezentowania high-endowych systemów (bo takie właśnie, z najwyższej półki, prezentowane były w ciasnawych salkach hotelu na Nowym Mieście). Cóż, zobaczymy, czy raczej usłyszymy, ja tam prywatnie cieszę się także z tego powodu, że pięć minut od Stadionu mam rodzinę, więc będzie można szybko połączyć przyjemne z przyjemnym i złożyć wizytę.

No dobrze, w tytule jest też coś o jakimś konkursie. Ano jest. Firma Cinematic organizuje dla odwiedzających warszawską imprezę konkurs, w którym będzie można wygrać Oppo HA-2, nagrodzony przez EISA, przenośny DAC/AMP, którego opis możecie przeczytać w naszej recenzji. Co należy uczynić, by mieć szansę na wygraną? Wystarczy pojawić się na stoisku OPPO zlokalizowanym na Stadionie Narodowym na pierwszym piętrze w sali Opera 6 w dniach 6-8.10.2015 r., w godzinach otwarcia imprezy targowej,  wymyślić hasło reklamowe dla przenośnego wzmacniacza HA-2 oraz wypełnić formularz konkursowy i wrzucić go do urny na stoisku. Nagrodę wygra autor najlepszego hasła reklamowego. Formularz konkursowy oraz regulamin można pobrać wcześniej ze strony internetowej oppodigital.pl. Jak gra główna nagroda, także jak gra z innymi produktami OPPO, będzie można posłuchać na stoisku OPPO.

https://www.oppodigital.pl/konkurs.html

Innymi słowy, jak się już na AS pojawicie, nie odbierajcie sobie szansy na zdobycie atrakcyjnej nagrody, odwiedźcie Narodowy i weźcie udział w konkursie. Trzymam kciuki za Czytelników, oby Wam szczęście dopisało! :)
Wyniki konkursu dostępne pod tym linikiem. Gratulujemy zwycięzcy!

Muzyczny smartfon? Wow! Marshall właśnie takie coś pokazał

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
marshall-london-phone-1_3800.0

Szczerze powiedziawszy trudno się do tego odnieść. Rozumiem ideę, która przyświecała producentowi głośników bezprzewodowych oraz słuchawek (na marginesie z Marshallem od piecyków łączy tą firmę to, że kupiła prawa do marki, znaku) – dać ludziom telefon, który będzie nawiązywał stylem do firmowych produktów audio, dodatkowo wprowadzając w konstrukcji udogodnienia pod kątem słuchania muzyki. No i tutaj pytanie, na ile ten mariaż się udał? Dobrego smartfona musi cechować (w przypadku Androida, bo o Androidzie rzecz jasna jest mowa) odpowiednio wysoka wydajność, bardzo dobre parametry gwarantujące komfortową pracę, jak również solidny support. Z tym ostatnim, w przypadku zielonego robocika, bywa bardzo różnie, a firma, która do tej pory się w to „nie bawiła” pozostaje sporą zagadką w tym względzie. Tutaj mamy do czynienia raczej z low-endowym, aco najwyżej średniopółkowym telefonem, wyposażonym w 4.7″ ekran (720p), 2GB RAMu (na szczęście), wymienną baterię o pojemności 2500 mAh (nie najgorzej), z układem Snapdragon 410, z działaniem w sieciach LTE. Czyli taka niższa półka, jeżeli chodzi o dzwonienie. Ale w sumie nie o tym miał być ten wpis. Pomińmy zatem to co w telefonie najważniejsze ;-) i skupmy się na audio, bo trzeba przyznać że jest tutaj parę bardzo ciekawych, niespotykanych nigdzie indziej rozwiązań, przeniesionych ze świata wysokiej klasy odtwarzaczy muzycznych. Innymi słowy mamy pierwszego DAPfona ;-) i to nie jakiegoś czołowego producenta smartfonów tylko firmy, która specjalizuje się w produkcji urządzeń audio…

