LogowanieZarejestruj się
News

Docelowe na wynos: mobilny scyzoryk mDSD firmy Encore

Podziel się na:
  • Wykop
  • Facebook
  • Digg
  • Google Bookmarks
  • Blip
tytułowe

Z tradycyjnym poślizgiem coś, co w mojej opinii zostawia w tyle znane mi rozwiązania konkurencji w zakresie plikowe audio na wynos. USB DAC to dopiero początek, bo mamy tutaj do czynienia z rozbudowanym funkcjonalnie urządzeniem, które dysponuje własną regulacją na wyjściu (możliwości amplifikacji wprawiają w osłupienie, serio, będzie o tym sporo poniżej) oraz konwerterem USB-SPDIF (optyk) współdzielonym z tradycyjnym 3,5mm jackiem. Sporo, jak na coś wielkości pendrive’a, a przecież ten mały grzmot oferuje ponadto szerokie możliwości w zakresie konwersji sygnału cyfrowego, bo jest tutaj i DXD (24/384) i DSD (no nazwa obliguje, prawda, obliguje) 64/128. Na marginesie, warto zapoznać się z wpisami na forum Roon Labs o 1 bitowym sygnale, o tym jak bardzo jesteśmy wyprowadzani w pole przez marketingowców, gdy z pudełek atakuje przekaz „nawet” do 512, albo o 1024 (DSD). Wypowiadają się osoby z branży oraz inżynierowie dźwięku i znakomici spece z samego Roona – wniosek jest jednoznaczny… ta pogoń w imię magii cyferek nie tylko nie ma najmniejszego sensu praktycznego (dystrybucja), ale od strony brzmieniowej wręcz mocno niewskazana. No, ale, każdy chce więcej pod maską… i tak to się kręci.

Powracając do bohatera recenzji, interfejs mDSD nie tylko dużo może, ale niedużo kosztuje. Właśnie. Patrząc na rynek z jednej strony widzimy pozytywną erozję cen tego typu rozwiązań (ludzie, za pierwszego DragonFly-a zapłaciłem 1299zł! Ale ze mnie frajer! ;-) ), z drugiej klęska urodzaju z jaką mamy do czynienia mocno komplikuje wybór. Jest tego, na przysłowiowe „kopy” i konia z rzędem temu, kto każdy z tych USB DACów przesłucha, przetestuje dogłębnie i finalnie oceni. Pamiętajcie, wiele razy o tym mówiłem, duża część testów w sieci jest kompletnie z czapy (tak zwane chwilówki, kiedy redakcja ma coś na tydzień, dwa, albo nawet na nieco dłużej, ale tekst pisze się taśmowo, już po paru dniach „odsłuchów”). U mnie mDSD katowany był 3 miesiące (dzięki za wyrozumiałość i za sposobność Audiomagic) i mogłem dogłębnie przekonać się o zaletach oraz wadach produktu. Naprawdę mniej czasami znaczy więcej. Po tych trzech miesiącach wiem, że mogę kompetentnie wypowiedzieć się o mDSD, bo poznałem w pełni możliwości jakie drzemią w tym produkcie. Nie pobieżnie zatem, a konkretnie, ze zwróceniem uwagi na potencjał, który drzemie w tej konstrukcji. Patrząc szerzej, widzę, że wielu nie zadaje sobie trudu, by poznać ten potencjał i pobieżnie, w niepełny sposób, bez uchwycenia tego co istotne, co kluczowe opisuje i odfajkowane. To nieporozumienie, w tym wypadku rażące wręcz, bo mamy rzecz w swojej kategorii WYBITNĄ, taką której tym bardziej warto się dokładnie przyjrzeć i którą warto sumiennie przetestować.

