LogowanieZarejestruj się
News

iPhone 7 Jet Black: parę słów o audio w kontekście nowych iPhonów

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
apple logos

Apple widzi świat audio, definiuje go, przez pryzmat swoich produktów oraz usług. To zrozumiałe, ale jest w tym podejściu pewien haczyk… firma nie uwzględnia w swoich zamierzeniach, rachubach tego, co dla wielu słuchających na co dzień muzyki stanowi istotny element, element którego się nie pomija. Chodzi o jakość brzmienia, dążenie do uzyskania jak najlepszego dźwięku. Ktoś powie – nisza, ludzie słuchają z YouTube (to nadal najpopularniejszy serwis …muzyczny na świecie), ogólnie zmienia się sposób konsumowania muzyki na taki, który z założenia inaczej akcentuje co ważne, a co nie (mobilne słuchanie, playlisty pod określoną aktywność, czytaj ma grać coś tam w tle). Apple oferuje masowe produkty, patrzy przez pryzmat setek milionów konsumentów i cóż – firmie wyraźnie nie zależy, by ścigać się z konkurencją w zakresie jakościowym. Widać to wyraźnie, gdy popatrzymy na zmiany (czy raczej ich brak) w kramiku, w iTunes Store, w oprogramowaniu, w serwisie streamingowym Apple Music. Wszystko jest podporządkowane kwestiom integracji w ekosystemie, formie (nie treści), kolejnym (dla mnie – powiem szczerze – niezbyt zrozumiałym) zmianom interfejsów, sposobów komunikacji oraz prezentacji tego, co Apple oferuje w zakresie muzyki. Muzyka jest tutaj tylko towarem, nie stanowi wartości samej w sobie, ma po prostu dobrze sprzedać to, co dla Apple najistotniejsze z biznesowego punktu widzenia. Nie mam o to pretensji, rozumiem takie postępowanie, natomiast dla mnie osobiście to coś, z czym trudno się identyfikować. Mastered for iTunes wiosny nie czyni, Apple nadal chce sprzedać nam stratne pliki, czasami w cenie zbliżonej do fizycznego nośnika, dodatkowo nie oferując żadnych, dodatkowych (aż się prosi) benefitów. Ktoś, kto ma nieograniczone możliwości, ktoś kto może mieć każdego artystę w katalogu, mógłby… Zamknięcie Connect (usługi, będącej odpowiednikiem muzycznego tweetera, służącej do komunikacji twórców z fanami), brak jakichkolwiek zmian w zakresie oferty jakościowej, brak wprowadzenia nowych, atrakcyjnych form obcowania z muzyką (co można i jak wiele można w tym zakresie zrobić pokazuje Roon), skupienie się na kwestiach dopasowania audio by Apple do zmian w hardware, software i dalej w ekosystemie są mocno symptomatyczne. Dlatego nie dziwi mnie to, że nowe produkty oferują to, co oferują w zakresie „obsługiwania muzyki”.

Popatrzmy zatem: Apple TV czwartej generacji bez cyfrowego wyjścia audio, nowe iPhone pozbawione audio jacka z… (o tym poniżej), nowe AirPodsy będące bezdrutowymi EarPodsami w praktyce, mające de facto być przede wszystkim interfejsem dla Siri, gdzie dźwięk wcale nie jest w centrum uwagi, prawdopodobne usunięcie złącz dedykowanych audio w innych produktach (komputery, tablety, firmowe routery) to wszystko dowodzi, że coś, co „było w sercu” Apple – audio – firmy, która zmieniła całą branżę wraz z iPodem (który to też niebawem straci rację bytu, bo po pierwsze Apple Music, po po drugie kluczowy dla firmy, własny smartwatch i wreszcie po trzecie stała erozja sprzedaży) i iTunes, teraz stanowi niekoniecznie kluczowy, niekoniecznie bardzo istotny element oferty. Być może nowy inteligentny głośnik Apple podobny do amazonowego Echo, czy ostatnio pokazanego produktu Google będzie przypieczętowaniem tego, co napisałem powyżej. Interfejs dla własnych usług, sklepów, integracja z domem, połączenie AI z komendami głosowymi (Siri) plus jakieś dźwięki w tle (tak, o muzyce wspominam właśnie, jako o czymś w tle) to będzie swoiste podsumowanie nowego etapu i zaszeregowanie audio do jednej z licznych, niekoniecznie najistotniejszych funkcji/usług. Głośnik? Ano głośnik, ale nie (przede wszystkim) głośnik audio, a głośnik interfejs właśnie. Nowe Beatsy, już bez kabli, wpisują się w ten trend – w końcu Apple nie wprowadziło i zdaje się nie ma zamiaru wprowadzić lepszego jakościowo brzmienia via Bluetooth, korzystając nadal z kodeka AAC (dodatkowo, przy zachowawczych parametrach transmisji), podczas gdy na rynku mamy nie tylko dużo bardziej zaawansowany aptX, ale (od kilkunastu tygodni) także jego wariant „hi-res” tj. aptX HD. I – żeby nie było wątpliwości – mówimy o softwarze, o kodeku, o czymś co można w każdej chwili (albo nie – jak widać) zaimplementować do swoich produktów (w OS). Wspominałem niedawno o wymuszeniu działania wspomnianego kodeka via BT Explorer  (nadal oferującego stratną jakość, ale nie dość, że parametrami transmisji vide bitrate zbliżonym do bezstratnego transferu, to dodatkowo redukującego piętę achillesową sinozębnego interfejsu tzn. opóźnienia) na macOSie. To jest właśnie to, o czym napisałem przed chwilą. Apple nie jest zainteresowane lepszym jakościowo audio, bo nawet w swoich komputerach nie daje w sposób łatwy zmienić jakości via BT (trzeba do tego dodatkowego narzędzia i trzeba rzecz na sztywno wymusić w systemie), jednocześnie jednoznacznie optując za światem bez kabli. Pozostaje podstawowy profil SBC, który oferuje najgorsze parametry, bardzo poważnie wpływa na to, co dotrze do naszych uszu. Apple świadomie według mnie niczego tu nie zmienia. W iTunes nadal jest AAC (z maksymalnym bitrate na poziomie 256kbps), w komputerach jw. nadal korzystamy z podstawowego trybu transmisji dźwięku, iOSa nie wyposażono w alternatywny kodek, gwarantujący lepszą jakość. Więcej… AirPlay nie jest bitperfect (i nie będzie, bo i po co miałby być?), własne produkty nie są i raczej nie będą wychodzić poza ten schemat (MQA? Według mnie bez szans, ALAC w iTunes – po co? Własne bezstratne strumienie… cóż, nie ma o czym mówić), a takie iTunes przekształca się z software katalogującego zbiory z płyt (fizycznego nośnika, gdzie mamy bezstratny zapis) w miejsce integrujące stratne strumienie (Apple Music, iTunes Match), właściwie w obecnej formie to oprogramowanie uniemożliwia budowę swojej (opartej na własnych zbiorach, w tym na zgranych do plików płytach) kolekcji. Ma być to, co oferuje samo Apple. Nawigacja, porządkowanie zbiorów, wyszukiwanie – kiedyś to działało, a dzisiaj… ekhmm.

No dobrze, a teraz konkretnie, bo biadolę, biadolę, a o nowym iPhone miało być i o tym, co nam przynosi usunięcie audio jacka. Po pierwsze dołączone do iPhone akcesoria „do słuchania” są właśnie dla osób, które nie zwracają specjalnie uwagi na aspekt jakościowy. To ma grać, a jak to już nie robi jakiejś zasadniczej różnicy. Przejściówka ma negatywny wpływ na brzmienie, gdy podepniemy coś lepszego od – umownie – EarPodsów (tych na jacku, a nie dołączonych z Lightningiem na końcu). Cudów nie ma. Elektronika jaką zastosowano w adapterze to nie jest coś, czym można by się – mówiąc delikatni – chwalić. Do tego dochodzi kwestia wzmocnienia sygnału. Cudów nie ma. Ten element należy traktować awaryjnie, w takim sensie, że jak już jakieś przewodowe słuchawki na jacku będziemy chcieli pożenić z nowym iPhonem to proszę – możemy, ale zaraz przyjdzie nam ochota na wspomniany na naszym profilu, zewnętrzny przetwornik/wzmacniacz. Nie ma też sensu podpinać słuchawek trudniejszych do wysterowania, co – przy oczywistych ograniczeniach wynikających z ograniczeń tego, co montowano wcześniej na płycie głównej smartfona – można było uskuteczniać w przypadku wcześniejszych modeli iPhonów. Podpinałem HiFiMANy, podpinałem Audeze, niemobilne AKG czy Senki i można było z iPhone grać, w przypadku rzeczonej przejściówki nie jest to sensowne rozwiązanie, ten adapter jw. to awaryjna opcja i to pod łatwe do wysterowania, mobilne słuchawki.

Ktoś to (adapter) w Niemczech już nawet pomierzył. Buchse = audio jacek. Jak widać, wypada gorzej od dziurki w iPhone 6s / iPadzie Air 2 (tu całość)

To co zrobić bez tego jacka, zapytacie? Apple mówi – czas na Bluetooth, pozbądź się kabli, przecież to wygodne, nowoczesne, świat bez drutów. Tak, zgadza się, to wygodne i oczywiście wielu użytkowników chętnie wybierze ten rodzaj transmisji kompletnie nie zawracając sobie głowy powyższą przejściówką (no może nie do końca, bo jak bateria w słuchawkach padnie, to – właśnie – awaryjnie, pozostanie podpiąć nauszniki do adaptera), bo kabel pójdzie w odstawkę, natomiast w przypadku bezdrutowych IEMów w ogóle tematu (po kablu) nie ma o czym mówić, bo nowe coraz częściej nie będą miały nawet złącza (indukcyjne ładowanie via power bank w etui). Tyle, że musimy w takim scenariuszu pogodzić się z podwójnym kompromisem. Po pierwsze nie będzie bezstratnej transmisji, po drugie nie będzie lepszego jakościowo kodeka – innymi słowy decydujemy się na brzmieniowe kompromisy. O ile będziemy korzystać ze Spotify, Apple Music czy innego, oferującego stratny strumień, serwisu, to taki kompromis de facto nam nie zaszkodzi. Sytuacja zmieni się, gdy zagramy z Tidala (redbook 16/44 bezstratnie, za moment MQA tj. 24/44), z Qobuza (niebawem w Polsce), czy takich (polecam!) rzeczy jak Loop (własna chmura audio bez ograniczeń miejsca z materiałem o dowolnych parametrach jakościowych). Tutaj przyda się coś innego niż wspomniany adapter, niż transfer via BT z iPhone. Przydałby się (bezdrutowo) lepszy kodek, no ale…

Niestety, takie połączenie nie jest możliwe, a szkoda (bo takie daje najlepszą jakość brzmienia, o czym pisałem w recenzji Momentum Wireless)

Nagle okazuje się, że uzyskanie dobrej jakości dźwięku z nowego modelu nie jest wcale taką oczywistą i trywialną sprawą. Nie, nie wystarczy podłączyć tego, co mamy. Co więcej, czasami nie podłączymy (także) tego, co teoretycznie powinno współpracować ze sobą – mam tu na myśli konfigurację słuchawki BT (zdolne do transferu audio via kabel cyfrowy) połączone za pośrednictwem przejściówki camera kit z iPhonem 7. To – niestety – nie zadziała. Wszystkie, dotychczasowe słuchawki bezdrutowe, zdolne do transmisji via USB, ze względu na zasilanie (zbyt duży pobór) nie będą mogły współpracować z urządzeniami na iOSie. Komunikat o błędzie (patrz obrazek) oznacza, że takie połączenie (kablem cyfrowym) owszem będzie możliwe, ale tylko w wypadku nowych produktów wyposażonych w kabel Lightning. W przypadku dołączonych EarPodsów mówimy po prostu o zmianie typu złącza, bo to nadal te same, podstawowe dokanałówki, które dla wielu są wystarczającym wyborem, a dla wymienionych w pierwszym akapicie stanowią zbędny element wyposażenia, co najwyżej – znowu – awaryjną opcję. Mogę tylko wspomnieć o jednej istotnej kwestii. Tu, bardziej, jest co się zepsuć, bo mamy po pierwsze elektronikę odpowiedzialną za konwersję C/A w gniazdku (dokładnie tak, jak w adapterze), po drugie to nie bardzo wytrzymały audio jack (myślę o samej wtyczce), a inny, bardziej podatny na uszkodzenia typ złącza. To jednak aspekt użytkowo-praktyczny, a nie jakościowy – ten drugi, jak napisałem, tutaj nie stanowi, choć warto wspomnieć, że za dźwięk nie odpowiada telefon (będący cyfrowym transportem w tym wypadku), a same IEMy. O tym, czym jest, a czym nie jest to, co Apple wkłada do pudełka, napisałem przy okazji adaptera.

