LogowanieZarejestruj się
News

FLAC z oficjalnym wsparciem w najnowszym iOS11 (z dużym ale…)

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Logo FLACnaIOS

No dobrze, pamiętacie? Tylnymi drzwiami, via ichnia chmura FLAC zawitał jako pełnoprawny kodek w systemie (w wersji testowej). Jutro nowy iOS będzie oficjalnie, będzie obsługa najpopularniejszego bezstratnego kodeka audio natywnie, w systemie. Co to oznacza w praktyce? Ano oznacza, że będziecie mogli słuchać swoich kolekcji muzycznych w dowolnej aplikacji, w tym systemowej (Music) bez konieczności konwertowania czegokolwiek do strawnego (przez Apple) formatu. Do tej pory trzeba było albo zainstalować jakąś apkę odtwarzającą flaczki, albo zdecydować się na mozolne konwertowanie plików, wybierając bezstratny kodek ALAC (jabłkowy wynalazek, który dzięki zerowemu zainteresowaniu samego jabłka popularyzacją jest obecnie niszowym rozwiązaniem na rynku).  Odnośnie samej apki – jest ich obecnie w AppStore całkiem sporo, część z nich oferuje naprawdę spore możliwości, przy czym ostatnie zmiany jakie zaordynowało Apple do programu iTunes mogą skutecznie zniechęcić Was do użytkowania oprogramowania innego, niż systemowe. I widzę tu pewną niebezpieczną korelację, ba widzę konsekwentną politykę mającą na celu skłonienie użytkownika jałbkofona (etc) do wyboru jedynie słusznej aplikacji firmowej, najlepiej z wykupionym abonamentem na Apple Music.

To, że iTunes powszechnie jest krytykowane za swoje przeładowanie, ociężałość, fatalny UX to oczywista, oczywistość, ale Apple usuwając aplet Programy ze swojej aplikacji zarządzającej pamięcią naszego iCośtam usunął jednocześnie najprostszą możliwość przenoszenia danych z pamięci komputera do pamięci handhelda (w tym muzyki do alternatywnych aplikacji odtwarzających muzykę). p W praktyce oznacza to, albo korzystanie z pośredników tj. chmury, lub bezprzewodowych sposobów transmisji (o ile takie możliwości dev przewidział w oprogramowaniu) lokalnie z komputera/serwera, albo faktyczną bezużyteczność danego programu odtwarzającego. Będzie zatem tak, jak w becie, to znaczy zagramy z nowej aplikacji Files (i będzie ściśle powiązane z ekosystemem) wspomniane FLACZki, a korzystanie z własnych zbiorów zapisanych w takim formacie nie będzie wcale proste i intuicyjne. Oczywiście użytkownicy dysponujący Makiem będą mogli, przykładowo, skorzystać z AirDropa, z współdzielenia pamięci masowych na urządzeniach z logo jabłka na obudowie – inni będą musieli kombinować.

Widzicie to „duże ale” w tytule? Już tłumaczę to „ale”: natywny FLAC w iOS nie jest dla wszystkich. To znaczy nie wszyscy użytkownicy jabłkofonów skorzystają, a użytkownicy iPadów w ogóle obejdą się smakiem. Jak tylko aktualizacja stanie się ciałem, ewentualnie zaktualizuje wpis, ale wszystko wskazuje na to, że z nowych możliwości skorzystają wyłącznie użytkownicy iPhone 7, 7+, 8, 8+ oraz X. Dodatkowo takie możliwości zapewni Apple TV 4 oraz nowy model 4K, tyle że w przypadku tych urządzeń nie mamy możliwości wygodnego wyprowadzenia dźwięku na zewnętrzny tor audio (w praktyce musi być amplituner, bo w ATV obecnie jest tylko HDMI, zrezygnowano z wyjścia optycznego). Prawdopodobnie takimi możliwościami będzie także dysponował nowy głośnik od Apple: Home Pod, przy czym nie jest to na razie w żaden sposób przesądzone, producent nie podaje dokładnych danych, specyfikacji tego nadchodzącego produktu. Co jeszcze bardziej zastanawiające, w specyfikacji obsługiwanego dźwięku w najnowszych modelach iPhone zniknęły AIFF oraz WAV. Dziwne, raczej oczywiste jest, że te formaty, szczególnie WAV nadal będą wspierane (muzyka nadal jest obecna w iTunes, nadal można konwertować, nadal mamy tam kolekcje/bibliotekę i integrację z usługami AM/iTunes Match). Być może Apple dokonało „skrótu myślowego” podając ogólnie informację o wsparciu dla Linear PCM w najnowszych modelach (wcześniej takiego zapisu w specyfikacji wspieranych formatów audio nie było). Sumując, użytkownicy wszystkich iPadów oraz iPhone <7 nie będą mieli nadal możliwości odtwarzania muzyki zapisanej we FLACzkach (podobnie iPodów Touch) natywnie w iOS11. Trudno na pierwszy rzut oka powiedzieć, co się za tym kryje, choć pewną wskazówką może być BRAK ANALOGOWEGO WYJŚCIA DLA SŁUCHAWEK WE WSPIERANYCH MODELACH. Wszystkie iPady oraz modele 5S/SE/6(+)/6S(+) dysponują audio jackiem. Innymi słowy taka decyzja miałaby uzasadnienie czysto marketingowe (nie techniczne, choć właśnie techniczny aspekt przesądza o wsparciu). Apple chce zasugerować w ten właśnie sposób, że jedynie słusznym wyborem dla kogoś, kto ma ochotę na słuchanie muzyki w jakości bezstratnej z jabłkowego telefonu jest zakup nowego modelu (to raz) oraz wybór takiego, który dysponuje wyłącznie złączem Lightning służącym do transmisji dźwięku (cyfrowo – to dwa). Przejściówka na jacka, dodawana do nowych modeli iPhone, kłóci się z uzyskaniem wysokiej jakości dźwięku – to jasne dla każdego, kto zwraca uwagę na SQ, stąd… no właśnie, dodatkowa zachęta do zakupu odpowiednich (lightningowych) słuchawek oraz ewentualnie akcesoriów (DAC/ampy).

Na taki wpis mogą liczyć wyłącznie użytkownicy wybranych, najnowszych modeli iPhone: 7/7+/8/8+ oraz X.
Po aktualizacji do iOS 11 tylko te modele będą wspierać natywnie najpopularniejszy kodek audio, z takiej możliwości skorzystają także użytkownicy Apple TV 4/4k, które również takie pliki odtworzą

A tak to wygląda i wyglądać będzie na reszcie urządzeń z iOS/tvOS, w tym m.in. @ wszystkich iPadach

Tu, co prawda, pojawia się kwestia wyraźnego promowania bezprzewodowego słuchania (co z wyżej wymienionymi kwestiami nie ma nic wspólnego, bo transmisja BT jest stratna, a o lepszym transferze w ramach aptX nie ma mowy w iOSie), własne słuchawki (te z logo i te pod marką Beats Audio) są praktycznie bez wyjątku Wireless, ale… ale sporo można zarobić, jak wyżej, licencjonując własny interfejs (Lightning), a bez certyfikacji (MFI) żaden z producentów (poważnych) produktu kompatybilnego z nowymi iPhone’ami nie wypuści. Chcesz słuchać w jakości HiFi? Kup odpowiedni telefon, kup odpowiednie słuchawki (z licencją) lub/i kup odpowiedni zew. DAC/AMP oczywiście z licencją. Trudno znaleźć inne uzasadnienie tego ruchu, szczególnie, że samo Apple mimo podjętych pewnych działań, nie zdecydowało się na wprowadzenie do swojego kramiku (iTunes) oraz streamingu (Apple Music) bezstratnej jakości dźwięku. Gdyby się na to zdecydowało, odcinanie wielu milionów potencjalnych klientów od swoich usług (lepszej jakości audio) byłoby kompletnie bezsensowne. W opisanej powyżej sytuacji, taki ruch wydaje się z marketingowego punktu widzenia całkiem sensowny, oczywiście z punktu widzenia użytkowników wygląda to zgoła inaczej i takie działanie producenta należy ocenić jednoznacznie negatywnie, bo nic nie stoi na przeszkodzie (techniczne) by wsparcie dla FLACów było oferowane dla wszystkich urządzeń przewidzianych do aktualizacji do najnowszej wersji iOS.

Moim zdaniem to decyzja o daleko idących konsekwencjach dla całego ekosystemu w aspekcie odtwarzania muzyki. Poza czynnikami wymienionymi powyżej jest jeszcze jedna kwestia, o której warto wspomnieć – wprowadzenie modelu Apple Watch’a LTE (seria 3) oznacza, że Apple Music na pewno w dającej się przewidzieć przyszłości nie dostanie opcji strumieniowania dźwięku o wyższych parametrach transmisji. To jeden z głównych marketingowych argumentów Apple podczas kampanii zachęcającej do zakupu nowego zegarka… dostęp do 40 milionów utworów (oczywiście via Apple Music) z nadgarstka, bez pośrednictwa iPhone, autonomicznie (dzięki modułowi komórkowemu zamontowanemu w najnowszym zegarku). To ma zachęcić do zakupu pierwszego AW lub do wymiany starszego modelu. A to się kłóci z transmisją lepszej jakości (zużywającej więcej energii, a ta jest tutaj na wagę złota oraz wyczerpującej szybciej paczkę danych w ramach abo). Do tego mamy konieczność wykorzystania w takim wypadku transmisji BT do transferu audio do bezprzewodowych słuchawek, sparowanych z zegarkiem i cały zysk z kompresji stratnej zostaje w dużej mierze zaprzepaszczony (nie ma tu zatem miejsca dla FLACzka)).

Apple wyraźnie ma ochotę sprzedać Apple Watch’a jako nowego iPoda, stąd zresztą decyzja o zaprzestaniu produkcji tego ostatniego (poza Touch’em, ale to i tak margines i Touch nie ma LTE, czyli streaming on the go odpada). FLAC zatem zostaje przez Apple wpasowany do własnej wizji sprzedaży w ramach ekosystemu i ma być oferowany jako „dodatek” do drogich i bardzo drogich, topowych modeli iPhone. Trochę na zasadzie: stać cię na kosztowny telefon, chcesz słuchać w bardzo wysokiej jakości? To proszę bardzo, możesz, ale musisz nam za to jeszcze parę razy ekstra zapłacić. Producenci „lightningowych” słuchawek oraz akcesoriów audio (DAC/AMPy kompatybilne z jabłkową elektroniką) mogą zacierać ręce. To co prawda nisza, ale z widokami (w końcu stream hi-res nam się też rozwija, nieprawdaż?) na spore zyski. Apple na tym zarobi, niemało zarobi, a do tego najmniejszym, nie – wróć, praktycznie zerowym kosztem (właściwie ograniczając się tylko do implementacji wsparcia dla kodeka w najnowszym iOS dla wybranych urządzeń). Tak się zarabia pieniądze. Nawet wbrew i na przekór interesom własnych klientów, użytkowników. Jak dla mnie, właśnie osiągnęli w tej materii prawdziwe mistrzostwo. Smutne to, ale jakże prawdziwe.

