LogowanieZarejestruj się
News

Niewierny Tomasz: sprawdzę to. Co? To: IFi iGalvanic3.0

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
nano_igalvanic3.0

Nie to, że nie wierzę z zasady ;-) ale mam mocno sceptyczny, mocno krytyczny, mocno powątpiewający stosunek do otaczającej rzeczywistości i jak czytam takie coś: „Ogólny przyrost jakości jest niezaprzeczalny i pozwala spojrzeć na odtwarzaną za pośrednictwem komputerów muzykę w zupełnie nowym, żywszym i jaśniejszym świetle” to od razu moja przekorna, wątpiąca, nieufna natura (na szczęście dotyczy to tylko technologii, no przepraszam, polityki też dotyczy, ale od tego jak najdalej na HDO) każe mi od razu zapytać: serio, serio? Słyszałem wiele na temat poprawiaczy IFi, ich specjalizacji w tym zakresie, ba ostatnio coś nawet potestowałem (niebawem będzie słów parę na łamach), ale to co mówi się o iGalvanic-u ociera się o nieprzyzwoitość. Złoty Graal? Złoty Graal komputerowego audio? Plaster na wszystkie bolączki sygnału wyprowadzonego z komputera via USB? Uczynienie ze źródła PC Audio, źródła nie tyle hajfajowego, ale wręcz hajendowego (no serio, tak to opisują recenzenci, tak to opisują użytkownicy, wiele osób tak to ocenia). „Fejm” jaki towarzyszy temu produktowi zapala w mojej głowie czerwone światło, więcej, nie daje mi spokoju (czytaj, dodatkowo – stroboskop ;0)), uwiera…

No dobrze. Popatrzmy na to na chłodno. Czym jest iGalvanic (wersja 3.0)? „…Można powiedzieć, że dzięki zastosowaniu wewnątrz iGalvanic3.0 autorskiego transformatora separującego wykonanego z wysokiej jakości miedzi 6N, sygnał elektryczny wychodzący z urządzenia jest w całości wygenerowany na nowo, przez co jest on pozbawiony negatywnych naleciałości pochodzących z pierwotnego źródła sygnału, takich jak zakłócenia RFI i EMI…”  oookey, ale to w takiej czy innej formie pojawiło się na rynku, niektórzy podjęli się zadania poprawy tego, co (umownie) z komputera wychodzi, na sklepowych półkach pojawiły się regeneratory sygnału, pomocnicze akcesoria, współpracujące z resztą toru (czytaj z jakimś komputerem oraz dakiem wyposażonym w interfejs USB). Odszumienie sygnału miało być panaceum na wady wspomnianego interfejsu, przenoszącego z wnętrza komputera zakłócenia, interferencje oraz (nie)sławne opóźnienia czasowe. W przypadku zakłóceń sieciowych, zasilaczy komputerowych, które nie grzeszą nadmierną kulturą pracy (delikatnie rzecz ujmując) znaleziono sposób zaradzenia sobie z takimi, jak powyżej, problemami.

Aby całego tego zła uniknąć, stosuje się obecnie „izolację galwaniczną – technikę eliminującą (…) istotne problemy komputerowego audio, jakim jest negatywne zjawisko tzw. prądu błądzącego, który zakłóca pracę precyzyjnych podzespołów aparatury HiFi i high-end. Prądy te indukowane są głównie zasilaczach AC komputerów i rozsiewane po całym systemie, także poprzez złącza USB. Choć w normalnym użytkowaniu konsumenci nie obserwują występowania tych anomalii (lub nie są tego świadomi), to w wypadku produktów wysoce precyzyjnych, jak audiofilskie przetworniki D/A czy też profesjonalne interfejsy USB problem jest dotkliwy i powszechnie znany. To właśnie całokształt tych prądów błądzących i zakłóceń sieciowych jest powodem powstawania szumów i jittera, wyraźnie degradujących jakość brzmienia docelowych przetworników D/A typu USB. ”

To wszystko pozwala na poprawę parametrów sygnału, ucywilizowanie magistrali komputerowej, która nie była projektowana jako interfejs audio. USB to, jak sama nazwa wskazuje, port uniwersalny, mający setki zastosowań, główna arteria dla danych przyjmowanych z zewnątrz (nie licząc interfejsów sieciowych), a także połączeń między układami wewnątrz komputera (komunikacja na płycie głównej). To wszystko, niestety, bez priorytezacji, współdzielone, interferujące, rywalizujące o dostęp do danych, o dostęp do pamięci oraz procesora. Cóż – w teorii – prawdziwy koszmar. W praktyce nie jest tak źle, bo obecnie projektowane chipsety radzą sobie z zawiadywaniem połączeniami bardzo dobrze, ale (nadal) nie tak dobrze, by coś bardzo wrażliwego (audioklamoty) nie było narażone na rozliczne problemy, gdy z PC nam gra. No właśnie.

Lekiem na to wszystko (właśnie – wszystko) ma być tytułowe ustrojstwo. Galvanic3.0 zawiera wcześniej stosowane w produktach tej firmy technologie: REclock, REbalance i REgenerate, które mają za zadanie zniwelować wszystkie błędy synchronizacyjne powstałe jeszcze przed dotarciem sygnału źródłowego do samego urządzenia. Ponownie przeliczone informacje są pozbawione zniekształceń, odpowiedzialnych za powstawanie wspomnianych opóźnień czasowych tj. jittera oraz szumu. To wraz z opisaną powyżej izolacją galwaniczną Galvanic stanowi całościowe podejście do tematu. Nie mamy tu zatem częściowej eliminacji, tylko, całkowite wyeliminowanie problemów na złączu USB w aplikacji audio. Niewątpliwie ma to umocowanie w teorii, pytanie czy w praktyce również? Patrzę na to przez pryzmat własnych doświadczeń, swojej informatycznej wiedzy – przy czym liczba zmiennych jest, jak to w świecie zero jedynkowym bywa – spora, wg. mnie wykracza poza opisane zjawiska (tak naprawdę dostosowujemy coś, co nie zostało, jak wspomniałem, zaprojektowane do zakładanego przez nas celu!). Komputerowe audio to góry i doliny, nie da się niestety wszystkiego przewidzieć, precyzyjnie określić… raz jeszcze – nie zapominajmy o oprogramowaniu!

Tak czy inaczej, ten produkt jest próbą ucywilizowania uniwersalnej magistrali pod kątem medium dla sygnału audio i warto będzie przekonać się (jak niewierny Tomasz ;-) ), czy faktycznie… Z nadesłanego opisu wynika, że możemy liczyć na, cyt.: brzmienie znacznie bardziej analogowe, holograficzne i namacalne, a przy tym zyskujące na szczegółowości i dynamice. Dystrybutor wspomina o dodatkowym upgrade Galvanica o firmowe zasilanie iPower (testowane u nas niedawno – będzie wpis o tym jak sobie ten zasilacz poradził zastępując org. zasilacze w Chromecast Audio oraz EVO 2 z zew. zegarem, produkcie M2Techa). Inną drogą, radykalną, eliminacji jest zastosowanie zupełnie innego sposobu transmisji, opartego na innym interfejsie (point-to-point), eliminującym przynajmniej część z problemów USB – mam tu na myśli FireWire (historycznie już) oraz Thunderbolt-a (obecnie). Tyle, że takie coś zawęża dramatycznie wybór klamota i w praktyce można wybierać tylko spośród pro-toolsów. Płacimy wtedy za rzeczy kompletnie zbędne z naszego pkt widzenia (wyjścia mikrofonowe, miksery, interfejsy dla instrumentów itd. itp.)

Co prawda dużej budy już u mnie od dawna nie ma, ale jest HTPC, jest laptop PC, jest tablet PC (to wszystko na Windzie) oraz są Maki (z ich teoretycznymi przewagami nad PC w zakresie grania muzyki z pliku, bo system, bo konstrukcja), jest zatem z czym sprawdzać, bardzo przekrojowo jak widać sprawdzać. Nie mam wątpliwości, że warto szeroko podejść do tematu testu, ocenić to co oferuje IFi pod kątem własnych doświadczeń oraz wiedzy na temat działania komputerów oraz systemów operacyjnych. Różne środowiska, różne (bardzo) konstrukcje i wspólny mianownik: złącze USB służące do wyprowadzenia dźwięku z kompa. Sprawdzę z wybranymi, trzema DACami: pracującym w tym trybie wszystkomającym Polarisie (Auralic), przetworniku USB Korga (DS-DAC-100) wreszcie klasycznym, oldschoolowym NFB-2 od Audio-GD. Różne kości C/A, różne interfejsy USB, bardzo różne tory…

Biorąc pod uwagę, że wołają za to 1749 złotych, faktycznie powinniśmy odczuć wyraźnie poprawę, progres. Czy tak będzie? Cóż, zobaczymy.