 

I tu, rozpoczyna się (dla fana dobrego jakościowo brzmienia) przygoda z czymś, co nam ten dźwięk w surowej, cyfrowej, zero-jedynkowej formie przekształci w postać analogową, strawną dla wysokiej klasy przetworników wbudowanych w muszle (tudzież, zamontowanych w niewielkich obudowach IEMów – bo z drutem, ale lightningowym, też się już takowe pojawiły na rynku, poza wkładanymi do pudełka z telefonem EarPodsami). No właśnie, poza mobilnymi przetwornikami/ampami, których na rynku sporo, o których nie raz, nie dwa pisaliśmy na łamach, które testowaliśmy, pojawia się zupełnie nowa kategoria: słuchawki z cyfrowym kablem, który to kabel wyposażono w zminiaturyzowaną postać tego, co powyżej – wbudowany w pilota DAC wraz ze wzmacniaczem. Takim produktem, który notabene za moment powinien do nas trafić, są Adeze Sine z przewodem Cipher. To mobilne nauszniki, ale za moment pojawią się do niedawna flagowe LCD-3, przepraszam iLCD-3, wyposażone w takie okablowanie. Kabel ma być zresztą oferowany samopas i o ile będzie dysponował standardowymi typami przyłączeń (a nie unikalnymi dla produktów danego producenta), każdy będzie mógł sobie skonwertować swoje nauszniki do postaci kompatybilnej z nową elektroniką (w tym przypadku Jabłka, ale rzecz dotyczy całej branży vide USB-C i najnowsze smartfony wyposażane wyłącznie w to złącze). Czy tak daleko posunięta miniaturyzacja nie będzie miała negatywnego wpływu na brzmienie? Trzeba będzie to zbadać, w przypadku Oppo HA-2, z którym testowałem nowego iPhone wyraźnie widać, że (co nie jest żadnym odkryciem, bo dotyczy to tego segmentu i stanowi sens egzystencji takich akcesoriów) użycie takiego zewnętrznego DAC/AMPa jest  warunkiem uzyskania dobrego jakościowo brzmienia. Nie ogranicza nas jakaś kosteczka za centa, nie ma żadnych problemów z dostarczeniem odpowiedniej energii dowolnym, w tym także stacjonarnym, słuchawkom. Rzecz jasna w takiej sytuacji mamy optymalny, mobilny system słuchawkowy, bo z zewnętrznym źródłem energii (bateryjny DAC/AMP), z takimi – dodatkowymi – bajerami jak opcja tankowania źródła (iPhone), z wyprowadzeniem dźwięku na duże stereo (przy ewentualnym, jednoczesnym ładowaniu telefonu), podpięciem wspomnianych, stacjonarnych słuchawek tj. dopasowaniem poziomu gain pod konkretny model, wreszcie podbiciem niskich tonów (gdyby komuś przyszła na to ochota). Współpraca w tym wypadku przebiegała bez niespodzianek, od razu Oppo było identyfikowane przez iPhone (tu nie trzeba camera kit, bo DAC jest identyfikowany z pośrednictwem bezpośrednio wpinanego, standardowego kabla Lightning do telefonu). Tak, po podpięciu, zagrało i iPhone przekształcił się w wysokiej jakości źródło dźwięku. Tyle, że aby tak się stało musicie rozważyć zakup jakiegoś DAC/AMPa (może być też taki bez baterii, ale wtedy bezwzględnie trzeba sprawdzić, czy ma certyfikat MFI, czy jest zdolny do pracy podpięty bezpośrednio pod urządzenie na iOSie), względnie nowych nauszników lightningowych, a jeżeli już dobre nauszniki mamy, to jakiegoś (pewnie będzie tego na kopy) cyfrowego kabelka z przetwornikiem wbudowanym w pilota. A to, nie będą grosze, patrząc na ceny tych nowości…

No, teraz to jest dźwięk…

Konsekwencją wyrugowania jacka, oparcia transmisji dźwięku na transferze cyfrowym (przewodowym bądź bezprzewodowym) będzie konieczność zakupu dodatkowych akcesoriów, względnie zakupu nowych słuchawek. To koszty. Zyski? Cóż, potencjalnie może to przynieść poprawę brzmienia (przy czym mówimy raczej o cyfrowym kablu, lub takich urządzeniach jak HA-2) – wyprowadzamy dźwięk z niedoskonałego z definicji źródła jakim jest handheld / komputer, odseparowywujemy konwersję, wzmocnienie sygnału od przeładowanego układami, czujnikami, modułami łączności wnętrza – teraz już – tylko cyfrowego transportu. Oczywistym zyskiem odnośnie spraw użytkowych, związanych z ergonomią, jest pozbycie się coraz częściej kabla, z tym że wiążą się z tym pozbyciem nowe wyzwania i zysk w interesującym nas – jakościowym – zakresie jest …mocno dyskusyjny. Można uzyskać dobre rezultaty, ale wymaga to po pierwsze stabilnej, pewnej transmisji (a w przypadku BT, zresztą także WiFi, bywa z tym bardzo różnie),  po drugie zastosowania technologii podnoszących dopuszczalne parametry jakości transferu sygnału audio (wspomniane aptX, a także coś lepszego od AirPlay’a – są takie rozwiązania: sieci mesh (Sonos), SKAA (AirDAC NuForce), czy Play-Fi (DTS, parametry 24/96 bezstratnie etc.), po trzecie zmian w podejściu oferentów (usługodawcy streamingowi) do kwestii jakości oferowanej u nich muzyki. To także zupełnie nowe możliwości (w zakresie EQ, a także wprowadzenia nowych, zaawansowanych trybów DSP, skuteczniejszych systemów ANC) i tutaj na pewno dokona się niemała rewolucja. W końcu nie bez przyczyny Apple oraz inni producenci wprowadzają w swoich słuchawkach wielofunkcyjne procesory, dodatkowe czujniki, czułe mikrofony. To wszystko ma czemuś bardzo konkretnemu służyć. Czy to coś, to dźwięk (w kontekście jakości)?

A to, moi drodzy, pozostaje otwartą kwestią. Według mnie – niekoniecznie, albo nie przede wszystkim.

 

Nowa specyfikacja audio USB Class 3.0. Audiojack out. Cyfrowej rewolucji C.D…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
conexant_usb-c_headset_678_678x452

USB Implementers Forum wreszcie opublikowało nową standaryzację. A zatem czas na nowe USB Audio, na nowe USB Class 3.0! To bardzo ważne wydarzenie, aż dziw (bierze), że tradycyjnie praktycznie całkowicie zignorowane przez branżowe periodyki, serwisy. Oczywiście dzisiaj stoimy na progu wyrugowania okablowania i przejścia na transmisję bezprzewodową (co oznacza implementację rozwiązań sieciowych, z magistralą USB nie mających nic wspólnego), jednak czas w jakim pozbędziemy się fizycznego medium (kabla) w transmisji audio jeszcze nie nadszedł i szybko nie nadejdzie, choć w przypadku słuchawek ta tendencja może faktycznie szybko doprowadzić do rozbraty z kablem. Stąd wspomniane wyautowanie audio jacka, które zapisano w dokumentach sankcjonujących nowy standard. Czym jest USB Class 3.0? Jak wiemy, w przypadku obowiązującego obecnie standardu UAC / ADC 2 główną jego zaletą było zniesienie ograniczeń związanych z obsługą dźwięku o wysokich częstotliwościach taktowania zegara (mnożnik dla podstawowych wartości 44.1 / 48 kHz > x2) oraz znaczące zwiększenie przepustowości względem pierwszej klasy, pozwalające w praktyce na granie każdego materiału audio. Ogóle założenia nie wychodziły poza ramy tego, co można uzyskać z wbudowanych w komputery kart dźwiękowych oraz handheldów, bez uwzględniania specyfiki (rozwoju) elektroniki użytkowej jaki dokonał się na przestrzeni ostatniej (plus, minus) dekady. Dlaczego wspominam pierwszego iPhone oraz zaprezentowanego wcześniej iPoda (ktoś tu pewnie migiem skojarzy daty ;-) )? Cóż, to właśnie pojawienie się smartfonów, gwałtowne odejście od fizycznego nośnika, muzyka z pliku i z internetowego strumienia oraz wspomniane przeobrażenia w całej branży audio (komputer wchodzący jako obowiązkowa część składowa do systemu audio w każdym zakresie od budżetowego po high-endowy, zapoczątkowany rozbrat z kablem) wymusiły radykalne przemyślenie czym ma być nowa specyfikacja, jakie rzeczy są kluczowe, na co należy przede wszystkim zwrócić uwagę, skoncentrować wysiłek (przy projektowaniu nowych urządzeń). Do tego muzyka przeniosła się (nieodwracalnie) do Internetu.

Ogólny schemat USB Audio Class 3.0 – nowego standardu PC Audio (przy czym dzisiaj to PC jest w kieszeni najczęściej, a nawet pojawia się na nadgarstku ;-) )

 

Nowych wytycznych dotyczących audio z  - umownie – komputera jest całkiem sporo i wierzcie mi, nie ograniczają się one tylko do eliminacji audio jacka. To oczywiście coś, na co od razu zwrócimy uwagę, studiując dokumentację USB IF. Zamiast audio jacka jest USB-C i to właśnie ten  nowy port ma zastąpić analogowe wyjście audio w telefonach, tabletach, komputerach, jak również w sprzęcie audio (choć tutaj wytyczne mogą być potraktowane jako ogólna wskazówka i raczej wątpliwe, czy ktoś będzie ograniczał funkcjonalność, chyba że dotyczyć to będzie niewielkich urządzeń, pracujących na baterii – przenośnych, takich, które mogą na takiej zmianie coś zyskać). Eliminacja tego elementu nie jest niczym zaskakującym. Rok temu Intel przestawiając swoje założenia dotyczące rozwoju sprzętu IT postawił sprawę jasno – wyeliminujemy tradycyjne interfejsy, zbędne według nas elementy, doprowadzimy do jakże oczekiwanego przez konsumentów UJEDNOLICENIA w kwestii złącz / interfejsów / standardu połączeń. Tworząc USB 3.1 (aka C) twórcy, z Intelem na czele, chcieli przeforsować wizję jednego portu do wszystkiego, uniwersalnego sposobu transmisji dla wszelkich danych, kompatybilnego z wszystkimi (no powiedzmy, choć biorąc pod uwagę uzyskaną zgodność, poza naprawdę archaicznymi rozwiązaniami, nowe USB jest prawdziwie multi, dając możliwość przykładowo wykorzystania złącza jako w ramach Light Peak w najnowszej odsłonie, czytaj Thunderbolta 3.0) co dzisiaj na rynku egzystuje.

Sporo się dzieje, nieprawdaż? No tak, bo my tutaj mamy wyspecjalizowane procesory pod audio, w tej nowej specyfikacji. Standard wyznacza kierunki rozwoju całej branży audio moim skromnym zdaniem. Całej.

 

Skupmy się jednak na muzyce, na tym co ta zmiana wnosi w przypadku branży audio. Rezygnacja z analogowego wyjścia audio to po pierwsze uproszczenie konstrukcji urządzeń (coraz częściej transportów cyfrowych, bez konwersji C/A), eliminacja komponentów odpowiedzialnych za konwersję oraz transmisję sygnału, pewne oszczędności w zakresie zużycia energii oraz pozyskanie większej przestrzeni na dodatkowe sensowy lub/i powiększenie baterii. To przede wszystkim mobilna elektronika, ale zmiany wprowadzane przez UAC 3.0 idą dalej niż tylko wyrugowanie audio jacka. Pozostawiono możliwość transmisji analogowego audio (rezerwacja dwóch pinów w porcie USB-C). Warto podkreślić, że są to zarezerowane, osobne piny, które nie mają wpływu na cyfrową transmisję odbywającą się w kablu i w zamierzeniach to furtka dla tych, którzy chcą w urządzeniu zastosować jakieś dobre jakościowo układy konwersji C/A, względnie dla tych, którzy nie muszą liczyć się z każdym milimetrem, czytaj producentów sprzętu stacjonarnego. To pozostawienie otwartej drogi do transferu danych audio za pośrednictwem kabla USB to próba wprowadzenia nowego, wspólnego standardu okablowania, jednoczesnej rezygnacji z interfejsów o – nazwijmy to – niekomputerowym rodowodzie. Ciekawa sprawa, bo coś czuję, że już zaraz na rynku pojawią się audiofilskie kabelki USB-C i w ogóle branża kablarska z radością pochyli się nad nowymi możliwościami zarobku. Dzisiaj kabel USB w zastosowaniach audio jest tylko jednym z wielu sposobów na transfer i to takim, w którym występuje dodatkowy element tj. DAC. W przypadku nowej specyfikacji przykładowo klasyczne słuchawki, bez żadnej elektroniki zaszytej w muszlach, pilotach etc. będą mogły za pomocą takich kabelków z gniazdkiem USB-C łączyć się ze źródłem (nie transportem). Zachowanie kompatybilności będzie proste, w końcu wiele (większość?) obecnie wprowadzanych na rynek nauszników ma wypinane kable. Trochę inaczej wygląda to w przypadku IEMów, ale tutaj po prostu nastąpi przejście na wtyczkę USB-C, bo dokanałówki to oczywista domena przenośnej elektroniki użytkowej. Niestety, nie będzie mowy o jednolitym rozwiązaniu odnośnie samego gniazda, bo jak wiemy Apple uparło się, że w ich handheldach jest i będzie Lightning, mimo wdrożenia do komputerów (zapewne także nowych linii Maków, które niebawem pojawia się na rynku) standardu USB-C. Podsumowując, nowe USB-C nie wyrzuca definitywnie za burtę analogowego sygnału! Nic bardziej mylnego, bo kompatybilne z UAC / ADC 3.0 urządzenie ma być zdolne do przesyłu sygnału analogowego (choć oczywiście producent może to ograniczyć wedle uznania) za pośrednictwem kabla USB-C.  Natomiast „rozprawia się” z „archaicznym” audio jackiem i – co trudno pominąć – daje zielone światło w pełni cyfrowej transmisji dźwięku z komputerowego transportu, co stanowi jedno z głównych założeń polityki Intela, zachęcającego swoich partnerów do właśnie takiego rozwiązania. Sprzęt komputerowy ma wyprowadzić sygnał audio w domenie cyfrowej, by dalej, w „efektorach” (słuchawki, głośniki oraz przenośne / stacjonarne komponenty systemu audio) dochodziło do konwersji C/A, wzmocnienia sygnału, dodatkowo, wcześniej, ewentualnej obróbki za pośrednictwem DSP. Z powyższych zmian mają pełnymi garściami czerpać nowe kategorie produktów, takie jak: hełmy VR, urządzenia wykorzystujące rzeczywistość rozszerzoną AR, czy elektronika ubieralna…

 

To jedna strona medalu. Druga – nie mniej ważna – to coś, co daje spore pole do popisu producentom, coś co potencjalnie zmienia reguły gry. Tym czymś jest wyszczególniony w specyfikacji MPU (multi-function processing units) – wielozadaniowe procesory (nie bez przyczyny piszę w liczbie mnogiej!), które mają tak naprawdę definiować możliwości nowych „efektorów”, tj. słuchawek cyfrowych (jak to ujmują oficjalne dokumenty USB IF), systemów głośnikowych (czy może systemów strumienowo-nagłaśniajacych, precyzyjniej rzecz ujmując) oraz stacjonarnego sprzętu audio, zgodnego z założeniami nowego standardu. To jest wg. mnie clou, coś co może przekształcić się w główny, rewolucyjny, element nowej specyfikacji, mający wpływ na to w jaki sposób będziemy słuchać muzyki w niedalekiej przyszłości. Oczywiście, nie chodzi tutaj tylko (a może nawet nie przede wszystkim?) o muzykę, a bardziej o adaptatywny, wielofunkcyjny interfejs audio, interfejs zdolny do adaptacji na potrzeby nowych technologii. Sterowanie głosem, cyfrowi asystenci, translacja w czasie rzeczywistym, identyfikacja głosowa, przekształcanie głosu na potrzeby nowych gałęzi usług, elektronicznej rozrywki i wiele innych (już wcale nie takich futurystycznych) funkcjonalności to nowe pole ekspansji branży IT… MPU to taka brama dla zupełnie nowych pomysłów, a dzięki miniaturyzacji i „zaszyciu” w sprzęcie użytkowym audio, otwierająca ogromne rynkowe możliwości. Pozostawiając jednak te, ciekawe, ale dla nas jednak na marginesie, kwestie, to także gotowe pole pod rozbudowane możliwości DSP, korekcji dźwięku w czasie rzeczywistym, adaptacji akustycznej (pomieszczenia – w przypadku głośników, coraz doskonalsze systemy ANC w słuchawkach) oraz – last but not least – jakości dźwięku.

