LogowanieZarejestruj się
News

Apple rzuca do sklepów AirPodsy tuż przed świętami (ograniczona dostępność) & oferuje płatne uzupełnienie

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
AirPods Apple

Nie wiem, a może inaczej wiem… coś się w tej maszynce drukującej dolary zacięło, coś nie działa, wszystko opóźnione. WSJ wspominało o przesunięciu premier tytułowych słuchawek po nowym roku, to samo dotyczy Beats X, które pojawią się nie wcześniej niż w lutym 2017. Apple ma problem z pokazanymi na wrześniowej konferencji słuchawkami. I nie chodzi tutaj o ewentualne wypadanie ;-) :

 gif

…a raczej o problemy z działaniem słuchawek, lub/i z ich masową produkcją. Dlatego ta premiera obarczona jest wymownym ostrzeżeniem o „ograniczonej dostępności” produktu, co de facto oznacza że wielu zainteresowanych odejdzie z kwitkiem, lub będzie musiało (zamówienia w AOS) pogodzić się z długim okresem oczekiwania na dostawę. O słuchawkach możecie dowiedzieć się czegoś więcej z mojego wpisu mieszczącego się pod tym adresem. Przypomnę tylko, że forma taka jak EarPodsów, dźwięk prawdopodobnie na tym samym poziomie (nie zmieniono nic w zakresie konstrukcji – przetworniki, obudowy – to wszystko jest tożsame ze słuchawkami jakie znajdziemy w komplecie z iPhonem), to co stanowi novum to interfejs bezprzewodowy z całkowitą eliminacją kabelka, autoparowanie z naszymi handheldami, nowy układ W1 pozwalający na sterowanie pracą Podsów. To, mówiąc wprost, przede wszystkim interfejs dla Siri, pomysł na wygodną integrację cyfrowej asystentki/a z takimi właśnie, bezprzewodowymi IEMami. Niewątpliwie swoboda użytkowania będzie magnesem przyciągającym potencjalnych klientów, bezkonfigurowalność ma wyróżniać te słuchawki spośród innych tego typu rozwiązań na rynku (Here, Bragi Dash i wiele innych, które pojawiają się właśnie w sklepach). Wśród osób, które miały styczność z AP, wątpliwości budziła kwestia ewentualnego zagubienia jednej ze słuchawek.

Apple (odpowiadając na to, co powyżej) postanowiło wprowadzić program płatnego uzupełnienia ubytku, za co liczy sobie 69$ (pojedynczy AirPod), tyle samo zapłacimy za futerał z funkcją ładowania (tj. power bank). Ważne – futerał jest elementem, który jak wskazują na to pierwsze recenzje, musimy mieć stale ze sobą (daje do 20h działania, same słuchawki mogą grać przez ok 5 godzin na jednym ładowaniu). Informacje podał dobrze zorientowany w jabłkowym światku portal The Verge (złośliwi: iVerge). Dla osób zainteresowanych tańszym nabyciem AP, to znaczy zgłoszeniem zagubienia dwóch słuchawek (całego kompletu) zła wiadomość: takie uzupełnienie braków to koszt nie 138$ (jak wynikałoby z prostej arytmetyki) tylko aż 208 dolarów (przypominam, za nowe zapłacimy 159$ – w Polsce będzie to 799 złotych). Także nie, tak to nie działa i warto o tym pamiętać. Poza tym Apple podało, że będzie można za 49$ dokonać wymiany baterii. Ciekawe, jak to będzie w praktyce wyglądało – słuchawki wyglądają na takie „nierozbieralne” raczej. Tak czy inaczej wprowadzenie takiego programu jest korzystne dla potencjalnego nabywcy, bo zamiast wymieniać całość, przyjdzie wymienić baterie (gdy te się zużyją, co przy intensywnym korzystaniu może nastąpić (według moich wyliczeń) w drugim, maksymalnie trzecim roku użytkowania).

Postaram się coś więcej na temat tego, wywołującego spore zainteresowanie (i spore kontrowersje) produktu napisać niebawem, tzn. gdy tylko słuchawki będzie można osobiście wypróbować. Innymi słowy, jeszcze te AirPodsy na łamach się pojawią, chcę sprawdzić m.in. na ile wygodne będzie sterowanie odtwarzaniem bez fizycznych przycisków, wyłącznie za pomocą komend głosowych (bo tak to będzie wyglądać).

AKTUALIZACJA: Niestety w Polsce nie będzie możliwości skorzystania z programu uzupełnienia stanu AP (gdy się zapodzieje) oraz wymiany baterii. Takie rzeczy tylko w fizycznych sklepach Apple (a nie w APR-ach). Najbliżej w Berlinie zatem…

 

Witamy MrSpeakers w Polsce. High-endowe nauszniki z Kalifornii nad Wisłą

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Logo

To jedna z tych marek, o której wielu z nas słyszało, ale – właśnie – słyszało, ale nie słuchało, bo słuchawki w samej Europie trudne do namierzenia, u nas do tej pory nie tylko bez dystrybucji, ale nawet jako ciekawostka przyrodnicza właściwie nie występowały. Szczerze to nie wiem, czy ktokolwiek w .pl te nauszniki ma/miał, a nawet jeżeli to zazdrośnie się nie ujawniał… byłem na paru nieformalnych imprezach słuchawkowych i jakoś nigdy. No ale w końcu doczekaliśmy się oficjalnego wprowadzenia na nasz rynek i ta high-endowa marka będzie u nas dystrybuowana. Sama firma jest dość młoda, natomiast stoi za nią człowiek z ponad 20 letnim doświadczeniem w branży (Dan Clark). Producent ma w ofercie poza przeróbkami Forteksów (Alpha Dog, Mad Dog), swoją linię produktową – Ether. Ethery to planary, trochę formą przypominające HiFiMANy (nie mają z nimi nic wspólnego, poza takimi luźnymi skojarzeniami btw), wyposażone w autorskie technologie, występujące w dwóch podstawowych wariantach (otwarty i zamknięty).

To konstrukcje zbalansowane, obecnie trwa wprowadzanie nowej generacji tych słuchawek na rynek tj. linii Flow (premiera). Ceny? Od 1500$ w górę. High-endy. Słuchawki przyjęte przez recenzentów bardzo entuzjastycznie, z licznymi nagrodami, dodatkowo powszechnie chwalone za komfort, co w przypadku dużych, zazwyczaj ciężkich nauszników stratosferycznych nie zawsze idzie w parze (z wybitnym dźwiękiem).

Otwarte

Cóż, pozostaje poczekać na możliwość przetestowania tych słuchawek na HDO, skonfrontowania tych wszystkich zachwytów, peanów z własnym uchem. Fajnie, że są już w Polsce (miałem w notatkach jeszcze w zeszłym roku napisane – posłuchaj Etherów…), fajnie że z oficjalną dystrybucją (MIP), fajnie że nie przekraczamy magicznej granicy 10 tysięcy złotych (poniżej, w inf. prasowej, szczegóły). Audeze, wspomnianym HiFiMANom przybywa groźny konkurent. Zobaczymy, a raczej usłyszymy co z tego wyniknie (będzie można dokonać bezpośredniego porównania z naszymi red. LCD-3 oraz HiFiMANami 400). W rozwinięciu macie sporo informacji na temat samych słuchawek, o zastosowanych patentach, o polskich cenach…

Zamknięte

» Czytaj dalej

O Meze Classics 99 opinia, o słuchawkach mobilnych z Rumunii

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Meze 99 full

Rynek słuchawkowy prężnie nam się rozwija, poza firmami od zawsze, specjalistami z branży (ale niekoniecznie słuchawkowej – dzisiaj w ofercie zwyczajnie muszą się one pojawić, muszą), mamy wysyp beniaminków, producentów zupełnie nieznanych, często nieznanych z bardzo prostego powodu. Bo młodych, bo dopiero startujących (tak, tak wszelkie croudfundingi, startupy itp sprawy), bez doświadczenia, bez zaplecza… wielu z nich pojawia się szybko i jeszcze szybciej znika, niektórzy to zwykli hochsztaplerzy, wiele w tym kitu i bujdy na resorach, ale są też tacy, którzy nie tylko zasługują na uwagę, ale wręcz od razu, z miejsca rzucają wyzwanie tym doświadczonym i utytułowanym.

