LogowanieZarejestruj się
News

Zasiać ferment część I: A może po prostu błądzimy?

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
images-2

Zwątpiłem. Słucham krytycznie paru nowych klamotów i czytam. I zaczynam poważnie zastanawiać się, czy to co dzisiaj obserwujemy na rynku ma jakikolwiek sens. Gdzieś nam ucieka to co istotne. Skupiamy się nie na tym, co kluczowe. Rzeczom nieistotnym przypisujemy ogromną wagę, kompletnie rozmijamy się z …rzeczywistością. My? Tak my. Ja – piszący te słowa, ale także Wy, czytający je, a nade wszystko psujem jest branża. W prostocie jest metoda, za dużo kombinowania sprowadza nas na manowce, przy czym najgorsze w tym wszystkim jest to, że chcemy być oszukiwani. Musiałem podjąć decyzję o zmianie paru ostatnich tekstów (stąd opóźnienie w publikacji), bo stwierdziłem, że pewne rzeczy można potraktować zupełnie inaczej (niż pierwotnie zostało to opisane). Odniosę się do tego w publikacjach. Teraz jednak chcę napisać o czymś, co wywołało u mnie taką, a nie inną reakcję. Od dawna śledzę dwa miejsca w sieci, gdzie tytułowy ferment siany jest bez ograniczeń, gdzie właściwie wszystko co do tej pory pisaliśmy o graniu z pliku jest albo podważane, albo przynajmniej poddawane w wątpliwość. Uwielbiam tam zaglądać, bo lubię być konfrontowany, uważam że lepiej jest dociekać, wątpić, niż a priori coś zakładać. Oczywiście istnieje niebezpieczeństwo oflagowania się i poddania w wątpliwość wszystkiego, popadnięcia w ciężką paranoję, ale przyjmijmy, że pewne rzeczy po prostu zakładamy korzystając z bardzo subiektywnego, bardzo niedoskonałego aparatu poznawczego jakim dysponujemy. To raz. Dwa – w sukurs przychodzi nam nauka, to co mierzalne, policzalne i …mądrzejsi od nas.

 

Naprawdę?

Chyba jednak nie, bardzo nie…

Te dwa miejsca to wspominany parę razy blog http://archimago.blogspot.sg/ oraz miejsce, które zwróciło moją uwagę niedawno… http://fairhedon.com/ Tu nikt nie sili się na przypodobanie się komukolwiek, czy jakiś rodzaj kompromisu, bo wiecie reklamy, chleb, dobre relacje z branżą… Nie. Nie ma tutaj miejsca na żadną dyplomację w wygłaszanych sądach, wnioskach, a to co stanowi wartość to, to, że wypowiadają się praktycy, ludzie z wiedzą wykraczającą poza poziom tych, którzy często (nie wyłączając wyżej podpisanego) publikują, testują, zajmują się problematyką audio zawodowo, albo hobbystycznie, wsio rawno, ważne że kształtują w mniejszym bądź większym stopniu opinię. Warto czasami zadać sobie parę podstawowych pytań. Warto też sprawdzić, czy to co uważamy za istotę nie jest przypadkowo mirażem, czymś co w ogóle nie tłumaczy, nie ma wpływu na SQ.

Zacznę od Briana Lucey’a. Inżynier dźwięku, wydawca, praktyk. Jak pewnie tysiące innych, robi swoje i …nie przejmuje się nic, a nic, problemami, z którymi zmagamy się na codzień. Po lekturze, można by rzec, z wiatrakami z jakimi walczymy dzielnie, choć zupełnie niepotrzebnie. Warto przeczytać cały wywiad opublikowany pod tym linkiem: http://fairhedon.com/2017/11/05/an-interview-with-mastering-engineer-brian-luceybo wspomniany praktyk ma rzadką umiejętność mówienia językiem prostym o skomplikowanych sprawach, dodatkowo bez zawiłego kluczenia, a prosto do sedna. Sama esencja. Co wynika z tego wywiadu? Ano to, co może i podnosiłem tutaj nie raz, ale z …mocnym przesunięciem akcentów na rzeczy, które jak wyżej, umykają nam, opisującym, pasjonującym się najnowszymi technologiami (dla ułatwienia, mianownikiem jest tu granie z pliku). I tak Brian masakruje ideę MQA, twierdząc, że jest to najgorszy możliwy sposób na dystrybucję dźwięku. Argumenty ma mocne, a że mówimy o rzeczach kluczowych (bo MQA w związku z Tidalem i bliskim wprowadzeniem strumieni hi-res w innych serwisach ma być STANDARDEM) to warto nad tym się pochylić. Pisałem już o tym wcześniej na łamach HDO. MQA co do zasady (działania) jest stratnym kodekiem i wszelkie próby zaprzeczenia, że ależ skąd nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością. To origami audio, kontener, ze swej natury nie może być bitperfect, bo w dosłownym tego słowa znaczeniu odtwarza coś, co wcześniej zostało skompresowane w sposób stratny… usunięte. Nieważne czy robi to doskonale, czy mniej doskonale, ale nie jest czymś, co kojarzyliśmy do tej pory z najlepszą jakością, czy bezkompromisową jakością. Brian porównuje MQA do Mastered for iTunes, o którym też mogliście u nas co nieco poczytać (potem, znacznie potem, potem i łagodniej o np. tutaj). To znaczy poczytać w ogóle coś na ten temat, bo kto tam takimi pierdołami będzie się gdzie indziej zajmował ;-) …pięć lat ma ten wpis, chyba za ostro pojechałem wtedy po Apple, choć w kontekście tego, co zaraz przeczytacie… może i słusznie, bo tam też czarowali. Porównuje i ma ku temu pełne podstawy, a że MfT to całkiem sensowny sposób na dystrybucję treści w bardzo, bardzo skompresowanej formie (oczywiście stratnej), z sensownym jakościowo rezultatem finalnym to… no właśnie, pozostaje zapytać, co daje nam MQA?

Wymowne?

Aż zacytuję, bo warto przytoczyć: „And like Mastered for iTunes or any reduction scheme the losses are in critically important areas. Where as mastered for iTunes is harmonically cold and loses some low volume/low end information, actually altering the groove to make everything sound like a nerdy white wedding band, MQA brightens the high-mids in the Mid section while thinning the low-mids on the Sides. There’s also some harmonic distortion which some people could find pleasing,  If I want that distortion in the master I would’ve put it there in the first place. The results of MQA I would call fatal to the source material even as they are very subtle.” Co wynika z przedstawionego tutaj, kluczowego zresztą spostrzeżenia, poczynionego przez Briana? Ano coś, co redefiniuje nam całkowicie MQAowe hi-res. Bo o jakim hi-res tu mówimy, jeżeli w praktyce nie mamy możliwości uzyskać jakości płyty CDA?! Tam, w przypadku zapis 16/44.1 w bezstratnej postaci (WAV), wiemy co konkretnie otrzymujemy. Otrzymujemy to, co zarejestrowano w studio. Może to być gówno, może to być diament, ale wiemy co dostajemy i całe halo odnośnie hi-res sprowadza się do tego, że dzięki dodatkowym bitom, większej częstotliwości próbkowania możemy  (ale to tylko potencjał, a nie coś, co cokolwiek gwarantuje vide wiele 24 bitowych plików, które są do dupy) materiał zarejestrowany i obrobiony w studio przenieść bez ograniczeń wynikających z XX wiecznych technologii (nośnik gromadzący niewielką, z punktu widzenia dzisiejszych realiów, ilość danych like CDA). Tyle. Przy czym – z czym zgodzą się chyba wszyscy, słuchający muzyki z różnych źródeł, mający porównanie – nośnik, cyferki O NICZYM NIE PRZESĄDZAJĄ. Są natomiast wskazówką i …w przypadku MQA widzimy, że nie dość, że plik jest lossy to jeszcze proces jego przygotowania do dystrybucji wiąże się z określoną (ściśle!) zmianą reprodukcji w przypadku każdego, zakodowanego w ten sposób, materiału. To jest dla mnie nowa informacja. Jak wspomniałem, to że jest to co do natury kompresja stratna było dla mnie oczywiste od chwili pojawienia się MQA na rynku, ale to, że origami to także ingerencja w sposób w jaki odtwarzany jest materiał to coś… z zupełnie innej beczki. Ja chce usłyszeć to, co wyszło ze studia, a nie to co sobie twórcy wyobrażają, albo specjalnie upiększają (no, wprost, kitują). Przecież sami reklamują to, jako najlepszą metodę przeniesienia „master quality” audio wprost do domu. To jest …kłamstwo. I tak jak w przypadku iTunes wszystko jest jasne, bo sami opublikowali białą księgę w której dokładnie opisują co i jak robią, to tutaj mamy do czynienia z marketingowym hokus-pokus.