Trzeba uczciwie przyznać – trzymają rękę na pulsie. Nowe produkty Apple odpowiadają dokładnie na specyfikację UAC 3.0. No prawie (zamiast USB-C trzymają się swojego Lightninga)

Takie MPU będą odpowiadać i będą zdolne do natychmiastowej synchronizacji (host – warstwa sprzętowa oraz softwareowa), dzięki czemu nie będziemy niczego konfigurować, sprzęt będzie łączył się całkowicie transparentnie, nie będzie konieczności instalacji sterowników (to wszystko ma się odbywać natychmiast, bez opóźnień, bez koniecznej ingerencji użytkownika), będą przeprowadzać konwersję C/A, przeprowadzać aktywny proces redukcji odgłosów z tła (ANC) przy jak najniższym poziomie opóźnień, eliminować echo (poprawa jakości identyfikacji głosu, patrz wymienione powyżej, nowe zastosowania), stosować w czasie rzeczywistym korekcję EQ, dostosowywać w czasie rzeczywistym pracę mikrofonów, dobierać poziom wzmocnienia (cyfrowe wzmocnienie sygnału, sterowane za pomocą MPU), dobierać parametry pracy w zależności od okoliczności oraz ustawień aplikacji (te audio będą tylko jednymi z wielu, które – kompatybilne z nowym UAC / ADC – przejmą kontrolę nad dźwiękiem). Programowalne w pełni wzmacniacze i przedwzmacniacze to kolejny element zaimplementowany w nowe kości MPU- to coś, co do tej pory, w tradycyjnej formie, występowało w sprzęcie komputerowym, teraz zaś będzie coraz częściej występować w „efektorach”. W przypadku słuchawek, które poza modelami bezprzewodowymi, wolne były od procesorów, oznacza to gigantyczne zmiany w konstrukcji i sposobie działania. Pamiętacie zapowiedź „ucyfrowionych” Audeze LCD, o której pisałem niedawno? iLCD-3… już widzę producentów, na wyścigi wprowadzających nowe („nowe”) produkty, zgodne z nowymi wytycznymi. Akurat w przypadku Amerykanów chodzi o produkt zgodny z nową elektroniką Apple, ale ta choć nie na poziomie złącz, nawiązuje w założeniach do tego co napisałem powyżej. Taka drobna dygresja – nowe AirPodsy, nowe Beatsy to właśnie co do kropki i przecinka realizacja założeń nowego standardu: układ W1, który przejmuje rolę „menagera audio”: konwertuje, steruje, wzmacnia, komunikuje. Tak to właśnie będzie teraz wyglądać!

Mhm, coś już na temat nowych formatów kompresji wiemy z powyższego schematu, niestety dokumentacji opisującej co i jak USB IF na te chwilę nie opublikowało :(

Warto przy okazji zwrócić uwagę na nowe formaty kompresji (USB Audio Type-III oraz Type-IV), przy zachowanej zgodności z ADC 1.0 oraz 2.0 (ważne, bo w przeciwnym razie nowego komputera czy telefonu, zgodnego z UAC 3.0 nie dałoby się podpiąć pod jakiegokolwiek DACa). Niestety na razie USB IF nie opublikował podobnego do tego, podanego w linku powyżej, dokumentu opisującego nowe formaty kompresji. Nie wiemy zatem co nowego kryją w sobie nowe typy kompresji (można założyć, że będą to kodeki stereo, jak i wielokanałowe, stratne jak i bezstratne). Mam nadzieję, że niebawem doczekamy się stosownej dokumentacji i będzie można zobaczyć jak duży progres się tutaj dokonał (poprzednia standaryzacja to 1998 rok!). Jest sporo nowych, skuteczniejszych metod kompresji, gwarantujących zachowanie dobrej jakości dźwięku, przy niewielkim zapotrzebowaniu na pasmo (dobrym przykładem najnowszych opracowań w tym zakresie będzie MQA, ale w praktyce jest całkiem sporo metod doskonalszych od tych z przełomu wieków, które dają dużo lepsze rezultaty). Co nas zatem czeka? Na pewno nowe metody kompresji dokonywanej w czasie rzeczywistym w oparciu o najnowsze kodeki, nowe rozwiązania z zakresu dźwięku przestrzennego. Pozostanie PCM (to pewne). Poza tym możemy liczyć na nowe tryby oszczędzania energii (auto wyłączanie / usypianie, przy czym ma to być realizowane znacznie lepiej niż dotychczas) oraz kompatybilność z BAAD (basic audio device definition) 3.0, co oznacza zarówno profile oszczędzające energię (znak czasów), jak i instrukcje związane z zarządzaniem różnorodnego sprzętu audio (to ważne, bo przecież wszystko ma się dogadywać bez naszego udziału, albo z minimalnym udziałem użytkownika).

Sumując, duże zmiany, największe w historii komputerowego audio. Lepsze parametry transmisji (przepustowość) wraz z niższym poziomem opóźnień (to jedna z cech nowego interfejsu USB 3.1) z możliwością wykorzystania rozwiązań całkowicie pozbawionych jittera (praktycznie zerowe opóźnienia czasowe) w rodzaju Thunderbolta (3.0). Przepustowość rzędu 40 Gbps (8x wyższa od tej, jaką oferuje USB3.0) nie jest w aplikacjach audio aż tak istotna, natomiast założenia samego interfejsu (połączenie point-to-point, brak potencjalnych interferencji jak w przypadku magistrali USB) mogą przynieść wymierne korzyści. Tylko od producentów komputerów będzie zależało, czy wprowadzą nowe rozwiązanie w swoich produktach. Patrząc na nowe ultraboobki (HP, Dell) z gniazdem USB-C widzę, że na szczęście Thunderbolt staje się standardowym elementem wyposażenia. Innymi słowy, nie będzie to coś zarezerwowane dla komputerów z logiem jabłka. W niektórych aplikacjach przyda się 15W jakie będzie w stanie dostarczyć gniazdo – właściwie każdy zewnętrzny interfejs audio wyposażony we wspomniane MPU będzie mógł obyć się bez własnego zasilania. Rzecz jasna niektórzy producenci będą oferować sprzęt audio z własnym zasilaniem (poza tym Thunderbolt nadal pozostanie rozwiązaniem niszowym w stosunku do USB, ale -być może- wreszcie zauważonym przez branżę domowego audio), z sieci czy z akumulatora, szczególnie w zakresie droższych konstrukcji, nikt z tego nie będzie rezygnował, nawet gdyby energetycznie interfejs w transporcie gwarantował możliwość zasilania podpiętego sprzętu. Zgodność z UAC/ADC 3.0 to coś, co w przypadku mobilnego audio oznacza prawdziwą rewolucję. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Powyżej dokładnie opisałem dlaczego przenośne rozwiązania zgodne z nową specyfikacją całkowicie się zmienią – chodzi nie tylko o zmiany konstrukcyjne, związane z wprowadzeniem wielofunkcyjnych procesorów, ale także zmiany funkcjonalne, rozszerzenie możliwości słuchawek, głośników…

Gdyby tak w każdym nowym laptopie to było… niestety raczej będzie to rozwiązanie zarezerowane dla droższych modeli, ale – wreszcie – jako standardowe wyposażenie, a nie tylko jako ciekawostka

W kontekście stacjonarnego HiFi, opartego na komputerze, streamerze wpływ nowej specyfikacji należy spojrzeć na nowy standard dwojako: w przypadku „klasycznych” systemów może oznaczać wprowadzenie nowego typu złącza, które będzie mogło służyć do transferu danych po konwersji C/A, albo w roli transportu takich, które mają dopiero zostać przekształcone w sygnał analogowy (np. w kolumnach), dodatkowo sygnał zostanie wzmocniony (dominacja klasy D wśród wzmacniaczy wydaje się pewna… patrz zapowiedź nowej linii integr NADa) oraz – nierzadko poddany dodatkowemu działaniu DSP przy rezygnacji z klasycznych filtrów. Dodatkowo wobec implementacji SPDIF można spodziewać się rezygnacji, czy może to właściwsze słowo – ujednolicenia złącz cyfrowych (ale to zapewne pieśń przyszłości). Druga sprawa to nowe metody kompresji… tu trzeba poczekać na oficjalną dokumentację (zapewne pojawią się rozwiązania stosowane obecnie, pytanie jakie konkretnie?). Wreszcie nowy standard oznacza, że muzyka stanie się czymś egzystującym w zupełnie nowych urządzeniach audio – mam tu na myśli podobne do googleowego Home, czy amazonowego Echo, systemy integrujące audio z zaawansowanym interfejsem głosowym oraz elementami AI. To nie przypadek i – choć mówimy w przypadku wspomnianych gigantów IT o czymś, co granie muzyki ma zaimplementowane jako atrakcyjny dodatek, a możliwości brzmieniowe są/będą na poziomie taniego, budżetowego, bezdrutowego głośnika. Właśnie takie rzeczy, w ramach inteligentnego domostwa, będą coraz częściej „atakować” branżę audio. To nie przypadek, że interfejs głosowy, rozpoznawanie mowy, wielofunkcyjne procesory stanowią nieodłączną cześć nowej specyfikacji USB Audio. To nie jest przypadek.

 

Idzie nowe…

 

Transport cyfrowy za grosze lepszy od sprzętu za tysiące? Chromecast pomierzony

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
chromecast-audio

Niczym drzazga w d… Strona pewnego inżyniera, osoby która hobbystycznie mierzy, opisuje, krytykuje to co w audio niby ustalone, to co modne, to co najgłośniejsze, najbardziej nośne i rozreklamowane. Zapewne wielu speców od marketingu, od PR miałoby spory problem, gdyby wnioski jakie pojawiają się na ww. witrynie pojawiły się w „głównym” obiegu. Na szczęście (a nasze nieszczęście?) dla speców to niszowy site, na tyle niszowy że zapewne wielu z Was, drodzy Czytelnicy, nigdy o nim nie słyszało. Ja śledzę publikacje Achimagio’s Musigns od dawna i cóż – wniosek z lektury kolejnych publikacji nie jest dla branży przyjemny… wręcz przeciwnie… jest przytłaczająco miało przyjemny. To, co uważamy za pewne, przestaje takim być, po lekturze i nie chodzi tutaj o ślepą wiarę w pomiary, cyferki, wyrzucenie subiektywnych ocen do kosza. Nie. Chodzi o coś innego – chodzi o poparte doświadczeniem jasne, nie pozostawiające niedomówień, konkluzje. Coś jest, albo czegoś nie ma. W przypadku Achimagio każdy humbug, każda ściema zostaje bezlitośnie obnażona. Po prostu.

To miejsce, które każe nam, poszukiwaczom dobrego jakościowo brzmienia, przemyśleć parę rzeczy na nowo. Cały cykl artykułów o MQA (bardzo krytycznych w wymowie – będzie o tym osobny wpis) pokazuje w czym rzecz – dzisiaj zatraca się w wyścigu o kasę pierwotny sens całej zabawy, a że w przypadku komputerowego audio (cyfrowego zapisu muzyki, opublikowanego w sieci i odtworzonego w warunkach domowych – precyzyjnie rzecz ujmując) można wmówić prawie wszystko… to się w najlepsze wmawia. Nie ma (bo i być nie może) najlepszego, czy jedynego gwarantującego najlepszy efekt sposobu zapisu, rejestracji i nigdy nie będzie. Właściwie każda technika może w rękach dobrego rzemieślnika (mastering – dźwiękowcy) dać dobry, bardzo dobry efekt. Co więcej, w świecie streamingu, grania z pliku kwestia transportu opartego w 100% na sprzęcie komputerowym, bo każdy streamer to komputer, oparty na TYPOWYCH komponentach tj, układy Intela, procesory ARM, chipsety / płyty stosowane powszechnie w IT (choćby nie wiem jak był drogi, audiofilski i prze-zachwycający) jest… najmniejszym problemem, najmniej istotnym problemem w kontekście jakości brzmienia. Jeżeli byłoby inaczej, tzn. to właśnie ten element był krytyczny, to jak wytłumaczyć idealne wyniki pomiarów takiego Chromecasta (Audio) za 35$? Jak uzasadnić, że coś (realizującego dokładnie te same zadanie – przesłanie z źródła cyfrowo zapisanej muzyki i przesłanie tego dalej w domenie cyfrowej do reszty toru) za 3500$ (i więcej) właśnie …robi to lepiej, podczas gdy lepiej tego nie robi, bo NIE MOŻE? Co więcej (i gorzej dla high-endów) ten pizdryk radzi sobie równie dobrze, jako odtwarzacz, przesyłając dźwięk analogowo, już po konwersji w – podkreślam – akcesorium za 35 dolarów. Zresztą popatrzcie sami na ten wpis (pomiary toslinka tutaj) i wyciągnijcie wnioski. Ja korzystam z paru Chromecastów, intensywnie użytkuje i wnioski już wyciągnąłem. To się sprawdza, zwyczajnie, bez żadnego „ale” się sprawdza. Brawo Google.

