LogowanieZarejestruj się
News

MA X-Sabre 3, czyli jak to się robi! Processing @DSD512 robi robotę po sieci…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_9626 2

Najlepszy streamer na rynku? Czy może raczej najlepsze cyfrowe źródło (tak będzie trochę kompletniej ;-) )? A może jeszcze inaczej – najlepszy klient cyfrowy (Roon Ready end-point) jaki można upolować na tym łez padole? To wszystko, co napisałem powyżej to jest prawda. A ta prawda dotyczy przezajebistego MATRIX AUDIO X-SABRE 3. Powiem Wam coś, o czym nie przeczytaliście jeszcze w ŻADNEJ recenzji tego klamota. To jest maszyna z dźwiękiem robionym, przetworzonym, to jest ideał inżyniersko-projektowy, który umie W SIECI (net, kabel) OGARNĄĆ KONWERSJĘ NA POZIOMIE DSD512. Takich klamotów ze świecą szukać, właściwie to jakieś nieliczne i arcy drogie, jak niemieckiego high-endowca T+A (jakieś poziomy 45MHz po up, znaczy DSD1024 nawet).

No dobrze, cyferki? Serio? Wiele razy czytaliście na łamach HDO o moim podejściu do tematu, o tym że DSP ma obecnie znaczenie pierwszorzędne i może dzisiaj stawać w konkury z całym inżynierskim kunsztem w realu, znaczy „metalu”. Można dzisiaj wyczarować WSZYSTKO. Zera i jedynki rządzą. Po prostu. Korekcja, wspomniana konwersja (na tym poziomie, trudna, rzadko spotykana, wg. mnie przy topowej realizacji w metalu KSZTAŁTUJĄCA NOWY POZIOM DOZNAŃ DŹWIĘKOWYCH) wraz z odpowiednio dużą mocą obliczeniową wprowadzają nas w zupełnie inny wymiar. Wielokrotnie dawałem świadectwo na łamach HDO niezachwianej wiary w potęgę KODU i ten produkt stawia wg. mnie kropkę nad „i”. Chcesz słuchać ze źródła dźwięku, które nie tylko wypada oszałamiająco dobrze w pomiarach (vide ASR), ale jeszcze dodatkowo stanowi bazę dla idealnego połączenia medium (sieć) z processingiem (wspomniane PCM-DSD czy DSD-DSD na poziomie 45MHz, oczywiście natywnie, bo tu nie ma mowy o upośledzającym tę zabawę trybie DoP) to właśnie je znalazłeś.

Ten klamot jest stworzony do właśnie tego typu transmisji. Macie tam możliwość podpinania zewnętrznych źródeł cyfrowych via SPDIF czy USB/I2S, ale… to sieć robi tutaj robotę moim zdaniem i to na niej powinniśmy się skupić. X-Sabre 3 to ostateczne i finalne dzieło inżynierów z MA, którzy jako jedni z nielicznych okiełznali rozdzielczo-precyzyjno-dynamiczną naturę tandemu ESS&XMOS z obsługą wspomnianego processingu na wyczynowym poziomie. Tu, wierzcie mi, wszystkie elementy są precyzyjnie przemyślane i zaprojektowane tak (nastawy pozwalają na dopasowanie, odczuwalne różnice, pozwalające na uzyskanie optymalnego efektu – prawdziwa rzadkość na takim poziomie dopracowania, tj. filtry, tj. praca interfejsów, tj. wspomniane szerokie pasmo dla LANu), aby użytkownik dostał dokładnie to, co wprowadza go do królestwa brzmienia najwyższej próby. Brzmienie, moi drodzy, jest IDEALNIE GŁADKIE, po uskutecznieniu DSP na poziomie tych 22,4MHz po sieci, to dźwięk, który odczuwamy jako AKURAT, taki, który nie musi czegoś udowadniać, bo nie ma analizy. Nie ma na to miejsca, gdyż, ponieważ, gra to dokładnie TAK. Słuchamy z rozdziawioną japą i zastanawiamy się tylko, czy to JUŻ? Według mnie tak. Znaczy jest to poziom dla źródła na tyle kompletny, że pozostałe zmienne mogą to tylko uwypuklić, albo nieco „wyszarzać”… innymi słowy dobrze podpiąć tu to, co najlepsze „in da house” i cieszyć się brzmieniem od A do Z satysfakcjonującym. Serio, NIE MA do czego się przyczepić.


Czysta, niczym nie zmącona przyjemność

Sieć. Jako medium, jako bezpośredni, nie podlegający fluktuacjom i najbardziej że tak powiem (od strony teoretycznej, od strony naukowej) koszerny nośnik dla cyfrowego dźwięku, który nie wymaga żadnych dodatkowych hokus-pokus. Wiem, narażę się lan-kablarzom, przełącznikowo-routerowym fetyszystom, ewangelistom światłowodu i tym podobnych wynalazków zwolennikom totalnym freakom… tu wystarczy LAN 5e (jak mamy nową instalację i kompy z 6e akt 10GB/S to niech będzie, ale chodzi tylko o pasmo, nie jakość!) i już. Strumień leci z dalekich centrów danych, leci przez te wszystkie podmorskie info-strady i to, co mamy w domu (yhy) ma znaczenie tylko w takim zakresie, by strat pakietów nie było, by dotarło. Także, jak widzicie bardzo nieszablonowo podeszliśmy do tematu testu, bo dokonując wyboru najlepszego (wg. mnie ofc, subiektywnie) medium i w ten sposób klamot został przetestowany. Sprawdziłem rzecz jasna i USB i I2S i SPDIF (było ATV podpięte starej generacji, brzmiało świetnie, ale to tylko dodatek do kożuszka, bo jest coś lepszego, znacznie w menu), jako DAC ta maszyna sprawdza się bez zarzutu, ale LAN, LAN robi tu robotę i tak bym tego klamota używał, w takiej konfiguracji właśnie.

Zdecydowanie preferowałem LAN, przy USB co ciekawe pod macOSem wiadome ograniczenia (DoP i DSD256 tylko), a NET dawał radę wyczynowo!

Czy X-Sabre 3 jest bez wad? Oczywiście nie jest. Płaska (mmmm… lubimy), bardzo płaska (mmmmm… jeszcze bardziej) konstrukcja full metal body z odpowiednim, jakże przez audiomaniaków lubianym, „słodkim” ciężarem (zwarte, wydaje się lżejsze, a jest ciężkie!) ograniczało projektantów i musieli iść na kompromisy. Pierwszy, dotyczy displeja. To jest taka cecha specyficzna dla tego właśnie i tylko tego modelu. Małe oczko jest tak małe, że wszystko co pokazuje (a pokazuje bogactwo, bo okładki, full menu i sporo informacji) jest maciutkie, maluteńkie, no tylko z poziom biurka idzie to odczytać. Matrix Audio, mam propozycję, dodajecie do pudła małą, gustowną, teatralną lornetkę, albo jeszcze lepiej lunetkę i jest OK ;-) Także tu design wziął górę nad rozsądkiem. Dotykowe, wirtualne przyciski na froncie to też coś, co dalekie jest od precyzji, pewności użycia i ogólnie lepiej wygląda (bo fajnie, faktycznie się prezentuje) niż sprawdza. Także pilot jest jednak tutaj rzeczą dość istotną i dobrze go mieć na podorędziu, by to, to obsługiwać bez zgrzytów. Druga kwestia to brak pożądanego przez nielicznych (ale jednak) AES/EBU. Nie zmieściłoby się? No zmieściło na upartego, bo przecież są tu zbalansowane wyjścia analogowe dla sygnału, jednakowoż miejsca z tyłu niewiele i producent zrezygnował z tego interfejsu. Nie ma też WiFi (moim zdaniem to jest prawidłowo, ja zawsze wierzyłem w kable… ale nie tak jak myślicie, nie nie w boa, tylko po drucie pewniej, niż w eterze) co obecnie stanowi dla wielu problem ergonomiczno-użytkowy. Bo w domu, gdzieś tam, LANu ni ma. I co teraz? No można oczywiście sobie AP postawić, ale to kolejny element a chciałoby się wpiąć, czy połączyć raczej i już. Tu kabel musi być, albo jak wyżej. WiFi nie ma*. Zresztą odnośnie bezprzewodowego, to po przebudowie swojej mesh widzę, że technologia na tyle jest pewna, niezawodna i daje pewność, że to bez druta daje radę (ale nadal stare przyzwyczajenia biorą górę ;-) ).


Taki cienki, a taki dobry :P Naleśnik, który robi pierwszorzędną robotę.

Roon Labs (przez chwilę obraziłem się na nich, bo poziom zabudowania oraz skandalicznie źle działającego softu niemalże przesądził o rozstaniu z tak bardzo wcześniej chwalonym przeze mnie front-endem) powinien reklamować te skrzynkę jako najlepsze doznania z naszym kodem ever i w ogóle tej części galaktyki. To jest aż tak dobre! Roon Labs ogarnął ostatnio działanie software, ogarnął nowości jakie wprowadził i cały silnik (co najważniejsze), znowu zatem można mówić: jest Roon i długo, długo, długo nie ma nic, co by poziomem integracji i możliwości a jednocześnie UI/UX i agregacji treści mogło konkurować, wchodzić w konkury. X-SABRE 3 w takim środowisku, z takim DSP, z takim potężnym zapleczem możliwości wpływu na brzmienie (po stronie kodu) staje się dla mnie punktem odniesienia. Myślałem, że ten klamot przejdzie trochę bez echa, bo ostatnio sporo świetnych streamerów było (będzie o tym niebawem), miałem też doskonałe źródła (bardziej tradycyjne, ale cyfrowe)… jednak, no cóż, jak druga edycja wylądowała w pierwszej trójce naj, to ten sprzęt znowu definiuje na nowo. Jakiś egzotycznych, za bajońskie sumy, klamotów od high-ednowych (czy raczej ultra-high-endowych) nie miałem sposobności (nie mam tu na myśli DACów, tylko streamery), ale niech mi wolno będzie to powiedzieć: dobra, można wydać 10 razy więcej, ale można też 10 razy mniej i mieć DOKŁADNIE TEN SAM POZIOM IMMERSJI, TOTALNEGO ZANURZENIA W DŹWIĘKU co to oferuje opisywane urządzenie. Na pewno pomogło tu trzymanie na łbie (oj tak) NAJLEPSZYCH SŁUCHAWEK EVER czytaj: Dan Clark Audio STEALTH, no ale przecież jako napęd służył masowy (a bezbłędny) Topping A90. I to pokazuje, że można uzyskać efekt bez wydawania kroci. Wiem, dla branży akcesoryjna-kablarsko-ultrahighendowej (elektronika) to nie jest miłe, nie jest fajne, to jest wręcz niedopuszczalnie skandaliczne postawienie sprawy. To dodam tylko że Aquarius, że Terminator, że DACzki i streamery (Azja, ale i Europa, prawda) za 20-30k, które się słuchało w niczym tego X-Sabre 3 nie zawstydzały. W NICZYM. Nie miałem jw sposobności T&A, czy francuza za 12 czy 15 teraz razy więcej słuchać, ale jak wspomniałem: no i co z tego?

Podpięty do diabłeków, w podwójnej roli LAN end-pointa oraz pre

Na kolumnach (zaraz będzie gotowy tekst o małych Diamondach tj. podstawkowych 15-kach, mniejszych braciach red. 18-ek) słuchało się tego giganta z prawdziwą przyjemnością. Gładkość, o której jako głównej i niejako układającej wszystko, cesze wspomniałem na wstępie była tu jak najbardziej obecna, a wszystko co trzeba – pełne, przebogate, bez żadnych niedostatków pasmo, przestrzeń, obłędna dynamika (te mniejsze to potrafią btw i to jak!) to wszystko obecne, ale niejako przy okazji, jako coś oczywistego. Jak mówiłem, nie analizujemy takiego brzmienia, bo ono wchodzi, naturalnie wchodzi i to jest moim zdaniem najwyższy poziom kompetencji jaki można osiągnąć. GRA JAK MA GRAĆ. Czułem, że stały progres i ogromne kompetencje MA pozwolą z generacji na generację topowych X-Sabre stworzyć najlepsze cyfrowe źródło (DAC z – teraz – siecią). Nie wyobrażałem sobie tylko, że to najlepiej będzie uzupełnione w tak fantastyczny sposób medium (dla sygnału) docelowym. Siecią właśnie. No i jest. Czego chcieć więcej? Od strony brzmieniowej? Niczego więcej do szczęścia nam nie trzeba. Brawo.

Bezapelacyjnie gorąca rekomendacja. Za ok. 16 koła nie kupicie lepszego DACa, ale przede wszystkim lepszego streamera (czy sieciowego end-pointa, kurde jak trudno dzisiaj te klamoty klasyfikować!), nie kupicie według mnie żadnego lepszego źródła cyfrowego. Ma, to, to możliwość pracy jako cyfrowy pre-amp również (i wg. mnie sprawdzi się w tej roli znakomicie, mimo braku gały, mimo beznadziejnych dotykowców z przodu i tylko guzików na RC +/-), nie ma niestety (szkoda, szkoda) choćby 6.3mm dziurki dla słuchawek. Nad tym boleję, bo byłby komplet, a tak trzeba i tak coś jeszcze dodatkowo podpinać (no chyba że adapter do wyjść, albo aktywne, wtedy nie).


Lepiej po kablu ;-) LAN się nie da… X-SABRE 3

* się odnalazło, na swoje usprawiedliwienie mogę napisać, że za taflą szkła (co się kurzy), znaczy górna część obudowy przepuszcza fale. Jak? Szkło? No magicy z MA to jakoś ogarnęli, a z tłu nie znajdziecie ludziska żadnej, powtarzam żadnej anteny, nawet wypustki jak w Mini-i Pro 3. Zmyliło mnie to, bo w życiu bym nie powiedział, że taki bezantenowy (to raz) i jeszcze do tego metalowo-szklany (to dwa) klamot może te WiFi jednak zawierać. Owszem, zawiera i to full wypas, czytaj także gigabitowe 5GHz (ac).

