LogowanieZarejestruj się
News

Testujemy nowego Matriksa Mini-i Pro 2! Krótko: Wow!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20161201_094713980_iOS

Przyjechał i od razu podpięliśmy klamota. Nowy Mini-i jest naprawdę nowy. Zmienili w nim niemal WSZYSTKO w stosunku do przetestowanych u nas modeli (patrz: pierwsza generacja, model bez pro i z pro drugiej generacjiwreszcie wersję AD 2015). To nie tylko zupełnie nowa obudowa, ale przede wszystkim znaczące rozszerzenie możliwości o bezprzewodowy link Bluetooth z obsługą kodeka aptX. Właśnie gram bardzo dobry jakościowo materiał (studio mastery, param. 24/96) z MacBooka z wymuszoną obsługą aptX-a (patrz nasz opis Bluetooth Explorer) i powiem tak… o cholera jasna, jak to dobrze, baaaardzo dobrze brzmi. Nie odczuwam tego, co zazwyczaj towarzyszy transmisji tego typu – dźwięk bywa wyprany, płaski, bez „planktonu”, często z cyfrowym nalotem, którego tak nie znosimy. Tutaj w ogóle nie ma o tym mowy. Rewelacja!

To chyba najlepsze granie via BT jakie do tej pory miałem okazję posłuchać. Ten link staje się wg. mnie pełnoprawnym (mimo nadal stratnej kompresji, choć parametry takiego streamingu są zbliżone do strumieniowania bezstratnego, co więcej od paru miesięcy mamy na rynku wariant aptX-a z magicznymi literkami HD… nadal stratny, żeby nie było niedomówień ;-) ) źródłem, na równi z pozostałymi interfejsami. Oczywiście USB daje nam największe możliwości, jest najlepszym jakościowo wyborem i nie ma tutaj nad czym deliberować, ale pojawienie się takiego, bezprzewodowego rozwiązania, bardzo cieszy. W końcu można słuchać muzyki na wysokim poziomie korzystając z sinozębnego! To gdzie kryje się sekret? W module, w całym torze nowego Matriksa się kryje oraz w parametrach transmisji (znacząca redukcja opóźnień >20ms, przy wcześniejszych 50-100ms… to jeden, z moim zdaniem, krytycznych parametrów mający wpływ na jakość brzmienia, dużo wyższy bitrate, dodatkowo stabilniejsza praca interfejsu). W galerii poniżej zrzuty z opisem, dobrze widać jak to pięknie śmiga. Jednym słowem:

Wow!

No dobrze, to po co bitperfect, po co cyzelowanie systemu, pod kątem uzyskania pełnej koszerności, zapytacie? No, cóż, dla kogoś kto ma fioła na punkcie jakości dźwięku sprawa jest oczywista. Bo nadal można bardziej, bardziej lepiej. USB w Pro 2 to brama do bezkompromisowości. Co prawda DAC w Matriksie to stary znajomy (ESS 9016), ale cała reszta toru przeszła gruntowne odświeżenie. Wzmacniacz słuchawkowy dysponuje dużo lepszymi parametrami i dokładnie przemagluję wyjście słuchawkowe podpinając LCD-3, HE-400 oraz K701 i HD650. Będzie konkret. Sprawdzimy te bardzo różne, niekoniecznie łatwe (AKG) do napędzenia nauszniki – tu faktycznie producent miał sporo do zrobienia, bo wyjścia słuchawkowe w Mini-i były dobre, ale daleko im było do poziomu oferowanego przez wyspecjalizowane wzmacniacze słuchawkowe. O wszystkich różnicach, o tym jaki przyniosły efekt, przeczytacie we właściwiej recenzji. Powiem tylko, aby zaostrzyć apetyty, że tak rozbudowanego menu konfiguracyjnego mogą temu klamotowi pozazdrościć znacznie droższe urządzenia (znamy to już z poprzedników, ale tutaj jeszcze bardziej to rozbudowano). Możliwości modyfikacji pracy urządzenia sporo, przy czym sama podstawowa obsługa jest prosta jak budowa cepa i jak chcemy żeby „po prostu grało”, to po prostu gra.

Fajnie, że automatyka pozwala na bezkonfiguracyjny scenariusz obsługi, działa bardzo sprawnie, a oprogramowanie modułu BT to wg. mnie coś, co wymaga specjalnego wyróżnienia. Sprzęt dopasowuje pracę w zależności od źródła, przy czym robi to natychmiastowo (z BT czasami naprawdę można osiwieć, każdy to zapewne przerabiał) i poprzez ciągłe dopasowanie transmisji możemy liczyć na stabilną (jak skała) pracę. Myślałem, że takie coś możliwe jest generalnie tylko w przypadku WiFi… cóż, BT też może grać bezproblemowo. Pilota znamy z poprzednich testów, to ładny, zaprojektowany dla Matriksów (a nie brany z worka) częściowo metalowy sterownik. Wyświetlacz jest super czytelny, pokazuje źródło, pokazuje parametry transmisji. gdyby jeszcze dioda (oczywiście jaskrawoniebieska) nie dawała w tak radykalny sposób znać o sobie to byłoby bez żadnych „ale”.

Tak czy inaczej, nowy Mini-i prezentuje się świetnie, to kompaktowy DAC/AMP, mogący pracować zarówno ze stałym poziomiem wzmocnienia, jak i jako pre-amp. Właśnie może być przedwzmacniaczem i od tej generacji producent idzie za ciosem proponując końcówkę mocy, dopasowaną wielkością, pracującą w klasie D, z możliwością wykorzystania w trybie stereo (RCA) lub mono (łączymy z Mini-i Pro 2 via XLR). Można stworzyć kompaktowy, kompletny system w oparciu o te produkty. Na razie rodzimy dystrybutor nie planuje wprowadzenie końcówki do sprzedaży, chętni muszą skorzystać z własnego importu.

To, na marginesie, nie koniec nowości zaprezentowanych ostatnio przez Matrix Audio. Nowy flagowiec (patrz test X-Sabre PRO), czytaj nowy X-Sabre Pro właśnie ma swoją premierę i… tu także wprowadzono zasadnicze zmiany. O tym co się zmieniło we flagowcu przeczytacie niebawem. Wyraźnie widać z powyższego, że producent postanowił wprowadzić zupełnie nowe konstrukcje, zastępując poprzedników czymś naprawdę nowym, a nie w niewielkim stopniu zmodernizowanymi „ale to już było” klamotami, jak to się często, gęsto dzieje. Sumując pierwsze wrażenia: apetyt bardzo zaostrzony, już po pierwszych odsłuchach, po pierwszym kontakcie. Wraz z naszymi redakcyjnymi nEar-ami (aktywne monitory studyjne) w opcji zbalansowanej, ten Mini-i Pro 2 tworzy audio system i to tak na bardzo serio. Mniam. W instrukcji wspominają, że źródłem USB dla nowego modelu może być bezproblemowo androidowy albo na iOSie handheld. Sprawdzę czy tak jest w istocie, podpinając Neksusa oraz iPada do klamota. Oczywiście komputery via USB zagrają za pośrednictwem Roona. Sprawdzę dokładnie zachowanie testowanego DACa z materiałem DSD (który grany jest w trybie DoP z każdego wejścia cyfrowego, pomijając rzecz jasna samo BT).

Zabieram się do testowania zatem…

Rozbudowana galeria z opisem poniżej:

» Czytaj dalej

O Meze Classics 99 opinia, o słuchawkach mobilnych z Rumunii

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Meze 99 full

Rynek słuchawkowy prężnie nam się rozwija, poza firmami od zawsze, specjalistami z branży (ale niekoniecznie słuchawkowej – dzisiaj w ofercie zwyczajnie muszą się one pojawić, muszą), mamy wysyp beniaminków, producentów zupełnie nieznanych, często nieznanych z bardzo prostego powodu. Bo młodych, bo dopiero startujących (tak, tak wszelkie croudfundingi, startupy itp sprawy), bez doświadczenia, bez zaplecza… wielu z nich pojawia się szybko i jeszcze szybciej znika, niektórzy to zwykli hochsztaplerzy, wiele w tym kitu i bujdy na resorach, ale są też tacy, którzy nie tylko zasługują na uwagę, ale wręcz od razu, z miejsca rzucają wyzwanie tym doświadczonym i utytułowanym.

HD-Opinie jest miejscem, gdzie chętnie opisujemy nowe, nieznane, albo po prostu nie popularne (nie przebijające się do mainstreamu) rzeczy. Już niebawem przeczytacie o sprzęcie Mass Fidelity, będzie też zupełnie nieznany pomysłodawca oryginalnie zaprojektowanych słuchawek, a w niniejszym artykule skupimy się na kimś, kto już jest rozpoznawalny, ma dobre opinie, ale nadal jest beniaminkiem, od niedawana funkcjonuje na rynku. Chodzi o rumuńskiego producenta Meze, firmę która zaskoczyła pozytywnie, wprowadzając (od razu atakując trudny, wymagający segment mobilnych nauszników klasy premium) tytułowe Meze Classics 99. Przenośne słuchawki do słuchania nie tylko na wynos, wykonane z wielką starannością, z odpowiednią dbałością o szczegóły, z wykorzystaniem naturalnych materiałów (żadne tam plastiki – stal, drewno, skóra… wróć, tu eko, czyli syntetyk jednak), do tego wycenionych poniżej poziomu, za jaki wołają zachodni konkurenci. Przy czym należy pamiętać, że to bardziej projekt plastyczny, przetworniki są chińskie, a Meze wcześniej zwyczajnie rebrandował produkty z Państwa Środka, względnie zamawiał coś i poddawał modyfikacjom, przyklejając następnie swoją naklejkę. Opisane 99 to coś znacznie ambitniejszego (no naklejenie nazwy firmy na coś nie swojego, trudno uznać za przejaw jakiejkolwiek ambicji) i można powiedzieć, że to pierwszy „ich” produkt. To tyle, gwoli ścisłości.

Na sieci możemy znaleźć sporo opinii na temat tych słuchawek. Czytałem większość z nich, postanowiłem skonfrontować to, co napisano o 99-kach z własnym osądem, opinią, jednocześnie sprawdzając, czy te nauszniki mogą sprostać wymogom grania w domowych pieleszach. Podpinanie pod lampowy wzmacniacz, granie z integry, podpięcie pod stacjonarną, tranzystorową amplifikację słuchawkową było ważną składową testu. Oczywiście nie zapomniałem o scenariuszu na wynos, który w przypadku takich, lekkich, zamkniętych konstrukcjach stanowi główne zastosowanie dla produktu, jakie przewidzieli twórcy, ale jw. chciałem sprawdzić czy można je potraktować jako w pełni uniwersalny model…Tak, zadam to pytanie: czy za cenę 1500 złotych można zamknąć temat poszukiwania słuchawek i skoncentrować się na czymś innym, niż wydawanie pieniędzy na kolejne nauszniki?

Przed właściwą lekturą testu zachęcam do przeczytania naszych pierwszych wrażeń, bo te… nie zdezaktualizowały się, a wręcz przeciwnie, opinia na temat nauszników jest tylko pogłębiona, ale w wymowie zbliżona do tej z końcówki sierpnia. Słuchałem grubo ponad miesiąc intensywnie (także te kilkaset godzin pewnie na liczniku stuknęło) i cóż… słuchawki potwierdziły swoje niemałe kompetencje w zakresie brzmieniowym, ponadto okazały się solidną konstrukcją, wytrzymującą intensywną eksploatację (sporo podróżowałem).

