LogowanieZarejestruj się
News

GIADA F105D: dwusystemowy end-point PC z Win/Daphile w redakcji

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20190125_102445992_iOS

Kontynuujemy cykl „w poszukiwaniu optymalnego end-pointa PC”, najlepszego komputerowego źródła muzycznych zer i jedynek. Tym razem do redakcji trafił bardzo ciekawy model kompaktowego peceta, wielkości dwóch leżących jedno, na drugim, opakowań płyt DVD. Mały, ale jakże bogato wyposażony, z bardzo dużym potencjałem (w praktyce nieograniczonym, wiadomo – jak PC, tyle że tutaj konfiguracja /specyfikacja jest „na bogato”). Firma C4I oferuje ten transport cyfrowy z dwoma zainstalowanymi na osobnych pamięciach półprzewodnikowych (osobno dysk SSD oraz SSD w miniaturowym wariancie M2) systemami operacyjnymi. Jednym z nich jest opisany przez nas jakiś czas temu (m.in. tutaj), znakomity Daphile (bazujący na Logitech Media Server), oparty na specjalnie dostosowanej kompilacji Linux-a (pod audio) oraz Windows 10 z najnowszym CU (Creators Update), co oznacza pełną kompatybilność z UAC 2.0 (pełne wsparcie dla USB 2.0 w przypadku dźwięku, co skutkuje m.in. brakiem konieczności stosowania dodatkowych sterowników po podłączeniu przetworników C/A do komputera).

Grzdyl?

Ano grzdyl

To daje nam ogromne możliwości konfiguracyjne w zakresie wyboru audio platformy – software. Możemy od razu grać via Daphile (sterowanie via webpanel na czymkolwiek, dodatkowo aplikacje mobilne jak choćby iPeng i wiele, wiele innych), możemy grać tradycyjnie via foobar po uruchomieniu systemu MS… możemy też zainstalować, któryś z front-endów: JRiver-a, Audirvanę (od paru miesięcy, o czym wspominałem na łamach, dostępną już nie tylko na macOS, ale także na Win) wreszcie naszego ulubionego Roona. Rzecz jasna w przypadku tego komputerka raczej nie chodzi tutaj o jądro/Core/miejsce egzystowania głównego programu, a pracę w roli końcówki z podpiętym DACzkiem. Czyli, w przypadku Roona będzie to Roon Bridge, w przypadku Daphile również może to być Roon (wybieramy w ustawieniach IP naszego Roon Core)… można też pożenić tego malucha z wieloma DSP oraz systemami korekcji pomieszczenia (software), przy czym polecam tutaj właśnie taki scenariusz – pracę F105D jako końcówki, end-pointa PC.

RS-232, jest też IR

USB w obu standardach oraz SPDIF na bocznej ściance

Rzecz jasna może to być też „standalone player”, samodzielny, autonomiczny (choćby via Daphile, czy przy graniu z foobara), fajnie że już na wstępie mamy fundament pod dobre granie z PC. Sprzęt jest już wstępnie przygotowany, konfigurujemy dodając tylko dane naszych kont (mysquezeebox – Daphile, wszystkie streamingi …nawet Qobuza da się obecnie ze wspomnianym Daphile pożenić, jest odpowiednia wtyczka, Tidale, Spotify’e czy Deezery, SoundCloudy itd) i gra. W przypadku front-endów jest jeszcze prościej, bo po prostu pojawia nam się nowe źródło, nowy transport, wystarczy chwila w ustawieniach pracy końcówki i już. Sam komputerek wyposażony jest w integrę, przy czym karta w GIADA jest nie tylko wielokanałowa, ale jeszcze wyposażona w bardzo rzadkie obecnie, a przydatne, złącze SPDIF (optyk). Możemy zatem wyjść nie tylko via USB z cyfrowym sygnałem na zew. przetwornik. Tak też na wstępie zrobiłem w redakcji, przy okazji sprawdzając jak wypada dźwiękowo opisany niedawno, wielokanałowy DAC HDMI LIGAWO. Ta ciekawa, mocno oryginalna konstrukcja, dysponuje potężną baterią przyłączy cyfrowych (poza HDMI, są aż 3 TOSLINKI oraz pojedynczy coax). Także wychodzimy z tego nano PC via optyk na wielokanałowego DACa. Nietypowo. Kiedyś ten typ wyjścia audio był dość częstym gościem w kartach dźwiękowych PC, obligatoryjnie wyposażone weń były makówki. Dzisiaj praktycznie nikt tego interfejsu nie stosuje, a szkoda. Owszem, sygnału DSD, poza maks DoP64 tutaj nie uświadczymy, ale można spokojnie grać 24/192, co jest w 99% przypadków w pełni wystarczające.

Dzisiaj rzadkość, wychodzimy optykiem z PC

Niektórzy mówią, że jak optycznie, to (taka gradacja, często spotykana w opisach, recenzjach sprzętu) gorzej od innych metod przesyłu sygnału cyfrowego audio. Nierzadko tak to właśnie wyglądało, ale nie zawsze, nie w każdej konfiguracji sprzętowej, obecnie zaś można czasami mocno się zdziwić jak światłowód dobrze nam gra (najnowsze „optyczne” Rendu najlepszym tego dowodem btw). Właśnie Rendu, kończę testowanie i nasz cykl niebawem zostanie uzupełniony o kolejne dwie recenzje. Rendu pokazał się z jak najlepszej strony, ale nic więcej nie napiszę, w artykule przeczytacie jak dobra to rzecz. W przypadku F105D nie mamy aż tak wyspecjalizowanego produktu, ale dzięki uniwersalności, otwartej architekturze, paru bardzo rzadko spotykanym elementom, ten kompaktowy PC może stanowić świetną bazę dla dobrego jakościowo, komputerowego transportu. Poza SPDIF komputerek dysponuje pokaźną baterią złącz, zupełnie nietypową w takiej, zminiaturyzowanej konstrukcji. Co my tu mamy? Ano mamy dwa gigabitowe porty LAN, mamy komplet wyjść wizyjnych (VGA, HDMI oraz DP), mamy niezbędne w wielu aplikacjach domowej automatyki gniazdo szeregowe RS-232. Nieźle. Do tego dochodzą porty USB, zarówno 2.0 jak i 3.0 w liczbie sześciu i gniazdo dla antenki wbudowanej wewnątrz, bezprzewodowej sieciówki (ac). W komplecie jest też BT 4.0 (słuchawki, sterowanie) oraz IR (kontrola z np. uniwersalnego pilota). Do tego wszystkiego wspomniane przyłącza zostały ergonomicznie rozmieszczone na trzech ściankach (tylna oraz boczne) obudowy komputera.

Szybka konfiguracja, to naprawdę zajmie 5 minut maksymalnie, nie więcej, potem można już to, co powyżej, na stałe odłączyć

No to go! Podłączone do LIGAWO, wybieramy 1 optyka i gra muzyka :-)

Dzięki pamięci półprzewodnikowej, pasywnemu chłodzeniu, F105D to bezgłośna końcówka, sprzęt dostosowany do bezobsługowej pracy 24/7. Połączenie czterordzeniowej, niskonapięciowej jednostki Intela z SSD oraz 6GB RAMu jest więcej niż wystarczające, patrząc zarówno przez pryzmat end-pointa, jak i samodzielnego, komputerowego odtwarzacza audio. Z tego, co zauważyłem na wstępie, PC podczas pracy jest dość ciepły, także trzeba zapewnić mu przestrzeń, warto też zamaskować jedyną diodę na froncie obudowy… świeci bardzo mocno (właściwie są to dwie diody: zielona oraz bursztynowa, informujące nas o działaniu systemu oraz pracy dysku/ów). W komplecie otrzymujemy solidny zasilacz zewnętrzny, myślę że wystarczający w tej aplikacji – jak komuś mało, może zamówić wyspecjalizowaną „elektrownię” od Tomanka, albo któregoś z zachodnich, czy azjatyckich producentów.

RAAT end-point, wychodzimy TOSLINKiem na resztę toru

Względnie możemy wcisnąć podczas uruchamiania F12 i odpalić Daphile

Poniżej prezentuję rozbudowaną (bardzo) fotogalerię z opisem, po pierwszych testach, zarówno pod Roonem, jak i Daphile, a to nie wyczerpuje tematu, bo komputerek popracuje także pod JRiverem oraz z Audirvaną (recenzja F105D będzie zawierała także porównanie software jw). Jakby tego było mało, w przygotowaniu jest jeszcze opis end-pointa opartego na Malinie oraz produkty Pink Faun (wykorzystamy tutaj, bo chodzi m.in. o karty rozszerzeń z I2S, nasze terminale HP, robiące u mnie na co dzień za end-pointy). Aha, no i będzie zapowiadany duet Element X (nowa wersja karty X-Hi z femto) oraz X-Sabre Pro MQA edition. Komputerowo w opór! ;-)

» Czytaj dalej

Roon 1.6… co my tu mamy? Qobuz, Roon Radio, UI/UX

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2019-01-23 o 01.07.50

Nowa wersja właśnie zadebiutowała i – ponownie – niby tylko zmiana o 0.1, a jakbyśmy mieli kolejny numerek. Także sporo zmian i to takich z gatunku ważne / kluczowe. Zacznijmy od tego, co dla nas istotne nie jest (wróć, oczywiście da się, a jak – o tym poniżej). Integracja Qobuza. Drugi serwis streamingowy. A precyzyjniej to drugi serwis streamingowy i plikomarket z jakością CDA/hi-res. Nie mamy tutaj kontrowersyjnego MQA (stratnego w istocie, nie oferującego jakości bitperfect, de facto 16 bit nie 24), a bezstratne hiresowe pliki o maks. parametrach 24/192 we FLAC, ALAC i WAV. Niestety, jak pamiętacie, przed dwoma niemalże laty mieli Francuzi wystartować u nas, w Polsce, uruchamiając swoją ofertę także w Niemczech i w Hiszpanii. W Niemczech Qobuz jest, w Hiszpanii też, w Polsce serwisu nadal nie ma. Słabo. Wiem, że trwają przymiarki po falstarcie, ale może niech to najpierw odpalą, choćby jak w Stanach, w wersji beta. Powracając do integracji. Pełen sukces, wszystko pięknie się dodaje – w wyszukiwaniu wyniki z serwisu, nasze strumienie oraz zakupione pliki.

Kiedy w Polsce?

No dobrze, to co zrobić, gdy mieszkamy w Polsce, chcemy sobie wykupić abo, a usługi w Polsce nie ma. I czy nawet, jak wykorzystamy jakieś kruczki żeby się zapisać, Roon lokalizując nas przyjmie do wiadomości, że mamy u Francuzów konto? Mam bardzo dobrą wiadomość. DA SIĘ i to nawet dość bezproblemowo, choć – oczywiście – wymaga to pewnego zachodu. Przechodząc do rzeczy. VPN. Może być płatny, ale może być i darmowy. Wchodzimy sobie na stronę Qobuza, patrzymy na lokalizacje usługi i wybieramy państwo, które chcemy mieć (język) jako użytkownik serwisu. To pierwszy krok. Można odpalić okres próbny (miesiąc), można iść w jakieś promocje (były cztery miesiące aż na hiresy w trakcie CEIDA 2018… jak się coś równie atrakcyjnego pojawi, dam znać). W końcu jednak okres próbny się wyczerpie i trzeba będzie zapłacić. I tu pojawia się problem. Lokalizacja płatności. Ale da się to moi drodzy obejść. Karta odpada (chyba, że mamy jakąś zarejestrowaną w kraju, w którym usługa hula), pozostaje PayPal. Najwygodniej założyć osobne konto, doładować środki z konta z podpiętą kartą i już. W ten sposób będziemy mogli opłacać abonament. Roon (działający poza VPNem) nie robi problemu z działającym nominalnie via VPN kontem u Francuzów. Mam potwierdzenie od naszego Czytelnika (pozdrawiam), że działa to bezproblemowo, że taka metoda pozwala na korzystanie z usługi w .pl. Aha, i jeszcze jedno. Roon zrobił prze-genialną rzecz, czytaj zrobił iTunes Match, tylko w hi-resowym wariancie… porównuje naszą bibliotekę z qobuzową i podmienia pliki (można wrócić do pierwotnej wersji) z wersji gorszej jakości (mp3, flac 16/44 itd) na hi-resowe warianty z biblioteki streamingowej Francuzów. Nieźle! Jest tego obecnie u Francuzów jakieś 170 000 (albumów w hires) i ta liczba stale rośnie. Oczywiście trzeba być abonentem, by taki proces się uskutecznił.