Sprzedać? Tak, jak najbardziej. Zaoferować wartość dodaną? No właśnie niekoniecznie

Mnie MfT smakuje, zgadzam się w całej rozciągłości, że to jest przyprawiane właśnie tak, jak Brian to opisał… ma to dobrze smakować na sprzęcie mobilnym, na bezprzewodowych słuchawkach i bezprzewodowych głośnikach. I brzmi. Sama elektronika mobilna często mocno podkreśla doły, mocno koloryzuje, osusza, cyfrową patyną raczy… stąd taki wybór inżynierów Apple, przy zachowaniu dużej dbałości o jak najwierniejsze przeniesienie materiału źródłowego do kramiku Apple. Brzmi to w określonych powyżej okolicznościach dobrze, rzecz jasna trudno to traktować jako bezkompromisowe, najlepsze, czy idealne źródło dźwięku. A tak ma być, bo tak to reklamują, z MQA właśnie. Jeżeli ktoś majstruje nad tym, jak słyszę w samej technologii medium, transportu (zapisu) to… sorry, ale ja tego nie kupuję! To jest oszustwo. I nie oznacza to, że zakładkę Masters można sobie darować, bo wiele muzyki tam udostępnionej to materiał bardzo dobry jakościowo. Nie w tym rzecz, rzecz w tym, że ktoś tu za nas decyduje i oferuje coś innego, niż mówi. Jak wspomniałem, uważam że Mastered for iTunes jest jednym z lepszych patentów jakie Apple wprowadziło do obiegu nowoczesnej dystrybucji muzyki w pliku. I mimo ograniczeń, mimo określonego targetu, to właściwa droga… jedna z wielu, rzecz jasna, ale sensowna, mająca na celu dostarczenie lepszego jakościowo dźwięku. Owszem, też czasami możemy zobaczyć w opisie master HQ, studio master, ale nikt tego nie wyciąga tak bezwstydnie jak ma to miejsce w przypadku MQA. Co więcej, tutaj idzie się po bandzie, bo jak powiedział Brian, wyciąga średnie, robi się „atrakcyjniej”, wprowadza zniekształcenia harmoniczne, które wielu uzna za przyjemniejsze w odbiorze… na poziomie przygotowania materiału rzekomo „wprost ze studia”. To jest wg. mnie nawet gorsze od złośliwie podnoszonego przez Briana (iTunes) grania na modłę zespołu weselnego (głośno k%@$^&#, jeszcze głośniej i z przytupem!), bo z obietnic sączonych szerokim strumieniem wychodzi… jeden wielki blamaż. A nie ma tutaj i nie może być mowy o perfekcji z bardzo prostego powodu.

To jest schemat „jak to działa”, ale ten schemat nie mówi prawdy… jakie lossless? To, że wejściowo jest lossless nie oznacza, że na wyjściu też tak jest.
Bo nie jest. W sumie to sprytne… dajemy Wam kontener, który pozwoli przesłać te wszystkie bezstratne hi-resy przez Internet… owszem, pozwoli przesłać, ale co konkretnie przesłać to już zupełnie inna historia…

Tym powodem, moi drodzy, jest niedoskonałość. Ta niedoskonałość jest wpisana w muzykę, jest jej immanentną częścią. I jest niezbędna. A ludzie stojący za MQA próbują to właśnie wygumkować. To jest NAJPOWAŻNIEJSZY ZARZUT. Próbują odebrać nam to, co – jak pewnie wielu podświadomie czuje, wie – powoduje, że to jest TO. Można to porównać do prób remasteringu podejmowanych z masakrycznym efektem przez ludzi kina, próbujących „uwspółcześnić” niektóre arcydzieła kinematografii. Można to porównać do „teatru telewizji”, czytaj nienaturalnego odwzorowania (upłynnienie) ruchu w niektórych filmach, audycjach telewizyjnych, można wreszcie – generalizując – porównać do tego, co dzisiejsza technologia nam odbiera. Pierwotnej, wynikającej z niedoskonałości, radości obcowania z czymś żywym, prawdziwym, nie sztucznym, prawdziwym, bo niedoskonałym. Plik, komputer daje nieograniczone możliwości, ale my nie tylko błądzimy, ale jak widać często robimy źle, idziemy w złym kierunku. MQA to zły kierunek. Brian wspomina o targecie jakim są audiofile. Najbardziej narażeni na marketingowy atak, perfekcjoniści, doszukujący się nawet w najbardziej błahych czy nieprawdopodobnych rzeczach ukrytego przed światem znaczenia – ich zdaniem, fundamentalnego dla osiągnięcia jakiegoś „absolutu”. Nie, nie każdy audiofil tak ma, ba uważam, że wielu z nich ma tak bogatą, tak wszechstronną wiedzę na temat swojej pasji, że sami w sobie, stanowią oni wartość dla całego spektrum ludzi słuchających muzyki. Chwała im. Niestety, w związku z ich przywiązaniem do spraw, często nieistotnych, nadmiernego nadawania znaczenia sprawom błahym i wiary (czasami w cuda) mamy to, co mamy. MQA jest sposobem na sprzedaż. Tylko i wyłącznie. Audiofilom. „MQA has been targeting the weakest players in our world, the audiophiles.  And they’re targeting those most dependent on pimping new tech, the audiophile press.  Meanwhile, one sided presentations at trade shows leave no time for deep Q and A and any real discussion panels are eschewed by MQA. The most excitement about MQA seems to be from perfectionist consumers who want that blue LED and sense of authentication, pressuring DA makers to send that licensing money to MQA and catch up with a demand invented by MQA.” W sumie nic dodać, nic ująć, prawda?

Wspólnym mianownikiem dla tego co powyżej jest rzecz jasna rozpasany konsumpcjonizm. Musi się sprzedać. To co było, w nowej formie, musi (materiał) oraz sprzęt (oj tak, tutaj wystarczy wspomniana magia cyferek i hokus-pokus) musi. Idąc dalej licencja musi i najlepiej żeby narzucić wszystkim standard. Masz? Słyszysz. Nie masz? No sorry, nie możesz. Prawda? Bierzemy udział w tej grze, a świat zero jedynkowy, jak żaden inny, opiera się na tym, co eteryczne, ulotne. Nie, nie ma tu przesady. Mogę ten tekst modyfikować bez końca, w odróżnieniu od papieru, który raz zapisany takim pozostanie, stanowiąc świadectwo. Podobnie fizyczny nośnik. Świadectwo niedoskonałości, ułomności, tak podobnie jak wspomniana powyżej oraz poniżej niedoskonałość muzyki. To jest bogactwo, nie śmietnik, a my próbujemy to wziąć w nawias, wyrugować z naszego życia. To błąd! Co gorsza, ubieramy to nowe w szaty postępu, staramy się udowadniać, że tak jest lepiej, właściwiej, „prawdziwiej”. Cóż, gówno prawda.

Z dedykacja dla nas wszystkich: „Distortion artifacts are musically incorporated in to all music production, there is no perfection in music.  That way of thinking is bogus and anti music.  Music is flawed and that’s a good thing, it’s the humanity. Perfection has no place in music production, it’s a dangerous myth” MQA to coś, co ma wygumkować powyższe, co więcej, ma nam jak w reklamie, zaoferować NIERZECZYWISTY produkt, inaczej… ściemę, kłamstwo. U źródeł jest fałsz, bo to z jednej strony nie jest dążenie do dystrybucji materiału takiego, jaki został wydany (właśnie, wydany, nie zarejestrowany, bo zaraz potem mamy takiego Braina), bo się to, to „uszlachetnia”, a dodatkowo pozbawia czegoś, co świadczy o (chichot) autentyczności. Tak, ta dioda która pali się w klamocie, ta dioda MQA w sprzęcie z pełnym wsparciem, NIE ŚWIADCZY O ŻADNEJ AUTENTYCZNOŚCI. To nie podlega dyskusji, chyba że zmieniamy znaczenie słów, przeinaczamy, na potrzeby marketingowej machiny ubieramy w kolorowy papierek zwykły kit. Ten tekst – powiem wprost – wstrząsnął mną, bo (o tym będzie część II) techniczny opis samego procesu origamizacji materiału oraz biznesowe tło to rzeczy, o których wiedziałem wcześniej, czytając m.in. wspomnianego archimago. Tutaj jednak dochodzimy do nie podlegających interpretacji, konkretnych, wniosków, będących jednym wielkim zarzutem pod adresem czegoś, co miałoby stanowić przyszłość dystrybucji muzyki w sieci (jak chcą poniektórzy), albo przynajmniej stanowić nieodłączony element strumienia najlepszej jakości, jaki z tego Internetu nam się serwuje. Ja tego nie kupuje. Widzę, że są inni w branży (producenci sprzętu), którzy też tego nie kupują (tak Schiit, ale nie tylko oni, jeszcze o tym wspomnę). To nie jest fair, to zwyczajnie nieuczciwe wobec nas. Jak wspomniał Brain stoją za tym wielkie firmy, stoi za tym dystrybucja, stoją koledzy po fachu, którzy wystawili laurkę MQA i bardzo mocno wspierają zjawisko, opisując to… zjawisko… w samych superlatywach.

Tyle tylko, że to jedna wielka ściema.