 

Plusy:
– fantastyczny moduł sieciowy, który wraz z bezbłędną aplikacją ESS9038Pro&XMOS216 robi robotę
– po zadaniu processingu, konwersji PCM-DSD (DSD-DSD) natywnie (DSD512), słuchamy i zapominamy o otaczającym świecie. To jest ten dźwięk
- pierwszorzędne jakościowo I/O 
- ładny design, ciężki kawał high-endu
- bogactwo możliwości (DSP, ustawienia)
- koszt nabycia tj. 14,5k bodaj teraz (inflacja hula), to przy tych kompetencjach wcale nie wygórowana cena, a wręcz przeciwnie (niestety już 16k… wielkie dzięki Morawiecki, dzięki Glapa, dzięki debile)
- wzorowa współpraca z Roon, najlepszy wg. mnie obecnie RAAT player na rynku, idealny Roon Ready end-point 

Minusy:
- prymat designu nad ergonomią
- bardzo mały displej
- bardzo niewygodne dotykowe przyciski na froncie 
- zaledwie poprawny pilot RC (brakuje szybkiego dostępu do funkcji, brakuje precyzji, trzeba celować)
- brak AES/EBU (dla niektórych istotne)
- brak WiFi (dla mnie bez znaczenia, ale dla kogoś wręcz odwrotnie – nie ma, tylko kabel)

Podziękowania dla dystrybutora marki

za użyczenie sprzętu do testów

Autor: Antoni Woźniak 

O NuPrime plus galeria, w tym kod, ustawienia poniżej…

» Czytaj dalej

Jeszcze słów parę o NuPrime STREAM 9 z kodem w tle

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_9054

Pierwotnie recenzja ukazała się na naszym fanpage’u, o paru rzeczach nie dało się tam tak opowiedzieć jakbyśmy sobie tego życzyli. Tak zgadliście, o sofcie było, ale na marginesie, bo kretyńsko-niezrozumiała polityka meta w sprawie publikacji nie daje żadnego pola manewru, gdy ktoś chce pokazać coś z softem związanego. Nie i basta. Także uzupełnienie recenzji, pogłębione o tytułowy kod, a dodatkowo parę impresji związanych z przepuszczaniem sygnału z zewnętrznych źródeł cyfrowych przez przetestowaną skrzynkę z opcją SRC, znaczy DSP nie tylko w ramach zwykłego upsamplingu, ale także – możliwej w tym klamocie – konwersji z PCM do DSD, co już nie jest ani typowe, ani częste, tylko właśnie dość unikalne. Tak, skrzyneczka ma też pewne ograniczenia, o których już co nieco było, a w tym wpisie będzie więcej (głównie chodzi o ograniczenia softu oraz dość dziwacznie zrealizowany interfejs I2S i co ciekawe jeszcze trudniejszy do okiełznania, niby standardowy AES/EBU… którego nie udało się przymusić do pracy). Trochę się tego zebrało i postanowiłem zrobić suplement. Na wstępie przypomnienie wpisu pierwotnego, nie daję na głównej pełnej fotogalerii z opisami, można – kto chętny – zerknąć, poniżej będzie fotostory z kodem głównie, czyli jw to co na fb nie dało rady opublikować.


AirPlay to jedyna opcja na end point w Roonie (że STREAM 9 w Roonie znaczy się).
Po uszlachetnianiu via wbudowany w klamot DSP fajnie gra, choć wolelibyśmy Roon Ready ofc (RAAT)

Wracam btw do publikowania, a że zebrało się to będzie HDO więcej, w telegraficznym skrócie powiem tylko, że czeka nas audio-wizyjna jazda bez ograniczeń tj. najnowszy wynalazek Zidoo Neo Scoś jak Rose, tylko tańsze sporo, oparte na podwójnych ESS9068 i XMOSie z mocnym SoC, potężnymi możliwościami wideo (tu bez ograniczeń, z dekodowaniem wszystkich formatów AV jak leci), własną nakładką na Androida rozbudowaną o opcje rippowania, zawiadywania danymi (pełen eksplorator plików m.in.) z atrakcyjnym front-endem dla kontentu. Tu nic nie jest dziełem przypadku, patrząc na specyfikację, a czymś wartym podkreślenia jest właśnie bezkompromisowe (komponenty audio z górnej póły) potraktowanie sekcji dźwiękowej, która nie odbiega od wyspecjalizowanych audio skrzynek z wideo, jak wspomniałem, dla prawdziwego kino maniaka & wideofila. Czy to oznacza Oppo reinkarnacje? Nie do końca, bo mch tutaj w samym klamocie nie uświadczymy (via SPDIF można 5.1 puścić dalej – jest wyjście dla mch cyfrowe), ale warte podkreślenia jest odejście od typowego dla wcześniejszych Zidoo playerów stylu odtwarzacz wideo z lepszą sekcją audio i przejście do zupełnie innej, lepszej ligi odnośnie możliwości dźwiękowych. Mam nadzieję, że będzie to świetny odtwarzacz strumieniowy audio, a nie tylko streamer / transport, ale właśnie kompletne źródło, łączące SQ z VQ na topowym poziomie. Podoba mi się całościowe podejście do tematu (balans zarówno dla kolumn, jak i dla słuchawek np, czy natywnie zainstalowany bardzo szybki dysk półprzewodnikowy M2). Ba, jest tam jeszcze, na osobnej kości realizowany, solidny wzmacniacz słuchawkowy (wspomniany balans 4.4). No omnibus taki. Niektórzy powiedzą, ale jest np. Cocktail Audio. No jest, ale mnie się kojarzy bardziej z klasycznym podejściem do tematu (typowe odtwarzacze multiformatowe), poza tym podobnie, jak w Rose, mamy w opisywanej Neo skrzynce bajer z dotykowym, dużym displejem. W ogóle kojarzy się to bardzo z przetestowanym nie tak dawno temu Koreańczykiem. Tam było dźwiękowo znakomicie, ale wideo pozostawiało niedosyt, w sumie było tylko ciekawostką. W przypadku Neo:S czuję, że może być inaczej :)


Kompaktowe są, niewielkie takie te Diamond 15ki (widać pojedynczego Topaz Monitor – dla porównania, a to maluch jest)

Dojechały także podstawkowe Pylony Diamond 15. Chyba jako jedyny sajt mam możliwość porównania bezpośredniego dużych monitorów z tej linii (Diamond 18) z właśnie wygrzewającymi się 15-kami. Pylon w ogóle coś ostatnio celuje w kompaktowe i ja to szanuję, bo po pierwsze może być tańsze, a po drugie chyba bardziej dopasowane do rodzimych realiów lokalowych. Także za chwilę wpis o tych filigranowych (w porównaniu, ale patrząc od frontu są naprawdę niewielkie, mniejsze od przecież w ogóle małych Topazów Monitor, w sensie węższe, bo wyższe, ale właśnie węższe). A to już nie nowość, nowość też do nas zawita, mam tu na myśli topowe, podstawkowe Jaspery, a właśnie, właśnie dali u siebie znać, że w rodzinie pojawi się kompaktowa podłogówka z high-endowej linii tj. Jasper 23. No i pęknie, bo jak wspomniałem, od przybytku głowa nie boli, większy wybór z korzyścią dla potencjalnego zainteresowanego, bardzom ciekaw, czy będzie jak z Sapphire 23 (patrz nasz test przed stu laty ;-) ), które okazały się najlepszym rozwiązaniem do salonu niezbyt dużego, takiego w którym podłogowe, wielkie Topazy 20*, czy największe z linii Szafirów, Opal czy nietestowanych u nas (jakoś umknęło) Ruby to było too much. Za duże paczki marnowały potencjał, pamiętam wielkie, budżetowe Perły 25 – to już było zbyt, a w katalogu pojawiły się jeszcze ogromne, trójdrożne 27. Uff. Także Jasper 23, analogicznie do wybranych i grających wiele lat w redakcji jako główny zestaw podłogowy, Szaforów 23 mają szansę zawojować hajendy, bo raz – będą z pewnością tańsze od obecnego w sprzedaży zestawu, dwa – łatwiej się wpasują w polskie metraże. Powracając do Diamond 15, bardzo, bardzo podoba mi się ich kompaktowy charakter, moje 18-ki są wielkimi monitorami, z bardzo dużym dźwiękiem, tu gra to zdecydowanie w innej skali, bardziej blisko-polowo-klasycznie monitorowej. W niczym to nie przeszkadza, porównując z większa konstrukcją, a nawet ma zalety porównując właśnie bezpośrednio obie konstrukcje, o czym będzie w pierwszych impresjach, wpisie poświęconym pylonowym kolumnom, który za moment wyląduje.


Wisi i gra. Ale jak!

Wreszcie dwa gorące, sonosowe, tematy na tapecie: będzie recenzja obrazu (IKEA FRAME by Sonos), który znalazł się – jak powinien już na wstępie – na ścianie i powoduje opad szczęki. To jest 500, czy teraz 900 złotych grające jak dobrej klasy podstawkowa kolumna HiFi, dobry studyjny, aktywy, tylko w formie… no właśnie, kompletnie nie pasującej do tego, co słychać. To trzeba usłyszeć i można się bardzo zdziwić. Pisałem już o tym wcześniej, że gra to nieprzyzwoicie dobrze, jak na produkt lifestylowy, w ogóle nią z zakresu HiFi, a przecież – właśnie – przecież po umocowaniu na ścianie, po kalibracji TruePlay, to płaskie coś gra jak pełnoprawne źródło dźwięku. Całościowo kompletne, bez żadnych dodatków, a gra jak dobrej klasy kolumna (mono), przy czym potrafi w scenę, potrafi w przestrzeń i słucha się tego wybornie (lepiej od 99% smart głośników, nie liczę tutaj Sono-głośników, liczę całą resztę peletonu). Nieprawdopodobna rzecz, ale też spodziewana, po pomiarach ASR, po sprawdzeniu wcześniejszym projektu / konstrukcji (projektowali to inżynierowie, dźwiękowcy, zrobi to po prostu jak należy), wreszcie pożenieniu całości z firmowym, inteligentnym DSP. Tak, to jest kierunek, który będzie przeobrażał całą imo branżę. Dźwięk zniknie, ale będzie, znaczy zniknie z widoku, ale będzie na poziomie w pełni satysfakcjonującym, także tych wybrednych. To zapowiedź, udana, zapowiedź tego co nadciąga. Dwa takie (w stereo parze) i może się okazać, że to będzie miało (cholera nie wierzę, że to piszę) więcej sensu od tradycyjnego mini zestawu HiFi, opartego na jakiś dobrych podstawkach i nawet nowoczesnym all-in-one. Bo liczne kable, bo komplikacje z doborem, bo widoczne i konieczne do odpowiedniego ustawienia.

A tutaj co? A tutaj nic z tych rzeczy. Kawał ściany, brak problemu de facto z właściwym umiejscowieniem (bo ta ściana po prostu daje możliwość powieszenie tych obrazków optymalnie – optymalnie w sensie estetyki, bo obrazki, jak i w sensie akustyki, słuchania z tych obrazków dźwięku). Rewelacja. A to jeszcze nie wszystko, bo wparował drugi sub i co dwa suby (AMP daje możliwość stworzenia systemu .2) bezdrutowe w firmowym tandemie (jeden przynajmniej musi być najnowszej gen. 3, są czy były dwa, bo jeden zaraz nas opuści) to nie jeden. W kinie, wiadomo, immersja bardzo zyskuje, ale byłem w szoku jak to (gatunkowo) zmienia podejście do słuchania audio. Chodzi o ścieżki wielokanałowe, przestrzenne w Apple Music. Sonos jako jeden z niewielu oferuje integracje z jabco usługą i to co przygotowano przestrzennie (materiał nie uprzestrzenniony, a zrealizowany, przygotowany w studio pod odsłuch obiektowy) robi ogromne wrażenie. Większe, niż – nawet – słuchanie ścieżek DSD / czy odtwarzanie SACD mch. W redakcji było to wszystko czasami uskuteczniane, bo Oppo (wszystkie modele, część przetestowana), bo PS3 (mod, z przekazywaniem wielokanałowego dźwięku via HDMI na odpowiedni przetwornik / procesor kino domowy, zdolny do dekodowania płyt i puszczenia tego na 5.1) i muszę powiedzieć, że ten nowy patent na wielokanałową muzykę coraz bardziej mi się podoba i widzę duży potencjał (także popularyzacyjn0-rynkowy). Inteligentnie, bo właśnie bez drutów, bez rozbudowanej z wielu paczek składającej się, tradycyjnej, instalacji. Wystarczy oparty tylko na klasycznych frontach i instalacyjnych głośnikach ściennych (albo systemowych kompaktowych Play) z ampli-stream-administratorem tj. Sonos AMPem setup, do tego poukrywane, płaskie Sonos Suby i już. Albo – jak ktoś chce jeszcze bardziej kompaktowo – Arc czy Beam i też można będzie się zdziwić. Albo jeszcze inaczej tj. wspomniane, grające obrazy IKEA. Sam nie wierzę co piszę, ale tak to wygląda moi drodzy. Po prostu macie 100 najlepszych streamów w jednym z najlepszych agregatów źródeł audio (no jest jakby wszystko w Sonos apce) i gracie na czymś, co można traktować, albo jako alternatywę, albo jako rozwinięcie klasycznej instalacji (i mam tu na myśli właściwie tylko dwie kolumny na froncie, pasywne, klasyczne, jedyne co ze starego audio się tu ostało ;-) ). Nawet puszczany w strefie dźwięk z podpiętego analogowo do AMPa gramofonu jest plastyczno-mięko-ciepły, znaczy zachowuje charakter źródła i gra nawet w kiblu. Kurna, mówimy o czymś kupowanym w markecie!