 

 

No dobrze, mamy kolejny serwis. Bardzo prawidłowo, a jeszcze bardziej (będzie) jak zostaną wprowadzone zmiany w module radia internetowego (sporo smakowitych streamów o jakości CDA oraz hi-res nawet… coś tam popełnię na głównej o tym jeszcze ;-) ) oraz dodadzą Deezera HiFi. Wiem, że rozmowy na ten temat Deezera trwają, a całkowita zmiana silnika sieciowego radia jest wysoko na liście priorytetów. Jak uda się to do końca roku ogarnąć, Roon nie będzie miał odpowiednika na rynku także w zakresie obsługiwanych serwisów, źródeł. Prywatnie uważam, że domknięcie tej kwestii (moduł radia sieciowego musi zostać gruntownie przebudowany, musi być co najmniej tak dobry jak w LMSie… nie, powinien być lepszy, oczywiście.

 

 

Dobrze, ale Qobuz to nie jedyne, co się zmieniło. To dopiero początek. Zmiany wprowadzone przez developera wyraźnie idą w kierunku polerki i pewnej modyfikacji interfejsu. Moim zdaniem obrany kierunek wskazuje wyraźnie, że Roon Labs chce obrać kurs na mobile. Także na mobile. To nie tylko wprowadzone zintegrowanie handheldów z iOS we front-endzie jako transportów cyfrowych / źródeł. To coś więcej. Mówi się od jakiegoś czasu o wyjściu poza chałupę, na zdalnym dostępie do oprogramowania, możliwości korzystania w dowolnej lokalizacji. Mhm, mówmy o mobilnych apkach, strumieniowaniu via 3/4/5G. Kierunek został wytyczony. Widać to po uproszczeniach (całkowita przebudowa modułu DSP, znacznie bardziej przejrzystego obecnie, dostosowanego właśnie do wyświetlaczy urządzeń mobilnych), w takim wyszukiwaniu – wynikach mamy duże przestrzenie między aktywnymi elementami (co na komputerach wygląda akurat mocno średnio), dolny pasek (odtwarzanie) oraz prezentacja treści podczas odtwarzania. Także pasek szybkiego dostępu do funkcji odtwarzania został nieco uproszczony (wygląda jak panel pod zew. displeje… jak prezentowany np. na telewizorze, co wprowadzono wersję wcześniej), przy czym dodano opcje grania w pętli oraz mieszania jako stały element… ma to niewątpliwie przyspieszyć nawigację na małych ekranach, ale także jest ukłonem w stronę mobilnego grania. Mhm, tam się inaczej słucha, tam się playlisty gra często, właśnie miesza utworami, wykonawcami, albumami, odtwarza się w pętli (bo coś tam w tle ma grać). Fajnie, że moduł DSP jest teraz bardziej przejrzysty, czytelniejszy, łatwiejszy w obsłudze. Widzimy ścieżkę sygnału po lewej stronie i zmiany jakie możemy wprowadzić za pomocą silnika, co modyfikujemy, co załączamy. Także UI/UX zaczyna wyglądać inaczej, wprowadzenie dwukolorowego tła (dolny pasek odtwarzania, DSP…), uproszczenia wskazują wyraźnie cel jaki przyświeca programistom… ma być czytelnie na dowolnym ekranie. Trochę tylko szkoda, że jak leci album, mamy przykładowo grafikę przedstawiającą artystę, ale już nie – jak było wcześniej – dużą okładkę odtwarzanego materiału. Było sporo protestów zaraz po publikacji 1.6 …twórcy obiecują, że przywrócą ten element.

 

Ta ikonka to bardzo, bardzo istotna część Roona. Od bieżącej wersji…

Ok, interfejs rzecz bardzo istotna, ale jest jeszcze jedna sprawa, która robi różnicę. Potencjalnie ogromną, choć żeby to zweryfikować trzeba będzie nowej wersji dłużej poużywać. O co chodzi? Ano o zupełnie nowy moduł Roon Radio (nie mylmy z rozgłośniami netowymi), czytaj wbudowany silnik szafy grającej, odtwarzającej nam muzykę po zakończonej, naszej ścieżce odtwarzania. Do tej pory zawiadywał tym nieskomplikowany algorytm, coś na kształt typowego mieszadełka, często serwując bardzo przewidywalnie kolejne utwory „na jedno kopyto”. Teraz mamy rewolucję. Mamy coś, co wykracza daleko poza schemat „coś tam leci”. Bardzo wykracza. Ludki z Roon Labs przysiedli i zrobili moduł oparty na machine learningu. Tak, trochę nam to mocy procesora uszczknie, tak trochę nam to system obciąży (obecnie są to mało znaczące obciążenia), w zamian będziemy mieli inteligentną, niekończącą się listę odtwarzania. Zaskakującą. Obejmującą utwory znane i mniej znane oraz nieznane (tak, będziemy się muzycznie edukować). Moduł skorzysta z dodanych przez nas w ustawieniach, streamingowych serwisów (Tidala i Qobuza), przeszukując je wzdłuż i wszerz, oczywiście nadal będzie serwowana muzyka z naszej kolekcji, ale inaczej, mniej przewidywalnie, algorytm uwzględni nasze preferencje, upodobania, zrobi dogłębną analizę sposobu naszego słuchania (czyli nie tylko co, ale w jaki sposób).

 

Kliknij, żeby zobaczyć (gif)… Roon Radio w akcji (kciuk w górę, kciuk w dół ;-) )
Tak, my decydujemy, ale algorytm się uczy i z czasem coraz lepiej podejmuje decyzję co dalej (grać)

Ciekawe. Nowe dźwięki, poznawanie nowej muzyki, a wszystko to w oparciu o zaawansowany silnik uczenia maszynowego. Bez dostępu do sieci, odtwarzanie będzie ograniczone do lokalnych zbiorów, rzecz jasna będzie można wyłączyć ten element, gdyby komuś takie coś jak powyżej, nie pasowało. Rekomendacje (znowu oparte nie na prostym, a złożonym procesie – badanie preferencji użytkownika, sugestie z serwisów, analiza biblioteki także pod kątem wpływu twórczości itd itp.) będą nam od teraz na stałe towarzyszyć, będziemy wybierać kciuk w górę lub w dół, będziemy brać udział w uczeniu się programu, jego doskonaleniu. Czy będzie to coś na miarę silnika Spotify (jednego z lepszych), czy będzie to przypominać Flow (Deezer), czy może bardziej Genius-a (Apple), czy wreszcie miksy Tidala (słabe to na razie, btw)…? Czy jednak będziemy świadkami jakiejś rewolucja, czegoś nowatorskiego, dużo lepszego? Czas pokaże.

A, bym zapomniał, wspomniane powyżej wyszukiwanie też ma korzystać z opisanej przed momentem technologii machine learningu. Znowu, trzeba czasu, by ocenić rezultat. Rzecz jasna u nas taka ocena będzie, napiszę po paru tygodniach, jak dobrze, albo jak niesatysfakcjonująco to działa. Gdy kończą nam się własne pomysły, program będzie podsuwał nowe propozycje, w czytelny, widoczny sposób (notyfikacja „up next”). To – w moim odczuciu – kolejne potwierdzenie dla wzmiankowanych wcześniej informacji o pracach nad mobilnym wariantem Roona. Być może domknięcie kwestii możliwego do zintegrowania z Roonem kontentu (przepraszam), doszlifowanie i ujednolicenie zarazem UI (część rzeczy została po staremu) plus wersja mobilna doprowadzą do przeskoczenia numeracji o parę oczek i za jakiś czas światło dzienne ujrzy wersja 2.0? Kto wie? Rozwija się nam Roon, bardzo rozwija, a to przecież wstęp do powyższego, do wypłynięcia na szerokie wody mobilnego strumieniowania i dostępu do Roona wszędzie. Jest jeszcze sporo do zrobienia, choćby w zakresie lepszej (niż obecnie) obsługi Tidala pod front-endem. Ta nie jest idealna, dane spływają z opóźnieniem (to akurat wina serwisu), nowych funkcji póki co nie dodano i jak komuś na nich zależy, to musi odpalić sobie natywną dla Tidala aplikację, albo słuchać przez web panel. Developer daje nam – użytkownikom – coraz większe pole do popisu w sprawie prezentacji treści (możemy sobie sposób prezentacji, co będzie wyświetlane, w jakim porządku będzie, w pełni customizować (przepraszam ponownie za żargon)).

Sumując, nowa wersja 1.6 to wielkie zmiany i zapowiedź jeszcze większych zmian. Szkoda, że Qobuza oficjalnie w .pl nie ma. Można to obejść, ale trzeba kombinować. Fajnie, że sporo rzeczy udało się w tym wariancie software doszlifować, naprawić pewne błędy (parę dość upierdliwych). Warto na koniec nadmienić, że bardzo fajnie układa się współpraca z producentami sprzętu audio. Lista obsługiwanych urządzeń puchnie, co chwila dochodzą nowe, certyfikowane klamoty, czy nawet całe grupy, rodziny produktów. To cieszy, bardzo cieszy. Roon staje się czymś, nazwijmy to po imieniu, standardotwórczym. Pisałem, że to coś więcej niż tylko program do odtwarzania muzyki. To ekosystem, to – aktualnie – prężnie rozwijająca się platforma softwareowa, to audio OS, a od wersji 1.6 kompleksowe rozwiązanie z elementami AI. Skalowalność, możliwość dopasowania do nawet bardzo wygórowanych wymagań (dziesiątki stref,  różnych protokołów, odmiennych lokalizacji vide korekcja pomieszczenia etc), ciągły, nieustający rozwój. Nadal, wg. niżej podpisanego, nie ma na rynku odpowiednika.

 

PS. Może to tylko autosugestia, coś z pogranicza psychoakustyki z „wydaje mi się”. Roon od 1.6 brzmi lepiej. Słucham od kilkunastu dni na M1HPA/mDSD z wpiętym w pętli buforem lampowym i od wczoraj, to co brzmiało bardzo przyzwoicie, brzmi …cholera, no brzmi lepiej (lepsza rozdzielczość, poprawa dynamiki, tło zrobiło się czarniejsze… bufor… brumiło, teraz znacznie mniej). Może to tylko autosugestia, może…

 

Poniżej fotogaleria prezentująca szczegółowo zmiany w wersji 1.6:

» Czytaj dalej

W poszukiwaniu uniwersalnego: NAD C368 z modułami MDC – recenzja

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180718_063332413_iOS-600x437

A gdyby tak, a gdyby tak mieć coś do wszystkiego, przy czym to coś miałoby zadawać kłam powiedzeniu: „jak jest do wszystkiego, to do niczego”. Nikt nie przetestował tego klamota w ten sposób. To w ogóle głębszy problem z recenzjami produktów… zazwyczaj są bardzo pobieżne, koncentrują się tylko na wycinku, zazwyczaj pisane są zaraz po premierze, albo niedaleko (w sumie, trudno się dziwić, bo przecież użyteczność marketingowa, bo życie produktu obecnie bywa krótkie), zazwyczaj z lektury nie dowiemy się zatem, czy sprzęt potwierdził swoje możliwości (wsparcie, rozwój oprogramowania…), czy można i ile można było wycisnąć ze skrzyneczki. Ten schemat bywa strasznie irytujący, właściwie stanowi zaprzeczenie istoty rzeczy: albo o czymś wypowiadamy się całościowo, autorytatywnie, starając się nie pominąć tego, co stanowi istotę, albo jest po łebkach i tak naprawdę jedyne, co można wyczytać, to dane nadesłane przez producenta z opisem potencjalnych możliwości. Nawet obserwacje z odsłuchów bywają w takich okolicznościach przyrody niemiarodajne, albo przynajmniej niepełne. Tak, moi drodzy, recenzenci powinni (zaczynając od niżej podpisanego) informować czytelników o tym, jak długo egzaminowali i jak dogłębnie egzaminowali pacjenta tj. klamota. Taka informacja powinna być obligatoryjna. Jak ktoś spędził parę wieczorów ze skrzynką to – powiedzmy sobie szczerze – niewiele wie o tym co, to, to potrafi. To nie jest miarodajny test, miarodajna ocena. Dlatego lepiej wg. mnie mniej, nie na wyścigi (znaczy jak już egzemplarz testowy nie jest na za dwa tygodnie, tylko może się testować długo i namiętnie), jak się (to zawsze pomaga – pozwala zaoszczędzić czas) porządnie rzecz wygrzała, pograła sobie wcześniej. W przypadku opisanego w tytule delikwenta z „przyległościami” (karty ;) ), mieliśmy przyjemność badania przez okrągłe cztery miesiące z okładem. To wystarczająco długo, by móc jw. autorytatywnie wypowiedzieć się o testowanej integrze.

