LogowanieZarejestruj się
News

W testach… ociekające luksusem dokanałówki RHA T10i

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Tyt T10i

Na dzień dobry atakują zmysł wzroku, nie uszy. Na to przyjdzie czas, jak się je rozpakuje z pudełka ze wspaniałościami… Czego tam nie ma? Właściwe pytanie brzmi – czy można coś więcej? Patrząc na to, co Szkoci (tak, Szkoci, to Ci, którzy słyną ze skąpstwa i uznawani są powszechnie za koszmarnych dusigroszów) dają za 800 złotych zaczynam poważnie zastanawiać się nad ofertą konkurencji, która w takim zakresie cenowym zwyczajnie nie ma czego szukać w konfrontacji z RHA. Wspominałem o firmie podczas relacji z IFA 2016. Bardzo pozytywne wrażenia ze stoiska, niezwykle kompetentna, urocza Dama i słuchawki, które zwyczajnie kasowały prawie wszystko co w Berlinie pokazano (poza iSine 10/20… to było jednak coś z innego wymiaru, mówię Wam, z innego). Słuchałem głównie topowych T20i (które u nas także zagoszczą), od strony formy jotka, w jotkę identycznych, ale od strony brzmieniowej zupełnie odmiennych. Zastosowano zupełnie inne przetworniki, choć patent na wymienne dyfuzory, które „robią dźwięk” zaimplementowano w obu modelach IEMów. Wracając jeszcze na chwilę do formy, powiem tak – wymagam od teraz, aby każdy produkt tego typu w cenie 800-1200 prezentował się i miał takie wyposażenie jak RHA. To pod względem formy REFERENCJA. Jak popatrzę na AirPodsy to widzę przepaść, Rów Mariański, jaki dzieli te produkty od siebie. Tak, tam jest wireless, jest W1, ale cholera same słuchawki to plastik fantastik, bez żadnego ekskluzywnego sznytu, a wręcz odwrotnie. T10i to przy tym Rolls w zestawieniu z Trabim (kocham te plastikowe wytwory honekerowego przemysłu moto, ale to adekwatne porównanie). Cena ta sama, a jednak mamy tutaj dwa zupełnie odmienne światy.

T10i to ciężka, metalowa obudowa, przy czym dzięki montażowi (zausznice) oraz anatomicznie dopasowanej formie, mamy wygodę, jest ergonomicznie, nie wypadają mimo jak wspomniałem dużych gabarytów. Słuchawki docierają do nas z nastoma wkładami, różnego typu. Wszystko to gumki, w różnej formie, z więcej niż (standardowo) trzema dopasowaniami. Nie ma opcji, żebyście sobie czegoś nie dopasowali, a wkłady są na tyle wygodne, że moje Comply pozostały na RE400, bo zwyczajnie nie dawałyby progresu… Słuchawki są w testowanym wariancie wyposażono w 3 pinowe, dopasowane do jabłkowej elektroniki, złącze audio jack. Jest także nieco tańszy wariant uniwersalny, pod robocika. Długi szary, gumowy kabel z metalowym pilotem oraz metalową sprzączką dopełnia obrazu całości. Kabel jest na tyle długi, że można go spokojnie zastosować w domu, podpinając IEMy do stacjonarnego systemu i będzie to jak najbardziej sensowne rozwiązanie (testuję w tej sposób RHA z CMA600i). To, co stanowi zaletę w przypadku takiego alternatywnego użytkowania, jest jednocześnie pewnym utrudnieniem w mobilnym graniu, ale na szczęście producent nie zapomniał o klipsie, można więc sensownie sobie rozplanować ułożenie kabelka na garderobie. Nie ma mowy o efekcie mikrofonowania, całość od strony użytkowej sprawdza się bardzo dobrze, jest wygodnie, bardzo nawet wygodnie. Pałąki są nieco za duże jak na mój gust (lepiej to rozwiązano w T20), przy czym na tyle giętkie że dobrze wywiązują się z podstawowego zadania – stabilnego trzymania słuchawek w uszach. Ich srebrny oplot znakomicie koresponduje z alu obudowami T10i… pasuje jak ulał (design), w wersji droższej jest czarny oplot i już tak fajnie to nie wygląda (ale jw. lepsze, mniejsze są pałąki od tych w T10).

Można utyskiwać na brak wymiennego okablowania (to, które jest, wg. mnie nie daje żadnych powodów do narzekań, ale forma podpowiada takie rozwiązanie – do tych obudów aż się prosi, nieprawdaż? ;-) ). To jeden z zarzutów kierowany pod adresem, według mnie o tyle chybiony, że w przypadku T10/20 mamy możliwość modyfikowania brzmienia (podobnie jak to się dzieje w przypadku manewru z wymiennym kablem), inaczej – aplikując dyfuzory, małe nakrętki w miejsce, gdzie zazwyczaj nasuwa się wkład… Według mnie zmiany są dużo poważniejsze od zmiany okablowania i ja taki mod „kupuję”, bo to de facto sposób na zaoferowanie trzech różnych, odmiennych sposobów grania w jednym produkcie. Poza referencyjnym dyfuzorem, mamy jeszcze dwa: basowy oraz wysokotonowy. Każdy z nich inaczej kształtuje brzmienie, przy czym basowy jest bliższy referencyjnemu, a te dwa różnią się dość zasadniczo od trzeciego – wysokononowego. Fajnie, że producent daje nam takie możliwości, bo raz – to dobra zabawa, dwa – to sposób na dopasowanie pod gusta, trzy dopasowanie do DAPa, DAC/AMPa czy jakiejś smartfonowej dziurki. To ma głębokie uzasadnienie i byłoby całkiem wskazane, gdyby inni wzięli przykład i w swoich produktach zastosowali podobne rozwiązanie. W recenzji przeczytacie jak kształtuje się dźwięk, jakie są różnice między wkładkami, w pierwszych, zajawkowych wrażeniach powiem ogólnie o charakterze jaki dominuje w przypadku T10i. Tak, potwierdzam w całej rozciągłości, to co się mówi o tych słuchawkach. To EKSPLOZJA BASU, TO BASIOR, TO BASOWE BRZMIENIE, to ciemna charakterystyka z przyjemnym dla ucha, ciepełkiem. Jest więc kolorowo, nie jest w pełni klarownie, to pewna interpretacja, a nie neutralne granie. Precyzja pojawia się, ale trzeba właśnie skorzystać z dyfuzorów, dźwięk ma bardzo konkretnie zarysowany charakter, tu nie ma to, tamto, tylko „idzie dołem”. Dla bassheada to słuchawki marzenie, szczególnie dla ekstremisty (nie, nie ma tutaj mowy o przewaleniu jak w niektórych Beatsach, to dużo lepsze, pod kontrolą, basowe granie, a nie jakieś prymitywne walenie w bębenki). Ja tam do bassheasdów zaliczam się (choć nie ekstremistów, ale ciemna strona mocy to jest coś, co przemawia do mnie w pełni, w skrócie – przecz z rebelianckim ścierwem! ;) ), nie wstydzę się tego, a dumnie z boomboksem dzielnicę przemierzam ;-) Serio, to mnie ta charakterystyka leży, ale doskonale rozumiem tych, którzy opisywali te słuchawki jako trudne do zaakceptowania, bo basu „too much”. Wiadomo, zazwyczaj takie zabawy w nisko oznaczają że na górze jest kiepsko, że gdzieś nam coś umyka. Prawda. Tyle, że tutaj można inaczej (to raz), a dwa dla osób mających inne preferencje są T20-ki, znacznie bardziej równe, znacznie bardziej ułożone, znacznie bardziej neutralne w treści. Także wybór jest. Przy czym za pomocą suwaków w ROONie (DSP, rozbudowane tryby EQ) można wyczarować (Crossfade on z binaural by Meier & PCM->DSD 256) takie rzeczy, że… w recenzji przeczytacie jakie.

Wow

RHA to jedna z najciekawszych firm, które specjalizują się w produkcji dokanałówek, ktoś kto postanowił od razu wskoczyć na sam wierzchołek (drogie, topowe rozwiązania… choć tutaj obecnie właściwie, podobnie jak w nausznikach, właściwie nie ma już sufitu i te 1000-1200złotych to średnia półka co najwyżej), przy czym daje coś, co przemawia bardzo formą, kasuje pod tym bezwzględnie konkurencję. Znakomite brzmieniowo, często dużo droższe Westone to „biedne „plastiki przykładowo (oczywiście nie zapominajmy o ergonomii, o zastosowanej wielodrożności w topowych modelach etc). Można zresztą w praktyce wymienić dowolnego producenta, który w takiej cenie oferuje dużo, dużo mniej niż RHA. Szkotom udało się wprowadzić swoje produkty do sklepów Apple, co dobrze wróży firmie, bo to gotowy patent na odniesienie globalnego sukcesu. Testuje tytułowe IEMy przede wszystkim z równolegle badanym HiFiMANem SuperMini i to bardzo odpowiednie źródło dla tych doków. Oczywiście alternatywnym źródłem jest iPhone, sprawdzam czy telefon nie jest tutaj jakimś ograniczeniem i ile zyskujemy korzystając z T10i w przypadku tego, co zawsze nam towarzyszy w kieszeni. Sprawdziłem także przez chwilę iPhone 7 z adapterem i niech piekło pochłonie tego, kto wpadł na pomysł zastąpienia złącza analogowego audio adapterem z GÓWNIANYM przetwornikiem za centa zalanym glutem. Członka warte takie granie. Przestrzegam użytkowników tego i przyszłych modeli iPhonów – macie dobre, czy bardzo dobre słuchawki na jacku, omijajcie szerokim łukiem, albo… albo zastosujcie jakiś kabel w rodzaju Ciphera. Na pewno będzie w czym wybierać (okablowanie cyfrowo-analogowe, ze złączem Lightning, naroślą z elektroniką na przewodzie oraz żeńskim gniazdem jack na końcu), bo nie wierzę, że ludzie pogodzą się z takim fatalnym graniem za pośrednictwem gównianego adapterka. To, o ile ktoś zainwestował w dobre słuchawki, bo z EarPodsami różnicy nie będzie – uprzedzam, albo będzie musiał obejść się smakiem, albo zainwestuje w takie specjalistyczne okablowanie. Sumując, jak już w AOSie będziesz szukał lepszego dźwięku dla swojego nowego iPhone 7/+ to masz problem, chyba że wystarcza ci stream sinozębny i jakieś bezprzewodówki. Jak nie, to masz problem.

Myzyki @ RHA T10i słuchamy z HiFiMANa SuperMini binauralnie, 1 bitowo, tak to wszystko ten kompaktowy DAP potrafi…

Poniżej, tradycyjnie, fotogaleria prezentująca dziesiątki…

BTW. Jak wspomniałem, słuchawki grają także na stacjonarnym torze z wzmacniaczem/dakiem Questyle CMA600i i zdradzę, że takie połączenie jak najbardziej. Także, jak ktoś nie jest słuchawkowym freakiem (kolekcjonerem) i chce ograniczyć liczbę słuchawek do sztuk jeden, a nie eleven ;-) Właśnie słucham i polecam bardzo nową płytę In Winter (Katie Meula) i od razu pierwszy utwór. Ojej jakie to piękniutkie takie. Mniam, mniam.