Finału na wstępie tak do końca nie zdradzę, ale można domyślić się co się tam w podsumowaniu znajdzie. Powiem tak: jeżeli chcecie zainwestować niewielkie pieniądze w coś, co „ogarnie” Wam temat grania z komputera (i ewentualnie handhelda, choć to pełnego potencjału mDSD nie uwolni) to macie coś, co powinno być na pierwszym miejscu na krótkiej liście. Miałem porównanie i o tym też co nieco przeczytacie. Było porównywane to, to z czarną i czerwoną Ważką (plus nawiązania do DF pierwszej gen.), miałem w pamięci skądinąd bardzo dobrego brzmieniowo, przenośnego Matriksa (też u nas był długo, bo wzięliśmy go do redakcji – patrz recenzja), małego A10 Beyersa (patrz tutaj), kolejnego przenośnego DACa jaki zagościł na dłużej u nas czyt. HA-2 od Oppo (ktoś się nim teraz cieszy, bo i piękna rzecz, patrz nasz test tutaj), wreszcie testowanego niedawno iDSD Nano od IFi (test tutaj). A to nie wyczerpuje jeszcze całej listy (sporo testowaliśmy produktów FiiO, były Cayiny, były produkty Audioengine itd.). I wiecie co? Te 500 złotych jakie zainwestujecie w audio klamota będzie w wypadku tytułowego scyzoryka NAJLEPIEJ wydanym Sobieskim. Lepiej wydacie te pieniądze od inwestycji w pozostałe wymienione powyżej produkty, a szerzej to nawet w większość tego, co dzisiaj w polskiej dystrybucji można zakupić (mam tu na myśli rzeczy, które słuchałem). Narażę się komuś? Trudno. Zasadniczo i z definicji mam to gdzieś, nie staram się w tym, co publikuje być „politycznie poprawny”, pisząc tak, by nie naruszyć czyjegoś interesiku. Jak coś jest gorsze, albo dużo mniej opłacalne, to takie jest i nie ma co się czarować i zakłamywać rzeczywistości. Co więcej, sporo produktów szczególnie w tej kategorii oferuje całkiem pokaźny zbiór wspomnianej „magii cyferek”, albo też „magii literek” (tak, mam tu na myśli MQA w Dragonach). Także spokojnie, bullshitu tutaj nie będzie, nawet gdyby ostatecznie przyszło mi sprzęt do testu wyłącznie kupować, wypożyczać za kaucją. Ogólnie, za dużo dziś w sieci sponsoringu i mówię tu generalizując, ale też opisując znane Wam zjawisko „marketingu opiniotwórczego”, testów które z rzetelnym opisem „za i przeciw” nie mają NIC WSPÓLNEGO.

To jak… ten mDSD taki bez wad, bez skazy zatem? A gdzie tam, oczywiście, że nie, ale w tym budżecie dostaliśmy przysłowiowe maksimum i gdyby nie sobie taka ergonomia to bym dead endami walił, ale że jednak, to się pohamuję :)

Zapraszam do lektury:

 

   

 


Jaki jest, każdy po otwarciu origami widzi

Niewielkie, kanciaste, metalowe, dość ciężkie (lubimy jak coś jest ciężkie w audio, nieprawdaż, ba wielbimy i kategoryzujemy pod tym kątem…), o aparycji kompletnie nijakiej. To w skrócie tytułowy USB DACzek, takie niepozorny, prostokątny, niewielki (ale nie mały, kompaktowy, no nie) klocek podpinany pod złącze USB. Nic więcej z rozkładanego ala Origami pudełeczka nie wyskoczy, trzeba w tym miejscu wspomnieć i docenić, że producent zadał sobie nieco trudu i nadrukował w sprytny sposób (każda wewnętrzna część opakowania) kompletną, całkiem sensowną instrukcję obsługi. Mamy więc co potrafi, co gdzie i jak podpiąć, a wszystko to skorelowane z samym urządzeniem otoczonym ochronną pianką. Fajne, proste a skuteczne wprowadzenie dla mniej obeznanych z tematem. Na nadruku widać nie tylko słuchawki (skromni są, mogli od razu dać coś przypominającego set omowe Senki, HiFiMany czy Beyersy), ale także aktywne monitory (o czym też będzie, a jakże, poniżej). Jest wyszczególnione „co umi”, mamy więc potwierdzenie, że jest wszystko co trzeba by cieszyć się dzisiejszymi plikowymi źródłami audio w pełnym przekroju i rozciągłości. Nie ma żadnych niepotrzebnych bzdur, a są rzeczy ciekawe… regulacja to pierwsze, na co zapewne zwrócimy uwagę i powiem Wam, że choć ergonomicznie to nie może być super i nie jest (choć małe płaskie, metalowe przyciski wyraźnie wyróżniają się z obudowy, ale no właśnie małe są i trudno nimi po podpięciu interfejsu manipulować), to daje nam nieprawdopodobne wręcz możliwości wysterowania tego i owego (jeszcze nie zdradzę clou), tam drzemie jakaś niebywale efektywna siłownia i aż dziw (serio) bierze, że to wszystko zgodnie z energetycznymi ograniczeniami specyfikacji UAC 2.0 (DAC jest @ USB 2.0). Jak oni to zrobili? Będę jeszcze parę razy zadawał to pytanie w recenzji. Także od strony wygody nie może być optymalnie, ale od strony tego, co nam ta regulacja daje w zakresie brzmieniowym i możliwości napędzenia to… szok.