Wielka rzecz, a cisza… obsługa USB audio 2.0 w Windows!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
ScreenHunter_15 Jul. 06 11.55

Serio, nie rozumiem. Przeszło to zupełnie bez echa, a przecież mówimy o czymś bardzo ważnym. Po wielu latach Windows doczekał się NATYWNEJ OBSŁUGI UAC 2.0 (USB AUDIO 2.0)! Owszem, dzisiaj nie robi to już takiego wrażenia jak 7 lat temu (to wtedy MacOS otrzymał wsparcie dla lepszego audio właśnie, a dokładnie 15 czerwca 2010 roku, kiedy to premierę miał Snow Leopard 10.6.4), ale nadal jest to coś, co robi sporą różnicę. Od wersji Windows 10 Creators Update, dystrybuowanej od maja br., możecie zapomnieć o instalacji sterowników dla DACa. W końcu, wreszcie, nareszcie.

Tuż po instalacji Creators Update – mamy UAC 2.0 natywnie!

Nie robi to takiego wrażenia w 2017, ale upraszcza sprawę. Podobnie jak pod macOSem oraz Linuksem (też od dawna ma USB audio class 2) możecie podłączyć zewnętrzny interfejs audio bez konieczności instalowania dodatkowego sterownika. Ten staje się zbędny, co oznacza, że „pod Windą” od teraz mamy plug&play, a nie zabawę z dodatkowym oprogramowaniem, koniecznym (jak to było do niedawna) do działania (w pełni) urządzenia. W systemach MS mogliśmy liczyć na obsługę UAC 1.0, co oznaczało dźwięk o parametrach maks. 24/96 odtwarzany natywnie przez OS. Teraz można grać pliki PCM 24 bit / 384 kHz oraz DSD (DoP) aż do DSD256 (niewykluczone, że dźwięk o wyższych parametrach też system obsłuży… tak obsłuży vide obrazki).

Wersja 1703 z pełną obsługą audio 2.0 via USB. Ile trzeba było na to czekać… 

Czy to oznacza automatycznie, że każdy DAC będzie działał po podłączeniu do PC z powyższym oprogramowaniem bez wsparcia ze strony dodatkowego oprogramowania? Nie. Większość pewnie tak, ale niektóre niekoniecznie, mogą nadal potrzebować wsparcia ze strony sterownika dedykowanego konkretnemu modelowi przetwornika (tak na pewno będzie np. z KORGiem, głównie przez wzgląd na natywną obsługę 1 bitowego strumienia audio / formatu DSD). Przy czym dzisiaj interfejs USB w DACach najczęściej obsługiwany jest przez raptem parę popularnych rozwiązań i tutaj nie powinno być problemu. Takie rozwiązania jak software Thesycon-a (XMOS), autorskie stery M2Techa… to wszystko przestanie być potrzebne z jednym zastrzeżeniem.

Obsługa UAC 2.0 realizowana jest przez systemowe WASAPI, co w sumie nie dziwi, co jest zrozumiałe. Windows 10 UAC2 działa via WASAPI (implementacja wyłącznie tego protokołu), nie ma mowy o ASIO. Cóż, ASIO to nie MS, to licencja Steinberga (zdaje się, że nadal wymagane jest uiszczanie opłat za wykorzystanie). Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by w najnowszej wersji systemu MS nadal korzystać z alternatywnego rozwiązania. W takiej sytuacji będzie jednak zachodziła konieczność rekonfigurowania programowego odtwarzacza (zmiana z WASAPI na ASIO) wraz z instalacją sterowników dostarczonych przez producenta sprzętu audio (względnie zostanie przeprowadzona automatyczna instalacja w ramach bazy zaszytej w systemie operacyjnym). Pozostaje taka alternatywa, także bez obaw – jak komuś zależy na zachowaniu dotychczasowych ustawień DACa w systemie to będzie mógł nadal z tego, co miał, korzystać.

Oczywiści żadnych informacji na temat UAC 2.o w opisach „co nowego” nie znajdziemy. MS uznał, że nie ma czym się chwalić. Biorąc pod uwagę 2017 rok, faktycznie nie ma specjalnie czym się chwalić (sto lat za…). Jednak dla branży, dla użytkowników to ważne wydarzenie i pewna wskazówka dotycząca przyszłości dystrybucji muzyki oraz rozwoju PC Audio

Wprowadzenie hardwarowego interfejsu (protokołu) UAC 2.0 do systemu operacyjnego nie przekreśla zatem możliwości użytkowania niektórych DACów w oparciu o ich specyficzne rozwiązania, wymagające (aby móc skorzystać z całego potencjału podpiętego przetwornika) dodatkowego sterownika. Jak ktoś ma ochotę na niskopoziomowy interfejs ASIO4ALL stworzony właśnie na potrzeby Windowsa to bardzo proszę, nie ma przeciwwskazań. To (na marginesie) wcale nierzadka sytuacja, gdy DAC dopiero z AISO pozwala odtwarzać materiał o wyższych parametrach (np. obsługa DSD).

Można, ale z czasem (wydaje się) nie będzie sensu bawić się w takie konfigurowanie. Do tej pory obsługa audio w Windows daleka była od doskonałości – nie, to za delikatne stwierdzenie – to był totalny chaos i bałagan, prowadzący często do problemów z odtwarzaniem dźwięku. Dropy, brak komunikacji system-sprzęt, artefakty… któż tego nie doświadczył? Prawda? Teraz moi drodzy mamy wreszcie to, co trzeba. Systemowe rozwiązanie. Producenci muszą jedynie dostosować swoje produkty do tego, co oferuje Microsoft w najnowszym wariancie 10-ki i zamiast bawić się w konfigurowanie sprzętu (różne wersje ASIO, WASAPI, Directaudio, KS…no straszny mess!). Mamy bitperfect natywnie, bit po bicie, w dowolnej, spotykanej na rynku obecnie jakości oferowanej przez dostarczyciela treści.

Natywnie!

Czy to oznacza, że (jednak) plikowe audio nieuchronnie zmierza do optymalnej z naszego punktu widzenia formy? Muzyki bezstratnie skompresowanej, często o parametrach wyczynowych (hi-res), dostępnej w streamie? UAC 2.0 w Win właśnie to sugeruje, widać, że do tego zmierzamy. I dobrze! Bo plikowe audio, które jest przyszłością dystrybucji muzyki musi dążyć do perfekcji. Do stania się bezsprzecznie, bezdyskusyjnie najlepszym medium dla sygnału audio. Czekamy na ruch producentów sprzętu audio oraz dystrybutorów treści. Niech strumień o jakości (co najmniej) płyty CDA stanie się standardem, a hi-res (także to wyczynowe tj. DXD/DSD) będzie nie tylko ciekawostką, a ogólnie dostępnym dobrem dla zainteresowanych. Najlepsze realizacje, najlepsze materiały źródłowe… dzięki Internetowi każdy będzie mógł spróbować. Jak mp3 wystarczy, to wystarczy, a jak nie… to włączymy sobie usługę streamingową lub wdepniemy do sieciowego kramiku i hulaj dusza.

No to gramy hiresy na PC bez kombinowania :)

Poniżej (&powyżej) zdjęcia po upgrade naszego redakcyjnego PC. Z niepodpinanym wcześniej (a więc nie identyfikowanym, bez wgranych sterów) przetwornikiem iFI nanoDSD LE. Plug&play. Wreszcie.

» Czytaj dalej

Roon 1.3: PCM>DSD, zaawansowane DSP, korekcja akustyki, DR rating…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2017-02-04 o 07.59.38

To, co pojawiło się pod koniec zeszłego tygodnia, oczekiwana, duża aktualizacja front endu Roon przerosło oczekiwania użytkowników. Piszę to z perspektywy użytkownika właśnie, mimo entuzjazmu (który to entuzjazm udzielił się w popełnionych na łamach HDO opisach tego software) staram się być obiektywny i krytyczny. Krytyczny, bo płacę niemałe pieniądze za licencję, co oznacza, że wymagam. Jak już jednak wspominałem, dzisiaj oprogramowanie (szczególnie tego kalibru, co Roon) jest nie tylko nieodzownym elementem systemu audio, ale jest jego… FUNDAMENTEM. Nie przesadzam, bo nie dość że żyjemy w czasach grania z pliku, komputera (patrząc na całą branżę, chyba nikt nie ma wątpliwości, że tak to właśnie wygląda) to jeszcze całkowitemu przeobrażeniu ulega cały mechanizm dystrybucji muzyki, dostępu do niej. Dlatego, coś, co „ogrania” temat kompletnie, całościowo i dodatkowo pozwala na PEŁNE wykorzystanie potencjały posiadanego sprzętu staje się niezbędnym elementem, spoiwem, czymś wymaganym, integrującym sieciowe źródła audio, czytaj integrującym strumienie – jakie by one nie były, bo są przeróżne w jedną, uporządkowaną całość.