Po pierwsze ten telefon (nazwali go… Londyn), wygląda cholernie dobrze. Nie to, że estetyka Marshalla jest dla mnie wyznacznikiem wszystkiego co w audio najlepsze. Daleki jestem od tego, by tak uważać, choć oczywiste skojarzenia, czar i urok jaki rzuca piecyk są jakby poza dyskusją, do tego te nauszne modele słuchawek (testowaliśmy – patrz tutaj). W tym przypadku mamy właśnie taki produkt, który całym swoim ja woła: TAK MUZYKA JEST DLA MNIE NUMBER ONE. I ja to rozumiem, ja to w pełni popieram i się identyfikuję. Producent wyraźnie „jedzie” na tych naszych słabostkach, bo zdjęcia przedstawiające tytułowy produkt aż kipią od tego, co wywołuje przyspieszone bicie serca. Jest więc gitara elektryczna, która jakżeby inaczej możemy bezpośrednio podpiąć do telefonu. Zresztą ten został wyposażony w dwa gniazda jack na górnym boku, co jest wyraźną wskazówką dla użytkownika, nieprawdaż? ;-) Po drugie forma, obudowa, wszystko tutaj woła: JESTEM MARSHALL i cóż, muszę przyznać, że wygląda to przednio. Typowa faktura obić piecykowych z tyłu i po bokach, czarno-złota kolorystyka, loga… tak to jest definitywnie to. Przednim pomysłem jest umiejscowione z prawej strony pokrętło głośności, nie jakieś tam bezpłciowe przyciski tylko najprawdziwsze pokrętło do regulacji wzmocnienia. No, no. Jak sobie odchylimy wykonaną z materiału (ciekawy pomysł) tył obudowy (ten z fakturą piecykową), naszym oczom ukaże się szybkowymienna bateria. Poza tym różnica między zwykłym Androidem i Marshallfonem tkwi w powłoce oraz w dostarczonym z telefonem oprogramowaniu.

I tutaj, z tego co widzę, jest naprawdę konkretnie i coś czuję, że się tym produktem bliżej zainteresuję (sama forma jw. urzeka, ale to jednak trochę za mało). Co jest zatem z tym oprogramowaniem? Ano mamy tutaj jakiś mikser, wygląda na bardzo pro, mamy aplikację DJ-ską, która też prezentuje się niczego sobie. Jest oczywiście specjalnie przygotowany odtwarzacz softwareowy z bogatą regulacją, licznymi ustawieniami. No, no, no. Poza tym mamy ciekawy patent z dedykowanym przyciskiem M (jak muzyka rzecz jasna), dający bezpośredni dostęp do naszej biblioteki audio w telefonie (pewnie odpala się od razu odtwarzanie z wspomnianego odtwarzacza). Obiecują wysokiej klasy chip audio (i faktycznie tak jest, w środku znajdziemy Wolfsona WM8281). Dwa wymienione powyżej gniazda jack dają nam możliwość równoczesnego podłączenia dwóch par słuchawek. Do tego są dwa, zamontowane na froncie głośniczki. W komplecie dostaniemy dobre , firmowe dokanałówki. I tylko ta cena jakaś taka z górnej półki, bo bez umowy ma ten telefon kosztować 590 dolarów, a 600$ to umowna granica, gdzie zaczyna się cennik dla topowych modeli. Telefon trafi do dystrybucji po 20 sierpnia br.

Powiem tak… kupili mnie tą zapowiedzią, prezentacją. Poczekam, aż produkt trafi na rynek i postaram się go gruntownie przetestować…

» Czytaj dalej

Mobilne CAYIN C5 AMP & CAYIN C5 DAC – jak Azja to złoto ;-)