HD-Opinie jest miejscem, gdzie chętnie opisujemy nowe, nieznane, albo po prostu nie popularne (nie przebijające się do mainstreamu) rzeczy. Już niebawem przeczytacie o sprzęcie Mass Fidelity, będzie też zupełnie nieznany pomysłodawca oryginalnie zaprojektowanych słuchawek, a w niniejszym artykule skupimy się na kimś, kto już jest rozpoznawalny, ma dobre opinie, ale nadal jest beniaminkiem, od niedawana funkcjonuje na rynku. Chodzi o rumuńskiego producenta Meze, firmę która zaskoczyła pozytywnie, wprowadzając (od razu atakując trudny, wymagający segment mobilnych nauszników klasy premium) tytułowe Meze Classics 99. Przenośne słuchawki do słuchania nie tylko na wynos, wykonane z wielką starannością, z odpowiednią dbałością o szczegóły, z wykorzystaniem naturalnych materiałów (żadne tam plastiki – stal, drewno, skóra… wróć, tu eko, czyli syntetyk jednak), do tego wycenionych poniżej poziomu, za jaki wołają zachodni konkurenci. Przy czym należy pamiętać, że to bardziej projekt plastyczny, przetworniki są chińskie, a Meze wcześniej zwyczajnie rebrandował produkty z Państwa Środka, względnie zamawiał coś i poddawał modyfikacjom, przyklejając następnie swoją naklejkę. Opisane 99 to coś znacznie ambitniejszego (no naklejenie nazwy firmy na coś nie swojego, trudno uznać za przejaw jakiejkolwiek ambicji) i można powiedzieć, że to pierwszy „ich” produkt. To tyle, gwoli ścisłości.

Na sieci możemy znaleźć sporo opinii na temat tych słuchawek. Czytałem większość z nich, postanowiłem skonfrontować to, co napisano o 99-kach z własnym osądem, opinią, jednocześnie sprawdzając, czy te nauszniki mogą sprostać wymogom grania w domowych pieleszach. Podpinanie pod lampowy wzmacniacz, granie z integry, podpięcie pod stacjonarną, tranzystorową amplifikację słuchawkową było ważną składową testu. Oczywiście nie zapomniałem o scenariuszu na wynos, który w przypadku takich, lekkich, zamkniętych konstrukcjach stanowi główne zastosowanie dla produktu, jakie przewidzieli twórcy, ale jw. chciałem sprawdzić czy można je potraktować jako w pełni uniwersalny model…Tak, zadam to pytanie: czy za cenę 1500 złotych można zamknąć temat poszukiwania słuchawek i skoncentrować się na czymś innym, niż wydawanie pieniędzy na kolejne nauszniki?

Przed właściwą lekturą testu zachęcam do przeczytania naszych pierwszych wrażeń, bo te… nie zdezaktualizowały się, a wręcz przeciwnie, opinia na temat nauszników jest tylko pogłębiona, ale w wymowie zbliżona do tej z końcówki sierpnia. Słuchałem grubo ponad miesiąc intensywnie (także te kilkaset godzin pewnie na liczniku stuknęło) i cóż… słuchawki potwierdziły swoje niemałe kompetencje w zakresie brzmieniowym, ponadto okazały się solidną konstrukcją, wytrzymującą intensywną eksploatację (sporo podróżowałem).

 

 

» Czytaj dalej

O Audio Video Show 2016 słów parę…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
1

Tegoroczna edycja największej imprezy branżowej AV trwała trzy, nie dwa dni jak to wcześniej miało miejsce. Z punktu widzenia zwiedzających, szczególnie takich, którzy chcieli spokojnie usiąść i czegoś posłuchać taka zmiana niewątpliwie była korzystna. Można było bez tłumów (szczególnie w piątek, jak również w niedzielę – mnie udało się dotrzeć ostatniego dnia imprezy), bez stania w kolejce, bez gwaru, wręcz kameralnie posłuchać muzyki, a sami zwiedzający w większości taki właśnie cel główny sobie obrali… słuchać, nie gadać, a jeżeli już to „w kuluarach”. Patrząc przez pryzmat tego, co wcześniej (jeszcze przed Narodowym) stanowiło największą wadę Audio Show tj. ścisk, tłumy niemożebne, brak możliwości sensownego kontaktu ze sprzętem, a także z umęczonymi przedstawicielami producentów, dystrybucji etc. to tylko się cieszyć. Jest tylko jedno „ale” – widać było, dość wyraźnie, że impreza „siadła„, może nawet nie frekwencyjnie (w końcu zamiast dwóch, zrobiły się trzy dni i kto wie… odwiedzający, stali bywalcy, osoby zainteresowane, może było ich podobnie dużo jak w minionych edycjach, tyle że wszystko się rozłożyło właśnie…), ale to V (od video), Stadion (potencjał), fajerwerki i jakieś spektakularne atrakcje (przyciągające dodatkowych gości, rodziny z dziećmi, ludzi niekoniecznie mających kontakt z  audio HiFi, nie mówiąc już o high-endzie) nie wypaliły, nie stanowiły wystarczającego lepu dla (nowych) osób, dla tych, którzy do tej pory na AS się nie pojawiali. Oczywiście rozszerzenie formuły o wideo i ogólnie – nowe technologie takie jak VR, jak internet rzeczy / inteligentne domostwo (w którym to audio jest tego inteligentnego domu integralną częścią) mogłoby pomóc przyciągnąć ludzi, ludzi zainteresowanych tym, co pobudzająco działa na wyobraźnie, ale też stanowi tak naprawdę łącznik, bo przecież umowny salon to miejsce gdzie te wszystkie sprzęty coraz częściej koegzystują, stają się elementem jakiegoś większego ekosystemu. Może problemem jest brak wyrazistego przekazu, jakiejś przewodniej idei?

Nie dopisali wielcy, tj. korporacje, które dzięki wielkim budżetom, mogą więcej (niż inni). To właśnie zaproszenie w zeszłym roku Samsunga, Sony, Philipsa i wielu innych, miało być w zamyśle rozszerzeniem pomysłu na imprezę, przeniesieniem kameralnych, wyspecjalizowanych (ograniczonych tematycznie, bo na audio skoncentrowanych) targów na inny poziom, czegoś co ma przyciągnąć ludzi niekoniecznie na audio zorientowanych, które niejako przy okazji… No tak, ale żeby to się udało, Ci wielcy musieli by coś pokazać, coś spektakularnego, coś co odpowiednio „nakręci” i zachęci. Nie było VR (Sony? Samsung?), nie było inteligentnej chałupy (Philips? …i cała reszta), wielkich ekranów 4K niewiele, nie było praktycznie OLEDów (pamiętacie oledową sferę LG na IFA? To było coś!), nie było gamingu (poza jednym, jedynym stanowiskiem … cholera, przecież poza muzyką to właśnie sfera elektronicznej rozrywki, niebywale dochodowego biznesu, przyciąga producentów słuchawek, systemów nagłośnieniowych jak lep przyciąga), nie było wreszcie nowych patentów na dźwięk prawdziwie kinowy, bez konieczności zagracania pomieszczeń klasycznymi „paczkami” (kolumnami). Trzeba się na coś zdecydować – albo jest to impreza wyspecjalizowana, taka jaką było AS wcześniej, albo idziemy szerzej, ale wtedy trzeba się mocno postarać, by to szerzej nie było tylko wydmuszką, żeby wypełniło się treścią.

Ktoś tu zaraz złapie się za głowę i powie… Człowieku, ale my tu o audio chcieliśmy przede wszystkim czegoś dowiedzieć, przeczytać. Oczywiście zaraz będzie i o audio, ale właśnie ze względu na to czym miało(by) być nowe Audio Video Show i – jakby nie patrzeć – jak ważne dla przyszłych edycji jest to, co powyżej napisałem, tzn. znalezienie odpowiedniego patentu i …mówiąc wprost: uatrakcyjnienie imprezy, co można uzyskać tylko i wyłącznie, albo za sprawą zupełnie innej (ciekawszej) ekspozycji wielkich koncernów, albo/i przyciągając mniejszych, ale pionierskich (najnowszych technologii, ogólnie całej elektroniki użytkowej, elektronicznej rozrywki, wizji, rozwiązań z dziedziny inteligentnego domu) w danych dziedzinach producentów, pomysłodawców... Czy błędem byłoby zaproszenie takiego Google (Google Home – przecież aż się prosi, bo tu chodzi też o A i V vide CAST), takiego Microsoftu (np. Hololens – AR) czy Velve/HTC (VR, Steam, elektroniczna rozrywka), firm z doliny krzemowej? Mówi się o rewolucji w zakresie dostarczania treści (przecież sprzęt bez tego co najważniejsze, bez treści, jest bezużyteczny – oczywista, oczywistość) to dlaczego na AVS nie ma Netfliksa, dlaczego nie ma polskiego oddziału HBO, dlaczego nie pojawili się przedstawiciele Dezeera, Spotify-a czy Tidala? Dlaczego nie mówiło się o MQA (bo wielu, w tym także niżej podpisany, ma sporo pytań, wiele wątpliwości), o nowych pomysłach na dostarczanie zintegrowanych, właściwie to nawet ekosystemowych rozwiązań tj. Roon?