To jest, w wielkim skrócie, Roon. Tyle, że – jak wspominałem we wcześniejszych wpisach – to dopiero początek. Znakomicie pokazuje to najnowsza aktualizacja, która (aż strach pomyśleć, co przygotują, gdy na rynek trafi wersja 2.0) mimo niepozornej numeracji niesie wielkie zmiany, bardzo użyteczne i niebywale wręcz rozszerzające możliwości (już wcześniej, przed upgrade) najbardziej rozbudowanego oprogramowania tego typu na rynku. To nowy Roon, nowy, bo choć wygląda identycznie (i brawo za to, jak ja nienawidzę zmian, dla zmiany, gdzie dobre UI przegrywa z „lepszym”, w imię wprowadzania zmian dla samych zmian… jakże to częste zjawisko w dzisiejszych technologiach), to jego możliwości rozbudowano do poziomu, którego nie oferuje żaden odtwarzacz/program zarządzający odtwarzaniem muzyki z komputera. Po krótce przedstawię najważniejsze zmiany, poniżej znajdziecie także galerię, która obrazuje z czym mamy do czynienia. Ważne – zapowiadałem wpis na weekend, uznałem że mimo wielu godzin zapoznawania się z nowościami, muszę dać sobie więcej czasu. Dzisiaj, gdy ilość funkcji odpowiedzialnych za korekcję pomieszczenia, za ustawienia słuchawkowe, za tryby DSP zwyczajnie „przeciążyła” system poznawczy, uznałem, że ten wpis po prostu będzie stale aktualizowany, podobnie jak to robiłem z poprzednim opisującym czym jest Roon, stanowiącym wstęp dla dzisiejszego artykułu (zapraszam do zapoznania się z długim wpisem opisującym dokładnie UI/UX, z dużą liczbą zdjęć pokazujących software w akcji, wyszczególnieniem wcześniejszych zmian, aktualizacji). Także, jak to w przypadku oprogramowania było, jest i będzie – temat traktujemy z gruntu rozwojowo i nie ma w tym nic dziwnego.

DSP w akcji, materiał 5.1, zaawansowana konwersja = diamencik

A tu na dokładkę „binauralizowanie” pierwotnie wielokanałowego nagrania (DAC obsługuje dwa kanały) via DSP, z przywróceniem efektu surround na słuchawkach

Po tych paru dniach, nie potrafię inaczej opisać moich wrażeń, jak tylko: TOTALNY OPAD SZCZĘKI. To jest rzecz, dzięki której niebywale wręcz wzrasta przyjemność z korzystania z cyfrowych kolekcji i – ogólnie – słuchania, poszukiwania, zaznajamiania się z muzyką. Jeszcze to usprawnili, jeszcze to ulepszyli i w tej dziedzinie ciężko będzie, naprawdę ciężko zaproponować coś innowacyjnego, lepszego od Roona. To rzecz, która pozwala na wydobycie całego potencjału, CAŁEGO z naszych DACów, naszych słuchawek, głośników, z całego zarządzanego przez ten front-end systemu. Systemu teraz także multistrefowego, także wielokanałowego, także grającego 1 bitowe materiały, także konwertującego w locie muzykę zapisaną w PCM do DSD, także odpowiedzialnego za zaawansowaną korekcję parametryczną & akustyczną (zarówno pomieszczenie, jak i efektory tj. słuchawki oraz głośniki), integrującego niebywale wręcz rozbudowane oprogramowanie DSP. To już nie parę parametrów, a rozbudowana na modłę studyjnego pro-toola, funkcjonalność niespotykana w konsumenckim odtwarzaczu audio. I wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze… mimo takiej rozbudowy, to nadal bardzo proste, bardzo łatwe w obsłudze oprogramowanie, które w żaden sposób nie przytłacza (nadmiarem ustawień, skomplikowaniem układu interfejsu), gdzie to co najważniejsze – MUZYKA – jest …właśnie… na froncie, jest w centrum i to na niej koncentruje się uwaga użytkownika. A że przy okazji, można ustawić perfekcyjnie sprzęt, dodatkowo wykorzystać ogromne możliwości zaszyte w DSP, sprawdzić jak dobrze może zabrzmieć nagranie, gdy skonwertujemy je, przy zachowaniu wysokiej jakości… to tylko na plus i wręcz wymarzona sprawa dla wszelkiej maści poszukiwaczy, kombinujących co by tu jeszcze… ;-)

Zatem do dzieła, oto lista kluczowych zmian:

  • Własny, potężny silnik softwareowy DSP, oparty na 64 bitowym processingu, pozwalający m.in. na konwersję w locie PCM do DSD (btw wiele nowych trybów odtwarzania 1 bitowego materiału – tego NIKT inny nie oferuje, nawet Korg), pełna implementacja upsamplingu z dopasowaniem jakości wyjściowej (korekta częstotliwości próbkowania), crossfeed dla nauszników, precyzyjny i baaardzo rozbudowany EQ, korekty dla ustawienia głośników, korekcja akustyki pod kątem wprowadzonych danych nt. pomieszczenia odsłuchowego (tak, będą niebawem mikrofony, tzn. obsługa sprzętu współpracującego, pozwalającego na dopasowanie parametrów). Oczywiście całość można za pomocą jednego suwaka wyłączyć, rezygnując całkowicie z DSP, pozostawiając sygnał w pierwotnej postaci. Właśnie – możecie sobie każdą nową funkcję przetestować szybko i gładko, bo wspomniany suwak aż zachęca do sprawdzenia A-B
  • Pełne wsparcie dla grania wielokanałowego, wbudowany silnik konwertujący w locie nagrania multichannel do postaci stereofonicznej, niezależne, konfigurowalne mapowanie kanałów
  • Pełne wsparcie dla samograjów Sonosa
  • Adaptacja standardu ustawień natężenia dźwięku wg. normy R128.Wprowadzenie ratingu DR dla całego zgromadzonego przez nas materiału muzycznego, z jego bieżącą analizą pod tym kątem i dostosowaniem (wedle życzenia) ustawień pod określone parametry danej realizacji. Innymi słowy Roon sprawdza każde nagranie, robi pomiar i podaje wynik oraz umożliwia dopasowanie ustawień pod konkretne wydanie. KAPITALNA SPRAWA
  • Zaawansowane tagowanie – to już nie tylko prosty mechanizm ułatwiający katalogowanie, a coś, co pozwala na pełną indywidualizację bibliotek, z powiązaniem tej funkcjonalności z na tę okazję zmodyfikowanym systemem wyszukiwania (wynajdywanie po określonych przez nas parametrach, obejmujących zarówno aspekty techniczne nagrania jak i wydawnicze… znowu, NIKT tego w takiej formie nie oferuje!) Dodatkowo można zrobić absolutnie wszystko z metadanymi, a narzędzia oraz opisane, nowe możliwości pozwalają na stworzenie precyzyjnie opisanego zbioru nagrań, z nieoferowanymi dotąd możliwościami selekcji, wynajdywania materiałów
  • Zarządzanie playlistami w pełni wykorzystujące opisane powyżej mechanizmy, z możliwością customizacji składanek (od aspektu graficznego, po układ, ogólnie – całą prezentację)
  • Analiza całej biblioteki na żywo z systemem wyszukiwania i dopasowywania materiałów pod kątem naszych muzycznych fascynacji. Ten mechanizm to nie tylko covery, nie tylko „podobne dźwięki” to coś znacznie większego, bardziej zaawansowanego, bo pozwalającego w zupełnie nowy sposób zaznajomić się z twórczością tą znaną i mniej znaną, to „podane na tacy” inspiracje, zmiany towarzyszące artystom: muzykom, kompozytorom. Teraz działy twórczość via kompozycje, via twórcy nie ogranicza się tylko do klasyki, ale obejmuje wszystkie popularne gatunki muzyczne!
  • Zarządzenie dodawaniem, eksportowaniem oraz importowaniem z każdego, podłączonego do Core sprzętu. Pełna konfiguralność, zarządzalność, z możliwością szybkiego cofnięcia zmian w bibliotece
  • Wprowadzenie backupu oprogramowania, zarówno w trybie automatycznym, jak i ręcznym, z możliwym eksportem kopii do Dropboksa
  • Dopasowanie synchronizacji oraz buforowania dla różnych mechanizmów (protokołów) strumieniowania danych oraz poprawa stabilności oraz szybkości działania całego oprogramowania
  • Integracja z zewnętrznymi bazami danych
  • Integracja funkcji społecznościowych
  • ROON API – tak, wprowadzają narzędzia programistyczne, pozwalające na rozszerzenie funkcjonalności front-endu o zewnętrzne wtyczki, soft oferowany przez producentów sprzętu, innych dev. Co to oznacza w skrócie? Przykładowo – możliwość szybkiego wprowadzenia podstawowej obsługi, sterowania dowolnego sprzętu bez natywnej obsługi Roona, dodatkowych ustawień danego urządzenia, wspomnianych wtyczek rozszerzających czy dodających unikalne funkcje, prostej nawigacji etc.
  • ROON OS (Roon Optimized Core Kit tj. ROCK). Lekka wersja Roona oparta na dystrybucji linuksowej do zastosowania w NUC, R-Pi itp., a także – w razie zainteresowania – nawet jakiś set-top-boksach.  Coś dla osób z zacięciem do budowy własnych rozwiązań hardwareowych (DIY), jak również producentów małych, wyspecjalizowanych nano PC

Całość działa stabilnie, mimo jednoczesnego podpięcia wielu urządzeń nie ma żadnych problemów z obsługą Roon chodzi jak skała. Biblioteka z całą nową, wprowadzoną właśnie funkcjonalnością po kilkudziesięciu minutach była w pełni gotowa, odtworzona po aktualizacji. Integracja z Tidalem, póki co, nie wprowadziła pożądanej obsługi MQA – oczywiście mamy dostęp do całej biblioteki hi-resów, które wylądowały w serwisie, jednak nadal nie można ich łatwo zlokalizować. Odnośnie MQA, chodzi rzecz jasna o programowy dekoder, który – jak obiecuje Roon Labs pojawi się także w Roonie. Będzie to jednak autorskie opracowanie, bo filozofia działania Roona oparta na identyfikacji podpiętego sprzętu (RAAT) kłóci się z prostym mechanizmem zastosowanym w Tidalu (bez dopasowania parametrów, jedynie z wyborem trybu wyłączności i/lub dekodowania/przesyłu czystego sygnału). Także na to musimy niestety jeszcze poczekać.