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Cayin C5 AMP_5

Dotarły do mnie dwa ciekawe, mobilne ustrojstwa marki Cayin. C5 AMP i C5 DAC. Od razu widać, że rzecz jest po azjatycku zrobiona (nie w sensie pejoratywnym, choć do paru rzeczy bym się jednak przyczepił), to znaczy ma być blichtr, luksus, znaczy złotko. Te złote obudowy z plastikowym opakowaniem / obramowaniem portów oraz potencjometru to coś, co kojarzy się jednoznacznie z dalekowschodnim poczuciem estetyki (wyłączając Nippon, tam jednak jest nieco inaczej, choć też kruszec szlachetny, wymieniony w tytule, cieszy się sporą estymą). Piszę o tych wszystkich wrażeniach estetycznych nie bez przyczyny. Dzisiaj bardzo dużą rolę w sprzedaży czegokolwiek ma forma, opakowanie, właściwy przekaz marketingowy, trudno sprzedać coś zawinięte w gazetę, wyglądające jak osiem nieszczęść. I nie, nie jest tak, że wystarczy by grało. Ma wyglądać. Ma być estetyczne. Ma być ergonomiczne, ma być po prostu całościowo na wysokim poziomie. Poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko, bo też z jednej strony można by rzecz nihil novi (wspomniana Japonia), czytaj szczegóły, detale gdzieś tam były tak samo ważne, jak cała reszta, z drugiej takie firmy jak Apple (generalizuje) przyzwyczaiły konsumentów elektroniki użytkowej, że powinno się, należy wymagać, że nie jest nam wszystko jedno, co wypadnie z pudełka (ba, nie jest wszystko jedno co to za pudełko).

Mnie, generalnie, styl azjatycki (poza japońszczyzną) nie bardzo podchodzi, ale doskonale rozumiem że de gustibus i nie ma co w tej kwestii kruszyć kopi. Jednym się spodoba, innym nie. Ważne, by to co oferują było pierwszorzędnej jakości, wykonane jak należy, najlepiej z najlepszych materiałów. Cayin bardzo się stara by tak było, i w sumie niewiele mu brakuje, ale jednak brakuje (nieco). Metalowe obudowy wyglądają dobrze, są solidne, dają poczucie obcowania z czymś nie za pięć złotych, jednak bliższe przyjrzenie się urządzeniom skutkuje dostrzeżeniem paru mankamentów. Spasowanie portów nie jest idealne, najgorzej jest z co by tu nie owijać w bawełnę, tandetnymi, malutkimi (niewygodnymi i pewnie na tyle lichymi, że mogą nie wytrzymać próby czasu) przełącznikami z boku obudów obu urządzeń. To taki dysonans, bo przecież i pudełka ładne (kartoniki takie niby ascetyczne, ale podkreślające że tam w środku nie byle co siedzi) i komplet akcesoriów całkiem do rzeczy, a jednak… Według mnie producent powinien unikać takich wpadek, bo to niby drobiazg (potencjometry chodzą całkiem dobrze, są metalowe, ALPSy i nie ma się tutaj do czego doczepić), naprawdę niewiele brakuje, by było „na bogato”, ale takie właśnie szczegóły są dzisiaj ważne, na nie zwracamy jako konsumenci uwagę.

To takie pierwsze wrażenia po wyjęciu z pudełka. Same urządzenia są bliźniaczo do siebie podobne. Co ciekawe DAC jest wyraźnie androidolubny, to znaczy nie tylko nie znajdziemy kabla dla urządzeń z iOSem, ale w instrukcji nie pojawi się żadna wzmianka o współpracy z handheldami Apple (sic!). To pierwszy taki przypadek w historii testowanych przeze mnie, przenośnych urządzeń audio, że nigdzie, ale to nigdzie nie ma wzmianki o iPhone, czy Maku. Jest OTG i kilka słów o współpracy z androidową elektroniką. To o tyle zaskakujące, że przecież teraz w Azji Apple święci triumfy sprzedażowe, że w rzeczonej Azji sprzedają się głównie ZŁOTE iPhone, iPady oraz MacBooki. W przypadku przetwornika mamy obsługę 24/96, czyli absolutne minimum. Wróć. Sprawdzicie jak wygląda Wasza kolekcja hi-resów. No właśnie. To niby minimum, ale też i optimum w sumie, bo większość znanej mi muzyki to właśnie maksimum 24/96 i nie ma co specjalnie wydziwiać. Owszem, byłoby miło, gdyby było więcej, ale to więcej w przypadku handheldów średnio praktyczne jest (no, może poza Apple, bo tam jest 128GB na pokładzie, jak ktoś chce, a to już daje jakieś pole manewru… tylko, że na iPhone i tak jest 24/48, na iPadzie zaś 24/96 maksymalnie). Strumieniowanie DSD/DXD to fajna sprawa, tyle że dostępna paczka danych schodzi w… jeden dzień. Serio, przećwiczyłem temat (Loop). No ale można inaczej, o czym kapkę poniżej…