Złącze audio jack wyklucza natywnie FLAC na iOSie. Musi być jak powyżej. Tak to właśnie wygląda…

 

PS. Biorąc powyższe pod uwagę, nie liczę na jakieś większe zmiany w protokole AirPlay 2 (ma to przecież działać w całym ekosystemie, a nie tylko z najnowszym sprzętem… chyba). W przypadku SQ nic się nie zmieni i nadal nie będzie to zbliżone do możliwości konkurencyjnych rozwiązań odnośnie jakości brzmienia. Brak bitperfect, brak obsługi lepszej jakości niż 16/44-48, może chociaż opóźnienia zredukują i responsywność (multiroom tego wymaga).

DAP zaklęty w smartfonie: V30 od LG. Trend czy ciekawostka?

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
lg-v30-dac-9a433027bfda993fcf620

Parę razy na łamach wspominałem o telefonach z lepszym audio. Tym razem jednak to lepsze jest na poziomie na tyle wyśrubowanym, że warto pochylić się nad tym co przygotowało LG chwilkę dłużej i zastanowić, co to (i czy w ogóle coś konkretnego) oznacza. Warto przy okazji uświadomić sobie, że rynek masowych odtwarzaczy audio właśnie umarł, a to za sprawą definitywnego wycofania się z tematu przez Apple (patrz nasz wpis: iPod RIP). Tytułowy LG i to co przed chwilą napisałem ściśle się ze sobą łączy. Dlaczego? Ano dlatego, że ludzie dzisiaj słuchają… więcej muzyki, a ta jest na tyle łatwo dostępna i na tyle szeroko dostępna, że nie można tego pominąć w biznesowych rachubach. I to właśnie słuchanie „on the go” ma obecnie wyraźny priorytet. Oczywiście to słuchanie ma określoną formę, formę wyznaczaną przez zapuszczony na dotykowym ekranie stream z jakiejś usługi, z jakiegoś serwisu streamingowego audio. To po pierwsze. Po drugie, mimo że widzimy bezdrutową rewolucję, której (zresztą) głównym propagatorem jest wspomniane Apple (wyrugowanie audio jacka w iP7, AirPods, niemal wszystkie BEATSy z bieżącej oferty są bez kabla…), ludzie nadal słuchają muzyki korzystając z przewodowych słuchawek. I to się szybko nie zmieni. Najpopularniejsze na wynos IEMy to w 80% drutowce (via Nielsen), a nie bezdrutowce. Rzecz jasna z czasem udział BT słuchawek będzie rósł (dynamicznie), a wraz z nim nie będzie miało większego znaczenia z czego muzyka leci (źródłem będzie cyfrowy transport, nie odtwarzacz, wszystko będzie/jest w tym wypadku scedowane na efektor), ale na to jeszcze jw. poczekamy.

V30 (póki co na renderach)

Kluczowa sprawa… jacek. Audio jacek. Jak go nie będzie, to po co to wszystko? No właśnie. Anty-iPhone ;-)

Na rynku mamy DAPy, audiofilskie odtwarzacze, które ostatnimi czasy zaczynają odtwarzać muzykę z serwisów, są wyposażane w łączność z Internetem. To konieczność. Przy czym nie ma najmniejszych szans na to, by ten segment wyszedł z niszy w jakiej siedzi  - to będzie rozwiązanie dla garstki, choćby przez to, że ludzie nie mają ochoty na mnożenie bytów, a taki -zazwyczaj- androidowy, wyspecjalizowany odtwarzacz zwyczajnie odstaje w zakresie UI, konstrukcji, czasu pracy na baterii i paru innych parametrów od dobrej klasy smartfona. Także jest to coś obok, coś niszowego i przeznaczonego dla… bezkompromisowych miłośników dobrego dźwięku. Jak wyżej, dla prawdziwej garstki.

Nie hokus-pokus, a konkret skorelowany z zaawansowanym układem audio

No dobrze, a gdyby tak połączyć jedno z drugim? Koreańczycy, czy ogólniej, Azjaci, mają na tym polu pewne dokonania, jednak dopiero najnowsza propozycja LG wydaje się kompleksowa. Najnowszy flagowiec ma nie tylko wysokiej klasy układ konwertujący (ESS Sabre ES9218P), ma także odpowiednie oprogramowanie (bardzo, bardzo ważne – podkreślam to na łamach bezustannie, że to równorzędny element toru, tak samo istotny jak h-ware) oraz dopasowane do okoliczności, dobrej klasy słuchawki. Po raz pierwszy produkt masowy (a takim jest niewątpliwie każdy smartfon od dużego producenta elektroniki użytkowej) zamiast miernej jakości, firmowych IEMów (albo jakiegoś taniego podwykonawcy) otrzymał do kompletu bardzo dobre (słuchałem) IEMy. LG wybrało jako partnera Bang&Olufsena. W pudełku znajdziemy jeden z modeli dokanałówek Duńczyków. W czwartek (31.08 będzie premiera) uzupełnię wpis, gdy poznamy szczegóły co to za doki właduje do pudła koreański producent. Partnerstwo z B&O nie ogranicza się tylko do efektora, to także współpraca nad wspomnianym oprogramowaniem. To dobra wiadomość dla zainteresowanych (dla których jakość dźwięku ma duże znaczenie), bo daje gwarancję, że całość będzie trzymała odpowiedni poziom. I tak w software zaszyte będą presety i to takie, które mają stawiać na pierwszym miejscu wierność, naturalność, czystość przekazu, a nie wzbogacenie dźwięku o jakieś pseudoprzestrzenne efekty, czy prymitywne podbicie niskich tonów. Innymi słowy będzie to coś przygotowanego dla osób, które chcą usłyszeć różnicę, chcą czegoś więcej. Dzięki partnerom z B&O oraz ESS zostaną w pełni wykorzystane możliwości zamontowanego układu C/A, oprogramowanie sterujące pozwoli użyć filtrów (short/ sharp/ slow), które umożliwią odpowiednie dopasowanie pracy całego układu pod kątem odtwarzanego na telefonie repertuaru. Kość ESS, jaką wykorzystano, oferuje pomijalny poziom zniekształceń (0,0002%). Na marginesie, intrygujące jak poradzono sobie z interferencjami jakie generują zamontowane w telefonie anteny (LTE / WiFi), czy LG projektując V30 uwzględniło ten aspekt…

Taki układ ląduje w fonach po raz pierwszy, kto wie… może pojawi się w innych produktach tego typu? Mobilne chipy (b.niski pobór) robi Cirrus Audio, robi Asahi Kasei, robi także Wolfson, Texas Instruments też robi

Wzmiankowany Quad DAC pojawia się w produktach LG nie pierwszy raz, ale pierwszy raz pojawia się w produkcie globalnym (G6 nim nie był, a V20 nie oferował wszystkiego, co zaimplementowano do następcy w zakresie audio). Układ z osobnym, zwielokrotnionym konwerterem C/A osobno dla prawego, jak i lewego kanału to rozwiązanie typowe dla wspomnianych, kosztownych, wyspecjalizowanych DAPów. W smartofnach takich rzeczy się po prostu nie stosuje (stosuje się tanie układy o dużo gorszych parametrach, także w jabłczanej elektronice, żeby nie było wątpliwości). Powracając do początku naszego wpisu: ciekawe, czy będzie to li tylko ciekawostka, czy też jest to zapowiedź jakiegoś nowego trendu? Jak wspomniałem, jest pewna luka, jest pewne pole dla rynkowej ekspansji w przypadku takich produktów. Koreańczycy widać zdają sobie z tego sprawę i mają nadzieję, że możliwości audio V30 przełożą się na sukces rynkowy tego modelu. Czy się nie przeliczą to inna sprawa, ale jw. iPoda nie ma, DAPy to nisza, niszy, a lepsza jakość audio to coś, czego w tym segmencie (mobile) właściwie nikt na serio nigdy nie oferował. LG chce i jak widać coś już robi, Samsung podobno też ciągle się do tego przymierza (mówiło się o układach Wolfsona), a niewykluczone że i inni pójdą tym tropem, bo… czym tu się teraz wyróżniać, jak wszystkie „kieszonkowe” ekrany będą za raz wyglądały TAK SAMO, będą oferowały TAKIE SAME FUNKCJE i w zakresie funkcjonalnym, technologicznym właściwie niczym nie będą się już wyróżniać (między sobą). Czy tu przyciągnąć uwagę klienta? Jak zachęcić go do wymiany obecnego modelu? Czym zaskoczyć?

Audio może być jednym z takich „przyciągaczy”. Nowy V30 to niewątpliwie coś, co zagra co najmniej dobrze, co będzie można pożenić z bardzo, bardzo dobrymi słuchawkami (bez obaw o mezalians), ba, będzie można taki telefon potraktować jako wysokiej jakości źródło w stacjonarnym scenariuszu (tak, mam tu na myśli analogowe podpięcie do dowolnego toru audio). Przy czym na Apple nie ma co tutaj liczyć, bo decyzja o wyrugowaniu jacka wydaje się być ostateczna, a do napędzania głośniczków zamontowanych w smartfonie zwyczajnie nie kalkuluje się stosować jakieś wysublimowane układy C/A. Choć firma pokazała, że potrafi osiągnąć ciekawe efekty w najnowszej linii MacBooków Pro (dźwięk z wbudowanych głośników) i chce jeszcze bardziej rozwinąć w nadchodzącym iMaku Pro, to handheldy raczej z tego wszystkiego nie skorzystają. Dodajmy do tego bezprzewodowość jako standard w Jabłcu i iPhone jako odpowiednik wysokiej klasy DAPa (z odpowiednimi zmianami w konstrukcji pod kątem audio) odpada. Wygląda zatem na to, że (o ile) audio stanie się marketingowo nośnym tematem w mobile to będzie to dotyczyć Androida. Zainteresowanymi mogą być nie tylko znane marki z Korei czy Japonii (Sony), ale także mocno ekspansywni chińscy producenci. Tu walka na to kto da więcej może być szczególnie agresywna, firmy mogą prześcigać się co zaoferują klientom, a my możemy tylko cieszyć się z takiego obrotu sprawy. Finalnie dobre słuchawki zawsze się przydadzą, a jak będziemy je otrzymywać w komplecie z telefonem to tym lepiej. To co znajduje się w pudle dotychczasowo nadaje się zazwyczaj do szybkiej utylizacji. Może to być także dodatkowy impuls dla usługodawców, dla serwisów, by uzupełnić ofertę o lepszej jakości dźwięk.

Poprzednik V20 z solidnymi dokami B&O, pytanie czy V30 dostanie coś lepszego i co to finalnie będzie?

Właśnie, na koniec jeszcze jedna ważna rzecz. LG postanowił rozpocząć współpracę nie tylko z B&O, ale także z MQA (btw udział specjalistów od dźwięku w pracach projektowych to kolejna dobra wiadomość dla zainteresowanych V30). To pierwszy taki, na taką skalę, alians w którym stroną jest wielki producent elektroniki użytkowej. Nie oszukujmy się, tylko taka droga może przynieść pozytywne efekty, spopularyzować temat. Streaming muzyki hi-res będzie miał szasnę wyłącznie wtedy, gdy sprzęt z kieszeni (telefon) będzie to obsługiwał natywnie, gdy muzyka zapisana w tej technologii pojawi się w ofercie najpopularniejszych serwisów streamingowych. Tidal do takich się niestety nie zalicza i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić. Zatem kto? Ano wiadomo kto: Spotify. Ewentualnie (jeszcze) Pandora na rynku północnoamerykańskim. Biorąc pod uwagę to, co napisałem o Apple, na MQA w jabłczanym kramiku czy streamie raczej bym specjalnie nie liczył. Szkoda, bo wraz z wprowadzeniem własnych usług do oferty w konkurencyjnej, androidowej platformie dawałoby to możliwość jeszcze szerszej, szybszej popularyzacji, ale jw. to mało prawdopodobne.