 

 

» Czytaj dalej

Nowy M-Stage w testach! Matrix HPA-2C na tapecie

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20161110_131133367_iOS

Właśnie przyfrunął. Nowy M-Stage, pierwotnie jeden z najlepszych klonów Lehmanna  (niemieckie, wysokiej klasy, słuchawkowe ampy), teraz w nowej odsłonie z obsługującym (prawie) wszystko, co popadnie, dakiem USB. Zamiast kątów prostych, obłości, zmiany konstrukcyjne spore, funkcjonalność dokładnie taka, jaką ten sprzęt oferował poprzednio, czyli konkretnie: komputer, wzmacniaczo-dak, słuchawki i gramy. Jakiś czas temu zrecenzowaliśmy M-Stage’a HPA-3U oraz wcześniejszą generację i oba wzmacniacze bardzo przypadły nam do gustu. Wtedy jednak nie było możliwości sprawdzić jak sobie skrzynki radzą z większym arsenałem słuchawek. Tym razem będzie inaczej, to znaczy będzie szeroko – tytułowy dakoamp zagra w tandemie z LCD-3, HE-400, AKG 701, H650 oraz NAD HP50 (zmod., do odsłuchu stacjonarnego). Do tego dojdą naszunice mobilne, takie jak Momentum 1 i 2 generacji oraz – aby przekonać się, czy warto – IEMy.

Nowy HPA ma wygodną przeplotkę, można zatem śmiało integrować go w głównym torze z jakimś analogowo podpiętym źródłem. Oczywiście numerem jeden jest tutaj wejście USB, które oparto na najnowszym układzie programowalnym XMOS U (interfejs) oraz kości DAC od CirrusLogic-a CS4298. Mamy zatem wsparcie dla PCM 24/192 oraz obsługę DSD 64/128. To ostatnie obsługiwane zarówno w trybie DoP jak i natywnie w ASIO. Dodatkowo będzie można grać z bezpośrednio podpiętego pod cyfrowe wejście handhelda. Rzecz jasna nie omieszkam sprawdzić pod iOSem (z odtwarzaczem softwareowym Onko HF Player – będzie można zobaczyć dokładnie parametry transmisji oraz obsługę plików DSD). Jak wspominałem we wpisie parę miesięcy temu (kiedy C jak Classic wchodził na rynek), jest to tańszy model od HPA-3, co ciekawe z bardziej rozbudowaną funkcją grania DSD (układ Texas Instruments z trójki nie ma takich możliwości co Cirrus). Jest tańszy, a ten element stoi tutaj na wyższym poziomie. Rzecz jasna DSD sobie też odtworzymy, z przyjemnością sprawdzę jak wypadną własne rip-y winyli wykonane via AudioGate na Korgu 10R… poza tym sprawdzimy, tryb native AISO na PC.

W środku dobrze znane, wysokiej jakości komponenty. Mamy potencjometr oparty na ALPSie (27), kondki WIMA/Nichicon, mamy solidne trafo w typowej dla Matriksa, monolitycznej, błękitnej obudowie. Sprawdzę jak sobie radzi podpięty pod Makówkę, jak i pod laptopa z Windowsem, zobaczę jak dobrze sprawuje się w roli prostego przedwzmacniacza w stacjonarnym torze… podepnę redakcyjny odtwarzacz płyt kompaktowych. To, co najważniejsze, czytaj jakość dźwięku na słuchawkach skonfrontujemy z naszym M1HPA od Musical Fidelity. Zobaczymy też jak wbudowany DAC wypadnie w porównaniu z podłączonym analogowo HA-2 Oppo, opartym na kości ESS Sabre. Sprzęt kosztuje w Polsce 1350 złotych, a poza opisywanym urządzeniem, w ofercie jest jeszcze zbalansowana wersja HPA-3B, którą też spróbuję niebawem przetestować. Poniżej galeria przedstawiająca HPA-2C jeszcze przed podpięciem do czegokolwiek. Wzmacniacz teraz się wygrzewa, zacznę testowanie jutro wieczorem, wtedy też spodziewajcie się publikacji artykułu o bezprzewodowym DACu Audioengine D2 :)

» Czytaj dalej

Konkurs, do wygrania doki Brainwavz Omega. Nasza krótka opinia nt. IEMów

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Omegax3

Mieliśmy parę konkursów w tym roku (były dwukrotnie Pylony do wygrania, były Chromecasty Audio), czas na kolejny. Tym razem nagrodę w konkursie stanowią dokanałówki Braniwavz Omega – najtańsze w ofercie IEMy, które wyróżnia solidna, metalowa obudowa, dołączone pianki Comply (bardzo wygodne, samodopasowujące się do anatomii, do tego świetnie trzymają w uszach słuchawkę) oraz obsługa TRRS (pilot z mikrofonem, obsługa zarówno pod iOS jak w Androidzie). Można zatem potraktować je, jako zamiennik dla słuchawek dołączanych do kompletu z telefonem. To, jak wspomniałem to najtańsze IEMy w ofercie producenta, kosztujące zaledwie 49 złotych. Czego zatem można spodziewać się po takich tanich dokach, zapytacie…

Doki po całości

To dokanałówki, które na pewno nie wystrzelą Was w stratosferę swoimi kompetencjami brzmieniowymi. Biorąc pod uwagę cenę i konfrontując ją z wykonaniem, akcesoriami, możliwościami (sprawdziłem na Neksusie i sterowanie głośnością zadziałało bezproblemowo, w przypadku Jabłek pełne MFI) to coś, co wybija się ponad przeciętność (dobre słowo), stanowi dobrą alternatywę dla wszystkich bardzo tanich i (właśnie) dołączanych do kompletu ze smartfonem słuchawek. Kabelek sam z siebie rzecz jasna niemiłosiernie się plącze, ale nie zapominano o takim, wygodnym dodatku jak klips (jest w komplecie), co pozwala uniknąć splątania i ułatwia codzienne użytkowanie. Dołączone gumki warto od razu zamienić na wspomniane pianki (pewniejsze dokowanie w uszach, większa wygoda – to bardzo komfortowa aplikacja, dźwięk), mikrofon niestety nie daje satysfakcji przy prowadzeniu konwersacji (jakość rozmów jest słaba), natomiast sterowanie odtwarzaniem całkiem wygodne i precyzyjne (wklęsłe przyciski + / – i wypustka na play/pauza), do tego kątowy audio jacek ułatwia wpięcie i utrudnia samowolne wypięcie wtyczki ze smartfona / tabletu. Kabelek ma typowe (dla mobilnych słuchawek) 1.2 metra, przy czym producent mówi że druty są miedziane (przewód „na igreku” jest baaardzo cienki, bardzo), a Jacek szczerozłoty ;-) Dynamiczne, 6 mm przetworniki oferują niezbyt selektywne brzmienie, z dość nisko osadzonym, wyraźnym basem (przewalony? Nie, tak bym tego nie nazwał, na granicy, ale bez natarczywego epatowania), raczej płaskie granie, dźwięk wyraźnie umiejscowiony w głowie. Czyli kiepsko? To zależy do czego porównujemy. Nie ma sensu zestawiać Omeg z redakcyjnymi Momentum in-Ear, bo to zupełnie inna klasa, ale w porównaniu ze słuchawkami wyciągniętymi z pudełka od telefonu (także EarPodsami, choć tutaj standardowe IEMy Apple, w kontekście brzmienia mogą konkurować z tytułowymi dokami) to rzecz warta uwagi, która w wielu wypadkach przyniesie poprawę brzmienia. W przypadku repertuaru gdzie może zasyczeć, zasyczy. Dla zwolenników rocka będzie to niezgorszy wybór, będą zadowoleni, to samo wyznawcy elektronicznego brzmienia. Sytuację, jak wspomniałem, poprawia (nie tylko w zakresie ergonomii) wymiana silikonowych wkładów na Comply. Korzystam z takowych pianek na wspomnianych Momentum i po ich przełożeniu zauważyłem, że dźwięk się poprawił (przy czym na senkowych silikonach był już bardzo dobry). W Omegach podobnie, poprawa. Ciekawe, czy ten progres skłonił producenta do dołączenia kompletu dodatkowych aplikacji do pudełka? Tak, czy inaczej po zmianie, dźwięk nabrał wyrazu, stał się bardziej angażujący, lepszy – nie ma tej wspomnianej szklistości, natarczywości. Słowem nie warto zawracać sobie głowy fabrycznymi wkładkami, najlepiej od razu zamontować wspomniane pianki. Szczerze polecam (w ogóle, szczerze polecam korzystać z Comply – jak macie jakieś niezłe IEMy to może się okazać, że są jeszcze bardziej niezłe, po aplikacji pianek). Patrząc zaś całościowo, za czterdzieści dziewięć złotych polskich taki produkt ma rację bytu i – obiektywnie – mało który producent zawraca sobie głowę takimi szczegółami odnośnie wykonania, wyposażenia, akcesoriów (jak Brainwavz) w tym budżecie.

Na bogato, w opcji niskobudżetowej

AKTUALIZACJA: Gratulujemy Michałowi oraz Piotrowi z Warszawy i Joasi z Gostynia

No dobrze, opinia była, a konkurs?

Konkurs będzie tym razem niezbyt skomplikowany, choć (tradycyjnie) wymagający znalezienia pewnych informacji, które publikowaliśmy na łamach. Aby wziąć udział w losowaniu trzech pudełek z Omegami w środku, wygrać jeden z boksów z IEMami, trzeba odpowiedzieć na dwa, złożone ;-) bardzo proste pytania:

1) Jaki produkt Brainwavz przetestowaliśmy na HDO i który z gatunków muzycznych nas nie zachwycił, słuchany na nim?

2) Parę dni przed publikacją recenzji Brainwavz pojawił się na łamach HDO podwójny test dwóch produktów „za tysiąc”. O jakie produkty chodzi i który otrzymał znaczek, a który znaczka nie otrzymał i dlaczego nie?

Czekają

Na odpowiedzi czekamy do końca miesiąca, odpowiedzi ślemy na nasz redakcyjny mail (antoni.wozniak_na_hd-opinie.pl). Losowanie w pierwszej połowie listopada (przed, albo po AVS ;-) ). A i jeszcze jedno: niewykluczone, że w tym roku jeszcze coś się uda zorganizować odnośnie konkursów, czekam na konkrety, może będzie coś ekstra @ ”*”

Fundatorem nagrody jest dystrybutor marki Brainwavz, firma Audiomagic.