 

I’m most concerned about the bogus claims that MQA is fixing approved masters.  Not possible, and a rude assertion to trillions of hours of hard work by teams of people making records for decades.  Pure marketing hyperbole.  Nothing in audio is perfect, there is no Original Sin, and there is no going back to the place of ideal perfection. Ultimately there is no free lunch in digital, and music production is about a constant flow forward … shaping distortions and how they play with frequency balance and transients.  When a record is first tracked, then rough mixed, mixed, revised, mastered, revised in mastering and finally approved … there is no fixing it.  Anything that changes violates 5-20 people who have all signed off.  Distortion artifacts are musically incorporated in to all music production, there is no perfection in music.  That way of thinking is bogus and anti music.  Music is flawed and that’s a good thing, it’s the humanity.   Perfection has no place in music production, it’s a dangerous myth.  MQA has no future in the world of serious engineers in my view, it’s a corporate money scheme at this point.  Yet we will see how it turns out, most people are lazy and greed goes a long way on it’s own power.

 

To oczywiście bardzo uproszczone przedstawienie rzeczywistości. Mhm. Tyle, że niestety znacznie bliższe prawdy, niż wielu się wydaje…

 

C.D.N. (o biznesie i technikaliach będzie, zacząłem od tego… co najistotniejsze, reszta to tło i niestety to tło tylko utwierdza, tylko utwierdza… ale o tym w następnym wpisie)

 

PS. Sam na fali entuzjazmu dałem się ponieść, przykładowo choćby w tym wpisie http://hd-opinie.pl/6664,aktualnosci,mqa-universal-music-group-nadszedl-czas-na-hi-res-audio.html Człowiek uczy się całe życie. Na błędach się uczy. Jak widać :-)

Tour de… Emeraldy Pylona w Gdańsku

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170211_112145458_iOS

Wczorajsza impreza (11.02) odbyła się w salonie Premium Sound w Gdańsku. Sala pękała w szwach (co cieszy rzecz jasna, choć z oczywistych względów utrudniało to percepcję). Playlista z wykładem by Pacuła, Wojciech Pacuła. Te kolumny, główny bohater spotkania, to wersja stworzona przy współudziale HighFidelity, a konkretnie pod gusta prowadzącego.

Dużo ciekawych informacji na temat muzyki, realizatorki, jak słuchać i dlaczego tak. Mam odmienne zdanie w paru kwestiach i dobrze, bo świat byłby cholernie nudny gdybyśmy się we wszystkim zgadzali (w Polsce nam to nie grozi, z definicji w niczym się nie zgadzamy). Odnośnie zaś dźwięku (rzecz jasna subiektywnie!): były momenty (nie, nie o takie momenty tu mi się rozchodzi ;) ), bardziej ze wzmacniaczem lampowym, zdecydowanie bardziej niż z elektroniką Soul Note.

Lampowiec FrezzAudio @ KT88 grał bardzo przyjemnie z tymi zgrabnymi (zauważcie, one są bardzo kompaktowe, bardzo niewielkie) kolumnami. W sprzedaży będzie także wersja niesygnowana, z firmowym (Pylon) dźwiękiem… Poniżej rozbudowane fotostory z opisem na totalnym luzie:

Rock’n'roll bejbe, rock’n'roll! Oglądajcie Vinyl, bo cholera warto :)

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
HBO_Vinyl

Oglądajcie, albo przynajmniej słuchajcie, bo tak genialnego pod względem muzycznym serialu nigdzie nie namierzycie. To jest TO! Sama fabuła nie jest specjalnie zaskakująca, odkrywcza, czy inaczej – jest przewidywalna, ale mniejsza… to się ogląda, czy raczej wciąga klimat uchem i okiem na pełnym speedzie ;-) Nie jest to tylko rock&roll, choć sam serial jest na wskroś „rockendrolowy”, bo jest tam blues, jest tam jazz, takoż gospel, jest też disco, i to co nadciąga i wejdzie do mainstreamu tj. hip-hop, punk (‘s not dead!) no i (rzecz jasna) robiący w l.70-ych zawrotną karierę rock&roll. Innymi słowy pełen przekrój gatunkowy 1960-70, nie ograniczający się wcale do Stanów, ale szerzej – przekrój globalny, bo się wtedy właśnie świat zaczął zmieniać w globalną wiochę (kulturowo). Mniam, mniam, mniam. I dlatego warto to oglądać, a że sama historia (przy okazji) bawi, jest na luzie, to tym bardziej „wchodzi”. Parę dni temu poinformowano o realizacji drugiego sezonu, recenzje są świetne, wręcz entuzjastyczne. Tu, mógłbym nieco sarkać na bezkrytyczne uwielbienie recenzentów, ale mniejsza, bo w sumie ten serial to przede wszystkim muzyczna wizytówka najbardziej płodnego, najciekawszego wg. mnie okresu w dziejach branży i TO SIĘ LICZY. 

Także, nie ma, że to czy tamto, tylko piloty w dłoń, jak jest amplituner to super (bo warto puścić to na dobrych głośnikach, a nie czymś co wbudowano w telewizor), jak można podpiąć stereo to też musowo, bo po stokroć warto. Można już w serwisach posłuchać ścieżki i cholera jakie to dobre, dodajemy do ulubionych i słuchamy sobie. Oczywiście jest też sporo do oglądania (znowu, nie chodzi mi tutaj o fabułę) tj. mamy ludzi, mamy miejsca no i mamy SPRZĘT :) Ten sprzęt to w ogóle element, który działa podprogowo, bo raz że pełno go w serialu, dwa – na pewno nakręci jeszcze bardziej modę na winyle, vintage etc. Mamy płyty, adaptery, szpule i magnetofony. Mamy tunery, mamy wzmaki, mamy …no właśnie, tego specjalnie nie mamy, to znaczy piece są, aaallle kolumny, głośnikiii to coś, czego na pierwszy rzut oka nie zobaczymy we wnętrzach. Głośniki są… są, są, ale tak to właśnie wyglądało, tzn. często gęsto był adapter, a ten adapter miał głośnik i stanowił system, było sobie radio, a radio miało wbudowany speaker i tyle. No właśnie, wtedy słuchało się radia i to radio miało moc sprawczą, było głównym medium promującym, było tym, czym dzisiaj jest Internet. To były czasy radia. Zresztą w serialu pada takie zdanie – bez nas (rozgłośnia xyz) jesteście niczym, w sensie, że bez naszej promocji niczego, choćbyście byli nie wiadomo jak genialni, nie osiągniecie. Amen!

Także dla nas, osób głęboko zaburzonych, ułomnych takich (partnerki ze smutkiem przytakują… ale ze mnie męska, szowinistyczna… ;-) ), dążących do uzyskania optymalnego brzmienia, przerzucających setki klamotów, ten serial jest tym bardziej atrakcyjny i tym bardziej wart obejrzenia (jak wyżej). Oglądajcie i słuchajcie, czy słuchajcie i oglądajcie –  fajnie, że Francis Coppola wraz z Mike’m Jaggerem (jego syn gra punola – kapela Nasty Bits) oraz Trance’m Winterem sprokurowali nam taką ucztę. Historia szefa wytwórni płytowej American Century Records wciągnie Was i nie wypuści. Gwarantuję :)

Muzyczny smartfon? Wow! Marshall właśnie takie coś pokazał

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
marshall-london-phone-1_3800.0

Szczerze powiedziawszy trudno się do tego odnieść. Rozumiem ideę, która przyświecała producentowi głośników bezprzewodowych oraz słuchawek (na marginesie z Marshallem od piecyków łączy tą firmę to, że kupiła prawa do marki, znaku) – dać ludziom telefon, który będzie nawiązywał stylem do firmowych produktów audio, dodatkowo wprowadzając w konstrukcji udogodnienia pod kątem słuchania muzyki. No i tutaj pytanie, na ile ten mariaż się udał? Dobrego smartfona musi cechować (w przypadku Androida, bo o Androidzie rzecz jasna jest mowa) odpowiednio wysoka wydajność, bardzo dobre parametry gwarantujące komfortową pracę, jak również solidny support. Z tym ostatnim, w przypadku zielonego robocika, bywa bardzo różnie, a firma, która do tej pory się w to „nie bawiła” pozostaje sporą zagadką w tym względzie. Tutaj mamy do czynienia raczej z low-endowym, aco najwyżej średniopółkowym telefonem, wyposażonym w 4.7″ ekran (720p), 2GB RAMu (na szczęście), wymienną baterię o pojemności 2500 mAh (nie najgorzej), z układem Snapdragon 410, z działaniem w sieciach LTE. Czyli taka niższa półka, jeżeli chodzi o dzwonienie. Ale w sumie nie o tym miał być ten wpis. Pomińmy zatem to co w telefonie najważniejsze ;-) i skupmy się na audio, bo trzeba przyznać że jest tutaj parę bardzo ciekawych, niespotykanych nigdzie indziej rozwiązań, przeniesionych ze świata wysokiej klasy odtwarzaczy muzycznych. Innymi słowy mamy pierwszego DAPfona ;-) i to nie jakiegoś czołowego producenta smartfonów tylko firmy, która specjalizuje się w produkcji urządzeń audio…