Szczegółowe dane techniczne dotyczące odtwarzanego materiału, DR rating (Roon przeanalizuje całą naszą bibliotekę)

Czego można sobie życzyć? Natywnego wsparcia dla Chromecasta (Sonos właśnie się pojawił, poprawiono support dla Squeezeboksa), zainteresowania ze strony branży nowymi możliwościami (OS, API), rozwoju DSP (także w kontekście współpracy z określonymi urządzeniami), wprowadzenia postulowanego miesięcznego abonamentu (obecnie jest roczny lub dożywotni), rozwoju DSP pod katem głośników/słuchawek oraz wspomnianej integracji Master/MQA w działającym via Roon Tidalu. Samo poznanie możliwości 1.3 zajmie sporo czasu jw., a wykorzystanie jego potencjału? To już nawet nie kwestia opisanego software, które daje ogrom możliwości, a kreatywnego podejścia producentów sprzętu oraz programistów ten sprzęt programujących. Nawet jednak bez nurkowania w rozbudowane tryby DSP, każdy sprzęt podpięty pod Roona może zdecydowanie więcej. I to powinno wystarczyć za cały komentarz. Plus muzyka. W centrum. Dostęp nieosiągalny w tradycyjny sposób, nieosiągalny za pośrednictwem innego oprogramowania. Kto podejmie rękawicę i stworzy coś równie dobrego, albo lepszego (?).

Poniżej galeria, będzie aktualizowana na bieżąco (materiał jest bardzo rozbudowany, a nadal nie obejmuje wszystkich zauważonych, użytecznych zmian, nowych funkcji). Aktualizacja: metadane / edycja

» Czytaj dalej

Mały ale wariat! Kolumienki Audioengine A2+ w redakcji

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
A2+ active_tyt

Te małe grzmoty to coś, co po pierwszym naciśnięciu play powoduje głupi wyraz twarzy u siedzącego naprzeciw. Serio. Małe, miniaturowe kolumienki, choć całościowo zbudowane zgodnie z regułami sztuki, będące de facto zminiaturyzowaną (takie bonsai) wersją podstawkowych kolumn „na serio” są… właśnie na serio. Poniżej znajdziecie zdjęcie obrazujące jak filigranowa to konstrukcja. Takie coś, nie powinno tak grać. To urąga prawom fizyki. Niby tak, ale jednak nie do końca tak. Mamy tutaj bardzo przemyślany patent na obejście fizycznych ograniczeń wynikających z takich, a nie innych gabarytów. Te kieszonkowe monitorki wyposażono w  2,75″ przetworniki średnio-niskotonowe wykonane z kevlaru oraz 3/4″ tweetery z jedwabną kopułką. To dopiero początek, bo reszta ma zapewnić tym głośnikom odpowiednie warunki. I tak, na dole wycięto w obudowie płaski port bass-refleksu, lewa kolumienka jest aktywna, zawiera wzmacniacz oraz pre z DACzkiem, prawa zaś jest pasywna. Całość odpowiednio zestrojono (bass-refleks), zwrotnice wyglądają jak w dużych paczkach, grube ścianki z MDF-u… tak, tutaj wiele rzeczy zrobiono, po prostu, jak trzeba. Głośniki są świetnie wykonane, lakierowane na połysk i wraz z obowiązkowymi podstawkami (które pozwalają na uzyskanie odpowiedniego kąta nachylenia zestawu w odniesieniu do siedzącego przy biurku) tworzą coś, co przenosi nas do innego, lepszego świata.

Takie małe to

Biurko to oczywista, oczywistość (przepraszam za ten cytat), ale te maluchy mogą spokojnie zagrać w niewielkim pomieszczeniu, także w ustawieniu dwa metry od siebie z źródłem analogowym albo cyfrowym, ale nie koniecznie komputerem. Będziemy testować A2+ w dwóch, zupełnie odmiennych konfiguracjach. Podstawowa tj. komputer, biurko (patrz zdjęcia) oraz dodatkowo z iPadem w roli źródła oraz analogowo podłączonym CD/gramofonem (via pre). Te grzmoty potrafią zagrać z takim animuszem, z taką dynamiką, że sprawdzenie ich w salonie nie będzie według mnie żadnym faux pas. Rzecz jasna główną domeną takiego zestawu będzie wspominane biurko, ale możliwości podpięcia 2 analogowych źródeł nie jest przypadkowa, a dodatkowo mamy regulowane wyjście (RCA) nie tylko z myślą o subwooferze – znowu ukłon w stronę kogoś, kto chce podpiąć coś więcej niż komputer do A dwójek. Te miniaturki mogą zintegrować wokół siebie system i sam producent podkreśla, że warto w te porty RCA/jack podpiąć, co tam nam do głowy strzeli. Odtwarzacz sieciowy (np. testowany Adapt Devinitive Technology)? Czemu nie… jakiś kompakt (nasze, stare jare Onkyo)? Proszę bardzo! A może bezdrutowy DAC w rodzaju testowanego D2, tego samego producenta? Jak najbardziej sprawdzimy takie konfiguracje (w salonie właśnie).

Model A2+ wyposażono (to ten plus) w przetwornik cyfrowo-analogowy z interfejsem USB (w tym wypadku zintegrowany). Oparty na kości TI/Burr Brown PCM2704C DAC odtwarza muzykę z komputera o parametrach 16/44-48, czytaj obsługuje USB 1.1, gra redbooki i już. Chcemy czegoś więcej? Tak, mamy te porty z tyłu, do których możemy podpiąć Oppo HA-2 (co nie omieszkam), albo jakiegoś stacjonarnego DACa grającego wszelkie hi-resy jak leci. Złącze USB daje nam prostą, szybką integrację z dowolnym, komputerowym źródłem (jak wspomniałem, może to być równie dobrze jakiś iPad, iPhone czy Android z OTG), co w przypadku niewielkiego biurka (a zazwyczaj właśnie takie mamy do dyspozycji), miniaturowych rozmiarów opisywanych kolumienek, ograniczonej przestrzeni daje patent na dźwięk „tu i teraz”. Zamiast słuchawek (nie każdy lubi, nie zawsze mamy na nie ochotę), zamiast jakiejś ekwilibrystyki z klasycznymi, dużymi monitorami, zamiast komputerowych pierdziawek… Przy czym, te A2+ to głośniki nominalnie właśnie komputerowe, to ma być ich główne zastosowanie i to biurko będzie głównym miejscem odsłuchowym. Głównym, ale jw. nie jedynym. Stworzenie z takich A2+ multiroomu, gdzie zamiast jakiś monofonicznych głośniczków bluetooth’owych grają takie kolumny może być bardzo interesującą opcją, szczególnie w sytuacji, gdy zależy nam na bazie stereo, gdy chcemy w danej lokalizacji usłyszeć dźwięk prawdziwie przestrzenny (a nie pseudo).