Fajny pomysł na pudełko edukująco-wyjaśniające

 

A przecież to jeszcze dalece nie wszystko, bo mamy tutaj nie tylko DACzka, ale także interfejs cyfrowy, coś co może BARDZO się przydać w domowym studiu nagraniowym, może też zaoferować ciekawą opcję dla kogoś, kto chce pożenić takiego Squeezeboksa Touch z dobrym, czy wybitnie dobrym, stacjonarnym DACzkiem, a chciałby przy okazji nieco poeksperymentować. Z doświadczenia wiem, że taki manewr nierzadko przynosi bardzo pozytywne rezultaty i przykładowo u mnie SBT z EDO mod. (granie via port USB z Touch’a) odtwarzający muzykę za pośrednictwem interfejsu m2Techa hiFace (2/black) z konwersją na SPDIF (elektryczne) i podpiętym dalej rDACzkiem nadal może stawać w szranki z duuuużo droższymi źródłami strumieniowymi audio z najnowszych wypustów. Gra to wyśmienicie. Tutaj też taki manewr jest możliwy, można (teoria) wyrugować całkowicie zjawisko jittera, opóźnień czasowych w takim torze, a mówiąc prosto i po ludzku, uzyskać niezwykle muzykalne, głębokie, przestrzenne, koherentne brzmienie. Takie, które angażuje i wciąga od pierwszych taktów. Bez żadnego „ale”, po prostu, takie połączenie może przynieść takie właśnie, znakomite rezultaty (patrz nasz test SBT z konwerterem w torze i samego HiFace Two o tu). BTW I co z tego, że od dawna SB nie robią, jak cały ekosystem ma się wyśmienicie, mamy systemy, mamy pluginy, mamy iPenga, mamy mody, a jak ktoś ma ochotę, to za niewielkie pieniądze skrzynki wymyślone oryginalnie przez Slim Devices owszem, jak najbardziej, sobie zakupi.

 

Dobrze, odeszliśmy nieco, trzeba powrócić do mDSD. Ten nijaki, jak napisałem, kawałek metalu, potrafi więcej od tego, co we wstępie wymienione, potrafi naprawdę zaskoczyć in plus i robi to zupełnie „od niechcenia”, bez najmniejszego wysiłku. Robi to przy jednoczesnym zachowaniu 100% stabilności, zarówno w sytuacji, gdy na kablu wisi laptop (sterowniki dla Win są bez zarzutu, ale – jak wspomniałem tutaj – pobierzcie sobie Creators Update i UAC 2.0 będzie „pod dachem”, żadne stery nie będą Wam potrzebne), czy handheld działa pewnie, nic się nie zrywa, nie oglądamy komunikatów na ekranie. Niby banał, a dzisiaj, w perspektywie kilku systemów operacyjnych (na Andku też poszedł bez najmniejszych „ale” ze świetnym USB Audio Pro) bywa z tym różnie. Nie chodzi o to, że nie działa, tylko że działa problematycznie, że łączy się, ale zrywa, że czasami sieje komunikatami „za duży pobór energii” itp. Tutaj nic takiego nie występuje. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie przetestował złośliwie USB-C by Apple na (bywa) problematycznym MacBooku 12″ z AD 2015 (pierwsza gen.). Ten komputer potrafi spłatać figla użytkownikowi (jeden port „co nie wszystko łączy” ;-) ), ale pragnę od razu zakomunikować, że nie było najmniejszych, najdrobniejszych problemów z obsługą mDSD na tym komputerze. Przejściówka sobie zadyndała i powiem tak – przejściówka może nie jest szczytem ergonomii (czasami w przypadku Apple jest, owszem, szczytem, ale dojenia), przy czym w tym konkretnie przypadku jak najbardziej „ogonek” się sprawdza, jest wskazany. DAC swoje waży, mocno obciąża fizycznie port do którego jest bezpośrednio wpięty, dlatego taki adapterek (przedłużka w przypadku komputera z portami USB 2.0/3.0) ma jak najbardziej sens. Powracając zaś do rzeczonej Makówki poradziła sobie z obsługą mDSD koncertowo, nie było żadnych dropów, żadnych „sprawcy nie wykryto”. Zadziałało od razu po podpięciu, jak należy, bezsterownikowo, w pełni. Sam laptop, nie będący, delikatnie rzecz ujmując, demonem wydajności, nie dawał sobie w kaszę dmuchać i jak mu zaaplikowałem odtwarzanie dźwięku 1 bitowego, plików DXD to mimo paru innych, odpalonych rzeczy, poradził sobie z tym bezproblemowo. Nawet jakiś hiresowy plik wielokanałowy się trafił, konwertowany w locie do stereo i nie było problemu. Z konwersją w locie do DSD (PCM) realizowaną programowo już na progu możliwości (przy czym pamiętajmy, że w tle działały inne rzeczy). Nie mogłem sprawdzić Core Roona odpalonego na tym kompie, trzeba by go przetestować dogłębnie w warunkach domowych – myślę, że tutaj Maczek musiałby jednak spasować, szczególnie gdybyśmy obciążyli go dodatkowo aktywowanymi ficzerami DSP. W końcu 4GHz iMac potrafi się spocić (przy jednoczesnej konwersji w locie do DSD128/256 każdego pliku PCM). Sumując, mDSD z 12 calowym starbucksowym lapem dogadał się świetnie i taki set to według mojej skromnej opinii jedna z fajniejszych opcji „ultralight computing” na wynos, z pełnym systemem komputerowym, z możliwościami jakie daje Personal Computer, dodatkowo wyposażony jw. w świetny, zewnętrzny interfejs audio :)

