LogowanieZarejestruj się
News

ROON, aktualizacja świąteczna… iPad, iPhone pełnoprawnym źródłem audio!!!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
tyt

Co za ludzie, no nie dadzą człowiekowi odpocząć, tylko zmuszają do nawalania w klawiaturę! ;-)  Roon aktualizacja świąteczna 1.4 a w niej prawdziwa petarda… iPad, iPhone lub iPod Touch stają się od teraz takim samym źródłem audio (end-pointem) jak PC! Wiecie co to oznacza? Pewnie, że wiecie. Każdy klamot kompatybilny z iCośtam pozwala na utworzenie strefy BEZ KOMPUTERA. Wystarczy to co w kieszeni, wystarczy tablet i już. Wspominałem o świetnym iPengu, dawał nam możliwość integracji w ramach protokołu LMS (Logitech) iOSowego urządzenia, działało to bardzo dobrze, ale z oczywistymi ograniczeniami (jak: downsampling, maks. 16/44-48). Nie mieliśmy możliwości wykorzystania pełnych możliwości przykładowo iPada, bo nie dało się uzyskać bitperfect (grając hi-resy), nie można było wykorzystać handheldów Apple jako odpowiednika PC/Mac z oprogramowaniem ROON BRIDGE (niezależny end-point, z pełną możliwością konfigurowania, sterowania, obsługi dźwięku oraz wykorzystania silnika DSP). Teraz, moi drodzy, z chwilą wprowadzenia oprogramowania 1.4 macie wspomnianego iPada w takiej właśnie, jak opisałem powyżej roli – autonomicznego źródła, końcówki bez ograniczeń funkcjonalnych. BOMBA! To fantastyczna wiadomość dla użytkowników elektroniki mobilnej spod znaku jabłca, bo mogą od teraz tworzyć multistrefy oparte o swoje urządzenia, a po podpięciu kompatybilnych DACzków możemy mieć hi-resowy end-point z opcją załączenia DSP, bez ograniczeń w SQ. Najlepiej podpinać iCośtam do audio elektroniki przez ACK (Apple Connection Kit), alternatywne rozwiązania innych firm niestety często ograniczają możliwości przesłania dźwięku z urządzenia do przetwornika maks. do 48KHz… adapter jabłca nie ma takich ograniczeń, co można zobaczyć na załączonych obrazkach. Jest też inna ewentualność – są na rynku DACzki, które identyfikują się bezpośrednio (bez adaptera) z naszym, przykładowo iPadem. Testowaliśmy niejedno takie ustrojstwo, jak choćby małego AK10 Astell&Kern vel A200p Beyerdynamic.

Widzicie ten pasek na górze? Tak, tak to już nie działa w trybie Remote (jak włączone to działa jak na stałe odpalony program, a nie że musi nam się apka łączyć każdorazowo z Core, np. po wyjściu na pulpit).
Innymi słowy macie ROON Playera na iOSie! Full opcja, pełna obsługa, żyć nie umierać. iPad jako end-point. Pełne DSP, DSD, MQA (jak komuś to robi ;-) ), z możliwością migrowania do dowolnego miejsca w chałupie… 
…tak wiem, też o tym pomyślałem, a dlaczego by nie od teraz na wynos, gdziekolwiek bądź. Stałe IP to oczywista, oczywistość, teraz droga do tego jest w pełni otwarta. Wow! 

iPad Air 2 ROON READY!

Działa to bez najmniejszych problemów, stabilne jak skała, ale do tego Roon Labs zdążyło nas już przyzwyczaić. Możliwości są ogromne, możecie sobie podpiąć iPada, podłączyć jakiegoś DACa, skorzystać z opcji DSP i – dysponując słuchawkami Audeze – ustawić działanie end-pointu pod swoje nauszniki. Albo, możecie (patrz obrazki) posłuchać sobie wyczynowych hi-resów (obsługa bit-perfect, wychodzimy czystą cyfrą, omijając całkowicie układy iPada), nawet DSD via DoP lub PCM nawet do 384KHz! Ale że jak?! Wystarczy odpowiedni, działający ze sprzętem Apple klamot, jak choćby redakcyjny hiFace DAC (M2Tech), którego mocno katowaliśmy z Air 2 oraz kilkoma modelami słuchawek. Identyfikacja bezproblemowa, DAC pozwolił na obsługę plików DXD oraz (tu z pewnym ograniczeniem, ale leżącym wyłącznie po stronie Włocha) DSD. Grał zatem 1 bitowy materiał, przy czym cicho, ale to – podkreślam – żadne ograniczenie iPada jako źródła, bo identycznie jest z komputerami… po prostu ten typ tak ma, zresztą specyfikacja podaje, że plików 1 bitowych hiFace nie obsługuje, co nie jest do końca prawdą, a wręcz jest bujdą, bo obsługuje. DAC ma takie możliwości, gra takie pliki, robi to w trybie DoP, tylko – właśnie – cicho. Także sprawdziłem z materiałem wyczynowym i tak, jak najbardziej iPad (bo to raczej tablet będzie najwygodniejszym, najsensowniejszym handheldem podpinanym pod roonowy tor) może być zamiast komputera. Idealne rozwiązanie do salonów, jakiś stref gdzie zwyczajnie nie mamy ochoty na PC (a jednocześnie nie chcemy rezygnować z systemu stereo, a nie takiego opartego o jakiegoś głośnikograjka RoonReady). Dodajmy do tego wygodę obsługi (dotykowy interfejs) i cóż… ROON jest, cholera, nie do pobicia! Zamiast korzystać z erzaców (AirPlay – np. AirPorty czy AppleTV identyfikowane wcześniej w ROONie, który dysponuje obsługą tego protokołu) można teraz mieć jabłczane źródło o nieograniczonych możliwościach, takich jak komputer, korzystać z potęgi trybów DSP, dostosowania do efektora, pomieszczenia… WOW! Wprowadzenie pełnego wsparcia dla mobilnego systemu (iOS) to fantastyczna rzecz, już nie tylko Win, nie tylko macOS czy Linux, ale od teraz także iOS może być w pełni Roon Ready!!! Ważne, żeby skorzystać z opcji pełnego wsparcia ROONa w iOSie trzeba zainstalować wersję 11. Niestety bez najnowszego, nadal zabugowanego systemu mobilnego Apple się nie obejdzie. Przy czym na szczęście, wszystkie urządzenia z poprzednią wersją systemu (iOS10) niczego nie tracą, odnośnie dotychczasowej funkcjonalności. Nadal działa to jako Remote, nadal możemy sterować odtwarzaniem na innych urządzeniach, konfigurować etc. po zaktualizowaniu Core do 1.4.

I co Wy na to? iPad jako pełnoprawne źródło w ROONie. Już nie trzeba iPenga (ograniczenia), mamy dokładnie to samo, co daje nam PC/Mac w opcji ROON Bridge!
Tutaj, jak widać, leci sobie DSD via DoP

Hi-resy 

…w dowolnym miejscu, słuchawki, ale i stacjonarny tor, w którym end-pointem będzie iPad

To nie jedyna rzecz, którą wprowadzili pod choinkę. W najnowszej wersji 1.4 przebudowano interfejs zarządzania strefami, nawigowania po opcjach sprzętowych… i zrobiono to przegenialnie. Nie dość, że szybciej, nie dość że wygodniej, to jeszcze dostajemy rozbudowane opcje sterowania natężeniem dźwięku. To bardzo istotne, bo ROON, jako jedyne tego typu oprogramowania na rynku, pozwala dopasować swoją pracę nie tylko do podpiętego sprzętu, ale nawet do określonej muzyki! No REWELACJA Panie, Panowie. Możemy dokładnie dopasować sposób odtwarzania, popatrzcie na obrazki… niesamowite! Ustawiamy w zależności od utworu, albumu, danego źródła, można zdać się na auto dopasowanie…. można dokładnie wszystko ustawić pod kątem materiału (o ile znamy jego parametry, jak znamy to je nam ROON btw wyświetli pod okładką albumu …z górką od paru miesięcy to potrafi). Dla purystów to niezwykle istotna sprawa, bo można korygować to co ostatecznie dobiegnie do naszych uszu, dzięki możliwościom oprogramowania dokładnie ustawić całość i cieszyć się doskonale zsynchronizowanym (z materiałem) odtwarzaniem. BOMBA! Do tych kluczowych nastaw oraz do crossfade’a i limitera głośności (można takie coś od teraz wymusić, co może okazać się wielce przydatne, szczególnie z wrażliwą elektroniką oraz słuchawkami) po wyświetleniu pierwszej zakładki informującej nas o parametrach danego urządzenia / strefy. Mamy zatem dokładnie podane co gra, jak jest ustawione i szybko możemy to pozmieniać w setupie (na dole wyświetla się opcja). Proste? Proste, genialnie proste, a jednocześnie dające TAKIE możliwości. Innymi słowy, jak macie pliki DSD (zazwyczaj gra to ciszej) to ustawiacie pod nie reakcję, jak gra materiał PCM to ustawiamy sobie inaczej i nam się ładnie dopasowuje, jak chcemy wyłączyć wszystko, to wyłączamy, jak zamieszczono dokładne informacje nt. parametrów (podano parametr Dynamic Range) to sobie odpowiednio dopasowujemy nastawy.

Ja cież… tak, wiecie co to oznacza… można precyzyjnie dopasować poziom. Super precyzyjnie!

 K.O. :)

No dobrze, to może już wystarczy tych prezentów? A gdzie tam! Przebudowali także moduł odtwarzania po zakończonej liście zaplanowanej przez użytkownika oraz rozbudowali samą listę odtwarzania. Ten moduł, zwany – po prostu – Radio, od teraz jest w wersji 2.0 i choć jeszcze (ale to się niebawem zmieni :) ) odtwarza nam dźwięki „tylko” z naszej kolekcji plików (Tidal / NAS), to robi to od teraz na parę sposobów. Z playlistą podobnie… jest więc pętla, inteligentna pętla, mieszanie, a do tego (w obu przypadkach) pełna informacja na temat odtwarzanych utworów, wykonawców, twórców z odnośnikami do …zewnętrznych źródeł. Dodajmy, że to wszystko w ramach inteligentnego dopasowania pod nasze gusta, w nawiązaniu do wcześniej odtwarzanej muzyki, z wyszukiwaniem inteligentnym po naszej kolekcji, a niebawem (jw) w przepastnych zasobach Internetu (będzie Tidal co oczywiste, ale nie tylko, bo rozgłośnie też się pojawią). Co więcej, to Radio będzie można konfigurować (albo auto, albo określone preferencje, jakościowe, gatunkowe, realizatorskie etc. etc. etc.). Dodam tylko, że mówimy tylko o dodatku, czymś co gra, jak nam się inwencja twórcza odnośnie własnej listy odtwarzania, playlisty skończy.

Wreszcie ponownie zoptymalizowano działanie RAAT, jest szybciej, wydajniej, faktycznie widzę, że mniej zasobów nam połyka (a przecież było dobrze, ale …he, he, zawsze może być lepiej ;-) ). Są jeszcze pewne, kosmetyczne zmiany oraz garść poprawek. Od paru dni testuje (soft dostępny jest właściwie od przedwczoraj) i powiem Wam jedno: ja już prezent pod choinkę dostałem! :-D

Znakomicie… mamy szybki dostęp w zakładce strefy do wszystkiego

Świetny UI jest od teraz jeszcze lepszy!

Skondensowane informacje w zakładce strefy/wybrane urządzenie z kluczowymi nastawami oraz wejściem do setupu

Poniżej, w rozwinięciu sporo materiału zdjęciowego z opisem, obrazujące zmiany jakie zaszły w oprogramowaniu…

» Czytaj dalej

Nowy DAC M2Tech Young mkIII w redakcji. Strumienie, oledy…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20171215_095030915_iOS

Absolutna nowość z Italii, nowy Young DAC mkIII ze strumieniami (via Bluetooth), do tego w pełni zbalansowana konstrukcja (idealnie będą tu pasowały nasze redakcyjne monitory studyjne EISO), z analogowym wejściem… a więc także prosty cyfrowo-analogowy przedwzmacniacz. Sprawdzę jak to zagra z gramofonem via 1020, teraz wygrzewa się z źródłami cyfrowymi… komputer (mac/ROON), Chromecast i kompakt (nad515). Bezpośrednie strumienie sinozębne, znak czasów, to coraz częstszy widok i to bez względu na klasyfikację urządzenia. Może być budżetowe HiFi, może być i high-end. Bez różnicy.