Na podstawkach, które warto dokupić

No dobrze, poza tymi przetwornikami, tym co w skrzynkach siedzi, mamy zasilaczyk (całkiem solidny btw), który wpinamy w trzypinowe złącze mini-XLR w prawej kolumience. Ten zasilacz jest robiony dla AE na zamówienie (nietypowa rzecz, na szczęście nie ma problemu z zakupem, gdyby zaszła taka potrzeba) i jest to niezbędny element całości,  żadne tam zasilanie via USB, takie coś nie wchodzi w grę! Nie wchodzi, bo jak wyżej, te kolumienki to petarda i tu musi być odpowiednie zasilanie, nie takie, jakie gwarantuje magistrala komputerowa, tylko ze ściany (parametry na wyjściu: 17.5V, 1.8A). Podpiąłem maluchy do tomankowej listwy z blokerem, co by mieć pewność że stabilnie zasilę je w energię, którą tak ochoczo przemienią w dźwięki. Wzmacniacz nominalnie to 60W mocy całkowitej (2×30), 2x15W RMS i cóż, te waty usłyszymy głośno i wyraźnie ;-)  brzmienie, takie jakiego nie powstydziłyby się dużo większy gabarytowo zestaw głośnikowy. Nie zapominano także o solidnym ekranowaniu, co w przypadku komputerowego źródła jest istotne, a jednocześnie daje korzyść w przypadku zastosowania tych maluchów w rozbudowanych instalacjach audio (czytaj, zastosowania ich w roli kolumienek grających nie tylko w strefie, ale także w niewielkim salonie, kawalerce etc.). Wspomniałem wcześniej o podstawkach, to konieczny zakup, chyba że planujemy umieścić kolumny na jakiś mocowaniach (na podstawie są gwinty). Monitorki warto lekko skręcić w naszą stronę, a standy gwarantują dodatkowo, że głośniki znajdą się na właściwej pozycji względem naszych uszu. To nie opcja, a wg. mnie konieczność, szczególnie gdy planujemy ustawienie ich na biurku. Aktualizacja: trzeba te grzmoty odseparować tak czy siak od podłoża – to jeszcze jeden ważny argument przemawiający za zakupem standów. Bez nich i tak trzeba sobie z tym problemem jakoś poradzić, w przeciwnym razie pojawi się niepożądany rezonans, a bumowe, duże podstawki właśnie dobrze separują kolumienki od podłoża. 

O tym, jak grają dowiecie się z właściwej recenzji. Pierwsze wrażenia są takie, że słuchamy i trochę nie wierzymy w to co słyszymy. To nie jest idealny dźwięk (opiszę jak można po korekcji dojść do lepszych rezultatów), ale ten dźwięk nie koresponduje z tym co widzimy. To duże brzmienie, namacalne (biurko = bliskie pole), ale duże właśnie, z doskonałym – jak to ładnie Anglosasi nazywają - rhythm & pulse. Bogate i bardzo, bardzo szczegółowe. Na górze, bywa, nieco jazgotliwe, na dole (jak na taką lilipucią konstrukcję) baaaardzo nisko osadzone, z dobrym mid-basem, z ładnymi wokalami. To dobry dźwięk, dobry w skali odniesienia do podstawkowych kolumn HiFi. To, co szokuje, to wolumen (znowu, w zestawieniu z gabarytami). Tu jest (poza górą, którą w niektórych sytuacjach trzeba okiełznać) czysto, dźwięk jest pełny, a przy tym grają szybko i naprawdę głośno. Patrząc na rozmiary tych kolumienek zastanawiamy się skąd u licha to się bierze, jak te małe grzmoty to robią. No ale robią. Po delikatnej korekcji można uzyskać niemalże liniowe przetwarzanie, neutralne brzmienie, takie jakiego nie powstydziłyby się zestaw monitorów dobrej klasy grający w stacjonarnym torze. Do tego przestrzeń, stereofonia jakich nie usłyszycie na komputerowych głośniczkach, której spodziewalibyśmy się po dużo większych monitorach. Wspomniałem o bliskim polu? Producent też wspomina o kolumnach studyjnych, że się na nich poniekąd wzorował. Cóż, mam takie kolumny w domu (Esio nEar05 classic II) i dobrze wiem, co miał na myśli. Dystrybutorem w Polsce jest IBDL. Cena 1249zł za komplet.

Dostępne kolory: połyskliwy biały, czarny satynowy oraz Ferrari (czerwony na błysk ;-) )

Aktywna, lewa kolumna, podpięta do iMac-a 

Wybieramy w panelu co trzeba i gramy :)

Poniżej rozbudowana fotogaleria prezentująca tytułowe A2+, sprzęt oraz software, z którym grają…

» Czytaj dalej

eGreat i5… zamień Twój TV w komputer z Windows 10

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
EG_i5_01

Pamiętacie naszą publikację na temat miniaturowego komputerka Fooko PC? Opisaliśmy mini komputerek niedawno na naszych łamach, bardzo nam się spodobała koncepcja oraz realizacja pomysłu Windows na ekranie HDTV. Sprzęt skonfigurowany, szczególnie w zakresie odtwarzania audio, praktycznie nie wymagający żadnej dodatkowej pracy od użytkownika. Podpinamy DACa i gramy. Do tego rozbudowane możliwości front-endu multimedialnego. Pojawiła się właśnie na rynku alternatywa dla tego typu sprzętu. To eGreat i5 Pocket PC, stylowy, miniaturowy komputer o wielkich możliwościach. Połączony z telewizorem za pomocą złącza HDMI udostępnia system Windows 10 (w Fooko mieliśmy Windowsa 8.1, trzeba zrobić w nim upgrade, na szczęście darmowy, do najnowszej wersji OS) z wszystkimi jego możliwościami na ekranie telewizora.

Zamknięty w aluminiowej obudowie o grubości jedynie 11 milimetrów (tutaj zdecydowanie mniej tych milimetrów, faktycznie super kompaktowy ten komputerek), kryje w sobie sporą moc obliczeniową oraz wydajność, która pozwala mu z powodzeniem zastąpić stacjonarnego PC „pod telewizorem”. Egreat i5 Pocket PC pracuje na czterordzeniowym procesorze Intel Atom Bay-trail Z3735F wspomaganym zintegrowaną kartą graficzną Intel HD Graphics oraz 2GB pamięci RAM DDR3. Wszystkim tym zarządza najnowsza wersja systemu Windows. Wbudowaną pamięć 32GB można rozszerzyć podłączając zewnętrzny dysk USB (do 2TB) lub kartę micro SD (do 128GB). Wydajna karta WiFi, moduł Bluetooth 4.0 dwa porty USB 2.0 oraz czytnik kart microSD zapewniają duże możliwości podłączenia zewnętrznych urządzeń. Przypominam, marka eGreat to producent sieciowych odtwarzaczy multimedialnych (swego czasu, w innym miejscu, testowałem te odtwarzacze, może pamiętacie pierwsze recenzje Xtreamerów na FrazPC? ;-) …poza Xtreamerami testowaliśmy produkty eGreat). To były czasy sprzed wynalezienia SmartTV, tj. 2009 rok plus, minus, kiedy to taki odtwarzacz miał być (i był) alternatywą dla HTPC (wtedy były to całkiem spore skrzynki, jakie tam 11 milimetrów). Stare dzieje.

Cena detaliczna urządzenia wynosi 799 złotych.

Nowości u Tidala: aplikacja dla komputerów, gapless oraz…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Tidal_comp_app

Aplikacja wygląda identycznie jak odtwarzacz webowy. Dobrze, że software dla Mac/PC jest już dostępny, natomiast wielka szkoda że nie oferuje na razie trybu offline. Dla kogoś zabierającego w podróż laptopa, jadącego przykładowo chlubą polskiego kolejnictwa, oznacza to tyle, że sobie muzyki z komputera nie posłucha (swoją drogą to idiotyczne, że w Pendolino nie ma WiFi, a same wagony działają jak puszka Faradaya, skutecznie utrudniając połączenie z sieciami 3G/4G). Oprogramowanie dostępne jest od paru dni, na razie w wersji beta, można instalować na dowolnej liczbie komputerów w ramach posiadanego abonamentu. Wreszcie nie trzeba będzie korzystać z problematycznego Chrome, bo tylko na tej przeglądarce można było odpalić serwis. Poza tym Tidal zapowiada wprowadzenie specjalnego abonamentu dla… studentów. Cóż, trzeba bić się o płatne subskrypcje, a wiadomo że najlepszą bronią jest niska cena (5$). Taki abonament może wypalić pod warunkiem, że pomysłowi będzie towarzyszyła odpowiednio nagłośniona akcja marketingowa. Wprowadzono także tryb gapless, co ucieszy szczególnie te osoby, które za pośrednictwem Tidala słuchają klasyki, koncertów. Duży plus. Poza tym – jak wspomniałem w naszej recenzji ROONa, Tidal integruje się z tym front-endem. To poniekąd alternatywa dla natywnej aplikacji, jednak pamiętajmy, że na razie jest to rzecz wybitnie pod stacjonarne słuchanie. Być może zmieni się to wraz z wprowadzeniem zapowiadanej aplikacji mobilnej (tyle, że będziemy mieli wtedy Tidala w formie kolejnej biblioteki w apce dla iOSa/Androida).

Widać, że ktoś tam mocno się stara – są efekty: z 500 000 abonentów (cały WiMP) w okresie zaledwie 2 miesięcy liczba osób opłacających dostęp wzrosła niemalże dwukrotnie do 900 000. To w tym biznesie wynik godny odnotowania. Z tego ponad 200 000 to osoby które zdecydowały się na abonament Hi-Fi, podczas gdy WiMP HiFi miał ledwo 12 000 płacących za WiMP HiFi pod koniec 2014 roku. Integracja z odtwarzaczami Oppo, ROON (pisałem że genialny? No genialny jest i basta!), rozwija się nam ten serwis, trzymam kciuki i wbrew panującej modzie na hejt pod adresem tego projektu, mam nadzieję, że Tidal będzie rósł w siłę i stanie się jednym z wiodących rozwiązań oferujących muzykę za pośrednictwem abonamentu. Za tym rozwiązaniem przemawia nie tylko obecnie oferowana jakość bezstratna, ale także bardzo mocne umocowanie w branży (wsparcie ze strony producentów audio, przemysłu oraz – przede wszystkim artystów). Daje to gwarancję, że nikt tu nie będzie zadowalał się półśrodkami, tylko rzecz będzie mocno rozwijana i promowana.