Sumując, przekonamy się czy ten V30 nie będzie zwiastunem nowego trendu. Na IFA smartfon będzie prezentowany. Jeżeli dotrzemy na targi, sprawdzimy czy faktycznie. A wieczorem, najpóźniej jutro pierwsza z publikacji recenzji, której bohaterem będzie IFi Audio iDSD Nano LE. Też mobile…

Słuchawkowe high-endy przebijają sufit. Susvara? 30k! iLCD4? Ponad 10k!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
4500x2500-3

Tak sobie patrzę na to i się zastanawiam dokąd nas to zaprowadzi. Kiedyś high-end nie był oderwany od realiów, to znaczy był drogi, jasne, ale jednak w granicach zdroworozsądkowych. Mówimy o słuchawkach, nie o zestawach głośnikowych, wyczynowej elektronice – mówimy o czymś, co właśnie stanowiło do niedawna alternatywę dla arcydrogiego toru opartego na zestawie kolumnowym. Można było za 10-20% wartości takiego z absolutnie najwyższej półki, kupić najlepsze na rynku słuchawki. Pomijam Orfeusze, które były wyjątkiem potwierdzającym to co powyżej. Cóż, czasy mamy inne i dzisiaj systemy za parę milionów prawie nikogo już nie dziwią (mnie nadal dziwią), w przypadku słuchawek obserwujemy podobny trend. Oderwanie od realiów i gwałtownie rosnące ceny (tego, co okupuje szczyty katalogu wielu specjalistów z branży).

To drzewko „genealogiczne” ładnie pokazuje ewolucje ortodynamików HiFiMANa. I coś jeszcze. Tak, rosnące ceny…

Już nie high-end, a ultra-end. Nowe orto Susvara

A tu nowy wzmak EF-1000

Elektrostaty z elektrownią. Shangri-La. Pretensjonalne to trochę. Cenowo przebija sufit

W przypadku ortodynamików Susvara mamy coś (znacznie?) powyżej HE-1000, o których przeczytacie w przyszłym tygodniu, to coś dużo powyżej, bo same słuchawki wyceniono na 29 900 złotych. Trzydzieści tysięcy bez wzmacniacza. Ten zresztą też się pojawił w ofercie. Dedykowany. EF1000 ma być idealnym partnerem dla tych high-endów i całość swobodnie zamknie się sumą 50 000zł. A to jeszcze nie wszystko, bo będzie można zakupić niebawem elektrostatyczny model HiFiMANów z setem na bańkach 300B za … bo ja wiem… 60… 70 tysięcy złotych? W przypadku wzmiankowanego Sennheisera ultradrogi Orfeusz był i jest produktem pokazowym, takim „co to można zrobić, bez liczenia się z kosztami, bezkompromisowo”. Wyjątkowym. Zastanawiam się jak do tego odnieść najnowsze produkty HiFiMANa? HE-1000 są drogie, tak, ale do niedawna te 10-20 maks. tysięcy stanowiło nieprzekraczalną granicę. Jak widać, już nie stanowi. Co więcej, patrząc na obecny katalog widzę pewną prawidłowość. Produkty za kilka tysięcy. Dotyczy to także nowych IEMów. Złote RE-2000 to 2000$. Zbieżność raczej nieprzypadkowa.

LCDi4. „i” w nazwie oznacza, że zamiast militarnego kuferka z wielkimi planarami w środku, dostaniecie małe tekturowe pudełko z tym, co powyżej…

Właśnie. IEMy. Pamiętacie opis wrażeń ze stoiska Audeze na IFA 2016Pokazali tam wtedy jeszcze prototypowe iSine 10/20, planarne dokanałówki. Grało to nieprzeciętnie, wyraźnie inaczej od wszystkich znanych mi konstrukcji tego typu (doków), firma podała ceny i te choć wysokie, mieściły się w rozsądnych ramach – tu płaciło się za oryginalną, niespotykaną gdzie indziej, zminiaturyzowaną technologię ortodynamiczną, zamkniętą w ultramobilnej formie. Tak było. Audeze postanowiło iść za ciosem i „budżetową” serię uzupełnić modelem wyczynowym. Za 2500 dolarów. U nas będzie to pewnie 11 a może nawet 12 tysięcy. Owszem kojarzymy FADa z jego superdrogimi dokami, owszem kojarzymy kilka modeli A&K też drogich, ale to co powyżej wyraźnie pokazuje trend, trend z coraz to droższymi produktami, które już zostały określone jako nowe zjawisko. Ultra-end. Pytanie tylko po co? Bo ludzie, dla których jakość jest istotna, zazwyczaj potrafią racjonalnie podchodzić do kwestii związanych ze sprzętem audio. Owszem, są w stanie wydać niemałe pieniądze, ale potrafią też ocenić to, co OTRZYMAJĄ w zamian.

Mam spore wątpliwości, czy droga jaką podąża tutaj branża, nie jest dla tej branży zgubna. Ludzie zaczynają (przy tej skali) wątpić w to, co z pudełka i wiecie co? Kompletnie im się nie dziwię. Zaczyna się robić dziwacznie, kiedy produkty bardzo dobre „wypierane” są przez… bardzo drogie. Mogą być świetne, ale zwyczajnie nie są warte pieniędzy, które wołają. To oderwanie od realiów, od tego, co podpowiada rozsądek. Tak, można oferować towary luksusowe, których wartość zasadza się wyłącznie na tym, że są… właśnie… drogie, ale w audio (chyba?) nie o to chodzi. Droga do perfekcji, progres, high-fidelity to subiektywny stan, ale jednocześnie (realne) dążenie, które wykracza poza kalkulacje biznesowe, do niedawana wręcz stało w opozycji do droga marka, do droga obudowa, do wodotryski. Kwintesencją była dobra inżynieria, świetne rezultaty (pomiary), innowacyjne know-how etc. Tak było, a jak jest? Teraz liczy się coś innego. Stworzenie urządzenia, które będzie wyposażone w ileś tam drogich lamp nie czyni automatycznie tego urządzenia wybitnym (brzmieniowo), a więc takim, które w najważniejszym aspekcie tłumaczy (broni) wysokie koszta nabycia. Zresztą tu nawet nie chodzi o to co w pudełku, tylko o mnożnik, który zaczyna nam niebezpiecznie nabijać takie marże, że właściwie nie ma nad czym i o czym dyskutować. To w końcu nie rakiety, a nawet nie leki (badania). To sprzęt do odtwarzania muzyki.

Susvara to zerwanie z nazewnictwem liczbowym na rzecz słów, które mają działać, oddziaływać na wyobraźnie nabywcy. To zabieg. Z pewnością te słuchawki to zwieńczenie długiej drogi jaką przebył HiFiMAN. Dobrze pamiętam HE-6, pamiętam świeżo HE-1000 i modele niżej pozycjonowane w ofercie. Dojrzałość (brak toporności pierwszych produktów choćby) jaką charakteryzowały się tysięczniki mówi wiele o tym, co to była za droga. Tyle, że tutaj mowa jest o słuchawkach będących alternatywą (ale nie cenową! Właśnie nie!) dla świetnego, high-endowego toru stacjonarnego opartego na kolumnach głośnikowych. Zamiast. Obok. Nieważne. Ważne, że płacimy za efektor w postaci nauszników tyle, co za wyczynowe kolumny. Nie wysokiej klasy, a najwyższej klasy (choć i tu widać od dawna wspomniany pochód w stronę kosmicznych cen – kilkaset tysięcy to wcale nie jest ostatnie słowo branży, wcale). Czyżby więc słuchawki awansowały? Czy stały się równie dobrym, albo nawet lepszym sposobem na reprodukcję dźwięków w warunkach domowych? Oceńcie sami. Ja mam wyrobioną opinię na ten temat.

Oto, jak je opisano w nadesłanych materiałach prasowych:

Membrana zainstalowana w SUSVARA jest jeszcze lepsza niż ta, z której skorzystano przy budowie obsypanych nagrodami HE-1000. Zniekształcenia jakie generuje znajdują się poza skalą pomiarową nawet najczulszych urządzeń. Swój najnowszy przetwornik producent określił mianem „zero distortion driver”.Poza ultra cienką membraną ważną rolę w całości odgrywa napylona na nią cewka o grubości mniejszej niż jeden mikrometr. Zapewnia to super szybką reakcję membrany na impuls prądowy, co przekłada się na dźwięk porównywalny tylko z naturalnymi wrażeniami słuchowymi. Słuchawki wyznaczają zupełnie nowy standard rozdzielczości, szybkości i poziomu otwartości dźwięku.

Nowe magnesy okalające membranę z napyloną cewką pozwalają na minimalizowanie negatywnych odbić generowanego dźwięku. Skonstruowano je w technologii przypominającej rozwiązania stealth pierwszy raz użyte w bombowcu F117, tak aby był on niewidzialny dla fal radarowych. Podobny cel przyświecał konstruktorom magnesów w SUSVARA – tak aby były one „niewidzialne” dla fal dźwiękowych, które są generowane przez ultra cienką membranę*.

Opatentowane maskownice „window shade” – rozwiązanie znane z HE-1000. System metalowych maskownic zewnętrznych, których zadaniem jest tłumienie odbić dźwięku wydobywającego się ze słuchawek. Dzięki redukcji niechciany dyfrakcji praktycznie zlikwidowano odgłosy przepływającego przez szczeliny powietrza oraz wszelkie niechciane odgłosy z tym związane.

Hybrydowe nausznice – asymetryczne nausznice łączące skórę z poliestrem w kształcie dopasowanym do fizjologii ludzkiego ucha. Zakrywają w całości małżowiny i opierają się bezpośrednio o skórę głowy co w połączeniu z otwartą konstrukcją gwarantuje komfortowy odsłuch na wiele godzin. Poliestrowy materiał został zastosowany w celu uzyskania jak najwyższej rozdzielczości dźwięku.

Pałąk ze stopu rzadkich i bardzo lekkich metali – za wygodę odpowiada specjalnie opracowana struktura łuku, pałąk na głowie opiera się na perforowanym pasie z naturalnej skóry dla lepszego odprowadzania ciepła, obudowa przetworników fornirowana naturalnym drewnem.

To wszystko w cenie, jw. 29 900 złotych.

* …trochę na lotnictwie się znam, wojskowym. Publikowałem swego czasu w Armii. Porównanie obu tych rzeczy ma wyłącznie charakter marketingowy, bo obie te rzeczy NIE MAJĄ ZE SOBĄ NIC WSPÓLNEGO. Absorbery fal radarowych, specjalne powłoki, dodatkowo konstrukcja zoptymalizowana (odpowiedni kształt płatowca, w przypadku F117 dobrany w jedyny możliwy ówcześnie sposób, dla minimalizacji odbić w kierunku wrogiej stacji radiolokacyjnej) nie mają nic wspólnego z magnesami w najnowszych, flagowych HiFiMANach. Analogia jest tutaj mniej więcej taka: my też chcieliśmy coś „ukryć”, „zminimalizować”. Tyle. Nawiązanie do F117 przypomina mi podobny zabieg iFI Audio (tam w materiałach mamy francuskiego Rafale). Cóż, jw. trochę się na tym znam i mówiąc delikatnie: nie kupuję tego.