W przypadku Younga jest oryginalnie. Po pierwsze, jak wspomniałem, to konstrukcja w pełni zbalansowana (nie pseudo, jak wiele innych klamotów, które mają XLRy tylko po to, by ewentualnie skorzystać z „grubego” kabla… a po prawdzie są to konstrukcje SE), można też podpiąć via RCA (piękne przejściówki w komplecie dali), ale jak już ktoś tak to zaprojektował to dobrze sprawdzić na torze symetrycznym „z czym to się je”. Po drugie rozbudowane menu to nowość u Włochów, coś co kojarzy mi się z Matriksami (gdzie można ustawiać wiele parametrów pracy DACa). Są filtry dla PCM, są dla DSD (aż 4!). Po trzecie mamy wejście SE, co automatycznie pozwala wpiąć gramofon w tor za pośrednictwem nowego Younga, a to może przynieść określone korzyści w SQ (sterowana cyfrowo drabinka rezystorowa, bardzo precyzyjna regulacja poziomu). Zastosowano enkoder (nawet co 0,5dB, można to na marginesie zmienić w ustawieniach na 1dB… przydatne!), do tego systemowy pilot (rozrasta nam się ta M2Techowa elektronika, rozrasta), a jakby tego mało DEDYKOWANA aplikacja na Androida (patrz zrzuty ekranowe) do sterowania przetwornikiem (? …strumieniowcem, przedwzmacniaczem… jaka nazwa byłaby adekwatna? No właśnie jaka?) …innymi słowy full opcja jeżeli chodzi o obsługę, także zdalną.

Czysta forma. Żadnych literek, cyferek… lubimy takie. Nazwali te nowe klamoty: ”M2Tech Rockstar Series” :)

 

Jest niewielki, ładniutki, od razu ujęło mnie coś, co po czwarte, wyróżnia tego klamota na tle innych – nie ma żadnych oznaczeń, żadnych nazw, znaczków, czegokolwiek na froncie… tylko czarna tafla, która skrywa OLEDowy displej. Super! Dyskrecja jest tutaj wyraźnym wyborem, wskazują na to rozbudowane opcje ustawień (praca diody, reakcja wyświetlacza z możliwością jego szybkiego wygaszania, sposób wybudzania / gotowości klamota do pracy). Innymi słowy macie coś, co może, po odpowiednim skonfigurowaniu, nie świecić, nie krzyczeć „tu jestem, o tutaj!”, po prostu czarny front z aluminiowym, grubym płatem na górze i bokach. Bardzo mi to pasuje i myślę, że wielu osobom taki projekt również przypadnie do gustu. Zrobili to dokładnie jak należy i estetyka, design (cóż, wiadomo, Włosi) stoi tutaj na bardzo wysokim poziomie. Z tyłu mamy świetnej jakości złącza, sprzęt w ogóle się nie grzeje, a nie grzeje się w ogóle, bo zasilanie mamy na zewnątrz. W komplecie jest zasilacz ścianowy, można zdecydować się na upgrade w postaci firmowej elektrowni (Van Der Graaf mkII), albo jakiegoś innego rozwiązania dostępnego na rynku. Pilot, jak wspomniałem, systemowy jest, nie żaden z kosza, tylko specjalnie pod zamówienie producenta robiony, również wyróżnia się estetycznie na plus (czcionka stylizowana na Art déco ;-)) i stanowi spore udogodnienie, w sytuacji gdy zdecydujemy się na pełne wykorzystanie możliwości jakie oferuje tytułowe urządzenie, to znaczy podepniemy wiele źródeł oraz dodatkowo będziemy mieć ochotę na sinozębne strumienie z obsługą aptX.

Sinozębny moduł jest i to taki w wariancie z obsługą kodeka aptX
(…mobilne jabłka niestety nie skorzystają, AAC nie ma, pozostaje SBC)

Na szczęście na Maku jest aptX. Gramy na zbalansowanym torze, cały system to jak widać Young i kolumny aktywne ESIO

Jak wspomniałem, zintegrowałem klamota z monitorami bliskiego pola nEar 05, podpinając symetrycznie, konfigurując kolumny w taki sposób, by wykorzystać do maksimum możliwości regulacji po stronie Younga. Tak to będzie grało (gra) przede wszystkim, choć nie tylko, bo te piękne przejściówki… no szkoda byłoby ich nie wykorzystać, także przygotuję coś specjalnego – podepniemy M2Tech-a do toru niesymetrycznie z wzmacniaczem MiniWatt jako końcówką, znaczy lampy też będą. I nieprzypadkowo będą, bo w menu zaszyta jest także opcja ustawienia wyjścia DACa z dwoma nastawami (5Vrms i 10Vrms), można będzie zatem podłączyć bańkową końcówkę, bo przewidziano także taką opcję. Super! Jak widać, mamy tutaj naprawdę sporo możliwości. Także na pasywnych zestawach kolumnowych także zagra, stanowiąc podstawę toru (pre). Fundamentem są tutaj dwie kości… programowalna Xilinx FPGA (tak, będzie można dokonać aktualizacji przetwornika w zakresie wejścia USB), czytaj kontroler USB oraz układ C/A PCM1795 (natywna obsługa DSD). Uzupełnieniem tego duetu jest scalak odpowiedzialny za pracę enkodera (regulację) CS3318. Nawet 32 bity, nawet 384KHz, nawet DSD256, nawet… ekhmmm… MQA (natywnie).

Pilot systemowy, biorąc pod uwagę rozbudowaną funkcjonalność, niezbędna rzecz.
Do tego jeszcze dedykowana apka (DAC z apką… tak, tak, w takich czasach żyjemy, choć tutaj mamy więcej, bo jest pre, bo sporo można konfigurować). Co ciekawe apkę macie tylko (do czasu?) na Androida. Wersji na iOSa brak. Wreszcie czegoś nie ma na jabłcu, jest na Andku ;-) . Prawdziwa rzadkość! Mam na szczęście na czym sprawdzić, jakiś Android jest, co pozwoliło obadać apkę.

Poniżej, w galerii możecie zobaczyć jak wiele ma do zaoferowania testowana nowość od M2Tech-a, ile możliwości dostajemy w urządzeniu, które nominalnie uznajemy za DACa, a przecież… no właśnie, dostajemy coś znacznie bardziej funkcjonalnie rozbudowanego. Znak czasów moi drodzy. Dzisiaj te omnibusy pozwalają budować system bez konieczności mnożenia bytów, bo nam się wiele rzeczy integruje w ramach jednego. Fajnie!

» Czytaj dalej

Kiedy kino spotyka audio #2: OPPO UDP-205

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170930_175513822_iOS

Roon Ready end-point? Check! Odtwarzacz UHD z pełną obsługą Dolby Vison / HDR oraz wejściem HDMI 2.0 (4k)? Check! Wielokanałowy, zaawansowany przedwzmacniacz cyfrowo-analogowy AV? Check! Płytograj SACD z opcją bezpośredniego podpięcia amplifikacji w scenariuszu kwadrofonia/surround? Check! Plikograj z obsługą wszystkiego jak leci, w tym (po ostatniej aktualizacji) plików MQA (patrz moje krytyczne teksty o tym standardzie: tutaj i tutaj)? Check! Czegoś tutaj brakuje? No chyba nie brakuje, w topowym Oppo producent postanowił wprowadzić wszystkie najnowsze rozwiązania z zakresu odtwarzania wideo oraz audio. Inaczej sprawy się mają, przynajmniej na razie, w przypadku modelu 203, następcy 103, być może zostanie to zniwelowane aktualizacją, na razie jednak to 205 ma „wszystko”. Dlaczego „wszystko”. Ano dlatego, że tym razem, jak wspominałem w zapowiedzi, nie zdecydowano się na dostęp do streamingów, na własną platformę smart… to świadomy wybór, dla niektórych kontrowersyjny (jak to, dzisiaj, bez strumieni!?), ale według mnie przemyślany i zasadny. OPPO uznało, że nie ma sensu dodawać funkcjonalności, które powielają to, co najcześciej jest zintegrowane w odbiorniku UHDTV, względnie w jakiejś przystawce (o tym jeszcze za moment), ścigając się z innymi w niewdzięcznym (dla producenta) wyścigu aktualizowania, dodawania, uzupełniania (i tak w kółko) oferty. Pamiętacie nasz ostatni test? No właśnie, na przykładzie A10 doskonale widać jak trudno w praktyce zapewnić stabilne wsparcie dla poszczególnych aplikacji dostępowych, jak często dostarczyciele kontentu zmieniają zasady gry. Są duzi, wróć, są najwięksi z branży IT, którzy mają możliwości trzymania ręki na pulsie. I to oni gwarantują, że z Netfliska poleci, że z HBO poleci, że z Prime poleci i z innych też poleci… Nie, nie stawiam się tutaj w roli adwokata producenta, bo to – patrząc z perspektywy dzisiejszych standardów – jw. kontrowersyjna i niełatwa decyzja, bardzo powiedziałbym odważna. Sam początkowo podchodziłem do sprawy z dystansem, nie tyle z powodu dzisiejszych standardów (każdy to w jakimś zakresie ma), co przez wzgląd na poprzednika, gdzie rozwiązano to dobrze, a parę rzeczy to były ekskluzywne perełki i po prostu szkoda. Testując klamota szybko jednak uświadomiłem sobie, że to wcale nie pomyłka, że właśnie z wyżej wymienionych powodów to decyzja zrozumiała i (jak przekonacie się po lekturze recenzji) sensowna także z punktu widzenia użytkownika. Wystarczy jakiś streamer, choćby taki jak przetestowany niedawno A10 (po ostatnich upach HBO oraz Netflix wreszcie działają btw).

Pamiętacie recenzję BDP-105D, klamota, który otrzymał od nas tytuł „end of the road?” Maszyna zrobiła na nas ogromne wrażenie, obecny model to technologiczne rozwinięcie poprzedniego flagowca – tak mamy referencyjny wideo player odtwarzający płyty Blu-ray UHD (poprzednik to maszyna FHD), ale nie tylko to, bo sprzęt podobnie jak poprzednik potrafi odtwarzać nośnik SACD, a dzięki high-endowemu torowi 7.1 (układy C/A ESS Sabre, wielokanałowe, wyjścia analogowe na amplifikacje, zarówno te kinowe, jak i stereofoniczne, o czym kapkę poniżej) można skrzynkę wykorzystać także jako przedwzmacniacz dla ampów, dla wielu ampów, z takimi opcjami jak obsługujące sygnał UHD wejście HDMI (inne źródła ultra HD). To właśnie dzięki HDMI-in w OPPO wspomniany A10 eGreata, Apple TV 4k oraz Chromecast TV stanowiły idealne uzupełnienie, a precyzyjniej, dopełnienie tytułowej skrzynki. Wystarczy tani Chromecast i niwelujemy to, czego UDP-205 brakuje na starcie… tym razem , jak wspomniałem, OPPO zrezygnowało z serwisów strumieniowych, źródeł internetowych dla materiałów audio/wideo. Sieć jest, owszem, ale tylko lokalnie, to znaczy gramy z udostępionych komputerów, NASów w naszej domowej lokalizacji. Działa to znakomicie, znacznie szybciej od wszystkich do tej pory testowanych multiodtwarzaczy, indeksuje nam OPPO lokalne zbiory i w ten sposób wykorzystamy go, jako streamera, ale -właśnie – lokalnego streamera. Także w odróżnieniu od 105 nie mamy bezpośredniego streamu z Tidala, nie będzie także (co boli, bo mieli to ekskluzywnie) znakomitej jakości źródła jakim był serwis strumieniowy Deutsche Grammophon. Tym razem postanowiono przygotować bezkonkurencyjny, jedyny taki odtwarzacz/DAC/pre stereo/wielokanałowy, nie mający odpowiednika w świecie AV, jednakowoż jw pozbawiony tego, co dzisiaj staje się nieodzowną częścią każdego systemu – w końcu dostęp to dzisiaj Internet. Polski dystrybutor ładnie wybrnął z tego „mniej”, dodając do kompletu (1zł to kosztuje, gdy zamówimy sobie 205-kę) Chromecast Audio. Strzał w dziesiątkę, wystarczy wyjąć, skonfigurować, podpiąć dołączonym do kompletu, niezłym przewodem optycznym z zamontowanym w maszynie OPPO dakiem i już mamy serwisy. Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, by w podobny sposób uzupełnić brak strumienia z Internetu w przypadku wideo za pomocą Chromecasta 4k. Zachęcam dystrybutora do takiego ruchu, bo wtedy faktycznie Oppo będzie „wszystkomający” po wyciągnięciu skrzynki i dongli z pudła. Samo uzupełnienie we własnym zakresie to decyzja na jeden ze sposobów integracji strumieni (oczywiście tutaj koniecznie z 4K) via Chromecast Video 4K (tanio) lub Apple TV 4k (drożej) lub Fire TV (Amazon) lub… i tutaj macie jeszcze multum innych propozycji, choć wspomniana zaleta bycia na czasie to właśnie giganci, którzy na bieżąco aktualizują… nie zapominajmy o tym. Można też zdecydować się na takie rozwiązanie jak przetestowany A10 lub jakiś wyspecjalizowany komputer NUC / HTPC. Wszystko to, jak najbardziej, do zrealizowania dzięki wejściu HDMI 2.0 w jakie został wyposażony UDP-205 :)

Takie źródło pozwala zbudować wokół niego cały system, łączący kino z audio na poziomie wysokiej klasy HiFi, a nawet high-endu (dźwięk – mogę sobie wyobrazić 205 w dowolnym systemie, nawet takim za kilkaset tysięcy złotych, gdzie 99% rozwiązań nie daje możliwości grania wielokanałowego, a to… tak moi drodzy, to jedna z rzeczy jakie będzie niebawem branża mocno eksploatować, oj będzie), stanowiąc połączenie odtwarzacza nośników fizycznych oraz plikograja z najlepszymi rozwiązaniami z zakresu oprogramowania, interfejsu, obsługi. Dodajmy do tego wielokanałowość, rozbudowane opcje połączeniowe, funkcjonalność DACa na najnowszych, topowych kościach ESS Sabre i mamy obraz całości, niezwykle atrakcyjnej, gdy uświadomimy sobie, że nie przekraczamy tutaj pułapu 10 tysięcy złotych. Stream audio oraz wideo z sieci w prosty sposób (i tani) dodany (względnie już przez nabywcę użytkowany), czy zintegrowany z Oppo to póki co jedyna taka propozycja (patrząc przez pryzmat ROONa). UDP-205 jako end-point to wg. mnie najlepszy interfejs, najlepsze wrażenia z obsługi kolekcji muzycznych, najsensowniejsza agregacja strumieni tidalowych (cóż, Roon Labs zrobili to lepiej niż sam Tidal z ich nadal pozostawiającą nieco do życzenia aplikacją dostępową) plus ogromne możliwość odnośnie trybów DSP: korekcji pomieszczenia, dopasowania pod konkretne warunki, do podpiętych efektorów etc. Tego nikt w takim zakresie obecnie nie daje, a OPPO to od paru tygodni ma i działa to bezbłędnie. A to przecież tylko wycinek możliwości jakie kryje ta skrzynka w sobie.