Jaki to dźwięk?
No mocarny, ale też zdefiniowany, pod kontrolą i na pewno nie przewalony. Zasługa inteligentnego DSP, strojenia – dopasowania (TruePlay). No i mamy 4.2 z robionym w DSP centralnym (dialogi)

Dobra, się rozgadałem, a miało być o STREAM 9. No to zapraszam, na wstępie przypominając to, co się wcześniej ukazało na fejsie:

» Czytaj dalej

Jedna skrzynka i już? Rose RS201E …idzie nowe

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_8039

Idzie nowe i nawet nazwy nie ma. Bo jak nazwać to nowe audio, jak integruje nam nie tylko WSZYSTKIE dzisiejsze źródła materiału (znaczy odtwarzacz, czy może transport, bo przecież to wszystko w ramach jednego się dzieje, a komputer wszystkim zawiaduje), jest oczywiście pre, jest jak tutaj oczywiście ampem, ma własny system operacyjny i własny interfejs pozwalający na obsługę bez tego, co stało się „niezbędnikiem” w audio tj. komputera, smartfona czy czego tam jeszcze strumieniującego, sterującego… to może powrót do wreszcie purystycznego, osobnego, nie wymagającego tych, przez wielu niechcianych urządzeń ze świata elektroniki użytkowej, sprzętu grającego, zaprojektowanego, przemyślanego i oferującego (więcej), dla melomana czy audiofila. W końcu ten Rose RS201E to klamot stworzony pod określone potrzeby, dla kogoś kto chce słuchać w możliwie najlepszej jakości, jednocześnie korzystać z wszelkich dobrodziejstw dzisiejszych technologii. Wreszcie?

Stworzenie czegoś, co wychodzi naprzeciw teraźniejszości, a jednocześnie bez kompromisów, bez odpuszczania tego, co stanowi dla zainteresowanego hajfajowym/hajendowym setupem rzeczy niezbędne, wymagane, bez których nie wyobraża sobie ekhmmm słuchania muzyki. Popatrzmy co Koreańczycy tu zaaplikowali, chcąc w ramach miksu, stworzyć klamot audio ultranowoczesny, bardzo dzisiejszo-jutrzejszy, dysponujący ogromnymi możliwościami, ogarnianymi za pośrednictwem prostego, intuicyjnego, dopasowanego do dzisiejszych wymagań (dotyk) i przyzwyczajeń (obraz, duży ekran na froncie, dominujący, cały przód to interfejs) oraz okoliczności (jak komputerowe, skomplikowane, przeformować w proste, łatwe, przyjemne w użytkowaniu, dodatkowo możliwe do akceptu przez osoby atechniczne itd itp). Było i jest sporo podejść do tematu. Szczerze? Większość daleka do optimum, najczęściej jest tak, że duże możliwości = trudna, skomplikowana obsługa i „wiedza tajemna” z zakresu IT, a jak są rzeczy łatwiejsze do zaadaptowania to wiele dziór (sporo braków funkcjonalnych, kiepskie wsparcie, interfejsy dalekie od ergonomii itd). Rose umie.


Mhm, wolę kręcić gałą, ale ta wajcha sprawdza się tutaj. Także jako potencjometr (pre) Rose daje radę

Zrobiło coś, co łączy i w bardzo atrakcyjnej formie daje użytkownikowi pakiet rozwiązań z zakresu PC Audio (cholerne komputery! ;-) ) w wersji strawnej, strzelam, dla każdego. Nawet tradycjonalisty, nawet reagującego alergicznie na komputerowe audio… bo jest dopracowany interfejs dotykowy z obsługą dopasowaną do preferencji (od frontu klamota, przez pilota, zdalny dostęp ze smartfona), potrzeb… tu można skrzynkę użytkować jako tradycyjny łącznik wszystkiego, ze wszystkim, znaczy źródeł tradycyjnych, kolumn czy słuchawek, nie zwracając uwagi na inne możliwości i da się to zrobić tradycyjnie, albo zanurzyć się w świecie strumieni audio, ogromnych zasobów sieciowych, „ogarnianych” przez napisany „od nowa” kod, którego fundamentem był Android. Robota w leciwej już wersji 7.0, co wszakże tutaj kompletnie nie robi, bo oni sami to aktualizują, rozbudowują, także ten element zrywa z tymczasowością czegoś, co tylko w niewielki sposób dopasowano do hardware, software stanowiącego wydmuszkę, fatalnie wpływającego na całościową ocenę użytkownika, nawet jeżeli klamot brzmi satysfakcjonująco.

Rose zrobił to jak należy. Ten OS jest „it just work”, jest aktualny, znaczy aktualnie wspierany w sposób ciągły, kompleksowy, a nie – jak to niestety często bywa – wersja 1.0 i potem może drobiazg i szlus. To podstawowa sprawa i nawet jak coś wygląda na dopracowane, to z doświadczenia, wymaga ciągłych poprawek, usprawnień. Atrakcyjna forma, dopracowany UI/UX to tylko część, ważna część, ale jedna z tego, co nazywam synergią pozytywnego doświadczenia – w dobie skomplikowanych, rozbudowanych, osieciowanych produktów elektronicznych rzecz wielce pożądana, bardzo często nieistniejąca, daleka od optimum (jak coś totalnie leży, bywa że sami się samooszukujemy, wmawiając sobie, że „no ale przecież, jednak…”). Kupując sprzęt za kilka, kilkanaście tysięcy wszystko powinno być na poziomie co najmniej dobrym, albo inaczej, nic nie może być poniżej standardu: działa (bez zarzutu), wspiera (reaguje, poprawia, aktualizuje), pozwala na bezproblemową obsługę (każde odstępstwo jest, przy braku reakcji, NIEAKCEPTOWALNE).

Piękna forma, niekoniecznie te stopy co widać :P Alu, dominujący 8’8″ LCD multidotykowy, tyle…

Widzicie ocb? Biega właśnie o to, że nie wystarczy stworzyć jednego elementu tip top, albo stworzyć czegoś, co tylko w jednym (a każdy jest ważny!) zakresie odstaje. Wymagajmy. Wydajemy niemałe pieniądze i naprawdę ten, kto zarabia, jest zobligowany – szczególnie dzisiaj – do posprzedażowego, wysokiego standardu wsparcia i obsługi. Bo dzisiaj sam hardware to jeden z wielu elementów, a czas użytkowania, czas „życia” produktu to rozwój, wysokie wymagania w zakresie kodu, obsługi, dostosowania do nowego. Opisywany sprzęt nie tylko realizuje powyższą ideę „po prostu działa” w sposób ponadstandardowy, ale dodatkowo, dzięki wsparciu rozbudowuje możliwości klamota, co oznacza ni mniej, ni więcej tylko kupuję coś, co się rozwija stale, płacę (sporo) za nowe możliwości, to o co producent zadba (bo i powinien) w całym cyklu życia / użytkowania. Tak, to komputery (tfu! ;-) ) właśnie, tak to działa(-ło) w IT i jak ktoś nie czuje, nie potrafi, to zwyczajnie nie powinien oferować (nabijać w butelkę) potencjalnym klientom czegoś, co nie spełnia wymogów.

A teraz, po tym przydługim wstępie, czas na konkrety. Znaczy all-in-one wyznaczający standard obsługi oraz wsparcia, coś, co uwidacznia co można zrobić, wykorzystując elementy „z półki” tj. Android, przy chęci, konsekwencji i umiejętnościach (soft – developerka) może być optymalnym „wsadem”, dać stabilny, bardzo atrakcyjny wizualnie, obsługowo bez zastrzeżeń audio OS – dzisiaj bez tego wsadu, w nowoczesnym audio, ani rusz!

» Czytaj dalej

CD kontra plik… flagowy NuPrime CDT10 vs Qobuz&Roon+NativeDSD

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5945

Ale pięknie to gra! Fantastyczny dźwięk! Gdzieś nam się ulatnia granica między (umownie) analogowym vs cyfrowym graniem. Tak, wiem, zaraz ktoś będzie poddawał w wątpliwość przed momentem napisane… bo subiektywne to, bo przecież tej granicy (naukowo) nie da się udowodnić, zmierzyć, przebadać, jednoznacznie opisać. To prawda, ale też nasze uszy, dość niedoskonałe, porównując do wielu braci mniejszych, bez większego trudu są w stanie rozróżnić granie z pliku / kompaktu vs czarnego krążka / taśmy. Nie mamy z ttym większego problemu i nawet jeżeli nasz sposób opisania inności brzmienia jest mocno niedoskonały (bo jest) to zjawisko jest dość oczywiste, powtarzalne i przez nikogo nie kwestionowane. Plik oraz srebrna płyta dzisiaj potrafią zadziwić płynnością, przestrzennością, swobodą, najlepsze transporty cyfrowe / integralne źródła zerojedynkowe osiągnęły taki stopień wyrafinowania (mam tu głównie na myśli kompakt, który obecnie mimo coraz większej niszowości staje się dojrzałym, opanowanym w pełni, pokazującym cały swój potencjał źródłem dźwięku HiFi), że wielu, naprawdę wielu melomanów (niekoniecznie tożsame z audiofilią, choć często współistniejące) całkowicie odpuściło sobie temat analogowych nośników, czasami tylko (jeszcze) trzymając zbierający kurz odtwarzacz/transport fizycznego (ale już cyfrowego) nośnika, czy to z sentymentu, czy bez jakiejś określonej przyczyny. W końcu ktoś tych płyt z roku na rok nie kupuje, przestaje inwestować w kolekcję krążków, przechodzi na strumienie.

Oj jak dobrze! ;-)

Z tym tu, zresztą pięknie skądninąd prezentującym się (formą i treścią) hybrydowym DAC/pre Cayina nasz Nu w ogóle via I2S nie zagrał. Cisza była

Tak, to naturalna kolej rzeczy. Wygoda, rozpasanie (dostęp do wszystkiego za grosze) przemawia za zmianą sposobu – tfu – konsumpcji, a dystrybucja muzyki jest i będzie należała do Internetu. To przesądzone i nie ma nad czym deliberować. Tyle tylko, że całe bogactwo doznań, możliwości to zbiór otwarty (na nowe, czy – wróć – stare), można nie pozbywać się fizycznych i to nie tylko z sentymentu, przyzwyczajenia, a dla jakiejś wartości dodanej. Dzisiaj kupno dobrego, fizyczne nośniki grającego, klamota jest niestety bardzo kosztowne (dużo bardziej niż kiedyś, co zrozumiałe, bo nisza, bo wyższe koszty wynikające z korzystania z nieprodukowanych elementów itd itp), może nie wygląda to źle w przypadku czarnego krążka na którego jest moda i można w każdym zakresie cenowym, ale CDA to już wyzwanie i sytuacja dla kogoś, kto chciałby na nowo wejść w temat (albo też słuchać z czegoś, co gwarantuje, o czym dalej, progres) to nie lada wyzwanie.

Tu też na AKM (D90) tylko bez konwersji i w ogóle z problemami via I2S było grane z NuPrime

A tutaj, siłą rzeczy, o I2S w ogóle nie było mowy, bo D1 ma tylko USB pod wyczynowe granie. Trzeba było spiąć via SPDIF.
To w przypadku Nu oznaczało brak możliwości wykorzystania potencjału. No ale inaczej się nie dało. 

Akurat trafiła się okazja sprawdzenia i porównania dwóch, opartych na odmiennych nośnikach muzyki, klamotach wyposażonych w interfejs, który stanowi wg. mnie bramę do uzyskania tego, o czym mowa w pierwszym akapicie. Aksamitności, swobody, płynności którą do tej pory utożsamialiśmy raczej z analogiem, a nawet jeżeli udawało się coś zbliżonego „z cyfry” uzyskać, to miało to swoje kapitałowe konsekwencje, konsekwencje wyczyszczające stan konta dwóch pokoleń w przód mniej więcej ;-)  Także ta umowna, a jednak niezbyt trudna do uchwycenia, różnica w przypadku opisanego w niniejszym wpisie setupu wyraźnie się zaciera. I to jest piękne. Zaciera się z plikiem, ale jeszcze bardziej zaciera się wg. mnie z kompaktem. Właściwie, mógłbym powiedzieć tak: komputer czy raczej plik był tutaj kierunkiem zmian, progresu jaki dokonywał się w SQ słuchanym za pośrednictwem I2S wraz z konwersją do sygnału 1 bitowego, a płyta finał, kropkę nad i, tego progresu uwieńczenie. Czy to dziwne? Nie bardzo. Kompakt jest z nami od bez mała 40 lat jako nośnik audio, także przebył długą, wyboistą drogę (to po pierwsze), stał się opanowanym, dojrzałym medium (właściwie to niedawno, bo wcześniejsze próby jego udoskonalania, jak wiemy, poniosły rynkową klęskę, nie przyjęły się vide SACD/DVD-A). Tylko, w sumie, co z tego, jak zwija się dzisiaj (wiele muzyki wychodzi wyłącznie w pliku, czasami dochodzi do tego winyl, ale już nie srebrny nośnik) i tego zjawiska nikt już nie odwróci. No tak, ale – na szczęście – poza tym co nowe jest całe bogactwo świata dźwięków zarejestrowanego wcześniej i nadal egzystującego na kompakcie. Co prawda, podobnie jak to się ma z czarnym krążkiem, płyta podlega przemijaniu, nie jest wieczna, ale na tyle wytrzymalsza od poprzedników, że prędzej będziemy szukać na rynku czegoś, co nam to fizyczne odtworzy (z czym coraz trudniej, jak wyżej), oczywiście pod warunkiem odpowiedniego uszanowania, dbałości o kolekcję, zbiory.