Zero-jedynkowy świat to dla wielu świat niemal magiczny, trudny do rozeznania, bo (na pierwszy rzut oka) niezwykle skomplikowany, pełen technologicznego żargonu (w wydaniu marketspecjalistów coraz częściej – niestety – bełkotu). I na tym się żeruje, na tym bazuje, wciskając rozwiązania, które nie dają w praktyce żadnego progresu, żadnego magicznego „lepiej niż pierwotnie zarejestrowane”, żadnego tego typu bajerowania (właśnie!) jak to spece z lubością starają się nam wmówić. Patrząc na pomiary, a także własne oraz przedstawione na ww. stronie wnioski, można napisać tak (twarde fakty, pomijam subiektywne – gra bardzo dobrze, bo…)”…

Chromecast Audio:

  • pozwala uzyskać rozdzielczość na poziomie 17.5 bitów (wyjście analogowe, cyfrowo nawet 18.5), co jest wynikiem bardzo dobrym, lepszym od wielu cyfrowych źródeł za ciężkie pieniądze dostępnych na rynku, podobnym do wielu za dziesięciokrotność sumy, którą przyjdzie za niego zapłacić. Innymi słowy jest to transport, który po upgrade software faktycznie obsługuje materiał 24 bitowy (a nie tylko udaje, że to robi!),
  • ma pomijalny jitter (przypominam, mówimy tutaj o streamingu via WiFi), który pojawia się dopiero wtedy, gdy gramy 24 bity (@ SPDIF). W przypadku materiału 16/44 to rozwiązanie jest JITTER FREE, w przypadku 24 bitów pomiary wypadają gorzej, ale jitter i tak nie ma wpływu na degradację dźwięku w słyszalnym przez człowieka zakresie,
  • jest bitperfect* Warto to podkreślić, bo wiele drogich transportów NIE JEST bitperfect (na marginesie, wszystko co gra Wam wspomniane MQA z założenia nie jest bitperfect, bo MQA nie jest bitperfect),
  • dysponuje świetnie zbalansowanymi kanałami (analog) – żadnych odstępstw, żadnego mniej lub bardziej. Idealne 2Vrms!
  • pozwala, biorąc pod uwagę potencjał (35$!), na podpięcie bezpośrednie do reszty toru analogowo, byle nie były to wysoceefektywne słuchawki. Zwyczajnie, podepnijcie to pod swoje stereo,
  • ma wyjście cyfrowe (Toslink), które wypada bardzo dobrze i w testach porównawczych z bardzo dobrym przetwornikiem C/A TEAC UD-501 nie ma różnic w porównaniu z graniem via USB (PC) na wspomnianym DACu (16/44). To o czymś świadczy, nieprawdaż? Jako transport cyfrowy jest dobrze, ale równie dobrze zdać się na wbudowany, jak się okazuje świetny AKM4430, budżetowy, a jak widać doskonale wykonujący swoją robotę,
  • wyposażono w efektywny system buforowania, zapewniający odtwarzanie bez przerw dźwięku nawet przy dość kiepskim sygnale (opisane w artykule Achimagio 40%). Wiele nowoczesnych streamerów ma cholernie duże problemy w nawiązywaniu połączenia (a co tu mówić o bezproblemowym przesyle, graniu bez zakłóceń) i „wymięka” podczas prezentacji w sklepach (duże zakłócenia, liczne urządzenia podpięte na niewielkiej przestrzeni)
  • nie ma problemu z materiałem 24/88, co niestety przytrafia się wielu urządzeniom audio,
  • to najtańsze tego typu rozwiązanie na rynku (tańszego, w zakresie funkcjonalnym, nie ma), które zostało zaprojektowane jak trzeba. Jak widać nie trzeba laboratorium NASA, kosmicznych technologii, rzadkich materiałów z asteroidy, by coś niezwykle taniego wypadało w pomiarach blisko (albo dokładnie) wartości referencyjnych. To jest – jak podkreśla autor bloga – bardzo proste. Jitter, bitperfect, balans, rozdzielczość to konkrety, albo coś potrafi, albo nie potrafi (jest źle zaprojektowane, albo nie do końca dobrze) osiągnąć właściwych wyników. Tylko tyle i aż tyle! Dotyczy to także DACa za 5000$, streamera za 20 000 tysięcy i innych, audiokomputerowych wynalazków,
  • wypada jako źródło równie przekonywająco jak wspomniany TEAC UD-501 (to subiektywny osąd autora pomiarów). Mój? Patrz wyżej (strefy oparte na Chromecast A.)

Cóż mogę dodać? Może to, że oczywiście można inaczej i więcej, bo można chcieć obsługi DSD chociażby (tak, uważam że 1 bitowy materiał ma swoje specjalne cechy, które kojarzą się z graniem z analogowych źródeł, chodzi tu o subiektywny odbiór tak zapisanej muzyki, nie chodzi o żadne oceny lepiej/gorzej), można chcieć integracji z Roonem (niestety na razie nie ma możliwości wykorzystania Chromecasta w tym front-endzie, choć przymiarki trwają i mam nadzieję, że takowa integracja w wersji 1.3 oprogramowania się pojawi), można też mieć ochotę na dużego klamota po prostu, na połączenie wielu funkcjonalności (vide świetny skądinąd ADL Stratos) itd. itp. Nie zmienia to jednak ogólnej wymowy tego, co powyżej… nie ma i nie będzie czegoś takiego, jak Złoty Graal cyfrowego audio (za góry złota rzecz jasna), który pozostawia wszystko inne daleko w tyle. Czegoś takiego w przyrodzie nie ma i nie będzie (bo też jest jasny cel w przypadku transportu cyfrowego – da się to zmierzyć, da się stwierdzić, da się osiągnąć lub nie). Sprzęt za dziesiątki tysięcy złotych może nie spełniać formalnych wymogów, być zwyczajnie źle skonstruowany, mieć braki w obsłudze cyfrowego dźwięku (podstawowe) i choć nie wyklucza to automatycznie dobrego brzmienia, to nie może on brzmieć lepiej od tego, co zaprojektowano… lepiej. Nawet jeżeli to lepiej zaprojektowane kosztuje 35$. Tak podpowiada logika i trudno by było inaczej. Nie można udowadniać czegoś, czego nie ma. Nawet jeżeli dysponuje się najlepszym słuchem we wszechświecie nie można. Nie można, ale często gęsto to się właśnie robi.

Pod rozwagę.

 

PS. Do napisania tego wpisu długo dojrzewałem, musiałem sobie to wszystko poukładać. Poukładałem i cóż, tak to widzę. Wiem, że w ten sposób narażę się złotouchym piewcom czegoś, co wg. nich gra lub nie gra. Mniejsza o twarde realia, prawda? Kiedy to ucho w bezwzględny sposób „mierzy” i „dowodzi”. Dobrym określeniem na te do(wy)wody jest „zdaje się”, najlepszym według mnie, ale to automatycznie wyklucza dalszą dyskusję, bo przecież złotouchy powie „jest” i basta. Muszę szybko uporządkować listę kontaktową, coś czuję ;-)

Testujemy Audioengine D2. Najlepszy wireless DAC na rynku?

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Nadajnik D2 bliżej

To się dopiero okaże, ale muszę przyznać, że do tej pory najlepsze rozwiązanie tego typu jakie przewinęło się u nas (i zostało) tzn. AirDAC firmy NuForce (z transmisją SKAA) ma poważnego konkurenta. Najistotniejsze w tej całej bezdrutowej zabawie jest wykorzystanie wolnego od zakłóceń, czystego pasma, o co dzisiaj naprawdę trudno… te dziesiątki sieci WiFi, setki podpiętych urządzeń, bliska komunikacja w ramach BT itd. itp. Najlepiej własne rozwiązanie, które pozwala na minimalizację interferencji, odpowiednie parametry pracy, niezakłócony transfer zer i jedynek z nadajnika do odbiornika. Specjaliści z branży, którzy byli pionierami w tej dziedzinie (tak, mam tu na myśli Sonosa) stworzyli swój ekosystem rozwiązań opierający się na wydzielonej sieci z opracowanym przez producenta protokołem transmisji. Dodatkową zaletą jest brak konieczności konfigurowania tego typu rozwiązania – sprzęt od razu się widzi, od razu gotowy jest do przesyłu dźwięku, niczego nie musimy w naszej infrastrukturze sieciowej zmieniać. Po prostu plug & play. Takie okoliczności warunkują niedostatki wsparcia dla formatów hi-res (chodzi też o zapewnienie stabilnego przesyłu, o czym kiedyś pisałem, a przeczytacie o tym więcej we właściwej recenzji), bo wszystko ponad 24/96 wymaga w pewnym, najpopularniejszym systemie komputerowym (nadal bez obsługi audio USB 2.0) instalacji sterowników.

Mamy więc na tapecie tego bezprzewodowego DACa, mamy też możliwość przetestowania całego portfolio produktów Audioengine. Firmę doskonale znają miłośnicy dobrego jakościowo audio z komputera. To pewien wyznacznik jakościowy w zakresie desktopowych zestawów głośnikowych „pod komputer”. Miałem wcześniej styczność z produktami tej firmy i nie dziwię się, że zdobyły taką popularność, szczególnie w Stanach. Innymi słowy do AE powrócimy jeszcze nie raz na łamach, testując kolumienki aktywne tego producenta. To już niebawem. A teraz, powracając do bohatera niniejszego wpisu, parę słów na temat D2. Zasada działania tego bezprzewodowego DACa opiera się na wykorzystaniu własnego protokołu transmisji, własnej podsieci, łączącej punktowo odbiornik z nadajnikiem. Możliwe są konfiguracje z wieloma odbiornikami, nadajnik to skrzynka  z interfejsem USB (kontroler USB to znany doskonale choćby z rDACa i wielu innych przetworników TI 1020B), kość Burr Browna PCM1792 (DAC) zamontowano zaś w odbiorniku. Sygnał >96KHz jest downsamplowany (obsługiwany dźwięk do 24/192KHz). Poza tym mamy także opcję bezprzewodowego przesyłu dźwięku via SPDIF (toslink, na kości Asahi Kasei). Ciekawy, rzadko spotykany patent, pozwalający na podpięcie pod DACa dodatkowego źródła do nadajnika oraz wyjście z odbiornika na zewnętrznego DACa. Innymi słowy dostajemy bezprzewodowy link SPDIF i jakby tego było mało konwerter cyfrowy USB-SPDIF np. z ewentualną możliwością podpięcia pod głównego DACa w salonie. 

Sam nadajnik dysponuje regulacją głośności (co ciekawe, odbywa się niezależnie od przesyłu danych – trzeba to będzie dokładniej obadać), która działa dla analogowych wyjść audio RCA zamontowanych w odbiorniku. Innymi słowy, cytuję: „informacje te są przetwarzane dopiero w analogowej sekcji odbiornika, nie wpływają na cyfrowy strumień audio”. Co to w praktyce oznacza i jak dokładnie to przekłada się na zgodność bitową sprawdzę podczas testów DACa. Z tego co widzę, po wybraniu fixed w Roonie oraz ustawieniu przetwornika jak na prezentowanym poniżej obrazku, mamy na wyjściu (antenie ;-) ) bitperfect. Sprawdziłem także jak to będzie wyglądało w VOX Playerze i tu także DAC może wypuszczać sygnał ustawiony na stałym poziomie głośności. Do odbiornika trzeba podpiąć zasilaczyk, w przypadku nadajnika można podpiąć go bezpośrednio do PC/Mac, zasilając przetwornik z magistrali USB komputera. Nie ma żadnych problemu z działaniem, negatywnego wpływu, gdy skorzystamy z zasilanego USB huba (tak właśnie pracuje D2 z iMakiem, z MacBookiem łączę bezpośrednio). Oczywiście nie ma tutaj mowy o sterownikach, o konfigurowaniu czegokolwiek, może poza wybraniem urządzenia odtwarzającego w panelu audio komputera. Plug & Play. Sumując, mamy transmisję bezstratną, mamy możliwość wysyłania dźwięku o parametrach 24/96.

Muszę na zakończenie tego opisu pochwalić dystrybutora. Mało który tak kompetentnie udziela informacji na temat oferowanego produktu. Często kończy się na tym, że musimy zasięgnąć wiedzy u samego producenta, a bywa że bez własnych poszukiwań niewiele wskóramy. W tym przypadku jest inaczej vide przystępny, a jednocześnie bezbłędny i szczegółowo wyjaśniający opis tytułowego przetwornika na stronie. Możemy między innymi dowiedzieć się, w jaki sposób producent przygotował transmisję – jeden, z jak wspomniałem, kluczowych elementów tego urządzenia: „System bezprzewodowy D2 dzieli pasmo 2405-2477Mhz na 37 kanałów szerokości 2Mhz. System skanuje pasmo i wybiera dwa kanały oddalone od siebie o 36Mhz (szerokość 18 kanałów) i używa ich do przesyłania równolege rozkładają obciążenie po 50%. Wybrane kanały pozostają w użyciu do czasu pogorszenia warunków transmisji i wzrostu wskaźnika błędów ponad okreslony poziom. Zmiana kanałów odbywa się bez przerw w transmisji czy spadku jakości sygnału audio. Przyjete rozwiązania zapewniają pełną ciagłość i integralność dźwięku i dobre współdzielenie pasma radiowego z innymi urządzeniami bezprzewodowymi.

Jasno i na temat. Bardzo ładnie opisano także zawiłości związane z podstawowymi kwestiami dotyczącymi komputerowego audio, wyjaśniając terminologię oraz odpowiadając na najczęściej pojawiające się wątpliwości, pytania. Pozostało wyjaśnienie kwestii regulacji głośności (sprawdzałem na stronie producenta i nie ma tam na ten temat za wiele, @ Computeraudiophile też się mocno głowili jak kto jest z tą regulacją) oraz przetłumaczenie przez dystrybutora wskazówek na wypadek pojawienia się problemów z transmisją, działaniem produktu (bardzo, skądinąd sensownych, za co należą się słowa uznania dla producenta). Zdaje się, że w kraju jeszcze nie pojawiły się recenzje tego DACa, D2 trafia do nas z dużym opóźnieniem (dotyczy to de facto całego portfolio Audioengine). Cóż, lepiej późno niż wcale. Fajnie, że ten producent ma w Polsce przyczółek.

Na zakończenie, nawiązując do bohatera wpisu, mamy pewne doświadczenie odnośnie testów bezprzewodowych przetworników C/A (nie mylmy tego ze streamerami, nawet takimi z wejściem USB pod komputer, bo to dwie zupełnie różne sprawy!). Testowałem @ HDO (i został) wspomniany AirDAC od NuForce (Optoma), był także u nas bezprzewodowy DAC od NADa (bardzo dobry produkt, niestety za krótko by go rzetelnie przetestować), był też AirTry (który niestety totalnie się nie sprawdził), wreszcie na co dzień grają w redakcji (jako pomocnicze źródła) AirPort’y Express, opisywałem też ostatnio Chromecast Audio. Te dwa ostatnie to specyficzne produkty, bardziej stacje bezdrutowe z integracją na poziomie protokołów transmisji, ale też się wg. mnie łapią, bo właśnie mogą zastąpić w systemie komputerowym przetwornik lub być bezprzewodowym interfejsem audio z przesyłem sygnału SPDIF do reszty toru. Świat bez kabli nęci, odseparowanie komputerowego źródła od elementów właściwego toru audio kusi, tak – to ma sens – szczególnie w dobie takich, całościowych rozwiązań softwareowych jak front-end Roon, 1 (ze zdalnym sterowaniem & odpowiednim interfejsem).