 

A co z LCDi4? No przecież to LCDeki są! Serio? No niby tak, tylko w formie dousznej, czytaj przenośnej. Przenośne słuchawki wyczynowo-high-endowe? Czy to nie jest oksymoron? Czy nie ma w tym jednak przesady? Nie wiem, ale rozsądek podpowiada mi jedno – poza domem (bo chyba taki jest cel noszenia IEMów?) trudno o skupienie, trudno o warunki optymalne dla całkowitego zatopienia się w dźwięku. No dobrze, pal licho warunki, w końcu może to być coś, co zabierzemy do limuzyny z szoferem, do prywatnego jet-a. Ok, wtedy faktycznie możemy zanurzyć się w tym, co oferują te słuchawki, przy czym to nadal są doki, nietypowe doki. Mobilne słuchawki, słuchawki przenośne, przy czym w przypadku słuchania na wynos dość specyficzne, bo osobliwe (wygląd) oraz trudne (ergonomia, otwarte/wyzwanie dla otoczenia). Za co więc płacimy? Za nawiązanie do serii LCD oczywiście. Bo iSine (nawet 10, nie mówiąc o 20-kach) wg. mnie w kompletny, pełny sposób pokazują w czym rzecz, oferując dźwięk nieIEMowy, otwarty, przestrzenny wielce, bez ograniczeń typowych dla klasycznych konstrukcji. Zresztą przyznaje to wprost CEO firmy Sankar Thiagasamudram: „Planarne słuchawki douszne LCD-i4 oferują ten sam najwyższy poziom reprodukcji dźwięku, z którego znane są oryginalne LCD-4, oferując niesamowite doznania muzyczne wszystkim melomanom zarówno w pomieszczeniu, jak i na zewnątrz”. Nawiązanie.

Zagrają przy wsparciu zew. mobilnego ampa, bez nie zagrają, albo słabo zagrają…

No dobrze, zatrzymajmy się przy tym sformułowaniu. LCD-eki są duże, ciężkie, dość wygodne, oczywiście wyłącznie stacjonarne. Oferują wiele, kosztują sporo, są słuchawkami, które mają określony potencjał, w paru kwestiach będąc jednymi z najlepszych, o ile nie najlepszych po prostu (ale tylko w paru!) nauszników na rynku. Czym są LCDi? Czy to próba przeniesienia tego, co powyżej, do czegoś przenośnego? Śmiem wątpić. Na pewno są równie fascynujące, co wspomniane, dużo tańsze, wykorzystujące jednakowoż ten sam pomysł, tę samą konstrukcję, ideę, modele iSine. Może nawet bardziej. Ale czy to od razu czyni z nich odpowiednik stacjonarnych LCDków? Hmmm. Też są jak iSine „otwarte”, też wyposażone w przetwornik planarny, tyle że większy, bo 30mm. Konkretnie:

  • LCD4 film technology – only 0.5 microns thin
  • Vibration dampening magnesium housing
  • Fluxor magnets and Uniforce voice coil design
  • 30mm largest in class planar magnetic driver
  • Custom silver-plated OCC premium cable
  • Semi-open design for widest, most accurate
    soundstage

Parametry jak widać poniżej:

 

 

Wyczynowe, ale to nie są customy, to nie są słuchawki zdolne zastąpić stacjonarne nauszniki (nie ta wygoda, nie te… możliwości). Także obok. Za tyle ile jeszcze do niedawana kosztowały flagowce. Nausznikowe. Mobilne LCDeki za 2500 dolarów. Mhm.

Rzut uchem: AirPods …tanio? Względnie tak. Dobrze? Hmmm

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
iPodsy

To specyficzny produkt. Dlaczego specyficzny? Ano dlatego, że jest wg. mnie czymś, co ma sens jedynie z iPhonem (względnie iPadem/Makiem). To znaczy zadziała nam z inną elektroniką, komputerami, ale wtedy w praktyce będziemy mieli (owczem) w pełni bezdrutowe, ale zupełnie przeciętne (brzmienie) słuchawki z mocno utrudnionym sposobem interakcji. Także, jeżeli chcesz zaoszczędzić (zanim zaczniecie pomstować, co on pisze, najpierw… przeczytajcie to co poniżej), kupując najtańsze w pełni bezprzewodowe IEMy na rynku, a nie macie niczego jabłkowego, to naprawdę nie warto. Wspomniałem, że względnie tanio, w tytule, nie bez przyczyny. One są tanie. Te 799 złotych to kwota za którą nie kupicie tego typu produktu. Testowałem Bragi, testowałem Here, miałem w uszach wynalazki Onkyo oraz Samsunga i cóż… każde z tych rozwiązań jest kosztowniejsze, niekoniecznie dźwiękowo lepsze, ergonomicznie, funkcjonalnie zaś… często gorsze.

Tyle, że to dopiero początek opowieści. Bo raz, że Apple wyraźnie nie jest w stanie sprostać zapotrzebowaniu na te słuchawki (tyle miesięcy po „premierze”, a nadal dostępność jest fatalna, na stronie tradycyjne 6 tygodni), dwa pojawiają się liczne głosy krytyki dotyczące awaryjności, czy ogólnie problemów z działaniem tych słuchawek i trzy – nie ma polskiej Siri. To właśnie ten ostatni punkt mocno (podobnie jak w przypadku innych jabłkowych rzeczy, choćby Apple Watch’a) obniża funkcjonalność, atrakcyjność produktu, bo właśnie integracja asystentki/a jest w tym przypadku kluczową sprawą (nie, nie dźwięk, a właśnie Siri jest tu w centrum, oczywiście w sytuacji, gdy korzystamy z tego udogodnienia). W naszym kraju trzeba obejść się smakiem, nawet w sytuacji używania angielskiej wersji językowej skazani jesteśmy na niepełną funkcjonalność – wystarczy wymówić jakieś swojskie nazwisko, nazwę ulicy, jakiegoś konkretnego miejsca…

Apple postanowiło, jak to ma z zwyczaju, wprowadzić na rynek coś, co wcześniej (choć, w tym wypadku, niewiele wcześniej)  pojawiło się na rynku tyle że w formie „it just work” & „very simple”. I to się w dużej mierze udało, natomiast to, co wywołuje u mnie wątpliwości (poza wspomnianymi problemami z nabyciem), to:

  • dźwięk, jakość brzmienia
  • sposób interakcji, podstawowego sterowania funkcjami

Te słuchawki, moi drodzy, to nic innego jak dobrze znane EarPodsy i nie ma się co czarować, że jest inaczej. Co więcej, tu jest nawet o tyle gorzej, że korzystamy ze stratnego medium transmisji, jakim jest Bluetooth. Apple nie zadało sobie trudu by wprowadzić jakiś progres w zakresie BT i nadal mamy strumień AAC o maksymalnym bitrate na poziomie 256kbps. To, samo w sobie, o niczym jeszcze nie przesądza (choć nie daje żadnej możliwości poprawy parametrów transferu), ale czymś, co ma przemożny wpływ na brzmienie jest konwersja C/A, która odbywa się w słuchawkach. Nie w źródle, a jak wiemy z doświadczenia, iPhone brzmi całkiem dobrze i Apple od pierwszych modeli dbało o sensowną jakość z audio dziurki, ale ostatnio coś nam ta jakość audio spadła na liście priorytetów daleko… iPhone 7 audio jacka nie ma (patrz nasze wrażenia), przejściówka to porażka (ergonomiczna, ale także w zakresie dźwiękowym vide degradacja dźwięku, o czym pisaliśmy powyżej, w linku). Dodatkowo delikatna poprawa jakości via BT (128 -> 256kbps) miała miejsce bodaj w iOS7 i od tego czasu zero progresu. Cóż, świat idzie do przodu i tak, jak aptX w podstawowych wariantach na pewno w niczym nie jest lepszy od kodeka Apple (AAC), to jego najnowsze iteracje (z dopiskiem HD, z najniższymi opóźnieniami oraz bitrate na poziomie zbliżonym do bezstratnego transferu) już wyraźnie górują możliwościami nad sinozębnym audio by Apple. Konwersja sygnału audio dokonywana w tych małych EarPodsach ;-) z obciętym kabelkiem to nie jest domena układu W1 (którego pierwszoplanowym zadaniem jest komunikacja, integracja z Siri, a nie jakość brzmienia (w ogóle nie zajmuje się konwersją C/A)), a czegoś, co jak sądzę, Apple wykorzystuje w swoich adapterach, przejściówkach. Przy czym słuchaweczki wspierają wspomnianą, lepszą od SBC, transmisję dźwięku w AAC.

I tu jest (dla kogoś, kto szuka wysokiej jakości brzmienia w tym produkcie) pies pogrzebany, bo AirPodsy brzmią przeciętnie. To nie jest poziom dobrych doków, a nawet doków tanich, ale przyjemnych. Słuchałem tych słuchawek niezbyt długo, stąd rzut uchem, ale mogłem dość szybko wyrobić sobie opinię, szczególnie, że do porównania były zarówno firmowe EarPodsy, testowane T10 RHA, jak i (no to już jakby inna para kaloszy, ale dźwięk to dźwięk i dobrze mieć coś bardzo, bardzo dobrze brzmiącego na podorędziu) bezdrutowe (no właśnie) Momentum Sennheisera. Szkoda, że nie nowe bezprzewodówki Momentum (nie są w pełni wireless, na marginesie, bo dysponują przewodem łączącym doki), bo byłoby takie małe porównanie w segmencie bezprzewodowych dousznych, ale mniejsza… powiem tak, każde z tych słuchawek dodawały bardzo konkretnie coś pozytywnego do brzmienia w porównaniu z AirPodsami, które oferowały dźwięk mocno skompresowany, wyraźnie grając „w głowie”, bez odpowiedniej dynamiki, dość sucho, bez wglądu w szczegóły nagrania. Słuchanie za pośrednictwem tytułowych słuchawek było takie „do kotleta”, czy może lepiej „w tle, do siłowni, na rolki”, a nie słucham i kontempluję. 

Nie oczekiwałem niczego specjalnego i się nie rozczarowałem, ale jednak trochę zmartwiłem. Zmartwiłem, bo firma z Kalifornii znana była od zawsze z tego, że muzyka jest ważnym składnikiem jej DNA. Obecnie, zdaje się ten składnik, wcale nie jest aż tak istotny, dzisiaj liczą się inne rzeczy. Wspomniałem o obecnej generacji iPhone, to samo dotyczy nowych Maków, w których pozbyto się złącza optycznego (why?!), nowego Apple TV, w którym takoż nie występuje, zerowego wsparcia (rozumianego jako rozwój technologii, jej ciągłe usprawnianie) dla AirPlay’a. To ostatnie jest w ogóle dziwne, bo przecież protokół w chwili premiery był czymś bardzo nowatorskim, dawał ogromne możliwości (bo bezstratnie, bo wielostrefowo, bo streaming, który wtedy dopiero raczkował), a tu nic się w temacie nie dzieje. Co gorsza, sam protokół ma oczywiste ograniczenia (strumienie muszą przechodzić/być odtwarzane przez urządzenie sterujące, co generuje między innymi problem z opóźnieniami transmisji, z brakiem zgodności bitowej sygnału (bitperfect) oraz brakiem gapless), a samo Apple nic nie robi, by cokolwiek tu zmienić. Inni dają opcje na strumienie hi-res, tutaj nie ma o tym mowy. Zresztą w samym kramiku (iTunes) zastój w tym zakresie, bo nadal stratna kompresja do kupienia (sic!), to samo w Apple Music odnośnie strumieniowania.