BTW2. Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę jeszcze dojść do siebie po wczorajszej konfie NASA. Co za układ!!! Siedem, siedem skalistych, siedem wielkości zbliżonej do naszej Ziemi i jeszcze te odległości „rzut kamieniem” między nimi, no i co najmniej trzy w „habitat zone”. Aaaa! Teraz to się posypią takie odkrycia jak z rękawa. Niezwykle ekscytujące!

» Czytaj dalej

Obrodziło #2: testujemy planary MrSpeakers Ether Flow & Flow C z CMA600i

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170217_155237068_iOS

Dlaczego w ostatnim wpisie pisałem o przegenialnych słuchawkach, mając na myśli to, co z takim bólem ściągam ze łba (niestety trzeba, poza słuchaniem muzyki, robić inne rzeczy… damn!)? Cóż, odpowiedź jest prosta. Nowe Ethery Flow brzmią fantastycznie, fantastycznie wyglądają i są fantastycznie wygodne. Są lekkie jak piórko, mają najlepszy system dopasowania do głowy, superwygodne pady mają i zwyczajnie są najwygodniejszymi słuchawkami jakie miałem na czerepie. A że miałem do czynienia z praktycznie wszystkim co wyszło ostatnimi laty (poza wyjątkami w rodzaju Otchłani czy Głębi, jak kto woli, tych faktycznie nie miałem) to mogę – oczywiście czysto subiektywnie – pozwolić sobie na taką autorytarną opinie. NIE MASZ NIC LEPSZEGO. Idealnie leżą, w ogóle nie męczą, pasują jak ulał i gdyby użyć power glue to nie byłaby to tortura tylko czysta przyjemność mieć je na stałe przyspawane do głowy. Dopiero teraz wychodzi z całą bezwzględną mocą to, co przeszkadzało, ale tylko „na marginesie”. Moje LCDE-3 są niewygodne. Zwyczajnie niewygodne są, bo za ciężkie i jeszcze z bardzo kiepskim, w porównaniu, sposobem dopasowania (mały zakres, toporne to… ehhh). Tak to niestety moi drodzy jest, że jak coś nagle lepszego wyskoczy, to, to co było do tej pory dobre (a nawet jeżeli w pewnych aspektach tylko akceptowalne, to ogólnie na plus) przestaje takim „dobrym” być. To straszne, przykre, załamujące ale niestety …typowe. Przy czym, nie wiem, na czym miałby polegać progres w dziedzinie ergonomii patrząc przez pryzmat tego, co oferują Ethery Flow. No nie wiem i tutaj chyba się już lepiej zwyczajnie nie da.

Jak już jest wygodnie (bardzo) to się słucha, a że dźwiękowo to moje granie, to muszę …złapać odrobinę dystansu, by nie wyszedł hymn pochwalny na cześć Drogiego Przywódcy (nie, nie proszę tylko bez jakichkolwiek aluzji). Drogiego Przywódcy Korei Północnej rzecz jasna. Obawiam się, że tekst byłby bardzo przykry w odbiorze, bo jak czytać te wszystkie ochy i achy, jak nie czuć lekkiego zażenowania, gdy piszącemu łzy ciekną po polikach ze wzruszenia i tylko szuka kolejnych bombastycznych przymiotników by oddać (nausznikom) cześć. No właśnie! Będzie więc – mam nadzieję – jakiś dystans zachowany, a pomogą w tym HE-1000, które jak zapowiadałem zmierzają ku nam. I dobrze. Bo jak napisałem LCD-ki już na starcie niestety są na z góry przegranej pozycji, choć oczywiście dźwiękowo są znakomite (nadal) i porównanie z Etherami będzie (w zakresie brzmienia) jak najbardziej.

Słuchawki MrSpeakers’a (wcześniej mody robili) to produkt(y) w pełni high-endowe. Tu nie ma żadnego niedopowiedzenia (Audeze, Audeze może byście wzięli to na warsztat, hę?), żadnego pola do marudzenia, bo te słuchawki są przegenialne w formie, treści, do tego kabelki prima (choć za krótkie, więc jednak jakiś minus się znajdzie), skórzane pokrowce rewela. Co poradzić. Jako Polak rodak jestem w kropce. Nie mam do czego się dop-ten-tego, doczepić. No nie mam. Oczywiście mamy to, co w ortodynamikach robi różnicę – nie będę się w zajawce rozpisywał nt. brzmienia, żeby zostawić deserek na właściwy artykuł – powiem tylko tyle, że dźwiękowo to nie tylko „mogę z tym żyć”, ale bankowo zapiszę w testamencie żeby mnie na tym drakkarze, z tymi właśnie nausznicami z dymem puścili najbliżsi ;-) Tu się słucha muzyki i poza muzyką nie ma nic. Efektor idealny. Staram się jak mogę nie przesadzić, ale chyba mi nie wychodzi, prawda? Takie dobre, ku$#^^&!#$ dobre są to słuchawki! Opinia odnosi się zarówno do otwartej, jak i zamkniętej wersji. Może otwarte słuchawki, może (liczę na HiFiMANy, które były do teraz moimi absolutnymi faworytami w zakresie dream cans) mają jakąś alternatywę, ale te zamknięte są zdecydowanie przed wszystkim, co do tej pory z zamkniętych muszelek grało. Mimo że zamknięte oszukują skutecznie, wodzą nas na pokuszenie bezwstydnie i można tylko się poddać. Przy czym różnią się od otwartych w czytelny sposób, a jednocześnie to ta maniera, ten dźwięk tylko podany nieco inaczej i cholera tak samo zniewalająco-uzależniający. Także przestrzegam, że jak ktoś założy na galcę te słuchawki (jedne i drugie) to będzie miał duży problem, no chyba że akurat prywatna kopalnia diamentów to czemu by w sumie nie? Mają te zamknięte tę przewagę, że można mieć i to i to, tzn. słuchać muzyki leżąc obok ukochanej.

Jak widzicie ani słowem nie zająknąłem się na temat specyfikacji, na temat technologii też nie bardzo i wiecie co? Niczego na ten temat teraz nie napiszę, bo raz że recenzja będzie, a dwa te suche dane, wyliczanka niczego tak naprawdę nie zmienia. Parametry wyczynowe, własne patenty (o których przeczytacie w artykule, bo warto odpowiedzieć sobie na pytanie – jak oni to zrobili, jak doszli do takich efektów?), przebogate doświadczenie (czapki z głów, naprawdę czapki z głów) to wszystko ważne, ciekawe i będzie, ale jw. niczego nie zmienia, bo wystarczy założyć i odlatujemy i nie analizujemy tylko słuchamy (a zajawka to migawka jest :-) ). Na marginesie, przesłuchać 2 minuty, zmienić, porównać, znowu 2 minuty, zmi… naprawdę ciężko to uskutecznić w przypadku tych słuchawek, bo jak już jest play to do końca. Wspomnę tylko o elemencie toru, który testuję wraz z Etherami.

To Questyle CMA600i – omnibus przetwornikowo/ przedwzmacniaczowo/ słuchawkowy. Ten Questyle wykorzystuje technologię wzmocnienia sygnału („bieżący tryb wzmocnienia sygnału”) identyczną z zastosowaną w podobno najlepszym wzmacniaczu słuchawkowym na rynku… Bakoon (HPA-21). Można grać wszystko, a nawet nie grać, ale mieć potencjał (DSD512, czy takty 768MHz), można skorzystać z trzech wyjść słuchawkowych (dwa SE i jedno symetryczne), można podpiąć analogowo zew. źródło, można zatem nie tylko skorzystać z zew. DACa (co robimy, grając z X-Sabre Pro, choć sprawdzamy jak CMA600i sobie radzi autonomicznie, grając pliki), ale także po wpięciu gramofonowego pre posłuchać muzyki z czarnej płyty. To też sobie sprawdzimy. Nie zalecają (i się stosujemy) podpinania równoczesnego pod SE słuchawek x2. Natomiast – jako że Ethery są z okablowaniem na jacku oraz z gniazdem symetrycznym – okupujemy czasami wyjścia symultanicznie, a jak nie to wtedy podpinamy pod tor lampowy z MiniWattem (z bardzo ciekawym ustrojstwem B-Techa będącym przełącznikiem głośnikowym z wyjściem słuchawkowym w jednym pudełku) oraz dodatkowo via M1HPA. Jest jeszcze opcja bezpośredniego grania ze wzmacniaczy pod głośniki via ustrojstwo HiFiMANa (też obadamy). Alternatywą przetwornikową dla Matriksa i samego Questyle stanowi u nas Korg DS-DAC-100 oraz M2Tech DAC. Zobaczymy, czy dużo tańsze komponenty nie będą jakimś ograniczeniem dla tytułowych nauszników.


Tu soute z CMA600i

A tu już główny set z X-Sabre Pro w roli źródła, który będzie stanowił punkt odniesienia

Poniżej rozbudowywana (aktualizacje) fotogaleria z (uzupełnianym upgrade’owo) opisem:

» Czytaj dalej

Nowy M-Stage! Opinia o Matrix HPA-2C

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20161110_131133367_iOS

Nowy M-Stage, pierwotnie jeden z najlepszych klonów Lehmanna (niemieckie, wysokiej klasy, słuchawkowe ampy), teraz w nowej odsłonie z obsługującym (prawie) wszystko, co popadnie, dakiem USB. Zamiast kątów prostych, obłości, zmiany konstrukcyjne spore, funkcjonalność dokładnie taka, jaką ten sprzęt oferował poprzednio, czyli konkretnie: komputer, wzmacniaczo-dak, słuchawki i gramy. Jakiś czas temu zrecenzowaliśmy M-Stage’a HPA-3U oraz wcześniejszą generację i oba wzmacniacze bardzo przypadły nam do gustu. Wtedy jednak nie było możliwości sprawdzić jak sobie skrzynki radzą z większym arsenałem słuchawek. Tym razem będzie inaczej, to znaczy będzie szeroko – tytułowy dakoamp zagrał w tandemie z LCD-3, HE-400, AKG 701, H650 oraz NAD HP50 (zmod., do odsłuchu stacjonarnego). Do tego sprawdziłem jak radzi sobie z Momentum 1 i 2 generacji oraz z redakcyjnymi IEMami.