Metalowe obudowy, zgrabny i funkcjonalny (no, gdyby nie najlepszy mikrofon…) pilot

 

iPhone 7 Jet Black: parę słów o audio w kontekście nowych iPhonów

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
apple logos

Apple widzi świat audio, definiuje go, przez pryzmat swoich produktów oraz usług. To zrozumiałe, ale jest w tym podejściu pewien haczyk… firma nie uwzględnia w swoich zamierzeniach, rachubach tego, co dla wielu słuchających na co dzień muzyki stanowi istotny element, element którego się nie pomija. Chodzi o jakość brzmienia, dążenie do uzyskania jak najlepszego dźwięku. Ktoś powie – nisza, ludzie słuchają z YouTube (to nadal najpopularniejszy serwis …muzyczny na świecie), ogólnie zmienia się sposób konsumowania muzyki na taki, który z założenia inaczej akcentuje co ważne, a co nie (mobilne słuchanie, playlisty pod określoną aktywność, czytaj ma grać coś tam w tle). Apple oferuje masowe produkty, patrzy przez pryzmat setek milionów konsumentów i cóż – firmie wyraźnie nie zależy, by ścigać się z konkurencją w zakresie jakościowym. Widać to wyraźnie, gdy popatrzymy na zmiany (czy raczej ich brak) w kramiku, w iTunes Store, w oprogramowaniu, w serwisie streamingowym Apple Music. Wszystko jest podporządkowane kwestiom integracji w ekosystemie, formie (nie treści), kolejnym (dla mnie – powiem szczerze – niezbyt zrozumiałym) zmianom interfejsów, sposobów komunikacji oraz prezentacji tego, co Apple oferuje w zakresie muzyki. Muzyka jest tutaj tylko towarem, nie stanowi wartości samej w sobie, ma po prostu dobrze sprzedać to, co dla Apple najistotniejsze z biznesowego punktu widzenia. Nie mam o to pretensji, rozumiem takie postępowanie, natomiast dla mnie osobiście to coś, z czym trudno się identyfikować. Mastered for iTunes wiosny nie czyni, Apple nadal chce sprzedać nam stratne pliki, czasami w cenie zbliżonej do fizycznego nośnika, dodatkowo nie oferując żadnych, dodatkowych (aż się prosi) benefitów. Ktoś, kto ma nieograniczone możliwości, ktoś kto może mieć każdego artystę w katalogu, mógłby… Zamknięcie Connect (usługi, będącej odpowiednikiem muzycznego tweetera, służącej do komunikacji twórców z fanami), brak jakichkolwiek zmian w zakresie oferty jakościowej, brak wprowadzenia nowych, atrakcyjnych form obcowania z muzyką (co można i jak wiele można w tym zakresie zrobić pokazuje Roon), skupienie się na kwestiach dopasowania audio by Apple do zmian w hardware, software i dalej w ekosystemie są mocno symptomatyczne. Dlatego nie dziwi mnie to, że nowe produkty oferują to, co oferują w zakresie „obsługiwania muzyki”.

Popatrzmy zatem: Apple TV czwartej generacji bez cyfrowego wyjścia audio, nowe iPhone pozbawione audio jacka z… (o tym poniżej), nowe AirPodsy będące bezdrutowymi EarPodsami w praktyce, mające de facto być przede wszystkim interfejsem dla Siri, gdzie dźwięk wcale nie jest w centrum uwagi, prawdopodobne usunięcie złącz dedykowanych audio w innych produktach (komputery, tablety, firmowe routery) to wszystko dowodzi, że coś, co „było w sercu” Apple – audio – firmy, która zmieniła całą branżę wraz z iPodem (który to też niebawem straci rację bytu, bo po pierwsze Apple Music, po po drugie kluczowy dla firmy, własny smartwatch i wreszcie po trzecie stała erozja sprzedaży) i iTunes, teraz stanowi niekoniecznie kluczowy, niekoniecznie bardzo istotny element oferty. Być może nowy inteligentny głośnik Apple podobny do amazonowego Echo, czy ostatnio pokazanego produktu Google będzie przypieczętowaniem tego, co napisałem powyżej. Interfejs dla własnych usług, sklepów, integracja z domem, połączenie AI z komendami głosowymi (Siri) plus jakieś dźwięki w tle (tak, o muzyce wspominam właśnie, jako o czymś w tle) to będzie swoiste podsumowanie nowego etapu i zaszeregowanie audio do jednej z licznych, niekoniecznie najistotniejszych funkcji/usług. Głośnik? Ano głośnik, ale nie (przede wszystkim) głośnik audio, a głośnik interfejs właśnie. Nowe Beatsy, już bez kabli, wpisują się w ten trend – w końcu Apple nie wprowadziło i zdaje się nie ma zamiaru wprowadzić lepszego jakościowo brzmienia via Bluetooth, korzystając nadal z kodeka AAC (dodatkowo, przy zachowawczych parametrach transmisji), podczas gdy na rynku mamy nie tylko dużo bardziej zaawansowany aptX, ale (od kilkunastu tygodni) także jego wariant „hi-res” tj. aptX HD. I – żeby nie było wątpliwości – mówimy o softwarze, o kodeku, o czymś co można w każdej chwili (albo nie – jak widać) zaimplementować do swoich produktów (w OS). Wspominałem niedawno o wymuszeniu działania wspomnianego kodeka via BT Explorer  (nadal oferującego stratną jakość, ale nie dość, że parametrami transmisji vide bitrate zbliżonym do bezstratnego transferu, to dodatkowo redukującego piętę achillesową sinozębnego interfejsu tzn. opóźnienia) na macOSie. To jest właśnie to, o czym napisałem przed chwilą. Apple nie jest zainteresowane lepszym jakościowo audio, bo nawet w swoich komputerach nie daje w sposób łatwy zmienić jakości via BT (trzeba do tego dodatkowego narzędzia i trzeba rzecz na sztywno wymusić w systemie), jednocześnie jednoznacznie optując za światem bez kabli. Pozostaje podstawowy profil SBC, który oferuje najgorsze parametry, bardzo poważnie wpływa na to, co dotrze do naszych uszu. Apple świadomie według mnie niczego tu nie zmienia. W iTunes nadal jest AAC (z maksymalnym bitrate na poziomie 256kbps), w komputerach jw. nadal korzystamy z podstawowego trybu transmisji dźwięku, iOSa nie wyposażono w alternatywny kodek, gwarantujący lepszą jakość. Więcej… AirPlay nie jest bitperfect (i nie będzie, bo i po co miałby być?), własne produkty nie są i raczej nie będą wychodzić poza ten schemat (MQA? Według mnie bez szans, ALAC w iTunes – po co? Własne bezstratne strumienie… cóż, nie ma o czym mówić), a takie iTunes przekształca się z software katalogującego zbiory z płyt (fizycznego nośnika, gdzie mamy bezstratny zapis) w miejsce integrujące stratne strumienie (Apple Music, iTunes Match), właściwie w obecnej formie to oprogramowanie uniemożliwia budowę swojej (opartej na własnych zbiorach, w tym na zgranych do plików płytach) kolekcji. Ma być to, co oferuje samo Apple. Nawigacja, porządkowanie zbiorów, wyszukiwanie – kiedyś to działało, a dzisiaj… ekhmm.

No dobrze, a teraz konkretnie, bo biadolę, biadolę, a o nowym iPhone miało być i o tym, co nam przynosi usunięcie audio jacka. Po pierwsze dołączone do iPhone akcesoria „do słuchania” są właśnie dla osób, które nie zwracają specjalnie uwagi na aspekt jakościowy. To ma grać, a jak to już nie robi jakiejś zasadniczej różnicy. Przejściówka ma negatywny wpływ na brzmienie, gdy podepniemy coś lepszego od – umownie – EarPodsów (tych na jacku, a nie dołączonych z Lightningiem na końcu). Cudów nie ma. Elektronika jaką zastosowano w adapterze to nie jest coś, czym można by się – mówiąc delikatni – chwalić. Do tego dochodzi kwestia wzmocnienia sygnału. Cudów nie ma. Ten element należy traktować awaryjnie, w takim sensie, że jak już jakieś przewodowe słuchawki na jacku będziemy chcieli pożenić z nowym iPhonem to proszę – możemy, ale zaraz przyjdzie nam ochota na wspomniany na naszym profilu, zewnętrzny przetwornik/wzmacniacz. Nie ma też sensu podpinać słuchawek trudniejszych do wysterowania, co – przy oczywistych ograniczeniach wynikających z ograniczeń tego, co montowano wcześniej na płycie głównej smartfona – można było uskuteczniać w przypadku wcześniejszych modeli iPhonów. Podpinałem HiFiMANy, podpinałem Audeze, niemobilne AKG czy Senki i można było z iPhone grać, w przypadku rzeczonej przejściówki nie jest to sensowne rozwiązanie, ten adapter jw. to awaryjna opcja i to pod łatwe do wysterowania, mobilne słuchawki.

Ktoś to (adapter) w Niemczech już nawet pomierzył. Buchse = audio jacek. Jak widać, wypada gorzej od dziurki w iPhone 6s / iPadzie Air 2 (tu całość)

To co zrobić bez tego jacka, zapytacie? Apple mówi – czas na Bluetooth, pozbądź się kabli, przecież to wygodne, nowoczesne, świat bez drutów. Tak, zgadza się, to wygodne i oczywiście wielu użytkowników chętnie wybierze ten rodzaj transmisji kompletnie nie zawracając sobie głowy powyższą przejściówką (no może nie do końca, bo jak bateria w słuchawkach padnie, to – właśnie – awaryjnie, pozostanie podpiąć nauszniki do adaptera), bo kabel pójdzie w odstawkę, natomiast w przypadku bezdrutowych IEMów w ogóle tematu (po kablu) nie ma o czym mówić, bo nowe coraz częściej nie będą miały nawet złącza (indukcyjne ładowanie via power bank w etui). Tyle, że musimy w takim scenariuszu pogodzić się z podwójnym kompromisem. Po pierwsze nie będzie bezstratnej transmisji, po drugie nie będzie lepszego jakościowo kodeka – innymi słowy decydujemy się na brzmieniowe kompromisy. O ile będziemy korzystać ze Spotify, Apple Music czy innego, oferującego stratny strumień, serwisu, to taki kompromis de facto nam nie zaszkodzi. Sytuacja zmieni się, gdy zagramy z Tidala (redbook 16/44 bezstratnie, za moment MQA tj. 24/44), z Qobuza (niebawem w Polsce), czy takich (polecam!) rzeczy jak Loop (własna chmura audio bez ograniczeń miejsca z materiałem o dowolnych parametrach jakościowych). Tutaj przyda się coś innego niż wspomniany adapter, niż transfer via BT z iPhone. Przydałby się (bezdrutowo) lepszy kodek, no ale…

Niestety, takie połączenie nie jest możliwe, a szkoda (bo takie daje najlepszą jakość brzmienia, o czym pisałem w recenzji Momentum Wireless)

Nagle okazuje się, że uzyskanie dobrej jakości dźwięku z nowego modelu nie jest wcale taką oczywistą i trywialną sprawą. Nie, nie wystarczy podłączyć tego, co mamy. Co więcej, czasami nie podłączymy (także) tego, co teoretycznie powinno współpracować ze sobą – mam tu na myśli konfigurację słuchawki BT (zdolne do transferu audio via kabel cyfrowy) połączone za pośrednictwem przejściówki camera kit z iPhonem 7. To – niestety – nie zadziała. Wszystkie, dotychczasowe słuchawki bezdrutowe, zdolne do transmisji via USB, ze względu na zasilanie (zbyt duży pobór) nie będą mogły współpracować z urządzeniami na iOSie. Komunikat o błędzie (patrz obrazek) oznacza, że takie połączenie (kablem cyfrowym) owszem będzie możliwe, ale tylko w wypadku nowych produktów wyposażonych w kabel Lightning. W przypadku dołączonych EarPodsów mówimy po prostu o zmianie typu złącza, bo to nadal te same, podstawowe dokanałówki, które dla wielu są wystarczającym wyborem, a dla wymienionych w pierwszym akapicie stanowią zbędny element wyposażenia, co najwyżej – znowu – awaryjną opcję. Mogę tylko wspomnieć o jednej istotnej kwestii. Tu, bardziej, jest co się zepsuć, bo mamy po pierwsze elektronikę odpowiedzialną za konwersję C/A w gniazdku (dokładnie tak, jak w adapterze), po drugie to nie bardzo wytrzymały audio jack (myślę o samej wtyczce), a inny, bardziej podatny na uszkodzenia typ złącza. To jednak aspekt użytkowo-praktyczny, a nie jakościowy – ten drugi, jak napisałem, tutaj nie stanowi, choć warto wspomnieć, że za dźwięk nie odpowiada telefon (będący cyfrowym transportem w tym wypadku), a same IEMy. O tym, czym jest, a czym nie jest to, co Apple wkłada do pudełka, napisałem przy okazji adaptera.