Stąd też, mimo mojego narzekania, słusznego, czy nie, strategia Apple wydaje się czytelna. Nie ma sensu ścigać się na jakość, na możliwości, gdy tak naprawdę samemu oferuje się pewne minimum w tym zakresie, nie jest się (póki co?) zainteresowanym zmianą tego stanu rzeczy. I tak też sprawy się mają w jabłkowym świecie. Są AirPodsy, które komunikują się od razu z naszymi jabłkowymi urządzeniami (choć brak parowania, to na dzień dobry, bardziej slogan – i tak musicie nacisnąć coś na obudowie futerału, ładowarki, na ekranie pojawia się z automatu panel i tam też zatwierdzamy decyzję o połączeniu), same się wyłączają po wyjęciu z ucha i ponownie grają po włożeniu, same się synchronizują, same się identyfikują w FMI (Find My coś tam… od ostatniej aktualizacji)… Także tutaj zrobili to jak trzeba i to faktycznie „it just works”.

Samo sterowanie jest jednak w mojej opinii dość ułomne. Jak chcemy zmienić utwór, ba jak chcemy ściszyć, czy zwiększyć liczbę decybeli ;-) to de facto musimy posiłkować się interfejsem głosowym w tym celu. To bez sensu. Apple powinno rozważyć inny sposób podstawowej interakcji, bo samo tapnięcie na odtwórz, spauzuj to „trochę” mało. Także to jest według mnie do poprawy, uzupełnienia. Słuchawki dość stabilnie siedzą w uszach, ale dziedziczą ograniczenie EarPodsów – to nie dokanałówki, a słuchawki douszne, z plastikową obudową bez miękkiej, dokanałowej aplikacji (gumka, gąbka). Także trudno tu mówić o pełnej uniwersalności w zakresie ergonomii, choć większość użytkowników specjalnie nie narzeka, podobnie jak to ma miejsce w przypadku podstawowych, przewodowych słuchawek Apple gdzie kształt, waga pozwalają wielu użytkownikom na wygodne użytkowanie. Wielu, ale też nie każdemu i warto to uwzględnić, bo może się zdarzyć, że po pierwsze będą wypadać, po drugie dłuższe użytkowanie będzie niekomfortowe (ja tak mam z firmowymi słuchawkami, których generalnie nie używam, choć wykorzystuje jako materiał porównawczy), a po trzecie …od strony estetycznej, będą mocno „na nie”.

To rzecz bardzo subiektywna i tak też proszę potraktować to, co zaraz napiszę. Te słuchawki powodują, że otoczenie zwraca na nas (użytkowników) uwagę. Mimowolnie, ale właśnie zwracają, bo wyglądają jak ciało obce w uszach. Generalnie słuchawki to coś na, czy w i je widać, czasami aż za bardzo (wtedy to właśnie pewien problem), przy czym AirPodsy są tu przypadkiem bardzo szczególnym. Nie są ogólnie duże, nie wystają, czy znacząco odstają (no nieco odstają jednak), ale od razu zwraca się uwagę na kogoś „ubranego” w te słuchawki. I nie jest to pozytywne wrażenie. To jak wyżej „ciało obce”. Według mnie to problem, bo jednak taki produkt z oczywistych względów towarzyszy nam w przestrzeni publicznej, a tu trzeba pogodzić się z tym, że widać i to aż za bardzo widać. To zresztą, żeby być sprawiedliwym, problem wszystkich prawdziwie bezprzewodowych IEMów. Bo te słuchawki zazwyczaj są spore (cudów nie ma i tak cud, że to się tam wszystko mieści tj. bateria, cała elektronika, przetworniki, moduł łączności etc.). I wygląda się (z nimi w uszach) mocno tak sobie. Przy czym w mojej opinii najlepszym rozwiązaniem w projektowaniu takiego produktu jest albo nie certolenie się i jakieś wyjście poza obręb uszu (wokół-uszne pałąki), albo w drugą stronę, tj. łezka, obudowy wpasowane w małżowiny, z maksymalnie anatomicznym kształtem (niedoścignionym wzorcem jest tu dla mnie Westone, wiadomo ktoś kto „zjadł na tym zęby”, bo w aparatach słuchowych się onegdaj specjalizował). Problemem jest i będą kwestie upchnięcia wszystkiego zarówno do prawej, jak i lewej obudowy. To niewątpliwie wyzwanie. Apple chciało nawiązać do swoich produktów i to się mu w pełni udało, tyle że efekt dla użytkownika jest… dyskusyjny.

Nie przeprowadziłem żadnego konkretnego testu długości odtwarzania, z tego co mówią użytkownicy, te słuchawki grają tak długo jak podaje specyfikacja, natomiast sprawdziłem etui, które tak powszechnie chwalono. I rzeczywiście to chyba najmocniejszy punkt (od strony ergonomiczno-praktycznej) tego produktu. Wystarczy zasadzić (sama obsługa, spasowanie to takie stare, dobre Apple z dbałością o szczegóły), ładujemy, mamy wszelkie informacje wyświetlane na panelu, centrum powiadomień, wbudowany w nosidełko power bank powinien pozwolić na ok. 20 godzin użytkowania słuchawek. To bardzo dobry wynik. Gorzej, jeżeli zgubimy pudełeczko, bez niego nie ma szans nie tylko podładować AirPodsów, nie da się ich także połączyć ich do sprzętu (skonfigurować z nowym urządzeniem). Sposób ładowania (indukcyjny, przez niewielkie, metalowe końcówki) wyklucza wykorzystanie innego rozwiązania w zakresie ładowania. Obudowa słuchawek jak i etui wykonana jest z białego plastiku, dokładnie takiego z jakiego wykonane są wszystkie akcesoria firmowe (adaptery, przejściówki, stacje etc). Nie jest to trwały materiał, nie jest odporny na trudy codziennego użytkowania. Warto to mieć na względzie, bo te słuchawki, jak i futerał (ale przede wszystkim słuchawki) będą podlegały zużyciu i to raczej takiemu szybszemu, niż wolniejszemu, szczególnie przy intensywnym korzystaniu.

Sumując ten „rzut uchem”, warto to jakoś całościowo zebrać i ocenić. Jak wspomniałem, to produkt dla jabłkolubów, to po pierwsze, po drugie to typowe jabłkowe prosto i do celu, co jest dużym plusem, bo właśnie jedną z głównych cech całkowicie bezprzewodowych słuchawek powinno być to „prosto i do celu”. Po prostu działają, a dzięki integracji z ekosystemem (AppleID/ FMI/ iCloud) to jedyny taki produkt na rynku, z asystentką/em stanowią naturalne uzupełnienie telefonu/smartzegarka, wpisując się bezbłędnie w rozwiązania by Apple. Do tego mają wygodny futerał z dużym zapasem soczku i nawet podczas przemieszczania się gdzieś tam hen daleko, będzie można z nich bez obaw korzystać. To plusy.

Minusy niestety też są i to takie, które przekreślają ten produkt w oczach wielu osób. Dźwięk? Szukacie czegoś dobrego to zmieńcie adres. To nie gra dobrze, to gra akceptowalnie, akceptowalnie dla kogoś, kto nie zwraca baczniejszej uwagi na to, co mu w uszach muzykę (tfu! ;-) ) reprodukuje. Bo tutaj jest właśnie w tle, bez kontemplowania, bez wchodzenia w temat dogłębnie, bo będzie rozczarowanie. Ujmując to najprościej – nie przeszkadzają Wam EarPodsy? Nie będą przeszkadzać AirPodsy. Macie większe wymagania? Tu na pewno niczego, co Was zadowoli, nie znajdziecie. Nie ten adres! Podstawowe sterowanie jest bez sensu i Apple powinno nad tym popracować, powinno także poprawić dostępność produktu, bo to co się dzieje w tym zakresie jest zwyczajnie niepoważne. Firma wstrzeliła się niewątpliwie z zapotrzebowaniem na tego typu akcesorium, będące zresztą nie tylko bezdrutowymi słuchawkami (bo właśnie ambicje Apple nie ograniczały się tylko do tego, by zaoferować bezprzewodowe, douszne słuchawki li tylko), ale tak naprawdę bezprzewodowym interfejsem głosowym dla użytkowników jabłczanego ekosystemu. I to ma sens, jak najbardziej ma, tylko w takiej sytuacji koniecznym elementem układanki musi być Siri. Bez Siri rzecz mocno traci.

Zobaczymy, w którym kierunku pójdzie branża, zapewne wielcy z IT będą starali się przekonać konsumentów do takich bezprzewodowych słuchawek / interfejsów oraz …czujników. Rozszerzanie funkcjonalności obserwujemy od około roku, na razie nie są to w pełni udane próby połączenia wielu funkcji w czymś, co wkładamy do ucha. Z czasem jednak pewnie uda się rozwiązać dzisiejsze problemy i takie bezdrutowe IEMy (jakaś nowa nazwa, lepiej odzwierciedlająca funkcjonalność?) staną się standardem na rynku. Głosowe wydawanie komend to przyszłość (cyfrowi asystenci, inteligentne głośniki w rodzaju Google Home, amazonowego Echo itp, a szerzej cały Internet Rzeczy), to będzie rozwijane. Układ W1 w AirPodsach nie jest dla dźwięku, nie jest zamontowany w celu uzyskania niebiańskiego brzmienia (co oczywiste, żaden ze składników tych słuchawek do tego się nie nadaje: głośniki, układ C/A, moduł z takimi, a nie innymi parametrami transmisji). On jest po coś zupełnie innego. I jak wyżej – to ma sens. A muzyki możecie sobie słuchać w tle, tzn. jakaś playlista i zdanie się na algorytm odnośnie kolejności odtwarzania. Shuffle! O właśnie. Wtedy tylko play i jazda. I o to tu chodzi!

 

AKTUALIZACJA: Najnowsza wersja oprogramowania dla słuchawek, poza uprawnieniami związanymi z działaniem słuchawek (parowanie, czas pracy na baterii) wprowadza także progres w zakresie brzmienia. To ciekawa informacja, bo układ W1, który ma przede wszystkim być -właśnie- aktualizowany, nie odpowiada wprost za jakość dźwięku (tym zajmuje się wbudowany w każdą ze słuchawek DAC oraz amp). Podobno poprawiono selektywność, jakość wysokich tonów. Jak tylko będzie okazja postaram się zweryfikować, czy istotnie coś te poprawki wniosły do brzmienia…

» Czytaj dalej

Dwa różne smaki: recenzja doków RHA T10i oraz RHA CL750

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Tyt T10i

Firma RHA, producent dokanałowych słuchawek (a od niedawna także elektroniki, ich pierwszy przenośny DAC/AMP …DacAmp L1 otrzymał właśnie nagrodę RedDot przyznawaną w dziedzinie designu), to beniaminek (działają raptem od 2011 roku, a konkretnie dali o sobie znać dopiero na przełomie 2012/2013 roku). Przy czym ten beniaminek radzi sobie bardzo sprawnie – jego wyroby możemy wytropić m.in. w Apple Store, a dostać się do grona producentów oferujących swoje wyroby w kramiku nie jest rzeczą prostą (wręcz przeciwnie), wielu nie dostąpiło tego zaszczytu. Co ciekawe RHA nie odkrywa Ameryki. Owszem, w katalogu znajdziemy duży wybór słuchawek, mamy specjalizację, ukierunkowanie, ale to robią setki innych firm próbujących szczęścia w segmencie słuchawkowym. Szkoci postanowili wyróżnić się na rynku jakością, wyjątkową dbałością o szczegóły, a dodatkowo bardzo przystępnymi cenami jakie żądają za swoje produkty. To połączenie bardzo wysokiej jakości z rozsądną (rzadkość) ceną z konsekwentną wizją rozwoju oraz (znowu mało kto tak robi) produkcją ulokowaną w Europie wyróżnia RHA na tle konkurencji, stanowi o sile i rozpoznawalności marki (już, a przecież to jw. beniaminek).