Stadion Narodowy, dzięki ogromnym możliwościom ekspozycyjnym, może „wszystko”. Audio to dla mnie, dla Czytelników najważniejsza rzecz, coś po co przychodzi się na A(V)S i dla nas to co powyżej jest mało, albo w ogóle nieistotne. Tyle, że to – właśnie – w kontekście całej imprezy ważne, kluczowe i dla przyszłego powiedzenia jednych z największych, branżowych targów najistotniejsze kwestie, a jak widać pozostaje otwartą sprawą, czy to nowe uda się z sukcesem wprowadzić, zakorzenić, czy też będzie z tym problem. Tegoroczna impreza wg. mnie nie tylko nie daje jednoznacznej odpowiedzi, ale rodzi poważne wątpliwości… dla nas, zorientowanych na sprzęt audio, mogłoby być tak, jak właśnie jest – w dużo lepszych warunkach, ze znacznie lepszą ekspozycją, z mniejszymi (znacznie) tłumami, z możliwością zapoznania się ze sprzętem często unikalnym, w takiej liczbie i różnorodności, na spokojnie (trzy dni to sporo czasu), bez pośpiechu. Ideał? W niedzielę, mogłem siedzieć w pustych salkach na drugim poziomie na Narodowym, w paru przypadkach rozkoszując się świetnym brzmieniem. Nie inaczej było w Sobieskim, co prawda tam nie da się obejść ograniczeń wiadomych (akustyka pokoików), ale były takie systemy (gdański PremiumSound wystawiał m.in. Helsinki), które zaprojektowano do grania nawet w szklanej kostce (przesadzam, ale tylko trochę ;-) i dały niezgorszy popis. Także dla nas było więcej niż korzystnie, bo jeszcze można było sobie porozmawiać ciekawie z ludźmi z branży, z których wielu wyglądało na hmmm… z lekka znudzonych i rozczarowanych pustymi krzesełkami, fotelami, sofami. Cóż, żałuję tylko, że zamiast trzech (choć w sobotę, podobno, było gęsto) był tylko jeden i to nie cały dzień – tyle tylko mogłem wykroić. Takie życie (taki brak czasu na cokolwiek ostatnio) ;-)

Poniżej fotorelacja, która ze względu na bardzo obszerny materiał foto i faktograficzny ;-) , będzie sukcesywnie uzupełniana. Na początek to, co zrobiło na mnie największe wrażenie (jw. dało się posłuchać, a z tym na AS, wiadomo, różnie bywało), takie moje najlepsze granie z imprezy z głośników, słuchawek, stacjonarnie i mobilnie (niestety nie wszystko udało się, co się chciało, z wyżej wymienionych powodów).

Także smacznego i do przyszłego roku!

PS. Brawa za mobilną aplikację od organizatora! Znakomicie przygotowana, świetna rzecz!

PPS. Będę aktualizował na bieżąco wpis o nowe zdjęcia, ciekawostki – przeprowadziliśmy kilka interesujących rozmów, podzielę się z Czytelnikami informacjami uzyskanymi z pierwszej ręki, tzn. od źródeł w branży ;-) Jutro m.in konkretnie o BeoLabach 90, o Roonie na Myteku (co gdzie kiedy za ile ;-) ), o Oppo wizyjnie i dźwiękowo (idzie nowe), o stratosferycznych nausznych Utopiach i przystępnej cenowo, wręcz taniej Oliwce (a to tylko, tak z brzegu).

PPPS. I ostatnia aktualizacja naszej relacji z imprezy

» Czytaj dalej

Apple wycina audio jack(a). Lightning & bezdrutowe AirPodsy

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2016-09-07 o 21.36.32

No i stało się. Sama konferencja była niezbyt ekscytująca, przez pierwszą godzinę wiało nudą (oczywiście nie mam nic przeciwko Mario, Pokemonom i tym podobnym rzeczom. Wszystko dla ludzi, ale…). Ciekawa kolejność – najpierw zegarek, potem nowy telefon. Mniejsza. To, co dla nas istotne (i dla całej branży istotne) to rozbrat ze złączem audio jack 3,5mm. iPhone (a wraz z nim reszta handheldowego segmentu) bez jacka to iPhone ze słuchawkami z cyfrowym Lightningiem (tak, to EarPodsy) oraz przejściówką / adapterem dla słuchawek (od dzisiaj) klasycznych. Poza tym wyraźnie zostało to powiedziane, Apple wierzy w świat bezkablowy i taki on ma docelowo być. Są więc nowe AirPodsy, dziwny produkt, który przede wszystkim ma procesor (W1) w sobie zaszyty, nie ma kabli (w ogóle, żadnej smyczy, ale o takich produktach już słyszeliśmy, pisałem o nich nie raz, na IFA były m.in. Here o czym niebawem w relacji), dźwiękowo (coś czuję) to coś zbliżonego do …EarPodsów. Jak wyżej, nazwali to przewidywalnie: AirPods.

Niby EarPodsy

Gra to 5 godzin (tylko), ma etui ładowarkę (pozwalającą podładowywać sukcesywnie pchełki, tak aby dało się je użytkować dobę, tzn. energii w power banku starczy na 25h), nie wymaga żadnego parowania z telefonem, żadnego konfigurowania, nic. Jest apka, robimy w niej łącz i już. Ważne – wygląda to na produkt dla iPhone. Wyłącznie dla iPhone. To pierwszy raz w historii, gdy słuchawki da się używać z określonym (tylko) sprzętem i oprogramowaniem (tylko z iOSem 10, macOSem Sierra oraz watchOS3 – wraz z nimi zadebiutuje rzeczona aplikacja*). Czujniki pozwolą na włączanie / wyłączanie (podczerwieni) gdy słuchawka jest / nie jest w uchu oraz czujnik ruchu. Sterowanie będzie odbywało się wyłącznie za pomocą Siri   (wywołanie glosowego sterowania przez dwukrojone tapnięcie w obudowę), a mikrofony, poza rozmową, będą także działały w połączeniu z systemem wzmacniającym głos użytkownika (rozmowy). Kosztować to ma niemało, bo całe 159 dolarów (w Europie jeszcze drożej). AirPodsy. Podsy. Sporo. Pytanie  co się stanie, gdy którąś z tych słuchawek (one nie mają żadnego patentu utrudniającego wypadanie) utracimy, zgubimy jedną z tych bezdrutowych pchełek? No właśnie, co wtedy? Patrząc na formę (obudowa, sposób aplikacji w uchu) mamy EarPodsy, które jakoś nie słyną z trzymania się stabilnie w uchu. Czas pokaże i zweryfikuje. Może będzie Find My Pods? Kto wie… ;-) Z wygodą też będzie mocno dyskusyjnie, jak to w przypadku EarPodsów ma miejsce.

* konieczna do tego, by pozbawione jakichkolwiek przycisków słuchawki uruchomić (sterowanie via Siri, co na marginesie, ogranicza funkjonalność w związku z brakiem wsparcia językowego dla tej funkcji w wielu regionach)

Mhm, to EarPodsy, tyle że z mikrofonami, bez kabli, bez przycisków (!) z CPU (APU?) & sensorami

Poza tym pokazano także nowe Beatsy: Solo 3 (bezprzewodowe), dokanałowe PowerBeats 3 (sportowe, także bezdrutowe) i zupełnie nowe bezprzewodowe IEMy Beats X (oraz lekko zmod. Studio). Pojawią się też najtańsze nauszne przewodowe Solo EP. Generalnie, jak kabel to Lightning i tego się trzymamy. Nowy, audezowy Cipher (kabel Lightning dla jednej z wersji EL-8 oraz Sine) to ciekawe rozwiązanie, za moment będziemy to mogli gruntownie przetestować. Na razie powiem tak: wyprowadzenie wzmacniacza z DACzkiem poza obudowę telefonu nie jest w żaden konkretny sposób powiązane z chęcią uzyskania lepszej jakości (tzn. parametry takich adapterów / kabli będą zazwyczaj mocno Lo-Fi), to względy konstrukcyjne, z audio nie mające nic wspólnego. Ta dodatkowa przestrzeń, to między innymi na powiększenie baterii (stąd zapewne te 2-3h więcej w nowych 7-mkach) oraz zapewnienie odporności w środowisku wodnym. Tak to wygląda w przypadku Apple. Odnośnie Audeze, wypowiem się, jak dłużej niż chwilę potestuję ten wynalazek (Cipher). Aha, jeszcze jedno, sterowanie u Apple od teraz to domena RemoteTalk (głosowo, powiązane z opisaną powyżej integracją z Siri).