 

I tu, rozpoczyna się (dla fana dobrego jakościowo brzmienia) przygoda z czymś, co nam ten dźwięk w surowej, cyfrowej, zero-jedynkowej formie przekształci w postać analogową, strawną dla wysokiej klasy przetworników wbudowanych w muszle (tudzież, zamontowanych w niewielkich obudowach IEMów – bo z drutem, ale lightningowym, też się już takowe pojawiły na rynku, poza wkładanymi do pudełka z telefonem EarPodsami). No właśnie, poza mobilnymi przetwornikami/ampami, których na rynku sporo, o których nie raz, nie dwa pisaliśmy na łamach, które testowaliśmy, pojawia się zupełnie nowa kategoria: słuchawki z cyfrowym kablem, który to kabel wyposażono w zminiaturyzowaną postać tego, co powyżej – wbudowany w pilota DAC wraz ze wzmacniaczem. Takim produktem, który notabene za moment powinien do nas trafić, są Adeze Sine z przewodem Cipher. To mobilne nauszniki, ale za moment pojawią się do niedawna flagowe LCD-3, przepraszam iLCD-3, wyposażone w takie okablowanie. Kabel ma być zresztą oferowany samopas i o ile będzie dysponował standardowymi typami przyłączeń (a nie unikalnymi dla produktów danego producenta), każdy będzie mógł sobie skonwertować swoje nauszniki do postaci kompatybilnej z nową elektroniką (w tym przypadku Jabłka, ale rzecz dotyczy całej branży vide USB-C i najnowsze smartfony wyposażane wyłącznie w to złącze). Czy tak daleko posunięta miniaturyzacja nie będzie miała negatywnego wpływu na brzmienie? Trzeba będzie to zbadać, w przypadku Oppo HA-2, z którym testowałem nowego iPhone wyraźnie widać, że (co nie jest żadnym odkryciem, bo dotyczy to tego segmentu i stanowi sens egzystencji takich akcesoriów) użycie takiego zewnętrznego DAC/AMPa jest  warunkiem uzyskania dobrego jakościowo brzmienia. Nie ogranicza nas jakaś kosteczka za centa, nie ma żadnych problemów z dostarczeniem odpowiedniej energii dowolnym, w tym także stacjonarnym, słuchawkom. Rzecz jasna w takiej sytuacji mamy optymalny, mobilny system słuchawkowy, bo z zewnętrznym źródłem energii (bateryjny DAC/AMP), z takimi – dodatkowymi – bajerami jak opcja tankowania źródła (iPhone), z wyprowadzeniem dźwięku na duże stereo (przy ewentualnym, jednoczesnym ładowaniu telefonu), podpięciem wspomnianych, stacjonarnych słuchawek tj. dopasowaniem poziomu gain pod konkretny model, wreszcie podbiciem niskich tonów (gdyby komuś przyszła na to ochota). Współpraca w tym wypadku przebiegała bez niespodzianek, od razu Oppo było identyfikowane przez iPhone (tu nie trzeba camera kit, bo DAC jest identyfikowany z pośrednictwem bezpośrednio wpinanego, standardowego kabla Lightning do telefonu). Tak, po podpięciu, zagrało i iPhone przekształcił się w wysokiej jakości źródło dźwięku. Tyle, że aby tak się stało musicie rozważyć zakup jakiegoś DAC/AMPa (może być też taki bez baterii, ale wtedy bezwzględnie trzeba sprawdzić, czy ma certyfikat MFI, czy jest zdolny do pracy podpięty bezpośrednio pod urządzenie na iOSie), względnie nowych nauszników lightningowych, a jeżeli już dobre nauszniki mamy, to jakiegoś (pewnie będzie tego na kopy) cyfrowego kabelka z przetwornikiem wbudowanym w pilota. A to, nie będą grosze, patrząc na ceny tych nowości…

No, teraz to jest dźwięk…

Konsekwencją wyrugowania jacka, oparcia transmisji dźwięku na transferze cyfrowym (przewodowym bądź bezprzewodowym) będzie konieczność zakupu dodatkowych akcesoriów, względnie zakupu nowych słuchawek. To koszty. Zyski? Cóż, potencjalnie może to przynieść poprawę brzmienia (przy czym mówimy raczej o cyfrowym kablu, lub takich urządzeniach jak HA-2) – wyprowadzamy dźwięk z niedoskonałego z definicji źródła jakim jest handheld / komputer, odseparowywujemy konwersję, wzmocnienie sygnału od przeładowanego układami, czujnikami, modułami łączności wnętrza – teraz już – tylko cyfrowego transportu. Oczywistym zyskiem odnośnie spraw użytkowych, związanych z ergonomią, jest pozbycie się coraz częściej kabla, z tym że wiążą się z tym pozbyciem nowe wyzwania i zysk w interesującym nas – jakościowym – zakresie jest …mocno dyskusyjny. Można uzyskać dobre rezultaty, ale wymaga to po pierwsze stabilnej, pewnej transmisji (a w przypadku BT, zresztą także WiFi, bywa z tym bardzo różnie),  po drugie zastosowania technologii podnoszących dopuszczalne parametry jakości transferu sygnału audio (wspomniane aptX, a także coś lepszego od AirPlay’a – są takie rozwiązania: sieci mesh (Sonos), SKAA (AirDAC NuForce), czy Play-Fi (DTS, parametry 24/96 bezstratnie etc.), po trzecie zmian w podejściu oferentów (usługodawcy streamingowi) do kwestii jakości oferowanej u nich muzyki. To także zupełnie nowe możliwości (w zakresie EQ, a także wprowadzenia nowych, zaawansowanych trybów DSP, skuteczniejszych systemów ANC) i tutaj na pewno dokona się niemała rewolucja. W końcu nie bez przyczyny Apple oraz inni producenci wprowadzają w swoich słuchawkach wielofunkcyjne procesory, dodatkowe czujniki, czułe mikrofony. To wszystko ma czemuś bardzo konkretnemu służyć. Czy to coś, to dźwięk (w kontekście jakości)?

A to, moi drodzy, pozostaje otwartą kwestią. Według mnie – niekoniecznie, albo nie przede wszystkim.

 

Nowa specyfikacja audio USB Class 3.0. Audiojack out. Cyfrowej rewolucji C.D…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
conexant_usb-c_headset_678_678x452

USB Implementers Forum wreszcie opublikowało nową standaryzację. A zatem czas na nowe USB Audio, na nowe USB Class 3.0! To bardzo ważne wydarzenie, aż dziw (bierze), że tradycyjnie praktycznie całkowicie zignorowane przez branżowe periodyki, serwisy. Oczywiście dzisiaj stoimy na progu wyrugowania okablowania i przejścia na transmisję bezprzewodową (co oznacza implementację rozwiązań sieciowych, z magistralą USB nie mających nic wspólnego), jednak czas w jakim pozbędziemy się fizycznego medium (kabla) w transmisji audio jeszcze nie nadszedł i szybko nie nadejdzie, choć w przypadku słuchawek ta tendencja może faktycznie szybko doprowadzić do rozbraty z kablem. Stąd wspomniane wyautowanie audio jacka, które zapisano w dokumentach sankcjonujących nowy standard. Czym jest USB Class 3.0? Jak wiemy, w przypadku obowiązującego obecnie standardu UAC / ADC 2 główną jego zaletą było zniesienie ograniczeń związanych z obsługą dźwięku o wysokich częstotliwościach taktowania zegara (mnożnik dla podstawowych wartości 44.1 / 48 kHz > x2) oraz znaczące zwiększenie przepustowości względem pierwszej klasy, pozwalające w praktyce na granie każdego materiału audio. Ogóle założenia nie wychodziły poza ramy tego, co można uzyskać z wbudowanych w komputery kart dźwiękowych oraz handheldów, bez uwzględniania specyfiki (rozwoju) elektroniki użytkowej jaki dokonał się na przestrzeni ostatniej (plus, minus) dekady. Dlaczego wspominam pierwszego iPhone oraz zaprezentowanego wcześniej iPoda (ktoś tu pewnie migiem skojarzy daty ;-) )? Cóż, to właśnie pojawienie się smartfonów, gwałtowne odejście od fizycznego nośnika, muzyka z pliku i z internetowego strumienia oraz wspomniane przeobrażenia w całej branży audio (komputer wchodzący jako obowiązkowa część składowa do systemu audio w każdym zakresie od budżetowego po high-endowy, zapoczątkowany rozbrat z kablem) wymusiły radykalne przemyślenie czym ma być nowa specyfikacja, jakie rzeczy są kluczowe, na co należy przede wszystkim zwrócić uwagę, skoncentrować wysiłek (przy projektowaniu nowych urządzeń). Do tego muzyka przeniosła się (nieodwracalnie) do Internetu.

Ogólny schemat USB Audio Class 3.0 – nowego standardu PC Audio (przy czym dzisiaj to PC jest w kieszeni najczęściej, a nawet pojawia się na nadgarstku ;-) )

 

Nowych wytycznych dotyczących audio z  - umownie – komputera jest całkiem sporo i wierzcie mi, nie ograniczają się one tylko do eliminacji audio jacka. To oczywiście coś, na co od razu zwrócimy uwagę, studiując dokumentację USB IF. Zamiast audio jacka jest USB-C i to właśnie ten  nowy port ma zastąpić analogowe wyjście audio w telefonach, tabletach, komputerach, jak również w sprzęcie audio (choć tutaj wytyczne mogą być potraktowane jako ogólna wskazówka i raczej wątpliwe, czy ktoś będzie ograniczał funkcjonalność, chyba że dotyczyć to będzie niewielkich urządzeń, pracujących na baterii – przenośnych, takich, które mogą na takiej zmianie coś zyskać). Eliminacja tego elementu nie jest niczym zaskakującym. Rok temu Intel przestawiając swoje założenia dotyczące rozwoju sprzętu IT postawił sprawę jasno – wyeliminujemy tradycyjne interfejsy, zbędne według nas elementy, doprowadzimy do jakże oczekiwanego przez konsumentów UJEDNOLICENIA w kwestii złącz / interfejsów / standardu połączeń. Tworząc USB 3.1 (aka C) twórcy, z Intelem na czele, chcieli przeforsować wizję jednego portu do wszystkiego, uniwersalnego sposobu transmisji dla wszelkich danych, kompatybilnego z wszystkimi (no powiedzmy, choć biorąc pod uwagę uzyskaną zgodność, poza naprawdę archaicznymi rozwiązaniami, nowe USB jest prawdziwie multi, dając możliwość przykładowo wykorzystania złącza jako w ramach Light Peak w najnowszej odsłonie, czytaj Thunderbolta 3.0) co dzisiaj na rynku egzystuje.