» Czytaj dalej

NuPrime źródła oraz radykalny skok w bok… lampowe końcówki mono zajawka

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5922

Miało być za moment, ale ten moment mocno się wydłużył za sprawą jednego z klamotów, który bardzo nie chciał współpracować. I choć finalnie udało się pewne rzeczy wyprostować to bez pełnego sukcesu i o tym też zaraz przeczytacie. Także nie będzie lukrowania, choć nie… trochę będzie, ale nie w tym sensie, a w innym. Anonsowany w tytule skok radykalny w bok – syrop, ciepło, gęsto, super przestrzennie i zniewalająco-wciągająco: w redakcji pojawiły się lampowe monobloki, a jak pamiętacie u nas od zawsze królował tranzystor, a od paru lat dodatkowo eksperymenty z efektywnymi, nowoczesnymi Hypex-ami, ICE-Powerami (NADy… C368, C268, D3020, D7050, ale nie tylko bo też klamoty NuForce, NuPrime, Lyngdorf-a, Auralic-a, Matrix Audio itd, itp). Także świat żarzących się baniek reprezentowany był do tej pory przez małego MiniWatta właściwie tylko w gabinecie, nie salonie, pod słuchawkami, względnie niezobowiązująco monitorami bliskiego pola (Topazy monitor). Od paru dni to wszystko zeszło na dalszy plan za sprawą „diabełków”. Są konsekwencje – zamiast plików słucham czarnego krążka. I nie, nie chodzi tutaj o to, że to niby takie oczywiste i logiczne, że jak te końcówki to też jakieś analogowe źródło i szlus. Nie. Po prostu set NAD pre 1020 / gramofon 5120 z x2 Culm 6s33c SE gra mi naj. Wolę przepuścić nowoczesne (daki, konwertery C/C – mamy już na stałe X-SPDIF 2 MA), w sensie sygnał wolę przez dziadka NADa przepuścić, niż przez wejścia analogowe w nowoczesnym C658. Bo to brzmi lepiej. Owszem, ten C658 jako end-point Roona, względnie na swoim BluOS, podający sygnał do aktywnych monitorów czy wspomnianych monobloków gra bardzo dobrze, ale… tylko takie coś ma wg. mnie sens tj. bezpośrednie strumienie do nowego pre, bo konfrontując stare z nowym, to stare w domenie analogowej wypada lepiej. Różnica jest bezdyskusyjna. To podobna sytuacja do Sonosa AMPa, który potrafi zachwycić, gdy gra przyjmując sygnał cyfrowy, natomiast to co popłynie na wejściach analogowych mocno rozczarowuje. Bardzo.

Diaboły

Bardzo delikatnie podświetlone cyferblaty i to się pisze na wielki plus, bo nie świeci się wyzywająco tylko dyskretnie

Dobra, zacząłem od lamp, co w sumie nie dziwi zważywszy jak mocno przykuły do kanapy. Będzie o tym jeszcze nie raz, nie dwa, bo set lampowy obok nowoczesnego (Sonos, NAD, Ncore DiY) oraz obok tranzystorowej końcówki (starszej daty – wypada lepiej od nowych końcówek) zagości u nas na stałe. Na razie, mimo oczywistego koloryzowania, mimo oczywistego braku neutralności, jestem zachwycony i wiem, że każdy kto kocha słuchać musi czasami zrobić sobie wycieczkę w „inne rejony”. To wyzwalające doznanie, pozwalające na szerszą perspektywę – coś jednak jest i będzie koegzystować obok i jak NIE, tylko plik to się zwyczajnie pozbawiamy całego bogactwa, które oferuje świat dźwięków. Warto o tym pamiętać. U mnie igła była od zawsze (dom rodzinny), od wielu lat jest w redakcji (tylko przyjemność, bez wykorzystywania w redakcji, bo też koncentrowaliśmy się od początku na PC Audio) i tak już zapewne zostanie. Nie chcę tego zmieniać, co nie znaczy że nowe okoliczności (lampowe końcówki wraz z różnymi pre) nie będą współuczestniczyć w zabawie. Będą. Nie zmienimy profilu, nie taki przyświeca nam pomysł, ale jakieś piętno to -co powyżej- na pewno odciśnie na niżej podpisanym. Kocham różnorodność, mam eklektyczny gust, jestem wolnościowcem, nie potrafię w „jedną, jedynie słuszną linię” i cóż… w sumie nie pierwszy to raz, kiedy robi się w systemie rewolucja. Dźwięk robiony, DSP przenicowany będzie często, gęsto: potencjał korekcji pożenionej z silnikiem zapisanym w kodzie, na ultranowoczesnych Hypex-ach ze strojonymi efektorami to przyszłość branży – w to nie wątpię. Bez druta, często instalacyjnie, wpasowując się we wnętrza, będzie nam to grało i to będzie norma. To, o czym w dwóch pierwszych akapitach jest, to tęsknota za innością, za czymś prostszym (ofc nie w sensie, że łatwym do optymalnego skonfigurowania, dobrania), za minionym, za …zrozumiałym? Analogowa nuta, rowek, to co stanowi sedno, co wyznacza granice. Nowoczesne to tysiące zmiennych. Znaczy powrót do korzeni.

Ustawione, się gęsto zrobiło, trzeba będzie nowego rozwiązania pod sprzęt szukać

Staruszek na dole, w właściwie to dwa staruszki: igła i pre

Ultranowoczesny transport płytowy

Prześlemy sygnał przez to co powyżej, często mocno przerobiony w trzewiach CDT-10 (DoP do DSD256 np)

Konfrontuję to powyżej z tym, co trafiło do mnie ostatnio na tapetę. Zestaw źródeł NuPrime obejmujący dwa, super nowoczesne, wręcz awangardowe, transporty cyfrowe. Jeden – niby tkwiący w przeszłości – bo oparty na tacce, grający z płyty. Tylko na pierwszy rzut oka tkwiący, w tym co było, bo NuPrime CDT-10 to maszyna nie mająca specjalnie odpowiedników na rynku, transport wyposażony we własny system upsamplingu do wartości wyczynowych, podający na cyfrowych interfejsach sygnał przetworzony w domenie cyfrowej, przetworzony z myślą o wyczynowych przetwornikach, które właśnie trafiają na rynek. Mhm, w tym roku mamy prawdziwy wypust klamotów (Chiny atakują, ale nie tylko, bo staje się to powoli standardem) wyposażonych w interfejsy I2S, w możliwość przyjęcia sygnału o wcześniej niespotykanych parametrach ( przykładowo SPDIF poza granicą 24/192&Dop64… DoP128, próbkowanie PCM na poziomie nawet 1536KHz) itd. Pogoń cyferek, marketingowy odpał? Pewnie też, ale to wszystko żenione jest z zaawansowanym kodem i próbą (nie zawsze udaną, a wręcz najczęściej nieudaną) uzyskania lepszego efektu, progresu w stosunku do dźwięku „nierobionego”. Transport NuPrime na srebrnym krążku to właśnie tego typu strategia, tego typu myślenie – masz redbooka, zrób coś z tym. Napęd Philipsa zamontowany w środku i cała mechanika gwarantuje super kulturalną pracę, ale sednem nie jest to, co w odtwarzaczach CDA od początków formatu sednem było… tu chodzi o eksperymentowanie, próbę wyciągnięcia czegoś więcej z medium, z nośnika. Dla wielu takie podejście jest dogmatycznie błędne. Szanuję i rozumiem takie postawienie sprawy, ale jak wyżej – dla mnie eksperymentowanie, poszukiwanie, brak dogmatów jest czymś, co mnie kręci i czego nie unikam, a wręcz przeciwnie. Dlatego ten transport CDA (nie czyta egzotyki – stety, czy niestety, choć na szczęście przyjmie nagrane CD-R/RW i to wykorzystam podczas testów) to takie pole do zabawy, do zabawy dla kogoś, kto jednak kolekcji srebrnych krążków nie pozbył się, nie sprzedał na pchlim targu, nie oddał, nie – no zgroza – wyrzucił. Ma. Jak ma to pewnie od czasu, do czasu chętnie po nie sięga, nawet jak już w ten sposób dystrybuowanej muzyki nie nabywa. Ja robię to ostatnio wyjątkowo rzadko, czarne kupuję, ale płyty są i odtwarzacze w domu takoż, bo to też taki bezpiecznik jest. Bezpiecznik? No bezpiecznik, bezpiecznik, w sensie, że jak się słucha muzyki to albumu, EPki się słucha, a nie – jak to coraz częściej się dzieje – leci jakiś plikowy longplay i zaraz po odtworzeniu zaczyna się mieszadełko z algorytmami, AI, playlistami w tle (Roon Radio, Roon Discovery, Roon Vocus …). Tak, można wyłączyć, ale tego nie robimy, bo to fajne jest, odkrywcze jest, uzależniające jest. I dobrze, tylko też dobrze, jeżeli wracamy do słuchania kreacji twórcy, całościowej kreacji, a nie „z kwiatka, na kwiatek”. Jeszcze co do maszynki – jest pancerna, ciężka, w proporcjach nietypowych, raczej wyłącznie systemowych (kompaktowa szerokość z bardzo dużą głębokością). Stoi na firmowych antywibratorach, dysponuje niespotykaną baterią interfejsów (poza klasycznym SPDIF o nieklasycznych jw paramterach, jest w droższych często spotykane AES/EBU oraz niespotykane I2S fizycznie w gniazdko HDMI ubrane). Wielki, ciężki pilot aka cegła mówi: to ja, hajendowy klamot. Mhm, metalowa konstrukcja, odkręcane śrubkami wieczko, by baterie włożyć, błyszcząca na wysoki połysk, armia małych grzybków – przycisków, oczywiście metalowych, a jakże. Zachowany designersko porządek rzeczy, takie same, polerowane na wysoki połysk przyciski na froncie klamota oraz dotowy, niebieski, laboratoryjny display. To już wiecie o co chodzi. Generalnie jestem na wstępie mocno na tak, choć nie bez uwag odnośnie dźwięku przetwarzanego w trzewiach, o czym w recenzji będzie, a tu tylko wspomnę, że trzeba pilnować tego upsamplingu, bo jak przeskoczymy za daleko (nie zachowując multiplikacji zegara, tylko cząstkowy wybierzemy w stosunku do materiału) to odrzuca, źle brzmi, a jak jest bez to brzmi świetnie, a jak znowu zaaplikujemy DoPa (1 bitową konwersję) to …jest inaczej (wg. mnie ciekawie, szczegóły w recenzji będą). Eksperymenty.

To pewnie intencjonalny zabieg. Wygląda to purystycznie i retro modnie, co ma być pokazywane jest, choć cd-tekstu i tym podobnych usprawnień nie uświadczymy na displeju

Pilotem można zrobić dziurę w podłodze. Także uwaga na podłogi, no i na stopy uwaga ;-)

Góra pliki, dół płyty

Drugi jegomość to Omnia S-1. Pomysł zupełnie inny, oryginalny, nie mający swojego odpowiednika na rynku może poza all-in-one rodem z Chin (np. Zidoo), czyli próbą stworzenia czegoś do wszystkiego, zastępstwa dla RIP Oppo BDP, gdzie audio jest istotną częścią dania (ESS9038Pro, XLR, zasilanie itp) ze wspólnym mianownikiem – ANDROIDEM. Tu też jest robot, a robot w audio to kontrowersyjna sprawa, bo soute do audio nie nadaje się. Ha! No właśnie nie nadaje się, wiemy to od zawsze, bo choć Linuch (a to mobilny, w uproszczeniu, Linuch jest) nadaje się do audio znakomicie, to handheldowy OS jest skażony ograniczeniami i wieloma rafami. Systemowy mikser, brak bitperfect, problem z odtwarzaniem gapless i sporo by wymieniać jeszcze. Takie buty. No ale NuPrime postanowił powalczyć, tak jak walczą inni z tymi ograniczeniami i upichcić swój wariant OS, który by dźwignął temat. Wiadomo, w mobilnym, DAPowym świecie to standard, wszyscy właściwie na Andku jadą (albo na jakiejś egzotyce, ale to Andek jest tu pewnym punktem wyjścia) i ogarniają to bardzo dobrze. Wystarczy popatrzeć, czy raczej usłyszeć jak grają takie Kałachy (najdroższe przenośne playery Astell & Kern) by wiedzieć, że można. Tyle, że w stacjonarnym się nie stosuje, a nie stosuje się choćby z powodu wielu, lepszych alternatyw dla robota, nie stosuje się także dlatego, że stacjonarne nie musi czerpać korzyści (zarządzanie energią, ekosystem aplikacyjny…) z mobilnego OS. To są rzeczy zbędne, albo mniej istotne, mało istotne. No dobrze, ale NuPrime wymyśliło sobie, że będzie właśnie tak i wspomnianą powyżej skrzynkę zaprojektowało jako strumieniowca z funkcją renderera (odtwarzacza końcowego, end-point’a) oraz serwera, który nie tylko ma grać różne strumienie (z naciskiem na lokalne), ale jeszcze robić to na bardzo wyczynowym poziomie odnośnie parametrów. Stąd I2S w standardzie, stąd teoretyczne możliwości grania materiału z konwersją w locie PCM-DSD nawet na poziomie 45MHz. Wszystko ładnie, pięknie, ale jak popatrzymy na diagram, uświadomimy sobie, że nie ma czegoś takiego jak sterowanie przez webpanel (jest tylko zarządzanie podstawową funkcjonalnością, co sprawdza się do uruchamiania czy restartowania poszczególnych funkcji, aktualizowania i to tyle), własnej apki (choć Bubble uPnP, który tu musi być, rozwiązuje do pewnego stopnia ten brak), że skrzynka zarządzana jest właściwie tylko via podpięty monitor / klawiatura / mysz …co kłóci się z ergonomią użytkowania czegoś, co stoi na stoliku/regale w salonie to hmmmm. Dobra, rozumiem, inżynier zaprojektował, wyszło mu, że parametry OK, że działa jak zakładano, ale komuś tutaj coś bardzo istotnego umknęło. Po prostu.