A przyszłość to MQA, które może potencjalnie wywrócić to co znamy do góry nogami, bo możliwość odtwarzania w jakości niedostępnej do tej pory w streamingu (wszelkie inkarnacje hi-resów oraz dużo mniej transferożerne, bezstratne 16/44) zmieni oblicze całej branży. Kto będzie oferował streaming w jakości stratnej? Po co? Nie mówiąc już o downloadach – takie iTunes Store z AAC 256 straci według mnie rację bytu, bo po co nabywać coś gorszego jakościowo od płatnej subskrypcji w cenie zbliżonej do kosztów jednego albumu? Nie będzie to miało żadnego sensu, patrząc na obecnie oferowane produkty audio (słuchawki, telefony, które szybko przekształciły się w dobre, albo bardzo dobre źródła, w zaawansowane DAPy), jakość będzie ważnym czynnikiem i nawet jak ktoś będzie nadal upierał się, że nie słyszy różnicy, o przejściu na lepsze zadecyduje rynek, marketing, mamona. Akurat tutaj nie mam nic przeciwko, bo zyskamy wszyscy, w końcu nie można wiecznie tkwić w opracowanej przed kilkunastoma laty metodzie kastrowania muzyki. Generalizuje. Oczywiście jest wiele rzeczy w stratnej kompresji, które w ogóle mi nie przeszkadzają (od strony jakościowej), że wymienię rozgłośnie internetowe Linn Records, Remastered for iTunes, niektóre strumienie 320kbps z serwisów streamingowych… to nie jest podła jakość, to jest dobra jakość, ale możemy… nie tyko chcieć więcej. Możemy to mieć. Zaraz.

Oj, będzie się musiało Apple dzisiaj wykazać, oj będzie. Napiszę wieczorem naszą opinię na temat nowej usługi muzycznej Apple – zobaczymy czy staną na wysokości zadania. Zródła odpowiednio wysokiej jakości już mają, technologię, gigantyczne zaplecze, ogromną rzeszę użytkowników też. Tyle tylko, że można to wszystko łatwo popsuć. Przekonamy się, czy tak się stanie już niebawem, bo dzisiaj o 19.00 naszego czasu.

Software do pobrania ze strony Tidala.

» Czytaj dalej

LOOP – streaming bez kompromisów, nasze wrażenia, nasza opinia

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
LOOP

O LOOPie wspomniałem parę dni temu w tym wpisie. Nowa usługa streamingowa LOOP pozwala na nieograniczony ilością miejsca (czytaj nielimitowany) dostęp do własnej kolekcji hi-resów oraz – ogólnie – muzyki zapisanej bezstratnie. Korzystam na co dzień z Tidala, jedynego obecnie serwisu streamingowego oferujacego strumieniowanie w jakości bezstratnej. Powiem tak – Tidal to bardzo dobre radio internetowe, jakościowo wyróżniające się na tle innych serwisów tego typu, ale do strumieniowania z LOOPa zwyczajnie nie ma podskoku. To inna bajka. I nawet nie chodzi o to, że Tidal to często brak święcącego HiFi (odtwarzamy wtedy materiał skompresowany stratnie o parametrach 320kbps w przypadku strumienia mp3 lub 256kbps w przypadku AAC), że część biblioteki niestety nie jest loseless. Chodzi o coś innego. Odtwarzane z własnej audio chmury (tak to będę od teraz nazywał) pliki, nawet CD Ripy brzmią ZNACZNIE lepiej. Znacznie. To nie jest subtelna różnica, a wyraźnie wyczuwalna, co tłumaczę sobie zastosowaniem przez Tidal zmiennego bitrate, generalnie niższego od wzmiankowanego transferu na poziomie 1411kbps. Tak to wygląda z technicznego punktu widzenia. Tak czy inaczej najważniejsze są w tym wszystkim nasze uszy i one bezbłędnie informują nas gdzie brzmi lepiej. Lepiej brzmi z LOOPa.

LOOP działa bardzo dobrze, tzn. odtwarzanie nie ulega przerwaniu w budynkach (3G/4G) oraz miejscach, gdzie zazwyczaj mam problem z działaniem Tidala, dzięki bardzo pokaźnemu buforowi. Generalnie na odtwarzanie musimy czasami chwilkę poczekać (widzimy wtedy napis Loading…), ale potem muzyka płynie już bez przeszkód do naszego odtwarzacza. Jeżeli odtwarzamy album, playlistę albo wybieramy tryb mieszany to oprogramowanie dba o to, by muzyka odtwarzana była bez konieczności czekania na dane, bez irytujących przerw. Inaczej będzie rzecz jasna, jak podczas odtwarzania zmienimi zdanie i wybierzemy inny album, inną playlistę etc. Wtedy ponownie trzeba będzie chwilkę poczekać na zapełnienie bufora. Widać, że Loop korzysta z własnej bazy metadanych, bo cześć kolekcji uzupełnił mi o brakujące elementy (skuteczność oceniam na jakieś 80-90%, a więc całkiem nieźle). Można rzecz jasna tworzyć własne playlisty (wcześniej utworzonych oprogramowanie nam nie obsłuży), korzystać z opcji mieszania utworów w przypadkowej kolejności (słabo to obecnie funkcjonuje, bo algorytm wybiera jedną, określoną kolejność odtwarzania, nie ma wielu wariantów, czy przypadkowości w tym mieszaniu, a przecież właśnie o to w mieszaniu chodzi, nieprawdaż?).

To co wgniata w fotel to, jak wspomniałem, jakość. Rzecz jasna mamy ograniczenia po stronie samych odtwarzaczy – w moim przypadku jest to iPhone 5S oraz iPad Mini Retina. Strumieniowanie w przypadku takich źródeł oznacza kompromisy. iPhone, każdy iPhone, to maksymalnie obsługa audio o parametrach 24 bit 48KHz, iPad zaś oferuje odtwarzanie materiału 24/96 bez downsamplingu. Nie jest źle, ale nie są to możliwości, które znajdziemy w niektórych urządzeniach na Androidzie (tu prym wiodą niektóre modele handheldów Galaxy od Samsunga), gdzi można grać 24/192. Bez względu na to czy muzyka płynie z jakiegoś iCośtam czy androidowego sprzętu, warto zadbać o odpowiednie słuchawki (tu progres, biorąc pod uwagę bezkompromisowość materiału źródłowego, będzie bardzo wyraźny) oraz… o odpowiednio dobrą amplifikację. Wzmacniacz słuchawkowy, przenośny, pozwoli wydobyć z tego co leci z Loopa wszystko, co najlepsze. To co zamontowano w smartfonach oraz tabletach często nie pozwala na dobre napędzenie słuchawek, dobrych słuchawek – mam tu na myśli zarówno rachityczna moc wbudowanych w telefony/tablety wzmacniaczy, ich niewystarczającą dynamikę, ogólnie, niewyszukane parametry słuchawkowego wyjścia, jakie zamontowano w naszych handheldach. Dobry wzmacniacz to wg. mnie ważniejszy element od zewnętrznego DACa, mający większy wpływa na jakość, większy od wyprowadzenia cyfrowego sygnału z naszego telefonu czy tabletu do zewnętrznego przetwornika (są jednak od tego pewne, że tak powiem, odstępstwa, czego dowodzi wbudowany w bezprzewodowe słuchawki Sennheisera DAC – połączenie kablem USB jest wg. mnie najlepsze brzmieniowo i to nie tylko w porównaniu z połączeniem bezprzewodowym, ale także analogowym, na kablu). Dźwięk strumieniowanych hi-resów muzyka brzmi w sposób zbliżony (przy dobrym wzmacniaczu i dobrych słuchawkach, jak wspomniałem powyżej) do tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni słuchając na stacjonarnym torze. To różnica wg. mnie nie tylko zauważalna, ale wyraźna, bezdyskusyjna. Jest dużo lepsza dynamika, jest w tym graniu powietrze, jest swoboda, ani cienia kompresji, pełny komfort, głębia, świetna stereofonia, przestrzeń. To wszystko, w porównaniu z typowym streamingiem, jest albo spotęgowane, albo zwyczajnie pojawia się właśnie tylko i wyłącznie w takich okolicznościach, tzn. dopiero w przypadku takiego strumienia czujemy, że to granie na najwyższym jakościowo poziomie. Cóż, wygląda na to, że słusznie upierałem się, że bez modułów 3G/4G wszelkie, wysokiej klasy DAPy, nie mają (na dłuższą metę) racji bytu. Ograniczenia pojemnościowe audiofilskich odtwarzaczy audio, połączone z brakiem możliwości połączenia się z siecią to oczywiste ograniczenia. Dzisiaj ludzie chcą strumieniować, chcą mieć szeroki wybór, pełen dostęp co zapewniają serwisy, co można (także) osiągnąć za pomocą takich usług jak LOOP. Cała kolekcja, wszystkie dyskografie, rzeczy których na próżno szukać w bibliotekach Spotify z osobistej audio chmurki? To jest to! Do tego taki Tidal oferujący nowości wydawnicze. Tak, to ma sens.