 

Poniżej fotogaleria, którą uzupełnię wieczorem / rano o opis…

» Czytaj dalej

Roon na NASach Synology & QNAP! I nie tylko…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Roon_NAS-742x190

Nowa aktualizacja i kolejne, bardzo przydatne możliwości. Oprogramowanie w najnowszym wariancie daje możliwość instalacji wersji serwerowej Core na popularnych dyskach sieciowych firm Synology oraz QNAP. Co ciekawe to wspólny projekt developera oraz jednego z użytkowników Roona (Chris Rieke), który wcześniej opracował kod i wykorzystał prywatnie w celu przeniesienia serwerowego software na jeden ze swoich NASów. Piszę o tym nie bez przyczyny – wokół Roona stworzyła się prężnie działająca społeczność użytkowników. Wiemy jakie daje to benefity – wystarczy popatrzeć na coś, co bez społeczności nie przetrwałoby a jest rozbudowywane, rozwijane, żyje własnym życiem …mam tu na myśli LMS (Logitech Media Server). Tutaj jest podobnie, bo ludzie kombinują, podpowiadają, aktywnie biorą udział w szlifowaniu oprogramowania i chwyała im za to. Dla mnie, mającego styczność z branżą programistyczną, jakość oraz częstotliwość udoskonalania Roona robią ogromne wrażenie. To jedyny projekt z tego segmentu (software audio), który ma tak silne, tak dobre wsparcie. Dobrze, dość lukrowania, czas na konkrety, czyli co przynosi nowy soft (tytułowa funkcjonalność to niejedyne zmiany, jest jeszcze coś bardzo istotnego – wspomnę o tym poniżej), zatem czym jest Roon @ NAS.

Przeniesienie Core na dysk sieciowy to oczywiste zalety: 24/7, niskie zużycie energii, ogromne przestrzenie dostępne dla naszych audio kolekcji, zautomatyzowany sposób tworzenia kopii bezpieczeństwa. Minusy? Developer wspomina o dość wysokim koszcie takiego rozwiązania bez optymalizacji pod audio (bo NAS to po prostu PC), gdzie zakłócenia, szum (chłodzenie) to coś, z czym musimy się zwyczajnie pogodzić. Do tego dochodzi wspomniana wysoka cena. Oczywiście można kupić dzisiaj dysk sieciowy za względnie niewielkie pieniądze, ale będzie to rozwiązanie oparte na układach Marvella (ARM) lub co najwyżej Atom (x86 – tu zapłacimy już konkretnie), które nie sprawdzi się w opisywanym scenariuszu tj. przeniesienia serwerowego software Roona na NASa. Wymagania oprogramowania, o czym nie raz wspominałem, są konkretne, duże, tu nie wystarczy byle co (dotyczy to Core, nie Bridge – tu można śmiało zastosować system oparty na wymienionych powyżej układach, dowolny w praktyce), tu trzeba naprawdę wydajnej maszyny. Twórcy software wspominają o 64 bitowym CPU (x86) oraz co najmniej 2GB pamięci. Takie NASy Synology oraz QNAPa to już wydatek ponad 1k za samą skrzynkę, bez dysków. Co więcej, taki NAS, najlepiej jakby był wyposażony w jednostki Core ix. Wtedy mamy pewność, że przeniesienie bibliotek (*względnie może to być tylko samo Core bez kolekcji, dlaczego tak? O tym za chwilę…) na NASa będzie najsensowniejsze, uzyskamy komfort wynikający z wykorzystania szybkiego układu, dodatkowo wspominają o zaaplikowaniu (możliwy obecnie upgrade pamięci) w dysku sieciowym 4GB RAMu. To wszystko konkretnie kosztuje. Developerzy wymieniają przykładowo jako optymalny NAS QNAP TVS-471. To czterokomorowy dysk z Core i oraz 4GB za około 5 tysięcy złotych. Sporo.

Napisałem wcześniej o możliwości przeniesienia samego Core (soft serwerowy wraz z bazą danych), bez bibliotek na NASa. Chodzi tutaj o wykorzystanie (kolejne zalecenie) szybkiej pamięci półprzewodnikowej SSD w roli magazynu dla Core. Twórcy odradzają dyski talerzowe (zazwyczaj stosowane w NASach jako te, które gwarantują duże pojemności przy najniższej cenie za GB), wspominając o konieczności zapewnienia bardzo szybkiego dostępu software (działanie tej wersji oprogramowania to operowanie na dużej liczbie danych, ciągłe, z dużą ilością odwołań, szczególnie gdy mamy do czynienia z rozbudowaną konfiguracją Roona tj. wieloma strefami). Można oczywiście w tym celu zredukować koszty (kupno dysków SSD o pojemności 1TB i więcej to finansowa ekstrawagancja), wykorzystując w roli nośnika jakiś niewielki, tani 60-120GB dysk SSD. To wystarczające rozwiązanie. Można taki dysk podpiąć za pomocą złącza eSATA (jakie często udostępniają producenci NASów w swoich produktach) i już mamy Core na SSD plus biblioteki w skrzynce, względnie można zakupić tańszy dwu albo nawet jednokomorowy dysk (tańszy, nie oznacza tani – patrz wymagania odnośnie CPU i pamięci RAM) i całość rozwiązać w ten właśnie sposób, tzn. zdecydować się na Core na NASie z ewentualnym dodatkiem bibliotek na jakimś podłączonym nośniku.

Sam developer wspomina o niższym koszcie alternatywnych rozwiązań (dzisiaj dyski wieloterabajtowe są tanie), gdzie kolekcje muzyczne można spokojnie ulokować na zewnętrznym nośniku o bardzo dużej pojemności. Nie tracimy nic z wydajności, bo to co jest wrażliwe, co wymaga mocy tj. Core z bazą danych lokujemy na najszybszym systemie PC – czy to będzie (jw) NAS, czy jakiś komputer PC (w tym celu warto – wierzcie mi – zastosować desktopa, najlepiej szybkiego all-in-one) to nie jest już takie istotne, choć oczywiście zbudowany od podstaw system (jak opisany DX2), pozwalający na egzystowanie pod jednym dachem Core i Bridge jest ideałem (ale jakże kosztownym ideałem). Tak czy inaczej można, dzięki nowym możliwościom Roona, pokusić się o instalację na NASie – myślę, że kwestią nieodległej przyszłości jest pojawienie się produktów z szybkimi układami CPU w przystępniejszej niż obecnie cenie. Jak wspomniałem, nie trzeba decydować się na wielokomorowe (co znacznie podnosi koszt) rozwiązanie. Nie ma takiej potrzeby, bo możemy kolekcję trzymać na talerzowych, tanich jak barszcz, nośnikach i podpinać je do naszego Core wedle uznania. W przypadku instalacji Core na PC polecam system all-in-one nie bez przyczyny… zazwyczaj mamy idealne wyważenie takich cech jak cicha praca, oszczędność energii (niektóre z komponentów z laptopowym rodowodem), duża wydajność (CPU desktopowe o najwyższej wydajności), podatność na upgrade (zależy od modelu, ale z pamięcią RAM nie powinno być z zasady problemu) oraz sporo większa niż w komputerach mobilnych liczba interfejsów we/wy. Core wraz z Bridge (czytaj pełna wersja Roona zawierająca zarówno serwer z bazą danych jak i odtwarzacz) na takim systemie komputerowym świetnie się sprawdza. Taki PC ma zazwyczaj szybkie Core ix, ma co najmniej 8 albo i więcej GB pamięci (co w laptopach nie jest wcale takie oczywiste i tanie), dysponuje także dyskiem półprzewodnikowym (tutaj obecnie to także standardowe wyposażenie laptopów). Możemy zatem podpiąć interfejsy audio do takiego komputera i mieć wszystko zintegrowane. Czy wyjdzie taniej niż NAS? Niekoniecznie, ale będzie to rozwiązanie alternatywne dla kogoś, kto chce mieć jednocześnie całego Roona pracującego w jednym miejscu. W redakcji pracuje w tej roli rozbudowany iMac (spokojnie może być to PC, zapłacimy mniej, z tym że polecałbym Linuksa nie Windowsa – wtedy można pokusić się o równoczesną instalację dwóch modułów oprogramowania Core i Bridge z przeniesieniem sterowania na jakiś dotykowy ekran handhelda) i sprawdza się to bardzo dobrze. Warto przy okazji wspomnieć, że Roon faktycznie wymaga szybkiego systemu, widać to po wykorzystaniu redakcyjnego komputera – tutaj kluczowymi sprawami są CPU (szybki, czterordzeniowy układ), dużo RAMu (4GB w praktyce wykluczają maszynę pracującą pod kontrolą MS Windows) oraz SSD. 

Napisałem wcześniej, że nowy soft to nie tylko NASy. Właśnie – nie tylko i dla wielu (co ja piszę wielu, dla każdego!) to wcale nie najistotniejsza innowacja. Twórcy przebudowali biblioteki. Całkowicie. Chodziło tutaj o to, by nowy sposób tworzenia bazy danych Roona uczynić efektywniejszym, szybszym, by całość działała lepiej niż dotychczas. I wicie co? Pełen sukces – to działa znakomicie, niebywale szybko (wcześniej duża kolekcja wymagała nieco czasu by się zaktualizować po uruchomieniu software), właściwie można powiedzieć, że natychmiastowo. To przyspieszenie szybkości wczytywania i aktualizowania bazy danych robi naprawdę wielkie wrażenie. Brawo! Sam proces przebiega zazwyczaj bezboleśnie, jednak twórcy radzą dokonać wcześniej archiwizacji dotychczasowych bibliotek (cały proces opisano tutaj). Wprowadzono także całe mnóstwo usprawnień w interfejsie, na pierwszy rzut oka niewidocznych, a bardzo przydatnych (szybszy dostęp, czy dodatkowe możliwości szybkiego dotarcia do funkcji odtwarzania z każdego możliwego poziomu oprogramowania – bardzo przydatne!). Pojawiło się też kilka nowych, wspieranych urządzeń audio ze wsparciem (możliwością wykorzystania w roli end-pointu) tj.:

  • Bryston BDP-2
  • Bryston BDP-1
  • PS Audio DirectStream
  • PS Audio DirectStream Jr
  • PS Audio PerfectWave
  • Auralic VEGA

Dodajmy do tego szlifierkę (swoją drogą liczba błędów jest z aktualizacji na aktualizację mniejsza, co przy rozbudowywaniu funkcjonalności oraz przebudowie oprogramowania jest sporym osiągnięciem) i mamy Roona, który właściwie nie wymaga już jakiś fundamentalnych zmian. Teraz można to oprogramowanie popularyzować i to się dynamicznie dzieje, o czym wspominają twórcy (link do Software Release Notes). Coraz więcej producentów sprzętu audio widzi potencjał tego oprogramowania, widzi że to gotowe, całościowe rozwiązanie dla kogoś, kto chce grać z plików. Jedyne takie na rynku. Nie dziwi zatem (co było bardzo widoczne na ostatnim HE w Monachium) praktycznie co miesięczna dawka informacji o nowych produktach z supportem, o zainteresowaniu branży tym rozwiązaniem. Dla mnie to oczywisty składnik, kluczowy składnik systemu audio. Nie wyobrażam sobie mojego systemu bez Roona, bo to on integruje wszystko, oferuje najwięcej (porównując do alternatyw) oraz porządkuje moje źródła muzyki. Nie ma tutaj żadnych ograniczeń odnośnie formatów, rodzaju odtwarzanej muzyki, a łatwość obsługi, stabilność tego software jest czynnikiem decydującym o wyborze i cóż… jak wspomniałem we wcześniejszych wpisach – wprowadzicie abonament miesięczny, a gwarantuję że setki tysięcy melomanów zerojedynkowych rzucą się na ten kawałek kodu i będą wniebowzięci. 