Sporo się dzieje, nieprawdaż? No tak, bo my tutaj mamy wyspecjalizowane procesory pod audio, w tej nowej specyfikacji. Standard wyznacza kierunki rozwoju całej branży audio moim skromnym zdaniem. Całej.

 

Skupmy się jednak na muzyce, na tym co ta zmiana wnosi w przypadku branży audio. Rezygnacja z analogowego wyjścia audio to po pierwsze uproszczenie konstrukcji urządzeń (coraz częściej transportów cyfrowych, bez konwersji C/A), eliminacja komponentów odpowiedzialnych za konwersję oraz transmisję sygnału, pewne oszczędności w zakresie zużycia energii oraz pozyskanie większej przestrzeni na dodatkowe sensowy lub/i powiększenie baterii. To przede wszystkim mobilna elektronika, ale zmiany wprowadzane przez UAC 3.0 idą dalej niż tylko wyrugowanie audio jacka. Pozostawiono możliwość transmisji analogowego audio (rezerwacja dwóch pinów w porcie USB-C). Warto podkreślić, że są to zarezerowane, osobne piny, które nie mają wpływu na cyfrową transmisję odbywającą się w kablu i w zamierzeniach to furtka dla tych, którzy chcą w urządzeniu zastosować jakieś dobre jakościowo układy konwersji C/A, względnie dla tych, którzy nie muszą liczyć się z każdym milimetrem, czytaj producentów sprzętu stacjonarnego. To pozostawienie otwartej drogi do transferu danych audio za pośrednictwem kabla USB to próba wprowadzenia nowego, wspólnego standardu okablowania, jednoczesnej rezygnacji z interfejsów o – nazwijmy to – niekomputerowym rodowodzie. Ciekawa sprawa, bo coś czuję, że już zaraz na rynku pojawią się audiofilskie kabelki USB-C i w ogóle branża kablarska z radością pochyli się nad nowymi możliwościami zarobku. Dzisiaj kabel USB w zastosowaniach audio jest tylko jednym z wielu sposobów na transfer i to takim, w którym występuje dodatkowy element tj. DAC. W przypadku nowej specyfikacji przykładowo klasyczne słuchawki, bez żadnej elektroniki zaszytej w muszlach, pilotach etc. będą mogły za pomocą takich kabelków z gniazdkiem USB-C łączyć się ze źródłem (nie transportem). Zachowanie kompatybilności będzie proste, w końcu wiele (większość?) obecnie wprowadzanych na rynek nauszników ma wypinane kable. Trochę inaczej wygląda to w przypadku IEMów, ale tutaj po prostu nastąpi przejście na wtyczkę USB-C, bo dokanałówki to oczywista domena przenośnej elektroniki użytkowej. Niestety, nie będzie mowy o jednolitym rozwiązaniu odnośnie samego gniazda, bo jak wiemy Apple uparło się, że w ich handheldach jest i będzie Lightning, mimo wdrożenia do komputerów (zapewne także nowych linii Maków, które niebawem pojawia się na rynku) standardu USB-C. Podsumowując, nowe USB-C nie wyrzuca definitywnie za burtę analogowego sygnału! Nic bardziej mylnego, bo kompatybilne z UAC / ADC 3.0 urządzenie ma być zdolne do przesyłu sygnału analogowego (choć oczywiście producent może to ograniczyć wedle uznania) za pośrednictwem kabla USB-C.  Natomiast „rozprawia się” z „archaicznym” audio jackiem i – co trudno pominąć – daje zielone światło w pełni cyfrowej transmisji dźwięku z komputerowego transportu, co stanowi jedno z głównych założeń polityki Intela, zachęcającego swoich partnerów do właśnie takiego rozwiązania. Sprzęt komputerowy ma wyprowadzić sygnał audio w domenie cyfrowej, by dalej, w „efektorach” (słuchawki, głośniki oraz przenośne / stacjonarne komponenty systemu audio) dochodziło do konwersji C/A, wzmocnienia sygnału, dodatkowo, wcześniej, ewentualnej obróbki za pośrednictwem DSP. Z powyższych zmian mają pełnymi garściami czerpać nowe kategorie produktów, takie jak: hełmy VR, urządzenia wykorzystujące rzeczywistość rozszerzoną AR, czy elektronika ubieralna…

 

To jedna strona medalu. Druga – nie mniej ważna – to coś, co daje spore pole do popisu producentom, coś co potencjalnie zmienia reguły gry. Tym czymś jest wyszczególniony w specyfikacji MPU (multi-function processing units) – wielozadaniowe procesory (nie bez przyczyny piszę w liczbie mnogiej!), które mają tak naprawdę definiować możliwości nowych „efektorów”, tj. słuchawek cyfrowych (jak to ujmują oficjalne dokumenty USB IF), systemów głośnikowych (czy może systemów strumienowo-nagłaśniajacych, precyzyjniej rzecz ujmując) oraz stacjonarnego sprzętu audio, zgodnego z założeniami nowego standardu. To jest wg. mnie clou, coś co może przekształcić się w główny, rewolucyjny, element nowej specyfikacji, mający wpływ na to w jaki sposób będziemy słuchać muzyki w niedalekiej przyszłości. Oczywiście, nie chodzi tutaj tylko (a może nawet nie przede wszystkim?) o muzykę, a bardziej o adaptatywny, wielofunkcyjny interfejs audio, interfejs zdolny do adaptacji na potrzeby nowych technologii. Sterowanie głosem, cyfrowi asystenci, translacja w czasie rzeczywistym, identyfikacja głosowa, przekształcanie głosu na potrzeby nowych gałęzi usług, elektronicznej rozrywki i wiele innych (już wcale nie takich futurystycznych) funkcjonalności to nowe pole ekspansji branży IT… MPU to taka brama dla zupełnie nowych pomysłów, a dzięki miniaturyzacji i „zaszyciu” w sprzęcie użytkowym audio, otwierająca ogromne rynkowe możliwości. Pozostawiając jednak te, ciekawe, ale dla nas jednak na marginesie, kwestie, to także gotowe pole pod rozbudowane możliwości DSP, korekcji dźwięku w czasie rzeczywistym, adaptacji akustycznej (pomieszczenia – w przypadku głośników, coraz doskonalsze systemy ANC w słuchawkach) oraz – last but not least – jakości dźwięku.

Trzeba uczciwie przyznać – trzymają rękę na pulsie. Nowe produkty Apple odpowiadają dokładnie na specyfikację UAC 3.0. No prawie (zamiast USB-C trzymają się swojego Lightninga)

Takie MPU będą odpowiadać i będą zdolne do natychmiastowej synchronizacji (host – warstwa sprzętowa oraz softwareowa), dzięki czemu nie będziemy niczego konfigurować, sprzęt będzie łączył się całkowicie transparentnie, nie będzie konieczności instalacji sterowników (to wszystko ma się odbywać natychmiast, bez opóźnień, bez koniecznej ingerencji użytkownika), będą przeprowadzać konwersję C/A, przeprowadzać aktywny proces redukcji odgłosów z tła (ANC) przy jak najniższym poziomie opóźnień, eliminować echo (poprawa jakości identyfikacji głosu, patrz wymienione powyżej, nowe zastosowania), stosować w czasie rzeczywistym korekcję EQ, dostosowywać w czasie rzeczywistym pracę mikrofonów, dobierać poziom wzmocnienia (cyfrowe wzmocnienie sygnału, sterowane za pomocą MPU), dobierać parametry pracy w zależności od okoliczności oraz ustawień aplikacji (te audio będą tylko jednymi z wielu, które – kompatybilne z nowym UAC / ADC – przejmą kontrolę nad dźwiękiem). Programowalne w pełni wzmacniacze i przedwzmacniacze to kolejny element zaimplementowany w nowe kości MPU- to coś, co do tej pory, w tradycyjnej formie, występowało w sprzęcie komputerowym, teraz zaś będzie coraz częściej występować w „efektorach”. W przypadku słuchawek, które poza modelami bezprzewodowymi, wolne były od procesorów, oznacza to gigantyczne zmiany w konstrukcji i sposobie działania. Pamiętacie zapowiedź „ucyfrowionych” Audeze LCD, o której pisałem niedawno? iLCD-3… już widzę producentów, na wyścigi wprowadzających nowe („nowe”) produkty, zgodne z nowymi wytycznymi. Akurat w przypadku Amerykanów chodzi o produkt zgodny z nową elektroniką Apple, ale ta choć nie na poziomie złącz, nawiązuje w założeniach do tego co napisałem powyżej. Taka drobna dygresja – nowe AirPodsy, nowe Beatsy to właśnie co do kropki i przecinka realizacja założeń nowego standardu: układ W1, który przejmuje rolę „menagera audio”: konwertuje, steruje, wzmacnia, komunikuje. Tak to właśnie będzie teraz wyglądać!

Mhm, coś już na temat nowych formatów kompresji wiemy z powyższego schematu, niestety dokumentacji opisującej co i jak USB IF na te chwilę nie opublikowało :(

Warto przy okazji zwrócić uwagę na nowe formaty kompresji (USB Audio Type-III oraz Type-IV), przy zachowanej zgodności z ADC 1.0 oraz 2.0 (ważne, bo w przeciwnym razie nowego komputera czy telefonu, zgodnego z UAC 3.0 nie dałoby się podpiąć pod jakiegokolwiek DACa). Niestety na razie USB IF nie opublikował podobnego do tego, podanego w linku powyżej, dokumentu opisującego nowe formaty kompresji. Nie wiemy zatem co nowego kryją w sobie nowe typy kompresji (można założyć, że będą to kodeki stereo, jak i wielokanałowe, stratne jak i bezstratne). Mam nadzieję, że niebawem doczekamy się stosownej dokumentacji i będzie można zobaczyć jak duży progres się tutaj dokonał (poprzednia standaryzacja to 1998 rok!). Jest sporo nowych, skuteczniejszych metod kompresji, gwarantujących zachowanie dobrej jakości dźwięku, przy niewielkim zapotrzebowaniu na pasmo (dobrym przykładem najnowszych opracowań w tym zakresie będzie MQA, ale w praktyce jest całkiem sporo metod doskonalszych od tych z przełomu wieków, które dają dużo lepsze rezultaty). Co nas zatem czeka? Na pewno nowe metody kompresji dokonywanej w czasie rzeczywistym w oparciu o najnowsze kodeki, nowe rozwiązania z zakresu dźwięku przestrzennego. Pozostanie PCM (to pewne). Poza tym możemy liczyć na nowe tryby oszczędzania energii (auto wyłączanie / usypianie, przy czym ma to być realizowane znacznie lepiej niż dotychczas) oraz kompatybilność z BAAD (basic audio device definition) 3.0, co oznacza zarówno profile oszczędzające energię (znak czasów), jak i instrukcje związane z zarządzaniem różnorodnego sprzętu audio (to ważne, bo przecież wszystko ma się dogadywać bez naszego udziału, albo z minimalnym udziałem użytkownika).