Nie jest to usługa pozbawiona wad. Nie, można parę wymienić, kilka rzeczy wymaga dopracowania. Transfer własnej muzyki do chmury jest cholernie słaby. 300-400kbps maksymalnie, średnio nie więcej niż 250-300 to naprawdę ból czterech liter. Jak sobie zechcemy przenieść całą kolekcję hi-resów to mamy nie lada wyzwanie. To będą dni, nie godziny, to potrwa. Downloader jest kiepski, to znaczy lubi się przywiesić, działa mułowato, dobrze że przynajmniej jest prosty, nie wybajerzony – tak czy inaczej do poprawy. Można alternatywnie wrzucać muzykę z poziomu odtwarzacza. No właśnie, odtwarzacza… Odtwarzacz VOX bardzo lubię, w obecnej wersji działa bardzo dobrze, oferuje integrację z SoundCloud, pozwala na obsługę dowolnego materiału lokalnie oraz zdalnie z serwera (w tym omawianego Loopa) oraz integrację z bibliotekami iTunes. Do tego scroblowanie z Last.FM oraz rozgłośnie internetowe. I tu niestety muszę się przyczepić – rozumiem mechanizm płatności w aplikacji, dodatkowe funkcjonalności, ale tak jak mogę zapłacić te 5$ miesięcznie za audio chmurę (50 za rok z góry, jak ktoś ma ochotę), to jakoś nie widzę uzasadnienia dla płacenia takiej sumy za odblokowanie rozgłośni internetowych. To jest wszędzie oferowane za darmo, a tu trzeba za to płacić. Jedyne, co mogłoby uzasadniać takie działanie to jakiś bardzo usystematyzowany, uporządkowany dostęp do rozgłośni oferujących najlepszą jakość streamingu, z jakimiś unikalnymi perełkami (które w morzu strumieni trudno odkryć, znaleźć). Cóż, widać developer szuka możliwości zarobienia dodatkowych paru groszy. Jego prawo, ale ja z tego nie skorzystam raczej, właśnie z wyżej wymienionych powodów. Moża grać tylko z Maka, mobilne platformy to także tylko i wyłącznie iOS – spore ograniczenie, ale developer ma pracować nad wersją dla Androida. Niestety o Windows Phone można na razie zapomnieć (może nowa dziesiątka przyniesie przełom, tzn. będzie można bez problemu korzystać z portów androidowych, poza tym wobec syntezy Windowsa na wszystkich platformach odpalimy dowolną usługę, odtwarzacz na microsoftowym telefonie). LOOP to nie jedyna, gorąca nowość w zakresie dostępu do muzyki. Za moment możecie spodziewać się opisu kolejnej, bardzo interesującej, wręcz rewolucyjnej usługi streamingowej. Czegoś co wszystko łączy i mam tu na myśli nie tylko różne strumienie (serwisy), ale także daje w pełni multiplaformowe możliwości, świetnie integruje nasz domowy sprzęt audio (ten z siecią). O czym mówię? Ano o czymś, co nazwano Roon. Dzieje się, oj dzieje w tym stramingu i trudno się dziwić. To, jak wspomniałem, teraźniejszość i przyszłość rynku, całej branży. Wspomniany Roon to coś, co niektórzy zdążyli już okrzyknąć absolutną rewelacją(lucją), następcą LMS (Logitech Media Serwer – który, dzięki po pośmiertnemu rozwojowi, wsparciu ogromnej rzeszy użytkowników, przeżywa obecnie „drugą młodość” vide oprogramowanie dla wyspecjalizowanych komputerów audio, setkach pluginów, dodatków jakie można uruchomić na tej platformie), czymś co całościowo rozwiązuje problem dostępu do muzyki. Na wyrost te zachwyty? Cóż, zobaczymy. Na razie rzecz testuję, podobnie jak LOOPa, z którego już raczej nie zrezygnuję, bo jak wspomniałem powyżej, idea prywatnej, osobistej audio chmurki, zintegrowanej z dobrym oprogramowaniem odtwarzającym dźwięk to dokładnie to, czego potrzebuję. Poniżej zrzuty z aplikacji mobilnych oraz komputera prezentujące opisaną usługę oraz software…

 

» Czytaj dalej

Test systemu bezprzewodowego NuForce Air DAC (aktualizacja!)

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
nuforce-air-dac-itx

AirPlay rozleniwia. Stworzony przez Apple, bezprzewodowy system transmisji obrazu i dźwięku pozwala obecnie na niemal całkowite wyeliminowanie kabli. Ma to swoją cenę – o ile proste, firmowe transmitery w rodzaju AirPort Express czy Apple TV nie są zbyt kosztowne, to już stacje muzyczne swoje kosztują. Na szczęście obecnie AP staje się standardem w elektronice użytkowej i coraz więcej odtwarzaczy stacjonarnych, amplitunerów, a nawet wzmacniaczy otrzymuje takie udogodnienie. To niewątpliwie bardzo wygodne rozwiązanie, oferujące naprawdę przyzwoitą jakość dźwięku. Na rynku można znaleźć alternatywę pod postacią zestawów, sprzętu wspierającego transmisję Bluetooth. Nie jest to jednak najszczęśliwsze rozwiązanie odnośnie audio. Konieczność parowania urządzeń, możliwe interferencje / zakłócenia, a przede wszystkim jakość dźwięku pozostawiają sporo do życzenia.

Oczywiście także w tym wypadku mamy do czynienia z ewolucją – obecna wersja apt-X sprawdza się o niebo lepiej od poprzednich standardów (transfer audio), ale pozostaje problem obsługi, kompatybilności z tym standardem. Innym możliwym wyborem jest specjalnie stworzony na potrzeby audio rodzaj technologii bezprzewodowego przesyłu dźwięku SKAA. To dedykowana technika, pozwalająca na eliminację paru bardzo ważnych dla uzyskania odpowiedniej jakości dźwięku ograniczeń (szczególnie w kontekście porównania z BT) – po pierwsze niczego tutaj nie parujemy, sprzęt łączy się całkowicie przezroczyście dla użytkownika, w pełni automatycznie, po drugie niezwykle małe opóźnienie (wręcz rekordowo małe) przekłada się na niezakłóconą transmisję, wreszcie jakość muzyki jest – co potwierdziło się podczas testów – na bardzo wysokim poziomie.

Dość powiedzieć, że czasami wolę słuchać ripów CD z małej skrzyneczki podpiętej pod wzmacniacz, niż z klasycznego, bardzo dobrego odtwarzacza C515BEE. Dźwięk imponuje czystością, skalą – naprawdę to znakomity system transmisji, wg. mnie lepszy od jabłkowego (AirPlay sprawdza się bardzo dobrze, żeby nie było wątpliwości, ale transfer w technologii SKAA oferuje lepsze brzmienie, o czym przeczytacie poniżej). NuForce zaprezentował swoje rozwiązanie oparte na wspomnianej powyżej technice bezprzewodowego transferu audio. To AirDAC – odbiornik oraz maksymalnie cztery, współpracujące z nim nadajniki. Dla handhelda (na razie Apple, choć podobno niebawem ma do sprzedaży trafić nadajnik pod Androida) oraz PC. Przetestowaliśmy wersję handheldową, w niedalekiej przyszłości uzupełnimy opis, zamieszczając wrażenia płynące z użytkowania nadajnika dla komputera. Zapraszam do lektury…

» Czytaj dalej

Definitive Technology Incline – kolumny niby komputerowe, niby… nasz test!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Incline_Side

Już poprzedni produkt Definitive Technology zwrócił moją uwagę. Głośniczek Bluetooth Sound Cylinder (test tutaj) wyróżniał się niebanalną formą, sprytnym patentem, pozwalającym na zadokowanie dowolnego urządzenia przenośnego oraz komputera oraz wysokiej jakości materiałami, nienagannym montażem. Do tego potrafił zagrać lepiej niż większość tego typu głośniczków, które przewinęły się przez moje ręce. Właściwie to gdybym miał coś wybrać z tej kategorii urządzeń audio, to wybór ograniczyłbym do dwóch, oferujących bardzo przyzwoite brzmienie, produktów: wspomnianego Sound Cylinder oraz Bose Soundlink Mini. Kolejny produkt Definitive Technology, który do nas trafił, kolumny Incline, to desktopowy zestaw głośnikowy, rzecz wydawałoby się „pod komputer” i faktycznie, wyposażenie (to kolumienki podłączane do źródła za pośrednictwem kabla USB) wskazuje, że głównym źródłem ma być komputer. Kolumny znakomicie pasują do sprzętu Apple, ascetyczna forma, aluminiowe podstawy, zakrywające całość czarne maskownice… wystarczy popatrzeć na zdjęcia z MacBookiem, iMakiem …coś dla jabłkolubów, Apple mogłoby te kolumny oferować jako dedykowany zestaw (i – jak przeczytacie poniżej – byłby to strzał w przysłowiową dziesiątkę).