  

Można nabijać się z przejściówek Apple, to zawsze aktualny temat do szydery, ale… tutaj takie coś jak powyżej ma sens, może nie multiport, tylko po prostu gniazdko USB 2.0/3.0, ale wiadomo ocb: zapobiegamy uszkodzeniu komputera

 

W skrócie audiopen od Encore to:

- Impedancja słuchawek: 30 – 300 Ohm (najprawdziwsza prawda, żadnego kitu tu nie ma!)
– Moc wyjściowa: 40mW x2 (w pomiarach zapewne, przy czym tam nie ma „turbo dziury” cokolwiek nie podepniemy ;-) )
– Obsługiwane formaty: PCM 24(32)/384 oraz DSD 128(256)*
– Zasilanie: z gniazdka USB 5V
– Waga: 29 gramy
– Wymiary: 60 (bez wtyku USB) x 30 x 10 mm

* to w nawiasie, to podawane w materiałach, w realu jest, jak podałem, bez nawiasów. Sprawdzone pod ROONem, w ustawieniach silnika DSP – maksymalna wartość konwersji w locie PCM do DSD wynosiła 128…

 

MacBook 12″ pierwszej gen. sprostał. Grał via mDSD z materiałem jw. grał bezproblemowo, bez dropów, bez trudu interfejs zainicjował swoje działanie w systemie: plug&play
Wspominam o tym nie bez przyczyny… miałem obawy odnośnie USB-C (problematyczny to standard, taki niby wreszcie uniwersalny, a… no właśnie nie do końca taki , do tego nie zawsze niezawodny)

Podepnij, wybierz i graj

 

Tego można w kółko, w pętli znaczy się, słuchać. Nigdy się nie znudzi i pozostanie, takie właśnie – ponadczasowe

Decibel ma przedpotopowy UI, ale ja lubię przedpotopowe UI. W wersji ekstremalnej wystarczy Terminal ;-) Gra? Gra! Więc o co chodzi ;-)

Bezproblemowe działanie pod Tidalem, oczywiście będzie softwareowy dekoder MQA, czyli jakieś 90% zalet tego patentu mamy bez względu na to, co w porcie USB siedzi…

BTW dla wielu z nas, takie źródło muzyki całkowicie zamyka temat dostępu. Trudno się dziwić… mDSD + Master/HiFi i w sumie starczy (poza słuchawkami lub/i aktywnymi monitorami)

32 bity? No nie, pod macOSem, jak coś wspiera 32 to jest 32. Tutaj nie ma. 