Nowy HPA ma wygodną przeplotkę, można zatem śmiało integrować go w głównym torze z jakimś analogowo podpiętym źródłem. Oczywiście numerem jeden jest tutaj wejście USB, które oparto na najnowszym układzie programowalnym XMOS U (interfejs) oraz kości DAC od CirrusLogic-a CS4298. Mamy zatem wsparcie dla PCM 24/192 oraz obsługę DSD 64/128. To ostatnie obsługiwane zarówno w trybie DoP jak i natywnie w ASIO. Dodatkowo będzie można grać z bezpośrednio podpiętego pod cyfrowe wejście handhelda. Rzecz jasna nie omieszkam sprawdzić pod iOSem (z odtwarzaczem softwareowym Onko HF Player – będzie można zobaczyć dokładnie parametry transmisji oraz obsługę plików DSD). Jak wspominałem we wpisie parę miesięcy temu (kiedy C jak Classic wchodził na rynek), jest to tańszy model od HPA-3, co ciekawe z bardziej rozbudowaną funkcją grania DSD (układ Texas Instruments z trójki nie ma takich możliwości co Cirrus). Jest tańszy, a ten element stoi tutaj na wyższym poziomie. Rzecz jasna DSD sobie też odtworzymy.

W środku dobrze znane, wysokiej jakości komponenty. Mamy potencjometr oparty na ALPSie (27), kondki WIMA/Nichicon, mamy solidne trafo w typowej dla Matriksa, monolitycznej, błękitnej obudowie. Sprawdziłem jak sobie poradził podpięty pod Makówkę, jak i również sparowany z laptopem @Win10. Udało się także sprawdzić jak sprawował się w roli prostego przedwzmacniacza w stacjonarnym torze… Jakość dźwięku na słuchawkach skonfrontowałem z naszym M1HPA od Musical Fidelity. Opisany sprzęt kosztuje w Polsce 1350 złotych, a poza opisywanym urządzeniem, w ofercie jest jeszcze zbalansowana wersja HPA-3B, którą też spróbuję niebawem przetestować. Poniżej galeria przedstawiająca HPA-2C wraz z opisem wrażeń z odsłuchu…

» Czytaj dalej

Chord Mojo&Poly = kompletne źródło sieciowe audio kompatybilne z ROONem!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Mojo-and-Poly-900x675

Może w końcu się uda i przetestujemy na łamach? Będzie tym bardziej warto, bo entuzjastycznie przyjęty, mobilny przetwornik/amp, doczekał się bardzo użytecznego uzupełnienia. Tym uzupełnieniem jest specjalny moduł sieciowy Poly, oferowany jako dodatkowy moduł do wspomnianego Mojo. Tak, właśnie, moduł podpinamy i już możemy pozbyć się kabla, co w przypadku mobilnego użytkowania robi zasadniczą (ergonomia) różnicę, w domu zaś pozwoli wykorzystać taki tandem jako pełnoprawne, autonomiczne źródło audio. Bardzo fajny pomysł! Moduł wyposażono w Wi-Fi oraz Bluetootha, jak również… czytnik kart SD. Pudełeczko obsłuży dźwięk o parametrach PCM (do 32 bitów/768 kHz) oraz DSD (do DSD512). Poly wykorzystuje własną baterię, która może pracować do dziewięciu godzin. Zadbano o ergonomię takiego uzupełnionego o streamer rozwiązania – producent przewidział możliwość ładowania Mojo wraz z modułem Poly jednocześnie. Taka modułowa konstrukcja pozwoli dotychczasowym użytkownikom najmniejszego przetwornika Chorda na znaczące rozszerzenie funkcjonalne. Cena powinna być zbliżona do tej, którą przyjdzie zapłacić za samego Mojo (około 2500 złotych). Dostępność? Początek 2017 roku. Czytaj – niebawem.

Kompletne mobilno-stacjonarne źródło audio

Takie niepozorne coś, a moc (w tym) silna!

Zasada działania będzie bardzo prosta – sterowanie za pomocą aplikacji mobilnej zainstalowanej na smartfonie, streamer będzie mógł być przenoszony z dala od telefonu, co bardzo ułatwi użytkowanie. Moduł BT daje (?) opcję na bezdrutowe połączenie słuchawek (tyle, że nie wiadomo za bardzo jakie kodowanie obsłuży, w specyfikacji wspomniano jedynie o podstawowym protokole audio), WiFi pozwoli strumieniować również via AirPlay (poza tym jest DLNA) oraz… to prawdziwa bomba jak dla mnie… taki tandem będzie Roon Ready! Co to oznacza chyba nie muszę mówić (nie, jednak muszę ;-) ). Streamer będzie funkcjonował jako end-point w przypadku tego front-endu. Genialna sprawa!

Cieszy wsparcie dla Linuksa, prawdziwie multiplatformowy sprzęt

Dzięki karcie SD możliwe będzie granie via Mojo&Poly, który przeistoczy się w coś na kształt muzycznego serwera, z własną kolekcją muzyki zapisanej na nośniku. Co więcej, dzięki hiresowym strumieniom Tidala, taki sprzęt właściwie zamyka temat dostępu do muzyki w najlepszej, oferowanej na rynku, jakości. Oczywiście będzie można połączyć się z dowolną elektroniką wspierającą DLNA, a dzięki wspomnianemu AirPlay’owi będzie to idealny partner dla bezprzewodowych głośników obsługujących ten standard transmisji. Idealne, uniwersalne źródło audio? Cóż, warto będzie to samemu obadać. Sprzęt prezentuje się niezwykle interesująco, jego możliwości są ogromne (choć wątpliwości budzi moduł BT i jego funkcjonalność – to wymaga wyjaśnienia, a informacje póki co są dość ekhmmm oszczędne), będzie to bodaj jedyne takie rozwiazanie na rynku. Mojo&Poly będą współpracować m.in. z DAPami Astell&Kern. Sumując – mobilnie – to coś, co nie wymaga fizycznego połączenia z telefonem, dodatkowo nie wymaga (jak DAPy, czy klasyczny układ DAC&phone) sięgania po źródło, aby nim zarządzać. Już widzę oczami wyobraźni zawiadywanie z poziomu jakiegoś smartwatcha. Stacjonarnie zaś mamy kompletne źródło audio, zintegrowane z najlepszym, komputerowym front-endem audio. Kompletne rozwiązanie.

Ta plansza mówi (prawie) wszystko ;-)

 Wow

Poly 

PS. Jeszcze dzisiaj, najpóźniej jutro recenzja aktywnego zestawu Scansonic M5BT ze wstęgą, do tego …konkurs  :-)  oraz zapowiedzi kolejnych testów (sporo sprzętu wjechało  ;-) )

Poniżej, w rozwinięciu, specyfikacja:

» Czytaj dalej

Witamy MrSpeakers w Polsce. High-endowe nauszniki z Kalifornii nad Wisłą

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Logo

To jedna z tych marek, o której wielu z nas słyszało, ale – właśnie – słyszało, ale nie słuchało, bo słuchawki w samej Europie trudne do namierzenia, u nas do tej pory nie tylko bez dystrybucji, ale nawet jako ciekawostka przyrodnicza właściwie nie występowały. Szczerze to nie wiem, czy ktokolwiek w .pl te nauszniki ma/miał, a nawet jeżeli to zazdrośnie się nie ujawniał… byłem na paru nieformalnych imprezach słuchawkowych i jakoś nigdy. No ale w końcu doczekaliśmy się oficjalnego wprowadzenia na nasz rynek i ta high-endowa marka będzie u nas dystrybuowana. Sama firma jest dość młoda, natomiast stoi za nią człowiek z ponad 20 letnim doświadczeniem w branży (Dan Clark). Producent ma w ofercie poza przeróbkami Forteksów (Alpha Dog, Mad Dog), swoją linię produktową – Ether. Ethery to planary, trochę formą przypominające HiFiMANy (nie mają z nimi nic wspólnego, poza takimi luźnymi skojarzeniami btw), wyposażone w autorskie technologie, występujące w dwóch podstawowych wariantach (otwarty i zamknięty).

To konstrukcje zbalansowane, obecnie trwa wprowadzanie nowej generacji tych słuchawek na rynek tj. linii Flow (premiera). Ceny? Od 1500$ w górę. High-endy. Słuchawki przyjęte przez recenzentów bardzo entuzjastycznie, z licznymi nagrodami, dodatkowo powszechnie chwalone za komfort, co w przypadku dużych, zazwyczaj ciężkich nauszników stratosferycznych nie zawsze idzie w parze (z wybitnym dźwiękiem).

Otwarte

Cóż, pozostaje poczekać na możliwość przetestowania tych słuchawek na HDO, skonfrontowania tych wszystkich zachwytów, peanów z własnym uchem. Fajnie, że są już w Polsce (miałem w notatkach jeszcze w zeszłym roku napisane – posłuchaj Etherów…), fajnie że z oficjalną dystrybucją (MIP), fajnie że nie przekraczamy magicznej granicy 10 tysięcy złotych (poniżej, w inf. prasowej, szczegóły). Audeze, wspomnianym HiFiMANom przybywa groźny konkurent. Zobaczymy, a raczej usłyszymy co z tego wyniknie (będzie można dokonać bezpośredniego porównania z naszymi red. LCD-3 oraz HiFiMANami 400). W rozwinięciu macie sporo informacji na temat samych słuchawek, o zastosowanych patentach, o polskich cenach…

Zamknięte

» Czytaj dalej

Testujemy nowego Matriksa Mini-i Pro 2! Krótko: Wow!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20161201_094713980_iOS

Przyjechał i od razu podpięliśmy klamota. Nowy Mini-i jest naprawdę nowy. Zmienili w nim niemal WSZYSTKO w stosunku do przetestowanych u nas modeli (patrz: pierwsza generacja, model bez pro i z pro drugiej generacjiwreszcie wersję AD 2015). To nie tylko zupełnie nowa obudowa, ale przede wszystkim znaczące rozszerzenie możliwości o bezprzewodowy link Bluetooth z obsługą kodeka aptX. Właśnie gram bardzo dobry jakościowo materiał (studio mastery, param. 24/96) z MacBooka z wymuszoną obsługą aptX-a (patrz nasz opis Bluetooth Explorer) i powiem tak… o cholera jasna, jak to dobrze, baaaardzo dobrze brzmi. Nie odczuwam tego, co zazwyczaj towarzyszy transmisji tego typu – dźwięk bywa wyprany, płaski, bez „planktonu”, często z cyfrowym nalotem, którego tak nie znosimy. Tutaj w ogóle nie ma o tym mowy. Rewelacja!

To chyba najlepsze granie via BT jakie do tej pory miałem okazję posłuchać. Ten link staje się wg. mnie pełnoprawnym (mimo nadal stratnej kompresji, choć parametry takiego streamingu są zbliżone do strumieniowania bezstratnego, co więcej od paru miesięcy mamy na rynku wariant aptX-a z magicznymi literkami HD… nadal stratny, żeby nie było niedomówień ;-) ) źródłem, na równi z pozostałymi interfejsami. Oczywiście USB daje nam największe możliwości, jest najlepszym jakościowo wyborem i nie ma tutaj nad czym deliberować, ale pojawienie się takiego, bezprzewodowego rozwiązania, bardzo cieszy. W końcu można słuchać muzyki na wysokim poziomie korzystając z sinozębnego! To gdzie kryje się sekret? W module, w całym torze nowego Matriksa się kryje oraz w parametrach transmisji (znacząca redukcja opóźnień >20ms, przy wcześniejszych 50-100ms… to jeden, z moim zdaniem, krytycznych parametrów mający wpływ na jakość brzmienia, dużo wyższy bitrate, dodatkowo stabilniejsza praca interfejsu). W galerii poniżej zrzuty z opisem, dobrze widać jak to pięknie śmiga. Jednym słowem:

Wow!