Zapraszam…

» Czytaj dalej

Pierwszy mobilny DAC z USB-C… jeszcze nie do kupienia

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2017-12-08 o 12.05.50

Nowy standard. USB-C. Uniwersalny. Taki był pomysł, a wyszło jak zwykle: kable ładują, ale nie przesyłają danych, w ramach specyfikacji możemy znaleźć obsługę wielu technologii ….opcjonalnie, nie ma ujednoliconych parametrów wydajnościowych dla złącza itd. itp. Można powiedzieć, że to problemy wieku dziecięcego. Ano można, tyle że trwa to już kolejny rok od chwili debiutu i ogólnie panuje niezły bałagan, chaos. Dodajmy do tego opornie idącą implementację w elektronice konsumenckiej, gdzie nadal króluje microUSB, powolny proces wdrażania interfejsu w handheldach i mamy nieciekawy obraz sytuacji. A przecież miało być tak pięknie, jedne port co wszystko łączy i ze wszystkim co popadnie jest kompatybilny. Pewnie tak będzie, ale póki co nie jest. Fatalnie wygląda to w działce, która jest w centrum naszych zainteresowań. Obecnie nie kupicie żadnego konsumenckiego komponentu audio wyposażonego w takie złącze. I nie mam tu na myśli A1 od B&O, gdzie port służy tylko i wyłączenie do podładowywania głośnika, czy paru modeli bezprzewodowych słuchawek, gdzie w końcu wprowadzono ten typ złącza (P7 od B&W ostatnio), chodzi mi o komponent audio, który wykorzystuje to złącze do transmisji dźwięku.

Może jednak wreszcie coś się w tej kwestii zmieni. Wczoraj Qualcomm (tak, to ten wielki producent układów SoC oraz sieciowych jakie wykorzystują producenci elektroniki mobilnej) zaprezentował PIERWSZEGO DACa na tym złączu (są pierwsze profesjonalne interfejsy wyposażone w to gniazdko z interfejsem Thunderbolt 3 btw). Nietypowego, co prawda, choć w sumie forma nie dziwi, zważywszy że mówimy o firmie, która przede wszystkim działa w segmencie dostawcy komponentów do smartfonów i tabletów. To przetwornik wpinany w okablowanie z jednej strony zakończone złączem USB-C, z drugiej ze standardowym złączem jack. Rzecz zintegrowana ze sterowaniem oraz wzmacniaczem w formie klasycznego pilota dyndającego na okablowaniu wpiętym do smartfona.

Nazwali to Aqstic HiFi DAC AQT1000 i patrząc na opublikowane parametry tego malucha, faktycznie może i HiFi, bo obsługa 24, a nawet 32 bitów w standardzie (częstotliwość próbkowania do 384KHz), bo THD na poziomie 105dB, a DR to aż 128dB, bo wreszcie natywna obsługa 1 bitowego dźwięku DSD. Firma podkreśla, że ten DAC w bardzo niewielkim zakresie odpowiada za drenaż energii z źródła/transportu tj. handhelda. Właśnie, odnośnie nazwy, to Aqstic Hi-Fi jest nowym działem Qualcomma odpowiedzialnym za rozwój układów oraz gotowych produktów z zakresu audio. Ma, w zmierzeniach producenta chipów, być standardotwórcą, ułatwiać zainteresowanym producentom sprzętu mobilnego wprowadzenie podobnych rozwiązań do swoich produktów. Brzmi sensownie – to właśnie na tym poziomie warto pokazywać możliwości, zachęcać do implementacji nowości, ułatwiając i zachęcając do wdrażania. Innymi słowy, na razie tego AQT1000 nie znajdziecie w pudełku najnowszego smartfona, ale jest szansa że niebawem się to zmieni. Akurat takie coś znacznie szybciej trafi do wyposażenia standardowego mobilnej elektroniki niż bezprzewodowe słuchawki, które są obecnie za drogie, aby je dodawać do kompletu.

Parametry niczego sobie, zakładana uniwersalność (USB-C), ciekawe opcje (UAC3.0), integracja klasycznych słuchawek z mobilną elektroniką pozbawioną analogowego interfejsu audio na odpowiednim poziomie jakościowym.
Jesteśmy na tak.

W przypadku takiego DACa jest to jak najbardziej wykonalne (to nie jest drogie akcesorium) i dopiero gdy producenci handheldów zdecydują się na to (a stanie się to zapewne bardzo szybko, bo na wyścigi rezygnują ze złącza analogowego audio-jack) to takie coś, być może, stanie się nieodzownym elementem wyposażenia (byłoby to znacznie bardziej uniwersalne, wygodne rozwiązanie, niż słuchawki ze zintegrowanym USB-C, dakiem wbudowanym na kablu). Sam smartfon, pozbawiony jacka, staje się obecnie transportem cyfrowym i poza zdobywającymi coraz większe udziały na rynku bezprzewodowymi słuchawkami, które jw trzeba dokupić, taki produkt będzie miał rację bytu. Zarówno w kontekście grania na klasycznych słuchawkach z przewodem analogowym, jak i podstawowego wyposażenia, umożliwiającego odtwarzanie dźwięku na dołączonych do kompletu „pchełkach”.

Ciekawe, kiedy to złącze zastosują producenci stacjonarnej elektroniki? Tutaj nie ma ciśnienia na miniaturyzację (w przypadku elektroniki mobilnej to oczywisty kierunek, szczególnie że microUSB jest rozwiązaniem nie tylko przestarzałym odnośnie specyfikacji, ale także mocno awaryjnym), właściwie jedynym mocnym argumentem byłoby wprowadzenie rozwiązań zgodnych z nowym UAC 3.0 (USB Audio 3.0). Szybszy transfer, możliwość wprowadzenia Thunderbolta 3, pewna standaryzacja okablowania… tak, to wszystko kiedyś może zachęcić do migracji, ale na razie standardowe USB-B (drukarkowe) lub płaskie USB-A trzyma się dzielnie i nie zanosi się, żeby coś w tej materii szybko się zmieniło. Nie zapominamy, że wcześniej trafił do wybranych produktów USB 3.0 pozwalające na wydajniejszą transmisję, na przesył dużo większej energii, zgodne elektrycznie ze starym standardem USB. Wielu producentów zdecydowało się zastosować to rozwiązanie i nie jest obecnie zainteresowane wprowadzaniem kolejnych zmian. Dodajmy do tego także nowe, uwzględnione w najnowszym standardzie USB Audio, technologie DSP: przestrzennego dźwięku (wyjście poza stereo, w tym binauralizacja), adaptacji akustycznej itp. To już konkretne zalety, także w przypadku stacjonarnej elektroniki, jakie moglibyśmy zobaczyć w wyposażonych w USB-C urządzeniach audio.

W moim odczuciu dopiero oferta alternatywy (thunderbolt) w konsumenckim PC Audio mogłaby coś tu zmienić. Przy czym szanse na to wydają się niewielkie, wystarczy przypomnieć sobie co się stało z działającym w podobny sposób co thudnderbolt FireWire. Umarło, a przecież oferowało wiele zalet w stosunku do USB (point-to-point, brak współdzielenia, szybsze transfery, lepsze, pewniejsze złącz). Także w przypadku rynku mobilnego, interfejs zapewne dość szybko stanie się obowiązującym standardem, inaczej niż w stacjonarnych klamotach …tam tego szybko nie zobaczymy. Oczywiście taka sytuacja będzie musiała się zmienić, szczególnie w kontekście wyrugowania starych typów złącz z nowych komputerów (głównie przenośnych). Stosowanie adapterów oczywiście zawsze będzie w modzie (Apple coś o tym wie, kasując grubą kasę za przejściówki), ale może to pośrednio wpłynąć na producentów audio, by wprowadzić USB-C do swoich produktów, także stacjonarnych produktów. Poczekamy na to, kiedyś USB-C będzie wszędzie, ale to kiedyś.

 

A tutaj rozwiązanie @ USB-C z możliwością integracji w słuchawkach smartfona, z wbudowanym mikrofonem (rejestracja dźwięku o wysokich parametrach vide układ ADC HiFi o parametrach zbliżonych do wspomnianego DACa, tutaj także zintegrowanego) z możliwością nagrywania binauralnego (to może mieć dodatni wpływ także na jakość samych rozmów)

 

Kompleksowa oferta dla mobilnej elektroniki w zakresie audio @ USB-C od Qualcomm-a. Może być to jw. rozwiązanie zintegrowane ze smatrfonem, z zewnętrznym przetwornikiem, a także ze słuchawkami, zestawami głośnomówiącymi

Parę bieżących spraw na koniec: już w weekend możecie spodziewać się drugiej części kino spotyka audio. Tym razem będzie o Oppo BDP-205D, nowym flagowcu, który został przeze mnie bardzo gruntownie obadany, nie tylko w kinie ale także w audio, w tym również wielokanałowym audio. Zaraz potem pojawi się zaległa recenzja słuchawkowego setu Cayin’a tj. iHA-6 oraz iDAC-6… dla wielu może to się okazać docelowa propozycja, szczególnie wzmacniacz bardzo przypadł do gustu… świetny amp, kolejny bardzo udany produkt z tej kategorii jaki trafił do nas.

Rzecz jasna będzie także długo przeciągany Polaris, świątecznie będzie, bardzo obszerny tekst dla czegoś, co w mojej opinii zamyka (podobnie jak LS50 Wireless) etap poszukiwania klamotów… mając takiego Auralika, można skoncentrować się na słuchaniu, na poszukiwaniu nowych doznań estetycznych w muzyce, bo już zupełnie nie trzeba, nie ma sensu wymieniać. No chyba, że jesteśmy tak zblazowani, tak nam się nudzi, że dla sportu, ale lepiej wg. mnie w zakresie jakości i synergii nie będzie… może forma, tak, może to. Softwareowo to ideał z ROONem, z własnym Lightningiem DS grupującym wszystkie źródła streamingowe audio). Hmmm, tak wiem co by ewentualnie mnie zachęciło do wymiany takiego klamota – wielokanałowy, bezkompromisowy set, albo coś o tej samej funkcjonalności z dodatkiem wybitnego ampa słuchawkowego). Czyli jednak ;-)

Zasiać ferment część II: biznes, jak zwykle

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
240_F_129984436_LUGRhgBpgOKvIJIG2tHLT3liUa0sAJsM

Zarabianie na muzyce nie jest proste. W dobie streamingu to wyzwanie. Ostatnio parę osób z branży podzieliło się uwagami na temat tego, jak trudno wyjść na swoje. Szczerze? Nie przekonały mnie te biadolenia, bo choć same serwisy obecnie są deficytowe to… jakoś nikt nie rezygnuje (wytwórnie) z nowego sposobu dystrybucji, jakoś nikt nie wywiesza białej flagi (tak, ten zły, darmowy YouTube wszystko psuje), każdy stara się rozwijać biznes i mimo początkowego dystansu do nowego (artyści) dzisiaj nikt nie obraża się na taką formę udostępniania muzyki. Co więcej, sami muzycy przyznają, że już od dawna (od dawna, to znaczy jeszcze na długo przed serwisami) zarabiali głównie na koncertach, głównie na monetaryzacji swojego wizerunku, a płyty… cóż, poza topowymi wykonawcami nie były istotnym źródłem przychodów. Same wytwórnie dość późno zrozumiały o co w ogóle w tym Internecie biega, same były sobie winne – nie potrafiły się dostosować. Stąd te biadolenia. Sieć staje się trampoliną do promocji (i tutaj jest łatwiej, taniej, szybciej… ale o tym jakoś nikt z wielkich specjalnie się nie rozwodzi, a to główny koszt po ich stronie), jest idealnym medium komunikacji, stanowi doskonałą platformę dla talentów (i anty-talentów), także tych bez bogatego tatusia z szybami, który kupi miejsce w top 40. Muzyka to biznes, który musiał zaadaptować się do nowej rzeczywistości, do sytuacji w której to co fizyczne przestało być „sprzedawalne”. Rzecz jasna dotyczy to także kina, dotyczy to telewizji, ale – patrząc na wszystkie te nośniki kultury – to właśnie muzyka musiała wjeść w sieć i zacząć na siebie zarabiać. To dochodowy biznes, wbrew twierdzeniom co poniektórych, choć wymagający. Trzeba się szybko dostosowywać, trzeba być aktywnym, trzeba… tak, żyjemy w XXI wieku, musisz się szybko adaptować, jak tego nie zrobisz to wypadasz.