Wow (nie, jednak nie)

Nowy iPhone ma głośniki stereo (wiecie, na obu krańcach, coś co konkurencja… mniejsza). Audio jacek został uznany za przeżytek, za coś zbędnego. Teraz albo ma być bezdrutowo, albo nasz cyfrowy transport (nowy telefon) ma zera & jedynki przesłać na coś co wisi na odpowiednim, cyfrowym kablu. Rzecz jasna od dawna możemy sobie w ten sposób (często, gęsto) poprawić jakość dźwięku na zewnętrznym DACzku, przy czym teraz będzie to jedyna opcja połączenia, co oznacza duże zmiany dla branży: wzrost sprzedaży (co już się dokonuje) w bezprzewodowym segmencie słuchawkowym, zupełnie nowe produkty (Lightning, pewnie niebawem USB(C – ? Tego chce m.in. Intel) oraz takie słuchawki, które łączą różne funkcjonalności, tj. monitoring saktywności, interfejs dla inteligentnego asystenta, dostosowanie do zmian środowiskowych etc.). Warto sprawdzić czym są te nowe, bezprzewodowe jabłkowynalazki. Sprawdzimy na HD-Opinie. Niewykluczone, że jako jedni z pierwszych w Polsce.  To będzie do pewnego stopnia wyznacznik tego, co niebawem zaleje rynek. Tego możemy być raczej pewni.

To kluczowy element (przynajmniej tak wynika z zaprezentowanych przez Apple rycin). O samych przetwornikach (to co gra) ani mru, mru. IMHO to EarPodsy, tyle że bez kabla i drogie

A tak to ma wyglądać po założeniu (ciekawe ile ważą i – jak wspominałem w tekście – jak tam ze stabilnością?)

» Czytaj dalej

Słuchawki Meze 99 Classics – pierwsze wrażenia

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Meze tyt

O tych słuchawkach sporo dobrego napisano. Co konkretnie? Ano, że rewelacja, że za tę cenę to absolutny unikat, że świetnie wykonane, że takie gdyby zamiast Rumunii była np. Francja to trzeba by wydać znacznie więcej. Tak, faktycznie jak napisałem wczoraj na profilu palce lizać, choć to nie jest moja estetyka do końca (tzw. projekt plastyczny), ale jakość wykonania, materiały… od razu widać, że w pewnych lokalizacjach (naszej nie wyłączając) da się zrobić coś na poziomie mocno wyśrubowanym, jednocześnie nie żądając za to fortuny. Meze 99 pojawiły się nagle i mocno zmieszały na rynku mobilnych nauszników, stając się z automatu alternatywą dla często dużo droższych modeli głównie zachodniej konkurencji (tej utytułowanej, ceniącej się, znanej). No a tu nagle, znienacka takie coś. Nie to, że te słuchawki są bez wad (dziwne, że na wiele rzeczy recenzenci w Polsce nie zwrócili uwagi – nadrobimy te niedociągnięcia w opisie/ocenie Meze), bo jest co poprawiać, ale poziom jaki udało się osiągnąć nowicjuszowi w branży doprawdy imponuje. Materiały, jakość montażu, dołączone akcesoria, ergonomia (z zastrzeżeniami, ale jednak – o czym poniżej) oraz kompetencje brzmieniowe tych nauszników to nie jest żadna średnia, to ekstraklasa, czołówka. To przykład na to, że audio ogólnie nie musi być od, nie musi być elitarne (w sensie finansowym), niedostępne dla mas. Tytułowe 99-ki pokazują, że można dzisiaj bez wysiłku dostać coś, co mocno komplikuje życie wymienionym wcześniej znanym, utytułowanym, ceniącym się etc. Mocno.

Zacznę od tego, co najważniejsze, bo też jest o czym pisać i czym się zachwycać. Te słuchawki mają dwie szczególne cechy, które je wyróżniają, ale też coś co ogólnie je definiuje: prezentują dźwięk w taki sposób, że doprawdy tylko ktoś z poważną wadą słuchu mógłby wzruszyć ramionami. Inaczej: nie pozostawiają obojętnym nikogo, kto je założy i to w pozytywnym znaczeniu, to znaczy angażują, wciągają i trzymają w objęciach przyjemności aż do chwili, gdy ktoś nas kopnie w kostkę, prześwięci ścierką, brutalnie przerywając oderwanie od rzeczywistości podtrzymywane przez kolejne odtwarzane albumy, playlisty, utwory. Infekują. Dwie cechy to po pierwsze bas, basior, bassss, który będzie nie tylko ucztą dla każdego rasowego basshead-a ;-) , ale którego wyjątkowo namacalną obecność (bez zakłócania czegokolwiek – od razu uprzedzę, bo tu nie jest bas zamiast, tylko bas oraz) doceni każdy chyba, nawet jeżeli gustuje w spokojnych, dalekich od wywoływania niezdrowych emocji na dole ;-) dźwiękach. Dlaczego tak? Ano dlatego, że mamy tutaj nie tylko bas wielowarstwowy, nie tylko mięsisty, namacalny, nie tylko obfity, ale także (i to jest coś, co robi) wielowymiarowy, gdzie mamy to zejście odczuwalne cały jestestwem, mamy bryły, mamy faktury, plany… z tym wiąże się ta druga cecha wyróżniająca opisywane nauszniki. Przestrzeń. Wymiar. Holo wręcz. Słuchawki mają swoje fizyczne ograniczenia, trudno od nich wymagać takich wrażeń, jakie dostarczają dobre zestawy głośnikowe. To różne światy, bardzo odmienna kreacja właśnie, a może nawet przede wszystkim w zakresie sceny, przestrzeni, głębi. Meze potrafią w tym względzie więcej niż bardzo przecież kompetentne w tej dziedzinie Momentum. Idą dalej, ba, idą w kierunku do tej pory zarezerwowanym przez (generalizuje) ortodynamiki (których specjalnością jest m.in. uwolnienie nas od grania w czaszce, od grania w linii, jednowymiarowego) oraz elektrostaty. Powiem szczerze, że to jedyne takie dynamiczne konstrukcje, jakie do tej pory miałem okazję zakładać na głowę, które potrafią tak kreować przestrzeń, reprodukować wielowymiarowo scenę. Powiem więcej, to granie kojarzy mi się z monitorami bliskiego pola, z bardzo intensywnym wieloplanowym graniem (przy czym, mamy tutaj ten kapitalny bas, który w monitorkach albo szczupły, albo jedynie zaakcentowany właściwie, ale bez tego wszystkiego o czym powyżej była mowa). I to wszystko osiągnięte za pomocą przetworników z półki, bo producent jeszcze (albo w ogóle, bo nie wiem czy ma takie ambicje) nie oferuje swoich przetworników, te bierze z rynku i dostosowuje do swojego projektu. Strojenie? Zapewne. Materiały? Niewykluczone. Odpowiednia konstrukcja muszli? Na to wygląda. Efekt jest potwierdzeniem, że za tym wszystkim stoi ktoś, kto się na tym zna, ktoś, kto słucha, mierzy, wie i wykorzystuje swoje umiejętności do stworzenia udanych (bardzo) słuchawek.

Nie, to nie jest produkt za wiele tysięcy, tylko za niecałe tysiąc pięćset

No dobrze, takie mam pierwsze wrażenia odnośnie brzmienia. Jest też parę rzeczy, które (nie wchodząc w co słyszę, bo tutaj jest bardzo, bardzo dobrze) bym poprawił i które ewidentnie są do przemyślenia i skorygowania. Po pierwsze nie wiedzieć czemu kabelek z pilotem pozbawiono funkcji korygowania natężenia dźwięku. To dziwne, bo ma mikrofon, jest trzypinowy, pozwala na sterowanie nie tylko w zakresie odtwarzaj / pauzuj, ale także wybierz następny, albo cofnij do poprzedniego utworu. Po drugie ten pilot jest niewygodnie (bardzo wysoko) umieszczony. Utrudnia to sterowanie, choć ma też aspekt pozytywny odnośnie jakości rozmów… mikrofon jest bardzo dobrej jakości, a do tego umiejscowiony jw. bardzo blisko twarzy. Tak czy inaczej trzeba wysoko unosić rękę, co nie jest wygodne. Aha przycisk jest długi, ale reaguje w jednym miejscu tylko, co też nie ułatwia obsługi. Sam przewód odznacza się efektem mikrofonowania. To poważna wada, ale – jak się okazuje w trakcie użytkowania – nie tak dokuczliwa, jak to zazwyczaj bywa. Kabel ociera się o ubranie i to przenosi się na słuchawki (gdy nie odtwarzamy), natomiast po uruchomieniu odtwarzania (o dziwo) nie odczuwamy specjalnie dolegliwości ze strony kabelka. W komplecie jest też dłuższy, prawie 3 metrowy przewód do łączenia słuchawek ze stacjonarnym torem. Wykonanie, materiały, wtyki – wszystko na bardzo wysokim poziomie. Dla niektórych wadą będzie poprowadzenie przewodów do obu muszli oddzielnie (co może przeszkadzać w przypadku mobilnych, a takimi z założenia są Meze, słuchawek), ja tego tak nie oceniam, ale już bardzo długie wejścia / porty w muszlach dla zastosowanych przez producenta jacków to gotowa recepta na uniemożliwienie jakiegoś rekablingu, zmiany okablowania firmowego na inne. Po drugie na samych słuchawkach próżno szukać poznaczeń kanałów. To dziwne. Kabelki wyraźnie oznakowano, zaś same nauszniki zostały pozbawione jakichkolwiek oznaczeń. Instrukcja (lakoniczno-skrótowa) niczego w tej materii nie wyjaśnia, a wręcz jeszcze gmatwa sprawę i powoduje konfuzję – jak to do diabła połączyć?  Są zdaje się symetryczne, jednak dla naszego (lepszego ;-) ) samopoczucia, producent powinien nas albo poinformować, że „who cares”, albo stosowne oznaczenia umieścić na pałąku, muszli... Po trzecie 40 mm przetworniki z dopasowanymi (niewielkimi) padami to nauszne, a nie wokółuszne słuchawki. Tymczasem producent sugeruje, coś zgoła innego. Mam niewielkie małżowiny raczej, przylegające a mimo to jest na styk, zazwyczaj będzie „poza zakresem”. To zamknięta konstrukcja, niby więc izoluje dobrze, ale ze względu na to co powyżej może być z tą izolacją różnie.