No dobrze, to po co bitperfect, po co cyzelowanie systemu, pod kątem uzyskania pełnej koszerności, zapytacie? No, cóż, dla kogoś kto ma fioła na punkcie jakości dźwięku sprawa jest oczywista. Bo nadal można bardziej, bardziej lepiej. USB w Pro 2 to brama do bezkompromisowości. Co prawda DAC w Matriksie to stary znajomy (ESS 9016), ale cała reszta toru przeszła gruntowne odświeżenie. Wzmacniacz słuchawkowy dysponuje dużo lepszymi parametrami i dokładnie przemagluję wyjście słuchawkowe podpinając LCD-3, HE-400 oraz K701 i HD650. Będzie konkret. Sprawdzimy te bardzo różne, niekoniecznie łatwe (AKG) do napędzenia nauszniki – tu faktycznie producent miał sporo do zrobienia, bo wyjścia słuchawkowe w Mini-i były dobre, ale daleko im było do poziomu oferowanego przez wyspecjalizowane wzmacniacze słuchawkowe. O wszystkich różnicach, o tym jaki przyniosły efekt, przeczytacie we właściwiej recenzji. Powiem tylko, aby zaostrzyć apetyty, że tak rozbudowanego menu konfiguracyjnego mogą temu klamotowi pozazdrościć znacznie droższe urządzenia (znamy to już z poprzedników, ale tutaj jeszcze bardziej to rozbudowano). Możliwości modyfikacji pracy urządzenia sporo, przy czym sama podstawowa obsługa jest prosta jak budowa cepa i jak chcemy żeby „po prostu grało”, to po prostu gra.

Fajnie, że automatyka pozwala na bezkonfiguracyjny scenariusz obsługi, działa bardzo sprawnie, a oprogramowanie modułu BT to wg. mnie coś, co wymaga specjalnego wyróżnienia. Sprzęt dopasowuje pracę w zależności od źródła, przy czym robi to natychmiastowo (z BT czasami naprawdę można osiwieć, każdy to zapewne przerabiał) i poprzez ciągłe dopasowanie transmisji możemy liczyć na stabilną (jak skała) pracę. Myślałem, że takie coś możliwe jest generalnie tylko w przypadku WiFi… cóż, BT też może grać bezproblemowo. Pilota znamy z poprzednich testów, to ładny, zaprojektowany dla Matriksów (a nie brany z worka) częściowo metalowy sterownik. Wyświetlacz jest super czytelny, pokazuje źródło, pokazuje parametry transmisji. gdyby jeszcze dioda (oczywiście jaskrawoniebieska) nie dawała w tak radykalny sposób znać o sobie to byłoby bez żadnych „ale”.

Tak czy inaczej, nowy Mini-i prezentuje się świetnie, to kompaktowy DAC/AMP, mogący pracować zarówno ze stałym poziomiem wzmocnienia, jak i jako pre-amp. Właśnie może być przedwzmacniaczem i od tej generacji producent idzie za ciosem proponując końcówkę mocy, dopasowaną wielkością, pracującą w klasie D, z możliwością wykorzystania w trybie stereo (RCA) lub mono (łączymy z Mini-i Pro 2 via XLR). Można stworzyć kompaktowy, kompletny system w oparciu o te produkty. Na razie rodzimy dystrybutor nie planuje wprowadzenie końcówki do sprzedaży, chętni muszą skorzystać z własnego importu.

To, na marginesie, nie koniec nowości zaprezentowanych ostatnio przez Matrix Audio. Nowy flagowiec (patrz test X-Sabre PRO), czytaj nowy X-Sabre Pro właśnie ma swoją premierę i… tu także wprowadzono zasadnicze zmiany. O tym co się zmieniło we flagowcu przeczytacie niebawem. Wyraźnie widać z powyższego, że producent postanowił wprowadzić zupełnie nowe konstrukcje, zastępując poprzedników czymś naprawdę nowym, a nie w niewielkim stopniu zmodernizowanymi „ale to już było” klamotami, jak to się często, gęsto dzieje. Sumując pierwsze wrażenia: apetyt bardzo zaostrzony, już po pierwszych odsłuchach, po pierwszym kontakcie. Wraz z naszymi redakcyjnymi nEar-ami (aktywne monitory studyjne) w opcji zbalansowanej, ten Mini-i Pro 2 tworzy audio system i to tak na bardzo serio. Mniam. W instrukcji wspominają, że źródłem USB dla nowego modelu może być bezproblemowo androidowy albo na iOSie handheld. Sprawdzę czy tak jest w istocie, podpinając Neksusa oraz iPada do klamota. Oczywiście komputery via USB zagrają za pośrednictwem Roona. Sprawdzę dokładnie zachowanie testowanego DACa z materiałem DSD (który grany jest w trybie DoP z każdego wejścia cyfrowego, pomijając rzecz jasna samo BT).

Zabieram się do testowania zatem…

Rozbudowana galeria z opisem poniżej:

» Czytaj dalej

O Meze Classics 99 opinia, o słuchawkach mobilnych z Rumunii

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Meze 99 full

Rynek słuchawkowy prężnie nam się rozwija, poza firmami od zawsze, specjalistami z branży (ale niekoniecznie słuchawkowej – dzisiaj w ofercie zwyczajnie muszą się one pojawić, muszą), mamy wysyp beniaminków, producentów zupełnie nieznanych, często nieznanych z bardzo prostego powodu. Bo młodych, bo dopiero startujących (tak, tak wszelkie croudfundingi, startupy itp sprawy), bez doświadczenia, bez zaplecza… wielu z nich pojawia się szybko i jeszcze szybciej znika, niektórzy to zwykli hochsztaplerzy, wiele w tym kitu i bujdy na resorach, ale są też tacy, którzy nie tylko zasługują na uwagę, ale wręcz od razu, z miejsca rzucają wyzwanie tym doświadczonym i utytułowanym.

HD-Opinie jest miejscem, gdzie chętnie opisujemy nowe, nieznane, albo po prostu nie popularne (nie przebijające się do mainstreamu) rzeczy. Już niebawem przeczytacie o sprzęcie Mass Fidelity, będzie też zupełnie nieznany pomysłodawca oryginalnie zaprojektowanych słuchawek, a w niniejszym artykule skupimy się na kimś, kto już jest rozpoznawalny, ma dobre opinie, ale nadal jest beniaminkiem, od niedawana funkcjonuje na rynku. Chodzi o rumuńskiego producenta Meze, firmę która zaskoczyła pozytywnie, wprowadzając (od razu atakując trudny, wymagający segment mobilnych nauszników klasy premium) tytułowe Meze Classics 99. Przenośne słuchawki do słuchania nie tylko na wynos, wykonane z wielką starannością, z odpowiednią dbałością o szczegóły, z wykorzystaniem naturalnych materiałów (żadne tam plastiki – stal, drewno, skóra… wróć, tu eko, czyli syntetyk jednak), do tego wycenionych poniżej poziomu, za jaki wołają zachodni konkurenci. Przy czym należy pamiętać, że to bardziej projekt plastyczny, przetworniki są chińskie, a Meze wcześniej zwyczajnie rebrandował produkty z Państwa Środka, względnie zamawiał coś i poddawał modyfikacjom, przyklejając następnie swoją naklejkę. Opisane 99 to coś znacznie ambitniejszego (no naklejenie nazwy firmy na coś nie swojego, trudno uznać za przejaw jakiejkolwiek ambicji) i można powiedzieć, że to pierwszy „ich” produkt. To tyle, gwoli ścisłości.

Na sieci możemy znaleźć sporo opinii na temat tych słuchawek. Czytałem większość z nich, postanowiłem skonfrontować to, co napisano o 99-kach z własnym osądem, opinią, jednocześnie sprawdzając, czy te nauszniki mogą sprostać wymogom grania w domowych pieleszach. Podpinanie pod lampowy wzmacniacz, granie z integry, podpięcie pod stacjonarną, tranzystorową amplifikację słuchawkową było ważną składową testu. Oczywiście nie zapomniałem o scenariuszu na wynos, który w przypadku takich, lekkich, zamkniętych konstrukcjach stanowi główne zastosowanie dla produktu, jakie przewidzieli twórcy, ale jw. chciałem sprawdzić czy można je potraktować jako w pełni uniwersalny model…Tak, zadam to pytanie: czy za cenę 1500 złotych można zamknąć temat poszukiwania słuchawek i skoncentrować się na czymś innym, niż wydawanie pieniędzy na kolejne nauszniki?

Przed właściwą lekturą testu zachęcam do przeczytania naszych pierwszych wrażeń, bo te… nie zdezaktualizowały się, a wręcz przeciwnie, opinia na temat nauszników jest tylko pogłębiona, ale w wymowie zbliżona do tej z końcówki sierpnia. Słuchałem grubo ponad miesiąc intensywnie (także te kilkaset godzin pewnie na liczniku stuknęło) i cóż… słuchawki potwierdziły swoje niemałe kompetencje w zakresie brzmieniowym, ponadto okazały się solidną konstrukcją, wytrzymującą intensywną eksploatację (sporo podróżowałem).