No dobrze, to może MQA ma być po prostu nowym sposobem zarabiania, zarabiania na wysokiej jakości w dobie Internetu? Naturalnie, nie byłoby w tym nic zdrożnego, nic złego i za tę lepszą jakość (gdy w sieci króluje stream o podłej, albo jedynie akceptowalnej jakości… choć to się zmienia vide nasze wpisy o Spotify choćby :) ) należałoby zapłacić, przy czym dla naszych rozważań ważne jest na czym konkretnie i w jakim stylu zarobić. Problem w tym, że stojący za nowym rozwiązaniem twórcy chcą powtórki z rozrywki, chcą dokładnie, jotka w jotkę zrobić kalkę z tego, co słusznie minione, co było powszechnie krytykowane, co było anty-konsumenckie. DRMy, regionalizmy, licencje… coś, co nadal mocno się trzyma w przypadku dystrybucji X Muzy miałoby wrócić w „wielkim stylu” właśnie za sprawą MQA. Nie wierzycie? Wspominałem w poprzednim wpisie o sceptycyzmie Schiit Audio, ale to nie jedyny głos z branży (…branży! Nie od nawiedzonych alterglobalistów ;-) ). Oto co ma do powiedzenia w tej sprawie Charles Hansen z Ayre:

If MQA is successful, audio will be distributed and rented in the same way that video is distributed and rented.

Look at what happened with video – they made it so that only giant mega-corporations could compete – Sony, Panasonic, Toshiba, Pioneer, Denon, because the up-front licensing fees for DVD were $150,000 with an annual renewal of $50,000, plus a 4% royalty on the entire unit. Four percent of a $200 DVD player was almost tolerable, but on a true high-end player, most of the money goes into the power supplies, the higher-quality parts, the elaborate analog and video circuitry, the clocks, the chassis – all things that have nothing to do with the patented technology that is being licensed. The royalty alone would cost as much as a high-quality chassis. It simply was unworkable for small, innovative manufacturers.

A handful of companies (Theta, Muse, Ayre) made „pirate” DVD players by purchasing a completely finished, fully-licensed and royalty-paid player at wholesale from Pioneer (or in one case Panasonic) and then „modifying” it to one degree or another. (As far as I know, Ayre was the only one of these companies to literally re-build the unit from the ground up. See link below.) The problem with that approach is that the Japanese giants „churn” their product line every year or two, and there is no stable platform to base a high-end player on. (This is what killed high-end CD transports in the early 2000′s – nobody sold transports except Philips, and they changed models every year with no support – eg, replacement lasers – for previous models.)

This „pirate” practice reached its nadir when Lexicon (a division of Harman and sister company to Levinson at the time, and who had DVD licenses but not Blu-ray licenses) released its Blu-ray player. It sold for $3000 and it turned out that it was literally a $500 Oppo stuck inside another fancy box. They didn’t even bother to take the parts out of the Oppo box – even the Oppo chassis went right in. The *only* thing that changed was the logo on the start-up splash screen.

This is one of the main reasons that people think the high end is a rip-off and a joke – in many cases it is.

Did the print magazines publish any of this?

If MQA succeeds, it will turn audio into the same exact thing. I’ve heard rumors that the MQA up-front licensing fee is $200,000 but that they will „waive” it for the „early adopters”. The royalty rate is supposed to be a percentage of the cost of the product, but I’ve heard they are making special deals with the „early adopters” – only a buck-two-ninety-eight. What they probably want is a few percent of the wholesale cost of the product. If it goes mainstream, a few percent of all cell phone sales could add up to some *really* big bucks. Someone has to pay for Bob’s mansion.

And that is the world that Bob lives in now. MQA is financed by the Rupert family of South Africa. Multi-billionaires that made fortunes by killing people with cigarettes. The elder Rupert (now deceased) invented the „king-size” cigarette, the „menthol” cigarette, and many other lovely things. One of the sons of big Daddy Rupert runs Reinet Investments, owners of both MQA and Meridian.

So if you want to see our „hobby” turned into a giant parasitic industry controlled by licensing organizations (like the video industry is – HDMI, Dolby, and DTS set all the standards and mandate changes every couple of years to create product „churn”), go ahead and support MQA and Bob Stuart and the greedy Rupert family of billionaires.”

Może to jakiś frustrat, facet spóźnił się na pociąg i teraz rozdziera szaty? Zanim zaczniemy kogoś dezawuować, bo nam w szkodę wchodzi, popatrzmy na argumentacje. Temat wideo znany jest mi bardzo dobrze, kiedyś testowałem sprzęt AV, z akcentem na V i cóż… to wszystko, o czym wspomina Hansen brzmi bardzo znajomo. To jest coś, co nieodmiennie stanowiło zarzut pod adresem całej branży, co pokazywało jak pazerne, jakie to, pozbawione skrupułów, towarzystwo. Generalizujemy, owszem, ale to co stanowiło największy problem dla konsumenta (brak swobody korzystania z dóbr kultury, dodatkowe, zupełnie zbędne koszta jakie musiał ponosić, chcąc korzystać w pełni z tego, co „oferuje” rynek) utrzymywane było i jest z podziwu godną, żelazną konsekwencją. Dzisiaj powoli, bardzo powoli się to zmienia, bo musi, ale… nadal, jak widać są pokusy by wrócić do tego, co dawało przywilej kasowania ekstra ZA NIC. Każdy sprzęt, każdy ze znaczkiem MQA ma być opodatkowany. Chcesz mieć znaczek na obudowie? Płać ekstra za to. Obok opłaty za download, za stream (nie mam nic przeciwko płaceniu więcej za dobrą jakość!) płacę na starcie za PRZYWILEJ KORZYSTANIA Z TECHNOLOGII. Chyba ktoś tu upadł na głowę. Delikatnie rzecz ujmując. Dalej, jak pamiętacie z poprzedniego wpisu, MQA to nie jest żaden Złoty Graal (o tym jeszcze wspomnę, dlaczego nie, poniżej), tylko coś co – owszem – pozwala na przepchnięcie mocno skompresowanych danych do użytkownika, pozwalając zminimalizować transfer oraz zaoszczędzić miejsce na serwerze. Z tego co pamiętam, a pamiętam dobrze, o tej technologii mówiło się początkowo głównie w kontekście mobilnego grania. I prawidłowo, bo przecież tam te kwestie (mniejsze wymagania co do transferu danych, oszczędzanie energii – o tym też twórcy perorowali – po stronie użytkownika korzystającego z przenośnej elektroniki) są b. istotne. Fajnie, ale gdzie jesteśmy obecnie, o czym dzisiaj mówimy? Ano, nie o strumieniach na smartfonach (tak, tak nie ma na razie takiej możliwości, nawet w przypadku jedynego serwisu, jaki MQA wprowadził tj. Tidala), a o domowym audio. I to o tym domowym audio głównie w kontekście MQA się mówi… to jest to, co najistotniejsze, gdzie zarabia się pieniądze (kasuje za licencje). No i jesteśmy w domu. Nie o lepszą jakość w dobie mobilnego grania tu się rozchodzi. MQA nie jest w ten sposób promowane i oferowane z prostego powodu: to audiofile są tu, jak wspominałem, głównym targetem. Taka grupa docelowa, choć niszowa, daje jednak nieźle zarobić, ma w głębokim poważaniu (co do zasady) to co mobilnie gra (no, sorry, smartfon?), preferuje drogie systemy stacjonarne i jak popatrzymy na tych, co są na pokładzie (supporterzy MQA)…

Owszem są też i tacy, nieliczni, z branży producentów sprzętu audio, którzy mobilnie też. Ale to nisza, niszy i co najistotniejsze NIE O TO TU CHODZI. Nikt na serio (z wielkich producentów elektroniki konsumenckiej) nie wejdzie póki co w temat, bo nie widzi w tym większego sensu. I nie, nie chodzi tutaj o brak chęci zarobienia miliardów, bo ta chęć zawsze była, jest i będzie, ale o chłodny szacunek ile? …i czy warto? Odpowiedź brzmi: niewiele (nisza) i nie warto (bo licencja kosztuje, a konkurencja na rynku mordercza). Poza tym ilu złotouchych konsumentów znajdziemy spośród tych dziesiątków milionów kupujących smartfony miesiąc, w miesiąc? Dzielić się zyskami? Wspomniane w poprzednim wpisie Apple, ma swoje Remastered for iTunes i …mu starczy. W przypadku streamingu starczy, nie widzą żadnego sensu we wprowadzaniu „lepszej jakości”, a ewentualne bezstratne downloady mogą pojawić się w kramiku, by na nowo rozbudzić chęć płacenia za album 10$, odwrócić trend spadkowy jaki kramik od paru sezonów prześladuje. Tyle. Także nie jest to coś, co na starcie dawało nadzieję na lepszy stream z serwisów, w ogóle nie o to tu chodzi. Teraz to rozumiem, wcześniej trzymałem mocno kciuki, mając nadzieję (matka głupich), że będzie to remedium na niesatysfakcjonującą (statystycznie – niesatysfakcjonującą nielicznych) jakość muzyki dostępnej w streamie w sieci. To o czym tutaj piszę oraz ostateczny cios (podsumowane w pkt) w aspektach technicznych MQA (poniżej) skutecznie mnie wyleczyły.

Pamiętam te bezwstydne kasowanie przez uczciwych inaczej producentów sprzętu wideo za ten sam wsad, w obudowie generującej mnożnik 10, 100 i więcej do ceny. Oj pamiętam (patrz powyższy cytat). Gdzieś te koszty licencji trzeba upchnąć, mówimy o niszowym (patrząc przez pryzmat całego rynku elektroniki konsumenckiej) segmencie w końcu, a ja czytając takie wypowiedzi jak ta Hansena ciągle mam przed oczami coś, co opisałem na łamach HDO – Malinkę za 20$ w obudowie za tysiąc, patrz …tutaj. Czy oni się nigdy nie nauczą, że takie coś psuje wizerunek nie pojedynczemu producentowi, a całej branży?! Taka Malinka to dobry przykład, bo to oczywiście nieograniczone możliwości, to przykładowo wprowadzenie wsparcia dla MQA na drodze prostego upgrade, „w locie”. Niech płacą 900$ za obudowę. Hansen pisze przez pryzmat swojego biznesu i trudno się dziwić, w końcu dla niego takie 4% od sztuki to oddanie swojego zysku, pieniędzy które miał do tej pory w kieszeni, na rzecz licencjonodawcy. MQA znaczy się. Wsad może być jak z chińskiego high-endu (nie, to nie obelga, chiński high-end to potęga, tam jest lepiej, taniej, szybciej a wsparcie… niech się Ameryka i Europa uczy), a cena na poziomie Rollsa. Tylko logo inne, metka inna i … tak, tak znaczek MQA na pudle (i obudowie). To wszystko stanowi ten sam, wielokrotnie wypróbowany, mechanizm „strzyżenia owiec”. Płacisz za nic i …płacisz za nic. Prawda?

Czy MQA w domu, gdzie mamy szerokopasmowy dostęp do Internetu daje nam jakiekolwiek zyski… nam, użytkownikom, pomijam dostarczyciela treści, który w sumie też niczego nie zyskuje, bo wspomniane, ewentualne, mniejsze zapotrzebowanie na przestrzeń w centrach danych z obecnej perspektywy jest pomijalne, mało istotne? (popatrzmy jak duże potrzeby ma w tym względzie streaming wideo i co? Ktoś płacze? Nie ma czego porównywać zestawiając ze strumieniem audio nawet bardzo wysokiej jakości). No właśnie. Ja nie widzę żadnych zalet, nie ma tu nic, co dawałoby jakąś wymierną korzyść, poza komplikowaniem sobie życia (dekodowanie albo softwareowe w ramach usługi, albo hardwareowe – czytaj licencja, czytaj nowy sprzęt, czytaj koszta po naszej stronie). A przecież to w domu ma nam przede wszystkim, jak obecnie widzimy, grać. W domu, z szerokopasmowym Internetem, gdzie oglądanie na wspomnianym we wpisie Hansena, testowanym u nas Oppo (105D) streamingu koncertów Deutsche Gramophone o jakości (muzyki) z płyty BD-Audio/SACD nie stanowi żadnego problemu. No nie ma czego porównywać.