 

To moim zdaniem wzorcowa aplikacja tego interfejsu. Kosteczka ES9010K2M wsparta świetnym XMOSem w roli interfejsu USB nie jest ani chuda, ani szklista, ani cyfrowa w odbiorze. Jest bardzo nie Sabre (mówię tu o opiniach, a nie własnym doświadczeniu, bo nigdy żadnej kości nie szufladkuje po nadruku na krzemie, niestety wielu recenzentów to czyni, moim zdaniem błędnie przypisując a priori cechy „bo tam ESS siedzi”) zatem, zrobili to po swojemu i jak przekonacie się z opisu brzmienia, zrobili to naprawdę DOBRZE. Ciągnie dużo soczku z USB? Ano niemało, choć każde jabłkowe icoś tam dogada się z interfejsem, także każdy Android, czy to via UTG, czy via USB Audio Player z wymuszoną funkcją grania z cyfrowego portu. A konkretnie? Konkretnie to wygląda tak, że bez względu na okoliczności leci z portu USB 0,18A przy napięciu wyj. 5,2V i komputery raczej tego nie odczują, ale już handheldy będą wołały znacznie wcześniej o gniazdko. Takie życie. Jak planujecie mDSD wykorzystać w formie interfejsu dla telefonu, to proponuję te wielkie paletki z pojemnymi akumulatorami raczej, względnie dowolny tablet. Aha, muszę się do jeszcze jednej rzeczy przyczepić. Drodzy sprzedawcy, czytajcie ze zrozumieniem, co tłumacząc koślawie, dajecie u siebie w opisach produktów cyt.:

„posiada także asynchroniczne wejście USB, z podwójnym zmniejszonym jitterem oraz filtrem nad próbkowania”

To chyba nie wymaga komentarza, prawda?

Sporo się tu dzieje. Gramy pod Roonem, jak widać jest tylko 2,5x dla CPU z załączonymi 4 rdzeniami w opcjach (Core i7 3,5GHz @ 4GHz w trybie turbo)
(w przypadku sygnału bez konwersji w DSP, w PCM nawet hiresowym, to np. 143x)

A zagrał i wysterował, że ho, ho, ho

Gęste, pełne detali granie, pełne zaangażowanie, przykuwające uwagę. I to od pierwszych taktów. Lubię, bardzo lubię takie audio klamoty, które „out of the box” pokazują, że to nie byle co, że to ma być narzędzie do wytwarzania endorfin. mDSD jest takim narzędziem. Udowodnił to przez te 3 miesiace katowania jednoznacznie, pozostawiając wymienioną wcześniej konkurencję daleko w polu. Po pierwsze, nie miał najmniejszych problemów z wysterowaniem słuchawek. ŻADNYCH. Grał z HD650, jakby był dla nich stworzony. Ooo, to jest zawsze poważne wyzwanie dla zasilanego z magistrali USB daczka, takiego z wbudowaną amplifikacją (bo bywa, że  producent idzie inną drogą vide hiFace DAC – mój ulubiony pendrajwowy przetwornik, który dopiero teraz znalazł godnego siebie konkurenta w postaci rzeczonego mDSD właśnie… tam nie ma żadnego ampa, tam jest „surowe” wyjście analogowe, tyle). Jak podpinałem na przemian z IFi Nano to nie mogłem się nadziwić. Tam niby więcej, bardziej, że konkurenci w tyle, a wyszło zupełnie odwrotnie. Produkt Encore z Senkami zmiażdżył DFy, zmiażdżył IFi (pewnie Mikro by nie zmiażdżył, pamiętam popołudnie z LCD-kami na uszach w towarzystwie w Premium Sound jeszcze w starej siedzibie… z zapasem było, no ale to rozmiarowo z pięć mDSD było), mógłby stanąć w szranki z interfejsem Matriksa zapewne, a i HA-2 musiałby w tej materii uznać wyższość (choć tu minimalnie, ale jednak). Także ten egzamin tytułowy klamot zaliczył koncertowo, był zwyczajnie najlepszy, bo zwyczajnie podołał, a dodatkowo zaoferował tak dobre, tak wciągające brzmienie na tych HDekach, że mógłbym uznać ten set za wybór docelowy (chyba, że ktoś jest nieuleczalnym słuchawkomaniakiem i kolekcjonuje sobie różne smaki, taki ma w sumie przerąbane, finansowo rzecz jasna, przerąbane). Z HiFiMANami HE-400 to też ideał ampDACzka, wydusił z tych słuchawek cały ich, niemały, potencjał, potencjał za jaki nieodmiennie bardzo je sobie cenię, bardzo lubię.

Pięknie to gra, pięknie

Presety dla Audeze. Binaural można też, ale według mnie albo, albo. Jak dajemy dosmaczanie pod LCDki to reszta off. Neutralny mDSD jest tu bardzo, bardzo na miejscu, bo świetnie pokazuje zmiany 

A tu tablet PC z interfejsem w trybie Bridge na ROONie. Działa to perfekcyjnie, a sam tablet nie stanowi wąskiego gardła, bo Core pracuje na mocnym desktopie!