Sumując, duże zmiany, największe w historii komputerowego audio. Lepsze parametry transmisji (przepustowość) wraz z niższym poziomem opóźnień (to jedna z cech nowego interfejsu USB 3.1) z możliwością wykorzystania rozwiązań całkowicie pozbawionych jittera (praktycznie zerowe opóźnienia czasowe) w rodzaju Thunderbolta (3.0). Przepustowość rzędu 40 Gbps (8x wyższa od tej, jaką oferuje USB3.0) nie jest w aplikacjach audio aż tak istotna, natomiast założenia samego interfejsu (połączenie point-to-point, brak potencjalnych interferencji jak w przypadku magistrali USB) mogą przynieść wymierne korzyści. Tylko od producentów komputerów będzie zależało, czy wprowadzą nowe rozwiązanie w swoich produktach. Patrząc na nowe ultraboobki (HP, Dell) z gniazdem USB-C widzę, że na szczęście Thunderbolt staje się standardowym elementem wyposażenia. Innymi słowy, nie będzie to coś zarezerwowane dla komputerów z logiem jabłka. W niektórych aplikacjach przyda się 15W jakie będzie w stanie dostarczyć gniazdo – właściwie każdy zewnętrzny interfejs audio wyposażony we wspomniane MPU będzie mógł obyć się bez własnego zasilania. Rzecz jasna niektórzy producenci będą oferować sprzęt audio z własnym zasilaniem (poza tym Thunderbolt nadal pozostanie rozwiązaniem niszowym w stosunku do USB, ale -być może- wreszcie zauważonym przez branżę domowego audio), z sieci czy z akumulatora, szczególnie w zakresie droższych konstrukcji, nikt z tego nie będzie rezygnował, nawet gdyby energetycznie interfejs w transporcie gwarantował możliwość zasilania podpiętego sprzętu. Zgodność z UAC/ADC 3.0 to coś, co w przypadku mobilnego audio oznacza prawdziwą rewolucję. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Powyżej dokładnie opisałem dlaczego przenośne rozwiązania zgodne z nową specyfikacją całkowicie się zmienią – chodzi nie tylko o zmiany konstrukcyjne, związane z wprowadzeniem wielofunkcyjnych procesorów, ale także zmiany funkcjonalne, rozszerzenie możliwości słuchawek, głośników…

Gdyby tak w każdym nowym laptopie to było… niestety raczej będzie to rozwiązanie zarezerowane dla droższych modeli, ale – wreszcie – jako standardowe wyposażenie, a nie tylko jako ciekawostka

W kontekście stacjonarnego HiFi, opartego na komputerze, streamerze wpływ nowej specyfikacji należy spojrzeć na nowy standard dwojako: w przypadku „klasycznych” systemów może oznaczać wprowadzenie nowego typu złącza, które będzie mogło służyć do transferu danych po konwersji C/A, albo w roli transportu takich, które mają dopiero zostać przekształcone w sygnał analogowy (np. w kolumnach), dodatkowo sygnał zostanie wzmocniony (dominacja klasy D wśród wzmacniaczy wydaje się pewna… patrz zapowiedź nowej linii integr NADa) oraz – nierzadko poddany dodatkowemu działaniu DSP przy rezygnacji z klasycznych filtrów. Dodatkowo wobec implementacji SPDIF można spodziewać się rezygnacji, czy może to właściwsze słowo – ujednolicenia złącz cyfrowych (ale to zapewne pieśń przyszłości). Druga sprawa to nowe metody kompresji… tu trzeba poczekać na oficjalną dokumentację (zapewne pojawią się rozwiązania stosowane obecnie, pytanie jakie konkretnie?). Wreszcie nowy standard oznacza, że muzyka stanie się czymś egzystującym w zupełnie nowych urządzeniach audio – mam tu na myśli podobne do googleowego Home, czy amazonowego Echo, systemy integrujące audio z zaawansowanym interfejsem głosowym oraz elementami AI. To nie przypadek i – choć mówimy w przypadku wspomnianych gigantów IT o czymś, co granie muzyki ma zaimplementowane jako atrakcyjny dodatek, a możliwości brzmieniowe są/będą na poziomie taniego, budżetowego, bezdrutowego głośnika. Właśnie takie rzeczy, w ramach inteligentnego domostwa, będą coraz częściej „atakować” branżę audio. To nie przypadek, że interfejs głosowy, rozpoznawanie mowy, wielofunkcyjne procesory stanowią nieodłączną cześć nowej specyfikacji USB Audio. To nie jest przypadek.

 

Idzie nowe…

 

Lepszy dźwięk na Makówce via Bluetooth? Kodek aptX dzięki BT Explorer

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
bluetooth

To dziwne. Dziwne, że trzeba uciekać się do zastosowania narzędzia, które nie jest oferowane natywnie w systemie (trzeba je pobrać z sieci), dodatkowo wymuszając ustawienie kodeka w doinstalowanym oprogramowaniu (w przeciwnym razie mamy najgorsze jakościowo SBC). Miałem z tym pewien problem (na jednym z komputerów), jednak najnowsza wersja narzędzia (o – skądinąd – ogromnych możliwościach… to chyba jedyne znane mi rozwiązanie, dające takie możliwości zmiany parametrów działania modułu BT w sprzęcie komputerowym) Bluetooth Explorer wreszcie pozwoliła na wymuszenie działania kodeka (macOS Sierra) także na iMac’u. Na MacBooku Air (model z 2011 roku) udało się jeszcze na Maveriksie (OSX 10.9) wymusić odpowiednie ustawienia*, natomiast na wspomnianym iMac’u był z tym problem. Do teraz. Po instalacji najnowszego oprogramowania systemowego oraz wspomnianej powyżej aplikacji, wreszcie mogę korzystać z najlepszego jakościowo rozwiązania w przypadku sinozębnej transmisji. Różnica między podstawowym rozwiązaniem (SBC) a kodekiem aptX jest oczywista, to wyraźny progres jakościowy. Mogę teraz przesyłać dźwięk do wzmacniacza D3020, korzystając z dużo lepszej transmisji, jak również wykorzystać w pełni potencjał Sennheiserów Momentum Wireless – tu, na słuchawkach, zmiana jakościowa jest jednoznaczna! Słuchanie lepszego jakościowo materiału w opcji bezprzewodowej nabiera sensu, wreszcie można usłyszeć wyraźną różnicę.

Pliczek pobieramy z poniższych lokalizacji:

Bluetooth Explorer (Dropbox), alternatywnie Bluetooth Explorer (WeTransfer)

Następnie uruchamiamy instalację i wchodzimy w ustawienia…

Warto zwrócić uwagę na mnogość dostępnych ustawień w tym niezwykle przydatnym narzędziu

Wymuszamy aptX, można też dodatkowo ustawić pracę słuchawek (wyłącznie zbędnych funkcji) oraz skonfigurować parametry strumienia

I mamy pełen obraz, wraz z aptekarską informacją o parametrach transmisji (w czasie rzeczywistym) oraz dokładną identyfikacją naszego sprzętu (i jego możliwości) w oprogramowaniu

To rozwiązuje kwestie współpracy komputerów Mac w przypadku połączeń audio via Bluetooth – można w pełni wykorzystać drzemiące w słuchawkach, głośnikach bezprzewodowych możliwości (a także, jw., stacjonarnym HiFi, które coraz częściej wyposażane jest w stosowne moduły bezprzewodowe). Minusy? Zasięg takiej transmisji (bez zakłóceń) jest ograniczony. Tak wynika z przeprowadzonych przeze mnie testów. Słuchając w innym pomieszczeniu muzyki puszczanej z Mac-a na słuchawkach zdarzają się przerwy, zakłócenia (tak, pamiętam o podatnym na problemy module w Senkach), to samo dzieje się w przypadku wzmacniacza oraz głośnika bezprzewodowego, który wykorzystałem do celów testowych (obsługującego kodek aptX). A zatem coś, za coś. Generalnie chcąc bezproblemowo skorzystać z niezakłóconego streamingu konieczne jest słuchanie w obrębie jednego pomieszczenia, gdzie źródło oraz efektor znajdują się w pobliżu, bez żadnych przeszkód na drodze sygnału. Ten jest podatny na zakłócenia (znacznie bardziej niż w przypadku transmisji via SBC/mp3/AAC, nie mówiąc już o transferze za pośrednictwem sieci WiFi). To ograniczenie, które – jak wspominają użytkownicy androidowych handheldów, dysponujących wsparciem dla aptX – jest jednym z głównych mankamentów lepszej jakościowo transmisji audio via BT. W przypadku urządzeń z iOS: iPhone, iPada oraz iPoda (Touch) niestety nie możemy liczyć na nic lepszego od transferu AAC (często będzie to podstawowy SBC – zależy to od obsługiwanych przez dane słuchawki, głośniki kodeków). Co prawda, jak wspominałem, Apple jakiś czas temu polepszyło transfer w mobilnym systemie do jakości AAC 256kbps, ale nadal nie jest to rozwiązanie porównywalne do strumieniowania via aptX (wyższe opóźnienia, dużo niższy bitrate, mocniejsza kompresja).

W efekcie mamy wyraźny progres jakościowy, szkoda tylko, że trzeba w tym celu instalować dodatkowe narzędzia, wymuszać ustawienia…

Dla przypomnienia, pełne informacje na temat technologii najlepszej jakościowo transmisji via Bluetooth znajdziecie pod tym adresem. Także tam znajduje się pełna lista urządzeń (stale aktualizowana) kompatybilnych, smartfonów oraz tabletów wyposażonych w kodek aptX (niektóre z androidowych i nie tylko androidowych handheldów otrzymują wsparcie wraz z aktualizacjami – warto śledzić!), akcesoriów, które mogą rozszerzyć możliwości naszej elektroniki w zakresie bezprzewodowego transferu audio via BT. Pisałem niedawno o najnowszej wersji kodeka (HD) pozwalającej na transmisję muzyki zapisanej w plikach 24/44-48… Nie zapominajmy, że nadal mówimy o stratnej kompresji, bo choć parametry są zbliżone do tych, które możemy uzyskać w przypadku strumieniowania via WiFi, to nadal Bluetooth nie pozwala na bezstratny transfer audio, nie jest to transfer bitperfect (także we wspomnianym powyżej, najnowszym wcieleniu). Z drugiej strony osiągnięto wyraźny postęp, po pierwsze redukując opóźnienia (ogromne, w przypadku standardowych protokołów transmisji) oraz po drugie zwiększając bitrate do poziomu gwarantującego uzyskanie bardzo dobrej jakości ….niestety, jak pokazuje praktyka codziennego użytkowania, przy wyraźnym pogorszeniu zasięgu transmisji (większa podatność na zakłócenia, problematyczne wykorzystanie w instalacjach strefowych – według mnie taka opcja jest obecnie nieosiągalna). Jeszcze jeden aspekt, który warto uwzględnić, to pewien wpływ (trudno tu o precyzyjne dane) na czas działania na baterii mobilnego sprzętu wykorzystującego aptX. Ten wpływ (krótszy czas działania, zwiększony pobór energii) może być odczuwalny szczególnie w przypadku użytkowników smartfonów, w mniejszym zakresie głośników / słuchawek bezprzewodowych.