Na zakończenie chciałem podzielić się takim o to marzeniem, czy jak kto woli chciejstwem (odnośnie integracji Roona w najbardziej bezkompromisowej formie). Połączenie tego co zaprezentowało Sonore (MicroRendu) z możliwościami jakie daje Light Peak (patrz test interfejsu audio Zoom TAC-2 z Elgato thunderbolt dock station) oraz umieszczeniem na niewielkim, wbudowanym SSD Core z bazą danych. Wszystko to w zminiaturyzowanej formie, działające 24/7 z Core i3 (wystarczy, względnie Core M opartym na najnowszych rdzeniach Intela) na pokładzie. Myślę, że rzecz całkowicie w zasięgu dzisiejszych możliwości w zakresie konstrukcji systemów komputerowych. Taki Roon system. Sam Thunderbolt to nie tylko ogromne korzyści wynikające z zalet tego interfejsu (patrz wyżej link do recenzji TAC-2), ale – co nie mniej istotne – możliwość integracji wielu urządzeń w ramach takiego hipotetycznego rozwiązania. Mamy coś, co łańcuchowo można łączyć przy wykorzystaniu najszybszego, nie podatnego na żadne zakłócenia, interferencje, medium tj. połączenie światłowodowe. Takie stacje, jak opisana Elgato, produkty OWC, Belkina i paru innych producentów mogą „z półki” zapewnić rozbudowę takiego systemu w oparciu o wymienione huby. Obecnie (i to się raczej nie zmieni) komputerowe audio to USB audio – jak widać, nie będzie w takim przypadku najmniejszego problemu z podpięciem posiadanych interfejsów audio do takiego, thunderboltowego Core. Redakcyjny iMac realizuje taką koncepcję, ale tylko do pewnego stopnia, bo mówimy o zwyczajnym komputerze, w żaden konkretny sposób nie zoptymalizowanym pod kątem audio, do tego kosztownym. Ma swoje niezaprzeczalne zalety w tej aplikacji (OSX, wydajność, rozbudowane możliwości uniwersalnej maszyny), ale to jednak nie do końca to. Dodatkowo taki, chciany, komputer będzie – co oczywiste – dużo tańszy od dowolnego (może poza Mac Mini) komputera z jabłuszkiem na obudowie. Tak to widzę. Thunderbolt, SSD, a jako medium łączące z siecią – jak w przypadku Sonore – LAN (żadne tam WiFi!). Core plus Bridge pod jednym dachem z tabletem / smartfonem w roli sterownika. Taki pojedynczy komputerek, albo takie dwa (i więcej) komputerki (z rozdzieleniem funkcji serwerowych od odtwarzania muzyki) to było by definitywnie TO. Na Linuksie rzecz jasna. Według mnie niczego lepszego w tej dziedzinie nie dałoby się wymyślić. Oczywiście rynek nie zna czegoś takiego, jak „nic lepiej”, widzę zatem pole do popisu dla producentów takiego PC oraz (a może nawet przede wszystkim) stacji – hubów (a to zasilanie koszerne, a to jakieś zoptymalizowanie konstrukcji takiego huba pod kątem audio… wysokiej klasy DAC? Specjalny, wydzielony / dedykowany bezprzewodowy link do urządzeń audio korzystających z bezdrutowego przesyłu danych?), jakiś kabelków thunderbolt od audio kablarzy ;-) itd itp. Wiadomo, tak to się kręci. To, co byłoby „wsadem”, tzn. software, już jest. Zwie się Roon i w takim ideale komputerowego audio stanowiłoby nasze…

…dla całego systemu PC Audio. Ostatecznie zamykając temat. Ostatecznie? ;-)

 

 

 

 

W nawiązaniu: ideał PC Audio za rozsądne $ zwie się Sonore microRendu

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
nas-mr-as

W nawiązaniu do poprzedniego wpisu o systemie komputerowym pod audio rodem z Antypodów. Tamten wynalazek kosztuje 6500 dolarów, ten tutaj 650. Dziesięć razy mniej. To nie jedyna zaleta, bo choć nie jest to tak rozbudowany komputer co opisany wcześniej DX2 to jednak ma – poza ceną – jeszcze jedną, niezaprzeczalną zaletę… nie wygląda jak komp, nie zajmuje tyle miejsca co komp, w ogóle nie wymaga konfiguracji i obsługi niczym komp. To właśnie idealne, bo „niekomputerowe” źródło PC Audio. Całość zamknięta a miniaturową obudowę wykonaną z aluminium, przypominającą jako żywo jakiegoś niewielkiego DACa. Tutaj mamy, coś innego niż wszystko to, co do tej pory pojawiło się na rynku. Bo ten wyspecjalizowany komputer jest właśnie wyspecjalizowanym transportem audio z własnym oprogramowaniem systemowym/front-endem*. I choć może być dowolnie zastosowane któreś z popularnych rozwiązań (Squeezebox Lite, AirPlay, DLNA, front-end JRivier etc) to sednem jest kompletne rozwiązanie z własnym protokołem tj. RAAT via Roon, względnie takim sofcie jak HQ Player NAA. A dokładnie to wykorzystanie microRendu w roli końcówki/transportu czytaj end-pointu, przykładowo z modułem Roon Ready. Wtedy wystarczy serwer NAS z zainstalowanym oprogramowaniem Core i już mamy wszystko, by grać z plików, elegancko łącząc opisywane rozwiązanie z systemem audio. Oczywiście można też skorzystać z LMS (Squeezebox) z SqueezePadem czy iPengiem …opcji jest więcej:

Możliwości Sonore microRendu w oparciu o zainstalowane moduły:

  • SqueezeLite
  • ShairPort
  • MPD/DLNA
  • HQ Player NAA
  • RoonReady

To, co robi tutaj ogromną różnicę, poza wspomnianym oprogramowaniem (sterowanym przez Roon Remote na innym komputerze, czy – co bardziej prawdopodobne i wygodniejsze, dotykowo na handheldzie) jest implementacja USB, a właściwie cały tor sygnału, czy precyzyjniej tor danych audio, jakie przechodzą przez naszego bohatera. Tak, cały sekret tkwi w tym, jak to skonstruowano, jak wiele zrobiono by problemy znane z wykorzystania interfejsu USB całkowicie wyrugować w tym projekcie. I wiecie co, patrząc na ten komputerek przez pryzmat własnych doświadczeń z branży IT, widzę że to jest właśnie to koszerne, w 100% dopasowane rozwiązanie – idealny interfejs / transport USB audio, bez żadnych „ale”. Dlaczego? Popatrzmy na tę specjalizację i doceńmy, jak wiele zrobiono by uniknąć interferencji, wpływu poszczególnych komponentów typowego komputera, wpływu negatywnego, na odtwarzanie muzyki przez takie źródło. Dwurdzeniowy układ to jednostka z pamięcią operacyjną funkcjonująca jako System On Module z dedykowanym oprogramowaniem. Wspominałem we wcześniejszym wpisie jak ważne to zagadnienie, jak ważny jest tutaj OS*, w ogóle oprogramowanie, w tym przypadku mamy całość opracowaną SPECJALNIE POD AUDIO, bez kompromisów, napisaną właśnie dla tego audio komputerka. Przy czym sam system daje nam coś, co stanowi przewagę komputerowego OS*, nad rozwiązaniami zamkniętymi, tj., możliwość modyfikacji, wprowadzania nowych wersji software, instalowania w przyszłości nowych aplikacji. Tyle, że nie ma tam ani śladu edytora tekstu, obsługi drukarek, integracji komunikatora oraz programu pocztowego itp spraw… to czysty kod pod audio*. I to, moi drodzy, robi różnicę i powoduje, że to ambitniejsze, dojrzalsze rozwiązanie od jednak tylko zmodyfikowanego Linuksa w przedstawionym w poprzednim wpisie komputerze z Nowej Zelandii (ta sama dystrybucja, jednak w przypadku Sonore poszli znacznie dalej w optymalizacji oprogramowania, to w 100% kompilacja pod audio!)*.

Minimalizm w tym wypadku, to minimalizm formy, bo treść jest MAX (to jedyny taki micro PC w 100% zaprojektowany pod audio – tylko i wyłącznie pod audio)

 * Sonicorbiter OS to oparty na Open Source (Fedora) system całkowicie zoptymalizowany pod audio. Kompilacja jest przyporządkowana tylko i wyłącznie jednemu celowi: przesłać dane audio z gniazdka LAN i dalej wysłać jako sygnał via USB do zewnętrznego przetwornika. Dodatkiem jest któryś z front-endów, czyli warstwa softwareowa odpowiedzialna za zawiadywanie odtwarzaniem oraz nawigowanie po zbiorach. Tu nie ma żadnych, niepotrzebnych elementów, typowych dla każdego komputerowego OS. W końcu komputer, z definicji, to urządzenie wielozadaniowe – no właśnie – tyle, że nie mówimy o typowym komputerze, bo ten tutaj jest właśnie WYSPECJALIZOWANY, bardzo wyspecjalizowany, a funkcjonalność OS dopasowana do tego, co powyżej tzn. wybrać i przesłać dane audio. Koniec, kropka. Odtwarzacz audio bez zbędnych dodatków. Czysty. Taka idea przyświecała twórcom tego projektu! Za całość odpowiada Sonore / Simple Design oraz Small Green Computer. Całość działa jak w przysłowiowym tosterze – niczego nie musimy wiedzieć o kompilacjach, o Linuksach, o komputerowych OSach… UX to prostota porównywalna z klasycznymi źródłami (nośniki). Wybieram wykonawcę, naciskam play, leci. Tyle. Konfiguracja to trzy tapnięcia w ekran dotykowy. I TO JEST TO! Linux jako fundament z przyjaznymi jw. front-endami audio (Roon!), z okiełznanym zapleczem hardwareowym (sprzęt) oraz ze skonfigurowanym przez producenta oprogramowaniem. Wreszcie ktoś tego dokonał! :)


To pierwszy taki system, gdzie całość oparto na przesyle danych in/out z zastosowaniem przygotowanego pod transfer muzyki LANu oraz USB. Pobieramy zatem dane z sieci za pomocą skrętki pakietowo, bezstratnie, z ewentualną korekcją, finalnie otrzymując bezbłędny zbiór zer i jedynek, następnie dane te trafiają do odbiornika USB, który wyposażono w doskonalszą wersję Regena – regenerator sygnału (interfejs USB), którego niedoskonałości tj. opóźnienia czasowe, jitter są powszechnie znane i z którymi na różne sposoby się walczy. Tutaj USB to nie magistrala z współdzielonymi procesami / urządzeniami, a audio droga dla audio sygnału. Tylko i wyłącznie. Całkowicie odcięto tutaj procesor (inne odwołania), wszelkie dodatkowe interfejsy (a to jakieś HID, jakaś kamera, jakiś kontroler), przerywania jakie znajdziemy w typowym systemie komputerowym – tu nie ma NIC, co mogłoby zakłócić sygnał. Wyeliminowano wszelkie, faktyczne jak i potencjalne źródła zakłóceń! Izolacja, separacja od zakłóceń, szumu wraz z własnym zasilaniem obu interfejsów gwarantują, że na tym etapie (tj. w źródle cyfrowym tzn. transporcie cyfrowym, czytaj opisywanym PC) nic, absolutnie nic nie popsuje sygnału. Dopasowanie impedancji oraz integracji sygnału z faktyczną eliminacją jittera to cel, który udało się w tym projekcie osiągnąć twórcom i – jak mówi John Swenson (zaprojektował Regena oraz opisywanego PC) – „w tym przypadku nie trzeba już niczego z sygnałem robić, bo ten trafia do DACa w idealnej, wzorcowej postaci”.

Dodajcie, do tego co powyżej, Roon-a i mamy komplet!

Lepsze oscylatory, wyłączenie „brudnych” układów (CPU, pamięć, stopnie zasilania), ich odseparowanie, tworzy coś na kształt układu DAC z zewnętrznym, precyzyjnym zegarem, z osobnym, precyzyjnie dopasowanym zasilaniem**. Tak właśnie wygląda ten IDEALNY TRANSPORT PC AUDIO. Wraz z odpowiednim, takim jak opisany przed chwilą, przetwornikiem (łatwo zaprzepaścić cały układ, tor, przez coś, co wprowadzi nieład – dobry DAC to arcyważny element), można w oparciu o microRendu zbudować wzorcowe źródło komputerowego dźwięku, idealny odtwarzacz plikowy. Dopasowanie zegara wraz z odpowiednim, napisanym specjalnie – jeszcze raz podkreślę – oprogramowaniem systemowym, pozwala temu komputerkowi przeistoczyć się w coś, co teoretycznie stanowi cyfrową referencję, punkt odniesienia dla każdego plikowego źródła audio. Wiele razy podkreślałem jak ważne jest zasilanie i jak poważnym problemem jest dostarczenie odpowiedniego prądu w komputerowych aplikacjach audio. Właściwie jest to niemożliwe odnośnie PC, a precyzyjniej – tak było aż do pojawienia się opisywanego urządzenia. Zamiast siejącej płyty głównej z ekstremalnie zaszumionymi konwerterami zasilania (DC-DC), zamiast bałaganu jaki pojawia się nawet w przypadku drogich liniowych zasilaczy zewnętrznych, które dostarczają w typowych płytach głównych zasilania pokonując skomplikowany tor, tutaj mamy czystą ścieżkę dla zasilania opartą na liniowym regulatorze aż do portu USB i dalej zew. do USB DACa. Nie ma konieczności stosowania przełączników, konwerterów, całość oparta jest na dedykowanym dla konkretnego interfejsu rozwiązaniu. To coś innego, niż micro PC, unikalnego – to nie jest oferowany przez Sonore Sonicorbiter SE (komputerek ala Raspberry Pi, oparty na typowej typologii, w żadnym stopniu nie przystosowanej do bycia wyspecjalizowanym, komputerowym transportem audio) oraz zminiaturyzowany PC x86, których zatrzęsienie znajdziemy obecnie na rynku (vide Fooko PC (2), czy inni kieszonkowy pecet – czekający na pogłębiony opis – eGreat i5). To unikalna rzecz, podkreślam, bo zaprojektowana od podstaw pod transport plikowy, a nie dostosowana (jak wymienione konstrukcje) do tej roli!

 

Tylko tyle i aż tyle: LAN in –> USB out…

** jako zasilacz można zastosować produkt iFi (kosztujący rozsądne 49$) albo coś od naszego rodzimego Tomanka (właśnie piszę do Pana Tomasza w tej spawie ;-) )

 

Właśnie zasilacz, oczywiście zewnętrzny (nie ma go w komplecie – dla jasności – to dodatkowy wydatek… można kupić dowolny 6/9V, można wyspecjalizowany jw i zapewne warto taki właśnie), zaprojektowany pod to konkretne urządzenie, odgrywa tu jedną z kluczowych ról. Opisane powyżej, odseparowanie poszczególnych sekcji zasilania, zastosowanie osobnych domen w zależności od tego co zasilamy energią, z osobną optymalizacją dla interfejsu LAN oraz dla USB to coś, czego nigdzie indziej (poza opisywanym PC) w takiej formie nie uświadczymy. Innymi słowy, ktoś po raz pierwszy, stworzył komputer, którego konstrukcja w najdrobniejszym szczególe realizuje postulat transparentności, braku interferencji oraz czystego zasilania w ramach komputerowego transportu audio. Niesamowite!

A to jeszcze nie koniec, bo konstruktorzy zadali sobie wiele trudu by podsystem pamięci (operacyjnej i masowej) także był „koszerny”, tj. nie generował problemów w trakcie odtwarzania muzyki. W sumie układ i.MX6 korzysta z trzech różnych podsystemów pamięci – jest RAM tj. moduł DDR3, jest pamięć podręczna NVRAM (flash ROM Cisco) oraz karta pamięci SD. Całość finalnie jest bardzo szybka, system ładujemy z karty SD, co ma zabezpieczać nas przed ewentualnością wystąpienia jakiś problemów, błędów w oprogramowaniu. Jeżeli system będzie działał niestabilnie, przestanie działać jak należy, wystarczy pobrać oprogramowanie systemowe na inną kartę (bywa, że winien jest właśnie nośnik – wymienny oznacza brak konieczności wymiany wewnętrznego dysku) i przeprogramować komputer. Sam kontroler kart SD jest powolny w stosunku do szybkich pamięci półprzewodnikowych (SSD), ale ma też duże zalety w takiej aplikacji, takie jak niewielki szum oraz ekstremalnie niewielkie zapotrzebowanie na energię. Po załadowaniu OS wraz z softwarem do pamięci, całość działa bardzo szybko. Rzecz jasna obsłużymy wszystko jak leci odnośnie formatów audio, tj. DSD/DXD aż do poziomu PCM 32/768 oraz 1 bit aż do 512. Jak każdy komputer, ten tutaj także będzie „future proof”, pozwoli na dopasowanie transportu pod aktualne potrzeby, wymagania. Zawsze.