Poważne wyzwanie stanowiły LCD-3 (coś napiszę niebawem o awaryjności Audeze btw) i tutaj muszę wspomnieć o dwóch sprawach. Po pierwsze dało radę, po drugie dało, ale na granicy, bez zapasu. Innymi słowy można te zwaliste nausznice pożenić z mDSD i zagra to jak LCD potrafią, nie będzie efektu brzmienie „siada”, z zastrzeżeniem dla decybelolubów – jak naprawdę głośno, to bardziej już tutaj się nie da, dojdziemy do ściany. Dla mnie prywatnie to i tak kosmos, że te trudne, często gęsto w ogóle nie grające z mobilnym audio słuchawki dały się napędzić. Jak oni to zrobili z portu USB? Podobnie jak z HD, bo te – jak wiadomo – stanowią wyzwanie dla wzmacniaczy wszelkiej maści same z siebie. Znaowu „jak oni…”? Na koniec tej wyliczanki bułka z masłem pod postacią NADów HP50. Ale to zagrało! Na tym interfejsie, właśnie w tej aplikacji, NADy pokazały pełnię swoich możliwości. One są proste, łatwe do wysterowania, tu nie ma żadnych wyzwań, to gra, zawsze gra, ale tutaj było coś specjalnego, a tym czymś specjalnym, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi, słuchając tych słuchawek, był niski, głęboki, organiczny bas. Nie basior. Bas. Pełen smaku, wyborny, wielowymiarowy bas. Te słuchawki fajnie pokazują niski zakres, ale dopiero tutaj złapałem się na tym, że szukam na tidalowej playliście utworów, gdzie na dole dużo się dzieje.

Zero dropów, zero problemów, ale do tego potrzebujemy takiego front-endu w przypadku takiego właśnie PC jw (tablet na Atomie). Inaczej będzie różnie, na foobarze wyczynowe pliki niestety tną.
Oczywiście trudno się dziwić, bo tablet PC musi sobie samodzielnie pod foobarem radzić z sygnałem, do tego strumieniowanie takiego materiału z NASa to też jak się okazuje nie bułka z masłem. 

Uniwersalność i umiejętność wysterowania wszystkiego jak leci została ostatecznie potwierdzona przez K701. AKG mają tendencje do grania bylejak na bylejakim ;-) sprzęcie. No w sumie to może trochę krzywdzące to ostatnie stwierdzenie, po prostu są kapryśne, nie dogadują się z wieloma jackami na rynku, często gęsto mamy w przypadku tych słuchawek z połączeniową porażką. mDSD nie tylko zapewniły odpowiednią dawkę energii oraz odpowiednią ją dostarczyły, ale dodatkowo pozwoliły ww. słuchawkom zagrać w ich grę, uwidaczniając pozytywne cechy tych nauszników, nie eksponując tego, do czego K701 i tak nie są zdolne. To wielka sztuka i tutaj to się właśnie udało. Także muzyka kontemplacyjna z jednej, orkiestra z drugiej, ogólnie klasyka, jakiś nie bardzo eksperymentalny jazz, czytaj repertuar w którym K701 czują się dobrze, był w przypadku podpiętego do komputera mDSD bardzo przyjemnym, wciągającym doświadczeniem. Słucham takiej muzyki od czasu do czasu, bywa że częściej, bywa że z przerwą i właśnie po takiej dłuższej przerwie dzięki temu tandemowi było to bardzo ożywcze, bardzo (jak sobie po pewnym czasie uświadomiłem) potrzebne powrócenie do czegoś ważnego, istotnego. Fajnie, że taki grzdyl, takie nijakie coś, potrafiło zaoferować takie możliwości, stanowić dobry klucz do tego powrotu.