Poza tym ergonomia stoi na dobrym poziomie, bo lekkie, bo dobrze leżą, nie cisną, dość wygodne są i do długiego słuchania generalnie się nadają. Takie mam wrażenia po pierwszych nastu godzinach słuchania (praktycznie nie zdejmuje ich z głowy). Dobrze to świadczy o ogólnej wygodzie, o tym że to nie są słuchawki na szybką sesję, że można z nimi udać się w długą podróż po dźwiękach i – biorąc pod uwagę walory brzmieniowe – będzie to bardzo przyjemne i wciągające doświadczenie. Za mniej niż 1500 złotych można zatem wyposażyć się w coś, co wygląda mi na „mogę z tym żyć”. Nieźle! Pozostaje sprawdzić, czy ten bardzo pozytywny w odbiorze, pierwszy efekt „wow” się utrzyma i jeszcze pogłębi. Sprawdzę Meze na wszystkich stacjonarnych wzmakach jakie akurat mamy na stanie, sprawdzę też z HA-2, sprawdzę na przekrojowym repertuarze (było eklektycznie, zróżnicowane granie, ale testuję od niedawna, warto więc maksymalnie rozszerzyć dobór, aby potwierdzić uniwersalność jaka majaczy na horyzoncie).

I jeszcze jedna uwaga na wstępie. To niezwykle efektywna konstrukcja, którą bez problemu napędzi przykładowo wyjście audio z iPada Mini (a to naprawdę coś, bo w iPadach, a szczególnie modelu który wykorzystuje do testowania możliwości złącza słuchawkowego są skromne, wg. mnie na dużo niższym poziomie, od tego, co znajdziemy w tym zakresie w iPhone. Można będzie zatem wpiąć te słuchawki do dowolnego źródła mobilnego bez obaw, że będzie „za mało”, bezpośrednio podłączyć, nie bawiąc się w dodatkowe, zew. wzmacniacze. Tutaj naprawdę tego nie potrzebujemy, co więcej na poziomie 80/5 na rzeczonym iPadzie było już naprawdę bardzo głośnio (za nawet). Na iPadzie, na którym zazwyczaj skala mi się kończy i chciałoby się więcej w prawo, ale już się nie da.

Poniżej, tradycyjnie, galeria z opisem:

» Czytaj dalej

Cyfrowa centralka jak się patrzy. I nie tylko… recenzja ADLa Stratos

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
ADL Stratos_tyt

Lubię rozwiązania zintegrowane. Kompaktowe. Wszystko w jednym. Tak, przemawia do mnie wygoda korzystania z jednej, a nie kilku skrzynek, brak konieczności mnożenia bytów, brak kablekologii stosowanej, elegancja czegoś w liczbie pojedynczej. To ma sens, często ma sens od strony nie tylko ergonomii, kwestii użytkowych, a tego co najważniejsze… od strony jakościowej, brzmieniowej. Ktoś tu się zaraz obruszy i powie: jak to! Co on gada! Prawdziwie audiofilski zestaw to dwie końcówki, jakieś pre i jeszcze ze trzy inne skrzynki realizujące (na poziomie 10 000+) wizję hajendu w pałacu. Ok. Można i tak, można na postawach antywibracyjnych, na stoliku za kolejną dychę ustawić „pod sam kurek” klamotów w cenie dobrej klasy auta i więcej. Można to zrobić, tylko czy to na pewno droga do osiągnięcia właściwego rezultatu (czytaj: naszego dobrego samopoczucia po wciśnięciu przycisku play)? No właśnie, to dobre pytanie, bo liczba zmiennych, komplikacja toru, albo – inaczej – efekt, który można równie dobrze (tak, dla niektórych to gotowy powód do obrazy majestatu i wyrzucenia z grona znajomych – przerabiałem) osiągnąć w zupełnie innym budżecie, w zupełnie inny sposób. Ktoś kiedyś nawet posunął się do stwierdzenia (producent, biznesmen?), że wszystko co tańsze, wszystko co integrujące parę funkcji z definicji jest ułomne, gorsze etc. No, na pewno gorsze, bo kupi taki jeden z drugim coś takiego, zaoszczędzi kilka zer na rachunku i co? Najlepiej zastosować więc starą, dobrą zasadę totalnego przegięcia w ocenach, przesady i całkowitego nie liczenia się z właściwymi proporcjami (pamiętacie? W high-nedzie przyrost promilowy kosztuje te dziesiątki tysięcy złotych, minimalny, NIE TAKI CO PRZENOSI GÓRY).

Piszę o tym wszystkim nie bez przyczyny. Testowany przez nas ADL Stratos to jedno z urządzeń typu „wszystko w jednym”, produktów które do niedawna (integracja źródeł analgowych z cyfrowymi plus słuchawki) stanowiły rzadkość, dzisiaj zaś są czymś mocno rozpowszechnionym, choć – co ciekawe – zazwyczaj pojawiającym się w ofercie, nazwijmy to, rozsądnie wyceniających swoje produkty, marek. To dziwne, bo przecież nieliczne, bardzo, bardzo drogie klamoty, realizujące koncepcję wszystko w jednym, są – no właśnie – jakościowo bez zarzutu, są na piedestale, na samym szczycie. Są jednak bardzo nieliczne, a w high-endach króluje rozpasanie – jak coś, to najlepiej w stereo, jak jeszcze coś to najlepiej z dodatkowym tabunem akcesoriów wszelkiej maści (tak, takich z gatunku audio voodoo), a na rachunku mnożą się te cyfry i mnożą, bo przecież każdy klamot to te platyny, ciosane obudowy, stożki, płaty i jeszcze podatek od marki oraz od nie zawsze (delikatnie rzecz ujmując) know-how (tajemnego dodajmy nierzadko bardzo).

Spotkałem się wielokrotnie z sytuacją, gdzie grały cyferki, gdzie było to tak ewidentne, tak bezwstydne, że nie było sensu nawet rozpoczynać dyskusji, bo wynik jw. był z góry przesądzony. Dopatrywanie się w takich okolicznościach wpływu (gigantycznego dodajmy, co samo w sobie jest śmieszne i nielogiczne) na brzmienie (zasadniczych, oczywistych, od razu zauważalnych) różnych dodatków, podstawek (pod druty za kilkanaście tysięcy za metr, przecież da się jeszcze bardziej, no da się), audiofilskich kabli LAN itp to jest zwykła bujda na resorach, obraza inteligencji. Patrzę na to z zażenowaniem, bo widzę, że wiele w dzisiejszym audio kuglarstwa, więcej niż kiedyś, bo kto się dobrze zna na IT (pewnie garstka – zresztą ta garstka jest bezprzykładnie atakowana przez nawiedzonych, którzy słyszą wpływ skrętki na kolumnach/słuchawkach), kto się orientuje w bardzo skomplikowanej materii, jaką jest komputerowe audio (bo takie dzisiaj ono jest i takie ono będzie)? Sam high-end jest specyficzny, nie ma co kruszyć kopii, ale ten high-end z jego finansowym odlotem (pamiętacie – promile!) coraz częściej rzutuje (podejście!) na cały rynek, na wszystkie jego segmenty. Ułatwia taką sytuację zwykła niewiedza, czasami ignorancja nas samych, klientów, dajemy się naciągnąć na rzeczy, które całkowicie rozmijają się ze zdrowym rozsądkiem.