Podstawowe parametry DACa C5 (1290zł) wyglądają tak:

  • Moc wyjścia słuchawkowego : 300mW / 32 Ohmy
  • Pasmo przenoszenia: 20Hz – 70kHz
  • Skuteczność: 101 dB kHz
  • Wymiary: 136x63x15 mm
  • Waga: 185g
  • Główne układy: PCM1795, OPA1652, ALPS

Zaś wzmacniacz C5 (990zł) może się pochwalić m.in..:

  • Moc wyjścia słuchawkowego : 800mW / 32 Ohmy 
  • Pasmo przenoszenia: 20Hz – 100kHz
  • Skuteczność: 101 dB kHz
  • Wymiary: 136x63x15 mm
  • Waga: 185g
  • Główne układy: LME49600 , OPA134, ALPS

Jak widać, DAC będzie mógł być skojarzony z łatwymi do wysterowania słuchawkami. Nie obiecuje sobie niczego specjalnego z takimi HD650 czy HE-400, LCD-3. Tutaj nie ma cudów, pewnie to nie zagra. Ale już Momentum wszelkiej maści, H128 (rewelacyjne są, na marginesie) ADLa i parę innych modeli będzie można z powodzeniem pożenić. Z C5 AMP zaś widzę sprawę zgoła inaczej. Tam jest prawie 3 razy więcej mocy na wyjściu. Jest prawie 1W. To już konkret i jak na mobilną amplifikację naprawdę sporo. Będzie można zatem podpiąć te wymagające słuchawki, niekoniecznie mobilne słuchawki. Coś za coś jednak – zamiast kilkudziesięciu godzin grania, mamy godzin 12… jak na czysty, mobilny amp to bardzo mało. Jeżeli jednak bez problemu wysteruje mi dowolne z ww. słuchawek to jestem w stanie wybaczyć krótki czas grania. Ok, zobaczymy jak to wyjdzie w praniu. Na marginesie czekam na możliwość przetestowania innego urządzenia firmy Cayin. Chodzi o topowego N6. Gra wszystko, w tym ISO DSD (!!!). Tanio nie jest, bo zażyczyli sobie za tego DAPa prawie 3000 złotych, ale parametry ma wyczynowe. Jak tylko trafi do nas, sprawdzę jak to granie z DXD i DSD (natywna obsługa – podkreślam!) mu wychodzi…

Poniżej galeria z tytułowymi urządzeniami

 