NAD C368 to konstrukcja przełomowa. NAD idzie w najnowszej, klasycznej, najważniejszej (zarówno wizerunkowo, jak i zapewne handlowo) serii, dalej niż w poprzednikach, definiuje na nowo możliwości, potencjał nowoczesnego wzmacniacza zintegrowanego. Tak, właśnie tak, a dodatkowo robi to nie na pół gwizda, nie że może w następcach coś tam doda, tylko od razu robi to jak należy – integruje WSZYSTKO, nie zapominając o żadnym szczególe, a całościowo wychodzi naprzeciw idei FUTURE-FI. Sprzęt, aby być zgodny z tym „future” nie tylko potrafi odnaleźć się w cyfrowym świecie (co dzisiaj stanowi standard), a więc jest zdolny do współpracy z licznymi źródłami, komunikacji sieciowej, obsługi nie tylko za pośrednictwem tradycyjnego pilota. Nie. Future-fi moi drodzy, to kompleksowe rozwiązanie SYSTEMOWE, a precyzyjniej EKOSYSTEMOWE. To coś dużo i znacznie większego. I NAD robi tutaj robotę. Dzięki modułowości rozszerzamy, to nic nowego w HiFi, ale tutaj de facto tworzymy coś nie tylko łączy świat audio z światem video, nie tylko uzupełnia możliwości o sieć i system operacyjny audio (bo tak to trzeba zdefiniować), ale otwiera możliwości budowy wielostrefowego, kompleksowego rozwiązania i to – jeszcze – w oparciu o kilka alternatywnych opcji softwareowych. Jest BluOS, ale jest i Roon, jest także JRiver. W przypadku rozwiązania firmowego tworzymy coś na kształt sieciocentrycznego systemu złożonego z BluOSowych klamotów, które dogadują się w ramach swojego protokołu i INTEGRUJĄ każdy rodzaj źródła, jaki podepniemy do wzmacniacza. Gramofon strumieniowany do innego pomieszczenia? A jakże! Chęć posłuchania sobie szpuli albo srebrnego krążka w kuchni (samograje Bluesound), na patio, gdziekolwiek… także na innym, starym systemie uzupełnionym przez streamery…. systemowe end- pointy. Dalej, mamy także możliwość rozszerzenia i uzupełnienia możliwości o najnowsze pomysły z dziedziny DSP oraz korekcji (Dirac), możemy cieszyć się z nowych serwisów, z obsługi wszystkich bezstratnych & hi-resowych streamów (Tidal HiFi/MQA, Qobuz oraz Deezer HiFi), z dodanej wreszcie w najnowszych modułach, klamotach obsługi DSD.

Blu

Jak dodamy sobie do tego kino i to pożenione ze wspominanym softwarem Dirac, oferowanymi przez producenta możliwościami rozbudowy ekosystemu o klamoty obsługujące dźwięk obiektowy (oraz starsze formaty kina domowego) oraz najnowsze rozwiązania z zakresu wizji (4k, HDR) to wyraźnie widzimy, że ktoś tu sprawę przemyślał bardzo gruntownie. W przypadku C368 punktem wyjścia jest kino z dźwiękiem stereofonicznym, ale to nie koniec drogi uzupełniania, rozbudowy. Pamiętacie, niedawno wspominałem o cyfrowym przedwzmacniaczu, dla – chyba- niepoznaki nazywanym przez NADa „streaming dakiem”. Bohater niniejszego wpisu potrafi współpracować z nowym C658, potrafi wraz z końcówką C268 stworzyć dzielony system o potężnej mocy, a to jeszcze nie wyczerpuje wszystkich możliwości. W opracowaniu są moduły dające możliwość wejścia w świat wielokanałowego dźwięku nie tylko w najdroższej serii Masteres. Innymi słowy, budujemy sobie w oparciu kompleksowy system, kompletny, pozwalający na integrację każdego możliwego źródła. Integratorem jest tu NAD i – jak ktoś nie chce bawić się w alternatywy – tylko NAD. Protokoły mamy też wszystkie jak leci: AirPlay2, DLNA/uPnP, Spotify Connect, Cast… do wyboru, do koloru. Po tych paru miesiącach maglowania C368 z modułem BluOS oraz HDMI uświadomiłem sobie, jak istotne, jak kluczowe jest zrozumienie przez producenta złożoności, ogromnej rozpiętości dzisiejszych technologii. Dopiero umiejętność połączenia wszystkiego w jeden, bezproblemowo działający, dogadujący się, integrujący serwisy, usługi ekosystem, znajomość i wiedza na temat systemów operacyjnych, protokołów sieciowych (i w ogóle działania infrastruktury sieciowej… NAD jest jedną z nielicznych w branży firm, które ten temat znają od podszewki i wykorzystują ten potencjał) przynosi optymalny rezultat, daje użytkownikowi stabilny, otwarty na to co przyniesie przyszłość SYSTEM. Trzeba na to popatrzeć nie przez pryzmat OLD-Fi, gdzie wystarczyła łączówka, gdzie – owszem – mogło nie być synergii, ale gdzie poziom złożoności (nie chodzi o obsługę, o UI/UX… tu NAD wykonał kawał dobrej roboty i jest ergonomicznie, jest prosto, jest przejrzyście, dobrze jest) jest nieporównywalnie większy, gdzie mówimy o czymś, co w całym cyklu życia podlega modernizacji, transformacji, ulepszaniu i rozszerzaniu (możliwości).

To wszystko stanowi nową jakość, zapowiedź tego co już teraz, a zaraz wszędzie (jako pewien standard) zafunkcjonuje na rynku. NAD nie byłby sobą, gdyby nie uwzględnił w ostatnich swoich pracach także kontrowersyjnego tematu jakim jest AI. Przy czym tutaj raczej chodzi o podstawowe możliwości sterowania (w tym kierunku, póki co, to zmierza). Rzecz jasna nie da się wykluczyć, że w przyszłości taki M10, albo kolejny tego typu klamot, będzie nie tylko reagował na nasze komendy głosowe, ale jeszcze nam coś odszczeka. Jak future, to future. Nie wykluczał bym żadnej możliwości, w końcu idziemy w kierunku agregacji wszelkich treści multimedialnych, z opcją interakcji człowiek – maszyna (począwszy od rekomendacji,  poprzez uzupełnianie wiedzy, informacji, a – na razie – kończąc, na alternatywnych wątkach, zaangażowaniu użytkownika w przebieg narracji). Trudno powiedzieć dokąd nas to zaprowadzi, nie o tym jednak miał być wpis, wracam do meritum: czas na przedstawienie potencjału doposażonego C368, pokazać Czytelnikom co daje Future-Fi w praktyce.

Zapraszam!


» Czytaj dalej

Bluesound z nową serią „i”, bo AirPlay2, a to tylko wstęp…

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
NODE-2i-WHT-Front-Above-Straightened

Wstęp do nowości jakie ta submarka NADa wprowadziła do swoich najnowszych produktów. Według mnie najistotniejszym elementem, poza AirPlay 2 (pełna identyfikacja, Siri, multistrefy, przekazywanie dźwięku do urządzeń poprzedniej generacji w ramach BluOS) jest nowy, zaawansowany moduł Bluetooth. Dlaczego? Ano dlatego, że poza wprowadzeniem aptX HD (24 bity, z bardzo niskim poziomem opóźnień, bitrate zbliżonym do bezstratnej kompresji… choć to nadal stratna, nadal) nowy moduł BT pracuje nie tylko jako odbiornik, ale także jako nadajnik. Wreszcie to zaimplementowali, do tej pory właściwie jedynymi produktami na rynku z takim rozwiązaniem była/jest nowa seria „klasyków” NADa (integry, jak testowany u nas model C368 oraz najnowsze warianty amplitunerów tego producenta). Rzecz absolutnie niezbędna w sytuacji, gdy chcemy skorzystać z naszych słuchawek bezprzewodowych, a tych, jak wiadomo obecnie klęska urodzaju i aż trudno nadążyć za wszystkimi nowościami w tym segmencie.

Na marginesie, jutro (obowiązuje mnie NDA) z rana będzie zapowiedź kolejnych, prawdziwie bezprzewodowych IEMów od RHA…  w tym wypadku to jakość dźwięku będzie No.1, poza tym wreszcie pojawiły się w szerokiej dystrybucji bezdrutowe HP70 i nie omieszkam sprawdzić, jak te słuchawki sobie radzą, mając w pamięci znakomite, przewodowe HP50.

Powracając do nowych streamerów z dodatkami od Bluesound, firma postanowiła wymienić cały katalog swoich produktów: w ofercie pojawiły się nowe wersje strumieniowca (Node 2i), powerstrumieniowca (z amplifikacją – Powernode 2i) oraz serwera/rippera Vault 2i, jak również samograjów tj. bezprzewodowych głośników Pulse (w kilku wariantach), także tych pod kino (belka i sub). To ostatnie rozwiązanie otrzymało jeszcze coś ekstra – port HDMI 2.0 z ARC & CEC. Patrząc na to wszystko widzę, że ktoś tu ma ambicję wygryzienia Sonosa. Rośnie im konkurencja. W przypadku Bluesound mówimy o specjaliście z branży (NAD), parę dni wcześniej na konferencji Amazona pokazano urządzenia wprost konkurujące z produktami Sonosa (patrz nasz wpis).

Generacja 2i pozwala zatem na uruchamianie dowolnego streamu (w ramach jabłkowego protokołu AirPlay 2) via WiFi, pozwala zintegrować słuchawki bezdrutowe z urządzeniami 2 generacji z „i”, realizując w praktyce ideę świata bez kabli, wspiera kodek aptX HD (najnowszy układ Qualcomm CSR8675), obsługuje MQA, jest Roon Ready, pozwala cieszyć się szybkim połączeniem sieciowym w ramach standardu ac (5GHz, bezprzewodowo 1Gbit/s), moduł działa tutaj dwuzakresowo w ramach sieci 5GHz, co powinno przełożyć się na jakość transmisji oraz jej zasięg. Oczywiście nadal mamy agregację treści w ramach firmowego oprogramowania BluOS 3.0, które jest jednym z najbardziej dopracowanych, najlepszych (autorskich) rozwiązań w branży.

Z tym ostatnim elementem (Blu w wersji 3.0) wiąże się kolejna z nowości. Integracja asystentów głosowych, AI. Na początek rusza Alex-a, choć producent obiecuje szybkie (jak tylko będzie Google gotowe) wprowadzenie alternatywnego Google Assistant. O Siri już wspomniałem. Widać z powyższego, że – jak wcześniej gardłowałem o tym – głosowe sterowanie, integrowanie AI będą wyznaczały kierunek ewolucji audio produktów w bieżącym i przyszłym roku. To będzie w centrum. Tak jest w przypadku tytułowych, cenionych streamingowych klamotów. Bluesound zapowiada, że wraz z wprowadzeniem AI od Amazona, pojawią się także przygotowane przez producenta sceny (skills – coś, co w przypadku Amazona bardzo sprawnie działa, sprawnie, bezproblemowo, automatyzując nam wiele rzeczy).

Ceny?  NODE 2i (US$499 / £499 MSRP), POWERNODE 2i (US$799 / £799), VAULT 2i (US$1199 / £1099), PULSE 2i (US$799 / £749), PULSE MINI 2i (US$499 / £499), PULSE FLEX 2i (US$299 / £299), & PULSE SOUNDBAR 2i (US$799 / £799 czerń, US$899 / £899 biel). Jest drożej od wcześniejszej generacji, która btw właśnie została mocno przeceniona.