W komputerowym audio bardzo o to łatwo, wystarczy podkręcić potencjometr bullshit maksymalnie w prawo i już – mamy coś, co daje niebiańską rozkosz w bliżej nieokreślony sposób (midichloriany, to pewnie to, dlatego można to tylko na ucho stwierdzić i dać wiarę, ale do tego potrzeba jeszcze – wiecie – mocy). I tak system za sto kilkadziesiąt tysięcy w zaadaptowanej komorze akustycznej nie musi zabrzmieć lepiej od sprzętu za ułamek kwoty, jaką właściciel przeznaczył na wunderwaffe. To – zresztą – było na szczęście otrzeźwiające i pozytywne dla właściciela, bo w odróżnieniu od obrażalskich, stwierdził że ok, że to coś w pewnych aspektach lepsze od tego, co ma (za te duże cyferki) i chyba musi przemyśleć parę rzeczy na nowo. Fajnie. Problemem publikującego, a nawet (zgroza) tylko wygłaszającego (publicznie) swoje opinie / wątpliwości, jest cokolwiek nieprzyjazne, żeby nie powiedzieć wprost – wrogie – nastawienie tych, którzy mają swoje midichloriany w ilości (liczbie?) wystarczającej, by wystrzeliły im ze złotych (50-60 letnich nierzadko …żeby nie było powoli zbliżam się) uszu, bo co to dla nich, osłuchanych ze słuchem absolutnym, co się upływowi czasu nie kłania.

Czytacie to i zastanawiacie się – no dobrze, ale o co mu chodzi, jakiś gorszy dzień, lewą nogą wstał, ki czort? Może i wstał nie tak, może i nastrój nie ten, ale powyższe koresponduje z treścią recenzji Stratosa, bo właśnie ten niewielki klamot (o bardzo dużych możliwościach) był czymś, co zmieniło percepcję, postrzeganie u znajomego (najlepsze, że ów znajomy nie tylko nie zgodził się, ale kategorycznie zabronił ujawniać kto, na czym i w jakich okolicznościach – szanuję to i się stosuję, informując tylko i aż o samym fakcie, bez podawania szczegółów) i chwała mu za to, bo sam się zastanawiałem jak podejść do tego tekstu bez wywoływania wśród znajomych awantury pt. ale co ty piszesz, niepoważny jesteś, przecież to nie może być poziom (bla, bla, bla). Także ten, wiecie już chyba o co mniej więcej chodzi. ADL Stratos. Centralka, wszystko w jednym, taki niepozorny klamocik, wyceniony tak, że poszczególne części składowe dostajecie w budżetowych ramach, a właściwie, to wróć… część dostajecie gratis, jeżeli miałbym w sposób sprawiedliwy ocenić koszt-efekt to trafia się dzisiaj na pierwszą stronę niezła okazja i powiem Wam, że takie skrzynki ZAWSZE będą u mnie mile widziane. Rozsądny budżet. Wyjątkowa funkcjonalność. Brzmienie nie licujące z metką. Oferenci & entuzjaści „koralików” w cenach platyny mogą wygarnąć swoje frustracje, oflagować się i w ogóle dalej nie czytać, uznając że przecież zintegrowane, tanie to, azaliż więc do czterech liter – proszę bardzo – na górze w zakładce krzyżyk i już cztery litery nie bolą, tematu nie ma. No. Resztę zapraszam na małe co nieco ze Stratosem w roli głównej:

» Czytaj dalej

Słuchawkowy wysyp #2: NAD HP50 po modyfikacji

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20160805_190954452_iOS

Od razu na wstępie zaznaczę… to zmodyfikowana wersja HP50, z innym od firmowego, zmienionym okablowaniem. Recabling to temat nośny, często dyskutowany na forach, szczególnie gdy konstrukcyjnie słuchawki wyposażono w stałe, czy trudne do wymiany (nietypowe porty w muszlach) przewody. W przypadku HP50 dostajemy całkiem niezły (naprawdę dobry) kabel z pilotem, który będzie oczywistym wyborem w przypadku mobilnego użytkowania tych nauszników. Tyle, że u mnie po pierwsze HP50 mają być słuchane wyłącznie w domu (wyjaśnię poniżej dlaczego), po drugie konstruktorzy sami zachęcają do wymiany firmowego kabla – w lewej muszli umieścili pusty port dla przewodu, co oznacza że można stosunkowo prosto zmienić okablowanie na takie, w którym omijamy przewody poprowadzone w pałąku na rzecz symetrycznie podpiętych do lewej / prawej muszli kabli, dodatkowo pozbawionych pilota. Właśnie… pilota. Pilot to rzecz bardzo przydatna, wręcz niezbędna, gdy chcemy wykorzystać słuchawki na wynos, mieć możliwość nie tylko sterowania odtwarzaniem, natężeniem dźwięku, ale także móc bezproblemowo odbierać połączenia. Odbieranie telefonu ze słuchawkami pozbawionymi tego dobrodziejstwa (mikrofon) jest uciążliwe, niepraktycznie – to oczywiste. W przypadku HP50-ek, modelu typowo przenośnego (choć nie jest to konstrukcja idealnie dopasowana do tego typu użytkowania – nie składa się, nie ma szerokiego zakresu regulacji, poza tym nieco kontrowersyjnie rozwiązano kształt, formę pałąka) trudno oczekiwać od użytkownika rezygnacji z wyżej wymienionej funkcjonalności. My jednak, nietypowo, zdecydowaliśmy się na rekabling tych, skądinąd bardzo od strony brzmieniowej interesujących, słuchawek. Bo pilot to z drugiej strony kompromis jakościowy, element wprowadzający w całym równaniu niewiadomą, zazwyczaj negatywnie oddziałujący na finalny efekt (sprawdźcie jak brzmią Wasze słuchawki mobilne, takie które wyposażono w dwa, wymienne przewody, a jeszcze lepiej zastosujcie w takich słuchawkach jakiś lepszy, ale właśnie pozbawiony pilota kabel). Poza tym czasami zmiana okablowania, nawet z takiego niezłego, daje wymierny efekt brzmieniowy, daje progres. Przerabiałem to nie raz w przypadku wysokiej klasy nauszników.

Mod. NAD VISO HP50 w pełnej krasie

Rezygnacja z przenośności była tym łatwiejsza, że wspomniany pałąk po założeniu słuchawek na łeb wygląda, co tu by dużo nie mówić, pokracznie. Wystaje mocno poza obrys głowy (patrz zdjęcie poglądowe poniżej) i cóż, to nie może dobrze wyglądać. Rzecz jasna można mieć to gdzieś (ja akurat mam to gdzieś), ale z tą nietypową (choć spotykaną w wysokiej klasy słuchawkach high-endowych, takich jak choćby Abyss) konstrukcją pałąka wiąże się jeszcze jeden aspekt: punktowy ucisk na czubku głowy. Kto ma wrażliwy wierzchołek (ja mam) ten doskonale wie, z czym to się wiąże. Ano dokładnie, z dużym dyskomfortem się wiąże. Testowany egzemplarz także tutaj różni się od tego, co firma dała w standardzie (patrz zdjęcia). Oczywiście zmiany wykluczają powrót do standardowego kabla z pilotem. Samo okablowanie jest zamontowane na stałe, zrobione przez kogoś, kto się na tym bardzo dobrze wyznaje. Zastosowano do obu muszli przewody ze srebrzonej miedzi (VanDamme), oplot to solidna plecionka, zaś wtyk to świetny Amheno 3,5mm. Pierwotnie pałąk uległ uszkodzeniu co niejako wymusiło modyfikację, której efektem jest brak ucisku na czubku głowy. Ktoś tu zaraz powie – no dobrze, ale co te słuchawki mają wspólnego z oryginalnym wyrobem NADa – i będzie miał słuszność… ano nie za wiele. Mamy mocno zmodyfikowane HP50, już nie takie mobilne (znaczy da się, swobodnie użytkować na wynos, z ograniczeniami jak wyżej, to nadal leciutkie, wygodne nauszniki), a raczej stacjonarne, nadal jednak są to słuchawki z pierwotnymi przetwornikami, przetwornikami które NADowi bardzo wyszły dodajmy. Te nauszniki w wersji niemodyfikowanej (miałem okazję słuchać przy okazji długiej sesji w pewnym salonie – dziękuję za wyrozumiałość btw ) grały zjawiskowo dobrze, wręcz stanowczo za dobrze.

No nie wiem…

Ten test, artykuł będzie zatem nie tylko recenzją HP50-ek (bardzo, moim zdaniem, niedocenianych słuchawek, które w kraju w ogóle nie miały szczęścia do dziennikarzy – mało kto o nich pisał), ale będzie także opisem problemowym, tematycznym, dotyczącym modyfikacji, ulepszania tego, co z pudełka, wpływowi modyfikacji okablowania na dźwięk. Nie będziemy generalizować, bo zawsze trzeba podchodzić do tych kwestii indywidualnie, ale co od zasady… w drogich modelach, z wymiennym kablem, można – podobnie jak to ma miejsce z torem stacjonarnym, systemem audio, dosmaczać, stroić całość za pomocą przewodów. I żeby nie było… jestem, byłem i raczej pozostanę sceptyczny w kwestii roli, wpływu kabelków na to co słyszymy (w ujęciu procentowym). Według mnie kable, choć mają wpływ, to jednak nie tak przemożny jak to można często wyczytać w różnych periodykach, publikacjach, innymi słowy kable same z siebie nie grają*. Co więcej, ich wpływ jest raczej subtelny, a nie krytyczny (nie mówimy tutaj o ekstremach, a o ogólnych zasadach jakie dotyczą okablowania w systemie). Także to nie jest tak, że nagle, automagicznie mam zupełnie inne, nowe HP50, o niebo lepsze etc. Mogę w każdej chwili skonfrontować to, co słyszę na zmodyfikowanych, z egzemplarzem w pewnym salonie. Tak dla przypomnienia. Słuchając ich teraz, wiem w jakim kierunku i na ile wymiana kabla zmieniła dźwięk tych słuchawek.