Czekałem na 20-ki, które jednak nie dotarły na czas, postanowiłem opublikować test bez uwzględnienia spóźnialskich doków ze szczytu oferty. Cóż, szkoda, chciałem za jednym zamachem opisać wszystkie topowe konstrukcje, bo były też widoki na ceramiczne CL1… ale nic nie szkodzi, co się odwlecze… będzie zatem „powtórka” tj. w podobnej formule opiszemy T20 i CL1. Dzisiaj przeczytacie o tych tańszych, ale nadal okupujących górną półkę, dokanałówkach z oferty RHA, a za parę tygodni będzie recenzja wspomnianych topowców. Postaram się także o wypożyczenie L1 – w ten sposób cały trzon oferty zostanie przez nas obadany i opisany na łamach.

Powracając zaś do meritum, dwa różne smaki są tak różne, a do tego same CL750 tak inne, odmienne od testowanych przeze mnie do tej pory IEMów, że musiałem stworzyć sobie odmienny od referencyjnego (redakcyjnego) zestaw testowy, wykorzystując do odsłuchu sprzęt stacjonarny (750), korzystając podczas słuchania na wynos dość nietypowe rozwiązanie mobilne (de facto stacjonarny M2Tech hiFace DAC), wreszcie porównując efekty ze słuchawkami, których na miasto raczej na pewno nie zabralibyśmy ze sobą. Tak jak T10i można uznać za produkt dość oryginalny, wyróżniający się na tle konkurencyjnych IEMów, to w przypadku CL750 w ogóle trudno znaleźć jakiś odpowiednik, podobną konstrukcję. Te doki, jak wspomniałem w zapowiedzi, to jazda po bandzie, coś specyficznego, bardzo pod prąd, coś co pokazuje, że RHA ma swoją wizję i nie boi się wprowadzić do swojej oferty produkt, który nie ma odpowiednika (coś czuję, że z ceramicznymi CL1 będzie nie tylko podobnie, ale będzie jeszcze bardziej „pod prąd”). Bo co powiecie na słuchawki dokanałowe, które ze swoją 150 omową impedancją, z specyficzną sygnaturą dźwiękową są …alternatywą dla stacjonarnych nauszników (partnerem będzie tu gabinetowy czy salonowy klamot pod – właśnie – duże, stacjonarne słuchawki), albo coś, co wymaga konkretu z jacka, co nie zadowoli się żadnymi tam smartfonami (nie ma szans na to), większością DAPów (znowu nie ma szans na to), wieloma DAC/AMPami (o cholera)?

Co ciekawe T10i, mimo że nie są tak inne, jak CL-ki, także pod wieloma względami są wg. mnie oryginalne, mają swoje niepowtarzalne cechy (tak, tak dyfuzory mają spory wpływ na to) i to także bardzo interesujący, bo właśnie odmienny od tego, co do tej pory testowałem, produkt. Podsumowując ten wstępniak, powiem tak – testowanie tych doków było bardzo ciekawym doświadczeniem, było w tym coś ożywczego, właśnie innego, zmuszało mnie do poszukiwań, do znalezienia odpowiedniego sposobu zbadania możliwości tych słuchawek, zrozumienia racji, pomysłu na dźwięk jaki miał twórca, projektant, wreszcie zebrania tego wszystkiego i oceny uwzględniającej odmienne podejście do tematu (na dzień dobry było WTF ;-) ).

Zaintrygowani? Tak? To zapraszam do lektury…

» Czytaj dalej

Spotify niebawem wprowadzi bezstratny streaming. Czas @ Spotify HiFi

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
HiFi

No to mamy to, o czym wspominałem niedawno – jeden z wiodących (obecnie największych) dostarczycieli muzyki w strumieniu, szwedzki serwis strumieniowy Spotify, niebawem wprowadzi jakość bezstratną. Spotify HiFi będzie potwierdzeniem trendu, jaki obserwujemy od paru miesięcy – teraz liczy się także jakość, nie tylko ekskluzywny dostęp do treści, nie tylko innowacyjne sposoby dostarczenia muzyki do naszych uszu… Nowa usługa ma być dodatkowo płatna. W wariancie premium płacimy 9.99$ (19,99 zł) za lepszą jakość streamingu przyjdzie dodatkowo zapłacić 7,99$ (14 ~ 16 złotych).

Innymi słowy będzie to zbliżony koszt do tego, który ponosi użytkownik Tidala HiFi (39,99 zł). Pojawiły się także informacje z nieco innymi cenami (od 5 do 10$), serwis testowo odpalił lepszy strumień kasując za tę przyjemność 5 albo 10 zielonych (sprawdzają ile będą mogli zawołać ;) ). Niebawem wszystko powinno się wyjaśnić. Pytanie co zrobi Apple? Muszą jakoś odpowiedzieć na ten ruch. Spotify to najpoważniejszy konkurent Apple Music. Szwedzi mają 40 mln abonentów, AM około 20 milionów. Przy czym od jakiegoś czasu Apple nie przybywa użytkowników. Firma musi odważnie wejść w temat, najlepiej gdyby przebiła to co w tytule, wprowadzając streaming hi-res (technologia MQA idealnie do tego się nadaje – mamy podobne wartości transferu do tych, które charakteryzuje strumień o jakości CDA).

Także robi się naprawdę ciekawie. Warto przy okazji zaznaczyć, że te lepsze strumienie korespondują ze zmianami jakie zachodzą w konstrukcji handheldów. Rezygnacja z jacka (na szczęście nie wszędzie, nie definitywnie vide WMC / Barcelona / 2017), wyjście z cyfrowym sygnałem do zewnętrznego DAC/AMPa daje nowe możliwości. Oczywiście przede wszystkim mamy bezprzewodowość (nowe wersje aptX pozwalają na uzyskanie znakomitych rezultatów), a tu króluje Bluetooth. To nadal stratna transmisja, ale jak wspomniałem, obecnie zbliżamy się do niwelacji różnic między sinozębnym a strumieniem WiFi. Dodatkowo cyfrowe kable (z elektroniką) to coś, co w dużej obfitości pojawi się na rynku. Idzie nowe…

AKTUALIZACJA: Spotify ma już 50 milionów subskrybentów płacących abonament. To spory sukces, bo jeszcze kilkanaście miesięcy temu większość z korzystających z serwisu zadowalała się bezpłatnym dostępem. Jak widać ludzie zaczynają traktować streaming jako coś, za co warto płacić. Dobrze to rokuje na przyszłość, daje szansę rozwoju usług, wprowadzania nowych rzeczy, takich jak bezstratna jakość z widokami na rentowność oraz (co ma niebagatelne znaczenie dla całej muzycznej branży) satysfakcjonujące profity dla artystów.

W testach… ociekające luksusem dokanałówki RHA T10i

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
Tyt T10i

Na dzień dobry atakują zmysł wzroku, nie uszy. Na to przyjdzie czas, jak się je rozpakuje z pudełka ze wspaniałościami… Czego tam nie ma? Właściwe pytanie brzmi – czy można coś więcej? Patrząc na to, co Szkoci (tak, Szkoci, to Ci, którzy słyną ze skąpstwa i uznawani są powszechnie za koszmarnych dusigroszów) dają za 800 złotych zaczynam poważnie zastanawiać się nad ofertą konkurencji, która w takim zakresie cenowym zwyczajnie nie ma czego szukać w konfrontacji z RHA. Wspominałem o firmie podczas relacji z IFA 2016. Bardzo pozytywne wrażenia ze stoiska, niezwykle kompetentna, urocza Dama i słuchawki, które zwyczajnie kasowały prawie wszystko co w Berlinie pokazano (poza iSine 10/20… to było jednak coś z innego wymiaru, mówię Wam, z innego). Słuchałem głównie topowych T20i (które u nas także zagoszczą), od strony formy jotka, w jotkę identycznych, ale od strony brzmieniowej zupełnie odmiennych. Zastosowano zupełnie inne przetworniki, choć patent na wymienne dyfuzory, które „robią dźwięk” zaimplementowano w obu modelach IEMów. Wracając jeszcze na chwilę do formy, powiem tak – wymagam od teraz, aby każdy produkt tego typu w cenie 800-1200 prezentował się i miał takie wyposażenie jak RHA. To pod względem formy REFERENCJA. Jak popatrzę na AirPodsy to widzę przepaść, Rów Mariański, jaki dzieli te produkty od siebie. Tak, tam jest wireless, jest W1, ale cholera same słuchawki to plastik fantastik, bez żadnego ekskluzywnego sznytu, a wręcz odwrotnie. T10i to przy tym Rolls w zestawieniu z Trabim (kocham te plastikowe wytwory honekerowego przemysłu moto, ale to adekwatne porównanie). Cena ta sama, a jednak mamy tutaj dwa zupełnie odmienne światy.

T10i to ciężka, metalowa obudowa, przy czym dzięki montażowi (zausznice) oraz anatomicznie dopasowanej formie, mamy wygodę, jest ergonomicznie, nie wypadają mimo jak wspomniałem dużych gabarytów. Słuchawki docierają do nas z nastoma wkładami, różnego typu. Wszystko to gumki, w różnej formie, z więcej niż (standardowo) trzema dopasowaniami. Nie ma opcji, żebyście sobie czegoś nie dopasowali, a wkłady są na tyle wygodne, że moje Comply pozostały na RE400, bo zwyczajnie nie dawałyby progresu… Słuchawki są w testowanym wariancie wyposażono w 3 pinowe, dopasowane do jabłkowej elektroniki, złącze audio jack. Jest także nieco tańszy wariant uniwersalny, pod robocika. Długi szary, gumowy kabel z metalowym pilotem oraz metalową sprzączką dopełnia obrazu całości. Kabel jest na tyle długi, że można go spokojnie zastosować w domu, podpinając IEMy do stacjonarnego systemu i będzie to jak najbardziej sensowne rozwiązanie (testuję w tej sposób RHA z CMA600i). To, co stanowi zaletę w przypadku takiego alternatywnego użytkowania, jest jednocześnie pewnym utrudnieniem w mobilnym graniu, ale na szczęście producent nie zapomniał o klipsie, można więc sensownie sobie rozplanować ułożenie kabelka na garderobie. Nie ma mowy o efekcie mikrofonowania, całość od strony użytkowej sprawdza się bardzo dobrze, jest wygodnie, bardzo nawet wygodnie. Pałąki są nieco za duże jak na mój gust (lepiej to rozwiązano w T20), przy czym na tyle giętkie, że dobrze wywiązują się z podstawowego zadania – stabilnego trzymania słuchawek w uszach. Ich srebrny oplot znakomicie koresponduje z alu obudowami T10i… pasuje jak ulał (design), w wersji droższej jest czarny oplot i już tak fajnie to nie wygląda (ale jw. lepsze, mniejsze są pałąki od tych w T10).