Strumienie

Póki co, z „kolcami”

Walczę z tym klamotem, bo wiecie jak to u mnie jest – lubię dłubać, nie poddaję się, chcę szczególarsko i do basementu. Co mogę powiedzieć zatem na wstępie? Sprzęt wymaga pilnej aktualizacji, to oczywiste. Obecnie problemem jest tak podstawowa sprawa jak stabilność działania w sieci. A to przecież być albo nie być dla tego typu klamota. Mają te strumienie hulać. Podpięty pod switch, czy bezpośrednio pod router via LAN (można też w gniazdo zadaniowe, oznaczone U5) wpiąć bezprzewodowy moduł sieciowy, często, gęsto gubi się, znika, by po restarcie pojawić się i tak w kółko. To musi ulec szybkiej naprawie. Po kablu nie mogą się dziać takie rzeczy, zresztą w ogóle nie powinny takie manniany odchodzić. Jak działa to tak – panel nie daje nam właściwie specjalnie pola do popisu. Jak w końcu połączymy się z apką mobilną (Bubble) to można z przeróżnych źródeł, także własnych chmur (np. OneDrive), lokalnie, tidalowo, Qobuzowo itd słuchać. Tak, ale tu też parę rzeczy wymaga dopracowania. Reakcja na zmiany w aplikacji jest bardzo powolna po stronie klienta (Omnia S1). Ustawiamy cyfrowo poziom (ofc na 100) i czekamy. Czekamy za długo, to nie powinno trwać 5-6 sekund. A trwa. Dalej, jest problem z uzyskaniem dźwięku na interfejsach cyfrowych, a więc jedynej drodze wyprowadzenia sygnału z Omnii (no jest jeszcze Cast, obsługiwany tutaj w sposób dość osobliwy). Na optyku często jest cisza. Nie rozumiem dlaczego tak się dzieje, bo sygnał jest (światłowód świeci) i jaki by przetwornik nie był po drugiej stronie to jest jw. Także chrupie tutaj i wymaga to także naprawy przez upgrade. Wreszcie coś, co stanowi dość nietypowy, patrząc przez pryzmat korzystania z takich urządzeń, sposób sterowania, kontrolowania pracy… wystarczy popatrzeć na umieszczonego screena. Monitor nie chciał via HDMI przyjąć sygnału ze skrzynki, nie chciał pokazać UI. To źle, bo właściwie tylko w ten sposób możemy „dobrać się” do zawartości i ustawić na samym urządzeniu parametry jego pracy. Nie podpinałem klawiatury co była w pogotowiu i myszki, bo byłoby to daremne w tych okolicznościach. Sumując – ten produkt wymaga poważnej pracy u podstaw, wymaga zaktualizowanego software. I jeszcze na marginesie… uważam, że jak już jest ten Andek to firma powinna, wzorem wspomnianego A&K, pokusić się nie o wersję plain, smartfonowo-klasyczną interfejsu, tylko zrobić swój, oryginalny, własną nakładkę. Nie chodzi tu tylko o estetykę (np. pozostawienie funkcji typowo telefonicznych), a wygodę, ergonomię, UX. Jeżeli ma być po „inżyniersku”, z klawiaturą i myszą oraz ekranem to niech będą duże elementy interfejsu, duże ikony, a nie to, co jest. Bo to bez sensu wg. mnie. No i poza takim, nietypowym sterowaniem, własna aplikacja do ogarniania – koniecznie. Wspomniane, testowane u nas Zidoo, korzystało m.in. z przerobionego na własną modłę UI. Miało własny player. Mogło grać zawiadywane przez analog pilota (którego tutaj w ogóle nie ma w S1 btw) na mobilnej apce. Tak, Omnia S1 wymaga gruntownego przemyślenia przez producenta i wprowadzenia paru krytycznych zmian.

Pod aplikacją Bubble, niestety nie zawsze z sukcesem (patrz tekst)

HDMI na wizję podpięty

Jak widać, czy raczej nie widać. Bez sukcesu :(

Galeria poniżej:

» Czytaj dalej

Sinozębny na topowym poziomie? Mhm, ale to dopiero początek: Ananda BT test

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5512

Czy te słuchawki można traktować jako coś „on the go”? Na rower, spacer, czy jakąś sportowo-rekreacyjną aktywność? Absolutnie nie. Nie, bo nie nadają się z co najmniej dwóch powodów: są duże (i nie składają się w „pakiecik” – czyli trzeba jakiegoś solidnego nosidła) i są otwarte. OTWARTE. Tak, to ortodynamiki. Pamiętacie test Ananda po kablu? Pamiętacie? No to tutaj mamy tożsamą konstrukcję z modułem bezdrutowym. Wróć. Te słuchawki są zupełnie inne od modelu na uwięzi, bardzo inne, mimo wspólnej nazwy i tych samych przetworników. Kompletnie inne. Jakoś wersja po drucie nie rzuciła nas na matę (choć rekomendacja była – patrząc wstecz powinienem być bardziej zdystansowany w ocenie), tu jest zupełnie inaczej – te słuchawki to wysokiej klasy all-in-one: system słuchawkowy na łbie, lekki, działający ok. 8 godzin (takie czasy notowałem) …absolutnie wystarczajaco w codziennym użytku, choć dalece niewystarczająco porównując do typowych, mobilnych nausznic na BT, pozwalający uzyskać niebywale rozdzielcze, fantastycznie angażujące brzmienie po kablu USB. Dobre przetworniki skojarzone z wbudowaną elektroniką, która wzmacnia, przyjmuje strumienie, przetwarza, z ultrakrótką drogą sygnału podawanego jw. bezprzewodowo (z pewnymi kompromisami) lub przewodowo (absolutnie bez kompromisów, w jakości maks. 24/192). To jest coś, co wg. mnie może stanowić pewną wskazówkę, w którą stronę pójdzie branża. Nie ma tu (jeszcze?) takich ficzerów jak w przetestowanych przez nas, awangardowych Nura. Tyle, że to właśnie ten kierunek, bo dostajemy kompletne, w pełni na cyfrę otwarte, rozwiązanie, z synergią konwersji sygnału, odpowiedniego napędu oraz DSP. To ostatnie służy opisywanym HiFiMANom w tle, nie mamy specjalnie wpływu na processing, ale to nie oznacza, że kolejna wersja, czy kolejne wersje topowych nauszników nie otrzymają rozbudowanych aplikacji, pozwalających na dostrojenie słuchawek. Mhm, tak, mam tu na myśli to, co w kodzie robi Roon z Audeze (kalibrowanie pod dany model), przy czym na poziomie dużo bardziej zaawansowanym. Nura, AirPodsy Pro i inne masowo-rozrywkowe produkty pokazują w którą stronę to idzie, pójdzie. Ba, pokazuje to także mały grzdyl HIDIZIS S8 – autokalibracja, dopasowanie pod efektor. Tutaj dopasowanie pod konkretne uszy, pod konkretne warunki środowiskowe, pod źródło (w opcji po drucie)…

Bez kabla

Ananda BT to najbardziej zaawansowana obecnie konstrukcja, obiecująca przeniesienie wysokiej klasy systemu słuchawkowego, w kompaktowej, autonomicznej formie bezdrutowej lub/i z transportem cyfrowym po drucie (USB). Te słuchawki – jak wspomniałem powyżej – nie są dla słuchawkowego nomada. Nie znajdą zastosowania tam, gdzie zastosowanie znajdą Nighthawki, Momentum czy Soniacze z idiotyczną (podobnie ma Philips) nazwą literkowo-cyferkową. Nie. To słuchawki do swobodnego słuchania w chałupie (świetny zasięg modułu, bezstresowa, stabilna praca w opcji bezdrutowej), w ogrodzie, patio, działce, domu letniskowym nad jeziorem. Tak, tu moduł sinozębny będzie jak znalazł, dając nam wolność, pozwalając rozkoszować się dźwiękiem w pięknych okolicznościach przyrody, na zewnątrz. Tak, można te słuchawki potraktować jako przeniesienie tego, co mieliśmy na domowym, wysokiej klasy secie słuchawkowym, na wynos, ale właśnie tak, gdzieś w pociągu, samolocie – ok. Ale nie nomadycznie, bo to nie są słuchawki do przemieszczania się w środowisku np. miejskim. Nie są – musiałyby być zamknięte, musiałyby się składać, być mniejsze, w ogóle musiałyby być inne. Na szczęście nie są. Są takie – jak na razie – unikalne. Także fajnie, że producent zdecydował się na wprowadzenie do oferty tak nietypowego modelu.

Sinozębny to tylko część opowieści. Preludium, wstęp do tego, co wywarło na mnie największe wrażenie. Zacznę od tego, czego tu nie ma. Nie ma analogowego połączenia. Nie, serio, naprawdę, te słuchawki nie mają wejścia analogowego, innymi słowy nie ma mowy o konwersji ADC (i dobrze, bo zazwyczaj oznacza to degradację SQ), jest cyfrowy sygnał only. Albo w eterze, albo po drucie, a dokładniej via USB-C… czytaj nowocześnie, teraźniejszo, całe szczęście bez schodzącego microUSB. To, jak to gra w opcji przesyłu sygnału do wewnętrznego przetwornika C/A, jak gra szczególnie gdy zadbamy o właściwy materiał to coś, czego moim zdaniem jeszcze nie doświadczyliśmy na tym pułapie, a śmiem twierdzić, że niektóre cechy tego brzmienia ostawiają na bocznicę flagowce podpięte pod mocarną elektronikę (jak moje LCD-ki 3 wpięte w iHA-6/P1 z dakiem D1 na dwóch ESS9038Pro). Natychmiastowość, szybkość, niesamowita dynamika jakiej doświadczamy, słuchając Ananda BT via USB z …w sumie dowolnego, cyfrowego transportu (przykładowo iPada Pro) to jest coś, co skłania do głębszej refleksji nad ograniczeniami jakie niesie ze sobą dzisiejsza technika cyfrowa, samodzielne dopasowywanie różnych elementów, tworzące (często) przypadkową, niekoniecznie optymalną konfigurację. Tu jest zdecydowanie lepiej! Tak, już wcześniej dało się odczuć, że w tym graniu bez zbędnej, zwielokrotnionej konwersji (ADC), względnie przypadkowemu połączeniu elektroniki z efektorem (analog), na słuchawkach mobilnych BT (wspomniane Nura, Momentum OvE, Symphony 1 itd itp) podłączonych do transportu via USB robi się coś magicznego, coś wyjątkowego. Dźwięk stawał się bliski, bezpośredni, jakby ktoś odsłonił kotarę. Wrażenie potęgowało porównanie z bezdrutowym strumieniem – co jeszcze nie było aż takie zaskakujące, a wręcz spodziewane – oraz… z analogowym połączeniem nausznic z jakimś słuchawkowym setem. Wielokrotnie powtarzana czynność (patrz testy) zawsze dawała ten sam rezultat: po cyfrowym drucie, gdy zera i jedynki zostają przetworzone w muszlach i momentalnie doprowadzone do analogowych przetworników robi się zjawiskowo, inaczej, lepiej. W przypadku Ananda BT mamy to na poziomie jeszcze bardziej, bo też wyjściowo skojarzono tutaj powyższą koncepcję z wysokiej klasy ortodynamicznym efektorem. To nie jest ta sama półka co wspomniane, skądinąd bardzo udane, świetnie brzmiące modele „on the go”. To w końcu coś (Ananda), co stworzono pod kątem stacjonarnego, wypasionego toru słuchawkowego. Coś, co zostało pożenione z miniaturyzacją, autonomią, synergią całości w jednym opakowaniu.

Wow!

A jeszcze, jakby tego wszystkiego było mało, mamy wejście na solidny, w komplecie dostarczany, mikrofon kierunkowy. Tak, moi drodzy, jak ktoś chce naprawdę dostać drgawek przy jakimś trashowym horrorze z samym sobą w roli przekąski, w (przepraszam nie mogłem sobie darować) „bede grał w gre” – myśli wielkich ludzi – Anżej Duda, to już wiecie jakiego kalibru* pakiet otrzymujemy tutaj w komplecie. Granie w cokolwiek, gdzie dźwięk nie robi tylko tła, jest ważny dla fabuły, dla akcji, to coś, czego zdecydowanie warto doświadczyć. Plus ten wspomniany i obowiązkowy w multipleju mikrofon. Słyszymy świst kuli tak mocno organicznie, szepcząc „o ja p…” , że wszyscy z teamu już wiedzą: kres istnienia blisko.

Po kablu… ale cyfrowym

Więcej? Bardzo proszę…

* „Yamato” 18″ aka 457mm

 

» Czytaj dalej

Matrix Audio element i …hajedowy streaming za niezbyt wiele

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_5780

No dobra, nowe MA to zerwanie z dotychczasowym na rzecz zupełnie nowego. Nie daki, nie wzmaki, nie osobne komponenty dopełniające system, a całościowe, integry cyfrowe. Tym jest linia element (poza kartą dla pieca, opisaną tutaj i tutaj). Ambitnie, z własnym OS, z własnym patentem na sieciowe granie. Do tej pory każda kolejna generacja urządzeń Matrix Audio to coraz doskonalsze, nowsze układy ESS w jednej z najlepszych (pomiary ASR) „interpretacji” na rynku. Do dzisiaj w czołówce, wg. mnie nie do pobicia w zakresie kompetencji, flagowe X-Sabre Pro, coś co wyznacza nie tylko pułap jakościowy tego co z komputera/sieci do poziomu dychy, ale w ogóle wyznacza pewien kres (znowu pomiary, ale też – bo testowane dwukrotnie u nas w wersji bez i z MQA tu i tutaj) możliwości technologicznych w wyciąganiu muzycznych zer i jedynek. A jak tak, to firma postanowiła ambitnie zrobić coś nowego, innego, zaoferować na rynku skalowalne (patrz obrazek poniżej) rozwiązania z zakresu all-in-one. Czasami z ampem, zawsze z wysokiej klasy kością (jak zwykle ESS – są wierni, póki co, temu krzemowi pożenionemu z interfejsami XMOS), jak zwykle z grubego alu na CNC obrabianych obudowach, tradycyjnie spasowanym mistrzowsko, OLEDowo informującym nas o odtwarzanej treści – no takie to właśnie, te elementy są. Nowe, z kolejną literką, ujrzały światło dzienne i ten z najniższego pułapu cenowego przetestowałem dogłębnie.