 

 

» Czytaj dalej

Konkurs, do wygrania doki Brainwavz Omega. Nasza krótka opinia nt. IEMów

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Omegax3

Mieliśmy parę konkursów w tym roku (były dwukrotnie Pylony do wygrania, były Chromecasty Audio), czas na kolejny. Tym razem nagrodę w konkursie stanowią dokanałówki Braniwavz Omega – najtańsze w ofercie IEMy, które wyróżnia solidna, metalowa obudowa, dołączone pianki Comply (bardzo wygodne, samodopasowujące się do anatomii, do tego świetnie trzymają w uszach słuchawkę) oraz obsługa TRRS (pilot z mikrofonem, obsługa zarówno pod iOS jak w Androidzie). Można zatem potraktować je, jako zamiennik dla słuchawek dołączanych do kompletu z telefonem. To, jak wspomniałem to najtańsze IEMy w ofercie producenta, kosztujące zaledwie 49 złotych. Czego zatem można spodziewać się po takich tanich dokach, zapytacie…

Doki po całości

To dokanałówki, które na pewno nie wystrzelą Was w stratosferę swoimi kompetencjami brzmieniowymi. Biorąc pod uwagę cenę i konfrontując ją z wykonaniem, akcesoriami, możliwościami (sprawdziłem na Neksusie i sterowanie głośnością zadziałało bezproblemowo, w przypadku Jabłek pełne MFI) to coś, co wybija się ponad przeciętność (dobre słowo), stanowi dobrą alternatywę dla wszystkich bardzo tanich i (właśnie) dołączanych do kompletu ze smartfonem słuchawek. Kabelek sam z siebie rzecz jasna niemiłosiernie się plącze, ale nie zapominano o takim, wygodnym dodatku jak klips (jest w komplecie), co pozwala uniknąć splątania i ułatwia codzienne użytkowanie. Dołączone gumki warto od razu zamienić na wspomniane pianki (pewniejsze dokowanie w uszach, większa wygoda – to bardzo komfortowa aplikacja, dźwięk), mikrofon niestety nie daje satysfakcji przy prowadzeniu konwersacji (jakość rozmów jest słaba), natomiast sterowanie odtwarzaniem całkiem wygodne i precyzyjne (wklęsłe przyciski + / – i wypustka na play/pauza), do tego kątowy audio jacek ułatwia wpięcie i utrudnia samowolne wypięcie wtyczki ze smartfona / tabletu. Kabelek ma typowe (dla mobilnych słuchawek) 1.2 metra, przy czym producent mówi że druty są miedziane (przewód „na igreku” jest baaardzo cienki, bardzo), a Jacek szczerozłoty ;-) Dynamiczne, 6 mm przetworniki oferują niezbyt selektywne brzmienie, z dość nisko osadzonym, wyraźnym basem (przewalony? Nie, tak bym tego nie nazwał, na granicy, ale bez natarczywego epatowania), raczej płaskie granie, dźwięk wyraźnie umiejscowiony w głowie. Czyli kiepsko? To zależy do czego porównujemy. Nie ma sensu zestawiać Omeg z redakcyjnymi Momentum in-Ear, bo to zupełnie inna klasa, ale w porównaniu ze słuchawkami wyciągniętymi z pudełka od telefonu (także EarPodsami, choć tutaj standardowe IEMy Apple, w kontekście brzmienia mogą konkurować z tytułowymi dokami) to rzecz warta uwagi, która w wielu wypadkach przyniesie poprawę brzmienia. W przypadku repertuaru gdzie może zasyczeć, zasyczy. Dla zwolenników rocka będzie to niezgorszy wybór, będą zadowoleni, to samo wyznawcy elektronicznego brzmienia. Sytuację, jak wspomniałem, poprawia (nie tylko w zakresie ergonomii) wymiana silikonowych wkładów na Comply. Korzystam z takowych pianek na wspomnianych Momentum i po ich przełożeniu zauważyłem, że dźwięk się poprawił (przy czym na senkowych silikonach był już bardzo dobry). W Omegach podobnie, poprawa. Ciekawe, czy ten progres skłonił producenta do dołączenia kompletu dodatkowych aplikacji do pudełka? Tak, czy inaczej po zmianie, dźwięk nabrał wyrazu, stał się bardziej angażujący, lepszy – nie ma tej wspomnianej szklistości, natarczywości. Słowem nie warto zawracać sobie głowy fabrycznymi wkładkami, najlepiej od razu zamontować wspomniane pianki. Szczerze polecam (w ogóle, szczerze polecam korzystać z Comply – jak macie jakieś niezłe IEMy to może się okazać, że są jeszcze bardziej niezłe, po aplikacji pianek). Patrząc zaś całościowo, za czterdzieści dziewięć złotych polskich taki produkt ma rację bytu i – obiektywnie – mało który producent zawraca sobie głowę takimi szczegółami odnośnie wykonania, wyposażenia, akcesoriów (jak Brainwavz) w tym budżecie.

Na bogato, w opcji niskobudżetowej

AKTUALIZACJA: Gratulujemy Michałowi oraz Piotrowi z Warszawy i Joasi z Gostynia

No dobrze, opinia była, a konkurs?

Konkurs będzie tym razem niezbyt skomplikowany, choć (tradycyjnie) wymagający znalezienia pewnych informacji, które publikowaliśmy na łamach. Aby wziąć udział w losowaniu trzech pudełek z Omegami w środku, wygrać jeden z boksów z IEMami, trzeba odpowiedzieć na dwa, złożone ;-) bardzo proste pytania:

1) Jaki produkt Brainwavz przetestowaliśmy na HDO i który z gatunków muzycznych nas nie zachwycił, słuchany na nim?

2) Parę dni przed publikacją recenzji Brainwavz pojawił się na łamach HDO podwójny test dwóch produktów „za tysiąc”. O jakie produkty chodzi i który otrzymał znaczek, a który znaczka nie otrzymał i dlaczego nie?

Czekają

Na odpowiedzi czekamy do końca miesiąca, odpowiedzi ślemy na nasz redakcyjny mail (antoni.wozniak_na_hd-opinie.pl). Losowanie w pierwszej połowie listopada (przed, albo po AVS ;-) ). A i jeszcze jedno: niewykluczone, że w tym roku jeszcze coś się uda zorganizować odnośnie konkursów, czekam na konkrety, może będzie coś ekstra @ ”*”

Fundatorem nagrody jest dystrybutor marki Brainwavz, firma Audiomagic.

Metalowe obudowy, zgrabny i funkcjonalny (no, gdyby nie najlepszy mikrofon…) pilot

 

iPhone 7 Jet Black: parę słów o audio w kontekście nowych iPhonów

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
apple logos

Apple widzi świat audio, definiuje go, przez pryzmat swoich produktów oraz usług. To zrozumiałe, ale jest w tym podejściu pewien haczyk… firma nie uwzględnia w swoich zamierzeniach, rachubach tego, co dla wielu słuchających na co dzień muzyki stanowi istotny element, element którego się nie pomija. Chodzi o jakość brzmienia, dążenie do uzyskania jak najlepszego dźwięku. Ktoś powie – nisza, ludzie słuchają z YouTube (to nadal najpopularniejszy serwis …muzyczny na świecie), ogólnie zmienia się sposób konsumowania muzyki na taki, który z założenia inaczej akcentuje co ważne, a co nie (mobilne słuchanie, playlisty pod określoną aktywność, czytaj ma grać coś tam w tle). Apple oferuje masowe produkty, patrzy przez pryzmat setek milionów konsumentów i cóż – firmie wyraźnie nie zależy, by ścigać się z konkurencją w zakresie jakościowym. Widać to wyraźnie, gdy popatrzymy na zmiany (czy raczej ich brak) w kramiku, w iTunes Store, w oprogramowaniu, w serwisie streamingowym Apple Music. Wszystko jest podporządkowane kwestiom integracji w ekosystemie, formie (nie treści), kolejnym (dla mnie – powiem szczerze – niezbyt zrozumiałym) zmianom interfejsów, sposobów komunikacji oraz prezentacji tego, co Apple oferuje w zakresie muzyki. Muzyka jest tutaj tylko towarem, nie stanowi wartości samej w sobie, ma po prostu dobrze sprzedać to, co dla Apple najistotniejsze z biznesowego punktu widzenia. Nie mam o to pretensji, rozumiem takie postępowanie, natomiast dla mnie osobiście to coś, z czym trudno się identyfikować. Mastered for iTunes wiosny nie czyni, Apple nadal chce sprzedać nam stratne pliki, czasami w cenie zbliżonej do fizycznego nośnika, dodatkowo nie oferując żadnych, dodatkowych (aż się prosi) benefitów. Ktoś, kto ma nieograniczone możliwości, ktoś kto może mieć każdego artystę w katalogu, mógłby… Zamknięcie Connect (usługi, będącej odpowiednikiem muzycznego tweetera, służącej do komunikacji twórców z fanami), brak jakichkolwiek zmian w zakresie oferty jakościowej, brak wprowadzenia nowych, atrakcyjnych form obcowania z muzyką (co można i jak wiele można w tym zakresie zrobić pokazuje Roon), skupienie się na kwestiach dopasowania audio by Apple do zmian w hardware, software i dalej w ekosystemie są mocno symptomatyczne. Dlatego nie dziwi mnie to, że nowe produkty oferują to, co oferują w zakresie „obsługiwania muzyki”.

Popatrzmy zatem: Apple TV czwartej generacji bez cyfrowego wyjścia audio, nowe iPhone pozbawione audio jacka z… (o tym poniżej), nowe AirPodsy będące bezdrutowymi EarPodsami w praktyce, mające de facto być przede wszystkim interfejsem dla Siri, gdzie dźwięk wcale nie jest w centrum uwagi, prawdopodobne usunięcie złącz dedykowanych audio w innych produktach (komputery, tablety, firmowe routery) to wszystko dowodzi, że coś, co „było w sercu” Apple – audio – firmy, która zmieniła całą branżę wraz z iPodem (który to też niebawem straci rację bytu, bo po pierwsze Apple Music, po po drugie kluczowy dla firmy, własny smartwatch i wreszcie po trzecie stała erozja sprzedaży) i iTunes, teraz stanowi niekoniecznie kluczowy, niekoniecznie bardzo istotny element oferty. Być może nowy inteligentny głośnik Apple podobny do amazonowego Echo, czy ostatnio pokazanego produktu Google będzie przypieczętowaniem tego, co napisałem powyżej. Interfejs dla własnych usług, sklepów, integracja z domem, połączenie AI z komendami głosowymi (Siri) plus jakieś dźwięki w tle (tak, o muzyce wspominam właśnie, jako o czymś w tle) to będzie swoiste podsumowanie nowego etapu i zaszeregowanie audio do jednej z licznych, niekoniecznie najistotniejszych funkcji/usług. Głośnik? Ano głośnik, ale nie (przede wszystkim) głośnik audio, a głośnik interfejs właśnie. Nowe Beatsy, już bez kabli, wpisują się w ten trend – w końcu Apple nie wprowadziło i zdaje się nie ma zamiaru wprowadzić lepszego jakościowo brzmienia via Bluetooth, korzystając nadal z kodeka AAC (dodatkowo, przy zachowawczych parametrach transmisji), podczas gdy na rynku mamy nie tylko dużo bardziej zaawansowany aptX, ale (od kilkunastu tygodni) także jego wariant „hi-res” tj. aptX HD. I – żeby nie było wątpliwości – mówimy o softwarze, o kodeku, o czymś co można w każdej chwili (albo nie – jak widać) zaimplementować do swoich produktów (w OS). Wspominałem niedawno o wymuszeniu działania wspomnianego kodeka via BT Explorer  (nadal oferującego stratną jakość, ale nie dość, że parametrami transmisji vide bitrate zbliżonym do bezstratnego transferu, to dodatkowo redukującego piętę achillesową sinozębnego interfejsu tzn. opóźnienia) na macOSie. To jest właśnie to, o czym napisałem przed chwilą. Apple nie jest zainteresowane lepszym jakościowo audio, bo nawet w swoich komputerach nie daje w sposób łatwy zmienić jakości via BT (trzeba do tego dodatkowego narzędzia i trzeba rzecz na sztywno wymusić w systemie), jednocześnie jednoznacznie optując za światem bez kabli. Pozostaje podstawowy profil SBC, który oferuje najgorsze parametry, bardzo poważnie wpływa na to, co dotrze do naszych uszu. Apple świadomie według mnie niczego tu nie zmienia. W iTunes nadal jest AAC (z maksymalnym bitrate na poziomie 256kbps), w komputerach jw. nadal korzystamy z podstawowego trybu transmisji dźwięku, iOSa nie wyposażono w alternatywny kodek, gwarantujący lepszą jakość (no jest AAC, ale to AAC musi wspierać moduł w słuchawkach, głośniku, a często nie wspiera). Więcej… AirPlay nie jest bitperfect (i nie będzie, bo i po co miałby być?), własne produkty nie są i raczej nie będą wychodzić poza ten schemat (MQA? Według mnie bez szans, ALAC w iTunes – po co? Własne bezstratne strumienie… cóż, nie ma o czym mówić), a takie iTunes przekształca się z software katalogującego zbiory z płyt (fizycznego nośnika, gdzie mamy bezstratny zapis) w miejsce integrujące stratne strumienie (Apple Music, iTunes Match), właściwie w obecnej formie to oprogramowanie uniemożliwia budowę swojej (opartej na własnych zbiorach, w tym na zgranych do plików płytach) kolekcji. Ma być to, co oferuje samo Apple. Nawigacja, porządkowanie zbiorów, wyszukiwanie – kiedyś to działało, a dzisiaj… ekhmm.