Przykładowy system oparty na microRendu

DF to fajny DAC, są jednak inne, lepsze od niego USB DACzki tj. hiFace DAC M2Techa, HA-2 Oppo czy Hugo Mojo (a to tylko opcje USB DAC / USB DAC & bateria) 

Cóż można tutaj dodać? Chyba jedno tylko: ten mini PC wyspecjalizowany pod audio wcześniej, czy później, trafi do nas jako finalne źródło plikowe, będzie to koniec poszukiwań ideału PC Audio. Wraz z Roonem, Tidalem oraz NASem (zawiadywanym przez Core Server), Sonore microRendu będzie docelowym rozwiązaniem. To, co będzie dosmaczać, zmieniać, przyprawiać to różne przetworniki C/A – tu zawsze znajdzie się coś nowego, ciekawego. Czy produkt Sonore przekreśla dotychczasowe rozwiązania z zakresu dźwięk z komputera? No nie powiedziałbym. Pamiętacie interfejs thunderboltowy TAC-2/elgato dock, który niedawno opisywałem? No właśnie. To zapewne podobny opad szczęki i coś, co ustawia wszystko w określonej hierarchii, porządku. Wiem, że „piorun” to w dużej mierze ominięcie wielu wspomnianych problemów w aplikacji USB Audio, to ten kierunek, przy czym nie wyklucza to progresu wynikającego z bezkompromisowej konstrukcji CAŁEGO systemu komputerowego, z dedykowanym OS, z misternie zaprojektowanym układem.

To właśnie o microRendu mowa.

Wow!

Komputer pod audio z Antypodów & Roon. Ideał? Nasze trzy grosze

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
dxb_half1

Kosztowne to. Bardzo. A konkretnie za ile? 6500 dolarów. Za tyle to można mieć wydajną stację roboczą. Prawda. W segmencie cyfrowych transportów to też raczej (naj)wyższy pułap. Tyle, że mówimy o czymś, co w pewnym sensie wyznacza zupełnie nowy kierunek, coś co ja prywatnie nazywam PC BACK! Dlaczego powrót PC? Ano dlatego, że zataczamy oto pełne koło – od wieszczenia ery post-PC, eksplozji handheldów, przenośnej elektroniki, konsol (tak, tak to gigantyczne pieniądze, tzn. cała elektroniczna rozrywka) po to, co obserwujemy obecnie. A co obserwujemy? Ano wielki powrót PC. Ktoś się obruszy – ale jak to powrót, przy spadającej liczbie sprzedawanych komputerów. Tak, tylko że to niczego nie wyjaśnia i zaciemnia obraz… konsole z komponentami typowo pecetowymi, integracja systemów operacyjnych (komputerowych) na nich, hybrydy (mam tu na myśli nie tylko pomysły MS, ale także do pewnego stopnia nowe iPady Pro Apple – wszystko zmierza, wierzcie mi, do UNIFIKACJI), dalej, wielki powrót PC w roli jedynego, sensownego pomysłu na VR oraz bezproblemowe korzystanie z treści UHD. Tak to wygląda i – co dla nas nie bez znaczenia – dotyczy także naszego, audio, poletka.

Ten konkretnie komputer to oczywiście jakaś nisza, niszy, ale pokazuje bardzo ciekawą tendencję, coś co się przed momentem pojawiło i według mnie będzie niebawem stanowić prężnie rozwijającą się gałąź rynku. Przez analogie do PC pod TV (od HDTV po Steam Machines – czyli specjalizacja, z silnie zaakcentowanym pecetowym rodowodem), widzimy pojawienie się już nie hobbystycznych (vide CAPS) konstrukcji pod audio. Dedykowanych audio. Wyłącznie pod audio. To takie komputery, które mogą być integrowane w obudowie bardzo konkretnych audio klamotów (Musical Fidelity Encore 225), jak i stanowić po prostu cyfrowy transport (bez dodatków), taki, który niweluje wszelkie wady komputerowego źródła (te rozpoznane, jak opóźnienia, jitter, interferencje i te trudniejsze do zdiagnozowania, dotyczące ogólnie rzecz biorąc oprogramowania systemowego). Pisałem o tego typu konstrukcjach nie raz na HDO, opublikowałem recenzję „kostki” MiniX PC aka Fooko PC (dość popularny kierunek, choć trudno tu mówić o specjalizacji, bo to zwykły miniaturowy PC jest). Tak, są różne możliwości, ba można powiedzieć morze możliwości i to właśnie najmocniejsza strona PC Audio… wiele dróg, które mają prowadzić do jednego celu – jak najlepszego odtworzenia plików audio na danym torze, systemie.

Tym, co stanowi przełom, będę się tutaj mocno upierał, że właśnie to jest KLUCZOWA kwestia – jest oprogramowanie integrujące i że tak powiem spinające świat PC z światem domowego audio. To – tak zgadliście – Roon. Dlaczego to takie ważne? Pomijając kwestie obsługi, możliwości tego interfejsu, serwera, front-endu (tak, mówimy o KOMPLETNYM rozwiązaniu), mówimy tutaj o stworzonym na bazie tego rozwiązania standardzie, obejmującym firmowy protokół RAAT. To właśnie on robi różnicę. Dwa fundamenty, na których opiera się Roon: Core oraz Ready, czytaj serwer/klient działają w ramach własnego, unikalnego rozwiązania, protokołu, który pozwala (przy odpowiednio zbudowanym transporcie PC) stworzyć docelowe, idealne warunki dla transferu muzyki. W końcu to się komuś udało i to coś, co jest powtarzalne, osiągalne, w tym sensie, że przy zapewnieniu odpowiedniego zaplecza hardwareowego oraz softwareowego (kwestia komputerowego OS jest tu oczywiście niepomijalna – o czym za chwilę) mamy GOTOWCA. Bez konieczności kombinowania, bez konieczności zgłębiania zależności, bo bierzemy to, że tak powiem z półki. I TO JEST CLOU.

Ten Antipodes DX 2 gen to nic innego, jak właśnie wyspecjalizowany PC. Bardzo wyspecjalizowany. Z Linuksem, z kilkunastoma zainstalowanymi usługami, protokołami, odtwarzaczami audio, w tym także z Roon Core oraz Roon Ready. Innymi słowy mamy wiele scenariuszy wykorzystania tego klamota, w tym wg. mnie najlepszą konfigurację z jednocześnie pracującym na tej maszynie Roon Core oraz Roon Ready. To kompletne rozwiązanie serwer/klient z pudełka pod audio. Idealne, bo pozbawione wszelkich problemów, na jakie można natrafić w przypadku PC pod audio. Zastosowana dystrybucja Linuksa jest tutaj bardzo ważnym elementem.

Dlaczego?

To powyżej, to pierwsza generacja DX-a

A to poniżej, to pokazana w Monachium, tytułowa wersja 2

Ano dlatego, że dystrybucja jest specjalnie opracowana na potrzeby tego konkretnego projektu. Linux daje takie możliwości jako oprogramowanie OpenSource, pozwala na taką kompilację kodu, aby efekt był skrojony dokładnie pod nasze wymagania. I tutaj właśnie mamy takie coś. Znam Daphile, to bardzo fajne rozwiązanie, tutaj jednak konstruktorzy i programiści idą krok dalej, bo dopasowują system komputerowy POD KONKRETNY komputer PC. W przypadku tytułowego rozwiązania mamy dystrybucję opartą na Fedorze systemie zmodyfikowanym przez team Kiwi w celu optymalizacji sygnału, redukcji jittera oraz wprowadzenia całego szeregu stopni buforowania/re-taktowania, co w efekcie ma przekształcić tego PC w high-endowe źródło (taaaak, właśnie, w końcu to 6,5k$, nieprawdaż?) Generalnie nie ma tu mowy o żadnych kompromisach (możemy pośmiać się z audiofilskich przewodów SATA, ale zanim to zrobimy warto docenić kompleksowe podejście do tematu twórców tego peceta), to w 100% dopracowany projekt pod kątem odtwarzania muzyki. Tylko i aż.

Oprogramowanie to raz, a hardware to dwa. Poza gniazdami USB (jedno z własnym, oddzielnym torem zasilania 5V, w formie osobnej karty rozszerzeń na PCI-e), mamy typowe dla klasycznych transportów cyfrowych wyjścia SPDIF (także w postaci AES/EBU) zawiadywane nie przez OS, a programowalny – dobrze nam znany, chip XMOS X-CORE. Oczywiście mówimy tutaj o interfejsach asynchronicznych, o galwanicznej izolacji …w sumie mówimy tutaj o kompletnym, wysokiej klasy konwerterze USB (dedykowanych audio, bez współdzielenia procesów, innych komponentów komputera z wymienionymi powyżej gniazdami) – SPDIF. Celem było uzyskanie dokładnie takiej samej jakości z wszystkich wyjść cyfrowych. O wyborze mają tutaj decydować wyłącznie preferencje użytkownika (okablowanie, posiadany DAC etc.). Sercem komputera DX2 jest czterordzeniowy układ Intel Atom (patrz Fooko PC), chłodzony pasywnie. Tu rodzi się pytanie o wydajność takiego procesora w sytuacji, gdy zapragniemy skorzystać z wszystkich funkcji jakie daje software (multistrefowe granie plików hi-res, odtwarzanie DXD/DSD128/256 czy konwersja DSD-PCM-DSD). Z moich testów wspomnianego przed chwilą Fooko wynika, że takie mocno obciążające procesor zadania mogą być dla zastosowanego w tym projekcie CPU wyzwaniem. Z tym, że tutaj mamy zupełnie inny OS, a to ma niebagatelny wpływ na to ile mocy nam zostaje (czytaj Windows ciągnie taki system w dół, bo jest mocno zasobożerny). Także nie musi to być ograniczenie, warto to będzie jeszcze sprawdzić!

Tu jeden z wariantów DX wyraźnie wskazujący zastosowanie (serwer)

Preinstalowany ROON daje w sumie trzy możliwe scenariusze: możemy skorzystać z zewnętrznego serwera ROON (jakiś NUC, mikroPC w roli serwera), wtedy opisywany komputer jest Roon Ready (end-pointem). Korzystamy z danej infrastruktury sieciowej, co może wpłynąć na końcowy efekt. Aby uniknąć tego wpływu możemy także zdecydować się na Roon Core, z zewnętrznym sterowaniem (z handhelda), z bezpośrednim wpięciem jakiegoś DACa via USB lub SPDIF. Konstruktor nazywa takie połączenie Core Direct (w torze sygnału mamy sterownik zewnętrznego DACa). Wreszcie jest trzecia opcja – najciekawsza – czytaj serwer/klient pod jednym dachem. Wtedy to Core komunikuje się z Ready w ramach jednego systemu komputerowego i to właśnie Antipodes DX2 wraz z własnym oprogramowaniem systemowym robi dźwięk, robi różnicę. Bez naruszania kodu Roona, w takim scenariuszu, linuksowa kompilacja stanowi czysty, pozbawiony jakichkolwiek degradujących dźwięk (faktycznie, potencjalnie – mniejsza) elementów kod, kod przygotowany specjalnie pod kątem odtwarzania muzyki na takim komputerze. To wspomniane powyżej modyfikacje, wraz z dopasowaniem kompilacji do współpracy z Roonem pozwalają – zdaniem twórców tego rozwiązania – uzyskać lepszy efekt od Core Direct (Roon Core z wpiętym DACzkiem, obsługiwany zdalnie).

To kluczowa sprawa, ale nie jedyna, bo cała reszta tj. zasilanie, ekranowanie, właściwa separacja oraz umiejscowienie poszczególnych komponentów (patrz zdjęcia), w przypadku omawianego komputera, decydują o końcowym efekcie. Szczególnie zasilaniu poświęcono tutaj wiele uwagi, starając się dostarczyć stabilne napięcie wszystkim komponentom w ścieżce sygnału. Komputer z pudełka, siłą rzeczy, nigdy nie będzie w taki sposób zaprojektowany. Oczywiście można skorzystać także z alternatywnych usług / odtwarzaczy, takich jak: Squeezelite, Squeezebox server (LMS), MPD, HQPlayer NAA, Bubble UPnP, SONOS czy Plex Media Server:

Jednak tym, co wg. mnie robi zasadniczą różnicę jest opisany powyżej ROON. Oczywiście kwestią do dyskusji jest wycena tego projektu. Można zapewne zmieścić się w zupełnie innym, niższym budżecie, wprowadzając na rynek sprzęt o podobnych możliwościach (rezygnacja z drogiej obudowy, rezygnacja z napędu optycznego, przeskalowanie komputera w dół, rezygnacja z bardzo kosztownych, wieloterabajtowych pamięci masowych SSD etc.). Tak, czy inaczej to świetny przykład tego, co można zrobić z systemem komputerowym dedykowanym audio. Jak widać, można zrobić wszystko i stworzyć bezkompromisowy PC Audio, który zwyczajnie nie będzie miał rywala w świecie tradycyjnych źródeł cyfrowych, a to za sprawą bycia „zawsze na czasie”. Tego nie dostaniemy z żadnym klamotem audio. A to ważne, bo właśnie teraz interfejs, oprogramowanie w świecie muzyki z pliku to kluczowa sprawa. Widać to z całą mocą w tym właśnie, konkretnie, w opisanym projekcie/produkcie (właśnie ruszyła jego sprzedaż).

Pozostaje czekać na podobne opracowanie (mam tu na myśli integrację dopasowanego OS z Roonem na maszynie x86 zaprojektowanej pod audio), tyle że dopasowane do realiów kieszeni z jakimś określonym dnem.