PS. Na BluOS 3.0 pojawił się nowy serwis (co oznacza, że do ponad 20 wzrośnie liczba obsługiwanych usług streamingowych) SOUNDMACHINE. Same klamoty przeszły niewielki, ale korzystny wg. mnie lifting: podcięli je od dołu, wygląda to bardzo fajnie. Aha, Node 2 ma teraz nie jedno, a dwa złącza TOSLINK, żeby łatwiej integrować AV co stoi obok ;-) , jedno z nich jest dual mode (też analog). Zachowali (i dobrze!) słuchawkowego jacka na froncie (a ze smartfonów masowo usuwają ;-) )

Źródło na czasie od Bel Canto: e.One Stream

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-08-28 o 20.50.50

Nazwa adekwatna dla zawartości. In to USB (w sensie tylko dysk, pamięć podpięta pod klamota lokalnie) oraz ETHERNET (czytaj medium, którym muzyczne zera & jedynki wędrują z jakiegoś odległego big data center ;-) ). Out to – zależnie od naszych wymagań, naszego toru – RCA (robi się wszystko w klamocie w sensie konwersji), albo bateria złącz cyfrowych: AES/EBU, TOSLINK oraz COAX. Problemy z klasyfikacją? Ano nic dziwnego, ale widzę w tym produkcie idealne odzwierciedlenie sytuacji w której żeśmy się znaleźli. Teraz strumień jest skądś tam, z nieokreślonego jw. big data center, muzyka definitywnie zrywa z fizycznością, lokalizacją (znaną), staje się czymś efemerycznym, to już nie jest (nawet) plik na dysku, naszym dysku. LAN to brama, to nie (tylko) interfejs, ale właśnie brama dla sygnału. Zatem czy tego klamota nazwiemy network streamer czy streaming bridge, względnie po prostu ethernet-to-digital konwerter to całościowo opiszemy sobie, czym ten e.One w istocie jest. LAN i analog lub cyfra. Oczywiście, można też tego malucha (małe to) wykorzystać w roli tradycyjnego odtwarzacza plikowego (plikograja)… ale, moim skromnym zdaniem, to co robi tutaj różnicę i stanowi kluczową sprawę to właśnie LAN i reszta. Popatrzmy na to, co się wyrabia dzisiaj w dystrybucji muzyki w sieci, na to jak wygląda odpływ od kupowanej „tradycyjnie” muzyki w cyfrowych kramikach, na odwrót od słuchania z własnych plików zgromadzonych na komputerze, własnym serwerze… coraz częściej łapię się na tym, że większa część kolekcji to stream właśnie, że coraz mniejszą część biblioteki stanowią downloady. Też tak macie?

e.One Stream odzwierciedla cały sobą ten trend. Tak, daje możliwość „tradycyjnego” korzystania ze zbiorów, zbiorów zgromadzonych na własnych nośnikach. Tyle, że jak wspomniałem trend jest jednoznaczny i oczywisty. Muzyka staje się czymś używanym, a nie czymś… co mamy na własność. W końcu to, co oferują serwisy, nie należy do nas. My płacimy tylko za korzystanie, za dostęp. Ten streamer & konwerter sieciowo-cyfrowy w jednym (tak wiem, to może niezbyt szczęśliwe sformułowanie, tu cyfra i tam cyfra, tyle że medium wejściowe to świat IT, nie audio, a dalej już mamy znajome interfejsy… analogicznie jak z konwerterami USB) i wraz z jakimś sterownikiem (póki co dają tylko apkę dla iOSa… słabe to btw), czytaj tabletem, smartfonem, a zaraz zapewnie jakimś zegarkiem, panelem naściennym a może nawet którymś AI, tworzą ukoronowanie rewolucji jaką zapoczątkował iPod, Napster, mp3. Muzyka po prostu jest. Muzyka jest wszędzie, może być w każdej chwili, w każdym miejscu (no prawie) dostępna, popłynąć z głośników, bo gdzieś tam, w którymś tam streamie sobie egzystuje. Właśnie w którymś streamie. DAC to wszelkie źródła materiału, internetowa brama zaś to wybór ograniczony obecnie do tego, co Bel Canto uznał za wartościowe (w streamie). Mamy dostęp za pośrednictwem apki Seek do bibliotek Tidala (oczywista, oczywistość), mamy Qobuza, mamy wreszcie agregujący rozgłośnie internetowe vTuner. I to tyle. Nie ma Spotify, nie ma Deezera (też HiFi tj. loseless, jak pamiętamy), nie ma SoundClouda i paru innych rzeczy. Na szczęście producent zdecydował się nie tylko na sprawiający problemy protokół UPnP, ale także na DLNA, co daje możliwość strumieniowania klasycznie z NASa, albo jeszcze klasyczniej, pobierania sygnału audio bez LAN, z USB-A, do którego podepniemy jakiś nośnik. I też, da się, choć – i tu pewnie nie pomylę się – mało kto podepnie ten nośnik, prędzej jeszcze coś sobie postrumieniuje z plików zapisanych na NASie, ale to też jak wyżej w odwrocie. Sam DAC może 24/192 i jest MQA lubny. Także można w ramach skrzynki, ale można też wyjść i ja (powiem wprost) wyszedłbym, nie zastanawiając się zbytnio i to wyszedł najchętniej …ale tutaj to nie przejdzie (USB jest do lokalnego pobierania z podpiętej pamięci tylko, nie da się tak podpiąć komputera, tj. via USB).

Zresztą, można pogodzić jedno z drugim (lokalne i zdalne) w elegancki sposób, decydując się na front-end Roon, bo ten e.One Stream jest Roon Ready. Innymi słowy, w pełni identyfikowany przez software, z wszystkimi możliwościami do wykorzystania, możliwościami oferowanymi przez Roon Labs. Podsumowując, mamy tutaj internetową bramę do muzyki, jak to określił producent – High performance Asynchronous Network Renderer – czytaj: transparentną bramę dla muzyki z sieci.  Tym właśnie jest e.One Stream. Tworzy, wraz z innymi klamotami z linii e.One system, przy czym tutaj albo wpinamy DACa (i dalej), albo wpinamy pre (bo trzeba jakoś wysterować poziom, to jest bramka „tylko” i „aż”). Sieć jest tu w centrum, fajny zielony, diodowy display  na froncie tytułowej skrzyneczki powie nam wszystko o sygnale (jego parametrach), a całość zapewni ultra niski poziom jittera (ważne) oraz, aż zacytuję: izolacje od sieci zarówno tej zdalnej, jak i tej lokalnej (środowisko sieciowe: NAS, infrastruktura). Wiecie, ja tam w audiofilskie kable i audiofilskie routery nie wierzę, bo trzeba by (aby w takie coś uwierzyć) zakwestionować zasadę działania sieci LAN, generalnie do kibla wrzucić to, co definiuje sposób funkcjonowania, ale co ja tam wiem. Siak, czy tak, brzmi to pochylone intrygująco i tak sobie myślę, że pewnie chodzi o jakieś trudne do zdefiniowania”magic”.

Zwięźle, to znaczy w punktach, wygląda to tak:

  • UPnP & DLNA kontroler firmowy aka SEEK (nur fur iOS)
  • jest to Roon end-point, certyfikat Roon Ready ma
  • Rozdzielczość bitowa 24, częstotliwość do 192kHz
  • Bit-perfect
  • wbudowane zegary o ultra niskim poziomie zniekształceń
  • Gapless
  • Aktualizacje online
  • USB-A port dla pamięci masowych, niestety formatowanych wyłącznie w FAT32 (słabe to)
  • Zoptymalizowane dla: FLAC, WAV, ALAC, AAC, MP3, AIFF, DSD, MQA
  • Wyjścia: analogowe RCA, cyfrowe up to 192 PCM (a DSD to gips?)

Cena? 1599 USD 

Integracja @ nowym poziomie: NAD C368 z modułami MDC @HDO

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180717_181824652_iOS

Ambitnie. Inaczej. Nikt tak tego nie testował. Pewnie nikt nie przetestuje. Poza nami. NAD C368 należy do najnowszej generacji integr Kanadyjczyków. Pisaliśmy o tych klamotach, uwypuklając unikalne możliwości tego sprzętu. No tak, ale gdzie byście nie zajrzeli, przeczytali, wszędzie opisy, testy dotyczą golca, wzmacniacza z tym, co fabryka dała na dzień dobry, bez uwzględnienia tego, co robi KOLOSALNĄ różnicę. W tym zakresie cenowym nikt nie zrobił do tej pory audio klamota, który „ogrania wszystko”. Zapytacie jakie wszystko? Ano wszystko, bo kino łączy się tu płynnie ze stereo, streaming nie jest na poziomie tylko sinozębnym, a nawet nie tylko WiFi/DLNA, czy LAN… nie, tu jest coś więcej. Dzięki modułom możecie stworzyć rozwiązanie KOMPLETNE, takie, które nie wymaga żadnych, powtarzam żadnych dodatków. Bo ma. Montujemy karty w slotach i mamy Roon Ready, mamy obsługę dźwięku w kinie na wysokiem poziomie, a przy tym nie tracimy nic z nowych możliwości w AV. Innymi słowy, możemy skorzystać z wszystkich najnowszych technologii, takich jak dźwięk obiektowy, najnowsze Dolby, wszystko… w samej integrze macie oczywiście samo stereo, ale jest HDMI 2.0, jest CEC, jest ARC – no jest wszystko. Wychodzicie dalej i już te Atmosy, te DTS-Xy i Aury śmigają. Wtedy ofc więcej niż jeden klamot (ale też da się to w pewnym sensie obejść, napiszę więcej w recenzji how to), ale może być po prostu stereo. Budowa systemu wokół jednej skrzynki, integracja wszystkiego jak leci, połączenie A i V …NAD oferuje to już dzisiaj i wiecie co? Oferuje to wszystko bez najmniejszych kompromisów. Nie wierzycie? To poczytajcie dalej…

Najważniejszy, kluczowy, jest jednak moduł sieciowy. Mamy coś, co NAD zrobił niemalże perfekcyjnie. BluOS. Jeden z najlepszych, autorskich systemów opracowanych przez producenta audio. Nie tylko integruje co trzeba, ale daje także elastyczność w wyborze. To bardzo ważne. BluOS jest jw Roon Ready, pozwala korzystać ze wszystkich możliwych streamów (nie tylko tego, co daje nam Roon), do tego jest to lekki (bardzo szybko działający, agregujący treści) front-end w formie aplikacji na mobilne (oferują poza iOS oraz Androidem wersję dla Amazona… bardzo rozsądnie, bo AI Alexa, bo cały ekosystem) oraz desktopowej de facto całościowo zamyka nam temat. NAD oferuje także aplikację do sterowania ustawieniami swoich wzmacniaczy (sporo można tam poustawiać, bo i sporo możliwości mamy), komunikującą się via BT (a to teraz standard u NADa). Jakby tego było mało moduł sinozębny w C368 może nie tylko przyjmować strumienie ze źrodła, ale także zdolny jest je wysyłać. To jest coś, jakby oczywistego, w dzisiejszych czasach, słuchawki bezprzewodowe to znaczące i rosnące udziały w słuchawkowym segmencie audio, ale NIKT poza NADem tego w ten sposób nie zaimplementował. Nadajnik – odbiornik. Sturmieniujemy bez pośrednictwa dodatkowych ustrojstw, wprost ze wzmacniacza, z wszystkich podpiętych do niego źródeł. Integracja bezprzewodowych słuchawek. Bez pośredników. No bajka.

  

Montujemy, montujemy! ;-)

To co powyżej

Tutaj

O tak…

…by cieszyć się takim widokiem. Jest sieć z front-endami, agregacją treści z netu, no i jest kino

Fizyczny montaż modułów to przysłowiowa bułka z masłem. Dla kogoś, kto składał blaszaki, oswojony jest ze slotami, montażem kart rozszerzeń takie coś nie stanowi żadnego wyzwania… na szczęście dla osób z komputerami na bakier instalacja nie powinna być żadnym problemem. Karty wchodzą gładko, są prowadnice, widać że cała koncepcja została przygotowana w taki sposób, by poradził sobie z tym także ktoś, dla kogo elektronika to trochę „czarna magia”. Od strony fizycznej zatem nie widzę problemu. Problem pojawia się dalej. Z modułem HDMI następuje auto-inicjacja i już, ale moduł sieciowy… tu trzeba się trochę napocić. W galerii macie opisane boje, napiszę tylko że producent powinien zmienić opis w instrukcji sugerujący konieczność wykorzystania WiFi (może być LAN), dodatkowo na wyświetlaczu cały proces powinien być w czytelny sposób przedstawiany użytkownikami. Powinien, bo… obecnie nie jest. Jeżeli myślicie, że wystarczy podpiąć kabel LAN i już (w przypadku WiFi, wiadomo, trzeba wybrać, zalogować) to jesteście w błędzie. Wzmak mimo instalacji i identyfikacji modułu nie chciał początkowo zaktywizować MDC. Potem jak już to zrobił, pobrał aktualizację, zainicjował się, rozpoczął pracę, ale… znikła na ekranie zakładka BluOS settings. Na szczęście nastaw można dokonać także w dedykowanej apce, ale funkcjonowanie całości podczas instalacji cechuje pewna przypadkowość & nieprzewidywalność. Do poprawy.