Ta uniwersalność skłania mnie do takiego spostrzeżenia – ten interfejs jest bardzo dobrze zaprojektowany (pomiarowo wypada świetnie), jest mocno przezroczysty, neutralny dla sygnału. To spójna cecha kości przetwornika / interfejsu oraz amplifikacji. Wszystko tutaj stanowi optymalne medium dla sygnału, który bez modyfikacji, sztuczek trafia wprost do naszych uszu. To ogromny komplement, bo przecież taka cecha, taka właśnie, to klucz do high-endu, do klamotów za grubą kasę. A tutaj, w bardzo ograniczonym budżecie, udało się do tego zbliżyć. Oczywiście nie osiągnąć ten poziom, gdzie o jakości decyduje wyłącznie (niemal, bo mówimy o reprodukcji, więc zawsze będzie to zespół elementów) materiał dźwiękowy, dana muzyka odtwarzana, ale… no właśnie, to coś kosztuje śmieszne 500 w porównaniu do np. 25-30 tysięcy, które trzeba wysupłać na topowe przetworniki. Także czapki z głów. Wspomniana, niezwykle udana, amplifikacja wraz z tym co powyżej daje odpowiedni fundament, stanowi kościec tego produktu. Nie będzie tutaj aż takiego wglądu w nagranie jak w najlepszych DACach, w sprzęcie dużo bardziej zaawansowanym. To oczywiste. Nie będzie takich możliwości przestrzennych (to jeden z tych aspektów reprodukowania dźwięku w warunkach domowych, który pozycjonuje poszczególne produkty). To prawda, ale mamy często, gęsto (te gęste brzmienie, z dobrego jakościowo źródła, to tutaj jest, oj jest) poziom wykraczający poza budżetowe HiFi, taki, który cechuje urządzenia dużo, dużo droższe. Ważne, że możecie na tym mDSD grać każdy repertuar i z każdym otrzymacie pożądane cechy, dostaniecie dobre granie. To wielka wartość, bo też na rynku niemało sprzętu, który nie zawsze „daje radę”, a wg. mnie coś, co lepiej sobie radzi (czyli z czymś sobie nie radzi) nie zasługuje finalnie na uwagę.

Dynamika – za to pokochacie tego malca, precyzja (jak na tak tanie urządzenie) więcej niż przyzwoita, wspomniany korzenny, organiczny, bogaty w detale bas. To nie może być słabe, to nie może być średnie, to po prostu jest świetne. Patrząc na to od praktycznej strony, wiem co sobie sprawię na Gwiadkę, bo w tym przypadku mamy takie „super okazja”, tyle że faktycznie, a nie „znowu mnie oszukali, złamasy”. To jeden z najciekawszych, najlepszych produktów audio jakie ostatnio przewinęły mi się przez ręce, a dopełnieniem całości jest to, jak ten maluch wypadł w połączeniu z moimi nEarsami. Aktywne głośniki, wiadomo, gałka w lewej, gałka w prawej i co tam byśmy sobie nie podpięli to jakoś to będzie. Ale nie, mimo że musiałem zastosować router audio (te monitorki przyjmują sygnał via XLR/TRS). I wiecie co? Jak macie takie studyjne, albo jakieś sensowne komputerowe, albo takie hajfajowe jak Audioengine’y to koniecznie. Grało to jak duży system, bez ograniczeń małego, tak dobrze zera jedynki z komputera ten mDSD zamieniał na postać analogową i jeszcze w roli pierwszego elementu wzmacniającego sygnał się sprawdzał. Regulacja wcale nie była w tym wypadku od czapy i do kożuszka, bo w ten sposób właśnie sterowałem nagłośnieniem. Niewygodnie? No owszem, niezbyt, ale jak już uporałem się z małymi przyciskami na obudowie, to dźwięk wynagrodził wcześniejsze niedogodności. Synergetyczne, mocarne połączenie, tor kompletny, a (jednak) minimalistyczny w formie. Tylko laptop, interfejs i monitory. Jak w studiu. Także jako stacjonarny element toru ten scyzoryk wypada bardzo przekonywująco. Brawo.

 

Tu, co prawda, mamy te DSD256, ale już konwersja jest DSD128. I w zupełności wystarczy…

Mówią DSD Native? Jest DSD Native!

TabletPC w roli źródła, sterownik od paru miesięcy nie jest obligatoryjny w Win10… pisaliśmy o tym tutaj