» Czytaj dalej

Apple Music: czyli to, co znamy od dawna, po jabłkowemu

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
apple_music_screenshots.0

Apple Music czyli coś, co niczym nie zaskakuje, niczego nowego nie wnosi, nie jest w żaden sposób odkrywcze, czy rewolucyjne. Nawstępie usłyszeliśmy, że dzisiejszy streaming to straszny bałagan, że tu coś sobie gramy, tam jakiś klip oglądamy itd. itp. Oczywiście nadchodzi prawdziwa rewolucja pod postacią Apple Music, jednej aplikacji, jednego miejsca, gdzie jest i strumień z serwisu i z radia, do tego platforma dla nowych artystów i Ping 2.0. Tak właśnie, Apple kopletnie spieprzyło swój projekt medium społecznościowego i w Apple Music chce przywrócić to, to do życia dając artystom „nieograniczone możliwości ekspresji”, czytaj: wysyłania postów z byle czym, o niczym. Nie wiem, co miałoby niby nakłonić ludzi do nowego tweeta, fejsa po jabłkowemu z muzykami w roli głównej, ale może się nie znam. Może tego potrzebują? (w co mocno wątpię) Zaprezentowana platforma Connect to nic innego jak zaprezentowane wcześniej przez Tidala oraz Soundcloud możliwości publikacji muzyki bez ograniczeń, bez jakiś restrykcji przez nowych, nieznanych czy wschodzących artystów. Czyli nic nowego i pytanie, czy ten akurat kanał dotarcia do klienta będzie trampoliną do sławy, do popularyzacji… Apple liczy głównie na dotychczasowych użytkowników, a Ci niekoniecznie stanowią docelową grupę dla debiutujących w branży. Jest tego, fakt, z 800 milinów klientów, jest więc na co liczyć, liczyć że część wybierze to, co jest od jabłka, bez względu na to, co to jest. Tyle, że nawet tych jabłkolubów trzeba ich czymś przekonać. A tu jest wszystko to, co oferowano wcześniej, z niewielką polerką. Jest więc radio internetowe, z jakimiś sławnymi prezenterami, DJ-ami. Radio internetowe. Dodatek, z którego tutaj robi się główną atrakcję. Sorry, ale Beats One (tak, tak radio 24/7, live… tak to reklamują, to chyba żart, prawda?) nie wiem jaki by nie był dobry (a nie będzie, bo niby dlaczego miałby być – dzisiaj rządzi radio inteligentne oraz tematyczne, można też znaleźć gadane, na żywo właśnie, bez problemu, nie ma w tym nic oryginalnego), niczego dla Apple nie zwojuje. To coś, co może być ciekawym dodatkiem, a nie daniem głównym. Teledyski i muzyka w jednym miejscu? Cholera, to chyba YouTube jest takim miejscem właśnie, najpopularniejszym, do tego darmowym (na razie przynajmniej). Poza tym klipy znajdziemy w Tidalu, w Deezerze i paru innych serwisach, a po ostatnich zapowiedziach Spotify (gdzie jest tego więcej, tzn. tam to będzie takie streamingowe MTV, czy co tam sobie Szwedzi wykombinują) to co pokazało Apple nie stanowi żadnej, ciekawej alternatywy. Connect ma być także agregatem treści, informacji na temat muzyki jakiej słuchamy. Znowu nic nowego, ale może choć ten element, w ciekawy sposób zrealizowany, będzie czymś co przyciągnie uwagę? Po prezentacji, szczerze, niewiele można tutaj napisać. Zobaczymy.

Jakość pozostaje bez zmian. Jest AAC 256. Beznadziejne to i jasno wskazujące, że inni dają po prostu lepszy produkt już na starcie.

Oczywiście nie byliby sobą, gdyby w to wszystko nie wmieszali kramiku z muzyką. Pytanie za stówę – jak oni chcą sprzedawać tą samą muzykę, która jest za 9,99 w formie albumów za 9,99 sztuka? Kompletnie tego nie rozumiem. Dalej, nie rozumiem czym de facto ma być to całe Apple Music, czyli połączenie radia, serwisu streamingowego i sklepu z muzyką, wobec obecnie oferowanych usług. Listy Genius? Apple Match? Kolekcje i biblioteki iTunes? O tym nie dowiedzieliśmy się ani słowa. Pewnie wszystko zostanie wchłonięte w nową odsłonę, tego co było. Pytanie – po co? Razi biały interfejs (brak kontrastowej wersji), brak spójności (co robią te bąble? Kojarzy mi się to jak najgorzej z interfejsem wprowadzonym w ostatniej generacji iPodów Nano), w sumie wszystko to kojarzy się z krytykowanym na wstępie przez samo Apple „bałaganem w streamingu”. To, że jakieś radio będzie dostępne w 100 krajach naprawdę nie jest niczym przełomowym w 2015 roku. No ludzie. To, że sami staliście po stronie wytwórni, które narzucały restrykcje regionalne i nadal stoicie w tym samym miejscu (bo w sumie nie wiemy, jak to będzie finalnie wyglądać, tzn. czy katalog iTunes będzie otwarty w ramach nowej usługi dla wszystkich, czy też rzecz ograniczy się jedynie do radia… nie zostało to jasno powiedziane) to naprawdę kiepska informacja dla tych, którzy liczyli przynajmniej na odejście od starego, chorego sposobu dystrybucji multimediów. Dotyczy to zarówno muzyki, na marginesie, jak i filmów. Nihil novi innymi słowy.