Blu

W C368 mamy dwa sloty dla modułów MDC (w serii Masters możecie jeszcze bardziej rozbudowywać klamoty) i jest to wg. mnie dokładnie tyle, ile trzeba. Dlaczego? Ano w jedną kieszeń kino, w dugą sieć i już. Sama integra ma ponadto aż cztery interfejsy SPDIF, ma gramofonowe pre (bardzo dobrej jakości btw), ma możliwość podpięcia dodatkowych, dwóch źródeł analogowych. Obecnie to aż nadto i fajnie – idealnie pod rozbudowę instalacji, rosnące potrzeby w zakresie integracji źródeł. Możecie zatem spokojnie podpinać dużo, ale też nie wiem za bardzo co… poza fizycznymi nośnikami, można. Bo i po co dublować? W końcu dali nam tu te wszystkie nowości (tak, tak MQA też jest, ehmmm), zresztą sami zobaczcie:

…oprogramowanie to poza wspomnianym Roon-em, o ile z niego korzystamy, (BluOS jest w pełni certyfikowany przez Roon labs. i każdy klamot NADa z BluOSem staje się z automatu Roon Ready), własny kawał kodu. Tak, byłoby bardzo nie-fair nie wspomnieć w zapowiedzi o czymś, co wykorzystałem do samej instalacji modułów, sprawdzenia poprawności działania, wykorzystania jako alternatywy dla pilota IR (duży, uniwersalno-systemowy… bardzo je lubię na marginesie, mam starego HRT i mi wszystko ogarnia, bo NADolub jestem, jak wiecie i sporo tego z logo u nas działa). Mamy dwie apki. Jedna to właśnie zamiennik dla pilota systemowego, komunikujemy via BT i otrzymujemy pełen dostęp do wszystkich nastaw oraz podstawowe sterowanie integrą. Druga to już front-end dla własnego audio OS, dla BluOSa. Poza sterowaniem i ustawianiem parametrów pracy (tu się obie apki poniekąd dublują) mamy agregację treści. I to jest właśnie coś, co stanowić powinno wg. mnie naturalne uzupełnienie dla Roona. Apka jest lepsza (lepszy UI/UX, łatwiejszy, szybszy dostęp do treści) niż to co oferuje przykładowo Auralic. Moim zdaniem może stanowić wzór dla innych producentów jak napisać przejrzysty, lekki, nieprzeładowany niepotrzebnymi bzdetami, oparty na zdrowych zasadach szybkiego dostępu, łatwego nawigowania program do obsługi sieciowego rozwiązania, własnego ekosystemu złożonego z grających w wielu strefach audio klamotów.

BluOS
Roon Ready jest Blu 

Agregujemy wszystkie treści pod Blu

Naprawdę wszystkie

To, co najistotniejsze, to agregacja treści. Tidala pomijamy, bo najlepszą integrację (lepiej się tego stremu używa via Roon niż natywna apka dostępowa do serwisu) oferuje nam Roon, mamy Spotify, mamy Deezera, Qobuza (dla tych co mają taką możliwość, my w Polsce nie mamy… dostały Włochy, dostała Hiszpania, a nas Francuzi olali, mimo obietnic), Pandorę (tu znowu trzeba trochę pokombinować, by to działało, ale da się), iTunes oraz radia internetowe. Rozgłośnie robią o tyle różnicę, że Roon dopiero pracuje nad docelowym modułem „radyjnym”, na razie w tym aspekcie jest nieco siermiężnie (ręczne wpisywanie adresów url), choć streamy hi-res (nie uwierzycie ile tego się wykluło ostatnimi czasy) to naprawdę coś i naprawdę warto dać szansę poczciwemu radiu (no w formie netowej, wiadomo, niekoniecznie już, niestety, gadanej, ale jednak radiu). Można rzecz jasna dużo więcej, będzie o tym zarówno poniżej w galerii, jak i w rozbudowanej formie we właściwej recenzji tytułowego rozwiązania. Także jak najbardziej bardzo, bardzo polecam firmową aplikację, bo uważam że zrobili to #jaknależy. Duży plus za to, bo oprogramowanie to moi drodzy obecnie ważna składowa całości. Musi być dobrze, by ocena wypadła pozytywnie. Ktoś powie – są alternatywy… owszem, da się często, gęsto korzystać z alternatywnych aplikacji, ale brakuje wtedy funkcjonalności, mamy niepełną obsługę, nie ma wg. mnie b. istotnego połączenia h-ware z tym, co umożliwia skorzystanie (w pełni) z możliwości klamota. To musi być ujęte w koherentną całość, musi do siebie pasować. Więcej. Stanowi ważną część całościowego doświadczenia (user experience).

Niektórzy do szczęścia potrzebują jeszcze okładki. Mnie wystarczy informacja tekstowa, ale…
…tu macie moduł wizyjny, na TV albo projektorze mogą być prezentowane treści. Co to oznacza?

Swobodnie można sobie wyobrazić takie coś: dynamiczne tapety, okładki, jakieś fotogalerie z artystami, czy po prostu wideoklipy na wielkim ekranie. W przypadku front-endu Roon trwają pracę nad osobnym strumieniem obrazu na Chromecastach Video, wyświetlanym niezależenie na wielkich displejach. Oczywiście można trzymać okładkę w formie tabletu korzystając z Roon Remote już teraz, ale duży ekran…

Przegenialne… bezprzewodowe słuchawy zlinkowane z NADem w trybie transmitera.
Spore wrażenie robi zasięg transmisji – cała chałupa,
 dwie ściany… bez dropów, czysto, stabilnie.
Można od teraz na bezprzewodowych słuchać wszystkiego co zintegrowane z NADem: strumienie via moduł Blu, kino via HDMI, źródła cyfrowe & analogowe wpięte bezpośrednio… gramofon. Wow!

Sama skrzynka wpisuje się w nowy trend, nowoczesnego designu, jaki od paru lat NAD konsekwentnie wdraża w swoich klamotach. To już nie są czasy tytanowych obudów, klockowatego, prostego jak budowa dłuta, klasycznego projektowania z charakterystycznymi „znakami szczególnymi”, które od zawsze kojarzyły się z NADem (zielone guziki, y’now ;-) ). Nie. Tutaj mamy na wskroś nowoczesną konstrukcję, która mimo że pracuje w klasie D, korzystając pełnymi garściami z doświadczeń Kanadyjczyków na polu super efektywnej energetycznie amplifikacji (własna wersja modułów Hypex UcD), to lubi oddać ciepełko w dużej ilości. Stąd cała góra obudowy to rząd przyjemnie się kojarzących otworów wentylacyjnych ala duży piec (mniam, mniam). Cóż, środek jest nafaszerowany elektroniką, a ta się grzeje, z takimi, jakże miłymi dla melomana geeka (ohohoho ;-) ) akcentami, jak duże radiatory, liczne baterie kondków etc. Duży, kolorowy displej prawdę Wam powie o stanie, o ustawieniach urządzenia, których to ustawień jest niemało. Wszystko jednak ładnie zgrupowane, baaardzo proste w konfigurowaniu i obsłudze… nie ma porównania z wieloma amplitunerami AV, gdzie trzeba się nieźle napocić, żeby w gąszczu funkcji poustawiać co trzeba. Fajnie, że jak to u NADa często bywa, macie odczepy głośnikowe razy dwa, co oznacza, że dokładnie z takimi samymi parametrami jakie ma jedna para, można podpiąć dwa zestawy kolumnowe. Ba, można też skonfigurować integrę pod mono, dając jeszcze więcej mocy w kanał. To wszystko to jednak standard u tego producenta, zawsze można było liczyć, w klasycznej linii, na takie udogodnienia.

Klasyka. Dosłownie i w przenośni

Harmonijnie łączą się tutaj z nowoczesnością, z czymś w awangardzie postępu, jak widać na załączonym obrazku

…i jeszcze ta wizja w najnowszym wypuście, ultra wypuście

Zapraszam do rozbudowanej galerii tytułowej: cyfrowej hybrydy z je….ciem. To poniżej to tylko wycinek tego, co będzie w recenzji, w końcu kompleksowe to, wielowątkowe, gdzie wizja spotka muzykę, gdzie kino nabierze dodatkowego, brzmieniowego sznytu, a audio… cóż, audio będzie oczywiście na pierwszym miejscu, przy czym tutaj w ramach front-endu, w rozbudowanym systemie multistrefowym. Kompletnym rozwiązaniu, nie połowicznym, nie kompromisowym, nie że „tego się nie da”, albo trzeba mnożyć byty. Wszystko w jednym na unikalnym poziomie. I na koniec: gra jak NAD. Mimo że D-e, mimo że takie hipernowoczesne, to właśnie gra tak, jak przyzwyczaiła nas marka. Gra swobodnie, gra płynnie i niezwykle muzykalnie gra. Lubimy? No jasne, że lubimy.

Strumienie z sieci plus obraz. Kwintesencja projektu integracji wszystkiego by NAD

Mhm

Więcej:

» Czytaj dalej

Sonos + AirPlay 2 = pełen sukces. Przetestowaliśmy dzisiejszy upgrade

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20180711_164330000_iOS

Raptem dwie godziny temu Sonos wydał aktualizację, na którą bardzo czekaliśmy. Integracja AirPlay, w najnowszej odsłonie z numerkiem 2 właśnie stała się faktem, można dokonać upgrade’u i cieszyć się nowymi możliwościami. Generalnie najistotniejsze dla użytkownika strefowego systemu Sonosa jest to, że może od tej chwili strumieniować bezpośrednio z praktycznie każdej aplikacji jaka udostępnia dźwięk. Co prawda od jakiegoś czasu wielu developerów zaczęło udostępniać możliwość integracji głośników Sonosa (oraz strumieniowców), ale nierzadko kazała sobie za ten dodatek ekstra płacić. Teraz można słać stream od razu po tapnięciu w ikonkę AirPlay. Rzecz jasna, żeby skorzystać, trzeba mieć zainstalowane najnowsze oprogramowanie na Sonosie i – ważne – system w wersji iOS11, choć po konfiguracji będzie możliwe strumieniowanie także ze starszych urządzeń (sprawdzone na iOS10). Aktualizacja – da się wszystko zrobićbez upgrade do iOSa11… po paru godzinach zaktualizowało aplikację Sonosa na handheldach ze starszym systemem i to dokładnie te samo, co na iOSie 11. Także nie trzeba robić upgrade mobilnych. Przed wersją dla starszego wariantu iOS też chciało aktualizować apkę, ale bez sukcesu (nie wyświetlało opcji zaktualizuj). Kolejna sprawa to kompatybilność samego głośnika, wspominałem o tym we wcześniejszych wpisach, dla porządku przypomnę, że działa na One, Beam, nowym wariancie Play:5 oraz Playbase. Można strumieniować na starsze głośniki, ale musi być przynajmniej jeden kompatybilny (co oczywiste) i trzeba je dodatkowo pogrupować. W panelu AirPlay’a będzie wyświetlał się ten, który jest wspierany.

Teraz najlepsze… da się bez problemu skonfigurować stereoparę ze starym Play:1. Wspominałem o świetnej apce SonosequencrTo rzecz niezbędna, by połączyć w stereo stary model Play:1 z nowym One, sam Sonos nie daje takiej możliwości (bardzo niefajne zagranie producenta btw). Na szczęście można tak to obejść, a znakomitą wiadomością jest to, że AirPlay 2 będzie nam działał w ramach takiej stereopary. Tylko pamiętajcie, że nadrzędnym głośnikiem musi być One i dodatkowo ustawienie takiego czegoś wymaga po aktualizacji rozparowania głośników i ponownego sparowania w apce Sonosequencr. Na marginesie, widać, że AirPlay działa z zauważalnym opóźnieniem (synchronizacja nie jest idealna, co słychać, jak wyłączymy muzykę, najpierw jeden, potem drugi się wygasza… inaczej, niż bez AirPlay-a, ale jak już gra muzyka to wszystko jest w jak najlepszym porządku, tzn. lewy i prawy grają, nie ma żadnych problemów z przesyłem dźwięku). To nienajlepsza wiadomość, bo wielu, w tym piszący te słowa, liczyło, że będzie poprawa względem starego wariantu AirPlay-a, że synchronizacja (audio z wideo) będzie idealna, że nie będzie opóźnień. Cóż, trzeba rzecz potestować jeszcze, ale pierwsze wnioski są takie, że nadal jest tutaj robota do wykonania przez Apple, że nadal nie jest idealnie.

Oczywiście można także liczyć na integrację z głosowym interfejsem, przy czym nie będzie to integracja samych głośników, bo Siri nie ma (i raczej nie będzie) na tych głośnikach, ale… po pierwsze można skorzystać z produktów Apple (handheldy, komputery), a dokładnie z wbudowanych w nie mikrofonów, a po drugie można także liczyć na podstawową obsługę (podstawowe sterowanie odtwarzaniem, ściszanie, przełączanie stref) za pośrednictwem Alexy. Działa to sprawnie, choć jest trochę dziwacznie… dwie różne AI słuchają naszych komend i nie jest to idealne, optymalne, ale raczej tak to będzie wyglądać w przyszłości. Nie zapominajmy, że w Sonosach pojawi się jeszcze Google Assistant i siłą rzeczy będą na tych smartgłośnikach działała nie jedna, a dwie AI. Fajnie, że można dodać sonosowy głośnik do jabłkowej aplikacji Home (działa w ramach Home kit-a). Integrujemy sobie rozwiązanie multistrefowe Sonosa do inteligentnego domu w wariancie jabłkowym. Sprawdziłem także jak jest pod Roonem – pojawia się kolejna strefa z kompatybilnym z AP2 głośnikiem Sonosa. Pojawia się zatem One, rzecz jasna nie ma to większego znaczenia w przypadku Roon-a, bo ten wprowadził jakiś czas temu pełną obsługę głośników. Tak, czy inaczej, można. Poniżej garść rycin przedstawiających konfigurację oraz działanie AirPlay’a 2 na multistrefowym systemie złożonym z trzech głośników: One oraz Play:1 (stereo) oraz w innej lokalizacji kolejny Play:1.