  

Na wstępie wyjaśnienie. Tak – nie mam wątpliwości, że implementacja ESS 9028Pro (czegoś, co montują ceniący się, w klamotach za dyszkę i więcej), interfejsu USB z I2S (jak zwykle bezkompromisowo aż po obecny kres tj. 45Mhz), zbalansowanego toru sygnału to nie jest poziom klamota za 4 tysie z hakiem, to poziom właśnie tej dychy i nie ma tu żadnej przesady, bo organoleptycznie mimo kompaktowości inni mogliby się jakości w metalu uczyć od MA. Także mamy owy „hajend” i jak komuś po drodze z zewnętrznym, nie firmowym oprogramowaniem zawiadującym, wyciągającym ostatnie soki z tej konstrukcji to naprawdę cieżko będzie znaleźć odpowiednik funkcjonalno-jakościowy. Nawet jeżeli przyjmiemy, że takim scenariuszu ścigają się nowe „Polewy” (Toppingi) czy inne SMSLe, albo Sabaje, albo… Mein Gott nawet nie wiecie jaki zalew dobra jest teraz na rynku. Ja nie wyrabiam i chyba nikt już nie wyrabia z nowościami z Państwa Środka. Klęska urodzaju taka, że człowiek gubi się w tych kartonach, miesza mu się specyfikacja kolejnych literko-cyferek (modeli). Jeszcze dzisiaj poza niniejszą publikacją przeczytacie o zestawie z najwyższej półki, czyli w realiach zza Wielkiego Muru na poziomie wyższe HiFi. I to jest w sumie bardzo ok i ten wzmożony, wszechwielki wybór jaki nam się od paru lat coraz bardziej uskutecznia to tylko z korzyścią dla konsumenta. Wiadomo. Element i nawet w tej mocarnej konkurencji wychodzi obronną ręką (za moment – serio, w końcu mam czas na pisanie*, będzie o M500 i o D90), a przecież z zewnętrznym softem to trochę jakby DAC vs DAC, choć tu w tytułowym jest jednak mimo wszystko przewaga drutowej czy bezdrutowej sieci i pełnej (czego inni Chińczycy nie oferują) integracji z takim Roonem. Tak certyfikat po paru miesiącach, ekspresem, bez czekania nie wiadomo kiedy… słyszy NAD? Słyszy?! Co z tego, że testowany 658 z dirac taki supernowoczesny, jak nadal bez certyfikacji, na czerwono pod wspomnianym front-endem. Słabe to w opór! Ponad rok od rynkowej premiery!

Z końcówką podpiętą gdzie trzeba (za druta ze wzmocnieniem robi M-PWR audiolaba) też bardzo się podobało,
z własnej dziurki okey, lepiej z iHA-6 (HE-400!) …co w sumie nie dziwi. Jako DAC świetnie, podobnie jak odtwarzacz Roon Ready.  

Także tutaj mamy inaczej, pełny, certyfikowany RAAT (pełna identyfikacja klamota pod Roonem). Oczywiście po sieci mniej (ograniczenia w obsłudze wysokich hiresowych parametrów) niż za pośrednictwem komputerowego transportu (USB lub I2S), ale wybitnie od strony SQ, a to przecież najważniejsze. To jak, będzie hymn pochwalny, ochy i achy tylko, tak? Ano nie będzie. Jako że wredna małpa ze mnie, która zawsze znajdzie dziurę w całym i szczególarsko przemagluje sprzęt, wytykając wady, niedociągnięcia, także tutaj mimo świetnych rezultatów pod Roonem i ogólnie wysokich bardzo kompetencji w przetwarzaniu i dostarczaniu jakościowo pierwszorzędnego sygnału po konwersji …wytykam, krytykuję, pomstuję. A jest na co i to jednocześnie dobry przyczynek do wałkowanych na HDO od „zawsze” rozważań na temat prymatu kodu, podkreślaniu jak ważną częścią współczesnego audio jest software. To cześć składowa produktu pt. element i ta część składowa nie wypada tutaj zadowalająco. Znowu, nie jakościowo – bo jak już coś sobie za pomocą MA Playera (tak się, to, to cudo nazywa) zapuścimy to będzie równie pięknie, a może nawet, nawet piękniej niż pod Roonem (SQ w opcji sieciowej, nie via USB/I2S), ale dopiero wtedy gdy strumień w ogóle się objawi i skonwertuje, a z tym bywało różnie. Zaintrygowani? No fajnie, to zapraszam do rozwinięcia…

 * żelazna reguła: słucham krytycznie, testuję – nie piszę, chyba że szybkie i krótkie notki, ale nawet tu zazwyczaj pauza, stop. Inaczej nie umiem.

AKTUALIZACJA: Ogarnęli. Po najnowszych poprawkach Tidal HiFi działa. Także jeden z poważniejszych fuckupów wykreślony z listy.

» Czytaj dalej

Alternatywa: Audirvana + stream highresaudio. Efekt? Tidal out!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2019-07-3 o 13.47.59

Audirvana od niedawna nie jest wyłącznie jabłkolubna, jest dostępna dla szerokiego grona zainteresowanych, developer w końcu wprowadził wersję dla Windowsa. Wspominałem o tym, oprogramowanie pierwotnie integrujące biblioteki iTunes bez ograniczeń narzucanych przez Apple (tak, trzeba było zmieniać ręcznie ustawienia dla hi-resów, serio, tak kiedyś to wyglądało), wyewoluowało w jeden z najmocniejszych odtwarzaczy softwareowych na rynku. Obecnie, w wersji 3.5, software może śmiało konkurować z innymi rozwiązaniami tego typu na rynku. Do front-endu Roon brakuje tutaj zaawansowanego DSP, rozbudowanej obsługi stref i technologii / wsparcia dla sprzętu audio (daki, streamery, protokoły) oraz samego zawiadywania bibliotekami, ale… ma Audirvana pewien atut nie do przecenienia. Tym atutem jest integracja streamu highresaudio. Od trzech dni testuję (macie tydzień darmowego streamu do przetestowania tematu) i muszę powiedzieć, że jakość jaką oferuje ta usługa MIAŻDŻY popularnego Tidala (popularnego wśród osób, które zwracają uwagę na takie szczegóły jak bezstratny strumień, bo Tidalowi daleko do potentatów streamingowych tj. Spotify czy Apple Music). Tidal zdecydował się na kontrowersyjną technologię MQA, de facto stratną kompresję, która ma zagwarantować lepszą jakość dźwięku (wg. autora nie gwarantuje) niż flaczkowy 16/44, jaki Tidal/Wimp wprowadził jako pierwszy. Od paru tygodni Roon ma Qobuza, podobnie jak Audirvana, także tutaj nie ma zasadniczej różnicy, ale z Qobuzem taki problem, że jest niesłowny… obiecywano równoczesny start usługi w Hiszpanii, Włoszech oraz w Polsce jeszcze w 2017 roku, a tymczasem w kraju nad Wisłą, jak nie było hi-resów z Francji, tak nadal ich nie uświadczymy i nie ma już w tym względzie żadnych zapowiedzi ze strony usługodawcy. Można bawić się w VPN, ale to z miejsca (brak oficjalnego dostępu) ogranicza Qobuza, do tego dochodzi (podobnie jak w Tidalu) promowanie kontrowersyjnego MQA (część katalogu, dostępne są także albumy w PCM/DSD w jakości > redbook).

To, co robi różnicę: stream highresaudio

Widać, że ktoś tu wybrał inną drogę, drogę mniej, ale lepiej. Mniej, w sensie, nie miliony albumów, a dziesiątki tysięcy, ale to co jest (a jest całkiem sporo, choć oczywiście trudno tu mówić o takiej swobodzie wyszukiwania jak w innych miejscach) to naprawdę topowa, znakomita jakość materiału. Nie dość, że mamy najlepsze wytwórnie, dostęp do najlepszych katalogów, to strumień hi-res jest …faktycznie strumieniem hi-res. To, przykładowo, bitrate 2200~3000 kbps, nieosiągalny w innych miejscach (poza nielicznymi wyjątkami vide Qobuz, niestety tam strumień przycina się pod mobilne). To przykład bezkompromisowości w zakresie przesyłania muzyki via Internet, najlepszego strumienia (no jest PrimeSeat z Nipponu, ale to ciekawostka, tj. stream DSD o jeszcze wyższych parametrach), gdzie nie ma sztuczek (VBR), gdzie mobilne nie decyduje o parametrach, gdzie liczy się tylko i wyłącznie jakość dźwięku. Dynamika, rozdzielczość (detale, wgląd w nagranie) są tutaj na referencyjnym (z pliku) poziomie. Sprawdźcie sami, to naprawdę robi różnicę!

Najlepsze labele

Najlepszy materiał

Sama aplikacja jest baaardzo prosta w obsłudze, właściwie większość tego, co „pod maską”, konfiguruje się z automatu, nie ma jakiś wyszukanych i rozbudowanych opcji przeglądania, zawiadywania bibliotekami, ale też w tej prostocie tkwi duża zaleta alternatywy. To łatwe, proste i oswojone… każdy, kto słuchał kiedykolwiek muzyki z komputera czuje się „jak w domu”. Nawigowanie przypomina foobara (jest – wreszcie – mobilna wersja tej aplikacji pod iOS, niebawem wpis o tym), to co niezbędne jest, można praktycznie odrazu rozeznać się w temacie. Oczywiście nie jest tak, że bez wad. Poza wymienionymi brakami w porównaniu do bardziej zaawansowanych aplikacji, softwareowi brakuje stabilności działania (głównie mam tu na myśli omawiany „w pakiecie” stream highresaudio), czasami zawieszają się interfejsy audio, poza tym trzeba wstrzymywać pracę danego, by odpalić innego klamota (Roon pozwala na granie w tym samym czasie przez wiele urządzeń, tutaj Audirvana nie jest żadną konkurencją, bo tego zwyczajnie nie umie). Do tego nie widzi innych sieciowych urządzeń niż te z obsługą uPnP/DLNA, co wyklucza całe mnóstwo sprzętu z innymi technologiami, protokołami. To bardziej – i tak należy na to patrzeć – odtwarzacz osobisty audio, oprogramowanie do słuchania z jednego klamota. Zresztą, nawet ustawienia dla poszczególnych, podłączonych pod komputer urządzeń, powielają się dla każdego interfejsu, nie można dokonać nastaw odmiennych dla każdego. Także o multiroomie, o strumieniach Cast, airplayowych zapominamy.

Tidal 

Klasyka odnośnie zawiadywania, wyszukiwania, trochę trąci myszką, ale nie o to chodzi, bo chodzi przecież o muzykę, o nic innego, prawda?

Niby można zainstalować aplikację mobilną, ale jej działanie pozostawia sporo do życzenia. De facto, obecnie, jest ona bezużyteczna (często przerywa odtwarzanie), także jako aplikacja sterująca sprawdza się raczej do kitu. Także, choć jest w App Storze, to nie polecam, bo nie dość że płatna (tak płatna, mimo zakupu samego programu oraz opłacenia streamów), to nie daje satysfakcji. Można użyć oprogramowania do obsługi XBMC (tak też robię), uzyskując podstawową obsługę zdalną, można też posiłkować się jakimś oprogramowaniem do zdalnego zawiadywania (komputerem) typu zdalny dostęp/pulpit. Nie jest to wygodne, nie jest w żaden sposób porównywalne z Roonem, dlatego jak wyżej – to rozwiązanie do osobistego korzystania: komputer/interfejs/efektor. Stara szkoła. Godząc się na te, wymienione powyżej ograniczenia funkcjonalne, dostajemy w zamian coś, co pieści ucho, gra na poziomie lepszym od Tidala zintegrowanego zarówno pod Audiorvaną, jak i Roonem. Nie znajdziemy tutaj internetowego radia  (żadnych rozgłośni), jakiś algorytmów podpowiadających, wyszukujących, muzykę nam serwujących. Nie. Tu jest tylko to co sami wybierzemy i naciśniemy „play”. Czyli dla purystów, ale też dla tych, którzy chcą muzyki z sieci słuchać w najlepszych okolicznościach przyrody. Jakość jest tu na pierwszym miejscu, zdecydowanie. Sam soft pozwala na optymalizację pracy komputera (sysop), co pozwala nie zawracać sobie głowy w dłubaniu w OS. Widać, że chodziło o stworzenie czegoś prostego, czegoś co w najprostszy sposób pozwala słuchać muzyki z kompa.

Ubogo, w porównaniu do Roona, ale też  inna filozofia.: PC -> interfejs -> efektor

SQ robi tutaj, stream wysokomocny, najlepsza jakość

Do wyboru

Optymalizacja pracy OS. Leci sobie 1k utworów w mieszadle. Niestety czasami się gubi (traci połączenie).
Crystal Castles… tak, taka muzyka też jest w highresaudio streamie

To taki powrót „do korzeni”, z świetnym jakościowo streamem w opcji. Właściwie bez highresaudio to ciekawostka, ale ten strumień robi zasadniczą różnicę. Wiele z oferowanej muzyki jedynie tam, jedynie za pośrednictwem tytułowej obsługi, pozwala osiągnąć najlepszy jakościowo efekt. Po prostu nikt nie oferuje takiego strumienia, jak narazie, zintegrowanego w swoim rozwiązaniu (Roon jest tu oczywistym kandydatem, bo też, póki co, nie jest mobilny, nie koncentruje się na graniu na wynos i raczej, nawet jak będzie dostępna taka opcja, nie będzie to sedno). Innymi słowy to coś dla ludzi, którzy słuchają muzyki w zaciszu domowym, na wysokiej klasy sprzęcie, albo po prostu na sprzęcie HiFi, na stacjonarnych słuchawkach, którym zależy na jak najlepszym SQ. Taki tandem pozwala na to, by z Internetu grać na poziomie dotychczas w strumieniu prawie, że nieosiągalnym (na takim poziomie, poza Qobuzem, w ogóle nieosiągalnym). Fajnie, że jest taka alternatywa, alternatywa nie dla każdego, dla niektórych ciekawe uzupełnienie (myślę o użytkownikach Roona). Sama aplikacja kosztuje około 250 złotych. Jest wartościowym rozwiązaniem, choć – i to trzeba sobie powiedzieć wprost – nie jedynym, bo przecież jest świetny JRiver oraz darmowy foobar etc. Tak, czy inaczej, mam nadzieję, że strumień highresaudio będzie niebawem dostępny także w innych kombajnach audio, bo to coś bardzo, bardzo wartościowego. Jakościowo, podkreślam, bije Tidala na głowę.