Po pierwsze ten telefon (nazwali go… Londyn), wygląda cholernie dobrze. Nie to, że estetyka Marshalla jest dla mnie wyznacznikiem wszystkiego co w audio najlepsze. Daleki jestem od tego, by tak uważać, choć oczywiste skojarzenia, czar i urok jaki rzuca piecyk są jakby poza dyskusją, do tego te nauszne modele słuchawek (testowaliśmy – patrz tutaj). W tym przypadku mamy właśnie taki produkt, który całym swoim ja woła: TAK MUZYKA JEST DLA MNIE NUMBER ONE. I ja to rozumiem, ja to w pełni popieram i się identyfikuję. Producent wyraźnie „jedzie” na tych naszych słabostkach, bo zdjęcia przedstawiające tytułowy produkt aż kipią od tego, co wywołuje przyspieszone bicie serca. Jest więc gitara elektryczna, która jakżeby inaczej możemy bezpośrednio podpiąć do telefonu. Zresztą ten został wyposażony w dwa gniazda jack na górnym boku, co jest wyraźną wskazówką dla użytkownika, nieprawdaż? ;-) Po drugie forma, obudowa, wszystko tutaj woła: JESTEM MARSHALL i cóż, muszę przyznać, że wygląda to przednio. Typowa faktura obić piecykowych z tyłu i po bokach, czarno-złota kolorystyka, loga… tak to jest definitywnie to. Przednim pomysłem jest umiejscowione z prawej strony pokrętło głośności, nie jakieś tam bezpłciowe przyciski tylko najprawdziwsze pokrętło do regulacji wzmocnienia. No, no. Jak sobie odchylimy wykonaną z materiału (ciekawy pomysł) tył obudowy (ten z fakturą piecykową), naszym oczom ukaże się szybkowymienna bateria. Poza tym różnica między zwykłym Androidem i Marshallfonem tkwi w powłoce oraz w dostarczonym z telefonem oprogramowaniu.

I tutaj, z tego co widzę, jest naprawdę konkretnie i coś czuję, że się tym produktem bliżej zainteresuję (sama forma jw. urzeka, ale to jednak trochę za mało). Co jest zatem z tym oprogramowaniem? Ano mamy tutaj jakiś mikser, wygląda na bardzo pro, mamy aplikację DJ-ską, która też prezentuje się niczego sobie. Jest oczywiście specjalnie przygotowany odtwarzacz softwareowy z bogatą regulacją, licznymi ustawieniami. No, no, no. Poza tym mamy ciekawy patent z dedykowanym przyciskiem M (jak muzyka rzecz jasna), dający bezpośredni dostęp do naszej biblioteki audio w telefonie (pewnie odpala się od razu odtwarzanie z wspomnianego odtwarzacza). Obiecują wysokiej klasy chip audio (i faktycznie tak jest, w środku znajdziemy Wolfsona WM8281). Dwa wymienione powyżej gniazda jack dają nam możliwość równoczesnego podłączenia dwóch par słuchawek. Do tego są dwa, zamontowane na froncie głośniczki. W komplecie dostaniemy dobre , firmowe dokanałówki. I tylko ta cena jakaś taka z górnej półki, bo bez umowy ma ten telefon kosztować 590 dolarów, a 600$ to umowna granica, gdzie zaczyna się cennik dla topowych modeli. Telefon trafi do dystrybucji po 20 sierpnia br.

Powiem tak… kupili mnie tą zapowiedzią, prezentacją. Poczekam, aż produkt trafi na rynek i postaram się go gruntownie przetestować…

» Czytaj dalej

Smartwatch ważnym elementem mobilnego audio?

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
apple-watch-smartwatches-mainstream-02

Sterowanie muzyką z nadgarstka… ktoś tu zaraz napisze, po co, są piloty na słuchawkowym kablu, że to nie ma sensu. Według mnie ma i będzie miało coraz większy sens, a wszystko za sprawą rosnącego udziału usług streamingowych. Serwis dający zdalny dostęp do wielomilionowych zbiorów to przełamanie problemu niewielkiej przestrzeni na utwory, albumy po stronie urządzenia. To także możliwość (już nie potencjalna) słuchania w bardzo dobrej jakości, bez konieczności fizycznego umieszczania muzyki w pamięci odtwarzacza. Rynek sam reguluje zapotrzebowanie na gadżety, reguluje bezlitośnie – nie ma obecnie miejsca na odtwarzacze multimedialne bez dostępu (stałego) do sieci… nie ma nowych iPodów, nie ma nowych Galaxy Playerów, nie ma i nie będzie. Nisza pt. audiofilskie odtwarzacze audio będzie koegzystować na marginesie nie generując zysków, które zainteresowałyby wielkich z branży (jak zwykle wyłamuje się z tego schematu Sony, ale Sony to specyficzna firma, która wprowadza na rynek często genialne, świetne urządzenia, które nie mają szansy się sprzedać – niestety z nowymi Walkmanami będzie, coś czuję, tak samo). Co więcej, ten segment może niebawem znaleźć się w kryzysie za sprawą nieuchronnego uruchomienia serwisu streamingowego przez Apple oraz (ważne!) spodziewanego przejścia przez głównych oferentów tego typu usług na lepszą jakość transmisji (bezstratna kompresja o jakości zbliżonej do tego, co oferuje płyta CD). To ogromny potencjał, bo jak pokazuje doświadczenie ostatnich paru lat, płyta CDA potrafi zagrać znakomicie, w końcu udało się ten typ zapisu dźwięku (czerwona księga, parametry 16 bit / 44 kHz) okiełznać w pełni. To paradoks, bo też fizyczna postać tego, najpopularniejszego sposobu zapisu muzyki, czytaj – płyta kompaktowa – nieodwołanie odchodzi w niebyt.

Czymś, co ją zastąpiło (już teraz i zaraz, o czym dalej) są pliki. Te sprzedawane (to też już powoli przeszłość, patrz zmiany w dystrybucji jakie zachodzą, wyniki badań rynkowych są tu jednoznaczne) oraz te strumieniowane w ramach abonamentu (względnie za darmo z reklamami). To już się stało i patrząc na rynek masowy, branża dość szybko dostosowała się do tych wymagań vide gigantyczny wzrost segmentu słuchawkowego, notującego fantastyczne wyniki. Zmiana sposobu słuchania muzyki, zmiana sposobu już nie gromadzenia a właśnie dostępu i udostępniania muzyki, niesie ze sobą oczywiste, często radykalne zmiany w zakresie sprzętu audio. Tym najbardziej radykalnym, nowym elementem będzie według mnie smartwatch, smartwach jako idealne uzupełnienie transportu (odtwarzacza ze stałym dostępem do sieci), interfejs, a także (w niektórych scenariuszach) autonomiczne urządzenie audio, pozwalające zastąpić klasyczne grajki. Ludzie to kupią, bo to wygodne, bo zmienia całkowicie sposób słuchania muzyki, na taki który jest już teraz najpopularniejszy, najczęściej wybierany (jaka platforma obecnie jest najczęściej wybierana w przypadku słuchania muzyki? Odpowiedź: YouTube).

Smartwatch może mieć mnóstwo zastosowań, potencjał jaki kryje się w elektronice osobistej, ubieralnej jest gigantyczny. Nie mam co do tego wątpliwości. W końcu na rynku pojawią się udane, użyteczne, dopracowane rozwiązania tego typu i jak wyżej, domkną temat dostępu do muzyki, nowego sposobu konsumowania, korzystania z tej formy kultury. Patrząc na zmiany jakie zachodzą w serwisach, w rozgłośniach internetowych (gigantyczny wręcz progres jaki ostatnio można zaobserwować w tym zakresie – coraz więcej rozgłośni nadaje w jakości zbliżonej do CDA, pojawiają się pierwsze radia hi-res!) i zestawiając je z rozwojem elektroniki użytkowej widzę świetlaną przyszłość przed tytułowym gadżetem. To będzie ten ważny, bo pozwalający na bezproblemowe nawigowanie po zbiorach, sterowanie odtwarzaniem, a także (dzięki notyfikacjom, funkcjom społecznościowym i czym tam jeszcze) na nowe, popularne sposoby konsumowania treści mulitmedialnych, element dopełniający dwa, obecnie najpowszechniejsze, najczęściej używane produkty audio – smartfon/tabletofon oraz słuchawki. 

Nowy Apple Watch ma zastąpić popularnego niegdyś (tak, tutaj kwestia paru lat wydaje się zamierzchłą prahistorią) iPoda. Będzie miał niby śmiesznie małą przestrzeń na dane audio (2GB), będzie także interfejsem iPhone dostępnym natychmiast, wygodnie, uwalniając nas od konieczności sięgania po telefon. Wszystko to, co oferuje iPhone będzie mogło być uruchamiane, sterowane, nawigowane z poziomu smartwatcha. W przypadku audio to jw. kluczowy element, który da nam dużo większe możliwości od obecnie stosowanego, prostego sterowania z pilota zamontowanego na kablu. Możliwości interfejsów głosowych, rozwiązania typu Siri czy Google Now nie są w stanie obecnie zapewnić precyzji, nie mówiąc już o jakimkolwiek zobrazowaniu tego, co dostępne. To (będzie) uzupełnienie dla niewielkiego ekranu na nadgarstku (nawigowanie właśnie) i będzie także dostępne za pośrednictwem inteligentnego zegarka (np. głosowy wybór określonego utworu). Korzystam na co dzień z funkcji sterowania wbudowanej w mojego Pebble (dowolna, aktywna aplikacja, uruchomiona w telefonie), steruje odtwarzaniem z komputera (iTunes z wtyczką Bitperfect, Spotify… czekam na WiMPa HiFi i będzie komplet), mimo ograniczeń aplikacji dla zegarka oraz jego możliwości prezentacji danych to (już) idealne uzupełnienie dla cyfrowych źródeł: smartfona, tabletu czy komputera. A to dopiero początek. Nowe urządzenia tego typu pozwolą na więcej, pozwolą na (jak produkt Apple) autonomiczne odtwarzanie muzyki (w tle) podczas fizycznej aktywności, wtedy gdy nie będzie czasu, okoliczności pozwalających na skupienie się na lepszej jakościowo muzyce. Czy iPod Shuffle nie ma sensu? Oczywiście, że ma jako właśnie takie, proste, ultraprzenośne źródło muzyki i pewnie (niech zgadnę) będzie ostatnim iPodem, który w końcu zniknie z oferty właśnie za sprawą jabłkowego zegarka, może 2 generacji, a może już pierwszej… kto wie? Idąc dalej, fizyczny pilot do sprzętu audio? Zastąpi go watch.