Można utyskiwać na brak wymiennego okablowania (to, które jest, wg. mnie nie daje żadnych powodów do narzekań, ale forma podpowiada takie rozwiązanie – do tych obudów aż się prosi, nieprawdaż? ;-) ). To jeden z zarzutów kierowany pod adresem, według mnie o tyle chybiony, że w przypadku T10/20 mamy możliwość modyfikowania brzmienia (podobnie jak to się dzieje w przypadku manewru z wymiennym kablem), inaczej – aplikując dyfuzory, małe nakrętki w miejsce, gdzie zazwyczaj nasuwa się wkład… Według mnie zmiany są dużo poważniejsze od zmiany okablowania i ja taki mod „kupuję”, bo to de facto sposób na zaoferowanie trzech różnych, odmiennych sposobów grania w jednym produkcie. Poza referencyjnym dyfuzorem, mamy jeszcze dwa: basowy oraz wysokotonowy. Każdy z nich inaczej kształtuje brzmienie, przy czym basowy jest bliższy referencyjnemu, a te dwa różnią się dość zasadniczo od trzeciego – wysokononowego. Fajnie, że producent daje nam takie możliwości, bo raz – to dobra zabawa, dwa – to sposób na dopasowanie pod gusta, trzy dopasowanie do DAPa, DAC/AMPa czy jakiejś smartfonowej dziurki. To ma głębokie uzasadnienie i byłoby całkiem wskazane, gdyby inni wzięli przykład i w swoich produktach zastosowali podobne rozwiązanie. W recenzji przeczytacie jak kształtuje się dźwięk, jakie są różnice między wkładkami, w pierwszych, zajawkowych wrażeniach powiem ogólnie o charakterze jaki dominuje w przypadku T10i. Tak, potwierdzam w całej rozciągłości, to co się mówi o tych słuchawkach. To EKSPLOZJA BASU, TO BASIOR, TO BASOWE BRZMIENIE, to ciemna charakterystyka z przyjemnym dla ucha, ciepełkiem. Jest więc kolorowo, nie jest w pełni klarownie, to pewna interpretacja, a nie neutralne granie. Precyzja pojawia się, ale trzeba właśnie skorzystać z dyfuzorów, dźwięk ma bardzo konkretnie zarysowany charakter, tu nie ma to, tamto, tylko „idzie dołem”. Dla bassheada to słuchawki marzenie, szczególnie dla ekstremisty (nie, nie ma tutaj mowy o przewaleniu jak w niektórych Beatsach, to dużo lepsze, pod kontrolą, basowe granie, a nie jakieś prymitywne walenie w bębenki). Ja tam do bassheasdów zaliczam się (choć nie ekstremistów, ale ciemna strona mocy to jest coś, co przemawia do mnie w pełni, w skrócie – przecz z rebelianckim ścierwem! ;) ), nie wstydzę się tego, a dumnie z boomboksem dzielnicę przemierzam ;-) Serio, to mnie ta charakterystyka leży, ale doskonale rozumiem tych, którzy opisywali te słuchawki jako trudne do zaakceptowania, bo basu „too much”. Wiadomo, zazwyczaj takie zabawy w nisko oznaczają że na górze jest kiepsko, że gdzieś nam coś umyka. Prawda. Tyle, że tutaj można inaczej (to raz), a dwa dla osób mających inne preferencje są T20-ki, znacznie bardziej równe, znacznie bardziej ułożone, znacznie bardziej neutralne w treści. Także wybór jest. Przy czym za pomocą suwaków w ROONie (DSP, rozbudowane tryby EQ) można wyczarować (Crossfade on z binaural by Meier & PCM->DSD 256) takie rzeczy, że… w recenzji przeczytacie jakie.

Wow

RHA to jedna z najciekawszych firm, które specjalizują się w produkcji dokanałówek, ktoś kto postanowił od razu wskoczyć na sam wierzchołek (drogie, topowe rozwiązania… choć tutaj obecnie właściwie, podobnie jak w nausznikach, właściwie nie ma już sufitu i te 1000-1200złotych to średnia półka co najwyżej), przy czym daje coś, co przemawia bardzo formą, kasuje pod tym bezwzględnie konkurencję. Znakomite brzmieniowo, często dużo droższe Westone to „biedne „plastiki przykładowo (oczywiście nie zapominajmy o ergonomii, o zastosowanej wielodrożności w topowych modelach etc). Można zresztą w praktyce wymienić dowolnego producenta, który w takiej cenie oferuje dużo, dużo mniej niż RHA. Szkotom udało się wprowadzić swoje produkty do sklepów Apple, co dobrze wróży firmie, bo to gotowy patent na odniesienie globalnego sukcesu. Testuje tytułowe IEMy przede wszystkim z równolegle badanym HiFiMANem SuperMini i to bardzo odpowiednie źródło dla tych doków. Oczywiście alternatywnym źródłem jest iPhone, sprawdzam czy telefon nie jest tutaj jakimś ograniczeniem i ile zyskujemy korzystając z T10i w przypadku tego, co zawsze nam towarzyszy w kieszeni. Sprawdziłem także przez chwilę iPhone 7 z adapterem i niech piekło pochłonie tego, kto wpadł na pomysł zastąpienia złącza analogowego audio adapterem z GÓWNIANYM przetwornikiem za centa zalanym glutem. Członka warte takie granie. Przestrzegam użytkowników tego i przyszłych modeli iPhonów – macie dobre, czy bardzo dobre słuchawki na jacku, omijajcie szerokim łukiem, albo… albo zastosujcie jakiś kabel w rodzaju Ciphera. Na pewno będzie w czym wybierać (okablowanie cyfrowo-analogowe, ze złączem Lightning, naroślą z elektroniką na przewodzie oraz żeńskim gniazdem jack na końcu), bo nie wierzę, że ludzie pogodzą się z takim fatalnym graniem za pośrednictwem gównianego adapterka. To, o ile ktoś zainwestował w dobre słuchawki, bo z EarPodsami różnicy nie będzie – uprzedzam, albo będzie musiał obejść się smakiem, albo zainwestuje w takie specjalistyczne okablowanie. Sumując, jak już w AOSie będziesz szukał lepszego dźwięku dla swojego nowego iPhone 7/+ to masz problem, chyba że wystarcza ci stream sinozębny i jakieś bezprzewodówki. Jak nie, to masz problem.

Muzyki @ RHA T10i słuchamy z HiFiMANa SuperMini binauralnie, 1 bitowo, tak to wszystko ten kompaktowy DAP potrafi…

Poniżej, tradycyjnie, fotogaleria prezentująca dziesiątki…

BTW. Jak wspomniałem, słuchawki grają także na stacjonarnym torze z wzmacniaczem/dakiem Questyle CMA600i i zdradzę, że takie połączenie jak najbardziej. Także, jak ktoś nie jest słuchawkowym freakiem (kolekcjonerem) i chce ograniczyć liczbę słuchawek do sztuk jeden, a nie eleven ;-) Właśnie słucham i polecam bardzo nową płytę In Winter (Katie Meula) i od razu pierwszy utwór. Ojej jakie to piękniutkie takie. Mniam, mniam.

BTW2. Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę jeszcze dojść do siebie po wczorajszej konfie NASA. Co za układ!!! Siedem, siedem skalistych, siedem wielkości zbliżonej do naszej Ziemi i jeszcze te odległości „rzut kamieniem” między nimi, no i co najmniej trzy w „habitat zone”. Aaaa! Teraz to się posypią takie odkrycia jak z rękawa. Niezwykle ekscytujące!

» Czytaj dalej

Testujemy raźno na rowerze i w biegu SuperMini. Mini DAPa HiFIMANa

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
hifiman_supermini_10

Nie dalej jak parę dni temu wspominałem na portalu o dwóch ultramobilnych playerach od HiFiMANa. Coś tam wystukałem, że może byśmy na tapetę to wrzucili i przetestowali Mega albo (jeszcze lepiej) Super. Na ruszt trafił Super. Na marginesie… Mega nie powinien być bardziej Super? No właśnie, bo tutaj jakoś odwrotnie. Konsekwentnie zmierzając w obranym kierunku (nazewnictwo) producent powinien najprostszą wersję grajka nazwać Giga. Do kompletu. Trochę się pouzłośliwiałem, zostawmy nazewnictwo, przejdźmy do konkretów. Ten model dystrybuowany jest z bardzo przyjemnymi, wartościowymi dokami RE-400. Taki dodatek podnosi ocenę całości, bo przyznacie, jak ktoś kupuje grajka a w domu ma co najwyżej pchełki podłej jakości dodawane do kompletu ze smartfonem to… bardzo się ucieszy na taki całościowy pakiet. Nie trzeba będzie biegać do sklepu, aby wydać kolejne parę stówek (takie znośne NuForce ok 200 kosztują przykładowo), tylko ma to już z głowy. A raczej na głowie, pardon w uszach ma. RE-400 są bardzo przyzwoite, a ich niewątpliwą zaletą jest eteryczna waga. W ogóle ich w uszach nie czuć. Wraz z prywatnymi piankami Comply, które sobie zaaplikowałem, słuchawki idealnie wpasowują się w główne zastosowanie opisywanego kompletu… zastosowanie oczywiście na wynos i do tego jeszcze jakieś aktywności fizyczne, znaczy sportów uprawianie, przemieszczanie się jednośladem – te sprawy.

Bardzo to wszystko minimalistyczne w formie i ok, minimalizm bez ograniczeń funkcjonalnych  jak najbardziej

Do tej pory testowałem u siebie cegły HiFiMANa (patrz o tu i tutaj ), DAPy wagi ultraciężkiej (dosłownie i w przenośni). Kontrast jest gigantyczny, właściwie tamte playery to albo jako źródło na poły stacjonarne do domu (tylko że przenośne, no powiedzmy „multistrefowe” takie), albo na spacer nobliwy. Absolutnie nie wyobrażam sobie jakiegoś truchtu, jazdy, ćwiczeń z takimi „ciężarkami”. Tutaj jest krańcowo odmiennie, co więcej w bardzo że tak powiem unikatowej formule. Po prostu mało kto robi audiofilskie playery w zbliżonych do iPoda Nano gabarytach. Nikt się w to nie bawi. No prawie nikt, bo HiFiMAN dla przykładu i owszem, przy czym nie ma tu miejsca na kompromisy odnośnie wyposażenia / możliwości, bo i zbalansowane wyjście znajdziecie i obsługę plików hi-res do 192Khz, a nawet DSD (najpopularniejsze – o ile to słowo na miejscu w kontekście formatu – pliki DSF/DFF 64). Także grać można praktycznie wszystko co mamy w bibliotece, bez żadnych sztuczek magicznych (Apple i ich upierdliwo-nieżyciowe, kurczowe trzymanie się swoich jedynie-słusznych formatów audio, nie mówiąc już o ignorowaniu materiałów hi-res). Nie ma najmniejszych problemów z odtwarzaniem, czytaniem biblioteki z karty microSD oraz samą kartą, jaka by ona (pojemna) nie była. Moja nie jest specjalnie pojemna, bo ma tylko 64GB, ale to wartość całkowicie wystarczająca na potrzeby testu i zgromadzonych na niej dźwięków, które mają tworzyć materiał do weryfikowania jaki to ten Super jest, albo nie jest …Super. Na razie, powiem tak: nie miałem równie dobrze grającego ultramobilnego DAPa, choć do paru rzeczy przyczepię się w recenzji, bo parę rzeczy wypadałoby poprawić. Tak czy inaczej okazja się trafia na ultramobilne źródło dla bezkompromisowego fan(atyka) muzyki w możliwie najlepszej jakości. Zwyczajnie cieżko będzie znaleźć alternatywę gabarytowo-funkcjonalną.