To może chodzi tutaj o te najlepsze źródła i o to, że nie uronimy ani jednego bita z tego skarbca jakim dysponują licencjonodawcy? No nie bardzo, bo jak już wcześniej, w części pierwszej wspominałem MQA to na sztywno ustawiony, określony sposób przygotowania plików audio (ma brzmieć lepiej ekhmmm), no i jest stratny z samej swej natury. Ok, ja bym to w pełni akceptował, tak jak akceptuję progres w dziedzinie jakościowej jaki prezentują kolejne wariacje kodeka apt-X (HD) w przypadku sinozębnego. To ma sens (apt-X), bo po prostu pozwala stworzyć lepsze warunki techniczne dla transferu danych audio, pozwolić znieść ograniczenia niedoskonałej (na starcie) technologii bezprzewodowej. To ma sens. A MQA… które jak wspomniałem powyżej, po pierwsze celuje w inny target, po drugie (no licencjonodawca bardzo by się ucieszył, gdyby jakiś LG czy Samsung, o Apple nie wspominając, wprowadził to do swoich produktów, nie wątpię) nie rozwiązuje w sumie żadnych problemów, nie jest odpowiedzią na żadne oczekiwania (Tidal HiFi był i jest, oferując stream bezstratny, Qobuz był i jest, Deezer z nową usługą był i jest, będą też zapewne inni), napewno nie w takiej formie!

To jeszcze jeden cytat z Hansena:

„I think we all appreciate the importance of making money! Nothing wrong with capitalism, corporations, and the profit motive of course. When companies make good products, this is to be lauded and rewarded. 
The issue IMO with MQA is that it’s bogus. It was marketed in a bogus fashion, it is not capable of what it claims, and even if we don’t call it all-out DRM, they have not addressed the observation of such an underlying intent or to clarify what limits they seek to protect consumer interests. 

This is IMO bordering on fraud (again – this is my opinion). There are IMO lies being spoken of in the advertising and claims. When this happens, then absolutely, as audiophiles and music lovers, we must come out fighting against such nonsense whether perpetuated by the company itself or in the moronic audiophile press. 

As audiophiles, I think we can all find and see products being advertised demanding that we be skeptical of. For the most part, we can probably just let it pass… But in the case of MQA, there’s a real threat here of that corporate „greed” infecting the music production and distribution chain that provides NOTHING to the consumer; in fact, it’s counterproductive for the consumer. This is a major problem with MQA and again, demands thoughtful audiophiles to respond in kind.”

 

Ostro? No ostro, ale powiedzcie szczerze, nie czujecie jak coś bardzo, bardzo tutaj nie gra, jak mocno jesteśmy naciskani, urabiani, aby ktoś mógł zarobić górę pieniędzy, w zamian nie dając NIC? Dzisiaj można wmówić wszystko, można dowodzić że białe jest czarne i nikt nie będzie protestował (dobra, może ktoś to zrobi, ale who cares?) i sprzedać „gówno w papierku”. Tym bardziej łatwo to zrobić, gdy ktoś roztacza przed podatnymi (raz jeszcze, chwała i cześć audiofilom, ludziom o pięknej pasji i wielkiej wiedzy) obietnice audio nirvany. No ale dziwicie się, jak mowa jest o materiale wprost ze studia, o takim „sky has no limits” w dziedzinie dystrybucji dźwięku? Wspomnianym, Złotym Graalu, czymś na co wszyscy zainteresowani czekali? Może faktycznie, jak napisał na naszym profilu jeden z Czytelników, może faktycznie zdrowsze dla nas wszystkich, sensowniejsze, nie obarczone całym bezwstydnym bullshitem, były czasy kasety magnetofonowej. Fizycznego nośnika. Skupienia się na tym, co istotne. Na muzyce. Nie, nie chcę wyjść na starego zgreda (dobra, dobra, którym oczywiście jestem), nie ma powrotu do przeszłości, ale zastanówmy się, czy to nie jest dla nas wszystkich nauczka, że to co nowe, niefizyczne, komputerowe w przypadku naszej pasji może łatwo sprowadzić nas na manowce? Dać się „zrobić”, zapłacić za hokus-pokus, wprost: dać się nabić w butelkę, oszukać…

Jest jeszcze aspekt techniczny, czyste technikalia i Archimago zadaje, wg. mnie, celnie, ostateczny cios MQA (w obecnej formie?), pisząc:

„We have 2 options currently:

1. We simply downsample to 48kHz while maintaining 24-bit resolution and give up the ultrasonic frequencies above 24kHz = STANDARD downsampling. 

2. We sacrifice 24-bit depth to „typically 15.85 bits” (Bob Stuart’s words), and encode the ultrasonic frequencies from 24-48kHz in a lossy fashion = MQA encoding & decoding. [Throw in some stuff about "de-blurring" while you do this of course and claim you can recover everything else you "need" back to the "original" 192kHz. Turn on a LED/indicator telling us MQA decoding is happening, that there's no error in the stream and it's the "original" resolution (meaningless, but that's fine)."

Pierwsza, wydaje się sensowna i uczciwa, w tym sensie uczciwa, że stosujemy coś, co nie udaje czegoś, czym nie jest. Mamy standardowy downsampling, mamy te 24/48 i już. Nie czarujemy, taki stream daje nam pewność, że odtworzymy dokładnie to co powyżej na lwiej części mobilnej elektroniki. Bingo. Nie wróć... Bo mamy drugą opcję i ta druga jest właśnie dzisiaj standardem. Nie ma bitperfect, nie ma, bo jest lossy. Tak to obecnie jw. wygląda. A dlaczego tak wygląda? Ano chyba dlatego:

Lossless 24/48 audio sounds great and in many cases would be easier to compress than MQA for streaming. Heck, we could zero out the last 4 bits and maybe compress a 20/48 stream for more data savings without worrying about anyone complaining. Plus, since time domain performance is linked with bit-depth, one could argue that maintaining true 24-bit resolution provides better time-domain performance below Nyquist. It will be "open" for easy adoption by manufacturers and not impose any licensing fee.

Innymi słowy, licencji nie ma, bo nie potrzeba, taki plik nawet łatwiej przepchnąć niż origami, oferuje świetną jakość i jeszcze możemy bez żadnej jakościowej straty poświęcić "nadmiarowe" 4 bity (czyli mamy 20/48). Każdy może to wprowadzić, każdy zainteresowany. No ale:

1. It adds complexity and cost (unnecessarily):
a. We already have many high-resolution DACs out there. Do we need a new "format" that's not "fully" backward compatible?
b. Only MQA-certified software / hardware available for decoding. This reduces options for consumers and likely always will especially in the audiophile world where small manufacturers may find it hard to justify licensing costs. Furthermore, small independent developers, free software and Linux distributions would not be able to develop for MQA decoding unless under some kind of license. Ultimately this reduces innovation.
c. MQA versions of downloads such as what we see on 2L (US$19 for 24/96, $23 for 24/192, $24 for MQA, and $30 for studio master DXD) often costs more than downsampled very high quality 24/192. Does MQA encoding actually add any value or are we seeing the added licensing fee passed on to consumers? Is there any justification for the existence of MQA for file downloads when we're not faced with the bitrate limitations of streaming over the Internet?

2. Technical concerns:
a. It reduces the actual bitdepth to the aforementioned "typically 15.85 bits" and up to "17-bits" resolution when decoded. These numbers are from Bob Stuart. I know they want us to ignore this and focus on the analogue output rather than care about the digital technical values. We can argue about this of course; but the point is that a resolution limit has been imposed which is lower than standard 24-bit digital audio.
b. Reconstruction of the first unfold into the 24-48kHz audio frequencies is lossy in nature compared to the original. Again, they may argue that there is no audible difference, and yet again, a limitation has been imposed that would not exist with 24/96, much less from a 24/192 source.
c. MQA upsampling is done with "leaky" filters resulting in weak ultrasonic suppression of aliasing. Remember that DAC designers can easily program their devices to do this if felt to be preferable for their designs. Also, we as consumers can choose to do this ourselves with software upsampling if we really think this is a good idea (software like HQPlayer perhaps or even SoX).
d. For those who want to do advanced DSP like room correction filters, ambisonic processing (like this one), or surround processing, we cannot have access to the full digital resolution because of the proprietary MQA decode process. (This is a big deal IMO that limits flexibility and progress as we aim for better sound quality for hi-fi enthusiasts.)
[Given the technical concerns, what is the meaning of advertising claims of "de-blurring", how can it "fundamentally change the way we all enjoy music", represent a "new paradigm", or "reveal every detail of the original recording"?]

3. Minimal audible difference:
a. Digital subtraction tests show little difference.
b. Blind listening test with 83 listeners show no clear preference. (In fact, in some situations, standard hi-res was preferred.)
c. Inter-DAC comparisons with MQA decoding show no evidence of significant „authentication” of a standard „studio sound” in the analogue output beyond the expected DAC differences.

4. Unclear Digital Rights Management (DRM) implications:
a. Already as in (1), MQA certified products such as an MQA DAC adds expense and there are fewer software playback options. It locks us into a proprietary mechanism right from the start. This is a backward step considering the years of open and free (for consumer) lossless file formats like WAV, FLAC, ALAC, WV, APE, etc...
b. Potential future stronger mechanisms such as encryption or scrambling to enforce playback only with licensed products at the expense of significant sound quality if one does not „buy in”. This is not an issue currently if you feel undecoded MQA sounds as good as CD resolution. However, there are hints in the MQA firmware that more severe forms of DRM can be imposed. It doesn’t take a genius to see how that MQA „authentication” indicator can be linked to such a mechanism. Do we even need to entertain this possibility as consumers in 2017 after years of rejected attempts at DRM and digital watermarking?

Właściwie każdy z powyższych pkt jest ważny i stanowi trudny do podważenia zarzut, ale pogrubiłem to, co wg. mnie kluczowe. Brzydko pachnie? No nie inaczej, wręcz cuchnie. Nie podkreślałem pkt zawierających jakieś subiektywne odczucia, badań odsłuchowych, bo to zawsze można podważać w każdą stronę. Mam swoją opinię (byłbym 84 słuchającym, nie rozróżniającym czy gra MQA czy stream HiFi), ale to nie jest tutaj najistotniejsze (subiektywne wrażenia). Istotne są twarde, techniczne realia, a te dają kłam propagandzie, marketingowemu szumowi jaki otacza MQA. To nie podlega dyskusji. To są fakty. Gdzie tu w takim razie wartość dodana? Raz jeszcze zapytam. Jak można promować zamknięte, licencjonowane rozwiązanie, na pograniczu nowego DRM-a (niech sczeźnie w końcu raz, a dobrze i nieodwracalnie to, to)? Jak można promować coś, co ma takie ograniczenia funkcjonalne (korekcja pomieszczenia, filtry, surround – w przypadku MQA nie ma o tym wszystkim mowy)? Dlaczego konsument ma płacić za coś, co nie jest żadnym krokiem naprzód, ba płacić za to coś więcej niż za dotychczasowe materiały audio wysokiej jakości dostępne w sieci?

…cóż, przytoczona wypowiedź jednej z promujących standard osób, może chyba zamknąć te nasze rozważania i nie wymaga żadnego dodatkowego komentarza:

„No Scientific Tests Were Done, Says MQA Founder” (link)

 

Zasiać ferment część I: A może po prostu błądzimy?

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
images-2

Zwątpiłem. Słucham krytycznie paru nowych klamotów i czytam. I zaczynam poważnie zastanawiać się, czy to co dzisiaj obserwujemy na rynku ma jakikolwiek sens. Gdzieś nam ucieka to co istotne. Skupiamy się nie na tym, co kluczowe. Rzeczom nieistotnym przypisujemy ogromną wagę, kompletnie rozmijamy się z …rzeczywistością. My? Tak my. Ja – piszący te słowa, ale także Wy, czytający je, a nade wszystko psujem jest branża. W prostocie jest metoda, za dużo kombinowania sprowadza nas na manowce, przy czym najgorsze w tym wszystkim jest to, że chcemy być oszukiwani. Musiałem podjąć decyzję o zmianie paru ostatnich tekstów (stąd opóźnienie w publikacji), bo stwierdziłem, że pewne rzeczy można potraktować zupełnie inaczej (niż pierwotnie zostało to opisane). Odniosę się do tego w publikacjach. Teraz jednak chcę napisać o czymś, co wywołało u mnie taką, a nie inną reakcję. Od dawna śledzę dwa miejsca w sieci, gdzie tytułowy ferment siany jest bez ograniczeń, gdzie właściwie wszystko co do tej pory pisaliśmy o graniu z pliku jest albo podważane, albo przynajmniej poddawane w wątpliwość. Uwielbiam tam zaglądać, bo lubię być konfrontowany, uważam że lepiej jest dociekać, wątpić, niż a priori coś zakładać. Oczywiście istnieje niebezpieczeństwo oflagowania się i poddania w wątpliwość wszystkiego, popadnięcia w ciężką paranoję, ale przyjmijmy, że pewne rzeczy po prostu zakładamy korzystając z bardzo subiektywnego, bardzo niedoskonałego aparatu poznawczego jakim dysponujemy. To raz. Dwa – w sukurs przychodzi nam nauka, to co mierzalne, policzalne i …mądrzejsi od nas.

 

Naprawdę?