Wraz z tymi zmianami niewykluczone, że zmienią się same słuchawki. Pilot (związane z nim problemy z kompatybilnością oraz teoretycznie nie pomijalnym wpływem na jakość brzmienia) odejdzie w niebyt. Kto wie, może zniknie sam kabel, który zwyczajnie przestanie być potrzebny? Piszę o masowym zjawisku, zastępowaniu słuchawek na kablu tymi bezprzewodowymi. Patrząc na ofertę rynkową, widzę, że ostatnie dwa lata to gwałtowny rozwój oferty w segmencie bezprzewodowych słuchawek, to w ogóle (patrząc szerzej) już nie ciekawostka a alternatywa dla transmisji przewodowej. Dzisiaj już nikt się nie dziwi, że taki high-endowy Devialet potrafi via WiFi zagrać na prawdziwie high-endowym poziomie. Nikt tego nie podważa, nie deprecjonuje, nie kwestionuje. Co więcej, patrząc na popularne sposoby korzystania z multimediów, z wideo oraz audio, wyraźnie widać, że przyszłość faktycznie należy do transmisji bezprzewodowej – AirPlay, Chromecast to coś, co staje się alternatywą nie tylko w budżetowych urządzeniach, ale także (coraz częściej) pojawia się w produktach z wyżej półki, w HiFi, a nawet w high-endzie (popatrzcie na Arcama choćby, na Naima… Mu-so… a to tylko dwa przykłady z brzegu). Przypadek? Nie zapominajmy przy tym, że taki watch samograjek będzie wymagał transmisji bezprzewodowej, tzn. będzie parowany ze słuchawkami wireless. Stąd, zapewne, czekająca nas niebawem eksplozja tego typu produktów, które będą niezbędnym (względnie ważnym, istotnym) elementem wyposażenia użytkownika smartwatcha.

Smartwatch to coś, co będzie stanowiło niezbędny element mobilnego toru. Tak, jest szansa na takie spopularyzowanie tego gadżetu, bo jego umiejscowienie w takiej roli, jak wyżej opisana, wydaje się zasadne, sensowne i co najważniejsze pożądane przez konsumentów. Możliwości transmisji o bardzo niskich opóźnieniach o odpowiednio dużym transferze są już opanowane, są dostępne. Wystarczy spojrzeć na parametry najnowszych wersji aptX (opóźnienia rzędu 2-5ms, transfer na poziomie 1200-1300kbps), aby uświadomić sobie, że to faktycznie może być przyszłość jaka nas (już niebawem) czeka. Rezygnacja z kabla, albo (co bardziej prawdopodobne) alternatywa pod postacią bezprzewodowości, w przypadku audio staje się rzeczywistością, nie mrzonką. Układy Bluetooth 4.0 LE pozwalają na tak dalece idącą redukcję zapotrzebowania na energię, że także w tym zakresie można już dzisiaj uzyskać zakładane rezultaty (długi czas działania, dobra jakość). To wszystko dostępne jest już teraz, a zaraz rynek zaleje nowa kategoria urządzeń, urządzeń, które wbrew pozorom będą (wg. mnie) miały duży wpływ na branżę audio, na zmiany jakie właśnie się w niej dokonują.

Założyciel GRADO labs, Joseph Grado… RIP

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
grado-statement

„Gradosy”, słuchawki o których każdy słyszał, a nierzadko miał, ma, będzie (bo poluje, oszczędza etc.) miał. Człowiek, który stworzył firmę produkującą te wyśmienite, przez wielu uważane za brzmieniowy ideał, słuchawki odszedł od nas w pięknym, liczącym 90 wiosen, wieku. Zaczynał od zegarków (rodzina prowadziła sklepik z owocami), co dało mu niezbędną wiedzę fachową by stworzyć pierwsze, gramofonowe przedwzmacniacze (to jeden ze stałych elementów oferty Grado labs, winyl (pre, wkładki) przez wiele lat stanowił podstawę katalogu firmy, zawsze był obecny i tak zostało do dzisiaj). Wszystko miało swój początek w latach pięćdziesiątych XX wieku, a dokładnie w ’53, gdy Joseph założył Grado Labs. Słuchawki to najnowsza i najbardziej rozpoznawalna (na całym świecie) gałąź produkcji GL. W 1990 roku pałeczkę przejął bratanek założyciela firmy, John Grado. „Nauszniki” Grado stały się głównym produktem, który rozreklamował markę na światowych rynkach, pozwolił zaistnieć globalnie produktom GL. Przy czym firma nie zatraciła nic ze swojego rodzinnego charakteru, unikalnego stylu (retro), specyficznego, nie spotykanego u innych wyglądu produktów, całego szeregu rozwiązań technicznych oraz materiałowych przynależnych właśnie tej, a nie innej marce.

Jak wspomina w pięknych słowach rodzina: „składamy wujkowi hołd, bez niego nie tylko nadal pracowalibyśmy w sklepie z owocami, ale też nigdy nie zaczęlibyśmy tworzenia sławnych na całym świecie słuchawek”. Nic dodać, nic ująć. Warto pamiętać, że obecnie jest niewielu producentów, którzy mogą legitymować się taką historią, takimi korzeniami, takim, pełnym pasji i prostoty życiorysem. W dobie wielkich molochów, koncernów, biznesów, takie małe, zachowujące tożsamość, rodzinne firmy to prawdziwa rzadkość. W tym wypadku miłość do muzyki zaowocowała powstaniem firmy, która stała się dla wielu synonimem dobrego brzmienia i to nie tylko (w najnowszej odsłonie) ze słuchawek, ale również z czarnego krążka, płyty winylowej która przeżywa obecnie swój mały renesans (także dzięki takim producentom jak Grado Labs). Warto o tym pamiętać zakładając na głowę niedrogie, świetne 80-ki, czy zanurzając się w dźwiękach płynących z drewnianych muszli topowych modeli Reference czy GS. Warto. Wierność zasadom, bezkompromisowość, nie uleganie na siłę chwilowym modom – dobrze, że są takie firmy, że są tacy ludzie.

Oficjalna wiadomość opublikowana na blogu: http://blog.gradolabs.com/?p=176

 

Linn, jak zwykle, ma dla nas prezent: świąteczne downloady 24/192

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
banner

Tradycyjnie Szkoci mają dla nas coś specjalnego na święta… trzydzieści starannie dobranych utworów z katalogu wytwórni, która jak mało która dba o najwyższą jakość wydawanej przez siebie muzyki. Proszę mi wierzyć, tu nie ma prawa pojawić się coś słabo zrealizowanego, to są same perły, wszystko nagrane jak najstaranniej. Nie da się (niestety) tego samego powiedzieć o plikach hi-res dostępnych w wielu miejscach w sieci, i mam tu na myśli miejsca, gdzie słono zapłacimy za pobranie muzyki (przykład… HD-Tracks z niektórymi downloadami tak kiepskimi, że nawet taka sobie realizacja na kompakcie brzmi dużo, dużo sensowniej, lepiej od tego, co się oferuje w 24 bitach, wiem coś o tym, sam się naciąłem). Tak jak nieraz, nie dwa pisałem w tym miejscu – nie ilość bitów, nie „wyczynowe” wartości, a sposób rejestracji i to w jaki sposób obchodzono się z materiałem w studio decyduje o finalnym wyniku. W przypadku Linna mamy do czynienia z fantastyczną jakością nagrań, z – co warto podkreślić – całym, żmudnym procesem rejestrowania tego, co wydaje ten label, bez drogi na skróty, bez kompromisów, bez marketingowej paplaniny. Brzmi to świetnie i nawet jeżeli część z proponowanej za darmo muzyki niekoniecznie budzi Wasze zainteresowanie, zachęcam, warto skorzystać, bo to materiał najwyższej próby. Możecie spokojnie wykorzystać go jako referencyjny, do sprawdzenia jak sobie radzi Wasz tor audio, jak brzmią Wasze słuchawki, źródła, wzmacniacze, czerpiąc przy tym wiele przyjemności ze słuchania.