* wspominałem o tym, przy okazji testów wzmacniacza D3020, ubolewając, że w przypadku sprzętu Apple właściwie to jedyna opcja (komputer) by cieszyć się lepszą jakością streamingu via BT.

Apple wycina audio jack(a). Lightning & bezdrutowe AirPodsy

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2016-09-07 o 21.36.32

No i stało się. Sama konferencja była niezbyt ekscytująca, przez pierwszą godzinę wiało nudą (oczywiście nie mam nic przeciwko Mario, Pokemonom i tym podobnym rzeczom. Wszystko dla ludzi, ale…). Ciekawa kolejność – najpierw zegarek, potem nowy telefon. Mniejsza. To, co dla nas istotne (i dla całej branży istotne) to rozbrat ze złączem audio jack 3,5mm. iPhone (a wraz z nim reszta handheldowego segmentu) bez jacka to iPhone ze słuchawkami z cyfrowym Lightningiem (tak, to EarPodsy) oraz przejściówką / adapterem dla słuchawek (od dzisiaj) klasycznych. Poza tym wyraźnie zostało to powiedziane, Apple wierzy w świat bezkablowy i taki on ma docelowo być. Są więc nowe AirPodsy, dziwny produkt, który przede wszystkim ma procesor (W1) w sobie zaszyty, nie ma kabli (w ogóle, żadnej smyczy, ale o takich produktach już słyszeliśmy, pisałem o nich nie raz, na IFA były m.in. Here o czym niebawem w relacji), dźwiękowo (coś czuję) to coś zbliżonego do …EarPodsów. Jak wyżej, nazwali to przewidywalnie: AirPods.

Niby EarPodsy

Gra to 5 godzin (tylko), ma etui ładowarkę (pozwalającą podładowywać sukcesywnie pchełki, tak aby dało się je użytkować dobę, tzn. energii w power banku starczy na 25h), nie wymaga żadnego parowania z telefonem, żadnego konfigurowania, nic. Jest apka, robimy w niej łącz i już. Ważne – wygląda to na produkt dla iPhone. Wyłącznie dla iPhone. To pierwszy raz w historii, gdy słuchawki da się używać z określonym (tylko) sprzętem i oprogramowaniem (tylko z iOSem 10, macOSem Sierra oraz watchOS3 – wraz z nimi zadebiutuje rzeczona aplikacja*). Czujniki pozwolą na włączanie / wyłączanie (podczerwieni) gdy słuchawka jest / nie jest w uchu oraz czujnik ruchu. Sterowanie będzie odbywało się wyłącznie za pomocą Siri   (wywołanie glosowego sterowania przez dwukrojone tapnięcie w obudowę), a mikrofony, poza rozmową, będą także działały w połączeniu z systemem wzmacniającym głos użytkownika (rozmowy). Kosztować to ma niemało, bo całe 159 dolarów (w Europie jeszcze drożej). AirPodsy. Podsy. Sporo. Pytanie  co się stanie, gdy którąś z tych słuchawek (one nie mają żadnego patentu utrudniającego wypadanie) utracimy, zgubimy jedną z tych bezdrutowych pchełek? No właśnie, co wtedy? Patrząc na formę (obudowa, sposób aplikacji w uchu) mamy EarPodsy, które jakoś nie słyną z trzymania się stabilnie w uchu. Czas pokaże i zweryfikuje. Może będzie Find My Pods? Kto wie… ;-) Z wygodą też będzie mocno dyskusyjnie, jak to w przypadku EarPodsów ma miejsce.

* konieczna do tego, by pozbawione jakichkolwiek przycisków słuchawki uruchomić (sterowanie via Siri, co na marginesie, ogranicza funkjonalność w związku z brakiem wsparcia językowego dla tej funkcji w wielu regionach)

Mhm, to EarPodsy, tyle że z mikrofonami, bez kabli, bez przycisków (!) z CPU (APU?) & sensorami

Poza tym pokazano także nowe Beatsy: Solo 3 (bezprzewodowe), dokanałowe PowerBeats 3 (sportowe, także bezdrutowe) i zupełnie nowe bezprzewodowe IEMy Beats X (oraz lekko zmod. Studio). Pojawią się też najtańsze nauszne przewodowe Solo EP. Generalnie, jak kabel to Lightning i tego się trzymamy. Nowy, audezowy Cipher (kabel Lightning dla jednej z wersji EL-8 oraz Sine) to ciekawe rozwiązanie, za moment będziemy to mogli gruntownie przetestować. Na razie powiem tak: wyprowadzenie wzmacniacza z DACzkiem poza obudowę telefonu nie jest w żaden konkretny sposób powiązane z chęcią uzyskania lepszej jakości (tzn. parametry takich adapterów / kabli będą zazwyczaj mocno Lo-Fi), to względy konstrukcyjne, z audio nie mające nic wspólnego. Ta dodatkowa przestrzeń, to między innymi na powiększenie baterii (stąd zapewne te 2-3h więcej w nowych 7-mkach) oraz zapewnienie odporności w środowisku wodnym. Tak to wygląda w przypadku Apple. Odnośnie Audeze, wypowiem się, jak dłużej niż chwilę potestuję ten wynalazek (Cipher). Aha, jeszcze jedno, sterowanie u Apple od teraz to domena RemoteTalk (głosowo, powiązane z opisaną powyżej integracją z Siri).

Wow (nie, jednak nie)

Nowy iPhone ma głośniki stereo (wiecie, na obu krańcach, coś co konkurencja… mniejsza). Audio jacek został uznany za przeżytek, za coś zbędnego. Teraz albo ma być bezdrutowo, albo nasz cyfrowy transport (nowy telefon) ma zera & jedynki przesłać na coś co wisi na odpowiednim, cyfrowym kablu. Rzecz jasna od dawna możemy sobie w ten sposób (często, gęsto) poprawić jakość dźwięku na zewnętrznym DACzku, przy czym teraz będzie to jedyna opcja połączenia, co oznacza duże zmiany dla branży: wzrost sprzedaży (co już się dokonuje) w bezprzewodowym segmencie słuchawkowym, zupełnie nowe produkty (Lightning, pewnie niebawem USB(C – ? Tego chce m.in. Intel) oraz takie słuchawki, które łączą różne funkcjonalności, tj. monitoring saktywności, interfejs dla inteligentnego asystenta, dostosowanie do zmian środowiskowych etc.). Warto sprawdzić czym są te nowe, bezprzewodowe jabłkowynalazki. Sprawdzimy na HD-Opinie. Niewykluczone, że jako jedni z pierwszych w Polsce.  To będzie do pewnego stopnia wyznacznik tego, co niebawem zaleje rynek. Tego możemy być raczej pewni.

To kluczowy element (przynajmniej tak wynika z zaprezentowanych przez Apple rycin). O samych przetwornikach (to co gra) ani mru, mru. IMHO to EarPodsy, tyle że bez kabla i drogie

A tak to ma wyglądać po założeniu (ciekawe ile ważą i – jak wspominałem w tekście – jak tam ze stabilnością?)

» Czytaj dalej

Audeze wprowadza pierwsze ortodynamiczne IEMy

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
ADZ_Stage3_Section_iSINE_Video_Posterframe

Nie, to nie żart, choć te słuchawki zakwalifikowane przez Audeze jako In-Ear-Monitor z oczywistych względów nie mogą być małe. Nie ma możliwości zminiaturyzowania układu planarnego do rozmiarów typowej dokanałówki. Tak czy inaczej, to co udało się osiągnąć robi wrażenie. Nowe modele z rodziny Sine (to produkty domyślnie masowe, tańsze, life-stylowe w ofercie amerykańskiego producenta), bo mówimy o dwóch ortodynamicznych IEMach otwierają nowy rozdział na rynku, ciekawe czy inni producenci słuchawek planarnych opracują podobne modele (mam tu na myśli głównie HiFiMANa)?

iSine 20

Nowe iSine 10 oraz iSine 20 (o których informacje, jakie pierwszy portal, zamieścił mainstreamowy The Verge – znamienne) są już dostępne w przedsprzedaży (sprzedaż od października). Kosztują odpowiednio 399 oraz 599 dolarów. To nie mało, biorąc pod uwagę średnią cenę dokanałówek, natomiast patrząc na kwoty jakie trzeba przeznaczyć na zakup ortodynamików to „entry-level” (szczególnie w przypadku 10-ki). Aby wyróżnić i podkreślić wyjątkowość tytułowych produktów w nazwie pojawiła się literka i. Tak to opisuje producent, ale ja widzę tu zupełnie inne wytłumaczenie (również marketingowe, ale inne właśnie). To „i” koresponduje  cyfrowym kablem Cipher. Opisywaliśmy tę nowość przedstawiając „cyfrowy” model EL-8 (nasz test obu modeli: otwartego i zamkniętego tych słuchawek znajdziecie tutaj). To kabel Lightning z wbudowanym wzmacniaczem oraz DACzkiem. Oczywiście wszystko z myślą o Jabłku. Cóż, nieprzypadkowo termin premiery koresponduje z wejściem na rynek pozbawionych jacka, nowych iPhonów. 

Można zastosować opcjonalnie kabelek analogowy, w przypadku iSine 10 nie powinno być problemu z wysterowaniem, natomiast droższy model połączyłbym jednak z jakimś zew. wzmacniaczem / ampdakiem, w sytuacji gdy zamiast iPhone w roli źródła, byłby jakiś inny smartfon, co w oczywisty sposób wykluczałoby użycie Ciphera. W przypadku 20-ek mamy impedancję na poziomie 24 ohmów – a to dużo jak na IEMy, to także nie mało w przypadku mobilnych słuchawek generalnie. iSine 10-ki ten parametr mają na poziomie 16 ohmów.

iSine 10

Kluczowym elementem jest tutaj 30mm membrana, która jest najmniejszą tego typu membraną (ultracienką) jaką opracowano do tej pory. Pojedyncza słuchawka waży 10g., co jest sporym osiągnięciem miniaturyzującym cały układ (wielkość, waga). Dwie, bez kabla to 20g. co wraz z wokółuszną aplikacją (pałąk) powinno zapewnić odpowiednią wygodę. Oczywiście słuchawki nie wyglądają jak typowe IEMy, nazwałbym je raczej modelami nausznymi w szczątkowej formie ;-) z aplikacją dokanałową  (tu jest jak w dokanałówkach, tzn. mamy miękkie aplikatory silikonowe). THD jest na poziomie poniżej 0,1% przy wysokim poziomie natężenia dźwięku. Maksymalnie słuchawki mogą przyjąć 3W (czytaj, można je swobodnie wykorzystać w stacjonarnym torze!), zakres częstotliwości od 10Hz do 50kHz (no, no ciekawe, ciekawe: będzie zatem rów mariański (basior), dodatkowo wielce detaliczna góra?). Aha, no i szalenie ciekawe jest jak taki układ zachowa się na wynos. W końcu to otwarta konstrukcja, przy czym dokanałowa aplikacja powinna skutecznie odseparować nas od otoczenia. Co jednak z otoczeniem? No właśnie.