Apple widocznie liczy na to, że sama marka, setki milionów użytkowników sprzętu z nadgryzionym jabłkiem spowodują, że szybko staną się największym serwisem streamingowym. To niewykluczone, ale jednak po dzisiejszej prezentacji, można powiedzieć, że sprawa jest otwarta, że nie jest to wcale pewne, przesądzone. I nie pomogą tutaj takie posunięcia jak otwarcie na inne platformy (pierwszy raz aplikacja Apple pojawi się na innych systemach mobilnych – na Androidzie oraz na Windows Phone), czy też 3 miesięczny okres testowania. Sporo ludzi zapewne skorzysta z ciekawości, ale ilu z nich wykupi płatną subskrypcję – oto jest pytanie. Trzy miesiące to nie dostęp darmowy, który w większości alternatywnych serwisów jest możliwy… to jest coś, co bardzo Apple nie pasuje (patrz tutaj), co może wywrócić wszelkie rachuby do góry nogami. Eddie Cue zachęcając do nowej usługi wspomniał m.in. o najlepszym mechanizmie sugestii, rekomendacji: isn’t just algorithms, it’s recommendations made by our team of experts. To dokładny cytat sprzed paru lat, kiedy startowało Beats Music. Serio. I to ma, przepraszam, przyciągnąć fanów? Dobre żarty.

Rzecz startuje 30 czerwca i powinna być dostępna na wszystkich rynkach, na których Apple oferuje swoje produkty. W przypadku rodzinnego zakupu subskrypcji będzie można dodać nawet 6 użytkowników (za 14,99$). To chyba jedyny mocny punkt. No może nie jedyny. Drugim jest Siri – to faktycznie, wraz ze zmianami cyfrowego asystenta w iOSie 9, może nieco Apple Music pomóc, bo wraz z Siri głosowy wybór muzyki, wybór utworów, a także możliwość kontekstowego wyszukiwania, przeszukiwania zbiorów, może przyciągnąć uwagę. Tyle, że to tylko dla jabłkolubów, bo dla osób korzsytających z innych platform ten element nie będzie miał żadnego znaczenia, bo go zwyczajnie nie będzie. Na zakończenie, jedna z wypowiedzi na temat Apple Music dobrze opisująca całość: wybierzcie (nasz) serwis, przenieście całą waszą muzykę do Apple Music, a zobaczycie… No właśnie, co zobaczymy Apple, bo jakoś nikogo dzisiaj nie przekonaliście, że to wasz pomysł będzie najlepszy, czy będzie ciekawą alternatywą dla innych, oferujących podobne produkty na rynku. Nie ma tutaj nic odkrywczego, więcej nie ma nic, czego byśmy oczekiwali (lepsza jakość, zerwanie z dotychczasowym modelem dystrybucji – względnie jego głęboka modyfikacja, unowocześnienie dotychczasowych usług w rodzaju Match, Genius, czy samego iTunes…). Dziwnie wygląda także to, że Apple każe czekać użytkownikom AppleTV na ten swój nowy, sztandarowy produkt – na urządzeniu, jakby nie patrzeć, stworzonym do odtwarzania multimediów (teledyski po pierwsze, po drugie muzyka z iTunes czy via AirPlay). Podobnie jak w przypadku Androida, przyjdzie na nowe Music poczekać aż do jesieni.

Jakoś nie wróżę. Pamiętam Ping, mobile.me i parę innych poronionych pomysłów. Apple nie ma ręki do Internetu. Szkoda, że w przypadku muzyki, która jakoby jest w sercu Apple, jest taka ważna dla firmy, która przez cały czas i przy każdej sposobności to podkreśla, zabrakło nowatorskiego pomysłu, czegoś odkrywczego, albo przynajmniej czegoś, co mogłoby stanowić ciekawą alternatywę dla innych serwisów. Tidal ma bardzo mocne umocowanie wśród najmodniejszych, czy sławnych (najsławniejszych) muzyków, wśród celebrytów. To jest bardzo poważna rysa na nowym projekcie Apple i cóż – tego nie dało się nie zauważyć. Oczywiście ktoś dysponujący taką bazą użytkowników może liczyć na duży udział, niejako z definicji. Może. Ale może także mocno się przeliczyć.

Dla mnie w propozycji Apple nie ma kompletnie nic interesującego.