To już trzeci raz, kiedy Linn oferuje downloady hi-res w swoim kramiku. Pierwszy zestaw z 2012 roku jest moim ulubionym (idealnie przekrojowy, pełen bardzo dobrych utworów), zobaczymy co zaoferują teraz. Zasady pobierania są bardzo proste: wchodzimy na stronę  http://www.linn.co.uk/christmas , rejestrujemy się, pobieramy pliki. Można to zrobić dwojako: albo ściągamy specjalny program do pobierania z ich strony, albo nie bawimy się w żadne adobowe wynalazki, tylko ściągamy bezpośrednio z serwerów Linna. W tym roku, po raz pierwszy, utwory w jakości od kompresji stratnej aż po FLAC/ALAC 24/192. Warto podkreślić, że Szkoci oferują swoją muzykę nie tylko w najpopularniejszym formacie skompresowanym bezstratnie, ale także jw. w ALACu, co ucieszy posiadaczy jabłczanej elektroniki, jabłczanych komputerów, korzystających np. z nakładek na iTunes’a. Każdego dnia, aż do świąt, Szkoci oferują po jednym utworze, który pobieramy sobie bezpłatnie na dysk. Można, rzecz jasna, pobrać plik w paru wersjach – nie ma tu ograniczeń. Ciekawe, czy wytwórnia odejdzie od nieco upierdliwego pomysłu, który zasadza się na czasowym (doba) dostępie do danego kawałka? Pamiętam, że musiałem sobie ustawiać przypominajkę, jako osoba wiecznie o czymś zapominająca. Cóż, taki urok tego świątecznego prezentu ;-) – trzeba pamiętać o akcji i każdego dnia zaglądać na stronę, pobierając przez te parę tygodni całą świąteczną kolekcję. Mimo tych trudności, szczerze zachęcam, bo naprawdę warto!

PS. O jakości dostępnych materiałów, w tym płyt (winylowych) też coś u nas niebawem przeczytacie. Ostatnie doświadczenia w tej materii nie napawają (niestety) optymizmem.

iPhone 6, iPhone 6+ oraz iPad Air 2 – pierwsze wrażenia. 6-ki… idealne DAPy?

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Kamera_iPhone6:6+_iOS

Testuję nowości od Apple, które od dzisiaj dostępne są na naszym rynku. Nowe telefony są, co tu by nie mówić, naprawdę duże. O ile jeszcze szóstkę można uznać za  przerośnięty telefon (ten ekran dałoby się umieścić w mniejszej obudowie, tyle że trzeba by było radykalnie zmienić wygląd frontu iPhone, na co jak widać Apple nie ma zamiaru się zdecydować), to już model z plusem wg. mnie nie jest telefonem, a czymś co konkurencja nadała nową nazwę, tworząc nowy segment wśród handheldów. To phablet, tyle że w przypadku Apple nie dostajemy urządzenia, różniącego się (vide Samsung) sposobem obsługi (stylus), a jedynie powiększoną do monstrualnych rozmiarów wersją iPhone. I to wg. mnie największa wada tego produktu, bo ani iOS nie jest zoptymalizowany pod taki ekran, ani aplikacje dostępne w wirtualnym sklepie, w sumie nie otrzymujemy nic ponadto co znamy z 4-4,7″ ekranów. Wyjątkiem jest wyświetlanie paska (oraz coś, co opisuję poniżej) z najczęściej wybieranymi aplikacjami w trybie landscape, co zresztą prowadzi do pewnego dysonansu… dlaczego, do diabła, nie ma takiej możliwości na iPadzie, dlaczego Apple wprowadziło to udogodnienie jedynie w przypadku iPhone 6+? Innym, użytecznym trybem, jest całkiem udana próba zniwelowania problemu z dostępem do aplikacji na tak dużym ekranie za pomocą jednej ręki… da się, wystarczy dwa razy musnąć przycisk TouchID, aby obsłużyć w miarę wygodnie ekran kciukiem – nawigujemy na wydzielonej połówce wyświetlacza (góra, dół), co pozwala na dostęp do wszystkich programów umieszczonych na pulpicie.

Pulpicie… no właśnie, każdy kolejny ekran to pięć linii, jak dotychczas, powiększonych względem tego co zobaczymy w mniejszej szóstce. Bez sensu. Aż się prosiło o jakieś zmiany w zakresie dostępu do aplikacji na takim, wielkim wyświetlaczu. Niestety tutaj niczego odkrywczego, nowego nie znajdziemy (dodatkowa przestrzeń pozostaje niewykorzystana). Phablet, jak można było się tego spodziewać, jest zbyt duży by zmieścił się do typowej kieszeni, trudno też na dłużą metę (mimo wspomnianego trybu, ułatwiającego obsługę jedną ręką) korzystać z niego bez pomocy drugiej dłoni. Zresztą w tym przypadku aż się prosi, by ten wielgachny ekran obsługiwać w trybie landscape. Tutaj także można było zdecydować się na umieszczenie ekranu w mniejszej gabarytowo obudowie. Oba telefony są bardzo lekkie, odchudzenie konstrukcji oraz użyte materiały, pozwoliły zachować niską wagę. Ma to jednak swoją cenę… wystający obiektyw wygląda faktycznie paskudnie, tu nie chodzi nawet o to, że ten element nie współgra z płaskim tyłem obudowy… po prostu estetycznie jest to nie do przyjęcia. Nie wiem jak można było zdecydować się na takie rozwiązanie, w firmie która znana jest z tego, że dba o design, o wygląd swoich urządzeń, że (niby) nie idzie w tym względzie na żadne kompromisy. W tym wypadku jest inaczej, a dodatkowym felerem są zastosowane z tyłu obrysy anten, które w modelach srebrnym oraz złotym szpecą wygląd… w przypadku obu iPhone’ów koniecznością staje się zakup jakiejś obudowy, etui i to raczej nie przeźroczystej, właśnie ze względu na wspomniane powyżej estetyczne wpadki.

Na plus na pewno należy zaliczyć 64GB wariant, wyceniony na poziomie 32GB modeli poprzedniej generacji. To sporo, daje to pewną swobodę, umożliwia przechowywanie muzyki skompresowanej bezstratnie. Jednakże oczywistym wyborem dla kogoś, kto chce mieć jedno urządzenie do wszystkiego, także do odtwarzania muzyki jest wariant 128GB. To już ilość wystarczająca, by przechowywać w pamięci ulubione albumy w jakości płyty CD, albo w wyższej jakości (hi-resy) – konkurencja tego nie oferuje, bo dzisiaj praktycznie wszystkie topowe modele wyposażane są w 32GB, przy czym rezygnuje się coraz częściej z możliwości rozszerzenie pamięci za pomocą kart microSD. W przypadku iPhone wiadomo, że nie ma i nigdy nie będzie takiej możliwości, dobrze zatem że firma oferuje takie warianty pojemnościowe, bo wielu potencjalnych użytkowników zrobi pożytek z tej dodatkowej przestrzeni na dane. Możliwości fotograficzne, rejestracji ruchomego obrazu, wspomnianej muzyki w wysokiej jakości oraz …co ważne szczególnie w kontekście iPhone 6+… możliwość zastąpienia iPada przez wielkiego iPhone wręcz wymuszają zakup bardziej pojemnej wersji handhelda. Moim zdaniem sensowność zakupu 16GB wariantów jest mocno dyskusyjna, w przypadku plusa to w ogóle kiepska opcja. W końcu, jak wyżej, phablet ma być urządzeniem łączącym cechy telefonu oraz tabletu i tutaj literalnie tak właśnie jest. To urządzenie (6+), które całkowicie niweluje potrzebę posiadania iPada Mini, a w przypadku użytkowania większego modelu w charakterze urządzenia przenośnego, osobistego, nie jako np. opcjonalnego ekranu w domu, niweluje potrzebę posiadania także klasycznego, 9,7″ iPada. W przypadku nowych trybów współpracy z komputerami Mac, taki phablet staje się wg. mnie wewnętrzną konkurencją dla oferowanych przez Apple tabletów. Zwyczajnie nie będzie potrzeby zakupu iPada, szczególnie w sytuacji gdy ktoś zdecyduje się na zakup 6+ z 64 lub jeszcze lepiej 128GB pamięci.