Chyba jednak nie, bardzo nie…

Te dwa miejsca to wspominany parę razy blog http://archimago.blogspot.sg/ oraz miejsce, które zwróciło moją uwagę niedawno… http://fairhedon.com/ Tu nikt nie sili się na przypodobanie się komukolwiek, czy jakiś rodzaj kompromisu, bo wiecie reklamy, chleb, dobre relacje z branżą… Nie. Nie ma tutaj miejsca na żadną dyplomację w wygłaszanych sądach, wnioskach, a to co stanowi wartość to, to, że wypowiadają się praktycy, ludzie z wiedzą wykraczającą poza poziom tych, którzy często (nie wyłączając wyżej podpisanego) publikują, testują, zajmują się problematyką audio zawodowo, albo hobbystycznie, wsio rawno, ważne że kształtują w mniejszym bądź większym stopniu opinię. Warto czasami zadać sobie parę podstawowych pytań. Warto też sprawdzić, czy to co uważamy za istotę nie jest przypadkowo mirażem, czymś co w ogóle nie tłumaczy, nie ma wpływu na SQ.

Zacznę od Briana Lucey’a. Inżynier dźwięku, wydawca, praktyk. Jak pewnie tysiące innych, robi swoje i …nie przejmuje się nic, a nic, problemami, z którymi zmagamy się na codzień. Po lekturze, można by rzec, z wiatrakami z jakimi walczymy dzielnie, choć zupełnie niepotrzebnie. Warto przeczytać cały wywiad opublikowany pod tym linkiem: http://fairhedon.com/2017/11/05/an-interview-with-mastering-engineer-brian-luceybo wspomniany praktyk ma rzadką umiejętność mówienia językiem prostym o skomplikowanych sprawach, dodatkowo bez zawiłego kluczenia, a prosto do sedna. Sama esencja. Co wynika z tego wywiadu? Ano to, co może i podnosiłem tutaj nie raz, ale z …mocnym przesunięciem akcentów na rzeczy, które jak wyżej, umykają nam, opisującym, pasjonującym się najnowszymi technologiami (dla ułatwienia, mianownikiem jest tu granie z pliku). I tak Brian masakruje ideę MQA, twierdząc, że jest to najgorszy możliwy sposób na dystrybucję dźwięku. Argumenty ma mocne, a że mówimy o rzeczach kluczowych (bo MQA w związku z Tidalem i bliskim wprowadzeniem strumieni hi-res w innych serwisach ma być STANDARDEM) to warto nad tym się pochylić. Pisałem już o tym wcześniej na łamach HDO. MQA co do zasady (działania) jest stratnym kodekiem i wszelkie próby zaprzeczenia, że ależ skąd nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością. To origami audio, kontener, ze swej natury nie może być bitperfect, bo w dosłownym tego słowa znaczeniu odtwarza coś, co wcześniej zostało skompresowane w sposób stratny… usunięte. Nieważne czy robi to doskonale, czy mniej doskonale, ale nie jest czymś, co kojarzyliśmy do tej pory z najlepszą jakością, czy bezkompromisową jakością. Brian porównuje MQA do Mastered for iTunes, o którym też mogliście u nas co nieco poczytać (potem, znacznie potem, potem i łagodniej o np. tutaj). To znaczy poczytać w ogóle coś na ten temat, bo kto tam takimi pierdołami będzie się gdzie indziej zajmował ;-) …pięć lat ma ten wpis, chyba za ostro pojechałem wtedy po Apple, choć w kontekście tego, co zaraz przeczytacie… może i słusznie, bo tam też czarowali. Porównuje i ma ku temu pełne podstawy, a że MfT to całkiem sensowny sposób na dystrybucję treści w bardzo, bardzo skompresowanej formie (oczywiście stratnej), z sensownym jakościowo rezultatem finalnym to… no właśnie, pozostaje zapytać, co daje nam MQA?

Wymowne?

Aż zacytuję, bo warto przytoczyć: „And like Mastered for iTunes or any reduction scheme the losses are in critically important areas. Where as mastered for iTunes is harmonically cold and loses some low volume/low end information, actually altering the groove to make everything sound like a nerdy white wedding band, MQA brightens the high-mids in the Mid section while thinning the low-mids on the Sides. There’s also some harmonic distortion which some people could find pleasing,  If I want that distortion in the master I would’ve put it there in the first place. The results of MQA I would call fatal to the source material even as they are very subtle.” Co wynika z przedstawionego tutaj, kluczowego zresztą spostrzeżenia, poczynionego przez Briana? Ano coś, co redefiniuje nam całkowicie MQAowe hi-res. Bo o jakim hi-res tu mówimy, jeżeli w praktyce nie mamy możliwości uzyskać jakości płyty CDA?! Tam, w przypadku zapis 16/44.1 w bezstratnej postaci (WAV), wiemy co konkretnie otrzymujemy. Otrzymujemy to, co zarejestrowano w studio. Może to być gówno, może to być diament, ale wiemy co dostajemy i całe halo odnośnie hi-res sprowadza się do tego, że dzięki dodatkowym bitom, większej częstotliwości próbkowania możemy  (ale to tylko potencjał, a nie coś, co cokolwiek gwarantuje vide wiele 24 bitowych plików, które są do dupy) materiał zarejestrowany i obrobiony w studio przenieść bez ograniczeń wynikających z XX wiecznych technologii (nośnik gromadzący niewielką, z punktu widzenia dzisiejszych realiów, ilość danych like CDA). Tyle. Przy czym – z czym zgodzą się chyba wszyscy, słuchający muzyki z różnych źródeł, mający porównanie – nośnik, cyferki O NICZYM NIE PRZESĄDZAJĄ. Są natomiast wskazówką i …w przypadku MQA widzimy, że nie dość, że plik jest lossy to jeszcze proces jego przygotowania do dystrybucji wiąże się z określoną (ściśle!) zmianą reprodukcji w przypadku każdego, zakodowanego w ten sposób, materiału. To jest dla mnie nowa informacja. Jak wspomniałem, to że jest to co do natury kompresja stratna było dla mnie oczywiste od chwili pojawienia się MQA na rynku, ale to, że origami to także ingerencja w sposób w jaki odtwarzany jest materiał to coś… z zupełnie innej beczki. Ja chce usłyszeć to, co wyszło ze studia, a nie to co sobie twórcy wyobrażają, albo specjalnie upiększają (no, wprost, kitują). Przecież sami reklamują to, jako najlepszą metodę przeniesienia „master quality” audio wprost do domu. To jest …kłamstwo. I tak jak w przypadku iTunes wszystko jest jasne, bo sami opublikowali białą księgę w której dokładnie opisują co i jak robią, to tutaj mamy do czynienia z marketingowym hokus-pokus.

Sprzedać? Tak, jak najbardziej. Zaoferować wartość dodaną? No właśnie niekoniecznie

Mnie MfT smakuje, zgadzam się w całej rozciągłości, że to jest przyprawiane właśnie tak, jak Brian to opisał… ma to dobrze smakować na sprzęcie mobilnym, na bezprzewodowych słuchawkach i bezprzewodowych głośnikach. I brzmi. Sama elektronika mobilna często mocno podkreśla doły, mocno koloryzuje, osusza, cyfrową patyną raczy… stąd taki wybór inżynierów Apple, przy zachowaniu dużej dbałości o jak najwierniejsze przeniesienie materiału źródłowego do kramiku Apple. Brzmi to w określonych powyżej okolicznościach dobrze, rzecz jasna trudno to traktować jako bezkompromisowe, najlepsze, czy idealne źródło dźwięku. A tak ma być, bo tak to reklamują, z MQA właśnie. Jeżeli ktoś majstruje nad tym, jak słyszę w samej technologii medium, transportu (zapisu) to… sorry, ale ja tego nie kupuję! To jest oszustwo. I nie oznacza to, że zakładkę Masters można sobie darować, bo wiele muzyki tam udostępnionej to materiał bardzo dobry jakościowo. Nie w tym rzecz, rzecz w tym, że ktoś tu za nas decyduje i oferuje coś innego, niż mówi. Jak wspomniałem, uważam że Mastered for iTunes jest jednym z lepszych patentów jakie Apple wprowadziło do obiegu nowoczesnej dystrybucji muzyki w pliku. I mimo ograniczeń, mimo określonego targetu, to właściwa droga… jedna z wielu, rzecz jasna, ale sensowna, mająca na celu dostarczenie lepszego jakościowo dźwięku. Owszem, też czasami możemy zobaczyć w opisie master HQ, studio master, ale nikt tego nie wyciąga tak bezwstydnie jak ma to miejsce w przypadku MQA. Co więcej, tutaj idzie się po bandzie, bo jak powiedział Brian, wyciąga średnie, robi się „atrakcyjniej”, wprowadza zniekształcenia harmoniczne, które wielu uzna za przyjemniejsze w odbiorze… na poziomie przygotowania materiału rzekomo „wprost ze studia”. To jest wg. mnie nawet gorsze od złośliwie podnoszonego przez Briana (iTunes) grania na modłę zespołu weselnego (głośno k%@$^&#, jeszcze głośniej i z przytupem!), bo z obietnic sączonych szerokim strumieniem wychodzi… jeden wielki blamaż. A nie ma tutaj i nie może być mowy o perfekcji z bardzo prostego powodu.

To jest schemat „jak to działa”, ale ten schemat nie mówi prawdy… jakie lossless? To, że wejściowo jest lossless nie oznacza, że na wyjściu też tak jest.
Bo nie jest. W sumie to sprytne… dajemy Wam kontener, który pozwoli przesłać te wszystkie bezstratne hi-resy przez Internet… owszem, pozwoli przesłać, ale co konkretnie przesłać to już zupełnie inna historia…

Tym powodem, moi drodzy, jest niedoskonałość. Ta niedoskonałość jest wpisana w muzykę, jest jej immanentną częścią. I jest niezbędna. A ludzie stojący za MQA próbują to właśnie wygumkować. To jest NAJPOWAŻNIEJSZY ZARZUT. Próbują odebrać nam to, co – jak pewnie wielu podświadomie czuje, wie – powoduje, że to jest TO. Można to porównać do prób remasteringu podejmowanych z masakrycznym efektem przez ludzi kina, próbujących „uwspółcześnić” niektóre arcydzieła kinematografii. Można to porównać do „teatru telewizji”, czytaj nienaturalnego odwzorowania (upłynnienie) ruchu w niektórych filmach, audycjach telewizyjnych, można wreszcie – generalizując – porównać do tego, co dzisiejsza technologia nam odbiera. Pierwotnej, wynikającej z niedoskonałości, radości obcowania z czymś żywym, prawdziwym, nie sztucznym, prawdziwym, bo niedoskonałym. Plik, komputer daje nieograniczone możliwości, ale my nie tylko błądzimy, ale jak widać często robimy źle, idziemy w złym kierunku. MQA to zły kierunek. Brian wspomina o targecie jakim są audiofile. Najbardziej narażeni na marketingowy atak, perfekcjoniści, doszukujący się nawet w najbardziej błahych czy nieprawdopodobnych rzeczach ukrytego przed światem znaczenia – ich zdaniem, fundamentalnego dla osiągnięcia jakiegoś „absolutu”. Nie, nie każdy audiofil tak ma, ba uważam, że wielu z nich ma tak bogatą, tak wszechstronną wiedzę na temat swojej pasji, że sami w sobie, stanowią oni wartość dla całego spektrum ludzi słuchających muzyki. Chwała im. Niestety, w związku z ich przywiązaniem do spraw, często nieistotnych, nadmiernego nadawania znaczenia sprawom błahym i wiary (czasami w cuda) mamy to, co mamy. MQA jest sposobem na sprzedaż. Tylko i wyłącznie. Audiofilom. „MQA has been targeting the weakest players in our world, the audiophiles.  And they’re targeting those most dependent on pimping new tech, the audiophile press.  Meanwhile, one sided presentations at trade shows leave no time for deep Q and A and any real discussion panels are eschewed by MQA. The most excitement about MQA seems to be from perfectionist consumers who want that blue LED and sense of authentication, pressuring DA makers to send that licensing money to MQA and catch up with a demand invented by MQA.” W sumie nic dodać, nic ująć, prawda?

Wspólnym mianownikiem dla tego co powyżej jest rzecz jasna rozpasany konsumpcjonizm. Musi się sprzedać. To co było, w nowej formie, musi (materiał) oraz sprzęt (oj tak, tutaj wystarczy wspomniana magia cyferek i hokus-pokus) musi. Idąc dalej licencja musi i najlepiej żeby narzucić wszystkim standard. Masz? Słyszysz. Nie masz? No sorry, nie możesz. Prawda? Bierzemy udział w tej grze, a świat zero jedynkowy, jak żaden inny, opiera się na tym, co eteryczne, ulotne. Nie, nie ma tu przesady. Mogę ten tekst modyfikować bez końca, w odróżnieniu od papieru, który raz zapisany takim pozostanie, stanowiąc świadectwo. Podobnie fizyczny nośnik. Świadectwo niedoskonałości, ułomności, tak podobnie jak wspomniana powyżej oraz poniżej niedoskonałość muzyki. To jest bogactwo, nie śmietnik, a my próbujemy to wziąć w nawias, wyrugować z naszego życia. To błąd! Co gorsza, ubieramy to nowe w szaty postępu, staramy się udowadniać, że tak jest lepiej, właściwiej, „prawdziwiej”. Cóż, gówno prawda.