No dobrze, a teraz konkretnie, bo biadolę, biadolę, a o nowym iPhone miało być i o tym, co nam przynosi usunięcie audio jacka. Po pierwsze dołączone do iPhone akcesoria „do słuchania” są właśnie dla osób, które nie zwracają specjalnie uwagi na aspekt jakościowy. To ma grać, a jak …to już nie robi jakiejś zasadniczej różnicy. Przejściówka ma negatywny wpływ na brzmienie, gdy podepniemy coś lepszego od – umownie – EarPodsów (tych na jacku, a nie dołączonych z Lightningiem na końcu). Cudów nie ma. Elektronika jaką zastosowano w adapterze to nie jest coś, czym można by się – mówiąc delikatnie – chwalić. Do tego dochodzi kwestia wzmocnienia sygnału. Cudów nie ma. Ten element należy traktować awaryjnie, w takim sensie, że jak już jakieś przewodowe słuchawki na jacku będziemy chcieli pożenić z nowym iPhonem to proszę – możemy, ale zaraz przejdzie nam ochota a przyjdzie na wspomniany na naszym profilu, zewnętrzny przetwornik/wzmacniacz. Nie ma też sensu podpinać słuchawek trudniejszych do wysterowania, co – przy oczywistych ograniczeniach wynikających z ograniczeń tego, co montowano wcześniej na płycie głównej smartfona, można było uskuteczniać w przypadku wcześniejszych modeli iPhonów. Podpinałem HiFiMANy, podpinałem Audeze, niemobilne AKG czy Senki i można było z iPhone grać, w przypadku rzeczonej przejściówki nie jest to sensowne rozwiązanie, ten adapter jw. to absolutnie awaryjna opcja i to pod łatwe do wysterowania, mobilne słuchawki.

Ktoś to (adapter) w Niemczech już nawet pomierzył. Buchse = audio jacek. Jak widać, wypada gorzej od dziurki w iPhone 6s / iPadzie Air 2 (tu całość)

To co zrobić bez tego jacka, zapytacie? Apple mówi – czas na Bluetooth, pozbądź się kabli, przecież to wygodne, nowoczesne, świat bez drutów. Tak, zgadza się, to wygodne i oczywiście wielu użytkowników chętnie wybierze ten rodzaj transmisji kompletnie nie zawracając sobie głowy powyższą przejściówką (no może nie do końca, bo jak bateria w słuchawkach padnie, to – właśnie – awaryjnie, pozostanie podpiąć nauszniki do adaptera), bo kabel pójdzie w odstawkę, natomiast w przypadku bezdrutowych IEMów w ogóle tematu (po kablu) nie ma, bo nowe coraz częściej nie będą miały nawet złącza (indukcyjne ładowanie via power bank w etui). Tyle, że musimy w takim scenariuszu pogodzić się z podwójnym kompromisem. Po pierwsze nie będzie bezstratnej transmisji, po drugie nie będzie lepszego jakościowo kodeka – innymi słowy decydujemy się na brzmieniowe kompromisy. O ile będziemy korzystać ze Spotify, Apple Music czy innego, oferującego stratny strumień, serwisu, to taki kompromis de facto nam nie zaszkodzi. Sytuacja zmieni się, gdy zagramy z Tidala (redbook 16/44 bezstratnie, za moment MQA tj. 24/44), z Qobuza (niebawem w Polsce), czy takich (polecam!) rzeczy jak Loop (własna chmura audio bez ograniczeń miejsca z materiałem o dowolnych parametrach jakościowych). Tutaj przyda się coś innego niż wspomniany adapter, niż transfer via BT z iPhone. Przydałby się (bezdrutowo) lepszy kodek, no ale…

Niestety, takie połączenie nie jest możliwe, a szkoda (bo takie daje najlepszą jakość brzmienia, o czym pisałem w recenzji Momentum Wireless)

Nagle okazuje się, że uzyskanie dobrej jakości dźwięku z nowego modelu nie jest wcale taką oczywistą i trywialną sprawą. Nie, nie wystarczy podłączyć tego, co mamy. Co więcej, czasami nie podłączymy (także) tego, co teoretycznie powinno współpracować ze sobą – mam tu na myśli konfigurację słuchawki BT (zdolne do transferu audio via kabel cyfrowy) połączone za pośrednictwem przejściówki camera kit z iPhonem 7. To – niestety – nie zadziała. Wszystkie, dotychczasowe słuchawki bezdrutowe, zdolne do transmisji via USB, ze względu na zasilanie (zbyt duży pobór) nie będą mogły współpracować z urządzeniami na iOSie. Komunikat o błędzie (patrz obrazek) oznacza, że takie połączenie (kablem cyfrowym) owszem będzie możliwe, ale tylko w wypadku nowych produktów wyposażonych w kabel Lightning. W przypadku dołączonych EarPodsów mówimy po prostu o zmianie typu złącza, bo to nadal te same, podstawowe dokanałówki, które dla wielu są wystarczającym wyborem, a dla wymienionych w pierwszym akapicie stanowią zbędny element wyposażenia, co najwyżej – znowu – awaryjną opcję. Mogę tylko wspomnieć o jednej istotnej kwestii. Tu, bardziej, jest co się zepsuć, bo mamy po pierwsze elektronikę odpowiedzialną za konwersję C/A w gniazdku (dokładnie tak, jak w adapterze), po drugie to nie bardzo wytrzymały audio jack (myślę o samej wtyczce), a inny, bardziej podatny na uszkodzenia typ złącza. To jednak aspekt użytkowo-praktyczny, a nie jakościowy – ten drugi, jak napisałem, tutaj nie stanowi, choć warto wspomnieć, że za dźwięk nie odpowiada telefon (będący cyfrowym transportem w tym wypadku), a same IEMy. O tym, czym jest, a czym nie jest to, co Apple wkłada do pudełka, napisałem przy okazji adaptera.

 

I tu, rozpoczyna się (dla fana dobrego jakościowo brzmienia) przygoda z czymś, co nam ten dźwięk w surowej, cyfrowej, zero-jedynkowej formie przekształci w postać analogową, strawną dla wysokiej klasy przetworników wbudowanych w muszle (tudzież, zamontowanych w niewielkich obudowach IEMów – bo z drutem, ale lightningowym, też się już takowe pojawiły na rynku, poza wkładanymi do pudełka z telefonem EarPodsami). No właśnie, poza mobilnymi przetwornikami/ampami, których na rynku sporo, o których nie raz, nie dwa pisaliśmy na łamach, które testowaliśmy, pojawia się zupełnie nowa kategoria: słuchawki z cyfrowym kablem, który to kabel wyposażono w zminiaturyzowaną postać tego, co powyżej – wbudowany w pilota DAC wraz ze wzmacniaczem. Takim produktem, który notabene za moment powinien do nas trafić, są Adeze Sine z przewodem Cipher. To mobilne nauszniki, ale za moment pojawią się do niedawna flagowe LCD-3, przepraszam iLCD-3, wyposażone w takie okablowanie. Kabel ma być zresztą oferowany samopas i o ile będzie dysponował standardowymi typami przyłączeń (a nie unikalnymi dla produktów danego producenta), każdy będzie mógł sobie skonwertować swoje nauszniki do postaci kompatybilnej z nową elektroniką (w tym przypadku Jabłka, ale rzecz dotyczy całej branży vide USB-C i najnowsze smartfony wyposażane wyłącznie w to złącze). Czy tak daleko posunięta miniaturyzacja nie będzie miała negatywnego wpływu na brzmienie? Trzeba będzie to zbadać, w przypadku Oppo HA-2, z którym testowałem nowego iPhone wyraźnie widać, że (co nie jest żadnym odkryciem, bo dotyczy to tego segmentu i stanowi sens egzystencji takich akcesoriów) użycie takiego zewnętrznego DAC/AMPa jest  warunkiem uzyskania dobrego jakościowo brzmienia. Nie ogranicza nas jakaś kosteczka za centa, nie ma żadnych problemów z dostarczeniem odpowiedniej energii dowolnym, w tym także stacjonarnym, słuchawkom. Rzecz jasna w takiej sytuacji mamy optymalny, mobilny system słuchawkowy, bo z zewnętrznym źródłem energii (bateryjny DAC/AMP), z takimi – dodatkowymi – bajerami jak opcja tankowania źródła (iPhone), z wyprowadzeniem dźwięku na duże stereo (przy ewentualnym, jednoczesnym ładowaniu telefonu), podpięciem wspomnianych, stacjonarnych słuchawek tj. dopasowaniem poziomu gain pod konkretny model, wreszcie podbiciem niskich tonów (gdyby komuś przyszła na to ochota). Współpraca w tym wypadku przebiegała bez niespodzianek, od razu Oppo było identyfikowane przez iPhone (tu nie trzeba camera kit, bo DAC jest identyfikowany z pośrednictwem bezpośrednio wpinanego, standardowego kabla Lightning do telefonu). Tak, po podpięciu, zagrało i iPhone przekształcił się w wysokiej jakości źródło dźwięku. Tyle, że aby tak się stało musicie rozważyć zakup jakiegoś DAC/AMPa (może być też taki bez baterii, ale wtedy bezwzględnie trzeba sprawdzić, czy ma certyfikat MFI, czy jest zdolny do pracy podpięty bezpośrednio pod urządzenie na iOSie), względnie nowych nauszników lightningowych, a jeżeli już dobre nauszniki mamy, to jakiegoś (pewnie będzie tego na kopy) cyfrowego kabelka z przetwornikiem wbudowanym w pilota. A to, nie będą grosze, patrząc na ceny tych nowości…