Szóstka jak i szóstka plus może być świetnym DAPem, szczególnie w sytuacji gdy zakupimy wersję z maksymalną ilością pamięci. W takiej sytuacji zakup dodatkowego odtwarzacza osobistego audio przestaje mieć wg. mnie sens. Mamy sprzęt zdolny do strumieniowania (czego żaden, nawet wysokiej jakości DAP, nie oferuje) i to w jakości płyty CDA (WiMP HiFi, niebawem usługa Deezera…), a do tego mamy sporo miejsca na nasze hi-resy… na WAVy, FLACziki etc. W przypadku 6+ jw. problemem jest znalezienie odpowiedniego miejsca, szóstka też niekoniecznie będzie kompatybilna z wszystkimi kieszeniami w naszej garderobie. Tutaj z pomocą może przyjść Apple Watch, który będzie idealnym interfejsem do obsługi muzyki bez konieczności nawigowania po ekranie handhelda. Do tego, w przypadku takich wielgachnych handheldów, całkiem sensowne wydaje się zastosowanie słuchawek bezprzewodowych (pozwalające na dowolne przechowywanie dużego iPhone, niekoniecznie w niewielkich kieszeniach spodni). Alternatywą może być Pebble, jak i każdy inny „smartwatch” współpracujący z iOSem. Jakościowo gra to podobnie do iPhone 5S. Mówię tutaj o słuchawkach przewodowych, podłączonych do audio jacka (który za moment będzie musiał zniknąć, o ile Apple nadal będzie odchudzać swoje telefony). Moim zdaniem najlepiej wypada tutaj iPhone 4S, którego brzmienie było / jest całościowo przyjemniejsze w odbiorze. Czynnikiem wpływającym na taki odbiór jest cieplejsza barwa, brak podkreślania, wyostrzania górnych rejestrów (zestawiając modele)… nie są to duże różnice, ale zauważalne, stąd w moim prywatnym rankingu, nadal na pierwszym miejscu w kategorii brzmienia wśród smartfonów jest wspomniana 4S.

iPad Air 2 to znakomity hardware z systemem, który wymaga radykalnych zmian. iOS musi zostać w końcu przejść zmiany, modyfikacje pod kątem lepszego wykorzystania tabletów, wykorzystania ich możliwości. Widać to w szczególności w przypadku najnowszego modelu, który zawiera wszystkie elementy niezbędne do tego, by zapewnić od strony hardware doskonałą wydajność, wystarczającą na ładnych parę lat. Nie przesadzam, jest tutaj super szybki układ A8X, super wydajna grafika oraz (wreszcie) 2GB pamięci RAM. W przypadku zoptymalizowanego iOSa to dokładnie to, czego potrzebuje takie urządzenie, pozostaje tylko żałować, że 6/(a szczególnie) 6+ nie otrzymały dodatkowej pamięci… będzie to wg. mnie istotny czynnik w przyszłości, szczególnie w kontekście rozwoju 64 bitowego systemu oraz oprogramowania.  Nowy iPad jest leciutki, da się z niego korzystać niemal tak, jak z iPada Mini (który tym bardziej zaczyna być wątpliwym produktem w ekosystemie Apple), bo nie męczy ręki, da się go trzymać w jednej dłoni bez żadnego uczucia zmęczenia. Do tego ulepszony ekran oraz większe pojemności (zakup 16GB wariantu chyba tylko dla desperatów, dla osób które de facto nie chcą korzystać z możliwości jakie daje duży, dotykowy ekran) to cechy, które składają się na ogólnie bardzo pozytywny obraz, na pozytywny odbiór urządzenia. Szkoda, że jw. przy okazji nie mamy wprowadzenia kont użytkowników, prawdziwego multitaskingu, możliwości wyświetlania paru aplikacji równocześnie (podziału ekranu), jakiś nowych sposobów interkacji (Siri, stylus, nowe gesty etc.). Szkoda. Tutaj ten potencjał nie jest w pełni wykorzystany. Rozwój software nie nadąża za hardwarem. Apple musi coś z tym szybko zrobić. Integracja z Makiem tego nie rozwiąże, bo chodzi tutaj o autonomiczne wykorzystanie tabletu, o system z którego korzysta na co dzień użytkownik oraz o nowe możliwości dla developerów. iOS musi się zmienić. Musi dostosować się do iPada, inaczej jabłkowy tablet nadal będzie tracił (udziały na rynku, będzie się gorzej sprzedawał). Wiem, powtarzam się, Apple musi coś z tym zrobić, jak najszybciej zrobić.

Poniżej krótka (będzie aktualizowana) fotogaleria. Opis także jeszcze rozszerzę o dodatkowe obserwacje…

» Czytaj dalej

Po co Apple Beats? Podgryzanie konkurentów (Bose) z jabłkiem w tle…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Beats-V-Bose-591x319

Nie wiem tak do końca po co, bo na razie efektów największej inwestycji Apple nie widać (poza, ale to może czysty przypadek, nieźle grającymi Solo 2 – zresztą projekt musiał być zatwierdzony na długo przed wzbogaceniem się niejakiego Dr Dre & co), a dodatkowo pojawiają się problemy na linii: dotychczasowi partnerzy biznesowi vs. b jak A. Ostatni spór o technologie (aktywna redukcja odgłosów tła… Bose vs. Beats), to jedynie przedsmak tego co czeka branżę. Niedawno byliśmy świadkami bezpardonowej walki o markę, reklamę między wspomnianymi powyżej rywalami na arenie NFL (czytaj: kto może, a raczej czego nie może nosić na uszach). To w sumie nie ma za wiele wspólnego z dźwiękiem, z jakością muzyki (w ogóle nie ma), ale już z przyszłością branży jak najbardziej, a przy tym jest ciekawym przykładem na zażartą rywalizację na rynku wartym miliardy dolarów. Właśnie, miliardy, bo mówimy nie tylko o sprzęcie, ale także, coraz częściej, o dystrybucji muzyki, czy ogólnie multimediów. Bose to firma, która od wielu lat żyje w pełnej symbiozie z Apple, jednak teraz obu partnerom przestaje być po drodze, co w sumie nie powinno nikogo dziwić – mówimy o rywalizacji o tego samego klienta, a konkretnie o zawodnika, celebrytę (a fe), kogoś kto zareklamuje nam markę, „sprzeda” produkt. Dzisiaj, jak wspominałem wiele razy, liczy się „nowe audio”, to znaczy liczą się słuchawki, strumieniowanie, Internet oraz takie rzeczy jak moda, znaczek, tzw. „lifestyle”. To jest coś, co daje klucze do rynkowego sukcesu. Inni zadowalają się (i na całe szczęście) niszą, produkując rzeczy niemodne, nierozpoznawalne (dla niewtajemniczonych), w których to liczy się coś innego. Dotyczy to w sumie każdej branży, każdego segmentu w dzisiejszych realiach rynkowych, choć chyba jednak najbardziej, najmocniej branży audio właśnie.

Beats to niewątpliwie fenomen, bo tak beznadziejnie brzmiących (pierwsza generacja produktów) słuchawek, tak fatalnie zestrojonych przetworników ze świecą szukać. No troszkę przesadzam, znaleźli się przecież bardzo szybko naśladowcy, jednak coś co kosztuje jak topowe słuchawki specjalistów z tego segmentu, produkty za ponad 200$, zostało całkowicie zdominowane przez „b”. Przyczynił się do tego sprawny marketing, wspomniani celebryci, sprytne połączenie technologii (jaka by ona nie była) z modą (w tym, branżą odzieżową). To wystarczyło by osiągnąć gigantyczny sukces.

Można zatem zrozumieć powody biznesowe jakie stały za zakupem. Wiadomo, że Apple chce także zmian w swoim systemie dystrybucji muzyki, który dzisiaj nie ma już przyszłości. Beats ma wszystko to, czego teoretycznie potrzeba Apple, tyle tylko że to „wszystko” to za mało, by przekuć rzecz w sukces. Na razie nie widzimy żadnych efektów, pozytywnych efektów tego przejęcia. Być może jabłkowa firma jest obecnie zbyt zaabsorbowana nowymi produktami (core) iPhone 6/6+, iOSem 8 czy MacOS 10.10, by znaleźć jeszcze energię na to, co Tim Cook nazywa najważniejszą rzeczą, fundamentem, czytaj miłością do muzyki. Z tą miłością to można by ostro polemizować, bo dla wielu Apple jest przykładem na to, jak można popsuć rynek, jak z bylejakości zrobić coś pożądanego, popularnego, powszechnego, „najlepszego”. Dzisiaj, na szczęście, nikt nie mówi, że marne 128kbps AAC wystarczy do życia, bo to wierutna bzdura, że kiepskie źródło jest w porządku (po stokroć nie jest), widzi to samo Apple. Jednak patrząc na rynek, reaguje mocno anemicznie, nie zmienia tego ani Remastered for iTunes, ani piękna biała księga o sposobach uzyskania dobrej jakości dźwięku (napisana przez inżynierów zatrudnionych w Apple, pod którą każdy fan dobrej jakości na pewno by się podpisał), ani zapowiadane zmiany (czy może nie zapowiadane, a oczekiwane). Nie ma w tym jakiegoś konkretnego planu, całościowego podejścia, wyznaczania na nowo standardów. To nie jest początek cyfrowej dystrybucji muzyki w Internecie, to moment rewolucyjnej rezygnacji z dotychczasowych form sprzedawania, oferowania muzyki, odejścia od nich na rzecz nowego… Apple nie jest tu kimś, kto podobnie jak w czasach iPoda, iTunes, nadawałby ton zmianom. Wręcz przeciwnie…

Beats mógłby być szansą na zmianę, w tym sensie, że mówimy o kimś kto budował swoją rynkową pozycję właśnie w branży audio, właśnie na kanwie zmian jakie zachodzą obecnie w świecie muzyki, sprzętu. Zamiast tego na razie widzimy okładanie się kijami przez konkurentów, co dla konsumentów jest tak zajmujące, tak ważne jak zeszłoroczny śnieg. Są na szczęście inni, inni którzy oferują dobre rozwiązania, którzy mogą poniekąd zająć miejsce firmy z Cupertino. iTunes przez cały czas notuje spadki sprzedaży i na razie nie ma widoków na zmianę tego stanu rzeczy. Słuchawkowy boom raczej się nie skończy, bo trudno sobie wyobrazić odwrót od handheldów, od zmian jakie zachodzą odnośnie sposobów konsumowania muzyki. Apple będzie bardzo trudno nawiązać rywalizację ze Spotify oraz innymi serwisami muzycznymi, bo nadal myśli w kategoriach swojego tradycyjnego biznesu (sprzedaż plików skompresowanych stratnie po, patrząc na dzisiejsze realia, mocno zawyżonej cenie). Dlatego iTunes Radio okazało się klapą (mało kto tego słucha), dlatego nowy serwis strumieniowy nie musi wcale być skazany na sukces. To nie jest proste pozyskanie wszystkich zarejestrowanych w iTunes, wręcz przeciwnie, to ciężka walka o wielu, którzy iTunes kojarzą coraz częściej historycznie, z czymś co kiedyś się używało, a co obecnie jest zupełnie zbędne (no może poza aktualizacjami oprogramowania, ale to raczej nie zaleta, a spora wada, coś czego Apple powinno się wstydzić po ostatnich wpadkach z iOSem).