Pod Roon-em identyfikuje się nam One bardzo ładnie, ale to trochę sztuka dla sztuki (bo od dawna natywnie Sonosy są wspierane w tym front-endzie)

Sumując, działa, gra i buczy…

Najpierw aktualizujemy co trzeba

AirPlay 2 w Sonos 9.0

 

Pojawia się aplet AirPlay w sonosowej apce

…a tam sprawdzamy co u nas zadziała i dodatkowo możemy pogrupować te, które kompatybilne nie są

» Czytaj dalej

Pierwszy z producentów audio mówi MQA pas!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
h6G8rWeSZnsC5zcXDcmNqnhM69FqSgmTpPL566pw7Mz2dmcdPHnpgX3QGrgKCHwT5

Żeby iść pod prąd, trzeba mieć jaja. Exogal najwyraźniej dysponuje solidnym nabiałem i mówi: MQA out! Co więcej, nie tylko rezygnuje z tego wynalazku (jak wątpliwej jakości i kontrowersyjnego w treści możecie przeczytać w moich dwóch, długich wpisach na temat, jakie ukazały się na łamach HDO: pod adresem zasiać ferment część 1, a pod tym część 2 ”business as usual”), ale jeszcze ostro rzecz uzasadnia. No właśnie, warto zwrócić na to, co inżynierowie Exogala mają do powiedzenia w materii „origami audio”. A mają dość konkretne, współbieżne z moimi, uwagi i spostrzeżenia na temat MQA. Goście z Minnesoty (to w tym stanie zlokalizowana jest siedziba firmy) mówią wprost: „nigdy nie udało nam się stwierdzić jakiejkolwiek przewagi, progresu jakościowego w przypadku MQA, co więcej – nie udało się osiągnąć zapowiadanego, czy reklamowanego poziomu „jakości studyjnej”… wręcz przeciwnie, to rozwiązanie rozmija się z naszymi standardami, naszym podejściem do projektowania sprzętu audio”. Mocne? Nie inaczej!

„Hype” towarzyszący trzem literkom przybrał takie rozmiary, że siłą rzeczy ludzie zaczęli pytać: ale o co właściwe w tym wszystkim chodzi? Bo że chodzi o pieniądze, to oczywista, oczywistość, ale to idzie dalej, widać, że ktoś tu próbuje narzucić swój „jedynie słuszny” punkt widzenia na przyszłość całej branży, dystrybucji muzyki, a nawet wpłynąć na to w jaki sposób podchodzi się do – przecież bardzo subiektywnego i pełnego mielizn – tematu „wzorcowej” jakości dźwięku. Narzucenie i forsowanie na siłę „jedynie słusznego” rozwiązania pachnie brzydko, przyznacie, a już próba wyrugowania z rynku alternatywnych rozwiązań, czy mówiąc ogólniej tego, co do tej pory całkiem dobrze się sprawdzało (w imię bliżej niesprecyzowanego jw. postępu… a może, właśnie mocniej, zwykłego oszustwa?) za pomocą rozwiązań sprzętowych, licencji, połączonych z agresywnym marketingiem oraz (zawsze zapalającym czerwone światła) zbiorem zastrzeżonym tzw. „wiedzy tajemnej” to nie jest coś, czego byśmy sobie w dzisiejszych czasach życzyli. Forsowanie MQA niestety bardzo mocno osadzone jest w tym, co powyżej napisane. Dla mnie to po prostu bullshit, bez wartości dla konsumenta, bez żadnego uzasadnienia, wątpliwy od strony samej idei pomysł na „hiresy” (bo ingerujący, bo stratny, bo nie dający żadnej gwarancji uzyskania lepszego rezultatu, a do tego śmierdzący na milę DRMami).

Nowy Comet Exogal-a. DAC z obsługą, wiadomo, PCM, z DSD i BEZ MQA

Trzeba mieć odwagę, by powiedzieć NIE. Przecież”wszyscy” mają, jest coś takiego jak instynkt stadny, w każdej branży gdzie zachodzą szybkie zmiany technologiczne, gdzie dużo się dzieje, gdzie moda, gdzie łatwo mijać się z prawdą (jakby nie było audio jest baaaardzo podatne na różne, często wątpliwe, trendy, idee), łatwo stracić, łatwo trafić na bocznicę. Nie zapominajmy o tym, co najistotniejsze. Jakieś 95% dzisiejszej muzyki, dostępnej w pliku, płycie, innym nośniku to red book. Mamy te PCM 16/44 i choć sam bardzo kibicuje hi-resom i niemal w całości @ HDO, o tym właśnie gardłuje, to TAKIE SĄ, JAK WYŻEJ, REALIA. Nasuwa się taka analogia: jak ktoś dopieszcza system, kupuje jakieś magiczne podkładki, kamyki, zatyczki, woreczki, podstawki, a nie zadba o podstawowe sprawy to sam się okrutnie oszukuje. Za dużo wagi przykładane jest do zagadnienia marginalnego w sumie, za bardzo uwaga skupiona jest na rzeczach mało istotnych, dodatkowo błędne przeświadczenie, że jakaś technologia nagle odtworzy nam salę koncertową, studio nagraniowe „tu i teraz”, prowadzi zwyczajnie na manowce. Co więcej, sami twórcy MQA przyznali (przyciśnięci do muru), że de facto nikt nie zrobił obiektywnych pomiarów, empirycznie nie dowiódł -mierząc- wyższości origami nad obecnymi na rynku sposobami zapisu i dystrubucji muzyki. Sumując, za dużo hype, za dużo agresywnego marketingu, dodatkowo niemałe pieniądze, które ktoś chce zarobić, niczego konkretnego nie oferując w zamian. MQA moim zdaniem przeminie, nie będzie żadnym znaczącym rozwiązaniem, które nada impuls nowemu, zmianom w branży. Nie ma na to szans, właśnie ze względu na politykę, błędną politykę. Szkoda, bo technologia idzie niesamowicie do przodu, można dzisiaj wyczarować rzeczy o jakich się kilkanaście lat nikomu nie śniło (sieć, komputery, software), ale…

Ludzie z Exogala słusznie zauważyli, że MQA na rynku wydawniczym praktycznie nie istnieje, że to co robi Tidal jest bardziej ciekawostką, niż czymś co popycha nas do przodu… trochę w tym winy po stronie usługodawcy, który od 2016 roku zatrzymał się na 3 mln subskrybentów. To stanowczo za mało, by taka technologia stała się znaczącą alternatywą. Nie widać też żadnego zainteresowania (zgadnijmy, dlaczego? Pytanie retoryczne ofc ;-) ) ze strony największych oferentów strumieni audio z sieci: Apple oraz Spotify. Nikt tutaj nie widzi żadnej wartości dodanej, żadnego zysku nie tylko dla siebie, ale także dla własnych użytkowników. I trudno się w sumie dziwić. Czy to się w najbliższym czasie zmieni? Szczerze wątpię, chyba że ktoś tu kogoś przekona, że z nieba spadnie deszcz banknotów, albo / i uda się przekonać samych artystów (ci w ogóle nie są zainteresowani, bo MQA to przemysł + wytwórnie, znowu pominięto samych twórców… typowe). Strumienie audio w jakości dużo lepszej to może brzmi intrygująco, ale nic konkretnie obecnie nie znaczy. Porównywałem ostatnio stream Tidala (Masters MQA) ze strumieniami bezstratnymi (FLAC/PCM) z Deezera. Deezer jak dla mnie nie tylko nie jest gorszy (w żadnym razie nie jest), ale bardziej podoba mi się słuchanie za pośrednictwem konkurencyjnego serwisu w jakości „płyty CD”. Zresztą, porównując (często są dwie wersje) album 16/44 z wersją „kontenerową” MQA w Tidalu wybieram tę pierwszą, bo brzmi lepiej (dynamika… zwróćcie uwagę na ten element, na ten aspekt). 

Ciekawe, kto będzie następny…

Sonos pokazał i trochę rozczarował. Beam nie jest dokładnie tym, czego byśmy sobie życzyli

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-06-07 o 11.28.02

Było to dość zaskakujące, bo większość spodziewała się zastępstwa dla solidnej, znaczy konkurencyjnej dla innych tego typu wynalazków, belki dźwiękowej vel projektora dźwięku vel soundbara Playbar. Beam – pokazana wczoraj na konferencji nowość – nie jest następcą, w ogóle nie jest czymś co można bezpośrednio porównywać do wspomnianego Playbara (ten, zresztą, z oferty nie znika). Zacznę do początku, od oczekiwań, a te były spore: po pierwsze integracja HDMI w sonosowym ekosystemie, ale nie taka jak zaproponowano, tylko na poziomie pt. obsłużę wszystko co jest na czasie, po drugie możliwości dźwiękowe pozwalające potraktować produkt jako alternatywę dla innych belek, a nawet klasycznych systemów z kolumnami (fronty, central… wystarczy, choć inni, tj. Yamaha, potrafią nawet więcej w tej materii), po trzecie spoiwo łączące wszystkie streamy, wszystkie skrzynki „pod jednym dachem” w zakresie odtwarzania audio (i nie tylko). Takie były, przyznaję że nieskromne, oczekiwania. Wielu takie wyrażało, wielu widziało szansę na prawdziwy przełom (bo bezdrutowo, wszystko i jeszcze ze zintegrowanym interfejsem głosowym, AI).

Małe to jest, bardzo małe, kompaktowe. Ma to swoje konsekwencje (możliwości brzmieniowe)

Udało się? Ano nie udało, albo udało ale trochę, no nie do końca. Beam jest mały, niewielki taki, nie ma możliwości brzmieniowych bara, ani base. To inna kategoria, w sumie, nowa kategoria, bo patrząc na możliwości (i może tutaj tkwi sens, zamysł producenta) nie ma odpowiednika (no ale też takie coś chcieliśmy otrzymać, tylko inaczej) na rynku i może się okazać, że mieć tego odpowiednika Beam zwyczajnie nie będzie. Czym jest? Niewielkim projektorem dźwiękowym, podkreślam NIEWIELKIM, w układzie cztery przetworniki pełnopasmowe (dwa @ froncie plus dwa z boku, do przodu zwrócone) oraz kopułka wysokotonowa, każdy jeden z w łasnym, cyfrowym wzmacniaczem (plus trzy, pasywne, radiatory basowe), z centralnym procesorem sterującym, sonosowym DSP (rozwinięcie kalibracji w oparciu o technologię TruePlay). Wszystko jest odpowiednio ekranowane (sporo anten, mikrofonów w środku). Z tyłu macie poza gniazdkiem LAN (WiFi rzecz jasna jest) wspomniane HDMI. Czyli tak, dźwiękowo, to będzie na pewno lepsze od dowolnego (no prawie, ale tak 99%) telewizora – i taki był cel twórców, że to ma konkurować z samym telewizorem właśnie – ale już nie bardzo z trzema kolumnami wielodrożnymi, nawet jeżeli mówimy o zestwie „kinowym”. HDMI dali ale jakieś takie niepełnowartościowe, bo nie w wariancie wspierającym najnowsze technologie dźwięku obiektowego (Dolby Atmos czy DTS:X? Nie, tego tu nie ma), właściwie to, to HDMI nawet nie bardzo poradzi sobie z wszystkimi formatami ze starszego Blu-ray’a (będzie konwersja, albo wybór innej, gorszej jakościowo ścieżki). Nie jest to także (ale tutaj specjalnie na to nie liczyłem, choć byli i tacy, co liczyli) przełącznik źródeł, hub, bo to HDMI jest tylko jedno. Właśnie. Jest jedno i wspiera technologię powrotnego kanału audio (HDMI ARC) oraz HDMI-CEC (znane od lat rozwiązanie, nie zawsze dobrze się sprawdzające zapewniające sterowanie telewizorem, współpracę odbiornika z Beamem). Innymi słowy odpada nam jedno ze złącz HDMI w TV, dodatkowo telewizor musi wspierać ARC. To nie jest jakiś wielki problem, bo dzisiaj prawie każdy wspiera (czasami z automatu, czasami trzeba aktywować w menu), gorzej w przypadku starych modeli, ale w takiej sytuacji skorzystamy z konwertera HDMI-TOSLink dołączanego w komplecie (praktycznie wszystkie odbiorniki HDTV mają w standardzie cyfrowe wyjście dźwięku). Ma to sens i tak to musi być zintegrowane, ale już brak HDMI 2.0 i wyżej w takim produkcie zwyczajnie… boli. Boli i to mocno boli, bo nie dalej jak w poniedziałek Apple zapowiedziało Atmosa w swojej skrzynce podtelewizyjnej. ATV 4k będzie umiało, biblioteka filmów 4k puchnie, a tu takie kompromisy. Szkoda, bo Sonos jednocześnie zrobił parę rzeczy tak, jak powinien, i jak wspomniałem, jest to sprzęt (mimo wszystko) bardzo oryginalny i nie mający odpowiednika na rynku.