Jak zapewne zdążyliście zauważyć, jestem fanem marki NAD. Ta kanadyjska (tak, ma brytyjskie korzenie, ale to KANADA, a nie jak piszą co poniektórzy Albion) firma robi świetny sprzęt, znakomity w relacji koszt – efekt, według mnie ponadczasowy. Jest wierna swojemu DNA i mimo na wskroś nowoczesnej, obecnej oferty, nadal robi to, co wyróżniało ją na rynku – robi muzykalne, ekstremalnie przyjemne w odbiorze urządzenia audio, które mogą stanowić fundament dowolnego toru. Tego taniego, budżetowego (w tym zawsze byli mocno, to ich wyróżniało), jak i high-endowego, przy czym w ofercie znajdziemy klasyczne konstrukcje, które według mnie idealnie pasują do koncepcji „drut ze wzmocnieniem”. Prawdziwe, nadowskie waty, zazwyczaj dużo większe (mocowo) możliwości od tych podawanych w specyfikacji – za to lubię i cenię tę firmę. I choć cyfra jest numero uno (dzisiaj) to jednak znajdziemy także sporo czysto analogowych produktów w katalogu NADa obecnie i dobrze, dobrze że tak jest, bo mamy wybór. U mnie większość elektroniki na stałe (bo poza tym, w związku z testami, wiadomo, ciągła rotacja następuje) to NAD. I to zarówno ten nowoczesny (np. D3020), jak i ten vintage’owy (np. pre 1020). HP50-ki zagrają z dziurki wspomnianego przedwzmacniacza z wbudowanym stopniem gramofonowym (właśnie gramofon, też NADa, też vintage, będzie źródłem w tym konkretnie wypadku), zagrają również via jack w cyfrowej integrze (które to wyjście, przypominam, oceniłem jako dość kiepskie w recenzji tego wzmacniacza) ze źródeł (a jakże) cyfrowych tj. Chromecast-a Audio oraz routera AirPort Express (AirPlay) & via BT z aptX (przy okazji porównam te bezprzewodowe sposoby transmisji dźwięku). HP50 sprawdzę także na budżetowym zestawie C515BEE & C315BEE odtwarzając płyty CDA. To będzie taki „przede wszystkim NAD”, choć oczywiście nie zrezygnuję ze sprawdzenia możliwości słuchawek z inną elektroniką (Oppo HA-2 np.).

Zmodyfikowane pod tor stacjonarny. Co by tu puścić?

Sumując, będzie to nieco inna, myślę że ciekawa, próba opisu produktu – „po”. Po modyfikacjach, po gruntownym wygrzaniu, po dogłębnym zaznajomieniu się z pierwotnym, nietykanym egzemplarzem, na firmowej – bardzo odmiennej, przekrojowej odnośnie generacji / pokoleń elektronice. Jedno wiem już teraz. Te słuchawki potrafią zaskoczyć. I nie liczy się w tym zaskakiwaniu znaczek NAD na obudowie muszli, a liczy się to co dobiega do uszu. Jest tam spokój, ale jest też finezja i umiejętności, które potrafią mocno zadziwić. Aha, w nazwie tych nauszników występuje VISO, oznaczenie produktów lifestyleowych NADa, takich jak choćby głośniki bezprzewodowe ONE, IEMy etc. Nasze już takie VISO nie są, jak widać

Tymczasem poniżej, parę dodatkowych fotek…

* …odnośnie zaś cenowego rozpasania w branży kablarskiej to komentarz wydaje się w sumie zbyteczny. To jak z farmaceutykami tylko (chyba) jeszcze do sześcianu. Często, gęsto totalne oderwanie od rzeczywistości.

» Czytaj dalej

CapTune – patent na Tidala z EQ oraz podrasowanie możliwości Momentum

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20160706_150136000_iOS

To chyba pierwsze takie, kompleksowe podejście do tematu producenta słuchawek. Sennheiser wypuścił apkę (dostępna dla iOSa oraz Androida), która stanowi ciekawe rozwiązanie dla użytkowników firmowych produktów, a w szczególności właścicieli linii Momentum (poza tym są także nowe, opisane wczoraj PXC550). Nie jest pozbawiona wad (o czym kapkę niżej), ale ma dwie niezaprzeczalne wg. mnie zalety. Po pierwsze zawiera integrację Tidala i to taką, która daje użytkownikowi dostęp do czegoś, czego w programie dostępowym oferowanym przez serwis zwyczajnie nie ma – do rozbudowanego korektora parametrycznego (EQ). Dodatkowo, choć wymaga przyzwyczajenia i nie jest tak – powiedzmy – rozbudowana odnośnie nawigowania po zbiorach, to jednak sprawdza się całkiem nieźle, bo dzięki prostocie, nie przeładowaniu (czasem więcej znaczy gorzej), sensownemu panelowi sterowania (znowu prostota i szybki dostęp do tego, co trzeba) w czasie odtwarzania może całościowo stanowić ciekawą alternatywę dla Tidal.app. Oczywiście mamy możliwość dodania swoich Senków z indywidualizacją wyglądu (estetyka głównie, estetyka), przy czym w pamięci urządzenia zostają zapisane – właśnie – presety dla każdego z podpiętych do gniazda (albo połączonych bezprzewodowo) słuchawek. To już jest coś i taka możliwość ustawień (pod brzmienie słuchawek, pod nasze gusta, wreszcie pod określone gatunki) to rzadko spotykana sprawa. Nazwali to w oczywisty sposób – profile dźwiękowe – Sound Profiles i choć Sennheiser wskazuje głównie na to, co ludzie zwykli łączyć (bo modne) z różnymi aktywnościami (stąd podpięte pod to playlisty), to przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by dopasować to do konkretnych gatunków oraz podpiętych słuchawek.

A to jeszcze nie wszystko. Bo są dwie rzeczy, na które chcę przede wszystkim zwrócić uwagę. To właśnie dlatego zamiast aktualizować opis we wczorajszej publikacji poświęconej nowym Senkom (PXC550) postanowiłem poświęcić tej apce osobny wpis. Pierwsza z nich to innowacyjny test A/B jaki możemy sobie zaaplikować w ramach aplikacji, pozwalający w bardzo użyteczny, łatwy sposób porównać różne presety i wybrać najodpowiedniejsze dla nas ustawienia. Działa to świetnie, muszę przyznać i daje spore możliwości także w zakresie testowania słuchawek, dając gotowe narzędzie do testów. Nazwali to SoundCheck i cóż – to jest naprawdę użyteczna, przydatna rzecz. Druga wyróżniająca cecha CapTune to specjalnie dopasowane (pod firmowe słuchawki) presety, których włączenie dość radykalnie wpływa na to co usłyszymy. Tutaj mówimy o czymś, co przygotowali inżynierowie firmy z myślą o takim zestrojeniu słuchawek, by te zagrały… inaczej. Cechą wspólną tych presetów jest odjęcie otwarcia, przestrzeni, pewne zamknięcie dźwięku. To oczywiście od razu wywołuje reakcję „wyłącz”, jednak gdy damy tym ustawieniom szansę okazuje się, że żywiołowe i hurra do przodu, obfite (to dobre słowo, dobrze określające charakter całej linii Momentum) brzmienie w niektórych gatunkach „cywilizuje się”, pozwala na wydobycie szczegółów, których wcześniej – zwyczajnie – nie słyszeliśmy. To bardzo ciekawe doświadczenie i warto spróbować, mając w pamięci to, co napisałem …w zależności od naszych preferencji, ale przede wszystkim od danego gatunku muzyki może to być właśnie TO, czego oczekujemy, albo wręcz przeciwnie. Fajnie, że takie modelowanie oferuje nam ktoś, kto zna te przetworniki, te zestrojenie jak własną kieszeń, czytaj producent. Każdy z presetów fx tj. Spatial Boost (szczególnie dedykowany Momentum), Bass Boost oraz Treble Boost wyraźnie wpływa na to, co dociera do naszych uszu. Co ciekawe, przestawienie suwaka niewiele tu zmienia, to znaczy włączenie podbicia od razu skutkuje zmianą brzmienia, bez względu na późniejsze korekty suwakiem.