Jutro będziemy świadkami konferencji, konferencji na której chyba ostatni raz w tym roku Apple zaprezentuje nowe produkty. Pomijając to co przewidywalne, co z oczywistych względów zostanie jutro zaprezentowane, jest to chyba ostatni dzwonek by zainteresować swoich obecnych oraz potencjalnych klientów nowymi pomysłami z zakresu audio. O Beats (nowe produkty pod szyldem), o nowym (???) iTunes, o nowym otwarciu na jakość (hi-res? bezstratna kompresja?), wreszcie serwisie, który nie będzie zachęcał do kupowania lipnych jakościowo plików z kramiku, a zaoferuje coś więcej niż konkurencja… o tym wszystkim chcielibyśmy wreszcie usłyszeć. Apple nie musi, a nawet nie powinno pokazywać jakiś nowych iPodów (zresztą wyraźnie wycofuje się z tego segmentu), bo to właśnie to „stare” Apple z jego nie przystającą do dzisiejszych czasów wizją oferowania muzyki swoim klientom. Apple powinno iść naprzód, pokazać coś, co będzie stanowiło nową jakość w segmencie muzyki, dostępu do niej oraz sposobów jej konsumowania. Pisałem przed poprzednią konferencją, że czas najwyższy. Wiem, powtarzam się. Audio bez Apple sobie poradzi, bez problemu sobie poradzi, bo dzisiaj prężnie rozwija się nowa dystrybucja (streaming), dla tych co lubią powspominać jest pnący się w górę winyl, pliki kupuje się wyłącznie w jakości hi-res (i za to się jakby chętniej płaci), tysiące nowych produktów (słuchawek, bezprzewodowych systemów audio, konstrukcji otwartych na strumieniowanie, na cyfrowe źródła) zalewa rynek. Nie ma więc obaw. Apple może bezpowrotnie stracić swoje możliwości wpływu na branżę muzyczną, stracić udziały, klientów, rozmienić na drobne to, co wcześniej wypracowało sobie za pomocą iPoda oraz iTunes. Cóż, zobaczymy jutro, czy firmie uda się czymś nas zaskoczyć w tej materii. Jestem mocno sceptyczny, choć mam odrobinę nadziei, że jednak ktoś tam poważnie myśli o tym segmencie rynku, o segmencie, który pozwolił kiedyś, ponad dekadę temu, odrodzić się firmie, narodzić się na nowo.

WPIS BĘDZIE ZAKTUALIZOWANY, O ILE PEWNA FIRMA POKAŻE COŚ CIEKAWEGO NA JUTRZEJSZEJ KONFERENCJI Z ZAKRESU AUDIO (caps zamierzony, te różowe b… wiadomo, muszę dojść do siebie… ;-) )

AKTUALIZACJA: SUPERULTRAKOMPAKTOWA RELACJA (OBJĘTOŚCIOWO NICZYM GRUBOŚĆ iPADa AIR 2) PONIŻEJ… TAK, TAK O AUDIO BYŁO MNIEJ NIŻ ZERO

» Czytaj dalej

WiMP z teledyskami! 75 tysięcy klipów, także w jakości HD udostępnionych w serwisie

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
wimp-logo-mat-pras-660x440

Doskonała wiadomość dla abonentów norweskiego serwisu streamingowego. WiMP właśnie uruchomił streaming wideo, możemy wybierać spośród 75 tysięcy klipów, a ich liczba ma w niedalekiej przyszłości jeszcze znacząco wzrosnąć. To idealne uzupełnienie i według mnie świetny sposób na uatrakcyjnienie oferty. Pewnie niebawem zobaczymy naśladowców (tak, pewien serwis na S mam na myśli), na rynku od dawna funkcjonują wyspecjalizowane usługi streamingowe z klipami muzycznymi, ale (poza YouTube, tle, że to inna para kaloszy) nie zdobyły one popularności. Vevo, jeden z najbardziej znanych, nie jest w stanie konkurować z wymienionym powyżej YT. W przypadku WiMPa oraz podobnych usług, takie połączenie może nie tylko się udać, ale stanowić całkowicie nowe otwarcie w dziedzinie popularyzacji streamingu muzyki z sieci. W końcu, jak napisano w notce prasowej: „bardzo mocno wierzymy w to, że muzyka jest doświadczeniem multimedialnym i nie powinna być ograniczona wyłącznie do dźwięku”. Też tak uważam, czasami wręcz obraz stanowi według mnie nieodłączony element dzieła, bywa że teledyski to nie tło, a równie ważny co muzyka element, bez którego całość nie smakuje tak dobrze, jakby mogła… smakować :-)

Watro przy tym nadmienić, że klipy nie są przerywane żadnymi reklamami (czy raczej nie są wyświetlane podczas oglądania żadne reklamy), dodatkowo, jak wspomniałem w tytule newsa, część teledysków oferowana jest w jakości HD. Dźwięk, z tego co udało mi się pobieżnie sprawdzić, to stereo w stratnej kompresji 256kbps… tutaj, warto pomyśleć o lepszej jakości, szczególnie w przypadku perełek, gdzie realizator nie szczędził wysiłków i jest audio dookólne, jest dużo lepsza, bezstratna jakość ścieżki dźwiękowej etc. Nie mówię, żeby każdy klip oferowany był w takiej jakości, ale jakaś część owszem. Dostęp do klipów możliwy jest na każdej platformie z odpaloną usługą WiMP tzn. na zarówno na handheldach, jak i komputerach. Kwestię nawigacji po zbiorach rozwiązano w najprostszy sposób: nawigujemy jak dotychczas po artystach, albumach, w klipy znajdziemy w profilach poszczególnych wykonawców.

To także bardzo dobra wiadomość dla tych, którzy mają urządzenia, pozwalające na szybkie przesłanie obrazu i dźwięku na duży ekran. Apple TV, Chomecast oraz parę innych rozwiązań na rynku, pozwala na niemalże natychmiastowe zobaczenie wideoklipów na wielkim ekranie. Tak jak miałem wątpliwości, czy warto w ramach platform SmartTV oferować dostęp do Spotify, Deezera czy WiMPa, to po takim ruchu Norwegów widzę, że ma to jak najbardziej sens i dobrze, żeby producenci odbiorników wprowadzili szybko taką możliwość w oferowanych przez siebie telewizorach. Przydałaby się możliwość tworzenia playlist z ulubionymi klipami, zapisywana w profilu użytkownika, poza tym, jak wspomniałem, można otworzyć nowe możliwości przed posiadaczami (a tych jest całkiem sporo) kina domowego. Taki WiMP zaszyty w amplitunerze, z dostępem do kilkudziesięciu, a docelowo pewnie setek tysięcy klipów, to by było coś!

Poza tym poinformowano nas o ogromnej popularności jaką cieszy się niedawno uruchomiony WiMP HiFi. Zainteresowanie nową usługą z bezstratną jakością muzyki przerosło wszelkie oczekiwania. To bardzo dobra wiadomość dla nas, wszystkich tych, którzy widzą w tego typu usługach przyszłość dystrybucji muzyki. Oznacza to jedno – ludziom nie jest wszystko jedno, w jakiej jakości słuchają, nie chcą wcale iść tutaj na kompromisy. Warunkiem powodzenia było odpowiednie przyjęcie na rynkach, na których postanowiono rozpocząć oferowanie tego typu usługi. Dla nas, w Polsce, ważne jest to, że znaleźliśmy się w pierwszej grupie państw, które mogą korzystać z dostępu do lepszej jakości. Przypomnijmy, poza naszym krajem, z WiMP HiFi mogą korzystać także użytkownicy w Niemczech, Norwegii, Danii oraz Szwecji. Niebawem ruszy podobna usługa w Stanach Zjednoczonych. Sukces na rym rynku może uruchomić lawinę. Myślę tutaj o wielkich korporacjach, takich jak Apple czy Google, które oferują swoje usługi z zakresu streamingu muzyki (choć głównie kojarzone są z cyfrową, tradycyjną dystrybucją prowadzoną za pośrednictwem wirtualnych sklepów). Niebawem przekonamy się, czy bezstratny streaming stanie się nowym standardem dystrybucji dźwięku w Internecie. Oby…