No, teraz to jest dźwięk…

Konsekwencją wyrugowania jacka, oparcia transmisji dźwięku na transferze cyfrowym (przewodowym bądź bezprzewodowym) będzie konieczność zakupu dodatkowych akcesoriów, względnie zakupu nowych słuchawek. To koszty. Zyski? Cóż, potencjalnie może to przynieść poprawę brzmienia (przy czym mówimy raczej o cyfrowym kablu, lub takich urządzeniach jak HA-2) – wyprowadzamy dźwięk z niedoskonałego z definicji źródła jakim jest handheld / komputer, odseparowywujemy konwersję, wzmocnienie sygnału od przeładowanego układami, czujnikami, modułami łączności wnętrza – teraz już – tylko cyfrowego transportu. Oczywistym zyskiem odnośnie spraw użytkowych, związanych z ergonomią, jest pozbycie się coraz częściej kabla, z tym że wiążą się z tym pozbyciem nowe wyzwania i zysk w interesującym nas – jakościowym – zakresie jest …mocno dyskusyjny. Można uzyskać dobre rezultaty, ale wymaga to po pierwsze stabilnej, pewnej transmisji (a w przypadku BT, zresztą także WiFi, bywa z tym bardzo różnie),  po drugie zastosowania technologii podnoszących dopuszczalne parametry jakości transferu sygnału audio (wspomniane aptX, a także coś lepszego od AirPlay’a – są takie rozwiązania: sieci mesh (Sonos), SKAA (AirDAC NuForce), czy Play-Fi (DTS, parametry 24/96 bezstratnie etc.), po trzecie zmian w podejściu oferentów (usługodawcy streamingowi) do kwestii jakości oferowanej u nich muzyki. To także zupełnie nowe możliwości (w zakresie EQ, a także wprowadzenia nowych, zaawansowanych trybów DSP, skuteczniejszych systemów ANC) i tutaj na pewno dokona się niemała rewolucja. W końcu nie bez przyczyny Apple oraz inni producenci wprowadzają w swoich słuchawkach wielofunkcyjne procesory, dodatkowe czujniki, czułe mikrofony. To wszystko ma czemuś bardzo konkretnemu służyć. Czy to coś, to dźwięk (w kontekście jakości)?

A to, moi drodzy, pozostaje otwartą kwestią. Według mnie – niekoniecznie, albo nie przede wszystkim.

 

Nowa specyfikacja audio USB Class 3.0. Audiojack out. Cyfrowej rewolucji C.D…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
conexant_usb-c_headset_678_678x452

USB Implementers Forum wreszcie opublikowało nową standaryzację. A zatem czas na nowe USB Audio, na nowe USB Class 3.0! To bardzo ważne wydarzenie, aż dziw (bierze), że tradycyjnie praktycznie całkowicie zignorowane przez branżowe periodyki, serwisy. Oczywiście dzisiaj stoimy na progu wyrugowania okablowania i przejścia na transmisję bezprzewodową (co oznacza implementację rozwiązań sieciowych, z magistralą USB nie mających nic wspólnego), jednak czas w jakim pozbędziemy się fizycznego medium (kabla) w transmisji audio jeszcze nie nadszedł i szybko nie nadejdzie, choć w przypadku słuchawek ta tendencja może faktycznie szybko doprowadzić do rozbraty z kablem. Stąd wspomniane wyautowanie audio jacka, które zapisano w dokumentach sankcjonujących nowy standard. Czym jest USB Class 3.0? Jak wiemy, w przypadku obowiązującego obecnie standardu UAC / ADC 2 główną jego zaletą było zniesienie ograniczeń związanych z obsługą dźwięku o wysokich częstotliwościach taktowania zegara (mnożnik dla podstawowych wartości 44.1 / 48 kHz > x2) oraz znaczące zwiększenie przepustowości względem pierwszej klasy, pozwalające w praktyce na granie każdego materiału audio. Ogóle założenia nie wychodziły poza ramy tego, co można uzyskać z wbudowanych w komputery kart dźwiękowych oraz handheldów, bez uwzględniania specyfiki (rozwoju) elektroniki użytkowej jaki dokonał się na przestrzeni ostatniej (plus, minus) dekady. Dlaczego wspominam pierwszego iPhone oraz zaprezentowanego wcześniej iPoda (ktoś tu pewnie migiem skojarzy daty ;-) )? Cóż, to właśnie pojawienie się smartfonów, gwałtowne odejście od fizycznego nośnika, muzyka z pliku i z internetowego strumienia oraz wspomniane przeobrażenia w całej branży audio (komputer wchodzący jako obowiązkowa część składowa do systemu audio w każdym zakresie od budżetowego po high-endowy, zapoczątkowany rozbrat z kablem) wymusiły radykalne przemyślenie czym ma być nowa specyfikacja, jakie rzeczy są kluczowe, na co należy przede wszystkim zwrócić uwagę, skoncentrować wysiłek (przy projektowaniu nowych urządzeń). Do tego muzyka przeniosła się (nieodwracalnie) do Internetu.

Ogólny schemat USB Audio Class 3.0 – nowego standardu PC Audio (przy czym dzisiaj to PC jest w kieszeni najczęściej, a nawet pojawia się na nadgarstku ;-) )

 

Nowych wytycznych dotyczących audio z  - umownie – komputera jest całkiem sporo i wierzcie mi, nie ograniczają się one tylko do eliminacji audio jacka. To oczywiście coś, na co od razu zwrócimy uwagę, studiując dokumentację USB IF. Zamiast audio jacka jest USB-C i to właśnie ten  nowy port ma zastąpić analogowe wyjście audio w telefonach, tabletach, komputerach, jak również w sprzęcie audio (choć tutaj wytyczne mogą być potraktowane jako ogólna wskazówka i raczej wątpliwe, czy ktoś będzie ograniczał funkcjonalność, chyba że dotyczyć to będzie niewielkich urządzeń, pracujących na baterii – przenośnych, takich, które mogą na takiej zmianie coś zyskać). Eliminacja tego elementu nie jest niczym zaskakującym. Rok temu Intel przestawiając swoje założenia dotyczące rozwoju sprzętu IT postawił sprawę jasno – wyeliminujemy tradycyjne interfejsy, zbędne według nas elementy, doprowadzimy do jakże oczekiwanego przez konsumentów UJEDNOLICENIA w kwestii złącz / interfejsów / standardu połączeń. Tworząc USB 3.1 (aka C) twórcy, z Intelem na czele, chcieli przeforsować wizję jednego portu do wszystkiego, uniwersalnego sposobu transmisji dla wszelkich danych, kompatybilnego z wszystkimi (no powiedzmy, choć biorąc pod uwagę uzyskaną zgodność, poza naprawdę archaicznymi rozwiązaniami, nowe USB jest prawdziwie multi, dając możliwość przykładowo wykorzystania złącza jako w ramach Light Peak w najnowszej odsłonie, czytaj Thunderbolta 3.0) co dzisiaj na rynku egzystuje.

Sporo się dzieje, nieprawdaż? No tak, bo my tutaj mamy wyspecjalizowane procesory pod audio, w tej nowej specyfikacji. Standard wyznacza kierunki rozwoju całej branży audio moim skromnym zdaniem. Całej.

 

Skupmy się jednak na muzyce, na tym co ta zmiana wnosi w przypadku branży audio. Rezygnacja z analogowego wyjścia audio to po pierwsze uproszczenie konstrukcji urządzeń (coraz częściej transportów cyfrowych, bez konwersji C/A), eliminacja komponentów odpowiedzialnych za konwersję oraz transmisję sygnału, pewne oszczędności w zakresie zużycia energii oraz pozyskanie większej przestrzeni na dodatkowe sensowy lub/i powiększenie baterii. To przede wszystkim mobilna elektronika, ale zmiany wprowadzane przez UAC 3.0 idą dalej niż tylko wyrugowanie audio jacka. Pozostawiono możliwość transmisji analogowego audio (rezerwacja dwóch pinów w porcie USB-C). Warto podkreślić, że są to zarezerowane, osobne piny, które nie mają wpływu na cyfrową transmisję odbywającą się w kablu i w zamierzeniach to furtka dla tych, którzy chcą w urządzeniu zastosować jakieś dobre jakościowo układy konwersji C/A, względnie dla tych, którzy nie muszą liczyć się z każdym milimetrem, czytaj producentów sprzętu stacjonarnego. To pozostawienie otwartej drogi do transferu danych audio za pośrednictwem kabla USB to próba wprowadzenia nowego, wspólnego standardu okablowania, jednoczesnej rezygnacji z interfejsów o – nazwijmy to – niekomputerowym rodowodzie. Ciekawa sprawa, bo coś czuję, że już zaraz na rynku pojawią się audiofilskie kabelki USB-C i w ogóle branża kablarska z radością pochyli się nad nowymi możliwościami zarobku. Dzisiaj kabel USB w zastosowaniach audio jest tylko jednym z wielu sposobów na transfer i to takim, w którym występuje dodatkowy element tj. DAC. W przypadku nowej specyfikacji przykładowo klasyczne słuchawki, bez żadnej elektroniki zaszytej w muszlach, pilotach etc. będą mogły za pomocą takich kabelków z gniazdkiem USB-C łączyć się ze źródłem (nie transportem). Zachowanie kompatybilności będzie proste, w końcu wiele (większość?) obecnie wprowadzanych na rynek nauszników ma wypinane kable. Trochę inaczej wygląda to w przypadku IEMów, ale tutaj po prostu nastąpi przejście na wtyczkę USB-C, bo dokanałówki to oczywista domena przenośnej elektroniki użytkowej. Niestety, nie będzie mowy o jednolitym rozwiązaniu odnośnie samego gniazda, bo jak wiemy Apple uparło się, że w ich handheldach jest i będzie Lightning, mimo wdrożenia do komputerów (zapewne także nowych linii Maków, które niebawem pojawia się na rynku) standardu USB-C. Podsumowując, nowe USB-C nie wyrzuca definitywnie za burtę analogowego sygnału! Nic bardziej mylnego, bo kompatybilne z UAC / ADC 3.0 urządzenie ma być zdolne do przesyłu sygnału analogowego (choć oczywiście producent może to ograniczyć wedle uznania) za pośrednictwem kabla USB-C.  Natomiast „rozprawia się” z „archaicznym” audio jackiem i – co trudno pominąć – daje zielone światło w pełni cyfrowej transmisji dźwięku z komputerowego transportu, co stanowi jedno z głównych założeń polityki Intela, zachęcającego swoich partnerów do właśnie takiego rozwiązania. Sprzęt komputerowy ma wyprowadzić sygnał audio w domenie cyfrowej, by dalej, w „efektorach” (słuchawki, głośniki oraz przenośne / stacjonarne komponenty systemu audio) dochodziło do konwersji C/A, wzmocnienia sygnału, dodatkowo, wcześniej, ewentualnej obróbki za pośrednictwem DSP. Z powyższych zmian mają pełnymi garściami czerpać nowe kategorie produktów, takie jak: hełmy VR, urządzenia wykorzystujące rzeczywistość rozszerzoną AR, czy elektronika ubieralna…

 