Z dedykacja dla nas wszystkich: „Distortion artifacts are musically incorporated in to all music production, there is no perfection in music.  That way of thinking is bogus and anti music.  Music is flawed and that’s a good thing, it’s the humanity. Perfection has no place in music production, it’s a dangerous myth” MQA to coś, co ma wygumkować powyższe, co więcej, ma nam jak w reklamie, zaoferować NIERZECZYWISTY produkt, inaczej… ściemę, kłamstwo. U źródeł jest fałsz, bo to z jednej strony nie jest dążenie do dystrybucji materiału takiego, jaki został wydany (właśnie, wydany, nie zarejestrowany, bo zaraz potem mamy takiego Braina), bo się to, to „uszlachetnia”, a dodatkowo pozbawia czegoś, co świadczy o (chichot) autentyczności. Tak, ta dioda która pali się w klamocie, ta dioda MQA w sprzęcie z pełnym wsparciem, NIE ŚWIADCZY O ŻADNEJ AUTENTYCZNOŚCI. To nie podlega dyskusji, chyba że zmieniamy znaczenie słów, przeinaczamy, na potrzeby marketingowej machiny ubieramy w kolorowy papierek zwykły kit. Ten tekst – powiem wprost – wstrząsnął mną, bo (o tym będzie część II) techniczny opis samego procesu origamizacji materiału oraz biznesowe tło to rzeczy, o których wiedziałem wcześniej, czytając m.in. wspomnianego archimago. Tutaj jednak dochodzimy do nie podlegających interpretacji, konkretnych, wniosków, będących jednym wielkim zarzutem pod adresem czegoś, co miałoby stanowić przyszłość dystrybucji muzyki w sieci (jak chcą poniektórzy), albo przynajmniej stanowić nieodłączony element strumienia najlepszej jakości, jaki z tego Internetu nam się serwuje. Ja tego nie kupuje. Widzę, że są inni w branży (producenci sprzętu), którzy też tego nie kupują (tak Schiit, ale nie tylko oni, jeszcze o tym wspomnę). To nie jest fair, to zwyczajnie nieuczciwe wobec nas. Jak wspomniał Brain stoją za tym wielkie firmy, stoi za tym dystrybucja, stoją koledzy po fachu, którzy wystawili laurkę MQA i bardzo mocno wspierają zjawisko, opisując to… zjawisko… w samych superlatywach.

Tyle tylko, że to jedna wielka ściema.

 

I’m most concerned about the bogus claims that MQA is fixing approved masters.  Not possible, and a rude assertion to trillions of hours of hard work by teams of people making records for decades.  Pure marketing hyperbole.  Nothing in audio is perfect, there is no Original Sin, and there is no going back to the place of ideal perfection. Ultimately there is no free lunch in digital, and music production is about a constant flow forward … shaping distortions and how they play with frequency balance and transients.  When a record is first tracked, then rough mixed, mixed, revised, mastered, revised in mastering and finally approved … there is no fixing it.  Anything that changes violates 5-20 people who have all signed off.  Distortion artifacts are musically incorporated in to all music production, there is no perfection in music.  That way of thinking is bogus and anti music.  Music is flawed and that’s a good thing, it’s the humanity.   Perfection has no place in music production, it’s a dangerous myth.  MQA has no future in the world of serious engineers in my view, it’s a corporate money scheme at this point.  Yet we will see how it turns out, most people are lazy and greed goes a long way on it’s own power.

 

To oczywiście bardzo uproszczone przedstawienie rzeczywistości. Mhm. Tyle, że niestety znacznie bliższe prawdy, niż wielu się wydaje…

 

C.D.N. (o biznesie i technikaliach będzie, zacząłem od tego… co najistotniejsze, reszta to tło i niestety to tło tylko utwierdza, tylko utwierdza… ale o tym w następnym wpisie)

 

PS. Sam na fali entuzjazmu dałem się ponieść, przykładowo choćby w tym wpisie http://hd-opinie.pl/6664,aktualnosci,mqa-universal-music-group-nadszedl-czas-na-hi-res-audio.html Człowiek uczy się całe życie. Na błędach się uczy. Jak widać :-)

Posłuchaj HiFiMAN Susvara z sys. słuchawkowym za 100k zł

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
051917_hifiman_susvara2

Tylko przez tydzień sluchawkomaniacy z całej Polski będą mieli okazję skorzystać z absolutnie unikalnych odsłuchów słuchawek HiFiMAN Susvara, które kosztują 30.000 zł. Nowe słuchawki to uwieńczenie dekady intensywnego rozwoju – od klasycznych membran planarnych do super nowoczesnych przetworników wykonanych w nanotechnologii, które zadebiutowały w HE-1000 i Edition X (patrz test na HDO tutaj i opis Ed.X tu). Słuchawek będzie można posłuchać z wzmacniaczem słuchawkowym HiFiMAN EF6 (nasz testo wartości 7999 zł oraz przetwornik NuPrime (wcześniej NuForce) DAC-10H o wartości 7995 zł. Źródłem dźwięku będzie odtwarzacz CD Musical Fidelity Nu-Vista CD wyceniony na… 45.555 zł. Całość zostanie uzupełniona okablowaniem o wartości kilku tysięcy złotych, co w sumie oznacza, że wartość całego systemu zbliży się do poziomu 100.000zł za cały ww. słuchawkowy tor. Wszystko to w białostockim salonie firmowym.

Zapraszają do posłuchania…

Susvara

NuPrime DAC-10H

NuVista CD Musical Fidelity

Elektrownia EF-6 (zdjęcie z testu systemu HE-6 & EF-6, Matrix Quattro DAC)

Kino spotyka audio i co z tego wynika: wszystkograj Egreat A10

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170921_082721065_iOS-e1510678073252-600x266

Mieć jedną skrzynkę, która wszystko „ogarnia”, daje dostęp, łączy funkcjonalność w kinie i w audio… marzenie ściętej głowy? Ktoś powie komputer. Tak, komputer na pewno pozwoli na nieograniczone możliwości w zakresie odtwarzania, ale komputer jest pełen wad. Każdy to przyzna, kto ugryzł temat i używał nawet dedykowanego HTPC. To zawsze jakiś kompromis, bo chłodzenie (aktywne – choć da się to dzisiaj obejść), bo interakcja (komputerowy system nigdy nie będzie łatwy do zarządzania z pilota, czy handhelda), bo wymagania (wiele pary w gwizdek, bo „duży” OS) już nie wspominając o tym, że trzeba się trochę znać, umieć skonfigurować, dbać o bezpieczeństwo (to też do pewnego stopnia da się obejść). Jak widać, mocno komplikuje to sprawę i dlatego, od wielu lat na rynku znaleźć można skrzynki, które czy to lokalnie, czy także z Internetu grają, odtwarzają i – co stanowi ich wielką przewagę nad PC – nie wymagają. Rozwiązania gotowe do użytkowania wprost z pudełka. Obecnie układy montowane w tych boksach dysponują możliwościami równorzędnymi z tym, co siedzi w „lekkim” systemie komputerowym, takim energooszczędnym, dostosowanym konstrukcyjnie do potrzeb związanych z AV (wspomniane HTPC). Ktoś rezolutnie zwróci uwagę na możliwość bezprzewodowego strumieniowania z komputera, tabletu, czy smartfona treści wprost na telewizor, do systemu AV zbudowanego wokół amplitunera kina domowego etc. i powie: po co mnożyć byty? Cóż, taka opcja owszem, daje nam pewną swobodę i wygodę, ale nie daje nam wszystkiego, a wręcz zubaża nas znacząco, bo ani wielokanałowego dźwięku w najlepszym standardzie, ani strumienia 4K, ani najlepszej jakości dźwięku (audio) w ten sposób nie prześlemy, nie zobaczymy/usłyszymy, to jeszcze na dodatek trudno będzie tu mówić o spójnym rozwiązaniu, które pozwala na swobodne, wygodne korzystanie z wszelkich treści.

No dobrze, to jedna skrzynka co wszystko łączy i jeszcze daje się zintegrować z dowolnym AV? Niby banał, a jak się okaże wcale nie banał i zbudowanie takiego urządzenia, bezkompromisowo łączącego możliwości w zakresie odtwarzania najlepszych jakościowo materiałów, wsparcia dla strumieni z sieci (usługi!) oraz integracji ze sprzętem AV to spore wyzwanie. Pierwsza z brzegu funkcjonalność, często eliminująca 99% tego typu skrzynek… podłączenie pod dobry przetwornik C/A, podłączenie via USB nie SPDIF (bo tam mamy ograniczenia odnośnie materiału, tylko do 24/192 i w większości wypadków tylko PCM) do systemu audio i już znalezienie takiego multistreamera okazuje się bardzo trudne. Kolejna rzecz – najnowsze standardy AV. Znowu mamy wojnę formatów, jest Dolby Vision, jest HDR (w paru wariantach), trochę lepiej jest z dźwiękiem, choć i tutaj wsparcie dla Dolby Atomos w wielu wypadkach nie jest wcale oczywistością. Kolejna sprawa to dostęp do usług streamingowych… to dopiero problem, bo restrykcje, bo regionalizacje, bo obostrzenia związane z typem urządzenia / platformą systemową. Sprawa, jak widać, mocno nam się komplikuje. Dodajmy do tego prosty w obsłudze, w pełni dostosowany do pilota (tego żaden PC wam nigdy w pełni nie zagwarantuje – nie ma opcji) interfejs, UX na odpowiednio wysokim poziomie, wraz ze stabilnością, szybkością i dobrym wsparciem ze strony producenta (tu trzeba często aktualizować, bo choćby dostęp do treści strumieniowanych z Internetu tego dzisiaj wymaga) to właściwie mission imposible. I żeby jeszcze potrafiło, to, to odtwarzać płyty Blu-ray (też UHD) z pełnym menu z dysku/ów? Jak to wszystko pogodzić, jak zrobić to tak, by faktycznie wszystokograj „dawał radę” i łączył oba światy: kina oraz audio w ramach jednej propozycji sprzętowej?

Odpowiedzią na to może być tytułowa skrzynka all-in-one firmy Egreat, model A10. To ambitna odpowiedź na wspomniane powyżej dylematy, wymagania, próba stworzenia całościowego rozwiązania, które „da radę”. Przez ostatnie kilka tygodni intensywnie rzecz testowałem. Przeegzaminowałem w każdej, ważnej z punktu widzenia wideo oraz audiofila dziedzinie (nie, nie przesadzam, bo funkcjonalność/możliwości miały gwarantować „wszystko w jednym” w systemie audiowizyjnym z ekranem 4K najnowszej generacji oraz high-endowym sprzętem audio) i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że to pierwsze, oparte na Androidzie, urządzenie, które może stanowić alternatywę dla „komputerów”, bez kompromisów jakościowych, bez „ale tego się nie da”, z pełną integracją z torem wizyjnym i audio z najwyższej półki. Z jednym zastrzeżeniem, zastrzeżeniem dotyczącym usług streamingowych wideo, przy czym mówimy tutaj o dostępie do płatnych serwisów, bo możliwość strumieniowania czegokolwiek via XBMC/Kodi/VidOn w tej skrzynce rzecz jasna jest, plug-iny (add-ony) są, ale jako się rzekło wcześniej – dostęp do treści jak z jakiegoś dekodera płatnej TV czy smartTV, choć występuje nominalnie, to jeszcze nie działa perfekcyjnie, jeszcze szwankuje. Wpływ na to mają wspomniane obostrzenia, wiele rzeczy wykracza poza pole działania producenta boksa, tego się niestety nie da obejść, ale nie zapominajmy, że taki A10, dzięki mobilnemu systemowi jaki na nim „siedzi” jest future proof. Oczywiście pod warunkiem utrzymania wsparcia i możliwości przyszłej instalacji nowych wersji oprogramowania systemowego, ale to – jak zapewnia producent – mamy mieć w standardzie.

Zobaczmy zatem jak to jest mieć takiego wszystkograja, skrzynkę eliminującą konieczność użytkowania w kinie i w audio jakiegoś komputera, pozwalającą na integrację z torem audio, odtwarzającą dowolne treści ze wsparciem dla najnowszych formatów audiowizyjnych. A10 był dawcą treści dla systemu opartego na wykorzystywanym w roli procesora dźwięku OPPO BDP-205 (zapowiedź) oraz Auralic Polaris (w konfiguracji power DACa, tj. wzmacniacza czepiącego sygnał via USB z Egreata, patrz nasze pierwsze wrażenia) oraz konstelacji innych ampów (bo wiele kanałów), amplitunerów (bo obadanie współpracy), licznych głośników oraz akcesoriów AV (ekstraktory). Jako ekran testowy służył nam najnowszy odbiornik Samsunga UHD quantumdot o przekątnej 65″.