OLED czytelny (no na zdjęciu to jakoś nie za bardzo ;-) ) Binauralne nagrania w jakości 24 bitowej na biegowych nartach? Oj tak!

Sprawdzę Super z Momentum i to zarówno, porównawczo do RE-400 (balans), IEMami jak i pierwszą oraz drugą generacją nauszników (łącząc Wirelessy kabelkiem). Myślę, że całkiem dobrze będzie także z HP50 od NADa, no i rzecz jasna z moimi ulubionymi HE-400. Takiego kompletu jeszcze nie słuchałem, ale posłucham i relację zdam. Nie mam na podorędziu żadnych zbalansowanych doków, ani kabla którym mógłbym zmodować wspomniane nauszne HiFiMANy. Jak w trakcie testowania coś takiego namierzę to też słów parę zamieszczę na temat. Poniżej, dla przypomnienia, specyfikacja testowanego playera oraz parę fotek prezentujących opisany model.

 

Przyciski zgrupowane na lewej ściance, na dole jacki, no i slot & złącze USB. Trzy przyciski podekranowe plus trzy „na burcie” dają możliwość obsługi w rękawiczkach (żadne tam dotyki ekranowe)

RE-400 „uzbrojone” w Comply

HiFiMAN SuperMini DAP

  • przenośne wymiary: 45mm (szer.) x 8.5mm (gł.) x 104mm (wys.)
  • żywotność baterii – do 22 godzin (to progres bardzo zauważalny w stosunku do testowanych do tej pory DAPów na HDO… o jakieś 100%, zweryfikujemy… tak dobrze nie jest, ale lepiej jest)
  • pasmo przenoszenia: 20 – 20 000 Hz
  • waga: 70g
  • OS Taichi 2.0
  • cena 2399zł (w komplecie bardzo dobre doki RE-400)

A, i jeszcze jedno, jak obiecałem tak i zrobię tzn. zweryfikuję tabelkę, która wisi na stronie producenta / dystrybutora dotyczącą możliwości wysterowania trudnych słuchawek stacjonarnych. Ambitnie podeszli do tematu, fajnie, ale ja niewierny Tomasz muszę to empirycznie sprawdzić (LCD-3, K701…). No i sprawdzę, prawda, empirycznie. Będzie super niespodzianka, bo są w testach prawdodpobnie najlepsze planary jakie pojawiły się w tej części galaktyki. I to nie jedne, a parka. Niebawem zdradzę szczegóły. Coś czuję, że nie będzie najmniejszych problemów w połączeniu z takim mobilnym źródłem, a że same słuchawki też baaaardzo lekkie, wręcz przenośne, więc czemu by nie.

PS. Apel do dystrybutora o wprowadzenie do sprzedaży jakiegoś nosidła. Arm band od telefonu (najlepiej od iPhone, bo jeszcze takie małe w ofercie mają) daje radę, po zaaplikowaniu mamy co trzeba na wypady. Musowa sprawa.

Można symetrycznie słuchawki podłączyć, byle na końcu odpowiedni jacek był

» Czytaj dalej

Krótka opinia o Audiomagic Player. DAP za grosze. KONKURS

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
20170123_153047080_iOS 1

Krótka opinia na temat grajka kosztującego grosze, grającego lepiej od smarfona (nie każdego, dodajmy dla jasności), baaardzo małego, idealnie nadającego się na wypad do lasu, jazdę rowerem etc.? Nie inaczej. Audiomagic Player to taki właśnie, prosty, przenośny grajek, DAP wyprodukowany na zamówienie znanego, polskiego dystrybutora audio. Cena 99 złotych (bez pamięci, z wbudowaną pamięcią 149) oznacza daleko idące kompromisy w zakresie materiałów, trwałości konstrukcji, ale to na co przede wszystkim zwracamy uwagę (w takim budżecie to oczywiste) tzn. jakość dźwięku jest dobrym poziomie i z takimi Momentum IEM* player zagrał całkiem satysfakcjonująco.

Nie jest to granie lepsze od tego, które oferuje np. iPhone, ale wiele smartfonów z dziurki nie potrafi zagrać sensownie, a AP właśnie to potrafi. Nie szumi, brzmi czytelnie, basu pod dostatkiem (ale bez przesady), cyfrowy nalot pojawia się sporadycznie (góra), jest wystarczająco głośno (także na nausznikach, tych mobilnych rzecz jasna) tj. HP50 choćby. Obsługa wymaga pewnego przyzwyczajenia, przyciski są z luzem i nie zawsze reagują. Grać można jakieś 8-9 godzin wedle moich obserwacji. Rzecz jasna obsługuje FLACzki, przy czym karty pamięci (jak podaje producent) raczej takie do 32GB, większe to już ruletka … przykładowo, z moją 64GB Samsunga, nie chciał się polubić, trzeba było użyć jakiejś mało-pojemnej pamięci. Podsumowując – przydatna rzecz na wypady, do niezobowiązującego grania w sam raz.

KONKURS: odpowiedz na banalne pytanie: który z serwisów streamingowych oferuje od niedawna dostęp do muzyki hi-res zapisanych w formacie MQA? Na odpowiedzi czekamy do 7 lutego. Nagrodą jest opisany powyżej DAP. Można odpowiadać poniżej, albo na naszym fanpage’u.

 

Poniżej fotogaleria z opisem:

* w komplecie dostajemy pchełki o których lepiej od razu zapomnieć, podobnie o małym głośniczku, który jest zbędnym dodatkiem

 

» Czytaj dalej

Świetna alternatywa dla iPoda Nano? DAPy HiFiMANa? Mini ale Mega lub Super

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
hifiman_supermini_10

MiniMega to bardzo adekwatna nazwa dla tego mobilnego grajka. Podobnie jak SuperMini, dla jego droższej, lepszej wersji. Do niedawna audiofilski DAP oznaczał cegłę tj. duże, ciężkie coś, grające parę godzin maksymalnie (c.a 8-10). HiFiMAN proponuje coś, co idealnie wpisze się w potrzeby użytkowników biegających, rowerujących (cykliści – wiadomo, obecnie w kraju naszym, temat śliski) – sumując – przejawiających chęci do uprawiania jakiejkolwiek aktywności fizycznej (bez podtekstów proszę ;-) ). iPod Nano, przywołany w tytule, jest bardzo fajny, wróć, byłby bardzo fajny, gdyby nie ograniczenia wiadome (iTunes, brak obsługi hi-resów tak na szybko). Tutaj jest „full wypas”, bo mamy: WAV, FLAC, AIFF, APE, MP3, OGG, AAC,  WMA, ALAC oraz DSD64 (DSF, DFF). To ostatnie oznacza, że 1 bitowe pliki odtworzymy bezproblemowo, dodatkowo DAP poradzi sobie z 24 bitowym materiałem audio (patrz plansza). Jak dodamy do tego zapewnienia producenta, że te mikrusy zagrają bezproblemowo z HE-400 to… już wiem, że muszę poprosić dystrybutora i to czym prędzej zweryfikować, bo moje ulubione (tak, to właśnie ulubione słuchawki wyżej podpisanego) redakcyjne nauszniki, model HE-400 wersja 2.0, w mig pokażą, czy tak jest w istocie. Nie są trudne (jak na ortodynamiki nawet proste) do napędzenia, ale to jeszcze nie oznacza, że efekt będzie cacy (a nie tylko… no dobrze, można, ale jednak…).

Sama forma bardzo przyjemna. Bo alu jest, bo OLED jest, bo karty nawet do 256GB (no, wreszcie nie będę miał problemów z dużą kolekcją hi-resów… jeden album 5GB… ufff), zniekształcenia podobnież tylko 0,08% (Mega) a nawet 0,04% (Super), wreszcie – jak producent podaje – słuchawki 300 Ohm i tu i tu to jak najbardziej. Ok, zweryfikujemy i to, choć będzie naprawdę po bandzie (K701), będzie też zwyczajnie wymagająco (LCD-3), też niełatwo (HD650) no i nie zapomnimy o mobilnych nausznicach jakie akurat mamy na podorędziu: Momentumy, NAD 50-ka oraz jakiś wynalazek z Centralnej Azji. IEMy, standardowo, Senka tzn. Momentum zmodowane ostatnio za pomocą pianek Comply, co by poprawić ergonomię vel wygodę użytkowania. Dobrze. Szczególnie ten Super prezentuje się nad wyraz interesująco, lubimy takie produkty, a dla kogoś, komu brakuje podstawowych danych na temat słuchawkowego wyjścia – spokojnie – będzie…:

Super

  • poziom wyjściowy: 320mW
  • impedancja wyjściowa: 32 ohm (wyj. zbalansowane)

Mega*

  • poziom wyjściowy: 54 mW
  • impedancja wyjściowa: 1 Ohm
* …no mam pewne wątpliwości i z tego co widzę, lepszym partnerem dla trudniejszych do wysterowania byłby SuperMini.
Przydatne zestawienie co i jak nam wysteruje (się) @ DAPie SuperMini. Inni producenci powinni brać przykład z HiFiMANa, informując na co można (a na co nie) liczyć

 

Także zobaczymy jak to zagra, jak widać mamy słuchawki z listy, także ładnie to będzie można skonfrontować z powyższą planszą, a do tego sprawdzimy czy pożenienie mikrusów (zmieszczą się w mini kieszonce termoaktywnego opakowania na tułów biegającego tu i ówdzie) z pastylką BT (Avantree Saturn z aptX) strumieniującą w trybie nadawania do słuchawek bezdrutowych będzie 1) wykonalne, 2) sensowne… czy niekoniecznie.

Zarówno Super jak i Mega to co powyżej nam zagrają

 

Reszta specyfikacji wygląda tak:

Super

  • przenośne wymiary: 45mm (szer.) x 8.5mm (gł.) x 104mm (wys.)
  • żywotność baterii – do 22 godzin (to progres bardzo zauważalny w stosunku do testowanych do tej pory DAPów na HDO… o jakieś 100%, zweryfikujemy)
  • pasmo przenoszenia: 20 – 20 000 Hz
  • waga: 70g
  • OS Taichi 2.0
  • cena 2399zł (przy czym mamy tutaj w komplecie bardzo dobre doki RE-400B)

 

Mega

  • waga: 69 g
  • wymiary: 100 x 43 x 9 mm
  • pasmo przenoszenia: 20 – 20 000 Hz
  • OS Taichi 2.0
  • 15 godzin grania (to progres 30-50% w stosunku do testowanych do tej pory DAPów… oczywiście sprawdzę, czy faktycznie)
  • cena w .pl = 1499zł 

 

Dystrybutorem HiFiMANa w Polsce jest firma Rafko.

Parę dodatkowych rycin znajdziecie poniżej…

» Czytaj dalej