I to jest coś, co robi zdecydowanie różnicę na plus. Doskonała jakość strumienia, najlepsza wg. mnie, jaką oferuje usługa streamingowa na rynku

 

 

Trzeba korzystać z alternatywnych zdalnych pilotów, jak jest KODI to jw. Niestety trzeba, bo…

…to powyżej, to niedopracowane guano

Future Fi is HERE! Sonos Amp w redakcji. No to jedziemy po bandzie…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_1067

Wczoraj z rana paczka wpadła przez okno. Sonos Amp. Namacalny dowód na to, że w audio trwa rewolucja i tej rewolucji nic już nie powstrzyma. Amp jak amplifikacja. Tak, podobnie jak Google (spudłował z Q), jak Amazon (zrobił dobrze ze swoimi nowymi HiFi produktami tj. strumieniowcem i wzmacniaczem), Sonos wprowadził produkt, który może okazać się prawdziwie przełomowy (dla domowego audio – nie przesadzam). Sonos nie jest tu jakimś beniaminkiem. O nie! To Sonos był pierwszy, przy czym ZP-ty (ZonePlayery) teraz inaczej nazywane (też amp i jeszcze ten, no connect), od zawsze w ofercie, były produktami uzupełniającymi, w cieniu tego, z czym nam się Sonos kojarzył od zawsze. Wiadomo – samograje (w sensie, głośniki bezdrutowe ze strumieniami). No dobrze, to w czym rzecz? Ano w tym, moi drodzy, że to jest coś, co będzie EWOLUOWAĆ i integruje WSZYSTKO. Sonos mówi o tym bardzo wyraźnie i przygotował ten sprzęt pod wyzwania jutra, tyle że już dzisiaj można (z wielu rzeczy) cieszyć się, po odpakowaniu. To jest właśnie FUTURE FI. Ekosystem. Rozwiązanie systemowe. Element większej (znacznie większej) całości. Sonos Amp to łącznik dwóch światów: klasycznego HiFi z masowym sprzętem AV. Przecież nic nadzwyczajnego, powiecie. Mhm. To dopiero początek. Wymienione przed chwilą podlane jest otwartością (kompatybilnością) oprogramowania z wieloma alternatywami, z wieloma propozycjami softowymi dla zatwardziałych muzykofilów (ehę Roon, ale nie tylko Roon!), gdzieś tam kołaczącym się inteligentnym domostwem i przyszłością sterowania czymkolwiek via AI. Sieciocentryczne coś. To DUŻE coś. Wiecie – kod. To jak z komputerem, który bez systemu operacyjnego, bez dostępnego oprogramowania jest niczym. Przykład? Nowy Amp pojawia się w świetnym Vox Playerze, z doskonałym modułem internetowego radia (czego w Roonie bardzo brakuje) i mam dostęp do pierdyliarda histreamowych sieciostacji. Pięknie? No pewnie, że pięknie! Pięknie jak cholera! Właśnie tak ma to audio teraz wyglądać. Bez ograniczeń. To tylko przykład, bo można tym sypać jak z rękawa (Spoty Connect, agregacja streamów w firmowej aplikacji, protokoły Apple pod dachem itd. itp.) Jako end-point zagra nam to w Roonie zarówno via AirPlay 2 jak i w sonosowym protokole (sieć mesh – znaczy LEPIEJ od jabłkowego – bo pewniej, bez najmniejszych interferencji no i bitperfect). Sumując, żaden inny producent z branży nie będzie nigdy (chyba, że coś się tu zmieni… paru próbuje) oferował takiego wsparcia, takiego rozwoju oprogramowania. A to ono jest tu kluczowe. Analogia z Roonem? Mhm, dobra analogia.

Co napisałem powyżej potraktujcie jako liźnięcie tematu. Pobieżne. Bo dalej jest jeszcze lepiej. Chcemy integrować kino prawdziwie bezdrutowo? No wiadomo, dwie duże podłogowe paczki na 125W końcówkach tytułowego klamota*, Sonos One (bo mikrofon, bo AI) z drugim, zwykłym :1 jako tyły i klasyczny sub pod wyjście w Sonos Ampie. Dialogi? Mhm, jest na to sposób, bo zrobili to via DSP, a wiem z pewnego źródła, że integracja centrala z prawdziwego zdarzenia będzie (podobnie jak wyjście poza 5.1 na obiektowy tj. Atmos …te sprawy). Mało? Dobrze, to lecimy dalej: analogowe, RCA, z pełną korekcją (z pełną korekcją pracy wejścia!!!) I tutaj „sonosujemy” dowolne źródło. Jakiś audofilsko odjechany streamer / DAC? Proszę bardzo. Gramofon (no oczywiście że sprawdzimy jak to w praniu wyjdzie, znaczy staruszek NAD 5120 zrobi się bezprzewodowy (sic!))? Proszę, nie ma problemu. Może chcemy srebrny krążek, tuner kablowy/sat/wizyjny, albo sokowirówkę (żartowałem) – proszę, proszę, smaczny soczek z rana… czemu nie?

Mało? Dobrze. To lecimy na zewnątrz ze strefami opartymi na głośnikach instalacyjnych. Albo wewnątrz, też w oparciu o pasywne, wbudowane w ściany – właśnie – głośniki, nie kolumny. Przecież instalatorzy to pokochają (tak jak kochają wcześniejsze Sonosy, ale te wcześniejsze nie mają tego, co ma nowy – nie są w pełni i nie będą w pełni Future Fi). Mało? No okey, to wrzucamy kolejne biegi… za kilkanaście dni Ikea na konferencji pokaże sonosolubne (pełna kompatybilność z ekosystemem) samograje. Różne. Tanie. Do kibla, do łazienki, do ogródka, do garażu… multiroom dla mas? Owszem, przy czym na (wg. mnie) najsensowniejszym, najbardziej pewnym i najprostszym poziomie integracji (wszystko) z interfejsem (docelowo głos). To nie musi być skomplikowane i nie będzie.

Nie będzie? Podłączenie tego sieciowego wzmacniacza to, w przypadku mostka Sonos Bridge, parę sekund w aplikacji (dobra, pobiera się aktualizacja, teraz zawsze będzie pobierać się jakaś aktualizacja na starcie, takie czasy!) i już. Nawet konfigu sieci domowej nie musicie. Poniżej na zrzutach ekranowych można zobaczyć jakie to proste, nieskomplikowane, jakie to samosię. Ktoś powie – klasycznie i wyłącznie analogowego klamota wystarczy podpiąć. Zgoda. Ale analogowy nie umie tego, co powyżej. I na takim poziomie, bezsprzecznie, potrafić nigdy nie będzie. Tutaj kod warunkuje możliwości, a te dają jak napisałem powyżej, NIEOGRANICZONE możliwości. Można w oparciu o tego Sonosa budować coś, co będzie wielostrefowym systemem, będzie robiło AV bez kucia ścian, będzie ogarniać wszystkie obecne, jak i przyszłe siecioźródła, będzie integrować bezkolizyjnie dowolne „klasyki”, względnie z nowoczesnym sprzętem firm trzecich współpracować, no i będzie future-proof. No nieźle. Dokonuje się realny postęp. Wystarczy posłuchać amplitunerów kina domowego sprzed paru lat z konstrukcjami, które są obecnie nie czasie. To jest przepaść. Przepaść na korzyść teraźniejszych konstrukcji bezapelacyjnie, w jakości, w SQ. Tutaj btw ten element będzie można (yes!) w ogóle wygumkować. Po co amplituner KD? No właśnie, po co?

Takie coś krążyło w Las Vegas, w styczniu, podczas targów CES…
…tańszy sub (core) oraz „Atmos Surrounds” (rzecz jasna tylko poglądowa to rycina)
Te 700$ za dźwięk obiektowy to mało, ale tu chodzi raczej o uzupełnienie systemu o jw, a nie całość.
To już nie mało, choć nadal atrakcyjnie jak za dźwięk obiektowy bez drutów… 

Co zapowiada sam Sonos? Ano zapowiada (CES) tańszego bezdrutowego Suba oraz efektowe głośniki do stworzenia systemu dźwięku obiektowego. Bardzo, bardzo bym sobie życzył, żeby za tym wszystkim poszło jeszcze jedno COŚ. Mhm. Dokładnie. Wielokanałowy dźwięk audio. Muzyka rozpisana na więcej niż dwie paczki. Druga szansa dla tematu, może ostatnia taka, w strumieniu, a nie na płycie, nie tylko binauralne (czytaj pod stereo robione i nisza, ciekawostka taka), ale faktycznie wielokanałowe audio. Jakże by miło było, gdyby ktoś nam to zaoferował. To inne doświadczenie, wierzę, że dla wielu zaskakujące i inspirujące (do wyjścia poza stereofonie). Nie, nie, nie – nie chodzi mi o to, że stereo out, absolutnie nie, bo tak już jesteśmy przez naturę stworzeni, że to stereo ma miejsce i ma być, ale jakże fascynujące byłoby (szeroko) wyjście na nowe doznania, no coś (serio) nowego. Bo można rzecz jasna podniecać się nowymi formatami, doszukiwać się różnic w źródłach CDA va hi-res, poszukując jakiegoś absolutu, dążąc do perfekcji. To kręci, ale kręci też coś z zupełnie innej beczki. Wierzcie mi – kręci.

Patrząc na to całościowo, inni też w tym kierunku kroczą. Robią to, choć na nieco innym pułapie integracji, budowy spójnego rozwiązania. Robi to taki NAD, robi to Yamaha i wielu innych też robi, próbuje. Sonos nie był do tej pory postrzegany jako ktoś, kto mierzy w HiFi, kto mierzy (tak serio) w kino (choć grające belki i podstawka wskazały kierunek zainteresowań). Teraz to się zmieni. Zresztą, popatrzcie co robią inni giganci IT. To nieuniknione. Przenikanie się w dziedzinie reprodukcji dźwięku oraz wyczarowania kinowej wizji (e tam, to już w sumie udało się osiągnąć, bywa na takim poziomie, że w kinie nie dostaniemy tego, co dostaniemy w domu), przenikanie się IT z branżą audio i audio/wideo to dzisiejszy i jutrzejszy aksjomat. Nie bójmy się tego, starajmy się to zrozumieć, pozwólmy się oswoić. W sumie, nie mam wątpliwości – nie mamy innego wyjścia. Sonos Amp będzie przeze mnie przenicowany na wylot. Sprawdzę każdą możliwą konfigurację, nawet najbardziej dziką. Sprawdzę, czy w eterze granie nie jest dla (tradycyjnie po drucie grającego) klamota deprecjonujące, korygujące SQ w dół, sprawdzę jak będzie się ten Sonos sprawdzał w najlepszych audio front-endach, sprawdzę czy kino daje radę, ocenię całość rozwiązania pod kątem ergonomii, prostoty obsługi (było już na łamach, ale tym razem właśnie pod kątem ekosystemu, całości). Będzie sporo pracy, ale też sporo frajdy. Lubię kompy, a tu będą kompy (bo Sonos Amp to komp jest), ale jeszcze bardziej lubię muzykę, a ta muzyka via Amp będzie musiała zadowolić ucho, sprostać oczekiwaniom. Wiecie, czytałem, niektórzy mówili że na dzień dobry gra to, to zbyt analitycznie, zbyt cyfrowo, zbyt szkliście, ostro. Mhm. To jest audio-komputer, to od czego są ustawienia? Od czego jest DSP, od czego jest EQ? Tak, to odstępstwo od wierności (czym jest wierność? A co się dzieje w studio? Jak wygląda processing? Przecież tutaj przedmałżeńskie współżycie – stosując kontrowersyjną analogię – ma zawsze miejsce, no zawsze, bo to reprodukcja li tylko, interpretacja tylko). Ma się podobać, ma wywołać zachwyt, ma być proste, łatwe i przyjemne w obsłudze, ma dawać możliwości. Takie ma być!

A będzie? Cóż, we will see…

Fotogaleria z rozpakowania, instalacji i pierwszego posłuchania (w różnych okolicznościach przyrody, ale jeszcze bez kina, choć już z HDMI wpiętym gdzie trzeba).