Da się

Ano da, da jak najbardziej. W cenie kojarzącej się z produktami entry-level, bez nakręcanego turbo-marketingu, bez konieczności udowadniania, że kosmiczno-wojskowe technologie pod maską. Naprawdę nie trzeba. Trzeba natomiast uczciwiej, solidnej inżynierskiej roboty i czegoś, co wykorzystując dobre, ale przecież zupełnie typowe, przeciętne wręcz, komponenty, potrafi zawstydzić wszystkich (większych, głośniejszych, marketingowo sprawniejszych). mDSD jest produktem nie tylko udanym, ale jest w swojej kategorii wybitny. To obecnie najciekawsza wg. mnie propozycja, dużo ciekawsza od wielu propozycji za więcej, ale z bardziej rozpoznawalną metką. Udało się skonstruować coś, co oferuje znakomitą relację koszt-efekt, pozwala wg. mnie połączyć dom i na wynos, a do tego wysterować wszystko (słuchawki), a do tego sprawdzić się w systemach stacjonarnych, przy pełnej kompatybilności, bezproblemowej pracy z różnymi komputerowymi źródłami. Encore oferuje swój audio scyzoryk w dwóch, typowych dla audio klamotów, wariantach kolorystycznych: czarnym i srebrnym. Warto wyposażyć się w adapter / przedłużkę, bo jak wspomniałem ciężkie to, bezpośrednio wpinane może pod wpływem niesprzyjających okoliczności uszkodzić port w źródle. Słuchawki dowolne, eksperymenty najdziksze… taki jest mDSD. Znakomita rzecz i w dowód uznania znaczek wybór redakcji. W końcu coś bardzo dobrego i bardzo przystępnego cenowo. Zeszliśmy na ziemię i dobrze nam tu. Stratosfera musi poczekać (ale będzie). Czekajcie na więcej. To więcej już niebawem.

 

 

Mobilny przetwornik USB Audio oraz konwerter cyfrowy z funkcją wzmacniacza Encore mDSD 499zł


Zalety

- wysteruje każde nauszniki i zrobi to w wielkim stylu
- ten styl to szlachetna neutralność, wyśmienita dynamika, koherentność trzech zakresów
- a to wszystko w połączeniu z gęstym, angażującym, muzykalnym brzmieniem z podanym na tacy, wybitnie dobrym, basem
- niby nudny banał a tu szwajcarski scyzoryk obsługujący formaty wyczynowe z dodatkiem przebogatej funkcjonalności
- w postaci konwertera SPDIF oraz mocarnego wzmacniacza z własną regulacją (co stanowi prawdziwą rzadkość w tego typu interfejsach, chodzi mi także o realizację tego elementu)
- producent postarał się wyjaśnić podstawowe kwestie na opakowaniu, a nie tylko ciskać cyferkami i literkami w celach marketingowych
- bezproblemowa, stabilna praca we wszystkich popularnych OS mobilnych i komputerowych
- sprawdzi się na wynos, sprawdzi się stacjonarnie
- wszechstronnie uniwersalny 
- CENA 

Wady
- ergonomicznie nie bez wad, z najpoważniejszą w postaci możliwego uszkodzenia portu USB (bo wcale nie taki miały i dość ciężki jest). Warto pomyśleć o przedłużce na kabelku
- mniej poważna, bo nie skutkująca ew. uszkodzeniem, ale utrudniająca codzienną obsługę regulacja w oparciu o dwa płaskie, siłą rzeczy małe przyciski na obudowie. Da się to lepiej zrobić tj. pokrętło lub gałka
- 32 bity? Nie wydaje mi się, DSD256? No też nie bardzo (to akurat szczegół bez większego praktycznego znaczenia, ale co fakt, to fakt)

Autor: Antoni Woźniak

 

Podziękowania za wypożyczenie i okazaną cierpliwość dla 

PS. Ciekawe, dlaczego ten maluch tak słabo reprezentowany w publikacjach. Przypadek? Nie sądzę ;-)

Znakomite słuchawki, jak gdzieś traficie po okazyjnej cenie (a taką często mają) to bez pudła. Od dawna i sobie chwalę :) Z mDSD było bosko. Ale bass!

Jeszcze nie opisywane nEary by ESIO, tutaj z przetestowanym przez nas, świetnym Quattro 2… aktywne monitory, o których wspominam powyżej w recenzji mDSD

Zawsze wyzwanie dla ampów, zawsze, a dla mobilnych to już w szczególności :)

Cóż, uwielbiam te słuchawki…

Pod foobarem, uczciwie mówiąc, nie ma 100% pewności działania, stabilnej pracy na takim (kiepskim) źródle PC Audio jakim jest tablet PC @ Atomie z 2GB RAMu i niezbyt szybką pamięcią flashową.
Także ma to sens w aplikacji z ROONem, gdzie taki tablet robi za komputerową końcówkę, za end-point, działając w trybie Bridge (wszelkie operacje z sygnałem wykonuje inny, dużo mocniejszy komputer tj. CORE) 

Sterownik dopracowany btw, w końcu to najlepszy interfejs USB – XMOS

Przy takim ustawieniu suwaka (<50ms) czasami przerywał odtwarzanie

Konwersja z dropami @ Atomie

Dodaj komentarz