A tak to wygląda konkretnie wygląda…

Jak tylko się pojawią, postaramy się odpowiedzieć na powyższe pytania :)

» Czytaj dalej

Słuchawki Meze 99 Classics – pierwsze wrażenia

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Meze tyt

O tych słuchawkach sporo dobrego napisano. Co konkretnie? Ano, że rewelacja, że za tę cenę to absolutny unikat, że świetnie wykonane, że takie gdyby zamiast Rumunii była np. Francja to trzeba by wydać znacznie więcej. Tak, faktycznie jak napisałem wczoraj na profilu palce lizać, choć to nie jest moja estetyka do końca (tzw. projekt plastyczny), ale jakość wykonania, materiały… od razu widać, że w pewnych lokalizacjach (naszej nie wyłączając) da się zrobić coś na poziomie mocno wyśrubowanym, jednocześnie nie żądając za to fortuny. Meze 99 pojawiły się nagle i mocno zmieszały na rynku mobilnych nauszników, stając się z automatu alternatywą dla często dużo droższych modeli głównie zachodniej konkurencji (tej utytułowanej, ceniącej się, znanej). No a tu nagle, znienacka takie coś. Nie to, że te słuchawki są bez wad (dziwne, że na wiele rzeczy recenzenci w Polsce nie zwrócili uwagi – nadrobimy te niedociągnięcia w opisie/ocenie Meze), bo jest co poprawiać, ale poziom jaki udało się osiągnąć nowicjuszowi w branży doprawdy imponuje. Materiały, jakość montażu, dołączone akcesoria, ergonomia (z zastrzeżeniami, ale jednak – o czym poniżej) oraz kompetencje brzmieniowe tych nauszników to nie jest żadna średnia, to ekstraklasa, czołówka. To przykład na to, że audio ogólnie nie musi być od, nie musi być elitarne (w sensie finansowym), niedostępne dla mas. Tytułowe 99-ki pokazują, że można dzisiaj bez wysiłku dostać coś, co mocno komplikuje życie wymienionym wcześniej znanym, utytułowanym, ceniącym się etc. Mocno.

Zacznę od tego, co najważniejsze, bo też jest o czym pisać i czym się zachwycać. Te słuchawki mają dwie szczególne cechy, które je wyróżniają, ale też coś co ogólnie je definiuje: prezentują dźwięk w taki sposób, że doprawdy tylko ktoś z poważną wadą słuchu mógłby wzruszyć ramionami. Inaczej: nie pozostawiają obojętnym nikogo, kto je założy i to w pozytywnym znaczeniu, to znaczy angażują, wciągają i trzymają w objęciach przyjemności aż do chwili, gdy ktoś nas kopnie w kostkę, prześwięci ścierką, brutalnie przerywając oderwanie od rzeczywistości podtrzymywane przez kolejne odtwarzane albumy, playlisty, utwory. Infekują. Dwie cechy to po pierwsze bas, basior, bassss, który będzie nie tylko ucztą dla każdego rasowego basshead-a ;-) , ale którego wyjątkowo namacalną obecność (bez zakłócania czegokolwiek – od razu uprzedzę, bo tu nie jest bas zamiast, tylko bas oraz) doceni każdy chyba, nawet jeżeli gustuje w spokojnych, dalekich od wywoływania niezdrowych emocji na dole ;-) dźwiękach. Dlaczego tak? Ano dlatego, że mamy tutaj nie tylko bas wielowarstwowy, nie tylko mięsisty, namacalny, nie tylko obfity, ale także (i to jest coś, co robi) wielowymiarowy, gdzie mamy to zejście odczuwalne cały jestestwem, mamy bryły, mamy faktury, plany… z tym wiąże się ta druga cecha wyróżniająca opisywane nauszniki. Przestrzeń. Wymiar. Holo wręcz. Słuchawki mają swoje fizyczne ograniczenia, trudno od nich wymagać takich wrażeń, jakie dostarczają dobre zestawy głośnikowe. To różne światy, bardzo odmienna kreacja właśnie, a może nawet przede wszystkim w zakresie sceny, przestrzeni, głębi. Meze potrafią w tym względzie więcej niż bardzo przecież kompetentne w tej dziedzinie Momentum. Idą dalej, ba, idą w kierunku do tej pory zarezerwowanym przez (generalizuje) ortodynamiki (których specjalnością jest m.in. uwolnienie nas od grania w czaszce, od grania w linii, jednowymiarowego) oraz elektrostaty. Powiem szczerze, że to jedyne takie dynamiczne konstrukcje, jakie do tej pory miałem okazję zakładać na głowę, które potrafią tak kreować przestrzeń, reprodukować wielowymiarowo scenę. Powiem więcej, to granie kojarzy mi się z monitorami bliskiego pola, z bardzo intensywnym wieloplanowym graniem (przy czym, mamy tutaj ten kapitalny bas, który w monitorkach albo szczupły, albo jedynie zaakcentowany właściwie, ale bez tego wszystkiego o czym powyżej była mowa). I to wszystko osiągnięte za pomocą przetworników z półki, bo producent jeszcze (albo w ogóle, bo nie wiem czy ma takie ambicje) nie oferuje swoich przetworników, te bierze z rynku i dostosowuje do swojego projektu. Strojenie? Zapewne. Materiały? Niewykluczone. Odpowiednia konstrukcja muszli? Na to wygląda. Efekt jest potwierdzeniem, że za tym wszystkim stoi ktoś, kto się na tym zna, ktoś, kto słucha, mierzy, wie i wykorzystuje swoje umiejętności do stworzenia udanych (bardzo) słuchawek.

Nie, to nie jest produkt za wiele tysięcy, tylko za niecałe tysiąc pięćset

No dobrze, takie mam pierwsze wrażenia odnośnie brzmienia. Jest też parę rzeczy, które (nie wchodząc w co słyszę, bo tutaj jest bardzo, bardzo dobrze) bym poprawił i które ewidentnie są do przemyślenia i skorygowania. Po pierwsze nie wiedzieć czemu kabelek z pilotem pozbawiono funkcji korygowania natężenia dźwięku. To dziwne, bo ma mikrofon, jest trzypinowy, pozwala na sterowanie nie tylko w zakresie odtwarzaj / pauzuj, ale także wybierz następny, albo cofnij do poprzedniego utworu. Po drugie ten pilot jest niewygodnie (bardzo wysoko) umieszczony. Utrudnia to sterowanie, choć ma też aspekt pozytywny odnośnie jakości rozmów… mikrofon jest bardzo dobrej jakości, a do tego umiejscowiony jw. bardzo blisko twarzy. Tak czy inaczej trzeba wysoko unosić rękę, co nie jest wygodne. Aha przycisk jest długi, ale reaguje w jednym miejscu tylko, co też nie ułatwia obsługi. Sam przewód odznacza się efektem mikrofonowania. To poważna wada, ale – jak się okazuje w trakcie użytkowania – nie tak dokuczliwa, jak to zazwyczaj bywa. Kabel ociera się o ubranie i to przenosi się na słuchawki (gdy nie odtwarzamy), natomiast po uruchomieniu odtwarzania (o dziwo) nie odczuwamy specjalnie dolegliwości ze strony kabelka. W komplecie jest też dłuższy, prawie 3 metrowy przewód do łączenia słuchawek ze stacjonarnym torem. Wykonanie, materiały, wtyki – wszystko na bardzo wysokim poziomie. Dla niektórych wadą będzie poprowadzenie przewodów do obu muszli oddzielnie (co może przeszkadzać w przypadku mobilnych, a takimi z założenia są Meze, słuchawek), ja tego tak nie oceniam, ale już bardzo długie wejścia / porty w muszlach dla zastosowanych przez producenta jacków to gotowa recepta na uniemożliwienie jakiegoś rekablingu, zmiany okablowania firmowego na inne. Po drugie na samych słuchawkach próżno szukać poznaczeń kanałów. To dziwne. Kabelki wyraźnie oznakowano, zaś same nauszniki zostały pozbawione jakichkolwiek oznaczeń. Instrukcja (lakoniczno-skrótowa) niczego w tej materii nie wyjaśnia, a wręcz jeszcze gmatwa sprawę i powoduje konfuzję – jak to do diabła połączyć?  Są zdaje się symetryczne, jednak dla naszego (lepszego ;-) ) samopoczucia, producent powinien nas albo poinformować, że „who cares”, albo stosowne oznaczenia umieścić na pałąku, muszli... Po trzecie 40 mm przetworniki z dopasowanymi (niewielkimi) padami to nauszne, a nie wokółuszne słuchawki. Tymczasem producent sugeruje, coś zgoła innego. Mam niewielkie małżowiny raczej, przylegające a mimo to jest na styk, zazwyczaj będzie „poza zakresem”. To zamknięta konstrukcja, niby więc izoluje dobrze, ale ze względu na to co powyżej może być z tą izolacją różnie.

Poza tym ergonomia stoi na dobrym poziomie, bo lekkie, bo dobrze leżą, nie cisną, dość wygodne są i do długiego słuchania generalnie się nadają. Takie mam wrażenia po pierwszych nastu godzinach słuchania (praktycznie nie zdejmuje ich z głowy). Dobrze to świadczy o ogólnej wygodzie, o tym że to nie są słuchawki na szybką sesję, że można z nimi udać się w długą podróż po dźwiękach i – biorąc pod uwagę walory brzmieniowe – będzie to bardzo przyjemne i wciągające doświadczenie. Za mniej niż 1500 złotych można zatem wyposażyć się w coś, co wygląda mi na „mogę z tym żyć”. Nieźle! Pozostaje sprawdzić, czy ten bardzo pozytywny w odbiorze, pierwszy efekt „wow” się utrzyma i jeszcze pogłębi. Sprawdzę Meze na wszystkich stacjonarnych wzmakach jakie akurat mamy na stanie, sprawdzę też z HA-2, sprawdzę na przekrojowym repertuarze (było eklektycznie, zróżnicowane granie, ale testuję od niedawna, warto więc maksymalnie rozszerzyć dobór, aby potwierdzić uniwersalność jaka majaczy na horyzoncie).

I jeszcze jedna uwaga na wstępie. To niezwykle efektywna konstrukcja, którą bez problemu napędzi przykładowo wyjście audio z iPada Mini (a to naprawdę coś, bo w iPadach, a szczególnie modelu który wykorzystuje do testowania możliwości złącza słuchawkowego są skromne, wg. mnie na dużo niższym poziomie, od tego, co znajdziemy w tym zakresie w iPhone. Można będzie zatem wpiąć te słuchawki do dowolnego źródła mobilnego bez obaw, że będzie „za mało”, bezpośrednio podłączyć, nie bawiąc się w dodatkowe, zew. wzmacniacze. Tutaj naprawdę tego nie potrzebujemy, co więcej na poziomie 80/5 na rzeczonym iPadzie było już naprawdę bardzo głośnio (za nawet). Na iPadzie, na którym zazwyczaj skala mi się kończy i chciałoby się więcej w prawo, ale już się nie da.

Poniżej, tradycyjnie, galeria z opisem:

» Czytaj dalej