No i jest to HDMI, tylko nie do końca takie, jakie byśmy chcieli widzieć w nowym Sonosie, nie do końca takie

Dlaczego jest oryginalny i nie ma odpowiednika na rynku? Ano – i tu przejdę po minusach, do plusów – integruje nam technologie konkurencyjnych firm, które w swoim ekosystemie nie akceptują alternatywy (albo ta alternatywa jest bardzo ograniczona)… to znaczy możemy mieć i będziemy mieć „pod jednym dachem” Apple, Google i Amazona. Nie, nie chodzi tutaj żeby mieć, tylko żeby INTEGROWAĆ. Przykład? Chcę sterować podstawowymi funkcjami wspomnianego ATV za pomocą AI od Amazona. Wydaję Aleksie komendę i dzieje się. To oczywiste i dla użytkownika bardzo użyteczne, ale już na poziomie „współpracy” między firmami wielkie, nie do przeskoczenia, wyzwanie. Każdy zazdrośnie strzeże swojego, obcina funkcje w produktach firm trzecich – tak to wygląda. Sonos jako jedyny nam to integruje, integruje tak, że nie musimy (w przeciwnym razie byłoby to kompletnie bez sensu) wybierać, przełączać się, tylko – właśnie – dzieje się, my korzystamy, a sprzęt nas rozumie. To postawa idei inteligentnej chałupy, automatyzacji, tego wszystkiego co jest obecnie bardzo na czasie. Co prawda nie jest jeszcze idealnie, bo po pierwsze integracja AirPlay2 będzie mieć miejsce dopiero za ponad miesiąc. Po drugie, będziemy musieli poczekać na Google Assistant – co bardzo boli nas tutaj, znaczy w Polsce boli – bo to jedyne AI z zapowiadaną obsługą języka polskiego w bieżącym roku. Także do pełni możliwości jeszcze daleka droga, ale wiadomo jak to będzie u Sonosa działać i wreszcie ma to sens. To przede wszystkim aspekt czysto użytkowy, ergonomiczny, możliwość wydawania komend i sterowania samym sprzętem oraz streamem (jaki by on nie był).

Nawet IR dali, w pewnym sensie dali. W sumie prawidłowo, dobrze jest mieć wybór, niż nie mieć go wcale

No właśnie – wszystko pod jednym dachem. Chodzi zarówno o treści jak i skrzynki strumieniujące*. Sonos słusznie uznał, że wbudowanie własnego rozwiązania (czy jakiś asystent, czy własne smartTV) nie ma uzasadnienia w obecnych czasach. Po pierwsze powielamy funkcjonalności (bo TV pewnie smart jest, a jak nie to Chromecast, albo inne ATV, albo Amazon FireTV, albo jeszcze coś innego wisi na kablu), po drugie inni zrobili to często na tyle dobrze, że niczego nie zwojujemy, wreszcie po trzecie stworzenie sensownego rozwiązania z własnym, choćby ograniczonym (do AV) AI to gigantyczne wyzwanie, któremu (na razie) nie podołało takie Apple (Siri nadal jest głupia jak but, choć nowe pomysły z WWDC mogą przynajmniej sprawić, że będzie użyteczna, choć nadal w zakresie inteligencji pozostanie głupia jak but). Ludzie z Sonosa uznali, że nie ma się co kopać z koniem, tylko skupić się na tym co robią dobrze (własny ekosystem, sieć mesh, oprogramowanie agregujące treści i integrujące wspomniane AI, współpracujące z innymi rozwiązaniami softwareowymi… kłania się np. Roon (nasz tekst nt. temat tutaj)). To słuszna droga wg. mnie, gwarantująca dobre rezultaty, a nie porywanie się z motyką na słońce (co zawsze kończy się spektakularną klęską vide Microsoft i telefony… co za porażka!). Mamy nie tylko to, co wprowadzone na zasadach partnerskiej współpracy, w samym oprogramowaniu firmowym. Nie, mamy właśnie wszystko, czy precyzyjnie będziemy mieć wszystko, bo Sonos(y) dogadają nam się i odtworzą dowolne materiały dzięki implementacji AirPlay2, CAST (z chwilą wprowadzenia asystenta Google). To będzie przełom, bo castowanie z jednej, stream w ramach airplay z drugiej gwarantują, że absolutnie każdy materiał multimedialny z sieci nam się tutaj odtworzy, wygodnie odtworzy, z możliwościami jakie oferuje sam Sonos. Wspominałem ostatnio o źródłach multichannel. To też będzie można w opcji wielokanałowej grać. Pytanie, czy HDMI obsłuży nam (a dokładnie układy audio w Beam-ie obsłużą nam) SACD (z płyty np via PS3), czy DSD?

Minimalizm formy. Popieram. Minimalizm treści (możliwości dźwiękowe) już nie. Nie popieram. Jest 3.0 (L/P i C), ale…

Będziemy zatem mogli wykorzystać Beama w roli kolejnego, strefowego głośnika, będziemy mogli także stworzyć wielokanałowy system z dwoma One (patrz nasza opinia) czy Play:1 (nasze trzy grosze) oraz firmowym subem… niestety tylko w opcji DD, DTS (tu też nie mam pewności jak to będzie wyglądało finalnie).  To ograniczenie, a tak chciałoby się mieć pierwszy, bezdrutowy system głośnikowy w kinie domowym z najnowszym HDMI na dokładkę… chciałoby się i niestety nic się tu nie zmieni i to właśnie jest powodem dla którego Sonos mnie rozczarował. Rozumiem argumenty, choćby biznesowe – ma to konkurować z inteligentnymi głośnikami konkurencji i cenowo konkuruje, bo więcej dostajemy za niewiele większe pieniądze (np. HomePod to 349$, a Beam to 399$ – w Polsce niestety aż 1899zł). Jak na Sonosa, to nie jest wygórowana cena, ale też co dostajemy w zamian? No nie dostajemy odpowiednika bara, ten jest pod względem brzmienia dużo lepszy. Owszem, Sonos postanowił bardzo mocno przysiąść nad optymalizacją pracy przetworników, szczególnie w zakresie dialogów. Mają być superczytelne i ma to nas zachwycić, ale hmmmm…. to jest bardzo mały, bardzo – choćby fizycznie właśnie – ograniczony (możliwościami dźwiękowymi) produkt, także cudów nie ma. Wspominają też coś o bardzo przekonywującej przestrzenności – ok, jeżeli Beam zagra przestrzenniej od Zeppelina Air to przyznam, że zrobili tutaj naprawdę dużo, tyle że szczerze wątpię. Na pewno świetne jest to integrowanie pod jednym dachem, świetne jest to, że mamy streamy wszelkie, że wymienione skrzynki od gigantów IT będą nam ładnie z systemem Sonosa współdziałały. To plusy, ale jak widzicie widzę też szereg poważnych minusów. Nie tak miało być. Nie tak. Szkoda. Przedstawiciele Sonosa coś tam mówili, że na obiektowy to za wcześnie, że Atmos to jeszcze nie teraz (w domu). Może mają racę, nie potrafię tego ocenić, może biznesowo lepiej jest dać coś prostszego, mniej zaawansowanego, nie wspierającego  najnowszych technologii w AV. Może. Tyle, że pierwszy zestaw kinowy (belka plus sub), a także dock pokazały, że Sonos czuje temat, że potrafi, że to może być w kolejnych, doskonalszych produktach, spełnienie marzenia o bezprzewodowym (prawdziwie) i supernowoczesnym (te streamy, te głosowe sterowanie, te AI) systemie, gotowym nie tylko sprostać najnowszym wymaganiom kina z kanapy, ale także fajnie zabrzmieć (choćby w tle), gdy nie obraz, a tylko dźwięk chodzi nam po głowie. Tutaj właśnie jest największe moje rozczarowanie. To nie jest tego typu produkt. To coś z innej beczki. Przystępniejszy (cenowo), zastępujący niedoskonałe głośniki w TV (teraz, albo gra cały ekran vide Sony, albo trzeba i tak spk wyrzucać gdzieś, bo displeje są tak cienkie, tak cieniusie, że nie ma szans zmieść dźwięk w czymś takim… no chyba że niekonwencjonalnie, ale wtedy zazwyczaj kompromisowo, mocno), przydatny dla wielu element sonosowego ekosystemu i dodatkowo (ważne) alternatywa dla innych głośników z AI (które ani dźwiękowo, ani w zakresie integracji nie mogą się obecnie z Sonosem równać – myślę tu o całym, właśnie, ekosystemie).

Biały tradycyjnie

…i czarny, też tradycyjnie

Dla niektórych plusem będzie ograniczona przestrzeń jaką będzie okupować Beam. Zmieści się praktycznie wszędzie, gdzie jest choć trochę miejsca pod TV

To kto zrobi to, jak należy? Zaprezentuje obiektowy bez druta, na miarę naszych oczekiwań? Hmmm?

PS. Sterujemy głosowo, wiadomo, albo za pomocą dotykowego czegoś, też wiadomo. Zaskakujące jest to, że dali czujkę IR, z tego co widzę. Ukłon w stronę tradycjonalistów?

* a dalej rozwiązania sterujące inteligentną chałupą, to co obecnie oferuje rynek w tym zakresie (via Google Assistant/Aleksa… raczej nie Siri, a przynajmniej nie tak prosto jak w przypadku wcześniej wymienionych, w ograniczony, podstawowy sposób – wiadomo: Apple)

ROON po polsku, ROON z dużymi zmianami, ROON z MQA

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Zrzut ekranu 2018-05-03 o 13.05.35

Wielomiesięczna praca nad spolszczeniem najlepszego front-endu audio wreszcie zaowocowała. No jest. ROON po polsku jest. Niestety nie bez dość licznych jeszcze błędów („kopia matka”… to moje absolutnie ulubione i oby tak zostało :D ), nie bez oczywistych fuck-upów (czasami nie mieszczą się te nasze długie, ogonków pełne, ojczyste słowa, no nie mieszczą się w obiekcie/danym menu) i wpadek typowych, czytaj – a tu nie przetłumaczyliśmy i idzie po angielsku (btw tłumaczenia po kiju, ala Google translator, niestety tu i ówdzie się zdarzają i to trzeba jak najszybciej wyprostować!). Widać, że sporo wniósł współudział społeczności użytkowników mieszkających „nad Wisłą”, albo żyjącymi poza granicami Polski rodaków. Możemy cieszyć się ze spolszczonego interfejsu, teraz wystarczy to „tylko” dopieścić i pięknie będzie. Oczywiście raczej nie zobaczymy opisów artystów, albumów, tego całego wsadu jaki możemy w ROONie znaleźć i z którego możemy korzystać. To pozostanie po angielsku, chyba że ktoś zrobi kolejny (duży) krok. Nie liczę jednak na to, znam realia i cieszę się, że możemy mieć samo oprogramowanie w rodzimym języku, że konfigurowanie (DSP, sprzęt) może okazać się dla wielu łatwiejsze, przyjemniejsze w odbiorze. Są też tacy, którzy tak się z angielskim żargonem oswoili, że im już z .pl nie po drodze. Rozumiem i sam się niejednokrotnie na tym łapie, że wolę. Dla tych jest w ustawieniach opcja (na dole) wyboru języka i można jednym kliknięciem zmienić sobie na „jak było”. Przyjemnie, że od teraz mamy wybór i brawa za to.

Od teraz spolszczony interfejs ROONa

Dobra, spolszczenie mamy odfajkowane, a to nie są jedyne, czy wręcz najważniejsze zmiany jakie przynosi najnowsza wersja 1.5. Oj nie! Skupili się tym razem na znaczącej przebudowie dwóch kluczowych rzeczy: identyfikacji i ustawiania urządzeń grających via ROON oraz wyboru wersji utworu / albumu w powiązaniu z całą naszą bazą i bazą tidalową (a to było cholernie trudne, bo Tidal z opóźnieniem i w niepełny sposób dostarcza im dane na temat udostępnianej przez siebie muzyki). Tak, to są zmiany bardzo poważne, dotyczą nie tylko UX (ergonomia UI), ale pozwalają na jeszcze lepszą, pełniejszą integrację bibliotek oraz sprzętu z front-endem. Mamy identyfikację certyfikowanego/przetestowanego sprzętu (lista wszystkich producentów i urządzeń dostępna w hiperlinku pod nazwą klamota), możemy samodzielnie coś wyszukać, czasami to rzecz istotna w związku z unikalnymi opcjami dla danego urządzenia, czasami bardziej kwestia natury estetycznej (ikonki, opisy te sprawy). Dalej idą w uproszczenie menu konfiguracji sprzętu, rozwijamy kolejne podmenu, a na dzień dobry dostajemy dostęp do najważniejszych użytkowo rzeczy. Nie tracimy przy tym możliwości bardzo zaawansowanego, szczegółowego ustawienia klamota, ale też nie gubimy się na wstępie w dziesiątkach suwaków. Cała baza jest spójna, ciągle podlega aktualizacji i rozszerzeniom (funkcje, nowe opcje, jakie przewidział sam producent urządzenia i leci… wow!). Oczywiście porządkują nam ten cały sprzętowy galimatias programy ROON Tested i ROON Ready (certyfikacja, pełna współpraca, identyfikacja danego klamota pod ROONem). Wszystko jest identyfikowane, ale to co przejdzie (co logiczne) dodatkowo te wewnętrzne procedury u developera, w locie, w automacie, bez naszej ingerencji, konfiguruje nam się automatycznie właśnie, najlepiej, najkorzystniej nam się autokonfiguruje (współpraca producent klamota – producent oprogramowania odtwarzającego… na taką skalę TYLKO ROON).