Nie przedłużając ponad miarę wstępniaka, zapraszam do zapoznania się z naszymi wrażeniami z testu odtwarzacza sieciowego A10:

» Czytaj dalej

Docelowe na wynos: mobilny scyzoryk mDSD firmy Encore

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
tytułowe

Z tradycyjnym poślizgiem coś, co w mojej opinii zostawia w tyle znane mi rozwiązania konkurencji w zakresie plikowe audio na wynos. USB DAC to dopiero początek, bo mamy tutaj do czynienia z rozbudowanym funkcjonalnie urządzeniem, które dysponuje własną regulacją na wyjściu (możliwości amplifikacji wprawiają w osłupienie, serio, będzie o tym sporo poniżej) oraz konwerterem USB-SPDIF (optyk) współdzielonym z tradycyjnym 3,5mm jackiem. Sporo, jak na coś wielkości pendrive’a, a przecież ten mały grzmot oferuje ponadto szerokie możliwości w zakresie konwersji sygnału cyfrowego, bo jest tutaj i DXD (24/384) i DSD (no nazwa obliguje, prawda, obliguje) 64/128. Na marginesie, warto zapoznać się z wpisami na forum Roon Labs o 1 bitowym sygnale, o tym jak bardzo jesteśmy wyprowadzani w pole przez marketingowców, gdy z pudełek atakuje przekaz „nawet” do 512, albo o 1024 (DSD). Wypowiadają się osoby z branży oraz inżynierowie dźwięku i znakomici spece z samego Roona – wniosek jest jednoznaczny… ta pogoń w imię magii cyferek nie tylko nie ma najmniejszego sensu praktycznego (dystrybucja), ale od strony brzmieniowej wręcz mocno niewskazana. No, ale, każdy chce więcej pod maską… i tak to się kręci.

Powracając do bohatera recenzji, interfejs mDSD nie tylko dużo może, ale niedużo kosztuje. Właśnie. Patrząc na rynek z jednej strony widzimy pozytywną erozję cen tego typu rozwiązań (ludzie, za pierwszego DragonFly-a zapłaciłem 1299zł! Ale ze mnie frajer! ;-) ), z drugiej klęska urodzaju z jaką mamy do czynienia mocno komplikuje wybór. Jest tego, na przysłowiowe „kopy” i konia z rzędem temu, kto każdy z tych USB DACów przesłucha, przetestuje dogłębnie i finalnie oceni. Pamiętajcie, wiele razy o tym mówiłem, duża część testów w sieci jest kompletnie z czapy (tak zwane chwilówki, kiedy redakcja ma coś na tydzień, dwa, albo nawet na nieco dłużej, ale tekst pisze się taśmowo, już po paru dniach „odsłuchów”). U mnie mDSD katowany był 3 miesiące (dzięki za wyrozumiałość i za sposobność Audiomagic) i mogłem dogłębnie przekonać się o zaletach oraz wadach produktu. Naprawdę mniej czasami znaczy więcej. Po tych trzech miesiącach wiem, że mogę kompetentnie wypowiedzieć się o mDSD, bo poznałem w pełni możliwości jakie drzemią w tym produkcie. Nie pobieżnie zatem, a konkretnie, ze zwróceniem uwagi na potencjał, który drzemie w tej konstrukcji. Patrząc szerzej, widzę, że wielu nie zadaje sobie trudu, by poznać ten potencjał i pobieżnie, w niepełny sposób, bez uchwycenia tego co istotne, co kluczowe opisuje i odfajkowane. To nieporozumienie, w tym wypadku rażące wręcz, bo mamy rzecz w swojej kategorii WYBITNĄ, taką której tym bardziej warto się dokładnie przyjrzeć i którą warto sumiennie przetestować.

Finału na wstępie tak do końca nie zdradzę, ale można domyślić się co się tam w podsumowaniu znajdzie. Powiem tak: jeżeli chcecie zainwestować niewielkie pieniądze w coś, co „ogarnie” Wam temat grania z komputera (i ewentualnie handhelda, choć to pełnego potencjału mDSD nie uwolni) to macie coś, co powinno być na pierwszym miejscu na krótkiej liście. Miałem porównanie i o tym też co nieco przeczytacie. Było porównywane to, to z czarną i czerwoną Ważką (plus nawiązania do DF pierwszej gen.), miałem w pamięci skądinąd bardzo dobrego brzmieniowo, przenośnego Matriksa (też u nas był długo, bo wzięliśmy go do redakcji – patrz recenzja), małego A10 Beyersa (patrz tutaj), kolejnego przenośnego DACa jaki zagościł na dłużej u nas czyt. HA-2 od Oppo (ktoś się nim teraz cieszy, bo i piękna rzecz, patrz nasz test tutaj), wreszcie testowanego niedawno iDSD Nano od IFi (test tutaj). A to nie wyczerpuje jeszcze całej listy (sporo testowaliśmy produktów FiiO, były Cayiny, były produkty Audioengine itd.). I wiecie co? Te 500 złotych jakie zainwestujecie w audio klamota będzie w wypadku tytułowego scyzoryka NAJLEPIEJ wydanym Sobieskim. Lepiej wydacie te pieniądze od inwestycji w pozostałe wymienione powyżej produkty, a szerzej to nawet w większość tego, co dzisiaj w polskiej dystrybucji można zakupić (mam tu na myśli rzeczy, które słuchałem). Narażę się komuś? Trudno. Zasadniczo i z definicji mam to gdzieś, nie staram się w tym, co publikuje być „politycznie poprawny”, pisząc tak, by nie naruszyć czyjegoś interesiku. Jak coś jest gorsze, albo dużo mniej opłacalne, to takie jest i nie ma co się czarować i zakłamywać rzeczywistości. Co więcej, sporo produktów szczególnie w tej kategorii oferuje całkiem pokaźny zbiór wspomnianej „magii cyferek”, albo też „magii literek” (tak, mam tu na myśli MQA w Dragonach). Także spokojnie, bullshitu tutaj nie będzie, nawet gdyby ostatecznie przyszło mi sprzęt do testu wyłącznie kupować, wypożyczać za kaucją. Ogólnie, za dużo dziś w sieci sponsoringu i mówię tu generalizując, ale też opisując znane Wam zjawisko „marketingu opiniotwórczego”, testów które z rzetelnym opisem „za i przeciw” nie mają NIC WSPÓLNEGO.

To jak… ten mDSD taki bez wad, bez skazy zatem? A gdzie tam, oczywiście, że nie, ale w tym budżecie dostaliśmy przysłowiowe maksimum i gdyby nie sobie taka ergonomia to bym dead endami walił, ale że jednak, to się pohamuję :)

Zapraszam do lektury:

» Czytaj dalej

KEFy LS50 Wireless ze wsparciem w ROONie!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut-ekranu-2017-09-15-o-13.37.40

Od wczoraj KEF LS50 Wireless są w pełni kompatybilne z ROONem! Ile im to zajęło od chwili zapowiedzi? Miesiąc. Mistrzowie! Właśnie na takie wsparcie można liczyć w tym front-endzie. Wróć. W pierwszym ekosystemie audio. To bardziej odpowiada prawdzie. Jak wcześniej wspominałem KEFy (patrz wrześniowy wpis o zapowiedzi wprowadzenia obsługi) nie są w związku ze specyfiką konstrukcji „ROON Ready”, mamy pewne ograniczenia w zakresie obsługi protokołu RAAT (tylko jedna para może pracować w ramach systemu / Core, innymi słowy nie ma opcji wielostrefowej w przypadku KEFów… dwóch par nie podepniemy). Inne ograniczenia związane są z niektórymi funkcjami tj. szybkie przełączanie (strefy) czy konfig. zaawansowanej ścieżki sygnału. To ostatnie postaram się obadać (może szybciej będzie, jak zapytam kolegów z Premium Sound (parz nasz test LS50 Wirelessjakie możliwości przetwarzania sygnału oferuje nam oprogramowanie na KEFach). Po dodatkowe szczegóły ponownie odsyłam do naszego wcześniejszego wpisu, zapowiedzi, gdzie znajdziecie informacje o front-endzie (z dużą liczbą linków do publikacji jakie się ukazały na łamach HD-Opinie.pl poświęconych oprogramowaniu Roon Labs.).

Użytkownicy bezdrutowych LSów mogą od wczoraj korzystać z możliwości jakie oferuje ROON, przy czym developer zaleca podpięcie głosików skrętką do routera, rezygnację z WiFi na rzecz LANu (sugerowałem takie podłączenie we wcześniejszym wpisie). Stabilność działania sieci przewodowej nadal gwarancją bezproblemowego działania streamu. Każdego wymagającego streamu. Warto to sobie przyswoić – ostatnie testy skrzynek z bardzo zaawansowanymi, nowoczesnymi modułami sieciowymi (bezdrutowymi) od Auralika, eGreata oraz Oppo uświadomiły mi, że nawet bezpośrednia bliskość punktu dostępowego (solidny, choć nie topowy router skonfigurowany pod najmniej „siejące” kanały) niestety nie gwarantuje w pełni bezproblemowej pracy. Dropy, choć bardzo rzadkie, jednak się zdarzają (WiFi), a to – cóż – psuje wrażenia, bo można to przecież swobodnie porównać z podniszczoną płytą winylową (to jeszcze, tam trzaski to cecha charakterystyczna tego typu źródła), albo lepiej – z przeskakującą płytą CDA. Co prawda tutaj jest to całkowicie przypadkowe i w sumie niepowtarzalne (bo związane z problemami transmisji, a nie nośnika, jakiegoś uszkodzenia pliku itp), ale co z tego, jak wywołuje ten sam efekt (cyt.: „no rzesz k…”, a w wydaniu mniej wulgarnym, uskutecznianym w redakcji: „Drogi Janie, do dupy takie granie”).

Konkretnie zatem: łączcie skrętką, sam tak robię na co dzień, jak bezdrutowo to jakieś AirPlay’a, jakieś Spotify Connecty (tu to tylko zdalne sterowanie btw i dlatego tak to lubimy) czy inne Bluetooth’y. Jak ma grać bez kabla to niech gra z handhelda/komputera na szybko, bo po to właśnie to jest: na szybko. A jak ma grać stabilnie jak skała, jak stream jest bardzo wymagający (…a jest! Grane wielokanałowe DSD to nie w kij dmuchał) to przewód być musi. Wspomniane testy strumieniujących co popadnie klamotów udowodniły mi to bezdyskusyjnie. I jeszcze jedno – wszystkie kluczowe elementy infrastruktury roonowego toru także na skrętce, tak jak to u nas od chwili instalacji software wygląda: Core na LANie, NAS na LANie, Bridge (tam gdzie to możliwe) na LANie. Laptopy siłą rzeczy często korzystają z połączenia bezdrutowego, to zrozumiałe, ale Malinki, Squeezeboksy, jakieś HTPC (jak u nas) – to wszystko także na LANie. Jak źródło jest z definicji bezdrutowe, takie jak opisany (także pod ROONem) Sonos Play, to wiadomo, ale gdzie tylko można LAN. W sumie to ma głębszy sens, bo streaming w głośnikach bezprzewodowych, jakiś źródłach airplay’owych to maksymalnie 16/44, nie ma tam aż takich wymagań. Zabraknie gniazdek w routerze? Przełączniki LAN (multiswitch’e) tanie są, kupujemy i już.

 

Z kronikarskiego obowiązku wypada wspomnieć także o innych b. istotnych usprawnieniach: bardzo ważne załatanie obsługi źródeł sieciowych pod Core dla Makówek (u mnie średnio raz na kwartał robił ponowne przeszukanie biblioteki, gubiąc ścieżkę do NASa – automatycznie, szybko, ale gubił… teraz mam nadzieję będzie bezproblemowo), poprawki dotyczące tworzenia backupów (w tym tworzenia takich, automatycznie, na dropboksie) oraz możliwość załączenia ZDALNEGO TRYBU DOSTĘPU DO NASZEGO KONTA dla supportu ROONa… coś, czego w ramach licencji nikt w takim software nie oferuje! Zdalne wsparcie to świetna wiadomość dla osób w ogóle nie obeznanych z działaniem software oraz (ogólnie) komputerów. Zamiast przesyłać zzipowane logi (to już brzmi dla niektórych koszmarnie, nieprawdaż? ;-) ) od teraz można po prostu dać dostęp grupie wsparcia i ta sprawdzi co jest nie tak pod maską. REWELACJA. Diagnostyka i rozwiązywanie problemów będzie odbywało się znacznie szybciej. Standardowo poprawiono wydajność także pod kątem wolniejszych rozwiązań (ucieszą się użytkownicy NASów wykorzystywanych jako serwer Roon Core na Atomie) oraz wprowadzono obsługę 32bitowego Linuksa (x86) w ramach ROON Bridge (to świetna wiadomość dla wszystkich, którzy chcieli wykorzystać jako końcówki (end-pointy) stare laptopy, stare komputery z zainstalowanym oprogramowaniem systemowym Open Source). Od teraz da się, a biorąc pod uwagę usprawnienia w zakresie wydajności nic nie stoi na przeszkodzie, by dowolny, leciwy sprzęt z szybkim systemem operacyjnym (odpowiednia dystrybucja, a jest tego na kopy) przekształcić w ROONową końcówkę z jakimś DACzkiem. To także ważne dla osób budujących „lekkie” systemy… cóż, czują bluesa. Tak to można podsumować :)

A, i jeszcze jedno, użytkownicy Mini (zaktualizowaliśmy naszą recenzję, patrz link podany niżej) doczekali się pełnego wsparcia i ikonki (miał nie być, no tak się Auralic odgrażał, ale te tysiące maili zrobiły swoje! ;-) )

Oficjalne, od wersji 1.3 build 262 mamy nowe ROON Ready:

  • Auralic ARIES MINI (patrz test)
  • Trinnov Amethyst & Altitude32
  • Sonore ultraRendu
  • NAIM Uniti Star, Uniti Atom, and Uniti Nova

PS Ważne: przed i w trakcie użytkowania LSów z ROONem aplikację firmową trzeba wyłączyć.