PS. Nie ma problemów synchro audio z obrazem (a jednak coś na temat kina w zajawce się udało ;-) )

PPS. Zostaje

* tylko 55W w ZP było ograniczeniem, teraz każde paczki podpięta być mogą

AKTUALIZACJA! Robimy recenzję (powyżej/poniżej macie wprowadzenie, pilota, wstęp do future-fi uczty) na raty, ale wszystko w jednym miejscu, tak old-style’owo, nie klikbajtowo (bo ponieważ mamy to w czterech literach), klikasz i masz (a nie że pierydyliard stronek, albo pociachane to na części). So…

CZEŚĆ 1 – SONOSowanie źródeł: high-endowa cyfra on route (poniżej, już dostępne) 24.03

CZĘŚĆ 2 – SONOSowanie źródeł: analogiem w eter, czyli strefowy gramofon on route (25.04) AKTUALIZACJA

CZĘŚĆ 3 – Wielokanałowe granie po SONOSowemu, SONOekosystem: audio kwadrofonia, HDMI ARC on route (robi się, robi)

CZĘŚĆ 4 – ARTIFICIAL INTELLIGENCE, w skrócie AI. Co nam to daje? W audio, w wideo, w agregacji treści, w sterowaniu chałupą (się zrobi, jak nam Google Assistant w Sonosie zadziała, też .pl)

» Czytaj dalej

Auralic VEGA G1: pierwsze wrażenia, zupełnie inaczej niż wszędzie indziej

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
IMG_0155

VEGA = DAC. Skojarzenie prawidłowe, patrząc na to, co oferował Auralic do tej pory… klasyczny przetwornik. Tyle, że teraz wszystko się kompletnie pokiełbasiło. Czym jest VEGA G1? Przetwornikiem? No nie tylko, a może nawet nie przede wszystkim… to może streamerem, bo przecież jest LAN (tylko LAN, bez druta samo z siebie nie zagra to)? Hmmm, mówią streaming DAC na tego klamota, ale to według mnie też do końca nie mówi nam całej prawdy o tym klocku (ciężki gabaryt, oj ciężki, lubimy takie obfite ;-) ). To może – bo z przodu pysznią się dwa jacki – to może słuchawkowiec rasowy, z tym co powyżej? No cóż, nie bardzo, bo akurat tutaj od razu, mówiąc szczerze, nie owijając w bawełnę, jest poniżej oczekiwań… jak ktoś chce na słuchawkach to niech od razu przygotowuje się na osobnego ampa. To cholera ki diabeł? Ano właśnie…

G1 to sprzęt bardzo, ale to bardzo enigmatyczny. Niby strumieniujący przetwornik, ale według mnie przede wszystkim cyfrowe pre. To jest kluczowy element tej konstrukcji i coś, co decyduje o wartości tej propozycji. Można zastanawiać się, czy to, co dostajemy, warte jest wydania niemalże 17 tysięcy, czy producent przypadkowo nie woła nieadekwatnie, za dużo. Topowe G2 ma sporo więcej i sporo lepiej, ma mocniejsze trzewia (tu platforma Tesla na ARM jest na poziomie… Ariesa Mini, patrz nasza recenzja), ma ekstraordynaryjny link do zewnętrznego zegara (Leo), może być G2 autonomicznym serwerem (G1 NIE MA ANI USB POD ZEWNĘTRZNY DYSK, ANI WEWNĘTRZNEJ KIESZENI… nie sugerujcie się błędnymi opisami tu i ówdzie, ani wprowadzającymi w błąd recenzjami) itd itp. Owszem, zapłacimy więcej za flagową VEGĘ, ale -konkretnie- za sporo dobra więcej. To jak, może ten G1 to jakiś taki niedorobiony jest, niewypał, bez sensu taki?

Tu pracuje jako klasyczny DAC, podpięty pod iMac-a (DoP 256 obsługiwane, jak widać) aka Roon Core, analogowo z Sonos Amp (końcówką mocy i nie tylko końcówką, patrz tekst)

Ano nie, choć z zastrzeżeniem, że to propozycja częściowa, a nie całościowa i taka pod konkretny projekt audio systemu (oczywiście według autora wpisu). Postanowiłem przetestować G1 w bardzo oryginalnym i mocno nietypowym (patrząc na recenzje tego klamota, nikt do tego w ten sposób nie podszedł – nikt) scenariuszu. Otóż, moi drodzy, postanowiłem najnowszą VEGĘ zsonosować, to znaczy skojarzyć (i to ściśle, o czym za moment) z Sonos Ampem (patrz nasza recenzja „na żywo”). Efekt już mi się bardzo podoba, bo uzupełnia, rozszerza i co najistotniejsze wpisuje się w to, czym wg. mnie G1 jest… idealnie się wpisuje. To po pierwsze. Po drugie, G1 ma balans, a moje studyjne monitory to tylko balans, także było oczywistą, oczywistością podpięcie pod XLRy naszych aktywnych nEarów. Mhm, nowa VEGA przekształciła się w coś, co moim zdaniem stanowi tutaj danie główne… w precyzyjny, z oryginalnym i technologicznie bardzo wysublimowanym torem analogowym, przedwzmacniacz cyfrowy. Centralkę oferującą kompatybilność z tym, co stanowi dzisiaj fundament komputerowego audio… kompatybilność ze źródłami (streaming) najwyższej jakości (Tidal & Qobuz), własną, zaawansowaną platformę softwareową (Lightning OS) wreszcie integrację z Roonem (Roon Ready). W teorii G1 to gotowość na przyjęcie sygnału 32/384 oraz DSD 22,4 vel 512, także niemalże maksimum tego, co możemy sobie przepuścić przez komputerowe trzewia, komputerowego transportu. Brak ograniczeń? No nie do końca, o czym dalej, ale na papierze (bo nie w pdf-ie… nie znajdziecie manuala do tego klamota na stronie producenta i w ogóle nigdzie – przedziwna praktyka) tak to właśnie wygląda.

Bardzo czytelny, kolorowy display (na szczęście nie jest dotykowy ;-) )

Podpięcie Sonos Ampa generuje możliwości nigdzie indziej nie spotykane. I niech nikt nie protestuje (jak to, integra jakaś śmieszna za 3 koła ze źródłem za 17?!), tylko przeczyta co poniżej, to może uświadomi sobie, że to nie jest żadne faux paux, tylko że to zupełnie nowe otwarcie, coś zasadniczo niespotykanego do tej pory w branży. Wiecie, Sonos Amp stanowi tutaj łącznik z inną platformą sprzętowo-programistyczną, buduje wraz z G1 system o możliwościach jakich nie oferuje nikt na rynku. Zacznijmy od tego, że Amp to w takiej konfiguracji końcówka mocy (po pierwsze), router sieciowy audio (dwa gniazdka LAN czekają na podzielenie się sygnałem internetowym, wszystko działa w sonosowej sieci mesh, bez zakłóceń, bez interferencji)… to po drugie… oraz po trzecie Amp, dzięki sonosowemu ekosystemowi, uzupełnia nam możliwości G1 o:
- wielostrefowość… sonosowe samograje, strefy zarówno mono, jak i stereo (też kolejne Ampy (4) w innych lokalizacjach), czytaj mamy bezdrutowe audio i to w formie zawsze czysto, zawsze pewnie ;-)
- zarządzanie grupami, możliwość tworzenia dowolnych konfiguracji
- możliwość przesłania sygnału z podpiętych do G1, innych, cyfrowych źródeł (USB, EBU/AES. coax oraz TOSLINK) do opartych na klasycznych zestawach kolumnowych systemów nagłośnieniowych 2.0 / 2.1
- synergię takiego dzielonego systemu (G1 & Amp) w ramach front-endu Roon z potężnym DSP, dodatkowo sterowania potencjometrem G1 z poziomu aplikacji Roon Labs, precyzyjnemu wysterowaniu wszystkich sonosowych end-pointów

Spore to, wymiarowo taki podobny do nikogo. Odeszliśmy od 40 centymetrów w nowoczesnym audio. Jest albo kompaktowo (bardzo), albo pośrednio, no różnie jest.

Sterujemy sobie zdalnie z poziomu dowolnego handhelda (Auralic konsekwentnie olewa Androida, jak Lightining OS to tylko iOS wchodzi w grę), Roon robi za interfejs, jednocześnie agregując nam wszystkie treści (te wymienione wyżej źródła tj. Tidala, Qobuza – o VPN i zabawie z ustawieniem będzie osobny art., nasze biblioteki), dając ponadto jeszcze milion innych możliwości, a wszystko – jak wielokrotnie gardłowałem – w przyjemnej, prostej, przyswajalnej dla każdego formie. Można, nawet, wyobrazić sobie stream PCM konwertowany na bieżąco do 1 bitowej postaci aż po wyczynowe DSD512… przy czym, pierwsze próby spowodowały niespodziewane trudności, dropy, rwanie odtwarzania (przy maksymalnych parametrach ustawionych w roonowym DSP). Rzecz będzie jeszcze dokładnie obadana, stawiam na jedną z trzech możliwości: problemy z transmisją (podepniemy G1 do głównego routera sieciowego), problemy z niewystarczającą mocowo platformą (wspomniane przycięcie parametrów wobec G2, oparcie G1 na wolniejszym SoC), problem z ustawieniami (VEGA) tzn. zbyt niskie opóźnienia. Odnośnie ostatniego punktu, trzeba wspomnieć o ustawieniach jakie wybrałem (mamy 4 filtry do wyboru oraz kilka opcji opóźnień) w konfiguracji G1 – precyzyjny i najniższe opóźnienia 100ms. Być może tutaj jest pies pogrzebany*? Tak, czy inaczej, przy DoP DSD256 (USB z iMaka) oraz DSD256 native (interfejs sieciowy) problemów nie zauważyłem. Warto nadmienić, że problemem na pewno nie była niewystarczająca moc samego Roon Core (Core i7, ciągłe 1,4-1,6x na liczniku w Roonie).

Klamot prezentuje się wyśmienicie: duże, ciężkie, znakomite gniazda, znakomite materiały, znakomite spasowanie. High-endowo
Mamy baterię cyfrowych interfejsów (m.in. EBU/AES), ale najważniejsze że mamy LAN

Dobrze, dość technikaliów, parę słów o brzmieniu wypadałoby, prawda? ;-) Sonosy ustawione liniowo, kręcimy potencjometrem w G1 (podłączone pod coax dodatkowo CDA) i Amp na pylonowych szafirach prezentuje energetyczny, dynamiczny, ładnie oderwany od kolumn (swoboda, przestrzenność) spektakl, przy ustawieniu gałki na 20-25 w skali. Przy 30 robi się już naprawdę głośno. Zestaw głośnikowy daje radę, zero przesterowania, czysto, na samograjach robi się nerwowo (trzeba zejść niżej). Jak zwykle świetnie sobie poczynają nEary, bardzo duży wolumen, aż ciężko uwierzyć, że grają dwie, niewielkie przecież paczki, podstawki, nie czuć że to coś mniej, skromniej niż wspomniane przed momentem podłogówki. Fajnie. Jak wyżej, słuchawkowe wyjścia potraktujmy wyłącznie w kategoriach pomocniczych… wyjścia (po co 2? Po co w ogóle ten element? Jak coś jest takie sobie, w takim produkcie, powinno być po prostu wyautowane jako nieadekwatne) dla nauszników grają wyraźnie gorzej od mojej słuchawkowej integry M1HPA. Różnica jest zasadnicza, także polecam jw. osobnego ampa słuchawkowego, jak ktoś chce coś wysokiej klasy skojarzyć. Raz jeszcze – cyfrowy preamp, cyfrowa centralka, z bardzo zaawansowanym torem analogowym… to jest właśnie G1 …plus integracja audio sieci. Korzystając z oprogramowania firmowego można sobie pograć także ze Spotify’a, moduł radia jest tutaj także ciekawszy, lepszy od tego obecnego na tę chwilę  w Roonie. Rzecz jasna agregacja treści, możliwość wieloźródłowej integracji całej kolekcji wraz z rozbudowanymi możliwościami buszowania po zbiorach oraz znakomite Roon Radio (szafa grająca oparta na nauczaniu maszynowym) to zdecydowanie Roon i tylko Roon. Jak ktoś chce inaczej, to nic nie stoi na przeszkodzie… w końcu można via komputer (USB) wszystko sobie wyobrazić, można alternatywnie dla Roona zastosować np. JRivera. A, i jeszcze jedno, na pewno warto sprawdzić nie tylko z budżetowymi aktywnymi, ale np. z takimi, ostatnio opisanymi ELACami Navis, przykładowo. Oj, to mogłaby być petarda…

Kluczowy element. Gała. Potencjometr …i właśnie w takich okolicznościach przyrody: końcówka (Sonos) -> pasywne zestawy kolumnowe lub/i aktywne monitory

Sumując, co mi się podoba w tym klamocie, po pierwszym zapoznaniu?

  • forma: duże, ciężkie, świetnie wykonane, spasowane, z doskonałej jakości komponentami, czytelnym wyświetlaczem, kolorowym, prezentującym wszelkie niezbędne informacje, także okładki (stream)
  • potencjometr, który robi tutaj robotę i jak widać powyżej, stanowi wg. mnie danie główne
  • wyczynowe parametry, teoretycznie, nieodstające od tych, które oferują nam komputerowe audio transporty (32/384; DSD512)
  • własny, z dobrym wsparciem, OS, audio OS
  • natywna kompatybilność z tym, co trzeba (i z tym, co niekoniecznie ;-) tj. MQA): Roon, Qobuz, Tidal, Spotify…

A co niekoniecznie?

  • dość ślamazarna praca (co może mieć związek z mało wydajną platformą hardwareową): odpalanie, przełączanie, działanie Lightning OS w niektórych zakresach pracy, co też może mieć znaczenie w przypadku korzystania pod Roonem (Roon Ready)*
  • no właśnie: starszy, wolniejszy SoC w stosunku do G2, na poziomie Ariesa Mini
  • jacki chyba głównie dla ozdoby, pod wysokiej klasy słuchawki musi być coś zewnętrznego
  • brak funkcjonalności bezprzewodowej
  • brak fizycznego pilota (o czujniku IR na szczęście nie zapominano)
Podziękowania dla Premium Sound za wypożyczenie. Przenicujemy na wylot chłopaki. Przenicujemy, przeżujemy…

* VEGA nie pracuje tutaj w trybie Bridge (USB), tylko Roon Ready (LAN), innymi słowy działa jako streamer via RAAT. W przypadku Bridge wszystko liczy Core (stąd taka Malina może być wyczynowym end-pointem), w sytuacji gdy urządzenie identyfikowane jest jako kompatybilne źródło jest inaczej…

Potencjometr w akcji, zawiadywanie via Roon, G1 jako Roon Ready, pożeniony z całym sonosowym ekosystemem
(to VEGA dostarcza sygnał i steruje głośnością, wszystkie Sonosy zawiadywane prze G1!)

Galeryjka poniżej:

 

» Czytaj dalej