Jak widać, nie wszędzie jeszcze jest po polsku, mimo że po polsku ;-)

Identyfikacja urządzeń

Przemyśleli to w pełni, w kompleksowy sposób i chwała im za to. Moim zdaniem nikt tej trudnej lekcji „ogarniania” komputerowego odtwarzania muzyki w optymalny, najlepszy możliwy sposób do tej pory nie odrobił, poza ROONem. Nowa wersja software to taka „kropka nad i” (w sensie stworzenia rozwiązania łączącego w harmonijną całość front-end audio z efektorami, czytaj synergii software z hardware). Teraz będą to rozbudowywać, udoskonalać, ale to co już jest, to co mamy, to unikalna sprawa. Zapamiętajcie: TESTED i READY. Jak się takie coś w opisie produktu, na pudle pojawi, to już wiecie, że DZIEJE SIĘ, DZIEJE SIĘ DOBRZE. Jak tylko za bardzo namieszamy (my sami) w ustawieniach, bo eksperymenty lubimy, to dajemy „przywróć oryginalne” i mamy optymalnie ustawionego klamota. Proste? Proste. Optymalnie przez twórcę software oraz współpracującego z nim producenta naszego sprzętu.

Wersje

Dobra, kolejna wielka rzecz to „Inne wersje”, czy po prostu „Wersje”, czyli coś czego nam w ROONie brakowało. Niby po prawej mieliśmy wyszukane rekordy z tym samym albumem ale w innym formacie, wersji etc. ale dopiero teraz jest to w pełni zintegrowane i dopieszczone. Jak wspomnieli, w ich mniemaniu, słuchamy MUZYKI, a nie PLIKÓW i ja się w pełni podpisuję pod tym. Do tej pory wszelkie duplikacje automatycznie się grupowały, teraz moi drodzy mamy wspomnianą zakładkę. A tam za pomocą ikonografiki dostajemy (wcześniej nie było to takie przejrzyste, czytelne) wszystkie wersje danego utworu, albumu jakie są dostępne w bazie ROONa. Wszystko co jest w naszych zbiorach. Nie dość tego, mamy także ikonę Tidala, która mówi nam, że poza naszymi zbiorami, jest jeszcze w streamie wersja, której nie dołączyliśmy do naszej kolekcji.  W sumie możemy mieć do 4 różnych wykonań z naszych zbiorów, lub 4 tidalowych, lub mieszankę powyższego, dotyczące jednego kawałka, czy jednego albumu (pojedynczy cover na stronie artysty w ROONie), a w zakładce „wersje” zaś będziemy mieć wylistowane nawet milion ;-) odmiennych wariantów …o ile będziemy mieli na to ochotę. Innymi słowy wszystko porządkuje nam wykonawca, mamy różne wersje i jest przejrzyście: rozszerzone, limitowane, wznowienia, remastery i co tam jeszcze do ciężkiej cholery ktoś sobie wymyślił, żeby ponownie zarobić na tym samym materiale ;-)

Z tym co powyżej powiązane są dwie sprawy, dwie kolejne nowości w ROONie: wreszcie Tidal jest bardziej, niż mniej częścią ROONa. Stwierdzili, że jak im Tidal nie jest w stanie zapewnić stałego i pełnego dostępu do potrzebnych ROON labs danych to sami zrobią. I finalnie to #@$@%@ zrobil! Się zdenerwowali, mimo że to w sumie olewka ze strony partnera, zacisnęli zęby i zaczęli samodzielnie gromadzić dane, tworząc rozwiązanie bazodanowe, które teraz od 1.5 stało się częścią ROONa. Zrobili to. Co to daje? Ano wiele daje, bo nie ma bałaganu, bo teraz informacje tidalowego streamu zawierają to samo, co mogą zawierać dane naszej, dobrze przygotowanej, uporządkowanej biblioteki. Mamy więc dane na temat tego czy jest stratne, czy bezstratnie, czy MQA i jakie, wszelkie informacje o oryginalnych parametrach pliku strumieniowanego z Tidala powinny być od teraz wyświetlane (rzecz jasna trafimy na sytuacje, gdzie takiej informacji zwrotnej nie będzie, ale będą to rzeczy uzupełniane sukcesywnie). Od teraz mamy więc dostęp do tych danych we wszystkich opcjach korzystania z biblioteki (fokus!!! yes!!!). 

Kopia Matka! YESSS!

Druga rzecz to MQA. Cóż. Wiecie jaki mam stosunek do tego wynalazku. Chłodny mam. No ale nieważne jaki mam, trzeba odnotować że MQA jest od teraz w pełni wspierane w ROONie. Pełne origami. Pierwszy i drugi stopień, pełne rozpakowanie i – na kompatybilnym sprzęcie – słuchanie w „oryginale”. A właściwie w „kopii matce” (uhuhuhuhu… i dobrze, przynajmniej można się pośmiać, taśma matka sugerowałaby coś czego tam, w tej zakładce po ang. „masters” nie ma, zresztą to angielskie słowo też nic konkretnie nie mówi, albo co gorsza błędnie sugeruje właśnie), bo tak to nam spolszczyli. Dobra mamy MQA, dość późno to wprowadzili, mimo że MQA to luby, bo przecież inżynierowie, programiści po części z Meridiana są właśnie. Zresztą mówią (doceniam), że mocno się od 2016 roku zastanawiali czy w ogóle to pełne wsparcie dać i toczyły się w zespole dyskusje „czto diełat”. Chodziło m.in. o to, by negocjacje komercyjne (tak, tak MQA TO PRZEDE WSZYSTKIM BIZNES, ZAPAMIĘTAJCIE TO DOBRZE) oraz kwestie czysto techniczne (wsparcie producentów sprzętu) z sukcesem uzgodnić, dopiąć, zrobić tak, by summa summarum wszyscy byli zadowoleni. Od siebie dodam, że pewnie warunki ze strony ludzi stojących za MQA przesądziły o długim, ciężkim porodzie tej funkcjonalności, ale to moja prywatna opinia, nie bierzcie tego w żadnej mierze, jako coś, na co mam twarde dowody.

Nie, tak się nie bawimy ;-) Spolszczenie wymaga polerki

Dobra, mniejsza, co to dla nas oznacza? Ano oznacza, że po pierwsze, w powiązaniu z pełniejszą informacją na temat tego, co w Tidalu serwują (nowością, o której przed chwilą pisałem), mamy wyświetlane w przejrzysty, czytelny sposób wersje danego materiału: jest wersja 16/44, jest wersja MQA i możemy sobie wybrać. Zabawne, że pod ROONem mamy więcej, dużo więcej info/możliwości odnośnie tidalowego streamu niż w apkach dostępowych do serwisu. Przede wszystkim wiemy, czy dany materiał występuje w wariancie nie MQA-owym (taki często wybieram, choć bez dogmatu, sprawdzam, ale często brzmi mi lepiej od origami), jakie były jego oryginalne parametry (i jakie są pliku, który strumieniujemy właśnie). Także to duży plus i w sumie unikalna sprawa. No cóż, ja tam Tidala wolę słuchać via ROON, bo jak słucham w aplikacjach dostępowych to wiele tracę (ustawienia sprzętu, DSP to raz, a dwa sama nawigacja i możliwości dotarcia do interesujących mnie nagrań… Tidal ciągle coś kombinuje i mam wrażenie, że czasami kombinuje jak koń pod górę). BARDZO WAŻNE: jako jedyny ROON pozwala obecnie połączyć MQA z korekcją w ramach wbudowanego w software DSP. Oznacza to jedno – jedna z poważnych wad, poważnych ograniczeń, które kryją się za tymi trzema literkami, przestaje być aktualna. Od teraz da się. DSP może sobie działać i MQA może się odorigamiać. Można zatem korzystać dowoli z EQ, z korekcji pomieszczenia (ważne!) oraz zaawansowanych ustawień poziomu głośności bez utraty „magii” kontenera, bez upośledzania klamota ze wsparciem dla tego rozwiązania. Wiedziałem, że jak się za to Roon labs zabierze, to zrobi to przynajmniej dobrze i się nie pomyliłem. Także to cholernie ważna sprawa, bo DSP to ogólnie rzecz biorąc przyszłość całej branży i bez tego elementu (bez tego całego morza możliwości, bo zakres tego, co można z dzisiejszymi silnikami przetwarzającymi cyfrowo sygnał, wierzcie mi, jest NIEOGRANICZONY) MQA wg. mnie zdechłoby wcześniej czy później. A tak, kto wie?

Przy okazji wypłynęła jeszcze jedna, ciekawa dla mnie informacja: nie chodzi tutaj o jakieś specjalne tryby, poprawę SQ w ramach MQA, ale o generalnie pełne wsparcie kontenera w produktach teoretycznie go supportujących. Otóż, w notce dotyczącej najnowszej wersji ROONa zamieszczono informację, że od 1.5 software wspiera protokół USB/HID (dla MQA) zapewniający pozadrajwerową komunikację w ramach uniwersalnej magistrali komputerowej. Chodzi bardziej o zapewnienie bezproblemowej identyfikacji i właściwego, bezbłędnego procesu odpakowywania, a nie kwestie związane z jakością brzmienia. Dzięki temu, że identyfikacja jest pełna (ROON – komputer i jego możliwości weryfikacji tego, co podłączono via USB do niego) inżynierowie mówią o dużo dokładniejszym, pewniejszym sposobie dogadania się takiego DACa czy streamera z ROONem. Daje to pełną identyfikacje (w prezentowanej przez oprogramowanie scieżce sygnału) o statusie, bez jakiś znaków zapytania, bez problemów, przy czym – i to jest coś, na co warto zwrócić uwagę – NIEKTÓRE urządzenia kompatybilne z MQA nie potrafią właściwie współpracować, nie potrafią identyfikować i odpowiednio dopasowywać swojej pracy, gdy MQA sobie leci. Pokazuje to być może szerzy problem, bo wielu użytkowników najnowszych produktów (w przypadku MQA mówimy generalnie o najnowszych generacjach sprzętu) ma problem z właściwym działaniem swoich klamotów w zakresie grania origami. Okazuje się, że problem leży zarówno po stronie producentów, jak i samej organizacji, która stoi za tą technologią. Przyznają certyfikat, niby testują, a potem takie kwiatki. Pozostawię to bez komentarza…

Sonos! Będzie jeszcze w długi week(end) wpis o tym co potrafi w stereo para One (dotarł) i Play:1. Oppo niestety R.I.P

Na koniec coś, z czego ucieszą się właściciele strumieniowców LINNa. Macie to. Macie pełne wsparcie waszych DSów pod ROONem. Wreszcie. To popularne, bardzo dobre, tak w ogóle pierwsze takie na rynku, plikograje co to z Internetu grały/grają. No to teraz możecie sobie poużywać w pełni, a nie tylko przez szybkę ;-)

Ledwo widoczny, ale jest… Linn, Logitech też się łapie, mimo że ze Squeezeboksami nie ma obecnie za wiele wspólnego

GALERIA z całym spolszczeniem interfejsu będzie dzisiaj w nocy wisieć, już wisi. Nawet w święta nie dają człowiekowi odsapnąć! ;-)

O ROONie możecie przeczytać w naszych wcześniejszych wpisach: opis, poradniki nt. front-endu znajdziesz pod tym linkiempod tym oraz pod tym a także tutaj i tu. I jeszcze o tu. O ROCK (Roon Optimized Core Kit) tutaj, o iPENGu w ROONie (tutaj) i Audeze pod ROONem (tu). I jeszcze tutaj (aktualizacja grudniowa ’17).

PS. Bym zapomniał! Od teraz rozgłośnie sieciowe, radio internetowe przyjmuje stream FLAC/OGG!!! Mamy te wszystkie pyszne, nowe rozgłośnie z hi-resami, jakością płyty CD na kliknięcie (i wklejenie adresu). SUPER!

» Czytaj dalej