Do czego zatem można się przyczepić? Ano do niewielkiej liczby gotowych ustawień EQ (gatunki – mogli dać tego więcej i mam nadzieję, że dodadzą), do nieco jednak utrudnionego nawigowania (tylko górny pasek z głównymi przyciskami nawigacyjnymi, z tym że nie ma tu spójności – muszą nad tym jeszcze popracować) oraz totalnie wg. mnie skopanej integracji z kolekcjami iTunes (integruje muzykę z applowego odtwarzacza Muzyka, tyle że integruje wadliwie). O co chodzi? Ano o to, że jak jesteśmy subskrybentami iTunes Match (czytaj chmura), albo korzystamy z Apple Music (też chmura) to… niczego sobie nie posłuchamy. Zwyczajnie mamy wszystko szare, niedostępne z komunikatem o prawdopodobnym DRM. Co ciekawe także coś lokalnie zapisanego w pamięci telefonu, a kupionego wcześniej w iTunes Store podobnie nie jest udostępnione do odtwarzania. Zatem pozostaje tylko to, co przenieśliśmy z zapisanych w komputerze z iTunes bibliotek do pamięci iPhone (bez DRM). Cóż… słabe to. Tu, znacznie lepszym pomysłem byłoby albo zintegrowanie własnego odtwarzacza (z dostępem via iTunes/iPhone/programy/kopiuj&wklej, albo jeszcze lepiej jakiejś chmury – patrz Vox Player z Loopem), albo …olanie tego w zamian za integrację innych serwisów streamingowych. Oczywiście sam Tidal może być dla wielu (i tak zapewne jest) wystarczający, ale znajdą się tacy, którzy powitaliby z radością Spotify, Deezera oraz takie rzeczy jak SoundCloud czy strumienie audio z YouTube oraz rozgłośnie internetowe. To zresztą, jak widzę, będzie rozwijane tzn. Sennheiser będzie chciał wprowadzić nowe elementy do zakładki źródła. I oby to zrobił, bo najważniejszy jest dostęp do muzyki. Aha, można oczywiście szybko (odpowiedni panel) przesłać strumień na dowolny, inny niż słuchawki, „efektor” w postaci głośników czy odtwarzaczy AirPlay/Bluetooth (zapewne także uPnP).

Podsumowując, generalnie z producentów, którzy podobnie oferują aplikacje z dopasowaniem pod własne produkty, mogę tu wymienić właściwie tylko jednego – Onkyo – z genialnym (ale też zupełnie innym, bo grającym z lokalnej kolekcji/pamięci) HF Onkyo Playerem. Tam położono akcent na duże możliwości konfiguracji odtwarzacza, na możliwość odtwarzania hi-resów, w tym także materiału DSD. Aha – żeby nie było – mam tu na myśli aplikacje pod kątem odtwarzania ze słuchawek, nie z głośników, jakiś własnych multiroomów, bo tego akurat jest w brud (bardzo rozbudowany software Yamahy choćby). Te dwa odtwarzacze integrują firmowe słuchawki w ramach firmowego oprogramowania. Daje to określone korzyści (nie tylko wspomniane presety, czy jakieś estetyczne zabawy w mod. wyglądu), ale także (wraz z PXC550) możliwość programowego, daleko idącego dopasowania działania elektroniki zaszytej w słuchawkach do własnych preferencji. Właśnie w przypadku tych ostatnich CapTune staje się ważnym elementem całości, bo dzięki apce po raz pierwszy użytkownik będzie miał wpływ na działanie aktywnego systemu redukcji odgłosów z zewnątrz. Taka apka pozwala także na dalsze usprawnienia, modyfikacje, dodawanie nowych funkcji bez konieczności ingerowania (programowego) bezpośrednio w firmware słuchawek. Takie zmiany mogą być osiągane na drodze aktualizowania CapTune. Rzecz jasna pozostaje kwestia zamknięcia (się) w ramach jednej aplikacji (podczas gdy, zwykle korzystamy z paru, co naturalne choć w sumie niezbyt wygodne) do odtwarzania. Dlatego tak ważne jest, by producent (developerzy) nie usiedli na laurach, tylko szybko dodawali nowe źródła muzyki do aplikacji. CapTune to apka, rzecz jasna, uniwersalna – każdy, nie tylko użytkownik Senków, może z niej skorzystać, dodając inne słuchawki do profilu/i. Poniżej duża, rozbudowana fotogaleria, prezentująca software.

Zachęcam do testowania…

Android: Google Play iOS: App Store

 

Aplikację testowałem na iPhone 5S oraz iPadzie Mini 2  z wykorzystaniem słuchawek z linii Momentum: in-Ear, wokółusznych pierwszej generacji oraz Wireless OvE

» Czytaj dalej

Premiera Astell&Kern AK70 & AK T8iE MKII

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Astell&Kern AK70 (4)

Pamiętacie recenzję AK T8iE pierwszej generacji (przy okazji także DAPa AK120II) @ #HDOpinie? Ja pamiętam (jak dobre to było granie). Właśnie debiutuje druga generacja tych słuchawek wyposażona w nowe okablowanie (srebrodruty) oraz usprawnienia w zakresie przetworników (nowa cewka). Nie uległa zmianie cena – nadal wysoka – bo wynosząca prawie pięć tysięcy złotych. Także dla majętnych amatorów IEMowego grania to propozycja. Słuchawki powstałe, podobnie jak w przypadku wcześniejszej wersji, we współpracy Astell&Kern oraz Beyerdynamika (Tesle) są już dostępne na naszym rynku. To nie jedyna nowość od Koreańczyków. Zaprezentowali niedawno w Monachium kolejnego uberKałacha (jak potocznie zwane są DAPy A&K) czytaj model AK300. Jest tam wszystko, no może za wyjątkiem streamingu na wynos (a to, jak wspominałem we wcześniejszym, dzisiejszym wpisie spory brak funkcjonalny) i to wszystko kosztuje odpowiednio. My jednak opiszemy mniejszego, znacznie przystępniejszego cenowo brata, model AK70. To drugi w kolejności w ofercie Koreańczyków player, drugi po A&K Jr., który ma zadatki na wysokiej klasy źródło dźwięku na wynos (i nie tylko). Czym jest nowy AK? Popatrzmy:

Jak widać mamy tutaj i DSD i ripowanie CD, a nawet lokalne połączenie sieciowe WiFi ze źródłami dźwięku (funkcja connect). Fajnie, że to wszystko w dość przystępnej, szczególnie zważywszy na tego producenta (produkty niewątpliwie wyróżniają się jakością wykonania – patrz nasz test AK240 choćby) cenie – DAP będzie dostępny, czy jest już dostępny za 2699. Tutaj, w odróżnieniu od Oppo (patrz poprzedni wpis) bez trudu kupicie dedykowaną stację dokującą i przekształcicie mobilnego grajka w stacjonarne źródło. To bardzo fajne uzupełnienie, szczególnie przydatne gdy popatrzymy przez pryzmat dostępu do sieci i zgrywania płyt… to całościowo zamyka temat, niemal całościowo, bo przydałoby się jeszcze strumieniowanie (via WiFi) z Tidala. Do tego można jeszcze wyjść cyfrowo (optyk) z dźwiękiem, co czyni z AK70 interesującą propozycję dla kogoś, kto chce mieć dwa w jednym: mobilne źródło oraz stacjonarny odtwarzacz z możliwością integracji komputerowych źródeł dźwięku (PC/Mac w scenariuszu zew. karty dźwiękowej USB) jak i wyprowadzenia audio na innego stacjonarnego DACa, wreszcie strumieniowania z komputerów/NASów swojej muzyki. Ponad to Astell&Kern AK70 wyposażony jest we wbudowane 64 GB pamięci wewnętrznej oraz gniazdo kart microSD (w sumie możemy mieć jakieś 200GB na muzykę – wystarczająco dużo nawet w przypadku hi-resów i DSD).

Jak wspomina dystrybutor, firma MiP, Astell&Kern AK70 może być atrakcyjną propozycją dla użytkowników np. Chord Mojo. Cyfrowe wyjścia audio na Toslink oraz USB są w stanie przetwarzać sygnał DSD 2.8/5.6MHZ (przez DoP) oraz PCM aż do 384kHz. Ta funkcja jest już teraz również możliwa po aktualizacji firmware dla pozostałych modeli serii 3XX oraz 2XX. Według danych producenta, Astell&Kern AK70 jest o 29% lżejszy, 17% mniejszy i 1.9mm cieńszy niż poprzedni model z tego segmentu – AK100 II. W odróżnieniu od najtańszego odtwarzacza z oferty AK Junior – AK70 posiada dodatkowo zbalansowane gniazdo słuchawkowe 2.5mm, umieszczone zaraz obok standardowego 3,5 mm. Dzięki temu otrzymujemy moc wyjściową do 2.3Vrms – czyli taką samą jak w najwyższym modelu z linii AK380. Wewnątrz wbudowano układ DAC Cirrus Logic CS4398 czyli ten sam co w AK100 II, ale już nie ten sam co w AK300.

Postaramy się przetestować tego grzdyla u nas…