To jedna strona medalu. Druga – nie mniej ważna – to coś, co daje spore pole do popisu producentom, coś co potencjalnie zmienia reguły gry. Tym czymś jest wyszczególniony w specyfikacji MPU (multi-function processing units) – wielozadaniowe procesory (nie bez przyczyny piszę w liczbie mnogiej!), które mają tak naprawdę definiować możliwości nowych „efektorów”, tj. słuchawek cyfrowych (jak to ujmują oficjalne dokumenty USB IF), systemów głośnikowych (czy może systemów strumienowo-nagłaśniajacych, precyzyjniej rzecz ujmując) oraz stacjonarnego sprzętu audio, zgodnego z założeniami nowego standardu. To jest wg. mnie clou, coś co może przekształcić się w główny, rewolucyjny, element nowej specyfikacji, mający wpływ na to w jaki sposób będziemy słuchać muzyki w niedalekiej przyszłości. Oczywiście, nie chodzi tutaj tylko (a może nawet nie przede wszystkim?) o muzykę, a bardziej o adaptatywny, wielofunkcyjny interfejs audio, interfejs zdolny do adaptacji na potrzeby nowych technologii. Sterowanie głosem, cyfrowi asystenci, translacja w czasie rzeczywistym, identyfikacja głosowa, przekształcanie głosu na potrzeby nowych gałęzi usług, elektronicznej rozrywki i wiele innych (już wcale nie takich futurystycznych) funkcjonalności to nowe pole ekspansji branży IT… MPU to taka brama dla zupełnie nowych pomysłów, a dzięki miniaturyzacji i „zaszyciu” w sprzęcie użytkowym audio, otwierająca ogromne rynkowe możliwości. Pozostawiając jednak te, ciekawe, ale dla nas jednak na marginesie, kwestie, to także gotowe pole pod rozbudowane możliwości DSP, korekcji dźwięku w czasie rzeczywistym, adaptacji akustycznej (pomieszczenia – w przypadku głośników, coraz doskonalsze systemy ANC w słuchawkach) oraz – last but not least – jakości dźwięku.

Trzeba uczciwie przyznać – trzymają rękę na pulsie. Nowe produkty Apple odpowiadają dokładnie na specyfikację UAC 3.0. No prawie (zamiast USB-C trzymają się swojego Lightninga)

Takie MPU będą odpowiadać i będą zdolne do natychmiastowej synchronizacji (host – warstwa sprzętowa oraz softwareowa), dzięki czemu nie będziemy niczego konfigurować, sprzęt będzie łączył się całkowicie transparentnie, nie będzie konieczności instalacji sterowników (to wszystko ma się odbywać natychmiast, bez opóźnień, bez koniecznej ingerencji użytkownika), będą przeprowadzać konwersję C/A, przeprowadzać aktywny proces redukcji odgłosów z tła (ANC) przy jak najniższym poziomie opóźnień, eliminować echo (poprawa jakości identyfikacji głosu, patrz wymienione powyżej, nowe zastosowania), stosować w czasie rzeczywistym korekcję EQ, dostosowywać w czasie rzeczywistym pracę mikrofonów, dobierać poziom wzmocnienia (cyfrowe wzmocnienie sygnału, sterowane za pomocą MPU), dobierać parametry pracy w zależności od okoliczności oraz ustawień aplikacji (te audio będą tylko jednymi z wielu, które – kompatybilne z nowym UAC / ADC – przejmą kontrolę nad dźwiękiem). Programowalne w pełni wzmacniacze i przedwzmacniacze to kolejny element zaimplementowany w nowe kości MPU- to coś, co do tej pory, w tradycyjnej formie, występowało w sprzęcie komputerowym, teraz zaś będzie coraz częściej występować w „efektorach”. W przypadku słuchawek, które poza modelami bezprzewodowymi, wolne były od procesorów, oznacza to gigantyczne zmiany w konstrukcji i sposobie działania. Pamiętacie zapowiedź „ucyfrowionych” Audeze LCD, o której pisałem niedawno? iLCD-3… już widzę producentów, na wyścigi wprowadzających nowe („nowe”) produkty, zgodne z nowymi wytycznymi. Akurat w przypadku Amerykanów chodzi o produkt zgodny z nową elektroniką Apple, ale ta choć nie na poziomie złącz, nawiązuje w założeniach do tego co napisałem powyżej. Taka drobna dygresja – nowe AirPodsy, nowe Beatsy to właśnie co do kropki i przecinka realizacja założeń nowego standardu: układ W1, który przejmuje rolę „menagera audio”: konwertuje, steruje, wzmacnia, komunikuje. Tak to właśnie będzie teraz wyglądać!

Mhm, coś już na temat nowych formatów kompresji wiemy z powyższego schematu, niestety dokumentacji opisującej co i jak USB IF na te chwilę nie opublikowało :(

Warto przy okazji zwrócić uwagę na nowe formaty kompresji (USB Audio Type-III oraz Type-IV), przy zachowanej zgodności z ADC 1.0 oraz 2.0 (ważne, bo w przeciwnym razie nowego komputera czy telefonu, zgodnego z UAC 3.0 nie dałoby się podpiąć pod jakiegokolwiek DACa). Niestety na razie USB IF nie opublikował podobnego do tego, podanego w linku powyżej, dokumentu opisującego nowe formaty kompresji. Nie wiemy zatem co nowego kryją w sobie nowe typy kompresji (można założyć, że będą to kodeki stereo, jak i wielokanałowe, stratne jak i bezstratne). Mam nadzieję, że niebawem doczekamy się stosownej dokumentacji i będzie można zobaczyć jak duży progres się tutaj dokonał (poprzednia standaryzacja to 1998 rok!). Jest sporo nowych, skuteczniejszych metod kompresji, gwarantujących zachowanie dobrej jakości dźwięku, przy niewielkim zapotrzebowaniu na pasmo (dobrym przykładem najnowszych opracowań w tym zakresie będzie MQA, ale w praktyce jest całkiem sporo metod doskonalszych od tych z przełomu wieków, które dają dużo lepsze rezultaty). Co nas zatem czeka? Na pewno nowe metody kompresji dokonywanej w czasie rzeczywistym w oparciu o najnowsze kodeki, nowe rozwiązania z zakresu dźwięku przestrzennego. Pozostanie PCM (to pewne). Poza tym możemy liczyć na nowe tryby oszczędzania energii (auto wyłączanie / usypianie, przy czym ma to być realizowane znacznie lepiej niż dotychczas) oraz kompatybilność z BAAD (basic audio device definition) 3.0, co oznacza zarówno profile oszczędzające energię (znak czasów), jak i instrukcje związane z zarządzaniem różnorodnego sprzętu audio (to ważne, bo przecież wszystko ma się dogadywać bez naszego udziału, albo z minimalnym udziałem użytkownika).

Sumując, duże zmiany, największe w historii komputerowego audio. Lepsze parametry transmisji (przepustowość) wraz z niższym poziomem opóźnień (to jedna z cech nowego interfejsu USB 3.1) z możliwością wykorzystania rozwiązań całkowicie pozbawionych jittera (praktycznie zerowe opóźnienia czasowe) w rodzaju Thunderbolta (3.0). Przepustowość rzędu 40 Gbps (8x wyższa od tej, jaką oferuje USB3.0) nie jest w aplikacjach audio aż tak istotna, natomiast założenia samego interfejsu (połączenie point-to-point, brak potencjalnych interferencji jak w przypadku magistrali USB) mogą przynieść wymierne korzyści. Tylko od producentów komputerów będzie zależało, czy wprowadzą nowe rozwiązanie w swoich produktach. Patrząc na nowe ultraboobki (HP, Dell) z gniazdem USB-C widzę, że na szczęście Thunderbolt staje się standardowym elementem wyposażenia. Innymi słowy, nie będzie to coś zarezerwowane dla komputerów z logiem jabłka. W niektórych aplikacjach przyda się 15W jakie będzie w stanie dostarczyć gniazdo – właściwie każdy zewnętrzny interfejs audio wyposażony we wspomniane MPU będzie mógł obyć się bez własnego zasilania. Rzecz jasna niektórzy producenci będą oferować sprzęt audio z własnym zasilaniem (poza tym Thunderbolt nadal pozostanie rozwiązaniem niszowym w stosunku do USB, ale -być może- wreszcie zauważonym przez branżę domowego audio), z sieci czy z akumulatora, szczególnie w zakresie droższych konstrukcji, nikt z tego nie będzie rezygnował, nawet gdyby energetycznie interfejs w transporcie gwarantował możliwość zasilania podpiętego sprzętu. Zgodność z UAC/ADC 3.0 to coś, co w przypadku mobilnego audio oznacza prawdziwą rewolucję. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Powyżej dokładnie opisałem dlaczego przenośne rozwiązania zgodne z nową specyfikacją całkowicie się zmienią – chodzi nie tylko o zmiany konstrukcyjne, związane z wprowadzeniem wielofunkcyjnych procesorów, ale także zmiany funkcjonalne, rozszerzenie możliwości słuchawek, głośników…

Gdyby tak w każdym nowym laptopie to było… niestety raczej będzie to rozwiązanie zarezerowane dla droższych modeli, ale – wreszcie – jako standardowe wyposażenie, a nie tylko jako ciekawostka

W kontekście stacjonarnego HiFi, opartego na komputerze, streamerze wpływ nowej specyfikacji należy spojrzeć na nowy standard dwojako: w przypadku „klasycznych” systemów może oznaczać wprowadzenie nowego typu złącza, które będzie mogło służyć do transferu danych po konwersji C/A, albo w roli transportu takich, które mają dopiero zostać przekształcone w sygnał analogowy (np. w kolumnach), dodatkowo sygnał zostanie wzmocniony (dominacja klasy D wśród wzmacniaczy wydaje się pewna… patrz zapowiedź nowej linii integr NADa) oraz – nierzadko poddany dodatkowemu działaniu DSP przy rezygnacji z klasycznych filtrów. Dodatkowo wobec implementacji SPDIF można spodziewać się rezygnacji, czy może to właściwsze słowo – ujednolicenia złącz cyfrowych (ale to zapewne pieśń przyszłości). Druga sprawa to nowe metody kompresji… tu trzeba poczekać na oficjalną dokumentację (zapewne pojawią się rozwiązania stosowane obecnie, pytanie jakie konkretnie?). Wreszcie nowy standard oznacza, że muzyka stanie się czymś egzystującym w zupełnie nowych urządzeniach audio – mam tu na myśli podobne do googleowego Home, czy amazonowego Echo, systemy integrujące audio z zaawansowanym interfejsem głosowym oraz elementami AI. To nie przypadek i – choć mówimy w przypadku wspomnianych gigantów IT o czymś, co granie muzyki ma zaimplementowane jako atrakcyjny dodatek, a możliwości brzmieniowe są/będą na poziomie taniego, budżetowego, bezdrutowego głośnika. Właśnie takie rzeczy, w ramach inteligentnego domostwa, będą coraz częściej „atakować” branżę audio. To nie przypadek, że interfejs głosowy, rozpoznawanie mowy, wielofunkcyjne procesory stanowią nieodłączną cześć nowej specyfikacji USB Audio. To nie jest przypadek.

 

Idzie nowe…