Specyfikacja (w j.ang):

  Number of Pieces
1 Piece – Server with Internal Linear Power Supplies
  Storage Capacity
Up to 6TB SSD – 1TB, 2TB, 4TB or 6TB
  Audio Outputs
Ethernet plus either USB Audio 2.0, or Conventional S/PDIF, AES3, Toslink, or both

USB Outputs
One with USB 5v Power On & One With 5v Power Off
USB Audio 2.0 Compliant (to 32 bit /384 kHz)
DoP – DSD64, DSD128, DSD256
  S/PDIF, AES3, Toslink Outputs
PCM to 24 bit / 192 kHz
  Core Technology
Antipodes Core V4

Power Supply Technology
Fully Linear Internal Power Supplies
- Dedicated Supply to Output Card
- Custom-Wound Transformer
  Software Suite
Antipodes 2
  Case Material
All Aluminium Alloy
  Cooling
Fanless Passive Cooling
  AC Power Requirements
110 to 120 VAC or 220 to 240VAC (Switchable at Service Centre)
  Power Consumption
Less than 25W while running
  Dimensions
432mm (w) x 273mm (d) x 85mm (h)
17in (w) x 10.7in (d) x 3.3in (h)
  Shipping Weight
Approx 7.7kg (17lbs) – Varies by Configuration


Poniżej konfiguracje DX2 oraz parę dodatkowych fotek z rozbudowanym opisem…

» Czytaj dalej

MQA w streamerach NADa (Bluesound)… po aktualizacji

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2016-06-14 o 09.17.32

Kolejny duży producent, kolejny sprzęt który będzie to obsługiwał natywnie. Najistotniejsze jest tutaj nie to, że Bluesound, że kolejny, a sposób implementacji. Mówimy o pełniej obsłudze, którą wprowadzono na drodze aktualizacji oprogramowania. Tak właśnie. Wiecie co to oznacza? No jasne, każdy transport cyfrowy, czytaj Twój smartfon, tablet oraz komputer może być odtwarzaczem MQA bez konieczności modyfikowania toru. To arcyważna informacja, bo do tej pory nie było w pełni jasne, czy za tym nowym sposobem dystrybucji nie kryje się – właśnie – próba wprowadzenia na rynek nowego standardu hardware’owego co w oczywisty sposób przeczyłoby zdrowemu rozsądkowi. Na szczęście tak nie jest, bo jak wspomniałem powyżej wystarczy upgrade firmware i już można cieszyć się z dobrodziejstw MQA (w pełni). 

Bluesound to submarka dobrze znanego nam NADa. To kompletny system bezprzewodowego grania multistrefowego z wysokiej klasy strumieniowcami, obsługujący wszystko jak leci. Postaramy się na łamach HDO przetestować to rozwiązanie. Z obozu MQA nadchodzą także inne, dobre wieści – kolejnym dystrybutorem plików w tym formacie jest HIGHRESAUDIO, specjalistyczny kramik z downloadami hi-res. Oczywiście poza sklepami kluczem do sukcesu będzie wdrożenie standardu do usług streamingowych. To, że tak powiem, warunek konieczny do odniesienia sukcesu. Na razie pilotażowo mamy MQA w Tidalu, mam nadzieję że streaming w jakości 24 bitowej, pozwalający na uzyskanie jakości tożsamej z materiałem źródłowym (bez żadnych „ale”) pojawi się w kolejnych, tego typu usługach. Kto może być następny? Na pewno Qobuz, w końcu to usługa w której dostępne są hi-resy (downloady, testowo także strumień).

Trudno powiedzieć, jak to będzie wyglądało odnośnie dwóch streamingowych potęg tj. Spotify oraz Apple Music. Na razie nie zanosi się na jakieś zmiany w zakresie jakości usług świadczonych przez te serwisy. Apple koncentruje się obecnie na przebudowie i uporządkowaniu software odtwarzającego (powszechnie krytykowanego), a zmiany w samym AM są raczej polerką, nie ma jakiś zasadniczych zmian odnośnie tej usługi. Spotify natomiast stara się rozszerzyć swój biznes (wideo, własne produkcje). Pamiętajmy, że czeka nas niebawem spora rewolucja, wraz z pojawieniem się 5 generacji sieci, co całkowicie zmieni nasze możliwości w zakresie korzystania z danych. Te wzrosną na tyle, że kwestia strumieniowania plików audio o wysokiej jakości nie będzie żadnym technologicznym wyzwaniem. To jednak dopiero przed nami…

Nowe Gear IconX od Samsunga – zapowiadaliśmy nadejście takich słuchawek

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Samsung-gear-iconx-wireless-earbuds_1

Samospełniająca się przepowiednia? Kilka razy na łamach HDO przepowiadaliśmy (w linku rozbudowana fotogaleria z co najmniej trzema różnymi projektami takich słuchawek) pojawienie się tego typu produktów. IEMy w pełni bezprzewodowe, tzn. takie, które nie mają żadnego kabla (do tej pory bezprzewodowe dokanałówki, były de facto tylko w 50% bezprzewodowe – jedna ze słuchawek była pasywna, kablem trzeba było doprowadzać do niej dźwięk, bateria często montowana na takim przewodzie co prawda dawała znośny czas funkcjonowania całości, z drugiej ta bezdrutowość, była taka naciągana właśnie) to coś, co niebawem zawojuje rynek. Będą to bardzo odmienne od dotychczasowych konstrukcji słuchawki, co możemy zaobserwować przyglądając się tytułowym Gear IconX od Samsunga. Koreański gigant zapoczątkuje popularyzację tego typu produktów na rynku, nie mam co do tego żadnej wątpliwości.

Czym jest IconX? To nie tylko, czy nawet nie przede wszystkim słuchawki. To monitor aktywności, czujniki, to patent na szybkie doładowywanie z futerału/dock-a, to także różne tryby współpracy oraz korekcji dźwięku, w tym takie, które niekoniecznie mają coś wspólnego z muzyką (na marginesie, amerykańskie siły zbrojne chcą bezprzewodowe IEMy, które selektywnie będą ograniczały określone pasma, np. skutecznie redukując odgłosy walki, wystrzału, przy czym nie wygłuszą komunikatów, mowy ludzkiej etc. a wręcz je wzmocnią). Słuchawki Samsunga wyglądają lepiej od opisanych Dash-ów, są lekkie, dopasowane do ucha, prezentują się więcej niż dobrze. Jedyna wątpliwość – spora wątpliwość – to deklarowany czas pracy, gdy na IEMach odtwarzamy muzykę. To tylko 3 godziny – za mało, by uznać, że mamy swobodę w tym zakresie. Według mnie absolutnym minimum jest 5-6 godzin. Wystarcza to w większości sytuacji i powinno stanowić standard w takich całkowicie bezprzewodowych słuchawkach. Mam nadzieję, że kolejne modele będą właśnie w ten standard się wpisywały. Zapewne niebawem pokaże coś w tym zakresie samo Apple (na bank będą jakieś nowe bezprzewodowe IEMy – pytanie tylko czy będą to nowe EarPodsy, czy może coś oferowane w ramach marki Beats?), w kolejce są kolejni producenci (wielcy) z branży IT.

Jak będziemy sterować tymi pchełkami wkładanymi do ucha? Ano będzie to sterowanie za pośrednictwem dotykowej powierzchni na ich obudowie. Tapnięcia oraz głaskanie zapewnią nam kontrolę nad odtwarzaniem, poza tym będzie można prawdopodobnie korzystać z fonicznego sposobu wyboru trybu działania, obsługi oraz wydawania konkretnych dyspozycji odnośnie repertuaru (nie wiadomo tylko, czy będzie to się odbywało via samsungowa apka, czy może w ramach google’owego asystenta Google Now). Mamy potwierdzenie foniczne tego, co w danej chwili robimy odnośnie sterowania. Konfigurację IEMów przeprowadzamy w firmowej aplikacji.

Tym, co ma być wyróżnikiem (mamy to też w przypadku innej, ubieralnej elektoniki, takiej jak choćby Apple Watch) to dążenie do częściowej autonomiczności tego typu produktów. W tym wypadku wyraża się to 4GB wbudowanej pamięci przeznaczonej dla muzyki, jaką dysponują opisywane słuchawki. Pozwala to na użytkowanie ich bez konieczności parowania ze źródłem (oczywiście wtedy mamy do czynienia z czymś przypominającym iPoda Shuffle – choć wybieranie foniczne, o ile będzie w takim trybie działało, pozwoliłoby na nawigowanie po zbiorach muzycznych bez konieczności użytkowania ekranu, jak nie teraz to w kolejnej generacji). Zresztą, na marginesie, pojawienie się inteligentnych soczewek, okularów, AR to już całkiem nieodległa przyszłość. Do tego czujniki pomiaru tętna, akcelerometr – monitor aktywności – to coś, co już teraz integruje się w tego typu produktach i Samusung oczywiście nie odmówił sobie wprowadzenia takich, jw. „ficzerów”, do swoich IconX. To jeden z tych elementów, który na pewno znajdziemy w przyszłych słuchawkach na wynos.

Ile to będzie kosztować? Słuchawki będą oferowane za 199.99$. Sporo. Znowu, wspominałem w jednym z ostatnich artykułów, o zauważalnym trendzie wzrostu cen słuchawek i to znajduje swoje potwierdzenie w omawianym przypadku. Ceny z zakresu 800-1000 złotych to już nie wybrane, nieliczne modele, a prawdopodobna średnia w tym segmencie. Popatrzmy – słuchawki wyposażone we własne DACzki, wzmacniacze (transmisja via USB-C, Lightning po wyrugowaniu audio jacka), IEMy w pełni bezprzewodowe, będące jednocześnie autonomicznymi playerami, monitorami aktywności oraz ważnym elementem ubieralnej elektroniki (interakcja, integracja z asystentami cyfrowymi, zmiana warunków środowiskowych – manipulacja za pomocą zaawansowanej korekcji itd. itp.). To musi kosztować i kosztuje.

Samsung ciekawie rozwiązał, przynajmniej częściowo, problem krótkiej pracy (gdzie zmieścić baterię o dużej pojemności w przypadku takiego projektu? No właśnie). Futerał to jednocześnie power bank, to taki w sumie niezbędny dodatek, element z którym nie powinniśmy się rozstawać. Po „zadokowaniu” słuchawek automatycznie zostają one doładowane (dwukrotna możliwość podładowania). Fajny patent, pytanie jak szybko działa tutaj fast charge? Tego nie podano. Kiedy premiera? W tym roku, niewykluczone że pierwsze egzemplarze produkcyjne ujrzymy na IFA 2016 (wrzesień, Berlin).

Poniżej krótka wideoprezentacja tego produktu:

» Czytaj dalej

Audiofilskie produkty w mainstreamie? Znak czas(ów)? To nie przypadek!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Mainstream

Tak sobie patrzę na to, co się ostatnio wyrabia i powiem Wam, parafrazując przy okazji pewnego nawiedzonego wariata: kolejny artykuł o audiofilskim produkcie na the Verge? Znowu piszą o tak egzotycznych (dla większości) rzeczach, jak USB DACzki? Słuchawki ortodynamiczne tamże… że jak?! Jeżeli to wszystko pojawia się @ bardzo popularnym mainstreamowym vortalu „to wiedz, że coś się dzieje!” Ktoś mógłby zaprotestować, mówiąc: zwykły przypadek. No cóż, jeden, dwa teksty może i byłyby czymś w rodzaju ciekawostki przyrodniczej (te, popatrz, ale śmieszne te dziadki, co nie wiedzą na co kasę wydawać i mimo postępującej głuchoty ładują $ w klamoty), ale nie regularnie pojawiające się artykuły, opisy (specyficzne recenzje – specyficzne, bo dostosowane właśnie do ogółu, a nie garstki – you know what I mean? ;-) ) obejmujące poza wymienionymi audioprecjozami także technologie, nowe sposoby dystrybucji muzyki. Niel Young (jego kramik i trójkąt grający) były jeszcze, powiedzmy, opisywane z przymrużeniem oka (gizmodo nawet biednego Niel’a wdeptało przy okazji w ziemię), ale już wiele wpisów o Tidalu, o hi-res audio oraz o MQA… no właśnie, chyba już niekoniecznie. Coś się dzieje, mówię Wam! Patrząc na to szerzej, takie popularyzatorskie teksty, pojawiające się właśnie w mainstreamie mają swój ciężar gatunkowy, bo tworzą przedpole pod fundamentalne zmiany. Wielkie szychy z firm IT to czytają, ludzie z wytwórni to czytają, osoby odpowiedzialne za strategie w branży audio również. I to – wierzcie mi – robi kolosalną różnicę!

Żeby nie być gołosłownym, garść linków, które pokazują jasno o co biega:

Sennki HD800S @ The Verge (złośliwi dodają iVerge :P )

Oppo PM3 vs Audeze Shine tamże

Audioquest Nighthawk jak wyżej

Tesle (Beyery T5s) znowuż

&

USB DACs = it’s revolution baybe!

itd. itp….

My tu sobie możemy gardłować o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiejnocy, ale to właśnie takie media mogą mieć (*mają) wpływ na trendy, na mody i finalnie na kierunki w jakich technologie są rozwijane, wdrażane, co jest prymitywizując: „cool”, a co nie jest „cool”. Także wszystko wskazuje na to, że jak nie raz, nie dwa gardłowałem ;-) jesteśmy u progu gigantycznych zmian w branży, muzyka będzie oferowana nie byle jak, muzyka będzie słuchana nie na byle czym, muzyka będzie dostępna inaczej i będzie konsumowana inaczej. To już się dzieje, a wszystko (tylko i aż) przyspiesza. Tidal, Spotify, Roon, Cast są emanacją zmian, słuchawki z wbudowaną elektroniką (właściwie należałoby powiedzieć: nagłowne systemy audio) są, komputerowe audio ze streamingami (szeroko rozumiane to komputerowe) jest, nowe sposoby interakcji będą (tuż, tuż). Dodajmy do tego multistrefy, grające elementy wyposażenia domu, wtapiające się we wnętrza bezprzewodowe klamoty i mamy obraz nieodległej przyszłości. Szczęśliwie nie tracimy w tym wszystkim jakości, ta staje się właśnie czymś ważnym, pożądanym, czymś wymaganym i – to chyba najważniejsze – MODNYM. No i w to mi graj! Oby więcej wysokiej klasy produktów opisywały wielkie wortale IT, mainstreamowe sajty, opiniotwórcze media (ha, ile to ostatnimi czasy artykułów o audio pojawiło się na Wired…), oby… tym lepiej dla nas.

Dla nas. Niszy. Właśnie może już nie niszy? Może?