Rzecz jasna głośniki podłączymy do dowolnego komputera, poza tym można będzie podpiąć dodatkowo pod nie inne urządzenia audio, wyposażone w złącze cyfrowe (optyczne), względnie analogowe, liniowe (jack 3.5mm). Można także rzecz zintegrować z głośnikiem niskotonowym, jest wyjście na suba. Taki zestaw 2.1 nie tylko nagłośni nam spory salon (ani trochę nie przesadzam) , ale będzie także wg. mnie idealnym, kompaktowym systemem kina domowego. Uniwersalność Incline, niby komputerowego, a tak naprawdę uniwersalnego zestawu głośnikowego, to coś co otrzymujemy „przy okazji”… w końcu pierwsza myśl, po odpakowaniu głośników to „no dobra podpinamy pod PC/Mac i gramy”. Sprawdziłem jak sobie te kolumienki radzą w kinie i wierzcie mi, radzą sobie WYBORNIE. Szczególnie, gdy podłączę dodatkowo suba (DDT2200). W ofercie producenta są rzecz jasna głośniki niskotonowe, można kupić firmowy komplet, poza tym w sąsiedztwie Incline widziałbym przykładowo niskotonowca RELa (idealnie będzie się komponował taki zestaw pod względem stylistycznym).

Oczywiście najważniejsze pytanie w przypadku tytułowych głośników brzmiało: czy „komputerowe” kolumienki mogą zagrać jak rasowe monitory? Czy można stworzyć na ich bazie wysokiej klasy zestaw stereo do słuchania muzyki? Czy trzeba będzie iść w tym wypadku na kompromisy (np. obsługa dźwięku hi-res)? W recenzji odpowiem na te pytania. Kolumny grały nie tylko z komputerem, ale także z odtwarzaczem wideo (Toshiba E-1), PlayStation 3 (Blu-ray, gry) oraz Squeezeboksem Touch. W przypadku tego ostatniego źródła było o tyle ciekawie, że po modyfikacji EDO, odtwarzacz strumieniowy można było podłączyć do Incline za pośrednictwem interfejsu USB. W ten sposób uzyskaliśmy alternatywny dla komputera, wysokiej klasy system audio (taki na biurko, jak i do salonu). Jak widać, kolumienki przetestowałem kompleksowo, mogłem w ten sposób precyzyjnie określić jakie są ich możliwości i czy faktycznie to sprzęt „pod komputer”, czy może jednak coś, co da się „pożenić” z dowolnym audio, AV. Zapraszam do lektury…

» Czytaj dalej

Testujemy desktopowe głośniki Definitive Technology Incline. Pierwsze wrażenia…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Incline_Side

Te kolumienki postawione na biurku potrafią zagrać jak dobrej klasy monitory bliskiego pola, zaczarować swoim brzmieniem… dosłownie i w przenośni! Jestem pod ogromnym wrażeniem tego produktu, to kolejna po Sound Cylinder (test tutaj) propozycja firmy Definitive Technology, która zasługuje na uwagę. Naturalnym partnerem dla tego zestawu będzie komputer typu desktop, najlepiej jakiś all-in-one. Fantastycznie z wyglądem tego zestawu korespondują Makówki, niebawem będziemy konfigurować system z iMakiem, przetestujemy rzecz także z naszym dyżurnym ;-) Mac Pro. Póki co Incline grają w towarzystwie MacBooka zadokowanego w bardzo ładnej podstawce BookArc firmy twelve south (krótko opiszemy ten produkt, przy okazji zwracając uwagę na opcjonalny tryb pracy MacBooków z zamkniętym ekranem).

Ale to gra! Głośniki łączymy z komputerem za pomocą kabla USB, w środku zastosowano bardzo dobrego DACa, można wybrać czy za ustawianie głośności będzie odpowiadał komputer (niższa jakość) czy też regulację scedujemy na kolumienki (całkowite pominięcie regulacji w źródle = lepsza jakość). Dodatkowo można podpiąć opcjonalnie suba (sprawdzimy tę opcję z naszym starym, ale jarym, drewnianym DT2200) oraz dodatkowe źródło (cyfrowo) za pomocą wejścia optycznego. Super. Dodatkowo można podłączyć analogowo, wejściem liniowym np. stacje dokującą z odpowiednim wyprowadzeniem, integrując z głośnikami naszego handhelda. Wspominane dopasowanie do elektroniki Apple nie powinno nikogo dziwić – wiadomo, wielka popularność Makówek w Ameryce, dodatkowo prężny rynek akcesoriów do komputerów z logo jabłuszka to gotowy patent na dobry interes. Oczywiście sprzęt jest uniwersalny, można go spokojnie podpiąć pod dowolne, komputerowe, źródło, poza tym – jak wspomniałem – cyfrowo podłączymy inne urządzenia AV, właśnie nie tylko audio ale także wideo. Możliwość podłączenia opcjonalnego głośnika niskotonowego (w katalogu DT, rzecz jasna, znajdują się takie produkty, dopasowane stylistycznie do Incline), stworzenia w ten sposób zestawu 2.1, pozwala na budowę kompaktowego systemu kina domowego w oparciu o opisywany produkt. Najlepiej wg. mnie w opcji z HTPC – komputerkiem dedykowanym do kina, takim jak przykładowo Mac Mini.

Skąd się bierze ten, wysokiej próby, dźwięk? Cóż, konstrukcja Incline to wielce oryginalny projekt, te głośniki są pod pewnymi względami wyjątkowe, na pewno wyjątkowe jeżeli popatrzymy na inne produkty z tej kategorii (dekstopowe aktywne zestawy głośnikowe stworzone do współpracy z komputerem). Mamy tutaj bardzo ambitną konstrukcję dwudrożną, na którą składa się zestaw czterech końcówek mocy (po 20W) pracujących w trybie bi-ampingu… każdy głośnik zainstalowany w Incline posiada zatem własną końcówkę mocy! Co to oznacza nie muszę chyba nikomu tłumaczyć. Stąd właśnie bierze się niebywale czyste, a przy tym potężne (rozmiary!) brzmienie tych kolumienek, moc która szokuje w zestawieniu z niewielkimi gabarytami. W tym kontekście nie dziwi całkiem spora waga kolumn… w końcu konstruktorzy musieli upakować w środku każdej z kolumienek dwa wzmacniacze pracujące w klasie D, w sumie zastosowano cztery przetworniki aktywne, po dwa na kolumnę: dwie membrany nisko-średniotonowe, posiadające średnicę 10 centymetrów (4″), kolejne dwie wysokotonowe (3/4″); dodatkowo z tyłu zamontowano po dwie membrany pasywne (średnica także 10cm). Pracę całości nadzoruje 56-bitowy procesor DSP, wyposażony jw. w dwa tryby pracy (regulacja w źródle/kolumienkach oraz tylko w głośnikach). Konstrukcja bipolarna (zestaw promieniuje także do tyłu) oraz pasywne radiatory zastosowane zamiast tradycyjnego bass-refleksu pozwalają na uzyskanie efektu zbliżonego tego, co usłyszymy z dobrych monitorów bliskiego pola, klasycznych konstrukcji HiFi dedykowanych do słuchania muzyki w bliskim polu. Przy czym Incline mogą, jak wspomniałem, nie tylko nagłośnić wcale nie małe pomieszczenie (przestrzenność, moc), mogą także wraz z opcjonalnym subem stworzyć zestaw kinowy! Niezła uniwersalność! Rzecz jasna, głównym zastosowaniem będzie tutaj opcja desktopowa, słuchanie muzyki z komputera i w tej roli omawiany produkt nie będzie miał wg. mnie za wielkiej konkurencji – gra fantastycznie, zapewne pomaga tutaj projekt obudowy, pochylenie każdej kolumny o 9.5 stopnia względem pionu, co skutkuje odpowiednim umiejscowieniem przetworników względem naszej głowy. Ustawiamy rzecz pod odpowiednim kątem (na linii przecięcia, a nawet można nieco bardziej dogiąć obie kolumienki) i cieszymy się świetnym brzmieniem. Producent zadbał o to, by kolumny stabilnie stały na biurku (dobrze, żeby mebel był stabilny, raczej nie filigranowy, żeby nie rezonował), odpowiadają za to solidne, ciężkie, aluminiowe podstawy…

Z tego opisu, pierwszych wrażeń to się (niemal) recenzja zrobiła ;-) Warto będzie Incline poświęcić nieco więcej czasu, bo produkt jest po prostu wart tego, żeby go dokładnie przetestować (i kompleksowo, także w opcji kinowej). Poniżej galeria…

» Czytaj dalej